Kto jest najgorszym ministrem w rządzie PiS? Polacy ocenili władzę

Przed lipcowym kongresem Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński ma duży ból głowy. Rekonstruować rząd czy jednak wstrzymać się ze zmianami kadrowymi? Najnowszy sondaż IBRiS pokazuje, że co prawda gabinet Beaty Szydło nieco poprawił swój wizerunek w oczach Polaków, ale wciąż znaczna większość jego członków jest oceniana przez wyborców bardzo krytycznie.

Aż jedenastu na dwudziestu członków rządu ma wskaźnik negatywnych ocen w okolicach 50 proc. Przykład idzie z samej góry – pracę szefowej rządu źle ocenia aż 46,7 proc. pytanych (wzrost o 3,7 proc.), podczas gdy 38,2 proc. ma na jej temat dobre zdanie (wzrost o 5,1 proc.). Chociaż krytyka poczynań premier Szydło jest znaczna, i tak nie załapała się nawet do pierwszej siódemki najgorzej ocenianych członków rządu.

7. Anna Zalewska, Beata Kempa

To (mało) elitarne grono otwierają ex-aequo dwie kobiety – minister edukacji Anna Zalewska oraz szefowa Kancelarii Premiera Beata Kempa. Obie są negatywnie oceniane przez 49,1 proc. Polaków, przy czym to u Zalewskiej wzrost w ostatnim półroczu był większy (7 wobec 4,8 proc. u Kempy). Na swoją obronę szefowa resortu edukacji może powiedzieć przynajmniej tyle, że koleżankę z rządu bije także pod względem ocen pozytywnych (31,5 wobec 24,3 proc. i wzrost o 8,1 proc. wobec 3,6).

Niskie notowania Zalewskiej to wciąż pokłosie krytykowanej przez ZNP i dużą część rodziców reformy edukacji. Kempie zaszkodziła z pewnością sprawa śmierci Igora Stachowiaka, która na światło dzienne wyciągnęła jej niejasne związki z policjantami z rodzinnego Sycowa i Oleśnicy.

6. Witold Waszczykowski

Tuż przed Kempą i Zalewską znalazł się szef polskiej dyplomacji. Na działania Witolda Waszczykowskiego krytycznie patrzy 51,8 proc. respondentów, przeciwnego zdania jest nieco ponad jedna piąta uczestników badania (22,8 proc.). Humor szefowi MSZ może nieznacznie poprawiać to, że odsetek wskazań negatywnych w porównaniu do poprzedniego sondażu zmalał (o 5,5 proc.), a pozytywnych nieznacznie wzrósł (o 1,9 proc.).

Wiele wskazuje na to, że delikatne wahnięcie in plus Waszczykowski zawdzięcza przyjęciu Polski na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Rząd PiS-u przedstawiał to jako swoje wielkie zwycięstwo dyplomatyczne, chociaż fakty są takie, że starania o to trwały od 2009 roku, a Polska de facto… nie mogła nie zostać wybrana. Po wycofaniu się Bułgarii była bowiem jedynym krajem z grupy państw Europy Środkowej, którym przysługiwało jedno miejsce niestałego członka RB ONZ.

5. Zbigniew Ziobro

Miejsce 5. w niechlubnym rankingu zajął minister sprawiedliwości-prokurator generalny. Aż 52,1 proc. wyborców źle ocenia Zbigniewa Ziobrę (spadek o 6,5 proc.), natomiast niespełna jedna trzecia (31,8 proc.) uważa, że wykonuje swoje zadania jak należy. Ta ostatnia grupa zwiększyła się w porównaniu z poprzednim pomiarem o 3,6 proc.

Niskie notowania Ziobry to konsekwencja bardzo ostro krytykowanych zmian w ustawach o KRS i ustroju sądów powszechnych. Ich przyjęcie doprowadzi do całkowitego upolitycznienia polskiego wymiaru sprawiedliwości. Od miesięcy trwają w tej sprawie protesty środowisk prawniczych i sędziowskich, na które rząd nie zwraca jednak specjalnej uwagi.

4. Konstanty Radziwiłł

Likwidacja rozporządzenia dotyczącego standardów opieki okołoporodowej, konflikt płacowy z pracownikami zawodów medyczny i skandal z nowym wykazem cen leków dla pacjentów po przeszczepach sprawiły, że aż 52,8 proc. wyborców krytycznie ocenia pracę ministra zdrowia. Konstanty Radziwiłł zyskał tym samym 4,2 proc. przeciwników względem poprzedniego badania.

Gwoździem do jego trumny może okazać się niedawne przeforsowanie przez rząd zakazu sprzedaży tzw. pigułek „dzień po” bez recepty. Jak pokazują sondaże, Polacy są temu zdecydowanie przeciwni. Organizacje feministyczne, na czele z „Czarnym protestem”, już zapowiedziały, że sprawy tak nie zostawią. Sytuacji Radziwiłła nie poprawia to, że zaledwie 17,6 proc. respondentów wypowiada się o jego dokonaniach dobrze. Co prawda to wzrost o 2,2 proc., ale i tak mówimy o drugim najniższym wyniku w całym rządzie.

3. Mariusz Błaszczak

Najlepszego czasu nie ma też Mariusz Błaszczak. Szef MSWiA ewidentnie płaci cenę za aferę ze śmiercią Igora Stachowiaka i olbrzymią krytyką, jaka z tego powodu spadła na polską policję i pośrednio także na resort spraw wewnętrznych. 53,3 proc. pytanych jest zdania, że jeden z najbliższych ludzi prezesa PiS źle wywiązuje się ze swoich obowiązków (wzrost o 4,3 proc.). Jego pracy broni co czwarty respondent (26,6 proc., wzrost o 4 proc.).

1. Antoni Macierewicz, Jan Szyszko

Na samym szczycie tego zestawienia znajdują się Antoni Macierewicz i Jan Szyszko. Obaj są źle oceniani przez aż 59,4 proc. Polaków. Obecność szefa MON w tym miejscu dziwić nie powinna, to etatowy lider takich rankingów. Swoje miejsce utrzymał nawet mimo spadku negatywnych ocen o 7,9 proc. wobec ostatniego badania (to zapewne efekt wycofania go z mediów przez partię po aferze z Bartłomiejem Misiewiczem, która skończyła się powołaniem partyjnej komisji).

Pewnym zaskoczeniem jest natomiast obecność ministra środowiska w tym niechlubnym miejscu. W ciągu pół roku odsetek oceniających jego pracę negatywnie wzrósł aż o 28,4 proc. (bezsprzeczny rekord rządu PiS). Ubyło też ludzi popierających Szyszkę (o 4,4 proc.). Obecnie jest ich jedynie 20,8 proc., mniej nawet od wspomnianego Macierewicza, którego dobrze postrzega 24 proc. badanych (wzrost o 8,4 proc.). Jak widać, walka z ekologami i wycinka będącej symbolem narodowym Puszczy Białowieskiej nie popłaca.

Źródło: „Rzeczpospolita”

Grillowe cuda, czyli jak Biedronka i Lidl zmniejszają cenę keczupu i kiełbasy

Piotr Miączyński, 14 czerwca 2017

Grill

Grill (Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta)

Grill pokazuje, o ironio, jak zażarta jest walka między Biedronką a Lidlem o panowanie na rynku spożywczym. W walce bronią są kurczak czy keczup, a taktyką dokładne śledzenie cen konkurencji.

W czwartek sklepy są nieczynne. Dekadę temu Sejm, bojąc się skutków wprowadzenia zakazu handlu w niedzielę, uchwalił zakaz handlu w dni ustawowo wolne od pracy. Dziś jest ich 13 w roku.

Dla sieci handlowych ten długi weekend to w tym roku już druga okazja, aby zarobić pieniądze na grillu. Pierwsza w majówkę nie wyszła zbyt spektakularnie, bo pogoda była kiepska.

Tym razem prognozy są nieco lepsze. A jeśli istnieje jakiś archetyp standardowego spędzania wolnego czasu przez Polaka na początku XXI w., to będzie to pewnie „Klan” lub „Na Wspólnej” w telewizorze i grill w ogródku lub na balkonie. O ile co do telenowel mogą być wątpliwości, to co do grilla – nie.

Zakupy na grilla najprawdopodobniej zrobimy w dyskoncie, czyli w Biedronce lub Lidlu. Dlaczego? Te dyskonty Polacy odwiedzają najczęściej. Średnio 13 razy w miesiącu, dla porównania hipermarkety sześć razy – dane Nielsen. To dyskontom najszybciej rośnie sprzedaż artykułów spożywczych (o 7,6 proc., porównując 2016 r. do 2015 r.).

To one korzystają najbardziej na silnym wzroście pensji minimalnej oraz programie 500 plus. One są najbardziej zyskowne – Jeronimo Martins Polska, właściciel Biedronki, według informacji złożonych do Krajowego Rejestru Sądowego regularnie zarabia ponad 1 mld zł rocznie.

Wreszcie to dyskonty najbardziej skorzystały na dobrej, ubiegłorocznej koniunkturze. W 2016 r. sprzedaż w spożywczym koszyku zakupowym wzrosła o 4 proc. Ale sieci dyskontowe zwiększyły w nim swój udział o 2,3 proc., małe sklepy o 1 proc., supermarkety o 0,5 proc., a hipermarkety o 0,2 proc.

Co kupimy na grilla?

Klasyczne menu na długi weekend – na podstawie sklepowych promocji – ułożył instytut badawczy ABR SESTA. Obejmuje ono w pierwszej kolejności kiełbasę (śląską oraz podwawelską), później jest mięso wieprzowe (czyli karkówka), kaszanka oraz udko z kurczaka bez marynaty.

Najczęstszym dodatkiem do grilla są sosy, ketchupy, musztardy i pieczywo. To wszystko Polacy popijają piwem (Tyskie), napojami bezalkoholowymi (coca-cola i sok pomarańczowy). A do tego oczywiście kupują akcesoria takie jak węgiel, podpałka oraz tacki na grilla.

Grill pokazuje, o ironio, jak zażarta, jest walka między Biedronką a Lidlem. W zeszłym roku w podobnym badaniu przeprowadzonym przed długim weekendem (konkretnie majówką) koszyk zakupowy na grilla (12 produktów) w Biedronce kosztował 75,04 zł, a w Lidlu 84,65 zł. Różnica wtedy wynosiła blisko 10 zł. W tym roku, mimo że produktów było więcej (o sześć pozycji), to różnica zmalała do blisko 3 zł. W obu przypadkach grilla można zrobić za niecałą stówkę. W Biedronce będzie to koszt 94,40 zł, w Lidlu zaś zapłacimy 97,25 zł.

Gdzie najtańsze zakupy na grilla?

Gdzie najtańsze zakupy na grilla? ABR SESTA

Aż sześć produktów w obu sieciach miało identyczną cenę: karkówka, pomidory, chleb, piwo, węgiel oraz coca-cola.

Skąd ten trend?

– Mało kto zastanawia się nad ceną drożdży czy np. gumy do żucia, natomiast cenę swojego ulubionego piwa dobrze znamy – zatem wiemy, kiedy jest wyjątkowa okazja do zakupu, a kiedy cena jest regularna. Sieci handlowe dobrze wiedzą, które produkty budują wizerunek cenowy sklepu (klienci je znają i na ich podstawie porównują atrakcyjność cenową konkretnego sklepu), a które produkty mogą służyć do realizacji większej marży (gdyż klienci kupują je rzadko) – mówi Sebastian Starzyński, prezes zarządu instytutu badawczego ABR SESTA.

Kiełbasa grillowa czy szybkokurcząca?

Największe różnice między sklepami (od 23 do 30 proc. w koszyku ABR SESTA) były w cenach kiełbasy oraz kaszanki. Dlaczego?

– Karkówka jest stosunkowo często promowanym produktem przez cały rok, natomiast kiełbasy na grilla to produkty sezonowe – tłumaczy Starzyński.

A im częściej kupujemy dany produkt, tym klienci lepiej pamiętają jego ceny.

Tam, gdzie produkt jest bardziej przetworzony, niską cenę można osiągnąć dzięki składowi. I tak np. keczup Tomatini ma 39 proc. koncentratu pomidorowego, a Mikado z Lidla 72 proc. Różnica w cenie też jest spora. Ten pierwszy kosztuje 2,12 zł, ten drugi 3,32 zł.

Warto zwracać uwagę w takim przypadku na etykiety. W szczególności jeśli kupuje się najtańszą kiełbasę grillową.

W wielu sklepach powinna się ona nazywać „szybkokurcząca” ze względu na szybko odparowującą wodę. Normy na wędliny przestały być obowiązkowe w 2004 r., kiedy przystąpiliśmy do Unii Europejskiej (z wyjątkiem produktów regionalnych). Przed wejściem Polski do Unii do 100 kg mięsa z przyprawami można było dodać nie więcej niż 15 l wody. Teraz producenci dolewają 50 albo nawet 100 l. Producenci takie wyroby określają jako „ekonomiczne”.

Poza tym w kiełbasach coraz częściej zamiast wieprzowiny ląduje tańszy drób. W promocji w Biedronce można np. kupić kiełbasę śląską (!) z kurczaka (oryginalna jest wieprzowa). Cena 6,39 zł za półkilogramowe opakowanie.

Siatka Mariusza Kamińskiego. Kto stoi za aferą podsłuchową?

Wojciech Czuchnowski, 14 czerwca 2017

Mariusz Kamiński

Mariusz Kamiński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI / AG)

Nasi informatorzy: Afera podsłuchowa i nieznane dotąd nagrania to „kombinacja operacyjna” agentów CBA z Wrocławia związanych z Mariuszem Kamińskim, dziś koordynatorem służb specjalnych.

– Wypuszczenie tych nagrań to zaplanowany ruch. W ten sposób ich dysponenci chcą pokazać, że mają haki na opozycję i nie powiedzieli ostatniego słowa. Nieprzypadkowo w tych podsłuchach pojawia się np. nazwisko Ryszarda Petru – mówi były oficer służb specjalnych badający w latach 2014-15 tzw. aferę podsłuchową, która pomogła PiS wygrać wybory. Jest pewien, że taśm jest „znacznie więcej”. – Prawdziwi sprawcy afery podsłuchowej czują się dzisiaj bezkarni. Śledztwo zaledwie się o nich otarło. Służbami kierują ich koledzy, a rządzi partia, która najbardziej skorzystała na aferze – tłumaczy informator „Wyborczej”.

Jak się zaczęła afera podsłuchowa

Wybuchła w czerwcu 2014 r. – niemal dokładnie trzy lata temu. Tygodnik „Wprost” opublikował wtedy pierwsze nielegalne nagrania rozmów szefa MSW Bartłomieja Sienkiewicza i ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.

Gdy nagrania weszły do publicznego obiegu, kolejne „taśmy” ujawniły już media związane z PiS – TV Republika i tygodnik „Do Rzeczy”. Kompromitujące lub ośmieszające rząd podsłuchy wstrząsały opinią publiczną do wyborów w 2015 r.

CZYTAJ TAKŻE: Jak Platforma Obywatelska przegrała z podsłuchami – analiza

Śledztwo prowadzone przez połączone siły Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Śledczego skupiło się na Marku Falencie, biznesmenie z branży węglowej, który miał zlecić kelnerom warszawskich restauracji Sowa & Przyjaciele i Amber Room zakładanie podsłuchów obsługiwanym gościom z kręgu polityki i wielkiego biznesu. Miała to być zemsta za nękanie przez służby i fiskusa firm Falenty.

Akt oskarżenia objął biznesmena, jego szwagra i dwóch kelnerów. W grudniu 2016 r. zapadł wyrok. W pierwszej instancji Falenta został nieprawomocnie skazany na 2,5 roku więzienia, pozostali – na wyroki w zawieszeniu. Kelnerów sąd potraktował łagodniej, bo współpracowali w śledztwie i obciążyli Falentę.

Jak potrząsnąć naszą klasą polityczną – w „Temacie dnia” wyjaśnia „polityczny symetrysta” prof. Ryszard Bugaj

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21934777,video.html

Nowe nagrania z afery podsłuchowej nie pochodzą ze śledztwa

Nieznane dotąd nagrania z 2014 r. z warszawskiej restauracji Sowa & Przyjaciele od ponad tygodnia emituje TVP Info. Są szeroko komentowane w publicznym radiu i w mediach związanych z obecną władzą.

CZYTAJ TAKŻE: Kolejne nagranie z Sowy i Przyjaciół. Czemu PiS w tej sprawie jest bierne?

Ich głównymi bohaterami są ks. Kazimierz Sowa (były szef religijnego kanału TVN, zaprzyjaźniony z politykami PO) i biznesmen Jerzy Mazgaj. Rozmawiają m.in. z Pawłem Grasiem, byłym szefem kancelarii Donalda Tuska, Włodzimierzem Karpińskim, ówczesnym ministrem skarbu, i gen. Marianem Janickim, byłym szefem BOR.

Źródłem nagrań nie są akta śledztwa i procesu w sprawie afery podsłuchowej. Nie ma ich na płytach, które w 2015 r. znaleźli agenci CBA prowadzący tajną operację dotyczącą innej sprawy. Nie odnotował ich też w swoich zapiskach Łukasz N. – kelner, który miał na zlecenie biznesmena Marka Falenty zakładać podsłuchy w warszawskich restauracjach podczas imprez z udziałem polityków PO.

– Potwierdza się to, co podejrzewaliśmy – ogon machał psem. Falenta był tylko pośrednim ogniwem. To nie on zainspirował Łukasza N., to kelner podsunął mu pomysł w taki sposób, by Falenta myślał, że wszystkim kieruje – tłumaczy jeden z naszych rozmówców. – Kelnerzy przekazywali Falencie tylko część podsłuchów. Komplet dostali ci, którzy mają je do dzisiaj i przekazują zaufanym mediom.

Afera podsłuchowa „kombinacją operacyjną” CBA?

Zdaniem informatorów „Wyborczej” afera podsłuchowa była „kombinacją operacyjną” agentów CBA z Wrocławia związanych politycznie i towarzysko z Mariuszem Kamińskim, założycielem tej służby w 2006 r., a dzisiaj koordynatorem służb specjalnych.

ZOBACZ TAKŻE: Mapa powiązań w aferze podsłuchowej: kto z kim się spotkał, gdzie i ile razy

Z wrocławskimi agentami CBA współpracował Falenta, co wyszło na jaw w trakcie śledztwa i procesu. Biznesmen przekazywał im informacje z podsłuchów, a agenci dawali do zrozumienia, że nie interesuje ich to, jak je zdobył. – Znali źródło, bo Łukasz N. od dawna był współpracownikiem służb. Pracował już dla CBŚ, zanim powstała restauracja Sowa & Przyjaciele – mówi jeden z oficerów służb.

Według tajnych akt śledztwa podsłuchowego Łukasz N. zaczął współpracę z CBŚ w 2010 r. jako kelner w restauracji LemonGrass. Wiedziało o nim CBA. Początkowo nagrywał osoby ze świata przestępczego. Polityków zaczął rejestrować jesienią 2011 r. po kolejnych wyborach wygranych przez PO, gdy w LemonGrass odbyła się impreza zwycięzców.

Wrocławski łącznik Mariusza Kamińskiego

Łącznikiem pomiędzy Wrocławiem a Kamińskim miał być związany z PiS prawnik Martin Bożek. W latach 2006-09 był on podsekretarzem stanu w kancelarii premiera, członkiem komisji weryfikacyjnej ds. WSI Antoniego Macierewicza oraz szefem Zarządu Operacji Regionalnych CBA. Stąd znał agentów z Wrocławia.

Po odejściu Kamińskiego z CBA w 2009 r. Bożek został jego asystentem poselskim. Kandydował też do Sejmu z listy PiS. Nazwisko Bożka wypłynęło w śledztwie podsłuchowym, bo zostawił ślad w mailu. W kwietniu 2014 r. zachęcał swego przyjaciela Leszka Pietraszka, szefa ABW w Katowicach, do kontaktu z Falentą. Pisał, że biznesmen „chce się otworzyć” i że to „poukładany gość”. Przesłuchiwany w tej sprawie w lipcu 2014 r. zaprzeczał, że zna Falentę. Powtórzył to w sądzie 14 października 2016 r.

CZYTAJ TAKŻE: Marek Falenta i działacz PiS spotykali się przed ujawnieniem nagrań polityków

Bożek zeznawał, że „nie miał wiedzy”, iż Falenta „podsłuchuje najważniejsze osoby w państwie”. Powiedział też, że nie pamięta, skąd przed wybuchem afery wiedział o podsłuchach. Jego zdaniem „mówiło się o tym na mieście”.

Zaprzeczył też, by o podsłuchach informował Kamińskiego. Prokuratura odrzuciła wniosek Romana Giertycha, pełnomocnika podsłuchiwanych ministrów, by zbadać billingi telefoniczne Kamińskiego i jego współpracowników.

PiS zrobił czystkę w służbach

Po wygranych przez PiS wyborach Kamiński i jego ludzie przejęli kontrolę nad służbami specjalnymi. Dzisiaj kierują nimi bez wyjątku osoby związane z rządzącą partią. Kamiński został koordynatorem służb specjalnych i tak jak jego zastępca Maciej Wąsik jest posłem PiS. Zaraz po wyborach 2015 r. pod pretekstem ujawnienia tajemnicy służbowej pozbyli się szefa CBA Pawła Wojtunika. Na czele Biura stanął przyjaciel Kamińskiego – Ernest Bejda. Ze służby musieli odejść agenci, którzy tropili sprawców wycieku informacji o podsłuchach. Wrócili za to funkcjonariusze podejrzewani przez Wojtunika o udział w rozpętaniu afery.

CZYTAJ TAKŻE: Układ Mariusza Kamińskiego. Awanse i zwolnienia po aferze podsłuchowej

Sam Bożek trzyma się dziś w cieniu. Jest radnym PiS w Kozienicach i jednym z głównych prawników państwowego dystrybutora prądu ENEA.

Kolejna śmierć na polskim komisariacie! Nie żyje obywatel Austrii

13.06.2017

Kolejna śmierć na polskim komisariacie! Jak ustalił Fakt24, 27 maja na jednym z częstochowskich komisariatów zmarł obywatel Austrii – Herbert Moravec. Z naszych informacji wynika, że mężczyzna przybył do Polski z żoną Marią Heiderer na pogrzeb jej ojca. Kiedy małżeństwo wracało do hotelu przechodzili obok miejsca, w którym odbywał się koncert. Z relacji austriackich mediów wynika, że to właśnie tam miało dojść do zatrzymania pary przez ochronę, a następnie przekazania ich policji. Jak twierdzą austriackie media, gdy mężczyzna konał na komisariacie funkcjonariusze kpili z niego! Mężczyzna zmarł na komisariacie, a sprawa trafiła do polskiej prokuratury.

– Jest prowadzone postępowanie dotyczące śmierci obywatela Austrii. Miało to miejsce na komisariacie 27 maja – potwierdził w rozmowie z Fakt24 przedstawiciel częstochowskiej prokuratury. Sprawa ta jest wielkim dramatem Marii Haiderer, która przybyła do Polski na pogrzeb ojca, a teraz przyjdzie jej pochować męża.

Kiedy małżonkowie wracali z uroczystości pogrzebowych, mieli przechodzić obok terenu, na którym odbywał się koncert (najprawdopodobniej chodzi o imprezę, na której grali m.in. Leszek Możdżer i Artur Rojek). W pewnym momencie para została zaczepiona przez ochroniarza. Z relacji kobiety wynika, że zatrzymujący ich mężczyzna był agresywny i chciał przeszukać jej torebkę. Herbert Moravec – z zawodu radca prawny – który nie znał języka polskiego, widząc agresywną mowę ciała ochroniarza, stanął w obronie żony. Po chwili, leżał już na ziemi, przygnieciony przez kilku pracowników ochrony.

Na miejscu pojawiła się policja, która oznajmiła, że zatrzymuje małżonków na 48 godzin. Już w drodze na komisariat, kobieta miała oznajmić policjantom, że jej mąż jest po zawale. Funkcjonariusze mieli jednak zbagatelizować tę informację. Co więcej, jak wynika z relacji przytaczanej przez kurier.at, kiedy siny mężczyzna walczył o życie, mieli wykpiwać prośby o pomoc. Ze słów Marii Haiderer wynika, że policjanci zdążyli zbadać ją na obecność alkoholu w organizmie (miała mieć 0,2 mg, czyli ok 0,4 promila), a także poinformować małżonków, że jeżeli mąż symuluje, to para będzie musiała ponieść koszty akcji ratowniczej. Kiedy w końcu na miejsce dotarł lekarz, mężczyzna już nie żył. Fakt24 potwierdził, iż faktycznie prowadzone jest śledztwo w tej sprawie. Będziemy na bieżąco monitorowali postępy w śledztwie.

WTOREK, 13 CZERWCA 2017

Łuczak-Surówka: Jestem pani Kopacz ogromnie wdzięczna

21:08

Łuczak-Surówka: Jestem pani Kopacz ogromnie wdzięczna

Pamiętam minister Kopacz, która była z nami i jak mieliśmy wtedy w hotelu spotkanie organizacyjne, to wyjaśniała nam co i jak. Pamiętam na pewno ją. Powiem uczciwie, że pani Kopacz jestem ogromnie wdzięczna, być może mnie pamięta, ponieważ jej dziękowałam, nawet dwukrotnie. Dla mnie to był wtedy bardzo trudny moment i to, że ktoś był wtedy w stanie mi okazać serce, empatię, zrozumienie i powiem szczerze, że na tych zebraniach niektóre osoby z rodzin zachowywały się skandalicznie. Uważam, że tego rodzaju zachowań nie powinno być szczególnie wiedząc, że my wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji, a ona znosiła to z taką godnością – mówiła Krystyna Łuczak-Surówka w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24.

20:56

Łuczak-Surówka: Trudno mi powiedzieć do czego prowadzą te miesięcznice smoleńskie

Na dzień dzisiejszy nie mam [zaufania do Antoniego Macierewicza]. Kiedyś miałam wątpliwą przyjemność być zaproszona na komisję, wówczas chyba posła Macierewicza. Poszłam tam, bo było tyle telefonów ostatniego dnia i pomyślałam sobie, że to będzie kolejny raz tak, kiedy nazwisko mojego męża będzie używane i moje. Pamiętam, kiedy pani Merta – nigdy jej tego nie zapomnę – wyrwała mi mikrofon i powiedziała w trybie orzekającym, że mąż dzwonił do mnie i co mi powiedział. Potem mi wyjaśniała różnicę w języku polskim pomiędzy trybem orzekającym a przypuszczającym oraz fakt, że tutaj jestem i nic takiego miejsca nie miało, a jak się opowiada pewną historię i ona jest pewnym przypuszczeniem, to używa się trybu przypuszczającego – mówiła Krystyna Łuczak-Surówka w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24, dodając, że na komisję przyszła z kopią billingów.

Imputowanie mi takich rzeczy [ze mój mąż przeżył] uważam za nieludzkie – stwierdziła. Jak mówiła dalej:

„Trudno mi powiedzieć do czego prowadzą te miesięcznice [smoleńskie]. Na logikę. powiedziałabym, że jeżeli się od iluś lat, co miesiąc powtarza ten sam komunikat, ale nic z tego nie wynika, tzn. nie mamy jakiegoś przełomu, dochodzimy do prawdy, tylko gdzie ta prawda, to niech mi pani powie racjonalnie, po jakim czasie ten komunikat ma jakąkolwiek siłę oddziaływania? On jest po prostu niczym”

20:38

Łuczak-Surówka: Byłam i jestem przeciwna ekshumacjom

Byłam i jestem [przeciwna ekshumacjom]. Na moją wiedzę nie wydaje mi się, żeby były kiedykolwiek w historii zbiorowe ekshumacje dot. kogokolwiek, które byłyby pod przymusem, które by oznaczały, że rodziny, osoby najbliższe, które mają prawo do decyzji, były narażone na to, że to prawo jest im odebrane. Wydaje mi się jednak, że żyję w demokratycznym państwie prawa i moje prawa powinny być respektowane. Nie życzę sobie i mało tego, jestem pewna, że mąż również by sobie nie życzył. Jakiś taki spokój nam wszystkim się należy– mówiła Krystyna Łuczak-Surówka w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24.

20:30

Wniosek posłów PiS dot. wyboru I prezesa SN spadł z wokandy TK

22 czerwca o 10:00 Trybunał Konstytucyjny miał zająć się wnioskiem grupy posłów PiS o zbadanie zgodności z Konstytucją ustawy o Sądzie Najwyższym w zakresie dot. regulaminu w sprawie wyboru kandydatów na I prezesa SN – w praktyce chodzi o legalność wyboru. Wniosek spadł jednak z wokandy, a nowy termin rozprawy nie jest znany.

16:33

Szymański: Jeżeli będzie taka konieczność, Polska jest przygotowana, aby bronić swoich racji prawnych przed trybunałem

Polska jest gotowa do tego, by bronić swoich racji – nie tylko politycznych, ale również prawnych – przed trybunałem. Jeżeli KE będzie nalegała, będzie zmierzała do tego, aby ta sprawa miała być wyjaśniona przed Trybunałem Sprawiedliwości, jesteśmy gotowi do tego, by zaprezentować swoje stanowisko również prawne – mówił Konrad Szymański na briefingu. Jak dodał:

„Z politycznego punktu widzenia jest to działanie o tyle niepotrzebne, że może utrudniać znalezienie całościowego kompromisu w zakresie migracji, niepotrzebnie odgrzewa napięcia polityczne, których w UE mamy i tak za dużo i wydaje się, że dzisiaj nie pomaga to w tym, co jest faktycznym, efektywnym sposobem radzenia sobie z kryzysem migracyjnym”

Jak mówił dalej:

„Powody niezadowolenia komisji są całkowicie nieuzasadnione. Forsowana przez komisję decyzja z września 2015 roku nie przyniosła spodziewanych efektów, jest wykonywana w bardzo niewielkim stopniu, w około 20% przez wszystkie państwa członkowskie. W istocie nie pomogła ona nikomu, nie rozwiązała z całą pewnością problemu migracyjnego. Rozwiązanie leży zupełnie gdzie indziej – we wszystkich instrumentach zewnętrznej polityki migracyjnej. W tym sensie rozumiemy pewien rodzaj zawodu czy niezadowolenia, natomiast jest bardzo niedobrze, jeżeli ktoś tkwi przy swoich błędach i próbuje tych błędów bronić”

Jeżeli będzie taka konieczność, Polska jest przygotowana do tego, aby bronić swoich racji prawnych przed trybunałem – dodał Szymański.

16:20

Bochenek: Zapoznamy się z dokumentami, które zostaną nam przekazane. Odniesiemy się do nich

Od samego początku rząd PiS mówił, że relokacja nie jest dobrym sposobem na rozwiązanie kryzysu migracyjnego. To pokazały ostatnie miesiąca, lata. Te propozycja radzenia sobie z kryzysem migracyjnym nie przyniosły żadnego efektu, a wręcz przeciwnie – każda kolejna decyzja o relokowaniu kolejnych grup migrantów zachęca kolejne tysiące czy nawet miliony, które stoją u granic Europy do tego, by do Europy przypływać, by wsiadać na łódki, pontony i ryzykować swoje życie i pojawiać się na kontynencie europejskim. Ten problem trzeba rozwiązać poza granicami UE, trzeba uszczelnić granice, przeznaczać odpowiednie środki finansowe na pomoc humanitarną – mówił Rafał Bochenek w rozmowie z dziennikarzami.

Oczywiście zapoznamy się z dokumentami, które zostaną nam przekazane i na pewno będziemy chcieli odnieść się do wszystkich argumentów. Przedstawimy również swoje racje. Mamy nadzieję, że spotkamy się ze zrozumieniem – dodał rzecznik rzadu, podkreślając, że stanowisko polskiego rządu jest również stanowiskiem wręcz całej Grupy Wyszehradzkiej.

Bochenek stwierdził też, że „szanujemy decyzję KE, ale nie zgadzamy się z nią”.

 300polityka.pl

Separacja, a po niej rozwód z Unią Europejską?

Separacja, a po niej rozwód z Unią Europejską?

Polska rządzona przez PiS zostaje poddana kolejnej procedurze dyscyplinującej. Staczamy się po równi pochyłej. PiS znamionuje antywartości, aksjologia partii Kaczyńskiego to nieprawość i niesprawiedliwość, a także antychrześcijańskość. Tę pisowską antytetyczność poznaliśmy nadto przez niemal dwa lata ich władzy.

Do procedury, aby Polska przestrzegała reguły praworządności, dochodzi związana z naruszeniem prawa unijnego dotycząca odmowy udziału w programie relokacji uchodźców. Tak postanowiła Komisja Europejska, w której nie było dyskusji na ten temat. Szef KE Jean-Claude Juncker zakomunikował o wszczęciu procedury łamania prawa unijnego przez Polskę, Czechy i Węgry. Teraz trzy rządy dostaną listy o postanowieniu KE, dwa miesiące na wypełnienie zobowiązań, a jeżeli nie dojdzie do porozumienia, sprawa trafi na wokandę Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Jaką decyzję podejmie rząd PiS? Raczej nie należy spodziewać solidarności unijnej, wszak trwa proces obrzydzania uchodźców poprzez straszenie Polaków terroryzmem, nazywanie uchodźców przed wojną, najczęściej kobiety i dzieci, terrorystami. PiS wyznaje w tej kwestii wartości pogańskie Hunów i Wandalów, którzy nie brali jeńców – zabijali. Przecież zabiciem jest pozostawienie bezbronnych na pastwę wojny.

Można spodziewać się sankcji finansowych w stosunku do Polski, a także dalszej separacji i niebranie pod uwagę naszych aspiracji, w tym bezpieczeństwa Polski w sytuacji, gdy będzie kształtowana polityka obronności UE.

Były ambasador w USA Ryszard Schnepf dla portalu gazeta.pl mówi, że „to jest póki co jeszcze łagodny początek separacji. Separacji trochę takiej jak w małżeństwie. My chcielibyśmy – polskie władze – żeby Unia Europejska miała jedynie minimalny wpływ na naszą politykę, zwłaszcza wewnętrzną. A z drugiej strony oczekiwalibyśmy, żeby alimenty z Brukseli były wypłacane – żeby środki dalej płynęły” – konkluduje Schnepf, acz nie dopowiadając do końca.

Po separacji następuje albo rozwód, albo jedna ze stron godzi się na warunki współżycia. Niestety, to my jesteśmy zależni od Unii, a nie ona od nas. Zresztą wartości pisowskie, jak niszczenie standardów demokratycznych i solidarności, są zupełnie inne niż cywilizowane, zachodnie. Czy pogodzimy się z kaczystowskim „Bye, bye, Europo”?

Waldemar Mystkowski

Zamach non est. Podkomisja badająca katastrofę smoleńską zmienia hipotezę?

Agnieszka Kublik, 13 czerwca 2017

Dr. Kazimierz Nowaczyk. Podkomisja Smoleńska - konferencja w MON

Dr. Kazimierz Nowaczyk. Podkomisja Smoleńska – konferencja w MON (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Czy smoleńska podkomisja w MON porzuca hipotezę zamachową? Już nie wybuch, lecz awaria silnika ma być przyczyną katastrofy smoleńskiej sprzed 7 lat?

O tak sensacyjnym zwrocie akcji może świadczyć komunikat podkomisji z 9 czerwca. P.o. szefa podkomisji Kazimierz Nowaczyk (po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych jej poprzedniego przewodniczącego Wacława Berczyńskiego podkomisja nie ma nowego szefa) informuje, że zwrócił się do prof. dr. hab. Tadeusza Szczurka, rektora-komendanta Wojskowej Akademii Technicznej, o zorganizowanie seminarium „w celu przedyskutowania wyników badań, które były przedstawione opinii publicznej w dniu 10 kwietnia 2017 r. przez podkomisję”.

Podkomisji badającej katastrofę smoleńską zarzucono manipulację

To reakcja podkomisji na publiczne zarzuty, że zmanipulowała wyniki analiz naukowców z WAT. Faktycznie, podkomisja – powołując się na wyniki eksperymentów przeprowadzonych na Akademii – twierdzi, że samolot po utracie części skrzydła (po zderzeniu z brzozą stracił jedną trzecią) nie mógł się obrócić i był w stanie lecieć dalej.  Tymczasem eksperci z WAT doszli do wniosku przeciwnego: że samolot po utracie części skrzydła nie mógł się nie obrócić i nie był w stanie dalej lecieć.

CZYTAJ TAKŻE: „Podkomisja smoleńska zmanipulowała analizy WAT”. PO składa zawiadomienie do prokuratury

Nowaczyk zapowiada, że „w seminarium wezmą udział członkowie podkomisji i naukowcy WAT”. Zaprasza także „tych naukowców – specjalistów w dziedzinie aerodynamiki, którzy brali ostatnio udział w publicznej dyskusji na temat wyników badań podkomisji”. Nie wiadomo jednak, co znaczy „ostatnio”. Czy chodzi o zamknięte i utajnione seminarium na WAT z 24 maja? Potem Nowaczyk precyzuje, że „przedmiotem dyskusji będą w szczególności kwestie związane z ustaleniami podkomisji dotyczącymi zachowania samolotu Tu-154 w ostatnich sekundach lotu, gdy doszło, jeszcze przed zderzeniem z ziemią, do awarii lewego silnika, obu wysokościomierzy oraz generatora prądu, a ostatecznie, jeszcze nad ziemią, do całkowitej utraty zasilania”.

Katastrofa smoleńska jednak nie była efektem zamachu?

I to ten ostatni fragment jest najistotniejszy i najciekawszy. Wynika z niego bowiem, że wedle podkomisji tuż przed katastrofą samolot miał i cały silnik, i cały generator prądu, i działające zasilanie. Miały ulegać awarii dopiero „w ostatnich sekundach lotu”. A jeżeli tak, to znaczy, że nie zostały zniszczone w wyniku eksplozji, do której wedle podkomisji miało dojść ma wysokości ok. 30 m nad ziemią. Przypominam, że podkomisja 10 kwietnia 2017 r. ogłosiła, że „ostatnia faza tragedii spowodowana była eksplozją, do której doszło w kadłubie i która zniszczyła samolot, rozbijając go na fragmenty i dziesiątki tysięcy odłamków, równocześnie zabijając pasażerów”. I że „w wyniku eksplozji w kadłubie, centropłacie oraz w skrzydłach konstrukcja Tu-154M została rozerwana”. Zatem wedle wersji podkomisji z 10 kwietnia najpierw załoga była specjalnie źle naprowadzana przez rosyjskich kontrolerów, potem musiał zepsuć się silnik, potem była eksplozja. Ale w komunikacie Nowaczyka z 9 czerwca jest mowa o tym, że silnik uległ awarii przed zderzeniem z ziemią. P.o. szefa podkomisji nie wspomina, że między awarią a upadkiem wybuchła bomba. Co ciekawe, uwagi Nowaczyka o „awarii lewego silnika” są zgodne z ustaleniami rządowej komisji Jerzego Millera. W jej raporcie jest faktycznie mowa o chwilowym wzroście wibracji silnika (nie przekroczył wartości alarmowej). Był on spowodowany dostaniem się do silnika gałęzi, kiedy samolot zaczął zderzać się z przeszkodami (przed zderzeniem z brzozą ciął wierzchołki drzew).

Skąd informacja o awarii silnika tupolewa

Maciej Lasek, członek komisji Millera i b. szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych: – Po zderzeniu z brzozą, kiedy wskutek utraty fragmentu skrzydła samolot zaczął się obracać i zaczepiać o kolejne przeszkody, pół sekundy przed zderzeniem z ziemią rejestrator zapisał ponownie nagły wzrost wibracji silnika nr 1, na lewym skrzydle, co wywołało sygnał o jego niesprawności. Było to również związane ze zderzeniem samolotu z przeszkodami – w wyniku obrotu samolotu silnik nr 1 był w tym momencie położony najniżej z trzech silników. Sygnalizacja alarmowa dla pozostałych dwóch silników nie wystąpiła.

Lasek wyjaśnia dalej, że ważne jest, aby uzmysłowić sobie, kiedy doszło do tego ostatniego alarmu – pół sekundy przed zderzeniem z ziemią, czyli około 37 m przed pierwszymi śladami zderzenia kadłuba i lewego skrzydła z ziemią i około 4 sekund po zderzeniu z brzozą.

– Do chwili zderzenia z brzozą silniki oraz wszystkie inne urządzenia samolotu, których parametry były zapisywane, pracowały prawidłowo, a z zachowanego nagrania rejestratora głosu wiadomo, że do momentu zderzenia z brzozą nie ma żadnego potwierdzenia wystąpienia jakiejkolwiek usterki, choć nawigator do końca odczytywał malejącą dramatycznie wysokość – mówi „Wyborczej” Lasek.

CZYTAJ TAKŻE: Puste obietnice smoleńskie PiS. Teraz to Rosjanie mają pomóc wyjaśnić ruski zamach?

Po utracie fragmentu skrzydła faktycznie trudno mówić natomiast o sprawnym samolocie: nie ma jednej trzeciej części skrzydła, powierzchni sterowych, rozszczelnione są trzy instalacje hydrauliczne w lewym skrzydle, a do silników wpadają fragmenty gałęzi. – Ale do momentu przerwania zasilania i zatrzymania zapisów rejestratorów, czyli zderzenia samolotu z ziemią, nie ma sygnałów świadczących o eksplozji na pokładzie samolotu, a komputer pokładowy FMS zapisał współrzędne zderzenia samolotu z ziemią, co jednoznacznie wskazuje, że wbrew twierdzeniom podkomisji zasilanie samolotu było do momentu zderzenia z ziemią – komentuje Lasek. – Jeśli zatem podkomisja wierzy w zapisy czarnych skrzynek o wibracjach w lewym silniku, to dlaczego podważa inne wnioski?

Błaszczak zwrócił list „od córki leśniczego” wręczony przez Szyszkę. Jest komunikat resortu

mk, 13.06.2017
Operator Polsat News zarejestrował rozmowę szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka i ministra środowiska Jana Szyszki. Szyszko wręczył Błaszczakowi kopertę z listem. MSWiA poinformowało, że korespondencja została zwrócona.

Przed dzisiejszym posiedzeniem rządu do ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Błaszczaka podszedł minister środowiska Jan Szyszko, trzymający kopertę. Sytuację zarejestrowała telewizja Polsat News.

– To jest taka córka leśniczego… – zaczął Szyszko.

Minister Błaszczak odwrócił się w kierunku kamery.  – A to jest kamera Polsatu – zauważył szef MSWiA. – Proszę pana, ona prosiła, żebym panu to przekazał. Niech pan to przeczyta, dobrze? – poprosił minister środowiska. Mariusz Błaszczak wziął kopertę i obiecał, że zapozna się z jej treścią.

Sprawa wywołała ogromne zainteresowanie mediów, które zwróciły się zarówno do ministerstwa środowiska, jak i ministerstwa spraw wewnętrznych i administracji, z wnioskiem o udostępnienie treści listu.

Jak poinformowało popołudniu MSWiA, Mariusz Błaszczak zwrócił korespondencję od ministra Jana Szyszki.

Min. @mblaszczak zwrócił korespondencję otrzymaną dziś od ministra Jana Szyszki

„Minister Mariusz Błaszczak poinformował ministra środowiska, że nie zwykł zapoznawać się z korespondencją przekazywaną z pominięciem drogi służbowej. Jeżeli sprawa, którą przekazywał dziś minister środowiska, leży w kompetencjach szefa MSWiA, wówczas minister Mariusz Błaszczak chętnie się z nią zapozna, kiedy zostanie mu ona przekazana formalną drogą służbową” – czytamy w oświadczeniu MSWiA.

Separacja, a po niej rozwód z Unią Europejską?

Polska rzadzona przez PiS zostaje poddana kolejnej procedurze dyscyplinującej. Staczamy się po równi pochyłej. PiS znamionuje antywartości, aksjologia partii Kaczyńskiego to nieprawość i niesprawiedliwość, a także antychrześcijańskość. Tę pisowską antytetyczność poznaliśmy nadto przez niemal dwa lata ich władzy.

Do procedury, aby Polska przestrzegała reguły praworządności, dochodzi związana z naruszeniem prawa unijnego dotycząca odmowy udziału w programie relokacji uchodźców.

Tak postanowiła Komisja Europejska, w której nie było dyskusji na ten temat. Szef KE Jean-Claude Juncker zakomunikował o wszczęciu procedury łamania prawa unijnego przez Polskę, Czechy i Węgry.

Teraz trzy rządy dostaną listy o postanowieniu KE, dwa miesiące na wypełnienie zobowiązań, a jeżeli nie dojdzie do porozumienia, sprawa trafi na wokandę Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Jaką decyzję podejmie rząd PiS? Raczej nie należy spodziewać solidarności unijnej, wszak trwa obrzydzenia uchodźców poprzez straszenie Polaków terroryzmem, nazywanie uchodźców przed wojną, najczęściej kobiety i dzieci, terrorystami.

PiS wyznaje w tej kwestii wartości pogańskie Hunów i Wandalów, którzy nie brali jeńców – zabijali. Przecież zabiciem jest pozostawienie bezbronnych na pastwę wojny.

Można spodziewać się sankcji finansowych w stosunku do Polski, a także dalszej separacji i niebranie pod uwagę naszych aspiracji, w tym bezpieczenstwa Polski w sytuacji, gdy będzie kształtowana polityka obronnosci UE.

Były ambasador w USA Ryszard Schnepf dla portalu gazeta.pl mówi, że „to jest póki co jeszcze łagodny początek separacji”.

„Separacji trochę takiej jak w małżeństwie. My chcielibyśmy – polskie władze – żeby Unia Europejska miała jedynie minimalny wpływ na naszą politykę, zwłaszcza wewnętrzną. A z drugiej strony oczekiwalibyśmy, żeby alimenty z Brukseli były wypłacane – żeby środki dalej płynęły” – konkluduje Schnepf, acz nie dopowiadając do końca.

Po separacji następuje albo rozwód, albo jedna ze stron godzi się na warunki współżycia. Niestety to my jesteśmy zależni od Unii, a nie ona od nas.

Zresztą wartości pisowskie, jak niszczenie standardów demokratycznych i solidarności, są zupełnie inne niż cywilizowane, zachodnie. Czy pogodzimy się z kaczystowskim „bye, bye, Europo”?

Polska na celowniku UE ws. uchodźców. Schnepf: Łagodny początek separacji Polski od Unii

Jacek Gądek, 13.06.2017

Beata Szydło i przedstawiciele polskiego rządu w Brukseli

Beata Szydło i przedstawiciele polskiego rządu w Brukseli (AP Photo/Olivier Matthys)

– Myślę, że to jest póki co jeszcze łagodny początek separacji. Trochę jak w małżeństwie – mówi Gazecie.pl Ryszard Schnepf (były ambasador w USA) o wszczęciu przez Komisję Europejską procedury przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom za odmowę przyjmowania uchodźców.

Komisja Europejska podjęła decyzję o wszczęciu procedury w związku z naruszeniem prawa Unii Europejskiej wobec Polski, Węgier i Czech za odmowę udziału w programie relokacji uchodźców.

Ryszard Schnepf: – Smutno. To jest niepotrzebne.

MSZ też twierdzi, że to niepotrzebne, a w przyszłości utrudni budowanie kompromisu ws. kryzysu imigracyjnego.

Polska jest w stanie sobie poradzić z tym problemem – i technicznie, i z punktu widzenia zapewnienia bezpieczeństwa.

Ultimatum UE dla Polski. Co, jeśli nie przyjmiemy uchodźców? Zapłacimy w euro i w prestiżu >>>

Tym problemem, czyli przyjęciem kilku tysięcy uchodźców, do czego zobowiązał się jeszcze poprzedni rząd?

Oczywiście. Chodzi nie tylko o wymiar humanitarny, ale też o zobowiązania wobec Unii Europejskiej. Stanowimy jakąś, choć niedoskonałą, jedność i oczekujemy od UE zrozumienia w innych sprawach, to musimy współgrać. Musimy współgrać w ramach Unii i stanąć obok tych krajów, które są najbardziej dotknięte zalewem uchodźców.

Ponadto obowiązuje przecież zasada kontynuacji zobowiązań.

Pani premier Beaty Szydło wprost ogłosiła, że okoliczności zmieniły się na tyle, że obecny rząd nie będzie wypełniał tych zobowiązań, które podjęto w poprzedniej kadencji, jeśli chodzi o przejęcie uchodźców.

Wiem, ale mimo wszystko upieram się, że zasada szanowania decyzji poprzedników, jeśli chce się być traktowanym jako poważny partner na arenie międzynarodowej.

Stanowisko polskiego rządu jest takie: bezpieczeństwo absolutnie na pierwszym miejscu, a przyjmowanie uchodźców powoduje zagrożenie, więc Polska nie przyjmie ani jednej takiej osoby w ramach relokacji.

Zgadzam się z pierwszą częścią tego zdania. Tak – bezpieczeństwo bez wątpienia musi być na pierwszym miejscu.

Każdy rząd jest zobligowany do zapewnienia swoim obywatelom bezpieczeństwa. Mam jednocześnie głębokie przekonanie, że zarówno stan organizacyjny państwa polskiego i polskich służb powinien być wystarczający, aby zapobiec wszelkim niepożądanym konsekwencjom. Są metody sprawdzania napływających uchodźców. Nie chciałbym używać słowa „selekcja”, bo to źle brzmi, ale wszystkie kraje stosują ten instrument.

Przypadki aktów terroru i napaści w Europie były inspirowane przez osoby, które mają obywatelstwo danego kraju UE. A poza tym skoro jesteśmy w strefie Schengen, to nasza kontrola nad przepływem uchodźców osób do Polski jest niezwykle ograniczona.

W tym momencie jest się czego obawiać? MSZ mówi, że nic nam nie grozi, a przed Trybunałem Sprawiedliwości polski rząd będzie bronił swoich racji.

Myślę, że to jest póki co jeszcze łagodny początek separacji.

Separacji czego?

Separacji trochę takiej jak w małżeństwie. My chcielibyśmy – polskie władze – żeby Unia Europejska miała jedynie minimalny wpływ na naszą politykę, zwłaszcza wewnętrzną. A z drugiej strony oczekiwalibyśmy, żeby alimenty z Brukseli były wypłacane – żeby środki dalej płynęły. Prawdopodobnie w tym obszarze należy się spodziewać kłopotów, ale także w kształtowaniu nowych polityk UE, na których nam zależy, jak polityka obronności.

Zobacz także: Mija termin ultimatum w sprawie nieprzyjęcia uchodźców. KE rozpocznie procedurę o naruszenie prawa

Ultimatum UE dla Polski. Co, jeśli nie przyjmiemy uchodźców? Zapłacimy w euro i w prestiżu

Michał Gostkiewicz
13.06.2017
Komisja Europejska zdecydowała o wszczęciu procedury dyscyplinującej wobec Polski, Węgier i Czech za odmowę przyjęcia uchodźców. Co nam realnie grozi? Sankcje finansowe i utrata pozycji w UE.

To kolejna sprawa, która może pogorszyć i tak już mocno nadszarpnięte stosunki między Brukselą a Warszawą. Chodzi o niezgodę Warszawy, Pragi i Budapesztu na przyjęcie uchodźców objętych unijnym programem relokacji. Polski rząd wojuje z UE od grudnia 2015 roku. UE usiłuje zmusić Polskę, by przestrzegała reguły praworządności – m.in. w kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Teraz do tego dojdzie kwestia uchodźców.

Imigranci z flagą Unii Europejskiej na stadionie w Rzymie podczas towarzyskiego integracyjnego turnieju piłki nożnej, sponsorowanego przez włoski komitet olimpijski (fot. Gregorio Borgia/AP)Imigranci z flagą Unii Europejskiej na stadionie w Rzymie podczas towarzyskiego integracyjnego turnieju piłki nożnej, sponsorowanego przez włoski komitet olimpijski (fot. Gregorio Borgia/AP)

Jak doszło do tego, że po raz kolejny możemy zostać czarną owcą UE i jakie mogą być tego konsekwencje? Przypomnijmy:

Wrzesień 2015 r. Cała UE, w tym Polska, zgadza się na relokację 160 tys. uchodźców. Polska zobowiązuje się do przyjęcia – w transzach co cztery miesiące – początkowo ponad 9 tysięcy uchodźców, potem ta liczba się zmieniała. Kto ma za nich zapłacić? Prawie w całości Unia.

Maj 2017 r. 28 – tylu uchodźców przyjęły dotąd cztery państwa Grupy Wyszehradzkiej. Zero – tyle przyjęła Polska. I dalej nie chce przyjmować. Komisja Europejska wzywa więc Polskę, Austrię, Węgry i Czechy, „by niezwłocznie, w ciągu najbliższego miesiąca, rozpoczęły odpowiednie działania”. – Nie ma w tej chwili możliwości, aby do Polski byli przyjmowani uchodźcy, i na pewno nie zgodzimy się na narzucanie Polsce ani innym krajom członkowskim jakichkolwiek przymusowych kwotodpowiada premier Beata Szydło.

13 czerwca 2017 r. – KE podjęła decyzję, co zrobić z opornymi krajami po upływie ultimatum. Tymczasem szef MSWiA Mariusz Błaszczak ani myśli zmieniać zdania. Uchodźców w Polsce nie chce. W Radiu ZET mówił tak:

– Pojawiłoby się prawie 12 tysięcy (uchodźców – przyp. red.), bo na tyle zgodziły się Ewa Kopacz i Teresa Piotrowska- Po kilku latach w tej społeczności byłoby kilkadziesiąt tysięcy, potem kilkaset tysięcy, a potem kilka milionów. Te społeczności tworzą zamknięte enklawy, które są naturalnym zapleczem dla terrorystów.

Skąd Błaszczak wziął te liczby – dobre pytanie. A na dodatek stwierdził, że kara finansowa dla Polski nie jest przesądzona.

I tu pan minister może się mocno mylić. Co może wdrożyć przeciw nam Komisja Europejska i jej wiceprzewodniczący, nemesis polskiej prawicy i rządu PiS Frans Timmermans?

– Tak zwane postępowanie w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiegomówi prof. dr hab. Robert Grzeszczak *), wykładowca prawa europejskiego i międzynarodowego na Uniwersytecie Warszawskim.

Berlaymont - budynek Komisji Europejskiej (fot. Andersen Pecorone/Flickr/Wikimedia Commons/CC BY-SA 2.0)Berlaymont – budynek Komisji Europejskiej (fot. Andersen Pecorone/Flickr/Wikimedia Commons/CC BY-SA 2.0)

Michał Gostkiewicz: Na czym to postępowanie polega i czym grozi?

Prof. dr hab. Robert Grzeszczak: – Komisja będzie działać na podstawie procedury z art. 258 Traktatu o funkcjonowaniu UE (TFUE). Reguluje on dwie fazy postępowania Komisji wobec państwa, które nie wykonuje unijnego prawa. Pierwsza jest część nieformalna. Polega na tym, że Komisja wprost informuje nas, że nie przestrzegamy prawa UE. Na przykład nie wykonujemy decyzji ws. relokacji uchodźców.

I ta nieformalna faza już trwa. Zresztą w tej chwili wobec Polski jest prowadzonych zapewne kilkanaście takich nieformalnych procedur. Ale faza druga, do której Bruksela przejdzie teraz, ma już konsekwencje prawne.

Jakie?

– To zależy od woli i determinacji Komisji. Postępowanie formalne jest złożone z dwóch etapów. Pierwszy z nich otwiera pismo ostrzegawcze z wezwaniem do usunięcia uchybienia w określonym w tymże piśmie terminie. Kiedyś Komisja zarzucała sześciu państwom niedopuszczanie notariuszy z obcych państw do wykonywania jakichkolwiek czynności notarialnych na ich terytorium. Ta część procedury trwała 10 lat!, bo Komisja ze względów politycznych nie przechodziła do drugiego etapu. Ale w przypadku relokacji uchodźców sprawa jest inna. Tu chodzi o tzw. sprawę palącą, a więc procedury będą szybsze.

Skoro KE zdecydowała się przejść do kolejnego etapu, to dziś albo jutro możemy się spodziewać przedstawienia omawianego ostrzeżenia (już formalnego) a niebawem tzw. „uzasadnionej opinii”. To jest formalne pismo procesowe, które wyznacza zakres naruszenia i jego czas – i daje z reguły dwa miesiące na usunięcie uchybienia. To czas na to, by Polska odniosła się do zarzutu. I jeżeli nie zacznie po prostu wykonywać prawa, czyli przyjmować uchodźców – KE wniesie skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

Mamy szansę wygrać?

– Nie. Nie mamy. Nawet, jeśli doszłoby do uchylenia bądź zmiany samej decyzji o relokacji – a została zaskarżona przez Słowację i Węgry – to tak długo, jak akt prawa unijnego jest wiążący, obowiązkiem państwa członkowskiego jest wykonać działania wynikające z tego aktu. Trybunał wobec Polski rozpatrywałby stan z chwili składania umotywowanej opinii – czyli teraz.

Czyli przegramy?

– Przegramy.

I wtedy Trybunał zasądzi sankcje finansowe wobec Polski?

– Trybunał ocenia czas trwania naruszenia prawa i powagę tego naruszenia. A potem, tak, zasądza odpowiednie do przewinienia sankcje.

Obóz dla uchodźców w Grecji na wyspie Chios (fot. Petros Giannakouris/AP)Obóz dla uchodźców w Grecji na wyspie Chios (fot. Petros Giannakouris/AP)

Ile możemy zapłacić?

– Historycznie – za różnego rodzaju przewinienia – Trybunał nakładał sankcje na Włochy, Grecję, Francję, Portugalię czy Hiszpanię. To były kary od 300 tysięcy do ok dwóch milionów euro – jako kara ryczałtowa. Przy czym dodać należy, że jeśli Trybunał ustanowiłby dodatkowo stawkę dzienną kary, to płacilibyśmy za każdy dzień naruszenia. Czyli całkiem sporo. Ile dokładnie? Trudno ocenić, ale na pewno należy wziąć pod uwagę dzienne „kieszonkowe”, czyli dzienne koszty utrzymania uchodźcy w państwie UE. Polska płaci im ok 1400 zł miesięcznie, w tym są ubezpieczenia i m.in. kieszonkowe ok. 120 zł. Na Zachodzie jest to więcej. Ta stawka dzienna mogłaby być podstawą do wyliczenia wysokości sankcji. A my mamy do przyjęcia ponad 6 tysięcy osób. Wychodzi sporo, choć ostateczna decyzja należeć będzie do Trybunału. Trudno ocenić ile zatem – ale są to stawki od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy euro dziennie.

A co, jeśli Polska nie zapłaci zasądzonej sankcji?

– Tak się dotąd nie zdarzało. Państwa płacą, jeśli mają wydany wyrok zasądzający od Trybunału w Luksemburgu, który jest tytułem egzekucyjnym – czyli musi zostać wykonany jak najszybciej.

Czuję, że możemy ustanowić niechlubny precedens.

– To wtedy urośnie nam dług. Który zapłaci kolejny rząd. Ale sądzę, że w Brukseli zaczęto by się wtedy zastanawiać, z jakich aktywów, które Polska posiada w UE, można byłoby te pieniądze ściągnąć.

Czyżby UE posiadała możliwość ściągnięcia od Polski jakichś funduszy bez konieczności decyzji w tej sprawie polskich władz?

– Z taką sytuacją mielibyśmy do czynienia, jeżeli Skarb Państwa nie będzie płacić. Póki co jesteśmy państwem prawa i płacimy. Ale gdybyśmy nie chcieli wykonać tego wyroku, to komornika Komisja raczej na nas nie naśle, ale może potrącić określone sumy z funduszy, które już nam przyznała – tych, które w przyszłości miałby dostać Skarb Państwa. Takiej sytuacji jeszcze w historii nie było, ale jest ona możliwa. Unia nie zabierze pieniędzy już wypłaconych Polsce na różne projekty, ale możemy np. usłyszeć, że z pozostałej puli w obecnym budżecie unijnym dostaniemy mniej. Dajmy na to, że mamy przyznane dwa miliardy euro. Wykorzystaliśmy miliard. Z tego drugiego miliarda Bruksela nam potrąci, jeśli nie będziemy płacić zasądzonych sankcji.

W efekcie koszty odczujemy oczywiście my – obywatele. Ale pamiętajmy, że są też inne koszty odmowy realizacji decyzji UE.

Polityczne.

– UE to organizm, w którym na każdym szczeblu, na każdym etapie się negocjuje. Państwo, które nie wykonuje prawa unijnego, które potem nie płaci kary za to niewykonywanie prawa, to jest państwo, które nie jest solidarne ze wspólnotą. Przy kolejnych negocjacjach, w jakiejkolwiek sprawie, jesteśmy kompletnie niewiarygodni, ponieważ nasi kontrahenci wiedzą, że potrafimy nie dotrzymywać zobowiązań. Nie będziemy uważani za partnera do rozmowy, a nasz głos będzie przyjmowany do wiadomości, po czym pomijany. Z doświadczenia wiem, że czy to będzie kwestia bezpieczeństwa energetycznego, czy partnerstwa wschodniego, na których nam zależy – będzie tak samo. Nasza pozycja negocjacyjna będzie słabsza lub wręcz żadna.

Jak wygląda naliczanie kar wobec państw członkowskich, pokazuje poniższe wyliczenie:

Kiedy Komisja kieruje sprawę do Trybunału na podstawie art. 260 ust. 2 TFUE, wnosi o nałożenie na państwo członkowskie kary pieniężnej w postaci ryczałtu (obliczonego jednorazowo) lub/i okresowej kary pieniężnej (obliczonej za każdy dzień naruszenia).

Przy obliczaniu wysokości kary pieniężnej uwzględnia się:

. stałą stawkę dzienną (obecnie dla okresowej kary pieniężnej 680 euro)

. czynnik powagi naruszenia (1-3)

. czas trwania uchybienia (1-20)

. czynnik „n” uwzględnia zdolność danego państwa członkowskiego do zapłaty (tj. produkt krajowy brutto oraz liczbę głosów, jaką posiada ono w Radzie).

Współczynnik „n” dla Polski w 2014 r. wynosił 7, 53. TS nie jest związany wnioskiem Komisji. Może nie nakładać kary lub zmienić jej rodzaj i wysokość.

Przykład sprawy C-304/02 Komisja p. Francji za nieimplementowanie dyrektywy dotyczącej ochrony morskich zasobów biologicznych:, 500 euro X 10 X 3 X 21.1 = 316 500 euro które Francja musi płacić dziennie do czasu usunięcia naruszenia.

Przykład sprawy C-278/01 Komisja p. Hiszpanii za nieimplementowanie dyrektywy o wodzie w kąpieliskach: 500 euro X 4 X 1.5 X 11.4 = 34 200 euro = 12 483 000 euro rocznie/ 20 (gdyż tylko 20% kąpielisk nie spełniało warunków wynikających z dyrektywy = 624 150 euro rocznie.

Prof. dr hab. Robert Grzeszczak. Związany z Uniwersytetem Warszawskim (od 2008), a wcześniej z Uniwersytetem Wrocławskim (2001-2008). Wykładał na Uniwersytecie Philipsa w Marburgu i w Poczdamie. Specjalizuje się w europejskim prawie instytucjonalnym i materialnym, zwłaszcza w prawie rynku wewnętrznego UE, w prawie międzynarodowym oraz porównawczym prawie ustrojowym. Był stypendystą Uniwersytetu im. Humboldta w Berlinie (2000-2001), studiował na Uniwersytecie w Perugii (2002-2003). Jest autorem kilkudziesięciu artykułów naukowych, publikowanych w Polsce, Europie i obu Amerykach. Występował jako ekspert m.in. dla Kancelarii Sejmu RP, Senatu RP oraz ministerstw. Prowadzi wykłady w Krajowej Szkole Administracji Publicznej.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl,dziennikarz działu zagranicznego „Dziennika” i działu społecznego „Newsweeka”. Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

Jest decyzja. Komisja Europejska rozpoczyna przeciwko Polsce procedurę ws. uchodźców

tps, IAR, 13.06.2017

Obóz dla uchodźców na greckiej wyspie Chios

Obóz dla uchodźców na greckiej wyspie Chios (Petros Giannakouris (AP Photo/Petros Giannakouris))

Komisja Europejska zdecydowała, że rozpoczyna wobec Polski, Czech i Węgier procedurę prawną związaną z odmową przyjęcia uchodźców – podała TVN24.

Jak informuje brukselski korespondent TVN24, decyzja zapadła podczas wtorkowego kolegium komisarzy. Miał ją ogłosić przewodniczący Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker. – Nie było dyskusji – relacjonuje stacja.

TVN24 tłumaczy, że następnym krokiem będzie wystosowanie do rządów w Warszawie, Czechach i na Węgrzech odpowiednich pism. Stanie się to najprawdopodobniej w środę. KE wyznaczy w nich termin – prawdopodobnie będą to dwa miesiące – na wykonanie zobowiązań dotyczących przyjęcia uchodźców.

Jeśli UE i Polska nie dojdą w tym czasie do porozumienia, sprawa ostatecznie trafi do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.

Co grozi Polsce, jeśli nie przyjmiemy uchodźców? >>>

KE wszczyna procedure prawna przeciw Polsce…

Nacjonalistyczna retoryka PiS i niszczenie relacji z UE i KE szkodza Polsce i Polakom. 1/2

Ustami M.Blaszczaka PiS sieje pseudopanike przed uchodzcami.

To podle, nieuzasadnione i krzywdzace tych, ktorzy uciekaja przed wojna. 2/2

Relokacja uchodźców

Unia Europejska przyjęła program relokacji uchodźców jesienią 2015 roku. Przewidywał on rozmieszczenie w krajach członkowskich 160 tysięcy osób. Do tej pory z obozów w Grecji i we Włoszech przeniesiono niespełna 20 tysięcy. Z całej Unii żadnej osoby nie przyjęły Polska i Węgry oraz Austria, choć władze w Wiedniu obiecały niedawno udział w programie relokacji. Czesi natomiast – po przyjęciu 12 z 2600 osób – ogłosili, że wstrzymują swój udział w relokacji.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker sugerował już w przeszłości, że kraje, które odmawiają przyjęcia uchodźców, mogą mieć ograniczone fundusze unijne.

Brexit staje się faktem. To zła wiadomość dla Polaków na wyspach

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21497170,video.html

„Jeśli Kaczyński uważa, że SN to twierdza postkomunizmu, to niech mu odbiorą doktorat”

mako, 13.06.2017

Prof. Adam Strzembosz

Prof. Adam Strzembosz (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

– Nie można oczekiwać, że sędziowie jako grupa będą się drastycznie różnić od reszty społeczeństwa. Pokusy będą potężne – mówi o zmianach zachodzących w sądach były pierwszy prezes SN prof. Adam Strzembosz.

Wiceminister sprawiedliwości w latach 1989-1900, były pierwszy prezes Sądu Najwyższego i były przewodniczący Trybunału Stanu prof. Adam Strzembosz w obszernym wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” mówił m.in. o zamachu rządu na SN i przyszłości, która może czekać sądy powszechne, kiedy powstanie „KRS ukształtowana według ministra Ziobry”. Zdaniem profesora przyszłość ta może być boleśnie podobna do PRL-u.

Potężne pokusy

Prof. Strzembosz przyznał, że z całą pewnością znajdzie się co najmniej 15 sędziów, którzy zdecydują się zasiąść w nowej KRS i szereg kolejnych gotowych działać według zasad ustalonych przez Zbigniewa Ziobrę.

Nie można oczekiwać, że sędziowie jako grupa będą się drastycznie różnić od reszty społeczeństwa. A przecież obecnie w Polsce ideowość jest – delikatnie mówiąc – umiarkowana. Pokusy będą potężne. Według nowych przepisów sędzia z sądu rejonowego będzie mógł przeskoczyć na stanowisko np. prezesa sądu okręgowego. To absurd, ale musiało to sobie załatwić kilku takich synów, którzy czekają na zaklepane od dawna awanse

 – powiedział.

Ziobro przyspieszy działanie sądów? Na razie prawie 300 sędziów zajmuje się jego sprawą

„Wielcy dekomunizatorzy nie chcą dekomunizować”

Były pierwszy prezes Sądu Najwyższego wspomniał, jak swego czasu próbował porozmawiać z ówczesnym ministrem sprawiedliwości Lechem Kaczyńskim na temat dekomunizacji sądów.

Próbuję się z ministrem skontaktować – niemożliwe. Zaprzyjaźniony dziennikarz tłumaczy, że tak skrzywdziłem jego brata, że Lech Kaczyński nie będzie ze mną rozmawiał. Mnie szlag trafił. […] W końcu dorwałem szefa gabinetu politycznego i mówię: „Jeżeli pan minister mnie nie przyjmie, zrobię awanturę w prasie – powiem, że wielcy dekomunizatorzy nie chcą dekomunizować sądów”. Za dwa dni minister mnie przyjął […] i tłumaczył, że brakuje materiałów. Przekazałem wszystko, ale za trzy tygodnie Lech Kaczyński nie był już ministrem

 –  opowiadał Strzembosz i podkreślił, „dziś Jarosław Kaczyński ma czelność twierdzić, że Sąd Najwyższy to główna twierdza postkomunizmu”.

– Skoro tak, to ja zgłaszam propozycję odebrania panu Kaczyńskiemu doktoratu. Jeżeli praca w sądzie rejonowym w PRL ma być piętnem, może doktorat u czołowego komunisty jest jeszcze poważniejszym przyczynkiem do hańby? – zauważył sędzia.

Prezydent przed Trybunałem Stanu?

Prof. Strzembosz nie szczędził w wywiadzie krytyki prezydentowi Andrzejowi Dudzie. W jego ocenie prezydent „jest absolutnie zależny  od Kaczyńskiego” i „może się tylko miotać”. Profesor oświadczył również, że istnieje możliwość, żeby Duda stanął przed Trybunałem Stanu „za sprawy znacznie poważniejsze niż ułaskawienie [Mariusza Kamińskiego]” – i szybko sprecyzował, że chodzi o Trybunał Konstytucyjny. – Od tego momentu w Polsce można z prawem robić, co się chce – skwitował.

Żurek: Sądy po zmianach staną się jeszcze jednym organem władzy. A obywatel będzie całkowicie bezbronny

http://www.gazeta.tv/plej/19,103168,21310339,video.html

Kazimierz Marcinkiewicz w „Tomasz Lis.”: „Jarosław Kaczyński nigdy nie wybaczy nam tego, co zrobił bratu”

– Jarosław Kaczyński miesięcznicami leczy swoje poczucie winy. To on wciągnął Lecha do polityki, to on sterował wylotem do Smoleńska – mówił były premier Kazimierz Marcinkiewicz w programie „Tomasz Lis.”, odnosząc się do sobotnich obchodów.

Były premier podkreślił też, że członkowie PiS zachowują się tak, jakby byli przekonani, że będą rządzić wiecznie. – Nawet w PRL-u, w którym przeżyłem połowę życia, u władzy nie było nagromadzenia tylu złych emocji – zaznaczył.

„Tomasz Lis.” to program publicystyczny redaktora naczelnego „Newsweeka” Tomasza Lisa poświęcony najważniejszym wydarzeniom w Polsce i na świecie. Na żywo w każdy poniedziałek o 15.00 na Newsweek.pl i Onet.pl. Wszystkie dotychczasowe odcinki znajdziesz tutaj.

Zobacz także: Małgorzata Sadurska oficjalnie w zarządzie PZU. PiS nie przejął się krytyką

O miesięcznicy, uchodźcach i Woodstocku. Ostra wymiana zdań Błaszczaka z dziennikarzem w Radiu ZET. „Chce pan obrazić słuchaczy?”

Maciej Bednarek, 13 czerwca 2017

Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak.

Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Obchody miesięcznic smoleńskich to akt religijny, który ma upamiętniać „poległych” 10 kwietnia – stwierdził Mariusz Błaszczak. Szef MSW nie chce Przystanku Woodstock, bo za zachodnią granicą czają się uchodźcy – tłumaczył w Radiu Zet. Szef MSW w studio spierał się z dziennikarzem.

Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak był dziś gościem porannej audycji w Radiu Zet. Prowadzący program Konrad Piasecki poprosił go o komentarz do wydarzeń z ostatniej miesięcznicy smoleńskiej. Zapytał go, co czuł widząc, gdy policja wynosiła z tłumu kobiety i Władysława Frasyniuka.

– Czułem smutek – powiedział Błaszczak.

– Z powodu działań policji, jak rozumiem – dopytał Piasecki.

– Nie, z powodu działań grupy, która próbuje odebrać mi prawo do tego, bym obchodził uroczystości wspomnieniowe, którzy polegli 10 kwietnia 2010 roku – powiedział Błaszczak.

Wszystkie chwyty dozwolone. Jak posłowie PiS bronią ministra Błaszczaka?

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21929040,video.html

Prowadzący zauważył, że obchody miesięcznic smoleńskich nie mają wiele wspólnego z obchodami religijnymi.

– Ci ludzie próbowali zabrać mnie i innym uczestnikom tych uroczystości prawo do demonstrowania – stwierdził Błaszczak.

– A jednak demonstrowania, a nie uczestniczenia w akcie religijnym. Policja oskarża ich o złośliwe przeszkadzanie w wykonywaniu aktu religijnego. Jakiego aktu religijnego? – dopytywał Piasecki.

– Kiedy szliśmy, odmawialiśmy różaniec. Od katedry aż po pałac prezydencki. To jest niewątpliwie akt religijny – odpowiedział minister.

– Tylko wy odmawiając różaniec, potem mówicie o zdrajcach, o agenturze obcych państw, próbujecie rozliczyć winnych. Z aktem religijnym, przynajmniej z tym, jaki znam z religii chrześcijańskiej niewiele ma to wspólnego – stwierdził Konrad Piasecki.

– Na wysokości kościoła św. Anny [demonstranci] usiedli na ulicy i próbowali zablokować uroczystość, akt religijny, odmawianie różańca. Co więcej, oni krzyczeli do kościoła, tak jak za komuny. Według nich chrześcijanin nie może publicznie odmawiać różańca […] Mogą być satanistami, mogą być kimkolwiek chcą, ale niech nie odbierają innym ludziom prawa do tego, by mogli zachowywać się w sposób taki, jaki uważają za właściwy – powiedział Błaszczak.

Policja bez rynsztunku nie jest agresorem

Na pytanie czy akcja policji podczas sobotniej miesięcznicy smoleńskiej była wzorcowa, Błaszczak przypomniał demonstrację „Solidarności” za rządów PO-PSL przeciw podniesieniu wieku emerytalnego. Mówił, że wtedy policja była w rynsztunku bojowym, wyposażona w tarcze i pałki, a w sobotę policjanci byli bez rynsztunku, przez co „nie byli agresorami”.

– Pamięta pan marsze niepodległości? – zapytał Błaszczak prowadzącego. – Jak ręką odjął, zmieniła się władza, przyszedł rząd Prawa i Sprawiedliwości. Nie ma burd na marszach niepodległości! – chwalił się minister.

– Czym Władysław Frasyniuk zasłużył na oskarżenie go o naruszenie nietykalności funkcjonariuszy? – zapytał prowadzący.

– Są zdjęcia. Jest film – odrzekł gość audycji.

– Na tych zdjęciach nic takiego nie ma, co by sprawiło, że należy go oskarżać za cokolwiek – podkreślił prowadzący.

W tym momencie Błaszczak porównał Frasyniuka do radzieckiego literata z anegdoty opowiedzianej kiedyś przez Antoniego Słonimskiego. – Na spotkaniu literatów na Krakowskim Przedmieściu literat radziecki zapytał, gdzie może się wysikać. Antoni Słonimski powiedział mu, że „pan to może wszędzie”. Władysław Frasyniuk jest też kimś takim, kto ma stać ponad prawem. On może wszystko. On może łamać prawo, dlatego że był w Unii Demokratycznej, był w Unii Wolności? – pytał retorycznie Bałszczak.

Piasecki do Błaszczaka: Chce pan obrazić słuchaczy?

Piasecki poruszył sprawę śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie. Zapytał, czy za kompletną bezradność policji w wyjaśnianiu sprawy śmierci mężczyzny minister spraw wewnętrznych nie powinien ponieść politycznej odpowiedzialności.

– Ile czasu, panie redaktorze, mamy na antenie? Jak długo trwa wywiad? – zapytał Błaszczak, próbując zmienić temat.

Piasecki jednak nie ustępował. – Policja przez rok była bezradna w wyjaśnianiu tej tragedii – przypominał.

– Odpowiadałem [o sprawie Igora Stachowiaka] w Sejmie prawie trzy tygodnie temu. Nic więcej nie mam do powiedzenia – uciął Bałszczak.

– Dlaczego pan uznał, że pan, pana zastępca i komendant główny policji nie powinni ponosić za to odpowiedzialności? – dopytywał Piasecki.

– Odpowiadałem na ten temat w Sejmie.

– Czy może pan powtórzyć?

– Nie mogę, bo zajmie nam to tyle czasu, że nie zdążymy powiedzieć o tym, co jest najważniejsze – mówił Błaszczak.

Piasecki zapytał, czy policja przez ostatni rok była w posiadaniu filmu z paralizatora. Przypomniał, że wersje policji i prokuratury się różnią. Ta ostatnia twierdzi, że policja jednak miała nagranie.

– Ja mam nadzieję, że sprawa w prokuraturze zakończy się szybko. Wtedy – jak mówił prokurator generalny, minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, akta sprawy trafią do sądu i będą miały charakter publiczny, jawny i wtedy wszyscy ocenią ten materiał – powiedział Błaszczak, który najwyraźniej nie chciał o tym mówić.

– Za co zdymisjonował pan policjantów wrocławskich? Czy za to, że zamiatali sprawę pod dywan i próbowali ją tuszować, czy za to, że byli kompletnie bezradni i ją zlekceważyli? – drążył Piasecki.

– Mówiłem o tym w Sejmie prawie trzy tygodnie temu.

– Nasi słuchacze nie muszą pamiętać wszystkiego, co pan mówił trzy tygodnie temu w Sejmie.

– Nie muszą, ale mówiłem o tym trzy tygodnie temu.

– To niech pan to powtórzy.

– Już jest osiem po. Nie zdążymy porozmawiać o sprawach zasadniczych. To ja sam o nich powiem – stwierdził Błaszczak.

Piasecki przypomniał, że jest prowadzącym program i to on zadaje pytanie, a gość powinien na nie odpowiadać. – To nie jest grzeczne zachowanie gościa – stwierdził dziennikarz.

– To już ocenią słuchacze. Zresztą ja niewiele się spodziewam po tych ocenach. Wczoraj czytałem wpisy na portalach społecznościowych. Zdaję sobie sprawę, że słuchacze radia Zet mają określone oceny mojej funkcjonalności.

– Chce  pan obrazić słuchaczy? Po co panu taki bój?

– Ja biję się o to, żeby Polska nie musiała chować ofiar zamachów terrorystycznych – powiedział Błaszczak, ponownie próbując zmienić temat rozmowy, ale Piasecki nie odpuszczał i przypomniał, że jedyne co jego gość jest w stanie powiedzieć w tej sprawie to to, że policjant [który użył paralizatora] został zatrudniony za czasów rządów PO-PSL. Błaszczak zaprotestował twierdząc, że to było jedno zdanie wyrwane z kontekstu.

Chrześcijaństwo zintegruje uchodźców

Prowadzący zapytał swojego gościa, ile Polska jest gotowa zapłacić za nie wpuszczenie uchodźców.

– To nie jest wcale przesądzone, że Polska zapłaci. Życie ludzkie jest bezcenne – rzucił Błaszczak.

Piasecki prosił o wyjaśnienie, w jaki sposób życie ludzkie zostałoby zagrożone, gdyby w Polsce pojawiło się kilkoro dzieci i kobiet uchodźców.

– Pojawiłoby się prawie 12 tysięcy, bo na tyle zgodziła się Ewa Kopacz i Teresa Piotrowska. Z tej społeczności po kilku latach jest kilkadziesiąt tysięcy, potem kilkaset tysięcy, potem kilka milionów. Te społeczności tworzą zamknięte enklawy, które są naturalnym zapleczem terrorystycznym – wyjaśnił Błaszczak.

Podzielił się pomysłem, jaki usłyszał niedawno w Luksemburgu podczas spotkania z zachodnimi politykami. – Chcą integrować przez sport bojowników muzułmańskich, tych, którzy są gotowi zabić siebie i zabić innych. Inny polityk powiedział, że trzeba opracować jakąś koncepcję intelektualną dotyczącą integracji. Ja powiedziałem, że taka koncepcja powstała dwa tysiące lat temu. Nazywa się chrześcijaństwo. Ta koncepcja dotyczy godności człowieka, pozycji człowieka. Karol Młot w VIII wieku zatrzymał nawałę muzułmańską we Francji – przypominał minister.

– I chce być pan Karolem Młotem polskim? – zapytał Piasecki.

– Nie, to tylko pokazuje, że integracja poprzez sport nie będzie prowadziła do powodzenia tego projektu – odrzekł Błaszczak.

Terroryści na Woodstock

Prowadzący przypomniał swojemu gościowi, że często powtarza, że Polska jest bezpieczna. Zapytał dlaczego wobec tego nie chce, by w bezpiecznej Polsce odbył się Przystanek Woodstock.

– Jak mamy prawo brać udział w mszach świętych, koncertach, festiwalach, światowych dniach młodzieży, to dlaczego nie w Przystanku Woodstock? – wyliczał Piasecki.

– Za naszą zachodnią granicą są uchodźcy. Niemcy rozlokowali ich również w tym rejonie – tłumaczył szef MSW.

– Ale równie dobrze mogli dotrzeć na Światowe Dni Młodzieży, na każdy koncert – zauważył prowadzący.

– Organizator ich zaprasza. Zresztą doświadczenia z poprzednich lat mówią o przypadkach zgonów – odparł Błaszczak.

– Ale mówi pan o zagrożeniu terrorystycznym – przypomniał dziennikarz.

– Mówię o całym katalogu zagrożeń. Organizator z roku na rok zaniżał liczbę uczestników. Dlaczego? Dlatego, bo oszczędzał na bezpieczeństwie. Jeżeli by podał realną liczbę uczestników, to musiałby zatrudnić więcej funkcjonariuszy ochrony. Oszczędza na tym – skwitował Mariusz Błaszczak.

Zacięta dyskusja o uchodźcach. Redaktor do Błaszczaka: I pan chce być Karolem Młotem Polski?

mako, 13.06.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114884,21953594,video.html?embed=0&autoplay=1
– Koncepcja dotycząca integracji muzułmanów już jest. To chrześcijaństwo – oświadczył Mariusz Błaszczak w Radiu ZET. Minister oświadczył, że przyjęcie jakichkolwiek uchodźców, nawet dzieci, naraża nas na terroryzm.

Dzisiaj Komisja Europejska ma podjąć decyzję, czy zacznie postępowanie przeciwko Polsce, Węgrom i Czechom w związku z nieprzyjmowaniem przez te kraje uchodźców. Minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak mówił w Radiu ZET, że kara finansowa dla Polski nie jest przesądzona, a „życie ludzkie jest bezcenne”.

Pięć kobiet i pięcioro dzieci

Dziennikarz Konrad Piasecki chciał się dowiedzieć, czy naprawdę tak groźny byłoby dla Polski przyjęcie uchodźców. – Jakie byłoby zagrożenie, gdyby w Polsce pojawiło się pięcioro dzieci i pięć kobiet – zapytał hipotetycznie. – Pojawiłoby się prawie 12 tysięcy, bo na tyle zgodziły się Ewa Kopacz i Teresa Piotrowska – zaprotestował Błaszczak.

– Po kilku latach w tej społeczności byłoby kilkadziesiąt tysięcy, potem kilkaset tysięcy, a potem kilka milionów. Te społeczności tworzą zamknięte enklawy, które są naturalnym zapleczem dla terrorystów

– wyliczał. Na pytanie dziennikarza, czy kobiety i dzieci naprawdę stworzyłyby takie enklawy, Błaszczak kazał mu „przejechać się gdziekolwiek”.

Karol Młot

Zdaniem ministra zamachy, które miały miejsce we Francji i w Brukseli są wynikiem fatalnych pomysłów polityków europejskich, którzy chcą integrować uchodźców m.in. poprzez sport. – Bojowników muzułmańskich, tych, którzy są gotowi zabić siebie, zabić innych, chcą integrować poprzez sport – grzmiał Błaszczak.

Polityk wspomniał też innego „ważnego polityka z zachodniej Europy”, który zaznaczał, że należy opracować jakąś koncepcję intelektualną dotyczącą integracji.

Taka koncepcja powstała 2000 lat temu. Nazywa się chrześcijaństwo. Ta koncepcja jest i dotyczy godności oraz pozycji człowieka

– kontynuował minister i dodał, że po jego słowach na sali zapadła cisza.

To jeszcze nie koniec. Błaszczak przypomniał też, że w VIII wieku Karol Młot „zatrzymał nawałę muzułmańską we Francji”. – I pan chce być Karolem Młotem Polski? – dopytywał Piasecki. – Nie, ja tylko pokazuję, że integracja poprzez sport nie będzie prowadziła do powodzenia – odpowiedział Błaszczak.

Dzieci w obozach kontenerowych

W kwietniu „Gazeta Wyborcza” poinformowała, że MSWIA przygotowało specjalne rozporządzenie dotyczące migrantów, zgodnie z którym na wschodniej granicy Polski mają powstać strzeżone ośrodki i areszty dla uchodźców. Na mocy nowych przepisów możliwe będzie umieszczanie uchodźców pod nadzorem, w kontenerach otoczonych drutem kolczastym. Do zamkniętych ośrodków mieliby trafiać niemal wszyscy uchodźcy szukający u nas schronienia, również rodziny z dziećmi.

Błaszczak obawia się decyzji UE? Chce zamknąć uchodźców w obozach z drutem kolczastym

Minister Błaszczak przyznał, że pomysł zakłada utworzenie na terenach przygranicznych obozów kontenerowych otoczonych drutem kolczastym.

– Chodzi o taki negatywny scenariusz, gdyby doszło do kryzysu, jaki miał miejsce na Węgrzech w 2015 roku, kiedy to na granicy węgiersko-serbskiej dochodziło do regularnych starć między uchodźcami, a policją węgierską. Chodzi o to, żeby być przygotować na taką sytuację miejsca, w których (uchodźcy) oczekiwaliby na deportację – ci, którzy próbowaliby dopuszczać się łamania prawa. I tylko o to chodzi – oświadczył Błaszczak.

Nie będę płacił abonamentu na codzienną propagandę PiS – Michał Szczerba w 3×3

Michał Szczerba, Dorota Wysocka- Schnepf, zdjęcia: Anna Czuba, montaż: Łukasz Carbone, 13.06.2017

http://www.gazeta.tv/plej/19,93566,21952786,video.html?embed=0&autoplay=1

Od półtora roku Jacek Kurski tworzy telewizję partyjną; liczę na wspólne stanowisko opozycji w sprawie całkowitego bojkotu TVP – mówi w 3×3 poseł PO Michał Szczerba. Niech będą Telewizją Republika bis, bez udziału posłów opozycji, jeśli mają być inaczej traktowani jak przedstawiciele partii rządzącej – dodaje poseł PO. Zapowiada, że nie będzie płacił abonamentu na codzienną propagandę PiS.

Były redaktor naczelny Super Expresu dobrze prawi
 

12 CZERWCA 2017

Jarosław Sellin przyspiesza historię. Wiceminister chwali się prawami wyborczymi kobiet

WTOREK, 13 CZERWCA 2017

PO składa wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez podkomisję smoleńską

PO składa wniosek do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez podkomisję smoleńską

Po dokładnej analizie tego, co zobaczyliśmy i tego, co zostało zaprezentowane 10 kwietnia 2017 roku przez podkomisję, zdecydowaliśmy się złożyć do prokuratury wniosek o możliwości popełnienia przestępstwa przez podkomisję smoleńską. Wniosek, który ma dotyczyć poświadczenia nieprawdy i fałszu intelektualnego. Jesteśmy przekonani, że badania, które prowadził WAT, w żaden sposób nie uprawniają do postawienia tez, które zostały przedstawione w tym filmie. Jesteśmy przekonani, że po raz kolejny Antoni Macierewicz i jego pseudonaukowcy wkroczyli na kolejny poziom kłamstwa. Teraz okazuje się, że muszą już manipulować własnymi badaniami, aby udowadniać kłamstwa Macierewicza – mówił Marcin Kierwiński na briefingu w Sejmie.

Wnosimy, aby prokuratura przesłuchała członków podkomisji, panów Nowaczyka i Berczyńskiego, a także ministra Macierewicza – dodał poseł PO.

Jeszcze dzisiaj zwrócimy się do rektora WAT, żeby opinia publiczna mogła poznać wszystkie badania, jakie WAT przeprowadziła. Zwracamy się również o ujawnienie nagrań z wczorajszego spotkania, a także o ujawnienie korespondencji między WAT a podkomisją Macierewicza – poinformował Cezary Tomczyk.

Zobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na Twitterze

Podkomisja zmanipulowała badania WAT-składamy w tej sprawie wniosek o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art 271 kk.

 

Żona zmarłego oficera BOR reaguje na wpis Stuhra. „Nie jestem waszą smoleńską wdową

Gazeta.pl, 13.06.2017

Dopiero co Maciej Stuhr bronił się przed krytyką „Wiadomości” TVP, jaka spadła na niego za żart o tupolewie. Teraz wsparła go Krystyna Łuczak-Surówka, żona chor. Jacka Surówki, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

„Skur***stwem” nazwał ostatnio Maciej Stuhr zbijanie politycznego kapitału na katastrofie smoleńskiej. Mocne słowa padły po tym, jak „Wiadomości” przypomniały jego żart o tupolewie.

Łuczak-Surówka dziękuje za odwagę. Ale nie tylko
– Przepraszam, miało być poważnie, a państwo mają tu polew – powiedział Stuhr w czasie gali rozdania nagród filmowych, Orły 2016. Reporter „Wiadomości” wykorzystał te słowa w materiale i opatrzył krytycznym komentarzem.

Stuhr we wpisie na Facebooku tłumaczył, że jego drwina była wymierzona nie w ofiary katastrofy prezydenckiego tupolewa, a w tych, którzy „gwałcą pamięć tych ofiar opowiadając o sztucznej mgle, ofiarach które przeżyły katastrofę, strzałach, trotylu, płonących samolotach w locie, czy wybuchach termobarycznych”. Odpowiedziała mu wdowa po oficerze BOR, który zginął w Smoleńsku.

Panie Macieju. Pozwolę sobie po raz drugi podziękować Panu za odwagę mówienia tego, co Pan myśli oraz za to, że nie myli uśmiechu ze śmiechem, ironii z obrazą ani myślenia z czynnościami mózgu

– napisała w publicznym poście Krystyna Łuczak-Surówka. Przypomniała, że już rok temu dziękowała aktorowi za wspomniane słowa.

Łuczak-Surówka: Nie jestem waszą „smoleńską wdową”
Swój pełen żalu wpis zakończyła: „Nie jestem waszą „smoleńską wdową”. Kiedyś byłam czyjąś żoną a dziś jestem kobietą, która żyje i daje żyć innym. Tego samego życzyłabym sobie względem mnie ze strony mojego narodu, choć po tych 7 latach wiem już na jak niewiele mogę liczyć”. I zakończyła pytaniem: „Polsko, gdzie jesteś? Gdzie serce Twoje?”.

Krystyna Łuczak-Surówka jest historykiem i krytykiem designu, wykładowcą warszawskiej ASP. Jej mąż, chorąży Jacek Surówka był funkcjonariuszem Biura Ochrony Rządu. W październiku 2010 roku „Gazeta Polska” ogłosiła, że oficer BOR dzwonił do żony już po katastrofie. – To bardzo bolesna nieprawda. Mąż do mnie nie dzwonił – mówiła wówczas.

Poruszającego wywiadu udzieliła w Joannie Racewicz w „Pytaniu na śniadanie” TVP2. – Jakbyś mnie zapytała o prezent marzeń… Jest taki stary film „Man in Black” i tam była pałeczka, którą naciskasz i kasujesz pamięć. Nacisnęłabym ją w ułamku sekundy, kasując wszystkim pamięć, łącznie z własną. Bo to jest za duża cena, to zainteresowanie. Mi przeszłość już nie wróci, a chciałabym żyć – podsumowała.

Prof. Leociak w liście do Kard. Nycza pyta o miesięcznice i def „uroczystości religijnej”. Fb

PILNE! Jest oficjalne pytanie do Ks. Kardynała Nycza czy „miesięcznice” są „aktami religijnymi” lub „uroczystościami religijnymi”?

Jędrzej Słodkowski

Piotr Gliński bezwstydnie łamie prawo. Tak naukowiec ostatecznie upodobnił się do zawodowych polityków z PiS

12 czerwca 2017 | 20:54

SŁAWOMIR KAMIŃSKI

Minister kultury nie wypłaci rozpoczynającemu się w piątek festiwalowi Malta należnej dotacji, choć zobowiązuje go do tego umowa. Władza, jak widać, deprawuje nawet profesorów.

Piotr Gliński podczas trwającej już ponad półtora roku kariery ministra kultury podejmował wiele decyzji, które budziły wątpliwości. Zaczął od nacisków na dyrekcję Teatru Polskiego we Wrocławiu i twórców spektaklu „Śmierć i dziewczyna”, co odczytano jako ujawnienie jego cenzorskich ambicji.

Burzę wywołał też zakup kolekcji Czartoryskich, a zwłaszcza jego kulisy. Minister sugerował księciu Czartoryskiemu podjęcie negocjacji bez udziału zarządu Fundacji Czartoryskich, która odpowiadała za słynną kolekcję, co zdaniem m.in. b. minister kultury Małgorzaty Omilanowskiej było niezgodne z prawem.

Młotek to ulubione narzędzie Ministerstwa Kultury – Jerzy Radziwiłowicz w Kublikacjach

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21940504,video.html

Aby usunąć ze stanowiska dyrektora Muzeum II Wojny Światowej Pawła Machcewicza, powołał do życia Muzeum Westerplatte, a potem połączył je z Muzeum II Wojny, tworząc formalnie nową instytucję i mianując nowego dyrektora.

W kwietniu z kolei wydał oświadczenie, w którym odpowiedzialnością za atak nacjonalistów na Teatr Powszechny w Warszawie (ten, który pokazuje „Klątwę” Olivera Frljicia) obarczył… prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, która nadzoruje teatr.

Jednak na tle wyczynów kolegów i koleżanek z ław rządowych, którzy bez mrugnięcia okiem depczą polskie prawo – to samo, które mają w nazwie partii – Gliński zdawał się jako tako trzymać zasad staromodnej praworządności.

Aż do teraz. Minister nie wypłaci rozpoczynającemu się w piątek festiwalowi Malta należnej dotacji, choć zobowiązuje go do tego umowa. Pretekst? Kuratorem poznańskiej imprezy jest ten sam Oliver Frljić. Tematem Malty są w tym roku Bałkany, a pochodzący z Chorwacji i uznany w Europie reżyser w swych spektaklach przepracowuje traumy mieszkańców byłej Jugosławii.

W weekend Gliński skonstruował wreszcie formalną podkładkę dla swojej decyzji. Ogłosił, że Frljić nie przygotuje, jak zapewniali organizatorzy, „inkluzywnego wydarzenia społeczno-artystycznego, włączającego odbiorcę w dialog i działanie, otwierającego go na doświadczenie sztuki”. A to dlatego, że reżyser zdaniem ministra „zraża dużą część społeczeństwa do instytucji teatru”.

„Tym samym udział Olivera Frljicia w festiwalu budzi obawy o przebieg tego wydarzenia zgodny z założeniem przedstawionym we wniosku fundacji” – oświadczył.

Słowem: winna jest Malta, choć wizja teatru Frljicia nie była tajemnicą, gdy ministerstwo akceptowało go jako kuratora. To trochę tak jakby Polski Instytut Sztuki Filmowej zabrał Wojtkowi Smarzowskiemu obiecane pieniądze na film, bo nie spodziewał się, że na ekranie ludzie będą się ganiać z siekierami i chlać do nieprzytomności.

Do tej pory się łudziłem – może jako socjolog z wykształcenia, który pamięta Piotra Glińskiego jako profesora socjologii – że mimo szkodniczej dla polskiej kultury działalności jest człowiekiem „lepszego sortu” niż zawodowi politycy. Władza, jak widać, deprawuje jednak nawet profesorów.

Co będzie robił Gliński, gdy PiS przegra wybory, a on przestanie być ministrem? Mógłby wrócić w naukowe zacisze. Ale kto raz zasmakuje w tak bezwstydnym łamaniu prawa, temu apetyt będzie tylko rósł.

Sensacyjne grodzisko Scytów na Podkarpaciu. Trzeba przepisać podręczniki

Magdalena Mach, 12 czerwca 2017

MATERIAŁY PRASOWE UNIWERSYTETU RZESZOWSKIEGO

Odkrycie tej scytyjskiej warowni zmienia historię – twierdzą rzeszowscy archeolodzy. Jest to dowód na to, że wpływy kulturowe przyszły do nas ze Wschodu, a nie – jak do tej pory sądzono – z Zachodu.

– Odkrycie grodziska Scytów w Chotyńcu na Podkarpaciu przesuwa granice dominacji scytyjskiej na obecny obszar Polski, czego nikt z nas się nie spodziewał – mówi prof. Sylwester Czopek z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Rzeszowscy archeologowie odkryli gród w 2016 r., ale nie byli pewni, z jakiego okresu pochodzi. Dopiero przed tygodniem dotarły do nich zaskakujące wyniki radiowęglowego datowania resztek węgla drzewnego znalezionego w usypisku wału. Potwierdziły, że chodzi o wczesną epokę żelaza, czyli VIII w. p.n.e., co oznaczało, że są to pozostałości dużo starsze, niż się spodziewano.

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu Fot. materiały prasowe Uniwersytetu Rzeszowskiego

Jasny krąg na polu, a w środku zolnik

Pierwotne umocnienia obronne grodziska zachowały się w półkolistym nasypie porośniętym roślinnością. Wał o szerokości około 30 m wyniesiony jest ok. 3-4 m ponad otaczający teren.

– Rozpoczęliśmy badania od przecięcia wału. Nie było pewne, czy wzniesienie jest naturalne, czy zostało uformowane ręką ludzką. Teraz wątpliwości już nie ma. Charakter nawarstwień wyraźnie wskazuje, że usypał je człowiek. Ale to, co udało nam się zarejestrować na wiosnę tego roku, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – opowiada prof. Sylwester Czopek.

Archeolodzy zauważyli na sąsiednich polach jasne przebarwienia na ciemnym tle ziemi. Zamówili drona i na zdjęciach z powietrza na polu wyraźnie ukazał się regularny jasny krąg – założenie wielkiego grodziska, potężnej warowni o wymiarach 610 x 600 m.

Okazało się, że badane przez naukowców pozostałości wału są zaledwie czwartą częścią pełnego obwodu grodziska. Na pozostałym obszarze wały zostały rozorane, na części biegnie dziś droga i stoją zabudowania.

W obrębie kręgu grodziska archeolodzy dostrzegli na zdjęciach wyraźne zaciemnienie z okrągłym jasnym kołem w środku.

– Według naszej wstępnej koncepcji, potwierdzonej już badaniami wykopaliskowymi, to jest pozostałość zolnika, najważniejszego kultowo-obrzędowego miejsca grodziska, charakterystycznego dla grodzisk scytyjskich. Znaleźliśmy tam fragmenty ceramiki scytyjskiej oraz ogromną ilość kości zwierzęcych – informuje prof. Czopek.

Zdaniem naukowca te trzy ważne elementy – wał z potwierdzoną chronologią, zolnik (obiekt zupełnie obcy środkowo-europejskiemu środowisku kulturowemu) oraz wykopaliska materiałów, które odpowiadają wczesnej epoce żelaza w Europie Wschodniej – dają pewność, że to grodzisko należy przypisać scytyjskiemu kręgowi kulturowemu, który wykształcał się na terenie Europy Wschodniej.

– To sensacyjne odkrycie. Mamy na Podkarpaciu warownię z czasów scytyjskich, która niczym nie różni się od tych znad Dniepru i znad środkowego Dniestru – dodaje prof. Czopek.

Ceramika toczona na kole przyszła ze Wschodu

Sensacją jest również to, że grodzisko nie jest izolowane. – Oplatają go wieńcem stanowiska archeologiczne, czyli miejsca, gdzie znaleźliśmy identyczny materiał archeologiczny, a to oznacza, że mamy do czynienia z wielkim centrum osadniczym, rodzajem aglomeracji, która musiała odgrywać ogromną rolę jako przekaźnik elementów kulturowych ze Wschodu, nawet ze świata greckiego, na dalsze części Europy Środkowej – twierdzą archeolodzy.

Jednym z dowodów na ten wpływ jest odnaleziona na terenie wałów ceramika wykonana na kole garncarskim – pierwsze takie znalezisko w tym rejonie.

– To przyczynek do zmiany podręczników! – mówi prof. Sylwester Czopek. – Jeśli otworzycie obecne podręczniki archeologii i historii, to dowiecie się, że najstarsza ceramika wykonana na kole znajdowana na ziemiach polskich przypisywana jest Celtom, czyli ludowi, który przybył z Zachodu. My mamy dowody na to, że pierwsza taka ceramika pochodziła ze Wschodu. Z kolonii greckich przejęli ją Scytowie i przenieśli aż na dzisiejsze tereny Polski.

Aglomeracja chotyniecka z pewnością była ważnym elementem dystrybucji tych wytworów, a co za tym idzie także niematerialnych elementów kultury.

– To odkrycie rewolucjonizuje stan wiedzy o historii obecnych ziem polskich. Dzięki tej warowni okazało się, że kulturowo jesteśmy bliżej klasycznej Grecji – mówi prof. Sylwester Czopek.

Scytowie, a może Neurowie?

Na południe od grodziska znajdują się stanowiska badane przy okazji budowy autostrady, w których odnaleziono wielkie ilości ceramiki, kości koni, przedmiotów żelaznych, m.in. wędzidła dla koni, zwierząt niesłychanie ważnych dla ludu koczowniczego, jakim byli Scyci.

Czy grodzisko zamieszkiwali sami Scytowie? Niekoniecznie, mógł być to lud o scytyjskim modelu kulturowym. Na mapach Scytii nie było do tej pory Chotyńca i obszaru południowo-wschodniej Polski, ale wokół Scytii mieszkało wiele różnych podporządkowanych ludów, co wiemy od Herodota (V w. p.n.e.). Aglomerację chotyniecką można przypisać ludowi Neurów – sądzi prof. Czopek.

Na razie rzeszowscy archeolodzy są wciąż na wstępnym etapie badań. – Nie możemy pochwalić się jeszcze wyjątkowymi znaleziskami, ale nie ma wątpliwości, że one będą – zapewniają naukowcy.

Jeszcze nie zlokalizowali kurhanu, w którym można spodziewać się prawdziwych skarbów – np. biżuterii ze złota, chowanej do grobów arystokracji scytyjskiej.

– Wszystko przed nami, do niedawna nie mieliśmy zlokalizowanego nawet grodziska scytyjskiego. Archeologia jest piękną dziedziną, bo każdy sezon może przynieść coś rewelacyjnego – uśmiecha się Sylwester Czopek.

Poligon dla studentów

Za tydzień rzeszowscy archeolodzy rozpoczynają kolejną serię badań.

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu Fot. materiały prasowe Uniwersytetu Rzeszowskiego

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu

Grodzisko Scytów na Podkarpaciu Fot. materiały prasowe Uniwersytetu Rzeszowskiego

Dr Katarzyna Trybała-Zawiślak, archeolog z zespołu prowadzącego prace w Chotyńcu, mówi, że tegoroczne wakacje ma już zaplanowane.

– Herodot barwnie opisał kulturę Scytów, ich rozbudowaną strukturę społeczną z warstwą arystokracji, piękne mogiły bogato wyposażone w złote i srebrne przedmioty, pochówki wojowników razem z końmi, a nierzadko i ze sługami. Pamiętajmy, że wzniesienie tak dużego grodziska wymagało odpowiedniej organizacji, był to wysiłek bardzo wielu ludzi. Potrzebny był przemyślany plan. Na razie jednak za wcześnie szacować, ilu ludzi zamieszkiwało w warowni i wokół niej – opowiada.

Podkreśla, że badania w Chotyńcu trzeba zaplanować na wiele lat. – W tym roku wyruszy tam pierwsza ekipa studentów, będzie to rewelacyjny poligon do zdobywania umiejętności, ćwiczenia technik eksploracyjnych. Liczymy, że dzięki temu odkryciu zyskamy nowych studentów, którzy chcieliby przeżyć prawdziwą archeologiczną przygodę, jaką daje Chotyniec.

Sensacyjne odkrycie archeologiczne na Podkarpaciu. Konferencja na Uniwersytecie Rzeszowskim

http://www.gazeta.tv/plej/19,88287,21924484,video.html

Kim byli Scytowie

Scytowie to koczownicze ludy irańskie, zamieszkujące od schyłku VIII wieku p.n.e. północne okolice Morza Czarnego. Sporo uwagi poświęcił im Herodot, który wymienia rzeki scytyjskie począwszy od Dunaju, a kończąc na Donie. Opisuje też ich zwyczaje, np. używania czaszek swoich wrogów jako pucharów. Wzmianka o Scytach jest nawet w Biblii.

Pośredniczyli w rozpowszechnieniu greckiej kultury na obszarach Europy Wschodniej, byli ważnym ogniwem w stosunkach Azji Mniejszej i Środkowej z Europą. Dzieje Scytów nierozerwalnie związane są z historią naszej części Europy oraz Bliskiego Wschodu aż do IV w. p.n.e.

Byli ludem wojowniczym i budzącym postrach, mieli wypijać krew pierwszego zabitego wroga i wszelkie przymierza zatwierdzać piciem krwi, a ze skóry i skalpów robić kołczany, rękawiczki i odzież. Praktycznie nie schodzili z koni, jako pierwsi używali siodła i strzemion (po śmierci wojownika jego konia zabijano i grzebano razem z kompletną uprzężą). Byli znakomitymi łucznikami. Wynaleźli skomplikowany w konstrukcji łuk refleksyjny, zwany też łukiem scytyjskim.

Słabnące królestwo Scytów utrzymało się aż do II w. n.e., kiedy część jego terytoriów została włączona do Imperium Rzymskiego.

Łąki Łan na Festiwalu Przestrzeni Miejskiej w Rzeszowie

http://www.gazeta.tv/plej/19,88287,21906480,video.html

Czy przyszła mama ma spokój w ciąży?Nie! nie zadbał o pieniądze na badania prenatalne.Za to na kalendarzyk małżeński kasa jest!

Maciej Miłosz: Co ukrywa podkomisja

Dziennik.pl, Maciej Miłosz, 13.06.2017
Członkowie podkomisji do ponownego zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej© Polska Agencja Prasowa, Paweł Supernak Członkowie podkomisji do ponownego zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej

Trudno oprzeć się wrażeniu, że podkomisja smoleńska nie chce, by opinia publiczna poznała analizę naukowców WAT. Przecież dokument można pokazać na stronie podkomisji. Naturalne wydaje się więc pytanie, jak ma się ta naukowa, zlecona przez podkomisję analiza, do wybuchów i innych bomb termobarycznych?

Zamach, bomba termobaryczna oraz rozerwanie samolotu jeszcze w powietrzu. To niektóre ze słów kluczy, których do opisu katastrofy smoleńskiej używali dr Wacław Berczyński (były przewodniczący podkomisji ds. ponownego zbadania wypadku lotniczego) oraz dr Kazimierz Nowaczyk, który po dymisji Berczyńskiego związanej z deklaracją o „wykończeniu caracali” pełni obecnie obowiązki przewodniczącego.

W filmie pokazywanym dwa miesiące temu na prezentacji prasowej podkomisja podpierała się badaniami wykonanymi na Wojskowej Akademii Technicznej. Zapowiadano również konferencję, na której miały być one pokazane. Co ciekawe, na krótko przed planowanym terminem ze spotkania zrezygnowano.

Kilka tygodni temu zwróciliśmy się do WAT z prośbą o udostępnienie wyników badań. Uczelnia odpowiedziała, że badania dotyczyły m.in. odtwarzania geometrii zewnętrznej samolotu Tu-154M i procesu jego modelowania aerodynamicznego z wykorzystaniem metod numerycznej mechaniki płynów. Jednak wyników podać nie chciała.

Powoływała się m.in. na konstytucyjną wolność badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników. W uzasadnieniu odmowy przywołano również ustawę o dostępie do informacji publicznej oraz prawo prasowe. – W doktrynie przyjmuje się, że na przywołaną wolność w szeroko rozumianym obszarze badań naukowych składają się m.in. wolność rozpoczęcia i prowadzenia badań w danej dziedzinie, wolność wyboru przedmiotu badań, miejsca ich prowadzenia oraz wyboru metod badawczych, wolność w sferze ogłaszania ich wyników, a więc wyboru sposobu ich prezentacji, rozpowszechniania uzyskanych w trakcie badań informacji i wiedzy we wszelkiej formie, a także swoboda rezygnacji z prezentowania wyników badań naukowych – napisała Ewa Jankiewicz z WAT i dodała, że „publikacja wnioskowanych wyników badań naukowych planowana jest w ramach konferencji naukowej”. WAT nie chciała również podać kosztów badań. Jedyne, co wiemy, to że odbyło się to w ramach kosztów własnych. Na pytanie, co w tym wypadku znaczą „koszty własne” i ile one wyniosły, przedstawicielka uczelni już nie odpowiedziała. Dla niezorientowanych: WAT podlega Ministerstwu Obrony Narodowej kierowanemu przez Antoniego Macierewicza.

W ubiegłym tygodniu w programie TVN24 „Czarno na białym” dziennikarze ujawnili, że dotarli do raportu naukowców z akademii. Z materiału wynika, że członkowie podkomisji smoleńskiej wykorzystali tylko te jego fragmenty, które pasowały do tezy o wybuchu. W odpowiedzi na stronie internetowej MON dr Nowaczyk zamieścił komunikat, że materiał wprowadza w błąd opinię publiczną i nie oddaje wyników analizy WAT, a „działania TVN polegające na wyrwaniu z kontekstu ponad 150-stronicowej pracy jednego fragmentu pokazują najlepiej, jak do fałszywych wniosków prowadzi polityczne zaangażowanie”.

Z kolei w piątek dr Nowaczyk zapowiedział, że zwrócił się do komendanta WAT, by zorganizować seminarium, na którym przedyskutowane zostaną wyniki badań, przedstawione opinii publicznej w dniu 10 kwietnia 201 7 r . przez podkomisję. – W seminarium wezmą udział członkowie podkomisji i naukowcy z Wojskowej Akademii Technicznej. Zapraszam także tych naukowców-specjalistów w dziedzinie aerodynamiki, którzy brali ostatnio udział w publicznej dyskusji na temat wyników badań podkomisji – informuje obecny szef podkomisji. Podano nawet numer telefonu, pod który można się zgłaszać.

Tak więc nawet jeśli konferencja się odbędzie, grono uczestników ma być zamknięte. Trudno oprzeć się wrażeniu, że podkomisja smoleńska nie chce, by opinia publiczna poznała analizę naukowców WAT. Przecież dokument można pokazać na stronie podkomisji. Naturalne wydaje się więc pytanie, jak ma się ta naukowa, zlecona przez podkomisję analiza, do wybuchów i innych bomb termobarycznych? Będąc z natury niedowiarkiem, zastanawiam się również, czy właśnie nie trwają prace nad redakcją, ukończonego już przecież, raportu WAT.

Historyczne narodziny w zoo. Jajo pękło, wyszedł pingwin

Renata Radłowska, 13 czerwca 2017

Mały pingwin Humboldta

Mały pingwin Humboldta (Fot. ZOO)

Po kilkudziesięciu dniach przebił dziobem skorupkę jaja i wyjrzał na zewnątrz, przywitali go mama i tata – jest pingwinem, chociaż nie wiadomo jeszcze, jakiej płci. Pierwszym pingwinem Humboldta, który przyszedł na świat w polskim ogrodzie zoologicznym.

Jajo pękło po 40 dniach. – Wielka, wielka radość! – cieszy się Józef Skotnicki, dyrektor krakowskiego ogrodu zoologicznego. – To, że para doczekała się potomka, świadczy o tym, że zwierzęta czują się u nas znakomicie.

– Kilka par też założyło gniazda, jednak zniesione przez samice jajka okazały się puste – dodaje Jerzy Piróg, kierownik sekcji ptaków i małp w krakowskim zoo.

Do przedszkola nie pójdzie

Pingwiny Humboldta są w Krakowie od roku. Przyjechały z Niemiec i Węgier, dostały piękny, nowoczesny wybieg z basenem. Po kilku tygodniach zaczęły łączyć się w pary – damsko-męskie, męsko-męskie. Nie wszystkie chciały wstępować w związki monogamiczne, jeden z samców postanowił mieć więcej niż jedną partnerkę i wędrował od gniazda do gniazda.

Mały pingwin jest w świetnej formie, jeszcze karmią go rodzice. Młode już rozrabia, jest hałaśliwe; rodzice nie pozwalają do niego się zbliżyć. – Są ogrody zoologiczne, które przenoszą pingwiny do przedszkola; my uznaliśmy, że najlepiej będzie mu z rodzicami. Poza tym jest pierwszym maluchem w tej pingwiniej rodzinie – opowiada Piróg.

Czekając na pierwszy spacer

Na razie nie wiadomo, jakiej jest płci – to będzie można ustalić na podstawie badań genetycznych piór. I być może będzie miał rodzeństwo, bo jego mama złożyła dwa jaja.

Malucha zobaczymy na wybiegu dopiero za kilka tygodni, na pierwszy spacer na pewno wyjdzie z rodzicami.

WTOREK, 13 CZERWCA 2017

Bochenek: Są sukcesy, są konkretne efekty działań rządu. Nie widzimy potrzeby zmian personalnych

09:12

Bochenek: Są sukcesy, są konkretne efekty działań rządu. Nie widzimy potrzeby zmian personalnych

O tej rekonstrukcji od samego początku pojawiają się różne spekulacje medialne, non stop ktoś podaje, że z pewnego źródła wie, że taka rekonstrukcja nastąpi, czy to dotycząca pani premier, czy poszczególnych ministrów. Trudno mi odnosić się do spekulacji medialnych. Premier Szydło wielokrotnie mówiła o tym, że o rekonstrukcji się nie mówi, tylko się ją przeprowadza – mówił Rafał Bochenek w „Gościu Poranka” TVP Info.

W tym momencie pracujemy wszyscy. Są sukcesy, są konkretne efekty działań rządu, tak że nie widzimy potrzeby, aby dokonywać jakichkolwiek zmian personalnych w gabinecie premier – dodał rzecznik rządu.

08:51

Błaszczak: Nie będę krytykował zatrudnienia Sadurskiej. Ma odpowiednie doświadczenie

Nie będę krytykował zatrudnienia Małgorzaty Sadurskiej. To są wysokie standardy. Znam Sadurską od wielu lat, jest prawnikiem, ma odpowiednie doświadczenie. Ma odpowiednie doświadczenie i kwalifikacje, żeby pełnić takie funkcje – mówił Mariusz Błaszczak w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:45

Błaszczak: Wyrwane z kontekstu jedno zdanie spowodowało, że była cała jazda

To jest to, czego chcę uniknąć. Wczoraj wyrwane z kontekstu jedno zdanie [że policjant z Wrocławia był zatrudniony za rządów PO-PSL] spowodowało to, że była cała jazda wieczorem. Ono zostało wyrwane z kontekstu – mówił Mariusz Błaszczak w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:42

Błaszczak o sprawie Stachowiaka: Odpowiadałem w Sejmie. Nic więcej nie mam do powiedzenia

Odpowiadałem w Sejmie prawie 3 tygodnie temu na ten temat [śmierci Igora Stachowiaka]. Nic więcej nie mam do powiedzenia. Nie mogę [powtórzyć], bo zajmie to nam tyle czasu, że nie zdążymy porozmawiać o tym, co najważniejsze. Odpowiedziałem już na to pytanie w Sejmie. Na ten temat [filmu z paralizatora] policja też się wypowiadała. Są oświadczenia policji. Mam nadzieję, że sprawa w prokuraturze zakończy się szybko – mówił Mariusz Błaszczak w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:38

Błaszczak: Frasyniuk jest kimś takim, jak radziecki literat za czasów PRL

Władysław Frasyniuk jest kimś takim, jak literat radziecki za czasów PRL-u. Pamięta pan tę anegdotę z Antonim Słonimskim? Otóż na zjeździe literatów na Krakowskim Przedmieściu literat radziecki zapytał Słonimskiego, gdzie może się wysikać. Słonimski odpowiedział mu, że pan to może wszędzie.Frasyniuk też jest takim kimś, kto ma stać ponad prawem, on może wszystko. Może łamać, bo był w UD, UW – mówił Mariusz Błaszczak w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

08:34

Błaszczak: Ci ludzie próbowali zabrać mnie i innym uczestnikom uroczystości prawo do demonstrowania

Nie, czułem smutek z powodu działań grupy, którzy próbują odebrać prawo do tego, żebym obchodził uroczystości wspomnieniowe tych, którzy polegli 10 kwietnia. Ci ludzie próbowali zabrać mnie i innym uczestnikom tych uroczystości prawo do demonstrowania. Odmawialiśmy różaniec, od katedry aż po Pałac Prezydencki. To niewątpliwie akt religijny – mówił Mariusz Błaszczak w rozmowie z Konradem Piaseckim w Gościu Radia Zet.

300polityka.pl

„A to jeszcze chce pan słuchaczy obrazić?” Błaszczak pokłócił się w Radiu Zet, nie reagował na pytania, mówił co chciał

13.06.2017

Mariusz Błaszczak przyszedł do studia Radia Zet jako gość, ale poczuł się zupełnie jak – zacytujmy klasyka – ludzki pan. W studiu chciał mówić o czym innym, niż pytał go Konrad Piasecki, a po drodze jeszcze przyczepił się do poglądów słuchaczy stacji.

To była z początku zwykła rozmowa. Mariusz Błaszczak mówił m.in. o Władysławie Frasyniuku i nielegalnej kontrdemonstracji w miesięcznicę smoleńską, którą rozbiła policja. Słowem nic nowego. Ale w końcu Piasecki zapytał Błaszczaka, za co, jeśli „nie za kompletną bezradność w sprawie wyjaśniania śmierci na komisariacie, minister spraw wewnętrznych powinien ponosić odpowiedzialność”.

Odpowiedź Błaszczaka była dość… zaskakująca. Szef MSWiA spojrzał na zegar i wypalił: – Panie redaktorze, mogę zadać pytanie? Ile mamy czasu na antenie? – Jeszcze mamy 5,5 minuty – odpowiedział Piasecki. Jeszcze się nie spodziewał, co go zaraz spotka.

– Zdążymy powiedzieć o spotkaniu ministrów spraw wewnętrznych grupy wyszehradzkiej w sprawie najważniejszego… – mówił Błaszczak, ale w tym momencie wciął mu się prowadzący. –Tak, jeśli nie będzie pan przerywał – stwierdził dziennikarz i wrócił do pytania o odpowiedzialność polityczną.

– Odpowiadałem w Sejmie prawie 3 tygodnie temu, nie mam nic więcej do powiedzenia – stwierdził oschle szef MSWiA.

Piasecki nie odpuszczał i dalej domagał się odpowiedzi na swoje pytania. A Błaszczak swoje: – Nie, nie mogę (odpowiedzieć na to pytanie – red.), bo zajmie nam to tyle czasu, ze nie powiem o tym, co jest najważniejsze.

– A powie pan, czy policja miała film z paralizatora – kontynuował Piasecki. – Na ten temat policja też się wypowiadała – odpowiedział coraz bardziej zirytowany Błaszczak.

– Za co zdymisjonował pan policjantów (z Wrocławia – red.), czy za to, że zamiatali sprawę pod dywan, czy za to, że byli kompletnie bezradni? – zapytał dla odmiany Piasecki. Odpowiedź taka sama: Błaszczak już o tym mówił.

– Ale nasi słuchacze nie muszą pamiętać, co pan mówił w Sejmie 3 tygodnie temu – zauważył także poirytowany Piasecki. Odpowiedź była… po prostu taka: – Nie muszą, ale ja mówiłem.

– To proszę powtórzyć – domagał się Piasecki. – Już jest osiem po – usłyszał w odpowiedzi. – Ministrze, stracił pan dwie minuty – zwrócił mu uwagę dziennikarz. – Nie zdążymy porozmawiać o sprawach zasadniczych – a Błaszczak dalej mówił swoje.

 

W końcu Piasecki wyciągnął asa z rękawa. – Jeśli pan mi nie odpowie na moje pytania, to ja też pańskich nie zadam – stwierdził. Ale i na to Błaszczak miał odpowiedź: – No dobrze, to ja sam powiem.

Tego prowadzący rozmowę nie mógł już ministrowi darować. – Panie ministrze, pan jest gościem, ja gospodarzem. Ja zadaję pytania, a pan mi odpowiada, ze mówił 3 tygodnie temu w Sejmie. To nie jest grzeczne zachowanie – zauważył.

– To już ocenią słuchacze, zresztą ja niewiele się spodziewam. Wczoraj czytałem wpisy na portalach społecznościowych, zdaję sobie sprawę, że słuchacze Radia Zet mają już określone oceny mojej działalności – powiedział Błaszczak.

– A to jeszcze chce pan słuchaczy obrazić? – zapytał Piasecki. Koniec końców obaj nie dogadali się w tej kwestii.

 

To oczywiście ani nie pierwsza, ani zapewne nie ostatnia nietypowa wizyta szefa MSWiA w mediach. W poniedziałek minister Błaszczak przekonywał, że za śmierć Igora Stachowiaka odpowiada rząd PO-PSL, bo to wtedy do pracy został przyjęty odpowiedzialny policjant.

Źródło: Radio Zet

naTemat.pl

Deficyt.

Orka dnia 🚜😂

Sprawa Igora Stachowiaka. Przyłapana Kempa przyznaje: „Byłam w oleśnickiej komendzie”

Jacek Harłukowicz, 12 czerwca 2017

Szefowa kancelarii prezesa rady ministrów, posłanka Beata Kempa

Szefowa kancelarii prezesa rady ministrów, posłanka Beata Kempa (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Szefowa KPRM potwierdziła, że dwa dni po emisji reportażu o śmierci Igora Stachowiaka odwiedziła Komendę Powiatową Policji w Oleśnicy. Jak twierdzi, nie miało to jednak związku z wydarzeniami we Wrocławiu.

O tym, że pochodząca z Sycowa w powiecie oleśnickim Beata Kempa odwiedziła oleśnickich policjantów, pisaliśmy w „Wyborczej” dwa tygodnie temu. Nieoficjalnie usłyszeć można było wówczas, że konsultowała się tam ze swoimi zaufanymi policjantami w sprawie ewentualnej obsady policyjnych stanowisk we Wrocławiu, gdzie tego samego dnia odwołani zostali – w reakcji na ujawniony przez TVN materiał o śmierci Igora Stachowiaka w tamtejszym komisariacie – komendant miejski i wojewódzki.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Śmierć Igora Stachowiaka na komisariacie. Co zrobić, żeby polska policja nie katowała?

Dwa tygodnie temu Beata Kempa nie chciała z nami rozmawiać o wizycie w Oleśnicy i swojej ewentualnej znajomości z lokalnymi policjantami, m.in. Jerzym Kokotem, który był komendantem komisariatu Wrocław-Stare Miasto w czasie, gdy zmarł w nim Stachowiak, a który już po tej sprawie awansował na zastępcę komendanta miejskiego policji we Wrocławiu. Kokot tak jak Kempa pochodzi z Sycowa. Zaprzecza, by znał się z szefową kancelarii premiera, ale we Wrocławiu policjanci opowiadają, że zdarzało mu się chwalić tą znajomością.

Sprawa śmierci Igora Stachowiaka. Ministrowie są wzywani na ul. Nowogrodzką

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21847585,video.html

Sprawa Igora Stachowiaka. Co robiła Beata Kempa na komendzie?

Z Sycowa pochodzi również Artur Starmach, wicekomendant powiatowy policji w Oleśnicy. On także stanowisko objął w ramach „dobrej zmiany”. Jego żona to fryzjerka, z której usług Kempa czasem korzysta. Szefem policji w Oleśnicy jest natomiast Robert Froń, wcześniej szef drogówki w Ostrzeszowie, kolejnym mieście niedaleko Sycowa, w którym Beata Kempa jeszcze przed polityczną karierą pracowała kiedyś jako kurator sądowy.

O wizytę szefowej KPRM w oleśnickiej komendzie od dwóch tygodni pytają publicznie posłowie PO Borys Budka, Andrzej Halicki i Krzysztof Brejza.

– Zadaliśmy publiczne pytanie, czy prawdą jest, że takie spotkanie się odbyło, ale zamiast usłyszeć prostą odpowiedź „tak” lub „nie”, mamy do czynienia z próbą zastraszenia posłów, którzy domagają się transparentnego wyjaśnienia wpływów polityków PiS na ewentualne tuszowanie tej sprawy – mówił wtedy „Wyborczej” Borys Budka.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Beata Kempa zawiadamia prokuraturę. Twierdzi, że nie ma związku ze sprawą Igora Stachowiaka

Posłowie chcą, by ewentualny wpływ Kempy na awanse lokalnych policjantów zbadała komisja śledcza. Odpowiedni projekt złożyli już w Sejmie.

Sprawa Igora Stachowiaka. „Newsweek” ujawnia zdjęcie Kempy

Wczoraj tematem oleśnicko-sycowskich znajomości szefowej kancelarii premiera zajął się „Newsweek”, który opublikował zdjęcie z jej wizyty w komendzie w Oleśnicy 22 maja. To skłoniło wreszcie Kempę do zabrania głosu. W wydanym po południu oświadczeniu przyznała, że owszem, z policjantami się spotykała, ale wyłącznie w sprawie rozwieszonych w sąsiedztwie jej biura poselskiego w Oleśnicy plakatów o „uwłaczającej treści”.

„Moja troska o to postępowanie wynikała przede wszystkim z dbałości o bezpieczeństwo pracownika i osób przebywających w biurze poselskim i w znacznej mierze związana była z wyczuleniem po tragicznym wydarzeniu w biurze poselskim w Łodzi. Tym bardziej że niemal na tym samym placu kilkanaście tygodni wcześniej dokonano rozboju” – napisała w przesłanym PAP oświadczeniu Beata Kempa. I dalej: „Jako mieszkanka powiatu oleśnickiego, tak jak każdy inny obywatel, mam prawo korzystać ze wszystkich instytucji, które znajdują się na terenie mojego miasta i powiatu. Manipulacją jest przekonywanie opinii publicznej, że wizyta na komendzie w moim powiecie ma związek z jakimikolwiek wydarzeniami we Wrocławiu, w tym również związanymi z decyzjami ministra spraw wewnętrznych i administracji w tym dniu”.

wyborcza.pl

Gdzie zamieszkają bezdomne dzieci? Ministerstwo nie chce matek z dziećmi w schroniskach

Ludmiła Anannikova, Agnieszka Urazińska, 13 czerwca 2017

Dzieci w schronisku dla bezdomnych kobiet im. św. Brata Alberta w Łodzi

Dzieci w schronisku dla bezdomnych kobiet im. św. Brata Alberta w Łodzi (Fot. Małgorzata Kujawka)

Schroniska dla bezdomnych alarmują, że ministerstwo zakazuje im przyjmowania matek z dziećmi. Powinny być umieszczane w domu samotnej matki. Problem w tym, że takie domy są w Polsce zaledwie 22, a bezdomnych dzieci jest 1,2 tys.

W schronisku dla bezdomnych kobiet Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Łodzi połowa mieszkańców to matki z dziećmi. Rocznie placówka przyjmuje ich ok. 70. Większość ucieka przed przemocą. Teoretycznie powinny przebywać w schronisku nie dłużej niż trzy miesiące, w rzeczywistości spędzają tam lata.

– Rekordzistka mieszka u nas z córką osiem lat. Najpierw musiała się rozwieść, poukładać sobie życie, a od trzech lat czeka na mieszkanie od miasta — mówi Małgorzata Ciołkowska, psycholog ze schroniska w Łodzi. I dodaje: – Właśnie dowiedzieliśmy się, że będzie zakaz przyjmowania dzieci do schronisk. Nie mam pojęcia, gdzie one mają się podziać.

Gdzie umieszczać bezdomne matki z dziećmi?

31 marca wojewodowie w całym kraju otrzymali od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej list z prośbą o zaktualizowanie bazy placówek dla osób bezdomnych. Zgodnie z nowelizacją ustawy o pomocy społecznej obecnie są one podzielone na trzy typy – schroniska dla bezdomnych, noclegownie i ogrzewalnie.

Przy okazji pojawił się problem, gdzie powinny być umieszczane matki z dziećmi i kobiety w ciąży. „Regulacje ustawy o pomocy społecznej nie przewidują, aby placówki noclegowe dla osób bezdomnych udzielały wsparcie dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży. Właściwymi placówkami (…) są domy dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży oraz specjalistyczne ośrodki wsparcia dla ofiar przemocy w rodzinie” – pisze resort. Dodaje, że nazwa placówki „schronisko dla bezdomnych kobiet z dziećmi” jest niedopuszczalna. „Właściwa powinna brzmieć: Dom dla samotnej matki z dzieckiem” – przekonuje.

CZYTAJ TAKŻE: Policzyli polskich bezdomnych. Wśród nich ponad tysiąc dzieci

Zdaniem Wielisławy Rogalskiej, prezes Towarzystwa im. św. Brata Alberta w Łodzi, zalecenia ministerstwa brzmią jak zakaz. – Krok niby dobry, bo wszyscy widzimy, że dzieci nie powinny mieszkać w schroniskach. Nie ma tam ani odpowiednich warunków lokalowych, ani atmosfery sprzyjającej rozwojowi małych dzieci. Tyle że ministerstwo nie proponuje nam żadnych rozwiązań, które w praktyce mają poprawić los bezdomnych dzieci w Polsce – mówi.

W Łodzi jest dom samotnej matki, ale mieszkają w nim tylko ciężarne i matki z dziećmi do 1. roku życia. Wolnych miejsc nie ma. – Nowe wytyczne bardzo nas martwią. Mamy miejsce dla 60 osób. Więcej nie możemy przyjąć. Na miejsce czeka u nas 10 ciężarnych i młodych matek – mówi siostra Magdalena Krawczyk, dyrektor Domu Samotnej Matki im. Stanisławy Leszczyńskiej w Łodzi.

Tylko 22 domy samotnej matki w całej Polsce

Podobne wątpliwości mają pracownicy schroniska dla kobiet w Zabrzu. Tutaj matki z dziećmi z reguły mieszkają przez rok, po czym są przenoszone do mieszkań readaptacyjnych, a dalej do socjalnych. – Na wprowadzenie zmian w rejestrze województwo dało nam cztery dni. Rozmawiamy z gminą, żeby przekształcić schronisko w dom samotnej matki, ale nie będzie to łatwe – mówi Jakub Wilczek z Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Zabrzu, prezes Ogólnopolskiej Federacji na rzecz Rozwiązywania Problemu Bezdomności. – Nie wystarczy sama zmiana nazwy. Dom Samotnej Matki ma inny standard, jest też inaczej finansowany – przez powiat, a nie gminę, jak schronisko. Z kolei jeśli do przekształcenia nie dojdzie, wojewoda nie wpisze naszej placówki do rejestru, a więc nie dostaniemy finansowania – dodaje Wilczek.
Federacja wystosowała stanowisko do ministerstwa, w którym apeluje, by zmiany zaczęły obowiązywać od 2020 r. Podkreśla, że domów samotnej matki jest w Polsce obecnie zaledwie 22 (dane na koniec 2016 r.), a bezdomnych dzieci w schroniskach – 1200. Razem z matkami mogą stanowić grupę nawet 2 tys. osób.

CZYTAJ TAKŻE: Co myślimy o bezdomnych? Że to lenie, że zasłużyli na swój los. Ale bezdomnych z wyboru nie ma, zawsze jest jakaś przyczyna

Aż w czterech województwach – kujawsko-pomorskim, lubelskim, opolskim i podlaskim – domów samotnych matek nie ma w ogóle. A więc tam również musi dojść do przekształcenia placówek.

„Część istniejących schronisk dla bezdomnych kobiet nie sprosta tym wymogom w tak krótkim czasie i będzie zmuszona do zaprzestania świadczenia usług bezdomnym matkom i dzieciom lub prowadzić działalność wbrew zaleceniom Ministerstwa” – podkreśla Federacja. Dodaje też, że wraz z przekształceniem schroniska w dom samotnej matki organizacje prowadzące placówkę stracą możliwość dofinansowania działalności z funduszy przeznaczonych na walkę z bezdomnością, w tym ministerialnego programu wspierającego rozwiązywanie problemu bezdomności, nie otrzymując nic w zamian.

Chcą się pozbyć bezdomnych dzieci ze statystyk

Wilczek uważa, że zamieszanie wokół bezdomnych matek z dziećmi nie jest wynikiem nowego prawa, tylko nowej interpretacji już istniejącego. – Przepisy ustawy o pomocy społecznej obowiązują od 2004 roku i nie zakazują umieszczania matek z dziećmi w schroniskach.
Zdaniem prezesa federacji ministerstwo wprowadza zmiany, bo chce się pozbyć bezdomnych dzieci ze statystyk. – Osoby mieszkające w domu samotnej matki nie są uznawane przez resort za bezdomne, mimo, że nadal nie mają zaspokojonych potrzeb mieszkaniowych. To, co robi ministerstwo, to próba schowania problemu pod dywan. Te osoby muszą mieć mieszkanie, powinny być z automatu obejmowane pomocą mieszkaniową.

CZYTAJ TAKŻE: Dzieci bezdomne w Polsce. Całe życie w schronisku. Reportaż z „Dużego Formatu”

Co na to ministerstwo? Przekonuje, że każdy powiat zgodnie z ustawą o pomocy społecznej musi prowadzić dom dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży. „Schronisko dla bezdomnych ma co prawda charakter uniwersalny i ustawa nie zabrania przebywania w nim bezdomnych matek z dziećmi, ale przebywanie dzieci w tego typu placówkach powinno mieć charakter krótkotrwały i dotyczyć tylko sytuacji szczególnych” – przekonuje resort.

Jak dodaje, w związku z programem „Za życiem” wprowadzono możliwość wsparcia finansowego w rozwoju sieci domów dla matek z dziećmi i kobiet w ciąży. „Zgodnie z postanowieniem programu w ramach wsparcia zadań własnych samorządów lokalnych planuje się utworzenie co najmniej 40 placówek (minimum po dwie placówki w województwie) oraz dofinansowanie istniejących domów dla matek z małoletnimi dziećmi i kobiet w ciąży. 1 czerwca 2017 r. ministerstwo zwróciło się do wojewodów o rozeznanie potrzeb finansowych w tym zakresie i zgłoszenie propozycji dofinansowania” – wyjaśnia resort.

wyborcza.pl

Jan Maciejewski: Dżuma i potop

Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński

Oran! Oran!” – wezwanie do udziału w cierpieniu, sygnał wysłany przez Alberta Camusa w czas i przestrzeń. „Dżuma” miała być sprawozdaniem z dramatycznej walki z absurdalnością zła; do tak wielkiej pokory w jego obliczu, że nawet nadzieja na zwycięstwo jest tu czymś nie na miejscu, objawem pychy.

 

Pojąć absurdalność świata, konieczność przegranej i mimo to wytrwać w oporze, który i tak nic nie zmieni – to przykazanie, którego przestrzegają „święci bez Boga”, bohaterowie powieści, dramatów i esejów Camusa.

Dżuma przychodzi spod ziemi. Szczury o zakrwawionych mordkach wychodzą z piwnic i kanałów, by umrzeć na powierzchni. Prawda tkwi zawsze w podziemiach. Tak jak w koncepcjach, które zdominowały europejską, a zwłaszcza francuską humanistykę w XX w. W marksizmie podziemiem była baza, w psychoanalizie – nieświadomość, w strukturalizmie – struktury myślenia i działania. Za każdym razem twórcy tych koncepcji zdawali się powtarzać credo, którym Zygmunt Freud otwierał swą najważniejszą pracę „Objaśnianie marzeń sennych” – fragment „Eneidy” Wergiliusza: „Gdy niebo mi oporne, piekło wzruszę do dna”.

W tej wizji cierpienie nigdy nie przynosi odkupienia. Zło – wojna, choroba, śmierć – może jedynie zawiesić wykonanie ostatecznego wyroku. „Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika. Może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony. Nadejdzie, być może, dzień, kiedy na nieszczęście ludzi dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście”. Camus zdaje sobie sprawę, że zło, które tkwi u spodu rzeczywistości zostanie tam na zawsze. To dlatego zwycięstwo w walce z nim jest niemożliwe. Może pozostawać niewidoczne, być może nawet uda się o nim na jakiś czas zapomnieć, ale spotkanie z nim, odparcie jego ataku, oznacza jedynie zawieszenie broni.

Camus jest najwybitniejszym przedstawicielem XX-wiecznego ateizmu. Nie tego naiwnego, antyklerykalnego jazgotu, który nie tyle nienawidzi religii, co boi się jej niezrozumiałej siły. Camus reprezentuje ateizm autentyczny; taki, którego źródłem jest cierpienie, nieumiejętność dostrzeżenia w nim jakiegokolwiek sensu. Ateizm, który jest świadomy tego, że pozostaje brakiem, który przepełnia poczucie pustki. Ateizm, który woli pozostać w tym mroku niż zdać się na naiwne teodycee; teorie, które uzasadniając istnienie zła, sankcjonują jednocześnie jego istnienie. To byłoby zdradą cierpienia ofiar zła, przejściem nad nim do porządku dziennego. To ateizm, który jest milczeniem człowieka w odpowiedzi na milczenie Boga.

To nie w szukaniu odpowiedzi na cierpienie, ale w samym sposobie doświadczania go tkwi odpowiedź na tak pojmowany ateizm. W chrześcijaństwie koniec przenika się z początkiem, zło z odkupieniem, śmierć z nowym życiem. Dlatego jednym z najważniejszych symboli tej religii jest woda. Kontakt z nią oznacza z jednej strony rozpad i zniszczenie, a z drugiej – regenerację. Potop jest siłą, która niszczy stary świat, ale jednocześnie niesie w sobie zarodki nowego życia. Identyczny mechanizm działa w przypadku pierwszego sakramentu chrześcijaństwa, chrztu. Jak pisał św. Jan Chryzostom: „Chrzest uprzytamnia nam śmierć, pogrzebanie, życie i zmartwychwstanie. Gdy zanurzamy głowę w wodzie jakby w grobie, stary człowiek zostaje zanurzony i cały pogrzebany; gdy wychodzimy z wody, jednocześnie ukazuje się nowy człowiek”.

Deszcz, który wywołuje potop, przychodzi z nieba, nie spod ziemi, jak dżuma. Ten sposób doświadczania cierpienia również, jak ateizm Camusa, zakłada milczenie człowieka, ale tym razem jest ono odpowiedzią na pytania, które Bóg zadał Hiobowi: „Gdzieś był, gdy zakładałem ziemię? Czyś w życiu rozkazał rankowi, wyznaczył miejsce jutrzence?”.

Tamto milczenie było buntem, to jest modlitwą. Oba pozostają równie trudne, gwałtowne i autentyczne. Ale tylko jedno z nich pozostawia człowiekowi nadzieję.

 

rp.pl

PiS walczy z kabaretem. Dowcipy mocno uwierają władzę

Newsweek Polska, 12.06.2017

© photo: Paranienormlani/Mariolka w SPA/screen/youtube

 

TVP 2 nie będzie w tym roku transmitować Mazurskiej Nocy Kabaretowej – informuje „Presserwis”. Impreza była obecna na antenie TVP2 od 1999 roku.

Podczas tegorocznej, 19. Mazurskiej Nocy Kabaretowej, która odbędzie się w sobotę 8 lipca w Mrągowie, wystąpią m.in. Ani Mru-Mru, Katarzyna Pakosińska, Kabaret pod Wyrwigroszem i Jerzy Kryszak.

Dwójka relacjonowała Mazurską Noc Kabaretową od pierwszej edycji, zorganizowanej w 1999 roku. Jak donosi „Presserwis” informację o rezygnacji TVP2 z transmitowania imprezy udało się potwierdzić już u organizatora, w Stowarzyszeniu Promocji Sztuki Kabaretowej „Paka”. Biuro prasowe TVP na razie nie skomentowało tych doniesień.

PiS rezygnuje z kabaretów

To kolejna impreza kabaretowa, z której zrezygnowała TVP 2. W 2016 roku ówczesny dyrektor anteny Maciej Chmiel zdecydował, że antena nie będzie transmitować Płockiej Nocy Kabaretowej, pokazywanej w telewizji publicznej przez siedem poprzednich lat.

Wtedy organizatorzy dowiedzieli się o odwołaniu transmisji na kilka dni przed imprezą, która odbywała się 1 maja. – Natomiast w środę 27 kwietnia dostałem z telewizji e-mail z informacją, że transmisji nie będzie. Nie podano żadnego powodu, nikt też ze mną na ten temat nie rozmawiał. Od wielu lat współpracuję z różnymi telewizjami, ale coś takiego zdarzyło się po raz pierwszy – mówił w rozmowie z press.pl Krzysztof Grzegocki. – Stwierdziłem, że Płocka Noc Kabaretowa jest nieprzygotowana. A skoro jest w takim stanie na kilka dni przed emisją na żywo, to zdecydowałem o zdjęciu tego programu z ramówki – tłumaczył wtedy Chmiel.

Zapytany o to, czy nie spodobały mu się kabaretowe żarty, dodaje: – Nie podobało mi się to, że scenariusz jest niekompletny, a moje uwagi są odrzucane. Dwójka to nie jest półka, na której każdy kładzie, co uważa. Położy to, co ja uznam za właściwe.

Kabarety wzięły na cel „dobrą zmianę”

TVP wydaje się szczególnie wyczulona na kabarety, które w ostatnim czasie wzięły sobie na cel „dobrą zmianę”. Podczas trzeciego dnia sopockiego Polsat SuperHit Festiwal pod koniec maja występy artystów zdominowały żarty z PiS i innych polityków.

– Jesteśmy w Operze Leśnej w Sopocie. Wytachali mnie na dowód do lasu. Jak widzicie las jeszcze stoi, czyli nie było tutaj ministra Szyszko – żartował Mariusz Kałamaga.

– Dobiło mnie, że padła ustawa o metropolii. Sopot byłby perełką Warszawy. A jaka by tu kasa przyszła! Przyjechałby Szyszko wyrżnąłby ten rachityczny las, tu dookoła byłby piasek i zrobiliby takie kanały napowietrzające. A tak to mamy w namiot w krzakach – kontynuował Jerzy Kryszak, którego słowa zostały przyjęte oklaskami.

Swoje trzy grosze do krytyki „dobrej zmiany” dorzucił też Kabaret Skeczów Męczących. W monologu pacjenta szpitala psychiatrycznego uderzył w czołowych polskich polityków. – Ja to lubię tego Antoniego, my to nadajemy na tych samych falach. Ja to się dziwię, że on ze mną nie siedzi! A TVP? Gdyby Hitler miał taką telewizję, to byśmy do dzisiaj nie wiedzieli, że jakaś wojna była! Jakie oni w ogóle mają myślenie w tych ministerstwach – żartowali członkowie KSM.

© Dostarczane przez Newsweek Polska

Oberwało się też Festiwalowi Polskiej Piosenki w Opolu, kolejnej imprezy TVP, która nie doszła do skutku, gdyż wycofali się z niej artyści. – Chcieliśmy zapowiedzieć, że nieodwołalnie kabareton odbędzie się w Sopocie, a nie w Kielcach. A także podziękować państwu, że wbrew powszechnie panującej modzie, nie zrezygnowaliście z udziału – mówiła ze sceny gospodyni wieczoru Ewa Błachnio, była członkini Kabaretu Limo.

Kabarety: symbol upadku telewizji

Sam prezes TVP również nie urywa, że kabaretów nie lubi. – Nie będę np. ukrywał, że żarty z tragedii smoleńskiej w kabaretach uważam za niedopuszczalne. To nie jest sprawa, która powinna śmieszyć. (…) Programy kabaretowe, które do tej pory bardzo obficie Polakom serwowano, to – z wyjątkami – symbol upadku telewizji publicznej – mówił w ubiegłym roku Jacek Kurski. – Lata schlebiania niskim gustom zrobiły swoje, ale musimy mieć ambicję podniesienia kultury masowej do elementarnego poziomu estetyki – dodał prezes TVP.

msn.pl

Kadry decydują o wszystkim, czyli jak elity wierne PiS zastępują układ [ANALIZA]

Dziennik.pl, Agnieszka Pokojska, Tomasz Żółciak, Tomasz Jóźwik, Mariusz Szulc, Małgorzata Kryszkiewicz, Emilia…, 13.06.2017

Jarosław Kaczyński© Shutterstock Jarosław Kaczyński

 

Partia w ekspresowym tempie wymienia kluczowych urzędników i menedżerów. Zbadaliśmy skalę tego zjawiska.

Polski model administracji ma – w teorii – zapewniać ciągłość zarządzania krajem. Urzędnicy realizują zadania powierzane im przez ministrów, wojewodów i szefów urzędów centralnych, niezależnie od ugrupowania politycznego, które reprezentują. W praktyce jednak politycy wybierają osoby zaufane i lojalne. Zmiana władzy oznacza zmianę państwowych kadr. Obecna władza dokonuje w tej kwestii rewolucji.

1. Administracja publiczna – bez konkursów

PiS po wyborach zmienił ustawę o służbie cywilnej. Od 23 stycznia 2016 r. dyrektorów i ich zastępców w administracji rządowej, w tym m.in. ministerstwach i urzędach wojewódzkich, wybiera się nie w konkursach, ale powołuje w trybie kodeksu pracy. Zmiana objęła ok. 1,5 tys. wyższych stanowisk w służbie cywilnej. Na początku wymieniono ponad 200 dyrektorów.

I nie miało znaczenia, że pozbawia się stanowisk doświadczonych urzędników.

Pracowałem na stanowisku dyrektorskim od lat 90., a w urzędzie wojewódzkim od początku, czyli od stycznia 1999 r. Niestety, w ubiegłym roku zostałem na mocy zmienionych przepisów odwołany – mówi Andrzej Tokarski, były dyrektor wydziału prawnego w Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim.

Konkursy może nie były doskonałe, ale dzięki nim kandydat, chcąc nie chcąc musiał się wykazać jakąś minimalną wiedzą. Obecnie nikt tego nie weryfikuje. Na tym może tylko ucierpieć jakość funkcjonowania administracji – komentuje prof. Jolanta Itrich-Drabarek, dyrektor Centrum Studiów Samorządu Terytorialnego i Rozwoju Lokalnego Uniwersytetu Warszawskiego.

Problemem jest też to, że ograniczono dostęp do służby publicznej. Obywatel nie może ubiegać się o stanowisko dyrektorskie. Nie ma konkursów, więc nie ma informacji, że minister lub wojewoda poszukuje osoby z określonymi doświadczeniami i kompetencjami. O obsadzie decyduje szef urzędu, wybierając osobę wedle sobie znanych kryteriów – np. spośród grona partyjnych kolegów. Doświadczenie w administracji nie jest już warunkiem koniecznym, wystarczy mieć wyższe wykształcenie i nie być karanym.

Beata Kempa, szefowa kancelarii premiera, przekonywała w ubiegłym roku, że tymi metodami jej ekipa chce rozbić szklany sufit. Tłumaczyła, że urzędnicy byli dotąd zatrudniani na podstawie różnych pragmatyk służbowych, a także kodeksu pracy. A to jej zdaniem rodziło chaos. – Takie rozwiązanie jest uczciwsze niż udawanie, że będzie przeprowadzony fikcyjny konkurs, do którego zgłosi się wiele osób, a i tak z góry będzie wiadomo, kto zostanie szefem – mówi prof. Bogumił Szmulik, ekspert ds. administracji publicznej z UKSW.

2. Prokuratura – Ziobro decyduje o kadrach

Manewry kadrowe w prokuraturze rozpoczęły się jeszcze przed formalnym przywróceniem unii personalnej ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Widmo upolitycznienia i ręcznego sterowania śledztwami skłoniło do odejścia z zawodu wielu doświadczonych oskarżycieli. Tylko do końca ubiegłego roku mogli to zrobić na starych, korzystniejszych niż dziś zasadach. Jeszcze przed 4 marca 2016 r., czyli dniem wejścia w życie kontrowersyjnej reformy prokuratury, wnioski o przejście na emeryturę złożyło 151 śledczych, zaledwie o siedmiu mniej niż w całym 2015 r. Jak wynika z danych Prokuratury Krajowej, od początku 2016 r. służbę opuściło łącznie 391 prokuratorów (spośród 6 tys. wszystkich), w tym 78 z powodów zdrowotnych, przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Dzięki nowej ustawie o prokuraturze minister Zbigniew Ziobro został też prokuratorem generalnym i uzyskał w zasadzie nieograniczoną swobodę doboru i weryfikacji kadr. Pierwszymi jej ofiarami zostali śledczy z nieistniejącej już Prokuratury Generalnej i prokuratur apelacyjnych, w tym byli zastępcy pierwszego i ostatniego niepartyjnego PG Andrzeja Seremeta – Marzena Kowalska i Marek Jamrogowicz. Na mocy nowych przepisów Zbigniew Ziobro zesłał ich do pracy na pierwszej linii, choć ze starym tytułem zawodowym i na dotychczasowych zasadach wynagradzania. Spora część zdegradowanych nie miała złudzeń, że to kara za to, że w przeszłości narazili się nowemu szefowi. Najgłośniejszy transfer z PG do jednostki rejonowej zaliczył Krzysztof Parchimowicz, współtwórca wydziałów ds. przestępczości zorganizowanej (tzw. pezetów), który wbrew koncepcji Ziobry przeforsował przeniesienie ich do prokuratur apelacyjnych z Prokuratury Krajowej. Dziś zawiaduje największą i jedyną organizacją prokuratorską (Lex Super Omnia) otwarcie krytykującą politykę dobrej zmiany. W ramach kadrowej rewolucji na niższe stanowiska służbowe zostało skierowanych w zeszłym roku łącznie 108 śledczych. Opuszczone miejsca zajęli śledczy wylansowani przez pierwszy rząd PiS. Wierchuszkę prokuratury tworzą ci związani ze stowarzyszeniem „Ad Vocem”. Z niewielkiej organizacji śledczych, odstawionych na boczny tor za czasów Seremeta, wywodzi się m.in. prokurator krajowy Bogdan Święczkowski, a także zastępcy PG Krzysztof Sierak i Robert Hernand czy dyrektor biura prezydialnego PK Przemysław Funiok. Do centrali trafił też Marek Pasionek, odpowiedzialny tam za nadzór nad śledztwem w sprawie katastrofy smoleńskiej (kierował nim już w 2010 r. z ramienia stołecznej prokuratury wojskowej). Kojarzeni z PiS śledczy opanowali również wiele stanowisk kierowniczych w jednostkach prokuratury wyższego szczebla i przeprowadzili w nich lokalne rewolucje kadrowe. Najwyraźniej to widać w Katowicach, uważanych za matecznik ziobrystów. Na czele jednostki regionalnej stanął tam – podobnie jak przed ponad dekadą – Tomasz Janeczek, znany m.in. z wywierania na podwładnych nacisków w sprawie zatrzymania Barbary Blidy.

3. Sądy – czy Temida musi być z PiS?

Pewni swojego losu nie mogą być też prezesi i wiceprezesi sądów, przewodniczący wydziałów oraz ich zastępcy, kierownicy sekcji, wizytatorzy oraz dyrektorzy sądów – łącznie grubo ponad tysiąc osób. Wszystko przez dwie ustawy, które dają ministrowi sprawiedliwości nieograniczoną swobodę decydowania o tym, kto będzie kierował tymi instytucjami.

Zmiany te mogą mieć jeden cel: minister chce obsadzić najwyższe stanowiska funkcyjne swoimi ludźmi, niekoniecznie takimi, którzy będą się podobali środowisku – mówi Sławomir Pałka, członek Krajowej Rady Sądownictwa.

Najszybciej czystki mogą dotknąć dyrektorów sądów. Ustawa, która pozwala ministrowi w dowolny sposób zmieniać osoby pełniące tę funkcję, weszła w życie 4 maja. Nie trzeba już stawać do konkursu, żeby objąć to stanowisko – teraz to wyłącznie od ministra sprawiedliwości zależy, kto będzie zarządzał finansami sądów. Zgodnie z nowym prawem o ustroju sądów powszechnych dyrektor finansowy sądu służbowo podlega dziś bezpośrednio ministrowi sprawiedliwości, a nie – jak wcześniej – prezesowi swojego sądu. Z ustawy znikają enumeratywnie wskazane przesłanki mówiące o tym, kiedy można zakończyć współpracę z menedżerem. W tym kontekście pojawiają się zarzuty niekonstytucyjności.

W drugiej kolejności pod ministerialny nóż mogą pójść prezesi i wiceprezesi sądów. Procedowany w Sejmie projekt ustawy daje ministrowi prawo ich odwołania (w ciągu sześciu miesięcy od wejścia jej w życie). Powołując nowych, nie będzie się już musiał liczyć z opinią środowiska sędziowskiego. Wyłonieni w ten sposób przez Ziobrę prezesi będą mieli kolejne sześć miesięcy, aby dokonać przeglądu podlegających im sędziów – przewodniczących wydziałów, ich zastępców, kierowników sekcji i wizytatorów. A gdy dojdą do wniosku, że istnieje taka potrzeba, będą mogli ich odwołać z funkcji.

Nie można być naiwnym. Ten przepis to po prostu zielone światło dla prezesów powołanych przez ministra do dokonania dalszych czystek w sądach – kwituje Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.

Na wykończeniu są również prace nad zmianami w ustawie o Krajowej Radzie Sądownictwa. Przewiduje ona skrócenie kadencji 15 członków tego organu, którzy są jednocześnie sędziami. Zastąpić ich mają osoby wybrane nie przez środowisko sędziowskie, jak to było dotychczas, a przez Sejm. Posłowie wprowadzili też poprawkę, która umożliwi wymianę całej, liczącej ponad 60 osób, kadry zatrudnionej w biurze KRS. Chcą, by kierownictwo rady wybranej według nowych zasad mogło przedstawić w pół roku szefowi oraz pracownikom biura nowe warunki pracy i płacy. Jeżeli tego nie zrobi, stosunki pracy ulegną rozwiązaniu.

4. Skarbówka – połowa naczelników wymieniona

Poważne zmiany kadrowe zaszły także w skarbówce. Trudno do końca oszacować ich skalę z uwagi na utworzenie od 1 marca 2017 r. Krajowej Administracji Skarbowej. Reforma zmieniła w rewolucyjny sposób strukturę skarbówki. Przed 1 marca 2017 r. w jej ramach funkcjonowały izby i urzędy skarbowe, urzędy kontroli skarbowej oraz izby i urzędy celne. Teraz w ramach jednolitej KAS działają izby administracji skarbowej (IAS), którym podlegają urzędy skarbowe i urzędy celno-skarbowe. Przy okazji zmiany struktury doszło do wymiany na stanowiskach kierowniczych. Z informacji przesłanych nam przez izby administracji skarbowej (wcześniej izby skarbowe) wynika, że dotknęło to większość stanowisk kierowniczych, szczególnie dyrektorów i ich zastępców. Nowych jest 15 na 16 dyrektorów IAS (wyjątkiem jest izba w Opolu, gdzie zmian kadrowych było najmniej).

Nasi rozmówcy zatrudnieni w zreformowanej skarbówce przyznają jednak, że spodziewali się tego. – Za PO w podobny sposób wymieniono 14 na 16 dyrektorów – przypomina nasz informator, pracujący w urzędzie skarbowym.

Z zebranych przez nas informacji wynika, że od objęcia władzy przez nowy rząd wymieniono ponad połowę naczelników urzędów skarbowych (w sumie jest ich 400) i ok. 40 proc. ich zastępców. Najwięcej zmian było w urzędach województwa mazowieckiego, gdzie na 52 naczelników wymieniono 32, małopolskiego (19/28), lubelskiego (16/22), wielkopolskiego (30/39), warmińsko-mazurskiego (13/16), lubuskiego (8/14). Najmniej zmian było w urzędach podległych wrocławskiej izbie (4/34) i katowickiej (8/37).

Potwierdza to nasz rozmówca, który zwraca uwagę, że skala zmian dobrze pokrywa się z mapą polskich zaborów. – Im dalej na wschód, tym zmian jest więcej – zauważa. Co się dzieje z odwoływanymi? – W najlepszym przypadku są przerzucani z jednego miejsca na drugie. Znacznie częściej otrzymują propozycję pracy na niższych stanowiskach, głównie jako starsi komisarze skarbowi w dziale analiz i planowania – twierdzi rozmówca.

Problemy mają nawet urzędnicy służby cywilnej, którzy zgodnie z ustawą powinni otrzymać propozycję pozostania w KAS na stanowiskach odpowiadających ich doświadczeniu i umiejętnościom. – Wydaje się, że mogłoby chodzić o stanowiska kierownicze, ale nie zawsze tak jest. Znam co najmniej dwa przypadki, gdy propozycja ze strony KAS zachęciła urzędników do wniesienia sprawy do sądu – dodaje pracownik US.

5. Wojsko – 30 generałów mniej

Przetartą ścieżką poszedł również szef resortu obrony narodowej, który przygotował nowelizację ustawy o Agencji Mienia Wojskowego. Uchwalona w październiku 2016 r. zakłada odstąpienie od konkursów na stanowiska prezesa AMW, jego zastępców i dyrektorów oddziałów regionalnych. Przy okazji przeprowadzono także zmiany, które dają szefowi MON możliwość szybszego awansowania żołnierzy na kolejne stopnie wojskowe. W resorcie obrony wiele osób na stanowiskach wojskowych zostało przeniesionych do rezerwy kadrowej, a część żołnierzy zajmujących kierownicze stanowiska sama zdecydowała się na odejście, nie zgadzając się z polityką obecnego szefa MON. W efekcie na ok. 80 generałów za rządów obecnego ministra odeszło już 30. Z armią pożegnało się także ponad 200 z ok. 1,5 tys. pułkowników.

To doświadczone osoby. Szef resortu powinien czerpać z ich wiedzy i doświadczenia przy podejmowaniu kluczowych decyzji, a nie sugerować się własnymi, często sprzecznymi wizjami – komentuje gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. – Trudno jest łatać dziury po doświadczonych generałach pułkownikami – dodaje.

Ryszard Walczak, działacz PiS i znajomy ministra, a także były członek założonego przez Macierewicza Ruchu Chrześcijańsko-Narodowego Akcja Polska, otrzymał posadę w Wojskowym Instytucie Technicznym Uzbrojenia. Jednocześnie szef MON chętnie korzystał z dobrodziejstw nowelizacji ustawy o służbie cywilnej. Dzięki likwidacji konkursów mógł bez problemów wymienić większość dyrektorów departamentów w ministerstwie – na 23 tylko 11 kierowników ocaliło posady.

6. Policja – ruch jak na skrzyżowaniu

Nowy minister spraw wewnętrznych i administracji odwołał szefa policji generała inspektora Krzysztofa Gajewskiego powołanego przez rząd PO-PSL. Jego miejsce zajął inspektor Zbigniew Maj. Funkcję pełnił zaledwie dwa miesiące, ale zdążył wymienić niemal wszystkich komendantów wojewódzkich. 13 kwietnia 2016 r. zastąpił go nadinspektor Jarosław Szymczyk – jedyny komendant wojewódzki, którego Maj nie zdążył zdymisjonować.

W zeszłym roku MSWiA zdecydowało też, że po 31 grudnia 2016 r. osoby zatrudnione w przeszłości w Milicji Obywatelskiej nie będą zajmować stanowisk kierowniczych w policji. 31 grudnia 2016 r. w policji było 2876 funkcjonariuszy, którzy rozpoczęli służbę przed 6 kwietnia 1990 r. (to data powołania policji). Spośród nich 474 zajmowało stanowiska kierownicze – musieli odejść. W 2016 r. ze służby zwolniono w sumie 3989 policjantów, a w pierwszym kwartale tego roku już 1912.

Sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Pod koniec maja NSZZ Policjantów przedstawił wyniki sondy przeprowadzonej na stronie internetowej Zarządu Głównego. Prawie 88 proc. anonimowych respondentów uznało, że zmiany w policji zmierzają w złym kierunku. „2084 głosy na 2375 głosów oddanych to już nie sygnał, że źle się dzieje, ale wręcz czerwona kartka dla obecnych władz resortu” – wynika z komunikatu NSZZ Policjantów.

7. Spółki Skarbu Państwa – Małgorzata sprawdzi się w biznesie

W spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa od 1,5 roku trwa permanentna wymiana kadr. Najpierw PiS pozbywał się menedżerów kojarzonych z poprzednią koalicją, teraz o wpływy w państwowych firmach walczą różne frakcje rządzącego obozu.

Pierwszy etap wymiany kadr symbolicznie zakończyło odwołanie Pawła Olechnowicza. Szef Lotosu, drugiego po Orlenie największego koncernu paliwowego w Polsce, stracił – po 12 latach – stanowisko prezesa zarządu w kwietniu zeszłego roku. Przetrwał sześciu premierów, utrzymał się na stanowisku, także po zwycięskich dla PiS wyborach w 2005 r. Symboliczny był również następca – został nim Robert Pietryszyn, przyjaciel Adama Hofmana, byłego rzecznika PiS. Choć formalnie Hofman nie sprawował żadnej funkcji w rządzie, to wpływy zapewniała mu znajomość z szefem resortu skarbu Dawidem Jackiewiczem, z którym budował struktury PiS we Wrocławiu. Nim zapadła decyzja o dymisji „niezatapialnego” Olechnowicza, wymienieni zostali niemal wszyscy prezesi najważniejszych kontrolowanych przez państwo firm, z wyjątkiem Zbigniewa Jagiełły – prezes PKO BP, największego krajowego banku, dobry znajomy ministra rozwoju Mateusza Morawieckiego utrzymał stanowisko.

Dla porównania: w ciągu sześciu miesięcy od objęcia władzy przez SLD (wybory 2002), Prawo i Sprawiedliwość (2005) i Platformę Obywatelską (2007) prezesi byli wymieniani w mniej więcej połowie państwowych spółek. Tym razem miotła sprzątała dużo dokładniej – wymienione zostały całe zarządy i rady nadzorcze. Ukłonem w stronę członków PiS wywodzących się jeszcze z Porozumienia Centrum było mianowanie szefem Orlenu Wojciecha Jasieńskiego, przyjaciela Jarosława Kaczyńskiego. Prezesem PZU, największego krajowego ubezpieczyciela, został Michał Krupiński, kojarzony z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Zdzisław Filip, kolega z podstawówki premier Beaty Szydło, został szefem Tauron Wydobycie, spółki z grupy kapitałowej jednej z największych krajowych spółek energetycznych. Z kolei prezesem KGHM mianowany został Krzysztof Skóra, kojarzony z Adamem Lipińskim, wiceprezesem PiS. Każda z liczących się w obozie władzy grup otrzymała swój kawałek tortu. Ale jednocześnie zbyt wiele stanowisk Jackiewicz obsadzał ludźmi łączonymi z nim samym lub Adamem Hofmanem. Taką łatkę przypięto m.in. prezesowi Energii Dariuszowi Kraśkowowi czy Mariuszowi Boberowi, szefowi Grupy Azoty, największej krajowej firmy chemicznej.

We wrześniu 2016 r. minister Jackiewicz został zdymisjonowany, a z końcem roku zniknął też jego resort. Nadzór nad 432 spółkami z udziałem Skarbu Państwa został rozdzielony między dziesięciu ministrów. Ruszyła druga tura kadrowej karuzeli. W KGHM Skórę zastąpił Radosław Domagalski-Łabędzki, wiceminister rozwoju. Czołowy producent miedzi na świecie nie jest jedyną kontrolowaną przez państwo firmą, która w ciągu ledwie kilkunastu miesięcy miała trzech prezesów. W tej grupie znalazły się także Energa, Grupa Lotos czy PZU. Nadzór nad największym krajowym ubezpieczycielem, gdzie o wpływy walczył wicepremier Mateusz Morawiecki ze Zbigniewem Ziobrą, przejęła premier Beata Szydło. W efekcie do rady nadzorczej Banku Pekao, nad którym kontrolę na początku czerwca przejęło PZU, trafiła m.in Sabina Bigos-Jaworowska, dyrektor Zespołu Opieki Zdrowotnej w Oświęcimiu, bliska znajoma Beaty Szydło. Przed nominacją Bigos-Jaworska nie pracowała w branży finansowej. Pozostałe stanowiska w organie nadzoru drugiego pod względem wartości aktywów banku w Polsce także obsadzone zostały kandydatami, których merytoryczne przygotowanie – z wyjątkiem Pawła Surówki, prezesa PZU – wzbudziło wątpliwości ekspertów. Podobnie jak kandydatura Małgorzaty Sadurskiej na stanowisko wiceprezesa zarządu PZU. Jeszcze w zeszłym tygodniu była szefową Kancelarii Prezydenta.

Przykładem dobrze obrazującym skalę zmian w firmach kontrolowanych przez państwo jest Giełda Papierów Wartościowych, która przez 24 lata od powstania miała czterech prezesów i uchodziła za spółkę, gdzie polityka nie ma wstępu. Tymczasem od początku zeszłego roku prezesów było już trzech. W efekcie walki o kontrolę nad firmą między Mateuszem Morawieckim i frakcją kojarzoną z Adamem Glapińskim, szefem NBP, nominację wybranego przez walne zgromadzenie akcjonariuszy na prezesa Rafała Antczaka zablokowała Komisja Nadzoru Finansowego. Rada nadzorcza firmy oddelegowała do pełnienia funkcji prezesa Jarosława Grzywińskiego. Kiedy w czerwcu skończy się jego delegacja, GPW z dużym prawdopodobieństwem będzie miała kolejnego prezesa. To samo może spotkać inne państwowe spółki po spodziewanej rekonstrukcji rządu.

Pełny raport czytaj na Forsal.pl

msn.pl

Aborcja wraca do Sejmu. Znów trzeba ratować kobiety

Paweł Kośmiński, Michał Wilgocki, 13 czerwca 2017

Czarny Protest w Warszawie.

Czarny Protest w Warszawie. (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Przeciwnicy prawa do przerywania ciąży i Episkopat znów chcą zaostrzenia przepisów dotyczących aborcji. W odpowiedzi inicjatywa „Ratujmy kobiety” przygotowuje projekt liberalizacji.

Jesienią w Sejmie możliwa jest powtórka z ubiegłego roku, kiedy posłowie debatowali nad dwoma projektami. Pierwszy autorstwa Ordo Iuris całkowicie zakazywał aborcji i dopuszczał kary za „zabójstwo prenatalne” dla kobiet. Drugi, koalicji walczącej o prawa kobiet pod hasłem „Ratujmy kobiety”, przewidywał liberalizację przepisów.

Oba zostały odrzucone: projekt liberalizacyjny w pierwszym czytaniu, projekt Ordo Iuris – po fali ogólnopolskich protestów.

Jeszcze w październiku ubiegłego roku Jarosław Kaczyński mówił, że nie ma możliwości powrotu do całkowitego zakazu aborcji, ale nie wykluczał zmiany przepisów. Twierdził, że kobiety powinny rodzić dzieci nawet mocno zdeformowane i skazane na śmierć, by mogły zostać ochrzczone.

Przeciwnicy aborcji znów chcą zaostrzenia przepisów

Fundacja Życie i Rodzina ma gotowy projekt, który zakazuje aborcji w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Po wakacjach rozpocznie zbieranie podpisów. – Chcemy skończyć z dyskryminacją eugeniczną. Projekt zakłada zakaz aborcji w przypadku stwierdzenia u dziecka prenatalnie wady genetycznej bądź choroby – mówi „Wyborczej” Kaja Godek z fundacji. – Nie są to wielkie zmiany w przepisach, ale pozwolą zmienić państwo z takiego, które morduje dzieci niepełnosprawne, w państwo bardziej im przyjazne.

Dotychczasowe projekty tzw. obrońców życia zmierzały do całkowitego zakazu aborcji. Jak mówi Godek, ten nie zmienia nic w przepisach dotyczących karania za aborcję (obecnie karany jest lekarz, matka nie).

CZYTAJ TAKŻE: Prof. Płatek: Aborcja powinna być legalna, bezpieczna i rzadka

Rzeczniczka PiS Beata Mazurek nie chce komentować założeń projektu. – Nie znam go – mówi nam. Ale już na początku kwietnia zielone światło dla takiej inicjatywy dał Jarosław Kaczyński. W wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” ocenił, że „zakaz aborcji eugenicznej ma szanse na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie”. „PiS w żadnym wypadku nie wycofuje się z dążenia do zakazu aborcji z powodu choroby dziecka” – mówił. Ale chciałby uniknąć „tak ostrych protestów, jak miało to miejsce jesienią”.

Inicjatywę poparł Episkopat. „Biskupi podtrzymują wołanie o pełną ochronę dzieci poczętych jako konstytucyjne prawo do życia” – czytamy w komunikacie wydanym po ostatnim zebraniu plenarnym. Duchowni podkreślają, że zapoznali się już z inicjatywą, „polecają ją modlitwie” i „popierają zbieranie podpisów”.

Będzie też projekt liberalizujący prawo aborcyjne

W odpowiedzi komitet „Ratujmy kobiety” znów będzie zbierał podpisy pod projektem ustawy liberalizującej prawo aborcyjne. – Nie możemy dopuścić do tego, żeby znowu w Sejmie było słychać tylko głos prawicy i biskupów – mówi Barbara Nowacka.

W poniedziałek Inicjatywa Polska Nowackiej zwołała spotkanie organizacji wchodzących w skład komitetu, zaprosiła także partie: Razem, Nowoczesną i PO. Nowacka zaproponowała, by w projekcie oprócz aborcji i edukacji seksualnej znalazła się dostępność antykoncepcji awaryjnej i finansowanie in vitro.

Podejście do liberalizacji przepisów aborcyjnych będzie sprawdzianem dla Nowoczesnej i Platformy. Obie partie deklarują udział w rozmowach. Ale z jasną deklaracją poparcia czekają, aż „Ratujmy kobiety” przedstawi szczegóły. Razem popiera wszystkie wymienione przez Nowacką postulaty i włączy się w zbiórkę podpisów.

Koalicja „Ratujmy kobiety” chce rozpocząć zbiórkę podpisów i złożyć projekt w tym samym czasie co fundacja Życie i Rodzina. – W ten sposób, zgodnie ze zwyczajem parlamentarnym, oba powinny być rozpatrywane razem – mówi Nowacka.

wyborcza.pl

Państwowe spółki pozywają instytuty Lecha Wałęsy. Chcą zwrotu darowizn

Katarzyna Włodkowska, 13 czerwca 2017

Rok 2012. Premiera filmu 'Wałęsa. Człowiek z nadziei' Od lewej Rafał Czyżewski, ówczesny prezes Energa Operator i Mirosław Bieliński, ówczesny prezes Energa SA

Rok 2012. Premiera filmu ‚Wałęsa. Człowiek z nadziei’ Od lewej Rafał Czyżewski, ówczesny prezes Energa Operator i Mirosław Bieliński, ówczesny prezes Energa SA (Wojciech Jakubowski/KFP/Materiały prasowe Grupy ENERGA)

Państwowe spółki kwestionują umowy podpisywane z instytutami Lecha Wałęsy. Pierwsza właśnie odniosła sukces: gdański sąd okręgowy zasądził 824 tys. zł na rzecz koncernu Energa.

Gdańska Energa zarzuciła dawnej Fundacji Lecha Wałęsy, że nie zrealizowała świadczeń marketingowych, do których zobowiązała się w 2013 r., przyjmując 670 tys. zł zaliczki z dotacji na łączną kwotę 700 tys. zł.

– Środki miały być przeznaczone na remont zabytkowej willi Gabriela Narutowicza w Warszawie i urządzenie tam biblioteki – mówi Adam Kasprzyk, rzecznik prasowy Grupy Energa. Gdański sąd stwierdził, że fundacja nie wywiązała się z umowy, dlatego oprócz 824 tys. zł (z odsetkami od 1 stycznia 2016 r.) musi ponieść też koszty procesowe w wysokości 55 tys. zł. Wyrok jest nieprawomocny.

Fundacją, która dziś nosi nazwę Światowe Centrum Pokoju, od 2014 r. kieruje Mieczysław Wachowski. To wieloletni przyjaciel Lecha Wałęsy, w latach 80. jego kierowca i asystent, w czasach prezydentury szef gabinetu. – Złożymy apelację od wyroku gdańskiego sądu – poinformowało nas biuro fundacji.

Według nieoficjalnych informacji o zwrot darowizn wystąpiły też PKO BP i KGHM. Biuro fundacji twierdzi jednak, że „nic na ten temat nie wie”.

PZU i PKN Orlen chcą 1,7 mln zł od Fundacji Instytut Lecha Wałęsy

Kłopoty ma też inna organizacja związana z byłym prezydentem – Fundacja Instytut Lecha Wałęsy, którą do jesieni 2016 r. również kierował Wachowski. Jego następcą, który miał zrobić porządek z finansami, został były prezes Trybunału Konstytucyjnego Jerzy Stępień. Zwrotu darowizn domagają się m.in. PZU i PKN Orlen. Może chodzić nawet o 1,7 mln zł. Roszczenia dotyczą umów z kilku lat, a jedna z nich mówiła o utworzeniu internetowej biblioteki, która jednak nie powstała.

– Trwają negocjacje – mówi „Wyborczej” Jerzy Stępień. – Do czasu ich zakończenia nie chciałbym mówić o szczegółach.

Wcześniej prezes instytutu powiedział Radiu ZET, że „zaciągano pewne zobowiązania, ale następnie ich nie wykonywano”. A środki otrzymane na wykonywanie tych zobowiązań poszły na utrzymanie instytutu lub pensje. Pytany, czy za długi wini swojego poprzednika Mieczysława Wachowskiego, Stępień odpowiedział wymijająco: „Sam się podał do dymisji”.

225 tys. zł nagrody dla Mieczysława Wachowskiego

W środę Zetka opublikowała również uchwały rady nadzorczej instytutu, z których wynika, że w 2015 r. 225 tys. zł z grantów poszło na nagrody dla Mieczysława Wachowskiego. Został doceniony m.in. „za wyjątkowe dokonania”. Jerzy Stępień, wówczas członek rady nadzorczej ILW, odmawia komentarza na ten temat i mówi „Wyborczej”, że odniesie się do nagród pod koniec czerwca, kiedy to będą już znane wyniku audytu w instytucie.

– Mietek dostał te pieniądze, bo załatwił od sponsorów 2 mln zł – twierdzi Jerzy Borowczak, poseł PO, członek rady Fundacji Instytut Lecha Wałęsy. – Umowa była taka, że nie pobiera wynagrodzenia, stąd nagroda za skuteczność.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: