Borowski będzie się domagał przeprosin od Ogórek? „Nie. To nieszczęsna i głupiutka osoba”

WB, 29.07.2017

Prezydent elekt Andrzej Duda rozmawia z Magdaleną Ogórek, kandydatką SLD w wyborach prezydenckich

Prezydent elekt Andrzej Duda rozmawia z Magdaleną Ogórek, kandydatką SLD w wyborach prezydenckich (Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Magdalena Ogórek, stając w obronie Jarosława Gowina, zasugerowała na Twitterze, że senator Marek Borowski zmienił nazwisko. Borowski nie zamierza jednak domagać się od niej przeprosin.

Po tym jak były marszałek Sejmu skrytykował wicepremiera Jarosława Gowina, Magdalena Ogórek zasugerowała na Twitterze, że Marek Borowski zmienił nazwisko. I choć zmienił je nie Borowski, a jego ojciec, Ogórek zasugerowała, że nazwisko świadczące o żydowskim pochodzeniu jest czymś, czego należy się wstydzić.

Senator skomentował jej wpis również za pomocą Twittera. Krótko i dosadnie: „Kiedy wydaje się, że niżej nie można już spaść, ktoś puka od dołu w dno. Okazuje się, że to Pani Magda Ogórek. A nazwiska nie zmieniałem”.

Była kandydatka na prezydenta brnęła, pytając czy ojciec nie zmieniał. „Senator w wolnej Polsce musi rozliczyć się ze stalinowskiego i KPP-go spadku” – napisała.

„Szkoda gadać”

Wirtualna Polska spytała Borowskiego, czy będzie się domagał przeprosin od byłej kandydatki SLD na prezydenta.

Nie. To nieszczęsna i głupiutka osoba, która chce zrobić karierę. Jej chodzi o to, by jej nazwisko pojawiało się wszędzie

– skomentował senator. – Najpierw zaczęła o zmianie nazwiska. Kiedy dowiedziała się, że nazwiska nie zmieniałem, zabrała się za mojego ojca. Jak dostała za to po uszach od ludzi, to zaczęła opowiadać o stalinizmie. Szkoda gadać – dodał.

„Wpis nie jest celny, ani elegancki”

Wpisy Ogórek oburzyły wiele osób, również ze środowisk prawicowych, z którymi dziś była polityczka sympatyzuje. Posłanka PiS Joanna Lichocka napisała: „Pani Magdo, Marek Borowski opowiadał publicznie o domu i pochodzeniu, np.w moim tekście przed laty. Pani wpis nie jest celny, ani elegancki”.

Bronił jej natomiast współprowadzący program „Studio Polska” w TVP Info. „Dostał, zatonął. Potomkowie stalinowców w roli moralizatorów. Magda nie bierze jeńców, uprzedzałem” – napisał na Twitterze Jacek Łęski.

Aktorka, publicystka i polityczka

Magdalena Ogórek odbyła kilkutygodniowe staże w kancelariach premiera i prezydenta, pracowała w MSWiA oraz w klubie parlamentarnym SLD. W 2010 roku należała do sztabu wyborczego Grzegorza Napieralskiego. Rok później kandydowała z list SLD do Sejmu, ale bez powodzenia.

W 2015 roku była kandydatką SLD na prezydenta. W wyborach uzyskała nieco ponad 2 procent głosów.

Po tej porażce drogi jej i SLD rozeszły się. Po wygranych przez PiS wyborach Ogórek zaczęła przejawiać prawicowe fascynacje. W 2016 roku została publicystką tygodnika „Do Rzeczy”. W TVP Info współprowadzi programy „W tyle wizji” i „Studio Polska”.

W siedzibie PiS zwołano naradę, na polityków czekali demonstranci

gazeta.pl

„Żeby to bagno nie wylało”. Forum Żydów Polskich odnosi się do wpisu Ogórek

2017-07-30

http://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2017-07-30/zeby-to-bagno-nie-wylalo-forum-zydow-polskich-odnosi-sie-do-wpisu-ogorek/

Tweety Tuska jak haiku albo limeryki

Tweety Tuska jak haiku albo limeryki

PiS ma w sobie coś z masochisty. Dobiera się do Donalda Tuska, wzywa go na wszelkie śledztwa, jakie wymyśli i nieodmiennie przegrywa. Tak było ostatnio, gdy szef Rady Europejskiej wysiadł na Dworcu Centralnym i pod prokuraturę odprowadził go wielotysięczny tłum.

PiS-owi po tym zdarzeniu opadł słupek poparcia, po prostu zwiądł.

No i znowu wzywają Tuska, i to w środku wakacji na 3 sierpnia, przesłuchanie ma dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Ciągle w toku tworzenia znajduje się Ewangelia Smoleńska z Mesjaszem zbawcą Lechem Kaczyńskim i Jarosławem K. – raz jako odźwiernym Piotrem, innym razem doznającym epifanii Szawłem zamienionym jasnym szlagiem w Piotra.

Tusk nieodmiennie informuje o swoich przesłuchaniach na Twitterze i nieodmiennie jego tweet jest perełką językową, brylantem komunikatu, a niektóre tweety już weszły do klasyki i będą w podręcznikach komunikacji i zręczności politycznej.

Tweety Tuska można porównać do trudnej formy lakonicznej poezji z Kraju Kwitnącej Wiśni, do haiku, a czasami są tak prześmiewcze, jak irlandzkie limeryki.

Niewielu potrafi tak pisać, ale też niewielu wśród polityków jest tak udanymi retorami, język jest Tuskowi posłuszny i nie potrzebuje do zwalenia z nóg przeciwnika żadnych ciosów poniżej honoru, nie musi nazywać interlokutorów kanaliami, zdradzieckimi mordami, gorszym sortem.

Tweet dla najlepszych to jest haiku i takim jest dla Tuska, oto treść ostatniego: „Dzięki za wsparcie, ale Wielki Spacer będzie długi. Jesteście przyszłością – nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”.

Tweet bogaty w treści i ma konkretnych adresatów. Analiza jego zasługuje na większy esej. Nie należę do piewców Tuska, ale uważam go za najlepszego w XXI wieku polityka polskiego, a po 1989 roku mieszczącego się w naszej Wielkiej Trójce.

Tusk ma świadomość, że w tej chwili najbardziej liczy się głos młodego pokolenia, które nagle dało o sobie znać przy okazji trzech ustaw dotyczących sądownictwa, to młode pokolenie Łańcucha Światła wymusiło na Dudzie dwa weta. I Tusk nie chce ich obarczać winą zaszłości polskiej polityki, „nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”. Zatem nie zmagajcie się z grzechami poprzedników, one tylko hamują Polskę i wasze życie.

Znamienny jest odzew internautów, wielu należałoby cytować, bo Tusk powoduje w narodzie kreacyjne inspiracje. Jeden zacytuję – blogera podpisującego się Phil Backensky:

„I choćby przyszło tysiąc Kaczyńskich

Z nimi stu Ziobrów oraz Brudzińskich

I każdy nie wiem, jak się wytężył

To wolność w PL zawsze zwycięży!”

Tak trzymać!

Waldemar Mystkowski

kodu24.pl

Jak Polski Czerwony Krzyż finansował kampanię PiS. Kolejne relacje świadka

Jacek Harłukowicz, 30 lipca 2017

Minister edukacji Anna Zalewska podczas debaty w sejmie na temat edukacji, 20 czerwca 2017.

Minister edukacji Anna Zalewska podczas debaty w sejmie na temat edukacji, 20 czerwca 2017. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Kolejny świadek opowiada „Wyborczej”, że z pieniędzy wyprowadzanych z dolnośląskiego oddziału PCK mogły być finansowane kampanie polityków PiS. Śledztwo w tej sprawie trafiło właśnie szczebel wyżej – z prokuratury rejonowej do okręgowej.

O aferze w dolnośląskim PCK pisaliśmy dwa tygodnie temu. Szeregowi pracownicy PCK (jak twierdzą, za radą swojego szefa, dolnośląskiego radnego PiS Jerzego G., oskarżonego w sprawie wyprowadzenia 13 mln zł z Południowo-Zachodniej SKOK) założyli firmę, która odbierała używaną odzież z kontenerów Polskiego Czerwonego Krzyża. Następnie sprzedawali ją na lewo. W ten sposób mieli wyprowadzić z PCK nawet milion złotych.

50 tys. zł z PCK na kampanię Anny Zalewskiej i innych polityków PiS?

Jak mówi Bartłomiej Łoś-Tynowski, były już pracownik Czerwonego Krzyża, przynajmniej część z tych pieniędzy zasiliła później kampanie wyborcze dolnośląskich polityków Prawa i Sprawiedliwości. 7 tys. zł Łoś-Tynowski wpłacił na kampanię Anny Zalewskiej, dzisiejszej minister edukacji w rządzie Beaty Szydło. Twierdzi, że zrobił tak na polecenie Jerzego G., do niedawna jednego z najbliższych współpracowników Zalewskiej.

– O źródle finansowana kampanii wyborczej Anny Zalewskiej w PCK było głośno. Wiosną ubiegłego roku Bartek mówił mi, że na nią i na innych kandydatów poszło co najmniej 50 tys. zł. Z tego powodu była w siedzibie PCK nawet wielka awantura z udziałem dyrektora Jerzego G. Jedna z pracownic wyrzucała mu, że powinien zwrócić te pieniądze – mówi nam Joanna Freza, była pracownica dolnośląskiego PCK (nazwisko zostało zmienione, dysponujemy jednak deklaracją kobiety, że swoją relację jest gotowa powtórzyć w prokuraturze i przed sądem).

O 50 tys. słyszał również Marek Brodzki, członek Zarządu Głównego PCK w Warszawie i – według naszych źródeł – księgowa dolnośląskiego oddziału PCK. Kobieta mimo wielu nalegań nie chciała jednak rozmawiać o tym z „Wyborczą”. Miesiąc temu została zwolniona z pracy.

Podatki i parapodatki. Zobacz, jak PiS sięga do twojej kieszeni

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22158977,video.html

Śledztwo przeniesione do prokuratury okręgowej

Śledztwo w sprawie nadużyć w Polskim Czerwonym Krzyżu od miesiąca prowadzi wrocławska prokuratura, która bada również wątek nielegalnego finansowania kampanii polityków PiS. W ubiegłym tygodniu śledczy zabezpieczyli telefony Łosia-Tynowskiego i Jerzego G., a samo postępowanie zostało przeniesione z prokuratury rejonowej do okręgowej.

– Ze względu na wartość szkody oraz wagę i charakter sprawy – mówi „Wyborczej” Małgorzata Klaus z Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu.

Jak słyszymy nieoficjalnie, śledczych interesuje nie tylko mechanizm wyprowadzania pieniędzy z PCK, ale również wątek ewentualnego finansowania kampanii polityków PiS: – Pytano mnie, czy jest mi wiadome, by jakieś kwoty z tych pieniędzy były później przekazywane na kampanię Anny Zalewskiej – relacjonuje jedna z zeznających w prokuraturze osób.

Pod lupą też kampania samorządowa dyrektora PCK

Do osobnego postępowania został wyłączony wątek nielegalnego finansowania kampanii samorządowej z 2014 r. samego dyrektora PCK Jerzego G. Jak pisała „Gazeta Wrocławska”, część materiałów wyborczych opłacił on nie z funduszu wyborczego, ale z prywatnej kieszeni. Ulotki w jego imieniu odbierał wówczas z drukarni Łoś-Tynowski. Jerzy G. wielokrotnie korzystał z jego usług w kampanii, choć mężczyzna formalnie nie był członkiem sztabu, a prace na rzecz kandydata wykonywał w ramach swoich obowiązków w PCK.

– Organizowałem spotkania, ludzi do roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów. Dyrektora nie interesowało, skąd na to wszystko pieniądze – mówił „Wyborczej” Łoś-Tynowski. Jak twierdzi, za wszystko płacił z pieniędzy PCK.

Jerzy G. odmawia rozmowy z naszą gazetą. Gdy spotkaliśmy go w sądzie na rozprawie ws. wyprowadzenia pieniędzy ze SKOK, obiecał, że się z nami skontaktuje. Nie zrobił tego. Na pytania „Wyborczej” nie odpowiedziała również minister Anna Zalewska.

 

wyborcza.pl

…pisanie książek i opowiadań. „To nie jest łaska spływająca z nieba”

Agata Michalak

30.07.2-17

Kiedy słyszymy, ile za swoje powieści inkasują najbardziej poczytni autorzy – Remigiusz Mróz, Katarzyna Bonda, Zygmunt Miłoszewski – zdarza się, że czujemy lekkie ukłucie w sercu i myślimy: Też bym tak chciał(a), a czasem nawet: Też bym tak mógł(a). Najbardziej przedsiębiorczy postanawiają przejść od słów do czynów i zapisują się na kursy kreatywnego pisania.

Sama tak zrobiłam, kierując się nie tylko marzeniem o krociowych zyskach – zwyczajnie lubię pisać, a kurs, w dodatku po angielsku i w Grecji, wydawał mi się dobrym pretekstem do wyjazdu. Podczas pobytu w Pelionie porozmawiałam z organizatorką mojego wyjazdu – Victorią Gosling. Po powrocie poprosiłam o opinię uczestników innych kursów, wyszukałam te najbardziej prestiżowe, sprawdziłam, ile kosztują, a na koniec próbowałam prześledzić, czy zajęcia z pisania faktycznie przekładają się na efektowne nagrody albo chociaż atrakcyjne gaże. Oto efekty moich poszukiwań.

Victoria Gosling przekonuje: Wspaniałym aspektem pisania jest to, że w tworzonym przez nas świecie może zdarzyć się wszystko (fot. lechatnoir / iStockphoto.com)Victoria Gosling przekonuje: Wspaniałym aspektem pisania jest to, że w tworzonym przez nas świecie może zdarzyć się wszystko (fot. lechatnoir / iStockphoto.com)

I. Rozmowa z szefową międzynarodowej szkoły kreatywnego pisania Victorią Gosling

Brytyjka Victoria Gosling założyła anglojęzyczną szkołę kreatywnego pisania The Reader Berlin pięć lat temu. W tym roku zabrała pierwszą grupę kursantów za granicę – na tygodniowy wyjazd w grecką głuszę. Te kilka dni spożytkowaliśmy po części na warsztaty pomagające poradzić sobie z typowymi bolączkami początkujących autorów – motywacją, prokrastynacją, inspiracją – częściowo zaś na aktywne pisanie pod dyktando Vicky, która proponowała nam różne punkty wyjścia, perspektywy lub bohaterów dla powstających w kilka minut prozatorskich ćwiczeń. Oferowała też dwie 45-minutowe sesje konsultacyjne dla każdego uczestnika. W przerwach w międzynarodowym gronie (m.in. Amerykanin, Brytyjczyk, Jamajka, Południowoafrykanka, Koreanka i dwie Polki) eksplorowaliśmy okoliczne plaże, zawzięcie pisaliśmy, czytaliśmy. Niby nikt nie wrócił stamtąd z gotowym dziełem życia, ale inspirujących przeżyć, przekonania, że każdy ma talent do czegoś i że wiele rzeczy w pisaniu można wyćwiczyć, starczy mi, mam nadzieję, na kilka ładnych miesięcy!

Czy każdy może wziąć udział w kursie kreatywnego pisania i na tym skorzystać?

– Zdecydowanie. Ludzie lubią opowiadać historie, niektórzy mają do tego naturalny dryg, tak jak pewne kultury są w większym stopniu ufundowane na opowieściach niż inne, np. irlandzka. Tam każdy zasypuje cię historyjkami!

Ludziom często zdarza się mylić kursy kreatywnego pisania z zabiegami służącymi zamienieniu pisania w czynność zarobkową. Dla porównania radzę zawsze, by pomyśleć o tenisie – gdy informujecie znajomych, że zapisujecie się na naukę gry w tenisa, raczej nikt wam nie zasugeruje, że to nie ma sensu, bo przecież nie zostaniecie Rogerem Federerem czy Sereną Williams. Z kursami pisania to się natomiast zdarza – ludzie mają tendencję do brania ich zbyt poważnie. A przecież pisanie i opowiadanie historii jest po prostu ogromną przyjemnością i czysto ludzką potrzebą. Poza tym czytanie to tak wielka część naszej kultury, że ciekawie jest podejrzeć od środka proces powstawania fikcji. Zachowując metaforę tenisową, na kursach pisania odkrywamy, że tu też istnieje bekhend, serwis i smecz. I że można je wyćwiczyć.

Wielu znanych autorów karierę zaczynało od kursów pisarskich. Tak było m.in. z dwukrotnym laureatem National Book Critics Circle Award i laureatem Międzynarodowej Nagrody Bookera, Philipem Rothem (fot. Eastnews)Wielu znanych autorów karierę zaczynało od kursów pisarskich, które nierzadko prowadziły prawdziwe sławy, np. dwukrotny laureat National Book Critics Circle Award i laureat Międzynarodowej Nagrody Bookera, Philip Roth (fot. Eastnews)

A czy mimo wszystko większość adeptów kreatywnego pisania nie marzy o tym, by stać się „Federerem pióra”, by otrzymać za swój wysiłek jakąś gratyfikację, choćby niefinansową?

– Wielu naszych klientów to rzeczywiście bardzo ambitne osoby – chcieliby sprofesjonalizować swoje pisanie, wydać powieść albo zbiór opowiadań. Niektórym się to udaje, innym nie, co nie znaczy, że zarzucają pisanie – jest trochę osób, które wracają raz po raz na kursy, bo dostają tam coś, czego brakuje im na innych polach aktywności. Naprawdę uważam, że w pisaniu jest coś magicznego – większość życia upływa nam na rzeczach dość powierzchownych, na drobnych zmartwieniach. Mało zostaje w nim miejsca na to, co naprawdę ma znaczenie. Wspaniałym aspektem pisania jest to, że to jedna z niewielu sytuacji w życiu, nad którą mamy absolutną kontrolę. W tworzonym przez nas świecie może zdarzyć się wszystko, nawet najbardziej niesamowite rzeczy.

Ale też odczuwam niezwykłą satysfakcję, gdy któryś z naszych wychowanków czuje się na tyle pewnie, by zacząć poszukiwania domu wydawniczego dla swojego pisania.

To się zdarza?

– Tak, szczególnie jeśli chodzi o zbiory opowiadań. Internet zrewolucjonizował pisanie. O ile kiedyś trzeba się było naprawdę postarać, by jakiś magazyn przedrukował coś naszego – i by przeczytało to raptem 200 osób – o tyle dziś znalezienie miejsca w sieci, które nas opublikuje i gdzie potencjalnych czytelników będzie 10-20 tysięcy, nie graniczy wcale z cudem. Dotarcie do czytelników stało się najłatwiejsze w historii, a przy tym przynosi sporo satysfakcji, choć może nie aż tyle co sama wypłata… (śmiech)

Jesteście też dla swoich kursantów przewodnikami po świecie wydawniczym?

– Staramy się pokazać ścieżki, którymi można się po nim poruszać. Wiele osób wysyła swoje opowiadanie czy wiersz w jedno miejsce i po pierwszej odmowie bardzo się zniechęca. Jane Flett, jedna z naszych nauczycielek, która publikowała w 30 czy 40 różnych wydawnictwach, oswaja naszych kursantów z porażką, mówiąc, że zdarzało jej się, że w jednym tygodniu odrzucało ją sześć czy siedem!

Poza tym pierwsza zasada pisania brzmi: „pisz!”, a wielu aspirujących autorów więcej o tym myśli, niż de facto działa. W The Reader wkładamy więc dużo energii w to, żeby przekonać kursantów, że nie muszą szlifować jednej rzeczy w nieskończoność – wspieramy ich i wyposażamy w praktyczną wiedzę na temat tego, jak opublikować swój pierwszy, nawet krótki materiał, zamiast rozważać, jak doprowadzić do wydania pięciotomowej powieści. Doradzamy, by skończyli jedno małe dziełko, zredagowali, wysłali do wydawnictwa.

II. Najlepsze zagraniczne kursy kreatywnego pisania

Iowa Writers’ Workshop

Najsłynniejszy bodaj uniwersytecki przybytek kształcący pisarzy już od 1936 roku. Tomy prozy i poezji wyprodukowanej przez absolwentów zajmują całe ściany, a lista nazwisk tutejszych wykładowców i absolwentów może onieśmielić nawet najbardziej zagorzałych wyznawców teorii, że pisarze są tylko ludźmi. Zaliczają się do nich bowiem np. Philip RothMichael Cunningham („Godziny”), Jane Smiley („Tysiąc akrów”), Marilynne Robinson(„Housekeeping”, „Gilead”) czy ZZ Packer („Pijąc kawę gdzie indziej”). Tutejszy dwuletni program magisterski jest prawdopodobnie najlepszym, a już na pewno najbardziej znanym, z około 300 dostępnych w całych Stanach.

University of California, Irvine

Jeden z najgorętszych kursów kreatywnego pisania. Dostanie się na dwu-trzyletni kurs magisterski graniczy z cudem, zgłoszeń jest bowiem ponad 500, a miejsc – 12. Gra jest jednak warta świeczki, bo dobra passa Irvine trwa przynajmniej od momentu, gdy Michael Chabon otrzymał za swoją debiutancką powieść „The Mysteries of Pittsburg”, napisaną jako magisterkę na UCI, zaliczkę w wysokości 155 tysięcy dolarów. Co ciekawe, książkę do wydawcy wysłał nie sam autor, lecz jego profesor, Donald Heiney.

Bath Spa University

Brytyjski uniwersytet oferuje kursy kreatywnego pisania na wszystkich akademickich poziomach, włącznie z doktoratem oraz kursami podyplomowymi, nie tylko z tworzenia prozy, lecz także z pisarstwa podróżniczego, literatury dziecięcej, a nawet pisania piosenek. Do wykładowców zaliczają się chociażby Naomi Alderman („Nieposłuszeństwo”) i David Almond (literatura dziecięca). Bath ma także swój znaczący festiwal literacki, który od 21 lat odbywa się tu na wiosnę.

Coursera

Popularny „uniwersytet online” – miejsce, które gromadzi najlepszych wykładowców z dziesiątków amerykańskich uczelni – prowadzi także kursy kreatywnego pisania. Pięć różnych programów skupia się na takich elementach tworzenia literatury, jak bohaterowie, akcja, styl czy tworzenie opisów i tła, obejmuje 4 do 7 tygodni zajęć. Przez tydzień można przetestować Courserę za darmo, potem płacimy 49 dolarów miesięcznie.

Masterclass Jamesa Pattersona

Kto marzy o tym, żeby zostać prawdziwym władcą umysłów, może skorzystać z wiedzy Jamesa Pattersona – autora bestsellerowych powieści kryminalnych i thrillerów. Kurs na platformie MasterClass (gdzie nauczymy się wszystkiego, od gotowania z Gordonem Ramsayem po śpiew z Christiną Aguilerą) obejmuje 22 lekcje składające się na ponad 3 godziny materiału wideo z udziałem Pattersona. Za 90 dolarów otrzymamy dożywotni dostęp do wykupionych treści.

James Patterson to - obok Dana Browna, Johna Grishama i Stephena Kinga - jeden z najlepiej sprzedających się autorów amerykańskich (fot. Eastnews)James Patterson to – obok Dana Browna, Johna Grishama i Stephena Kinga – jeden z najlepiej sprzedających się autorów amerykańskich (fot. Eastnews)

III. Rozmowa z właścicielką polskiej szkoły kreatywnego pisania Magdaleną Kostrzewską.

Magdalena Kostrzewska nie ma doświadczenia pisarskiego, szkołę Maszyna do Pisania odkupiła w 2014 roku od Katarzyny Bondy, gdy ta poczuła, że może już poświęcić się wyłącznie swoim książkom. Magda pracowała wcześniej w agencji reklamowej, do kursów kreatywnego pisania podeszła jak do każdej innej oferty, którą należało sprzedać. Dziś w jej szkole uczą m.in. Sylwia Chutnik, Wojciech Chmielarz czy Mariusz Czubaj. Absolwenci wydali już sporo książek. Wśród nich wybija się Przemysław Semczuk, autor zainteresowany historią PRL (wydawnictwo Znak) czy Bartosz Szczygielski, autor kryminałów wydawanych w Czarnej Serii Wydawnictwa WAB.

Kto jest odbiorcą kursów w Maszynie do Pisania?

– Na nasze kursy najczęściej trafiają kobiety po 30., 40. roku życia. Coraz częściej przychodzą również mężczyźni. To w większości osoby z wyższym wykształceniem: dziennikarze, nauczyciele, urzędnicy, PR-owcy, managerowie. Bardzo wielu z nich na co dzień pracuje w korporacjach, przychodzą do Maszyny odreagować.

Pisanie to dla nich forma spełniania się poza pracą?

– Każdy na zakończenie kursu dostaje do wypełnienia ankietę oceniającą, my je potem dokładnie analizujemy i stąd wiemy na przykład, że często ludzie w dojrzałym wieku wracają do pisania, które było ich pasją np. w szkole średniej czy podczas studiów. Przychodzą do nas po to, by zrobić coś wyłącznie dla siebie.

Dużo jest wśród kursantów osób już piszących?

– Tak, ale i tak najczęściej zapisują się na kurs podstaw pisania – są jeszcze przed debiutem, choć mają już na koncie kilka tekstów. Zdarza się, że ludzie, którzy dopiero się do pisania przymierzają, trochę się obawiają, że reszta będzie bardziej zaawansowana, bo słyszeli, że na kursy przychodzą osoby już piszące. Dla uspokojenia powiem, że w grupie jest maksymalnie 10 osób, a nauczyciele bardzo troskliwie podchodzą do każdego z osobna. Zadania domowe też bywają zróżnicowane w zależności od wyjściowych umiejętności.

Czy Polska od razu była gotowa na kursy kreatywnego pisania?

– Nie wiedziałam, że u nas tak mocne jest przekonanie, że do pisania potrzebne jest boskie tchnienie, palec boży, że tego nie da się nauczyć. Na początku ludzie podchodzili więc do prywatnych, pozauniwersyteckich kursów z ogromną rezerwą. Z czasem dostrzegli, że to nie jest hochsztaplerka, tylko praca nad tekstami, na dobrych wzorcach literackich, że to ich bardzo otwiera i rozwija. Często słyszę argument, że wielcy twórcy nie chodzili na żadne kursy i pisali z sukcesem – to prawda, ale kiedyś ludzie mieli więcej czasu, a dziś mało kto może zająć się tylko pisaniem. Nasze kursy traktujemy też jako przyjemność obcowania z literaturą, przyjemność pisania i szybszą drogę do tego, nad czym inni pracowali latami. Ale bez twardego tyłka i odsiedzenia godzin w dzień lub w nocy nad tekstami i tak nie dojdzie się w tej branży do niczego.

Co jest dla pani osobiście największą miarą skuteczności waszych kursów?

– Sukcesem dla mnie jest sukces kursantów, ale nie wartościuję, czy to wydanie książki, czy rozwój osobisty. Być może ci niezadowoleni nie dzielą się z nami swoimi przemyśleniami, ale nie spotkałam się jeszcze z sytuacją, żeby ktoś oznajmił, że kurs był beznadziejny i niczego się na nim nie nauczył. A warto pamiętać, że nasze społeczeństwo jest raczej odważne i jak płaci, to wymaga. Niektórzy zastanawiali się rok, bo podchodzili do kursów z rezerwą, ale koniec końców stwierdzali, że podjęli dobrą decyzję. I to jest chyba największa radość z prowadzenia Maszyny do Pisania.

Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz to dziś jedni z najbardziej poczytnych polskich pisarzy (fot. Cezary Piwowarski / Wikimedia.org / CC-BY-3.0 / Jakub Malik / Agencja Gazeta)Katarzyna Bonda i Remigiusz Mróz to dziś jedni z najbardziej poczytnych polskich pisarzy (fot. Cezary Piwowarski / Wikimedia.org / CC-BY-3.0 / Jakub Malik / Agencja Gazeta)

IV. Gdzie uczyć się kreatywnego pisania w Polsce?

Studium Literacko-Artystyczne Uniwersytetu Jagiellońskiego

Najstarsza szkoła twórczego pisania w kraju, która od 1994 roku szkoli przyszłych literatów podczas dwuletnich studiów podyplomowych. Warunkiem przyjęcia jest więc wcześniejszy dyplom licencjacki lub magisterski oraz talent literacki, który można rozwijać pod okiem takich gwiazd polskiego panteonu literackiego jak Marek Bieńczyk, Agata Tuszyńska czy Izabella Filipiak. W minionych latach wykładowcami bywali także np. Stanisław Lem, Antoni Libera, Czesław Miłosz czy Maciej Słomczyński. SLA ma swoje prężnie działające stowarzyszenie absolwentów, własne nagrody literackie i publikacje.

IBL PAN

W stolicy kursy kreatywnego pisania najdłużej prowadzi Instytut Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk (od 2007 roku). Prowadzący wtajemniczają adeptów sztuk pisarskich w arkana posługiwania się różnymi gatunkami literackimi, kurs kończy się zaś zaliczeniem z jednego z trzech warsztatów: prozatorskiego, poetyckiego lub scenopisarskiego.

Opinia absolwentki:
„Wszechstronność ćwiczeń (esej, scenariusz filmowy, poezja, proza, formy dziennikarskie itp.) wymagała wchodzenia w różne role, a wielość zadań domowych zmuszała do codziennego pisania, co jak wiadomo jest jednym z trudniejszych wyzwań. Bezcennym doświadczeniem w przypadku tych studiów była możliwość obcowania z uznanymi pisarzami i poetami oraz akademicki charakter zajęć, który nadawał tym warsztatom literackim profesjonalny sznyt”.
Daria Pawlewska, redaktorka naczelna magazynu „KUKBUK”, dziennikarka

Maszyna do Pisania

Kursy odbywają się, co jest ewenementem, w sześciu miastach w Polsce. Zajęcia o zróżnicowanej tematyce – podstawy pisania, kurs pisania powieści kryminalnej, felietonów czy reportaży, a nawet kursy dla młodzieży – prowadzą zawodowi pisarze i dziennikarze, a nawet technicy kryminalistyki (kurs „Druga strona kryminalnej fikcji” odbywający się w Pile).

Opinia absolwentki kursu pisania powieści:
„Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę – było dużo pracy na zajęciach, sensowne informacje zwrotne od prowadzącej i uczestników, dużo pracy w domu. Podobał mi się system rozmów o naszych pracach – nawet testy, którym moim zdaniem daleko było do doskonałości, miały swoje mocne strony, co uzmysłowiło mi, że naprawdę lepiej napisać coś częściowo niedoskonałego, niż nie napisać nic. Podobało mi się też to, jak wiele tekstów literackich poddaliśmy analizie: były to opowiadania i powieści, których wcale nie rozumiałam tak dobrze, jak mi się wydawało, i nie była to analiza rodem z liceum, raczej grzebanie w sposobach ukrywania sensu w tekście. Choć nie ukończyłam kursu z pomysłem na książkę, to dostałam zastrzyk pewności siebie – usłyszałam wyraźnie, że dobrze piszę, zyskałam poczucie, że pisanie to praca jak każda inna, a może nawet i cięższa, nie zaś magia, która się wydarza, łaska spływająca z nieba”.
Kasia Stadejek, dziennikarka, blogerka

Pasja Pisania

Duża szkoła kreatywnego pisania, która działa w Warszawie, Krakowie i Katowicach, a od 2010 roku prowadzi również kursy internetowe. Kursantów w grupie jest maksymalnie tuzin, kursy trwają sześć tygodni. Te stacjonarne odbywają się raz w tygodniu i podzielone są na część konwersatoryjną oraz praktyczną. Kursy internetowe natomiast nie mają sformalizowanego czasu spotkań – uczestnicy mają cały czas możliwość dostępu do zadań i materiałów, które raz w tygodniu pojawiają się na stronie.

IV. Najbardziej znani pisarze – absolwenci kursów kreatywnego pisania

Pisarze niechętnie przyznają się do bycia absolwentami kursów kreatywnego pisania – są bardziej skłonni do krytycznego wypowiadania się o nich. Niedawno Hanif Kureishi, autor m.in. „Buddy z przedmieścia” i „Mojej pięknej pralni”, oznajmił, że uznaje 99,9 proc. swoich uczniów za nieutalentowanych, a umiejętność pisania – za nieprzekazywalną.

Wydana w 1990 r. książka 'Budda z przedmieścia' była pierwszą powieścią w dorobku Hanifa Kureishiego (fot. Nrbelex / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.5 / Wikimedia.org / Fair use)Wydana w 1990 r. książka ‚Budda z przedmieścia’ była pierwszą powieścią w dorobku Hanifa Kureishiego (fot. Nrbelex / Wikimedia.org / CC BY-SA 2.5 / Wikimedia.org / Fair use)

Zdarzają się wszelako pisarze, którzy ukończyli akademickie studia z kreatywnego pisania. Zalicza się do nich np. Kazuo Ishiguro, brytyjski pisarz urodzony w Japonii, autor m.in. „Nie opuszczaj mnie” czy „Niepocieszonego”, laureat nagrody Bookera za „Okruchy dnia” (1989), oraz Ian McEwan, znany w Polsce chociażby z „Amsterdamu” i „Pokuty” (również nagrodzonej Bookerem, w 1998 roku).

Z kolei wspomniany wcześniej Iowa Writers’ Workshop szczyci się tym, że kilkudziesięciu spośród jego pracowników i absolwentów otrzymało Nagrodę Pulitzera. Zalicza się do nich Michael Cunningham, który otrzymał ją w 1999 roku za „Godziny”. Cunningham jest absolwentem anglistyki na uniwersytecie w Stanford oraz programu magisterskiego, który zrobił podczas programu na Uniwersytecie Iowa właśnie. W nieuniwersyteckich kursach brała z kolei udział Camilla Läckberg, szwedzka pisarka bestsellerów, która dostała kurs pisania w prezencie od męża, mamy i brata. Z wykształcenia jest ekonomistką, które to doświadczenie bardzo przydało jej się w promocji pierwszej książki „Księżniczka z lodu”, zapoczątkowanej zresztą na kursie.

Książki o sztuce kreatywnego pisania w promocyjnych cenach można kupić w Publio.pl>>>


Agata Michalak.
 Dziennikarka, redaktorka, z wykształcenia kulturoznawczyni, pisze o przyjemności płynących z kultury (i) jedzenia. Współtworzyła i prowadziła magazyn kulturalno-kulinarny „Kukbuk”, szefowała miesięcznikowi „Aktivist”, pisała do berlińskiego dwutygodnika „Zitty”, „Wysokich Obcasów” i „Exklusiva”. Prowadziła autorską audycję w Radiu Roxy i bloga o ekodizajnie. Ciekawi ją życie wielkich miast. Autorka książki „O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

weekend.gazeta.pl

Poseł PiS skrytykował PZPN. Jest riposta Bońka i Koźmińskiego. Przesadzili?

Antoni Partum, 30.07.2017

JAKUB ORZECHOWSKI

Poseł PiS, Arkadiusz Mularczyk, skrytykował na Twitterze PZPN za dobór sędziego podczas meczu Legii Warszawa z Sandecją Nowy Sącz. – Panie Mularczyk odp*****l się Pan od piłki! – odpowiedział mu Zbigniew Koźmiński, były członek zarządu PZPN, ojciec wiceprezesa PZPN Marka Koźmińskiego. Swoje trzy grosze dorzucił także prezes Zbigniew Boniek.

W sobotę na ul. Łazienkowskiej odbyło się spotkanie w ramach 3. kolejki Lotto Ekstraklasy. Legia wygrała z Sandecją 2:0, ale sporo kontrowersji wywołał fakt, że arbitrem spotkania był Tomasz Kwiatkowski, rodowity warszawiak.

Wśród oburzonych tym faktem znalazł się poseł PiS. Mularczyk napisał na Twitterze: „Panie Prezesie Boniek takie sytuacje nie budują zaufania do PZPN”

Na ripostę nie trzeba było długo czekać. Zbigniew Koźmiński napisał wulgarnie na swoim Twitterze: „Panie Mularzyk od****l się Pan od piłki!”.

A skoro rozpętała się burza na Twitterze, to nie mogła tam zabraknąć Bońka, znanego z ciętej riposty i dużej aktywności w mediach społecznościowych. Prezes PZPN podziela opinię Koźmińskiego seniora.

Mistrzowie Polski długo się męczyli z beniaminkiem ligi, ale ostatecznie wygrali. Na pewno pomógł im fakt, że w 20. minucie spotkania boisko opuścił Grzegorz Baran, który otrzymał czerwoną kartkę. Była to jednak słuszna decyzja arbitra. Obserwatorzy i eksperci nie mieli większych zastrzeżeń do pracy sędziego w tym meczu.

Ekstraklasa. Legia – Sandecja 2:0. „W ten sposób Legia chyba nie strzeli dwóch bramek Astanie”

http://www.gazeta.tv/plej/19,67450,22166975,video.html

sport.pl

Tweety Tuska jak haiku, albo limeryki

PiS ma w sobie coś z masochisty. Dobiera się do Donalda Tuska, wzywa go na wszelkie śledztwa, jakie wymyśli i nieodmiennie przegrywa. Tak było ostatnio, gdy szef Rady Europejskiej wysiadł na Dworcu Centralnym i pod prokuraturę odprowadził go wielotysięczny tłum.

PiS-owi po tym zdarzeniu opadł słupek poparcia, po prostu zwiądł.

No i znowu wzywają Tuska, i to w środku wakacji na 3 sierpnia, przesłuchanie ma dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Ciągle w toku tworzenia znajduje się Ewangelia Smoleńska z Mesjaszem zbawcą Lechem Kaczyńskim i Jarosławem K. – raz jako odźwiernym Piotrem, innym razem doznającym epifanii Szawłem zamienionym jasnym szlagiem w Piotra.

Tusk nieodmiennie informuje o swoich przesłuchaniach na Twitterze i nieodmiennie jego tweet jest perełką językową, brylantem komunikatu, a niektóre tweety już weszły do klasyki i będą w podręcznikach komunikacji i zręczności politycznej.

Tweety Tuska można porównać do trudnej formy lakonicznej poezji z Kraju Kwitnącej Wiśni, do haiku, a czasami są tak prześmiewcze, jak irlandzkie limeryki.

Niewielu potrafi tak pisać, ale też niewielu wśród polityków jest tak udanymi retorami, język jest Tuskowi posłuszny i nie potrzebuje do zwalenia z nóg przeciwnika żadnych ciosów poniżej honoru, nie musi nazywać interlokutorów kanaliami, zdradzieckimi mordami, gorszym sortem.

Tweet dla najlepszych to jest haiku i takim jest dla Tuska, oto treść ostatniego: „Dzięki za wsparcie, ale Wielki Spacer bedzie długi. Jesteście przyszłością – nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”.

Tweet bogaty w treści i ma konkretnych adresatów. Analiza jego zasługuje na większy esej. Nie należę do piewców Tuska, ale uważam go za najlepszego w XXI wieku polityka polskiego, a po 1989 roku mieszczącego się w naszej Wielkiej Trójce.

Tusk ma świadomość, że w tej chwili najbardziej liczy się głos młodego pokolenia, które nagle dało o sobie znać przy okazji trzech ustaw dotyczących sądownictwa, to młode pokolenie Łańcucha Światła wymusiło na Dudzie dwa weta. I Tusk nie chce ich obarczać winą zaszłości polskiej polityki, „nie bierzcie na siebie ciężarów przeszłości”. Zatem nie zmagajcie się z grzechami poprzedników, one tylko hamują Polskę i wasze życie.

Znamienny jest odzew internatów, wielu należałoby cytować, bo Tusk powoduje w narodzie kreacyjne inspiracje. Jeden zacytuję – blogera podpisującego się Phil Backensky:

„I choćby przyszło tysiąc Kaczyńskich

Z nimi stu Ziobrów oraz Brudzińskich

I każdy nie wiem jak się wytężył

To wolność w PL zawsze zwycięży!”

Tak trzymać!

Skok stulecia w Swarzędzu. Wydano listy gończe za skazanymi

ako, 29 lipca 2017

Fałszywy

Fałszywy „konwojent”, który ukradł 8 mln zł pod Poznaniem (materiały policyjne)

Listy gończe łódzki sąd wydał za wspólnikami fałszywego konwojenta, który w lipcu 2015 r. odjechał w nieznane z ukradzionymi 8 mln. zł. Jego wspólnicy też dostali wyroki, ale po ogłoszeniu wyroku zniknęli.

Wyrok w głośnej sprawie kradzieży 8 mln zł. w Swarzędzu zapadł w połowie lipca. Fałszywy konwojent został skazany na ponad 8 lat więzienia.

Złodziej przez kilka miesięcy pracował w poznańskim oddziale łódzkiej firmy ochroniarskiej Servo. Przed miesiącem razem z dwoma konwojentami rozwoził gotówkę do bankomatów. Pierwszy postój mieli w Swarzędzu. Kiedy dwóch konwojentów wysiadło z samochodu i wkładało pieniądze do kasetki w bankomacie, trzeci, który został w furgonetce, po prostu odjechał. Samochód miał nadajnik GPS pozwalający go namierzyć. Ale złodziej był na to przygotowany i włączył urządzenie zakłócające sygnał. Samochód porzucił w lesie, a wcześniej oblał go chlorem, by zatrzeć ślady. Policja miała kłopot z ustaleniem nazwiska przestępcy, bo złodziej posługiwał się cudzymi danymi personalnymi (podawał się za Mirosława Dudę) i sfałszowanymi dokumentami. Miał też fałszywe pozwolenie na broń. Miesiąc po napadzie policja opublikowała zdjęcie ochroniarza – nagrała go kamera w bankomacie na poznańskim Grunwaldzie. Mężczyzna miał ogoloną głowę i długą brodę. Okazało się, że zmienił wygląd przygotowując się do skoku. Przybrał też na wadze, zażywając suplementy diety. W końcu policja ustaliła jednak, że fałszywy ochroniarz to 46-letni to Krzysztof W., z zawodu krawiec. Przed sądem razem z nim stanęli też Adam K., Dariusz D. oraz Marek K. Wszyscy Panowie zostali skazani na kary wielu lat więzienia, ale Adam K. oraz Dariusz D., których skazano na sześć lat pozbawienia wolności, po ogłoszeniu wyroku zniknęli – byli objęci wcześniej dozorem policyjnym, ale po wyroku przestali pojawiać się na policji.

wyborcza.pl

Piknik obywatelski na pl. Wolności. W niedzielę kolejna edycja Łańcucha Światła

Agnieszka Kwiatkowska, 28 lipca 2017

ŁUKASZ CYNALEWSKI

Franek Sterczewski po raz kolejny zaprasza na pl. Wolności. Tym razem zamiast protestu odbędzie się piknik obywatelski. – Teraz stawiamy na spotkania, mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji – podkreśla Sterczewski.

Franek Sterczewski zasłynął organizacją protestów w obronie niezawisłości sądów. Rozkręcił akcję Łańcuch Światła, dzięki której poznaniacy 8 razy spotkali się w obronie demokracji – na pl. Wolności, w parku Mickiewicza i przed Areną.

W poniedziałek prezydent Andrzej Duda ogłosił, że zawetuje dwie z trzech wymierzonych w niezależne sądy ustaw. Mimo tego i deszczu do Parku Kasprowicza przychodzi kilka tysięcy ludzi. Przemawiają sędziowie, adwokaci. Ostrzegają, że trzecia ustawa – o sądach powszechnych – jest równie groźna co pozostałe. Ale nadziei wielkiej już nie ma – Franek postanawia zawiesić protest. Zapowiada, że będzie szykował na weekend wydarzenie specjalne.

To wydarzenie to piknik obywatelski na pl. Wolności

Rozpocznie się w niedzielę o godz. 12. – Chcemy rozpocząć cykl spotkań, żeby zintegrować wolnych obywateli Poznania. Chcemy wykorzystać energię, która się zrodziła się podczas protestów i zapoznać poznaniaków z ofertą organizacji pozarządowych, fundacji pożytku publicznego – mówi Sterczewski. Podkreśla, że podczas protestów wielu ludzi pytało, jak może pomóc. – Jest mnóstwo instytucji, zajmujących się sprawami seniorów, dzieci, kulturą, edukacją ekologiczną itp. Wspieranie ich to pozytywna forma zaangażowania. Będziemy promować takie pozytywne postawy obywatelskie i krzewić lokalny patriotyzm – dodaje.

Eksplozja pozytywnej energii pod Pałacem Prezydenckim. Zobacz teledysk „Wyborczej”

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,22150007,video.html

Formuła cotygodniowych pikników będzie się rozwijać

Inicjatorzy planują zapraszać poznaniaków do rozmów, organizować dyskusje i spotkania. Ich zdaniem na razie nie ma sensu wychodzić na ulicę, by protestować. – Obserwujemy wydarzenia, czekamy na ustawy, które wyjdą z pałacu prezydenckiego. Liczymy się z tym, że być może znowu trzeba będzie zaprotestować – mówi Sterczewski. – Ale jesteśmy po tygodniowym maratonie. Do kolejnego trzeba się dobrze przygotować, zadbać o kondycję i przemyśleć strategię, by nie stracić potencjału – dodaje. Podkreśla, że teraz przyszedł czas na zakorzenioną w wielkopolskiej tradycji pracę u podstaw. – Nie wycofujemy się, ale teraz stawiamy na mówienie o prawach obywatelskich, aktywności obywatelskiej i konstytucji. I mamy oczy szeroko otwarte.

Na niedzielny piknik warto zabrać ze sobą leżaki, koce, krzesła i koszyki pełne jedzenia. – Najlepiej przyjść z czymś, czym można się podzielić z sąsiadem. To będzie kontynuacja naszej zasady, że wszyscy obecni na placu są organizatorami wydarzenia, wszyscy się angażują. W ten sposób budujemy wspólnotę i tworzymy nową formę spotkań w mieście – mówi Sterczewski.

 

wyborcza.pl

Poznańskie protesty były jak msze [KOMENTARZ TYGODNIA]

Tomasz Nyczka, 29 lipca 2017

Poznaniacy w obronie niezależności sądów. Protest w parku Kasprowicza przy hali Arena w niedzielę 23 lipca.

Poznaniacy w obronie niezależności sądów. Protest w parku Kasprowicza przy hali Arena w niedzielę 23 lipca. (LUKASZ CYNALEWSKI)

Nie pamiętam tak inspirującego przeżycia jak poznańskie „Łańcuchy światła”, na które chodziliśmy, by pokazać nasz sprzeciw wobec zamachu PiS na sądy. Poznańskie protesty były trochę jak msze. Miały swojego kapłana, swoje rytuały i tłum wiernych, którzy codziennie o godz. 21 spotykali się, by bronić sądów.

Ale to były lepsze msze. Bez wykluczania kogokolwiek i mowy nienawiści. Dla „wierzących i wątpiących, kobiet i mężczyzn, zakochanych i niekochanych”. Wreszcie – jak podkreślali organizatorzy – również dla zwolenników PiS. Dzieliły nas poglądy i wiek, ale łączyło jedno – sprzeciw wobec tego, co PiS chce zrobić z sądami.

>> Kulisy protestów w Poznaniu: „Ale jak to? Posła pan nie wpuści?”

Na placu Wolności spotkałem sąsiada. W parku Kasprowicza – rodziców. Kolega powiedział mi: „Wiesz, że nigdy dotąd publicznie nie śpiewałem hymnu”. Byli starsi i młodsi. Ale tych drugich było tak dużo, jak nigdy dotąd. Stali w tłumie, klaskali, pracowali w służbach porządkowych. Te demonstracje – w tym poznańskie – znów odzyskały Polskę dla młodych. Nagle okazało się, że – jeśli tylko ze sceny nie będą przemawiać do nich skompromitowani politycy – to młodzi przyjdą na protesty tłumnie. Wyszli na ulice w obronie sądów, bo poczuli, że ten zamach na sądownictwo to pierwszy krok do wyjścia z Unii Europejskiej. A Unia dla młodych jest wielką wartością.

Na placu Wolności i w parku Kasprowicza tworzyliśmy pod koniec każdej demonstracji wielki napis VETO. Po protestach szliśmy do baru i do późnej nocy rozmawialiśmy o tym, co właśnie dzieje się w Poznaniu. I zgadzaliśmy się co do jednego – że dzieje się coś pięknego, niezwykłego, ważnego. „Nie mogę się doczekać jutra!” – mówili niektórzy. W internecie zagrzewaliśmy się do walki. Ludzie gratulowali sobie nawzajem tak imponującej frekwencji. Pisali, że są z takiego Poznania dumni.

Tej energii już nic nie powstrzyma. Kapitał, który wspólnie w Poznaniu zbudowaliśmy, na pewno nie zostanie roztrwoniony. Powstała armia, która – w razie potrzeby – znów gotowa jest pojawić się w parku czy na placu i zaprotestować przeciwko groźnym pomysłom władzy. A że znów trzeba to będzie zrobić – to pewne.

Do zobaczenia.

wyborcza.pl

Park Kasprowicza.Od wesołego miasteczka do pola buntu

Jakub Łukaszewski, 29 lipca 2017

ŁUKASZ CYNALEWSKI

Za komuny na basen, sanki i palanta do parku Kasprowicza przyjeżdżało pół Poznania. Gdy podupadł, park kolektywnie reanimowali społecznicy. Ożył do tego stopnia, że tydzień temu kilkanaście tysięcy poznaniaków przed Areną pokazało weto władzy, która chce zawłaszczyć sądy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

– Czego tam nie było! Bywalcy twierdzili, że prawie dorównywał wiedeńskiemu Praterowi – tak Henryk Bomski wspomina przedwojenny lunapark w poświęconej Łazarzowi Kronice Miasta Poznania z 1998 r.

Wesołe miasteczko było częścią ekspozycji na Powszechnej Wystawie Krajowej w 1929 r., a cały teren służył gastronomii i rozrywce. Obok lunaparku stała kopulasta konstrukcja, którą po wystawie przeniesiono na Jeżyce – w pobliże skrzyżowania ul. Poznańskiej i Mickiewicza – gdzie służyła cyrkowi Olimpia. Drewniana konstrukcja spłonęła w latach 90. XX w.

Wesołe Miasteczko na terenie Powszechnej Wystawy Krajowej, 1929 r.

Wesołe Miasteczko na terenie Powszechnej Wystawy Krajowej, 1929 r. Właściciel: Miejski Konserwator Zabytków w Poznaniu, cyryl.poznan.pl

Dawne osiedle biedoty

Po zakończeniu Pewuki w niezburzonych pawilonach mieszkali bezdomni. Osiedle biedoty dalej nazywano „wesołym miasteczkiem”. – W „Micku” [Gimnazjum Mickiewicza – red.] często organizowano zbiórki żywności i odzieży, które przekazywano bezpośrednio w „wesołym miasteczku”. Kilka lat przed wojną „wesołe miasteczko” wyburzono i zbudowano piękny park, z ładnym ogrodzeniem, z wejściem głównym od Wyspiańskiego. Park nazwano im. Kasprowicza – opowiada Bomski.

Pawilon Przemysłu Likierowego i Koniakowego na tzw. terenie E (obecnie park Kasprowicza) na Powszechnej Wystawie Krajowej, 1929 r.

Pawilon Przemysłu Likierowego i Koniakowego na tzw. terenie E (obecnie park Kasprowicza) na Powszechnej Wystawie Krajowej, 1929 r. Właściciel: Miejski Konserwator Zabytków w Poznaniu, cyryl.poznan.pl

Uporządkowanie terenu po Pewuce i otwarcie parku miało nastąpić dokładnie 1 września 1939. Były już gotowe alejki, ale Niemcy wszystko zniszczyli. Chcieli przenieść tutaj zoo, ale nigdy do tego nie doszło. – Tam pracowali Żydzi, zimą w śniegu, na boso przewozili ziemię z miejsca na miejsce, do dziś nie wiem, po co to robili. Pod koniec wojny wybudowali tam, od strony ul. Wyspiańskiego, bunkry – opisywał były radny Roman Trojanowicz w tej samej KMP.

Żydów pracujących na terenie niedoszłego parku widział też zmarły w tym roku prof. Lech Trzeciakowski: – Stałem i patrzyłem przerażony. Przed moimi oczyma przesuwali się nie ludzie, a widma. Jeszcze wiele nocy budziłem się zlany potem, męczony koszmarnymi snami – wspominał.

Teren uporządkowali dopiero na przyjazd Bieruta

W marcu 1945 r. na terenie dzisiejszego parku Kasprowicza urządzono lądowisko dla samolotów sanitarnych, zwożących rannych żołnierzy radzieckich. Jacek Hałasik w filmie „Trzy oblicza starego Łazarza” wspomina, że znajdowały się tutaj schrony, z których śmierdziało. A cały kwartał otoczony ulicami Jarochowskiego, Wyspiańskiego, Reymonta i Chociszewskiego uporządkowano dopiero na dożynki w latach 50., na które przyjechał sam prezydent Bolesław Bierut. Co ciekawe, już wtedy na przyszły park Kasprowicza zwyczajowo mówiło się Arena, choć halę o takiej nazwie wybudowano dopiero w 1974 r.

Hala Widowiskowo-Sportowa Arena w dniu uroczystego otwarcia, 26.06.1974 r.

Hala Widowiskowo-Sportowa Arena w dniu uroczystego otwarcia, 26.06.1974 r. Właściciel: Stanisław Wiktor,cyryl.poznan.pl

„Latem grano w piłkę nożną, ręczną, palanta. Zimą jeżdżono na sankach, łyżwach, a także na nartach. Było tutaj boisko Energetyka, chociaż klub, który z niego korzystał, wielokrotnie zmieniał nazwę. (…) Na boisku Energetyka działało też kino letnie. A zimą wylewano lodowisko. Cały park był terenem sportów dla młodzieży, nie tylko z Łazarza. I to w czasach gdy hali widowiskowej i pływalni jeszcze nie było” – opowiada Hałasik.

Oficjalne otwarcie parku nastąpiło w 1962 r. Przy budowie pracowali mieszkańcy Grunwaldu w czynie społecznym. Działania te upamiętniał nieistniejący już obelisk od strony ul. Wyspiańskiego. – To był zielony, pagórkowaty teren z dużą ilością drzew, ale nie ma co ukrywać – ludzi z całego Poznania przyciągały głównie otwarte w latach 70. odkryte baseny letnie – mówi Maria Łazarz, osiedlowa radna z Łazarza, która – jak każdy ówczesny student – musiała pomagać przy budowie Areny.

Pływalnia GKS Olimpia w Parku Kasprowicza, 10.08.1975 r.

Pływalnia GKS Olimpia w Parku Kasprowicza, 10.08.1975 r. Właściciel: Stanisław Wiktor,cyryl.poznan.pl

Z basenami i ogrodem społecznym

Letni basen przy Arenie w najcieplejsze dni odwiedzało nawet 1,5 tys. mieszkańców. Jednak w 2013 roku Poznańskie Ośrodki Sportu i Rekreacji postanowiły zamknąć pływalnię. Urzędnicy uznali, że zjeżdżalnia dla dzieci jest niebezpieczna. O basen upomnieli się mieszkańcy i społecznicy z Kolektywu Kąpielisko. Ostatecznie POSiR basenów nie zamknął (w tym roku są nieczynne, bo trwa ich remont), a Kolektyw obok pływalni stworzył ogród społeczny, który jest miejscem integracji sąsiadów parku.

W Kolektywie działa architekt krajobrazu Magda Garczarczyk. Była jedną z osób, które pomagały Frankowi Sterczewskiemu w organizacji „Łańcucha światła”. W parku Mickiewicza i przed Areną otaczała zieleń biało-czerwoną taśmą oraz rozwieszała karteczki, żeby ją chronić. – Ale w przypadku parku Kasprowicza obawa o zieleń była już mniejsza, bo sam park ma inny charakter niż w centrum miasta. Łatwiej za to było zorganizować przejście tłumu, bo w parku Mickiewicza ludzie, rozchodząc się, wchodzili prosto pod tramwaje i samochody – tłumaczy Garczarczyk. Animatorka uważa, że przy protestach w Kasprowiczu dużo działo się już naprawdę samo. – Ludzie zgłaszali się, w sumie było już ok. 30 osób w służbach porządkowych. Podzieliliśmy się na grupy, od obstawiania ulicy i literek.

ŁUKASZ CYNALEWSKI

Te literki to słynny napis „VETO” utworzony przez ludzi trzymających lampki. Odczytał go pilot Boeinga przelatującego nad Poznaniem. Skontaktował się z wieżą lotów na Ławicy. „pszszsz… this is…….. Airlines… Boeing 404… 1, 4, 7, 0, 6, 5,… pszsz… yeshche Polskya nye sgyneua…” – powiedział zagraniczny pilot.

 

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: