Ewa Wanat rozczarowana Krzysztofem Ziemcem. „Wszedł w propagandę jak w masło”

Anna Dryjańska, 15 września 2017

Równo dwa lata temu rada nadzorcza RDC wyrzuciła ją dyscyplinarnie z radia. Teraz to, co się dzieje w Warszawie, Ewa Wanat obserwuje z Berlina. Znana dziennikarka opowiada naTemat, jak z tej perspektywy wygląda polska polityka i media. – Jestem w Europie. Jestem u siebie – mówi.

Jak się czujesz na emigracji?

Ewa Wanat: Nie jestem na emigracji. Jestem w Europie. Jestem u siebie.

Ale na co dzień mieszkasz w Berlinie.

Tak, ale często odwiedzam Warszawę i Poznań. Piszę felietony do „Wprost”, artykuły do innych mediów, pracuję nad książką, która wkrótce ukaże się w Polsce. Staram się być na bieżąco z tym, co się dzieje w kraju, choć czasami coś mi umyka.

Za co kochasz Berlin?

Za wolność. Za to, że ludzie się do siebie uśmiechają, a nie patrzą spode łba. Za to, że każdy żyje jak chce, a mimo to, a może właśnie dlatego, dobrze to razem funkcjonuje . Hipsterzy, konserwatywni muzułmanie, artyści, informatycy, białe kołnierzyki. Polacy są tu drugą mniejszością po Turkach. Wielu, których znam, przyjechało nie dlatego, by więcej zarabiać, ale właśnie ze względu na atmosferę. Specjaliści z różnych dziedzin mogliby więcej zarobić w Warszawie.

Co widzisz w Polsce z perspektywy kilkuset kilometrów?

Kreskówkę, która jednocześnie jest śmieszna i straszna. Polityka polskiego rządu w ogóle nie przystaje do tego, co się dzieje w Europie i na świecie. Jarosław Kaczyński ma rację – Polska jest wyspą.

Ale chyba nie jedyną. Są jeszcze Węgry.

Wydaje mi się, że to państwo mniej odizolowane niż Polska. Władza jest równie ksenofobiczna, też autorytarnie zawłaszcza media czy próbuje ograniczać organizacje pozarządowe, ale np. obyczajowo Węgry są w zupełnie innym miejscu. Zabieg przerwania ciąży jest legalny na życzenie od 1992 r., związki partnerskie wprowadzono w 2009 r. Więc ta nasza, polska wyspa jest znacznie bardziej samotna i groteskowa.

Tuż obok są europejskie Niemcy.

A jednak Polsce jest znacznie bliżej do Turcji.

Co masz na myśli?

Polacy są bardziej podobni do Turków, niż do Niemców. Polskie i tureckie społeczeństwo są podobnie konserwatywne, religijne, zapalczywe…

Religie są jednak inne.

Ale fundamentalizm wygląda podobnie. Turcja jest jednak o krok przed nami w autorytaryzmie – w Polsce jeszcze nikt nie wylądował w więzieniu za poglądy, podczas gdy tam to powszechna praktyka.

Za to Jerzym Owsiakiem zajmuje się policja, bo przeklinał na festiwalu muzycznym. Osoby uczestniczące w kontrmiesięcznicach dostają wezwania do prokuratury.

To są szykany ze strony władzy, ale póki co mamy do czynienia tylko z utrudnianiem życia. To upierdliwe, ale nie jest jeszcze groźne.

Jeszcze?

Wydaje mi się, że nasilenie represji politycznych jest kwestią czasu. Taki obraz wyłania się przynajmniej z mediów niezależnych od rządu.

Co widzisz, gdy patrzysz na media w Polsce?

Ostry podział po dwóch stronach sporu. Jednak nie wiem, czy realia pozwalają na to, by było inaczej. I to kolejna rzecz, w której Polska jest bardziej podobna do Turcji niż do Niemiec.

Masz do kogoś żal? Czujesz się kimś wyjątkowo rozczarowana?

Bardzo rozczarował mnie Krzysztof Ziemiec. Wydawał się porządnym dziennikarzem, tymczasem wszedł w propagandę jak w masło. Tak jakby nie wiedział, w czym bierze udział.

Serio uważasz, że pracując w „Wiadomościach” można sobie nie zdawać sprawy, w czym się bierze udział?

Ziemiec sprawia takie wrażenie.

A jakie masz wrażenia gdy oglądasz flagowy serwis informacyjny TVP?

Powrotu do „Dziennika telewizyjnego” z PRL-u. Bardzo dobrze pamiętam tamte czasy i teraz mam déjà vu. Propaganda bierze sobie na cel nawet te same osoby, np. Lecha Wałęsę, Michnika. Swoją drogą dziwię się, że władza nie wyciąga wniosków z historii. Im bardziej będą w swoich mediach dociskać do ściany, tym bardziej społeczeństwo będzie się buntować. Przecież już tak było.

A jednak PiS dostał 40 proc. poparcia w niedawnym sondażu CBOS.

Ale to nie dzięki „Wiadomościom”, których oglądalność spada, lecz słusznym posunięciom socjalnym, takim jak 500 plus czy minimalna stawka godzinowa. Ludzie nie chcą tego stracić. To normalne. Mamy jedno życie, nie chcemy czekać 30 lat na czas, gdy będzie lepiej.

W jaki sposób niemieckie media piszą o Polsce?

Ostatnio ton się zmienił. Dotychczas dominowało rozczarowanie antyeuropejskim kursem władzy. Teraz, po masowych protestach Polaków przeciw ustawom sądowniczym, pojawia się też podziw. Nawet dziennikarze zajmujący się Polską nie przypuszczali, jak silny jest opór społeczny wobec niekonstytucyjnych działań partii rządzącej.

Jaki jest największy błąd opozycji?

To, że każdy gra na siebie, zamiast połączyć siły, że najważniejszy jest interes partyjny, a nie Polska. Widzę to zarówno wtedy, gdy patrzę na Nowoczesną, Razem, Platformę, jak i SLD. W każdym z tych ugrupowań jest wielu fajnych ludzi, którzy potrafiliby się dogadać, ale nie będą mogli o niczym decydować, bo ani Schetyna, ani Petru, ani Czarzasty się nie posuną. Może to kwestia psychologiczna, potrzeba zajmowania pozycji samca alfa. Tymczasem opozycja powinna się zjednoczyć.

Niektórzy mówią, że to niemożliwe, bo partie za bardzo się różnią.

Bzdury. To się dzieje w Niemczech gdzie chadecy z CDU i konserwa z CSU rządzą razem z socjaldemokratami z SPD, dzieje się w wielu innych państwach europejskich, nie wiem dlaczego nie miałoby być możliwe również w Polsce.

naTemat.pl

Kuzyn Kaczyńskiego dalej będzie wycinał Puszczę Białowieską

Kuzyn Kaczyńskiego, dyrektor Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski powiedział, że nie powstrzymają go kary finansowe ze strony Unii Europejskiej przed dalszą wycinką Puszczy Białowieskiej.

A co mi zrobicie? – mówi kuzyn Kaczyńskiego jak u Barei.

A zapłaci ze swoich czy z naszej kieszeni? Wiadomo.

 

Trzaskowski: Jeśli wrócimy do władzy, to nie będzie mowy, że Platforma będzie wyglądała jak kiedyś

Trzaskowski: Jeśli wrócimy do władzy, to nie będzie mowy, że Platforma będzie wyglądała jak kiedyś

– My idziemy w stronę, którą mówią tak: może ktoś przejść na emeryturę wcześniej, ale będzie miał wtedy tę emeryturę mniejszą, a może później. Decyzja będzie decyzją obywatela, ale my stworzymy takie zachęty, żeby bardzo opłacało się pozostawać na rynku pracy – mówił Rafał Trzaskowski w rozmowie z Konradem Piaseckim w „Piaskiem po oczach” TVN24. Jak dodał:

„Jeżeli wrócimy szybko do władzy, to nie będzie mowy, że Platforma będzie wyglądała tak, jak kiedyś. Musimy wyciągnąć wnioski z tego, co nam mówią ludzie. Ludzie mówią: my chcemy udziału we władzy”

 

PEK: Żałuję, że PAD nie zawetował ustawy u ustroju sądów powszechnych

– Mam wrażenie, że oni mylą reklamę, dobrą promocję z oczernianiem. Dzisiaj pokazują w jak najgorszym świetle polskich sędziów i jednocześnie nazywają to kampanią, obroną tych, którzy dzisiaj zostali pokrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości – mówiła Ewa Kopacz w rozmowie z Piotrem Marciniakiem w „Faktach po faktach” TVN24. Jak mówiła dalej:

„Myślę, że prezydent postawił bardzo twarde warunki w czasie rozmowy z prezesem Kaczyńskim. Jestem przekonana, że prezydent, który zawetował dwie ustawy, żałuję, że nie zawetował tej głównej ustawy o ustroju sądów powszechnych, ale prezydent który ma przed sobą możliwość przedstawienia tych projektów ustaw i to odmiennych od te, które prezentował, odcina się od swojej pierwotnej partii, od linii którą zaprezentowano, pokazuje determinację i mówi: nikt mi nie narzuci, co mam robić”

300polityka.pl

Jeszcze tylko media i PiS rządzi na całego

Jeszcze tylko media i PiS rządzi na całego

Pisowska „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media.

Minęły wakacje i nasi parlamentarzyści zameldowali się w Sejmie. Pełni werwy, energii i zapału do pracy, co źle nam wróży. Tak więc zaczęło się wielkie odliczanie i ani się obejrzymy, a politycy PiS„ugotują” wolne media, a wtedy… hulaj dusza…

W normalnym, demokratycznym państwie media nazywane są czwartą władzą. Ich siła, ich wpływ na kształtowanie społeczeństwa i polityki jest tak duży, że ustawia się je obok władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej. To właśnie media bacznie przyglądają się władzy i gdy tylko złapią ją na korupcji, nadużyciach czy oszustwie, natychmiast to rozgłaszają, co niejednokrotnie kończy się skandalem i dymisją.

W normalnym, demokratycznym państwie dziennikarze kierują się swoim kodeksem etycznym. Zgodnie z nim, powinni być rzetelni i bezstronni, odpowiedzialni za swoje publikacje, a na pierwszym miejscu stawiać dobro swoich odbiorców i dobro publiczne, przed interesem własnym, redaktora, wydawcy czy nadawcy. Powinni być szczególnie czuli na punkcie oddzielania informacji od interpretacji oraz opinii. Przekazywać je tak, by odbiorca mógł odróżnić fakty od przypuszczeń czy plotek, oparte na wiarygodnych i możliwie wielostronnych źródłach.

Informacje należy wyraźnie oddzielać od interpretacji i opinii. Ważne jest, by opinie, nawet gdy są stronnicze, nie zniekształcały faktów i były wynikiem jakichkolwiek nacisków z zewnątrz. Dziennikarz powinien okazywać szacunek osobom, bez względu na ich odmienność ideową, kulturową czy obyczajową, powinien unikać wulgaryzmów i określeń obscenicznych. Nie powinien angażować się w działalność polityczną i partyjną, w żadną taką działalność, która podważałaby jego wiarygodność i bezstronność. Tak wygląda praca dziennikarska w państwie demokratycznym, pamiętacie jeszcze te czasy?

Jest też jeszcze inne powiedzenie o mediach. „Kto ma media, ten ma władzę”. Ależ cuda można zrobić z narodem, gdy wprowadza się cenzurę, likwiduje wolne, niezależne od władzy media, a te publiczne pozostają pod ścisłą kontrolą i tylko na usługach tego, co to właśnie dorwał się do rządzenia. Wiecie, że takie właśnie podejście do mediów są jedną z podstawowych cech państw autorytarnych i totalitarnych? I już chyba rozumiecie, dlaczego przeraża mnie ta świetna forma polityków PiS-u, którzy zamierzają jesienią załatwić nasze media na amen. Może sobie Jarosław Kaczyński wmawiać nam i światu, że demokracja w Polsce ma się świetnie, ale my dobrze wiemy, do czego ten pan zmierza. Rozwalił już praktycznie wszystko, co się dało. Teraz „załatwi” media, potem internet i będziemy jak Białoruś czy Rosja, a nasza demokracja pozostanie tylko wspomnieniem.

Politycy PiS-u nie są wcale takimi geniuszami, jakby się wydawało. Literatura o perswazji i manipulacji ludźmi poprzez media jest bardzo bogata. Wystarczyło usiąść, poczytać i wprowadzić w życie. Ot i cała filozofia. Wielkiej inteligencji do tego nie trzeba. Tak więc politycy wykuli, co trzeba, na pamięć, biegiem przejęli media publiczne, wywalili, kogo się dało i zatrudnili „swoich”. I tak, już od prawie dwóch lat widzimy, jak pracownicy telewizji publicznej i mediów prawicowych (nie piszę o nich „dziennikarze”, bo nie zasługują na to miano) wykorzystują techniki manipulacji i perswazji, by ogłupić naród, na ile się da. Popatrzmy, do których najchętniej sięgają…

Kreowanie wroga i wskazywanie kozła ofiarnego to podstawa. Gdy naród się boi, nie zwraca uwagi na istotne problemy. Wpatrzony we władzę wzrokiem skopanego psiaczka oczekuje, że pomoże ona pokonać strach, zapewni bezpieczeństwo, utuli, ukocha i będzie dobrze.

Dzisiejsze „gwiazdy” mediów narodowych oddziaływanie na emocje mają opanowane do perfekcji. Jak łatwo budzić w widzach antypatię do tych, co nie pasują do pisowskiej rzeczywistości. Jak łatwo budzić współczucie i sympatię do skrzywdzonego człowieka, który jest taki, jak wyznawcy partii, która prowadzi naród do odzyskania honoru i godności. Dla dobra Ojczyzny, warto się poświęcić, byle tylko państwo pomogło nieszczęśnikom, pomogło powstać Polsce z kolan, a będzie nam za to dana dozgonna wdzięczność i… taka miła satysfakcja, że pomogliśmy wodzowi i jego kolesiom zwalczyć trudności, które zafundował nam wszystkim i każdemu z osobna poprzedni rząd.

Dezinformacja to nic innego, jak przesłanianie istotnej, choć niewygodnej dla władz, informacji kontrinformacją, która ciekawsza, bardziej „chwytna”, neutralizująca wpływ tej pierwszej. Można jeszcze określoną informację załatwić, wrzucając ją na sam koniec wiadomości, wspominając ją ot tak, mimochodem, dość lekceważąco, co sugeruje, że nie warto sobie nią zawracać głowy, bo ona nic nie znaczy i nie ma żadnego wpływu na fantastyczne funkcjonowanie państwa.

Odwołanie do aspektu narodowościowego też robi swoje. W końcu każdy marzy, by należeć do narodu bohaterów, tego jedynego, wybranego, któremu inne narody do pięt nie dorastają. Dorzucić do tego wątki nacjonalistyczne, wszelkie fobie i już mamy społeczeństwo, stojące przed rządzącymi na dwóch łapkach z wdzięczności wielkiej, bo docenione, zauważone i takie bardzo, bardzo ważne.

Dodajmy do tego takie narzędzia, z których podwładni PiS-u korzystają bez skrupułów, jak wprowadzanie w błąd, wzbudzanie sensacji, przemilczanie, ustawienie informacji w określonej kolejności, mieszanie wiadomości ważnych i nieważnych. Dodajmy do tego manipulację sondą publiczną bezpośrednią lub telefoniczną i już wszystko wiemy. Mamy do czynienia z klasyczną formą przejęcia mediów, które realizują autorytarne zapędy PiS-u i z demokracją nie mają nic wspólnego.

Zapowiadana przez PiS „dekoncentracja” i „repolonizacja” to nic innego, jak uderzenie w wolne media, które bazują na sporym kapitale zagranicznym. Każdy pretekst dobry, by odebrać nam, obywatelom, dostęp do informacji bardziej wiarygodnych, rzetelnych. Jeszcze załatwi nam PiS internet i będziemy jak w klatce, dusić się od agitacji i propagandy aż do mdłości, a władza będzie szczęśliwa przekonana, że przełkniemy każdą papkę, jaką nam podsunie, uwierzymy w nią i staniemy się tacy posłuszni, tacy oddani, tacy „pisowscy”. RATUNKU!!!!!!!

Tamara Olszewska

koduj24.pl

Macierewicz w domu latających sztyletów

Macierewicz w domu latających sztyletów

Nie tylko my mamy kłopot z Antonim Macierewiczem. Kłopot natury – że nazwę na okrętkę i zapytam – „czy jest on ci nasz?” Takie domniemania wynikają nie tylko z publikacji Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. „Od zawsze”, czyli od 1989 roku jest on „enfant terrible” naszej suwerenności. I zawsze jest gdzieś na horyzoncie. Jeżeli nie w głównym nurcie polityki – jak teraz – to na jej znaczących obrzeżach.

Macierewicz nie jest szczególnie inteligentny, stwarza swój obraz sardonicznie – tak trafnie psychologicznie zidentyfikował go Maciej Maleńczuk. Buduje bowiem swoją postać na zimno, co nie wyklucza, iż ma kłopoty natury tejże psychologii. Kłopoty nie z budowaniem wizerunku, ale kłopoty zakodowane w wizerunku, tj. genetyczne z mentalnością.

Im dłużej się go słucha, im dłużej identyfikuje jego poglądy, tym bardziej natrafia się na nierówności, nielogiczności, które w języku potocznym określane są, jako „nierówności pod sufitem”.

Macierewicza znam „od zawsze”. Najpierw była to lektura jego „Głosu”, którego miałem większość numerów z bezdebitu, a potem kilka razy z nim rozmawiając – zwłaszcza po nieudanej próbie lustracji, gdy rządził Jan Olszewski. W tamtym rozmowach, jak zresztą dzisiaj, Macierewicz sprawia wrażenie piskorza: wymyka się, ucieka, wyślizguje, jest nieprzyjemny w obcowaniu, jest… właśnie nieinteligentny. Nie ma się frajdy, że z kimś interesującym obcujesz, ale z kimś obcym, bardzo ograniczonym, z kimś, kto nie sprawia ci przyjemności, że jest.

I dlatego nie dziwię się, że Macierewicz promuje takich Misiewiczów, Kownackich, Dworczyków. To są ludzie, którzy w sferze publicznej nie powinni zaistnieć, są podrzędni. Nie najlepsze odczucia do Macierewicza mają osoby, które wraz z nim były w opozycyjnym KOR-ze. Był jakby zakamuflowany, zakonspirowany wśród swoich. Nie chcę nadużywać narracji odbrązowiania, ale Macierewicz nie pokazuje się w interesującym, mającym coś do powiedzenia towarzystwie, nie jest obecny w znaczących mediach. Jest obecnym w podrzędności mediów Rydzyka, z całym szacunkiem dla TV Trwam, ale nie jest to telewizja profesjonalna.

Dzisiaj osiągnięcia Macierewicza jako ministra są takie, że znamy je z zerwania kontraktów, z zapewnień zakupów uzbrojenia dla armii, które nie dochodzą do realizacji i z wypowiedzi, które mijają się z sensem, z logiką. Dlaczego jest ministrem? Czy stworzenie mitu smoleńskiego przeciętnego prezydenta jest usprawiedliwieniem dla kariery Macierewicza?

Tomasz Siemoniak – były minister obrony – używa bardzo dynamicznej metafory: – „Czuję się, jak w domu latających sztyletów” – tak nazywa bezpieczeństwo Polski, które ma zapewniać resort obrony. Macierewicz jest niebezpieczny i sytuacje, które stwarza są niebezpieczne. Tak wygląda nasze bezpieczeństwo jako państwa – Polska jest „domem latających sztyletów”. Czy daleko od niej do mniej dynamicznej, ale groźniejszej metafory: „hybrydowej wojny”?

W tej chwili Rosja Putina na Białorusi przeprowadza wielkie manewry Zapad 2017, które mają znaczenie militarne i polityczne. Jaka jest reakcje polskich władz? Jeden z zastępców Macierewicza wyraża obawy, aby wojska rosyjskie po manewrach nie zostały na stałe na Białorusi. Ależ wojska rosyjskie tam od dawna stacjonują.

Nie oskarżam Macierewicz na podstawie poszlak, ale mam wrażenie, że on przeprowadza od początku sprawowania urzędu ministra manewry Wostok 2015-2017, a jak będzie nadal ministrem, będzie to Wostok 2018 itd. I nie są to manewry mające na celu przećwiczenie obrony Polski, tj. bezpieczeństwa w domu latających sztyletów.

W czasie manewrów Zapad 2017 sekretarz obrony USA James Mattis nareszcie zaprosił Macierewicza do siebie. I wcale nie jest to wyróżnienie, jak „sardonicznie” z pewnością oświadczy Macierewicz. Polski minister obrony czekał dwa lata na to wyróżnienie, a będąc w USA nigdy nie dostąpił zaproszenia do Pentagonu – takiego afrontu nie doświadczali wcześniejsi ministrowie. Wspomniany Tomasz Siemoniak za każdym pobytem w USA spotykał się z sekretarzem obrony USA, w kraju zaś o tym nie trąbiono, bo to było oczywiste.

Amerykanie mają wiedzę – i możliwe, że lepszą od nas – kto to zacz ten Macierewicz, niezależnie od tego, co o nim sadzą, muszą się wreszcie spotkać z naszym szefem resortu obrony, bo dzisiaj Polska leży w centrum wschodniej flanki NATO. Amerykanie dwa lata zwlekali z kłopotliwym Macierewiczem, aby spotkać się z nim w swoim pieleszach, które z pewnością nie są domem latających sztyletów.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Bankrutuje następny SKOK

Bankrutuje następny SKOK

Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła działalność Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej „Wybrzeże” w Gdańsku. Wystąpiła też do sądu z wnioskiem o ogłoszenie upadłości tej spółdzielczej kasy.

Jak poinformowała w komunikacie KNF, decyzja o zawieszeniu działalności SKOK „Wybrzeże” podjęta została jednomyślnie i związana jest z „głęboką niewypłacalnością” tej kasy. W związku z tą decyzją placówki SKOK „Wybrzeże” zostały zamknięte.

SKOK „Wybrzeże” to dziewiąta pod względem wielkości aktywów kasa spółdzielcza. Zebrała ponad 151 mln zł depozytów, należy do niej 17,7 tysiąca członków. Jeszcze kilka dni temu klientów zapewniano, że żadnych problemów nie ma, tymczasem kłopoty z wypłacalnością trwają od wielu lat. W kasie już od połowy 2016 r. na polecenie KNF działał zarządca komisaryczny.

W ciągu ostatnich trzech lat upadło już jedenaście SKOK-ów. Utracone pieniądze klientom musiał zwracać Bankowy Fundusz Gwarancyjny, na który składają się wszystkie banki i ich klienci. – „Środki gwarantowane we wszystkich kasach, w których BFG dokonuje wypłat, od 2014 roku, wyniosły 4 mld 200 mln złotych” – powiedział Tomasz Obal z BFG. Członkowie kasy „Wybrzeże” mogą zgłosić się do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego z wnioskiem o wypłatę środków do wysokości 100 tys. euro (na jednego klienta).

To oznacza, że znowu zapłacimy za roztoczony nad SKOK-ami parasol ochronny przez PiS. Przez lata PiS robił wszystko, żeby SKOK-i nie trafiły pod nadzór KNF-u. Nie chciały być traktowane i kontrolowane jak banki. Opozycja chce, by w tej sprawie powołano komisję śledczą. – „Finansuje się z tego jakieś media prawicowe. Są tam niejasne sprawy. My dopłacamy, ludzie tracą, a ktoś ciągle doi ten system” – powiedział Marcin Święcicki z PO.

koduj24.pl

U Prezesa za piecem. Mariusz Błaszczak i zapomniana śmieszność zła

Stanisław Skarżyński, 15 września 2017

Mariusz Błaszczak, prototyp Bartłomieja Misiewicza.

Mariusz Błaszczak, prototyp Bartłomieja Misiewicza. (Ilustracja: Adam Banaszek)

Wyraźnie odbija się na tle innych członków rządu Beaty Szydło. Zagadka postaci Mariusza Błaszczaka leży w tym, że choć jest w samym rdzeniu PiS, to jednocześnie do PiS nie pasuje. Nie da się powiedzieć, jaka jest jego motywacja, żeby brać w tym cyrku udział i ryzykować, że się skończy na wiele lat w więzieniu, bo bez trudu można go sobie wyobrazić w różnych innych, społecznie użytecznych rolach: lubianego przez uczniów historyka w liceum, chwalonego przez przełożonych i podwładnych urzędnika albo menedżera w jakiejś firmie.

Magazyn „Osiem Dziewięć”. Dołącz do nas na FacebookuTwitterze,Instagramie.

Mógłby być sprzedawcą, naukowcem, księdzem, fryzjerem, rzemieślnikiem albo przedsiębiorcą. Mógłby prowadzić teleturniej albo w żółtym kasku kontrolować, czy beton na budowie ma odpowiednią gęstość. Mógłby robić cokolwiek. A jednak jest częścią ścisłego centrum politycznego Prawa i Sprawiedliwości.

Błaszczak dzieli z PiS wszystko i nic. Na polecenie Prezesa jest gotów krzywdzić ludzi i dewastować instytucje państwa, ale nie robi tego z potrzeby potwierdzenia siebie przez szerzenie zniszczenia, która napędza Jana Szyszkę czy Antoniego Macierewicza. Ze Zbigniewem Ziobrą dzieli absolutną pogardę dla prawa, ale w odróżnieniu od ministra sprawiedliwości nie ma w sobie motywacji płynącej ze zranionych ambicji bardzo kiepskiego specjalisty, który za wszelką cenę chce udowodnić kolegom, że to jego będzie koniec końców na wierzchu.

Z Witoldem Waszczykowskim łączy go talent do mówienia strasznych głupstw, ale w przeciwieństwie do ministra spraw zagranicznych nie udaje wizjonera, który może pozwolić sobie na ekstrawagancję. Wręcz przeciwnie – brak polotu jest jego znakiem rozpoznawczym. Serial „Ucho Prezesa”, w którym bezlitośnie się z niego drwi, komentuje tak: „Poprzestanę na tym, że było to zabawne”.

Jako minister robi rzeczy potworne. Jego projekt „dezubekizacji” wpędza w nędzę ludzi, którzy nie mieli nic wspólnego z komunistycznym totalitaryzmem. Świadczy to o tym, że jest gotów zrobić właściwie każde świństwo, choć robi to bez żadnego wewnętrznego napięcia, w odróżnieniu choćby od Jarosława Gowina, który od lat już publicznie cierpi katusze, samemu sobie wyrywając kręgosłup, by odsunąć od siebie nieuchronną polityczną śmierć.

Dla ofiar wychodzi na to samo, ale Błaszczak wydaje się naprawdę sobie wierzyć, gdy opowiada, że „ustawa dezubekizacyjna dotyczy tych, którzy byli w SB albo w UB, a nie dotyczy powstańców warszawskich”. Nie reaguje, kiedy Rzecznik Praw Obywatelskich upublicznia list człowieka, którego zbrodnią było leczenie w szpitalu MSW: „Mam 95 lat i jestem jednym z ostatnich powstańców warszawskich. Pod koniec życia za przelaną krew dla Polski, za pracę zawodową i społeczną zostałem nagrodzony dezubekizacją. Czuję się tak, jakbym został spoliczkowany”.

Ten brak empatii odróżnia go choćby od Mariusza Kamińskiego, któremu głęboka wiara w służbę państwu pozwala niszczyć ludzi i państwo, ale który w przeciwieństwie do Błaszczaka reaguje na informacje o wyrządzanych przez siebie krzywdach.

Nie można uznać go za produkt niespełnionej potrzeby sławy właściwej prawie wybitnym specjalistom, jak to jest w przypadku Piotra Glińskiego oraz Konstantego Radziwiłła, bo nie jest specjalistą w żadnej dziedzinie. Lubi popisywać się swoją mierną wiedzą historyczną – kopiec Józefa Piłsudskiego nazwał ostatnio kopcem Czynu Niepodległościowego, bo pomylił mu się z Muzeum Czynu Niepodległościowego w Krakowie.

Nie kombinuje na krótką metę, jak to robił Adam Hofman, ale to również nie ten typ co Andrzej Duda, który grzecznie robił, co mu kazano, po cichu szukając drogi do samodzielnej pozycji. Błaszczakowi u prezesa jest dobrze i nic nie wskazuje na to, żeby miał jakiekolwiek własne ambicje.

Zapewne dzięki temu ominęły go wszystkie fale czystek w partii – jedyną osobą, wobec której jest lojalny, jest Jarosław Kaczyński. Nie wychodzi do pierwszego szeregu, nie buduje frakcji w partii, nie pcha się do odpowiedzialności za kampanie wyborcze. Stoi obok prezesa i dobrze na tym wychodzi – w przeciwieństwie do takich polityków jak Michał Kamiński, Elżbieta Jakubiak czy Paweł Poncyliusz, których wyrzucono nieodwołalnie, lub takich jak Tadeusz Cymański i Jacek Kurski, którzy nadal idą za Kaczyńskim, ale już na kolanach i tyłem.

Timothy Snyder: Patrz w telewizor, bój się i módl. O to chodzi prawicy [wywiad]

Timothy SnyderTimothy Snyder Karolina Skrzyniarz

Myśli partia, mówi Jarosław

Wykształceniu, doświadczeniu, umiejętnościom i talentom nie zawdzięcza nic, bo w życiu tego szczupłego, kulturalnego, niespełna pięćdziesięcioletniego magistra historii była tylko jedna ważna decyzja: o wstąpieniu do Porozumienia Centrum. Zapoczątkowała karierę, która doprowadziła go do tytułu „Domofonu Prezesa”.

Po studiach pracuje jako urzędnik w podwarszawskim Legionowie, jest rzecznikiem prezydenta miasta. Kamera tamtejszej telewizji uchwyciła, jak tłumaczy mieszkańcom, że „realizacja tych skrzyżowań będzie możliwa dopiero po wyborach”. Nosi wąsy i okulary, ale postawę, wyraz twarzy i intonację głosu ma identyczne jak dzisiaj. TV Legionowo zarejestrowała nawet charakterystyczny moment, gdy chce się roześmiać, ale po zerknięciu w stronę kamery momentalnie opanowuje mimikę. Brak naturalności przed kamerą został mu na zawsze.

W 2002 roku próbuje zostać prezydentem Legionowa. Dostaje 11 proc. głosów. To dla niego dobra wiadomość, bo może się przenieść do Warszawy, pod skrzydła braci Kaczyńskich. Lech właśnie został prezydentem Warszawy, Jarosław już oficjalnie – przyklepie to 18 stycznia 2003 roku kongres założycielski – przejmuje od brata stery założonego w 2001 roku Prawa i Sprawiedliwości, do którego Błaszczak oczywiście natychmiast się zapisał. W Warszawie prezydenta Kaczyńskiego zostaje zastępcą burmistrza dzielnicy Wola, a potem burmistrzem Śródmieścia.

W wyborach w 2005 roku kandyduje z list PiS do Sejmu. Zdobywa w Warszawie niespełna 2 tys. głosów. Wyprzedza go nawet Artur Górski, który, startując z 20. miejsca na liście, dostaje ich niespełna 3 tys. i wchodzi do Sejmu.

Kaczyńscy jednak nie zapominają. Błaszczak zostaje szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, jego rolą jest pilnowanie Kazimierza Marcinkiewicza. W 2007 roku, gdy premierem jest już Kaczyński, dostaje jeszcze tytuł ministra – bez teki, ale zawsze.

W 2007 roku startuje już z drugiego miejsca w tzw. obwarzanku – okręgu utworzonym z powiatów otaczających Warszawę. PiS traci władzę, ale Błaszczak zostaje posłem. Dostaje 10 tys. głosów – przed nim jest Ludwik Dorn, który przekroczył 80 tys.

Trzy lata poprzedzające katastrofę smoleńską to dla niego trudny czas. Jest zaledwie zastępcą przewodniczącego mało prestiżowej komisji ds. kontroli państwowej oraz szeregowym członkiem komisji administracji i spraw wewnętrznych. Do lutego 2010 roku wypowiada się z mównicy sejmowej 31 razy, nie ma wśród tych wystąpień ani jednego, które można nazwać choć średnio istotnym. O niskim znaczeniu w partii i w Sejmie świadczy choćby to, że w żadnej wersji nie wymieniano go jako kandydata na pasażera tragicznego lotu do Smoleńska.

10 kwietnia 2010 roku to kamień milowy jego kariery. Katastrofa prezydenckiego samolotu zabiera kilkudziesięciu prominentnych polityków PiS, więc Błaszczak przechodzi do pierwszego szeregu – zostaje szefem Klubu Parlamentarnego PiS.

To on z mównicy formalnie zgłosił kandydaturę Marka Kuchcińskiego na wicemarszałka Sejmu. Zrobił to w swoim języku: „10 kwietnia tego roku, w katastrofie określanej przez Zgromadzenie Narodowe jako największa tragedia po II wojnie światowej, zginął nasz kolega, przyjaciel, człowiek powszechnie lubiany i szanowany, świętej pamięci Krzysztof Putra. Bardzo brakuje nam Krzysztofa, ale życie toczy się dalej. W związku z tym chcielibyśmy przedstawić kandydaturę na stanowisko wicemarszałka Sejmu pana Marka Kuchcińskiego”.

Szef klubu zasiada wtedy obok Jarosława Kaczyńskiego w pierwszym rzędzie ław sejmowych. W 2015 roku dostaje „jedynkę” w okręgu podwarszawskim, zdobywa 75 tys. głosów i zostaje ministrem spraw wewnętrznych i administracji.

Adama Bodnara „krucjata w myśl marksizmu kulturowego”. Za bełkotem Winnickiego kryje się prawdziwe niebezpieczeństwo odwołania RPO

Natchniony mistrz banału

Jest miły, kulturalny, grzeczny, zawsze przyzwoicie ubrany, ale nigdy wymuskany albo ekstrawagancki. I na dobrych manierach się nie kończy, bo towarzyszą im u Błaszczaka duże umiejętności interpersonalne oraz zdolność do oddzielania polityki od relacji międzyludzkich: gdy w lutym 2011 roku w teatralnym geście protestu opuszczał program „Siódmy dzień tygodnia” Moniki Olejnik, przed wyjściem zapewnił mnie (byłem wówczas wydawcą tego programu), że to nie jest przejaw jego osobistej niechęci do nas.

Gdy później zdarzało mi się czasem do niego dzwonić, by łaskawie pozwolił temu lub innemu politykowi PiS otworzyć usta, zawsze pamiętał o tym, żeby poprosić o przekazanie pozdrowień dla pani redaktor. I nie było w tym ani ironii, ani fałszu, ani prawdziwej troski o dobro innego człowieka.

Ma niezwykły talent do mówienia. Zdumiewająca jest jego zdolność do wyrzucania z siebie słów i zdań – bez przerwy, bez zająknienia, na dowolny temat. Zawsze zgodnie z linią partii, bez najmniejszego śladu własnej refleksji. Łączy ze sobą rzeczy nie do połączenia i nigdy nie gryzie się w język, choć bardzo często powinien, i to nie ze względu na to, że sprawia wówczas wrażenie człowieka mało inteligentnego, ale ze względu na polityczne konsekwencje wrzucania do jednego worka różnych fragmentów partyjnych „przekazów dnia”.

„Jakie wnioski zostały wyciągnięte po zamachach terrorystycznych w Paryżu? Zorganizowano marsze, malowano kwiatki na chodnikach. W różne kolory, kredkami w kolorach całej tęczy. Dla mnie jest to nawiązanie do LGBT, bardzo wyraźne” – to jeden z jego popisów oratorskich.

Pełen skupienia i powagi wyraz twarzy powoduje, że brzmi komicznie, ale w rzeczywistości jego wypowiedzi są banalnie puste, bo składają się z okrągłych strzępków, które przestawia w szyku zdania.

Nie zna już słowa „opozycja” – jest tylko „totalna opozycja”. Nie umie powiedzieć „terrorysta” – zawsze mówi „islamski terrorysta”. Nie powie „idea praw człowieka” –  zamienił to na nieodmienną „ideologię gender i multi-kulti”.

Brnie przez świat myśli na skróty: „Wydawałoby się, że to jest solidne drzewo, a złamane niczym zapałka”. „Mam głębokie przekonanie, że Donald Trump to prezydent na miarę, dziś nieżyjącego, Ronalda Reagana”. „Obywatele RP to rodzaj bojówki totalnej opozycji”. „W relokacji uchodźców chodzi o pewną inżynierię społeczną. W XX wieku inżynierie społeczne prowadziły do totalitaryzmów”. „System relokacji uchodźców to mechanizm, który skłania miliony ludzi do tego, żeby napływały do Europy”. „Przypomnę, że Polska jest krajem otwartym. Jesteśmy gościnni”.
Choć nic ani nikt nie jest w stanie wbić mu do głowy różnicy między uchodźstwem a migracją ekonomiczną, Błaszczak bez żadnych wątpliwości nie jest głupcem. Od ponad 20 lat robi swoje, wyrabiając się na różnych politycznych zakrętach, i przez cały ten czas nie zrobił nic, o co Prezes mógłby mieć pretensje – ani z własnej winy, ani z inspiracji płynącej z zewnątrz lub z wewnątrz partii. Choć nie wiadomo, czy ktoś w ogóle próbował, to na pewno nikomu nie udało się jeszcze zastawić na niego skutecznej zasadzki.

Cały ten skomplikowany portret do jednego zdania udało się skrócić Mikołajowi Cieślakowi, który gra Błaszczaka w „Uchu Prezesa”. W rozmowie z Angeliką Swobodą powiedział: „Jestem zafascynowany panem Mariuszem. Chciałbym być takim ogarniętym prymusem jak on, w takim sensie, że wszystko jest proste”.

I to zdanie poddaje pewien trop, choć więcej z jego eksploracji płynie wiedzy o stanie naszego myślenia niż prawdy o Mariuszu Błaszczaku. W związku z tym muszę poprosić czytelnika o przebrnięcie przez krótką dygresję metodologiczną, bo wprowadza ona drugą, równoległą historię – o nieco zepchniętej na margines, a ważnej wiedzy o relacji komizmu i zła.

„Kochanie” jest nielogiczne. Powinno być „kochatak”. Obcokrajowcy uczą się polskiego na Uniwersytecie Warszawskim

W Polonicum języka polskiego uczyło się w sierpniu 187 obcokrajowców z całego świataW Polonicum języka polskiego uczyło się w sierpniu 187 obcokrajowców z całego świata Ilustracja: Lidia Sapińska

Nowe wcielenia starych książek

Ta druga historia swój początek wzięła od felietonu popełnionego przeze mnie, gdy wycięto „Jądro ciemności” z listy lektur uzupełniających. Napisałem wówczas, że PiS wykreśla książkę, „od której policzki im płoną ze wstydu” i nieźle za to oberwałem, bo w ocenie niektórych porównałem PiS do sprawców ludobójstwa w Kongu w czasach, gdy kraj ten był belgijską kolonią pod władzą króla Leopolda.

Nie odbierając tym krytykom prawa do ich indywidualnego odbioru tekstu, chciałbym zauważyć, że w tej krytyce odbija się niechęć do opowiadania świata w jego złożoności. Jako współzałożyciel sprawdzającego prawdziwość wypowiedzi polityków portalu OKO.press również uległem tej fascynacji faktami, stałem się na czas jakiś bezkrytycznym wyznawcą kultu informacji odartej z interpretacji, marzyłem o dostępie do możliwie szerokich strumieni danych i chciałem, by praca dziennikarska była laboratoryjnie czysta: fakty mówią przecież same za siebie, a ich odbiorca kąpie się w krystalicznie czystym strumieniu prawdziwych, rzetelnych, sprawdzonych i wiarygodnych informacji.

Rozumiem również źródła tej potrzeby. Rozumny człowiek nie chce być zakładnikiem swojej wygodnej narracji; sięga po ulubioną gazetę właśnie po to, by przynajmniej postawiła przed nim wyzwanie, a najlepiej połamała, pogruchotała w drzazgi jego utarty sposób widzenia świata. Przeczucie, które stoi za tą potrzebą, Timothy Snyder nazwał w rozmowie z Heleną Chmielewską-Szlajfer: „W polityce nie ma wielkich narracji, nie ma wielkich prawd. Istnieje niekończący się zbiór małych prawd”.

Problem w tym, że wielką narracją jest również ta, która odrzuca interpretację i jest niechętna niedoskonałym porównaniom, a fascynuje się faktami, danymi i surową informacją. Ulegając tej wielkiej narracji, rzeczywiście łatwo powiedzieć, że pisząc o książce Conrada, tylko potępiałem PiS w czambuł. Mnie tymczasem chodzi o to, że stare książki często mają swoje nowe wcielenia i to są również te małe prawdy składające się na to, co Snyder nazwał „prawdą ułożoną z faktów”.

W „Jądrze ciemności” odbija się obecny w polityce PiS sposób myślenia o człowieku jako posiadaczu świata, którego przyrodzonym prawem jest eksploatowanie otoczenia do granic możliwości. Choć w Kongu to było ludobójstwo, a w Polsce zaledwie praktyka wydawania kolejnych pozwoleń na strzelanie do zwierząt i upór w wycinaniu Puszczy Białowieskiej, to mała prawda jest taka, że w PiS rzeczywiście lektura „Jądra ciemności” powinna powodować poczucie płonącego wstydu.

PiS nie ma nic wspólnego z NSDAP, ale Mariusz Błaszczak odbija się w książce „Eichmann w Jerozolimie” Hanny Arendt. Łączy ich właśnie pewna mała prawda – ta o banalności zła.

„Safari” Ulricha Seidla. Człowiek, bestia nie do zatrzymania

Komizm koszmaru

Siłą książki Hanny Arendt jest właśnie to przełamanie wielkiej narracji – dostrzeżenie w wielkim zbrodniarzu zupełnie żadnego człowieka, które pozwoliło pogodzić w jednym ciele błazeństwo i potworność oraz zupełne oderwanie od rzeczywistości ze sprawstwem najprawdziwszego ludobójstwa.

Arendt udało się wyjąć Eichmanna z roli, w której został obsadzony w teatrze procesu opowiadającego historię o wielkim sądzie nad wielkim mordercą. Zamiast niej zaproponowała opowieść o człowieku, który nie widzi rzeczywistości i porusza się po omacku, według prostacko wyobrażonego oczekiwania partnerów interakcji, do którego w rzeczywistości nie ma żadnego dostępu.

To Arendt punktuje bezlitośnie, gdy opisuje, jak Eichmann podczas przesłuchań „nie zawahał się przed wyjaśnieniem w szczegółach, dlaczego nie zdołał uzyskać w SS wyższego stopnia: nie była to jego wina. Zrobił wszystko, co można było zrobić, poprosił nawet o przeniesienie do czynnej służby wojskowej”, by podczas procesu ogłosić rzecz dokładnie przeciwną: „że mianowicie poprosił rzekomo o przeniesienie dlatego, że pragnął uniknąć swoich obowiązków mordercy. Jednakże nie upierał się bardzo przy tym twierdzeniu”.

Czytając „Eichmanna w Jerozolimie” i słuchając wywodów ministra Błaszczaka, doświadcza się tego samego poczucia jednoczesnej ekspozycji na śmieszność słów i gestów oraz potworność czynów i ich skutków.

Arendt pokazała, że współistnienie tych elementów nie tylko nie jest sprzeczne – „rzeczy straszne mogą być nie tylko zabawne, lecz wręcz komiczne” – ale wręcz stanowi o istocie zła, przed którą człowiek broni się, nieodmiennie uwznioślając zło do rangi wielkiego projektu – a to pod postacią zbrodniczego planu, a to przebiegłego „czarnego charakteru”.

Propozycją Arendt jest rezygnacja z tego mechanizmu i pozwolenie złu, by było tym, czym w swojej banalności jest: skutkiem bezmyślności. Ona sama drwi z Eichmanna do jego ostatnich chwil: „»Nie trzeba« – oświadczył w chwili, gdy chciano mu założyć czarny kaptur na głowę. Zachował całkowite panowanie nad sobą, ba, więcej – był całkowicie sobą. Nic nie dowodzi tego lepiej niż groteskowa głupota ostatnich słów, jakie wypowiedział”.

Jej książka utkana jest z tego, co Snyder nazwał małymi prawdami, ale płynie z niej również wniosek, że sztywne trzymanie się faktów i danych nie jest żadnym lekarstwem na wielką narrację – gdy ona drwiła z Eichmanna, państwo Izrael świętowało stracenie wielkiego zbrodniarza, przez co podnosiło go do rangi, na którą nie zasługiwał. Eichmann zresztą skwapliwie korzystał z możliwości ogrzania się w blasku sądowej sławy, dziękując sądowi za najdłuższy proces wśród zbrodniarzy hitlerowskich Niemiec.

Białe skarpety do garnituru. Instrukcja obsługi lat 90. [wywiad]

Białe skarpetki noszone do garnituru były symbolem statusu we wczesnych latach 90.Białe skarpetki noszone do garnituru były symbolem statusu we wczesnych latach 90. Ilustracja Ilona Błaut

Misiewicz Prezesa

Potęga myśli Hanny Arendt została już dowiedziona w Polsce przez historię Bartłomieja Misiewicza. To jedyny człowiek w czasach PiS, w przypadku którego śmieszności w żaden sposób nie udało się oderwać od zła.

Bo Misiewicza kariery politycznej nie zakończyły czynione przez niego rzeczywiste szkody – o wiele większe świństwa uchodzą politykom PiS płazem – ale właśnie to, że był jednocześnie kpiną i złem. Śmiech i wściekłość budziła praktyka zmuszania oficerów i żołnierzy Wojska Polskiego do salutowania faworytowi ministra, upokorzenia weteranów i innych osób zasłużonych pracą na rzecz bezpieczeństwa kraju nadaniem mu złotego medalu za zasługi dla obronności oraz łamanie prawa przez mianowanie go do rad nadzorczych bez wymaganego wykształcenia oraz złożenia państwowego egzaminu.

Choć Błaszczak bije Misiewicza na głowę we wszystkich tych kategoriach, będąc największym, w zasadzie niemożliwym do pokonania osiągnięciem partii Kaczyńskiego w dziedzinie karierowiczostwa, to mimo licznych absurdalnych wypowiedzi i decyzji jakoś udaje mu się unikać śmieszności. O przewadze Błaszczaka nad Misiewiczem niech świadczy to, że były szef gabinetu politycznego MON swój medal za zasługi dla obronności kraju zawdzięczał Antoniemu Macierewiczowi, a Błaszczak sam siebie 30 maja 2017 odznaczył złotym medalem za „długoletnią ofiarną służbę, pracę zawodową lub działalność społeczną na rzecz ochrony przeciwpożarowej” – tylko po to, by następnego dnia podjąć decyzję o pozbawieniu się tego odznaczenia.

Jest autorem wielu decyzji, które składają się na portret tego, co Arendt nazwała komizmem potworności – gdy ze zmarszczonym czołem opowiada dyrdymały o gender, multi-kulti i uchodźcach, jego resort i podległe służby kwitną skandalami: za jego czasów na komisariacie ginie Igor Stachowiak, z Krakowskiego Przedmieścia porywa się kontrdemonstrantów, za przeciwnikami politycznymi PiS chodzą policyjni wywiadowcy. Straż Graniczna łamie prawo międzynarodowe, nie pozwalając uchodźcom z Czeczenii złożyć wniosku azylowego. Błaszczak powołał na komendanta krajowego policji człowieka, który po dwóch miesiącach podał się do dymisji z powodu powracających pytań o pojawianie się jego nazwiska w postępowaniach prokuratorskich. Jego następcy szukał dwa miesiące.

Nieodmiennie towarzyszy temu właśnie banał: podczas mszy w Toruniu na „bilion dolarów amerykańskich” oszacował roszczenia Polski wobec Niemiec za zniszczenia podczas wojny światowej. I podkreślił: „dolarów amerykańskich”

Ostatnio rozpoczął nowy cykl praktycznej satyry – projektowanie wzoru paszportu upamiętniającego setną rocznicę odzyskania niepodległości. „To paszport nowoczesny, jeżeli chodzi o formę zabezpieczenia, paszport upamiętniający stulecie odzyskania niepodległości po 123 latach zaborów” – kolejny przykład jego mowy okrągłych frazesów.

Wcześniej Litwa i Ukraina ostro oprotestowały umieszczenie w projekcie paszportu wizerunków Ostrej Bramy w Wilnie oraz lwowskiego cmentarza Orląt, które znajdują się na ich terytoriach. Kto jak kto, ale minister spraw wewnętrznych mógł wymyślić, że skoro nie chciałby, aby Gdańsk lub Wrocław znalazły się w niemieckich paszportach, to „takie zamiary są niezgodne z przyjaznymi relacjami sąsiedzkimi”. Niestety – cytat pochodzi z komunikatu litewskiego ministra spraw zagranicznych.

Patrząc na tę niepełną kolekcję niemądrych decyzji i jeszcze mniej mądrych słów, trudno uwierzyć, że do ministra spraw wewnętrznych nie przykleiła się jeszcze łatka „Misiewicza Prezesa”. Może dlatego, że to Mariusz Błaszczak jest prototypem Bartłomieja Misiewicza.

***
Stanisław Skarżyński (1984) – socjolog, dziennikarz. W latach 2010-16 wydawca programów Moniki Olejnik w Radiu ZET, współzałożyciel portalu OKO.press. Od czerwca 2017 roku redaktor prowadzący serwis „Osiem Dziewięć” w „Gazecie Wyborczej”.

wyborcza.pl

STAN GRY: Hajdarowicz o Fratrii, Bober o kulisach skandalu z książką Wałęsy, Fakt: Schetyna się boi demokracji

— GRZEGORZ HAJDAROWICZ O FRATRII – mówi w wywiadzie RZ po publikacji Sieci: “Może też czas przypatrzyć się finansowym powiązaniom Fratrii i jej udziałowców. To wielka i ciekawa historia”. http://www.rp.pl/Kraj/309149871-Grzegorz-Hajdarowicz-Nie-ulegam-szantazom.html

— ANDRZEJ BOBER O TYM JAK IZABELA CYWIŃSKA SKOMENTOWAŁA JEGO I ŁAZAREWICZA KSIĄŻKĘ O WAŁĘSIE – mówi Magdalenie Rigamonti na dziennik.pl: “ Dałem tę książkę do przeczytania Izie Cywińskiej. Przeczytała kawałek, od razu zadzwoniła, że świetne, że super, a ja na to, żeby doszła do ostatniej strony. Nie odzywała się z tydzień. Zadzwoniłem, a ona, że nikt takiej krzywdy do tej pory Wałęsie nie zrobił, jak zrobi wasza książka. Pokazujecie, jak traktował ludzi”.

— BOBER OPOWIADA O DZIECIACH WAŁĘSY: “A.B.: Jednego dnia rozmawialiśmy z nim tylko o jego relacjach rodzinnych, o żonie, dzieciach. Z tego wyłonił się smutny obraz człowieka, który ma liczną rodzinę, ale tak naprawdę jest sam ze sobą. „Każde z moich dzieci jest jedynakiem” – powiedział nam. Po tej rozmowie zadzwoniłem do Ani Domińskiej, córki Wałęsy. I mówię: pani Aniu, jestem pod wrażeniem rozmowy z pani ojcem, bardzo ciepło mówi o was, o tym, że was stracił na skutek tego, że się poświęcił. Mam prośbę, była was ósemka, jest teraz siódemka, czy mogłaby pani poprosić rodzeństwo, by każdy choć na pół strony napisał o tym, kim dla niego jest ojciec. Zgodziła się. Z tydzień nie dzwoniła. Po czym się okazało, że tylko ona i Jarek Wałęsa się na to zgodzili. Proszę sobie wyobrazić, jak daleko te dzieci odskoczyły od ojca, a ojciec od tych dzieci. To jest dla mnie sprawa na olbrzymie story…”

— ŁAZAREWICZ CYTUJE FRAGMENT KSIĄŻKI, PRZEZ KTÓRY AGORA ODWOŁAŁA SPOTKANIE Z WAŁĘSĄ W SWOIM BUDYNKU: “Dalej czytam: Uderzyliśmy w Oleksego, żeby on sypnął Kwaśniewskiego. Oleksy w pierwszym momencie potwierdził tę naszą wiedzę. Gdy mu powiedzieliśmy o tej rosyjskiej agenturze w Polsce, powiedział: ja na tej liście to jestem daleko. Przede mną są lepsi. – To powiedział? – Tak właśnie powiedział, a potem się wycofał i zostaliśmy na lodzie. – Gdzie on to powiedział? – Na posiedzeniu rządu. – Byliście pewni, że Kwaśniewski był na pasku Rosjan? A skąd ta pewność? – Były na niego papiery od naszego Urzędu Ochrony Państwa. No i Oleksy potwierdził, że są lepsi. On kiedyś wprost powiedział, że chodzi o Kwaśniewskiego…” http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/558250,lech-walesa-lazarewicz-bober-ksiazka-kwasniewski-rosja-wywiad-rigamonti-razy-2.html

— UŚMIECHNIĘTA PARA PREZYDENCKA NA PUDELKU: http://www.pudelek.pl/artykul/117027/usmiechniety_andrzej_duda_i_wiosenna_pierwsza_dama_zwiedzaja_malte_zdjecia_s/foto_1?statid=null

— SCHETYNA SIĘ BOI DEMOKRCJI – Agnieszka Burzyńska w Fakcie: “Według nowego statutu PO wszystkie władze, na wszystkich szczeblach powinny być wybierane w wyborach powszechnych. Tyle tylko, że nie chcą tego baronowie trzęsący regionami. Oni woleliby zostać przez delegatów czyli powrócić do zapisów starego statutu. – Wybory powszechne niosą ryzyko. Nad delegatami łatwo zapanować. Nad wszystkimi członkami już nie. A nuż taki Trzaskowski na Mazowszu pokona Halickiego – ironizuje poseł PO”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/schetyna-boi-sie-wyborow-w-po/8rpcq14

— ELEKTORAT NIE WYBACZY KACZYŃSKIEGO LEPKICH RĄK LUDZI DOBREJ ZMIANY – Michał Szułdrzyński w RZ: “Gra w tej chwili toczy się bowiem o to, czy wyborcy PiS uznają, że to kolejna wpadka, generalnie uczciwej partii rządzącej, którą każe rozliczyć dobry car Jarosław Kaczyński, czy też uznają, że trochę za dużo tych przypadków. I że dymisja ministra Skarbu Państwa, kariera Misiewicza czy afera billboardowa to nie zdarzenia marginalne, lecz esencja rządów PiS, które w dużej części opierają się na czystkach kadrowych i zastępowaniu „ich” ludzi „swoimi”. I to właśnie dla PiS jest największe ryzyko, bo tylko przekonanie wyborców prawicy o tym, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest systemowo nieuczciwa i utraciła moralną legitymację do tego, by uważać się za lepszą, może zagrozić jej poparciu”. http://www.rp.pl/Polityka/309149877-Elektorat-nie-wybaczy-Kaczynskiemu-lepkich-rak-ludzi-dobrej-zmiany.html?template=restricted

— PIS WPROWADZI JEDNAKOWE EMERYTURY – jedynka GW: “Zwolennikiem emerytur obywatelskich jest wicepremier Mateusz Morawiecki. „Można sobie wyobrazić, że za 5, 10, 15 lat zdecydujemy się na system obywatelski z zachowaniem komponentu solidarnościowego” – mówił pod koniec 2016 r. Ma wsparcie drugiego wicepremiera – Jarosława Gowina. – Obecny system jest dysfunkcjonalny. Mam trójkę dzieci i żadne z nich nie wierzy w to, że kiedyś będzie dostawało emeryturę z ZUS – powtarzał Gowin. I podawał rozwiązanie: emerytury obywatelskie”. http://wyborcza.pl/7,155287,22374941,system-emerytalny-bankrutuje-pis-przygotowuje-nas-do-wprowadzenia.html

— CZY PREZYDENT NAPRAWDĘ WYCHODZI Z PRZEDPOKOJU? – Monika Olejnik w GW: “To miłe, że prezydent przyjmuje opozycję. Ale czy naprawdę wyszedł z przedpokoju, będzie wiadomo, gdy zwoła Radę Bezpieczeństwa Narodowego. Na spotkaniu u niego prosił o to Grzegorz Schetyna: chodzi o sprawę Antoniego Macierewicza opisaną w głośnej książce przez Tomasza Piątka”. http://wyborcza.pl/7,75968,22375051,prezes-prezydent-i-samo-zycie.html

— PREZYDENT POPIERA WPROWADZENIE SĘDZIÓW POKOJU – Grzegorz Długi w SE: “- I tu mam bardzo dobrą wiadomość! Pan prezydent powiedział wprost i bardzo wyraźnie, że popiera tę koncepcję”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/grzegorz-dlugi-o-konsultacjach-z-prezydentem-to-nie-jest-reforma_1017907.html

— W POLSCE NIE ZROZUMIANO JUNCKERA, POLSKA TRZECIEJ PRĘDKOŚCI – Bogusław Chrabota w RZ: “Suma tych różnic bezlitośnie prowadzi do jednej brutalnej konkluzji: Europa dwóch prędkości dawno już istnieje i jedynym, nad czym można pracować, są próby ich wyrównania. W przypadku rządzonej przez Prawo i Sprawiedliwość Warszawy nie zawahałbym się powiedzieć nawet o Europie „trzeciej prędkości”. http://www.rp.pl/Opinie/309149868-Chrabota-W-Polsce-nie-zrozumiano-Junckera.html

— A GDZIE NASI BYLI PREZYDENCI? – Adam Szostkiewicz: “W oficjalnym Komitecie Narodowych Obchodów Stulecia powołanym właśnie przez prezydenta Dudę nie ma byłych prezydentów RP: Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Wstyd. Tak się nie buduje wspólnoty narodowej, autorytetu i ciągłości państwa polskiego”. http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2017/09/13/a-gdzie-nasi-byli-prezydenci-panie-prezydencie-duda/?nocheck=1

— MIESZKANIE PLUS TO POMYSŁ Z KAPITALISTYCZNEJ, NIE SOCJALISTYCZNEJ BAJKI – Adam Leszczyński: “PiS nie ma więc z przedwojennym PPS absolutnie nic wspólnego – poza literami „P” oraz „S” w skróconej nazwie. Nie jest to wcale pierwszy przypadek, w którym politycy PiS próbują odwoływać się do tradycji przedwojennej lewicy. Publicyści bliscy tej partii odróżniają „patriotyczną lewicę”, czyli przedwojenną Polską Partię Socjalistyczną, której jednym z historycznych przywódców był Józef Piłsudski, od lewicy „niepatriotycznej” – czyli komunistów i postkomunistów”. https://oko.press/glinski-mieszkanie-pomysl-przedwojennej-pps-pomysl-pis-kapitalistycznej-a-socjalistycznej-bajki/

— POLSKA PODMIOTOWA – tytuł tekstu szefa MSZ w RZ.  http://www.rp.pl/Publicystyka/170919466-Witold-Waszczykowski-Polska-podmiotowa.html

— DUDA NIE DOSTAŁ STANOWISKA RZĄDU WS REPARACJI – Fakt: “Jak ustalił Fakt, do tej pory rząd Beaty Szydło (54 l.) nie przedstawił prezydentowi żadnego stanowiska w tej sprawie. – Sprawa reparacji nie była powodem spotkania prezydentów a rząd stanowisko musi najpierw przyjąć, a później przedstawić je w Polsce – mówi w rozmowie z Faktem jeden z urzędników odpowiadających za przygotowanie rozmowy prezydentów. – Czy to znaczy, że rząd nie konsultował się z prezydentem w sprawie reparacji? – pytamy ministra ds. europejskich Konrada Szymańskiego (48 l.). – To nieuzasadniony wniosek – odpowiada minister, który poleciał z Dudą na Maltę”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/andrzej-duda-rozmawial-z-frankiem-walterem-steinmeierem-o-reparacjach/dmeehdx

— KOŚCIÓŁ WRACA DO ROLI ARBITRA – Andrzej Krajewski w DGP: “Tak zamiast prostej partii szachów Kaczyńskiego czeka zderzenie z instytucją, która wraca do – nieco zapomnianej – roli arbitra. Którego trzeba pozyskać. Prezydent Duda może ją wykorzystać do legitymizowania swoich poczynań przed elektoratem. Opozycja (poza programowo antyklerykalną) jest skazana na zabieganie o względy hierarchów, bo jedynie tak może znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń. Przy czym w korytarzach biskupich pałaców może natknąć się także na przedstawicieli władzy. Bo rząd również jest skazany na starania o sympatię arbitra”. http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/558283,powrot-arbitra-kosciol-katolicki-episkopat-weto-prezydent-niemcy.html

— PROF. BRALCZYK O KACZYŃSKIM JAKO MÓWCY – mówi Magdalenie Rigamonti w DGP: “Z wielką satysfakcją językową słuchałem go lat temu 20, kiedy był posłem PC. Było wtedy dwóch posłów, którzy uprawiali mowę parlamentarną ciekawą językowo i składniowo. To byli Józef Oleksy i Jarosław Kaczyński. Lubiłem ich słuchać ze względu na długie okresy, umiejętność dobrego budowania zdania. Do dzisiaj lubię słuchać Kaczyńskiego. Kiedy mówi o mordach zdradzieckich, to nie powie: „Wy jesteście kanalie”, tylko: „Jesteście kanaliami!”. Używa narzędnika. Kiedy cytuje Kornela Ujejskiego, mówiąc, że „inni szatani byli tam czynni”, to ja od razu czuję bliskość, choć nie podoba mi się to dzielenie”. http://wiadomosci.dziennik.pl/opinie/artykuly/558260,jerzy-bralczyk-premier-jaroslaw-kaczynski.html

— MATYSZKOWICZ ODCHODZI, NOWA SZEFOWA TVP KULTURA http://wyborcza.pl/7,75410,22364391,tvp-kultura-ma-nowa-dyrektorke-barbara-schabowska-zastapila.html?disableRedirects=true#BoxGWImg

— FRAGMENT ROZMOWY MAZURKA Z WŁADYSŁAWEM KOSINIAKIEM-KAMYSZEM w DGP: “Jak długo był pan żonaty?

– Siedem lat, od 2009 r.

– Polityka rozwaliła panu małżeństwo.

– (cisza) Nie wiem.

– Czego pan nie wie?

– Nie wiem, przecież ludzie rozwodzą się, mieszkając cały czas ze sobą i nie mając żadnego związku z polityką.

– Ale państwo de facto nie mieszkali razem.

– Dwa lata po ślubie zostałem ministrem i wyjechałem do Warszawy. Do domu wracałem na weekendy i to oczywiście nie sprzyja budowaniu dobrego małżeństwa. Było trudniej.

– Nie ma pan dzieci.

– (cisza) To bolesny temat. Bardzo chciałbym mieć dzieci, choć teraz po rozwodzie…

– Trudno się o tym rozmawia?

– Bardzo trudno. I tak powiedziałem już zdecydowanie więcej niż kiedykolwiek… W ogóle nie chciałem o tym rozmawiać z mediami, więc niech to będzie ten jedyny wyjątek. Nie jestem wylewnym człowiekiem, a to najbardziej osobista część mojego życia. I jeszcze jedno, przecież jest w tym moja była żona, której prywatność chcę uszanować. Ma prawo do swojego życia.

– Utrzymują państwo kontakt?

– Wysyłamy grzecznościowe SMS-y.

– To dopiero rok po rozwodzie.

– Trudny czas.

– Nie rzucił się pan w wir życia towarzyskiego.

– Mówiłem panu, że nie mam czasu.

– Zamiast spędzać czas z dziewczętami, spędza go z sołtysami?

– No wie pan, pięćdziesiąt dożynek w tym roku…”

— KOSINIAK O ABORCJI EUGENICZNEJ: “I tej bym zakazał. Dziś aborcja jest dozwolona w trzech przypadkach, gdy ciąża jest wynikiem przestępstwa, gdy zagrożone jest zdrowie kobiety, no i gdy dziecko jest kalekie. Ten ostatni powód bym usunął”.

— KOSINIAK O ZWIĄZKACH PARTNERSKICH: “Nie jestem ich zwolennikiem. Szanuję zapis w konstytucji o ochronie małżeństwa. Jasne, jeśli tylko można pomóc ludziom, by byli szczęśliwsi, to trzeba to zrobić, ale do tego nie trzeba wprowadzać związków partnerskich”.

300polityka.pl

PiS jednak nałożył kaganiec na organizacje pozarządowe

PiS jednak nałożył kaganiec na organizacje pozarządowe

PiS przeforsował powołanie Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego. Pod tą pięknie brzmiącą nazwą kryje się instytucja, za pomocą której PiS będzie centralnie zarządzać środkami dla organizacji pozarządowych.

Jeszcze przed dzisiejszym głosowaniem w Sejmie posłanka PO Monika Wielichowska mówiła: – „Chcecie sterować trzecim sektorem jak Putin i Orban. Tak robią rządy autorytarne. I wy takie zakusy macie, bo organizacje pozarządowe są dla was zbędnym balastem”. A Nowoczesna proponowała, by zmienić nazwę instytucji na „Narodowy Instytut Ograniczania Wolności – Centrum Sterowania Organizacjami Pozarządowymi”. Na niewiele się to zdało, bo posłowie PiS odrzucili zarówno poprawki opozycji, jak i apele o zorganizowanie wysłuchania publicznego w tej sprawie.

Według uchwalonej właśnie ustawy Instytut będzie wyznaczać cele i przyznawać środki NGO-som, a nadzór na nim będzie sprawował przewodniczący specjalnie utworzonego Komitetu ds. Pożytku Publicznego. Ale i tak komitet ma być „organem administracji rządowej”, a jego przewodniczący to członek rządu. Powoływany przez przewodniczącego dyrektor Instytutu ustala regulaminy konkursów. Złożonej m.in. z przedstawicieli NGO-sów radzie pozostanie funkcja doradcza.

Większość organizacji pozarządowych protestowała przeciw powołaniu Instytutu. Ich działacze mówili przede wszystkim o niebezpieczeństwie „uznaniowych, niemerytorycznych decyzji o dofinansowaniu inicjatyw społecznych”.

koduj24.pl

Macierewicz w domu latających sztyletów

Nie tylko my mamy kłopot z Antonim Macierewiczem. Kłopot natury – że nazwę na okrętkę i zapytam – „czy jest on ci nas?” Takie domniemania wynikają nie tylko z publikacji Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”. „Od zawsze”, czyli od 1989 roku jest on „enfant terrible” naszej suwerenności. I zawsze jest gdzieś na horyzoncie. Jeżeli nie w głównym nurcie polityki – jak teraz – to na jej znaczących obrzeżach.

Macierewicz nie jest szczególnie inteligentny, jak stwarza swój obraz sardonicznie – tak trafnie psychologicznie zidentyfikował go Maciej Maleńczuk – buduje bowiem swoją postać na zimno, co nie wyklucza, iż ma kłopoty natury tejże psychologii. Kłopoty nie z budowaniem wizerunku, ale kłopoty zakodowane w wizerunku, tj. genetyczne z mentalnością.

Dłużej słuchając go, dłużej indentyfikując jego poglądy, natrafia się na nierówności, nielogiczności, które w języku potocznym określane są, jako „nierówności pod sufitem”.

Macierewicza znam „od zawsze”. Najpierw była to lektura jego „Głosu”, którego miałem większość numerów z bezdebitu, a potem kilka razy z nim rozmawiajac – zwłaszcza po nieudanej próbie lustracji, gdy rządził Jan Olszewski. W tamtym rozmowach, jak zresztą dzisiaj, Macierewicz sprawia wrażenie piskorza: wymyka się, ucieka, wyślizguje, jest nieprzyjemny w obcowaniu, jest… właśnie nieinteligentny. Nie ma się frajdy, że z kimś interesującym obcujesz, ale z kimś obcym, bardzo ograniczonym, z kimś, kto nie sprawia ci przyjemności, że jest.

I dlatego nie dziwię się, że Macierewicz promuje takich Misiewiczów, Kownackich, Dworczyków. To są ludzie, którzy w sferze publicznej nie powinni zaistnieć, są podrzędni. Nie najlepsze odczucia do macierewicza mają osoby, ktore wraz z nim były w opozycyjnym KOR-ze. Był, jakby zakamuflowany, zakonspirowany wśród swoich. Nie chcę nadużywać narracji odbrązowiania, ale Macierewicz nie pokazuje się w interesujacym, mającym coś do powiedzenia towarzystwie, nie jest obecny w znaczących mediach. Jest obecnym w podrzędności mediów Rydzyka, z całym szacunkiem dla TV Trwam, ale nie jest to telewizja profesjonalna.

Dzisiaj osiągnięcia Macierewicza jako ministra są takie, że znamy je z zerwania kontraktów, z zapewnień zakupów uzbrojenia dla armii,  które nie dochodzą do realizacji i z wypowiedzi, które mijają się z sensem, z logiką. Dlaczego jest ministrem? Czy stworzenie mitu smoleńskiego przeciętnego prezydenta jest usprawiedliwieniem dla kariery Macierewicza?

Tomasz Siemoniak – były minister obrony – używa bardzo dynamicznej metafory: „czuję się, jak w domu latajacych sztyletow”, tak nazywa bezpieczeństwo Polski, które ma zapewniać resort obrony. Macierewicz jest niebezpieczny i sytuacje, które stwarza są niebezpieczne. Tak wygląda nasze bezpieczenstwo jako państwa, Polska jest „domem latajacych sztyletów”. Czy daleko od niej do mniej dynamicznej, ale groźniejszej metafory: „hybrydowej wojny”?

W tej chwili Rosja Putina na Białorusi przeprowadza wielkie manewry Zapad 2017, które mają znaczenie militarne i polityczne. Jaka jest reakcje polskich wladz? Jeden z zastepców Macierewicza wyraża obawy, aby wojska rosyjskie po manewrach nie zostały na stałe na Białorusi. Ależ wojska rosyjskie tam od dawna stacjonują.

Nie oskarżam Macierewicz na podstawie poszlak, ale mam wrażenie, ze on przerowadza od początku sprawowania urzędu ministra manewry Wostok 2015-2017, a jak będzie nadal ministrem, będzie to Wostok 2018, itd. I nie są to manewry mające na celu przećwiczenie obrony Polski, tj. bezpieczeństwa w domu latających sztyletów.

W czasie manewrów Zapad 2017 sekretarz obrony USA James Mattis nareszcie zaprasił Macierewicza do siebie. I wcale nie jest to wyróżnienia, jak „sardonicznie” z pewnością oświadczy Macierewicz. Polski minister obrony czekał dwa lata na to wyróżnienia, a będąc w USA nigdy nie dostąpił zaproszenia do Pentagonu, takiego afrontu nie doswiadczali wcześniejsi ministrowie. Wspomniany Tomasz Siemoniak za każdym pobytem w USA spotykał się z sekretarzem obrony USA, w kraju zaś o tym nie trąbiono, bo to było oczywiste.

Amerykanie mają wiedzę – i możliwe, że lepszą od nas – kto to zacz ten Macierewicz, niezależnie od tego, co o nim sadzą, muszą się wreszcie spotkać z naszym szefem resortu obrony, bo dzisiaj Polska leży w centrum wschodniej flanki NATO. Amerykanie dwa lata zwlekali z kłopotliwym Macierewiczem, aby spotkać się z nim w swoim pieleszach, które z pewnością nie są domem latających sztyletów.

To koniec tematu reparacji? Prof. Czapliński ujawnia dokument, który przegapiło Biuro Analiz Sejmowych

Coraz więcej wskazuje, że zlecona przez posła Arkadiusza Mularczyka analiza kwestii reperacji wojennych od Niemiec za straty spowodowane II wojną światową jest niczym więcej jak udokumentowaniem chciejstwa rządzącej partii, a nie rzetelną analizą prawnych możliwości dochodzenia takich roszczeń. Przypomnijmy, z przedstawionej analizy Biura Analiz Sejmowych wynika, że nie można mówić o przedawnieniu tych roszczeń ani o ich zrzeczeniu się przez Polskę. W treści bardzo obszernie opisane są argumenty przemawiające za dochodzeniem strat Polski, autorzy bardzo szeroko rozpisują się też o rozmiarze krzywd, jakie ponieśli polscy obywatele przez działania wojenne III Rzeczy. Jednocześnie w treści brakuje opisania drogi, jaką mogłoby podjąć państwo polskie by takich roszczeń dochodzić, mimo że wnioskodawca takie pytania ekspertom z BAS zadał.

Dziś w rozmowie w radiu TOK FM, ekspert Polskiej Akademii Nauk, prof. Czapliński ujawnił dlaczego odpowiedzi na te pytania zabrakło. Wszystko za sprawą specyficznego charakteru prawa międzynarodowego oraz warunków, jakie w prawie międzynarodowym obowiązują podczas sądowego dochodzenia do rozwiązania sporu. Zdaniem prof. Władysława Czaplińskiego, dokument BAS jest o połowę za długi i zawiera dużo niepotrzebnych wątków, które nie mają żadnego znaczenie z punktu widzenia reparacji za II wojnę światową.Ekspert z Zakładu Prawa Międzynarodowego Publicznego Instytut Nauk Prawnych PAN, który był gościem audycji OFF Czarek w Radiu TOK FM zwrócił uwagę, na kwestię „możliwości dochodzenia odszkodowania”.

„Prawo międzynarodowe nie zna przymusu sądowego, nie zna przede wszystkim możliwości dochodzenia prokuratorskiego odpowiedzialności z tytułu popełnionych zbrodni. Tylko że jest mały szkopuł. Jeden jedyny sąd, który byłby właściwy, czyli Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, ma jurysdykcję tylko na podstawie odpowiednich deklaracji państw. Myśmy złożyli taką deklarację w 1996 roku, ale wyłączyliśmy w tej deklaracji wszystkie spory dotyczące sytuacji i zdarzeń, które nastąpiły przed 1989 rokiem. To oznacza, że zamknęliśmy sobie drogę do ewentualnego dochodzenia odszkodowań z tytułu wydarzeń, które miały miejsce w latach 1939-45. W moim przekonaniu, nie ma prawnej możliwości dochodzenia takich roszczeń”– powiedział prof. Czapliński.

Oznacza to, że jedyną drogą ewentualnego dochodzenia do reperacji jest dyplomatyczny konsensus zawarty z władzami dzisiejszych Niemiec. Biorąc jednak pod uwagę wyjątkowe zdolności ministra Waszczykowskiego, którego dyplomacja przypomina słonia próbującego tańczyć w składzie porcelany, wydaje się, że kwestia reparacji od naszych zachodnich sąsiadów zakończy się spektakularną klęską.

Źródło: Tok Fm

crowdmedia.pl

Nieoficjalnie: Macierewicz spotka się w przyszłym tygodniu z sekretarzem obrony USA

Szef MON długo czekał na zaproszenie do departamentu obrony, choć z jego szefem spotykał się kilkakrotnie.

Jak dowiaduje się POLITYKA, w przyszłym tygodniu polski minister obrony spotka się w Waszyngtonie z sekretarzem obrony USA Jamesem Mattisem. Antoni Macierewicznajprawdopodobniej zaoferuje zwiększenie polskiego kontyngentu w Afganistanie oraz ponowi deklaracje zakupu amerykańskiej broni.

Do spotkania z gen. Mattisem dojdzie najprawdopodobniej 21 lub 22 września. Szczegółowy plan podróży nie jest jeszcze określony. Minister Macierewicz dostał też zaproszenie na konferencję wpływowego waszyngtońskiego think tanku CEPA, w której wziąć ma udział w przyszły czwartek. Razem z ministrami z Estonii, Czech, Łotwy i dowódcą US Army Europe ma omawiać wyzwania dla NATO. One też będą, jak się nieoficjalnie dowiadujemy, dominować w czasie rozmów w Pentagonie.

Więcej niż kurtuazja

Antoni Macierewicz długo czekał na zaproszenie do departamentu obrony, choć z Jamesem Mattisem spotykał się na różnych forach kilkakrotnie. Spotkanie w Waszyngtonie nie będzie jednak wyłącznie kurtuazją. Współpraca obronna USA i Polski weszła w ostatnich latach na niespotykany wcześniej poziom i tematów do rozmów nie zabraknie.

Po pierwsze, to dalsze powiększanie i umacnianie amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce i regionie. Dowódcy USA mówią otwartym tekstem, że „centrum ciężkości” wschodniej flanki NATO leży nad Wisłą i bez stacjonowania w Polsce znacznych i gotowych do walki sił nie ma mowy o wiarygodności Sojuszu ani tym bardziej o realnych szansach obrony przed rosyjską agresją. Na razie ta obecność jest rotacyjna, ale i Polska, i amerykańscy wojskowi chętniej widzieliby stałe stacjonowanie wojsk. Można przypuszczać, że Macierewicz wspomni o tym Mattisowi.

Po drugie, Polska sama musi dbać o własną wiarygodność sojuszniczą – dlatego pozytywnie odpowie na amerykański apel o więcej wojska w Afganistanie. Polski kontyngent nie jest duży, liczy 200 żołnierzy. Jeśli Warszawa miałaby zwiększyć go o połowę, zgodnie z sugestią Waszyngtonu, nie stanowiłoby to dla Wojska Polskiego wielkiego problemu.

Możliwe jednak, że Antoni Macierewicz zadeklaruje coś więcej, by zyskać w oczach swego gospodarza. Wysyłanie wojska na dalekie misje w sytuacji, gdy realne zagrożenie czai się za progiem, nie będzie popularne, dlatego MON może postawić np. na wsparcie sprzętowe afgańskiej armii. Ciągle jest w niej dużo poradzieckiej broni, do której my posiadamy części, amunicję lub którą możemy serwisować. Podobna inicjatywa została zgłoszona przez Polskę wobec Iraku.

Na horyzoncie jest też decyzja o nowym samolocie bojowym

Po trzecie, oczywistym tematem rozmów będą zbrojenia. Polska zadeklarowała zakup z USA dwóch dużych systemów broni – systemów antyrakietowych Patriot i wyrzutni ziemia-ziemia HIMARS, które będą podstawą polskiego systemu Homar. Na kieleckich targach obronnych minister Macierewicz z zainteresowaniem przyglądał się amerykańskim śmigłowcom uderzeniowym – Bella i Boeinga. Na horyzoncie jest też decyzja o nowym samolocie bojowym.

Kwestie zbrojeniowe raczej nie będą dominować tym razem, bo Macierewicz i Mattis podpisali w lipcu polityczną deklarację, która wyznacza kierunek współpracy. Możliwe jednak, że w obliczu sygnałów o kłopotach ze spełnieniem polskich oczekiwań offsetowych minister spróbuje uzyskać w Pentagonie zgodę na specjalne warunki.

Wizyta ma też niemałe znaczenie polityczne. Antoni Macierewicz będzie mógł ostatecznie odeprzeć oskarżenia opozycji o to, że szef Pentagonu woli go nie zapraszać. Po niedawnej wizycie we Francji podróż do Waszyngtonu wzmocni ministra również wobec prezydenta Andrzeja Dudy i krytyków w partii i rządzie. Ewentualne odwołanie Macierewicza w hipotetycznej rekonstrukcji rządu stanie się trudniejsze.

polityka.pl

Biedroń: PiS zamiast pomagać poszkodowanym w nawałnicach, wiesza im billboardy

Biedroń: PiS zamiast pomagać poszkodowanym w nawałnicach, wiesza im billboardy

Prezydent Słupska Robert Biedroń w TVN 24 opisywał, jak miesiąc po przejściu kataklizmu wyglądają dotknięte nim tereny – nadal są dziurawe drogi, leżą powalone drzewa, domy są bez dachów. Nie przeszkodziło to rządzącym w zainstalowaniu tam pisowskich billboardów. – „Ja tam dzisiaj przejeżdżałem (…) Są te billboardy, a państwa tam nie ma. Państwo dzisiaj jest na tych billboardach i straszy sędziami, którzy Bogu ducha winni stali się ofiarą jakiejś kompletnie absurdalnej nagonki” – powiedział Biedroń.

PiS mętnie tłumaczy, ile wydano na tę tzw. kampanię dotyczącą sądów – jedni mówią o 19 mln zł, drudzy o 10 mln. Biedroń stwierdził, że te pieniądze można by dużo lepiej spożytkować, choćby właśnie na pomoc dla poszkodowanych w wyniku nawałnic.

Prezydent Słupska nie rozumie też, dlaczego rząd PiS nie wystąpił do Funduszu Solidarności Unii Europejskiej. – „Pierwszą rzeczą, którą powinien zrobić ten rząd, to wyciągnąć rękę po te pieniądze”. Przypomniał, że marszałek województwa pomorskiego Mieczysław Struk oszacował straty na 1,5 mld zł. PiS twierdzi, że do Funduszu można wystąpić po podliczeniu strat.

„Konszachty z diabłem” – tak z kolei podsumował konsultacje dotyczące prezydenckich projektów ustaw o SN i KRS. Biedroń powiedział, że dziwi się opozycji, że w ogóle próbuje uczestniczyć w takich negocjacjach. – „To diabelski plan prezydenta, który – w tej wojnie buldogów pod dywanem ministra sprawiedliwości i prezydenta – próbuje wykorzystać opozycję, żeby się wybielić i przeforsować swój plan. Ale plan jest niekonstytucyjny i antydemokratyczny” – ocenił Biedroń.
(Źródło: tvn24.pl)

koduj24.pl

Kiszczak jako zawodowiec nie wykonał numeru z teczkami więc kto wykonał tą prowokacje?.LW

Duda i Kaczyński nie dogadali się w sprawie ustawy o KRS. Spór o kluczowy zapis

Spotkanie Andrzeja Dudy i Jarosława Kaczyńskiego nie zakończyło sporu na linii Pałac Prezydencki – PiS. Między ośrodkami trwa przepychanka dotyczącą kluczowego zapisu w ustawie o KRS – ustalił „Newsweek”.

Duda jeszcze w lipcu zapowiedział, że część członków Krajowej Rady Sądownictwa powinna być wybierana w Sejmie większością 3/5 głosów. Taki zapis znajdzie się też w prezydenckim projekcie, który pod koniec września ma trafić do parlamentu.

3/5 głosów ustawowej liczby posłów to 276 głosów. PiS ma w Sejmie 234 posłów a pomysłodawca tego rozwiązania Kukiz’15 – 32. Z piątą posłów niezrzeszonych, kołem Wolni i Solidarni (3 członków) oraz Republikanami (3 głosy) daje to w sumie 277 posłów.

Co jeśli nie uda się zgromadzić takiej większości? To pytanie jest przedmiotem sporu między Pałacem Prezydenckim a biurem PiS na Nowogrodzkiej. Duda chce, żeby w przypadku braku większości 3/5 to prezydent wybierał członków KRS. Pomysł został jednak krytycznie przyjęty przez Kaczyńskiego. – Jarosław wie, że w przypadku takiego zapisu nikt z opozycji nie usiądzie z nim do stołu, żeby uzgodnić wspólnych kandydatów do KRS. Wszyscy będą grać na wariant rezerwowy, czyli brak większości 3/5 i przeniesienie decyzji do Pałacu – twierdzi rozmówca z Nowogrodzkiej.

POLITYK PIS„Jarosław wie, że w przypadku takiego zapisu nikt z opozycji nie usiądzie z nim do stołu, żeby uzgodnić wspólnych kandydatów do KRS”.

Jak ustalił „Newsweek”, temat tego zapisu pojawił się podczas niedawnej rozmowy prezydenta z prezesem PiS, który zaproponował inny wariant rezerwowy: wybór pięciu członków KRS przez Sejm (zwykłą większością), pięciu przez Senat i pięciu przez prezydenta. Tyle że na takie rozwiązanie nie zgadza się Duda, który – według naszych informacji – podczas serii spotkań z przedstawicielami klubów parlamentarnych zadeklarował, że nie poprze takiego zapisu.

Między PiS a Pałacem Prezydenckim trwa w tej sprawie pat.

newsweek.pl

Russiagate in Poland

 
Russia has long sought to install pro-Kremlin politicians at the highest levels of power in Central and Eastern Europe. And there is now evidence to suggest that Russian military intelligence agencies are wielding influence in Poland’s Ministry of Defense.
WARSAW – While many Americans remain transfixed by investigations into Russian meddling in the 2016 US presidential election, Poles are learning that their country may have served as a testing ground for Russia’s efforts. Russia has long sought to install pro-Kremlin politicians at the highest levels of power in Central and Eastern Europe. And there is now evidence suggesting that Russian military intelligence agencies are wielding influence in Poland’s Ministry of Defense.

In 2014, when Poland was governed by Civic Platform (PO), it was the only country in Europe that had successfully staved off recession in the wake of the 2008 financial crisis. During the PO government’s eight years in power, Poland’s GDP grew by almost 25%, while unemployment and the budget deficit fell by almost half. Despite this strong performance, Jarosław Kaczyński’s Law and Justice (PiS) party resoundingly defeated PO in Poland’s 2015 parliamentary elections.

To understand why, we need to go back to 2013, when Marek Falenta, a shady Polish businessman, hired two waiters to record private conversations in a restaurant frequented by politicians. These secret recordings fueled a scandal that forced almost all of the PO’s leadership out of government. Among those who resigned was Marshal of the Sejm Radek Sikorski, the co-author of a European Union initiative designed to strengthen the resilience of certain Eastern European and Eurasian countries to Russian pressure.

PiS politicians also frequented venues where recordings were made, and yet none of their conversations were leaked. Falenta, it turned out, had owed $26 million to a Russian firm, Kuzbasskaya Toplivnaya Kompaniya, with close ties to Russian President Vladimir Putin. And while he was eventually convicted for his involvement in the eavesdropping plot, no one else involved in orchestrating the leaks has been identified. At the same time, similar scandals removed liberal politicians from power in Hungary and Slovakia, which are now ruled by the most pro-Russian governments in the EU.

When the PiS assumed power in 2015, Poland’s foreign and defense policies took a bizarre turn, starting with the appointment of Antoni Macierewicz as Minister of Defense. Macierewicz, the only PiS politician who acts independently – and sometimes in defiance – of Kaczyński, was also the man behind Poland’s botched 1992 lustration, or political screening, process, which delayed the country’s de-communization efforts. Many still remember the notorious “Macierewicz List” from that period, which tarred innocent people as communist-era secret-police collaborators. Under a later government, Macierewicz published a report on Poland’s counterintelligence agency, the Military Information Services, which outed undercover Polish intelligence agents and led to the disbanding of the agency.

While in power, the PiS has started disputes with Poland’s most important European allies: Germany, France, and the European Commission. In November 2015, it ordered a raid on a NATO-affiliated counterintelligence center that had been established to track Russian intelligence efforts. Then, Macierewicz’s defense ministry unexpectedly canceled a contract with France for the purchase of 50 Caracal helicopters, leaving Poland without a crucial military capacity to this day. And earlier this year, Macierewicz fired 90% of the military’s General Staff and 82% of its General Command, and formed a new military force whose leadership consists of pro-Kremlin activists and NATO critics.

Help us improve our new site by giving us feedback.

CLICK HERE

Recently, the Polish journalists Tomasz Piątek of Gazeta Wyborczaand Radosław Gruca of Fakt, along with the organization Miasto Jest Nasze (the City Is Ours), have uncovered highly suspicious associations from Macierewicz’s past. For example, one of Macierewicz’s closest business and political associates after 1989 was Robert Lusnia, later found to have served as an informant both during and after the communist period, his recent handlers most likely being agents of Russia’s Main Intelligence Directorate (GRU) operating in Poland.

Piątek has also delineated “numerous and long-term connections between Macierewicz and Russian gangster and financier Semion Mogilevich and the Russian GRU.” According to the American investigative journalist Robert I. Friedman, Mogilevich is “the most dangerous mobster in the world,” and is widely known to work closely with the GRU.

Macierewicz’s closest ally in the United States is the US senator-cum-lobbyist Alfonse D’Amato, who supported Trump during the 2016 campaign. D’Amato’s assistant, Edmund Janniger, served as an adviser to Macierewicz until 2015. The American press has reported that both D’Amato and Mogilevich have past ties to The Bank of New York Mellon, which extended loansto D’Amato’s Senate campaign in the early 1980s, and allegedly laundered money for Russian organized crime groups in the 1990s.

Today, D’Amato’s firm, Park Strategies, lobbies for the interests of US arms manufacturers Aerojet Rocketdyne and United Technologies at the Kremlin, and it has recently provided services for Poland’s Ministry of Defense under Macierewicz. Indeed, Macierewicz hired Park Strategies to help with the 2016 NATO summit in Warsaw – a major event for arms makers. And before Macierewicz canceled the arms contract with France, he met with D’Amato, a lobbyist also for the US arms manufacturer Lockheed Martin. Afterwards, Macierewicz began calling for the purchase of Lockheed’s Black Hawk helicopters.

In response to these many revelations, Macierewicz decided not to file a civil suit against Piątek, which would have required him to prove the journalist’s findings incorrect. Instead, he has called for Piątek to be criminally prosecuted for threatening a government official.

But Macierewicz is not the only PiS official under a Russian cloud. The Guardianrecently reported that, “Bartosz Kownacki, a key lieutenant of defense minister Antoni Macierewicz, was a member of a group of Polish international observers during Russia’s 2012 election.” Kownacki was accompanied on that trip, according to the report, by “Mateusz Piskorski, the founder of a Polish think tank, the European Centre for Geopolitical Analysis (ECGA) who is now in detention in Poland, facing charges of spying for Moscow.”

It is in Putin’s interest to sow discord in the West, especially within the EU, and no one is furthering his aim of EU disintegration more effectively than the current Polish government. Given its strong economy, Poland could be a powerful ally to France and Germany in a post-Brexit Europe that is working toward deeper integration. But France and Germany cannot count on Poland so long as Kaczyński and Macierewicz are in charge, sowing discord in the EU and acting in ways that benefit only Russia.

FEATURED

project-syndicate.org

Biedroń o konsultacjach: To konszachty z diabłem. To diabelski plan prezydenta

Biedroń o konsultacjach: To konszachty z diabłem. To diabelski plan prezydenta

– Nie dziwię się moim kolegom i koleżankom z opozycji, że w ogóle próbują uczestniczyć w takich negocjacjach. To są konszachty z diabłem. To diabelski plan prezydenta, który w tej wojnie buldogów pod dywanem ministra sprawiedliwości i prezydenta próbuje wykorzystać opozycję, żeby się wybielić i przeforsować swój plan, ale plan jest niekonstytucyjny, antydemokratyczny – mówił Robert Biedroń w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24.

300polityka.pl

PO ponownie apeluje do PAD o zwołanie RBN ws. Macierewicza

PO ponownie apeluje do PAD o zwołanie RBN ws. Macierewicza

– Wczoraj na spotkaniu z prezydentem Dudą Grzegorz Schetyna zaproponował, poprosił o zwołanie RBN, żeby na tym zamkniętym spotkaniu najważniejszych osób w państwie omówić sytuację wokół ministra obrony. Sytuację opisywaną w książce Tomasza Piątka, ale także w innych artykułach w środkach masowego przekazu, medialnych przekazach o powiązaniach Antoniego Macierewicza, ludzi wokół Macierewicza z Rosją, rosyjskim wywiadem. Uważamy, że to sprawa niezmiernie ważna, godząca w polskie bezpieczeństwo, jeżeli nie będzie sprawa wyjaśniona prosto i klarowanie przez ministra Macierewicza. Prezydent wczoraj zadeklarował, że zastanowi się nad tym pomysłem, czy zwołać czy nie. Dzisiaj chcielibyśmy jeszcze raz ponowić apel, bo od wczoraj wiele głosów, które wspierają ten pomysł, projekt żeby rzeczywiście poważnie porozmawiać o Antonim Macierewiczu, o jego roli w dewastowaniu polskiej armii, a także o tym, jaka powinna być reakcja najważniejszych osób w państwie na te działania. Dzisiaj jeszcze raz zachęcamy prezydenta, otoczenie prezydenta a także premier i prezesa Kaczyńskiego, że warto usiąść w zamkniętym gronie i porozmawiać o tej sprawie, która naprawdę jest wyjątkowo niebezpieczna jeśli chodzi o zagrożenie integralności polskiej armii, jej mobilności, a także stosunków z naszymi partnerami za granicą, w UE i NATO – mówił Sławomir Neumann na briefingu w Sejmie.

300polityka.pl

Zdaniem posła Tomasza Cimoszewicza (PO) politycy Prawa i Sprawiedliwość mogą się martwić o przyszłość swoich emerytur.

Depisyzacja to klon dekomunizacji.

Wałęsa podejrzewał Kwaśniewskiego o związki z rosyjską agenturą. Łazarewicz i Bober: To ten fragment się nie spodobał

Dziennik.pl, 14.09.2017, Grzegorz Osiecki

Cezary Łazarewicz i Andrzej Bober© dziennik.pl Cezary Łazarewicz i Andrzej Bober

 

Dałem tę książkę do przeczytania Izie Cywińskiej. Przeczytała kawałek, od razu zadzwoniła, że świetne, że super, a ja na to, żeby doszła do ostatniej strony. Nie odzywała się z tydzień. Zadzwoniłem, a ona, że nikt takiej krzywdy do tej pory Wałęsie nie zrobił, jak zrobi wasza książka. Pokazujecie, jak traktował ludzi – mówią w rozmowie z Magdaleną Rigamonti Andrzej Bober i Cezary Łazarewicz, autorzy książki „Ja. Rozmowa z Lechem Wałęsą”.

Magdalena Rigamonti: Panowie, wy Wałęsę kochacie.

Cezary Łazarewicz: My i kochamy, i nienawidzimy.

Andrzej Bober: Myśli pani, że zostaliśmy zaprogramowani? Że jesteśmy za Wałęsą?

Kiedy Łazarewicz pisze na Facebooku pod zdjęciem Lecha Wałęsy z czasów pierwszej Solidarności: „Chwała bohaterom. Chujom – precz”, to chyba wiadomo, że jesteście za Wałęsą.

C.Ł.: Stanąłem w obronie Lecha Wałęsy, gdy próbuje się wymazać go z naszej historii. Wałęsa to miłość i nienawiść. W latach 80. wszyscy kochali Wałęsę. Później wszyscy się na niego obrazili, niektórzy są obrażeni do tej pory. Andrzej go znał. Ja nie. Tylko z Andrzejem u boku można było szczerze z tym człowiekiem rozmawiać. A ja chciałem wysłuchać jego historii.

A.B.: Usłyszałem od bliskiego współpracownika Wałęsy: wiesz co, szef pamięta, że tyś nigdy nic od niego nie chciał, niczego nie żądał i nic od niego nie dostał. Pani Magdo, nigdy nawet nie byłem na żadnych urodzinach ani imieninach Wałęsy.

Ostatnio Lech Wałęsa przestał wyprawiać przyjęcia.

A.B.: Znowu zaczął, bo zaprosił nas 2 października na urodziny i jedziemy z Czarkiem. Stoły mają być 12-osobowe.

Promocja książki.

C.Ł.: Nie, ta książka to nie laurka dla Wałęsy. Nas obydwu interesowało to, że ten człowiek, który ma ogromne zasługi dla Polski, jest postponowany i w zasadzie nikt go nie broni.

I wy, panowie, postanowiliście go obronić.

C.Ł.: Dziennikarze nie są od bronienia.

A.B.: Ma lepszych obrońców od nas. Kierowałem się ciekawością: co ma w głowie człowiek, którego opuściło wielu dawnych przyjaciół.

C.Ł.: Ja tę książkę chciałem robić dla siebie, bo Wałęsa jest częścią mojej historii. I przez wiele lat był punktem odniesienia.

A.B.: Jednak Wałęsie na tym nie zależało. Na początku usłyszeliśmy: nie. Powiedziałem: nie wyjdę z tego pokoju, póki nie usłyszę: tak. Krzysztof Pusz, najbliższy współpracownik Wałęsy, nas wsparł. Mówi: Lechu, ty sobie uświadom, co się stało, jak Danka wydała książkę.

C.Ł: I zaczął rozmawiać, zaczął się otwierać. Choć do końca nie miał wiary, że poważną opowieścią o swoim życiu może zmienić myślenie ludzi na swój temat. Przecież on nigdy nie opowiedział historii swojego życia.

Opowiedział, udzielił pewnie już tysięcy wywiadów. W wielu mówił rzeczy wzajemnie się wykluczające.

A.B.: Jedni rozmawiali z nim na kolanach, drudzy tak, jakby siedzieli na tronie. A sam rzeczywiście dolewał oliwy do ognia.

C.Ł.: Znajomy reporter opowiadał mi, jak w stanie wojennym dotarł do Lecha Wałęsy i zaproponował mu zrobienie wywiadu rzeki. Przewodniczący powiedział, że to wspaniały pomysł, po czym przedstawił swojego współpracownika. Powiedział przyszłemu autorowi, że on wszystko o nim wie i opowie, bo Wałęsa na to czasu nie ma.

A.B.: Wielu próbowało, pielgrzymowało do Gdańska. Są dwie książki podpisane jego nazwiskiem, ale napisane przez jego przybocznych – Drzycimskiego i Rybickiego.

C.Ł.: I wszystko jest wyheblowane, wyczyszczone i sztuczne. Nam chodziło o to, żeby Wałęsa mówił własnym językiem.

A.B.: Czarek też trochę heblował Wałęsę. Robiłem mu awantury, że chce stworzyć literata Lecha Wałęsę.

C.Ł.: W książce jest prawie nieoheblowany. Niektóre jego powiedzenia są genialne.

A.B.: Jak ktoś idzie do przodu, nie może oglądać się do tyłu.

C.Ł.: Albo: jestem tu i teraz, i trochę do przodu. Przecież to genialne.

Zachodni politycy prowadzą dzienniki, mają swoich sekretarzy, a on jest trochę bezbronny. Był zawsze robotnikiem. Sam podkreśla, że ma braki i ma ich świadomość.

A.B.: Kiedy skończyliśmy, powiedzieliśmy: panie prezydencie, pan tę książkę musi autoryzować, a on na to: ja jej nawet teraz nie chcę czytać. Przeczytam, jak będzie wydrukowana. Krzysiu, weź przeczytaj.

Do Pusza?

A.B.: Do Pusza. Pojechałem do Gdańska Wrzeszcza i przez 10 godzin czytałem Puszowi książkę. Natrafił na kilka błędów. Pomylone było np. nazwisko jednego ubeka. Albo to, że Wałęsa za pierwszym razem w Japonii nie był jako prezydent, tylko jako szef Solidarności.

Części rozdziału, w którym jest mowa o Aleksandrze Kwaśniewskim, nie chciał wykreślać?

A.B.: Absolutnie. Nic nie chciał wykreślać. Skończyłem czytać, a Pusz mówi, że połowy faktów nie zna.

C.Ł.: Bo my wiele rzeczy Lechowi Wałęsie przypomnieliśmy.

A.B.: Opieprzaliśmy go.

C.Ł.: Ja nie.

A.B.: On nas. Dałem tę książkę do przeczytania Izie Cywińskiej. Przeczytała kawałek, od razu zadzwoniła, że świetne, że super, a ja na to, żeby doszła do ostatniej strony. Nie odzywała się z tydzień. Zadzwoniłem, a ona, że nikt takiej krzywdy do tej pory Wałęsie nie zrobił, jak zrobi wasza książka. Pokazujecie, jak traktował ludzi.

Przedmiotowo.

A.B.: Któregoś razu rozmawialiśmy z nim o prezydenturze, on że w Warszawie się źle czuł, że przyjeżdżał tu tylko do pracy, że nikogo nie znał. A Henryk Wujec? – zapytałem. A on na to: dwa razy go widziałem, to co to za znajomość.

C.Ł.: Pamiętasz, Andrzej, rozmowę o Marcinie Wolskim?

A.B.: Pracował dla Wałęsy. A Wałęsa mówi nam: w ogóle go nie znałem.

C.Ł.: Mówi też, że poszedł po wyborach prezydenckich do Tadeusza Mazowieckiego, że zgoda, żeby Mazowiecki mu pomógł. Ale ten nie chciał, więc kto miał mu pomóc.

A.B.: – Kto miał mi pomóc? – mówił. – Ja nikogo nie znałem.

Wymieniacie, panowie, prezydentowi Wałęsie kilka nazwisk, on mówi, że nie kojarzy nikogo, potem się okazuje, że to byli ludzie, którzy pracowali z nim przy drugiej kampanii prezydenckiej.

A.B.: Wiele razy mówił nam, że miał zadanie do wykonania. Ludzie, którzy go otaczali, nie byli w tym wszystkim najważniejsi. Z drugiej strony już Lenin mówił, że kadry decydują o wszystkim. Mówiliśmy Wałęsie, że otoczył się ludźmi, którzy dziś na niego plują. Pamiętał Wojciecha Reszczyńskiego, który bez żadnych ogródek powiedział, że skoro Wałęsa przegrał, to on nie chce mieć z nim nic wspólnego.

Teraz w jego otoczeniu są ludzie albo z rodziny, albo tacy, których zna od wielu lat.

A.B.: Zobaczyliśmy, kim się otacza. Jest pani Donata, oddana mu, jest pani profesor Pensonowa, oddana mu do szpiku kości, i jest dyrektor biura – Adam Domiński, który jest zięciem Lecha Wałęsy, a mężem Ani Wałęsy. Wszyscy to wspaniali ludzie, ale boją się wejść do niego do gabinetu. Jedynym, który bez wahania wchodzi, jest Krzysztof Pusz. To dziś jego najbliższy współpracownik.

Mieczysław Wachowski się nie bał.

A.B.: Nie sądzę, by Lech Wałęsa jeszcze kiedykolwiek wpuścił go do siebie do gabinetu.

Za mało o niego, panowie, pytaliście.

C.Ł.: Wystarczająco. Wszystko jest.

To, że zniknął, to, że nie wiadomo, co zrobił z pieniędzmi Instytutu Lecha Wałęsy.

C.Ł.: To jest.

Oszczędzacie go.

A.B.: Lech Wałęsa go oszczędza.

C.Ł.: Kiedy byliśmy u prezydenta Wałęsy, to się wszystko dopiero rozgrywało, odkrywano w biurze Wałęsy, że w Instytucie nie ma pieniędzy.

A.B.: Po pierwszej naszej bytności u prezydenta zadzwonił do mnie Wachowski i mówi: słuchaj, mam dla ciebie propozycję. Założyłem fundację. A ja mu na to: żeś przetransferował forsę z fundacji Lecha Wałęsy do swojej. I usłyszałem, że pieprzę i że nie wiem, co to jest Fundacja Walka o Pokój i Demokrację, i że musimy się spotkać, bo chciałby, żebym wyprostował co o nim mówią, że z niego jest złodziej ostatni. A to wcale tak nie jest, bo to oni go okradli…

Kto?

A.B.: Nie wiem.

Lech Wałęsa boi się mówić o Mieczysławie Wachowskim.

A.B.: Nie, nie boi. Mówi, że się sprawdził, że się w stanie wojennym opiekował rodziną Wałęsów, bardzo pomógł pani Dance, dzieciom, organizował im całe życie, kiedy Wałęsa siedział w więzieniu.

C.Ł.: Potem zniknął, by znowu pojawić się w 1989 roku, by być przybocznym Lecha Wałęsy. Andrzej zapytał prezydenta: dlaczego on, dlaczego Wachowski był tak blisko. I usłyszeliśmy: bo on był w stanie wszystko dla mnie zrobić, a inni mieli wątpliwości.

A.B.: Był lojalny jak nikt inny. Mówi, że mu zaufał. Mówi też to, że to wszystko się skończyło, mówi, jak to jest, jak się do kogoś traci zaufanie.

No dobrze, panowie, prawdę wam powiedział?

C.Ł.: Jaką prawdę?

O sobie.

A.B.: Czy my mówimy o Wałęsie, czy o książce o nim, bo to są dwie różne rzeczy?

C.Ł.: Opowiadał o swoim życiu, o historii Polski, której był uczestnikiem, z perspektywy ponad 70-letniego człowieka. Czy mówił prawdę? Tak, mówił. Mówił to, co pamiętał z tamtych czasów.

A.B.: Jednego dnia rozmawialiśmy z nim tylko o jego relacjach rodzinnych, o żonie, dzieciach. Z tego wyłonił się smutny obraz człowieka, który ma liczną rodzinę, ale tak naprawdę jest sam ze sobą. „Każde z moich dzieci jest jedynakiem” – powiedział nam. Po tej rozmowie zadzwoniłem do Ani Domińskiej, córki Wałęsy. I mówię: pani Aniu, jestem pod wrażeniem rozmowy z pani ojcem, bardzo ciepło mówi o was, o tym, że was stracił na skutek tego, że się poświęcił. Mam prośbę, była was ósemka, jest teraz siódemka, czy mogłaby pani poprosić rodzeństwo, by każdy choć na pół strony napisał o tym, kim dla niego jest ojciec. Zgodziła się. Z tydzień nie dzwoniła. Po czym się okazało, że tylko ona i Jarek Wałęsa się na to zgodzili. Proszę sobie wyobrazić, jak daleko te dzieci odskoczyły od ojca, a ojciec od tych dzieci. To jest dla mnie sprawa na olbrzymie story…

C.Ł.: Oni mieli w domu faceta, którego zna cały świat, a którego oni sami w zasadzie nie znali. Latem tego roku spotkałem się z Jarosławem Wałęsą, który powiedział, że dopiero zaczął poznawać ojca, kiedy jako dorosły mężczyzna zaczął pracować u niego w biurze. Pytaliśmy Lecha Wałęsę, czy powiedział swoim dzieciom, że ich kocha.

Kocha?

C.Ł.: Jest w książce.

A.B.: To jest temat na książkę. Tematem jest też droga tych dzieciaków, ich oddalanie się od ojca.

C.Ł.: Opowiadał, że w jego rodzinnym domu nie było czasu, by okazywać miłość. Przecież kiedy miał siedem lat, zajmował się krowami. A jego zamiłowanie do wędkarstwa to przyzwyczajenie z dzieciństwa. Wokół wsi były stawy. On, żeby przeżyć, musiał łowić ryby. Nie miał luksusowego życia.

A.B.: Szybko pojął, że jego marzeniem jest uciec z tej wsi. Wszystko jedno dokąd, byle uciec. Pytała pani o prawdę o Wałęsie, to powiem pani, że mam niedosyt w sprawie wypożyczenia teczki Wałęsy przez prezydenta Lecha Wałęsę i później oddania jej w niekompletnej formie. Wałęsa mówi nam, że widział tę swoją teczkę, w której było pełno fałszywek z fałszywek, kopii jakichś. Pytaliśmy, jak to się stało, że została zwrócona niekompletna teczka, w dodatku zalakowana i z napisem, że otworzyć może tylko prezydent. Jak to się stało, że teczką zajmowali się Wachowski i Zakrzewski.

I?

A.B.: Wałęsa mówi, że czuł się na tyle silny, na tyle wierzył sobie, że teczkę po prostu zlekceważył. Jeśli rzeczywiście Zakrzewski i Wachowski za tym stoją, to mam pretensję do Lecha Wałęsy, że on sam tego nie dopilnował, że sam nie wziął na biurko kompletnego egzemplarza, zalakował, podpisał i dopiero przekazał dalej. Wiele razy powtarzał, że w ogóle na to nie zwracał uwagi, bo czuł się bardzo silny.

C.Ł.: Dopiero po rozmowach z nim zrozumiałem, o co chodziło z niechęcią grupy gdańskiej wobec niego, o co chodziło w konflikcie Wałęsy z Gwiazdą, Walentynowicz i resztą. To wszystko stało się dla mnie jasne.

I o co chodziło?

A.B.: To jest długa opowieść.

C.Ł.: Nie, to jest krótka opowieść. Wolne Związki Zawodowe to była grupa osób, do której Lech Wałęsa dołączył. Tam była hierarchia i on tę hierarchię zburzył 14 sierpnia 1980 roku. Kiedy wchodził do Stoczni, był nikomu nieznanym facetem, a jak się strajk zaczął, to cały świat dowiedział się, że jest Lechem Wałęsą. Tej grupie to się nie podobało. Tuż po strajku przyszła do niego Anna Walentynowicz i powiedziała, że zrobił swoje i powinien oddać Andrzejowi Gwieździe swoje przywództwo. Powiedział: nie.

A.B.: Miał charyzmę, a oni nie. Na tę charyzmę zwrócił uwagę też ubek Naszkowski. Mówił, że różne rzeczy można mówić o Wałęsie, że głupi, że prostak, ale na pewno nie można mu odmówić charyzmy. Taką charyzmę miał jeszcze tylko Jan Paweł II. Przecież Wałęsa przemawiał na stadionach, a nie był rockmanem, księdzem, papieżem, tylko robotnikiem. Oriana Fallaci pytała go, jak to jest, że on potrafił porwać tłumy.

C.Ł.: My też go o to pytaliśmy. Opowiadał o 1988 roku, o tym, jak to Andrzej Celiński obwieszczał koniec strajku i jak robotnicy gwizdali, krzyczeli, chcieli wynosić Celińskiego z tej stoczni. Wałęsa wziął wtedy mikrofon i powiedział to samo, tylko swoimi słowami i dostał brawa. Schodził ze sceny jako wielki przywódca. To, co robił w latach 80. i to, że się nie złamał, świadczy też o jego wielkim charakterze. Proszę sobie wyobrazić, że do prostego robotnika, który jest internowany, przyjeżdża władza i proponują mu stanowisko wicepremiera za to tylko, że będzie siedział cicho i nie będzie pluł na komunistów. I on im wtedy pokazuje wała. Kilka dni temu byłem w IPN-ie i przypadkowo trafiłem na czterostronicowy dokument dotyczący tego, kogo z prezydium Solidarności można przekabacić. Takie typowanie chyba tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Piszą, że będą rozmawiać ze wszystkimi. Na końcu jest jednak adnotacja: nie ma co z nimi rozmawiać. I nazwisko Lecha Wałęsy. Nie wiem, czy do końca zdawał sobie sprawę z tej charyzmy.

Dziś ją stracił.

A.B.: Nie do końca.

C.Ł.: Sam Wałęsa chyba nawet nie wie, kiedy stał się przywódcą. A stał się nim w 1979 roku, kiedy przemawiał do czterech tysięcy ludzi, którzy przyszli uczcić ofiary grudnia 70. Powiedział wtedy, że za rok każdy przyniesie kamień i tak stanie pomnik ofiar. Nawet ubecy docenili to wystąpienie, a Lech Wałęsa w ogóle o tym nie pamiętał. To myśmy mu o tym przypomnieli. Każdy z nas pielęgnowałby takie wspomnienia w swojej pamięci. Nie on. On spotykał prezydentów, królów, najważniejszych ludzi świata.

Gdybyśmy na wadze zważyli ludzkie życie, to by się okazało, że to, co zrobił Lech Wałęsa w latach 80., było mistrzostwem świata. Powinniśmy go po tym wszystkim wsadzić w formalinę i ustawić w mauzoleum. Problem Lecha Wałęsy polega na tym, że ma biografa, który go nienawidzi, a jest bardzo wpływowy. Czy chciałabyś mieć kogoś takiego, kto opisuje twoje życie, ale wszystko interpretuje przeciwko tobie, kto cię nie lubi i nie szanuje?

Sławomir Cenckiewicz.

C.Ł.: Ten biograf jest ważnym rządowym urzędnikiem, a wcześniej był ikoną opozycji. I jego głos wybrzmiewa głośniej niż powinien. Wyobraźmy sobie, że podobny biograf opisuje życie Jarosława Kaczyńskiego i skupia się w swojej pracy głównie na dniu 13 grudnia 1981 roku, powiedzmy w godzinach od 12 w nocy do 11 przed południem, kiedy Kaczyński budzi się przed południem i nic nie wie o wprowadzonym stanie wojennym, i że najważniejsi ludzie „Solidarności” zostali pojmani.

Kiedy się nad tym zastanawiałem, to zrozumiałem, że w podobnej sytuacji jak Lech Wałęsa znalazł się pod koniec lat 30. Józef Piłsudski. Jemu też prawica próbowała odebrać wszystkie zasługi. Mówili, że był austriackim agentem i że zlecił zabójstwo prezydenta Narutowicza. Że granice Polski, które wywalczył, są nic nie warte, bo należało zagarnąć o wiele więcej na zachodzie i na wschodzie.

Czy to nie przypomina dyskusji, która się dziś toczy wokół Lecha Wałęsy? Prawica mówi, że ta stworzona przez niego „Solidarność“ to nic nie warta, że strajk mógłby poprowadzić każdy, że lata 80. zostały zmarnowane, a największa zdrada dokonała się przy okrągłym stole. Endecki historyk twierdzi nawet, że to funkcjonariusze UOP wysadzili w Gdańsku wieżowiec, zabijając przy tym mnóstwo ludzi, by przejąć teczkę współpracy „Bolka”. Dziś Lechowi Wałęsie jego przeciwnicy odbierają godność i poczucie tego, jak wielką rolę odegrał w Polsce.

Nie jestem do końca pewna, czy on ma poczucie, że ktoś mu odbiera godność.

C.Ł.: Lech Wałęsa ciągle mówi, że jest już spakowany i gotowy do podróży na tamten świat.

Wiem, też mi to mówił. Często to powtarza, mam wrażenie, że już trochę dla śmiechu.

A.B.: Do jego biura wciąż jest kolejka gości z całego świata. Politycy, ambasadorzy. Widzieliśmy to na własne oczy. Jeździ po Polsce, wcześniej w związku z współpracą z Platformą Obywatelską, co mu zresztą szczerze odradzałem, a teraz bez politycznego zaplecza. I przychodzą tłumy. Nie po to, żeby opluwać. Miał tylko jedno takie spotkanie, chyba w Pile albo Słupsku, że zaczęło się niesympatycznie, ale potem już było dobrze. Nie ma żadnych napaści, transparentów.

Jan Rulewski twierdzi, że PO jest zaczadzona Wałęsą.

A.B.: Nie zaczadzona, ona jest zainteresowana tym, żeby Lech Wałęsa był jej, był z nimi. Widzą przecież, że Wałęsa przyciąga ludzi, których Platformie bardzo brakuje.

C.Ł.: Były minister z PO opowiadał mi, jak to zaprosili Lecha Wałęsę na swój partyjny zjazd i przed występem drżeli, co powie. Bo, jak wiadomo, Wałęsa jest niesterowalny. Nic mu nie można powiedzieć, nic zasugerować. Równie dobrze może wejść na mównicę i schlastać Platformę, powiedzieć, że są beznadziejni i zamiast wielkiego show, będzie wielki kłopot.

A.B.: Nigdy nie wiadomo, co Lech Wałęsa powie publicznie.

C.Ł.: Ale przez to, że był i jest nieprzewidywalny, to jest Wałęsą.

A.B.: Z nami jak się umawiał, to zawsze był punktualnie.

C.Ł.: Wielu próbuje grać Wałęsą i nikomu to się nie udaje. Przecież grupa PiS-owska na nienawiści do Wałęsy próbuje robić politykę i tworzyć historię. Im zależy na tym, żeby wykreować swoją historię, w której Lecha Wałęsy nie będzie. Kiedy wicepremier polskiego rządu mówi, że Lech Wałęsa jest Myszką Miki, to jest mi wstyd. Nie żądam od niego, by bił pokłony, tylko żeby uznał historyczną rolę Wałęsy. Gdyby ktokolwiek podobnie wyraził się o Lechu Kaczyńskim, to PiS przegryzłby mu gardło i mówił o przemyśle pogardy. Padałyby najgorsze epitety…

O Annie Walentynowicz Lech Wałęsa mówi, że dostała spreparowaną teczkę „Bolka” od Kiszczaka.

C.Ł.: A skąd Anna Walentynowicz miała dokumenty SB? Kto je mógł podrzucić, kto miał dostęp do tych dokumentów? Gdy podrzucono je do obozu internowania, podarła je i spuściła w toalecie. Mówiła, że nie pozwoli, by ktoś ich skłócił. Zresztą, relacja Wałęsa – Walentynowicz jest bardzo tajemnicza, bo przecież Lech Wałęsa bardzo dobrze się wyraża o Annie Walentynowicz. A ona go zaczęła atakować jeszcze w czasie pierwszej Solidarności, tej legalnej.

A.B.: Myślę, że była sterowana przez Andrzeja Gwiazdę, bo Gwiazda był mądrzejszy od niej.

C.Ł.: Nie chciałbym tak tego wartościować, mówić, że była sterowana. Ona była w grupie towarzyskiej Gwiazdy. Kiedy Wałęsa nie chciał oddać przywództwa, Gwiazda już wystąpił przeciwko Wałęsie. Dziś wiemy, że SB miała projekt założenia konkurencyjnej Solidarności.

W marcu 1981 roku w Solidarności trwał spór – iść czy nie iść na konfrontację z władzą. Wałęsa twierdził, że Solidarność nie ma szans, bo władza ma wojsko, milicję, ruskie tanki. Jak „Solidarność” miała z nimi walczyć? Wtedy środowisko Gwiazdy zaczęło oskarżać Wałęsę, że poszedł na układ z władzą. Pytaliśmy go, kiedy zrozumiał, że rozwalą Solidarność, że to wszystko pójdzie w pył. „Wiedziałem to od pierwszego dnia strajku”- odpowiadał. On wiedział, że coś takiego jak związek zawodowy niezależny od władzy nie mógł istnieć w komunizmie.

A.B.: Jak się śledzi poszczególne wypowiedzi, to trudno złapać jego filozofię. Po godzinach rozmów zrozumiałem, że jego filozofia jest prosta jak konstrukcja cepa: nie wolno wychodzić na ulice, kiedy się czuje słabszym. Kiedy z drugiej strony jest potęga, trzeba się do działań przygotowywać. To widać od jego pierwszych ruchów w polityce. Pierwszy raz usłyszał słowo „zdrajca” kierowane do niego w 1970 roku, kiedy mówił do ludzi: odsuńcie się, bo tu zaraz będzie jatka. W różnych innych sytuacjach zachowywał się podobnie, ostrzegał, stopował. I czuję, że na tej podstawie przez niechętną mu grupę został uznany za tego, kto poszedł na układ z władzą. A on tylko uspokajał ludzi, uspokajał kolegów, żeby nie szli na ostro.

C.Ł.: Powtarzał, że trzeba zrobić wyłom, uchylić drzwi, but włożyć i się rozpychać. I kiedy się patrzy na jego życie przed 1989 rokiem, to właśnie tak postępował. Rozmawiałem kiedyś o tym z Andrzejem Wajdą. On widział w nim człowieka niebywałego. Trzeba pamiętać, że był w stoczni podczas strajku. I tam ciągle była dyskusja: wejdą, nie wejdą, zaatakują, nie zaatakują. Wajda podszedł do Wałęsy i pyta: panie Lechu, co z nami będzie, wejdą, nie wejdą? A Wałęsa: panie Andrzeju, nie wejdą. Wajdę to zapewnienie prostego robotnika uspokoiło. Dzisiaj można oczywiście chrzanić, że każdy mógł być wtedy przywódcą, ale tylko Wałęsa miał odwagę, tylko Wałęsa potrafił zarządzać tłumem ludzi, mieć wielki posłuch. Gadanie, że można było wtedy zrobić coś więcej, też jest bez sensu. Wystarczy zobaczyć dokument „Robotnicy’80”. Widać tam zagubionych ludzi, którzy zderzają się z jednej strony z aparatem państwa, z drugiej czują siłę strajkujących, a do tego pamiętają rok 70. i strzelanie do ludzi. Oni rozumieją, że nie można było mocniej i więcej wyrwać od władzy. Zresztą dzisiaj łatwo gadać.

Łatwo też gadać, że w 1995 roku do komisji wyborczej na Stegnach w Gdańsku przywożono fałszywe głosy oddane na Aleksandra Kwaśniewskiego.

C.Ł.: Wałęsa mówi, że takie sygnały docierały do jego komitetu. Nie wiemy, czy to prawda. Mówi też, że to świadczy źle o nim, o jego ekipie, a nie o jego przeciwniku. Źle, bo nie potrafił takich rzeczy dopilnować. Bo jeśli wybory zostały sfałszowane, to wszystkie instrumenty miała ówczesna władza… Co prawda SLD i PSL rządziły…

A prezydentem był Lech Wałęsa.

C.Ł.: Ale on nie organizował wyborów, tylko Państwowa Komisja Wyborcza. Lech Wałęsa mówi o pogłoskach, nie może tego udowodnić, ale powiedzieć może.

Może też powiedzieć, że Aleksander Kwaśniewski był na pasku Rosjan.

C.Ł.: Tak nie mówi.

Mówi.

C.Ł.: Tam jest inaczej to napisane. To jest przy sprawie Olina. Zaraz znajdę ten fragment. O, jest. „Podejrzewaliśmy, że Kwaśniewski miał związki z Rosjanami i że prowadzą go na pasku”.

Właśnie.

Dalej czytam: Uderzyliśmy w Oleksego, żeby on sypnął Kwaśniewskiego. Oleksy w pierwszym momencie potwierdził tę naszą wiedzę. Gdy mu powiedzieliśmy o tej rosyjskiej agenturze w Polsce, powiedział: ja na tej liście to jestem daleko. Przede mną są lepsi. – To powiedział? – Tak właśnie powiedział, a potem się wycofał i zostaliśmy na lodzie. – Gdzie on to powiedział? – Na posiedzeniu rządu. – Byliście pewni, że Kwaśniewski był na pasku Rosjan? A skąd ta pewność? – Były na niego papiery od naszego Urzędu Ochrony Państwa. No i Oleksy potwierdził, że są lepsi. On kiedyś wprost powiedział, że chodzi o Kwaśniewskiego…

To jest najbardziej gorący fragment książki.

Nie, to jest fragment książki, który się nie spodobał.

Jarosławowi Kurskiemu, Adamowi Michnikowi?

C.Ł.: Nie wiem, bo informacje do nas docierały via Gdańsk. Najpierw pytanie, czy można usunąć z książki fragment o Kwaśniewskim.

A.B.: Zadzwoniłem do Pusza. A on pyta, co z książką, ja że już maszyny poszły, że się drukuje. Jeszcze nie było wiadomo, o co chodzi. Zadzwoniłem jeszcze raz, pytam, czy jego szef rozmawiał z Michnikiem i usłyszałem, że szef o niczym nie wie i że ludzie z „Wyborczej” zaproponowali, że skoro się nie da wyciąć fragmentu o Kwaśniewskim, to żeby szef zrezygnował z uczestnictwa w spotkaniu autorskim i organizowanym przez „Gazetę Wyborczą”.

Czyli, żeby się odciął od książki.

A.B.: Na to wygląda. Pusz im na to: jeśli chcecie, to wy zrezygnujcie.

C.Ł.: I następnego dnia zrezygnowali. Nie tylko ze spotkania, ale z całej promocji na łamach „Gazety Wyborczej”. Czytelnicy „Gazety Wyborczej” mają się nie dowiedzieć w ogóle, że taka książka została wydana.

A.B.: Przyjaciele z bożej łaski…

C.Ł.: Jeszcze raz powtórzę: to jest afront w stosunku do Lecha Wałęsy, a nie do nas. I dziwię się, że ktoś próbuje cenzurować Wałęsę.

To, co mówi, to oskarżenie, że Aleksander Kwaśniewski był rosyjskim agentem.

C.Ł.: Nie, Lech Wałęsa opowiada o stanie swojej wiedzy w 1995 roku.

Nigdy wcześniej o tym nie mówił publicznie.

C.Ł.: To prawda, pierwszy raz mówi publicznie, że nie chodziło o Oleksego, tylko o Kwaśniewskiego. I że przez Oleksego chcieli dojść do Kwaśniewskiego. Myślę, że to poszerza wiedzę o tamtych czasach.

A.B.: Ta książka była przeczesana przez historyków.

C.Ł.: I jest od kilku tygodni gotowa, od ponad dwóch była w „Wyborczej”. Radziwiłowicz miał czytać fragmenty, Agnieszka Kublik prowadzić spotkanie. Zamierzaliśmy się stawić. Lech Wałęsa też. Myślę, że jest tak, że w 1990 roku Lech Wałęsa odebrał znaczek Solidarności „Gazecie Wyborczej”, a w 2017 roku „Gazeta Wyborcza” odwołała spotkanie z nim.

A.B.: W głowie mi się nie mieści, że „GW” odcięła się od Wałęsy przez kilka zdań dotyczących historii sprzed 22 lat. Zresztą, chciałbym zapytać Adama Michnika: drogi Adamie, czy twoje przywiązanie do Aleksandra Kwaśniewskiego, że kopiesz w tyłek Lecha Wałęsę, ojca chrzestnego swojego syna, to nowa formuła „Gazety Wyborczej”?

C.Ł.: Nie jesteśmy stroną w tym sporze.

Nagroda Nike, do której jesteś nominowany za książkę „Żeby nie było śladów”, może przejść ci koło nosa.

C.Ł.: Za karę, że się nie ugięliśmy i nie chcieliśmy cenzurować wypowiedzi Lecha Wałęsy?

Hm. To nagroda związana z „Gazetą Wyborczą”.

C.Ł.: Przyznaje ją niezależna fundacja. Nie łączyłbym tych spraw. Lech Wałęsa dla wielu wciąż jest punktem odniesienia. Kiedy przyjeżdża do Polski para książęca z Wielkiej Brytanii, to chce się spotkać z Lechem Wałęsą, bo on nadal jest symbolem Polski. Przy tym od 30 lat każdy ma wyobrażenie Wałęsy i to wyobrażenie próbuje sobie zagarniać. W naszej książce publikujemy dokument, w którym Lech Wałęsa rozmawia z prokuratorami. Oni są też przekonani, że on jest już ich, że mają go na widelcu. Tyle że on na końcu mówi: ale ja niczego nie podpiszę. Nie wiedział przecież, że jest nagrywany. W tej książce jest więcej ciekawych informacji, np. jakim cudem esbeckie materiały (te same, które były w szafie Kiszczaka) ukazały się w biuletynie Solidarności Walczącej. Albo ta Solidarność Walcząca przejęła SB, albo było na odwrót. Wcześniej te same papiery trafiają do Komitetu Noblowskiego.

A.B.: Zgłosiłem się do Ambasady Norwegii z pytaniem, czy jest jakaś informacja, że te papiery przechodziły przez ich placówkę. Nie ma po tym śladu, co by znaczyło, że zostały przesłane bezpośrednio do Oslo.

C.Ł.: Jest też sprawa Eligiusza Naszkowskiego, który był szefem „Solidarności” w Pile, a później funkcjonariuszem SB. Kiedy miał jechać na placówkę do Mongolii, uciekł na zachód. Kiedy był esbekiem, zrobił charakterystykę Wałęsy, pracował też w grupie fałszującej teczkę „Bolka“, dostarczoną później Komitetowi Noblowskiemu. Moim zdaniem to jest wątek, który trzeba badać. Andrzej mnie ochrzaniał, że dopytuję prezydenta o rzeczy nieistotne z punktu widzenia naszej książki.

A.B.: Można było je zaznaczyć, ale nie drążyć. Pytałem Lecha Wałęsę, czy widział te wszystkie dokumenty i powiedział, że nie.

C.Ł.: Na pewno ktoś powinien napisać uczciwą biografię reporterską Lecha Wałęsy.

Cezary Łazarewicz, Andrzej Bober© dziennik.pl Cezary Łazarewicz, Andrzej Bober

msn.pl

Łomanowski: Szachy z Putinem

Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Rozpoczynające się na Białorusi rosyjskie manewry Zapad 2017 mają znaczenie tyleż wojskowe, co polityczne.

Wśród zwykłych, czyli militarnych, plusów rosyjscy generałowie i ich głównodowodzący odnotują zgranie nowo utworzonych jednostek (np. 1. Armii Pancernej Gwardii, którą specjalnie przewieziono na Białoruś), a także sprawdzenie nowego sprzętu. Kolejnym będzie skryte – schowane w chaosie transportów jadących na ćwiczenia – przewiezienie sprzętu i broni z magazynów na jednym końcu Rosji w drugi (np. by uzupełnić amunicję separatystom w Donbasie czy dozbroić Kaliningrad). Jakkolwiek potoczą się ćwiczenia, to będą zyski armii.

Dalej zaczynają się już ewentualne zyski polityczne. Nikt obecnie nie wie, ilu rosyjskich żołnierzy wjechało na Białoruś, a ilu z niej wyjedzie. Czyli czy Zapad 2017 nie pozostawi po sobie nowych rosyjskich baz na terenie sąsiedniego państwa. To oznaczałoby całkowite już podporządkowanie Mińska Moskwie. Choć oczywiście prezydent Putin nadal będzie z szacunkiem witał prezydenta Łukaszenkę odwiedzającego Moskwę. Lub innego białoruskiego prezydenta – bo nie jest pewne, czy wąsaty Bat’ko będzie zajmował swoje stanowisko po zakończeniu manewrów. Może będzie to już inny wąsaty Bat’ko?

Jeszcze niedawno wśród dalszych zysków politycznych z ćwiczeń mogłyby pewnie być jakieś ustępstwa wymuszone na państwach bałtyckich, Ukrainie czy nawet na nas. Na szczęście już się nie dowiemy jakie.

Grając w zielone szachy z Putinem, należy zawsze pamiętać, że przewiduje on kilka ruchów do przodu i posuwa się tak daleko, na ile pozwala wystraszony przeciwnik. Dotychczas Zachodowi (czyli i nam) zrozumienie tego przychodziło z trudem. Tym razem strach okazał się dobrym doradcą – przelęknieni sąsiedzi Moskwy zaalarmowali całe NATO. Wzdłuż granic Rosji pojawiły się oddziały sojuszu i nagle się okazało, że polityczny szachista Putin nie ma ruchu. Między nim a nami stanęły czołgi naszych sojuszników.

rp.pl

Rosja manewruje na granicy

Kilkadziesiąt tysięcy rosyjskich żołnierzy rozpoczęło ćwiczenia, które zaalarmowały NATO.

– Nasze manewry mają absolutnie pokojowy charakter – zapewnił rosyjski wiceminister obrony Aleksandr Fomin.

Jednak sąsiedzi nie uwierzyli. W morze wyszła flota neutralnej Szwecji, która wraz z USA, Norwegią i Francją przez trzy tygodnie będzie prowadziła własne ćwiczenia w pobliżu Gotlandii. Ich scenariusz zakłada odbicie wyspy zaatakowanej ze wschodu. – Latem rosyjska flota ćwiczyła zdobywanie wysp na Bałtyku – ukraiński analityk wojskowy Konstantin Maszowiec wyjaśnił „Rzeczpospolitej” powody niepokoju Szwedów.

(fragment)

Siemoniak bije w Macierewicza. Odpowiedź szefa MON: Trwa wojna informacyjna, realizowana także przy pomocy części niemądrych ludzi

Rada Bezpieczeństwa Narodowego powinna pilnie zająć się powiązaniami szefa MON Antoniego Macierewicza – powiedział w czwartek b. szef MON Tomasz Siemoniak (PO). Ocenił, że „współpraca między prezydentem Andrzejem Dudą a Macierewiczem się wyczerpała”.

W środę lider PO Grzegorz Schetyna powiedział, że poprosił prezydenta Andrzeja Dudę (na spotkaniu dot. projektów ustaw o SN i KRS – PAP), by zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego ws. działalności i powiązań szefa MON Antoniego Macierewicza. Według Schetyny prezydent miał powiedzieć, że poważnie to rozważy. Z kolei w czwartek, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch poinformował w Radiu Zet, że RBN w tej sprawie nie jest przewidywana w najbliższym czasie. Dodał, że przedstawiciele opozycji zostali poinformowani przez prezydenta, że trzyma rękę na pulsie.

Siemoniak pytany o to w TVN24 powiedział, że jest rozczarowany i, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego nie zbiera się od czerwca ubiegłego roku. Jak mówił,RBN jest narzędziem prezydenta do kształtowania polityki bezpieczeństwa oraz miejscem dialogu z opozycją.

W ocenie b. szefa MON, kwestia powiązań Antoniego Macierewicza to temat, którymRBN powinna się pilnie zająć. Wydaje mi się, że w obozie rządzącym dojrzewają do tego, że coś z problemem pod tytułem Antoni Macierewicz trzeba zrobić; odwołać go, zdymisjonować, przeciąć tę sprawę – mówił. Jego zdaniem nastąpi to prędzej czy później, ponieważ Macierewicz jest jedynym politykiem w obozie PiS-u, który zbudował sobie samodzielną pozycję.

Współpraca między Andrzejem Dudą, a Antonim Macierewiczem się wyczerpała. Myślę, że nie ma żadnych możliwości współpracy między nimi – ocenił polityk PO.

Pytany był też o wnioski jakie Polska powinna wyciągnąć z rozpoczętych w czwartek manewrów wojskowych Zapad-2017. Zaznaczył: Że nasze miejsce jest na Zachodzie. Nie możemy zostać sami (…) Musimy być blisko NATO, Stanów Zjednoczonych, Unii Europejskiej, to jest polska racja stanu. Nie ma takiej sprawy, w imię której można narazić polskie bezpieczeństwo – mówił. Dodał, że Rosja, przez polityką jaką prowadzi straciła wiarygodność na arenie międzynarodowej.

Rada Bezpieczeństwa Narodowego to organ doradczy prezydenta; w jego skład wchodzą: premier, marszałkowie Sejmu i Senatu, szefowie: MSWiA, MSZ i MON, koordynator ds. służb specjalnych, szef BBN, szef Kancelarii Prezydenta oraz szefowie ugrupowań politycznych posiadających klub parlamentarny lub poselski albo przewodniczący tych klubów.

O powiązaniach szefa MON pisze w książce pt. „Macierewicz i jego tajemnice” Tomasz Piątek. Jak wynika z informacji podawanych przez wydawcę – opisuje i dokumentuje m.in. „powiązania ministra z wybitnym gangsterem-finansistą Siemionem Mogilewiczem”, który – jak podano – „współpracuje z sowieckim/rosyjskim wywiadem wojskowym GRU, jak również z samym Władimirem Putinem”.

Na słowa polityków opozycji zareagował szef MON. Zdaniem Antoniego Macierewiczaw Polsce mamy do czynienia z wojną informacyjną stymulowaną przez ośrodki wrogie Polsce . Przypomniał, że próby odwołania go ze stanowiska zawsze pojawiały się w momencie podejmowania kluczowych decyzji, np. przed szczytem NATO.

Mamy do czynienia prawdziwą wojną informacyjną, bardzo precyzyjnie przygotowywaną i bardzo precyzyjnie prowadzoną od dłuższego czasu, realizowaną siłami nie tylko ludzi z dawnych służb komunistycznych, ale także części niemądrych ludzi zwących się opozycją, którzy dają się albo wprowadzić w błąd, albo złudzić, że uleganie takim podszeptom będzie skuteczne dla ich kariery politycznej – ocenił szef MON.

Macierewicz odniósł się również do zaplanowanych na 14-20 września rosyjsko-białoruskich manewrów Zapad-2017. Jak mówił, jedną z cech charakterystycznych tego wydarzenia jest to, że te ćwiczenia są tak przygotowane i tak realizowane, żeby można było bezpośrednio z działań ćwiczebnych przejść do działań bojowych.

Dopytywany, czy jest to w tej chwili możliwe, odparł: Jestem przekonany, że warunki polityczne na to nie pozwalają, militarne pozwalają. Polska jest najważniejszym państwem Europy z punktu widzenia zarówno potencjalnego ataku rosyjskiego jak ipotencjalnej obrony państw NATO, bez destabilizacji Polski nie ma możliwości ataku rosyjskiego na ich zachodnią flankę” – podkreślił szef MON.

Macierewicz zapewnił, że Polska jest przygotowana na każdą ewentualność, ale najsłabiej w sferze informacyjnej (…), w sferze solidarności mediów. Destabilizacja Polski, osłabienie polskiego wojska, osłabienie polskiego rządu, a przede wszystkim osłabienie polskiego narodu i jego woli budowy, i obrony niepodległego państwa jest kluczowym zadaniem realizowanym dzisiaj na terenie Rzeczpospolitej w sferze propagandowo-informacyjnej – konkludował minister.

Manewry Zapad-2017 odbędą się w dniach 14-20 września na Białorusi i w Rosji. Według oficjalnych informacji ma w nich wziąć udział około 12,7 tys. żołnierzy (w tym na Białorusi nieco ponad 10 tys.) i blisko 700 jednostek sprzętu wojskowego. Ze strony rosyjskiej planowane jest zaangażowanie 5,5 tys. żołnierzy, w tym na terytorium Białorusi – około 3 tys. Ze strony białoruskiej przewidziany jest udział około 7,2 tys. żołnierzy. Faza aktywna manewrów odbędzie się w dniach 17-19 września.

dziennik.pl

Chrabota: W Polsce nie zrozumiano Junckera

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Mam wrażenie, że czepiając się jak tonący brzytwy zapewnień Jeana-Claude’a Junckera o tym, że nie chce Europy dwóch prędkości, pozostajemy bardziej w sferze pobożnych życzeń niż twardych realiów. A na pewno nie powinno to uspokoić ani ukształtować politycznego kursu ekipy rządzącej.

Wytrawny eurokrata i dyplomata w swoim środowym „orędziu” w Parlamencie Europejskim powiedział wszakże coś dużo ważniejszego. Integrację jednej, niepodzielnej Europy widzi wokół Schengen i strefy euro. A contrario, kto odrzuci obie osie zjednoczeniowe Europy, automatycznie wypadnie na jej margines. Bo ostatecznie szef Komisji Europejskiej nie jest przecież naiwny. Juncker ma świadomość podziałów politycznych i ideowych, które rządzą centrum i obrzeżami Unii. Musi rozumieć ekonomiczną przepaść pomiędzy Sofią czy Warszawą a Berlinem czy Paryżem. Musi też rozumieć partykularne i zwykle rozbieżne interesy najważniejszych i mniej ważnych stolic.

Suma tych różnic bezlitośnie prowadzi do jednej brutalnej konkluzji: Europa dwóch prędkości dawno już istnieje i jedynym, nad czym można pracować, są próby ich wyrównania. W przypadku rządzonej przez Prawo i Sprawiedliwość Warszawy nie zawahałbym się powiedzieć nawet o Europie „trzeciej prędkości”.

Ten wyjątkowy status mamy zresztą na własne życzenie. Odrzucenie wejścia do eurozony i zniechęcanie Polaków do wspólnej waluty (można już niemal mówić o psychozie) sytuowałoby nas w drugim europejskim kręgu. Ale dla rządu premier Beaty Szydło to jakby wciąż mało. Drze więc z Unią koty o co się tylko da. Najpierw nieudolne rozgrywanie kwestii Trybunału Konstytucyjnego, potem odmowa wykonania symbolicznego choćby pozytywnego ruchu w kwestii uchodźców. Ostatnio – nie waham się tego nazwać po imieniu – idiotyczna i z gruntu antypaństwowa awantura, którą wywołał minister Jan Szyszko, nie respektując decyzji Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości dotyczącej wycinki w Puszczy Białowieskiej.

Każde z tych działań oddala nas od centrum Unii Europejskiej, czyli od możliwości aktywnego uczestniczenia w unijnej polityce. Polska „trzeciej prędkości” nosi dziś w Europie nieuprzejmą i zadufaną w sobie „gębę” ministra Szyszki, który wybiera frazesy, za nic mając profesjonalną politykę.

Czy ktoś nad Wisłą zrozumiał Junckera? Dostrzeżono tylko pomocną dłoń. Ale mało kto zauważył, że przede wszystkim wskazywała kierunek.

rp.pl

Biedroń: Diabelski plan prezydenta Dudy

Foto: Fotorzepa, Magda Strowieyska

W tej wojnie buldogów pod dywanem prezydent Duda usiłuje wykorzystać opozycję, żeby się wybielić i przeforsować swój plan – uważa prezydent Słupska Robert Biedroń. – Dziwię się opozycji, że w ogóle uczestniczy w tych konsultacjach – dodaje.

Toczące wojnę pod dywanem buldogi to minister sprawiedliwości i właśnie Andrzej Duda, który i tak zaproponuje w swoich projektach rozwiązania niekonstytucyjne i na tym polega jego diabelski plan – uważa Biedroń.

Prezydent Słupska jest zdania, że dopuszczono do tego, by głowa państwa i minister sprawiedliwości ingerowali we władzę sądowniczą, co w ogóle nie powinno mieć miejsca.

– Spotkanie u prezydenta w sprawie ustaw sądowniczych to konszachty z diabłem – mówi Biedroń, który dziwi się, że opozycja w ogóle w tych konsultacjach uczestniczy. – To, co nam zaprezentuje, to będą zapewne rozwiązania niekonstytucyjne, wiec po co przykładać do tego rękę” – pyta.

Zdaniem Biedronia billboardy, które zawisły w kraju w ramach walki rządu o reformę sądownictwa, podważają fundamenty państwa. Polityk mówił, że na terenach, gdzie stanęły billboardy, wciąż leżą powalone po nawałnicach drzewa, a domy pozbawione są dachów.

–  Tam państwa nie ma. Państwo dzisiaj jest na tych billboardach i straszy sędziami, którzy Bogu ducha winni stali się ofiarą jakiejś kompletnie absurdalnej nagonki – mówił Biedroń.

Samorządowiec domaga się, aby rząd wystąpił do Unii Europejskiej o pieniądze na pomoc poszkodowanym w nawałnicach. Podkreślił, że pieniądze na ten cel w UE są i zostało jeszcze półtora miesiąca na złożenie wniosku. Ty bardziej – zauważył – że szacunkowe straty w samym województwie pomorskim, wyliczone przez marszałka Mieczysława Struka, wynoszą ponad półtora miliarda złotych.

Więcej TVN24

rp.pl

Chciałbym być poznaniakiem

13.09.2017
środa

Rok 2019 będzie dla Polski rokiem granicznym. Albo przywrócimy normalność, albo przeklną nas kolejne pokolenia.

Kierownictwo PiS nie ma złudzeń co do skutków gospodarczej polityki, zwłaszcza w wymiarze mechanizmów realnych. Szczególnie groźne jest podporządkowanie zależnych od państwa przedsiębiorstw interesom partii i jej dyrektywom. Obsada zarządów zwraca uwagę, ale to tylko środek. Celem jest zmiana misji, partyjnie określany horyzont ich celów, ograniczenie rynku jako czynnika weryfikującego jakość zarządzania. Instrumentem zaś jest praktyczne zastąpienie kodeksu handlowego decyzjami kierownictwa partii. Postawienie ministra sprawiedliwości ponad wymiarem sprawiedliwości, nie tylko ponad prokuraturą, ale i sądami, tu uzyska pełne uzasadnienie. Kwestia dywidendy, wydatków operacyjnych, fuzji, przejęć. Prezesi uwolnieni od odpowiedzialności wobec prawa zostaną w pełni podporządkowani partii.

Także wydatkowanie budżetowych pieniędzy będzie w pełni podporządkowane bieżącemu interesowi wyborczemu PiS.

Mówiliśmy dotychczas o różnych „partia władzy”. To będzie dopiero prawdziwa partia władzy. Funkcjonowanie wszystkiego, także organizacji pozarządowych, ma być podporządkowane jej interesom.

To nie może dobrze się zakończyć.

Byle wahnięcie koniunktury, na przykład w Niemczech, mniejsze o kilka punktów procentowych ich zakupy – a leżymy. Surowsza kontrola wydatków pieniędzy unijnych, kary nakładane za lekceważenie zasad, na których zbudowana jest Unia, zwyczajna niechęć tych, którzy dotychczas byli nam życzliwi mimo jawnej dla nich niedoskonałości procedur wydatkowania unijnych pieniędzy, grzechy minionego czasu (dziury w systemie VAT: Platforma/PSL, SKOK-i: PiS), skutki obniżenia wieku emerytalnego, brak systemów powszechnych ubezpieczeń od katastrof, rozdęte wydatki resortów na propagandę „dobrej zmiany”, własna konsumpcja wygłodniałej władzy – wszystko to zakończy się najpierw katastrofą budżetu, a potem kryzysem gospodarczym.

PiS gwarantuje sobie oczywiście jakieś narzędzia łagodzące gniew opinii publicznej. Najważniejsze z nich to brak działań dla znalezienia się w strefie euro i usilne osłabianie kontroli Unii naszych wydatków, równowagi, zadłużenia. Nie jest to trudne, zwłaszcza w dziedzinie tak łatwej dla władzy w Polsce jak propaganda. Inni są bardziej zadłużeni, mniej zbilansowani. Mało kto rozumie, że kiedy „inni” sobie z tym poradzą, Polaków czeka katastrofa.

Ja dziś jednak nie o tym. To, co powyżej, wyznacza jedynie kres marzeń, że szaleństwa mogą być bez kary. Do 2019 r. PiS wytrzyma. Może nawet jeden więcej rok. Dekadę temu, dziewięć lat temu, kiedy mało kto wierzył, że Platforma Obywatelska buduje przyszłość PiS, propagowałem pogląd, że cezurą będzie rok mniej więcej 2022. Wtedy Polacy poddani presji codziennych faktów, ich konsumpcji, budżetu państwa – oprzytomnieją. Ale wtedy, pisałem, będzie za późno. Powtarzam: w 2022 r. będzie na otrzeźwienie za późno. PiS wyniesiony już dawno będzie ponad państwo, a obywatele skłóceni i totalnie wzajemnie podejrzliwi. Kwitnąć będzie donosicielstwo. Media, też te prywatne, będą jeść z ręki władzy. Kościół będzie syty. Wielu dzisiaj wolnych ludzi orientować będzie się na władzę, bo ona będzie decydować o sukcesie i klęsce.

Zadecyduje rok 2019.

Ale jaki on będzie, zależy też od wyborów 2018, przede wszystkim w wielkich miastach. One odegrają taką mniej więcej rolę jak wybór najzupełniej nieprzewidywany na rok przed Andrzeja Dudy w 2015. Albo podtrzymają trend, albo go załamią. Warszawa będzie miała znaczenie decydujące.

Dzisiaj Warszawa, i niech adresatem tych słów będzie Platforma z jakimkolwiek kandydatem PiS. Bo szyld partyjny wciąż istotniejszy od osoby. Nawet nie próbuję przeprowadzić dowodu. Szkoda na to czasu.

Przypomnę: w 2015 r., w wyborach sejmowych, PO wygrała (jak chodzi o głosy warszawiaków) z PiS czterema setnymi procenta! PO – 29,23 proc., PiS – 29,19. Owszem, nadzieja, tu w Warszawie akurat, w Nowoczesnej. Miała ponad 14 proc. (Kukiz jedynie 6). Ale Razem uzyskali ponad 5,5, a KORWiN 5. Zjednoczona Lewica (co by to miało znaczyć w 2018 r.?) sporo ponad 9 proc.

To było PRZED ujawnieniem skali skandalu reprywatyzacyjnego.

Mam wyrobione zdanie co do winnych. Jego istotą jest, że prezydent Warszawy była przecież prezydentem Warszawy, był to jej problem, a była też wiceprzewodniczącą 8 lat rządzącej partii. Więc?! Kto miał wnosić? Jakiś poseł z Krasnegostawu? Kto miał składać rezygnację? Śpiewak? Mencwel? Moje zdanie nie ma nic do rzeczy. W tej sprawie, niezależnie od „osiągnięć” ekipy Lecha Kaczyńskiego, kiedy był prezydentem Warszawy (nie wspominam „przejściowego”), opinia warszawiaków (nie aparatu PO) jest jednoznaczna. Informuję.

Jeśli nie będzie naprawdę szerokiego porozumienia DEMOKRACJI, te wybory w cuglach wygrywa jakikolwiek kandydat PiS. Na przykład kandydatka E.J. Bez znaczenia. Żaden Sasin, rzecz jasna, ani inny, który jest w grze. Kaczyński myśli.

Rozmawiajcie. Szeroko. Już dzisiaj. I żadnych „oczywistych” kandydatur. I wiedźcie, że to może być „pakiet”. Kraków (najtrudniejszy), Wrocław, Gdańsk. Mam nadzieję, że Poznań będzie oczywisty. W październiku 2018 r. chciałbym być poznaniakiem.

celinski.blog.polityka.pl

PiS zapłaci za billboardy więcej, niż myśli

14.09.2017
czwartek

Przypomina się przy okazji afery billboardowej stary dowcip.

– Chłopcy, nie sikajcie do basenu.
– Ale wszyscy wokół sikają.
– Ale tylko wy z trampoliny.

Utwierdzam się w przekonaniu, że skandal z tą kampanią w ostatecznym rozrachunku będzie kosztował PiS więcej niż te kilka czy kilkanaście milionów złotych (na dokładne rachunki przyjdzie nam jeszcze poczekać). Żadna partia nie doiła spółek tak ostentacyjnie, jak czyni to PiS.

Stała się przy tym rzecz dziwna – opozycja wyprowadziła kilka celnych ciosów, powstał dobry spot PO. A PiS się gubi, czego znakiem jest chaos informacyjny.

„Ani rząd, ani PiS nie ma nic wspólnego z kampanią billboardową dotyczącą sądownictwa” – powiedział wiceminister sprawiedliwości (i członek klubu parlamentarnego PiS) Michał Wójcik.

„Rząd RP musiał podjąć pewne działania, także o charakterze medialnym, aby tę histerię zrównoważyć i uspokoić. Poza tym wszystko jest zgodne z prawem, fundacja narodowa jest od tego, aby jedną z najważniejszych spraw narodowych podjąć” – ogłosił wicemarszałek Ryszard Terlecki.

Uprzejmie proszę stosowne czynniki o wyjaśnienie, kto kłamie: wiceminister sprawiedliwości czy wicemarszałek Sejmu.

szacki.blog.polityka.pl

Marszałek Sejmu zakazuje wstępu do Sejmu. Prokuratura znów nie widzi problemu

14.09.2017
czwartek

W lipcu Sejm zajmował się projektami trzech kontrowersyjnych ustaw sądowych (o KRS, SN i ustroju sądów powszechnych). Propozycje, które powstały w resorcie Zbigniewa Ziobry, uderzały w niezawisłość sędziowską i wyprowadziły na ulice tysiące protestujących. Niektórzy chcieli też te ekspresowe prace parlamentarne obserwować z bliska w Sejmie.

Obywatele mają do tego prawo nadane przez konstytucję: „Prawo do uzyskiwania informacji obejmuje dostęp do dokumentów oraz wstęp na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej pochodzących z powszechnych wyborów, z możliwością rejestracji dźwięku lub obrazu”.

Jednak marszałek Marek Kuchciński, powołując się na zachowanie porządku, spokoju oraz bezpieczeństwo Sejmu, prawo to obywatelom odebrał. 14 lipca 2017 r. wydał zarządzenie, na podstawie którego zawiesił „do dnia 21 lipca 2017 r. do godziny 24:00 prawo wstępu do budynków pozostających w zarządzie Kancelarii Sejmu osobom, którym wstęp i wjazd przysługuje na podstawie jednorazowych kart wstępu i list imiennych”.

Zakaz pojawił się dzień po tym, jak grupa Obywateli RP weszła na teren Sejmu, by pokojowo manifestować przeciwko demolowaniu niezawisłości sądownictwa. Później wokół Sejmu ustawiono barierki, których strzegło setki policjantów. Posłowie z klubów opozycyjnych nie mogli już też zaprosić gości, którzy chcieli obserwować burzliwe obrady.

Stowarzyszenie Sieć Obywatelska Watchdog Polska zawiadomiła w tej sprawie prokuraturę. Chodzi o możliwość popełnienia przestępstwa „nieudostępnienia informacji publicznej wbrew ciążącemu obowiązkowi przez Marka Kuchcińskiego”.

W zawiadomieniu argumentowali, że w żaden sposób nie można zaakceptować prewencyjnego zakazu wstępu do budynków parlamentu. Powoływali się na to, że w państwie demokratycznym parlament jest miejscem debaty publicznej. A obywatele i obywatelki, jako sprawujący władzę zwierzchnią w Rzeczypospolitej Polskiej, mają prawo tej debacie się przysłuchiwać.

Pod koniec sierpnia z Prokuratury Okręgowej w Warszawie przyszła odmowa wszczęcia śledztwa. Prokuratorzy podlegli ministrowi Ziobrze uznali, że „działanie marszałka Sejmu uznać należy za zgodną z prawem realizację przysługujących mu uprawnień”. Prokurator uzasadniał, że „prawo do informacji nie zostało naruszone, gdyż opinia publiczna była o pracy Sejmu RP i jej wynikach informowana poprzez komunikaty prasowe, wypowiedzi posłów, konferencje, o bieżącej relacji medialnej nie wspominając”.

Ale Sieć Obywatelska nie składa broni. Już złożyła zażalenie do sądu. Przypomina, że konstytucja zapewnia expressis verbis prawo do wstępu na posiedzenia kolegialnych organów władzy publicznej, pochodzących z powszechnych wyborów. I słusznie zauważa, że jest to jednak inna forma pozyskiwania informacji o sprawach publicznych niż w poprzez media. Inaczej trzeba byłoby uznać, że gdy obrady Sejmu są transmitowane, to ten artykuł z konstytucji można wykreślić.

Już raz Sieć Obywatelska Watchdog złożyła skuteczne zażalenie w podobnej sprawie. W lutym sąd nakazał prokuraturze wszcząć postępowanie i przesłuchać Marka Kuchcińskiego w związku z możliwością nadużycia przez niego uprawnień. Wtedy chodziło o to, że Kuchciński nie wpuścił na galerię sejmową uczestniczek Czarnego Protestu, co zdaniem sądu było jednak naruszeniem konstytucyjnego prawa do informacji publicznej. To śledztwo trwa, ale oczywiście nie oznacza to jeszcze, że Kuchciński dostanie zarzuty. Prokurator może nie zgodzić się z sądem i stwierdzić, że odmówienie wstępu do Sejmu nie wypełnia znamion przestępstwa i śledztwo umorzy.

W sprawie lipcowego zakazu wstępu do Sejmu czekamy na rozpatrzenie przez sąd zażalenia na odmowę wszczęcia śledztwa. Warto, by sąd wziął pod uwagę to, jak chętnie PiS powołuje się na suwerena, więc tym bardziej nie powinien zakazywać mu wstępu do Sejmu, który sobie suweren wybrał.

dabrowska.blog.polityka.pl

Niewyjaśnione wypadki rządowych kolumn

Żaden ze spektakularnych wypadków rządowych nie został dotąd wyjaśniony. Śledztwa prokuratorskie w sprawie pękniętej opony w BMW prezydenta Dudy, wypadków ministra Macierewicza i premier Szydło były już kilka razy przedłużone. W opinii doświadczonych prawników trwają one zdecydowanie zbyt długo.
Wypadek z udziałem szefa MON Antoniego MacierewiczaFoto: Tytus Żmijewski / PAP
Wypadek z udziałem szefa MON Antoniego Macierewicza
  • Śledztwo ws. wypadku z udziałem prezydenta Andrzeja Dudy przedłużono do 30 listopada 2017 r. W sprawie przesłuchano już ok. 100 świadków i sporządzono 7 opinii biegłych
  • Śledztwo ws. wypadku premier Beaty Szydło przedłużono do 10 listopada 2017 r. Prokuratorzy oczekują na opinie z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dr Jana Sehna w Krakowie z zakresu rekonstrukcji wypadków
  • Najmniej wiadomo o postępowaniu ws. wypadku szefa MON Antoniego Macierewicza. Prokuratorzy wojskowi nie chcą poinformować, na jakimi etapie jest obecnie śledztwo
  • Dziś najtrudniej jest z podejmowaniem decyzji i braniem na siebie odpowiedzialności – komentuje w rozmowie z Onetem sędzia Barbara Piwnik

4 marca ubiegłego roku w samochodzie BMW serii 7, którym z Karpacza do Wisły jechał prezydent Andrzej Duda, doszło do uszkodzenia opony tylnego koła, w wyniku czego auto wpadło w poślizg i zsunęło się do rowu. Nikomu nic się nie stało.

Pęknięta opona w prezydenckim BMW

Sprawa jest jednak poważna. Prokuratora Okręgowa w Opolu, która prowadzi postępowanie, bada kilka wątków. Śledztwo było już jednak kilka razy przedłużane. Według ostatnich doniesień ma się zakończyć do 30 listopada 2017 r.

Na razie niewiele wiadomo też na temat ustaleń, jakie poczynili opolscy prokuratorzy. – Postępowanie jest prowadzone. Dlatego nie jest możliwe obecnie poinformowanie o dokonanych ustaleniach faktycznych – mówi Onetowi Lidia Sieradzka, rzecznik prasowa opolskiej prokuratury i dodaje, że w śledztwie przesłuchano dotąd prawie 100 świadków oraz sporządzono 7 opinii biegłych.

Informuje również, że wśród przesłuchanych byli m.in. pracownicy Stacji Obsługi Pojazdów BOR, w tym osoby obsługujące prezydencki samochód, który uległ wypadkowi. Przepytano też diagnostę, który przeprowadzał większość okresowych badań technicznych pojazdów Biura.

Ponownie przesłuchano też biegłych z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Prokuratorzy chcieli dowiedzieć się, czy opona, która uległa przedziurawieniu 4 marca, była nowa czy zużyta? Pytali, czy nie doszło do uszkodzenia wiązki odpowiedzialnej za działanie systemu ABS w prawym tylnym kole oraz czy stan opon zamontowanych w pojeździe BOR stwarzał niebezpieczeństwa dla ruchu drogowego?

Ponadto uzyskano dokumentację związaną z serwisowaniem pojazdu BOR.  – Planuje się też przesłuchać ekspertów z Ośrodka Badawczo Rozwojowego Przemysłu Oponiarskiego „Stomil” z Poznania. Oczekuje się również na informacje od producenta opon – dodaje Sieradzka.

Kulisy skandalu na Westerplatte

Kolejny polityczny skandal podczas obchodów wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. Tym razem Żandarmeria Wojskowa i przedstawiciele MON uniemożliwili harcerzom zaproszonym przez prezydenta Gdańska odczytanie apelu poległych.

Wojskowi prokuratorzy nabrali wody w usta

Znacznie mniej rozmowni są prokuratorzy z Wydziału ds. Wojskowych Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, prowadzący śledztwo w sprawie wypadku, do którego doszło 25 stycznia tego roku w Lubiczu Dolnym niedaleko Torunia. Uczestniczyło w nim 8 pojazdów, w tym dwa samochody z kolumny Żandarmerii Wojskowej chroniącej ministra obrony Antoniego Macierewicza.

Śledztwo wszczęto w sprawie nieumyślnego naruszenia zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym przez kierującego pojazdem wojskowym marki BMW X5 żołnierza z Oddziału Specjalnego Żandarmerii Wojskowej w Warszawie i spowodowania przez niego wypadku, w wyniku którego inna osoba odniosła obrażenia na okres trwający powyżej 7 dni. Jakie są jego efekty?

– Nie będziemy nic komentować. Ewentualnie może pan wysłać e-maila, jeśli prokurator znajdzie czas, to odpisze – usłyszeliśmy w poznańskiej prokuraturze. Odesłano nas też do komunikatu, jaki śledczy zamieścili w tej sprawie. Prokurator podał w nim, że dotychczas w ramach postępowania m.in. przesłuchano kilkunastu świadków zdarzenia, uzyskano opinię biegłych z zakresu medycyny oraz powołano zespół biegłych z zakresu badania i rekonstrukcji wypadków drogowych.

– Prowadzone są intensywne czynności procesowe zmierzające do wszechstronnego wyjaśnienia przyczyn i okoliczności zdarzenia będącego przedmiotem niniejszego śledztwa – powiedział mjr Wojciech Skrzypek z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Nie wiadomo jednak, kiedy postępowanie może się zakończyć.

Kolejne ekspertyzy w sprawie wypadku premier Szydło

10 lutego tego roku w Oświęcimiu doszło z kolei do wypadku z udziałem kolumny rządowej, którą poruszała się premier Beata Szydło. Policja podała, że trzy samochody (pojazd premier Beaty Szydło jechał w środku) wyprzedzała fiata seicento. Jego 21-letni kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto szefowej rządu, które następnie uderzyło w drzewo.

W wyniku wypadku poważne obrażenia ciała, utrzymujące się dłużej niż 7 dni, odnieśli Beata Szydło i jeden z funkcjonariuszy BOR – szef ochrony premier.

Już 14 lutego zarzut nieumyślnego spowodowania wypadku usłyszał kierowca fiata seicento Sebastian K. Nie przyznał się do winy.

Śledztwo w sprawie wypadku premier Szydło prowadzi zespół prokuratorów z Prokuratury Okręgowej w Krakowie. Pytani przez Onet, na jakim etapie znajduje się postępowanie, odmówili odpowiedzi. Wiadomo jednak, że czas trwania śledztwa został przedłużony do 10 listopada 2017 roku, a prokuratorzy czekają m.in. na opinię z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. dr. Jana Sehna w Krakowie z zakresu rekonstrukcji wypadków.

Osiem tysięcy osób chce „ułaskawienia” od ustawy dezubekizacyjnej. Resort Błaszczaka ma problem

Strach przed podjęciem męskiej decyzji

– Nie wiem, czy przedłużanie tych postępowań wynika z trudności w skompletowaniu materiałów dowodowych, czy raczej z trudności w podejmowaniu męskich decyzji – ocenia sędzia Barbara Piwnik. Podkreśla, że nie zna materiałów tych konkretnych śledztw.

– Od lat nie orzekam w sprawach wypadków drogowych. Nie wykluczam jednak, że w niektórych przypadkach stan faktyczny jest złożony. Chodzi przede wszystkim o katastrofy drogowe, gdzie byli zabici, ranni, wówczas postępowania mogą się przedłużać. Wymienione przypadki wypadków kolumn rządowych nie były aż tak złożone – podkreśla sędzia Piwnik.

– Niejednokrotnie mówiłam, że postępowania przygotowawcze w Polsce przedłużają się nadmiernie. Dziś najtrudniej jest z podejmowaniem decyzji i braniem na siebie odpowiedzialności. Domyślam się, że w tych konkretnych śledztwach ta odwaga jest dodatkowo utrudniona – podkreśla sędzia Piwnik, a przyczyny takiego stanu rzeczy upatruje w ciągłych, niejednokrotnie nieprzemyślanych zmianach, jakie zachodzą w polskim sądownictwie oraz zastępowaniu osób z dużym doświadczeniem przez osoby młode jeszcze bez odpowiedniej wiedzy.

Także prokurator Krzysztof Parchimowicz, prezes stowarzyszenia „Lex Super Omnia” podkreśla, że badanie tego typu wypadków trwa zdecydowanie krócej. – Nawet jeśli do ustalenia rzeczywistych przyczyn wypadku czy kolizji są potrzebne dwie opinie biegłych, to nie trwa to, jak w tych przypadkach, wiele miesięcy – zaznacza prokurator Parchimowicz.

Prokuratorów prowadzących śledztwa w sprawie wypadków rządowych broni były zastępca Prokuratora Generalnego Kazimierz Olejnik. – Jeśli chodzi o wypadki z udziałem BOR, to dużo trudniej ustalić ich rzeczywisty przebieg i wymagają one szczegółowej rekonstrukcji. W normalnym wypadku sprawa jest znacznie prostsza i oczywiście mniej czasochłonna – mówi prokurator Olejnik. W jego ocenie prokuratorzy powinni zrobić wszystko, by wykluczyć błędy.

– W sytuacji trudnego śledztwa, w którym gdzieś w tle rysuje się polityka, należy wykonać wszystkie czynności niezwykle skrupulatnie, aby później nie było cienia wątpliwości, że prokuratorzy niedopełnili swoich obowiązków. W przypadku tych wypadków lepiej, że to jest robione dłużej, ale rzetelnie i porządnie – podkreśla prokurator.

onet.pl

Siemoniak: Czuję się jak w domu latających sztyletów

Foto: tv.rp.pl

Ja się czuję trochę jak w domu latających sztyletów, bo obecnie nie wiemy, co zdarzy się jutro lub za kilka dni – tymi słowami konflikt na linii MON-Pałac Prezydencki skomentował były minister obrony Tomasz Siemoniak (PO)

W „Faktach po Faktach” w TVN24 Tomasz Siemoniak narzekał m.in. na to, że już od roku nie zbiera się Rada Bezpieczeństwa Narodowego – dawniej miejsce, jak stwierdził – dialogu z opozycją. Zdaniem byłego szefa MON podczas takiego spotkania byłoby o czym rozmawiać, a jednym z tematów byłby na pewno obecny minister obrony Narodowej Antoni Macierewicz i jego powiązania.

– Temat powiązań Macierewicza jest tematem, którym rada powinna się pilnie zająć – stwierdził Tomasz Siemoniak, nawiązując do głośnej książki Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice”.

Zdaniem Siemoniaka nawet w ugrupowaniu rządzącym „dojrzewają do tego, by coś z problemem pod tytułem Antoni Macierewicz zrobić” i prędzej czy później decyzja zapadnie, bo „jest to zbyt duży koszt” dla rządu.

„Wojną atomową ze strony prezydenta” nazwał Siemoniak decyzję Andrzeja Dudy, by po raz pierwszy w historii w Święto Wojska Polskiego nie przyznać nominacji generalskich. Ma to oznaczać, że „współpraca między prezydentem a szefem MON się wyczerpała”.

Cała rozmowa na TVN24

rp.pl

%d blogerów lubi to: