Po wybuchu afery w Komisji Nadzoru Finansowego wszystkie oczy skierowane są na Marka Chrzanowskiego, który miał złożyć Leszkowi Czarneckiemu korupcyjną ofertę. Tymczasem przy okazji wyszło na jaw, jakie wynagrodzenie otrzymywał jego zastępca Andrzej Diakonow, dobry znajomy prezesa NBP Adama Glapińskiego.

Diakonow w Komisji Nadzoru Finansowego pojawił się w lipcu 2017 roku. Odpowiada m.in. za ochronę klientów, zadania związane z audytem i kontrolą wewnętrzną, administracją oraz informatyką. Do kierownictwa KNF powołała go ówczesna premier Beata Szydło na wniosek wspomnianego Chrzanowskiego. Przed objęciem posady wiceszefa KNF pracował w Narodowym Banku Polskim, był dyrektorem Departamentu Audytu Wewnętrznego.

Jak wynika z jego oświadczenia majątkowego za 2017 rok, w NBP i KNF zarobił 399 tys. złotych czyli ponad 33 tys. zł miesięcznie. Ile zarobił jako dyrektor w NBP, a ile jako wiceszef KNF – tego Diakonow nie ujawnił. Przy okazji afery z byłym szefem Komisji Nadzoru Finansowego Markiem Chrzanowskim dowiedzieliśmy się, że pensja przewodniczącego KNF wynosi 33 tys. zł. Diakonow w KNF mógł mieć podobne zarobki.

Diakonow w latach 90-tych, podobnie jak prezes NBP Adam Glapiński działał w Porozumieniu Centrum założonym przez braci Kaczyńskich. Wszedł też do rządu Jana Olszewskiego jako pełniący obowiązki ministra gospodarki przestrzennej i budownictwa. Później przez kilka lat zasiadał w zarządzie spółki chemicznej Ciech.

Do polityki wrócił w 2001 roku, gdy z list PiS został wybrany na posła. W 2007 roku został zastępcą wójta gminy Klembów pod Wołominem. Od kilku lat działał też w Ruchu Narodowym. Wszedł nawet w 2015 roku do rady programowej tego niewielkiego ugrupowania o skrajnie prawicowych poglądach.

W PRL Diakonow zapisał się do PZPR, choć tłumaczył, że musiał to zrobić, by móc studiować. Na początku lat 90. do Ministerstwa Finansów ściągnął go Leszek Balcerowicz, którego znał ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (dzisiejszy SGH). W wywiadach Diakonow przyznawał jednak, że od lat jest bliskim znajomym obecnego szefa NBP Adama Glapińskiego.

Po tym, jak odszedł z NBP jego posadę zajął Piotr Głowacki, jeden z liderów Młodzieży Wszechpolskiej.

wp.pl

Afera ze stępką pod prom. Ministerstwo zabiera głos

KAMIL DZIUBKA,  17.11.2018

Na pochylni Wulkan w Stoczni Szczecińskiej od prawie 1,5 roku rdzewieje stępka pod wielki prom, który ma być budowany dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Na razie jednak nie ma ani projektu promu, ani pieniędzy na jego budowę. Są za to buńczuczne oświadczenia o reanimacji przemysłu stoczniowego, który – według polityków PiS – w okresie rządów PO-PSL zatonął. Pojawiły się nawet wątpliwości, czy stępka to rzeczywiście stępka. 

  • Wciąż nie ma projektu budowy promu dla PŻB
  • Ministerstwo odpowiada na zarzuty senatora PO dotyczące stępki pod statek
  • W branży stoczniowej coraz głośniej mówi się o tym, że na projekt nie ma pieniędzy

Z pochylni w stoczni, zamiast promu, zjechały sny polityków o potędze. I zaczynają tonąć. Stępka pod prom dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej rdzewieje, a tablicę upamiętniającą uroczystość z udziałem Mateusza Morawieckiego ktoś prawdopodobnie ukradł. 23 czerwca 2017 roku ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki ozdobnym młotkiem wbił nit w stępkę. – Przyjechaliśmy tutaj, żeby dać nadzieję na rozwój Stoczni Szczecińskiej, dać konkretne zamówienia, stworzyć popyt na okręty i statki, które będą tutaj budowane. To dla nas kluczowa część strategii reindustrializacji polskiej gospodarki – przekonywał Morawiecki. Prom miała budować Morska Stocznia Remontowa Gryfia.

– Obecnie, zgodnie z harmonogramem, trwa faza projektowania promu, a jego budowa ruszy w przyszłym roku – mówi Onetowi Michał Kania z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Tyle, że harmonogramu nikt nie widział, a właściwa budowa powinna się zacząć zaraz po położeniu stępki. Tymczasem od 1,5 roku na pochylni nie dzieje się nic. Stępkę (element denny statku) położono, zanim zaczęto w ogóle projektować konstrukcję. To trochę tak, jakby projektować samochód, zaczynając od drzwi.

Oliwy do ognia dolał ostatnio szczeciński senator Tomasz Grodzki (PO), który w trakcie obrad Senatu przekonywał, że stępka… to nie stępka: – Jako szczecinianin zadałem sobie trud dojścia do tego poprzez znajomych stoczniowców. Okazało się, że to nie jest stępka. To w ogóle nie jest stępka. To jest element wzięty z niedaleko położonej fabryki morskich elektrowni wiatrowych. To jest duży element konstrukcyjny, który w ogóle nie ma nic wspólnego ze statkiem. On został przywieziony na gwałt, jak pan premier Morawiecki miał przybić tabliczkę, że będzie prom – mówił parlamentarzysta.

Onet wysłał w tej sprawie pytania do Ministerstwa Gospodarki Morskiej. Resort zaprzecza rewelacjom senatora: – Pan prof. Tomasz Grodzki oprócz tego, że jest senatorem Platformy Obywatelskiej, jest wybitnym transplantologiem z ogromnymi zasługami i niezwykle dużą wiedzą w tym temacie. Dzięki temu jest doceniany i szanowany w swojej pracy. Jednak mamy obawy, że w temacie przemysłu stoczniowego pan profesor może mieć niepełną wiedzę lub mógł zostać wprowadzony w błąd przez kolegów ze swojej partii – czytamy w przesłanej nam odpowiedzi.

Według ministerstwa „Polski Rejestr Statków zatwierdził dokumentację techniczną, niezbędną do budowy sekcji dennej jednostki RoPax 3000 m, a pismo zatwierdzające dokumentację sekcji dna podwójnego (Double Bottom Section) zostało wystawione przez Inspektorat Kadłubowo-Technologiczny PRS w dniu 7 czerwca 2017 roku”. Michał Kania z biura prasowego ministerstwa dodaje w rozmowie z nami: – Mamy nadzieję, że prof. Grodzki popełnił zwykły błąd, nie zaś celowo posłużył się kłamstwem.

Dzwonimy do Tomasza Grodzkiego. Przyznaje, że informacje, które podał „mogły nie być precyzyjne”. Ale przekonuje, że to nie ma wielkiego znaczenia: – Oni chyba rzeczywiście coś tam na ostatnią chwilę zespawali, ale nawet jeśli to jest stępka, to nie pod projektowany prom. To wszystko było zrobione na potrzeby pisowskiej propagandy – podkreśla. Faktem jest, że od położenia stępki do zjechania statku z pochylni powinno minąć co najwyżej 3 miesiące, bo wynajęcie pochylni jest bardzo drogie. Tymczasem pochylnia pod prom dla PŻB jest zajęta już 17 miesięcy. I nadal nic się tam nie dzieje. Poza konferencjami prasowymi lokalnych polityków opozycji, którzy kpią z rdzewiejącej stępki przy każdej możliwej okazji.

Kpi też Rafał Zahorski, który śledzi sprawę od samego początku. Jest pełnomocnikiem marszałka województwa zachodniopomorskiego ds. gospodarki morskiej. – Firma, która ma robić dokumentację techniczną tego promu nigdy nie zajmowała się średnimi czy dużymi statkami. Sama tego nie zrobi, musi zatrudnić podwykonawców – mówi Onetowi Zahorski. – Nie ma nawet podpisanej umowy z żadnym towarzystwem klasyfikacyjnym, które stanowiłoby de facto nadzór budowlany. To najlepszy dowód na to, że nic się w tej sprawie nie dzieje – słyszymy.

W branży coraz głośniej mówi się też o tym, że Polska Żegluga Bałtycka (zamawiający) nie ma pieniędzy na ten prom. W stoczni w Chinach ten statek kosztowałby 150-160 mln euro, a w Polsce trzeba będzie zapłacić prawdopodobnie minimum 200 milionów. Chcieliśmy porozmawiać na ten temat w Polskiej Żegludze Bałtyckiej. W piątek w centrali firmy nikt nie odbierał telefonów. Nikt nie odpowiedział też na nasze e-maile z prośbą o kontakt.

Zobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na Twitterze

Arkadiusz Marchewka@A_Marchewka

4 mies. temu PiS odtrąbiło rozp. budowy promu. Efekty? Brak. Hula wiatr. Miejsce, w które stukał młotkiem M. Morawiecki, pokryła już rdza.

We wrześniu pracę stracił prezes stoczni Gryfia, która ma budować prom. Firma nie podała powodów decyzji, ale w opublikowanym oświadczeniu na ten temat czytamy, że Gryfia „podtrzymuje swoje zaangażowanie w realizację projektu budowy promu pasażersko-samochodowego dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej”. To może świadczyć o tym, że Różalski stracił pracę w związku z działaniami dotyczącymi tego projektu.

W najbliższym tygodniu ten temat ma się pojawić na posiedzeniu sejmowej komisji gospodarki morskiej.

onet.pl