Może zamiast „Wesela” prezydent poczytałby Konstytucję RP?

Może zamiast „Wesela” prezydent poczytałby Konstytucję RP?

Punktualnie o godzinie 12.00 Andrzej Duda i jego żona rozpoczęli w warszawskim Ogrodzie Saskim narodowe czytanie „Wesela”. – „Wesele” w całości jest przeniknięte nutą patriotyczną, tchnie Polską i troską o wolną Polskę” – mówił Andrzej Duda o dziele Stanisława Wyspiańskiego.

Dlaczego akurat „Wesele” Wyspiańskiego? – „Jest utworem, który pozwala na szeroką interpretację i budzi, budziło i zapewne będzie budzić w przyszłości, dyskusję na temat PL” – taki tweet zamieściła Kancelaria Prezydenta. Internet przypatruje się akcji z zainteresowaniem i nie stroni od pytań. Takich na przykład, jak to, kiedy odbędzie się narodowe czytanie innego dzieła – Konstytucji RP. Padają też konstruktywne propozycje. – „Rozumiem, że to na rozgrzewkę, a potem ustawy o sądownictwie” – stwierdza jeden z internautów.

Poza tym, jak wiadomo, „Wesele” to kopalnia cytatów, z czego internauci skrzętnie skorzystali. Przykłady? Jacek Nizinkiewicz zauważył: – „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora?”– idealny cytat z #Wyspiański pod #NarodoweCzytanie i #ReferendumKonstytucyjne”. Operafun: –„Oby tylko Pan i Pana obóz przeczytał sobie i wziął „Wesele” do serca ku przestrodze. Zwłaszcza strofę Chochoła!”. Albo Konrad Pruszyński: – „Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie”. Pojawia się także wątek aneksu WSI. Jak pisze Mariusz Chojnicki: „Miałeś chamie ,złoty róg…” Kto ten fragment przeczyta? ANEKS chętnie bym przeczytał …”.

Pytanie, czy prezydent Andrzej Duda zdobędzie się na odpowiedź, może być ważniejsze niż szczytna skądinąd akcja upowszechniania polskiego dziedzictwa kulturalnego.

koduj24.pl

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Joachim Brudziński w „Śniadaniu w Trójce” był łaskaw powiedzieć, iż „Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne”.  Reparacje za II wojnę światową będą jednym z dwóch, trzech najważniejszych elementów strategii pisowskiego wyjścia Polski z Unii Europejskiej.

Akcenty będą różnie rozkładane w zależności od sytuacji, zaś antygermańskość będzie o tyle ważna, iż izolacja Polski i pogarszająca się sytuacja gospodarki – a ten trend uruchomi się, bo Niemcy to nasz główny rynek eksportowy – muszą mieć przyczynę zła.

Za wybuch II wojny światowej odpowiadają Niemcy, a nie hitlerowskie Niemcy. Taki paradygmat wroga jest obowiązkowy w TVP. Praca nad tym ksenofobicznym genem już się rozpoczęła.

Do niedawna Jarosław Kaczyński miał wymarzonego wroga wśród niemieckich polityków, a była nim Erika Steinbach. Nazywałem ją trzecim bliźniakiem, dużo wartościowszym dla politycznych emocji prezesa PiS niż wszelacy Dornowie. Prezes nie musiał się wysilać, aby w swoim elektoracie wzbudzić negatywne emocje do Niemców.

Dzisiaj taka Steinbach przydałaby się, niestety, przeszła na emeryturę. Nic straconego, bo domaganie się reparacji wysypie Steinbachami jak grzybami po deszczu. Niemcy przejdą z pozycji adwokata emancypacji Polski na domagającego się przestrzegania prawa międzynarodowego. Wszak mogą powiedzieć: OK z reparacjami, dostaniecie je pod warunkiem, że oddacie nam zagrabione Ziemie Odzyskane. Czyli PiS idzie na handel – reparacje w zamian za jedną trzecią Polski i to tę najbogatszą, tzw. ścianę zachodnią z Wrocławiem, Szczecinem i Gdańskiem.

Reparacje to jest podświadomość PiS? Takie psychologiczne dążenie do samobójstwa, które dotyczy nie tylko persony (człowieka), ale także określonych grup z określonymi wartościami, nazywanych niekiedy sektami. Mianowicie staniemy się bogatsi o bilionową górę szmalu, a zostaniemy Polską okrojoną do Kraju Priwislańskiego. Bo nie wierzę, aby w ramach tak pojętych reparacji Ukraina zwróciła nam Lwów, Białoruś Grodno, a Litwa Wilno. Chyba, że Macierewicz ze swoimi Wojskami Obrony Terytorialnej niczym Żeligowski będzie odzyskiwał ziemie I i II Rzeczpospolitej.

Mniej więcej taki sens mają dzisiaj reparacje za II wojnę światową. PiS proponuje chaos i wodę z mózgu tym, którzy dadzą się nabrać na tę propagandę. Ale mimo to grozi nam wyjście z Unii Europejskiej i to jest ta konsekwencja podświadomości PiS.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Stanisław Brejdygant

List obywatela Rzeczpospolitej Polskiej do pani kanclerz Republiki Federalnej Niemiec

30 sierpnia 2017 | 13:56

Europejscy przywódcy podczas czwartkowego spotkania przed szczytem G20

Europejscy przywódcy podczas czwartkowego spotkania przed szczytem G20 (Michael Sohn (AP Photo/Michael Sohn))

Chciałem Pani złożyć wyrazy najgłębszego szacunku i podziwu.

Szanowna Pani Kanclerz,

Mam długie życie za sobą i noszę w sobie żywą pamięć tego długiego życia. Urodziłem się i wychowałem w Warszawie. Całe moje dzieciństwo przypadło na tragiczne i okrutne (w tym mieście szczególnie) czasy okupacji niemieckiej. Umyślnie piszę, zgodnie z historyczną prawdą, niemieckiej, bo przecież to Niemcy okupowali mój kraj, a nie jacyś, jedynie, naziści. Mam zatem prawo Niemców bardzo źle wspominać. Oczami dziecka widziałem uliczną egzekucję. Mama próbowała zasłaniać mi oczy. Widziałem też płonące w środku miasta getto. I wiedziałem, że płoną tam ludzie. No a potem widziałem zagładę mego miasta, Powstanie Warszawskie. W tym Powstaniu bohatersko walczyła moja starsza, piętnastoletnia siostra. Jedna z nielicznych ocalała. Ale z rąk Niemców w tamtym czasie, zginęło dwóch braci matki, jeden torturowany w gestapo, drugi na barykadzie Powstania. Także w Powstaniu zginął brat ojca, wyższy oficer Armii Krajowej. Powtórzę, mam prawo Niemców źle wspominać. I wspominam źle, tamtych Niemców.

Ludzie ludziom zgotowali ten los

Myślę, że nic i nikt nie jest w stanie zdjąć z narodu niemieckiego odpowiedzialności za niewiarygodne zbrodnie, których dokonali Niemcy w czasie II wojny światowej. A jednak w mojej świadomości trwa najmądrzejsza, najgłębsza ocena Czasów Zagłady wyrażona w krótkim zdaniu sformułowanym przez polską pisarkę Zofię Nałkowską nazajutrz po wojnie w 1945 roku: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. Bo też w minionym XX wieku doświadczyliśmy największej w dziejach kompromitacji człowieczeństwa.

Moje, dość bogate jak widać, doświadczenie życiowe wskazuje na tak oczywistą prawdę jak ta, że rewanż, zemsta niczego nie załatwia, pogłębia jedynie tragizm kondycji ludzkiej. Dlatego dumny jestem, że to jako pierwsi polscy biskupi wyciągnęli rękę w geście pojednania do Niemców. Bo też był to wielki i mądry, prawdziwie chrześcijański gest.

Przez kilkadziesiąt lat, jakie minęły od czasów wojny, wyrosły i w Polsce, i w Niemczech kolejne pokolenia. Różne demony, ale także dobre duchy kształtują w różnych okresach losy ludzi i dzieje narodów. Otóż, gdy mój naród przywrócił sens hasłu: „Za naszą i waszą wolność”, gdy Lech Wałęsa mądrze dowodził pokojową armią „Solidarności”, której działania przybliżyły moment zburzenia ładu jałtańskiego i doprowadziły do zburzenia berlińskiego muru, i gdy w tych działaniach nastąpiła przerwa, trudna próba oporu, stan wojenny w Polsce, wtedy ludzie dobrej woli z całego świata przyszli nam z pomocą.

I wówczas, kto wie, czy nie największe wsparcie przyszło do nas z Niemiec. I nie był to pierwszy przykład braterskiej współpracy i pomocy pomiędzy naszymi narodami, bo były też inne w różnych czasach. Najgłośniejszy zaś i najbardziej, powiedzielibyśmy dzisiaj, spektakularny po 1831 roku po upadku powstania listopadowego, kiedy to naszych uchodźców, „żołnierzy tułaczy”, z największym entuzjazmem witano i pomagano im w krajach niemieckich.

Od Ottona III do Jana Pawła II

No i wreszcie u progu XXI wieku nastąpiło w naszych dziejach coś najwspanialszego, co mogło się wydarzyć. Wstąpiliśmy do wymarzonej przez upartych wizjonerów i stworzonej przez błogosławionych Chrześcijańskich Demokratów (Schuman, Adenauer, De Gasperi) Unii Europejskiej.

Nareszcie koniec wojen i konfliktów, nareszcie oczekiwana przez wieki, od Ottona III do Jana Pawła II, Wspólna Europa. I my w niej, my, Polacy, i wy, Niemcy. Jeżeli użyję zwrotu „braterska współpraca”, to wiem, że zabrzmi to patetycznie. Może też przesadnie. Ale przecież wspólnota interesów także może być braterska. I mogła być. I była.

Świadczy o tym przecież dobrze funkcjonujący Trójkąt Weimarski, który niestety z winy mego obecnego rządu dziś nie funkcjonuje. Cóż, wiele pięknych, szlachetnych inicjatyw nie funkcjonuje dziś z winy obecnego mojego rządu, który to rząd, istotnie mający mandat większości w wyborach (a co to znaczy ów „mandat większości”, to najlepiej wiecie wy, Niemcy, którzy doświadczyliście upadku demokratycznej republiki w waszym kraj, u progu lat 30. za sprawą wolnych wyborów i „mandatu większości”) uważa, że może być władcą dusz naszych i sumień.

Otóż oświadczam, że nie może. Nasze sumienia i nasza świadomość nie chcą dopuścić, aby nasz naród, nieraz już przegrywający z innymi silniejszymi narodami, a także z nieubłaganymi prawami historii, kierowany przez nieodpowiedzialnych szaleńców po raz kolejny stoczył się w przepaść. A wiem, dziś jest blisko krawędzi.

Tandetna propagandowa zagrywka

Mój rząd wystąpił ostatnio z żądaniami od Niemiec reparacji wojennych.

Nie wiem, czy mój rząd ma rację, nie wiem, skłonny jestem przypuszczać, że w swoim czasie, zaraz po wojnie, niemało nam się należało. Wiem, na przykład, jak egzekwowali „rachunek za wojnę” zwycięscy Brytyjczycy. Tylko że my wcale nie byliśmy, jak Pani dobrze wie, zwycięzcami w tamtej wojnie, mimo że niby należeliśmy do obozu zwycięzców.

Byliśmy wasalnym państwem wielkiego zwycięscy (na polach bitew, ale przede wszystkim w Teheranie i w Jałcie), czyli Związku Radzieckiego. Moja młodość i wiek dojrzały upłynęły, podobnie jak Pani młodość, w satelickim państwie, w tak zwanym bloku sowieckim. Zatem nie my – to ktoś za nas Polaków decydował. I zdecydował.

I stało się to, co się stało. Zatem nawet mało inteligentny człowiek, ktoś z niewielkim wykształceniem, nie może nie wiedzieć, że to, co czyni mój rząd obecnie, to jest humbug, tandetna, propagandowa zagrywka obliczona na poklask najbardziej nieświadomych rodaków. Cynizm w stanie czystym. Wszak już nieraz w trudnych dla tego reżimu momentach, podejmowano ten temat.

Był to dyżurny temat PRL-u, niezawodna zagrywka towarzysza Gomułki. Wstyd mi. Trudno opisać, jak bardzo mi wstyd. Wiem, że czyni Pani niemałe wysiłki, by pertraktować z obecnym rządem mego kraju. I wiem, że czyni Pani to bona fide, w dobrej wierze.

I wiem, że moi przywódcy nie rozmawiają, niestety, w dobrej wierze. Mam pełne prawo przypuszczać, że odwołując się, w sposób absolutnie cyniczny, do antyniemieckich fobii ludzi prostych, budząc niechęć, ba, nienawiść, prowadzą mój kraj i mój naród ku zagładzie. Bo wypchnięcie nas z Unii Europejskiej (co jest, niestety, obawiam się, złowrogą intencją prezesa rządzącej partii) oznaczałoby koniec niezawisłości Polski. Przyzna Pani, jak tragiczna jest świadomość przynależności do narodu, którego przywódcy zmierzają wprost, świadomie czy nieświadomie, ku zagładzie tego narodu.

Uratujcie Europę

A teraz powrócę do pierwszego zdania mego listu, do wyrazów szacunku i podziwu dla Pani. Otóż uważam, że jest Pani niezwykłym politykiem. Ratuje Pani bowiem godność polityki, nie odbierając jej walorów moralności. Dla małych, karłowatych politykierów polityka to jedynie gra. Zatem grają oni sobie. Za nas. I niby dla nas. I to jest przerażające, bowiem czynią to ludzie skończenie niemoralni. Dla Pani, wiem to, bo jest to czytelne, moralność jest ważna. To rzadkie, Boże, jak bardzo rzadkie!

W ostatnich kilkudziesięciu latach miała Pani niewielu poprzedników. Najważniejszy z nich, największy, to bohater mego życia Nelson Mandela. Prawdziwa wielkość człowieczeństwa. 24 lata w ciężkim więzieniu i wyjście z tego więzienia bez kropli nienawiści. Komisja Prawdy i Pojednania i krzesło dla strażnika więziennego, pośród prezydentów i monarchów, na uroczystości inauguracji jego prezydentury. Zatem On. A teraz Pani. Na pewno przy swym niewątpliwie dobrym sercu i światłym umyśle popełniła Pani błąd, otwierając, jakby to powiedzieć, zbyt szeroko wrota dla uchodźców. Ale, Boże, jakbym ja chciał mieć takiego przywódcę kraju jak Pani, kogoś, kto popełnia takie błędy! W imię miłosierdzia. I ludzkiej solidarności.

A nie, jak mój rząd, który wiedząc, jak obcy jeszcze nie tak dawno ratowali niezliczone rzesze mych rodaków, dziś bezwzględnie zamyka granice przed obcymi. Ba, nieformalny przywódca narodu judzi hasłami, które przypominają najgorsze czasy historii Pani narodu i uprawianą wówczas propagandę, przekonując o „zagrożeniu, chorobami, zarazą”. Powtórzę, nie jestem w stanie opisać wstydu, jaki mnie ogarnia. Za mój rząd. I za mych rodaków. Tych, którzy być może uwierzyli w te haniebne brednie.

Na koniec to, o czym jestem przekonany: jest Pani prawdziwym mężem stanu. Niech mi darują feministki, ale nie mogę znaleźć innego sformułowania, jeśli chcą takie znaleźć, niech spróbują. Otóż w tym miejscu chcę wyjaśnić to, co niby oczywiste. Polityk, nawet, powiedzmy, dobry polityk, to ktoś, kto jedynie „gra w tę grę”. Walczy o głosy wyborców. Schlebia im i oczywiście ich oszukuje. Mąż stanu, przede wszystkim, mówi prawdę. Czasem niemile widzianą. I wierzy w to, co mówi.

Przypomnę sławne słowa innego męża stanu Winstona Churchilla: „Ofiaruję wam pot, łzy i krew”. Wiem, że nie jest Pani łatwo, demokracja jest bezwzględna, trzeba zdobywać głosy. Ale ja wiem, że to Pani i tylko Pani jest jedynym w mojej ojczystej Europie mężem stanu. Cóż, liczę na młodego człowieka z Francji, na prezydenta Macrona. Oby nas nie zawiódł. Obyście obydwoje uratowali moją większą ojczyznę (bo ta mniejsza, najbliższa memu sercu, to Polska) Europę.

Pozwoli Pani, że zakończę angielskim zwrotem, bo po polsku tak listów się nie kończy, a ja właśnie tak chciałbym go skończyć: God bless you!

*Stanisław Brejdygant – ur. w 1936 r., aktor, reżyser, scenarzysta, pisarz i dramaturg

 

wyborcza.pl

Uwagi suwerena

Uwagi suwerena

Suweren w państwie demokratycznym to nie elektorat zwycięzcy w wyborach.

Powoli kończy się lato, które spędziłem z dala od telewizora, jak również z dala od Warszawy, a chwilami także z dala od Polski. O wydarzeniach społeczno-politycznych w kraju dowiadywałem się z opóźnieniem, niejako w streszczeniu. Taki sposób obserwacji życia publicznego ma swoje niemałe zalety. Sprawia mianowicie, że wypadki drobniejsze po prostu nie zaprzątają naszej uwagi, a te nieco grubsze – dostajemy w pakiecie, po dwa, po trzy. Dzięki temu angażujemy w nie mniej emocji, niż by to się działo, gdybyśmy dowiadywali się o nich pojedynczo. Poza tym bywa, że w takim pakiecie wydarzenia oświetlają się od razu nawzajem, nawzajem się interpretują.

Wracając do zwykłej aktywności publicystycznej, a jeśli trzeba będzie, to i obywatelskiej, zastanawiam się, co z minionych tygodni zapadło mi w pamięć. I wychodzi mi lista kwestii, które chciałbym podać pod rozwagę zarówno Państwu, jak… naszemu państwu. Czyli: tak moim PT Czytelnikom, jak władzom, choć te ostatnie myślą zapewne raczej, jak naszą stronę – podobnie do innych niezależnych mediów – zamknąć, niż jak znaleźć czas, by nas poczytać.

Suweren

Jeśli to słowo, które zrobiło przez ostatnie dwa lata karierę dzięki politykom PiS, potraktować serio i zgodnie ze słownikiem, to we współczesnej Polsce należę do „suwerena”, choć nie głosowałem na rządzącą obecnie partię. „Suweren” to bowiem podmiot rządów, a więc w państwie demokratycznym nie elektorat zwycięzcy w wyborach, lecz naród polityczny, w imieniu którego sprawuje władzę rząd. Innymi słowy: wśród obywateli naszego kraju nie sposób wskazać kogoś, kto by się nie składał na zbiorowe istnienie „suwerena”, z wyjątkiem oczywiście nielicznych skazanych na czasową utratę praw publicznych oraz chwilowych gości. Suweren nie może rządzić u siebie przeciw współobywatelom, gdyż rządziłby przeciwko sobie; jako się rzekło, w państwie poza „suwerenem” nikogo innego nie ma. Właśnie w związku z tym: tak długo, jak długo wspomnianych praw publicznych mi się nie odbiera, uprzejmie proszę o uwzględnienie, że „suweren” myśli TAKŻE to, co poniżej wyłożę.

Gwałt i kara śmierci

Gwałt, a może jeszcze bardziej gwałt zbiorowy, jest jedną z najokropniejszych zbrodni, myślę, że zaraz po morderstwie. W wielu krajach, nawet jeśli formalnie system prawny każe go tak właśnie traktować, istnieje skłonność do odejmowania gwałtowi tej mrocznej powagi. Ta tendencja, jak wolno chyba ufać, stopniowo się kończy: sprawcy gwałtów, tak jak mordercy, winni być przekonani o nieuchronności kary i o tym, że będzie ona bardzo surowa. Ale do tych zdań, mam nadzieję, że oczywistych, należy dołożyć dwa punkty dodatkowe. Po pierwsze: kolor skóry gwałciciela nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli ktoś w związku z tragicznym wydarzeniem w Rimini nakręca w Polsce histerię w stosunku do mieszkańców Afryki, udając, że podobnych bestialstw nie dopuszczają się również Europejczycy, w tej liczbie Polacy, to – choćby przysięgał na wszystko, że nie jest rasistą, owszem: JEST RASISTĄ. I powinien być jako taki wyłączony z życia publicznego nie przez nas, swoich politycznych przeciwników, ale przez tych, którzy go wybrali. Bo jak traktować Was z szacunkiem, jeśli tolerujecie w swoich szeregach kogoś takiego? Nawet, jeśli poniewczasie częściowo wycofał się ze swoich słów.

I po drugie: kara śmierci w Polsce, podobnie jak we wszystkich krajach Unii Europejskiej, została zniesiona w 1998 roku, a ostatecznie, tzn. również dla okresu ewentualnej wojny, w roku 2013. Mimo zrozumiałego, bo właściwego (niestety) dla homo sapiens odruchu zemsty, mimo naszej gatunkowej krwiożerczości, mimo dającej się wyjaśnić przez socjologię potrzeby unicestwienia odmieńca przez społeczność, która sobie ze sobą nie radzi – likwidacja kary śmierci była decyzją moralną. Kto na nią narzeka, może sobie nie zadawać trudu w wymyślaniu uzasadnień, gdyż po prostu daje upust temu, co w nim niższe, zwierzęce. Sprawiedliwość nie jest zemstą, a zemsta nie jest żadnym rozwiązaniem (o czym zresztą expressis verbis uczył Polaków… Mickiewicz). Wykorzystywanie tragedii turystów dla przywrócenia w Polsce kary śmierci jest kolejnym aktem czynienia z nas, Polaków, ludzi gorszych, niż możemy być.

Veto (dla zachwytów)

Oczywiście, ucieszyłem się z prezydenckiego veta wobec dwóch z licznych ustaw, które pan prezydent powinien był zawetować (a tego nie zrobił). Ale lokowanie na tej podstawie nadziei na poprawę sytuacji w Polsce właśnie w obecnym mieszkańcu Pałacu Prezydenckiego przypomina mi ironiczną tezę, pochodzącą chyba jeszcze ze starożytności, że najłatwiej zostać generałem w obozie wroga. Andrzej Duda wreszcie przyhamował z używaniem swojego długopisu i nagle mamy obrońcę ładu konstytucyjnego? Czy przypadkiem po naszej stronie konfliktu nie zaczynamy przesadzać z wielkodusznością?

Ale oczywiście sporom w obozie władzy przyglądam się, jak wszyscy, z nadzieją. I odwrotnie: w kręgu ludzi, którzy widzą jasno zagrożenia, ściągnięte na Polskę przez PiS, należałoby kłócić się jak najmniej. Krytykować, kiedy nie ma już innego wyjścia, nie wcześniej. Nie myślę o jakimś zakazie dyskusji, co byłoby okropne, ale o niezwalczaniu działań, które zostały podjęte w dobrej wierze – nawet, jeśli nie są pozbawione wad. W manifeście Kultura Niepodległa, który podpisałem wraz z innymi tysiącami sygnatariuszy, są na pewno, obok doskonałych sformułowań, zdania mniej trafne. A jednak sytuacja, w której tę inicjatywę krytykuje nie tylko Paweł Lisicki i jego towarzysze, ale również to ten, to tamten publicysta z naszego kręgu ideowego, wydaje mi się… niezręcznością. Sięgam po słowo oględne właśnie dlatego, żeby się nie kłócić.

Niemcy

Nie, no dajcie spokój. Wpływowy polityk wyskakuje nagle w 2017 roku z kwestią reparacji. Do tej pory sądziłem, że spał tylko 13 grudnia rano. Teraz okazuje się, że spał przez ostatnie pół wieku. Bo od podpisania układu Gomułka-Brandt (1970) cokolwiek się chyba wydarzyło?…

Po tym żałosnym wystąpieniu ministerstwo spraw zagranicznych starało się całą aferę wyciszyć. Szkoda byłoby o tym mówić, gdyby nie:

Powaga Polski

Przejażdżka po Europie, nawet tak skromna, jak ta, która mnie się w tym roku przydarzyła, każe z całą mocą napisać: polityka zagraniczna PiS jest przeciwskuteczna, a odmalowany przez pisowskie media obraz świata jest światem na opak. Rodacy, jak Was u licha przekonać, że czarne jest czarne? Obudźcie się, jesteście ofiarami gigantycznego, ciągnącego się już od kilkunastu miesięcy „fake-newsa”. Polska nie wstaje z kolan, tylko się izoluje, co w naszej części świata oznacza pakowanie się w łapy Rosji. Już nie pamiętacie, jak to było? Niemcy nie są narodem przebranych elegancko esesmanów, bo swoją przeszłość z mozołem przepracowali (są wyjątki, ale obłąkańców można znaleźć wszędzie). Niemcy nie są przy tym równocześnie – zresztą, jak by to było możliwe? – bezwolną ofiarą inwazji islamistów. Również Francja – nie stała się z tygodnia na tydzień wrogiem Polski, tylko nie może dogadać się z naszym rządem, ewidentnie na jego życzenie. Instytucje, które nam pomagały przez ostatnie trzy dekady (albo i dłużej), ludzie, którzy w Europie Zachodniej nam sprzyjali, patrzą na Polskę oczami okrągłymi ze zdziwienia. Jak to możliwe, że kraj najskuteczniej wychodzący z postkomunizmu teraz nagle zamienia się w coś operetkowego? Jak europejskie państwo może aż tak sobie szkodzić? – to są pytania, które Polak na Zachodzie słyszy co chwila.

Wiem oczywiście, że dla większości czytelników koduj24.pl powyższy akapit to zbiór oczywistości. Zastanówmy się może, jak skutecznie przebić się z tymi oczywistościami do ludzi, którzy nie zdają sobie z nich sprawy. Tak, zapewne nie jeżdżą za granicę i nie znają języków obcych. Ostrożnie: ani jedno, ani drugie, to nie ich wina. Owszem, poseł Kaczyński mógłby nie być dziwakiem i po świecie trochę się rozejrzeć. Ale wielu jego entuzjastów na to nie stać.

Odpowiedzialność posła

A propos: z oddalenia jeszcze lepiej widać, że jeśli kiedykolwiek ktokolwiek będzie chciał rozliczać obecne władze z działań sprzecznych z Konstytucją, jeśli kiedykolwiek ktokolwiek postawi pytanie o odpowiedzialność obecnej ekipy za obniżenie pozycji międzynarodowej Polski, jeśli ktokolwiek zacznie szukać winnych dopuszczenia do debaty postaw jawnie łamiących nasze prawo – okaże się, że jest jedna osoba z całą pewnością zupełnie niewinna. Ta osoba nazywa się Jarosław Kaczyński i nie sprawuje żadnej funkcji państwowej. Pomysłowe, choć wobec współpracowników (czy raczej podwładnych) okrutne.

Na koniec zwierzę się z pewnego lęku, który bije z zupełnie innego źródła. Otóż odnoszę wrażenie, że tego lata, gdy się wiodło „długie nocne Polaków rozmowy”, niepokojąco często pojawiało się pytanie – tak to delikatnie nazwę – o długowieczność polityków. Ja jeszcze z przygotowania do Pierwszej Komunii pamiętam, że z życzenia komuś drugiemu śmierci należy się spowiadać. Tymczasem nie da się ukryć, że pewien procent z nas zaczyna doświadczać tego rodzaju pokusy. A jakby tak…? Przecież bez niego…

Nie przeprowadziłem statystycznie ważnego sondażu, ani zresztą żadnego. Nie wierzę zresztą, by taki sondaż był do przeprowadzania: zbyt wielu ludzi zdaje sobie sprawę, że ich marzenie jest cokolwiek niestosowne. Ale w rozmowach… Przeraziło mnie, że nieomal wszystkie kończyły się tak samo. Że świat potoczyłby się lepiej, gdyby ten pan, no wiesz, sam rozumiesz, Jerzy, 67 lat to już jest poważny wiek, prawda? I choroby się zdarzają…

To moment na coś więcej, niż zacytowanie kwestii Zbigniewa Zapasiewicza z „Barw ochronnych”: „Jesteśmy przecież humanistami, nie tylko z zawodu”. To moment na powiedzenie ostro: życzenie komuś śmierci, choćby półgłosem, to igranie ze złem, które i tak w nas wszystkich tkwi. Nie dać mu wyjść na zewnątrz, to zadanie może ważniejsze, niż jakiekolwiek inne.

Jerzy Sosnowski

koduj24.pl

Brudziński rodem z podświadomości PiS

Joachim Brudziński w „Śniadaniu w Trójce” był powiedzieć, iż „Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne”.  Reparacje za II wojnę światową będą jednym z dwóch, trzech najważniejszych elementów strategii pisowskiego wyjścia Polski z Unii Europejskiej.

Akcenty będą różnie rozkładane w zależności od sytuacji, zaś antygermańskość będzie o tyle ważna, iż izolacja Polski i pogarszająca się sytuacja gospodarki – a ten trend uruchomi się, bo Niemcy to nasz główny rynek eksportowy – muszą mieć przyczynę zła.

Za wybuch II wojny światowej odpowiadają Niemcy, a nie hitlerowskie Niemcy. Taki paradygmat wroga jest obowiazkowy w TVP. Praca nad tym ksenofobicznym genem już się rozpoczęła.

Do niedawna Jarosław Kaczyński miał wymarzonego wroga wśród niemieckich polityków, a była nią Erika Steinbach. Nazywałem ją trzecim bliźniakiem, dużo wartościowszym dla politycznych emocji prezesa PiS niż wszelacy Dornowie. Prezes nie musiał się wysilać, aby w swoim elektoracie wzbudzić negatywne emocje do Niemców.

Dzisiaj taka Steinbach przydałaby się, niestety przeszła na emeryturę. Nic straconego, bo domaganie się reparacji wysypie Steinbachami jak grzybami po deszczu. Niemcy przejdą z pozycji adwokata emanacypacji Polski na domagającego się przestrzegania prawa międzynarodowego. Wszak mogą powiedzieć: OK z reparacjami, dostaniecie je pod warunkiem, że oddacie nam zagrabione Ziemie Odzyskane.

Czyli PiS idzie na handel – reparacje w zamian za jedną trzecią Polski i to tę najbogatszą, tzw. ścianę zachodnią z Wrocławiem, Szczecinem i Gdańskiem.

Reparacje to jest podświadomość PiS? Takie psychologiczne dążenie do samobójstwa, które dotyczy nie tylko persony (człowieka), ale także określonych grup z określonymi wartościami, nazywanych niekiedy sektami. Mianowicie staniemy się bogatsi o bilionową górę szmalu, a zostaniemy Polską okrojoną do Kraju Priwislanskiego.

Bo nie wierzę, aby w ramach tak pojętych reparacji Ukraina zwróciła nam Lwów, Białoruś Grodno, a Litwa Wilno. Chyba, że Macierewicz ze swoimi Wojskami Obrony Terytorialnej niczym Żeligowski będzie odzyskiwał ziemie I i II Rzeczpospolitej.

Mniej więcej taki sens mają dzisiaj reparacje za II wojnę światową. PiS proponuje chaos i wodę z mózgu tym, którzy dadzą się nabrać na tę propagandę. Ale mimo to grozi nam wyjście z Unii Europejskiej i to jest ta konsekwencja podświadomości PiS.

 

Chciał odebrać Polsce Gdańsk i Wrocław. Dziś ten fan Hitlera i polakożerca stał się sojusznikiem PiS w PE

Jarosław Karpiński, 02 września 2017

Kwestionował granicę na Odrze i Nysie, chciał zwrotu od Polski Gdańska i Wrocławia, negował Holokaust i jako lider neonazistowskiej Narodowodemokratycznej Partii Niemiec firmował w Niemczech kampanię pod wywołującym jednoznaczne skojarzenia hasłem „Więcej gazu” – plakaty z tym hasłem były rozwieszane w sąsiedztwie synagog i organizacji żydowskich. Dzisiaj Udo Voigt, europoseł niezrzeszony ale z ramienia neonazistów, wsparł rząd PiS w debacie na temat… zagrożenia praworządności w Polsce. To powód do wstydu.

Voigt kilka lat temu nazwał Adolfa Hitlera „niemieckim mężem stanu”, chciał pokojowego Nobla dla Rudolfa Hessa; współpracował ściśle z byłym liderem Ku Klux Klanu Davidem Duke’iem, a także przekonywał, że w KL Auschwitz zginęło znacznie mniej osób niż w rzeczywistości. Jego poglądy mówią o nim wszystko.

Sojusznik polskiej prawicy
– Voigt to jedyny w PE przedstawiciel NPD, marginalnej partii neonazistowskiej znanej z wrogości do Polaków, negującej Holokaust i odpowiedzialność za zbrodnie hitlerowskie. Na pewno nie jest to głos znaczący w debacie. Wydaje się czymś kuriozalnym, aby ktoś taki występował jako sojusznik polskiej prawicy – mówi w rozmowie z naTemat prof. Rafał Pankowski, współzałożyciel Stowarzyszenia „NIGDY WIĘCEJ” zajmującego się monitorowaniem działalności skrajnej prawicy.

– Do tej pory kontakty z NPD utrzymywało w Polsce neofaszystowskie ugrupowanie Narodowe Odrodzenie Polski, ale po opisaniu ich na łamach pisma „NIGDY WIĘCEJ”, zawieszono taką współpracę. Jednak w ostatnich latach dochodzi do wznowienia współpracy między skrajną prawicą polską i niemiecką, np. pomiędzy PEGIDĄ i Ruchem Narodowym. Na wiecu skrajnej prawicy w Dreźnie w ub. roku poseł Robert Winnicki krzyczał „Niemcy, zbudźcie się” – a przecież hasło „Deutschland Erwache” jest pamiętane jako hasło NSDAP – przypomina prof. Pankowski.

Pankowski.

„To powinno być ostrzeżenie dla PiS”
Według Janusza Lewandowskiego, europosła PO, obrony rządu PiS w Europarlamencie podejmuje się bardzo egzotyczna grupa. – Albo są to politycy otwarcie antyeuropejscy i choć pobierają diety robią wszystko żeby UE od wewnątrz rozwalić, albo są zadeklarowanymi przyjaciółmi Putina jak frakcja Marine Le Pen – mówi w rozmowie z naTemat Lewandowski.

– Przewodzę delegacji ds. Iranu, w której działa też pan Voigt i tutaj zachowuje się przyzwoicie. Natomiast ja znam jego biografię i współczuję PiS-owi, że ma takich obrońców. To powinno być ostrzeżenie geopolityczne dla tej partii – podkreśla Lewandowski.

W tak tragicznie doświadczonej wojną Polsce europoseł wygłaszający takie rynsztokowe brednie jak Voigt powinien być bojkotowany. Tymczasem w naszych mediach przedstawia się go po prostu jako „niemieckiego polityka” i „europosła niezrzeszonego” bez przypominania jego poglądów i działalności w NPD. Niektórzy sympatycy PiS wręcz biją mu brawo, bo postawił się wiceprzewodniczącemu Komisji Europejskiej Fransowi Timmermansowi i stanął nieoczekiwanie w obronie rządu PiS.

Co takiego powiedział Voigt? – Z pewnością nie poparłbym procedur przeciw Polsce. W przeciwieństwie do Niemiec Polska to wolny i suwerenny kraj. Polacy sami zdecydują o swojej przyszłości” – stwierdził.

Stało się to, co ciekawe, w przededniu obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej – gdy szefowie narodowych mediów w Polsce zwracali swoim podwładnym uwagę na to by w rocznicowych materiałach i artykułach zamiast „hitlerowcy” czy „naziści” używali określenia „Niemcy”. A suche informacje o „niemieckim polityku, europośle niezrzeszonym” który stanął po stronie Polski, pojawiły się najpierw w depeszy PAP i rozniosły po innych mediach.

„Nie naziści tylko Niemcy”
Z jakich poglądów słynie Voigt? Jeszcze jako szef NPD w wywiadzie dla telewizji ARD mówił, że „sześć milionów Żydów, które zginęły podczas Holokaustu nie jest liczbą dokładną”. –
Maksymalnie w Auschwitz zginęło 340 tysięcy osób. Żydzi mówią, że nawet gdyby jeden Żyd zginął, gdyż był Żydem, to byłaby zbrodnia. Lecz jest różnica pomiędzy płaceniem za 6 milionów a za 340 tysięcy – stwierdził. Voigt relatywizuje też antysemityzm uważając, że zabicie kogoś ze względu na pochodzenie nie jest zbrodnią.

Jako szef najbardziej radykalnego ugrupowania skrajnej prawicy niemieckiej żądał jednocześnie od Polski zwrotu „Pomorza, Prus Zachodnich, Prus Wschodnich i Śląska”. – Koenigsberg (Kaliningrad), Danzig (Gdańsk) i Breslau (Wrocław) są według nas miastami niemieckimi i żądamy sprawowania nad nimi władzy – mówił. Gdyńska prokuratura wszczęła nawet śledztwo stawiając Voigtowi zarzut brzmiący: nawoływanie do popełnienia zbrodni, tj. podjęcia działań zmierzających bezpośrednio do oderwania części obszaru Rzeczypospolitej Polskiej.

Voigt zawsze powtarza, że wzorem do naśladowania był dla niego ojciec, który w czasie wojny służył w Wehrmachcie i był członkiem SA.

Urodzony w nadreńskim Viersen, Voigt już jako 16-latek wstąpił do NPD i już po dwóch latach wszedł do okręgowego zarządu tej partii. W styczniu 2014 jego kandydatura w wyborach do Parlamentu Europejskiego przeszła większością 22 głosów – kontrkandydatem był obecny przewodniczący NPD Udo Pastoers.

NPD istnieje od 1964 roku. Największe sukcesy odnosiła w drugiej połowie lat 60. Politycy lewicy domagają się zakazania działalności NPD, ale neonazistów nie udało się zdelegalizować. Federalny Trybunał Konstytucyjny odrzucił w 2003 roku wniosek, ponieważ dowody na wrogi wobec konstytucji charakter partii pochodziły częściowo od działaczy, którzy byli równocześnie konfidentami niemieckiej policji.

naTemat.pl

Politycy PiS żądają reparacji od Niemiec. Tej kluczowej kwestii jednak nie przemyśleli

Politycy PiS żądają reparacji od Niemiec. Tej kluczowej kwestii jednak nie przemyśleli

fot. flickr/KPRM

To, że Niemcy są winni wybuchu drugiej wojny światowej, jak i ogromnego okrucieństwa, którego ofiarą padł także, a może przede wszystkim naród polski, wie każdy. Jednakże antyniemiecka histeria nie ma nic wspólnego z realnym dochodzeniem odszkodowania od naszych zachodnich sąsiadów. 

Chodzi o budowę przez dobrą zmianę narracji, że Niemcy i Unia Europejska pod ich przewodnictwem są złe i niedobre. Figura retoryczna wroga zewnętrznego jest stara jak świat. W tej materii Kaczyński nie wymyślił nic nowego. Tak naprawdę celem jest pogłębienie wyizolowania naszego kraju i znalezienie pretekstu do potencjalnego wyjścia Polski z UE. 

Poseł klubu Prawa i Sprawiedliwości Jacek Żalek ogłosił nawet na antenie mediów narodowych, że na samych reparacjach się nie skończy. Dobra zmiana miałaby pójść krok dalej, to jest wypowiedzieć Niemcom umowy i traktaty, jak i zażądać złota, które nasi zachodni sąsiedzi ponoć ukryli w szwajcarskich bankach.

Wszystko to jest mrzonką, tworzoną na potrzeby budowania antyniemieckiej i antyeuropejskiej narracji.

Załóżmy jednak ze dochodzi do oficjalnego zażądania reparacji i wypowiedzenia przez rząd Szydło traktatów z Niemcami. My dostajemy grube miliardy, a Niemcy w zamian żądają zwrotu terenów, które niegdyś należały do nich.

Mowa o terenach obecnych województw: dolnośląskiego, lubuskiego, zachodniopomorskiego, opolskiego, części śląskiego, części Pomorza i całej Warmii (dawnych Prusów Książęcych). Łącznie to 6 województw, z kluczowymi ośrodkami miejskimi takimi jak Wrocław, Szczecin, czy Opole. Również status Gdańska byłby w takim układzie niejasny.

Układ reparacje w zamian za potencjalne żądania Niemiec co do swoich dawnych terenów nie wygląda na papierze tak różowo. Polska dostaje górę pieniędzy, a traci tzw. bogatą ścianę zachodnią. My zaś możemy co najwyżej pałować się z Ukraina o zwrot Lwowa i innych terenów należących niegdyś do II Rzeczypospolitej.

Nie chcąc psuć Wam dalszej zabawy trzeba jasno powiedzieć, że reparacje to straszak, zaś do realizacji powyższego scenariusza nigdy nie dojdzie.

Czyżby po raz kolejny dobra zmiana planowała wstanie z kolan, tylko po to by wyrżnąć głową o kant stołu?

crowdmedia.pl

Brudziński: Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację o możliwości domagania się od Niemiec odszkodowań

02.09.2017

Biuro Analiz Sejmowych przygotowuje informację, dotyczącą możliwości domagania się przez Polskę od Niemiec odszkodowań za straty wojenne

— powiedział w „Śniadaniu w Trójce” wicemarszałek Sejmu Joachim Brudziński (PiS).

Dodał, że politycy PiS będą podejmować dalsze decyzje po uzyskaniu odpowiedzi od Biura Analiz Sejmowych. Podkreślił, że Polska była ofiarą hitlerowskich Niemiec.

To Polacy ponieśli największą ofiarę z wszystkich uczestników drugiej wojny światowej

— powiedział marszałek Brudziński i przypomniał, że w czasie wojny wymordowano polską elitę.

Polska straciła też stolicę, zniszczoną przez niemieckich zbrodniarzy

— stwierdził.

wPolityce.pl

Kto nam wypłaci reparacje za rządy PIS- u?

Jak kłamie i działa MON pod kierownictwem Macierewicza, czyli apel poległych na Westerplatte w szczegółach.

To jedna z głębszych myśli ostatnich czasów.

Od prawie 2 lat się przygotowują… Na razie tylko kupili w atmosferze skandalu 5 przepłaconych samolotów dla VIP za 3 mld zł.

 

Kownacki: nasza armia musi być przeorganizowana

Bartosz Kownacki
Bartosz Kownacki

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Nasza armia musi być przeorganizowana i w całości wyposażona w nowoczesny sprzęt – mówił wiceszef MON Bartosz Kownacki. Przypominał, że MON przygotowało projekt ustawy zwiększającej liczebność sił zbrojnych i wydatki obronne do co najmniej 2,5 proc. PKB do roku 2030.

Kownacki w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” wyliczał, że MON zaczęło wyposażać armię w nowoczesny ciężki sprzęt, przygotowuje się też do realizacji programów obrony powietrznej, rakietowej, czy programów morskich – jak wskazywał – zwłaszcza w zakresie zakupu okrętów podwodnych.

Poinformował, że resort obrony przygotował projekt ustawy o zwiększaniu wydatków na obronność. „Mamy świadomość, jak ogromne są zapóźnienia w wyposażaniu polskiej armii (…), nasza armia musi być przeorganizowana i w całości wyposażona w nowoczesny sprzęt” – zaznaczył.

„Przyjęcie tej ustawy spowoduje, że do 2030 roku wydatki Polski na zakupy broni i sprzętu dla wojska sięgną 300 mld zł” – dodał.

Pytany o stan państwowego przemysłu zbrojeniowego oświadczył, że jest on wciąż na etapie „poważnej restrukturyzacji”.

Wskazywał, że w wielu państwowych przedsiębiorstwach zbrojeniowych nie myślano dotychczas o zdobywaniu zagranicznych kontraktów, a prywatne firmy lepiej radziły sobie do tej pory z eksportem broni i sprzętu wojskowego.

„Nam się to udaje zmieniać, Polska Grupa Zbrojeniowa notuje teraz – w latach 2016 i 2017 – duży wzrost eksportu, ale jestem przekonany, że to, co najlepsze, czyli podpisywanie dużych kontraktów, jest jeszcze przed nami” – zaznaczył. „Dzisiaj zarabiamy pieniądze na dostawie podzespołów czy remoncie sprzętu i to się musi zmienić” – dodał.

„Dzięki temu, że mamy takie produkty, jak armatohaubica Krab, czy moździerz Rak, można myśleć właśnie o zawieraniu za granicą umów o dużej wartości, o zdobyciu większego kawałka tortu na międzynarodowym rynku handlu uzbrojeniem” – wskazywał.

Podkreślił, że jednym z priorytetów MON-u jest kupowanie broni głównie w Polsce, a przy zakupach od dostawców zagranicznych – zagwarantowanie polskim zakładom jak największy udział w produkcji.

„Drugą niezbędną rzeczą jest posiadanie w Polsce zdolności produkcyjnych i serwisowych, bo w przypadku zagrożenia, czy wojny nikt tego sprzętu nam nie dostarczy” – ocenił.

Projekt nowelizacji ustawy o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu sił zbrojnych oraz prawa zamówień publicznych, opublikowane w kwietniu br. przewiduje stopniowe zwiększanie wydatków obronnych. W 2018 r. na ten cel ma zostać przeznaczone nie mniej niż 2 proc. PKB, w 2019 r. – co najmniej 2,1 proc., w latach 2020–23 – co najmniej 2,2 proc., 2024–25 – co najmniej 2,3 proc., 2026–29 – co najmniej 2,4 proc., a w 2030 r. i latach kolejnych – co najmniej 2,5 procent.

Według szacunków projektodawców zmiana przepisów spowoduje wzrost wydatków obronnych o ponad 117,2 mld zł w ciągu 10 lat.

Obecnie wydatki obronne – zgodnie z ustawą – wynoszą nie mniej niż 2 proc. PKB z roku poprzedniego. Projekt przewiduje zmianę sposobu naliczania tej kwoty. Wartość PKB w założeniach projektu budżetu państwa na dany rok ma dotyczyć tego samego roku, a nie poprzedniego. O takiej zmianie przepisów wielokrotnie mówił minister obrony Antoni Macierewicz.

Projekt zakłada też, że maksymalna liczba etatów w Wojsku Polskim będzie wynosiła 200 tys., z czego nie więcej niż 130 tys. przewidziano na stanowiska dla żołnierzy zawodowych. Obecnie liczebność wojska jest określona na maksymalnie 150 tys. żołnierzy – w tym co najmniej połowa to stanowiska żołnierzy zawodowych, z czego maksymalnie jedną trzecią przewidziano dla oficerów

rp.pl

Starsi stoczniowcy krzyczeli: „Co wy, gówniarze, robicie?” – opowiada Jerzy Borowczak.

Newsweek Polska, Sebastian Łupak, 02.09.2017

© photo: Roman Jocher, PAP/CAF/Stefan Kraszewski / source: PAP

 

Starsi stoczniowcy krzyczeli: „Co wy, gówniarze, robicie?”. Jerzy Borowczak opowiada nam o tym dlaczego w 1980 r. doszło do strajków i jak przebiegały. Właśnie obchodzono rocznicę Porozumień Sierpniowych. „Kiedy pierwszego dnia strajku, w czwartek 14 sierpnia, spisaliśmy wszystkie nasze żądania, wyszło ich 70-80” – wspomina.

Jerzy Borowczak: Wie pan, dlaczego zacząłem palić papierosy w sierpniu 1980?

Sebastian Łupak: Bo było nerwowo, strajk, strach i stres?

– Turyści zagraniczni kupowali w peweksach najlepsze papierosy: marlboro, dunhille, pall malle, camele i podawali nam przez płot. Ciężko było nie skorzystać.

Byliście bohaterami, miasto o was dbało…

– Tak, rolnicy przywozili żywe świnie, które myśmy szlachtowali na miejscu, piekarz Pellowski żukami dowoził chleb. Wozy ziemniaków, pomidorów. Ludzie przywozili z domów lodówki, żebyśmy mieli gdzie to trzymać. Czyli głodem komuna was nie mogła wziąć. – Ale mogła dobrym jedzeniem! Trzeciego dnia strajku, w sobotę, dyrektor stoczni Klemens Gniech wydał polecenie, żeby wszystkie kucharki i kucharze stawili się na swoje wydziały i gotowali dla nas. Kazał wszystkie zapasy zamrożone wydać. Wyżerka!

© Dostarczane przez Newsweek Polska

  • Lesiu się spóźnia, ja nie mam nagłośnienia. Wokół chyba 12 tysięcy ludzi. Niektórzy zaczynają krzyczeć: Idziemy na komitet! Idziemy na czerwonych!. A każdy młotek w ręku miał!

My tu o jedzeniu, a przecież wy obalaliście komunę…

– Kiedy pierwszego dnia strajku, w czwartek 14 sierpnia, spisaliśmy wszystkie nasze żądania, wyszło ich 70-80, w tym to, że wkładka mięsna do zupy jest zimna, a pasztetowa w stoczniowym barze nie taka, jak trzeba… Rewolucja z powodu kiepskiego menu w stołówce zakładowej?! Ale były też inne postulaty. – Na przykład podwyżki pensji i dodatku drożyźnianego. Ile tej podwyżki? – Bogdan Borusewicz zaproponował 200 złotych. – No co ty?! – my na to: – Za 200 złotych nikt ci nie będzie strajkował! Pisz tysiąc! Pisz dwa tysiące!

Opłacało wam się strajkować?

– Namawialiśmy ludzi w stoczni do strajku już w lipcu, kiedy strajkowali kolejarze. Ale nie było atmosfery. Tak samo, gdy 7 sierpnia zwolnili dyscyplinarnie Annę Walentynowicz, działaczkę Wolnych Związków Zawodowych (WZZ). Myśleliśmy, że od razu zastrajkuje jej wydział W2. A tu nic! Nas, w WZZ, było kilku. Ludzie przychodzili na jedno spotkanie, potem składała im wizytę esbecja i szybko im zapał mijał. Nie było chętnych do działania przeciw władzy ludowej! Nie myśleliśmy, że będziemy wywracać komunizm. Takiej zgody by nie było wśród ludzi, bo 99 procent naszej produkcji było dla Związku Radzieckiego! Wielki Brat dawał nam pracę, więc trzeba było go szanować. Rosjanin przychodził i mówił: „Eta wsjo nasze!”. Dla nich produkcja była taka, że tu się klepło, tam się uderzyło, a i tak Rosjanin odebrał. Dla nas wygoda.

  • Półtora tysiąca członków partii było z nami w stoczni. Wyrzucali legitymacje partyjne do kibla, czyli pojemnika na złom. Coś do nich zaczęło docierać…

Sierpniowy strajk był tak naprawdę o przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz.

– To była nasza koleżanka z WZZ. Zwolniona w ramach szykan za rozdawanie ulotek, na pięć miesięcy przed emeryturą. W geście solidarności postanowiliśmy zorganizować strajk. Ale na ulotkach nie było słowa „strajk”. Lech Kaczyński, który uczył nas wtedy, w ramach WZZ, prawa pracy, powtarzał, że trzeba działać zgodnie z obowiązującymi przepisami. Więc na ulotkach był tylko życiorys pani Ani: że ma Złoty Krzyż Zasługi, a tu ją władze zwalniają.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Postanowiliście zacząć strajk 14 sierpnia.

– Chcieliśmy w środę 13 sierpnia. Pojechałem wcześniej do Lesia, tak mówiliśmy na Lecha Wałęsę, na Stogi, spotykam go pod kioskiem Ruchu i mówię: „No to, Lesiu, jutro, piąta rano”. A na to: „Nie mogę, córka mi się urodziła, muszę ją zarejestrować w urzędzie!”. „Lesiu, to my tu akcję robimy, a ty idziesz dziecko rejestrować?! A w czwartek możesz?”. „Tak”. No to przekładamy! Ale w czwartek o umówionej godzinie, o 5 rano, nie było go pod bramą numer 2…

Dlaczego?!

– Musiał gubić esbeckie ogony, zmieniał tramwaje. Przyjechał dopiero o 10.30. A strajk trwał już w najlepsze… – Punktualnie byłem tylko ja i Ludwik Prądzyński. Bogdan Felski też się spóźnił. Bogdan Borusewicz dotarł dopiero w sobotę. Więc zadziałaliśmy na początku tylko z Ludwikiem. On poszedł na swój wydział K3, ja na swój – K5. Było przed szóstą rano, ludzie w szatni przebierali się z ładnych ubrań w śmierdzące, zniszczone ciuchy robocze. Nie wiem, czy pan pracował kiedyś fizycznie, ale to przykre uczucie zakładać takie łachy. Stare buty, stare onuce. Dobry moment z psychologicznego punktu widzenia. Bo wyglądaliśmy jak łachmaniarze. W stoczni wtedy Kubańczycy pracowali, studenci. Wściekało nas, gdy taki Kubańczyk mówił nam: „Murzyn to jesteś ty, a ja jestem tylko czarny”. Bo on potrafił dać stoczniowcowi parę dolarów, żeby ten robił za niego. Myśmy zarabiali po 20 dolarów miesięcznie, a oni stypendia od Fidela Castro mieli po około 500 dolarów.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Wokół pana ludzie się przebierają, mają zaraz zacząć pracę…

– A ja zacząłem w szatni rozdawać ulotki wzywające do protestu. Zgromadziłem wokół siebie 30 osób. Starsi stoczniowcy wychodzili i krzyczeli: „Co wy, gówniarze, robicie? Do więzienia pójdziecie!”. Tym, którzy już pracowali, wyłączaliśmy prąd, bo inaczej by się ich nie oderwało od pracy! Zabraliśmy jeszcze 80 osób z wydziału K5. Szedłem przez stocznię i patrzyłem za siebie. Pięknie to rosło, radowało się serce, że jest 80, 100, 200 osób! Jak doszliśmy do wydziału K3, to już 500 osób było. Ulotki wniosłem na teren stoczni dwa dni wcześniej. Wiedziałem, że nam szafki regularnie przeszukują, niby w ramach kontroli przeciwpożarowej, a tak naprawdę wszędzie zaglądali, czy nie mamy pochowanej „bibuły”.

Tych ulotek nie znaleźli?

– Nie, bo miałem je ukryte w innej szafce. To była szafka niczyja. Było sporo pustych szafek, fluktuacja w stoczni była wtedy olbrzymia; tyle co się przyjmowało, tyle się zwalniało. Stocznia składała się głównie z przyjezdnych, dużo młodych mieszkało na kwaterach i w hotelach robotniczych, bez rodzin. Na nich liczyliśmy, bo mieli niewiele do stracenia.

A u pana skąd ten radykalizm się wziął?

– Pochodzę z Białogardu, a tam w okolicy i w Bornem-Sulinowie stacjonowało ok. 80 tysięcy żołnierzy radzieckich. Myśmy się z nimi stykali, bywało dość ostro. Kiedy jechałem do Gdańska w 1979 r., wiedziałem z Wolnej Europy, że tu są Wolne Związki Zawodowe. W 1978 r. byłem w Egipcie jako ochotnik w polskiej misji stabilizacyjnej i tam poznałem wielu oficerów z niebieskich beretów, m.in. płk. Edwarda Wejnera. Po 1970 r. był już tylko porucznikiem, bo w grudniu w Gdańsku dostał rozkaz odblokowania Komitetu Wojewódzkiego i tego rozkazu nie wykonał. I tam, na Bliskim Wschodzie, nasłuchałem się o bohaterskich stoczniowcach. Oczywiście to nie były jawne rozmowy, bo szpicli było dużo. Jak wróciłem z Egiptu, zatrudniłem się w Stoczni Gdańskiej. Kiedy pierwszy raz spotkałem Bogdana Borusewicza, to on był bardzo podejrzliwy. Przychodzi do niego chłopak obcięty na jeża, a wszyscy wtedy nosili przecież dłuższe, hipisowskie włosy. I ten krótko obcięty chłopak 14 sierpnia 1980 r. idzie z ludźmi przez stocznię.

Co pan czuje? – Byłem przerażony! Biały na twarzy!

Lesiu się spóźnia, ja nie mam nagłośnienia. Wokół chyba 12 tysięcy ludzi. Niektórzy zaczynają krzyczeć: „Idziemy na komitet! Idziemy na czerwonych!”. Co ja zrobię, jak będą chcieli wyjść na miasto? A każdy młotek w ręku miał! Trzeba ich zatrzymać! Więc decydujemy: hymn Polski i minuta ciszy na cześć zamordowanych w 1970 roku. Atmosfera robi się luźniejsza. Podjechała koparka. Wchodzę na nią jak na mównicę. Trzeba ludziom coś powiedzieć. Wybieramy komitet strajkowy: 20 osób. Spisujemy postulaty. Ale na czym? Ktoś pisze na opakowaniu po papierosach Sport, bo nawet kartki nie mamy! Po pierwsze: Anna Walentynowicz ma być przyjęta do pracy, a dyrektor ma wysłać po nią swój samochód. A dalej? Wkładka mięsna ma być ciepła. I ciepła woda w kranie po pracy. Pasta do rąk, żeby je domyć. I suszarki do włosów, bo jak człowiek zimą wychodził, a włosy długie, to zaraz choroba. Żadnej polityki. Wtedy przyszedł do nas dyrektor stoczni Gniech i mówi, że skoro mamy komitet strajkowy, to reszta wraca do roboty i dopiero wtedy będziemy negocjować.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

I nagle pojawia się Lech Wałęsa. Wpisałem go w komitecie strajkowym na pozycji 21. Przejął przewodnictwo. Mówi: „Panie dyrektorze, czy pan mnie poznaje? Ja w tej stoczni pracowałem, miałem mandat zaufania załogi, bo ja byłem społecznym inspektorem pracy, a pan mnie zwolnił!”. Gniech się nie odezwał. Lech wziął kartkę z komitetem strajkowym i powiedział: „Moje nazwisko też tu jest. Czy mnie akceptujecie?”. Dostał ogromne oklaski.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Co się dzieje dalej?

– Gdyby dyrekcja miała wtedy refleks i spełniła nasze postulaty, to byśmy pierwszego dnia skończyli strajk! Ale skoro nie, to zrobiliśmy strajk okupacyjny. Negocjacje odbywały się w sali BHP. Wszystko szło przez radiowęzeł, jak ludziom się coś nie podobało, to walili w okna i krzyczeli do nas: „Co wy tam swoje sprawy załatwiacie?!”. Pełna demokracja. Trzeciego dnia Gniech powiedział, że jest gotowy podpisać porozumienie, pamiętam naszą konsternację. Co robić?! Stoi już Remontowa, stoi Północna (stocznie). Borusewicz złapał Wałęsę za mankiet i wyciągnął nas z sali BHP. Byłam tam taka szklarnia, bo stocznia miała i ogrodnika, i pomidory, wszystkim się zajmowała. W tej szklarence dyskutujemy. Przyleciał do nas Heniek, działacz CRZZ z wydziału K3 i po stoczniowemu do nas przemówił: „Tam, k…, ludzie czekają! Co wy tu knujecie za ich plecami?”. Wróciliśmy. Wałęsa złapał za mikrofon: „Ja jestem demokrata, głosujemy!”. No i jakie mogło być głosowanie?! 25 za kontynuowaniem strajku, a ponad 100 za zakończeniem!

Jest sobota 16 sierpnia, godzina koło 16. Odcinają nam mikrofon w sali BHP i idzie przez głośnik informacja: „Kto do godziny 18 nie opuści stoczni, nie dostanie dwóch tysięcy złotych!”. Dla niektórych to była podwyżka o sto procent. Stoczniowcy tak dawali dyla przez te płoty, aż się za nimi kurzyło. Przez płoty? – No bo myśmy trzymali bramy. Może stu nas zostało… Ale podobno bramy zablokowały Henryka Krzywonos, Alina Pienkowska, Anna Walentynowicz, Maryla Płońska, a po drugiej stronie kobiety okładały stoczniowców torebkami, żeby wracali strajkować.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

– My zamknęliśmy bramy, a one stały na wózkach i krzyczały. Ale oni i tak wychodzili. Stocznia to 160 hektarów. Nawet jak bramy były zamknięte, to każdy wiedział, którędy wyjść na lewiznę. 98 procent chciało wyjść i wyszło. Ale to robiło wrażenie, jak one krzyczały na tych wózkach: „Zostańcie, bo wasi rodzice, bracia, pracują w innych zakładach…”. To robiło atmosferę dla tej garstki, która została.

Czyli było po strajku…

– Ale zadziałał Lech Wałęsa. Najpierw, w niedzielę, zamówił mszę świętą u księdza Jankowskiego. Poprosiliśmy, żeby przyszli do nas ci z Remontowej i Północnej. Może ze dwa tysiące ludzi było. Poniedziałek był kluczowy, bo wtedy ludzie przyszli do pracy. Stoją przed bramami, czekają, wchodzić, nie wchodzić? Tysiące ludzi! Próbowali wejść, a my na bramie pytamy: „Będziesz, chłopie, strajkował z nami?”. „Nie!”. To tfu, pluliśmy na niego i w łeb go! Przykro to mówić, ale tak było.

W końcu obudziliśmy Wałęsę. Przyszedł pod bramę i przemówił do tych ludzi: „Jeśli chcecie być z nami, to zapraszam, a jeśli chcecie nam przeszkadzać, to idźcie lepiej do domu”. I zakazał obrażania, plucia. Jeden się odważył strajkować, to my go po ramieniu klepaliśmy, że w porządku. Potem drugi się odważył. A potem trzeba było bramę szeroko otworzyć. Wałęsa potrafił do ludzi przemówić… I wtedy zaczął się ten drugi strajk: już nie negocjowaliśmy z dyrekcją stoczni, tylko z władzami państwa jako Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Zażądaliśmy przyjazdu komisji rządowej.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

  • Gdańsk 1970 roku, czołgi na ulicach, Lech widział tego zabitego milicjanta, którego zrzucono z wiaduktu przy Nowych Ogrodach. Strzelanina w Gdyni, potem w Gdańsku.

„Wyrzucali legitymacje partyjne do kibla”

Pojawiły się postulaty polityczne: zniesienia cenzury, zwolnienia więźniów politycznych, utworzenia niezależnych związków zawodowych… Ludzie stali się odważniejsi? – W stoczni mieszały się różne zachowania ludzi. Choćby Jaś Łabędzki, który był członkiem Biura Politycznego PZPR. Pracowaliśmy obok siebie, on był spawaczem, codziennie się w pracy widzieliśmy. Mimo że był we władzach partii, to zachowywał się przyzwoicie. I był na strajku do końca. Półtora tysiąca członków partii było z nami w stoczni. Wyrzucali legitymacje partyjne do kibla, czyli pojemnika na złom. Coś do nich zaczęło docierać… Dyrektor Gniech to też był dobry chłop. W 1970 strajkował. W 1980 roku jako dyrektor powiedział, że stocznia będzie inwestorem budowy pomnika Poległych Stoczniowców; stal nierdzewną za dewizy załatwił, a to nie było wtedy takie proste. W stanie wojennym za to zapłacił: pierwszego dnia zdjęli go z dyrektora 17-tysięcznej stoczni i po kilku miesiącach bezrobocia dostał pracę jako majster 15-osobowej brygady w stoczni Wisła.

Politycy PiS i historycy prawicowi próbują zdyskredytować Lecha Wałęsę. Oskarżają go, że w latach 70. współpracował z SB, że przywieziono go do stoczni esbecką motorówką..

– Znam Lecha Wałęsę od 1979 r. i żadne papierki z lat 70. nie zmienią mojego zdania o jego zaangażowaniu w WZZ, w strajku w stoczni, w stanie wojennym. To dzięki jego charyzmie ten strajk się w sierpniu udał. Władze komunistyczne fałszowały dokumenty Lecha Wałęsy, choćby wtedy, gdy miał otrzymać Nobla. To jest udowodnione. Jeśli u Kiszczaka – jeśli to w ogóle było u Kiszczaka, bo nie mam zaufania do tych ludzi – była jakaś teczka, to może to jest ta sama teczka, którą przygotowano dla komisji noblowskiej. Może przygotowano dwie? Ale jestem przekonany, że jest sfałszowana. Wałęsa mówił nam później: „Podpisałem w roku 1970, że nie ujawnię treści rozmowy, ale nigdy nie podpisałem dokumentu współpracy. Przysięgam, że na nikogo nie donosiłem”. I ja mu wierzę.

Potrafię sobie to wyobrazić: Gdańsk 1970 roku, czołgi na ulicach, Lech widział tego zabitego milicjanta, którego zrzucono z wiaduktu przy Nowych Ogrodach. Strzelanina w Gdyni, potem w Gdańsku. Można sobie wyobrazić, że krzyczą: „podpisz, podpisz, podpisz”…

  • Kierownik to był normalny człowiek i jak tylko mnie zobaczył, mówi: „A ty spier…, bo jesteś na liście do zatrzymania!”. No to ja w tył zwrot i dałem dyla.

Pana też próbowali zastraszyć?

– Ja byłem rozpracowywany od 1980 r. Dali mojej sprawie kryptonim Słuchacz chyba dlatego, że jak funkcjonariusze ze mną rozmawiali, to odpowiadałem, że nie będę nic mówił, że wolę słuchać. Ja do tamtej przeszłości nie lubię wracać. Mój kolega ze stoczni, mieszka dziś w Gdańsku na Przymorzu, przyznał, że na mnie donosił. Pracowaliśmy razem w brygadzie. Ja mówię: „Heniek, daj se spokój, kurde”. Ale gryzło go sumienie. Obiecali mu za to mieszkanie i dostał je. Mówię mu: „Krzywdy mi wielkiej nie wyrządziłeś, zwolnili mnie dwa razy ze stoczni, ale też było za co!”. Nawet w IPN nie byłem i teczek na siebie nie przeglądałem. Wie pan, w sumie wtedy każdy coś podpisał.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

W jakim sensie?

– Nie wiem, czy pan znajdzie jakąś osobę, która w stanie wojennym została zatrzymana, zabrana z domu na komendę i nie podpisała, że nie będzie działała przeciwko dekretowi o stanie wojennym, żeby zaraz wypuścili. Nie znam nikogo takiego, oprócz Jarosława Kaczyńskiego, oczywiście. W stanie wojennym ogłoszono w telewizji, że stoczniowcy mają się zgłaszać do szkoły okrętowej przy ul. Marksa i do hali Olivia po nowe przepustki do pracy. Poszedłem na Marksa. Kierownik mojego wydziału był cały wystraszony, bo to wojsko, wojna. Długa kolejka, stolik. „Proszę podać numer ewidencyjny i tutaj jest nowy identyfikator. Ale jak chcesz nową przepustkę, to podpisz, że nie będziesz łamał dekretu o stanie wojennym”. Ludzie się pytają: „Podpisujemy? Podpisujemy!”. No to ja też podpisałem. Ale nowej przepustki nie dostałem, bo mój kierownik to był normalny człowiek i jak tylko mnie zobaczył, mówi: „A ty spier…, bo jesteś na liście do zatrzymania!”. No to ja w tył zwrot i dałem dyla.

Ale i tak mnie dorwali 23 grudnia na Morenie. Trochę mnie wtedy poszarpali… Dziś każdy jest bohaterem, nawet rzecznik ministra obrony narodowej dostał medal za zasługi dla obronności kraju. A wtedy ciężko było znaleźć paru odważnych.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Jerzy Borowczak ur. w 1957 r. –To on zaczął strajk w Stoczni Gdańskiej. Internowany w stanie wojennym, w 1982 r., po delegalizacji Solidarności, zorganizował kolejny strajk w stoczni, za co został zwolniony z pracy. Pracował później m.in. w pogotowiu ratunkowym, kinie Leningrad w Gdańsku, w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych Świetlik (m.in. z Donaldem Tuskiem). Poseł AWS w latach 1997-2001, poseł PO od 2010 r. Żonaty, dwoje dzieci, mieszka w Gdańsku. Strajk w Stoczni Gdańskiej trwał od 14 do 31 sierpnia 1980 r., zakończył się podpisaniem Porozumień Sierpniowych między strajkującymi a delegacją rządową. Międzyzakładowy Komitet Strajkowy reprezentował kilkaset zakładów z Pomorza. Strajkujący domagali się spełnienia 21 postulatów, m.in. utworzenia wolnych związków zawodowych, prawa do strajku, wolności słowa, zwolnienia więźniów politycznych, wzrostu płac, obniżenia wieku emerytalnego, zapewnienia miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci, wprowadzenia tymczasowych kartek na mięso. We wrześniu 1980 r. powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Solidarność

Wywiad ukazał się w Newsweeku w 2016 roku.

msn.pl

Cios za ciosem. Tragiczny tydzień polskiej dyplomacji

Newsweek Polska, Mateusz Wojtalik, 02.09.2017

© PAP/Radek Pietruszka

 

Polska dyplomacja od tygodni jest w głębokiej defensywie. Zwłaszcza na arenie europejskiej. Ale ostatni tydzień był szczególnie niekorzystny dla naszych stosunków z sąsiadami i partnerami z Unii Europejskiej. Cios sypał się za ciosem, a politycy rządzącej partii tłumaczyli, że wszystko jest wynikiem niechęci europejskich elit do niezależności Polski i naszej ambitnej polityki.

Zapowiedzią poważnych kłopotów było już ubiegłotygodniowe tournée prezydenta Francji Emmanuela Macrona po krajach naszego regionu. Macronowi chodziło o zbudowanie poparcia dla niekorzystnych dla Polski zmian w dyrektywie dotyczącej pracowników delegowanych. Jego spotkania z przywódcami Czech, Słowacji czy Rumunii zakończyły się sukcesem, ale francuski prezydent na tym nie poprzestał. Stwierdził, że nasz kraj sam się izoluje i znalazł się w wielu kwestiach na „na marginesie” Europy. Dodał też, że Polska „nie definiuje dzisiaj przyszłości Europy i nie będzie definiować Europy jutra”.

MSZ odpowiedziało oburzeniem i wezwaniem chargé d’affaires ambasady Francji w Warszawie na rozmowę. Z kolei premier Beata Szydło stwierdziła, że „aroganckie wypowiedzi” Macrona „wynikają z braku doświadczenia i obycia politycznego”. – Oczekuję, że szybko nadrobi te braki i będzie w przyszłości bardziej powściągliwy – stwierdziła pani premier w rozmowie z wPolityce.pl.

  • Emmanuel Macron Jednoznacznie potępiam (…) bardzo niepokojącą politykę polskiego rządu, który podważa solidarność europejską, a nawet państwo prawa.

Odpowiedź Szydło nie przestraszyła jednak Macrona, który w pokłóconym z Komisją Europejską polskim rządzie znalazł sobie wygodnego chłopca do bicia. Potwierdził to w czwartek w wywiadzie dla tygodnika „Le Point”. – Jednoznacznie potępiam (…) bardzo niepokojącą politykę polskiego rządu, który podważa solidarność europejską, a nawet państwo prawa. Nie jestem jedyny, który tak myśli i to mówi, bo taka jest analiza Komisji i naszych partnerów – stwierdził francuski prezydent, podkreślając, że stanowisko Polski, która sprzeciwia się zmianom w dyrektywie o pracownikach delegowanych, jest nie do zaakceptowania.

Merkel krytykuje

O ile jednak konflikt z Macronem datuje się przynajmniej od wiosennej kampanii wyborczej we Francji, to zupełną nowością jest krytyka ze strony kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Co prawda była ona niezwykle łagodna, jednak pani kanclerz dała wyraźnie do zrozumienia, że to, co rząd PiS robi w kwestii sądów i poszanowania zasad państwa prawa, się jej nie podoba.

  • Angela Merkel Nie możemy po prostu trzymać języka za zębami i nie mówić nic, by zachować pokój. Tutaj chodzi o fundamenty współpracy w UE.

Podkreśliła przy tym wyraźnie, że solidaryzuje się z Komisją Europejską w sprawie wyśmiewanej i krytykowanej przez rząd w Warszawie procedury kontroli praworządności. – Polska i praworządność to poważny temat – stwierdziła we wtorek odpowiadając na pytania dziennikarzy. Ale na tym nie poprzestała. – Chociaż bardzo życzyłabym sobie, by relacje i stosunki z Polską, która jest naszym sąsiadem, były bardzo dobre, a zawsze będę miała na względzie wagę tych relacji, nie możemy po prostu trzymać języka za zębami i nie mówić nic, by zachować pokój. Tutaj chodzi o fundamenty współpracy w UE – stwierdziła szefowa niemieckiego rządu, dodając, że jedność UE nie może być argumentem na rzecz porzucenia zasady praworządności. Następnego dnia praworządność była tematem rozmów Merkel z szefem Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckerem.

Stanowisko Merkel jest o tyle istotne, że pani kanclerz do tej pory, przez niemal półtora roku demontażu niezależności sądownictwa w Polsce, nie zabierała w tej sprawie głosu. Krytyka ze strony Niemiec, naszego największego partnera gospodarczego, oznacza poważne pogorszenie sytuacji Polski na arenie europejskiej.

„Język ustępstw wobec UE to droga donikąd”

Odpowiedź rządu? Zdaniem ministra ds. europejskich Konrada Szymańskiego słowa Merkel „padły w czasie, który nie pozwalał na to, aby rzeczowo zapoznać się z polską argumentacją” przekazaną Komisji Europejskiej w poniedziałek. Szymański podkreślał też, że Polska nie ma żadnego problemu z przestrzeganiem zasady praworządności.

Bardziej bezpośredni był Zbigniew Ziobro, który stwierdził, że to co mówiła pani kanclerz jest „tylko i wyłącznie potwierdzeniem, że chodzi o politykę i nic więcej, a fakty nie mają znaczenia”. Zadeklarował też, że „polski rząd będzie realizował swoje cele niezależnie od tych politycznych emocji, które ujawniają się w wypowiedziach niektórych polityków europejskich”, a „język ustępstw wobec UE to droga donikąd”.

  • Zbigniew Ziobro o słowach Angeli Merkel Polski rząd będzie realizował swoje cele niezależnie od tych politycznych emocji, które ujawniają się w wypowiedziach niektórych polityków europejskich.

Kwintesencją obecnej polityki rządu wobec Niemiec wydaje się jednak być wypowiedź wiceministra kultury Jarosława Sellina. Już po wypowiedzi Merkel pytany o sprawę reparacji za straty w II wojnie światowej stwierdził, że należy się ich domagać „niezależnie czy to będzie efektywne na samym końcu czy nie”. Powód? – Ta sprawa nie była formalnie prawnie po II wojnie załatwiona i świat nie wie, że Polska była najbardziej zniszczonym krajem w czasie II wojny światowej. To bardzo ważne, aby podnosząc ten temat, opowiadać światu o tym, jaka była prawda – podkreślił wiceminister w TVN24. Konkluzja wydaje się prosta – polityka zagraniczna rządu nie musi przynosić żadnych efektów ani prowadzić do rozwiązania problemów dopóki „żyjemy w prawdzie”. Kłopot w tym, że z takim podejściem możemy się pożegnać z sukcesami w negocjacjach z naszymi europejskimi partnerami.

Europosłowie wzywają do zdecydowania

Podsumowaniem tego smutnego dla Polski tygodnia była debata na posiedzeniu komisji wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans, który w imieniu KE prowadzi procedurę kontroli praworządności podkreślał, żew dialogu z rządem w Warszawie nie udało się poczynić żadnych znaczących postępów. Ostrzegał też, że Komisja jest bardzo blisko uruchomienia wobec Polski art 7. unijnego traktatu, który może się wiązać z nałożeniem na nasz kraj sankcji. Znalazł przy tym zrozumienie znacznej części eurodeputowanych, którzy wzywali do podjęcia zdecydowanych kroków wobec Polski. Poczynań rządu bronili jedynie europosłowie PiS i przedstawiciele eurosceptyków w PE ze związanym z neonazistami niemieckim deputowanym Udo Voigtem na czele.

Na krytykę ze strony Timmermansa szef MSZ odpowiedział standardowymi zaklęciami, twierdząc, że wiceszef KE postanowił „wykroczyć poza prerogatywy międzynarodowego urzędnika” i prowadzi „działania polityczne przeciw Polsce”. Z kolei europosłowie PiS tłumaczyli za to, że ich zdaniem powodem krytyki ze strony Komisji Europejskiej nie jest wcale naruszanie zasad praworządności, ale polityka Polski wobec uchodźców albo nasza prężna gospodarka. Uzasadnienie? Według europosła Ryszarda Czarneckiego „Polska staje się coraz bardziej konkurencyjna w kwestii gospodarczej dla największych państw członkowskich Unii, takich jak Niemcy czy Francja, a „głowy tych państw czują zagrożenie”.

Niestety krytyka ze strony Angeli Merkel wskazuje, że stanowisko Polski staje się coraz większym problemem dla naszych europejskich partnerów. Efekt będzie taki, że nawet jeśli rządowi uda się uniknąć (dzięki wsparciu Węgier) nałożenia sankcji, to załatwienie jakichkolwiek spraw w Brukseli czy w stosunkach dwustronnych stanie się niemal niemożliwe. Niechętnym Polsce dyplomatom bardzo łatwo będzie bowiem utrzymywać, że postawa rządu w Warszawie jest niekonstruktywna, a Polska łamie europejską solidarność, w związku z czym nie ma sensu ustępować jej nawet na milimetr. Rząd oczywiście będzie wtedy powtarzał zaklęcia, że powodem jest „niezależność” naszego kraju, a przed „dyktatem Berlina i Brukseli” nigdy się nie ugniemy. Taka retoryka na pewno padnie w kraju na podatny grunt, ale nie zmieni to faktu, że na zepsuciu relacji z najważniejszymi sojusznikami stracimy wszyscy.

msn.pl

Sympatia Polaków do Niemców większa, niechęć Niemców wzrasta w czasach PIS. Badanie Instytutu Spraw Publ. + Fund. Bertellsmana i K.Adenauera

Agnieszka Michalak do urzędniczki na Westerplatte: „czy pani posiada polski paszport?”.

Prezydent Adamowicz o kulisach rozmów z MON. „Zostałem oszukany, przekroczono kolejną granicę przyzwoitości”

Dariusz Gałązka, 02 września 2017

Uroczystości rocznicy wybuchu II Wojny Światowej na Westerplatte

Uroczystości rocznicy wybuchu II Wojny Światowej na Westerplatte (BARTOSZ BANKA)

– Do samego końca nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co planuje MON. Wszelkie ustalenia zostały pogwałcone, a ja zostałem jawnie oszukany jako funkcjonariusz publiczny. Kolejna granica przyzwoitości została przekroczona – mówi w rozmowie z „Wyborczą” Prezydent Paweł Adamowicz.

Dariusz Gałązka: Według programu uroczystości Apel Poległych miał czytać harcerz. Dlaczego nie żołnierz, tak jak było w ubiegłych latach?

Paweł Adamowicz: – Założyliśmy, zgodnie z ubiegłorocznymi ustaleniami z kombatantami, że jedynym wyjątkiem dla Apelu Smoleńskiego będzie dzień rocznicy Zbrodni Katyńskiej. Natomiast przy pozostałych uroczystościach, takich jak 1 września czy np. 1 sierpnia, nie będziemy uczestniczyli w promowaniu kłamstwa smoleńskiego. Taką też informację przekazaliśmy Marynarce, której przedstawiciele oznajmili nam, że podczas uroczystości na Westerplatte nie będzie Kompanii Reprezentacyjnej. Dlatego postanowiłem, że Apel Poległych odczyta harcerz. Następnie z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów przyszła informacja, że pani premier Beata Szydło pojawi się na uroczystościach, i że prośba jest taka, aby któryś z harcerzy złożył jej meldunek.

Jest nagranie. A MON idzie w zaparte. Co o Macierewiczu mówi incydent na Westerplatte?

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22312391,video.html

Potem nastąpił zwrot. MON podjęło negocjacje. Jak wyglądał ich przebieg?

– Trzy dni temu Ministerstwo Obrony Narodowej postanowiło, że kompania będzie obecna pod warunkiem odczytania Apelu Smoleńskiego. W tej sprawie dzwonił do mnie także wojewoda Drelich. W czwartek przyszedł do mnie admirał Krzysztof Jaworski, dowódca III Flotylli, i zaczęło się ustalanie z ministerstwem rozmaitych scenariuszy. Ja natomiast nie chciałem dziękować harcerzom za udział tylko z uwagi na obecność Kompanii Reprezentacyjnej. Z prośbą o wprowadzenie zmian dzwonił do mnie również Sławomir Frątczak, dyrektor departamentu edukacji i dziedzictwa MON. Ustaliliśmy wspólnie, że czytanie apelu będzie podzielone na kwestie pomiędzy harcerza oraz oficera. Poszedłem na ustępstwa i zgodziłem się na to, aby odczytać nazwiska prezydentów RP Ryszarda Kaczorowskiego i Lecha Kaczyńskiego z małżonką, którzy zginęli w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Program był dograny, i rozpoczęły się próby.

Kiedy przedstawiciele MON zmienili zdanie?

– Około godz. 21.00, kiedy w trakcie próby harcerze mieli zacząć odczytywać apel, na miejscu wstrzymali ich Sławomir Frątczak oraz Agnieszka Michalak z MON, i zaczęli wmawiać moim pracownikom, że zgodziłem się na to, aby całość apelu czytał oficer. Moja decyzja pozostała taka sama. Apel miał czytać harcmistrz Artur Lemański razem z oficerem. Co zostało przekazane żołnierzom oraz MON. Wtedy też do urzędniczki, która przekazała tę informację, podeszła wspomniana Agnieszka Michalak i zapytała: „czy pani posiada polski paszport?”. Kiedy około 4 rano przyjechałem na Westerplatte, pracownicy przekazali mi, że sprawa cały czas jest zawieszona, ponieważ przez cały okres, gdy trwały próby, podchodził oficer Marynarki Wojennej i wypytywał, kto ostatecznie będzie czytać. Do samego końca nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co planuje MON. Wszelkie ustalenia zostały pogwałcone, a ja zostałem jawnie oszukany jako funkcjonariusz publiczny. Kolejna granica przyzwoitości została przekroczona. Ludzie, którzy przygotowują tę uroczystość od 18 lat, byli totalnie zaskoczeni.

Jak należy interpretować zachowanie przedstawicieli MON?

– Moja hipoteza jest taka, że jest to osobiste działanie Antoniego Macierewicza. Kolejna hipoteza jest taka, że współpracownicy ministra są mu kompletnie oddani, chcą mu się za wszelką cenę przypodobać, a przy tym są bardzo pewni siebie. Każdy, kto kwestionuje ich zdanie, jest wrogiem. To się nie mieści w regułach funkcjonowania demokratycznego państwa.

wyborcza.pl

Rząd PiS = rządy kłamstwa i obłudy!

PiS w pigułce. Więcej nie trzeba, by zrozumieć, jaka mentalność za nimi stoi. Polska jest w ich rękach i wszystko zmierza ku gorszemu.

Polska samotna jak w 1939 roku? Giertych: Analogie są wprost porażające

DoRzeczy, 01.09.2017

Roman Giertych© PAP / Rafał Guz Roman Giertych

 

Były wicepremier Roman Giertych stwierdził na swoim Facebooku, że ze względu na politykę rządu PiS, obecna sytuacja Polski jest podobna do tej z lat 30. XX wieku.

„W 1939 rządziła Polską ekipa, którą obecna nasza władza czci i szanuje. Warto może się więc tej ekipie przyjrzeć, aby wyciągnąć naukę na chwilę obecną. Warto również porównać ówczesne nasze osamotnienie, z obecną sytuacją. Analogie są wprost porażające” – przekonuje adwokat.

Analizując rządy sanacji, Giertych widzi w nich podobieństwo do PiS. „Ekipa sanacji opanowała wszystkie urzędy państwowe tworząc klikę, w której jedynym kryterium uzyskiwania urzędów było zwykłe lizusostwo wobec władzy. Kwitła korupcja, nepotyzm, kolesiostwo i niekompetencja. W ciągu kilkunastu lat z kraju, który jeszcze w roku 1920 był w stanie pokonać samodzielnie Sowiety, staliśmy się zacofanym wojskowo i gospodarczo obszarem” – pisze.

„We wrześniu 1939 zaatakowali nas prawie wszyscy nasi sąsiedzi. W naszej obronie nie stanął nikt. Państwo załamało się już w kilka dni po ataku niemieckim. Rządy sanacyjne wraz z dobytkiem uciekły po dwóch tygodniach do Rumunii. Ekipa tych zbrodniarzy i nieudaczników nigdy nie została rozliczona, gdyż czas wojny i komunizmu skutecznie przyćmił pamięć o tych zbrodniach. Jedynie premier Sikorski próbował zbierać dowody zbrodni, ale w warunkach potrzebnej w czasie wojny jedności, nie było takiej możliwości” – stwierdza były wicepremier.

Jak przekonuje, pochówek Lecha Kaczyńskiego na Wawelu, obok Józefa Piłsudskiego, nie był przypadkiem. „Obydwaj bracia Kaczyńscy byli zawsze do szpiku kości piłsudczykami. I dzisiaj według tego samego wzoru rządzi nami jeden z nich.Mamy konflikt z Rosją (strategiczny), żądamy reparacji od Niemiec, obrażamy Francuzów (caracale, bojkoty, pouczenia Macrona), jesteśmy na wojnie z Komisją Europejską, która reprezentuje 27 krajów Europy, mamy konflikt z Ukrainą i Litwą o paszporty, rozwaliliśmy relację w ramach grupy Wyszehradzkiej” – wylicza.

„Tak wygląda nasza obecna sytuacja międzynarodowa. Tylko szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, że nie mamy żadnej zawieruchy wokół nas, zawdzięczamy fakt, że nie przekłada się ona na poważne kłopoty polityczne, gospodarcze etc.” – dodaje. Według Giertycha, inne kraje liczą na to, że „PiS jest tymczasową chorobą, która minie za dwa lata”. „I oby się oni nie mylili, bo niestety historia lubi się powtarzać…” – podsumowuje.

msn.pl

Tomasz Piątek: Znajomi prześcigają się w domysłach, jakiego rodzaju podsłuch mogę mieć

Weekend.gazeta.pl, Angelika Swoboda, 01.09.2017

Tomasz Piątek© fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta Tomasz Piątek

 

Napisałem głośną książkę dotyczącą drażliwego tematu, więc przyciągam uwagę wielu osób. Niektóre z nich mogą być zaburzone, inne po prostu wrogie, ale wcale nie muszą ze sobą współpracować. Jednak miałem niedawno taką powieściową sytuację, o której nie wiem, co myśleć… – opowiada Tomasz Piątek, autor książki „Macierewicz i jego tajemnice”.

Książka „Macierewicz i jego tajemnice” sprzedała się już w ponad stu tysiącach egzemplarzy. Pisarz, po wielu miesiącach wertowania dokumentów i zapisów w KRS, wyrysował sieć powiązań, w których znalazł się także szef MON. Jak dowodzi Piątek, Antoni Macierewicz jest osobą co najmniej uwikłaną w relacje z ludźmi, którym Rosja i jej służby specjalne są bliskie.

Sprawę opisały zagraniczne media, a pisarz znalazł się na celowniku prokuratury. – Zawiadomienie Antoniego Macierewicza dotyczące możliwości popełnienia przestępstwa przez Tomasza Piątka, autora książki „Macierewicz i jego tajemnice” , zostało przesłane zgodnie z właściwością do Prokuratury Okręgowej w Warszawie – przekazała nam prokurator Ewa Bialik, rzeczniczka prasowa Prokuratury Krajowej.

Decyzje w prokuraturze póki co nie zapadły, a Piątka broni Amnesty International. Pod listem ze wsparciem w jego sprawie podpisało się już około 10 tysięcy osób. Sam pisarz dostaje tymczasem dziwne wiadomości. Czy ma manię prześladowczą? Wreszcie – czy żałuje, że napisał tę książkę?

Masz jakieś nowe kłopoty po napisaniu książki „Macierewicz i jego tajemnice”?

– Zobacz, dostałem na przykład list od prawników Roberta Szustkowskiego. Szustkowski to biznesmen ze szwajcarskim paszportem, spędził w Rosji 20 lat. Według rosyjskiej gazety „Kommiersant” w 1995 roku był polskim przedstawicielem rosyjskiego banku należącego do tzw. sołncewskiej mafii. W tej chwili Szustkowski jest głową rodziny kontrolującej tzw. grupę Radius, czyli konsorcjum firm agresywnie pozyskujące nieruchomości w polskich miastach.

Robert Szustkowski twierdzi, że nie ma nic wspólnego z Radiusem, jednak są na to liczne dowody zebrane nie tylko przeze mnie, także przez „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Prawnicy Szustkowskiego domagają się, żebyśmy wspólnie z wydawcą książki zapłacili cztery miliony złotych. Ale żądają tego nie w pozwie, tylko w listach, które do nas wysłali. Nie odważyli się nas pozwać.

O co Szustkowski ma pretensje?

– Napisałem w książce o jego związkach z mafią sołncewską i jego powiązaniach z GRU. On twierdzi jednak, że jego dobra osobiste zostały naruszone i żąda przeprosin w kilkunastu mediach.

Przeprosisz?

– Nie, bo napisałem prawdę.

Prawicowe media twierdzą co innego.

– Rzeczywiście stałem się bohaterem takich pism jak „Gazeta Polska” czy „Do Rzeczy”. Są tam artykuły obrażające mnie, zawierające niczym niepoparte tezy. Według nich moja książka miałaby być „stekiem kłamstw”. Wysłałem im sprostowania, ale odpowiedzieli, że ich nie opublikują. „Gazeta Polska” odpisała mi, że odnoszę się do zbyt dużej liczby faktów naraz! Tymczasem nigdzie w prawie prasowym nie jest napisane, że w sprostowaniu tak nie można. Zamierzam więc ich pozwać.

Powodzenia.

– Popatrz na okładkę „Do Rzeczy”. Piszą: „Demaskujemy teorie spiskowe Tomasza Piątka”. A w następnym numerze: „Operacja Macierewicz”. W artykułach są liczne kłamstwa. Piszą np., że tekst książki odrzuciły wcześniej inne wydawnictwa. Tymczasem ja mojej książki żadnemu wydawnictwu nie wysyłałem – oprócz wydawnictwa „Arbitror”, które ją wydało. „Do Rzeczy” kłamie bezczelnie.

Masz poczucie, że pisząc książkę „Macierewicz i jego tajemnice”, wetknąłeś kij w mrowisko?

– Niedawno dostałem pocztą bardzo dziwny list. Pisany odręcznie czerwonym długopisem. Zawiera wizje, zaczepki i propozycje dotyczące perwersyjnego seksu pomieszane z rzekomymi zachwytami nad tym, co piszę o Macierewiczu. Widać, że ktoś starał się zmienić swój charakter pisma.

Kto?

– List jest podpisany imieniem Maria, ale wiele wskazuje na to, że autorem jest heteroseksualny mężczyzna. NP. opisuje nie tylko różne przyrządy seksualne, ale i podaje ich wymiary w sposób bardzo „techniczny”. Popatrz na kopertę. Jako odbiorcę podano na niej „Tomasza Piątka, dziennikarza TVN24”, którym ja nigdy nie byłem. Ktoś przekreślił słowo TVN i innym charakterem pisma dopisał adres „Gazety Wyborczej”. Może jakiś zwierzchnik autora listu?

Tomasz Piątek (drugi z lewej) podczas konferencji prasowej (fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta)

Nie mam pojęcia.

– Dostałem też pocztą wierszyk odnoszący się do mojej audycji w Radiu TOK FM, którą prowadzę razem z Piotrem Najsztubem. Zawiera podobne co list od „Marii” motywy seksualne.

Te motywy pojawiają się też w mailach do ciebie?

– W jednym z ostatnich maili ktoś nawiązuje do mojej przeszłości, czyniąc aluzje do heroiny. To dla takich osób jak ja jest szalenie niebezpieczne, może wywołać głód narkotykowy czy poczucie osaczenia. Mówiąc wprost – to nastawanie na moje życie i zdrowie.

Ktoś może powiedzieć, że jesteś bliski manii prześladowczej.

– W mojej sytuacji, w dużym stresie, bardzo łatwo jest myśleć, że to wszystko jest ukartowane. I owszem, takie myśli się w mojej głowie pojawiają, ale nie trwają dłużej niż sekundę. Napisałem głośną książkę dotyczącą drażliwego tematu, więc przyciągam uwagę wielu osób. Niektóre z nich mogą być zaburzone, inne po prostu wrogie, ale wcale nie muszą ze sobą współpracować. Jednak miałem niedawno taką powieściową sytuację, o której nie wiem, co myśleć… Jako pisarz bym jej w książce nie umieścił, bo uznałbym, że jest zbyt powieściowa.

Opowiedz proszę.

– Od 14 miesięcy w moim telefonie słychać podczas rozmowy jakieś brzęczenie. Znajomi prześcigają się w domysłach, jakiego rodzaju podsłuch mogę mieć – i dlaczego taki głośny? Bo przecież można podsłuchiwać kogoś cyfrowo, bez żadnych odgłosów.

Służby mają teraz prawo legalnie to robić, podczepiając się pod przekaźnik linii komórkowej, ale taka ingerencja zostawia ślady. Dużo mniejsze zostawia taki podsłuch analogowy, czyli mniej nowoczesny, niekiedy brzęczący, jak mówią eksperci.

Ale miałeś opowiedzieć o powieściowej sytuacji, jaka ci się przytrafiła.

– No właśnie to się ze sobą wiąże. Niedawno poczułem się źle i zadzwoniłem do przyjaciela, który jest w abstynencji dłużej niż ja. Porozmawialiśmy, powiedziałem też, że następnego dnia wieczorem pojadę na odpowiednie spotkanie terapeutyczne. Spotkania tego rodzaju odbywają się w Warszawie codziennie, za każdym razem w innym, dokładnie określonym miejscu. Więc jeśli mówię: „Jutro jadę na spotkanie takiej a takiej grupy”, to ktoś, kto by to słyszał, z łatwością mógłby ustalić, gdzie następnego dnia będę. Pojechałem na spotkanie i gdy z niego wyszedłem, zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy.

To znaczy?

– Na moich oczach dwaj mężczyźni napadli na przejeżdżającego w pobliżu rowerzystę. Kompletnie bez powodu. Bili go po twarzy, a gdy się przewrócił, zaczęli go kopać. Poprosiłem, żeby przestali. Jeden z napastników był prawie nagi, ale widać było, że jest bardzo wysportowany. Zachowywał się jak naćpany, ale mam wrażenie, że mógł udawać. Po chwili napastnicy uciekli, ktoś zadzwonił po policję. Czekałem na radiowóz z pobitym chłopakiem, który nagle powiedział mi, że skąpo ubrany mężczyzna miał pistolet. Zdziwiło mnie to. Gdzie by go schował, w majtkach?

Ranny poprosił mnie o kurtkę, więc mu dałem. Po kilku dniach pojechałem ją odebrać. Chłopak kurtkę oddał i wręczył mi napój izotoniczny, mówiąc, że muszę go wypić, bo dużo pracuję. Dał mi też czekoladę, a potem jeszcze wysłał SMS-a, pytając, czy zjadłem.

Zjadłeś?

– Wyrzuciłem.

Ale przecież to wszystko może być przypadkowe.

– Oczywiście. Gdy się gromadzi tyle przypadków, to człowiek zaczyna się zastanawiać. Ale już w pierwszych miesiącach śledztwa w sprawie Antoniego Macierewicza nauczyłem się, że hipotezy od faktów trzeba bardzo starannie oddzielać. Nie mam pojęcia, o co w tym zdarzeniu z rowerzystą mogło chodzić. I przede wszystkim nie chcę moimi podejrzeniami skrzywdzić kogoś, kto został pobity.

Powiedz – nie żałujesz teraz, że napisałeś tę książkę?

– Nie. Wiedziałem, że jak ją napiszę, to mogę żałować kilka lat. Ale gdybym jej nie napisał, żałowałbym całe życie.

Tomasz Piątek. Pisarz i dziennikarz związany z „Gazetą Wyborczą”. Debiutował powieścią „Heroina”, opartą po części na własnych doświadczeniach, nagrodzoną i wydaną w kilku krajach. Jego najnowsza książka nosi tytuł „Macierewicz i jego tajemnice”.

Angelika Swoboda. Dziennikarka Weekend.gazeta.pl. Zaczynała jako reporterka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi rozmawia także w Radiu Pogoda, kawy i sportowych samochodów.

msn.pl

Były poseł Krzysztof Król skomentował mecz Polska Dania przegrany przez naszą reprezentację 4:0. Do komentarza odniósł się Krzysztof Ziemiec.

A co tu komentować? masz pan opinię łgarza i tyle 

Niech się Pan nie dziwi. Stał się Pan jedną z ikon najbardziej propagandowej i kłamliwej TV od 1968 roku. I to będzie z Panem na zawsze.

PiS znowu działa „bez żadnego trybu”. Tym razem podczas uroczystości na Westerplatte

Antoni Macierewicz znowu dał pokaz bezwzględności i siły. Tym razem lekcję dostała młodzież. Pytanie, jakie wnioski z niej wyniesie?

Funkcjonariusz Żandarmerii Wojskowej zablokował harcmistrza ZHP, który w rocznicę wybuchu II wojny światowej miał na Westerplatte odczytać Apel Poległych uzupełniony o tzw. akapit smoleński. Tekst wyrecytował żołnierz. Stało się tak na polecenie ministra obrony narodowej i, co znamienne, w obecności premier, kilku ministrów – w tym szefów spraw wewnętrznych i dyplomacji – oraz marszałka Senatu i wielu parlamentarzystów.

Antoni Macierewicz nie pierwszy raz zademonstrował, że w Polsce PiS może zrobić prawie wszystko, co mu przyjdzie do głowy. Na nic się zdają wcześniejsze ustalenia i procedury (w tym prawne), o kulturze politycznej czy tej zwykłej nie wspominając. Symbolem była już historia z postawieniem na Jeżycach w Poznaniu – mimo sprzeciwu władz miasta co do tej lokalizacji – monumentu Chrystusa Króla.

Okazuje się na dodatek, że w zderzeniu z fanatyzmem i butą czy też wyrachowaniem i cynizmem Macierewicza niewiele pomagają nawet daleko idące ustępstwa. Nie pomaga choćby zgoda na żądania Macierewicza, by do tradycyjnych Apeli Poległych (czy to tego dotyczącego Powstania Warszawskiego, czy właśnie Westerplatte) dopisywać nazwiska osób, które zginęły w katastrofie smoleńskiej (w tym Lecha Kaczyńskiego).

Na formułę taką zaczęto przystawać mimo jej absurdalności i tego, że bezcześci się w ten sposób pamięć faktycznie poległych (właśnie dlatego przed rokiem zaprotestowała przeciwko temu grupa powstańców warszawskich).

Macierewicz postawił na swoim

Ustępstwa następowały jednak nawet już nie tyle w imię zwykłego kompromisu, ile zachowania powagi uroczystości i szacunku dla instytucji wojska (MON stosował bowiem zwykły szantaż, grożąc niewysłaniem żołnierzy na państwowe było nie było obchody). Tak miało być również na Westerplatte. Ale dobra wola i zasada rozwiązywania konfliktów przez rozmowę (wykazane tym razem przez prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza) znowu na nic się zdały. Macierewicz ponownie publicznie postawił na swoim. I to idąc za przykładem wodza swojej partii – „bez żadnego trybu”.

Cóż się jednak dziwić poczynaniom Macierewicza, skoro znajduje on sojuszników m.in. wśród najwyższych hierarchów Kościoła katolickiego (tak było choćby w awanturze poznańskiej), zaś jego – teoretyczni, jak widać – przełożeni strachliwie odwracają oczy, udając, że nic się nie stało. Ostatnio premier na Westerplatte właśnie, by już nie wspominać o braku reakcji na wcześniejsze wyczyny czy poważne podejrzenia zahaczające o zdradę stanu.

Lecz może jeszcze ważniejsze i smutniejsze jest to, że świadkami pokazu siły na Westerplatte byli przybyli na uroczystość harcerze i uczniowie. Wielu zapamięta pewnie tę lekcję wychowania obywatelskiego, pojmowania patriotyzmu, kultury politycznej itd. na długo. Pytanie wszelako, jak ją potraktują.

polityka.pl

Michał Kuź: Brukselski dramat

Foto: AFP

W konflikcie z Komisją Europejską polski rząd zakłada, że Bruksela nie może mu ostatecznie nic zrobić.

Z kolei Bruksela zdaje się wierzyć, że może zrobić bardzo wiele, bo polskie społeczeństwo jest proeuropejskie. A to oznacza, że może wywrzeć na Polskę większą presję, bo nie grozi nam ani wzrost eurosceptycyzmu, ani pełna orbanizacja, łącznie z czarowaniem Putina. Być może są w strukturach UE tacy, którzy nadal myślą, że wystarczy w polskich „prawicowych nacjonalistów” odpowiednio uderzyć, a liberałowie wrócą w glorii chwały i będzie po staremu. Dramat polega na tym, że obie strony mogą się mylić, a procesy, które zostały teraz uruchomione, z czasem mogą być już trudne do zatrzymania.

Niezależnie od krytyki niektórych aspektów polityki rządu dokonania PiS w zakresie zwalczania korupcji, uszczelniania systemu podatkowego i polityki socjalnej są niezaprzeczalne. Z kolei brak kompetentnego przywództwa na „totalnej” opozycji i jej uparty lumpenliberalizm (vide wywiad wiceprzewodniczącego PO Borysa Budki dla dziennika „Die Zeit”) wykluczają raczej rychły sukces wyborczy.

W nieco dłuższej perspektywie zmiana pokoleniowa może zaś przynieść efekty dokładnie odwrotne do tych, na które liczą zachodni krytycy Jarosława Kaczyńskiego. Wystarczy się przyjrzeć najmłodszym wyborcom. Gdyby w 2015 r. głosowali tylko ludzie w wieku 18–29 lat, Kukiz’15 i KORWiN mogliby razem, lub w dowolnej koalicji z PiS, utworzyć rząd. Jeszcze bardziej radykalne wyniki przyniosło głosowanie Polaków na Wyspach Brytyjskich. Wydają się oni zawiedzeni podwójnie, z jednej strony pracą „na zmywaku”, poniżej kwalifikacji, a z drugiej peryferyjną kondycją kraju, z którego wyjechali.

Nie znaczy to, że Paweł Kukiz i Janusz Korwin-Mikke jako konkretni politycy za kilka lat to poparcie utrzymają. Znaczy jednak, że to, co nastąpi po PiS w obecnym wydaniu, może być znacznie bardziej eurosceptyczne i bardziej „elastyczne” w swojej polityce wschodniej. Wniosek dla PiS jest zaś taki, że w utarczkach europejskich powinien przedstawiać się jako to, czym jest w rzeczywistości. A jest najbardziej proeuropejską dużą partią, która ma dzisiaj realne szanse na dalsze sprawowanie władzy w Polsce.

Autor jest politologiem z Uczelni Łazarskiego i Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego

rp.pl

Prof. Gersdorf: Zgadzam się z zastrzeżeniami KE, ale nie chciałabym, żeby na Polskę nałożono sankcje

01.09.2017

Nie chciałabym, żeby były nałożone sankcje na Polskę, bo wiadomo, że to się odbije na wszystkich obywatelach – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf, I prezes Sądu Najwyższego. Dodała, że zastrzeżenia Komisji Europejskiej ws. praworządności w Polsce są bardzo poważne.

– Zgadzam się z zastrzeżeniami Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej dotyczącymi praworządności w Polsce. My jesteśmy w Unii Europejskiej i dopóki w tej Unii Europejskiej jesteśmy, to musimy przestrzegać reguł, które wiążą wszystkie kraje Unii Europejskiej. Nie ma możliwość mówienia, że Komisja Europejska nie ma prawa zapytać nas, dlaczego to tak czy inaczej wygląda. Nie chciałabym, żeby były nałożone sankcje na Polskę, bo wiadomo, że to się odbije na wszystkich obywatelach – powiedziała w TVN24 Gersdorf.

Zgadzam się z zastrzeżeniami Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej dotyczącymi praworządności w Polsce

Dodała, że w sprawy międzynarodowe i polityczne nie chciałaby się włączać, choć – jak dodała – zmiany na stanowiskach prezesów sądów będą miały pośredni wpływ na ich funkcjonowanie.

Gersdorf przyznała, że nie bierze udziału w tworzeniu nowych ustaw dotyczących SN i KRS. – Pan prezydent (Andrzej Duda) obiecał nam, że pokaże nam dopiero gotowy projekt – powiedziała. Dodała, że „nie uczestniczymy w pracach nad poszczególnymi rozwiązaniami”. Odniosła się do rozmów z prezydentem Dudą, w której miał on stwierdzić, że pomocy ” na razie nie potrzebuje”.

– To będzie ważna jesień dla sądów, ale się jej nie boję. Dzieją się rzeczy bardzo istotne dla sądownictwa w Polsce, teraz czekamy na projekty prezydenta – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf. – Prof. Królikowski to dobry prawnik, z tego co wiem, to on pisze projekty dla prezydenta Andrzeja Dudy. Bardzo cenię sobie prof. Królikowskiego, choć ma swoje poglądy i ich nie zmienia. Jeśli projekty prof. Królikowski pisze sam, to myślę, że nie będzie zastrzeżeń natury konstytucyjnej – dodała prof. Gersdorf.

Komisja Europejska prowadzi wobec Polski procedurę praworządności od początku 2016 roku. W połowie lipca KE ostrzegała, że jest bliska uruchomienia art. 7 traktatu, dopuszczającego sankcje, w związku z planowanymi w Polsce zmianami w sądownictwie. Później jednak prezydent Andrzej Duda zawetował dwie z czterech kwestionowanych przez Brukselę ustaw. Nie zmieniło to nastawienia KE, która cały czas podkreśla, że w Polsce istnieje systemowe zagrożenie dla praworządności.

W czwartek w Brukseli sytuacją w Polsce zajęła się komisja wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych Parlamentu Europejskiego. Swą ocenę na ten temat przedstawił europosłom wiceszef KE Frans Timmermans. Z jego słów wynikało, że Komisja jest bardzo blisko uruchomienia art 7. unijnego traktatu, ale uzależnia ten ruch od propozycji prezydenta Dudy i sytuacji sędziów Sądu Najwyższego.

dziennik.pl

Duży błąd premier Szydło. Tak PiS buduje grunt pod kolejną narodową klęskę

Duży błąd premier Szydło. Tak PiS buduje grunt pod kolejną narodową klęskę

Fot. P.Tracz/KPRM

Polityka historyczna jest bardzo ciężkim zagadnieniem dla państwa o tak trudnej przeszłości jak nasza. W świetle rocznicy wybuchu Drugiej Wojny Światowej wymaga ona szczególnej ostrożności, aby z jednej strony uszanować pamięć o ofiarach, wymaga również umiejętności wyciągnięcia wniosków, aby do podobnej katastrofy nigdy więcej nie dopuścić.

 

Chciałoby się powiedzieć, że rząd, który szczególny nacisk kładzie historię będzie umiał wyjść z takiego wyzwania obronną ręką. Tak się jednak nie stało.

To, co mogliśmy usłyszeć z ust Beaty Szydło na Westerplatte na pierwszy rzut oka mogło budzić kontrowersje tylko z powodu politycznych przytyków pod adresem Niemiec i Unii Europejskiej, którym insynuowano rozmawianie we współczesnej Europie z pozycji siły. Jednak w przemówieniu premier pojawiło się także coś innego, co powinno zwrócić nasza uwagę. Mowa tu o propagandowym romantyzmie przedstawiania historii Polski. W przemówieniach polityków PiS w ocenie wydarzeń liczy się moralność i racja, a nie ochrona życia obywateli.  Premier powiedziała m.in.:

“Polska była ofiarą, ale i bohaterem II wojny światowej.”

“Możemy być z dziś z siebie dumni, staliśmy po właściwej stronie, zachowaliśmy się jak trzeba”

“To wartości, którymi kierowali się w czasie wojny Polacy legły później u podstaw procesu jednoczenia się Europy. Polska ma moralne prawo do upominania się o te wartości”

“ Polska ma obowiązek stać na straży solidarności, jedności i równych praw wszystkich państw.”

W zasadzie we wszystkich oficjalnych wypowiedziach okraszanych cały dzień transmitowanymi reportażami TVP dominuje doprowadzony do poziomu absurdu patetyzm. Dla premier Szydło jak i Antoniego Macierewicza moralna racja i wyższość zamykają temat refleksji z Kampanii Wrześniowej. Polska miała rację i koniec, tragedia śmierci 6 milionów obywateli nie stanowi motywacji do dyskusji o zapewnieniu bezpieczeństwa narodu i powstrzymania przyszłych wojen. Krew naszych rodaków jest towarem o nazwie “moralne prawo”, które ma usprawiedliwiać wszystko, co rząd w swojej nieudolności i partykularyzmach robi na arenie międzynarodowej. Premier utwierdza naród w przekonaniu, że ma być obrońcą, “Winkelriedem narodów”. To my mamy stać na straży solidarności i jedności. Skoro ofiara Polaków legła u podstaw zjednoczenia Europy, to można rozumieć, że bez tej ofiary Europa nie byłaby zjednoczona. Retoryka szkodliwa i równie nieprawdziwa jak analogiczne słowa prawicy, że bez Powstania Warszawskiego nie byłoby wolnej Polski.

Premier wtłacza w umysły Polaków przeświadczenie o jakiejś wyimaginowanej wyjątkowości, polityczno-społecznym znaczeniu ofiar poniesionych przez obywateli Polski w czasie wojny. Polityka i wojna jest niestety brutalnym procesem, w którym ludzkie życie zbyt często nie miało znaczenia. Jest to bolesne do zaakceptowania, że ofiara 6 milionów Polaków, choć bez wątpienia wymagająca szczególnej naszej pamięci, nie miała niestety na powojenne położenie Polski większego wpływu. Była ona owocem bezsensownego bestialstwa dwóch reżimów totalitarnych, których rolę trzeba na każdym kroku podkreślać. Wojna była działem wrogich ideologii, których reprezentanci wykorzystali słabość państwa Polskiego do dokonania zbrodni na jego obywatelach. Premier podkreślała odpowiedzialność Niemiec, jednak poza tym mówiła Polakom to, co po prostu chcą usłyszeć. Najtrudniejsza lekcja, jaka powinna zostać wyciągnięta z II Wojny Światowej, to prosta prawda, że państwo ma chronić swoich obywateli, a nie mieć moralną rację. Moralność jest bowiem tarczą polityczną elit, które zawiodły. Państwo polskie, II RP zawiodła bowiem Polaków. Elity ówczesnej Polski z chęcią poszły na wojnę, której nie mogliśmy wygrać. Konfliktu, do którego państwa nie potrafili przygotować. Naszą powinnością jest walka o to, aby nasze państwo nigdy więcej nie było tak słabe. Polska musi być zdolna chronić życie swoich obywateli i wspierać utrzymanie pokoju. Żeby były to możliwe rząd musi odrzucić romantyczne postrzeganie międzynarodowej polityki w życiu publicznym oraz nagminne polityczne granie historią na rzecz większej dozy realizmu.

Tymczasem PiS zamiast budować silną pozycję Polski zajmuje się toczeniem konfliktu na wszystkich frontach w Europie. Równocześnie w kraju mami ludzi patriotycznymi iluzjami i bajkami o rzekomej mocarności naszego kraju w Europie.

Niestety niewiele to się różni od II RP, która także popadła w wewnętrzny podział społeczny i rozpełzającą się korupcję, a w polityce zagranicznej w konflikt ze wszystkimi sąsiadami. Kiedy wówczas doszło do konfrontacji, to najpierw II RP przyłączyła się do grabieży jedynego potencjalnego sojusznika wobec Niemiec w regionie – Czechosłowacji, aby potem zostać osamotnioną na placu boju.

Nasi politycy powinni umieć wyciągać wnioski, a nie powtarzać błędy, które doprowadziły do drugowojennej katastrofy. Niestety w debacie publicznej wciąż dominuje romantyzm i bezrefleksyjna idealizacja przeszłości, podczas gdy w polityce tryumfy święci małostkowość i partyjny interes ponad polską racją stanu.

crowdmedia.pl

„MON zrobiło cyrk na Westerplatte”-doczekaliśmy niesłychanych sytuacji i tytułów w gazetach.Niestety trafnych za sprawą Macierewicza.

Hańba PiS na Westerplatte. Kolejna granica przekroczona

Hańba PiS na Westerplatte. Kolejna granica przekroczona

Kolejny spór o obchody rocznicowe. Zaledwie dzień po obchodach Porozumień Sierpniowych, które odbywały się w atmosferze głębokich podziałów, tym razem do sporu doszło na Westerplatte podczas obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej. Poprosiliśmy byłych ministrów obrony narodowej o komentarz. – Nie jest dobrze, że tej rangi uroczystości stają się terenem do przepychanek. To jest bardzo zła sytuacja – mówi nam Janusz Zemke, były sekretarza stanu w MON w latach 2001-2005.

Spór na Westerplatte

Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami między MON i gospodarzem obchodów, czyli miastem Gdańsk, to harcerze mieli odczytać Apel Poległych. Oddelegowany do tego harcmistrz Artur Lemański z Hufca ZHP Gdańsk-Portowa nie został jednak dopuszczony do mównicy. Jego wejście zablokowane zostało przez przedstawiciela Żandarmerii Wojskowej i przedstawicielkę MON.

 

Według prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, harcmistrz nie został dopuszczony na mównicę na polecenie ministra Antoniego Macierewicza. Apel Poległych został odczytany przez jednego z żołnierzy.

ZHP prosi prezydenta o pomoc

Harcerze nie ukrywają, że cała sytuacja była dla nich zaskoczeniem. Podkreślają też, że ZHP jest organizacją apolityczną. Proszą też o pomoc w wyjaśnieniu sytuacji prezydenta Andrzeja Dudę.

Na swoich stronach ZHP zamieściło również komunikat, w którym czytamy m.in.: „Podczas tegorocznych obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte organizatorzy zaplanowali, że apel poległych odczyta instruktor harcerski. Ostatecznie nie doszło do tego. Sytuacja, która miała miejsce dzisiaj rano na Westerplatte, była niecodzienna i dla nas niezrozumiała. ZHP zwrócił się do Prezydenta RP Andrzeja Dudy, który jest honorowym protektorem harcerstwa, o pomoc w jej wyjaśnieniu. Na Westerplatte obecnych było ponad 350 harcerzy”.

W komunikacie harcerze przypominają też, że od początku oficjalnych obchodów rocznicowych zawsze brali w nich udział. Wcześniej jeszcze przed 1989 rokiem drużyny ZHP co roku organizowały na Westerplatte specjalny rocznicowy apel.

Zostaliśmy oszukani

Całą sytuacją oburzony jest prezydent Gdańska Paweł Adamowicz: – Od 18 lat spotykamy się na Westerplatte. Było tu siedmiu premierów, trzech prezydentów. Nigdy przedtem nie spotkałem się z tak niską kultur, jak dzisiaj. Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, że uzgadniam coś z wysokimi przedstawicielami Marynarki Wojennej i MON, a następnie rano te ustalenia nie są dotrzymywane. Tu stało się coś, co jest sprzeczne z istotą tego miejsca – mówił po zakończeniu obchodów Paweł Adamowicz.

– To coś niebywałego, że tych młodych ludzi odsuwa się i traktuje jak rekwizyt, ozdobnik. To fatalny przykład, który idzie z góry. Jestem tym osobiście wstrząśnięty – mówił Adamowicz

MON: wszystko zgodnie z planem

Na stronach Ministerstwa Obrony Narodowej zamieszczono oświadczenie, w którym MON pisze: „Uroczyste obchody 78. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, które odbyły się z udziałem najwyższych władz państwowych, Marszałka Senatu RP, Prezes Rady Ministrów oraz Rządu przebiegły zgodnie z ceremoniałem wojskowym. (…) Jednocześnie informuję, że Żandarmeria Wojskowa realizowała zadania zgodnie z prawem. Żołnierze Żandarmerii Wojskowej w żaden sposób nie utrudniali osobom przebywającym na Westerplatte udziału w ceremonii”.

Zapytaliśmy byłych ministrów obrony narodowej, jak wyglądało organizowanie obchodów i relacje z miastem Gdańsk w ubiegłych latach.

Janusz Onyszkiewicz, szef MON w rządzie Hanny Suchockiej i Jerzego Buzka

Dla mnie jest rzeczą zdumiewającą, że w ogóle taka sytuacja względem harcerzy miała miejsce. Wydaje się, że ten pomnik na Westerplatte jest własnością narodową, wobec tego każdy ma prawo przed tym pomnikiem stanąć. Dla mnie to sytuacja oburzająca.

Pan był dwukrotnie ministrem obrony narodowej, także na początku lat 90. Wydawałoby się, że wtedy o kompromis było jeszcze trudniej. Czy przypomina pan sobie takie sytuacje?
Zacznijmy od tego, że to nie jest w gestii ministerstwa obrony. Ja nigdy nie miałem do czynienia z taką sytuacją. Trudno mi sobie nawet to wyobrazić.

Czy prezydent może pomóc harcerzom w wyjaśnieniu tej sytuacji?
Może warto się zwrócić do pana prezydenta, aczkolwiek ja mam tu duży sceptycyzm, jeżeli chodzi o to, czy pan prezydenta zadziała w tej sprawie.

Janusz Zemke, w latach 2001-2005 pełnił funkcję sekretarza stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej

To jest niezwykle smutne, bo to powinna być impreza organizowana przez państwo, przy udziale wojska. Tam powinno być miejsce oczywiście dla wojska, ale i dla harcerzy. Pamiętajmy, że wojna to nie tylko walka żołnierzy, ale i cywilów i harcerzy. To niedobrze, że dochodzi do takich przepychanek, ale ta sytuacja jest odzwierciedleniem napięcia, które jest między MON-em a miejscowym samorządem. Domyślam się, że to o to głównie tam chodziło.

Nie pamiętam, żeby dochodziło do takich napięć. Nie przypominam sobie w długoletniej historii sytuacji takiej, gdzie dochodzi do apelu poległych i kogoś się wypycha. Wszystko się ustala wcześniej, podczas uroczystości nie może dochodzić do gorszących wydarzeń, obchody powinny mieć charakter podniosły.

Jak ocenia pan prośbę harcerzy do prezydenta, aby pomógł wyjaśnić tę sytuację?
Byłoby dobrze, gdyby może nie sam prezydent, ale jego kancelaria włączyła się w sprawę. To nie jest dobrze, że tej rangi uroczystości stają się terenem do przepychanek. To jest bardzo zła sytuacja.

Bogdan Klich, minister Obrony Narodowej w latach 2007-2011

Dla mnie to sytuacja nie do pojęcia i nie do przyjęcia, w której wychodzi małostkowość polityków odpowiedzialnych za wielkie sprawy, bo taką sprawą jest przypomnienie, jak co roku, o bohaterstwie obrońców Westerplatte. Absolutną małostkowością są te przepychanki, które miały miejsce podczas uroczystości. Przecież były uzgodnienia, które zostały przyjęte przez obie strony – ministra obrony narodowej i prezydenta Gdańska, które MON ostentacyjnie złamało. To sytuacja haniebna i te działania godzą tak naprawdę w poczucie naszej polskiej wartości i nasze symbole narodowe.

Ta sytuacja pokazuje też, jak gigantyczny jest rozdźwięk między deklaracjami a rzeczywistością. Jest on dodatkowo bolesny dla tych, którzy zostali wychowani w tradycji patriotycznej. Przecież nie można deklarować przywiązania do polskich symboli, a równocześnie podważać ich znaczenia  politycznymi gierkami.

Pan był ministrem w latach, gdy prezydentem był Lech Kaczyński. Czy kiedykolwiek doszło do takiej sytuacji z panem prezydentem Kaczyńskim lub jego kancelarią?
Nie przypominam sobie sytuacji, gdy jedna ze stron nie dotrzymała uzgodnień. Jeżeli były różnice zdań, a często były poważne, czy to przy okazji nominacji generalskich, czy w kwestiach strukturalnych, to mozolnie, ale jednak dochodziliśmy do porozumienia. Jak już to porozumienie zostało wypracowane, to kwestią elementarnej kultury było dotrzymywanie tych uzgodnień, mimo że Pałac Prezydencki był wtedy w rękach opozycji, a MON w rękach koalicji. Dla mnie to jest zdumiewajcie, że w ramach jednego obozu politycznego dochodzi do takich sporów, mówię tu o sporze pana prezydenta z szefem MON.

Tomasz Siemoniak, szef MON w latach 2011-2015

To nie pierwsza taka sytuacja, pamiętamy konflikt wokół apelu smoleńskiego przy obchodach Powstania Warszawskiego czy Powstania Poznańskiego. Po raz kolejny Macierewicz wymusza apel smoleński na uroczystości, która nie ma nic wspólnego z katastrofą smoleńską, w dniu czczenia 1 września, jednego z najtragiczniejszych dni w historii Polski. Tym razem zdarzyło się to w sposób bezceremonialny i bezpośredni. Zdezorientowany harcerz został zablokowany. To skandal.

Ja widzę w tym również wypowiedzenie współpracy z miastem Gdańsk, które od lat organizuje obchody na Westerplatte, i to dobrze organizuje. To też poważny cios we współpracę harcerstwa z wojskiem. Harcerstwo to organizacja bardzo bliska wojsku, a zostali potraktowani w sposób haniebny. Myślę, że dla dzieci i młodzieży to była straszna lekcja, jak instrumentalnie wykorzystuje się politykę i tragedie do takich rozgrywek.

Jak przez lata, gdy był pan ministrem, wyglądała współpraca z miastem Gdańsk przy okazji obchodów?
Nigdy nie było żadnych zgrzytów, zawsze było wojsko, wystąpienia, nigdy nie było najmniejszych problemów.

Czy pan prezydent może pomóc wyjaśnić tę sytuację? Prosi go o to ZHP.
Myślę, że harcerstwo jest w szoku. Coś takiego, że harcerza się zastawia, przesuwa, że urzędniczka Macierewicza idzie i mówi „proszę stać”, to się w głowie nie mieści. Prezydent Duda ma już chyba zdanie wyrobione o Macierewiczu, skoro zablokował nominacje generalskie, i sądzę, że zdaje sobie sprawę z tego, co Macierewicz wyprawia. Mimo wszystko kolejna granica została dziś rano przekroczona.

wiadomo.co

%d blogerów lubi to: