Opinię o TVN wydała wykładowczyni z uczelni Rydzyka. Publikuje m.in. w miesięczniku „Egzorcysta”

WB, 11.12.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114883,22768857,video.html?embed=0&autoplay=1
Krytyczną opinię, na podstawie której KRRiT nałożyła 1,5 mln zł kary na TVN, sporządziła Hanna Karp. Jest ona związana z imperium medialnym Rydzyka i zdaje się pałać do TVN szczególną niechęcią.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na TVN aż 1,5 mln złotych kary. Za co? Za relacjonowanie wydarzeń w Sejmie i protestów na Wiejskiej w grudniu ubiegłego roku. Stacja miała w ten sposób naruszyć art. 18 ustęp 1 i 3 ustawy o radiofonii i telewizji poprzez propagowanie działań sprzecznych z prawem, polską racją stanu, moralnością i dobrem społecznym oraz sprzyjanie zachowaniom zagrażającym zdrowiu lub bezpieczeństwu. CZYTAJ WIĘCEJ >>>

embed

TVN uważa, że oskarżenia KRRiT opierają się na „skrajnie nieobiektywnym i niestarannym raporcie sporządzonym na zlecenie Rady przez osobę związaną z Telewizją Trwam i Wyższą Szkołą Kultury Medialnej w Toruniu”.

ZOBACZ TEŻ: „Skrajnie nieobiektywny raport”, autor związany z TV Trwam. Odpowiedź TVN24 na 1,5 mln zł kary

Członek zarządu TVN Adam Pieczyński poinformował w rozmowie z OKO.press, że decyzja została wydana na podstawie ekspertyzy Hanny Karp, wykładowczyni Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej z imperium Tadeusza Rydzyka.

Media komercyjne według Hanny Karp

Karp w prawicowych mediach najczęściej występuje jako „medioznawca”, bez uściślenia, jakie środowisko reprezentuje. Jednak z jej wypowiedzi wyraźnie przebija niechęć do mediów komercyjnych, a szczególnie stacji TVN, którą nazywa „skrajnie antyrządową”. W jednym z licznych wywiadów dla serwisu wPolityce.pl mówiła więcej o relacjonowaniu kryzysu sejmowego:

Media komercyjne także i podczas tych wydarzeń kreowały wygodną jedynie dla siebie narrację, gdyż przez wiele lat – od początku przemian zresztą – jak teraz już wiemy, wcale nie kierowały się dobrem publicznym, ale jedynie sobie znanymi interesami. Dodatkowo są splątane na różne sposoby z obozem rządowym premiera Donalda Tuska, oraz z lewicowymi politycznymi ośrodkami bliskimi kręgom unijnym

Karp stwierdziła również, że „media wrogie rządowi Beaty Szydło postanowiły same rozegrać potyczkę z obecnym rządem”, a co za tym idzie „stały się wprost otwartą wielką stroną konfliktu”. „Ich przekaz przybrał charakter nowoczesnej wojny informacyjnej, przechodzącej w pełzający medialny pucz – jak na razie nieudany” – oceniała wykładowczyni uczelni Rydzyka.

Publikacje w miesięczniku „Egzorcysta”

Na stronie toruńskiej uczelni czytamy, że Hanna Karp wykłada też religiologię. Tę część jej zainteresowań widać w publikacjach na łamach miesięcznika „Egzorcysta”. Na stronie internetowej znalazły się jej artykuły o tantrze, kabale i New Age.

Medioznawczyni jest stałym gościem Radia Maryja i Telewizji Trwam. Po zwycięstwie PiS w wyborach mówiła w telewizji Rydzyka, że nadszedł czas na „budowanie nowego ładu w różnych dziedzinach gospodarki, ekonomii, ale także mediów”. – Być może to dobry moment, aby zacząć budowę mediów od podstaw – dodała.

Przed rokiem była prelegentką konferencji smoleńskiej. Jej wykład nosił tytuł: „Religia smoleńska” w dyskursie polskojęzycznej prasy mainstreamowej. W trakcie wykładu pokazywała zebranym okładki tygodnika „Newsweek”.

gazeta.pl

Sabotaż w obozie dobrej zmiany? Plany Morawieckiego spaliły na panewce

Jeśli prawdą jest, że plan Jarosława Kaczyńskiego zakładał desygnowanie Mateusza Morawieckiego na stanowisko Prezesa Rady Ministrów przede wszystkim po to, by poprawić wizerunek Polski na arenie międzynarodowej, to wydarzenia dzisiejszego popołudnia całkowicie ten plan przekreślają. Tym bardziej biorąc pod uwagę, że jak już wiemy, rekonstrukcja rządu w gruncie rzeczy objęła wyłącznie Beatę Szydło, która została zdegradowana do roli wicepremiera od wszystkiego a więc i od niczego. W tym samym czasie, gdy uwaga niemal wszystkich mediów skupiona była na wydarzeniach z Pałacu Prezydenckiego, Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji odpaliła prawdziwą bombę, która zwiastuje ostateczne wprowadzenie węgierskiego scenariusza w polskiej rzeczywistości.

Organ ten, całkowicie ubezwłasnowolniony dziś na rzecz partyjnej Rady Mediów Narodowych postanowił najwyraźniej wrzucić poważną kłodę pod nogi nowego premiera, na dzień dobry fundując mu międzynarodową awanturę na polu wolności mediów. Okazało się bowiem, że KRRiTv postanowiła nałożyć 1,5 mln kary na TVN 24 za rzekome łamanie ustawy o radiofonii i telewizji poprzez „propagowanie działań sprzecznych z prawem i sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu”. Sprawa dotyczy relacjonowania wydarzeń z grudnia zeszłego roku, kiedy to amerykańska stacja transmitowała wydarzenia z polskiego Sejmu, gdy partie opozycyjne blokowały salę plenarną Sejmu poprzez okupowanie mównicy. Okazuje się, że zdaniem KRRiTv jedyną właściwą interpretacją tych działań było nazywanie tych wydarzeń „próbą puczu”, jaką propagowała telewizja publiczna. Sprawę na swoim profilu na Facebook’u skomentował już Bartosz Węglarczyk, wieloletni pracownik tej stacji a obecnie dyrektor programowy portalu Onet.pl. Zwrócił on uwagę, że takie działanie to próba zastraszenia mediów i cenzurowania przekazów, jakie media niezależne od władzy transmitują. Do żywego przypomina to działania Viktora Orbana, który również w celu unieszkodliwienia mediów z obozem rządowym niezwiązanych zasypywał niepokorne media absurdalnymi karami finansowymi.

 

Oto prosta metoda, jaką obecna władza wprowadzi w Polsce cenzurę. Repolonizacja mediów, choć dla władzy pazernej na kontrolę informacji bardzo przydatna, nie jest potrzebna.

Wystarczy tylko zacząć zarzucać media grzywnami. KRRiTV właśnie nałożyła prawie 1,5 mln zł grzywny na TVN24 za relacjonowanie wydarzeń w Sejmie rok temu podczas tzw. blokady mównicy.

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji uzasadnia tę karę tak: „Stacja relacjonując wydarzenia w Sejmie i pod Sejmem w dniach 1

See more

TVN 24 zapowiedziało oczywiście odwołanie od tej kary, jednak poseł Platformy Obywatelskiej zwrócił uwagę na to, że zostanie ono rozpatrzone przez nową izbę Sądu Najwyższego, którą na mocy ustawy procedowanej obecnie w Senacie obsadzi samodzielnie partia rządząca. W ten oto sposób tworzy się zamknięty układ, w którym niezależne od władzy media nie będą miały prawa do obrony i obiektywnego rozpatrzenia swojej skargi.

 

Sprawa z pewnością wywoła błyskawiczną reakcję szeregu organizacji międzynarodowych, zwłaszcza tych dbających o wolność mediów na świecie. Niewątpliwie też jeszcze bardziej zaostrzy już niezwykle gorący spór z Komisją Europejską. Może się wobec tego okazać, że wymiana jednej pacynki na czele rządu na inną, tyle że ubraną w bardziej elegancji garnitur niewiele zmieni i wizerunek Polski za granicą tylko jeszcze bardziej się pogorszy. Dodatkowo, kara nałożona na TVN 24 może wręcz odnieść skutek odwrotny od zamierzonego, konsolidując redakcje wciąż niezależnych od rządu mediów i dodatkowo wzmacniając przekaz ukaranej stacji, jako tej, która w rozumieniu władzy najbardziej dotkliwie obnaża jej perfidne manipulacje.

 

Pytanie zatem, czy tak bezpardonowe uderzenie w znienawidzoną przez PiS stację nie jest przypadkiem precyzyjnie wycelowanego sabotażu, który już na początku premierostwa Mateusza Morawieckiego ma podkopać jego pozycję. Dowiemy się prawdopodobnie w najbliższym czasie.

 

crowdmedia.pl

Rząd Morawieckiego może wpaść w ręce Kremla

Rząd Morawieckiego może wpaść w ręce Kremla

Skład nowego rządu Mateusza Morawieckiego jest toczka w toczkę składem Beaty Szydło. Po co więc został wymieniony kapitan zespołu? Nikt o to nie spyta trenera Jarosława Kaczyńskiego, bo kto chciałby usłyszeć, że jest kanalią, mordą zdradziecką?

Poprzedni rząd przyczynił się do spadków w każdym możliwym rankingu. „Sukcesy” tego rządu znakomicie opisuje wynik 1:27, który powinien zostać wpisany do Księgi Guinnessa.

Morawiecki może się tylko cieszyć, że nie „poprawi” wyniku, gdyż Unia Europejska nie ma w planach przyjęcia nowych członków. Może nas czekać najwyżej wypadnięcie z członkostwa.

Ministrowie rządu Beaty Szydło z nowym kapitanem Morawieckim przysięgali na Konstytucję z imieniem Boga na ustach. Konstytucja była złamana wielokroć, tym samym Bóg został tak samo potraktowany. Nie jest to jeszcze ukrzyżowanie, ale umycie rąk od odpowiedzialności. PiS wyznaje zatem wiarę w ułomnego Boga. Ten rząd Golgotę ma przed sobą.

Najgorszy trener w historii prezes Kaczyński zdegradował reprezentację do pośledniej ligi – klasy B. Z takimi zawodnikami – Macierewiczem, Waszczykowskim, Szyszką – nie można oczekiwać powrotu do wyższej klasy rozgrywek. A nie ma już gdzie spaść, chyba że w ręce Kremla. W Moskwie zresztą już piszą, że Polska zawiodła się na Zachodzie.

Ciemny lud może tylko zaśpiewać starą śpiewkę: „Polacy, nic się nie stało…”.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

PiS wybrało opcję najbardziej asekurancką. Słowa Andrzeja Dudy brzmiały jak żart [OPINIA]

Jacek Gądek Jacek Gądek, 11.12.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,161770,22768871,video.html?embed=0&autoplay=1
Pozostawienie Rady Ministrów w składzie niemal niezmienionym pokazuje, że zmiana premiera miała w sobie dużo z improwizacji. Jarosław Kaczyński ekspresowo posadził Mateusza Morawieckiego na stołku szefa rządu, ale o ciąg dalszy rekonstrukcji nikt nie zadbał.

To była smętna uroczystość w przepięknej Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego. Formalnie wszyscy starzy ministrowie odebrali nowe nominacje, ale de facto odebrali odroczenia swoich wyroków. Fikcją jest to, że sam Mateusz Morawiecki będzie łączył funkcję premiera, teki ministra rozwoju i ministra finansów. Fikcją jest to, że ministrowie – poza kilkoma pewniakami – mogą pracować normalnie.

Ważny moment, bo… jest choinka

– To bardzo ważny moment w historii Rzeczypospolitej, którego gratuluję. Będzie charakterystyczny i zostanie w pamięci tych Polaków, którzy oglądają uroczystość i zobaczą z niej zdjęcia. Bo już jest choinka i zbliżają się święta – powiedział Andrzej Duda.

Bądźmy szczerzy: brzmi to trochę jak żart. Nikogo z wyborców PiS i przeciwników PiS choinka i życzenia nie interesowały, ale – trzymając się tego odniesienia – to, jakich nowych ministrów znajdą pod choinką. Otóż pod tą choinką ludzie zobaczyli dzisiaj prezenty, które dostali dwa lata temu – po wyborach 2015 r. Często zużyte i już niechciane. Choć z ważną różnicą: ktoś starmosił przyobiecany i ukochany prezent: Beatę Szydło – dziś już zdegradowaną.

11 grudnia mógł być nowym otwarciem, a budzi szydercze uśmiechy. Pozostawia ogromny niedosyt. PiS najpierw nie zadbało o profesjonalne przeprowadzenie i zakomunikowanie zmiany premiera – wciąż niezrozumiałej dla elektoratu PiS. Potem nie potrafiło sprawnie przeprowadzić wymiany ministrów. A skoro w mediach pojawiło się multum przecieków o zmianie Antoniego Macierewicza, Witolda Waszczykowskiego i prof. Jana Szyszki, to PiS nie potrafiło zastopować karuzeli nazwisk – choćby za pomocą kontrolowanego przecieku do zaprzyjaźnionego medium.

Fikcję podniosłej uroczystości pokazują też słowa samego prezydenta. Warto odnotować, że w dniu, który powinien być świętem „dobrej zmiany”, Andrzej Duda bił w opozycję. Prawda: opozycja jest skompromitowana tym, że wieszczyła katastrofę państwa po wprowadzeniu 500+, a budżet jest w dobrej kondycji. Ale po co o tym mówić podczas zaprzysiężenia nowego rządu? Cóż, skoro prezydent nie miał nic do powiedzenia, to atakuje opozycję. To najłatwiejsze, ale już zdarte do granic możliwości.

„Koleżeńska decyzja” Morawieckiego

Gratulacje Andrzeja Dudy dla Mateusza Morawieckiego, choć to oczywiście nie wyłącznie jego decyzja tylko Jarosława Kaczyńskiego, brzmiały jak zaklęcia. Ale tego, co stało się w Sali Kolumnowej nie da się obrócić w sukces. – Ja jako prezydent RP i zarazem człowiek z tego obozu politycznego szanuję (decyzję o pozostawieniu ministrów). To dobra decyzja, koleżeńska decyzja. Gratuluję panu premierowi tej decyzji – mówił prezydent do premiera.

Nie – to nie była dobra decyzja. PiS wybrało opcję najbardziej defensywną i asekurancką. Miało do wyboru trzy opcje: (1) wszystkie zmiany teraz, (2) część teraz a część w styczniu oraz (3) zostaje po staremu, bo na prawdziwe zmiany trzeba zaczekać. Wybranie tej ostatniej jest zawodem.

Zwłaszcza dla elektoratu PiS. Oto bowiem upokorzona i zdegradowana została wykreowana na matkę Polkę – premier Beata Szydło. A wyniesiony został – w oczach elektoratu PiS – technokratyczny i profesjonalny, ale przebrzydle bogaty były bankier. I na dziś to wszystko. – Po co? – na to pytanie ani Morawiecki, ani Kaczyński, ani Szydło, ani Duda, ani TVP nie potrafili odpowiedzieć prosto i przekonująco.

Wszyscy ministrowie pozostali w fotelach. Taka decyzja tandemu Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego sprawia, że decyzja o dymisji popularnej Beaty Szydło staje się jeszcze bardziej absurdalna dla elektoratu PiS. „Bo jak to? Trzeba było zmienić premiera, żeby w rządzie nic się nie zmieniło?” W dłuższej perspektywie misja premiera Morawieckiego ma dużą szansę na powodzenie i zapewnienie PiS-owi rzeczywistych sukcesów gospodarczych i wyjście z narożnika na arenie europejskiej. Póki co odkładanie zmian na styczeń to jednak sabotowanie nowego otwarcia „dobrej zmiany”.

Można by powiedzieć – jak sugerował prezydent – że Morawiecki ma czas na przyjrzenie się rządowi z fotela premiera i „po koleżeńsku” dokonanie zmian. Ale przecież Morawiecki zasiada w rządzie jako superwicepremier od ponad dwóch lat, więc powinien swój rząd znać na wylot.

Groteskowa rekonstrukcja

Zmiany w składzie gabinetu muszą stać się faktem, aby rekonstrukcja nie obróciła się w groteskę. Kłopot w tym, że odwlekanie tych zmian to odbieranie Mateuszowi Morawieckiemu autorytetu już na starcie i prowokowanie komentarzy: „Morawiecki czeka na instrukcje prezesa”, „nowy premier znów jest jak marionetka”. I drugi sezon serialu o rekonstrukcji, który rządowi nie służy.

Pozostawienie gabinetu w starym składzie to zarazem dyshonor dla prezydenta Andrzeja Dudy. Tyle było połajanek wobec szefa MON i żądań jego dymisji, a potem prezydent pokornie, choć z grymasem na twarzy, wręczył nominację stosującemu „ubeckie metody” Antoniemu Macierewiczowi.

Podobnie utrzymywanie w rządzie szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, który wciąż utyskuje, że nie może normalnie pracować, bo wciąż jest w mediach odwoływany, jest pozbawione sensu. To, że ponownie odebrał nominację na szefa MSZ, nie dodało mu za grosz powagi – nadal jest równie „kulawy”.

Dziś zatem nie zobaczyliśmy prawdziwego rządu Mateusza Morawieckiego, ale dowód na to, że w zmianie samego premiera było dużo improwizacji i obawy przed buntem w samej partii i wśród wyborców.

 

gazeta.pl

Baba z jajami

Baba z jajami

– „No i czego się Pani spodziewała?” – pytają w Internecie trolle i boty ministra Szefernakera, więc i ja pytam. Przecież agresja rodzi agresję, a rzucanie jajami w rządowe limuzyny to działanie naruszające porządek prawny i społeczny, nieprawdaż?

Jak się protestuje przeciwko legalnej władzy, wyłonionej w demokratycznych wyborach przez niejakiego „suwerena”, to trzeba liczyć się z tym, że służby porządkowe wypełnią swoją powinność przy użyciu pałek gumowych, gazu łzawiącego oraz mniej lub bardziej bezpośrednich środków przymusu bezpośredniego. To rozumie każde dziecko, które cokolwiek pamięta jeszcze ze stanu wojennego. I niech się pisarka Suchanow cieszy, że za te jaja nie została przesłuchana z udziałem trzech policjantów i paralizatora w policyjnej toalecie…

Pani Klementyna powinna być wdzięczna losowi, że została jedynie rzucona na glebę, związana w supeł i potraktowana z buta. Obecna władza już w kampanii zapowiadała przecież, że kogo jak kogo, ale wrogów Narodu od razu „chwyci za jaja”. No a poza tym, to teraz w Polsce nie tolerujemy już dłużej żadnych zboczeń, takich – na przykład – jak baba z jajami.

Nie bez powodu panowie policjanci spisywali uczestników antyrządowych protestów na okoliczność „posiadania jaj”, bo wszak centralny rejestr takich „zboczonych” osobników, jak w Peerelu „lista gejów”, pozwoli w przyszłości penetrować niepewne moralnie środowiska i jednostki, a też skłaniać je do współpracy z organami władzy. Przecież władza też ma swoje potrzeby.

Żeby bowiem baba posiadała jaja i nie wahała się ich użyć, to, normalnie, jakieś jaja są. Tego by nawet Gombrowicz nie wymyślił. No, ale wiadomo, że patologię się dziedziczy. Więc długie lata spędzone na pisaniu kolejnych książek o Gombrowiczu (właśnie wyszła jego najnowsza biografia pióra pani Klementyny) to prawie jak adopcja intelektualna, czyli „córeczka tatusia”…

Awanturnictwo, to – jak widać – coś, co „lewactwo” przynosi na świat w epigenach, więc nie bez powodu panowie ministrowie, pan prezydent, a też pani ex-premier z panem prezesem trafnie dostrzegli w protestujących przeciw „zmianie” ubeckie wdowy i stalinistów w trzecim pokoleniu. I nie bez racji publikują kolejne fabularyzowane spisy „resortowych elit”.

Teraz jest inaczej. Pod rządami „zmiany” elity powstają w zupełnie inny sposób. Już nie trzeba – jak doradzał ex-prezydent, w kręgach pożytecznych patriotów nazywany „Komoruskim” – zmieniać pracy i zaciągać kredytu we frankach. Teraz wystarczy poprzeć „zmianę”, a najlepiej dać się poznać jako zwolennik partii aktualnie rządzącej. I od razu dostaje się stanowisko w spółce skarbu państwa i sto tysięcy na miesiąc. Albo posadę w banku za grube miliony.

Weźmy nowego premiera. Jako syn działacza „Solidarności” trafił do sektora bankowego za AWS-u, będąc zaledwie „prostym historykiem”. Czyli i „historyk potrafi” byle stworzyć mu odpowiednie możliwości. Takie teraz mamy wzory osobowe do naśladowania. A nie jakieś tam Suchanowy, książki piszące, których i tak nikt nie czyta. Bo wszak suweren czyta jedynie paski w TVPis.

Jeśli pani pisarka świadomie zdecydowała się na rzucanie jajami w rządowe limuzyny, zamiast „ wracać do pióra”, nie powinna się dziwić, że oberwała pałką. To słuszne i sprawiedliwe. Każdy „suweren” to powie”. To zresztą taka „suwerenów” rodzinna tradycja. Ich ojcowie osobiście okładali kijami studentów z UW, jak protestowali przeciwko wysyłaniu syjonistów do Syjamu. Albo ścigali – jak pan poseł Piotrowicz – działaczy „Solidarności”. Lub płakali po Stalinie. A na każdym etapie powojennej historii krzyczeli „warchoły!”. Zawsze popierali ład i porządek, i władzę, oraz żeby była narodowa zgoda. Bo Bóg wtedy rękę poda.

Oni też mieli dzieci. Przecież skądś musi się brać te czterdzieści kilka procent poparcia dla partii aktualnie rządzącej. Tymczasem rzucanie jajami jest ładu i porządku zaprzeczeniem. Bo po pierwsze, władza pochodzi wszak „od Boga”, a porządny katolik nigdy nie sprzeciwia się wyrokom Opatrzności, a już zwłaszcza interpretacji tychże w wykonaniu Ojca Rydzyka. Po drugie, awanturnictwo rozbija narodową wspólnotę, a ostatnio sam pan prezydent nawoływał do zgody (oczywiście na jego oraz partii rządzącej warunkach). A po trzecie, zwykłego człowieka, nawet po zainkasowaniu pięćsetplusa, nie stać na marnowanie jaj, bo przez zmowę niemieckich imperialistów oraz światowego lewactwa kury przeszły masowo na weganizm i od tego czasu jaj już, po prostu, nie znoszą… No bo jak inaczej tłumaczyć braki jajek i wzrosty cen w Lidlu i Biedronce?

Tak więc – pani Suchanow słusznie należało się porządne pałowanie. Bo pisarz, nie pisarz, każdy powinien przestrzegać prawa. Już za chwile przypomni jej zresztą o tym sąd, a gdyby się opierał, to Pan Zbyszek przypomni sądowi, kto teraz wydaje nad Wisłą wyroki. A potem pan minister Gliński wycofa z obiegu biografię Gombrowicza, który i tak został już – w ramach reformy edukacji – wykreślony ze spisu lektur szkolnych. Jak widać słusznie, bo jacy ojcowie, takie też ich duchowe dzieci. Więc już za chwilę fraza „tego by nawet Gombrowicz nie wymyślił” przestanie „się kojarzyć” ostatnim niedobitkom niegdysiejszych elit. I porządek zapanuje w Warszawie!

Bożena Chlabicz-Polak

koduj24.pl

Władza boi się kobiet z jajami. Aż wyciąga kajdanki

Nie rzucaliśmy w ludzi, tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny. Chyba miałabym problem z rzucaniem jajkiem nawet w prezesa – mówi OKO.press Klementyna Suchanow ze Strajku Kobiet. I namawia na czytanie Gombrowicza, o którym pisze książki

„Nam już nie został nikt. Jeśli nie zrozumiemy lekcji Gombrowicza, to nic nie zrozumiemy i przegramy wszystko” – mówi OKO.press Klementyna Suchanow*, pisarka, która kilka razy trafiła jajkiem w rządowe limuzyny.

Piątek, 8 grudnia, pod Sejmem.

Już wiemy, że zaraz przegłosują te sądy [ustawa o KRS i SN – red.], że to się odbędzie szybko. Koło trzeciej przychodzi wiadomość, że w Pałacu Prezydenckim mają zamieniać Beatę na Mateusza. Policja blokuje trasę przejazdu, koguty, jak w filmach amerykańskich, kordony na Górnośląskiej, dzieci z tutejszej szkoły nie mogą przejść przez ulicę.

Policjanci dopadają Rafała Suszka z Obywateli RP, który przybył na pomoc Wojtkowi zatrzymanemu wcześniej, przyciskają go pałką do witryny. Widzimy, jak wyjeżdżają kolejne limuzyny na Górnośląską. Jest nas szóstka, ja i koledzy z Obywateli RP. Jesteśmy wkurzeni, że znowu przesunęli nam Polskę w stronę Białorusi, i zadowoleni sobie wyjeżdżają jakby nigdy nic.

Śmichy-chichy

„Szkoda, że nie mamy jaj”  – rzuca Rafał Suszka.

Wracamy na Wiejską pod główne wejście do Sejmu, tam trochę ludzi, chyba nie wiedzą, że już przegłosowane, że ich obecność jest bezcelowa.

Tworzy się grupka, spontanicznie, cztery koleżanki  z Warszawskiego Strajku Kobiet, Rafał i jeszcze jeden facet. Po prostu z pewnymi ludźmi fajnie się robi niektóre rzeczy.

W śmichach, chichach idziemy do spożywczego. Jakie jajka kupić? Najlepiej pasowałyby zepsute. Z wolnego wybiegu? Ekologiczne? No, niezbyt pasują. Kupujemy kilka opakowań. Ekspedientki domyślają się o co chodzi, proszą, żeby rzucić także w ich imieniu.

Ruszamy pod Pałac Prezydencki. Jak dochodzimy, to już impreza skończona, szybko im poszło, wyjeżdżają. Czarne beemwice aż lśnią, wypucowane.

Kajdanki

Spieszymy się. Jeden policjant na walkie-talkie. Słyszę, jak nadaje: „Przyszli ludzie z jajami. Tak. Mają jaja w torbach”.

W biegu wyciągamy jaja, rzucamy. Jedno, drugie. Najpierw wyhaczają Rafała, potem Zośkę i Anię. Zośkę powalają na chodnik. Rafał wyrywa się, by ją bronić, rzucają się na niego, zaczynają brutalnie pacyfikować.

Biegną za mną, ale się wymykam, udaje mi się rzucić w jeszcze jeden samochód. Nie wiem, kto jest w środku, bo szyby mają przecież przyciemnione. Żółtko spływa po szybie.

Policjanci, nie ma ich wielu, może 10-12, rozproszeni, biegają, szamocą się z nami.

I żeby było śmieszniej, ciągle im wypadają pałki, walają się po chodniku, co powiększa ten cały absurd.

Widzę, co robią z Rafałem. Zakładają mu dźwignię na kark, głowę przytrzymują kolanem, biją po udzie, rzucam się w ich kierunku, chcę, żeby go przestali dusić. Krzyczę „Czy wyście zwariowali?”. Dwóch łapie mnie od tyłu, jeden od Rafała wywraca się na mnie, upada, lecimy jak domino.

Przygniatają mnie do ziemi, rzucam się, bo widzę, że cały czas duszą Rafała. Krzyczę „Co wy robicie? Dusicie człowieka!”. Każą mu prostować nogi, nie wiem po co.

Solidnie mnie gniotą, aż jakiś starszy pan podskakuje: „Zostawcie kobietę”. To wszystko odbywa się wśród przechodniów, musi wyglądać makabrycznie.

Ile jaj udało się rzucić? Może kilkanaście, dużo się, cholera, zmarnowało. Zostały na chodniku w reklamówkach. Podobno później policja spisywała ludzi za podejrzenie posiadania jajek.

No dobra, zgarniają nas, ja leżę na ziemi, szarpią mnie, aż boli, ale nie przychodzi mi do głowy, że zakładają kajdanki, raczej myślę, że mają przyjemność w wykręcaniu rąk.

Jak do mnie dochodzi, co chcą mi zrobić, stawiam opór, nie chcę mieć kajdanek, bo kajdanki zakłada się przestępcom.

Wszyscy już zgarnięci, a oni wciąż się pastwią nad moimi rękami. W końcu im się udaje.

Suka

Wyprowadzają mnie do radiowozu, ciągną do osobnej suki, ale się nie daję, sama się pakuję, do tej, w której jest Rafał i Ania. Zamykają drzwi i jedziemy. Nas troje, czterech policjantów, plus dwóch koło kierowcy, strasznie nabuzowani.

Ręce mam wciąż skute z tyłu. Chcę się tego pozbyć, to upokarzająca sytuacja, nie chcę tego mieć na rękach. Mam drobne dłonie, udaje mi się wyjąć prawą, potem lewą. Rzucam im kajdanki: „Nie potraficie nawet założyć kajdanek”.

Wyglądają na przerażonych, jakbym ich miała zaraz zjeść.

Chcę zadzwonić do prawnika, ale jeden z nich cały czas wyrywa mi telefon.

Zatrzymują się pod Dziekanką [na Krakowskim Przedmieściu w połowie drogi do Placu Zamkowego – red.]. Mówią, że jest za ciasno i że wyprowadzą mnie do innej suki. Nie ma takiej opcji! Zaczynają mnie wyciągać, współjajcarze mnie bronią. To mówią, że OK, wezmą nas obie z Anią.

„A kolega zostanie i nie wiadomo, co mu zrobicie” – stawiamy się, ale nas wywlekają. I wtedy pojawia się taki niższy policjant, spokojniejszy, chce rozładowywać sytuację.

Umowa

Pyta, na czym polega problem. Że nas rozdzielili i nie ufam w to, co tam się stanie.

„Proszę wyjaśnić kolegom, że nie jesteśmy terrorystami. Mam nastoletnią córkę, piszę książki, ale jak się dzieją w kraju takie rzeczy, to ktoś musi zaprotestować” .

Niższy przyrzeka, że wszystko będzie correct, że pójdzie do tamtej suki i powie, że zawarliśmy umowę, że nic złego się koledze nie stanie. Tak robi.

Spisują nas. Nam z Anią stawiają zarzut z kodeksu wykroczeń art. 76.

[Art. 76. Kto rzuca kamieniami lub innymi przedmiotami w pojazd mechaniczny będący w ruchu, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny – red.].

Teraz wszyscy są już aż nadmiernie poprawni. Niższy uspokaja, że grozi nam tylko grzywna. Pytają, czy nie potrzebujemy lekarza.

Niższy prosi o podanie motywacji. Od początku mam wrażenie, że chce nas bronić, żeby nie wyszło, że to był zamach albo coś takiego. Mówię, że będę składać zażalenie na nadmierne użycie siły i nieuzasadnione użycie kajdanek. Kiwa głową.

Po godzinie nas wypuszczają, podjeżdża adwokat, Rafał też wychodzi ze swojej suki, ale z innym zarzutem, dość dziwnym jak na tę sytuację, z art. 244.

[Art. 244 Kodeksu karnego: Kto nie stosuje się do orzeczonego przez sąd zakazu zajmowania stanowiska, wykonywania zawodu, prowadzenia działalności, prowadzenia pojazdów, wstępu do ośrodków gier i uczestnictwa w grach hazardowych, wstępu na imprezę masową, przebywania w określonych środowiskach lub miejscach, nakazu okresowego opuszczenia lokalu zajmowanego wspólnie z pokrzywdzonym, zakazu kontaktowania się z określonymi osobami, zakazu zbliżania się do określonych osób lub zakazu opuszczania określonego miejsca pobytu bez zgody sądu albo nie wykonuje zarządzenia sądu o ogłoszeniu orzeczenia w sposób w nim przewidziany, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5].

Facebook

Wracam do domu około 22.00. Opisuję, co się stało, wrzucam zdjęcia na FB. Do północy jest 1200 udostępnień. Często to, co robimy – nie ma znaczenia, czy jako Obywatele RP, czy jako Strajk Kobiet – pozostaje bez echa. Tak jak happening w czwartek [7 grudnia – red.], kiedy wyrwaliśmy się po dachach z obławy policyjnej na Wilczej i stanęliśmy na Nowogrodzkiej z hasłami z czasów komuny „PiS przewodnią siłą narodu”, „Towarzysz Antoni gwarantem owocnej współpracy bratnich narodów” i – nomen omen – „Wichrzycielom krępować ręce!”.

A teraz robi się jajeczna afera. Najpierw są same pozytywne reakcje. Ale w sobotę rusza hejt. Że jestem z NKWD (samo nazwisko mówi wszystko!), ubeckie dziecko, że brzydka. Klasyka hejtu.

Po północy Facebook zdejmuje mój wpis, bo „namawia do przemocy lub zawiera drastyczne sceny przemocy”. Puszczam informuję, że zdjęto ten post, ale tę informację też zdejmują.

Jaja

Paweł Kasprzak [lider Obywateli RP] odcina się od akcji. Nie, nie jestem na niego osobiście zła, wszyscy jesteśmy zmęczeni, mamy poczucie, że  poruszamy się w bagnie. Jaja nie mieszczą mu się w etosie? OK, ale chyba przeoczył, że agresja pojawiła się, gdy broniliśmy nawzajem swej godności i że policja użyła kajdanek. Jeżeli za jajami idą kajdanki, to co dalej?

Jestem latynamerykanistką i wiem, jak wyglądają protesty na świecie. Jajka to klasyk i dziecinada wobec skali destrukcji kraju, jakiej dopuszcza się partia. Jeśli władza boi się jaj kobiet, to musi naprawdę srać w gacie.

Jedno jest ważne: my nie rzucaliśmy w ludzi, a tylko w samochody rządowe. Ktokolwiek tam siedział, były symbolem władzy. To był akt symboliczny, jak skakanie przez barierki pod Sejmem.

Chyba miałabym problem z rzucaniem jajkiem nawet w prezesa.

Co innego możemy robić?

Gombrowicz

Pytasz, jak się ma do tego Gombrowicz? Raczej nijak. Albo inaczej: To pisarz doskonale parodiujący gatunki, wyczulony na groteskę. A czymże jest to zdarzenie z jajami?

Gombrowicz to moja profesja, jestem gombrowiczolożką, jego biografką, ale jestem też obywatelką, mogłabym protestować równie dobrze jako dentystka czy murarka.

To także kwestia charakteru. W działalności opozycyjnej używam tej samej zawziętości i poświęcenia, co przy pisaniu dwóch tomów o Gombrowiczu, traktuję to tak samo poważnie. Tyle, że przy Gombrowiczu nie było tyle biegania.

Gombrowicz na pewno by jajkami nie rzucał. Fizycznie był, jak sam mówił, tchórzem, bał się konfrontacji. Ale nadrabiał w sferze ducha i tu był bezkompromisowy.

Jego odwaga intelektualna była ponadprzeciętna. Napisał coś tak radykalnego jak „Trans-Atlantyk”, ale przemykał się po ulicach Buenos Aires, żeby go za to jakiś Polak nie dorwał.

Nie, ja się jakoś nie boję.

To znaczy, przeraża mnie sytuacja w Polsce. Aż się boję  otwierać rano kompa z wiadomościami. Nie mówiąc o tym, że boję się o dorastającą córkę. Ale konfrontacji z władzą się nie boję i nie ustąpię.

Jako 15-latka przeczytałam „Dzienniki” Gombrowicza i zostałam na całe życie impregnowana na propagandę i na ideologię, na wszystko to, co nie pochodzi z krytycznego myślenia. Na całą tę „polskość”, z której Gombrowicz chciał nas – Polki i Polaków – wyprowadzić.

Ojczyzna

Siła rażenia Gombrowicza jest duża. Na spotkaniach autorskich ludzi porusza jego widzenie polskości. Bo potrzeba nam autorytetów, które by objaśniały Polskę. Generalnie, jesteśmy strasznie niedojrzali jako naród i dlatego dajemy się karmić takimi bajkami, jak żołnierze wyklęci, Smoleńsk, uchodźcy, którzy przyjdą i zabiorą nam Polskę. Wszystko mamy nieuporządkowane, nieprzemyślane.

Gombrowicz powraca tam, gdzie coś zaczyna się sypać, sprawdza się w miejscach zmarginalizowanych, peryferyjnych, gdzie coś tąpnęło, jak podczas kryzysu w Argentynie albo u nas dzisiaj. On nie daje odpowiedzi, ale jest w stanie wskazać kierunki.

Nam już nie został nikt. Jeśli nie zrozumiemy lekcji Gombrowicza, to nic nie zrozumiemy i przegramy wszystko.

Ta Ojczyzna, potwór – jak pisał w „Trans-Atlantyku” – nas przygniata, ten zbiór głupot i uproszczeń wziętych z przeszłości, pielęgnowanych przez

ludzi, którzy są u władzy, celebrujących dziada pradziada. Kaczyński jest przecież cały z PRL, nie zna świata, nawet nie chce poznać. Piotrowicz jest z PZPR. Opozycja też raczej oldskulowa.

Dlatego młodzi skąpią uczestnictwa w protestach, bo nie czują, by mieli jakąś reprezentację. Te wszystkie stare dziady powinny wreszcie odejść, zostawić miejsce Synom. Zamiast tego do ideologii z przeszłości dodają ingrediencje z innych staruchów, a to z Orbána, a to z Putina. Nawet dyktatury nie potrafią urządzić oryginalnie.

Inna rzecz, że w Polsce nie ma miejsca na nic oryginalnego, nie ma tu szansy na żadną trzecią drogę. Albo będziemy zmierzać dalej w objęcia Wschodu, albo uda nam się to zastopować i zostaniemy w bezpieczniejszej sferze kultury Zachodu.

*Klementyna Suchanow badaczka życia i twórczości Witolda Gombrowicza oraz historii i literatury Ameryki Łacińskiej. Autorka „Argentyńskich przygód Gombrowicza” (2005) i „Królowej Karaibów” (2013), a także dwutomowej biografii „Gombrowicz. Ja, geniusz” (2017), która wzbudziła ogromne zainteresowanie.

oko.press

Za rządowym pomysłem budowy strzelnic stoi cel. „Śmierdzące interesy”

awa, 11.12.2017

JAGODA GOROL

– Trzeba pamiętać, że pistolecikiem nikt granic nie obroni, ale można łatwo pozbawić życia innego obywatela własnego kraju. A rzucanie takich propozycji w obecnym klimacie politycznym mocno śmierdzi – tak dr Paweł Moczydłowski komentuje plany budowy strzelnic w każdym powiecie.

Po Nowym Roku rusza program program budowy strzelnic, które mają powstać docelowo w każdym powiecie. Samorządy będą mogły liczyć na dofinansowanie z budżetu MON w wysokości 80 procent wartości danego projektu.

– W tym pomyśle chodzi o co innego. Za określeniem proobronność kryje się idea związania młodych ludzi z pewną przyjemnością strzelecką. To rozwijanie kultury zabijania po to, żeby wypromować lobby, które w tej chwili jest bardzo słabe, a które będzie naciskało na łatwiejszy dostęp do broni, do jej zakupu i posiadania.To wyrabianie skłonności do zabijania – komentował w Radiu TOK FM dr Paweł Moczydłowski, socjolog, kryminolog, były szef więziennictwa.

„Zwykłe śmierdzące interesy”

Moczydłowski stwierdził, że za tą ideą „stoją zwykłe śmierdzące interesy”. W – Polsce panuje teraz zdecydowana niechęć do ułatwienia dostępu do broni. Ale chodzi o to żeby dać narzędzie biznesowi, który zajmuje się produkcją i handlem bronią – mówił.

Trzeba też pamiętać, że pistolecikiem nikt granic nie obroni, ale można łatwo pozbawić życia innego obywatela własnego kraju. A rzucanie takich propozycji  obecnym klimacie politycznym mocno śmierdzi. Za tym projektem stoi siła i pieniądze

– punktował Moczydłowski.

Jak zwracał uwagę prowadzący program Piotr Maślak polskie wojsko ma 52 strzelnice garnizonowe i 33 strzelnice pistoletowe, a w całym kraju poza siłami zbrojnymi  działa 170 strzelnic. Dla porównania Niemiecka Federacja Strzelców Sportowych ma do dyspozycji 15 tys. strzelnic. – Gdzie mają ćwiczyć organizacje strzeleckie czy obrona terytorialna? – pytał Maślak.

Dostęp kontrolowany

– Strzelanie wiąże się ze szczególną organizacją, te miejsca muszą być budowane i kontrolowane przez profesjonalistów. Jak ktoś sobie chce postrzelać, to może pójść na bezpieczny, wojskowy obiekt. Dostęp do takich miejsc tez powinien być kontrolowany, a to da się zrealizować już w ramach obecnie istniejącej sieci – mówił Moczydłowski.

Socjolog przekonywał, że instynkt posiadania broni i strzelania w sytuacji zagrożenia rozwija się, kiedy dochodzi do społecznej atomizacji i pogłębiają się konflikty społeczne, rozbijając społeczną solidarność. – Z posiadaniem broni wiąże się taka trudność, że ona zmniejsza naszą gotować do szukania rozwiązań w sytuacjach konfliktu  – podsumował Moczydłowski.

Całej audycji posłuchasz tutaj:

TOK FM

Plan Kaczyńskiego z Morawieckim nie trzyma się kupy

Renata Grochal

Jarosław Kaczyński postawił na Mateusza Morawieckiego licząc, że zachęci inwestorów i uspokoi Brukselę. Ale ten plan jest dziurawy jak ser szwajcarski i świadczy o tym, że w partii panuje chaos. A Kaczyński wcale nie jest pewny wygranej ani w wyborach samorządowych za rok, ani w parlamentarnych w 2019 roku.

Prezes stawia na Morawieckiego, bo wie, że w ciągu dwóch lat sytuacja polskiej gospodarki się pogorszy, a wtedy poparcie dla PiS może radykalnie spaść. Chce, żeby nowy premier temu zapobiegł.

Przez ostatnie dwa lata PiS miał wielkie szczęście, bo dzięki dobrej koniunkturze w Europie polska gospodarka rozwijała się w szybkim tempie. Dodatkowo budżet dostał zastrzyk gotówki ze sprzedaży częstotliwości LTE i zysku NBP. Pieniądze te pomogły sfinansować program 500 plus. Ale w przyszłym roku pieniędzy z aukcji częstotliwości nie będzie, a w życie wchodzi obniżenie wieku emerytalnego, co mocno obciąży budżet. Koszty tej operacji będą rosły w kolejnych latach. Problemy budżetowe nałożą się na rok wyborów samorządowych i parlamentarnych.

Do tego spada poziom inwestycji, bo zagraniczni inwestorzy wahają się, czy inwestować swoje pieniądze w kraju, w którym praworządność nie jest przestrzegana.
Kaczyński liczy, że Morawiecki, były bankier, znający języki, uspokoi inwestorów, a także Brukselę, która w związku z nieprzestrzeganiem praworządności i skokiem na sądy, może robić Polsce problemy z wypłatą unijnych funduszy.

Fakty są takie, że w czasie gdy publika skupia się na pełzającej rekonstrukcji, Sejm dobija niezależne sądy i zmienia ordynację wyborczą pod PiS.

Jednak przedsiębiorcy, a także Komisja Europejska nie są naiwniakami. Nawet jeśli mogą początkowo wiązać pewne nadzieje z Morawieckim, to będą oceniać polski rząd po faktach, a nie po pozorach. A fakty są takie, że w czasie gdy publika skupia się na pełzającej rekonstrukcji, Sejm dobija niezależne sądy i zmienia ordynację wyborczą pod PiS. Morawiecki to nie jest premier Węgier Viktor Orban, który pod wpływem Komisji Europejskiej potrafił się cofać. On będzie – tak jak Szydło – kolejnym figurantem, bo decyzje polityczne podejmuje Kaczyński. I to się nie zmieni. A prezesowi PiS marzy się przekształcenie demokracji w autorytaryzm, co zresztą idzie mu sprawnie.

Żeby Morawiecki miał wolną rękę, Kaczyński musiał usunąć ze stanowiska premiera Beatę Szydło, która od miesięcy blokowała działania wicepremiera (np. konstytucję dla biznesu). Jednak pozostawianie w rządzie rozgoryczonej degradacją Szydło, a także jej stronnika Zbigniewa Ziobro, tylko ten konflikt rozpali.

Do tej pory wydawało się, że prezes nad wszystkim panuje, a PiS kolejną kadencję u władzy ma w kieszeni. Dlatego Kaczyński może zrealizować swoje marzenie i – jak Piłsudski – po raz drugi zostać premierem. A za rok po obchodach 100-lecia niepodległości oddać stanowisko szefa rządu Morawieckiemu, by ten na rok przed wyborami walczył o centrowy elektorat. Zmiana planu wskazuje jednak na to, że prezes obawiał się tąpnięcia w sondażach, bo ciągle jest liderem rankingów nieufności. Z kolei Morawiecki przez dwa lata na stanowisku premiera się zużyje i trudno będzie z niego zrobić atut w kampanii.

newsweek.pl

Morawieckim w Tuska i Dudę?

10.12.2017
niedziela

Czego boi się Kaczyński? Kaczyński boi się powrotu Tuska. Boi się też konfrontacji z Zachodem, której częścią (jak to postrzega) jest właśnie atak Tuska na jego władzę. Dlatego chce go zaklinować Morawieckim – bo Morawiecki, przyznacie, odrobinę tuskowaty jest. Jakiś taki gładki-hadki. Będziemy więc mieli „narodowego-technokratę”, głosiciela ewangelii rozwoju i konsumpcji pod wezwaniem Najświętszej Panienki. Mówisz „inwestycje”, myślisz „Naród Wybrany”, mówisz „wzrost”, myślisz „Chrystus Narodów”. Mistyk w gajerku. Młody Dmowski na Bucefale. Zepnie rumaka, za uzdę pociągnie i jak ten święty Jerzy w teutońskiego smoka łup w dziób!

Żegnaj, epoko siermięgi i powiatowej chamówy. Witaj, święty czasie modernizacji pod znakiem krzyża! Obłoki manny widzi już Polak na horyzoncie przeznaczenia. Tam to wieszcza ręka premiera wskazuje, niczym święta dłoń Mojżeszowa Ziemię Obiecaną.

Żyjemy w państwie zinstytucjonalizowanej groteski. Tylko w Polsce takie rzeczy. Rano ten sam Sejm i ta sama partia rządząca oburza się na chęć odwołania rządu, wychwalając pod niebiosa swego premiera, by wieczorem go obalić. A potem jeszcze ten obalony premier zostaje wicepremierem.

Upadek Sejmu, który stał się jakąś żałosną Comedie Polonaise, to bardzo wymowna i charakterystyczna cecha epoki Kaczyńskiego. Sponiewieranie władzy ustawodawczej czyni ją tym skuteczniejszą maczugą na demokrację. Pod płaszczykiem komedii ze zmianą premiera tego samego dnia reżim ostatecznie likwiduje zasadę nieusuwalności sędziów i niezawisłości władzy sądowniczej. Naród widzi – nie widzi. Pogodził się już z własną bezsilnością i schował się do skorupy. Jakaż mizeria w nastrojach, jakaż bezsiła w porównaniu z zeszłym przedświątecznym sezonem, gdy opozycja okupowała salę plenarną, a tysiące ludzi na ulicach broniły wolności mediów i powagi Trybunału Konstytucyjnego. Ach, gdzie te czasy! Czy powrócą jeszcze?

Kaczyński ma powody, aby uważać, że ostatecznie pokonał Schetynę, KOD i resztę fajtłapów. Wysuwając Morawieckiego, nie tylko przykrył zamach na sądy, lecz zarazem zbalansował frakcje w partii i rządzie, zamydlił oczy co bardziej naiwnym politykom Zachodu (a paru Polakom przy okazji również), przyciął Macierewicza, no a przede wszystkim pogroził paluszkiem Dudzie. Pilnuj się, chłopcze, mówi pan prezes do swojego rozbrykanego pazia, bo takich jak ty efebów mamy tu więcej. A i sam Morawiecki pewnie nabrał ochoty, żeby urosnąć. Każdy by chciał być prezydentem. Bo to frajda jest, bez dwóch zdań. Jest więc bicz na Dudę i jest bicz na Tuska. Tak przynajmniej myśli sobie prezes. Czy ma rację?

Owszem, w razie czego miałby Tusk się czego obawiać. Duda nie jest dla niego przeciwnikiem – Morawiecki zapewne tak. Dla „miastowych” Morawiecki będzie tylko podróbką Donalda, lecz dla zaczadzonych przez polityczny katolicyzm i zadowolonych z 500+ mas Morawiecki ma szansę być „naszym Tuskiem”. Nic jednak nie jest przesądzone. Kaczyński będzie się dobrze przyglądał, czy Morawiecki jest zdolny do całkowitej i bezwarunkowej wobec niego lojalności, czy też poważy się na jakieś fikołki bez uzgodnienia albo nawet wbrew. W razie czego wsadził mu jednak na kark Szydło, co by wiedział, że i taka opcja wchodzi w grę.

Duda jest w potrzasku. Może ratować honor, wetując coś tak piąte przez dziesiąte, ale wtedy może też się pożegnać z drugą kadencją. Może również spokornieć, ale wtedy do samych wyborów nie dowie się, czy prezes mu wybaczy. Jego nadzieja w tym, że Kaczyński nie zaufa do końca Morawieckiemu, który niegdyś był doradcą Tuska i w ogóle w PiS jest nowicjuszem. No i w tym, że osobowościowy format Szydło powstrzyma Kaczyńskiego przed tak ekscentryczną nominacją. Jednak „prezydent Szydło” to istny śmiech na sali.

Tak czy inaczej figurki na szachownicy poustawiane – prezes RP jest gotowy na decydującą rozgrywkę z jedynym godnym siebie przeciwnikiem. A politycy opozycji? A my, demokraci? Ano my możemy sobie popaczeć!

 

hartman.blog.polityka.pl

PiS pozbywa się twarzy

11.12.2017
poniedziałek

Pamiętacie PiS sprzed 2-3 lat? A konkretnie twarze PiS? Na wszelki przypadek przypomnę.

Jarosław Kaczyński pojawiał się z rzadka, reflektory skupiały się na młodym polityku z Krakowa – kandydacie na prezydenta oraz jego szefowej sztabu, która za chwilę była promowanym w kampanii parlamentarnej kandydatem na premiera. Dwie twarze marszu PiS po władzę to Andrzej Duda i Beata Szydło. Można by dodać jeszcze pół twarzy – Jarosława Gowina, który wystąpił w kampanii jako nie-Macierewicz, bo nie Macierewicz, a Gowin miał być ministrem obrony narodowej.

Pierwsza odpadła „połówka”. Ministrem obrony został jednak Macierewicz, Gowin zajął się szkolnictwem wyższym i demonstracyjnym „smuceniem” własnej twarzy przy głosowaniach niezgodnych z własnym sumieniem, z którego to „smucenia” niewiele, poza wilgotnymi oczyma nielicznych fanek, wynika.

Twarz Andrzeja Dudy po objęciu urzędu zmieniła się na tyle, że to już chyba zupełnie inne oblicze. Młody, dynamiczny, łudzący część centroprawicowego elektoratu nadzieją na w miarę nowoczesną konserwatywną politykę, gładko wszedł w napisaną przez duet Jarosław Kaczyński/Robert Górski rolę Adriana z sekretariatu. Gdyby nie konflikt z szefem MON i najprawdopodobniej z tym powiązane weta ustaw sądowych, zapomnielibyśmy o tym, że prezydent ma w ogóle jakieś uprawnienia poza reprezentacyjnymi, a jego twarz stałaby się całkiem przeźroczysta.

W czwartek w spektakularnych okolicznościach zanikła twarz Beaty Szydło – rano pani premier dramatycznie pytała opozycję, za co ta chce ją odwołać, wygrała głosowanie nad wotum nieufności i dostała kwiaty od prezesa, wieczorem ten sam prezes ją odwołał. Czy udzielił odpowiedzi na pytanie, „za co?” – nie wiemy, można podejrzewać, że nie, bo jakie to w sumie ma znaczenie.

Z kronikarskiego obowiązku odnotować należy, że o ile prezydent Duda próbami własnego zdania popadł w niełaskę twardego zaplecza partii rządzącej, o tyle odwołanie Beaty Szydło spowodowało co najmniej konsternację w tym gronie. Do tego stopnia zrobiło się nieprzyjemnie, że desygnowany na premiera Mateusz Morawiecki pobiegł natychmiast do radia z Torunia, by obiecać, że głównie będzie się zajmował rechrystianizacją Europy. Może ta deklaracja mu pomoże.

Tak czy inaczej – wyraźnie PiS zakończył promocję i pozbył się twarzy zwycięskiej kampanii wyborczej.

Być może, jak boją się politycy opozycyjni, ten face lifting ma być obliczony na pozyskanie centrowego wyborcy – premier znający angielski i „eksbankster” to faktycznie nowość w pisowskich pomysłach na wizerunek. Mam jednak wrażenie, że rechrystianizujący Morawiecki, ze swoją propagandą sukcesu na slajdach power pointa, jest mało atrakcyjny dla klasy średniej, nie na tyle, by polubili podwyższone składki ZUS, nadaktywność urzędów skarbowych i brak zwrotu VAT.

O ile twarze wyżej opisane to zmiana na użytek wewnętrzny, o tyle istotniejsza jest mniej spektakularna, ale równie skuteczna akcja pozbycia się innej twarzy. Twarzy nieżyjącego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od dawna „miesięcznice” to święto jego brata i Antoniego Macierewicza, a za sprawą pacyfikacji Obywateli RP do grona świętujących dołączył minister Błaszczak.

Wprawdzie jednym z dyżurnych pasków „Wiadomości” jest „Myśl Lecha Kaczyńskiego zwyciężyła i jest realizowana” – tymczasem eksminister obrony narodowej, dziś szef gabinetu politycznego ministra Waszczykowskiego Jan Parys, oświadcza na spotkaniu Klubu Ronina (dla niezorientowanych – najtwardsze zaplecze PiS), że niepodległość Ukrainy nie jest dla Polski tak bardzo istotna… Jego szef niedawno obwieścił, że sporządza listę polityków ukraińskich, których do Polski nie wpuści… Jak to się ma do myśli Lecha Kaczyńskiego, który był bezkompromisowym, czasem skrajnym zwolennikiem postpiłsudczykowskiej, giedroyciowej polityki wschodniej? No mniej więcej tak, jak deklaracje Macierewicza o wzmacnianiu polskiej armii do rzeczywistości.

Przy tym pozbywaniu się twarzy jedyne, czego nie wiemy, to czy mamy do czynienia ze zmianą optyki na jednoznacznie prorosyjską, czy powinniśmy jeszcze raz przesłuchać taśmy z „Sowy…”, szczególnie ten fragment, w którym minister Sikorski mówi o „robieniu łaski/laski” Amerykanom, i dostosować ten cytat do relacji rządu PiS z obecną administracją w Waszyngtonie.

marcincelinski.blog.polityka.pl

Antoni Macierewicz do wymiany?

Antoni Macierewicz do odstrzału?

Jeśli to prawda, nie plotka, to może jest szansa na normalność w polskim wojsku? Dziennikarze Faktu dotarli do informacji, że w rządzie premiera Mateusza Morawieckiego nie będzie miejsca dla Antoniego Macierewicza.

Wygląda na to, że minister MON zdaje sobie z tego sprawę. Na spotkaniu z klubami „Gazety Polskiej” w Spale powiedział „Proszę, możecie mnie dowolnie odwoływać. Ale jeżeli chcecie, aby armia polska była armią polską, a nie armią, która na rozkaz rosyjski oskarża własnych pilotów, że zabili własnego prezydenta, żeby ukryć zbrodnię dokonaną przez kogo innego, jeżeli chcecie ode mnie, abym ja promował i utrzymywał takich dowódców (…), to nigdy tego nie zrobię”.

Stąd też, może tak na pożegnanie, załatwił jeszcze jedną, bardzo ważną dla siebie, sprawę. Służba Kontrwywiadu Wojskowego odebrała w piątek certyfikat bezpieczeństwa doradcy prezydenta gen. Jarosławowi Kraszewskiemu, co zostało bardzo źle odebrane w Pałacu Prezydenckim – „To było więcej niż policzek. To było wezwanie na wojnę”.  W tej sytuacji decyzję o odebraniu mu stanowiska ministra MON „lepiej byłoby odłożyć, bo wtedy koordynator ds. służb i premier mieliby czas na rozpatrzenie odwołania Kraszewskiego. Generał oczyszczony z zarzutów jest mocnym argumentem do dymisji Macierewicza i wszystkich jego popleczników” – tak twierdzi jeden z polityków PiS i trzeba przyznać, że ma to sens.

Internauci szybko zareagowali na wieść o ewentualnej dymisji szefa MON-u. „Rozliczyć go za zniszczenie Polskiego wywiadu oraz za odejście Generałów W.P. Ten pajac nie powinien być ani piastować jakiegokolwiek stanowiska w R.P.” (~R.P) czy „Miejsce Macierewicza jest w wiezieniu!!! To wielokrotny zdrajca i oszust” (~KTM).

Jednak ja proponuję, byśmy wstrzymali się na razie z wszelkimi komentarzami. Dopóki nie ma nic „czarno na białym”, to różnie jeszcze może się zdarzyć. Choć jedno jest pewne. Nikogo gorszego od pana Macierewicza na stanowisko ministra MON chyba już się nie znajdzie.

 

koduj24.pl