Tusk: Polska nie ma innego miejsca niż Europa

Tusk: Polska nie ma innego miejsca niż Europa

Zanadto nie dziwię się Beacie Szydło, że zareagowała w Goeteborgu specyficzną dla niej histerią, twierdząc, że Polska jest szkalowana przez Parlament Europejski. Tak jej napisano, musiała więc tak powiedzieć. Nie dziwię się Karczewskim czy Błaszczakom, iż powtarzają podobne komunikaty o szkalowaniu „Patriotów” (koniecznie z dużej litery), posądzeniu o ksenofobię i faszyzm.

Retoryka PiS jest skonstruowana na emocjonalnej histerii. Dla Szydło nie jest charakterystyczna broszka ani kilka warstw makijażu na twarzy, lecz histeria – „8 lat rządów PO, moralne zwycięstwo 1:27”. Dotyczy to wszystkich ministrów rządu, którzy nie wyściubiają nosa w debatach poza swoje grono, a wypowiadają się przy pomocy dziennikarzy typu Holecka.

Cały świat inaczej widział Marsz Niepodległości, tylko nie PiS. Może perspektywa z Krakowa, gdzie Jarosław Kaczyński uciekł ze swoimi marionetkami, tak im spaczyła obraz największego święta państwowego – Niepodległości.

Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić

Ta histeria PiS może nas drogo kosztować. Nas – Polskę i obywateli tego kraju, bo marsz skrajnej prawicy i faszystów w Warszawie oraz we Wrocławiu tak sobie nie przeszedł i rozlazł się po domach. Ten marsz będzie tupał coraz głośniej, bo pozwolono mu na to, bo jest broniony przed „szkalowaniem”.

Zwracam uwagę na jednego z najbardziej zakłamanych członków rządu Szydło wicepremiera Mateusza Morawieckiego. On nazwał wprost: – „Marsz Niepodległości w całości był piękny”. Czy tylko dlatego, że ojczulek Kornel w nim wybijał nacjonalistyczny rytm? Zaś fraza o „własnych brudach, które trzeba prać w domu” – to komunał godny samego Mieczysława Moczara. Układa się niemal w oksymoron, który da się sklecić  z Morawieckiego – „piękne brudy”. Zakłamana prawda, mądry idiota – z wicepremiera wyszedł Kononowicz.

Podkreślam, Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić. Wspomniany Morawiecki nawet użył sfomułowania: – „Także w Niemczech są rasistowskie ekscesy”. Morawiecki to postać o wyjątkowo źle wytworzonej konsystencji moralnej i intelektualnej. Nikt z rządu Angeli Merkel nie nazywa ekscesów faszystowskich „pięknymi” ani nie broni ich przed szkalowaniem. W Niemczech państwowa telewizja ZDF nie relacjonuje pięknej manifestacji patriotów faszystów i nią się nie zachwyca jak TVP.

Słowa polityków PiS słyszą ci, którzy zorganizowali marsz w Święto Niepodległości. Oni przyjdą do Morawieckiego, do Szydło, a nawet pójdą do Krakowa za uciekającym Kaczyńskim, przyjdą do swoich, którzy tak ich bronią przed szkalowaniem. A jak dalej nie będą bronić, to przegonią. Policja ponadto przechodzi ostry trening mentalny, kogo chronić, a kogo wynosić. Policja zamienia się w policję Kulsonów.

Co się stanie z Polską, gdy PiS będzie bronił „takiej” Polskę przed szkalowaniem. Słowa Donalda Tuska po unijnym szczycie w Goeteborgu są apelem do władzy PiS: „Polska nie ma innego miejsca niż Europa. I nie powinna traktować Europy i Unii jako wroga, przeciwko któremu trzeba naprężać muskuły i wytaczać batalię”.

Unia Europejska to naturalne środowisko Polski, w której nie ma miejsca na tolerowanie nacjonalistów i faszystów. Coraz bardziej stresujące jest pytanie: Jak daleko zaszedł marsz nacjonalistów? Czy nie za daleko, czy da się go cofnąć? Na pewno nie stwierdzeniem, że mówienie i pisanie o nim jest szkalowaniem.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Jak pisowski poputczik Zybertowicz został zaorany św. Augustynem.

MODLITWA ZA POLAKA

18 listopada 2017

 

http://krytykapolityczna.pl/swiat/reportaz-georgia-dawid-krawczyk-czesc-4/

Odrodzenie na lewicy. Nowa siła idzie walczyć o samorząd

Polska scena polityczna cierpi na brak racjonalnej i wiarygodnej siły reprezentującej lewicowych wyborców. Ci ostatni nie mają dziś łatwego wyboru obserwując sytuację, kiedy PiS przyjął założenia państwa opiekuńczego mieszając ją z podstawami ideologicznego konserwatyzmu. Równocześnie postępowa partia Razem oferuje rozwiązania systemowe tak oderwane od realiów, że ich najprostszym wspólnym mianownikiem jest bankructwo państwa i upadek gospodarczy. Jest w końcu i Nowoczesna, która przegrywając starcie z PO przyjęła rolę kameleona politycznego, kiedy przez większość swojego istnienia unikała tematów światopoglądowych, a dziś udaje nowoczesną lewicę. O pozaparlamentarnym SLD ciężko nawet wspominać przy jego opanowanych przez spadkobierców PZPR strukturach, które nie mają najmniejszej woli zmian i dostosowania się do panującej rzeczywistości. W ten obraz pustki wkracza jednak promyk nadziei. Dzisiaj miała miejsce konwencja samorządowa Inicjatywy Polskiej, nowego ruchu społeczno-politycznego pod przewodnictwem Barbary Nowackiej. Wydarzenie to okazało się być bardzo interesując, ponieważ Barbara Nowacka wraz ze swoim zespołem całkowicie odeszła od powtarzanej nam do znudzenia konieczności walki z PiS, ale skupiła się na przedstawieniu Polakom wizji tego, jak samorząd powinien odpowiadać na potrzeby każdego z nas, zwykłego mieszkańca.Zaprezentowana koncepcja wyróżnia się od tego, co nieraz słyszymy w kontekście samorządu tym, że jest kompleksowa i wiarygodna – oparta na doświadczeniach ruchów miejskich i miast Zachodniej Europy. Barbara Nowacka przestawiając rys koncepcyjny Inicjatywy na samorządy trzymała się z żelazną konsekwencją realnych kompetencji samorządu, w oparciu o przykłady, ludzkie historie i problemy. Na tle elity politycznej, która w wyścigu w omamianie wyborców miesza ze sobą kompetencje parlamentu i samorządu oraz przedkłada ideologię nad działania jest to rzeczywista dobra zmiana.

Co chciała przekazać zatem Barbara Nowacka Polakom?

Liderka Inicjatywy Polskiej zaczęła od pochwalenia sukcesu polskiej samorządności ostatnich 25 lat, kiedy to musieliśmy się jej nauczyć tak naprawdę od podstaw. Wytknięto jednak ciemną stronę tego rozwoju, opartego tylko na inwestowaniu w infrastrukturę, co skutkowało, że dziś są: “Nie szare ulice, ale szarzy ludzie”. Nowacka żąda walki z biedą i wykluczeniem społecznym. Liderka IP rozprawia się ze stereotypem, że są to zadania administracji centralnej, wskazuje, że samorząd ma tutaj realne środki i kompetencje.

Barbara Nowacka określiła samorządy mianem “reduty naszej wolności”. O tę redutę toczy się dziś walka, której nie można przegrać.

“To batalia o to, jakie będzie kształt samorządzenia, jakie będą granice wolności, jakie będą granice udziału obywateli i obywatelek w procesie demokratycznym”.

Powyższe słowa wpisywały się w koncepcję Inicjatywy, aby stawiać na partycypację, zaangażowanie mieszkańców w proces decyzyjny na szczeblu lokalnym. Jest to szczególnie nawiązanie do działalności ruchów miejski w całym kraju, które oddolnie walczą o sprawy mieszkańców, a w których wielu działaczy rodzącej się nowej lewicy ma swoje korzenie.

Barbara Nowacka podkreśliła potrzebę zmiany optyki na publiczne i unijne środki, które są traktowane w dyskusji politycznej jako niczyje, co skutkuje ich marnotrawstwem. Podkreślono, że są to NASZE pieniądze, co szczególnie widać w samorządach.

Barbara Nowacka stawia na wielkiego nieobecnego debaty publicznej – relacje społeczne, które wymagają pilnej uwagi i pracy:

“To, co nas tłamsi, to korupcja, walka polityczna, frustracja i brak perspektyw”. Polska to kraj fatalnych relacji zarówno tych na scenie politycznej jak i tych społecznych – relacje “Pan – Cham”.Zdaniem Nowackiej straciliśmy umiejętność rozmowy ze sobą, uznajemy tych, co mają mniej władzy za gorszych, co przekłada się na pogardę pracodawcy do pracownika, urzędnika do obywateli i rosnący dystans jaki budujemy między sobą.

Liderka Inicjatywy Polskiej stawia na edukację. Postuluje przywrócenie powagi zawodu nauczyciela i jego godziwe wynagradzanie. Relacje wewnątrz szkoły przekładają się na jakość kształcenia. Inicjatywa Polska chce edukacji prawnej w szkołach, postuluje zwiększenie dostępu do kultury wysokiej przez sfinansowanie co najmniej raz w roku wizyty ucznia w instytucji kultury.

Dla Nowackiej priorytetem jest ochrona powietrza oraz rozbudowa transportu publicznego, ekologicznego i efektywnego, który będzie pełnił także funkcję socjalne dla najuboższych. Wskazała konieczność zaangażowania samorządu w politykę mieszkaniową – budowę nowych mieszkań, aby “każda osoba przyjeżdżająca do pracy mogła wynająć tanie mieszkanie”.

Liderka inicjatywy uderza w administrację publiczną, zarzuca jej brak jawności, brak świecenia przykładem – postuluje zainstalowanie paneli fotowoltaicznych na każdym urzędzie, dostosowanie do potrzeb i zwiększenie zatrudnienia osób niepełnosprawnych w tych instytucjach. Ma to skończyć z hipokryzją, że władza prowadzi kampanie przeciw np. wykluczeniu, a sama jest podmiotem wykluczającym.

Na konwencji wybrzmiała także polityka senioralna – wyjście poza Uniwersytety Trzeciego Wieku, dotarcie do osób nie myślących w kategoriach uniwersyteckich i zapewnienie im “możliwości aktywnego i godnego uczestnictwa”. Ważnym miejscem ma być szkoła jako miejsce spotkań międzypokoleniowych.

Barbara Nowacka jasno określa także rolę samorządów w integracji i ochronie imigrantów oraz dawaniu odporu zachowaniom rasistowskim i faszystowskim.

Kończąc swoje wystąpienie liderka Inicjatywy Polskiej podkreśliła, że trzeba powiedzieć “nie dla polaryzacji na dwa partyjne bloki”,inaczej dorobek poprzednich pokoleń zostanie zaprzepaszczony, a przyszłość naszych dzieci zagrożona.

Przedstawione powyżej założenia są w obecnej, populistycznej debacie, rzadko obecne, dlatego pozwoliłem sobie na ich szersze przytoczenie. Do rozmowy o przyszłości ważne jest postanowienie diagnozy i wskazanie priorytetowych wyzwań. Nad skutecznością poszczególnych rozwiązań należy debatować, prawica i lewica mają bardzo odmienne punkty widzenia, jednak to z konstruktywnej, odważnej, debaty rodzą się zmiany. Niestety dziś w Polsce osiągnęliśmy poziom, że nie dyskutujemy już w ten sposób. Realne problemy zeszły do podziemia, a ich miejsce zastąpiły układy, elity kasty pogrążone w niekończącej się bratobójczej wojnie. Czy zmiana tego układu sił, tym razem po lewej stronie sceny politycznej jest zatem możliwa?

crowdmedia.pl

Wychowanie do przemocy

Wychowanie do przemocy

Wzrosło w Polsce pokolenie, którego część postrzega świat jako zasadniczo wrogi, gdzie, żeby przeżyć, trzeba móc przeciwnikowi przyłożyć, inaczej samemu się oberwie.

11 listopada miałem znowu okazję obserwować marsz narodowców, którego trasa przebiega pod moimi oknami. Widziałem morze płonących rac, tłumy, w których przeważali agresywni młodzi mężczyźni, słyszałem skandowane okrzyki. Toczące się obecnie dyskusje, czy zdeklarowanych faszystów było na marszu zaledwie pięciuset, czy należy do tej grupy zaliczyć wszystkich uczestników wydarzenia, wydają mi się zawracaniem głowy. Jak to już napisał w internecie ks. Andrzej Luter, charakter marszu nie zmienia się od lat i w tym roku udział w nim był równoznaczny ze zgodą na jego charakter. Możliwe zatem, że zwolenników totalitarnej ideologii, która w zasadzie jest ZABRONIONA w naszym kraju, była mniejszość. W takim razie jednak większość wyraziła swoją obecnością bierną akceptację tej ideologii. Kiedy ktoś godzi się na zło, wydaje mi się drugorzędne, czy robi tak z powodu skrajnego braku wyobraźni, z oportunizmu czy z przekonania. Choć oczywiście te rozmaite przyczyny dają większą lub mniejszą nadzieję na wyleczenie.

Uderzające jest, jak przez ostatnie lata rozpowszechniła się podczas demonstrowania patriotyzmu specyficzna estetyka tych demonstracji. Race, gniewne okrzyki, wśród których „śmierć wrogom ojczyzny” i „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę” należą do względnie łagodnych, mundury organizacyjne i szturmówki… Nie byłem entuzjastą akcji „Orzeł może„, zorganizowanej przez radiową Trójkę kilka lat temu, uczestniczyłem w niej w poczuciu lojalności wobec firmy i dyrekcji, która wśród wielu świetnych pomysłów ten jeden miała gorszy – ale przyznam, że dziś trochę inaczej widzę ówczesny marsz z balonikami i żartobliwymi ulotkami. Tak, jeśli mam do wyboru wyrażenie swojego patriotyzmu w klimacie pogodnego pikniku, z uśmiechem i poczuciem, że bycie Polakiem jest sympatyczną formą bycia człowiekiem, albo w klimacie nienawiści do (zmistyfikowanego) wroga, w ogniu i dymie, to wolę ten pierwszy wariant. Ale drugi, który stał się niestety normą, wymaga refleksji.

Kiedy ktoś godzi się na zło, wydaje mi się drugorzędne, czy robi tak z powodu skrajnego braku wyobraźni, z oportunizmu czy z przekonania.

Gardłowymi, męskimi głosami wykrzykiwane hasła przeciw rozmaitym siłom (muzułmanom, Żydom, „czerwonej hołocie”, „wrogom ojczyzny”, ludziom o niebiałym kolorze skóry), płonące race, wyciągnięte w górę pięści – to kulturowy odpowiednik zachowania kota, który widząc potencjalnego napastnika stroszy futro, wygina grzbiet i staje bokiem, żeby wydać się większym niż w rzeczywistości. To, innymi słowy, deklaracja przemocy: potencjalnie fizycznej, faktycznie symbolicznej. Skandujemy, wznosimy pięści, rozpalamy czerwone ognie, rzucamy petardy (w zeszłym roku na ulice przebiegające pod wiaduktem, prowadzącym na most Poniatowskiego, spadł grad petard, choć w tym roku – lojalnie przyznaję – prawie ich nie było), ponieważ chcemy poczuć się silni. Ale ponieważ przymiotnik „silny” używany bywa metaforycznie, więc trzeba podkreślić: chodzi o siłę fizyczną. O możliwość sponiewierania kogoś, kogo uznajemy za przeciwnika, o moc uderzenia, kopniaka, o sprawność bojową.

Nie ma chyba wątpliwości, że niemała część młodych ludzi jest obecnie zafascynowana takim właśnie przejawem siły. Niedaleko mojego mieszkania znajduje się sklep z akcesoriami dla kibiców. Reklamował go przez wiele miesięcy plakat, przedstawiający zamaskowanego i zakapturzonego młodzieńca o potężnych ramionach, mającego zatknięte za pasek race jak granaty. Trudno powstrzymać się od stwierdzenia nieprzyjemnego, bo redukującego człowieka do jego fizjologii, że to testosteronowy rodzaj budowania tożsamości. Jestem mocny, bo jeśli nie sam, to z kolegami potrafię spuścić łomot. Wspierają mnie środki pirotechniczne, które wystraszą lub oszołomią wroga. A jeśli to nie wystarczy, to przejdziemy do rękoczynów. Ewentualnie użyjemy jakiejś formy broni (już kilka lat temu ktoś zwracał uwagę, że w Polsce sprzedaje się mnóstwo kijów bejsbolowych, ale w ogóle nie ma rynku na piłeczki do bejsbola).

Co się stało, co poszło nie tak? Przecież testosteron, żeby wrócić do hipotezy, że to o fizjologię chodzi, buzuje w mężczyznach (zwłaszcza młodych) od zawsze. Kibole robili sobie „ustawki” także trzydzieści lat temu, ale łatwo dawało się je odróżnić od manifestacji patriotycznych. Oczywiście, bo i po ten argument się sięga, „Si vis pacem, para bellum”, więc fakt, że pewien procent młodych ludzi będą stanowić silni, wytrenowani do wysiłku i do znoszenia bólu mężczyźni, był i pozostaje czymś korzystnym dla bezpieczeństwa państwa. A jednak coś się zmieniło.

Pierwsza hipoteza przypomina trochę dziewiętnastowieczną myśl Malthusa. Otóż w naszej części świata od siedemdziesięciu lat nie było wojny. Jakkolwiek brzmi to okropnie, w historii nieomal każde pokolenie zakosztowało konfliktów zbrojnych, które kanalizowały nadmiar męskiej agresji. Jeśli tak, to trzeba sobie jasno powiedzieć, że jesteśmy skazani: tej biologicznej determinanty nie przeskoczymy, przygotowani przez biologię do aktów agresji młodzi mężczyźni muszą znaleźć okazję do samorealizacji, jakaś forma wojny (zewnętrznej albo wewnętrznej) musi przyjść. Mam nadzieję, że ta hipoteza jest nietrafna.

…już kilka lat temu ktoś zwracał uwagę, że w Polsce sprzedaje się mnóstwo kijów bejsbolowych, ale w ogóle nie ma rynku na piłeczki do bejsbola…

Na szczęście (?) przychodzi mi do głowy inna koncepcja. Myślę o minionych dwudziestu siedmiu latach suwerennej Polski. O zjawiskach z rozmaitych dziedzin, którymi owszem, niekiedy martwiliśmy się, nie biorąc pod uwagę możliwej kumulacji ich skutków.

Zacznijmy od drobiazgu. Kiedy na początku lat 90. zniesiono cenzurę, w ustawie o radiofonii i telewizji wprowadzono obostrzenia, które miały chronić dzieci i młodzież… przed czym, przed przemocą i okrucieństwem? Najchętniej napisałbym, że nie, ale byłaby to nieprawda, bo owszem, trochę. Główną jednak troską moralistów był seks. Sceny erotyczne uznano za destruujące psychikę dojrzewającego człowieka, co przyjąłbym do wiadomości bez protestu, gdyby nie to, że wobec bijatyk, strzelanin, tortur i tak dalej stosowano znacznie liberalniejsze kryteria. Rzecz jasna, chyba nikt nie zadeklarował wprost tego przekonania, ale awantury o erotykę w telewizji były wielokrotnie głośniejsze, niż awantury o film sensacyjny, w którym bohater rozprawiał się krwawo z przeciwnikami. Przemoc na ekranie została oswojona, ale nie daj Boże, żeby widz musiał się skonfrontować z widokiem nagiego biustu. Niespecjalnie mnie pociesza, że to szaleństwo sprowadziliśmy z purytańskiej (kiedyś) Ameryki.

Potem – przemoc w rodzinach. Wiele udało się zrobić dla ujawnienia ciemnej liczby przestępstw w rodzinach, choć cały czas rozmaite panie Dulskie obojga płci twierdziły, że ofiary przemocy domowej zmyślają, a jeśli nie, to i tak nie powinno się o tym głośno mówić. Skupieni przy tym na tragedii kobiet, nie poświęcaliśmy chyba odpowiednio dużo uwagi przeżyciom dzieci i zebranym przez nie straszliwie pouczającym doświadczeniom.

Dalej warto przypomnieć o zjawisku, które chyba dwukrotnie w minionym trzydziestoleciu stawało się popularnym tematem publikacji prasowych i za każdym razem znikało po jakimś czasie z łamów, a mianowicie o tzw. „fali” w szkole. Długo tolerowany barbarzyński zwyczaj z wojska przeniósł się nagle do podstawówek, a wkrótce i gimnazjów: świeżo przyjęte „koty”, „bażanty”, czy jak inaczej w danym miejscu nazywano nowe roczniki, bywały przedmiotem okrutnych praktyk „inicjacyjnych”. Przemoc obecna na ekranach i w wielu domach zjawiła się także w placówkach edukacyjnych.

Ktoś może zaprotestować, że nie zjawiła się, bo zawsze tam była. Owszem, jako absolwent szkoły podstawowej na warszawskiej Woli, kiwam głową: przez osiem lat nauki bywałem uczestnikiem, ofiarą, a najczęściej świadkiem sporów, rozstrzyganych przy pomocy pięści (najrzadziej byłem agresorem, bo doświadczenie nauczyło mnie szybko, że inni są silniejsi i bardziej bezwzględni; ale owszem, i to się zdarzało). Tyle, że już w liceum agresja wykluczała z grupy, bo dowodziła niedojrzałości i narażała na ostracyzm rówieśników. Z tego, co słyszę, ten mechanizm społeczny działa dzisiaj w bardzo ograniczonym stopniu.

Dołóżmy do tego świat bezwzględnego bieda-kapitalizmu nie tylko z lat 90. Ewidentną fascynację działającymi w Polsce grupami przestępczymi, te absurdalne wywiady-rzeki z rodzimymi mafiosami, ich obecność w filmach. Historie takie, jak przedstawiona w świetnym „Długu”, albo ta, która wydarzyła się we Włodowie, dowodzące, że w pewnych okolicznościach nie można liczyć na pomoc policji czy prokuratury i trzeba (?) wziąć sprawy we własne ręce.

I jeszcze weźmy pod uwagę kolejne fale dyskursu antyinteligenckiego. Przecież narzekanie na elity ma także ten aspekt: że są to wyizolowane rzekomo z „ludu” (cokolwiek to znaczy) grupy, które dzielą włos na czworo, odwołują się do dialogu, kompromisu, są skłonne stawać w obronie jakichś mniejszości, a jeszcze martwią się losem gejów, w stereotypie nieskłonnych do bitki. Naturalnie nie to było głównym zarzutem, ale skoro krytykujemy jakieś środowisko, to – chciał, nie chciał – obalamy także jego obyczajowość i przyjęty system wartości, ten zaś wykluczał pięść jako argument.

Zmierzam do tego, że można – i nawet trzeba – domagać się zdelegalizowania organizacji, które mniej lub bardziej świadomie mylą szlachetny patriotyzm ze złowrogim nacjonalizmem, szowinizmem, ksenofobią, faszyzmem wreszcie. Ale to jest leczenie objawowe, bo w miejsce jednych przedsięwzięć tego typu wejdą kolejne. Gdyż wzrosło w Polsce pokolenie, którego znacząca część została wychowana do przemocy. Które postrzega świat jako zasadniczo wrogi, gdzie, żeby przeżyć, trzeba móc przeciwnikowi przyłożyć, inaczej samemu się oberwie.

Zmierzam do tego, że można – i nawet trzeba – domagać się zdelegalizowania organizacji, które mniej lub bardziej świadomie mylą szlachetny patriotyzm ze złowrogim nacjonalizmem, szowinizmem, ksenofobią, faszyzmem wreszcie.

Co zaś najstraszniejsze, ta choroba się udziela. Niedawno byłem świadkiem, jak grupa wszechpolaków starała się zakłócić pewną imprezę. Uświadomiłem sobie z przerażeniem, że moim pierwszym marzeniem było wziąć jednego z agresorów za kołnierz i… Tak, w moim wykonaniu byłoby to nie tylko niemoralne, ale w dodatku groteskowe – i szczęśliwie wiem o tym. Ale myśl o przemocy jako sposobie rozwiązywania konfliktów zadomowiła się w większości z nas, także w tych, którym miłość ojczyzny nie rymuje się ani z racami, ani ze zbiorowymi okrzykami nienawiści.

Jerzy Sosnowski

koduj24.pl

Tusk: Polska nie ma innego miejsca niż Europa

Zanadto nie dziwię się Beacie Szydło, że zareagowała w Goeteborgu specyficzną dla niej histerią, twierdząc, że Polska jest szkalowana przez Parlament Europejski. Tak jej napisano, musiała więc powiedzieć, także nie dziwię się Karczewskim, czy Błaszczakom, iż powtarzają podobne komunikaty o szkalowaniu „Patriotów” (koniecznie z dużej litery), posądzeniu o ksenofobię i faszyzm.

Retoryka PiS jest skonstruowana na emocjonalnej histerii, dla Szydło nie jest charakterystyczna broszka, ani kilka warstw makijażu na twarzy, lecz histeria – „8 lat rządów PO, moralne zwycięstwo 1:27”. Dotyczy to wszystkich ministrów  rządu, którzy nie wyściubiają nosa w debatach poza swoje grono, a wypowiadają się przy pomocy dziennikarzy typu „Holecka”.

Cały świat inaczej widział Marsz Niepodległości, tylko nie PiS. Może perspektywa z Krakowa, gdzie Jarosław Kaczyński uciekł ze swoimi marionetkami, tak im spaczyła obraz największego święta państwowego – Niepodległości.

Ta histeria PiS może nas drogo kosztować. Nas – Polskę i obywateli tego kraju, bo marsz skrajnej prawicy i faszystów w Warszawie oraz we Wrocławiu tak sobie nie przeszedł i rozlazł się po domach. Ten marsz będzie tupał coraz głośniej, bo pozwolono mu na to, bo jest broniony przed „szkalowaniem”.

Zwracam uwagę na jednego z najbardziej zakłamanych członków rządu Szydło, wicepremiera Mateusza Morawieckiego. On nazwał wprost: „Marsz Niepodległości w całości był piękny”. Czy tylko dlatego, że ojczulek Kornel w nim wybijał nacjonalistyczny rytm? Zaś fraza o „własnych brudach, które trzeba prać w domu” – to komunał godny samego Mieczysława Moczara. Układa się niemal w oksymoron, który da się sklecić  z Morawieckiego – „piękne brudy”. Zakłamana prawda, mądry idiota – z wicepremiera wyszedł Kononowicz.

Podkreślam, Unia Europejska na Polskę, gdzie rodzi się faszyzm, nie może sobie pozwolić. Wspomniany Morawiecki nawet użył sfomułowania: „Także w Niemczech są rasistowskie ekscesy”. Morawiecki to postać o wyjatkowo źle wytworzonej kosystencji moralnej i intelektualnej. Nikt z rządu Angeli Merkel nie nazywa ekscesów faszystowskich „pięknymi”, ani nie broni ich przed szkalowaniem. W Niemczech państwowa telewizja ZDF nie relacjonuje pięknej manifestacji patriotów faszystów i nią się nie zachwyca jak TVP.

Słowa polityków PiS słyszą ci, którzy zorganizowali marsz w Święto Niepodległości. Oni przyjdą do Morawieckiego, do Szydło, a nawet pójdą do Krakowa za uciekającym Kaczyńskim, przyjdą do swoich, którzy tak ich bronią przed szkalowaniem. A jak dalej nie będą bronić, to przegonią. Policja ponadto przechodzi ostry trening mentalny kogo chronić, a kogo wynosić. Policja zamienia się w policję Kulsonów.

Co się stranie z Polską, gdy PiS będzie bronił „taką” Polskę przed szkalowaniem. Słowa Donalda Tuska po unijnym szczycie w Goeteborgu są apelem do władzy PiS: „Polska nie ma innego miejsca niż Europa. I nie powinna traktować Europy i Unii jako wroga, przeciwko któremu trzeba naprężać muskuły i wytaczać batalię”.

Unia Europejska to naturalne środowisko Polski, w której nie ma miejsca na tolerowania nacjonalistów i faszystów. Coraz bardziej stresujące jest pytanie: Jak daleko zaszedł marsz nacjonalistów? Czy nie za daleko, czy da się go cofnąć? Na pewno nie stwierdzeniem, że mówienie i pisanie o nim jest szkalowaniem.

Donald Tusk do PiS: traktujcie Unię Europejską jako naturalne środowisko

18.11.2017

– Polska nie ma innego miejsca niż Europa. I nie powinna traktować Europy i Unii jako wroga, przeciwko któremu trzeba naprężać muskuły i wytaczać batalię – zaapelował do polskiego rządu Donald Tusk. Szef Rady Europejskiej po unijnym szczycie w Goeteborgu skomentował wystąpienie premier Beaty Szydło.

onet.pl

Narodowcy idą po Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło zdecydowali o tym, że młodzi narodowcy stali się drugą najważniejszą – oprócz lokalnych działaczy PiS-u i ich rodzin – rezerwą kadrową „dobrej zmiany”. Narodowcy wchodzą do władz spółek skarbu państwa, które natychmiast zaczynają współfinansować nacjonalistyczne imprezy i media, łącznie z Marszem Niepodległości.

11 listopada tego roku Jarosław Kaczyński wraz z rządem Beaty Szydło uciekł do Krakowa przed warszawskim marszem narodowców. Liczniejszym, niż jakakolwiek manifestacja zorganizowana przez jego własną partię. Próbował się w ten sposób ratować przed wizerunkową katastrofą, jaką dla niego osobiście, ale także dla całego polskiego państwa są marsze radykalnych narodowców (Warszawa) i zwyczajnych neofaszystów (Wrocław) w Święto Niepodległości. Kraj, w którym w najważniejsze państwowe święto ulicami idą tysiące ludzi wznosząc zupełnie bezkarnie rasistowskie i antysemickie hasła, masowo używając znanych w całej Europie neofaszystowskich symboli, nie jest już najbardziej stabilnym członkiem UE w Europie Wschodniej. Powoli staje się dla Unii i dla całego liberalnego Zachodu krajem podwyższonego ryzyka.

Narodowa rezerwa kadrowa

Na tę polityczną i wizerunkową katastrofę sam Jarosław Kaczyński początkowo zareagował milczeniem. Zgodnie z regułą, że skoro Wódz zawsze jest nieomylny, nie może występować w kontekstach ewidentnej porażki. Natomiast jego ludzie rozwinęli całą paletę alibi i uzasadnień. Najpierw było negowanie faktów, szef MSWiA Mariusz Błaszczak, który „nie widział” żadnych rasistowskich transparentów i haseł. Potem ustalono jeden wspólny partyjny przekaz dnia powtarzany przez Stanisława Karczewskiego, Ryszarda Terleckiego i innych.

Marsz Niepodległości „był piękny”, „budził dumę”, brały w nim udział „rodziny z małymi dziećmi”. Natomiast „nieliczne negatywne zjawiska” były spowodowane przez „prowokatorów” („być może nawet z PO”). Szczyt hipokryzji osiągnął premier Mateusz Morawiecki, który po stwierdzeniu, że „Marsz Niepodległości w całości był piękny” i po zacytowaniu znanej Moczarowskiej frazy z Marca ’68, że „własne brudy trzeba prać w domu” (zatem w tej „pięknej całości” były jakieś brudy?) stwierdził, że najgorszy jest Grzegorz Schetyna wzywający do odwołania Beaty Szydło. „Także w Niemczech są rasistowskie ekscesy – powiedział Morawiecki – a nikt nie wzywa Angeli Merkel do ustąpienia”.

Dlaczego te słowa nie są już nawet „postprawdą”, ale zwyczajnym kłamstwem? Otóż Angela Merkel nie zatrudnia neofaszystów w najważniejszych instytucjach państwa oraz w mediach publicznych. Nie robi z nich sojusznika w walce z opozycją. Minister Sprawiedliwości czy szef MSW w jej rządzie nie gwarantują tamtejszym narodowcom faktycznej bezkarności, tak jak w Polsce czynią to Zbigniew Ziobro i Mariusz Błaszczak.

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło zdecydowali o tym, że młodzi narodowcy stali się drugą najważniejszą – oprócz lokalnych działaczy PiS-u i ich rodzin – rezerwą kadrową „dobrej zmiany”. Narodowcy wchodzą do władz spółek skarbu państwa, które natychmiast zaczynają współfinansować nacjonalistyczne imprezy i media, łącznie z Marszem Niepodległości. Są zatrudniani w Narodowym Banku Polskim (kierowanym przez bliskiego Kaczyńskiemu Adama Glapińskiego), gdzie od początku tego roku były szef regionu Młodzieży Wszechpolskiej został redaktorem naczelnym internetowego portalu NBP, a wiceprezes Młodzieży Wszechpolskiej został Dyrektorem Departamentu Audytu Wewnętrznego.

Narodowcy są rezerwą kadrową PiS. Były szef regionu Młodzieży Wszechpolskiej został redaktorem naczelnym internetowego portalu NBP, a wiceprezes Młodzieży Wszechpolskiej został Dyrektorem Departamentu Audytu Wewnętrznego.

Narodowcy są zatrudniani w mediach publicznych (choćby działacz ONR Filip Łukaszewski, asystent wicedyrektora portalu polskieradio.pl, który na Twitterze zachęca do pałowania opozycji, opowiada się za wprowadzeniem kary śmierci dla zwolenników aborcji albo po prostu pisze „pedał pozostanie pedałem i nawet piękne określenie go nie wybieli”).

Młodzi ludzie, którzy przeszli przez ONR, Młodzież Wszechpolską czy Ruch Narodowy są poszukiwanym narybkiem w strukturach podległych Ministerstwu Sprawiedliwości, a nawet Ministerstwu Rozwoju Mateusza Morawieckiego. Jarosław Gowin w kierowanym przez siebie resorcie powołał na Rzecznika Praw Absolwentów Grzegorza Piątkowskiego, który wielokrotnie przemawiał na manifestacjach narodowców i kiboli atakując imigrantów, islam i wrzeszcząc razem ze swoimi kolegami: „Cała Polska z nami krzyczy, nie dla imigranckiej dziczy!”.

Politycy PiS (np. poseł tej partii z Poznania Bartłomiej Wróblewski) i samorządowcy związani z PiS-em i Prawicą Razem (choćby PiS-owski prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny) finansują i organizują wyjazdy ONR-owców i kiboli na kolejne Marsze Niepodległości. Samorządowcy PiS-u regularnie uczestniczą w antyimigracyjnych marszach organizowanych przez narodowców, przemawiają na nich albo wręcz współorganizują i współfinansują. Niektóre polskie szkoły (np. elitarne płockie LO im. Stanisława Małachowskiego) zaczynają traktować najbardziej skrajnych narodowców z ONR jako „partnerów w patriotycznym wychowaniu młodzieży”. A pierwsi dyrektorzy szkół – czasem faktycznie sami mający skrajnie prawicowe poglądy, a czasem po prostu rozumiejący, skąd wieje wiatr w czasach „dobrej zmiany” – wpuszczają narodowców do szkół lub promują ich poglądy i akcje własnym autorytetem na swoich kontach facebookowych czy twitterowych.

Dzieje się tak przy kompletnej obojętności albo cichym wsparciu MEN i kuratorów, którzy albo ostentacyjnie odrzucają skargi rodziców czy nauczycieli, albo na nie nie reagują. Zupełnie oficjalnie współpracują z narodowcami niektóre lokalne struktury NSZZ „Solidarność”, np. w Świętokrzyskiem i na Podkarpaciu. Całkowicie już kontrolowany przez PiS Instytut Pamięci Narodowej jest partnerem najbardziej skrajnych środowisk nacjonalistycznych przy organizowaniu imprez upamiętniających „żołnierzy wyklętych”. To wszystko zdecydowanie nie są standardy zachowań Angeli Merkel i niemieckiej chadecji wobec tamtejszych narodowców i neofaszystów.

Gwarancja bezkarności

Z tego bierze się bezkarność narodowców. Nie można przecież swoich sojuszników politycznych w walce z „liberałami” czy „Brukselą”, a także swoich współpracowników w ministerstwach, spółkach skarbu państwa czy mediach wsadzać do aresztu, zakładać im teczek, piętnować jako przestępców.

Bezkarność gwarantują dziś narodowcom dwa kluczowe resorty rządu Beaty Szydło – Ministerstwo Sprawiedliwości i MSWiA. To dzięki zbiorowym wysiłkom Zbigniewa Ziobro, Patryka Jakiego i Michała Wójcika jako szefów resortu sprawiedliwości, a jednocześnie zwierzchników polskiej prokuratury, Jacek Międlar suspendowany jako kapłan za głoszenie antysemickich kazań i Piotr Rybak, który spalił kukłę Żyda na wrocławskim rynku pozostali na wolności i mogli 11 listopada poprowadzić najbardziej brutalny marsz narodowców we Wrocławiu.

Dopiero po tym wydarzeniu „lewacki sąd” (nawet język używany do atakowania polskich sędziów przez narodowców i przez obecne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości jest identyczny), mimo wysiłków prokuratorów działających w tym przypadku raczej jako adwokaci, zdecydował o doprowadzeniu do więzienia Piotra Rybaka. A wiceminister Michał Wójcik, pytany w TVN24 o przyczyny bezkarności Jacka Międlara odpowiedział – już po wrocławskim marszu nacjonalistów – że prokuratorzy odstąpili od jego ścigania, bo w jego wypowiedziach (zapewne także tych o „żydostwie i talmudyzmie” panujących w Polsce) „nie dostrzegli znamion przestępstwa”. W Białymstoku po raz kolejny prokurator z tamtejszej prokuratury rejonowej odstąpił od ścigania ludzi, którzy zebrali się wokół płonącej swastyki w strojach dziwnie przypominających bojówkarzy z SA. Tym razem stwierdzając, że swastyka to symbol słowiański.

Jeszcze ważniejsza dla lawinowego rozwoju ruchu narodowego pod władzą PiS-u jest jednak bierność policji. Podobnie jak w przypadku zachowań prokuratury, także wymuszona przez kierownictwo MSWiA – Mariusza Błaszczaka i Jarosława Zielińskiego. Zaczynało się niewinnie, kiedy policjanci z Wybrzeża zostali „postawieni do pionu” i nasłano na nich upokarzające kontrole po to tym, jak ośmielili się założyć kajdanki córce radnej PiS, która wraz z narodowcami zaatakowała legalną Paradę Równości lżąc najpierw „pedałów”, a później szarpiąc się z interweniującymi stróżami porządku.

Kiedy później narodowcy bili działaczy KOD-u na pogrzebie Inki w Warszawie i na obchodach rocznicy Czerwca ’76 w Radomiu, policja już nie interweniowała, a Mariusz Błaszczak obwiniał ofiary pobić, a nie sprawców. Policyjni związkowcy regularnie skarżą się mediom i posłom z sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych, że kierownictwo resortu blokuje działania wobec środowisk nacjonalistycznych.

Wyścig hipokrytów

Prezydent Andrzej Duda zareagował na ekscesy nacjonalistów dopiero wówczas, kiedy jego żona została przez nich publicznie nazwana „Żydówką”. Tymczasem to jego walka z „pedagogiką wstydu” (oskarżanie w kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego, Tadeusza Mazowieckiego czy Lecha Wałęsę o to, że mieli w ogóle jakiś problem z Jedwabnem) otwarła drogę dla „narodowej” i „białej dumy”. Polityczny patron prezydenta Jarosław Kaczyński nakręcał z kolei nastroje antyimigracyjne w kampanii parlamentarnej PiS-u. W tej szczelinie, na tych nastrojach rozwinął się nacjonalizm jeszcze bardziej radykalny.

Jarosław Kaczyński już w okresie swoich pierwszych rządów w latach 2006-2007 skończył z udawaniem Piłsudskiego i postawił na nacjonalizm. W swoim odwiecznym lęku, żeby przy prawej ścianie nie powstała dla niego jakakolwiek konkurencja, postanowił narodowców po prostu zwerbować. To w latach 2006-2007 po raz pierwszy w polskich ministerstwach i mediach publicznych pojawili się masowo młodzi ludzie z najbardziej radykalnych organizacji nacjonalistycznych, którzy parę lat wcześniej „zamawiali piwo rzymskim gestem” albo uczestniczyli w „wakacyjnych” rajdach na Myślenice upamiętniając pogrom dokonany przez narodowców na żydowskiej ludności tego miasteczka w 1936 roku (tamtejsi Żydzi byli wówczas bici i lżeni, a ich dobytek został spalony na rynku). To właśnie w czasie pierwszych rządów PiS-u przetarto szlaki do dzisiejszej bezkarności i potęgi radykalnych narodowców. Założyli garnitury, stworzyli nowoczesną sieć wzajemnego wsparcia i finansowania. Dziś są liderami różnych odłamów ruchu narodowego.

Ta strategia kupowania nacjonalistów uległa radykalizacji i umasowieniu w czasie obecnych rządów Jarosława Kaczyńskiego. Mimo to, ludzie organizujący 11 listopada marsze w Warszawie i we Wrocławiu uważają go już za „zbyt miękkiego”, a w swoich przemówieniach, na swoich portalach i w mediach coraz bardziej jednoznacznie atakują PiS używając dokładnie tych samych argumentów, jakie wcześniej PiS i działacze Prawicy Razem używali pod adresem PO, „Gazety Wyborczej” czy KOD-u – że „obcy”, „agentura”, „zbyt spolegliwi wobec UE”. Dziś tylko kwestią czasu jest powstanie masowej narodowej partii. Z młodymi liderami „wykarmionymi” przez PiS, z Jackiem Międlarem jako własnym kapłanem, z Rafałem Ziemkiewiczem jako ideologiem (on podobnie jak kiedyś Roman Giertych chce narodowców „ucywilizować”, dlatego wściekają go „stare” rasistowskie odzywki rzecznika Młodzieży Wszechpolskiej opóźniające bezpieczny marsz endecji do władzy).

Tylko kwestią czasu jest powstanie masowej narodowej partii. Z młodymi liderami „wykarmionymi” przez PiS, z Jackiem Międlarem jako własnym kapłanem, z Rafałem Ziemkiewiczem jako ideologiem.

Narodowcy idą także po polski Kościół i jego bardziej „franciszkowych” hierarchów i kapłanów. Ich Kościołem są proboszczowie błogosławiący ONR w czasie odprawianych przez siebie mszy. Ich biskupem jest Marek Jędraszewski, który jeszcze jako zwierzchnik swojej poprzedniej diecezji akceptował obecność w łódzkiej katedrze „brygady” ONR w pełnym umundurowaniu i z rozwiniętymi sztandarami organizacji. Tymczasem katolicyzm biskupa Rysia, ojca Dostatniego, a nawet biskupa Gądeckiego to dla narodowców „żydowskie lewactwo”. Zbyt chrześcijańskie, czyli uniwersalne, a za mało narodowe.

Roman Dmowski mówił, że w Polsce katolicyzm nigdy nie będzie oderwaną od polityki uniwersalną religią, traktującą jak dzieci Boże wszystkich ludzi – białych i kolorowych, postępowych i konserwatywnych, Polaków, Niemców czy Rosjan. Ale musi być ideologią państwową („narodową formą”), bo żadnej świeckiej ideologii nie potrafiliśmy stworzyć. Młodzi narodowcy są tego samego zdania, dlatego wszelkie chrześcijaństwo nie chcące być ideologią narodowego państwa odrzucą i zniszczą.

Zatem widząc, jak narodowcy idą po Kaczyńskiego nie odczuwam żadnej satysfakcji. Zanim bowiem przyjdą po niego, przejadą się po instytucjach liberalnej Polski, po chrześcijańskim Kościele Franciszka. Ich ofiarą padnie nawet młoda antyliberalna lewica ograbiona przez narodowców z młodzieży, z „ludu”, o którego poparciu tak marzy. I tylko ktoś tak przepełniony pychą jak Jarosław Kaczyński mógł uwierzyć, że jeśli użyje narodowców do swojej gry o władzę nad Polską, nigdy nie przyjdzie mu zapłacić za to rachunku.

 

newsweek.pl

Boniecki z zakazem wypowiedzi. Oświadczenie „Tygodnika Powszechnego”

Boniecki z zakazem wypowiedzi. Oświadczenie „Tygodnika Powszechnego”

Były redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego” Ksiądz Adam Boniecki otrzymał zakaz swobodnego wypowiadania się w mediach. Może jedynie współpracować z redakcją „Tygodnika” – podał dziś w komunikacie ksiądz Piotr Kieniewicz, sekretarz prowincji Zgromadzenia Księży marianów. W związku z tą decyzją oświadczenie wystosowała redakcja „Tygodnika Powszechnego”.
Ks. Adam BonieckiFoto: Andrzej Grygiel / PAP
Ks. Adam Boniecki
  • Ks. Adam Boniecki, naczelny „Tygodnika Powszechnego”, otrzymał zakaz wypowiedzi w następstwie publicznych słów nt. samospalenia, którego przed Pałacem Kultury dokonał Piotr S
  • „Tygodnik Powszechny” wydał dziś oświadczenie w sprawie zakazu
  • W tekście „Tygodnika” napisano m.in., że tak, jak w przypadku poprzedniego takiego zakazu wobec ks. Bonieckiego, z 2011 r., „TP” uważa, że „jest to decyzja krzywdząca Kościół jako całość, a nie zespół przekonań politycznych”

Ks. Boniecki jest redaktorem seniorem „Tygodnika Powszechnego”. W wydanym dziś oświadczeniu „TP” przypomniano, że poprzednio zakaz dla ks. Bonieckiego wypowiadania się w mediach nałożono 6 lat temu, został on zniesiony w lipcu tego roku, a obecnie nałożony ponownie.

„Tym razem pod adresem ks. Adama przełożeni wysunęli konkretne zarzuty. Pierwszy, dotyczący wpisu na stronie kampanii LGBT, jest zwyczajnie nieprawdziwy, ponieważ ks. Adam żadnego wpisu ani innego aktu wsparcia nie dokonywał; stał się natomiast ofiarą manipulacji, co sam wkrótce wyjaśni w oświadczeniu na stronie zgromadzenia. Wykorzystano tu jego życzliwość i fakt, że jest przeciwnikiem dyskryminowania osób homoseksualnych, traktowania ich z pogardą oraz poniżania, co jest literalnie zgodne z nauczaniem Kościoła katolickiego (por. KKK 2358: »Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji«). Przykro nam, że przełożeni, znając uprzednio jego wyjaśnienie, użyli dla uzasadnienia swojej decyzji nieprawdziwego zarzutu” – głosi oświadczenie „TP”.

Drugi zarzut – napisano w oświadczeniu „TP” „dotyczy kazania wygłoszonego podczas pogrzebu Piotra Szczęsnego, którego samospalenie wstrząsnęło opinią publiczną”. „Nasz redaktor senior miał wówczas »wywoływać wśród licznych wiernych dezorientację«. Tymczasem ks. Adam na naszych łamach wyraźnie wyjaśnił swój i Kościoła stosunek do samobójstwa, cytując wprost Katechizm: »Nie powinno się tracić nadziei dotyczącej wiecznego zbawienia osób, które odebrały sobie życie. Bóg, w sobie wiadomy sposób, może dać im możliwość zbawiennego żalu. Kościół modli się za ludzi, którzy odebrali sobie życie« (KKK 2283)” – napisano w oświadczeniu „TP”.

Ksiądz Adam Boniecki: Kościół jest PiS-owski

Przypomniano też słowa z ks. Bonieckiego z kazania podczas pogrzebu: „Mówią mi­: z samobójcy robisz świętego. Nie jestem urzędem ogłaszającym świętych. Myślami stoję tam, na placu pod Pałacem Kultury i pytam: kim ja jestem, żeby osądzać czyn mego bliźniego”.

„Stanowisko »Tygodnika Powszechnego« wobec zakazu nałożonego na ks. Adama pozostaje dzisiaj takie samo, jak 6 lat temu. Podobnie jak wtedy uważamy, że jest to decyzja krzywdząca Kościół jako całość, a nie zespół przekonań politycznych. Decyzja Zgromadzenia jest jednak szczególnie niefortunna, gdyż podjęta w czasie, w którym bardziej niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich lat, potrzebujemy w Polsce głosów takich jak ks. Adama: jednoczących, zbliżających nas do siebie, przypominających o wartości wspólnoty. Czy ci wszyscy, którzy masowo udzielają dzisiaj Ks. Adamowi wsparcia, mają być z niej wykluczeni?” – głosi oświadczenie „TP”.

Ks. A. Boniecki ponownie z zakazem wypowiedzi

Jest to drugi taki zakaz dla ks. Bonieckiego. Poprzedni wydano w 2011, a uchylono w tym roku. Nie minęło nawet 3 miesiące – a Boniecki znów się naraził. Tym razem decyzja została podjęta w następstwie publicznych wypowiedzi księdza na temat samospalenia, którego przed Pałacem Kultury dokonał Piotr S. Ma też związek z pojawieniem się zdjęcia ks. Bonieckiego na facebookowym Forum LGBT.

W opinii o. Marianów taka działalność jest całkowicie sprzeczna z nauczaniem moralnym Kościoła. Ksiądz Boniecki przyjął karę – czytamy w komunikacie. Jak wynika z naszych informacji, ks. Boniecki uznał, że życie w każdej wspólnocie zakonnej wiąże się z różnicami nt. postrzegania świata, co czasami prowadzi do permanentnych napięć.

 

onet.pl

 

https://kobieta.onet.pl/manuela-gretkowska-nie-wiem-czy-sie-nie-porycze/g8s5qft

PiS zmierza do demontażu samorządności w Polsce

PiS zmierza do demontażu samorządności w Polsce

– „Ludzie, którzy pisali ten projekt, nie mają w ogóle pojęcia o wyborach samorządowych„- tak szef PKW Wojciech Hermeliński ocenił PiS–owski projekt zmian w ordynacji wyborczej. Według niego, PiS „odbiera bierne prawo wyborcze, prawo kandydowania obywatelom, którzy nie chcą łasić się do kacyków partyjnych, żeby ich wpisali na listy„.

Projekt budzi mieszane uczucia także w Kancelarii Prezydenta. – „Uwagi, które zgłasza PKW powinny być wyjaśnione. Jeżeli są merytoryczne zarzuty dotyczące samych kwestii związanych z procedurą wyborczą, to niewątpliwie trzeba by było się do tego odnieść” – powiedział dzisiaj w radiowej Trójce wiceszef Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha.

Opozycja kwestionuje zamiar wprowadzenia dwukadencyjności wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, likwidację jednomandatowych okręgów wyborczych w wyborach do rad gmin, jak również zmniejszenie liczebności mandatów w okręgach wyborczych do rad powiatów i sejmików województw. Poważne zastrzeżenia budzi też zapowiadana reforma Państwowej Komisji Wyborczej. PiS chce, by 7 na 9 jej członków wybierał Sejm podczas gdy obecnie 9-osobowy skład tworzy po 3 sędziów delegowanych tam przez TK, Sąd Najwyższy i Naczelny Sąd Administracyjny.

Bez ogródek o projekcie wyraża się Stanisław Tyszka z Kukiz’15, który uważa go za „nienaprawialny bubel prawny„. Ocenił, że „projekt powinien zostać wycofany z Sejmu, bo on się w ogóle nie nadaje do prac parlamentarnych„. – „Bardzo mi się natomiast podobała merytoryczna konferencja prasowa szef PKW Wojciecha Hermelińskiego, on bardzo dobrze wypunktował, pokazał, że ludzie, którzy pisali ten projekt, nie mają w ogóle pojęcia o wyborach samorządowych” – powiedział Tyszka.

Suchej nitki na dokumencie nie zostawia również Jarosław Kalinowski, europoseł PSL i uważa, że PiS, zgłaszając projekt, „przystępuje tak naprawdę do demontażu samorządności w Polsce”. Dodaje iż „zmniejszenie okręgów wyborczych, to jest perfidne działanie. Chodzi o to, żeby nawet lista, która ma 20 proc. poparcia nie miała szansy na uzyskanie mandatu. Jeżeli do tego dodamy jeszcze zawłaszczenie, upartyjnienie PKW, KBW i ci komisarze, którzy na miesiąc przed wyborami będą kreślić okręgi wyborcze – to naprawdę coś strasznego” – uważa Kalinowski. Jego zdaniem, projekt PiS „to katastrofa, to niszczenie samorządności w Polsce„.

Dla Nowoczesnej również projekt jest „nienaprawialny”. Barbara Dolniak uważa, że projekt likwidując zasadę większościową na rzecz zasady proporcjonalności, w praktyce uniemożliwi małym komitetom wyborczym wprowadzanie swoich kandydatów do samorządów. – „Po wprowadzeniu zasady proporcjonalności może się okazać, że nawet 20 proc. głosów uzyskanych w tych wyborach nie wystarczy” – przestrzega posłanka Nowoczesnej. – „Wszystkie małe komitety wyborcze, które były wyrazem samorządności, niezależności w wyborach samorządowych, jeżeli będą chciały zaistnieć, nie będą się mogły zawiązać jako samodzielne komitety, tylko będą musiały znaleźć się na listach partii politycznych” – dodała.

Założenia PiS–owskiego dokumentu ostro krytykuje Platforma Obywatelska. – „To zamach na samorządność” – ocenił wprost Rafał Grupiński. Zauważył, że z punktu widzenia dużej partii, jaką jest PO, trzy-, czteromandatowe okręgi wyborcze są bardzo korzystne. – „Dla silnej partii to jest oczywiście premia, tylko że nie o to chodzi w samorządach. Tu absolutnie będziemy protestować” – powiedział Grupiński. Skrytykował też zaproponowane zmiany w procedurze wyboru PKW, zgodnie z którą większość członków komisji wybierze Sejm.

Krytykę, z gorliwością godną lepszej sprawy, odpiera natomiast PiS–owski wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik twierdząc, że system wyborczy trzeba zmienić, ponieważ nie funkcjonuje on dobrze. Przekonuje, że jednomandatowe okręgi wyborcze „nie są sprawiedliwe”.

koduj24.pl

Maciej Maleńczuk, PiS, Patryk Jaki

Maciej Maleńczuk ma ode mnie skrzynkę piwa.

Kiedyś mówiliśmy: krzynkę piwa.

Porównanie do donosiciela klasowego Jakiego nieesteyczxnie wyglądającego się i tak niestetycznie ubierającego – kłania się „Potęga smaku” Herberta – jest strzałem w punkt – 10/10.

Jaki to taki srajdek. Intelektualnie, mentalnie, estetrycznie. Przecież z takim żadna kobieta nie pójdzie do łóżka. Przynajmniej za darmochę!

 

Dobrze, że jednak ktoś sie za tymi faszystami wstawił, bo ostatnio jakis publicysta zastanawiał się w tv, skąd się oni znowu tu wzięli po 10 latach spokoju

Za Jaruzelskiego też im kazali wypierdalać.Rafałek z tatusiem z PZPR też skromnie pewnie wtedy twierdzili że to słusznie.

W sprawie rezolucji PE pokazuje moralność mafii. Łamiemy prawo, ale niech ktoś piśnie słowo poza organizacją. Zniszczymy! Omerta!

W sprawie rezolucji PE pokazuje moralność mafii. Łamiemy prawo, ale niech ktoś piśnie słowo poza organizacją. Zniszczymy! Omerta!

 

Tak nas teraz szanują… 🙂

Wielka prośba, jade zaraz na zakupy na przyszły tydzień, wiecie, gdzie jest ten sklep Morawieckiego???

STAN GRY: Sakiewicz: Szydło może wrócić na stanowisko premiera, Karnowski: Rekonfiguracja szersza niż rekonstrukcja, Fakt: Nowacka wystartuje?

— 15 LAT TEMU Lech Kaczyński został zaprzysiężony na stanowisku prezydenta Warszawy.

— 2 LATA TEMU premier Beata Szydło wygłosiła w Sejmie exposé, po czym jej rząd uzyskał wotum zaufania.

— 22 LATA TEMU w II turze wyborów prezydenckich Aleksander Kwaśniewski pokonał ubiegającego się o reelekcję Lecha Wałęsę.

— 30 LAT TEMU Ewa Łętowska została pierwszym Rzecznikiem Praw Obywatelskich.

— 2 lata temu powstał Komitet Obrony Demokracji

— KACZYŃSKI ZASTĄPI SZYDŁO? – tytuł w GPC.

— TOMASZ SAKIEWICZ NIE WYKLUCZA, ŻE W PRZYSZŁOŚCI SZYDŁO MOŻE POWRÓCIĆ NA STANOWISKO PREMIERA: “Pomysł zmiany na stanowisku premiera wiąże się z chęcią wzmocnienia ośrodka władzy w rządzie, aby zintensyfikować politykę wewnętrzną i przede wszystkim zagraniczną. O strategii międzynarodowej mówił Jarosław Kaczyński, wspominając o budowie Międzymorza i zacieśnianiu sojuszu z USA. Trzeba zwrócić uwagę na to, że Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się stworzyć listę kilku potencjalnych premierów, wśród których jest oczywiście Beata Szydło, która prawdopodobnie, nawet gdyby teraz oddała władzę, to w przyszłości nie pozostawałaby bez szans na to stanowisko. To przypomina czasy Józefa Piłsudskiego, gdy najbliżsi współpracownicy marszałka zajmowali stanowiska w rządzie w zależności od aktualnej potrzeby politycznej”. http://gpcodziennie.pl/73630-kaczynski-zastapi-szydlo.html

— BRAKUJE MALUSIEŃKIEJ KROPECZKI NAD I – Jacek Karnowski o rekonstrukcji:“Rekonstrukcja rządu ma nastąpić w pierwszych dniach grudnia, czyli czekają nas jeszcze dwa tygodnie dużych emocji politycznych. Temperatura szybko rośnie, i trudno się dziwić: zmiany mogą być bardzo głębokie. Dziś wydaje się niemal pewne, że będą w niektórych obszarach wręcz rewolucyjne, ale wszyscy moi rozmówcy zastrzegają, że tej ostatniej, malusieńskiej kropeczki nad i jeszcze nie ma”.

— JACEK KARNOWSKI O TYM, ŻE PIS DOSTAŁO OD DUDY COŚ CENNEGO I PAD DOSTANIE COŚ, CO SAM UWAŻA ZA SPRAWĘ CENNĄ – dalej Jacek Karnowski: “Po drugie, skoro prezydent zgodził się na reformę wymiaru sprawiedliwości na warunkach korzystnych dla Prawa i Sprawiedliwości, to znaczy, że odniesie wkrótce sukces na innym polu. PiS dostało coś bardzo cennego, i prezydent dostanie coś, co sam uważa za sprawę cenną. Bardzo mocna wypowiedź prezydenta w sprawie ministra Macierewicza może wskazywać, że chodzi o obszar wojska – kluczowy zarówno ze względu na konstytucyjne i tradycyjne usytuowanie urzędu prezydenta, jak i gdy chodzi o prestiż. MSZ takiej wagi nie ma, to raczej prezesowi PiS zależy, by prezydent jeździł na unijne szczyty. W tle, dodajmy, pojawiają się informacje, według których prezydent miał zapowiedzieć, że nie powoła niektórych ministrów/ministra, jeśli nie zostaną uwzględnione jego najważniejsze postulaty/postulat”.

— KARNOWSKI O ZJAWISKACH, KTÓRE STAŁY SIĘ ZAUWAŻALNE PODCZAS PRZYGOTOWYWANIA REKONSTRUKCJI: “Pamiętajmy też, że nie wiemy, na ile w czasie rekonstrukcji Jarosław Kaczyński będzie poruszał się na planach widocznych dla opinii publicznej, a na ile zareaguje na procesy, które uważa za groźne, a których my nie jesteśmy w stanie dostrzec (mamy przecież znacznie mniej informacji). Paradoksalnie, mogą to być także zjawiska, które stały się zauważalne w czasie procesu przygotowywania zmiany”. https://wpolityce.pl/m/polityka/367547-czekaja-nas-jeszcze-co-najmniej-dwa-tygodnie-duzych-emocji-politycznych-to-czas-gdy-politycy-prawicy-powinni-starannie-wazyc-slowa

— MICHAŁ KARNOWSKI O REKONFIGURACJI SZERSZEJ NIŻ REKONSTRUKCJA: “Gdyby celem była jedynie wymiana premiera, dawno pisalibyśmy o tym w czasie przeszłym dokonanym. Podobnie gdyby chodziło o proste korekty personalne czy w układzie ministerstw. Cel jest dużo bardziej dalekosiężny, a gra bardziej skomplikowana. Wybór przed jakim stoi (a może stał?) Jarosław Kaczyński, dotyczyła tego czy konserwować obecny kształt obozu władzy (wtedy ministrów wymieniłaby pani premier) albo zdecydować się na zmiany rewolucyjne. W takim wariancie do gry musi wejść prezes PiS. Wtedy lider Prawa i Sprawiedliwości dokona nie tyle rekonstrukcji rządu, co nowego ułożenia, nowej konfiguracji całego układu obozu władzy”.

— METAFORA MICHAŁA KARNOWSKIEGO O KIEROWCY ŚPIĄCYM NA PARKINGU: “Z zewnątrz wygląda jakby kierowca rządzącego politycznego konwoju trochę przysnął na parkingu. Spekulacje trwają już wiele miesięcy, a plotkowanie na całego od tygodni, i niektórzy słusznie, jak minister Witold Waszczykowski, wskazują iż ciężko w takich warunkach pracować. Niedawna wspólna konferencja premier Beaty Szydło z Jarosławem Kaczyńskim nie dała żadnych odpowiedzi, zwiększyła tylko liczbę znaków zapytania. Było mocne, jednoznacznie pozytywne podsumowanie dwulecia i żadnego, ale to żadnego, odniesienia do przyszłości gabinetu Beaty Szydło”.

— MICHAŁ KARNOWSKI UWAŻA, ŻE NIE MA SZANS NA ENERGICZNE WSPIERANIE PRZEZ PAD PROJEKTU IV RP, BO JEST MU BLIŻEJ DO AUTORA STANU GRY!: “Relacje z prezydentem Andrzejem Dudą. Kierownictwo PiS ma przekonanie, że z prezydentem Dudą można się czasami, doraźnie, dogadać, i warto to czynić, ale nie ma już szans na energiczne wspieranie przez głowę państwa projektu IV RP. Że – obrazowo mówiąc – bliżej dziś głowie państwa do pana Łukasza Mężyka niż redaktora Jana Pospieszalskiego. Szereg takich wyborów dokonywanych w Pałacu wymaga skonsolidowania ośrodka rządowego, by maksymalnie wykorzystywać te możliwości zmian, które są dostępne bez współpracy z prezydentem. To nic osobistego, to oczywisty polityczny wniosek”.

— MICHAŁ KARNOWSKI O “NIE TYLKO TYCH NAZWISKACH, KTÓRE PUBLICZNIE WYRAŻAŁY POPARCIE DLA PREZYDENTA: „Kaczyński przełknął porażkę, ale w dłuższej perspektywie wnioski musi wyciągnąć. Można wnioskować, że jego celem jest, by ci, którzy się na to zdecydowali, nie mieli możliwości blokowania czegokolwiek w przyszłości. Dlatego mogą zostać pozbawieni narzędzi pozwalających im poszerzać swoje zasoby. Oni na zmianach raczej stracą. I niekoniecznie są to tylko te nazwiska, które publicznie swoje poparcie dla prezydenta wyartykułowały”.

— UKŁAD Z PANIĄ PREMIER JEDNAK DZIAŁA – pisze Michał Karnowski: “Tak mniej więcej, wedle mojej wiedzy, wygląda plan strategiczny. Podkreślam: słowo „rekonstrukcja” niespecjalnie do niego pasuje. To dużo głębsza zmiana. To nowy układ sił wewnątrz obozu dobrej zmiany. Ale operacjonalizacja tego, poskładanie wszystkiego w detalach, nie jest ani proste, ani nie będzie bezbolesne i bezkosztowe. Tym bardziej, że dotychczasowy układ z panią premier na czele jednak działa. Tak czy inaczej na Mikołajki wszystko powinno być już jasne”. https://wpolityce.pl/polityka/367637-rekonfiguracja-a-nie-rekonstrukcja-prezes-kaczynski-chce-nie-tylko-nowego-rzadu-ale-tez-nowego-ukladu-sil-w-obozie-zmiany

— GASIUK PIHOWICZ TEŻ WYSTARTUJE W WYBORACH NA LIDERKĘ NOWOCZESNEJ: https://twitter.com/ryszardpetru/status/931804300275339269

— ANNA JAKI W TELEWIZJI WPOLSCE.PL: W „Wieży Bab” wyjątkowi goście – Aleksandra Jakubowska, publicystka oraz Anna Jaki, żona Patryka Jakiego, wiceministra sprawiedliwości. W programie jednak ani słowa o polityce. W rozmowie z Dorotą Łosiewicz obie kobiety szczegółowo opowiadają jak wygląda życie rodziców dzieci wymagających szczególnej opieki. To świadectwo nie tylko wielkiej miłości ale też wyrzeczeń i walki z trudnościami.“ https://www.youtube.com/watch?v=XUc2T5_qEFg&feature=youtu.be

— ZMARTWIONY CZARNECKI – tytuł felietonu Ryszarda Czarneckiego w GPC: “Martwię się tym wszystkim bardzo. Także tym, że ojczyzna pana Verhofstadta nie rozliczyła się ze swoją przeszłością: człowiek rzucający oszczerstwa o Polakach nazistach nie chce pamiętać, że jego rodacy kolaborujący z Niemcami Hitlera wystawiali dywizje SS i mordowali Polaków. Czy nie trzeba o tym w końcu porozmawiać na szczeblu UE?” http://niezalezna.pl/208986-zmartwiony-czarnecki

— PLATFORMA SPIERA SIĘ O SANKCJE – Iwona Szpala w GW: “Julia Pitera przyznaje, że wszyscy wiedzieli o poleceniu zarządu partii. – Mieliśmy dwie szczere rozmowy w gronie europosłów, chodziło o ten jeden punkt, bo pod pozostałymi tezami wszyscy się podpisujemy. Głosów o błędnej strategii naszego kierownictwa było sporo – relacjonuje. Próby przekonania posłów do wykonania zalecenia trwały praktycznie do ostatniej chwili. Dzwonili politycy z zarządu partii. Z kolei wcześniej do zmiany zdania nakłaniali swoich liderów eurodeputowani. Każdy został przy swoim. Ostatecznie na sali plenarnej część delegacji PO złamała partyjną dyscyplinę, a chwilę po głosowaniu Platforma znalazła się na cenzurowanym PiS-u, który uznał polityków popierających rezolucję za zdrajców”.

— SZPALA CYTUJE JASTRZĘBIA W PO: “Ale zdania w partii są podzielone. Polityk, który przedstawia się jako „jeden z jastrzębi PO”, mówi „Wyborczej”, że jeśli jego partia nie zmieni strategii kokietowania elektoratu PiS-u, to z jej opozycyjności nic nie zostanie. Nawet przy najlepszym programie wyborczym”. http://wyborcza.pl/7,75398,22661288,platforma-spiera-sie-o-sankcje-czy-rolnicy-ktorzy-straca.html

— DUDA NIE CHCIAŁ ROZMAWIAĆ Z MACIEREWICZEM – pisze Samuel Pereira: “Jak twierdzi rozmówca portalu tvp.info, prezydent miał możliwość osobiście dowiedzieć się o wątpliwościach wobec swojego doradcy. – Oni chcą, żeby im przesłać dokumenty do BBN, ale my z przyczyn bezpieczeństwa ich do kancelarii tajnej przesłać nie możemy. Antoni Macierewicz osobiście zaprosił Andrzeja Dudę do złożenia wizyty w SKW, żeby zapoznał się z informacjami, które dotyczą gen. Kraszewskiego. Zapraszał go również szef SKW, co najmniej dwukrotnie. Raz się prezydent zgodził, po czym po godzinie zmienił zdanie – twierdzi w rozmowie z portalem tvp.info współpracownik szefa MON. Jego zdaniem, minister od początku dąży do deeskalacji sporu. – Antoni Macierewicz kilkukrotnie zabiegał o spotkanie z prezydentem i spotykał się z odmową – dodaje”. http://www.tvp.info/34858213/portal-tvpinfo-ujawnia-kulisy-sporu-andrzeja-dudy-z-antonim-macierewiczem

— PREZYDENCKI CIOS W SZEFA MON – tytuł w GPC.

— BRAK POLITYCZNEGO DOŚWIADCZENIA PREZYDENTA – TOMASZ SAKIEWICZ W ROZMOWIE Z SE: “Moim zdaniem świadczy o braku doświadczenia politycznego prezydenta. W polityce ludzie nie muszą się absolutnie lubić. Nie ma takiej potrzeby. Oni mają ze sobą współpracować. Jest wiele osób, które są w jednej partii, w jednej koalicji i się nie znoszą. Myślę, że ta wypowiedź bardzo zaszkodziła prezydentowi i była zupełnie niepotrzebna”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/tomasz-sakiewicz-brak-doswiadczenia-politycznego_1028010.html

— PREZYDENT NIE POWOŁA ŻADNEGO GENERAŁA JEŚLI NIE SKOŃCZY SIĘ SPRAWA SPRAWDZANIA KRASZEWSKIEGO – ANDRZEJ STANKIEWICZ: “Jeśli Antoni Macierewicz nie zakończy procedury prześwietlania prezydenckiego współpracownika odpowiedzialnego za nadzorowanie MON, to prezydent nie powoła ministrowi żadnego generała – wynika z informacji Onetu”.

— KRASZEWSKI STAŁ MACIEREWICZOWI KOŚCIĄ W GARDLE – dalej Stankiewicz:“Rzeczywiście – według informacji Onetu generał namawiał prezydenta np. do zawetowania ustawy tworzącej Wojska Obrony Terytorialnej, bo uważa, że są niewiele warte, a przy ich tworzeniu Macierewicz osłabia jednostki regularnego wojska. W innych kwestiach Duda już jednak Kraszewskiego słuchał. Tak było chociażby w kwestii nominacji generalskich. W tym i w minionym roku nominacje były opóźniane albo całkowicie odwoływane, bo Kraszewski kwestionował przygotowanie kandydatów zaproponowanych przez Macierewicza. Dlatego też Kraszewski stał szefowi MON kością w gardle. Wydawało się, że postępowanie sprawdzające SKW to idealny ruch, by generałowi związać ręce – bez dostępu do tajemnic, miał zostać usunięty z BBN. Prezydent jednak ani myśli tego robić. Kraszewski nadal pracuje, tylko BBN zostało tak przeorganizowane, by omijały go tajemnice państwowe. Wciąż jednak jest w stanie psuć Macierewiczowi krew, bo np. teczki personalne kandydatów na generałów nie są tajemnicą państwową”. http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/ubeckie-metody-o-co-toczy-sie-gra-miedzy-prezydentem-a-szefem-mon/jqmwk6s

— PREZYDENT DUDA OSTRO ATAKUJE MACIEREWICZA – Paweł Wroński w GW. http://wyborcza.pl/7,75398,22659381,prezydent-duda-tlumaczy-sie-z-ubeckich-metod-macierewicza.html

— PAWEŁ WROŃSKI O WOT I MACIEREWICZU: “Gdy 38 ochotników wojsk obrony terytorialnej zdobywało lotnisko w Szymanach, rezerwiści ćwiczyli na poligonie we własnych adidasach, zabrakło obsługi do czołgów, a most pontonowy na Wiśle nie powstał, bo poziom wody był za wysoki”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22660892,macierewicza-doktryna-kamikadze-czyli-wojsko-na-miare.html

— OCIEPLENIE NA LINII TORUŃ – TEL AWIW – Piotr Głuchowski w GW: “A co mówią obserwatorzy? Autorka magazynu „Chidusz” jest sceptyczna: nie o Boga tu chodzi i nie o wzajemną ciekawość katolika i Żyda. Relacje między Jonnym i Tadeuszem są głównie merkantylne. Prezes From the Depths pomaga redemptoryście zrzucić łatkę antysemity, zakonnik daje lobbyście dostęp do salonów władzy. Wśród klientów firmy Jonny Daniels Public Relations znalazła się już pierwsza spółka skarbu państwa – LOT”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22657931,rydzyk-ty-zydzie-jak-radio-maryja-ociepla-stosunki-z-tel.html

— NASZ ZDYSKREDYTOWANY KRAJ – Tomasz Bielecki w GW: “Spadek reputacji Polski w Unii wywołany łamaniem praworządności i ekscesami polityki zagranicznej zbiegł się ze zmniejszeniem siły głosu Warszawy w Radzie UE zgodnie z traktatem lizbońskim (negocjowanym przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego). W marcu skończył się okres przejściowy, gdy można było żądać głosowania na starych, nicejskich zasadach korzystniejszych dla Polski. Tę stratę polski rząd mógł rekompensować autorytetem i nie propagandowymi, ale prawdziwymi wpływami w regionie. Niestety. (…) Zagrożeniem dla Polski są coraz popularniejsze w Unii plany uzależnienia wypłat funduszy po 2020 r. od spełniania wymogów praworządności. Nowy budżet wieloletni (2021 do 2025 lub do 2027 r.) oznacza z automatu całe nowe regulacje ws. polityki spójności. Te bardzo szczegółowe przepisy utrudnią Polsce korzystanie z pieniędzy, a będą zatwierdzane nie przez konsensus, lecz większościowo”. http://wyborcza.pl/7,75968,22660678,nasz-zdyskredytowany-kraj-czyli-jak-polska-traci-pozycje-w.html

— NOWACKA NA PREZYDENTA – Fakt: “To prawdopodobnie będzie jedyna kobieta we wzbudzającym już dziś wielkie emocje boju o Warszawę. Jak dowiedział się Fakt24, Barbara Nowacka, była liderka Zjednoczonej Lewicy, a obecnie twarz stowarzyszenia Inicjatywy Polska, ma być wspólnym kandydatem liberalno-lewicowej koalicji w wyborach prezydenckich w stolicy. Z poparciem Ryszarda Petru i przeciw Grzegorzowi Schetynie”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/barbara-nowacka-kandydatem-na-prezydenta-warszawy/sbhjjls.amp

— KS. BONIECKI ZNÓW Z ZAKAZEM MEDIALNYM: “Przełożony ks. Adama Bonieckiego zdecydował o wycofaniu mu „przywileju swobodnego wypowiadania się w mediach”. Duchowny może jedynie współpracować z redakcją „Tygodnika Powszechnego”, którego redaktorem naczelnym był przez wiele lat”. http://wyborcza.pl/7,75398,22662233,ks-adam-boniecki-znow-dostal-zakaz-wypowiadania-sie-w-mediach.html

— BOGUSŁAW CHRABOTA O DELIKATNYCH RELACJACH PREZYDENTA ZE SKRAJNĄ PRAWICĄ – pisze w RZ: “W dużo lepszej sytuacji jest polityczny dziedzic Kaczyńskiego Andrzej Duda. Ten przytulać narodowców nie musi. Na dodatek dość łatwo zrezygnować mu z zapowiedzianego zaproszenia środowisk Marszu Niepodległości do grona organizatorów obchodów stulecia wolnej Polski. To tylko przysporzy mu punktów sondażowych. Dlaczego taka deklaracja wciąż nie padła? – warto spytać. Czyżby i prezydentowi został w głowie cień przekonania, że ogoleni są w jakimś stopniu depozytariuszami współczesnego patriotyzmu? Jeśli tak, to ciągle nie wychylił się poza pisowski komiks, który od ponad dekady posługuje się uproszczoną dychotomią gnijącego liberalizmu i konserwującego wartości dziedzictwa państwa narodowego”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/311169902-Boguslaw-Chrabota-Marsz-Trudno-zakazac-skojarzen.html

— EWA SIEDLECKA MOCNO KRYTYKUJE PROJEKT SN I GERSDORF: “Można odnieść wrażenie, że autorzy projektu przekazanego przez prezes Gersdorf prezydentowi i marszałkowi Sejmu uznają, że istnieją stopnie niekonstytucyjności, i w ramach negocjacji z władzą można np. zamiast stopnia trzeciego wywalczyć drugi. Tylko że to by znaczyło, iż kupili filozofię PiS. A nie jest to filozofia państwa prawa”. https://siedlecka.blog.polityka.pl/2017/11/16/sad-najwyzszy-negocjuje/?nocheck=1

— EDWIN BENDYK O ŚWIECIE PO KACZYŃSKIM I ORBANIE, KTÓRY NAZYWA INTERREGNUM – pisze na Krytyce Politycznej: “Można i trzeba protestować i organizować opór przeciwko niegodziwości, kłamstwu, ksenofobii, faszyzacji sfery publicznej. To jednak zbyt mało, stawką jest przyszłość nie po Kaczyńskim i Orbánie, Trumpie i Erdoğanie, lecz świat po interregnum. Można czekać, aż się wyłoni. Lepiej włączyć się w jego kształtowanie. Najsilniejszym orężem w tym zadaniu jest wyobraźnia. Wyobraźnia rozumiana jako zdolność postrzegania rzeczywistości w całej pełni, poza schematem redukującym świat życia do przedstawień odpowiadających ramom działania instytucji, interesom grupowym i klasowym, przyzwyczajeniom”.

— BENDYK O SŁOWNIKU PRZYSZŁOŚCI: “Zaczyna się kształtować słownik przyszłości, w którym pojawiają się nowe pojęcia, a stare nabierają nowego znaczenia. Wolność i autonomia; podmiotowość i sprawczość; samoorganizacja; instytucja; tożsamość i przynależność; przestrzeń, miejsce i terytorium; twórczość i kreatywność; uspołecznienie; więź i relacja; to, co wspólne; ojczyzna; migracje i globalizacja; konflikt, agon i antagonizm; wykluczenie i włączenie; ciało i przestrzeń hybrydowa; postprawda i oświecenie”. http://krytykapolityczna.pl/kultura/bendyk-przyszlosc-wyobraznia-i-jezyk

— RAFAŁ WOŚ DO PIS: NIE WSTYDŹCIE SIĘ BYĆ LEWICOWI – mówi w SE: “To przede wszystkim dowód na to, że PiS jest obecnie najbardziej lewicową partią w parlamencie. To zresztą ciekawe, że partia Kaczyńskiego w sferze symbolicznej podejmuje różne, czasami wręcz karykaturalne wysiłki, żeby wymazywać lewicową przeszłość z historii Polski i tę historię zakłamywać. A jednocześnie bardzo wielu jest polityków w obozie rządzącym, których należałoby uznać za „lewaków”. Przecież wiele pomysłów, w tym flagowy projekt PiS, czyli 500 plus, to czysto lewicowy program. Ale sporo wysiłków tej partii idzie w to, żeby to ukryć. Dlatego apeluję do ludzi PiS – nie wstydźcie się bycie lewicowcami!”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/ralaf-wos-suszna-intuicja-prezydenta_1027989.html

— JAKUB MAJMUREK O POKUSIE OBCHODZENIA KONSTYTUCJI PRZEZ KOLEJNE PO PIS EKIPY: “Ożywiający pierwszą falę protestów takich ruchów jak KOD postulat przywrócenia obowiązywania konstytucji wydaje się dziś coraz mniej możliwy do zrealizowania. Jeśli znów nie dojdzie do rewolucyjnej sytuacji – np. wyłonienia nie-pisowskiej większości konstytucyjnej – popsute przez Kaczyńskiego instytucje zostaną z nami na jakiś czas. Sytuacja, gdy nie da się przywrócić obowiązywania zasad demokratycznego państwa prawa będzie też rodziła pokusę u kolejnych rządów, by sprawować władzę obchodząc i naginając konstytucję. PiS niszczył TK przekonany, że demokracja polega przede wszystkim na władzy większości, której nie powinny ograniczać takie instytucje jak niezawisłe sądy. Jest obecnie na najlepszej drodze, by taką filozofię uczynić powszechnie obowiązującą w polskiej polityce. Jak nie odnosiliby się do niej bowiem osobiście politycy opozycji, w warunkach zastanych po PiS może nie dać się prowadzić innej”. http://newsweek.pl/opinie/beata-szydlo-i-pis-rzadza-juz-2-lata-czas-na-podsumowanie,artykuly,419020,1.html

— KUROŃ WIELE WYCISNĄŁ Z BALCEROWICZA – Irena Wóycicka w rozmowie z Eliza Olczyk: “Ale ludzie mieli poczucie bezpieczeństwa. To było bardzo ważne w okresie transformacji. Uważam za sukces naszego ministerstwa, że nie dopuściliśmy do gwałtownego rozrostu obszarów nędzy, a nawet wyrównaliśmy dochody. Osiągnęliśmy to dzięki osobistej sile i charyzmie Jacka Kuronia, który bardzo wiele „wycisnął” z Leszka Balcerowicza. Dlatego nie zgadzam się z tezą, że od początku mieliśmy do czynienia z neoliberalną polityką. Ten kurs został obrany później, nie za czasów Jacka Kuronia. Nieustannie rozmawialiśmy ze związkami zawodowymi. Związkowcy praktycznie nie wychodzili z ministerstwa, bo albo trzeba było gasić strajk, albo negocjować warunki pomocy dla zwalnianych pracowników”.

— W KAMPANII KOMOROWSKIEGO NIE EKSPONOWANO JEGO DOROBKU W ZAKRESIE POLITYKI RODZINNEJ – mówi Wóycicka w rozmowie z Olczyk: “Myślę, że kosztowało to trochę głosów. Ale problem leżał gdzie indziej. Po pierwsze, w kampanii nie eksponowano dorobku prezydenta, chociażby w dziedzinie polityki rodzinnej. Po drugie, kampania prezydencka odbywała się na kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi, a pani Kopacz, która przejęła funkcję premiera i szefa partii raptem pół roku wcześniej, miała mało czasu na rozbieg. Krótko mówiąc, PO nie była gotowa do kampanii parlamentarnej, a prezydent nie mógł obiecać w swojej kampanii czegoś, czego PO nie miała w programie wyborczym. Tymczasem programu nie było”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/311169908-Irena-Woycicka-Kuron-wiele-wycisnal-z-Balcerowicza.html&cid=44&template=restricted

— TOMASZ KRZYŻAK JAKO ANIOŁ POLAK O STOSUNKU NARODOWCÓW DO BOGA: “Rzecz kolejna. Były tu dwa wielkie święta. Przede wszystkim hucznie obchodzono rocznicę dnia, w którym ofiarowałeś im, Panie, niepodległość. To już wiek cały prawie upłynął od tamtego czasu! Tego dnia zorganizowali marsz. Wielki pochód, w którym deklarowali, że chcą Twojego Ojca. Ale dziwne są te ich drogi. Z jednej strony nie ukrywają, że nie lubią (celowo używam tego słowa, by nie ranić Twych uszu) obcych, o innym kolorze skóry, tych, co wierzą w inny sposób, a z drugiej mówią, że Ciebie miłują. Nie pojmuję tego. Widać nie muszę, lecz idzie to w ślepą uliczkę. Twoi pasterze dwoją się i troją, by to dobrze wyjaśniać, ale słabo im to wychodzi”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/311169918-Tomasz-Krzyzak-Niech-Jaroslaw-nie-choruje.html&template=restricted

— HANNA ZDANOWSKA PRZEZ POLITYKĘ ROZSTAŁA SIĘ Z UKOCHANYM – SE:“Zdanowska zasiadła na ławie oskarżonych wspólnie z Włodzimierzem G., z którym związała się w 1998 r. Dziś stanowią zgraną parę, ale w 2007 r. ich drogi rozeszły się w dramatycznych okolicznościach. – Zdobyłam mandat poselski, coraz rzadziej bywałam w domu, niemal cały czas spędzałam w stolicy – zeznawała przed sądem. – W końcu nadszedł taki moment, że zdecydowaliśmy się rozstać z Włodkiem”. http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/hanna-zdanowska-przez-polityke-rozstaam-sie-z-ukochanym_1028008.html

300polityka.pl

Za poparcie i władzę Kaczyński wziął przyszłość Polaków w zastaw. Ona go nie obchodzi, bo wtedy już go nie będzie. Rachunki za niego zapłacimy my i nasze dzieci.

Dramat Polski – niemożliwość przekonania ludzi, że dzisiejszy rozwój jest na kredyt, że bez reform gosp. stanie, emerytury będą głodowe, a potem będzie jak w Grecji- krach.

na opisuje na FB co myśli o bohaterach dzisiejszego wywiadu w (link na górze) dla 👍✌️

Byłam świadkiem aktów ekshibicjonizmu, przemocy fizycznej i psychicznej. Przyjęłam, że to część życia, tak jak to, że jemy, oddychamy i wydalamy. Dorosły człowiek z jakiegoś powodu jest zły, bywa potworem. Tych najgorszych trzeba się nauczyć omijać – opo…

Polecam zwłaszcza uzasadnienie: wojewoda potrzebuje zarezerwowanego terenu placu Piłsudskiego do wykonywania zadań w zakresie obronności i zapewnienia bezpieczeństwa w sytuacji zagrożenia.

Nic bardziej niedorzecznego dziś nie przeczytacie.

Ks. Boniecki znów ma zakaz wypowiedzi. Naraził się kazaniem na pogrzebie Piotra Szczęsnego

Morawiecki przedstawił zaskakującą wizję rozwoju. Czy uzgodnił ją wcześniej z Kaczyńskim?

Wicepremier nakreślił w Rzeszowie nową wizję rozwoju kraju. Wynika z niej jednak, że mamy podążać w odwrotnym kierunku niż przez dwa lata rządów PiS. „Konsumpcja na kredyt to błędny model rozwoju, który chcemy zmienić” – mówił Mateusz Morawiecki podczas zakończonego właśnie Kongresu 590.

Mówiąc o wyzwaniach dla gospodarki podczas zakończonego właśnie Kongresu 590 w stolicy Podkarpacia Mateusz Morawiecki znów uderzył w wysokie tony. „Konsumpcja na kredyt to jest błędny model rozwoju, który chcemy zmienić”, „Polska gospodarka potrzebuje więcej inwestycji wygenerowanych przez nasze oszczędności” – to główne tezy z jego przemówienia.

Czy uzgodnił je wcześniej z prezesem Jarosławem Kaczyńskim? Przecież oznacza to całkowity rozbrat z dotychczasową filozofią i praktyką rządów PiS. Opartą na pobudzaniu gospodarki wzmożoną konsumpcją obywateli, która od dłuższego czasu jest głównym, by nie rzec jedynym motorem jej wzrostu. A podstawowym paliwem dla tego motoru jest program 500 +, czyli 24 mld zł rocznie do kieszeni kilku milionów rodzin, które praktycznie w całości wydawane są na zakupy.

A czymże są te pieniądze jak nie kredytem? Tyle, że nie zaciąganym przez samych konsumentów lecz przez rząd, który spłatę tego długu przerzuca na wszystkich Polaków. Przecież żaden trzeźwo myślący ekonomista nie powie, że te dodatkowe miliardy są efektem wzrostu wydajności pracy w polskiej gospodarce.

Morawiecki chce teraz opierać rozwój na oszczędnościach? Tylko przyklasnąć. Problem w tym, że program 500+ czy podniesienie płacy minimalnej w żaden sposób nie zwiększają skłonności rodaków do oszczędzania. Obserwujemy wręcz odwrotny trend. Od zeszłego roku nasza stopa oszczędności (mierzona stosunkiem tychże do tzw. dochodu dyspozycyjnego gospodarstw domowych) wytraca dynamikę, co potwierdzają raporty NBP. Na koniec marca (świeższych danych jeszcze nie ma) stopa ta spadła do symbolicznego promila. A w przypadku oszczędności dobrowolnych (tych, które nie są np. obowiązkową składką na przyszłe emerytury) wyniosła minus 0,5 proc., co jest najgorszym wskaźnikiem od 2014 r. Należy więc rozumieć, że całą wiarę w ich wzrost Morawiecki pokłada w w swym nowym programie emerytalnym, z pracowniczymi programami kapitałowymi, obligującym zatrudnionych i pracodawców do nowych składek na swe emerytury.

Owszem, rosną oszczędności przedsiębiorstw. Tyle, że drzemią one na rachunkach w bankach, bo od początku rządów PiS firmy, nawet państwowe, nie palą się do inwestycji. No chyba, że za przełom w tym zakresie, po gwałtownej od końca 2015 r. zapaści, uznać ich drgnięcie w II kwartale bieżącego roku. O całe 0,8 proc.
Konia z rzędem więc temu kto odgadnie, na czym bazować ma ta zmiana modelu z rozwoju z konsumpcyjnego na inwestycyjny. Trzeba poczekać na kolejną odsłonę wizji ministra Morawieckiego.

http://www.newsweek.pl/opinie/mateusz-morawiecki-podczas-kongresu-590,artykuly,419170,1.html?src=HP_Section_2

„New York Times”: Polacy znowu płaczą za „czystą krwią”

Rzeczpospolita, 18.11.2017

© AFP

Na łamach amerykańskiego „New York Times” ukazał się tekst Jana Tomasza Grossa na temat Marszu Niepodległości w Warszawie. „Dziesiątki tysięcy ludzi przybyło do stolicy Polski. Uczestnicy marszu machali biało-czerwonymi flagami, wymachiwali pochodniami, nosili symbole „white power”. Trzymali transparenty „Śmierć wrogom ojczyzny”, krzyczeli „Sieg Heil” i „Ku Klux Klan!” – pisze autor.

Zdaniem Jana Tomasza Grossa Marsz Niepodległości pokazuje w jakim kierunku zmierza Polska. „Dziesiątki tysięcy ludzi – wielu młodych mężczyzn z krótkimi włosami, a także rodziny z dziećmi, przybyli do stolicy Polski, by świętować Dzień Niepodległości” – pisze historyk. Wymienił również, że współorganizatorami marszu były dwie organizacje neofaszystowskie.

„Uczestnicy marszu machali biało-czerwonymi flagami, wymachiwali pochodniami, nosili symbole „white power”. Trzymali transparenty „Śmierć wrogom ojczyzny”, krzyczeli „Sieg Heil” i „Ku Klux Klan!” – czytamy na stronie „New York Times”.

Gross przypomniał, że hasłem marszu było „My chcemy Boga” – słowa pieśni religijnej, które podczas wizyty w Warszawie zacytował prezydent USA Donald Trump.

Polsko-amerykański socjolog podkreślił również udział kilkunastu kobiet, które przeciwstawiły się uczestnikom marszu. „Kilkanaście niezwykle odważny kobiet zjawiło się na marszu. Rozwinęły transparent ‚Stop faszyzmowi’ i zostały natychmiast zaatakowane. Ich transparent został rozerwany na strzępy. Maszerujący przewrócili kobiety na ziemię, a inne zaczęli kopać” – relacjonuje autor.

Gross dodaje, że Andrzej Duda skrytykował hasła, które pojawiły się na marszu i zapowiedział, że w Polsce nie ma miejsca na „chory nacjonalizm”, ale z drugiej strony szef MSWiA Mariusz Błaszczak opisał wydarzenie jako „piękny widok”. „Dla osób, które śledzą polską politykę, słowa ministra nie są zaskoczeniem” – czytamy.

Dalej Gross pisze o zmianach, jakie nastąpiły w kraju po dojściu do władzy przez Prawo i Sprawiedliwość. Wymienia m.in.: łamanie konstytucji, demontowanie państwowych instytucji czy przejęcie kontroli nad telewizją publiczną. „Demontuje się demokratyczne ramy państwa, by usunąć ograniczenia osobistej władzy lidera partii Jarosława Kaczyńskiego, nazywanego ‚prezesem'” – pisze „New York Times”.

„Gdy w Warszawie demonstrujący tłum maszerował z pochodniami, Kaczyński mówił w Krakowie, że misją Polski jest ratowanie ‚chorej Europy” przed samą sobą. Neofaszyści odpowiedzieli jak na zawołanie hasłami ze swoich transparentów: ‚Czysta krew’ i ‚Biała Europa'” – kontynuuje.

„To, czego byliśmy świadkami na ulicach Warszawy, jest nie tylko zagrożeniem dla demokracji w Polsce, ale dla stabilności i dobrobytu Unii Europejskiej” – ostrzega Gross.

„Połowa z sześciu milionów żydowskich ofiar Holokaustu to Polacy. Dwa miliony Polaków zostało zabitych podczas niemieckiej okupacji. Ile ofiar jest potrzebnych, by przywódcy dowiedzieli się, że słowa i idee mogą zabić?” – kończy autor.

msn.pl

#KogoNieSłychać w Trójce. Jak prawica zdobyła Program Trzeci Polskiego Radia i straciła słuchaczy

18.11.2017,  Michał Gostkiewicz

Trójkowy krasnal, za nim logo Programu Trzeciego Polskiego Radia© fot. Wojciech Nekanda-Trepka/AG Trójkowy krasnal, za nim logo Programu Trzeciego Polskiego Radia

Rewolucja – według popularnego przysłowia – pożera własne dzieci. Rewolucja w Programie Trzecim PR pożarła samą Trójkę. Odchodzą dziennikarze, którzy budowali szczególną aurę tej rozgłośni.

Lista jest długa. Zamieszczona na liczącym ponad 75 tysięcy obserwatorów facebookowym forum „Ratujmy Trójkę”, cały czas rośnie. Na liście jest obecnie 30 osób. Tylko w ciągu ostatnich dni doszły cztery – Artur Andrus, Robert Kantereit, Wojciech Zimiński, a 14 listopada odszedł Artur Orzech, ujawniając maila od swojego szefa Wiktora Świetlika i mówiąc o „trudnej i ciężkiej atmosferze”.

Lista nazywa się #Kogoniesłychać i grupuje dziennikarzy, którzy zostali wyrzuceni lub odeszli z Programu III Polskiego Radia po tym, jak PiS wziął publiczne media pod swoją „opiekę”.

„(…) Nie tylko pogoda może wpływać na złe samopoczucie. Jak wynika z państwa listów, również smutno wam jest, że nasi koledzy Robert Kantereit i Artur Andrus zostali zmuszeni do podjęcia decyzji o odejściu z Trójki. I to też nie poprawia nam tutaj nastroju. W ogóle na Myśliwieckiej coraz smutniej”

– skomentował na antenie Wojciech Mann.© PAP

#KogoNieSłychać, czyli kogo straciła Trójka

Oto cała – na razie – lista:

1. Artur Andrus 2. Maja Borkowska 3. Anna Burzyńska 4. Bartek Chaciński 5. Beniamin Filip 6. Michał Gąsiorowski 7. Marcin Gutowski 8. Jacek Hawryluk 9. Magda Jethon 10. Robert Kantereit 11. Anna Krakowska 12. Damian Kwiek 13. Tomasz Ławnicki 14. Grażyna Mędrzycka-Gęsicka 15. Joanna Mielewczyk 16. Radosław Mróz 17. Michał Nogaś 18. Jerzy Owsiak 19. Antoni Piekut 20. Grzegorz Połatyński 21. Jerzy Sosnowski 22. Małgorzata Spór 23. Marek Starzyk 24. Monika Sułkowska 25. Marcin Zaborski 26. Wojciech Zimiński. 26. Artur Orzech. Radio pozbyło się też wieloletnich korespondentów zagranicznych. Pracę stracili: 1. Grzegorz Drymer – Londyn 2. Marek Lehnert – Rzym 3. Magdalena Skajewska – Bruksela 4. Wojciech Szymański – Berlin.

Odchodzili lub byli wyrzucani pojedynczo. Nie hurtem – bo wtedy to dopiero podniosłoby się – jak to zwolennicy obecnej władzy zwykli nazywać w sieci – „wycie oderwanej od koryta elity”. Zresztą tak wprost nazwał to przedostatni „ubytek” Programu Trzeciego – Wojciech Zimiński. „Dlaczego dla PiS ta inteligencka Trójka jest tak ważna?” – spytała Agnieszka Kublik.

„Rąbnięcie w tę elitę jest marzeniem nowej władzy”

– Przeczytałem rozmowę z Wojciechem Waglewskim, który powiedział, że zawsze mu się w Trójce podobała jej specyficzna elitarność. To było coś dobrego, coś, co gwarantowało jakość. I to jest odpowiedź na pani pytanie. Rąbnięcie w tę elitę jest marzeniem nowej władzy. Poświęca temu mnóstwo wysiłku i czasu

– skomentował w „Gazecie Wyborczej” Zimiński. „Dla władz Polskiego Radia jest wciąż kłopotliwa – zawsze była radiem elitarnym i niezależnym, w miarę możliwości” – dodał w wywiadzie dla magazynu Weekend.Gazeta.pl.

– Słuchacz Trójki to inteligent w średnim wieku, sam się też nieskromnie do tej grupy zaliczę. Ma on pewne oczekiwania wobec poziomu audycji, ich jakości. Siłą Trójki zawsze był też pewien rodzaj poczucia humoru, lekkości, czasem nawet dezynwoltury, ale mądrej. To stanowiło o jej wyjątkowości czy kultowości – jak kto woli

– mówił w rozmowie z nami aktor Zbigniew Zamachowski, tłumacząc, dlaczego wycofał dżingle ze swoim głosem z Programu Trzeciego.

Jak PiS robił rewolucję w Trójce

PiS wziął media publiczne 31 grudnia 2015 roku, po ekspresowej nowelizacji ustawy medialnej. Nowe władze radia i telewizji w każdej chwili może zmienić polityk – minister skarbu. I zmienia.

Zaledwie po ośmiu dniach prezesem Polskiego Radia zostaje Barbara Stanisławczyk. Autorka książki „Ostatni krzyk. Od Katynia do Smoleńska – historie dramatów i miłości”, w przeszłości związana m.in. z „Twoim Stylem” i „Tygodnikiem Solidarność”. Tego samego dnia z Trójką musi pożegnać się Magda Jethon, która szefowała radiu od sześciu lat. Prowadzącą „Twarzą w twarz”, „Polityk też człowiek” i „Pani Magdo, pani pierwszej to powiem” zastępuje Paulina Stolarek-Marat, fachowiec z Radia ZET, była szefowa informacji tego radia. Wytrzymuje miesiąc.

W ciągu tego miesiąca Polskim Radiem wstrząsa awantura, jaką prezes Stanisławczyk robi szefom Trójki i Jedynki za to, że jednego dnia była na ich antenach dwójka polityków Nowoczesnej – w Trójce akurat Ryszard Petru. Potem nowe porządki dotykają Marcina Zaborskiego. Pracujący na Myśliwieckiej 15 lat dziennikarz najpierw – rzekomo za „małe doświadczenie” i „nudne wywiady” – zostaje odsunięty od rozmów w „Salonie Politycznym Trójki” (traf chciał, że parę dni wcześniej kiepsko poradził sobie u niego rzecznik rządu Rafał Bochenek), a w lipcu odchodzi z rozgłośni.

Jeszcze w marcu do „Salonu” dokooptowany zostaje Paweł Lisicki, szef tygodnika „Do Rzeczy”. I jeszcze w tym samym miesiącu Paulina Stolarek-Marat rezygnuje. Twierdzi, że nie mogła forsować swoich pomysłów na radio. Zastępuje ją Szymon Sławiński, również mający za sobą pracę w „Zetce”, a także w TVN24 i BBC.

Pierwsza ofiara czystki

I to za jego kadencji z „Trójki” zostaje zwolniony Jerzy Sosnowski, postać pracująca tam – jak na standardy Myśliwieckiej – krótko, bo od 2000 roku. Ale o tym, kim był dla Trójki, świadczą jego obie funkcje – przewodniczącego związku zawodowego pracowników i szefa redakcji publicystyki.

Za co wyleciał? Oficjalną przyczyną miała być „utrata zaufania, krytyka pracodawcy i podważanie kompetencji przełożonych”. Sam Sosnowski podkreślał, że to „jednostronna decyzja władz Polskiego Radia”. Pozwał zresztą swojego byłego pracodawcę do sądu pracy – jak pisał na blogu – wygrał, nakazując Polskiemu Radiu zapłatę trzykrotności miesięcznej pensji wraz z odsetkami.

Trzy dni po wyrzuceniu Sosnowskiego słuchacze radia publikują petycję na Facebooku. Na stronie „Ratujmy Trójkę” żądają powrotu Sosnowskiego i Zaborskiego na antenę. Zbierają tysiące podpisów. 23 marca swój list otwarty publikują z kolei pracownicy radia. Ponad 80 – byłych i obecnych – podpisuje się pod słowami:

„Wszelkie próby upolityczniania czy upartyjniania działalności Programu Trzeciego są nie do przyjęcia, ponieważ media publiczne nie należą do partii politycznych ani do nas, dziennikarzy, tylko do Polaków, którzy je utrzymują”.

W odpowiedzi władza dwa dni później wybiera Trójce nowego szefa – katolickiego publicystę z gdańskiego Radia Plus, Adama Hlebowicza. I się zaczyna.

Desant z prawicy na Myśliwiecką

Do Trójki przychodzi prawicowy zaciąg m.in. z „Do Rzeczy” i Frondy. Na antenie – w różnych konfiguracjach – pojawiają się m.in.: Grzegorz Górny z kwartalnika Fronda i publicysta „Do Rzeczy”, wspomniany już redaktor naczelny tego ostatniego tygodnika Paweł Lisicki, Mateusz Matyszkowicz (Fronda Lux, TVP Kultura), Maciej Pawlicki (film „Smoleńsk”, talk-show Jana Pospieszalskiego „Warto Rozmawiać”), Piotr Semka („Do Rzeczy”) i Michał Karnowski („W Sieci”). Wymienieni zostają wszyscy kierownicy redakcji.

Dopytywany, dlaczego dokonywanie jakichkolwiek zmian w Trójce spotyka się tak silnymi emocjami, Hlebowicz odparowywał, że „być może jest to jakaś siła legendy, która utworzyła się w tej stacji, nadającej od 53 lat”, i że tę legendę”zbudowały bardzo silne osobowości radiowe, które od lat są tu obecne”. I zarzekał się, że nie widzi w Trójce większego upolitycznienia niż w poprzednich latach.

Tu chodzi o atmosferę. Aurę, która ciągnie się za Trójką. Co jakiś czas stały słuchacz czy słuchaczka mówią mi, że „to nie jest już ich radio”. Zdaję sobie sprawę, że takie reakcje mają coś z histerii. Ale gdybym miał wytłumaczyć osobie, która Trójki nie słuchała, co sprawiało, że słuchacze czuli z nią więź, to musze użyć słowa „inteligenckość”. Przede wszystkim w Trójce była muzyka „opowiedziana”. Można by, jak sądzę, zagrać w Trójce np. disco polo, natomiast zaraz po tym zrobić rozmowę o tym nurcie. To była siła Trójki – rozrywka i refleksja. Zamiast tej refleksji jest najazd propagandowy. Tam, gdzie pojawia się dziś w radiu słowo – szczególnie w radiu publicznym – to to słowo spełnia funkcję polityczną. Są dziennikarze, którzy wcześniej inaczej się zachowywali. Teraz nie „tykają” ważnego gościa. Nie przypierają go do muru

– mówi medioznawca, prof. Wiesław Godzic z SWPS.

Mijają miesiące, z Trójki odchodzą kolejne dwie gwiazdy – Jurek Owsiak, który wprost pisze, że ze zmianami w rozgłośni mu nie po drodze – oraz Michał Nogaś, który w radiu opowiadał o książkach i przeprowadzał wywiady z pisarzami. Potem wylatują szefowie związku zawodowego pracowników – Wojciech Dorosz, Paweł Sołtys i Marcin Majchrowski – którzy protestowali przeciw odsunięciu od prowadzenia programów informacyjnych serwisantek Małgorzaty Spór i Anny Zaleśnej.

Czym naraziły się obie panie? Rzekomo niewłaściwie przygotowanym serwisem z informacją dotyczącą protestów pod domem prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Artur Andrus, Wojciech Mann i Marek Niedźwiecki, którzy przynoszą prezes Stanisławczyk list protestacyjny podpisany przez 170 osób w obronie Dorosza, Sołtysa i Majchrowskiego, dostają w odpowiedzi ostre „nie”. Mann, ikona Trójki, pracujący na Myśliwieckiej od końca lat 60., ma ponoć usłyszeć od urzędującej od paru miesięcy pani prezes, że „zachowuje się, jakby to było jego radio” i że pracuje tu za długo. Mann dementuje natomiast, jakby dyrektor PR podważała jego kompetencje.

„Naprawdę łzy mi się cisną”, „smutek i złość”, „zabiliście mi radio”, „co wy wyprawiacie!” – komentują wściekli fani na profilu „Trójki” na Facebooku.

Rewolucja pożera własne dzieci

Ale nie mija nawet pół roku, a w Polskim Radiu nie ma już ani Hlebowicza, ani Stanisławczyk. Pani prezes… rezygnuje tuż po wygranym konkursie na prezesa, a na jej miejsce przychodzi doskonale znany z poprzedniej pisowskiej miotły w Polskim Radiu Jacek Sobala.

Kim jest? Był już dyrektorem „Trójki”, teraz został szefem całej publicznej rozgłośni radiowej. W głosowaniu w stworzonej przez PiS Radzie Mediów Narodowych dostał trzy głosy – od posłów PiS. Kto się ucieszył? Środowisko „Gazety Polskiej” – pisze „Gazeta Wyborcza”. I dodaje, że to próba wyrównania wpływów w mediach państwowych między grupami skupionymi wokół braci Karnowskich z jednej strony i Tomasza Sakiewicza z drugiej. Krąg związany z Gazetą Polską wspierał PiS w walce o władzę, ale pierwsze łupy w mediach dostał kto inny. „Dlatego teraz Kaczyński zdecydował, że i im się coś należy” – cytuje „GW” pragnącego zachować anonimowość posła PiS.

Karuzela stanowisk znów rusza. W maju 2017 ze stołkiem szefa Trójki żegna się Adam Hlebowicz. Zwolniony zostaje też jego zastępca – Szymon Sławiński. Na nowego prezesa Polskiego Radia władza namaszcza Wiktora Świetlika, współpracownika m.in. wPolityce.pl, „Sieci” i Radia Wnet. Przez parę miesięcy „porządek panuje na Myśliwieckiej”. Nie słychać o nowych zwolnieniach. Aż 2 listopada wybucha bomba.

Z radiem rozstać muszą się Robert Kantereit i Artur Andrus, którzy dostali wybór: albo TVN, albo Trójka. Dwa dni później – 4 listopada – solidarnie z nimi odchodzi Wojciech Zimiński, a dzień później dziennikarze prowadzący audycje sportowe – Michał Gąsiorowski i Monika Sułkowska. Zimiński i Gąsiorowski zastrzegają, że nie odchodzą w pustkę, mieli alternatywę. Ale już samo to, że wybierają owe alternatywy zamiast kultowej stacji, z którą byli kojarzeni, mówi wszystko o atmosferze w rozgłośni, Gąsiorowski nie ukrywa zresztą, że to jeden z powodów jego odejścia. To właśnie wtedy Wojciech Mann podsumowuje lapidarnie atmosferę w rozgłośni na antenie, mówiąc: „coraz smutniej na Myśliwieckiej”. Kilka dni potem wychodzi na jaw mail Wiktora Świetlika do Artura Orzecha. Oto jego fragment:

Bardzo proszę o nieobrażanie innych dziennikarzy Trójki, ani za pośrednictwem mediów społecznościowych, ani w innej formie. W przeciwnym razie, z przyczyn oczywistych, będziemy musieli zakończyć współpracę z Panem Redaktorem

Orzech prezenter audycji muzycznych – zapewnia, że nikogo nie obrażał. I po szesnastu latach odchodzi.

– Jak sądzę, fatalnie pracuje się w takiej atmosferze. Musi przyjść jakieś przesilenie. Albo władza się cofnie, albo trzeba całkowicie oddać Trójkę. Bo w takim stanie ona będzie traciła i traciła słuchaczy. Zawsze to było radio, które stosowało pewne figury retoryczne. Złośliwości, zatrzymanie przez Wojtka Manna głosu i spytanie „czyżby” – to wszystko były znaki zrozumiałe dla trójkowej publiczności. To było takie mruganie okiem. Ale tylko ta grupa to rozumiała. To było radio nie tylko inteligenckie, ale i wysoce inteligentne. Mogli je zrozumieć nie tylko inteligenci, ale po prostu ludzie inteligentni

– podkreśla prof. Godzic.

A do tego dochodzą liczby. Bardzo złe dla Trójki. Wielu fanów odeszło, a nowych nie przybyło. Udział słuchalności radiowej Trójki w grupie wiekowej 15-75 w sierpniu 2017 roku wyniósł 6,6 proc. Ten wynik i piąte miejsce w ogólnym rankingu stacji radiowych to gorszy rezultat niż w 2012 roku i najgorszy od wielu lat:

https://e.infogram.com

Jeżeli rządzący liczyli, że zdobędą dla siebie propagandową tubę, to się przeliczyli. Nie docenili fanów Trójki, wiernych inteligenckiemu etosowi stacji i uwielbianym prowadzącym. Patrząc na listę #kogoniesłychać, nie trzeba zadawać pytania „czy będą następni”. Trzeba zapytać „kto będzie następny”. A zaraz potem należałoby zadać pytanie: „po co?”

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz i redaktor magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz Gazeta.pl, „Dziennika” i „Newsweeka”. Stypendysta Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

weekend.gazeta.pl

Konstytucję lepiej zamilczeć

Jan Matejko
Polska należy do nielicznych państw, które mają dwa równorzędne święta narodowe.

W zamierzchłych czasach, kiedy pracowałem w dyplomacji (niesłusznej obecnie) III RP, było to przyczyną pewnych kłopotów zaostrzanych przez marny stan finansów ministerstwa, chociaż kierowały nim takie asy (dziś jeszcze bardziej niesłuszne!), jak Krzysztof Skubiszewski, Władysław Bartoszewski czy Bronisław Gieremek. Bo jak? Dwa przyjęcia? Dwa razy drukować zaproszenia?

W miarę upływu czasu Narodowe Święto Niepodległości wyszło na czoło. Nawet w schyłkowej komunie, kiedy 3 Maja było wciąż zakazane, to ukradkiem czczono 11 Listopada, choć – aby schować Piłsudskiego – eksponowano utworzenie krótkotrwałego rządu Ignacego Daszyńskiego. Święto to jest przecież militarne, pobrzękuje szablą, pachnie prochem, a nawet przelaną krwią, choć szerokim strumieniem miała popłynąć dopiero za rok z górą – w morderczej wojnie z bolszewikami. Uwodzi patriotyczną pozą, szykiem mundurów, skłania do obwieszania się narodowymi symbolami, wyrażania uczuć, wznoszenia okrzyków i defilowania w szyku zwartym, czego dowodem jest tłumny Marsz Niepodległości. Chociaż chłopcy, którzy wtedy poważyli się rozbrajać niemieckich i austriackich żołnierzy, byli umundurowani byle jak, a jeśli wyrażali jakieś uczucia, to najwyżej zaskoczenie własną nieokiełznaną odwagą. Ale o tym już nie wypada pamiętać.

Czym wobec takiej potęgi może zaimponować 3 Maja? Święto konstytucji, może i dobrze pomyślanej, ale nietrwałej, bo obowiązywała tylko 14 miesięcy i zakończyła się niesławną targowicą. Co więcej, ci, którzy byli za konstytucją, musieli uciec się do podstępu, bo stanowili mniejszość i swoje uchwalili dopiero wtedy, gdy większościowi przedstawiciele suwerena świętowali Wielkanoc w swych wiejskich rezydencjach. Doprawdy, czym się chwalić? Wprawdzie niepodległość odzyskana 11 listopada wystarczyła nam dłużej, bo na 20 lat, ale zaprowadziła na szosę zaleszczycką. Dziś jednak znowu ją mamy i świętujemy głośno a radośnie! A konstytucja? No cóż… Lepiej zamilczeć o tym, co się dziś z nią wyczynia.

Dlatego dla mnie 3 Maja jest ważniejsze niż 11 Listopada; znowu niesłusznie?

rp.pl

Muszyński: Nieudolni pogromcy Trybunału Konstytucyjnego

Mariusz Muszyński
Profesorom prawa wypada wiedzieć, w jakich sprawach orzeka Trybunał i że konstytucja nie daje mu prawa do kontroli prezydenckiego aktu powołania I prezesa SN – pisze wiceprezes TK.

Kilka dni temu na stronie internetowej „Rzeczpospolitej” ukazał się artykuł pt. „Trybunał Konstytucyjny okiem adwokatów: konkurencja dla Ucha Prezesa”, którego autorami są dwaj profesorowie prawa i adwokaci: Maciej Gutowski i Piotr Kardas. Obaj panowie pełnią także funkcje dziekańskie w Radzie Adwokackiej i od wielu miesięcy budują sobie medialny wizerunek „pogromców Trybunału Konstytucyjnego”, wytykając rzekome grzechy tej instytucji.

We wspomnianym artykule przedmiotem „krytyki” jest wyrok w sprawie K 1/17 i sprawie K 3/17, a tekst wręcz roi się od zarzutów kierowanych w stronę Trybunału. Autorzy podnoszą m.in. naruszanie przez TK fundamentów prawa w postaci łamania zasady, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, czy brak podstawowej wiedzy prawniczej i sugerują ironicznie, by skład orzekający przeczytał coś więcej niż „Wstęp do prawoznawstwa”. Problem w tym, że to nie działanie Trybunału, ale publicystyka obu profesorów jest wręcz wzorcowym przykładem braku wiedzy i rzetelności, czego konsekwencją jest seria błędów, jakich osoby posiadające tytuł naukowy i wykonujące zawód adwokata powinny się wstydzić.

NIE DOCZYTALI, A KRYTYKUJĄ…

I tak po pierwsze, dwaj profesorowie tak się śpieszyli, by uderzyć w Trybunał, że nie tylko nie raczyli sprawdzić, jak wygląda procedura powołania I prezesa Sądu Najwyższego, ale nawet nie przeczytali krytykowanych wyroków. Z lektury konstytucji lub uzasadnienia orzeczenia TK dowiedzieliby się, że na podstawie regulaminu Sądu Najwyższego nie dokonuje się „wyboru I prezesa”, a prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie odbiera od wybranej tak osoby ślubowania. Uznany przez Trybunał za niezgodny z konstytucją regulamin wyboru kandydatów na stanowisko I prezesa Sądu Najwyższego zawierał jedynie przepisy dotyczące wyłaniania kandydatów na ten urząd.

Podstawą powołania I prezesa SN jest natomiast bezpośrednio konstytucja. Jej art. 183 ust. 3 stanowi, że „Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej na sześcioletnią kadencję spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego”.

I z tej prostej przyczyny, przywołane przez autorów tekstu „dotknięcie protokołu ślubowania pierwszej prezes SN »zaczarowanym ołówkiem« prezydenta” rzeczywiście nie mogło uzdrowić „wyboru”, bo takiego ślubowania nie było. Było za to wręczenie aktu powołania i jego publikacja w Monitorze Polskim.

Po drugie, obaj panowie nie znają zakresu konstytucyjnych kompetencji Trybunału. Uprzejmie więc ich informuję, że Trybunał dokonuje hierarchicznej kontroli prawa. Orzeka m.in. o zgodności ustaw z konstytucją lub o zgodności przepisów prawa wydawanych przez centralne organy państwowe (np. regulaminów organów państwowych) z konstytucją, ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi i ustawami. Nie jest natomiast uprawniony do oceny konstytucyjności stanów faktycznych.

W rozpoznawanych przez Trybunał sprawach, na które powołują się autorzy tekstu, wszystkie zarzuty odnosiły się do przepisów aktów prawnych. Nie zostały zakwestionowane stany faktyczne związane z konkretnie wskazanymi sędziami, gdyż to nie mieści się w kompetencjach Trybunału.

Z drugiej strony, jeśli panowie profesorowie usiłują powiązać część składu, w tym moją osobę, z faktem, że nasz stan faktyczny mógłby również pasować do dyspozycji zakwestionowanych norm, dokonują zwykłej manipulacji. Przyjęcie tak pokrętnej logiki skutkowałoby tym, że z orzekania o ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych musieliby się zawsze wyłączyć sędziowie posiadający mieszkania spółdzielcze, a w sprawach praw jazdy sędziowie posiadający uprawnienia do kierowania pojazdami itp. W przypadku znacznej części przepisów ustaw trybunalskich z ich oceniania musieliby być wyłączeni wszyscy sędziowie. Bo który z sędziów mógłby np. ocenić przepisy o postępowaniu dyscyplinarnym? Każdy jest przecież ich potencjalnym adresatem.

Na marginesie tylko dodam, że rzecznik praw obywatelskich złożył wniosek o wyłączenie mojej osoby, używając właśnie pokrętnych argumentów przywołanych przez profesorów, a powołany stosowny skład TK odmówił wyłączenia.

…I WPROWADZAJĄ W BŁĄD

Kolejną „odkrywczą” uwagą, pokazującą rzeczywisty poziom wiedzy autorów o przedmiocie przygotowanego tekstu, jest przywołanie art. 193 konstytucji. Mecenasi z tytułem profesorskim uznają go za podstawę wyboru sędziów TK. Niestety, jest to przepis dotyczący pytania prawnego. Pozwolę sobie zacytować jego treść: „Każdy sąd może przedstawić Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie prawne co do zgodności aktu normatywnego z Konstytucją, ratyfikowanymi umowami międzynarodowymi lub ustawą, jeżeli od odpowiedzi na pytanie prawne zależy rozstrzygnięcie sprawy toczącej się przed sądem”. Obaj panowie zarzucają też Trybunałowi, że orzekł, iż prowadzenie działalności gospodarczej przez małżonka sędziego Trybunału stanowi zgodną z konstytucją podstawę do usunięcia takiego sędziego. Uprzejmie więc ich informuję, że w obydwu krytykowanych wyrokach nic na ten temat nie ma, bo problem ten nie był przedmiotem wniosku rzecznika praw obywatelskich (K 1/17) ani grupy posłów (K 3/17).

Panowie Gutowski i Kardas sugerują także, że „nie przeszkadza Trybunałowi pozbawienie obywatela kontroli konstytucyjnej nieobowiązującej już ustawy, choć na tej podstawie sąd ma orzekać w jego sprawie”. I znów wprowadzają czytelników w błąd. Obywatel mógł i nadal może zainicjować postępowanie w sprawie nieobowiązującej już ustawy, jeśli jest to konieczne dla ochrony jego konstytucyjnych wolności i praw. Kontrola taka jest możliwa w trybie skargi konstytucyjnej, o czym wyraźnie mówi art. 59 ust. 3 ustawy o organizacji i trybie postępowania przed TK. Panom profesorom skarga pomyliła się z wnioskiem konstytucyjnym, do złożenia którego obywatel nie posiada uprawnień.

I na zakończenie jeszcze jedna ciekawostka. Autorzy dokonują porównania dwóch prerogatyw prezydenta RP: instytucji powoływania sędziego na stanowisko I prezesa SN z prezydenckim uprawnieniem do podpisywania ustaw. W ten sposób kolejny raz chcą pokazać marność Trybunału. Schemat chwytu jest prosty. Skoro podpisanie przez prezydenta „zaczarowanym ołówkiem” uchwalonej ustawy nie wyłącza możliwości kontroli jej konstytucyjności przez Trybunał, to dlaczego TK orzekł o braku takiej możliwości wobec aktu powołania I prezesa SN?

Niestety, tym fragmentem ponownie potwierdzają brak wiedzy potrzebnej do analizy problemu. Przede wszystkim nie doczytali, że powołanie I prezesa SN nie było wcale przedmiotem kontroli w krytykowanej sprawie. Lektura wniosku lub sentencji pokazałaby im, że Trybunał oceniał jedynie normy ustawy o Sądzie Najwyższym i wydany na jej podstawie regulamin wyboru kandydatów na stanowisko I prezesa Sądu Najwyższego, a wnioskodawcy chcieli w bonusie aplikacyjnym tylko ewentualnego skasowania aktów wydanych na podstawie norm uznanych za niekonstytucyjne. A żaden z tych aktów nie był aktem powołania I prezesa SN, gdyż to prezydent RP dokonuje tego bezpośrednio na podstawie konstytucji w formie postanowienia.

ZASŁONA MILCZENIA

Faktem jest natomiast, że w uzasadnieniu do wyroku w sprawie K 3/17 skład orzekający w jednym z wątków wyraźnie zaznaczył, że każda konstytucyjna prerogatywa prezydenta może być kontrolowana, jeśli konstytucja taką możliwość przewiduje. Ale profesorom prawa i adwokatom wypada wiedzieć, że Trybunał orzeka w sprawach zgodności ustaw z konstytucją, bo uprawnienie to daje mu art. 188 pkt 1 konstytucji. I to z mocy tego artykułu podpisanie ustawy przez prezydenta, mimo że jest wykonaniem prerogatywy, nie działa jak przywołany przez nich „zaczarowany ołówek”, immunizując ustawę przed potencjalną kontrolą. Z kolei uprawnienia do kontroli prezydenckiego aktu powołania I prezesa SN konstytucja nigdzie nie tworzy. Dlatego zdaniem Trybunału nie jest to możliwe.

I w tym miejscu należy chyba spuścić zasłonę milczenia. Jeśli panowie Gutowski i Kardas przygotowują pisma procesowe tej samej jakości co opisany przeze mnie artykuł ich autorstwa, to ich klienci nie powinni czuć się bezpiecznie.

– Autor jest wiceprezesem Trybunału Konstytucyjnego, profesorem na Wydziale Prawa i Administracji UKSW

rp.pl

Morawiecki robi zakupy za grosze. Czy to zapowiedź programu „Zakupy Plus”?

Sok słynnej marki za pięćdziesiąt groszy, napój energetyczny za złotówkę, a inne produkty niewiele droższe. Podczas zakupów Mateusza Morawieckiego uwagę internautów przyciągnęły ceny.

Mateusz Morawiecki

Twitter

Mateusz Morawiecki

Do udanej wizyty gospodarskiej potrzebne są: wysoko postawiony dygnitarz, miejsce, w którym można się sfotografować, i entuzjastyczne media. Wszystkie te elementy posiada „zaskakująca” sesja zdjęciowa, którą dał sobie zrobić wicepremier Morawiecki, „przyłapany” przez dziennikarzy na zakupach w sklepie Lewiatan.

Oczywiście nie jest to zwykły sklep, a specjalnie otwarta placówka polskiego sklepu, pełnego polskich produktów na superpolskim Kongresie 590 w Jesionce pod Rzeszowem. Sam kongres to jedna z większych imprez ekonomicznych w bieżącym roku, jego nazwa wzięła się od prefiksu kodu kreskowego, którym oznacza się towary wyprodukowane przez polskie firmy.

Mateusz Morawiecki patrzy na rzeczy

No dobrze, nie ma sensu nabijać się z tego, że polski minister kupuje polskie produkty. Patriotyzm gospodarczy powinien być ważny dla wszystkich, niezależnie od tego, która opcja polityczna sprawuje aktualnie władzę. Naprawdę zastanawiają jednak ceny produktów, które wicepremier wkładał do koszyka. Trudno powiedzieć, czy tak nieprawdopodobnie niskie ceny to miły gest sklepu wobec swoich „wyjątkowych” gości (stoisko promocyjne zaokrągla ceny, żeby ułatwić wydawanie reszty) czy zaklinanie rzeczywistości na potrzeby sesji zdjęciowej.

W obu wypadkach rodzące się skojarzenia nie są dla wicepremiera Morawieckiego najlepsze. Zarówno sklepy dla „wybranych”, jak i wizyty gospodarskie mają w Polsce długą tradycję. Te pierwsze kojarzą się z zaraniem PRL i „sklepami z żółtymi firankami”, czyli konsumami. Były to miejsca, w których urzędnicy lub wojskowi mogli nabyć produkty niedostępne dla zwykłych śmiertelników. „Konsumy” nie posiadały szyldów, a lokowane były w najmniej oczywistych miejscach (np. na terenie jednostki wojskowej). Zlikwidowano je po odwilży w 1956 roku.

Z kolei wizyty gospodarskie kojarzą się z latami 70. i epoką Edwarda Gierka. Gierek, chcąc zapewnić Polsce względny, ufundowany na zagranicznych kredytach dobrobyt, notorycznie jeździł po kraju, sprawdzając, czy wszystko jest sprawnie budowane. Z tego okresu pochodzą też anegdoty o malowaniu, wypalonej przez słońce zielonej trawy albo o paleniu opon w piecach zakładowych, tak żeby z kominów leciał porządny czarny dym. Wizyty gospodarskie to nie tylko polska specyfika – zdjęcia dygnitarzy uważnie oglądających absolutnie wszystko, od bochenka chleba począwszy, na głowicy nuklearnej skończywszy, śmieszą na całym świecie.

Przykładem są strony z serii „looking at things” (patrzy na rzeczy), zbierające zdjęcia polityków przyglądających się wszystkiemu. Patrzą więc Donald Trump, Władimir Putin i Milos Zeman, ale absolutnym liderem w nieformalnym wyścigu wizytacji jest Kim Dzong Un. Koreański dyktator, owładnięty manią sprawdzania, wizytuje manufaktury damskich butów, kutry rybackie, sklepy, bary, plantacje pomidorów, solaria i łazienki. Wchodzi wszędzie, gdzie można wejść, i cieszy się przy tym jak dziecko. Spis miejsc odwiedzanych przez Kima mógłby być dobrą podpowiedzią dla polityków gotowych rzucić wygodny warszawski gabinet i ruszyć w Polskę, oddając się bez reszty oglądaniu, dotykaniu, wąchaniu i sprawdzaniu.

Panie ministrze, w Polsce jest drogo

Wizyty tu i tam wiążą się też z ryzykiem. Absurdalnie niskie ceny ze sklepu Mateusza Morawieckiego przypominają sytuację z 1992 roku, kiedy walczący o drugą kadencję w białym domu George W.H. Bush brutalnie zderzył się z prawdziwym życiem. Podczas wizyty w supermarkecie okazało się, że 41. prezydent Stanów Zjednoczonych nigdy w życiu nie widział kasy wyposażonej w taśmę przesuwną, a ten incydent poważnie przybliżył go do porażki z Billem Clintonem.

Na kilku zdjęciach, które wicepremierowi Morawieckiemu wykonała, jak zwykle czujna w takich sytuacjach, „Gazeta Polska”, widać wyłącznie niektóre produkty. Nie wiemy więc, ile kosztowały tam, niezwykle ważne dla polskich stołów, masło i jajka, których ceny nieustannie rosną. Ba, według danych GUS ceny żywności w Polsce w bieżącym roku wzrosły o 6 proc. Podwyżki cen najmocniej odczuli emeryci, renciści i osoby najmniej zarabiające, a więc według badań wyborcy Prawa i Sprawiedliwości. Czy wicepremier Mateusz Morawiecki mógłby im zagwarantować takie sklepy jak ten, w którym robił zakupy?

polityka.pl

Dlaczego prezydent nie zażąda dymisji Antoniego Macierewicza?

Najostrzejsza do tej pory wypowiedź Andrzeja Dudy o Antonim Macierewiczu padła może przypadkiem, ale obrazuje poziom emocji, które blokują porozumienie. To sygnał, że spór przeciąć może tylko dymisja ministra.

Antoni Macierewicz

MON/Flickr CC by 2.0

Antoni Macierewicz

„Ubeckie metody” – taki epitet musiał Macierewicza zaboleć. Prezydent rzucił go „w tłum”, dając upust swemu zdenerwowaniu. Na filmie z 11 listopada widać jednak, że to wypowiedź przemyślana – może w kilka sekund, ale jednak. Andrzej Duda pytany, „co z panem Antonim, czy dogadacie się jakoś?”, odpowiada najpierw ogólnikowo, że minister obrony „musi sobie pewne rzeczy przemyśleć”, i idzie dalej. Ale po chwili wraca i dodaje: „Jak będzie wobec uczciwych oficerów stosował takie ubeckie metody, jakie Platforma stosowała wobec niego, to będzie kiepsko”. Ta najostrzejsza do tej pory wypowiedź prezydenta o Antonim Macierewiczu pada więc jak gdyby przypadkiem, ale mogła być wcześniej przygotowana – tak na wszelki wypadek, jeśli doszłoby do zaostrzenia konfliktu.

Kiedy wczoraj film pojawił się w sieci – najpierw na prywatnych kontach, później rozpowszechniony przez media – pierwsze pojawiły się podejrzenia o manipulację. Bo dla wielu uczestników internetowych debat po prawej stronie było nie do pomyślenia, by prezydent mógł rzeczywiście wypowiedzieć takie słowa o Antonim Macierewiczu. „Skandaliczne słowa prezydenta” – grzmiała Niezależna.pl, domagając się od głowy państwa przeprosin. Szokiem dla prawicy musiało być jednak dopiero, gdy sam je potwierdził. „Po prostu powiedziałem, co myślę w tej sytuacji, kiedy tamto pytanie padło” – powiedział Andrzej Duda w TVP Info, kiedy wszyscy od kilku godzin mieli już świadomość, że to żaden fejk.

„Nie będę ukrywał, o jaką sprawę chodziło… Chodziło o gen. Kraszewskiego i odebranie mu dostępu do informacji niejawnych. Jest on moim bliskim współpracownikiem w BBN i nie jest tajemnicą, że miał krytyczny stosunek do całego szeregu zadań, jakie prowadził i prowadzi resort obrony. Niezbędnym do wykonywania zadań jest dostęp do informacji niejawnych, który generał przecież miał… Był wielokrotnie weryfikowany” – mówił dalej Andrzej Duda. Oskarżył wręcz MON o blokowanie jego konstytucyjnych uprawnień: „Mnie próbuje się utrudnić wykonywanie konstytucyjnej funkcji, jaką jest sprawowanie zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi. (…) To, że mojego ważnego współpracownika pozbawia się możliwości współpracy ze mną mną, to jest coś, z czym ja się pogodzić nie mogę” – tłumaczył, choć bardziej zabrzmiało to jak skarga skierowana do lidera obozu władzy, jedynej zdaje się osoby, która mogłaby skłonić Macierewicza do ustępstw – Jarosława Kaczyńskiego.

Między Dudą i Macierewiczem iskrzy od dawna

Ten jednak zachowuje wyniosłe milczenie w sporze, który w sposób oczywisty dotyczy już wyłącznie personaliów, a nie żadnego systemu kierowania i dowodzenia armią. Być może wręcz kwestie struktury dowodzenia stały się tylko wygodnym pretekstem, by położyć na stole kwestię dymisji Antoniego Macierewicza. Bo ewidentnie teraz zeszły na plan dalszy – a ludzie prezydenta coraz mniej się hamują z oskarżeniami wobec MON. „Pan prezydent po prostu powiedział prawdę. (…) Te metody są złe, to jest napiętnowanie tych metod” – mówił Andrzej Dera jeszcze przed wywiadem prezydenta.

Kilka tygodni temu zwolniony z BBN pułkownik Czesław Juźwik zarzucał MON „prowadzenie inwigilacji” otoczenia prezydenta. Widać więc, że ewolucja poglądów Pałacu w kierunku „ubeckich metod” Macierewicza trwała od dłuższego czasu, aż wreszcie prezydent uznał, że czas to wypowiedzieć.

Każda kolejna odsłona tego kryzysu każe pytać – gdzie jest dno? Tak opisuje to sam prezydent: „Ja się nigdy nie spodziewałem, rozpoczynając współpracę z ministrem Macierewiczem na linii MON – Pałac Prezydencki, że taka sytuacja będzie miała miejsce, że można w ten sposób traktować moich współpracowników. Dla mnie to jest sytuacja dramatyczna, ale nie pogodzę się z tym i nie ustąpię jako prezydent, bo uważam, że zastosowano metody, z którymi uczciwy człowiek nie może się absolutnie pogodzić”. Problem w tym, że jeśli nie ustąpi minister, ten klincz może trwać jeszcze długo, nawet do końca kadencji.

Andrzej Duda czeka na ruch Jarosława Kaczyńskiego

Akurat w czasie gdy Andrzej Duda wyjaśniał w telewizji, co miał na myśli, w jednym z departamentów MON obszernie wyjaśniano zainteresowanym dziennikarzom, jak z perspektywy resortu wygląda spór o model dowodzenia. Ale nikt nie umiał powiedzieć, czy, jak i kiedy się zakończy. Trwa wymiana korespondencji, ale o umówieniu bezpośrednich spotkań na razie nie ma mowy. Pytania o możliwość porozumienia zawisły w próżni, bo ewidentnie nie ma do tego woli – teraz chyba bardziej po stronie BBN, które najwyraźniej czeka, aż gen. Kraszewski zostanie oczyszczony z podejrzeń.

Polacy mają prawo być znużeni i wściekli tą przedłużającą się wojenką. Mają prawo pytać, gdzie ich polityczni liderzy mają bezpieczeństwo państwa, skoro w chwili rzekomego podwyższonego zagrożenia – o którym tak chętnie mówią – nie potrafią się dogadać. Mają prawo się dziwić, dlaczego nie interweniuje „szef wszystkich szefów”, prezes PiS Jarosław Kaczyński, skoro widać, że premier abdykowała od rozwiązywania tych problemów. Mogą się jedynie domyślać, co tkwi za tą bezczynnością – czy to obawa o rebelię radykałów pod wodzą Macierewicza, czy rzekomo posiadane przez niego „wrażliwe” informacje, czy też doraźna kalkulacja polityczna, w której trwający spór to użyteczne narzędzie wywierania presji zarówno na „krnąbrnego” prezydenta, jak i rozpychającego się politycznie ministra.

Co można powiedzieć po „ubeckich metodach”, by wywrzeć jeszcze silniejszą presję? Chyba tylko wprost zażądać dymisji Antoniego Macierewicza. Ale Andrzej Duda pewnie ocenia, że na taki ruch nie może sobie pozwolić – stanąłby bowiem w zbyt otwartym konflikcie z poważną częścią PiS, być może i własnego elektoratu. A wtedy jego szanse na drugą kadencję raptownie by spadły. Wszystko, na co może teraz liczyć prezydent, to łaska Jarosława Kaczyńskiego, który może właśnie teraz – przeciągając rekonstrukcję – kalkuluje, co mu się bardziej opłaca…

polityka.pl

Plac Piłsudskiego „terenem zamkniętym”. MSWiA: nie zostanie ogrodzony

17.11.,2017
Mariusz Błaszczak wydał zarządzenie, w którym informuje, że Plac Piłsudskiego jest terenem zamkniętym ze względu na obronność i bezpieczeństwo państwa. „Gazeta Wyborcza” sugeruje, że może to być kolejny krok PiS, aby ustawić w tym miejscu pomniki smoleńskie. MSWiA w oświadczeniu, które otrzymał Onet informuje, że plac nie zostanie ogrodzony.
Plac PiłsudskiegoFoto: Piotr Halicki / Onet
Plac Piłsudskiego

W rozporządzeniu Ministra Obrony Narodowej z2003 roku możemy przeczytać, że tereny zamknięte to specyficzne grunty. Taki status mają m.in. poligony i lotniska wojskowe, porty Marynarki Wojennej, magazyny amunicji i „stanowiska kierowania państwem i stanowiska dowodzenia Siłami Zbrojnymi Rzeczypospolitej Polskiej w stanie zagrożenia bezpieczeństwa państwa i wojny”. Na takim terenie pozwolenia na budowę wydaje wojewoda, a nie władze gminy.

Status terenu zamkniętego zyskał właśnie Plac Piłsudskiego przed Grobem Nieznanego Żołnierza. „Przez tereny zamknięte rozumie się tereny o charakterze zastrzeżonym, ze względu na obronność i bezpieczeństwo państwa (…) Utworzenie terenu zamkniętego pozwoli na sprawne i profesjonalne wykonywanie zadań wojewody, (…) zapewni szybkie działanie w sytuacjach zagrożenia, poprzez niezwłoczne podejmowanie wszelkich decyzji związanych z wykorzystaniem niniejszego obszaru” – czytamy w uzasadnieniu decyzji.

Przypomnijmy, że kilkanaście dni temu minister infrastruktury Andrzej Adamczyk przekazał zarządzanie placem wojewodzie mazowieckiemu Zdzisławowi Sipierze.

MSWiA: Plac Piłsudskiego będzie dostępny dla mieszkańców

MSWiA wysłało oświadczenie, które dotarło do Onetu. Zapewnia w nim, że plac będzie dostępny dla mieszkańców. Publikujemy go w całości poniżej:

 

onet.pl

Chwila szczerości Andrzeja Dudy. Kolejna odsłona konfliktu prezydent – MON

To najnowszy, choć nie pierwszy epizod wojny o przywództwo nad polską armią, która toczy się od marca 2017 roku. – Nie mogę uwierzyć, że można w ten sposób traktować moich współpracowników. Nie pogodzę się z tym – powiedział Duda dziś w TVP. Na nagraniu z 11 listopada, które pojawiło się w sieci, zarzucił Macierewiczowi stosowanie „ubeckich metod” w stosunku do oficerów. Politycy PiS starają się bagatelizować słowa prezydenta, ale konflikt Dudy z Macierewiczem tylko nabiera tempa.

„Kilkanaście sekund szczerości prezydenta Andrzeja Dudy na temat relacji z ministrem obrony narodowej” – tak zatytułowany filmik pojawił się wczoraj wieczorem w internecie. – Jeśli będzie wobec uczciwych oficerów stosować takie ubeckie metody jak Platforma stosowała wobec niego, to będzie kiepsko – powiedział na nim prezydent, pytany o konflikt z szefem MON. Chodzi o odebranie prawa dostępu do informacji niejawnych przez MON bliskiemu współpracownikowi prezydenta gen. Jarosławowi Kraszewskiemu, który z ramienia podległego prezydentowi BBN kontroluje prace MON. W 2010 roku PO w podobny sposób próbowała odebrać te uprawnienia Antoniemu Macierewiczowi.

onet.pl

Ubeckie metody Macierewicza staną się na długie lata jego znakiem rozpoznawczym. Zasłużenie.

%d blogerów lubi to: