Monthly Archives: Kwiecień 2018

Morawiecki jak swawolny Dyzio

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki zachowuje się niczym swawolny Dyzio. Znowu czmychnął. Tak poznaliśmy premiera rządu polskiego, który na początku swoich rządów dał dyla ze szczytu Unii Europejskiej, teraz dał nogę przed protestem niepełnosprawnych i ich opiekunów.

Morawiecki nic sobie nie robi z potrzebujących i plecie dyrdymały w terenie. W Żninie (kujawsko-pomorskie) uczestników spotkania z nim poczęstował kłamstwem, twierdząc „spełniliśmy postulaty protestujących”.

Do swoistej konfrontacji z zakłamanych premierem doszło via ekran telewizyjny. Rodzice i niepełnosprawni oglądali w Sejmie wystapienie Morawieckiego w telewizji i tylko mogli powiedzieć, że Morawiecki posługuje się nieprawdą, jak po piątkowym spotkaniu z minister Elżbietą Rafalską.

Co się dzieje z władzą PiS? Jest aż tak niemoralna, że na zarzuty, krytykę, pytania, propozycje, politycy partii Kaczyńskiego stosują już tylko jedną, uniwersalną odpowiedź – kłamstwa.

Nic nie zostało załatwione. Protest nadal trwa, rząd PiS tylko pudruje problem, podpisując porozumienie z własną przybudówkę, która następnie czuje się wykołowana i przyznaje się, że rząd zrobił ich w bambuko, a następnie proponując dodatek rehabilitacyjny w formie rzeczowej. To nawet nie jest kpina, to coś gorszego, naplucie do zupy.

W tym samym Żninie Morawiecki był pochwalić się jeszcze innym klamstwem: „dzięki rządom PiS z podatków spłynęło więcej o 40 mld zł”. Gdzie jest ten szmal, że nie starcza na pomoc dla niepełnosprawnych? Ile zatem zakupiono „Dam z łasiczką”? Wychodzi, że 80.

Pusty śmiech człowieka ogarnia, gdy słyszy stojacą obok swawolnego Morawieckiego swawolnicę rzecznik Joannę Kopcińską, która może ma ambicje pretendowania do ról w Monty Pythonie, bo rzekła: „Rząd i jego szef jest wrażliwy na sprawy społeczne i nie tylko obiecuje, ale realizuje”.

Morawiecki nie potrafi spojrzeć w oczy niepełnosprawnym, co widziała cała Polska, gdy wił się jak piskorz, gdy odwiedził kilka dni temu protestujących w Sejmie. Teraz jeździ po Polsce, bo mu prezes Kaczyński tak nakazał. Premier nie jest od jeżdżenia, ale rządzenia.

Lecz w tej kwestii Morawiecki nic nie ma do powiedzenia, prezes kazał zakłamywać rzeczywistość, Gdyby prezes był matką dla Dyzia Morawieckiego, to rzekłby, jak w „Ludziach bezdomnych”.

– Dyziu, zachowaj się, jak należy… — rzekła matka, — bo pan oficer wyjmie pałasz i utnie ci głowę.

„Utnie ci głowę”, znaczy zdymisjonuje. Pozostaje to nam uczynić przy urnie wyborczej, zdekapitować Dyzia Morawieckiego.

Pisowski slapstick

Zwykły wpis

Moje podniebienie dowcipu ukształtował Mrożek, Woody Allen, Czechow, Brecht, zaś u wczesnego Barei dostrzegałem niedostatki budżetu na film, tak dzisiaj niewystarczajaco śmieszy mnie „Ucho prezesa”, w którym dostrzegam niedostatki narracji. Wolę Roberta Górskiego jako kabareciarza, niż narratora.

Tak jak wolę genialnego Chaplina z „Gorączki złota”, niż z epoki slapstiku, w której latał po ekranie i zasadzał kopy w zadki żandarmom.

Dzisiaj PiS znajduje się w epoce slapsticku, zasadza kopy we wszelkie zadki i otrzymujemy niedoinwestowanego Bareję, jak w obrazku rodzajowym z pierwszego posiedzenia Krajowej Rady Sądownictwa, który na Twitterze opisał dziennikarz RMF FM Tomasz Skory po wybraniu przewodniczącego tego ciała. Podaję w zapisie scenopisarskim.

PRZEWODNICZACY MAZUR: Czy pan sędzia Mitera wyraża zgodę na kandydowanie?

WICEPRZEWODNICZĄCY JOHAN: Chwileczkę. Jeszcze nie zgłosiłem kandydatury…

WICEPRZEWODNICZĄCY JOHANN (po wyborze): Maćku, gabinet jest obszerny, ale przetrzyj ten fotel po Żurku…

SKORY (na stronie): Zaniemówiłem.

Slapstick, a w zasadzie wczesny Bareja. Pocieszające, iż polityka to jednak nie gatunek narracyjny, literacki, nie może ewoluować do epoki udźwiękowionej, panoramicznej. PiS zatrzymał się w slapsticku, w epoce kamienia łupanego i wali nas maczugami.

Czy długo to wytrzymamy, czy żandarm odwróci się i przyłoży pałą kopiacego go w zadek?

Na razie PiS także żandarmów obsadził swoimi. Tyle ich, bo to farbowane lisy, awansowani przez Błaszczaka, bądź Brudzińskiego. Bynajmniej nie fachowcy.

Tak przynajmniej należy ocenić postępowanie policji w Poznaniu wobec Joanny Jaśkowiak i pięciu innych kobiet. Jaśkowiak w ubiegłym roku podczas protestu w Dniu Kobiet powiedziała: „Od czasu „dobrej zmiany” budzą się we mnie różne uczucia. Najpierw było zdziwienie, później zaskoczenie, oburzenie, złość i wściekłość. Teraz tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – jestem wku******”.

9 miesięcy policja czekała na anonim, który wreszcie się urodził i mogła wezwać Jaskowiak na przesłuchanie. Jaśkowiak i wspierające ją kobiety teraz staną przed sądem. Wszczęto bowiem postępowanie z art. 141 kodeksu wykroczeń. Za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym grozi ograniczenie wolności, grzywna do 1500 złotych bądź nagana.

Ponoć policja ma opinię jakiegoś biegłego językoznawcy, wg którego hasło prezentowane przez Jaśkowiak jest wulgaryzmem. Czysty slapstick, gdyż rzeczywisty filolog wyśmieje policję oraz tego „rzeczoznawcę” i wyśle tych przedstawicieli pałki do nauki.

Napisałem o policji „farbowane lisy”, bo to w istocie wysługująca się PiS-owi milicja, jak w PRL-u. Joanna Jaśkowiak to żona prezydenta Poznania Jacka Jaśkowiaka, który doznał podobnej „przyjemności” od organów ścigania w dniu, gdy Platforma i Nowoczesna ogłosiły, iż jest ich kandydatem na prezydenta miasta w najbliższych wyborach samorządowych. Do Urzędu Miasta wkroczyła CBA pod jakimś wyssanym z palca podejrzeniem (znowu pewnie jakiś anonim).

PiS posługuje się takimi maczugami, innej polityki nie znają, żyją w epoce kopania po zadkach, choć chcieliby się podszyć pod wyższe cywilizowane formy. Oto Patryk Jaki, kandydat PiS na prezydenta Warszawy, zmienia strategię: podlizywanie się, a nie kopanie w zadek. Chce nabrać warszawiaków, iż jest cacy. Jaki zapowiedział, że jest gotów rozważyć, „żeby wesprzeć taki program in vitro”. Posuwa się jeszcze dalej, stwierdził w Polsacie: „Rozumiem i wspieram protestujących niepełnosprawnych w Sejmie. Uważam, że mają rację.”

Farbowane lisy, milicja, kopanie w zadki – tak wygląda imaginarium pisowskiego slapsticku.

Władza zawarła porozumienie sama ze sobą ws. protestu niepełnosprawnych

Zwykły wpis

Nikt już raczej nie wyraża wątpliwości, że z władzą PiS jest coraz ciekawiej. Politycy partii Kaczyńskiego nadają nowe znaczenia powszechnie znanym słowom, w myśl definicji klasyka: „Nikt nam nie powie, ze białe jest białe…”

Oto słowo kompromis osiągnęło nowe znaczenie przy okazji protestu w Sejmie opiekunów osób niepełnosprawnych. Władza PiS zawarła porozumienie sama ze sobą, a nie z protestującymi. Gdyby komuniści w sierpniu 1980 roku znali pisowskie możliwości kompromisu, to nie podpisywaliby słynnych porozumień sierpniowych z „Solidarnością”, ale z CRZZ.

Minister Elżbieta Rafalska podpisała porozumienie w sprawie pomocy osobom niepełnosprawnych ze swoim zastępcą. Organizacją działającą na rzecz niepełnosprawnych, która podpisała porozumienie z rządem, jest – ni mniej, ni więcej – Krajowa Rada Konsultacyjna działająca przy – ni mniej, ni więcej – Ministerstwie Rodziny, Pracy i Opieki Społecznej. Proste? Rząd porozumiał się z radą, którą sam wybrał w 2017.

I teraz nikt nie powie nam, że białe jest białe. Porozumienie jest podpisane, acz nie z protestujacymi, ale z wyznaczonymi przez rząd do podpisania.

Politycy PiS bali się, aby dostarczyć porozumienie do protestujących, którzy dowiedzieli się, że ktoś inny został wyznaczony przez rzad, aby z nim się porozumieć. Wreszcie poszła rzecznik rządu Joanna Kopcińska i w pisowskim stylu (mordy zdradzieckie, kanalie) nazwała niepełnosprawnych „nieszczęściem”.

To mniej więcej tak, jak mężczyzn o wzroście 160 cm nazywanoby kurduplami, karłami, krasnalami. Więc nie dziwmy się, że protestujące matki odpowiedziały rzeczniczce Kopcińskiej, że „nasze dzieci nie sa nieszczęściem”, bo miłość nie jest nieszczęściem.

Okazuje się, że PiS jest dobry w dialogu samego ze sobą, a w zasadzie w monologu, gdyż co powie prezes, to wszyscy jego akolici powtarzają. Nie łudzę się, że ten kompomis został wykoncypowany w gabinecie w gmachu przy Nowogrodzkiej. Bo mógł go wymyslić ktoś, kto rodaków nazwał kanaliami, gorszym sortem, mordami zdradzieckimi, a wysłana przez ktosia Kopcińska „nieszczęściem”.

Znamienny dzień dla PiS z programem Knot+

Zwykły wpis

Poniedziałek, 23 kwietnia 2018 roku, może uchodzić za dzień znamienny dla władzy PiS. Ekstrakt, esencja kaczyzmu. Mateusz Morawiecki, aby wyprzedzić wypadki, prezentuje napisany na kolanie tzw. projekt ustawy Dostępność+, który miał pierwotnie dotyczyć grupy seniorów, został naprędce poszerzony o niepełnosprawnych. W piątek premier sam się ośmieszył w rozmowach z protestującymi opiekunami niepełnosprawnych i niepełnosprawnymi w Sejmie, a teraz odkuwa się – i jeszcze gorzej ośmiesza.

Morawiecki robi to w swoim niefortunnym stylu – pokraczności. Podczas prezentacji kolejnego Bubla+ jako widzów wziął sobie niepełnosprawnych, ale nie tych protestujących w Sejmie. Podkreślam: tego Bareja i Mrożek by nie wymyślili, a Szekspir w „Komediii omyłek” to cienki Bolek.

PiS niejako powiela PRL, stosuje zasadę zagłaszania. PRL zagłuszał Radio Wolna Europa, PiS zagłusza protesty i nagrody przyznawane sobie niezgodnie z Kodeksem Pracy, a następnie zwracane tam, gdzie nie powinny – Caritasowi. Przecież kiedyś ministrowie PiS będą musieli zwrócić nagrody do budżetu, bo z niego zostały im przelane na konta, a nie z Caritasu.

Jakby tego było mało w kwestii strajku niepełnosprawnych. Marszałek Sejmu Marek Kuchciński, którego nie wiem jak określać ze względu na jego cechy osobowe – mamrot? niedołęga? – nie wpuszcza do Sejmu fizykoterapeutów i masażystów, którzy nieodpłatnie chcieli pomóc protestujacym niepełnosprawnym.

Kuchciński nie wyraził zgody i to on w istocie uruchomił projekt dla niepełnosprawnych Chamstwo+, Brak Empatii+. A trzymając się mniemanych wyznawanych wartości przez polityków PiS – program Antychrześcijanstwo+.

Przynajmniej w tych dniach Beata Szydło nie robi z siebie głupka. Jako wicepremier ds. społecznych uciekła z Sejmu, gdzie pieprz rośnie i wylądowała wśród flisaków na Dunajcu, bo słońce grzeje, otworzyła tamm sezon tego zapomnianego zawodu. Zdaje się jednak, że jednak przełomu Dunajca nie będzie, bo to wszystko pic na wodę fotomontaż.

Równolegle odbywał się inny spektakl o dalekosiężnym znaczeniu. Mianowicie Donald Tusk zeznawał na procesie Tomasza Arabskiego, oskarżonego o niedopełnienie obowiązków przy organizowaniu lotu Lecha Kaczyńskiego do Smoleńska.

Tusk ośmieszył sam akt oskarżenia, jak i pełnompocników oskarżycieli kilku rodzin ofiar smoleńskich, które są mściwym narzędziem Jarosława Kaczyńskiego. Tusk ten funeralny absurd wywrócił na nice. Chodzi jednak o coś zupełnie innego. Mianowicie posłuszni prokuratorzy zechcą na podstawie tego materiału skonstruować akt oskarżycielski, aby Tuska ewentualnie wyeliminować z polskiej polityki, gdy skończy mu się kadencja szefa Rady Europejskiej.

Jeszcze przed nami wiele emocji, wcale nie jest łatwo wygrać z pokraczną władzą, gdy ta ma w posiadaniu wszystkie narzędzia polityczne. Choć ta pokraczna autokracja skazana jest na wywrócenie, na zaliczenie gleby, to jednak rekordowo wiele zepsuła w kraju i na naszym obliczu – nie poddaje się. I dalej knoci, jak dzisiaj Morawiecki i Kuchciński. Dzisiaj można nazwać, iż PiS realizował swój program Knot+.

Beata Szydło wstaje z kolan, bo Morawiecki fajtnął

Zwykły wpis

Po kilkumiesięcznym zamroczeniu Beata Szydło powstaje z kolan, jej następca Mateusz Morawiecki spektakularnie fajtnął w Sejmie w rozmowach z protestującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Morawiecki zaliczył efektownie dechy, mimo że zagalopował się ze zmianą konstytucji i gołoceniem kieszeni bogatszych Polaków, aby omamić niepełnosprawnych w swoim populistycznym stylu.

Szydło wie, iż Jarosław Kaczyński to strachliwy gościu, zacznie PiS-owi obsuwać się w sondażach, więc może chcieć wymienić Morawieckiego. Na kogo? Na sprawdzoną Beatą, co to jej „się należy”.

Szydło sprawę niepełnosprawnych dzieci bierze na swoje piersi. W RM FM była powiedzieć: „W tej chwili trwają prace w ministerstwie rodziny nad ustawą, o której mówił pan premier, która ma pomóc rodzicom i ich dzieciom”.

Wyręcza zatem Morawieckiego, który przegrał w rozmowach z potrzebującymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci. Szydło nawet poleciala ulubionym językiem prezesa, ktory lubi używać fraz „patrioty” Edwarda Gierka: „ufajcie, uwierzcie”. Szydło: „Jeżeli mogłabym poprosić rodziców, którzy są w tej chwili w Sejmie, żeby jednak uwierzyli panu premierowi, pani minister Rafalskiej”.

Szkoda, że Szydło nie zadała Morawieckiemu pytanie, gdzie podziało się 600 mln zł, które Platforma Obywatelska zabezpieczyła dla opiekunów dzieci niepełnosprawnych. Takie kwoty winny być wpisane do wydatków sztywnych, których są nie do ruszenia przez żaden rząd.

Widać, iż w PiS trwa wojna podjazdowa, jest szansą dla Szydło, aby powróciła do łask Kaczyńskiego. Jeden, dwa sondażyki z obsuwą i była premier może powrócić na tapetę w gmachu przy Nowogrodzkiej. Szydło nawet przypomniała prezesowi swoj sukces z Brukseli 1:27, o Donaldzie Tuska powiedziała: „Słyszałam, że podobno sam rozpowiada różne rzeczy w Brukseli”.

Nie jest to logiczny jezyk polski, ale Szydło nigdy nie była orlicą retoryki. To iście sowieckie przypuszczenie: „wicie, rozumicie”. Ale wstajaca z kolan Szydło nie dba o takie szczegóły. Wszak to nie Wersal, jest szansa, że dowali nowemu faworytowi prezesa, a ten przypomni sobie o niej.

Chciałoby się zakrzyczeć tej walce buldogów pod dywanem: „Beata, wal Mateusza wałkiem, temu populiście się należy”.

Polactwo antysemickie w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków

Zwykły wpis

Antysemityzm w czasie rządów PiS „musiał” odżyć. Kiedyś antysemityzm był wdrukowany w polski prawicowy genom polityczny, wydawało się, że osiągnął agonię w marcu 1968 roku, bo praktycznie Polska pozostała krajem bez Żydów, niemal homogeniczna rasowo i wyznaniowo.

Niestety, PiS odgrzał politykę historyczną, która w wydaniu tej partii jest zakłamana, jak jej prezes. Nikt nie powie Polakom, że białe jest białe, bo ten naród jest cacy.

Kaczyński i PiS kultywuja naszą podrzędność, nie stać ich, aby stanąć w prawdzie, iż Polacy dopuszczali się zbrodni wobec swoich sasiadów. Antysemityzm dzisiejszy jest pochodną ogólnej sytuacji kraju. Wszystko się sypie, nasza reputacja, demokracja, instytucje państwa. Ciężko to odchorujemy, acz z tego wyjdziemy. Z jakimi stratami? Będą mniejsze, im szybciej PiS oderwiemy od koryta plus.

Centrum Kantora przy Uniwersytecie w Tel Awiwie opublikowało doroczny raport o antysemityzmie, w którym wymieniane są wypowiedzi dziennikarzy i celebrytów politycznych, acz w wydaniu prawicy nie wiadomo, kto jest dziennikarzem, a kto celebrytą.

Jako antysemita jest wymieniony Rafał Ziemkiewicz. Kto to zacz? – przecież nie dziennikarz, wszak ten zawód nie polega na pluciu słowem jak jadem. Ziemkiewicz zresztą cieszy się z tego, obecność „na liście antysemitów uważam za zawodowy sukces”.

Tenże sam Ziemkiewicz jednego z autorów z polskiej strony, sporządzających raport prof. Rafała Pankowskiego nazywa kapusiem. Przypomnijmy, iż kilka dni temu Stanisław Skarżyński nie zgodził się zasiadać w studiu RDC wspólnie z Ziemkiewiczem z powodu jego wypowiedzi a o Żydach jako „parchach”.

Obok Ziemkiewicz w raporcie wymieniony jest jego kolega z anteny TVP, z programu „W tyle wizji” Marcin Wolski. Jest także stały bywalec wszlkich raportów o antysemitach w Polsce Stanisław Michalkiewicz, ponadto są prof. Jerzy Nowak i były ksiądz Jacek Międlar. Jest debiutantka Magdalena Ogórek oraz dr Ewa Kurek. Ta ostatnia postać pozostaje symptomatyczna dla PiS, jest niejako wzorcem zakłamania obecnej władzy. Mianowicie dr Kurek miała kilka dni temu w Konsulacie Generalnym w Nowym Jorku odebrać Nagrodę im. Jana Karskiego (wielkiego Polaka, który zawiadomił aliantów o obozach koncentracyjnych na terenie Polski w czasie II wojny). „Uczona” Kurek twierdzi, że Żydzi sami tworzyli getta i się w nich bawili.

Takie rozpełzło nam sie polactwo antysemickie po kraju w wydaniu Ziemkiewiczów i Kurków, przynosi nam wstyd, hańbi imię Polaka. Za sprawą podobnych ludzi i polityków PiS reaktywowane jest na świecie nazywanie Polaków – Polaczkami. Tak bezczeszczona jest praca na imieni9em Polaków, praca po 1989 roku, spychają nas w podrzędność, w bylejakość, w kołtuństwo.

Morawiecki zmiażdżony przez Rafalską

Zwykły wpis

W rządzie tli się konflikt o system dodatkowego oszczędzania na emeryturę? Na to wygląda! Forsowaną przez premiera Mateusza Morawieckiego reformę mocno krytykuje resort rodziny i pracy Elżbiety Rafalskiej.

Projekt ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych, czyli dodatkowych emeryturach, to oczko w głowie Morawieckiego. Przez półtora roku szlifowano nowe przepisy. Kiedy w połowie lutego wreszcie przedstawiono projekt, firmowały go wspólnie minister finansów Teresa Czerwińska i właśnie Elżbieta Rafalska.

Teraz, kiedy urzędnicy resortu rodziny i pracy wgryźli się w projekt ustawy, wytykają w nim poważne luki. Według nich nowe przepisy nie gwarantują, że dodatkowe oszczędzanie na emeryturę będzie dobrowolne, a nawet że przyszłe świadczenia będą wypłacone! To kolejne ministerstwo, które krytykuje projekt Morawieckiego.

Pierwszy był minister energii Krzysztof Tchórzewski, który ostrzegał, że przez ten projekt PiS może przegrać wybory! Dlaczego? Bo składki mogą okazać się zbyt wysokie dla osób z niskimi pensjami. Ale po kilku dniach pan minister zmienił zdanie. – Po uzyskaniu wyjaśnień jestem przekonany, że ustawa o PPK spotka się z szerokim poparciem społecznym – stwierdził Tchórzewski. Podobnie było z resortem infrastruktury, który także wycofał się z części krytycznych uwag. Ale Rafalskiej premier Morawiecki tak łatwo nie spacyfikuje. Zwłaszcza że już na etapie pierwszych prac jej resort miał dużo zarzutów do projektu dodatkowych emerytur.

Do tego resort rodziny ma wątpliwości:

• Czy program będzie dobrowolny – wszyscy pracownicy obowiązkowo zostaną do takiego planu zapisani. kto nie będzie chciał oszczędzać na dodatkową emeryturę, będzie musiał złożyć rezygnację.

• Nie ma gwarancji wypłaty pieniędzy – resort zwraca uwagę, że wypłata środków będzie możliwa dopiero, kiedy ukończymy 60 lat i trwać będzie 10 lat „zmuszając uczestników do utrzymywania należnych środków na rynku finansowym bez jakichkolwiek gwarancji ich wypłaty w przyszłości”.

• Podział oszczędności w razie rozwodu – projekt zakłada, że państwo będzie mogło przejąć część pieniędzy. Dojdzie do tego wtedy, kiedy małżonkowie rozwiodą się i jeśli jedno z nich nie odkładało pieniędzy w PPK. Kiedy sąd dokona podziału majątku, małżonek, który nie oszczędzał w PPK, nie dostanie np. 50 proc. zasądzonych składek, a tylko 30 proc. Pozostałe 20 proc. przejmie państwo.

Ksiądz kazał mi pić wódkę, a sam pił słabe wino. A potem mnie gwałcił

Zwykły wpis

Gdy rodzice chcieli zmieniać meble, dołożył 500 złotych do meblościanki. Dziś mówię gorzko, że zostałem sprzedany za 500 złotych – opowiada 32-letni dziś mężczyzna.

Wspominasz, że przez lata byłeś molestowany i gwałcony przez księdza. Dziś jesteś dorosłym mężczyzną, spodziewacie się z żoną drugiego dziecka. Może wreszcie uda ci się o tym koszmarze zapomnieć?

Zapomnieć? Nie… tego się nie da zapomnieć. Miałem wymazane z życia 13 lat.

Opowiedz więc, proszę, jak to się zaczęło.

Gdy miałem 11 lat, zostałem ministrantem. Jak miałem 14 lat, w naszej parafii pojawił się nowy ksiądz. Wszyscy chłopcy chcieli go poznać, a co najmniej zobaczyć. Szybko zaczęło się podszczypywanie, obmacywanie i łapanie za genitalia. Ksiądz K. po mistrzowsku wykorzystywał momenty, gdy przebieraliśmy się w alby. Podchodził do mnie i tak się sprytnie zasłaniał sutanną, że inni ministranci niczego nie widzieli.

Zareagowałeś?

Nie wiedziałem, co mam zrobić. Zachowanie księdza K. wydawało mi się trochę jednocześnie dziwne i zabawne. Początkowo mnie śmieszyło, niczego złego się nie spodziewałem. W domu nie rozmawiało się o seksie. To był temat tabu. Nikt mnie nie uświadamiał, żebym nie pozwalał się dotykać czy o siebie ocierać.

W dodatku ksiądz K. szybko został przyjacielem domu. Moi rodzice systematycznie chodzili na eucharystię. U nas w parafii był też zwyczaj, że zapraszało się duchownego do domu. Ksiądz K. zaczął do nas przyjeżdżać w soboty na ciasto, które mama piekła. Czasem tylko na kawę. Zażyłość nabrała tempa niczym pociąg pędzący od stacji do stacji.

Ksiądz K. dobrze poznał naszą rodzinę. Wiedział, że ojciec jest alkoholikiem, że często wszczyna awantury, że mnie bije. Dziś wiem, że badał grunt. Uznał, że będę łatwą ofiarą.

Bo rodzice nie poświęcają ci czasu i uwagi, a w dodatku w domu się nie przelewa?

Dzieliliśmy dom z dziadkami. Mama, tata, siostra i ja mieszkaliśmy na szesnastu metrach kwadratowych. W pewnym momencie ksiądz K. powiedział, że dojrzewam i muszę mieć własny kąt. Wszystko obiecał zorganizować i sfinansować.

I słowa dotrzymał.

Przegrodziliśmy kuchnię płytą pilśniową, wstawiliśmy tam biurko i tapczan tylko dla mnie. Dał na to pieniądze.

Dlaczego to zrobił?

Chciał się przypodobać mojej rodzinie. To już było po pierwszym razie, kiedy kazał się dotykać po członku. I stawał się coraz śmielszy.

Zresztą nie tylko urządził mi pokój, ale i kupował prezenty. Gdy kończyłem gimnazjum, okazało się, że nie mam żadnego garnituru na egzamin. Ksiądz zadeklarował, że mi kupi, i zabrał mnie swoim autem do Poznania. Pamiętam, że to był wtorek, miał wtedy wolne. Wybraliśmy marynarkę, spodnie i wyjściowe buty. W drodze powrotnej, w Stróżewie, nagle wjechał do lasu, zatrzymał samochód. Było już ciemno. Rozebrał się i zaczął się masturbować. I kazał mi się dotykać.

Nie protestowałeś?

Po trzecim takim razie nie wytrzymałem. Pojechaliśmy z kościelnym chórkiem na obóz do Błażejewa. Musiało to dziwnie wyglądać, bo dziewczynki spały na jednej sali, chłopcy na drugiej, a w trzeciej, równie dużej, ja sam. Żeby ksiądz mógł do mnie w nocy przychodzić. Poskarżyłem się opiekunom, a oni poradzili, żebym po powrocie powiedział o wszystkim rodzicom. Tak też zrobiłem.

Umówiono spotkanie na plebanii, w mieszkaniu księdza K. Do wszystkiego się przed rodzicami przyznał. Klęknął, zaczął przepraszać i błagać rodziców o wybaczenie. Zaklinał się, że już nigdy mnie nie dotknie. Tylko żebym poszedł do wychowawców z obozu i powiedział, że sobie to wszystko wymyśliłem.

I tak zrobiłeś?

Zrobiłem, zwłaszcza że rodzice mnie zachęcali. Zawarli z księdzem taki układ: oni mu wybaczają, a ja mam wszystko odwołać. I udawali, że nic się nie stało. Ksiądz jak gdyby nigdy nic przyjeżdżał do nas do domu. Gdy rodzice chcieli zmieniać meble, dołożył 500 złotych do meblościanki. Dziś mówię gorzko, że zostałem sprzedany za 500 złotych.

Potworne.

Od tego czasu ksiądz wpadał po mnie wieczorem i zabierał na przejażdżkę po sąsiednich miejscowościach. Zawsze domagał się jednego – żebym go masturbował.

Protestowałeś?

Prosiłem, żeby dał mi spokój, ale on twierdził, że skoro rodzice się zgadzają, by mnie dalej ze sobą zabierał, to ja nie mam nic do gadania. Straszył, że jeśli raz powiedziałem, że wszystko sobie wymyśliłem, to drugi raz już nikt mi nie uwierzy. Zabierał mnie też do swojego mieszkania na plebanii i tam podawał alkohol. Był tak cwany, że mi kazał pić wódkę, a sam pił słabe wino. A potem mnie gwałcił.

Dlaczego piłeś?

Żeby było mi to łatwiej znieść. W pewnym momencie stwierdziłem, że taki jest już chyba mój los, że tak musi być. Poza tym ksiądz szantażował mnie psychicznie. „Beze mnie nie dasz sobie rady” – straszył. Nękał mnie telefonami, pytał, gdzie jestem, co robię, do kogo idę. Zniewolił mnie.

W książce „Żeby nie było zgorszenia – ofiary mają głos” przeczytałam, że ksiądz zabierał cię też do swojej rodziny. Jego mama, siostra i szwagier naprawdę się niczego nie domyślali?

Trudno mi w to uwierzyć, bo spałem z księdzem w tym samym pokoju, na jednym tapczanie. Jak stare dobre małżeństwo. Bliscy duchownego nie reagowali. Dochodziło do sytuacji, że on się do mnie dobiera, a tu nagle wchodzi jego siostra. On się trochę speszył, ona też, ale nic nie powiedziała.

Dlaczego się nie poskarżyłeś?

Bałem się, że to znów nic nie da. Ksiądz mnie osaczył i mną kierował. Musiałem zrezygnować z własnych marzeń i planów. Chciałem zostać maszynistą, ale ksiądz namawiał mnie, abym poszedł do szkoły, w której sam uczył. Dzięki temu wciąż sprawował nade mną kontrolę, miał dostęp do dziennika, wiedział, czy się przypadkiem komuś nie poskarżyłem, bo miał kontakt z nauczycielami. Byłem kompletnie ubezwłasnowolniony.

Nie tylko ty. Z książki wiem także, że ksiądz w specyficzny sposób traktował również swojego psa. Mógłbyś o tym powiedzieć?

Ksiądz chwalił mi się, że pies ujeżdża mu nogę. Albo liże go po genitaliach. No po prostu chciało mi się rzygać na te opowieści.

Byłeś wykorzystywany do momentu, aż poznałeś swoją obecną żonę.

Było to na Spotkaniu Młodych pod Gnieznem. Miałem wtedy 17 lat. Gdy dowiedział się, że spotkałem fajną dziewczynę, zaczął się dopytywać, jak ona się nazywa i kim jest. I przystąpił do zniechęcania. Mówił, że ją zna, bo ją uczył, rzucał pod jej adresem różne obraźliwe epitety. Przekonywał, że to nie jest partia dla mnie.

Co nie przeszkadzało mu zapraszać was do siebie, gdy już się pobraliście.

Zabierałem żonę do niego, żeby była czymś w rodzaju tarczy. I tak do 2015 roku. Nasze kontakty skończyły się dopiero wtedy, gdy przestałem pić. Jestem po terapii. Trudno stwierdzić, kiedy dokładnie się uzależniłem, ale w wieku 18 lat byłem już czynnym alkoholikiem.

Nie ukrywam, że wciąż jestem osobą wierzącą. I to bardzo. Trzy lata temu dostałem od Boga moc, żeby się od tego koszmaru uwolnić. Potem poszedłem do spowiedzi. Jako pokutę otrzymałem polecenie, żebym zgłosił sprawę księdza do kurii. Przez dwa tygodnie walczyłem ze sobą, nie wiedziałem, co mam zrobić. Poszedłem do spowiedzi do innego księdza. Usłyszałem: „Albo jedziesz do tamtego księdza i on ci pokutę zmieni, albo musisz ją wykonać. Bo pokuta nie może wisieć w powietrzu”.

Zgłosiłeś się do kurii?

Zadzwoniłem do kurii w Poznaniu. Potraktowali mnie miło. Prosili, żebym opisał trzy sytuacje ze swojego życia. Postąpiłem według tej instrukcji i po jakimś czasie przyszło z kurii pismo z wezwaniem na przesłuchanie. Okazało się, że na podstawie tego, co opisałem, ułożyli sobie pytania. I mnie przemaglowali.

Potem poprosili, żebym wskazał świadków. Moja mama pojechała do kurii i o wszystkim opowiedziała. Ojciec nie pojechał, bo akurat był w alkoholowym ciągu. Wsparła mnie żona, która opisała, jak wyglądały moje relacje z księdzem.

Czy ksiądz poniósł jakąś karę?

Trudno póki co mówić o karze, bo sprawa w Watykanie toczy się od lipca 2015 roku i końca nie widać. Na jakim jest etapie, nie mam pojęcia, bo nie mam wglądu do akt. Gdy tylko wspomniałem o jakimś finansowym zadośćuczynieniu, kuria się na mnie po prostu wypięła. Przekazano mi tylko, że otoczą mnie modlitwą.

Szlachetnie. A czego ty byś oczekiwał?

Żeby ksiądz K. został odseparowany od dzieci. Żeby nie miał z nimi żadnego kontaktu, zarówno w parafii, jak i w szkole. Bo z tego, co wiem, wciąż odprawia msze. Domagam się też 300 tysięcy złotych zadośćuczynienia, ale nie dla siebie. Jeślibym te pieniądze wygrał, to i tak bym ich nie wziął dla siebie, tylko przeznaczył na cel charytatywny. Na przykład instytucji, która pomaga ofiarom pedofilów w sutannach. Na przykład dla Fundacji „Nie lękajcie się”, której prezes bardzo mi pomógł.

Do tego jednak potrzeba wyroku sądu.

Dlatego wynająłem pełnomocnika i zgłosiłem sprawę do Prokuratury Rejonowej w Chodzieży. Ta uznała jednak, że część zarzutów o molestowanie już się przedawniła. I umorzyła postępowanie. Ale gdy się odwołałem do Prokuratury Okręgowej w Poznaniu, sprawa wróciła do Chodzieży. Dostałem pismo, że ją wznowiono i będą przesłuchiwać kolejnych świadków. Tyle wiem. Czekam.

Nie boisz się mówić o tym, co cię spotkało?

A czego mam się bać? Żałuję tylko, że zamiast od razu pójść do prokuratury, udałem się do kurii. Zresztą w kurii mi o prokuraturze nie wspomniano. Ksiądz K. miał sporo czasu, by pozacierać różne ślady, na przykład w komputerze. Ale że pokazałem twarz, nie żałuję. Choć przyznam, że w 20-tysięcznym mieście, w którym mieszkam, łatwo mi nie jest. Po reportażu w TVN trudno mnie nie rozpoznać, zresztą tu, w Chodzieży, jest tylko jeden Szymon Bączkowski. Gdy powiedziałem, że chcę od Kościoła odszkodowania, zaczęto mnie wytykać palcami. Mówić, że chodzi mi tylko o pieniądze.

Jak ty to znosisz?

Nie potrafię się pogodzić z tym, że wciąż muszę się tłumaczyć z tego, co mi zrobił ksiądz. Niczym zgwałcona kobieta, o której mówi się często, że „sama chciała”. A przecież taka kobieta latami będzie miała uraz do mężczyzn. Ze mną jest podobnie. W dodatku jestem inwalidą po wypadku, bo po pijanemu uciekałem od swojego oprawcy.

Jak do tego doszło?

To stało się kilka lat temu. Byłem w parafii, coś tam wypiłem. Ksiądz K. właśnie wychodził ma mszę. „Jak wrócę, to się zabawimy” – powiedział. Odwróciłem się na pięcie, wsiadłem do samochodu. Oczywiście nic mnie nie usprawiedliwia, że siadłem za kierownicą pod wpływem alkoholu, ale to była reakcja obronna, wręcz desperacja. Powodował mną strach przed tym, co znowu się wydarzy. Dziś muszę żyć z wyrokiem w zawieszeniu.

Wiesz, co się dzieje z księdzem?

Mieszka w miejscowości pod Poznaniem, w domu dla księży w stanie spoczynku. Właściwie to dziwne, bo ma raptem 52 lata. W parafii jako oficjalny powód usunięcia go z probostwa podano zły stan zdrowia. Z różnych przecieków dowiedziałem się, że w kurii przyznał się do molestowania. Jednak żeby nie psuć wiernym atmosfery świąt – a przyznał się w połowie grudnia 2015 roku – podano powód zdrowotny. Pozwolono księdzu K. dokończyć kolędę i dopiero po niej odwołano go z posługi proboszcza.

Ostatni kontakt mieliśmy w zeszłym roku. Zadzwoniłem do niego na prośbę reportera TVN, gdy powstawał o mnie program „Uwaga”. Zapytałem, jak się dziś czuje z tym, co mi zrobił. Powiedział, że kuria zabroniła mu odpowiadać na jakiekolwiek pytania.

Czego od niego oczekujesz?

Oprócz tych 300 tysięcy złotych odszkodowania, które uważam za skromne, jak się weźmie pod uwagę, co mi zrobił, chcę, żeby opublikował przeprosiny w lokalnej gazecie. Na pierwszej stronie. Żeby ludzie przestali mnie osądzać. Mam wewnętrzne przekonanie, że jak zapadnie wyrok, wreszcie zaznam spokoju.

Pytałaś, czemu pokazuję twarz i opowiadam o tym, co mnie spotkało. Chcę przestrzec innych. Żeby rodzice, którzy pozwalają synom zostać ministrantami, byli czujni. Żeby z nim rozmawiali i reagowali, kiedy chłopak się poskarży, jak nie będzie chciał chodzić do kościoła.

Twoi rodzice cię przeprosili?

Nigdy. Mówią, że oddali mnie księdzu K. pod opiekę, że miał się zająć moim wychowaniem. Do dziś nie potrafią wziąć na siebie odpowiedzialności za to, co się stało. Tłumaczą: „A co my w tamtych czasach mieliśmy zrobić”.

Szymon Bączkowski. Mieszka w Chodzieży z żoną i 12-letnią córką. Prowadzi firmę ogrodniczą. Ma 32 lata.

Pustota Kaczyńskiego jest programowa

Zwykły wpis

Dwa wywiady z Rafałem Matyją.

„Newsweek”.

Jakub Majmurek: Pana książka „Wyjście awaryjne” jest wielkim oskarżeniem PiS i PO – partii, których rywalizacja w ciągu ostatnich 13 lat zdemolowała Polską politykę. Dziś doszliśmy w tej demolce do ściany?

Rafał Matyja: Nie chcę powtarzać starego dowcipu o różnicy między pesymistą, a optymistą, ale tak jak optymista w tym żarcie uważam, że wciąż może być gorzej – zarówno za sprawą tych partii, jak i tego, co ewentualnie przyjdzie po nich. Dziś jesteśmy w miejscu, z którego jeszcze można zawrócić – jeśli będą ludzie, którym by na tym zależało.

PiS nie prowadzi nas do rządów autorytarnych?

Takie reakcje zaraz po przejęciu władzy przez PiS były moim zdaniem mocno na wyrost. Psuły język i utrudniały nazwanie realnego zagrożenia w przyszłości.

W książce pisze pan, że PiS tworzy państwo prerogatywne, które samo decyduje, jakie prawo go obowiązuje.

W niektórych przypadkach tak jest. Ale na razie – inaczej niż w PRL, gdzie państwo w zasadzie w ogóle nie było związane formalnie obowiązującym prawem – takie prerogatywne momenty to wyjątek w funkcjonowaniu państwa, nie reguła. PiS ograniczają np. niezależni sędziowie, odmawiający orzekania po linii partii, niezależne od nich samorządy, media.

Co jest największą patologią państwa PO-PiS?

Spór polityczny podgrzany do absurdalnej temperatury i dzielący całe społeczeństwo, mechanizmy doboru ludzi do administracji, oparte na więzach partyjnej lojalności i klientelizmu, wreszcie – dla mnie jest to kwestia kluczowa – przybieranie przez państwo coraz bardziej partyjnego charakteru. To widać obecnie w myśleniu o policji, sądach, armii. Nie pamiętam ministra obrony narodowej, który by publicznie źle mówił o generałach, tylko dlatego, że awanse dostali za poprzednich rządów. Nawet jeśli grał na osłabienie ich pozycji, to robił to po cichu, z fasadowym przynajmniej poszanowaniem dla apolityczności wojska.

Za ten stan rzeczy obarcza pan winą zarówno PiS, jak i PO. Czy PiS w ostatnich latach nie przekroczyło jednak kilku granic, które PO jednak szanowało?

PiS robi to, co PO, choć faktycznie – bardziej. PO wybrała sędziów Trybunału Konstytucyjnego niezgodnie z konstytucją, PiS zupełnie zdemolował Trybunał. PO korzystała z przychylności mediów publicznych, PiS zmienił je w narzędzie partyjnej propagandy. Mam świadomość różnicy skali i tego, że PiS naruszył pewne rzeczy, które do tej pory, niezależnie od partyjnej rywalizacji szanowano.

Dlaczego PiS dostał mandat dla tej polityki? Mimo upartyjniania państwa poparcie mu – do niedawna – nie spadało. Jedna teza mówi, że to rachunek za zaniedbania transformacji. Maciej Gdula z kolei twierdzi, że Kaczyński dał ludziom „dramat przejmowania państwa”, w który mogą się zaangażować. Jak Pan sądzi?

Zgodziłbym się raczej z tezą Gduli. Nie uważam jednak, że sondaże legitymizują to, co PiS robi np. z TK. To oczywiście pozwala PiS się bronić – „patrzcie, poparcie nam nie spada, ludzie akceptują naszą politykę” –ale nie oznacza legitymizacji wszystkich poczynań partii. Utrzymujące się poparcie dla PiS wynika raczej z tego, że wyborcy, którzy głosowali na nich w nadziei na rozwiązania socjalne – nie zawiedli się, wyborcy, którzy chcieli partii bliskiej Kościołowi – podobnie. Można by wymieniać wiele podobnych grup elektoratu.

Czemu PiS teraz zanotował tak wielki spadek w sondażu – aż o 12 punktów procentowych?

Sondażu nie można traktować jako trwałej tendencji, poczekajmy na więcej podobnych wyników. Ale w odpowiedzi na pytanie dlaczego PiS spada, wskazałbym na dwie kwestie: nagrody dla ministrów i aborcję. To zajmuje ulicę, o tym ludzie mówią, to ich porusza.

Jak pan tłumaczy to, że rośnie SLD?

To proste, chodzi o kwestie degradacji żołnierzy służących w PRL. To jest całkiem spory elektorat. W sprawie oceny takich postaci jak generał Jaruzelski opinia publiczna jest dużo bardziej podzielona, niżby to wynikać mogło z partyjnych sympatii. Wiele osób atak na Jaruzelskiego odbiera po prostu jako atak na własne biografie, czy na armię w ogóle. Także wśród wyborców PiS.

Wróćmy do książki. Stawia pan też tezę, że problem nie polega tylko na PO i PiS, ale także na tym, że po 1989 roku zaniedbaliśmy odpowiedź na dwa fundamentalne pytania: o państwo (czym jest, czemu ma służyć) i naród polityczny (kim jesteśmy, jako polityczna wspólnota). Jak dziś te odpowiedzi mogłyby wyglądać?

Zacznijmy od tej drugiej kwestii, jest łatwiejsza. Kluczowe jest dziś to, by jakiś silniejszy politycznie język wyparł ten, budujący wspólnotę na wykluczaniu z niej całych grup. Nie możemy godzić się na język, w którym można powiedzieć, że opozycja to Targowica, gdzie można ludziom, którzy w PRL byli w wojsku odmówić patriotyzmu, gdzie Ślązaków można nazwać „ukrytą opcją niemiecką”. Dziś naród utożsamiono z jego bardzo wąskim kulturowym kodem.

Jak to zmienić?

Kluczem jest polityka historyczna. Trzeba przepracować naszą wyobraźnię historyczną, skupioną na pokazywaniu narodu, jako wspólnoty bohatersko walczącej o własną niepodległość. Ta narracja nie dostrzegała innych wątków w polskiej historii. Na przykład migracji ze wsi do miast, co jest najbardziej powszechnym doświadczeniem Polaków. Czy zasiedlania Ziem Zachodnich. W naszej kulturze nie ma wielopokoleniowej, mieszczańskiej sagi, jak „Budenbrookowie”. Brak narracji pozwalających budować bardziej otwartą formułę narodu, w której – jak mówi konstytucja – faktycznie mieszczą się „wszyscy obywatele Rzeczpospolitej.

Odnosi się pan od książki Andrzeja Ledera „Prześniona rewolucja”. Według pana po „prześnionej rewolucji” 1939-56, mieliśmy drugą, tym razem świadomą rewolucję solidarności. „Solidarność” roku ’80 to nie jest znów romantyczny mit Polski walczącej o wolność z „komuną”?

Ja staram się uzupełnić i rozszerzyć tezy Ledera, nie piszę przeciw niemu. To, co najwyżej korekta. Z pewnością „Solidarność” może zostać zawłaszczona przez ten stary typ wyobraźni historycznej. Ale „Solidarność” lat ’80-’81 wcale nie jest taka antykomunistyczna. Rozmawia z władzą częściowo jej językiem. Uznaje prawomocność biografii ludzi, którzy byli w PZPR, co nie przeszkadzało im pełnić ważnych funkcji w „Solidarności”.

Wróćmy do pytania o państwo.

Tu problem i zaniedbania są większe. Po ’89 roku przejęliśmy instytucje PRL nie nadając im nowej melodii. Nigdy nie wypracowaliśmy doktryny państwowej III RP. Spójrzmy na Stany Zjednoczone: niezależnie kto rządzi, znamy amerykańską doktrynę państwową. W Polsce nie ma niczego takiego. Potrzebujemy odpowiedzieć sobie na pytanie „czemu służy państwo”, stworzyć silny ośrodek projektujący politykę państwową – najpewniej zgodnie rozstrzygnięciami Konstytucji 1997 roku przy premierze. Taki ośrodek mógłby wciągnąć elity do pracy państwowej. Dziś państwo z nich nie korzysta, co też wcale nie zaczęło się za PiS. Już za PO elity z takich miejsc jak Akademia miały poczucie, że nie są państwu do niczego potrzebne.

Stawia też pan dość nieoczywistą tezę, że PiS jest partią słabego państwa. Zamiast wzmacniać państwo podporządkowuje je bowiem partii.

Tak, Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś, że naiwni są ci, którzy wierzą w instytucje. Ważne są bowiem nie instytucje, a kadry. Ludzie, których przyprowadziło się ze sobą i można im ufać. PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym.

W przypadku państwa ważne jest też pytanie, komu ono służy? Np. czy zamożniejszym, czy uboższym. O tym trochę mało Pan pisze.

Może mnie pan demaskować klasowo, nie jestem oczywiście Maciejem Gdulą, mam inne spojrzenie i wrażliwość. Będę się jednak trochę bronił. W „Wyjściu awaryjnym” zwracam uwagę na kwestię słabszej niż centrum prowincji. Geografia bardzo różnicuje dziś w Polsce szanse życiowe. Co innego znaczy być prekariuszem w Warszawie, co innego w Wałbrzychu. To szkodzi państwu, sprawia, iż wykorzystuje ono tylko część swoich zasobów. Zaś same podziały klasowe nie są w Polsce aż tak politycznie znaczące, jak na przykład w Czechach. Nie wierzę w to, że polityka w Polsce będzie się rozgrywała wokół konfliktu klasowego, ekonomicznego. Zbyt wiele rzeczy zakrywa te podziały.

„PiS nie ma żadnych pomysłów na trwałą przebudowę instytucji – co najlepiej pokazuje to, co wyszło z ich manipulacji przy Trybunale Konstytucyjnym”.

Ważną częścią polskiej doktryny państwowej jest w pana narracji Europa. Polska musi w niej rozpoznać narzędzie realizacji własnej racji stanu. Dziś z tym jest ciężko?

Tak, politycy najczęściej mówią „Unia jest fajna bo daje nam pieniądze. Warto tam być, póki nie jesteśmy płatnikiem netto”. Oprócz tego mamy zupełnie anachroniczny język „twardej walki o polski interes” i naiwny euroentuzjazm parad Schumana. Chodzi tymczasem o to, by budować taką europejską konstrukcję, która będzie nas chronić. Powinniśmy mocno zainwestować w koncepcję Unii z Traktatu Lizbońskiego, opartą na podwójnym obywatelstwie: państw narodowych i europejskim. Unia nie jest narzędziem globalizmu w walce z polskim interesem narodowym, ale narzędziem dzięki któremu możemy chronić nasze interesy przed naciskami globalizacji.

Unii nie zagraża kryzys i procesy rozkładowe w jej łonie?

Kryzys jest wpisany w konstrukcję UE od samego początku Wspólnot Europejskich. Wielokrotnie w historii wydawało się, że to się za chwilę rozpadnie, ta groźba nigdy się nie spełniła. Groźba rozpadu Unii jest tym, co utrzymuje ją przy życiu , podobnie jak groźba konfliktu atomowego zapewniała pokój w okresie zimnej wojny.

W co PiS gra z Europą? Chce wyjścia z Unii?

PiS robi to, co Orbán: podporządkował politykę unijną krajowej. Wchodzi w spory zagranicą, by pokazać elektoratowi, że „broni polskich interesów”. Jest to jednak wyłącznie retoryka, nie polityka, za tym nie idzie żadne realne wzmocnienie Polski. Ta metoda doszła dziś do ściany i PiS chyba sam widzi, że to przynosi skutki, jakich chyba nie przewidział. PiS w kwestii europejskiej niepotrzebnie ryzykuje, chodzi po spróchniałym moście. Na razie belki trzeszczą, to się może zawalić, ale też wcale nie musi.

Nie ma w tym żadnego planu?

Nie. PiS nie ma żadnej własnej „doktryny europejskiej”. Z jednej strony Jarosław Gowin mówił w 2014 roku, że chce „wielkiej Polski w małej Europie”, z drugiej politycy prawicy oczekują, że Europa będzie mówić jednym głosem z Polską w sprawie Rosji czy Nord Stream 2. To jest wzajemnie sprzeczne. Albo ograniczona Europa albo wspólna dyplomacja w relacjach z zewnętrznymi partnerami. Kwestia tego, jak wykorzystać nasz udział w projekcie europejskim to największe zadanie dla młodego pokolenia.

Którego pana zdaniem nie ma w polskiej polityce.

No nie ma – polityka zdominowana jest przez pokolenie, które zostało ukształtowane przy Okrągłym Stole albo bardzo podobnie myślących ludzi. Odpowiada za to mechanizm doboru partyjnych kadr, gdzie promuje się osoby niesamodzielne, o mentalności asystentów – nie silne jednostki. Tymczasem realnie dzielimy się politycznie pokoleniowo. PiS ma największe poparcie wśród starszych. Pokolenie wyżu poparło PO. Grupa 18-24 szczególnie silne Kukiza i Korwina. Polityka to powinna odzwierciedlać. Na razie zauważył to Kukiz, oferując młodym antysystemowość. To jednak nic tak naprawdę nie znaczy i jest zupełną ślepą uliczką.

Jeśli pokolenie trzydziestolatków ma wejść do polityki, to potrzebuje swojej narracji, swojej „przygody”. Nie może być nią odsunięcie PO-PiS od władzy. Może być wykorzystanie Europy by długofalowo, strategicznie poprawić pozycję Polski w świecie.

Partia Razem ma trochę inną narrację, ale też nie mówi tylko o odsunięciu PO-PiS o władzy. Mówi: jesteśmy reprezentacją ludzi pracy najemnej, chcemy zmienić model polskiego kapitalizmu i państwa, tak, by faktycznie służyły większości, nie garstce. A jednak to nie porywa trzydziestolatków.

Bardzo mi się podobało, gdy Zandberg w słynnej debacie przedwyborczej powiedział, że Polacy potrzebują sprawnego państwa, zdolnego zapewnić usługi publiczne na wysokim poziomie. Razem ma jednak problem z dotarciem do własnego pokolenia. Coś zawodzi tu w sferze aksjologii, symboli, polityki historycznej. Może gdyby się odwoływali do tradycji „Solidarności”, a nie PPS z 1905 roku – czego zrozumienie wymaga przecież dużego stopnia wtajemniczenia w historię.

Dzięki czemu w takim razie w polityce będzie się mogła dokonać zmiana?

Prawdziwa zmiana musi przyjść spoza partyjnej polityki. Z obywatelskiego nacisku i samoorganizacji i ze zmiany politycznej wyobraźni. W kwestii doktryny państwowej, zerwania z centralizmem, naszego stosunku do Europy musi zadziałać podobna presja, jaka zadziałała w sprawie korupcji – gdzie obywatelski nacisk zmienił zasady gry i dziś wygląda to już zupełnie inaczej, niż w latach 90.

*Rafał Matyja (1967), politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania.

Crowdmedia.pl

Gdzie Jarosław Kaczyński może mieć poczucie zwycięstwa, a gdzie powinien się niepokoić? Nie tylko z powodu zachwiania w sondażach, niskiej jakości jego partyjnych kadr, ich łapczywości, czy czegoś jeszcze poważniejszego – braku wizji tego, co robić z władzą.

Najważniejsze zwycięstwo zrealizowane, którego już Kaczyńskiemu nikt nie zabierze, to zwycięstwo w planie symboliczno-politycznym. Wyznaczył nowy punkt odniesienia dla polskiej polityki. I to w taki sposób, żeby jego obóz miał polityczne paliwo na jakieś 10-15 lat, ustanowione przez zmianę, do które doszło w 2015 roku. Tylko rozpad może to zniszczyć. Natomiast instytucjonalizacja na poziomie państwa wymagałaby co najmniej drugiej kadencji. Na razie Kaczyński woli podtrzymywać swój obóz w stanie nieustannej niepewności. To nie prowadzi do zakorzenienia.

Ale właściwie co może się zakorzenić? I na czym polega zmiana 2015 roku? „Zamach w Smoleńsku” był instrumentalnym oszustwem, z którego teraz trzeba się jakoś wycofać. Zatem nie ma zamachu, są pomniki stawiane siłą i coraz mniej lubiane. Hasło uczciwszej i bardziej kompetentnej elity PiS-owskiej kończy się elitą mniej kompetentną, ale zarabiającą więcej w spółkach skarbu państwa i przyznającą sobie wyższe nagrody. Co zostanie po Jarosławie Kaczyńskim – Stanisław Piotrowicz i Mariusz Błaszczak? Katolicyzm polegający na walce z aborcją nie jest własną agendą Kaczyńskiego, podobnie jak Rydzyk, który na „dobrej zmianie” korzysta? „Żołnierze wyklęci” też nie są pomysłem Kaczyńskiego, choć zrozumiał, że można to wykorzystać przeciwko wszystkim tradycjom historycznym „elit III RP”, takim jak AK, opozycja demokratyczna czy pierwsza „Solidarność”.

On dokonał przełomu na tym płytszym poziomie symboliczno-politycznym, bo nie zmienił głębszego kulturowego poziomu, nie naruszył w miarę trwałych przekonań o tym co słuszne, a co nie. On raczej na tym surfuje, niż to zmienia. Ale na ten ważny symboliczny przełom dotyczy przede wszystkim konsolidacji obozu, na którego czele stoi Jarosław Kaczyński. Czyli partii, ale to jest od dawna coś więcej, niż partia, bo także instytucje i środowiska wokół niej. Zwycięstwo 2015 roku, droga jaką przebył Kaczyński, żeby do tego zwycięstwa dojść – to polityczna legenda, której nie da się tak łatwo utracić. Dla części wyborców i ludzi tego obozu pozostanie na długo punktem odniesienia, momentem triumfu. Także dlatego, że nie ma innej legendy. SLD rozproszyło wszystko, co mogłoby być legendą lewicy – szczególnie w czasach rządów Leszka Millera i wobec niezdolności tego obozu do zmiany sposobu istnienia i oddania władzy pokoleniu następców. Legenda PO wiązała się zbyt silnie z przywództwem Tuska, by móc ją dziś kontynuować. To może być kiedyś także problem PiS. Ale dziś zwycięstwo 2015 roku jest ważnym momentem konsolidującym ten obóz.

A może jeśli ktoś modernizuje Polskę to ma kłopoty z legendą, jest „imitacyjny”, „pozytywistyczny”, na sposób endecki czy liberalny? A jeśli ktoś stawia na sarmackie wierzgnięcie przeciwko modernizacji i „kolonializmowi Zachodu”, to z legendą nie ma problemu, tylko że legendy w Polsce są toksyczne, a praca modernizacyjna nie ma swojej legendy. Może to dobrze, że SLD Millera i Kwaśniewskiego porzuciło kłamstwo lewicowego populizmu – w rodzaju Partii Razem – na rzecz pragmatyzmu pchającego ich do NATO i UE? Mazowiecki zamiast zbudować legendę wykonał jakąś pracę, Balcerowicz podobnie. Oczywiście legenda modernizacji też ma w Polsce swoje fałsze, swoich oszustów, całe środowiska, które grabiły pod siebie w imię modernizacji. Ale jak to porównać do dzisiejszego Kaczyńskiego i Morawieckiego, to u nich „legendy” dużo, a pracy prawie nie ma.

Ta legenda, o której ja mówię, zdefiniowana została przez Jarosława Kaczyńskiego na poziomie walki legionu dobrych z siłami zła. To sprawia, że sprawa bardziej precyzyjnego kształtu państwa, które chce się budować, jest na dalszym planie. Radykalizm czy kolejność tych działań jest podporządkowywana dążeniu do pełni władzy czy walce o drugą kadencję. Na razie jest to logika walki, a nie stabilizacji, tego ciągłego „idziemy” po prawdę, po nową Polskę. Inny ważnym przełomem jest skuteczne ustanowienie w świadomości całego obozu Jarosława Kaczyńskiego wątpliwości, co do samej istoty państwa funkcjonującego przed 2015 rokiem. Czy to było „nasze, suwerenne, polskie państwo”? Dla obozu PiS historia naprawdę polskiego państwa rozpoczyna się dopiero w 2015 roku. III RP była formą przejściową, czymś w rodzaju „postPRL”, jakimś wielkim ustępstwem. A jeszcze Lech Kaczyński pytany o IV RP odpowiadał wyraźnie, że w jego życiu nie będzie ważniejszego momentu, niż rok 1989. Było jasne, że to jest ta data przełomowa. Dziś jest to relatywizowane.

Wiara w to, że polskie państwo rozpoczyna się wraz ze zwycięstwem mojego stronnictwa czy partii, a wraz z naszą przegraną się kończy, to jest surfowanie po najgorszej polskiej tradycji, nie widzę tu żadnego przełomu.

Dlatego uważam, że w głębszym wymiarze Kaczyński nie zmienia pewnych kulturowych postaw, ale nadaje im polityczny wymiar. Ten wymiar streszcza się w poglądzie, iż państwo zostało przejęte przez obóz, który pilnuje polskości wobec ludzi, których związki z Polską są wątpliwe.

Zatem Paweł Machcewicz jest niszczony przez CBA i swoich dawnych kolegów z historii UW, jako „niepolak”, zdrajca i złodziej, popełniający w dodatku „błąd uniwersalizmu”. Nadal stara polska tradycja: „ja i synowiec to Polska, a inni to zdrajcy”. Gdzie tu reforma państwa, nowe instytucje?

Takiej propozycji nie ma. I to nie jest zaniedbanie, ale świadoma postawa Kaczyńskiego. Treść tych rządów polega na tym, że jego obóz nie musi się liczyć z żadnymi regułami stosowności wypracowanymi w III RP, po roku 1989. Formalnymi i nieformalnymi. Jeżeli Jarosław Kaczyński powie, że któryś element prawa znaczy dla niego coś innego, albo go unieważni, to nie ma oporu. Dawniej byłoby inaczej. Do Mariana Krzaklewskiego przyszedłby Jerzy Buzek i powiedział: „no wiesz, Marian, ja tego nie mogę zrobić, różne rzeczy mogę, ale tego nie”. I opublikowałby orzeczenia TK. Tymczasem tutaj nie obowiązuje ani prawo, ani różne reguły nieformalne. Prezes Kaczyński ustanawia nowe reguły stosowności, narzuca je swemu otoczeniu i swojej partii, która korzysta z bezwzględnej większości głosów w Sejmie.

To jest jednak nihilizm. Nie wiadomo, czy osłaniający silniejszą formułę patriotyczną, skoro na zewnątrz świat się przed Kaczyńskim nie ugiął, a wewnątrz Kaczyński wygenerował ostrzejszy konflikt, niż w czasach Donalda Tuska. W porządku instytucjonalnym też nie ma pomysłu. Jest tak jak w latach 2006-2007 skakanie po instytucjach w poszukiwaniu „prawdziwej władzy”. Jedne instytucje przejmuje się personalnie, inne niszczy, a „władzy wciąż ni ma i ni ma” – jak szydził sobie z tej metody politycznej Ludwik Dorn.

PiS realizuje projekty względnie proste – co zresztą nie musi być w polityce zarzutem – obniżenie wieku emerytalnego i ograniczenie handlu w niedzielę, czy trochę bardziej skomplikowane 500 plus i uszczelnienie VAT-u. Te bardziej skomplikowane – jak sprawa sklepów wielkopowierzchniowych czy frankowiczów – są dla tej machiny za trudne. Zobaczymy jak pójdzie sprawa zmian w nauce i szkolnictwie wyższym robiona jak dotąd innymi metodami. Reszta nie jest nawet opowiedziana, są tylko sugestie, że zrobimy więcej, jak będzie druga kadencja i zniszczymy opór. Ale trzeba pamiętać, że dla wielu ludzi to 500 plus zweryfikowało pozytywnie hasło „walki z impossybilizmem”. Stworzyło wrażenie przekraczające to, co ta partia rzeczywiście w walce z impossyblizmem potrafiła zrobić. To bardzo ważne dla społecznego odbioru tej ekipy i jej poczucia siły. Podobnie destrukcja TK przez zwolenników Kaczyńskiego może być interpretowana jako „sprawczość”. Choć w wymiarze tworzenia instytucji nią nie było. Sposób przejęcia KRS jest niebywałą partyzantką. Nie udało się sfinalizować nawet prostej rzeczy jaką jest wzmocnienie centrum rządu, nawet w formie małej instytucji analitycznej zapowiedzianej przez Beatę Szydło ponad rok temu. Natomiast sukcesem Kaczyńskiego, wedle jego własnej definicji zwycięstwa, jest to, że udało mu się stworzyć partię, a nawet cały obóz, który w najtrudniejszych warunkach będzie mógł odgrywać polityczną, a nawet historyczną rolę i się nie rozpadnie. Bardzo wcześnie tak zdefiniował swój cel – zbudować obóz patriotyczny, który przetrwa wyborczą porażkę.

Jarosław Kaczyński ma wreszcie spółkę Telegraf rozmiarów całego państwa.

Jeśli gdzieś Kaczyński nie chciał iść drogą Orbana, to w tym, że nie chce budować oligarchów w swoim obozie. On się tego zupełnie słusznie boi, nie chce mieć Lajosa Simicski, który był skarbnikiem Fideszu, ale zbudował własne prywatne imperium i w końcu Orbana zaatakował.

Dziesiątki nowych PiS-owskich milionerów zarabiających w spółkach skarbu państwa czy na państwowych urzędach to faktycznie dla niego bezpieczniejsze, niż wykreowanie jakiegoś PiS-owskiego Solorza czy Kulczyka. Stąd etatyzm partyjny Kaczyńskiego, zamiast Orbanowskiego partyjnego liberalizmu. Ale jaką wartość mają ci partyjni milionerzy dla Polski, do czego można ich użyć?

Priorytetem każdego politycznego lidera jest siła i pozycja własnej formacji. Ludzie uczestniczący w polityce, żeby wzmocnić państwo, zmienić je głęboko instytucjonalnie, to raczej w dzisiejszej polityce europejskiej rzadkość.

Jarosław Kaczyński od początku chciał za takiego uchodzić.

W wydanym przed kilkoma tygodniami „Wyjściu awaryjnym” piszę sporo o zwątpieniu Jarosława Kaczyńskiego zarówno w demokrację, społeczeństwo, jak też w nowoczesne państwo. Dlatego on uznał, że siłą sprawczą musi być partia, ona musi być opiekunem społeczeństwa i państwa, napędzać je. Inaczej państwo nowoczesne się rozłazi, a społeczeństwo nie może stać się narodem. Silna i sprawcza partia jest dla niego warunkiem wszystkich innych działań. Partię stworzył, dał jej zwycięstwo i ma poczucie pełnej kontroli nad nią. PiS jest dzisiaj wyjątkowo spójne zewnętrzne. Nawet SLD Leszka Millera nie osiągnęło takiej spójności jak dzisiejszy PiS. Baronowie Sojuszu byli bardziej niezależni od lidera, poza tym Miller miał Kwaśniewskiego, a Andrzej Duda Aleksandrem Kwaśniewskim dla Jarosława Kaczyńskiego zdecydowanie nie jest.

Co dalej można zrobić mając taką partię?

Zamierzeniem, które dotąd się nie udało jest rozliczenie poprzedniej ekipy. To może być plan na najbliższe miesiące. Upokorzenie, ukaranie, odcięcie od społecznego zaplecza i możliwości politycznego działania ludzi, których – jak to usłyszeliśmy w lipcu ubiegłego roku – on uważa za morderców swojego brata. Kaczyński tak zdefiniował swoich przeciwników, może nawet całe elity III RP, nie sprowadzające się tylko do dzisiejszej Platformy. One mają ulec destrukcji, jakiejś – nie wiadomo jakiej. Bolesnej.

Jednak PO zachowało spójność. Wciąż nie ma też pełnego „ciągu technologicznego” pozwalającego wsadzić liderów opozycji do „aresztów wydobywczych”, nie mówiąc już o ich prawomocnym skazaniu.

„Ciąg technologiczny” o którym mówisz – od policji i służb, poprzez prokuraturę, skończywszy na sądach – miał być gotowy jak rozumiem w październiku ubiegłego roku, ale przez to, co wydarzyło się latem, przez weto prezydenckie, wciąż go jeszcze nie ma. Jednak upokorzenie elit III RP jest równie ważne, jak odebranie im czegoś w sensie materialnym albo wsadzenie do więzienia. Ludzie, którzy głosowali na Kaczyńskiego poczuli się silni dzięki temu, że on te elity upokarza. Co przy typie polskiego życia „ideowego” wielu ludziom wystarczy. „Nam nie musi być lepiej – wystarczy, że Oni są upokarzani”.

„Człowiek resentymentu” – jak to nazywał Fryderyk Nietzsche – cieszy się z upokarzania kogoś, kogo uważa za „elitę” i od kogo uzależnił własne poczucie wartości. Ale jednocześnie on się tego „zwierciadła elity” nie potrafi pozbyć, więc im bardziej „elitę” upokarza, tym bardziej czuje się sfrustrowany, bo ta „elita” wciąż go nie szanuje.

Upokarzanie elit jest raczej procedurą ciągłą, niż zaspokojeniem jednorazowym, jakimś nagłym zniszczeniem. I to jest dobry uzupełniający element socjotechniki „dobrej zmiany” – oprócz niechęci do obcych. To sprawia, że cały system sam się na razie napędza. Kaczyński ma w ten sposób nadzieję na uzyskanie drugiej kadencji. Wtedy – w tej logice – pewne zmiany można będzie pogłębić, a także społeczny oportunizm jeszcze wyraźniej przesunie się na korzyść jego formacji. Ale te hasła też powodują zaciąganie swego rodzaju długów: traci się elastyczność w polityce zagranicznej, nie można iść na kompromis z elitami, trzeba jakoś pilnować apetytów materialnych we własnej grupie.

Zatem po stronie zwycięstw Kaczyńskiego mamy dyspozycyjną partię i zdolność upokarzania elit, choć na razie bez rozbicia spójności opozycji. Ale jako warunek jakich dalszych działań? W imię jakiej doktryny – patriotycznej, państwowej?

Ja próbowałem uchwycić, czy po 2015 roku jest jakaś nowa myśl polityczna w PiS-ie. Nowe przesłanie jest tylko na poziomie propagandy, ale nie ma niczego nowego na poziomie reformy państwa czy zdefiniowania kluczowego politycznego konfliktu. Jarosław Kaczyński miał zawsze zwyczaj wygłaszania „właściwego” expose, także po oficjalnym expose premierów, których namaścił. Ważne było jego expose po Marcinkiewiczu, po Beacie Szydło – tymczasem po Morawieckim nie wygłosił żadnego. To jest słabość, być może pokazująca, że jego zdolność do definiowania tematów, frontów walki, nie jest niewyczerpana. Być może „czas Kaczyńskiego” – jak to nazwał Robert Krasowski – jako człowieka określającego, wokół jakich tematów toczy się polityka, który zaczął się w 2005 roku, skończy się niedługo. To zależy oczywiście także od zdolności opozycji, od innych sił społecznych.

Także od jego sukcesorów, od innej prawicy?

Nie sądzę. Formuła, którą Jarosław Kaczyński narzucił swemu obozowi jest obezwładniająca. „Tylko Kaczyński definiuje przesłanie, które dało nam zwycięstwo”. Ale przez to nie możemy reformować jego przesłania, jesteśmy przez niego obezwładnieni.

Stąd ostrożność – żeby nie powiedzieć gorzej – Ziobry, Gowina, Morawieckiego?

No – dwaj pierwsi tylko czekają na okazję. Ale wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na przedwczesną samodzielność. Pytanie czy mają coś nowego do powiedzenia. W 2014 pomysły Solidarnej Polski i Polski Razem były bardzo słabe. Także Morawiecki powiedział nam już wszystko, co miał ważnego do powiedzenia. A Kaczyński myśli raczej o reelekcji.

Kto na zwycięstwie Kaczyńskiego zyskał, poza PiS-em, na prawicy, w Kościele, w społeczeństwie?

Żeby korzystać na takich czasach, trzeba mieć instytucję, która umie to robić. Są oczywiście możliwe indywidualne sukcesy materialne. To, że ktoś się tak wzbogaci, że nigdy już nie będzie musiał pracować, ale instytucje są tutaj kluczowe. Na pewno beneficjentem jest cały konglomerat wokół Radia Maryja. Ta instytucja dokleiła się do „dobrej zmiany” w sensie materialno-strukturalnym, ale też – co jest bardzo ważne – wykorzystała ją do absolutnego wzmocnienia swojej pozycji w Kościele. O ile kiedyś było tak, że mamy Radio Maryja, ale mamy dominujący nad wszystkim episkopat. To były proporcje w Kościele i zjawiska nieporównywalne…

Często nawet oba te podmioty były w publicznym sporze, jeszcze prymas Józef Glemp krytykował o. Rydzyka bardzo ostro…

…dziś już tego nie ma. Zatem to jest beneficjent numer jeden. W jakimś stopniu instytucjonalnie, ale z elementami ryzyka, beneficjentem jest NSZZ „Solidarność”. Kierownictwo związku może się przed swoimi członkami legitymizować, że swoje najważniejsze postulaty – obniżenie wieku emerytalnego, wolne niedziele – w całości lub w istotnej części zrobili wraz z PiS-em. No i trzecim beneficjentem mogą być „media tożsamościowe” związane z PiS-em. Mówię „mogą”, bo zostały co prawda wzmocnione materialne, ale się skłóciły, straciły część swojej legendy mediów „niepokornych”, trochę ludzi poszło do instytucji oficjalnych. I tak naprawdę nie wiadomo, w jakim stanie by się odnalazły – silniejsze czy słabsze, niż przed rokiem 2015 – gdyby np. PiS straciło władzę w 2019 roku. Natomiast jeśli chodzi o ludzi zatrudnionych przez PiS na urzędach państwowych albo w spółkach skarbu państwa, to tutaj „benefit” zależny jest całkowicie od tego, czy Kaczyński będzie rządził przez drugą kadencję. Jeśli nie, to oni swoje stanowiska stracą. Ludzie mianowani przez SLD czy AWS mogli mieć w jakiejś części nadzieję, że nowe ekipy pozwolą im – choćby na gorszym stanowisku – zostać. Nawet ci mianowani w czasach pierwszych rządów PiS. Tusk zostawił początkowo nie tylko Mariusza Kamińskiego w CBA, ale także Witolda Waszczykowskiego w MSZ – a mówimy tutaj o najbardziej rozpoznawalnych osobach. Ci mianowani przez PiS teraz – nie zostaną na pewno. Po stronie opozycji pojawiła się grupa takich jej twardych zwolenników, którzy będą się domagać czystki, sprawdzać, czy nie zostawia się PiS-owców w spółkach, w instytucjach państwa.

Sam Jarosław Kaczyński chętnie mobilizuje swoich ludzi tym argumentem.

Ja to nazywam podniesioną stawką dla zwycięzcy.

Jaka jest sytuacja opozycji, czy dzisiaj można powiedzieć, że ma jakiekolwiek szanse na odebranie Kaczyńskiemu drugiej kadencji?

Dziś, mimo wahań sondażowych, Jarosław Kaczyński wciąż może uspokajać swoich ludzi, bo każde zliczenie słupków pokazuje, że po kolejnych wyborach mógłby rządzić sam albo z Kukizem. Natomiast wiosną czy też przedwiośniem tego roku skończył się okres powyborczy – definiowany przez wynik wyborów prezydenckich i parlamentarnych 2015 roku. Zaczął się okres przedwyborczy, czyli moment, w którym ludzie weryfikują swoje wybory. Mamy ukształtowaną – w perspektywie wyborów samorządowych grupę głównych graczy. Po stronie „antypisowskiej” ten moment startu jest korzystny dla Platformy Obywatelskiej. Po pierwsze jest najważniejszą siłą polityczną opozycji, nie straciła tej pozycji na rzecz Nowoczesnej, nie pojawiła się żadna inna znacząca inicjatywa. Po drugie PO nie gra o wszystko, tak jak PSL. Ludowcy, jeśli nie wejdą do sejmików, to będzie z nimi marnie. Natomiast Platforma walczy w wyborach samorządowych o zachowanie pozycji jedynej poważnej alternatywy dla PiS przed dalszymi wyborami.

Jakie są kryteria pozwalające powiedzieć, że po wyborach samorządowych PO utrzymało się na ringu, a Grzegorz Schetyna nie przegrał?

Utrzymanie władzy przynajmniej na poziomie ośmiu województw to będzie dobry wynik dla Platformy, zwłaszcza gdyby został wzmocniony zwycięstwem nad PiS-em w 10 dużych miastach. A obie rzeczy są możliwe nawet bez wielkich zmian preferencji wyborczych. To raczej kwestia mobilizacji, pójścia do urn mieszkańców dużych miast, z czym w 2014 roku były kłopoty. Ważne – choć raczej symbolicznie, niż politycznie – będą też wyniki obu partii w wyborach do sejmików w skali całej Polski. Jeśli wynik będzie w okolicy 48 dla PiS do 16 dla PO, oznacza to porażkę Platformy i daje pretekst do rozliczenia Schetyny. Jeśli, powiedzmy, coś zbliżonego do wyniku z 2015 nawet z górką dla PiS czyli 40 do 26 czy 30 lub jakikolwiek wynik lepszy dla PO, daje to Platformie dobre wyjście do całego wyborczego sezonu.

Nawet jeśli PiS będzie to propagandowo ogrywało jako swój miażdżący sukces?

Wybory samorządowe nie są decydujące, ale trzeba w nich jakoś wypaść. Jeśli PO „jakoś wypadnie”, wystartuje do sezonu wyborczego jako jedyna poważna alternatywa dla PiS, blokując także przestrzeń dla nowych inicjatyw politycznych. Jeśli jednak Platformie powinie się noga, następny ruch nie będzie już należał do niej. Natura kolejnych wyborów – do Parlamentu Europejskiego – jest taka, że słabość PO w wyborach samorządowych może wykorzystać inna partia, inny projekt. Poszukiwania „polskiego Macrona”, np. po stronie lewicy, staną się jeszcze bardziej intensywne. A przekroczyć 5 procent z jakąś nową listą w wyborach europejskich nie jest aż tak trudno. Dla PO i PSL wyniki sejmikowe będą zatem decydujące.

Rozmawiał Cezary Michalski

Rafał Matyja, publicysta, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. W latach 80. związany z Ruchem Młodej Polski. W latach 1992-1993 był Sekretarzem Biura Programowego Rządu przy premier Hannie Suchockiej, współpracował też przy realizacji reformy administracji publicznej w okresie rządu Jerzego Buzka. Autor hasła „IV Rzeczpospolita” stworzonego przez niego w początkowym okresie rządów AWS, które w jego intencjach oznaczać miało konieczność reformy i wzmocnienia państwa. Ostatnio wydał książkę „Wyjście awaryjne” (Wydawnictwo Karakter, 2018).