PiS osiągnął pożądany stan Polski: naród w galarecie

PiS osiągnął pożądany stan Polski: naród w galarecie

Polak jest coraz bardziej podszyty strachem, czuje cykora. Sondaż CBOS o strachu Polaków przed wypowiadaniem się o polityce przemknął bez większej refleksji. Źle się dzieje w narodzie, który drży. Taki naród jest nietwórczy, a apatia pogrąża w depresji.

Czy Polska jest już w depresji? Czy władza osiągnęła zamierzony stan wszelkich zamordystów, iż nie muszą szanować, wystarczy, że się ich boją.

Polacy niestety boją się. 58 proc. badanych wyraziło się, iż rozmawiając o polityce „trzeba się mieć na baczności”. Tylko 37 proc. nie boi się. Porównanie z rokiem 1993 wypada dramatycznie i jest odwrotnością stanu dzisiejszego. Wówczas tych, którzy nie bali się gęby otworzyć i mówić o polityce było dwukrotnie więcej, niż bojących się, stosunek ten wynosił 60:33.

PiS osiągnął to, co chciał. Naród w galarecie. Interpretować te dane można na różne sposoby. To, iż Polak boi się mówić o polityce, bo podziały są ogromne i od razu może sobie zrobić w towarzystwie wrogów, a w rodzinie może dojść do kłótni, wśród małżonków zaś do rozwodu.

Jednak to z tej mniejszości, nie bojącej się polityki, tworzy się społeczeństwo obywatelskie, ale i ono jest zastraszane na wszelkie sposoby, jak ostatnio kobiety, gdy po Czarnym Wtorku nastąpiła czarna środa. Do siedzib organizacji kobiecych w Warszawie, Zielonej Górze, Łodzi, Lublinie i Gdańsku bez zapowiedzi weszła policja, skonfiskowała komputery, dyski i dokumenty.

Portal OKO.press przywołuje znamienne zdarzenie, które może uchodzić za alegoryczny obrazek, co z narodem wyprawia PiS. Przykład Moniki Tichy „Pacyfki”, która przeszła przemianę genderowo-polityczną i została odrzucona przez ojca. „Zamiast ręki podał mi różaniec” – zwierzyła się portalowi.

Analiza danych CBOS wskazuje, że to strach polityczny obezwładnia społeczeństwo. Obecne dane statystyczne są bliskie tym z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy dogorywała komuna. Teraz PiS zastąpił komunę.

Ciekawe są dane na temat strachu wśród wyborców konkretnych partii. Pisowcy nie boją się w 55 proc., boi się zaś 42 proc. Ale wśród wyborców pozostałych partii przeważają ci, którzy się boją. Najbardziej wśród elektoratu PO i Nowoczesnej, stosunek bojących się do niebojących w tych partiach kształtuje się odpowiednio: 25:69 i 23:77.

Przyczynę bojaźni Polek i Polaków oddaje sondaż o łamaniu Konstytucji. Tylko 28 proc. uważa, że Konstytucja jest przestrzegana. Jeżeli władza nie przestrzega Konstytucji, to nie przestrzega praw obywatelskich, więc jest czego się bać.

PiS osiągnął pożądany przez siebie stan społecznej bojaźni: naród w galarecie.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Odpryski „dobrej zmiany”

Odpryski „dobrej zmiany”

Codziennie doświadczamy skutków radosnej twórczości podstarzałych uliczników, zabawiających się Polską.

W czasach poprzedniego reżimu na trasach pochodów i w rejonach manifestacji malowano zmurszałe tynki domów, ale tylko od strony ulicy – i nikomu nie przeszkadzało, że farba odpadała płatami już po tygodniu. Reżim obecny, czerpiący garściami z doświadczeń PRL-u, również specjalizuje się w malowaniu lakierem po rdzy, nie bacząc na nieuchronne odpryski. Codziennie doświadczamy skutków radosnej twórczości podstarzałych uliczników, zabawiających się Polską. Obraz świetlanej przyszłości kraju pod wezwaniem „dobrej zmiany” pokrywa coraz więcej brudnych plam.

Sztandarowemu projektowi 500+ przypisywane są magiczne wręcz właściwości. I słusznie, bo utrzymywanie wysokiego poparcia społecznego dla tak partackiej władzy możliwe jest tylko dzięki upowszechnianej informacji, że każda inna władza natychmiast po wyborach zabierze Polakom 500+ , a przy okazji, za jednym zamachem (!), wpuści do Polski sfory terrorystów. Jeśli przyjrzeć się uważniej, to nawet ten powszechnie chwalony projekt okazuje się spartolony w szczegółach. Mniejsza o to, że kasę ze wspólnie wypracowanego budżetu dostają nawet ci, którzy więcej wydają na waciki. Ważniejsze, że w efekcie tego programu miało przybywać rodzin zadowolonych, a przybywa patologicznych. Chodzi tu nie tylko o przyrost liczby rodzin z problemem alkoholowym, proporcjonalny do liczby beneficjentów 500+. Pracownicy sądów dla nieletnich i terapeuci resocjalizujący rodziców alarmują, że szybko przybywa ludzi, którzy wybierają wygodne życie na koszt nas wszystkich.

Polak potrafi, więc sposobów pasożytowania wymyślono już wiele. Jeden z nich: samotna kobieta z dzieckiem (lub dziećmi) oskarża swego aktualnego konkubenta o ojcostwo. Facet ojcem nie jest, ale się przyznaje i sąd zasądza alimenty. Malowany tatuś w życiu ich nie zapłaci, bo nigdzie nie pracuje. W tej sytuacji kobiecie przysługuje wsparcie z funduszu alimentacyjnego. Konkubent już nigdy nie podejmie pracy, bo musiałby zwrócić funduszowi wypłacone konkubinie kwoty. Kobieta też nie będzie pracować, bo nie chce stracić 500 zł także na pierwsze dziecko i systematycznego wsparcia z opieki społecznej. Dzieci wychowują się w atmosferze szczerej pogardy dla etosu pracy, podziwiając zaradność mamy i przypadkowego ojca. Jakie są szanse, że kiedykolwiek podejmą pracę? A zresztą po co ktokolwiek w Polsce ma pracować, skoro prezes Kaczyński wydusi z Niemców biliony euro reparacji?

Ostatnio huknęła wiadomość, że na wieść o sukcesach gospodarczych rządu PiS, o gwarantowanych latach dobrobytu i wszelkiej szczęśliwości, Polacy zaczynają wracać z zagranicznych robót. Już pani premier siadła pisać orędzie, już minister Rafalska konferencje prasowe zaplanowała, już na Nowogrodzkiej po flaszkę posłali, a tu – ryps! Okazało się, że nasi emigranci ekonomiczni nie wracają. To znaczy wracają, ale tylko na chwilę, żeby się zarejestrować i 500+ otrzymywać, niezależnie od zagranicznych świadczeń rodzinnych.

Przykłady godne Monty Pythona mnożą się jak króliki: zdawało się władzy, że kiedy zlikwiduje handlowe niedziele, to klienci może trochę pomarudzą, ale za to zachwyceni będą pracownicy marketów, a przy okazji rząd zwróci dług wspierającym go Kościołowi oraz „Solidarności”. I znowu plama. Klienci wkurzyli się bardziej niż przewidywano. Ludzie handlu wcale nie są zachwyceni, bo w niedziele pracują na ogół młodzi i bezdzietni, otrzymując podwyższone wynagrodzenie. Kościół się skrzywił, a „Solidarność” oburzyła, bo tylko dwie niedziele mają być wolne. A wszyscy pozostali zaczęli wydziwiać – z jakiej racji tylko handlowcy mają być uprzywilejowani? Dlaczego pracować muszą kolejarze, transportowcy, aptekarze na dyżurach? Niby czemu pracować muszą szpitale? Pacjenci niech idą na weekend do domu, ostatni gasi światło. A na przykład tacy księża, to dlaczego w niedzielę…

Prawo i Sprawiedliwość rękami Jacka Kurskiego lakieruje rzeczywistość na wysoki połysk. Problem w tym, że powłoka jest do niczego i lakier odpryskuje, odkrywając plamy rdzy i ujawniając partacką robotę przy łączeniu faktów na gumkę, sznurek, drucik i spinacz. Szczególnie rozbawiła mnie opowieść o tym, jak PiS uchronił Ojczyznę przed zagarnięciem Polskiej Ziemi, która ani chybi dostałaby się w niemieckie (!) ręce, gdyby nie przezorność Prezesa Tysiąclecia. Niedługo potem spod tego chropowatego lakieru Janusz Piechociński wydobył fakty: w czasie, gdy rządziła koalicja PO-PSL w ręce obcokrajowców sprzedano około 420 ha ziemi. Za czasów rządu PiS przebito ten wynik aż siedmiokrotnie! W 2016 roku przekazano obcokrajowcom akty notarialne na łączną wartość ponad 3 tysięcy hektarów.

Z całkiem innej beczki: trwa wymiana ludzi ze służb dyplomatycznych. Wiadomo – komunistyczne złogi, sieroty po PO, służalcy na klęczkach, skumplowani ze zgniłym Zachodem itp. Na miejsce jednych byłych członków PZPR przychodzą inni byli członkowie PZPR, a i niejednego konfidenta znalazłoby się wśród mianowanych. Nową kadrę różni jednak od poprzedników jedna podstawowa cecha: uboga znajomość języków obcych. Minister i rząd spodziewali się tego, bo przed rozpoczęciem czystki w dyplomacji zmienili przepisy. Teraz dyplomata nie musi już znać drugiego obcego języka. Bo i po co? Pani premier nie zna żadnego, a z rozmaitymi VIP-ami rozmawia sobie bez przeszkód. Prezes nawet z językiem polskim miewa kłopoty, a potrafi pogonić każdego z możnych tego świata…

A więc – do boju polska dyplomacjo! Nowym reprezentantom dumnej Polski, podnoszącej się z ruin po rządach PO i z kolan po wazeliniarskiej czołobitności Tuska, minister Waszczykowski nakazuje: – Głowa do góry! Po łacinie zapewne „sursum morda”.

Andrzej Karmiński

PS. Na partyjnym przyjęciu u ministra Ziobro, nawróconego syna marnotrawnego, gdzie wazelina płynęła strumieniami, Jarosław Kaczyński ogłosił, że trzeba zbudować silne, sprawne, choć „skomprymowane co do swoich funkcji państwo”. Prezes się nie przejęzyczył i wbrew logice nie chodziło mu o państwo „skompromitowane”. Skomprymować – to według słownika znaczenie: zmniejszyć rozmiary czegoś, streścić, zredukować. Kaczyński nie miał na myśli zredukowania rozmiarów kraju, akurat tego dnia chronionego na granicach modlitwą różańcową. Chodziło mu niestety o Polskę odartą z demokracji, z fasadowymi instytucjami i atrapami władzy formalnej. O Polskę bez znaczenia w świecie, umysłowo ciasną, ale jego własną. Kiedy Kaczyński przypadkiem powie prawdę, to naprawdę przestaje być zabawnie.

koduj24.pl

PiS osiągnął pożądany stan Polski: naród w galarecie

Polak jest coraz bardziej podszyty strachem, czuje cykora. Sondaż CBOS o strachu Polaków przed wypowiadaniem się o polityce przemknął bez większej refleksji. Źle się dzieje w narodzie, który drży. Taki naród jest nietwórczy, a apatia pogrąża w depresji.

Czy Polska jest już w depresji? Czy władza osiągnęła zamierzony stan wszelkich zamordystów, iż nie muszą szanować, wystarczy, że się ich boją.

Polacy niestety boją się. 58 proc. badanych wyraziło się, iż rozmawiając o polityce „trzeba się mieć na baczności”. Tylko 37 proc. nie boi się. Porównanie z rokiem 1993 wypada dramatycznie i jest odwrotnością stanu dzisiejszego. Wówczas tych, ktorzy nie bali się gęby otworzyć i mówić o polityce było dwukrotnie więcej, niż bojących się, stosunek ten wynosił 60:33.

PiS osiągnął to, co chciał. Naród w galarecie. Interpretować te dane można na różne sposoby. To, iż Polak boi się mówić o polityce, bo podziały są ogromne i od razu może sobie zrobić w towarzystwie wrogów, a w rodzinie może dojść do kłótni, wśród małżonków zaś do rozwodu.

Jednak to z tej miejszości, nie bojącej się polityki, tworzy się społeczeństwo obywatelskie, ale i ono jest zastraszane na wszelkie sposoby, jak ostatnio kobiety, gdy po Czarnym Wtorku nastąpiła czarna środa. Do siedzib organizacji kobiecych w Warszawie, Zielonej Górze, Łodzi, Lublinie i Gdańsku bez zapowiedzi weszła policja, skonfiskowała komputery, dyski i dokumenty.

Portal OKO.press przywołuje znamienne zdarzenie, które może uchodzić za alegoryczny obrazek, co z narodem wyprawia PiS. Przykład Moniki Tichy „Pacyfki”, która przeszła przemianę genderowo-polityczną i została odrzucona przez ojca. „Zamiast ręki podał mi różaniec” – zwierzyła się portalowi.

Analiza danych CBOS wskazuje, że to strach polityczny obezwładnia społeczeństwo. Obecne dane statystyczne są bliskie tym z lat 80-tych ubiegłego wieku, gdy dogorywała komuna. Teraz PiS zastapił komunę.

Ciekawe są dane na tematu strachu wśród wyborców konkretnych partii. Pisowcy nie boją się w 55 proc., boi się zaś 42 proc. Ale wśród wyborców pozostałych partii przeważają ci, którzy się boją. Najbardziej wśród elektoratu PO i Nowoczesnej, stosunek bojących sie do niebojących w tych partiach kształtuje się odpowiednio: 25:69 i 23:77.

Przyczynę bojaźni Polek i Polaków oddaje sondaż o łamaniu Konstytucji. Tylko 28 proc. uważa, że Konstytucja jest przestrzegana. Jeżeli władza nie przestrzega Konstytucji, to nie przestrzega praw obywatelskich, więc jest czego się bać.

PiS osiagnął pożądany przez siebie stan społecznej bojaźni: naród w galarecie.

Rośnie strach przed władzą. Chcesz coś powiedzieć o polityce? Miej się na baczności!

Na początku wolnej Polski znaczna większość ludzi czuła się w rozmowie o polityce bezpiecznie, teraz boimy się mówić. Najswobodniej czują się zwolennicy PiS. Takie są smutne wnioski z porównania sondaży CBOS, które dzieli ćwierć wieku

Opinia publiczna nie zwróciła większej uwagi na sondaż CBOS, w którym aż 58 proc. badanych uznało, że rozmawiając o polityce trzeba się dziś „mieć na baczności”. Półtora raza mniej jest zdania, że można się wypowiadać swobodnie.

Ten wynik, sam w sobie niepokojący, staje się jeszcze bardziej wyrazisty, gdy porównamy go z sondażem CBOS z 1993 roku. Osób, które czuły się bezpiecznie było wtedy dwa razy więcej niż zatrwożonych, teraz te proporcje się niemal odwróciły. Co widać na wykresie (pominięto nieliczne odpowiedzi „trudno powiedzieć”):

Boimy się konfliktu z bliskim?

Nie wiadomo, jakie jest źródło tak wysokiego lęku przed ujawnianiem swoich poglądów. Możliwe, że winne są silne podziały ideowo-polityczne, które potrafią prowadzić do ostrych konfliktów nawet w rodzinach. Drastycznym przykładem jest tu historia Moniki Tichy „Pacyfki”, która przeszła przemianę genderowo-polityczną i została odrzucona przez ojca. „Zamiast ręki podał mi różaniec” – opowiadała OKO.press.

Przeczytaj też:

Kobieta na motorze. „Polką poczułam się dopiero teraz. PiS zrobił ze mnie patriotkę. Dlaczego państwo traktuje kobiety jak osoby ubezwłasnowolnione?”

ROBERT KOWALSKI  2 LIPCA 2017

Na „spory rozdzierające rodziny” narzekają także media prawicowe, a „Newsweek pisze” o „Wojnie domowej„: „Wyzwiska, oskarżenia o zdradę, płacz. Jeszcze nigdy polityka nie podzieliła tak wielu rodzin”.

Może więc ludzie nie chcą ujawniać swych przekonań w obawie przed konfliktem ze swoimi bliskimi? Możemy nie chcieć mówić o polityce z osobami, które znamy mniej, bo a nuż okaże się, że są „tej drugiej opcji”.

Obawy znikają, gdy występujemy w sieci – bardziej anonimowo i wśród swoich, w internetowej bańce myślących podobnie. Na FB tzw. filter bubble  chroni nas przed „obcymi” i utrudnia wręcz dotarcie do informacji, z którymi możemy się nie zgadzać, które mogą wydać nam się niewygodne czy kontrowersyjne.

Ale jest też druga hipoteza.

Boimy się władzy?

Może idzie o lęk o bardziej politycznym charakterze? Narracja PiS jest niezwykle agresywna wobec tych wszystkich, którzy PiS nie popierają, a oponenci są odsądzani od czci i wiary. Padają groźne określenia, w tym wykluczanie jako „obcych”, „nie Polaków” itd. Krystyna Malinowska z Bydgoszczy, która pozwała Jarosława Kaczyńskiego do sądu za określenie „gorszy sort”, wyraziła to, co czuje wielu ludzi. Tak natężona agresja ze strony władz i mediów wspierających władze, nawet obśmiewana, oddziałuje na odbiorców, u nielicznych budzi gniew, u wielu – lęk.

Przeczytaj też:

Obywatelka Malinowska pozwała prezesa Kaczyńskiego za „gorszy sort”

MARIUSZ JAŁOSZEWSKI  28 CZERWCA 2017

Pojawiają się też sygnały zastraszania w niektórych środowiskach. Dotyczy to np. kontroli nad szkołami sprawowanej przez kuratorów. Nastroje buntu przeciw „deformie edukacji” ustąpiły wśród nauczycieli miejsca próbom przystosowania się do chaosu, jaki zapanował w szkołach. Zwłaszcza, że wielu czuje się zagrożonych utratą pracy.

Przeczytaj też:

Trzy tygodnie „deformy”. Strategie przetrwania. Nie miejcie pretensji do dyrekcji – apeluje Dorota Łoboda

AGATA AMBROZIAK  26 WRZEŚNIA 2017

Bliższa analiza sondażu CBOS przynosi poparcie dla takiej właśnie – bardziej politycznej – interpretacji polskiego lęku. Okazuje się bowiem, że jest on znacznie silniejszy wśród zwolenników partii opozycyjnych. Bezpieczniej czują się w dzisiejszej Polsce zwolennicy PiS, tylko wśród nich przeważa opinia, że można mówić, co się uważa.

Gdyby chodziło o obawę przed konfliktem z rozmówcami, odpowiedzi zwolenników PiS nie powinny się zasadniczo różnić od pozostałych osób, zwłaszcza, że stanowią oni mniejszość (dużą, ale mniejszość). Najwyraźniej czują się bezpieczniej, wiedząc, że aparat władzy i administracji jest „po ich stronie”.

Konstytucja jest ważna i została złamana

W tym samym  marcowym sondażu CBOS osoby badane dały wyraz swemu rozczarowaniu naruszeniami państwa prawa przez władze.

Tylko 28 proc. Polek i Polaków uważa, że Konstytucja jest obecnie przestrzegana!

Opinia, że tak jest, przeważa jedynie wśród wyborców PiS, a i to nieznacznie.

Przekonanie, że Konstytucja jest łamana w poszczególnych elektoratach wyraża:

  • aż 91 proc. wyborców Nowoczesnej (9 proc. się z tym nie zgadza);
  • 74 proc. w PO (do 20 proc.);
  • 60 proc. w Kukiz 15 (do 28 proc.);
  • 60 proc. w PSL (do 30 proc.;
  • 39 proc. w PiS (do 49 proc.).

Jednocześnie aż 65 proc. badanych uznało, że rządowi nie wolno naruszać Konstytucji, „nawet za cenę nierozwiązania ważnego problemu społecznego”.

Także w elektoracie PiS przeważa (55 do 28 proc.) pogląd, że naginanie Konstytucji do potrzeb polityki jest niedopuszczalne, nawet w słusznej sprawie.

Tylko 30 proc. badanych twierdzi, że Konstytucję należałoby zmienić, mniej niż w badaniach CBOS z 2004 roku (45 proc.) i 2008 (37 proc.). Elektorat PiS jako jedyny był nieco częściej za zmianą. Nawet zwolennicy Kukiz’15 byli nieco częściej przeciw, a wyborcy PO i Nowoczesnej  w ogromnej większości.

Elektorat PiS jeszcze pod jednym względem wyróżniał się od pozostałych – znacznie gorzej zna Konstytucję. 57 proc. nigdy nie miało jej w ręku, w porównaniu z 18 proc. w elektoracie .N, 22 proc. – Kukiz’15; 29 proc. – PO i 33 proc. – PSL.

Nie jest to dziwne, bo jak wiemy z sondaży OKO.press elektorat PiS ma wybitnie ludowy charakter. Na partię Kaczyńskiego głosuje około połowa mieszkańców wsi i ludzi po 50., a także ponad 60 proc. osób z wykształceniem podstawowym.

Przeczytaj też:

Niemłodzi, niewykształceni i ze wsi. Taki jest elektorat PiS i rośnie. To demoralizuje władzę i powinno mobilizować opozycję

PIOTR PACEWICZ  17 WRZEŚNIA 2017

Inna rzecz, że deklaracje znajomości Konstytucji są zapewne zawyżone. Wśród wszystkich badanych 14 proc. twierdziło, że czytało ją w całości, a 41 proc. – we fragmentach.

Badanie CBOS (współfinansowane przez Fundację Stefana Batorego), 18-24 listopada 1993 na 1245-osobowej reprezentatywnej próbie losowej dorosłych mieszkańców kraju;

Badanie CBOS „Aktualne problemy i wydarzenia” metodą wywiadów bezpośrednich (face-to-face) wspomaganych komputerowo (CAPI) 2-9 marca 2017 na reprezentatywnej próbie losowej 1020 dorosłych mieszkańców Polski.

 

OKO.press

Misiło: Nie widzę światełka w tunelu

Misiło: Nie widzę światełka w tunelu

– Kiedy w kwietniu 2015 roku razem Ryszardem Petru i 19 innymi wspaniałymi ludźmi zakładaliśmy stowarzyszenia NowoczesnaPL głęboko wierzyliśmy, że to stowarzyszenie wraz ze wszystkimi partiami i środowiskami stojącymi wówczas po jasnej stronie mocy będą w stanie zatrzymać marsz PiS-u do władzy. Stało się niestety inaczej. PiS rządzi, demoluje RP. Jarosław Kaczyński codziennie przekracza kolejny rubikon. Nie widzę światełka w tunelu. Jeśli opozycja: Nowoczesna, PO, PSL, a nawet Partia Razem z SLD nie zjednoczą się i wspólnie nie przeciwstawią się rzezimieszkom z PiS-u, przegramy kolejne wybory. PiS nadal będzie demolował RP. Chciałbym bardzo podziękować Ryszardowi Petru za ciepłe słowa, które powiedział tutaj o mnie przed tygodniem. Chciałbym poinformować, że podczas konwencji wyborczej Nowoczesnej w listopadzie zamierzam ubiegać się o fotel przewodniczącego partii– poinformował Piotr Misiło na briefingu.

 

„Wyborcy pamiętają, kto zdradził PiS” – słowa PAD na okładce DoRze

 

„Eurooszuści z PiS” – premier Szydło na okładce Newsweeka

– Na najważniejszą konwencję w swej historii PiS wyłudziło ponad pół miliona złotych z UE – twierdzi „Newsweek”.

 

Prezydent Duda w Do Rzeczy: Wyborcy pamiętają kto zdradził PiS

– Ataki na mnie pochodzą głównie z jednego środowiska. Bynajmniej nie jest to środowisko Prawa i Sprawiedliwości. Wyborcy doskonale pamiętają, że te same osoby w 2011 roku, zaraz po wyborach parlamentarnych, zdradziły Prawo i Sprawiedliwość, próbowały rozbić Klub Parlamentarny PiS i partię. Potem wielokrotnie, publicznie i ostro atakowały śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w związku z podpisaniem Traktatu Lizbońskiego – mówi prezydent Andrzej Duda w wywiadzie, który ukaże się w poniedziałkowym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”.

– Mi nie chodzi o ministra X czy ministra Y, lecz o każdego ministra sprawiedliwości, który jest jednocześnie prokuratorem generalnym i w mojej ocenie nie powinien mieć tak ogromnej władzy nad Sądem Najwyższym, jakie dawała mu uchwalona przez parlament ustawa. Dobrze to ujęła Zofia Romaszewska, mówiąc, że nie chce żyć w kraju, w którym władza prokuratora generalna jest tak wielka, jaka nie była nawet w PRL. To jest właśnie troska o przyszłość, dobrą przyszłość – mówi prezydent.

300polityka.pl

Lechoń nazywał ją czarownicą. Wszystkie sekrety Kazimiery Iłłakowiczówny

http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22477601,lechon-nazywal-ja-czarownica-wszystkie-sekrety-kazimiery.html#TRwknd

Pięknie o Polsce napisał Andrzej Sikorowski

“Zapytajcie tych ludzi po co poszli na te granice”….

Strach wraca jak w latach 80tych

Trybunał nakłada gigantyczną karę na Polskę. Pani premier pokryje ją z własnej kieszeni?

Nikt nie lubi przegrywać procesów przed sądem.  W związku z tym, że każda strona postępowania sądowego jest zazwyczaj niezadowolona z wyroku, Prawu i Sprawiedliwości tak łatwo jest przeprowadzać kontrowersyjne zmiany, których skutkiem będzie przede wszystkim obsadzenie swoimi ludźmi wszystkich sądów w Polsce, z Sądem Najwyższym włącznie. Nie zmieni to absolutnie nic – nadal niemal połowa uczestników spraw sądowych będzie wyrokiem rozczarowana. A gdy wejdzie w życie instytucja skargi nadzwyczajnej, to w zasadzie bez końca będą mogli dawać upust swojemu niezadowoleniu, próbując kwestionować wyroki w nieskończoność.

Nie bez powodu piszę o tym, że niemal połowa jest zwykle niezadowolona z wyroku sądu. Czasami sprawy załatwiane są polubownie i przy pomocy ugody, co zazwyczaj kończy się częściową satysfakcją obu stron procesu. W Polsce, w sprawach, w których stroną jest Skarb Państwa czyli tak naprawdę wszyscy podatnicy, do najgłośniejszej ostatnio ugody doszło w sprawie dofinansowania toruńskiej geotermii. Dzięki tej „ugodzie” oraz dalszym dotacjom z funduszy krajowych i europejskich, ojciec Tadeusz Rydzyk sfinansuje swoją inwestycję praktycznie bezkosztowo, gwarantując sobie za to wieloletnie dochody. Nie w każdej jednak sprawie Skarb Państwa chce zawierać ugody, nawet jeśli sprawa jest nie do wygrania.

Portal Business Insider opisał wczoraj wyrok Trybunału Arbitrażowego w Sztokholmie, który orzekł o odszkodowaniu jakie Rzeczpospolita Polska ma zapłacić funduszowi Abris Capital. Chodzi o gigantyczną kwotę 760 mln złotych. Zasądzona kwota to zaledwie 1/3 kwoty, jakiej domagał się fundusz w zamian za wywłaszczenie z akcji FM Banku. Resort finansów z wyrokiem się nie zgadza i zapowiada dalszą apelację do Sądu Apelacyjnego w Sztokholmie. I za nic bierze sobie bardzo duże prawdopodobieństwo przegranej oraz koszt każdego dnia zwłoki w spłacie zasądzonego zobowiązania (który wynosi ok. 140 tys. złotych). No ale przecież pieniądze podatników wydają się łatwiej niż swoje.

Sprawa dotyczy decyzji szefa KNF z 2015 roku, kiedy to fundusz Abris Capital został zmuszony do sprzedaży wszystkich akcji FM Banku PBP (obecnie Nest Banku). KNF miała szereg wątpliwości co do praktyk stosowanych przez Fundusz i nie wyraziła zgody na to, by pozostał właścicielem banku, nawet mimo zainwestowanych już środków w wysokości ponad 100 mln euro. Fundusz zgodził się i akcje sprzedał, jednak postanowił swoich racji dochodzić przed Trybunałem. Jak widać z pozytywnym dla siebie skutkiem. Budżet państwa będzie musiał karę wypłacić z naszych podatków.

Biorąc jednak pod uwagę ostatnie metody stosowane przez urzędników polskiego Ministerstwa Sprawiedliwości, polegające na egzekwowaniu kar nakładanych na organ państwa z prywatnego konta piastuna tego organu, warto by było zadać pytanie, kto powinien zapłacić karę na rzecz Apris Capital? Skoro kuriozalne kary za brak obecności na posiedzeniach komisji weryfikacyjnej zajmującej się warszawską reprywatyzacją Patryk Jaki nakłada na Hannę Gronkiewicz – Waltz, to może karę nałożoną przez Sąd Arbitrażowy fundusz powinien egzekwować z rachunku premier Szydło albo wicepremiera Morawieckiego, odpowiedzialnego za polskie finanse. W przypadku tego ostatniego, majątek jest ponoć pokaźny, więc i pokusa wielka.

Źródło: Business Insider

crowdmedia.pl

GRETKOWSKA OSTRA JAK BRZYTWA: ŻADEN FUHRER NIE WYKORZENIŁ Z NAS ZMYSŁU ODRÓŻNIENIA GÓWNA OD PARÓWKI. LUDZIE GDY NAJEDZĄ SIĘ 500+, MU NIE DARUJĄ

08 października 2017

Pisarka Manuela Gretkowska w swoim felietonie: o Różańcu do granic, wypowiedzi Romana Sklepowicza (ekspert TVP) o „Czarnym proteście” i Jarosławie Kaczyńskim.

aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaasksksksks1aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaamokfrforfororoor22aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaamjriii33aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaokrofkrfkfrk4422308919 1526218154137402 6480685845069396861 n

polityczek.pl

Skomprymowanie Polski w rękach dyktatora

Skomprymowanie Polski w rękach dyktatora

Jarosław Kaczyński spotkania z Andrzejem Dudą zaczyna traktować z bojaźnią i nazywa je incydentem. Prezydent śmiał mu zafundować incydent, czyli konflikt. Prezes PiS był w odwiedzinach w Belwederze, na terenie osoby, z którą jest poróżniony i z którą nie zawarł rozejmu, bo prezes nie nazwałby tych spotkań wrogim incydentem. Zapowiedziane zaś zostały następne spotkania ze stroną incydentu.

Kaczyński więc będzie posłował za swoją sprawą. Jeszcze dziwniejsze są warunki brzegowe, które są postawione dzisiaj, a nie są one proste dla obydwu stron. Posłowie PiS mają się odnieść do dwóch projektów ustaw dotyczących Sądu Najwyższego i KRS, ale nie na posiedzeniach Sejmu, a na Nowogrodzkiej. Następnie poprawki mają być przesłane prezydentowi i ten je zaakceptuje albo nie.
Jeżeli Duda poprawki PiS zaakceptuje, będzie musiał wnieść do swoich projektów autopoprawki. A zatem projekty prezydenckie zostaną wycofane z Sejmu i wrócą do niego z autopoprawkami.

Do takich procedur jeszcze nie dochodziło, są one – że tak nazwę – tajniackie, bo powstają poza oglądem opozycji i społeczeństwa. Są załatwiane pod stołem. Czy Kaczyński do warunków brzegowych Dudy dostosuje się, to zupełnie inna para kaloszy.

A zatem nie mamy demokracji parlamentarnej, mamy na tym etapie demokrację fasadową. Opisuję to, co można przeczytać i usłyszeć z krętactw obydwu stron „incydentu”.

Incydent musi Kaczyńskiego boleć, bo z wieścią o nim poleciał na zebranie – nie wiadomo dlaczego nazywane kongresem – partyjki Zbigniewa Ziobry, którego po części „zasługą” jest, że doszło do dwóch wet lipcowych prezydenta. Kaczyński poprzez to wzmocnił i poszerzył „incydent” o swego stronnika Ziobrę.

Przy okazji Kaczyński musiał zaserwować wyborcom, o co biega w tym konflikcie, mianowicie, prezes PiS Polskę widzi „państwem skomprymowanym”. Ki diabeł? Kaczyński dawno nie sięgał do słownika wyrazów obcych. Robił to, gdy jego pozycja bądź partii dołowała. Znowu to zrobił.

Synonimy ze słownika wyrazów obcych mają ukryć intencje. Mają poza tym cel, aby wyborcy – a niestety nie bez powodu PiS ma elektorat ciemny lud – przyjęli za słuszne to, czego nie rozumieją. Pokiwają głowami nad prezesem: ależ mądry, a wyborcy, którzy sprawdzą przez googlowską wyszukiwarkę w synonimach przeczytają całkiem gęsty zestaw znaczeń.

A jest to po prostu centralizacja, za pomocą której władza administrowana jest przez wąską elitę, po prostu dyktatura. Władza scalona – skomprymowana – do niewielu rąk. Partia wszelkich Misiewiczów będzie scalać, zwierać się, centralizować. Przepraszam, co może wyjść ze skomprymowanej słabości? Odpowiedź jest tylko jedna – wielka słabość.

Jest to o tyle pocieszające, iż pisowska dyktatura na skomprymowanych nogach sama się obali, zanim powstanie, pod warunkiem, że silna opozycja, a przede wszystkim społeczeństwo obywatelskie, pomoże popchnąć tę skompromywalność ku upadkowi, aby się… skompromitowało.

Nie będę pisał o opozycji parlamentarnej, która dostało „incydent” za friko, aby na tym polu spróbować różnych mądrych gier demokratycznych, wcale nie rezygnując ze swoich celów. Nie wspomnę… bo mi gula chodzi. Tylko napomknę, iż leżą odłogiem trzy projekty ustaw stowarzyszenia sędziów Iustitia. Platforma Obywatelska ani Nowoczesna nie skomprymowały ich treści. Nie będę pisał, bo mi gula coraz bardziej chodzi.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Premier w środku kampanii spotyka się w hotelu pod Szczecinem z liderem opozycji. Fragmenty politycznego thrillera – 15 SIERPNIA – Michała Kamińskiego

Polityczny thriller Michała Kamińskiego ukaże się w nadchodzącym tygodniu, w najbliższą środę, 11 października w Warszawie odbędzie się promocja książki i spotkanie z autorem. 300POLITYKA jest patronem medialnym książki. 

FRAGMENT 1

15 lutego
Również ta wizyta premiera Nowaka przygotowana była w najdrobniejszych szczegółach, a członkowie gabinetu premiera, Centrum Informacyjne Rządu i oczywiście BOR dysponowali rozpisanym dosłownie co do minuty harmonogramem. Plan dnia kończył się na godzinie 21.30 lapidarnym zapisem: „Czas do dyspozycji własnej”. Na papierze nie mógł bowiem zostać ślad, że po tej godzinie w małym hotelu pod Szczecinem Piotr Nowak ma się spotkać najbardziej poufnie jak to tylko możliwe z liderem opozycji.

Program wizyty w województwie zachodniopomorskim był bardzo bogaty. Zaczynał się już o 5.30 wylotem z Warszawy. O 4.50 wszystkie osoby towarzyszące premierowi musiały być gotowe i czekać na terminalu VIP warszawskiego lotniska Okęcie. Terminal ten to mały, ale komfortowy budynek znajdujący się w północnej części lotniska. Każdy, kto jedzie na Okęcie z centrum Warszawy, na ostatniej prostej, po prawej stronie, mija bramę, przy której zawsze stoi wartownik. Zaraz za bramą zaczyna się krótka asfaltowa droga prowadząca do rządowego terminala. To stamtąd, zarówno na wizyty krajowe, jak i zagraniczne, wylatują politycy, którym przysługuje lotniczy transport specjalny. Prezydent i premier najczęściej podróżują embraerami czarterowanymi od LOT-u, które w środku prawie niczym nie różnią się od zwykłych samolotów rejsowych oprócz kilku pierwszych rzędów, z szerszymi, wygodniejszymi fotelami przeznaczonymi dla najważniejszych pasażerów. Zwyczajowo prezydent lub premier przybywają na lotnisko ostatni, kiedy wszyscy inni uczestnicy wyjazdu siedzą już w samolocie. Tak było i tym razem. Po wypiciu kawy i krótkiej pogawędce w saloniku politycy, którzy mieli lecieć wraz z premierem do Szczecina, zostali zaproszeni na pokład samolotu, a teraz czekali na przyjazd swojego szefa. O 5.20 kolumna premiera podjechała pod czekający na pasie embraer. Wyraźnie niewyspany Nowak wbiegł po schodkach do maszyny. W tej podróży towarzyszyli mu tylko oficerowie ochrony, rzecznik rządu i osobisty asystent.

Zadzwoniła sekretarka, by zapowiedzieć ministra obrony narodowej. Czajka wszedł do gabinetu minister Zięby i zaczął poważnym tonem:

– Danusiu, bardzo ci współczuję, to wyjątkowe skurwysyny – minister obrony bez wątpienia odnosił się do dzisiejszej publikacji.

– No wiesz, rzeczywiście robią mi świństwo. Obawiam się, że temat może się rozlewać – odpowiedziała Zięba.
– Też się tego boję, Danusiu – kontynuował Czajka. – Jak wiesz, mam ludzi, którzy znają się na zarządzaniu kryzysowym, i myślę, że moglibyśmy ci pomóc. Zawsze możesz na nas liczyć.

Zięba doskonale zdawała sobie sprawę, że cyniczny, ale i diabelsko skuteczny Czajka może być kluczem do opanowania kryzysu, dlatego zapytała:

– Co proponujesz Mat?

Minister obrony w mgnieniu oka zmienił ton, ze współczującego od razu stał się rzeczowy.

– Jeszcze dziś przyjdą do ciebie moi ludzie i pomogą ci opracować strategię wyjścia z tego szajsu. Naprawdę wierzę, że damy radę. Za kilka miesięcy będziesz się z tego śmiała – przekonywał Czajka.

„Chciałabym” – pomyślała Zięba, ale czuła, że pewnych strat nie da się już odrobić.

A przecież wszystko wydawało się takie proste. Znany tabloid, po kolejnym sondażu wykazującym rosnącą popularność Zięby, zwrócił się do niej z prośbą o wywiad z mężem. Szczepan Zięba nie był postacią anonimową, rzadko jednak pokazywał się w mediach, zdając sobie sprawę, że jego międzynarodowa sława wybitnego scenografa teatralnego musi przynajmniej w kraju pozostać w cieniu politycznej kariery małżonki. Mieli szczęśliwy związek już przez ponad dwadzieścia lat i to pomimo faktu, że początki ich miłości były naprawdę dramatyczne.

Pierwszym mężem Danuty był słynny piosenkarz, dużo od niej starszy, który jednak, co nierzadkie w jego zawodzie, zawrotną karierę przypłacił ciężkim alkoholizmem. Po dwóch latach Danuta, wtedy jeszcze Cichocka, po prostu uciekła od męża, a pocieszenie znalazła w objęciach początkującego, ale świetnie rokującego scenografa. Danuta nie zdążyła przeprowadzić rozwodu, bo jej pierwszy mąż zachorował i dość szybko odszedł z tego świata. Przyszła minister kultury już jako wdowa zalegalizowała związek ze Szczepanem, a przykre wspomnienia nieudanego małżeństwa odeszły w zapomnienie. Do czasu, gdy niczego niepodejrzewający Szczepan Zięba udzielił wywiadu o swojej żonie bardzo miłemu dziennikarzowi największego tabloidu. Rozmowa dotyczyła wielu tematów, a wątek początku ich związku był zupełnie marginalny. Marginalny podczas rozmowy z dziennikarzem, ale w gazecie proporcje się odwróciły.

W wydrukowanym tekście mąż Zięby przyznawał: Na ślub ze mną czekała do śmierci pierwszego męża. Sensacyjne szczegóły dotyczące tego, jak obecna minister kultury zdradzała umierającego piosenkarza, zajmowały całą pierwszą stronę w kolorowym dzienniku. Zięba po raz kolejny czytała o sobie: Szok! Szczepan Zięba (58 lat) ujawnił wreszcie bulwersujące szczegóły swojego romansu z minister kultury Danutą Ziębą (55 lat). Ich związek kwitł w najlepsze, gdy w szpitalnym łóżku w niewyobrażalnych cierpieniach kończył życie znany piosenkarz Andrzej Cichocki (+43 lata). Danuta nie tylko nie odwiedzała go w szpitalu, ale, jak cynicznie wyznaje teraz jej drugi mąż, czekała ze ślubem na śmierć ulubieńca publiczności i wykonawcę romantycznych szlagierów, które do dziś nuci cała Polska. Na dwóch stronach setki tysięcy czytelników gazety mogło się zapoznać ze zmanipulowaną od początku do końca historią. W centralnym miejscu artykułu znalazło się, opatrzone zdjęciem, wyznanie zbolałej staruszki, pierwszej teściowej pani minister: „Ta suka zabiła mojego syna. Jego serce nie wytrzymało zdrady” – mówi Leokadia Cichocka (82 lata). Nie miało oczywiście żadnego znaczenia, że przyczyną śmierci piosenkarza nie było bynajmniej serce, a zdewastowana wątroba, ale przecież Zięba zdawała sobie doskonale sprawę, że polemika w tej kwestii skazana była w konfrontacji z tabloidem na porażkę.

– Myślisz, że można coś w tej sprawie jeszcze zrobić? – zapytała zrezygnowana. Poczuła jednak wdzięczność do Czajki za to, że zainteresował się jej problemem i wykazał wolę niesienia pomocy.

– Powiedz tylko, o której możesz przyjąć Leona Miscikiewicza. On teraz dla mnie pracuje i na pewno ci pomoże – odpowiedział Czajka.

Pani minister kultury szybko przejrzała kalendarz. Oprócz otwarcia wystawy obrazów znanego ukraińskiego artysty, na którą przybywał z Kijowa jej odpowiednik w rządzie sąsiedniego państwa, w rozkładzie dnia nie było niczego, czego nie dałoby się przesunąć.

– Właściwie mógłby przyjechać od razu – stwierdziła Zięba.

– To świetnie. Miscikiewicz będzie u ciebie za pół godziny, a ty do tego czasu nie rozmawiaj z żadnymi mediami – powiedział Czajka.

– Mat, jestem ci bardzo wdzięczna. To jest dla mnie naprawdę trudny moment.

„Wiem” – pomyślał minister obrony. – „Taki właśnie miał być”.

– Spokojnie. Zobaczysz, że z tego wybrniemy – powiedział, celowo używając liczby mnogiej.

Komunikat, który wypowiedział do słuchawki chwilę po spotkaniu z minister kultury, brzmiał jednak zupełnie inaczej. Jego instrukcje wypowiedziane przez telefon tonem nieznoszącym sprzeciwu jednoznacznie zmierzały do pogłębienia kryzysu, w którym znalazła się koleżanka z rządu.

– Dobrze byłoby, żeby Zośka napluła na nią jeszcze w jakimś programie telewizyjnym. A jej musisz doradzić, by udzieliła wywiadu, w którym postara się przedstawić swoją wersję, tak aby tabloid mógł jutro napisać, że bezduszna Zięba oskarża zmarłego męża, którego cynicznie zdradzała, o alkoholizm – mówił Miscikiewiczowi.

– Jasne – odpowiedział spin doktor. – Ja sam wystąpię dziś wieczorem w programie i będę jej oczywiście bronił, ale w ten sposób temat będzie istniał.

– Tak, tak – mówił wyraźnie zadowolony minister obrony – ale najważniejsze, żebyś namówił ją na proces sądowy. Dzięki temu temat będzie żył w czasie kampanii wyborczej i gówno przyklei się do niej na dobre.

– Rozumiem, że mam działać jak zwykle szybko i skutecznie. Ja zawsze…

– A teraz jedź już do niej, bo czeka na ciebie na Krakowskim – minister odprawił Miscikiewicza i zaczął szybko przeszukiwać kolejne portale internetowe, z przyjemnością konstatując, że sprawa przeszłości Danuty Zięby nie schodzi od rana z pierwszych miejsc w sieci.

Mimo że było jeszcze dość wcześnie, Czajka poprosił sekretarkę o lód i nalał sobie szklaneczkę bourbona. Rozpoczął właśnie proces eliminowania swoich rywali. Zięba była pierwsza na liście, ale w kolejce czekali już inni politycy, dla których rok wyborczy miał się okazać ostatnim w karierze.

Fragment 2

Była niedziela, więc budzik nie zadzwonił. Mateusz Czajka obudził się jednak o stałej porze. Zegar wskazywał godzinę 6.30. Ponieważ jego żona była na zdjęciach do serialu, który przynosił jej sławę i pieniądze, Czajka był w domu zupełnie sam. Nie zamierzał się z niego w ogóle ruszać. Chciał celebrować cudowną samotność w luksusowych wnętrzach swojego apartamentu. Były to dla Czajki rzadkie chwile prawdziwego szczęścia. Bez ludzi, bez pośpiechu związanego z napiętym kalendarzem, tylko błogie lenistwo. Mateusz wstał, założył jedwabny szlafrok i wolnym krokiem poszedł do kuchni. Wyjął z lodówki jogurt i trochę owoców, po czym w mikserze zrobił sobie koktajl, który nalał do dużej szklanki. Postawił ją na stoliku obok malutkiej filiżanki z aromatycznym espresso. Postanowił, że nie pójdzie tego dnia do kościoła. I tak był bez żony, a ponieważ liczne obowiązki powodowały, że rzadko chodził na niedzielną mszę do własnej parafii, to doskonale wiedział, że nikt nie zwróci uwagi na jego absencję.

Już od piątku czekał na niego „The Economist”. Częścią niedzielnego rytuału Czajki była lektura ulubionego tygodnika. Tym razem rozpoczął od artykułu poświęconego Polsce. Tekst chwalił dojrzałość naszej klasy politycznej, która, zdaniem autora, w przeciwieństwie do wielu krajów na Zachodzie nie uległa pokusie taniego populizmu. Mimo zaciętej walki przed wyborami, obie główne partie nie licytują się w antyimigranckiej polityce. Zgoda na humanitarną pomoc dla uchodźców wydaje się być wyjęta z politycznego sporu. Tego pragmatyzmu mogłyby się uczyć od Warszawy inne europejskie stolice – brzmiała konkluzja tekstu. Czajka miał nadzieję, że tym razem „The Economist” się myli i liczył, że zgodnie z ustaleniami przekona się o tym już za chwilę podczas programu Prosto z mostu, czyli cotygodniowej dyskusji reprezentantów głównych opcji, która wyznaczała polityczny rytm każdej niedzieli.

Do programu było jeszcze ponad godzinę czasu, Czajka przebrał się więc w sportowy strój i wjechał na ostatnie piętro swojego apartamentowca, gdzie mieściła się siłownia dysponująca świetnym sprzętem i jeszcze lepszym widokiem na miasto. Zawsze dziwiło go, że jego sąsiedzi, którzy za przywilej posiadania własnej siłowni na dachu płacili co miesiąc niemałe pieniądze, tak rzadko z niej korzystali. Minister założył bezprzewodowe słuchawki, skomunikował je ze smartfonem, w którym przechowywał ulubioną muzykę, i przy dźwiękach bossa novy rozpoczął intensywny godzinny trening. Ćwiczenia, zwłaszcza w pustej siłowni, były dla Mateusza nie przymusem, a prawdziwą przyjemnością, nie kłóciły się więc z leniwym planem na niedzielę. Trenując i zmuszając ciało do wysiłku, minister miał poczucie kontroli nad własnym życiem, kontrola zaś była kluczem do jego dobrego samopoczucia.

Po treningu i gorącym prysznicu Czajka już w apartamencie zrobił sobie kolejną kawę i włączył telewizor. Początkowo dyskusja dotyczyła spraw, które go nie interesowały. Rozmawiano o podatkach, propozycji zakazu handlu w niedzielę i propozycji jednej z partii, by w nadchodzących wyborach wszyscy kandydaci do sejmu i senatu poddali się obowiązkowym badaniom psychiatrycznym. Ostatnia część programu rozpoczynała się od krótkiego reportażu o kryzysie imigracyjnym w Europie. Prowadzący przytoczył na wstępie artykuł z „The Economist”, ten sam, który rano przeczytał Czajka. Jako pierwszy zabrał głos młody rzecznik rządu.
– Panie redaktorze, szanowni państwo – zaczął Radosław Więcek – to akurat bardzo pozytywnie odróżnia Polskę od wielu krajów Europy. U nas nie ma miejsca na głupi populizm i rozdymanie kompletnie nieuzasadnionych fobii. W czerwcu czeka nas szczyt Unii, który przyniesie decyzje w sprawie uchodźców, i mogę zapewnić, że rząd pana premiera Nowaka zachowa się w tej sprawie konstruktywnie, a także zgodnie z zasadą europejskiej solidarności. Jak pan wie, mamy zacięty spór z opozycją, której raczej nigdy nie chwalę, ale ostatni wywiad pana przewodniczącego Jana Szelągowskiego to dowód na to, że są kwestie, w których potrafimy się dogadać – zakończył rzecznik, uśmiechając się szeroko do siedzącego obok wicemarszałka sejmu Jerzego Sawickiego. Ten ostatni był zastępcą lidera opozycji i właśnie został mianowany na szefa kampanii wyborczej swojej partii.

– No właśnie – skomentował prowadzący program redaktor – przewodniczący Jan Szelągowski powiedział w tym tygodniu, zresztą w wywiadzie ze mną, że jeśli po wyborach zostanie premierem, to utrzyma stanowisko obecnego gabinetu w sprawie polityki imigracyjnej. 

Było to wyraźne zaproszenie do wypowiedzi reprezentanta opozycji.

„No ciekawe, czy dotrzyma słowa” – pomyślał Czajka, oczekując na wypowiedź wicemarszałka Sawickiego. Już pierwsze słowa, które usłyszał, przekonały go, że warto było poświęcić czas na spotkanie z panem Jerzym.

– To nie było stanowisko uzgodnione z władzami partii – zaczął wicemarszałek.

W tej samej chwili uśmiech na twarzy rzecznika rządu momentalnie ustąpił miejsca zdziwieniu.

– Nie sadzę, byśmy po pewnym, jak się wydaje, zwycięstwie utrzymali kapitulancką postawę wobec Europy. To nie my nawarzyliśmy piwa z uchodźcami i nie widzę powodu, byśmy to my, jako Polska, mieli je wypić – kontynuował Sawicki.

Również dziennikarz wydawał się być zszokowany nieoczekiwanym wystąpieniem wicemarszałka sejmu.

– I to mówi pan, panie wicemarszałku, były europoseł i człowiek, który zawsze przedstawiał się jako przekonany Europejczyk? – pytał zaintrygowany prowadzący.

Sawicki nie dał się zbić z tropu.

– Mówię to właśnie jako Europejczyk. Bo jestem z tego dumny, że mój kraj jest w Unii, ale jestem dumny również z kulturowej i cywilizacyjnej spuścizny naszego kontynentu, ponieważ także z jej powodu dołączyliśmy do wspólnoty. I trzeba sobie jasno powiedzieć, że zalew muzułmańskich fundamentalistów i wartości, które przynoszą z sobą, stanowią zaprzeczenie cywilizacji Zachodu. Mówię tu o tolerancji religijnej, prawach kobiet, szacunku dla demokracji – z przekonaniem powiedział wicemarszałek.
– Ale przecież pana szef wyraźnie stwierdził, że popiera rząd w tej kwestii – wciął się zdezorientowany Więcek.

– Nie wiem, może popiera prywatnie – odpowiedział twardo Sawicki – ale powtórzę: partia nie dyskutowała jeszcze o tym, a moje stanowisko i stanowisko wielu naszych członków jest dokładnie takie, jak powiedziałem. „Nie” dla religijnych, muzułmańskich fundamentalistów na ulicach naszych miast. I kropka. 

Czajka szybko sięgnął po telefon i zadzwonił do swojego spin doktora Leona Miscikiewicza.

– Oglądam, kurwa, oglądam – od razu poinformował uradowany pijarowiec. – Kurwa, przewidziałeś to.

„Nie przewidziałem, a zaplanowałem” – pomyślał Czajka i poinstruował Leona: – Natychmiast dzwoń po dziennikarzach i spionuj o konflikcie w opozycji. Najlepiej, żeby Sawicki miał od jutra tour po mediach i kontynuował swoją linię.

– Tak jest, szefie – odpowiedział Miscikiewicz. – Ja już dziś wieczorem idę do radia komentować.

– Bardzo dobrze! Masz mówić, że Sawicki świetnie czyta nastroje społeczne, a jako człowiek, który dobrze zna Europę, wie, o czym mówi.

Mateusz odłożył telefon i zadowolony zauważył, że na pasku w telewizji cały czas wyświetla się informacja: „Konflikt w opozycji o imigrantów. Wicemarszałek Sawicki krytykuje przewodniczącego Jana Szelągowskiego”.

300polityka.pl

Poza polityczną poprawnością. Polska, Europa i Kościół między nihilizmem a islamem – fragment książki Pawła Lisickiego

„Poza polityczną poprawnością. Polska, Europa i Kościół między nihilizmem a islamem” to książka pełna mocnych i bezkompromisowych teksów Pawła Lisickiego. 

Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” nie ucieka od podejmowania tematów trudnych, kontrowersyjnych i formułowania radykalnych tez. W poszukiwaniu prawdy odważnie stawia pytania i w oparciu o rozsądek i powszechnie znane fakty stara się na nie odpowiadać – bez obaw, że narazi się tym czy innym środowiskom. Dokąd zmierza kultura laicyzującej się Europy? Czy chrześcijaństwo zachodnie zostanie wyparte przez islam? Jaką postawę przyjąć wobec fali muzułmańskich imigrantów? Jakie tendencje zachodzą w światowej i polskiej polityce ? Czy wciąż staje się ona coraz bardziej liberalna, czy może nadeszła pora na kontrrewolucję? Autor podejmuje także tematy z zakresu polskiej polityki historycznej, a szczególnie niełatwego dialogu z Niemcami i narodem żydowskim. 

Interesującym dodatkiem do książki są zamieszczone na końcu wywiady – zarówno te przeprowadzone z redaktorem Lisickim, jak i te, w których on sam zadaje pytania. Jego rozmówcami są takie osobistości, jak na przykład kardynał Joseph Ratzinger, Leo Scheffczyk jeden z wybitnych teologów katolickich, profesor dogmatyki na Uniwersytecie w Monachium, Roberto de Mattei, wykładowca historii chrześcijaństwa i historii Kościoła na Uniwersytecie Europejskim w Rzymie, wiceprzewodniczący Włoskiej Narodowej Rady Badań Naukowych” – pisze wydawca książki.

                                           *    *   *

Mogę zapewnić, że każdy z tych tekstów powstał, mówiąc nieco staroświecko, z potrzeby serca. Starałem się, na ile potrafię, mówić jak jest, pokazywać rzeczy w ich kształcie prawdziwym(…) Piszę w nich o religii, Kościele, teologii, o polityce, o starciu cywilizacji, o zderzeniu tradycji i postępu, o Polsce i miejscu w Europie(…) Są one, mam nadzieję, zapisem kulturowej kontrrewolucji, jeśli miałbym posłużyć się słowami Viktora Orbana, premiera Węgier(…) Miały one także, czasem większy, czasem mniejszy, bezpośredni wpływ na rzeczywistość. Dość powiedzieć, że tekst „Siła kobiecych paznokci” doprowadził do odejścia z lewicowej „Krytyki Politycznej’ Tomasza Piątka. Tak rozwścieczyła go treść felietonu, że postanowił zorganizować akcję i zaczął rozsyłać do różnych firm, bez wiedzy swojej redakcji, donosy wzywające do bojkotu „Do Rzeczy”. To co się sprawdza na Zachodzie, czyli stała metoda lewactwa polegająca na podszczuwaniu i organizowaniu masowych akcji zawstydzających, w Polsce się nie udało. Wolność słowa wygrała. Piątka „Krytyka” wyrzuciła i musiała przygarnąć go „Gazeta Wyborcza”, w której zajął poczesne miejsce wśród pogromców prawicy polskiej i światowej.

Takie i podobne emocje towarzyszyły niektórym innym tekstom. Są to przecież nie analizy i chłodnym okiem sporządzone raporty stanu ducha, ale często potyczki i utarczki z mędrkami tego świata. Zbyt wyraźnie wadzę się z duchem czasów, bym miał dziwić się uczuciom moich oponentów. Nic nie poradzę na to, że coraz wyraźniej widzę i piszę, iż najbardziej charakterystyczną cechą współczesnej kultury, cywilizacji, polityki wreszcie jest dążenie, stałe i niemal niepowstrzymane do kultu człowieka, do samozbawienia, do zastąpienia raz i na zawsze „Państwa Bożego”, o którym pisał przed wiekami święty Augustyn, państwem człowieka. To jest najważniejszy motyw przewodni zebranych tu tekstów: opór wobec tego walca postępu, sprzeciw wobec panoszącego się i pysznego uroszczenia współczesnych, którzy sądzą, że są bardziej dojrzali, bardziej wyemancypowani, bardziej świadomi niż wieki wcześniejsze.

O Autorze

Paweł Lisicki – dziennikarz, publicysta, pisarz, były redaktor naczelny  dziennika „Rzeczpospolita” i tygodnika „Uważam Rze”, obecnie tygodnika „Do Rzeczy”. W 1998 roku otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego za książkę Doskonałość i nędza. Autor dwóch dramatów – Jazon (2000) i Próba (2005), powieści Przerwa w pracy (2009),książek: Kto zabił Jezusa? (2013) i Tajemnica Marii Magdaleny (2014), oraz wstępów krytycznoliterackich do Boskiej Komedii Dantego i pism Savonaroli. Przetłumaczył z niemieckiego m.in. Heideggera i narodowy socjalizm Victora Fariasa, Katolicyzm Karla Adama i Zaćmienie Boga Martina Bubera.

300polityka.pl

Kaczyński o spotkaniu z PAD: Jesteśmy na dobrej drodze, by ten incydent zakończył się dobrze

Kaczyński o spotkaniu z PAD: Jesteśmy na dobrej drodze, by ten incydent zakończył się dobrze

– Budowa ciągle jest w trakcie albo w ogóle przed nami, bo niektórych spraw nie zdołaliśmy podjąć i mamy na tej drodze trudności – te, które można było przewidzieć, że wystąpią i te niespodziewane, ale chciałbym państwu powiedzieć, bo jest właśnie okazja, wczoraj odbyłem spotkanie, o którym być może państwo słyszeli. Sądzę, że tu jesteśmy też na dobrej drodze do tego, żeby to przełamać, żeby ten incydent się zakończył i zakończył się dobrze – mówił Jarosław Kaczyński na konwencji Solidarnej Polski, nawiązując do wczorajszego spotkania z Andrzejem Dudą.

300polityka.pl

Doktorat prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Po ponad 30 latach od publicznej obrony znów dostępna jest praca doktorska Jarosława Kaczyńskiego. Poszukiwano jej od lat, spekulując nawet, czy aby taka na pewno powstała, bądź czy nie zawiera treści mało dziś politycznie poprawnych.

Prawo i Sprawiedliwość/Facebook

Tekst został opublikowany w POLITYCE 25 czerwca 2007 roku. 

Na Uniwersytecie Warszawskim porządkuje się wydziałowe archiwa. Praca doktorska premiera i związana z nią dokumentacja zostały odnalezione na strychu budynku Wydziału Prawa i Administracji UW. Po fachowym opracowaniu spocznie tam, gdzie powinna być od lat – w archiwum uniwersyteckim. Kopia samej pracy trafiła do wydziałowej biblioteki.

Obaj bracia Kaczyńscy byli ludźmi ambitnymi. Lech Kaczyński w „Rzeczpospolitej” mówił: „Było dla nas oczywiste, że po studiach należy zrobić doktorat”. Również dzisiejszy premier w książce „Czas na zmiany” otwarcie przyznał: „Odkładałem zaangażowanie się w opozycję do momentu obrony doktoratu. Byłem przekonany, że jeśli zaangażuję się wcześniej, to już się nie obronię”. Tam też wspomina, że mimo dobrych referencji z wydziału nie dostał się ani na stacjonarną aplikację sądową, ani prokuratorską.

Jarosław Kaczyński studia ukończył w 1971 r. W książce „O dwóch takich… Alfabet braci Kaczyńskich” przyznaje, że dzięki protekcji męża przyjaciółki mamy (posła ZSL i wiceministra oświaty) został asystentem w resortowym Instytucie Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego. Wspomina, że przyjęto go tam źle i namawiano, by wstąpił choćby do ZSL. Nie bardzo wiadomo, czym tam się zajmował. – W 1975 r. rodziłam córkę, ale chodziłam na wszystkie instytutowe zebrania i nie pamiętam, abym zetknęła się tam z panem premierem. Do dziś nie wiedziałam, że był moim kolegą z pracy – mówi mocno tym zaskoczona Izabela Jaruga-Nowacka, posłanka SLD.

Niedostatki doktoranta

Promotorem pracy doktorskiej Jarosława Kaczyńskiego był prof. Stanisław Ehrlich (1907–1997), osoba bardzo wtedy wpływowa i szanowana w środowisku prawniczym. Pochodził ze spolonizowanej żydowskiej rodziny. Doktorat zrobił przed wojną na UJ. Po wojnie, którą zakończył w mundurze oficera armii gen. Berlinga, objął katedrę teorii państwa i prawa na UW. W 1946 r. założył i przez 20 lat był redaktorem naczelnym miesięcznika „Państwo i Prawo”. Po Marcu ’68 katedrę mu odebrano. Przeszedł polityczną ewolucję, od marksisty do poszukującego możliwości ewolucyjnej zmiany ustroju socjalistycznego „rewizjonisty”. W 1981 r. złożył partyjną legitymację.

Kaczyński pisał u Ehrlicha pracę magisterską, a później chodził na prowadzone przez niego nieformalne seminarium doktorskie w towarzystwie m.in. Macieja Łętowskiego, Bogusława Wołoszańskiego, Sławomira Popowskiego i Wojciecha Sadurskiego.

Egzaminy doktorskie zdał z teorii państwa i prawa oraz filozofii marksistowskiej (oba na „bardzo dobrze”), a 8 grudnia 1976 r. obronił pracę doktorską „Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą”. Recenzowali ją profesorowie: Ryszard Malinowski, Michał Pietrzak i Wiesław Skrzydło. Uzyskała pomyślne recenzje i wszyscy członkowie Rady Naukowej Instytutu Nauki o Państwie i Prawie na WPiA UW obecni na jej obronie opowiedzieli się za nadaniem magistrowi Kaczyńskiemu stopnia doktora nauk prawnych. Także prof. Stanisław Gebethner, który jednak zaznacza, że po tylu latach nic z tej obrony nie pamięta.

Pamięć lepiej służy recenzentom. Prof. Pietrzak przyznaje, że wtedy trudno było znaleźć recenzentów prac z prawa administracyjnego. Prośbie Ehrlicha uległ, bo recenzowanie jest jednym z obowiązków uczonego. Z kolei prof. Skrzydło mówi, że Ehrlich miał taką pozycję, że nie wypadało odmówić. Zainteresował go też temat pracy, który dotykał tego, czym wówczas zajmował się w praktyce jako rektor UMCS.

Obaj profesorowie nie dysponują kopiami swoich recenzji, ale pamiętają, że samej pracy do obszernych zaliczyć nie można. I faktycznie, liczy ona 265 stron, z których 36 zajmują przypisy, bibliografia (121 pozycji, wśród nich nawet artykuł Jerzego Urbana „Feudałowie i wasale” z „Polityki”) i wykaz przywoływanych aktów prawnych. Ma tylko trzy rozdziały. Dwa pierwsze, już wtedy o charakterze historycznym, dziś, po 30 latach od napisania, ciągle są ciekawą lekturą. Kaczyński przedstawia w nich przemiany roli ciał kolegialnych w szkołach wyższych w II RP i w latach 1944–1968.

Najobszerniejszy jest rozdział trzeci, „Aktualna rola ciał kolegialnych w szkołach wyższych”, który omawia sytuację po Marcu 1968 r., do mniej więcej końca 1974 r. Czyta się to już gorzej, mimo że doktorant stara się uchwycić istnienie „różnic między stanem normatywnym a rzeczywistym”, co było, jak napisał we wstępie – podstawową hipotezą pracy. By różnice te zbadać, Kaczyński przeprowadził ankiety w czterech lubelskich uczelniach. Ich wyniki przedstawił aż w 51 tabelkach. Samokrytycznie przyznał, że z badaniami miał trudności z uwagi na „niedostatek środków finansowych, a także socjologicznych kompetencji autora”.

Prawicowe sympatie

„Państwo polskie odrodzone w roku 1918 było państwem burżuazyjnym. Ruchy rewolucyjne, które miały miejsce w latach 1918–1921, okazały się zbyt słabe, by naruszyć ustabilizowany już w okresie zaborów system społeczny” – pisał Kaczyński (chyba z satysfakcją, a nie z żalem) o początkach II RP. W pierwszym rozdziale doktoratu przedstawia stosunki między państwem i szkołami wyższymi w II RP. Dłużej omawia okoliczności powstania i samą ustawę z 1920 r., opartą na zasadzie wolności nauki i nauczania.

„…Minister WRiOP nie miał władzy służbowej nad szkołami. Jest to niewątpliwie element przemawiający za uznaniem samorządności, a nawet w pewnym sensie sam w sobie o niej stanowiącym. Drugim podstawowym prawem uczelni wskazującym na jej samorządowy, a nawet korporacyjny charakter, było prawo do uchwalania statutu. Wreszcie choć ustalenie statusu prawnego profesorów jest sprawą bardzo trudną, wydaje się jednak, że nie można ich uznać za urzędników państwowych sensu stricto” – zauważał Kaczyński.

Zmiana nastąpiła po 1926 r., po przewrocie majowym. „Siły, które doszły do władzy nie zamierzały przestrzegać reguł republiki parlamentarnej, rezygnować z władzy w wyniku przetasowania się sił w parlamencie. Spowodowało to zasadniczą zmianę sytuacji dla wszystkich organów samorządowych. Władza dotąd nie ustabilizowana i nie określona politycznie (a to ze względu na różny charakter koalicji, które tworzyły rządy) stała się trwała. Państwo zaczęło się w praktyce utożsamiać z określonym kierunkiem politycznym” – Kaczyński z jednej strony nieco gani, ale z drugiej chwali sanację. Unika omawiania jej politycznego programu, choć wspomina, że dążyła ona do „rozszerzenia zakresu działalności państwa (…) z tym większą energią im bardziej okazywało się, że nie można liczyć na autentyczne poparcie wśród społeczeństwa”. Nowa władza nie miała zamiaru tolerować na dłuższą metę autonomii szkół wyższych. Zaczęła regulować status pracowników naukowych i kwestię ich odpowiedzialności dyscyplinarnej. Ostro protestowały przeciwko temu konferencje rektorów, uznając to za zamach na samorząd akademicki.

Ale wówczas nie było Trybunału Konstytucyjnego (który niedawno rozpruł niekorzystną również dla środowiska akademickiego ustawę lustracyjną) i ówczesne władze przeforsowały ustawę z 1933 r., znacznie ograniczając akademicką samorządność (m.in. immunitety profesorskie), co pozwoliło usunąć z katedr 53 profesorów bez zgody rad wydziałów. Kaczyński cytuje tu ministra Jędrzejewicza: „Działalność wychowawcza musi być podporządkowana państwu. Państwo współczesne nie może i nie chce zrzekać się odpowiedzialności za wychowanie publiczne na żadnym jego szczeblu”. W podsumowaniu rozdziału Kaczyński przyznaje, że był to „w porównaniu z sytuacją z lat 1920–1933 samorząd bardzo ograniczony”.

– Na plus Kaczyńskiemu można zapisać to, że rozdział ten nie jest prokuratorskim aktem oskarżenia sanacyjnych czasów. Co prawda w latach 70. już tak nie pisano, ale w latach 50. połowa pracy zawierała krytykę przedwojennych rządów. Trochę przypominało to ton, w jakim dziś niektórzy piszą prace o latach PRL – zauważa prof. Michał Pietrzak, wspominając doktorat premiera. – Widać tu też prawicowe sympatie młodego Kaczyńskiego.

Cytaty z Gomułki i Kliszki

Premier Kaczyński pytany przez „Fakt” o pracę doktorską brata, okraszoną odwołaniami do klasyków marksizmu-leninizmu, odpowiedział, że „w latach 70. w Polsce w każdej praktycznie pracy doktorskiej z dziedziny prawa gdzieś tam Marks czy Lenin był wspominany”. Ale okazuje się, że tych klasyków nie ma w pracy doktorskiej Jarosława. Jest za to sporo odwołań do wypowiedzi przywódców i ideologów PRL: Gomułki, Bieruta, Cyrankiewicza, Kliszki, Sokorskiego, Werblana, Kąkola oraz do referatów na partyjne zjazdy i plena KC. Te konieczności, rodzaj obliga, wynikającego z wymogów warsztatu naukowego, dobrze zrozumie rówieśnik premiera, ale może już mieć z tym problem młody poseł PiS czy LPR.

„Rok 1944 i 1945 zmienił całkowicie sytuację polityczną w Polsce – pisze Jarosław Kaczyński w rozdziale drugim, obejmującym lata 1944–1968. – Koncepcja powrotu do tak czy inaczej zmodyfikowanych stosunków przedwojennych okazała się zupełnie nierealna. Ster władzy uchwyciły siły polityczne, które w okresie międzywojennym nie miały nawet możliwości legalnego działania (KPP i inne grupy lewicy rewolucyjnej) (…). Także postawa środowiska naukowego ulegała pod naciskiem okoliczności przemianom. Omówienie wszystkich tych przemian, pociągnięć władz i reprezentantów nauki przekracza ramy tej pracy”. Nie jest to ani pierwsze, ani ostatnie takie zastrzeżenie, umożliwiające autorowi trzymanie się głównego wątku pracy, a zarazem pozwalające uchylić się od politycznych ocen.

Kaczyński przedstawia główne koncepcje i przesłanki, którymi kierowały się „władza rewolucyjna i środowisko akademickie”. Pisze: „Artykuły publikowane w roku 1945 i 1946 głosiły tezę o szkodliwości poddawania nauki wpływowi partii politycznych, broniły przedwojennego stanu nauki polskiej, przestrzegały przed arbitralnym rozwiązaniem kwestii organizacji szkolnictwa wyższego w Polsce”. Począwszy od roku 1947 zaczyna się kłaść nacisk na konieczność zmian i umacnianie związków nauki z państwem. Taki model uczelni wprowadzono ustawą z grudnia 1951 r. „Z punktu widzenia tej pracy nie jest jednak konieczne analizowanie jej postanowień, jako że zniosła ona w praktyce wszelką rolę ciał kolegialnych w szkołach wyższych, wprowadzając zasadę jednoosobowego kierownictwa i służbowego podporządkowania rektorów ministrowi”. Ta stalinowska w treści ustawa obowiązywała dość krótko i na fali zmian po Październiku ’56 znów samorząd akademicki się odrodził. Ale popaździernikowa odwilż nie trwała długo.

Student A. Michnik

„W szkołach wyższych powstały i z czasem zdobyły coraz szersze wpływy podstawowe organizacje partyjne i choć sytuacja w POP niektórych szkół była dość skomplikowana, a wytyczne plenów KC nie zawsze realizowane, niemniej zasada kierowniczej roli partii i jej organizacyjne konsekwencje wywierały zasadniczy wpływ na stosunki szkoły wyższe–państwo” – zauważa Kaczyński. Pisze, że kariera naukowa stała się „jedną z pożądanych dróg życiowej kariery”. Zaostrzyły się wewnętrzne konflikty w środowisku naukowym, czemu sprzyjał powolny awans naukowy, stawiający wielu młodszych pracowników naukowych w pełnej zależności wobec profesorów i docentów przy jednoczesnym niemal całkowitym pozbawieniu ich wpływu na życie uczelni.

Władze nie są też zadowolone z działalności wychowawczej uczelni. „Już w referacie KC na III Zjazd PZPR stwierdzono pojawienie się zjawiska naporu ideologii burżuazyjnej. Jednocześnie jednak podkreślona została zasada niestosowania metod administracyjnych w walce o ostateczny cel, jakim jest według słów Władysława Gomułki »całkowity triumf marksizmu-leninizmu jako jedynej metodologicznej podstawy nauki«” – cytuje Kaczyński ówczesnego przywódcę.

Ale jak zarazem zaznacza, „w posunięciach władz sprzed 1968 r. (…) nie można było znaleźć tendencji do likwidacji samorządu. Warto tu zauważyć, że nawet w przypadkach pewnych konfliktów o charakterze politycznym (sprawy dyscyplinarne przeciw studentowi A. Michnikowi i innym) władze nie posuwały się do stworzenia środków nadzwyczajnych. Całkowitą zmianę tej sytuacji przyniósł rok 1968. Dokładniejsza analiza wydarzeń roku 1968 przekracza zakres niniejszej pracy. Najogólniej rzecz biorąc można stwierdzić, że w marcu 1968 r. doszło w Polsce do gwałtownej erupcji pewnych procesów politycznych, które jak można sądzić były wynikiem napięć i konfliktów, które już od pewnego czasu nasiliły się w Partii i społeczeństwie (w przypisie Kaczyński podaje, że taką interpretację konfliktu daje Andrzej Werblan, czołowy wówczas działacz PZPR odpowiedzialny za sprawy nauki – dop. M.H.). Początek wystąpienia studentów najpierw Warszawy i później także innych ośrodków, których bezpośrednią przyczyną stało się zastosowanie wobec dwóch studentów UW relegacji, z pominięciem przewidzianej przez ustawę procedury. Postawiło to znaczną część środowiska akademickiego w sytuacji jawnego konfliktu z władzą. Konflikt ten ze względu na swój spektakularny przebieg wysunął się na pierwszy plan wydarzeń. Wydaje się jednak, że kryzys polityczny z marca 1968 r. obejmował w rzeczywistości znacznie szerszą płaszczyznę i – co z punktu widzenia tej pracy najważniejsze – sytuacja na uczelniach nie była w gruncie rzeczy najważniejszym jej elementem. Chodziło raczej o całokształt politycznego i społecznego rozwoju Polski, o usunięcie pewnych barier jakie wytworzyły się dla awansu młodszego pokolenia – a także ocenę zarysowującego się już wyraźnie kryzysu społeczno-gospodarczego. (…).

Niektóre wypadki z lat poprzednich, kiedy to brak odpowiednich instrumentów oddziaływania uniemożliwiał rozwiązanie zaistniałych konfliktów po myśli władzy, ukazały się teraz w nowym świetle jako część łańcucha przyczyn, których ostatecznym wynikiem były wydarzenia marcowe. Teza, że zaniedbanie wymogów ideologicznego bezpieczeństwa prowadzić musi do przechodzenia części środowisk akademickich (a także środowisk kulturalnych) do opozycji, co w efekcie końcowym prowadzi do jawnych konfliktów, wydawała się znajdować pełne potwierdzenie. (…) Takie właśnie stanowisko zajął już 19 marca 1968 r. W. Gomułka, przemawiając do aktywu partyjnego Warszawy. Stwierdził on m.in. »Przed niespełna 10 laty przy aktywnym poparciu klubu poselskiego naszej Partii Sejm obdarzył szkoły wyższe szerokim samorządem. Lecz komu wiele dano, od tego wiele trzeba wymagać. Szeroki zakres praw oznacza również wielki zakres odpowiedzialności za porządek na uczelniach, za niezakłócony rytm pracy dydaktycznej, za los młodzieży«.

Z całego przemówienia ówczesnego pierwszego sekretarza wynikało, że nauczyciele akademiccy ze swego zadania nie wywiązali się. Krytyczny stosunek do rozwiązań ustawy z 1958 r. posuwał się w wypowiedziach niektórych przedstawicieli ówczesnych władz jeszcze dalej, bo aż do twierdzenia, że cała ustawa z 1958 r. była dziełem sił rewizjonistycznych, które w drugiej połowie lat pięćdziesiątych opanowały niektóre odcinki życia państwowego”.

Tu znów Kaczyński odwołuje się do tekstu Werblana „Przyczynek do genezy konfliktu”, „Miesięcznik Literacki” nr 5 z 1968 r. Odwołuje się też do sejmowych wystąpień premiera Józefa Cyrankiewicza i Zenona Kliszki (sekretarza KC PZPR i członka Biura Politycznego), zapowiadających „zmiany na uczelniach, które będą szansą awansu dla młodych pracowników naukowych. „Wydarzenia marca 1968 r. zdecydowały, że reforma instytucji akademickich poszła w kierunku ograniczenia roli ciał kolegialnych. (…) Uchwała V Zjazdu Partii ostatecznie przesądziła o kierunku zmian” – pisze Kaczyński.

Odsunięto na jakiś czas wybory rektorów, szkołę wyższą podporządkowano woli ministra, mianowano dziesiątki „marcowych docentów” (adiunktów bez habilitacji), likwidowano i łączono katedry w instytuty. „Generalnie rzecz biorąc, można mówić o likwidacji samorządu akademickiego wprowadzonego ustawą z 1958 r.” – Kaczyński nie waha się napisać, ale w innym miejscu pracy dodaje, że „zasadnicze błędy przyjętych w latach 1969–70 rozwiązań nie wykluczają jednak ich użyteczności na niektórych odcinkach. Przykładem tego mogą być właśnie rozwiązania przyjęte dla usprawnienia kierownictwa działalnością naukową. Chodzi tu o system planowania nauki oparty o tzw. tematy węzłowe i resortowe. (…). Dalszym posunięciem w tym samym kierunku było utworzenie ustawą z 29 marca 1972 r. Ministerstwa Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki”. To ostatnie posunięcie, zwłaszcza w ówczesnej rzeczywistości, trudno jest uznać za sprzyjające autonomii szkół wyższych… Pozytywna o tym opinia jest pewnie wyrazem osobistego przekonania autora, któremu wierny pozostaje do dziś.

Kaczyński zauważa też, że „nowym elementem wpływającym na ocenę charakteru szkoły jako całości jest dopuszczenie studentów w kierowaniu, zgodnie z powszechnie przyjętym w nauce socjalistycznej poglądem udział użytkowników zakładu w kierowaniu nim jest przejawem samorządności. Stąd uczelnie tracąc charakter samorządów akademickich nabrały pewnych cech samorządu w rozumieniu socjalistycznej doktryny prawa” (tak w oryginale).

W podsumowaniu pracy Kaczyński pisze, że pomarcowe zmiany prawne były „prawdziwym przewrotem w dziejach naszego szkolnictwa wyższego”, ale od razu dodaje: „mimo że reforma należała do grupy tych, które zainicjowane przez państwo, mają za zadanie ściślejsze podporządkowanie mu szkół, i że podstawowym instrumentem tego podporządkowania było umocnienie roli organów jednoosobowych, to jednak nie zdecydowano się na całkowitą likwidację ciał kolegialnych lub też takie ograniczenie ich uprawnień, które automatycznie sprowadziłoby je do roli nic nie znaczącej dekoracji. Siłą rzeczy stały się one elementem skomplikowanej gry, jaką jest kierowanie szkołą wyższą. Działający racjonalnie kierownik każdej jednostki organizacyjnej uczelni musi brać pod uwagę ich istnienie”.

Kaczyński te możliwości gry dostrzega, ale w pracy nie przedstawia jednoznacznie swojego stosunku do akademickiej samorządności, a przede wszystkim do tego, jaki jej zakres uznaje za pożądany w PRL.

Użytkowy konformizm

Czy jak na tamte lata wybór tematu pracy przez Kaczyńskiego był wyborem odważnym i czy rzeczywiście mógł się on spodziewać problemów z jego obroną, czemu daje wyraz we wspomnieniach z tamtych lat?

– Na wybór tematu zapewne jakiś wpływ miał prof. Ehrlich – przyznaje prof. Skrzydło, drugi recenzent doktoratu. – Kiedy ktoś miał pomysł na drażliwy dla władz temat, sam starał się szukać promotora z pozycją.

– Rola ciał kolegialnych to był na pewno bieżący i polityczny temat. Żadna władza ich nie lubi i obecny premier chyba też – zauważa prof. Pietrzak. – A w pierwszej połowie gierkowskiej dekady o wielu sprawach otwarcie można było pisać. Ja domagałem się choćby wprowadzenia sądownictwa administracyjnego i po jakimś czasie to się udało.

W pracy doktorskiej premiera na palcach policzyć można odwołania do obcej literatury. – Wówczas już uważano to za mankament – przyznaje prof. Skrzydło. – W prestiżowym konkursie na prace doktorskie i habilitacyjne, organizowanym przez miesięcznik „Państwo i Prawo”, takie prace nie miały szans.

Kaczyński pisząc doktorat był pracownikiem resortowego instytutu zajmującego się polityką naukową i szkolnictwem wyższym. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do zebrania wiedzy o relacjach między państwem i szkołami wyższymi w ówczesnych krajach socjalistycznych i kapitalistycznych. A w tych ostatnich doszło wtedy do sporych reform, będących skutkiem wydarzeń na zachodnich uczelniach w 1968 r.

– Takie porównanie na pewno powiększyłoby wartość pracy – przyznaje prof. Pietrzak. – Ale być może doktorant obawiał się porównań krajów socjalistycznych z kapitalistycznymi, bo wiadomo, do jakich wniosków to musiało prowadzić.

Premier wspomina: „Obroniłem doktorat, odpocząłem jeden dzień i poszedłem do Jana Józefa Lipskiego zgłosić się do KOR”. W pracy doktorskiej nie ujawnił wyraźnie aż tak krytycznego stosunku do PRL – chciał być nie tylko rewolucjonistą, ale także doktorem prawa. Dlatego napisał pracę ostrożną, wyważoną, neutralną, unikając daleko idących wniosków. Potraktował PRL opisowo, niejako regulaminowo, oddając ówczesnemu cesarzowi tyle, ile trzeba i nic więcej. Nie wyrządził sobie doktoratem krzywdy – ani 30 lat temu, ani teraz.

polityka.pl

Różańcowe krucjaty, Jezus królem PL, zakaz aborcji, handlu w ndz., dotacje dla Rydzyka, msze smoleńskie. Formowanie kołtuna nabiera tempa.

 

B.Mazurek: „PiS poszedł na dalekie ustępstwa”. Czytaj➡️ nie tylko , ale i będzie mógł zatłuc Temidę polityczną pałką

Gierek przemawia na Zjeździe Delegatów Stronnictwa Demokratycznego. – Ważne, Towarzysze, że jesteśmy razem. Musimy zbudować silne państwo.

Sand cat kittens captured on video in wild for first time

The eight-week-old felines were spotted in the Moroccan Sahara after researchers tracked them for four years.

http://www.independent.co.uk/news/world/africa/sand-cat-kittens-captured-video-wild-first-time-panthera-researchers-africa-sahara-morocco-a7987756.html

Macierewicz dla „Sieci”: Musimy skoncentrować wysiłek zbrojeniowy na artylerii

Foto: Fotorzepa/ Marian Zubrzycki

Musimy skoncentrować wysiłek zbrojeniowy na artylerii, zarówno lufowej, jak i rakietowej – powiedział minister obrony narodowej Antoni Macierewicz. Chodzi o stworzenie własnego systemu antydostępowego, a więc takiej zapory ogniowej – dodał.

Minister w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”, który ukaże się w poniedziałek podkreślił, że państwo polskie swoje bezpieczeństwo musi skoncentrować na artylerii; „musimy skoncentrować wysiłek zbrojeniowy na artylerii, zarówno lufowej, jak i rakietowej”. Jak dodał, chodzi przede wszystkim o „stworzenie własnego systemu antydostępowego, a więc takiej zapory ogniowej, która nie pozwoli Rosjanom przekroczyć pewnej strefy w głąb terytorium Polski”.

Macierewicz podsumował rosyjsko-białoruskie manewry Zapad-2017, które odbywały się w dniach 14-20 września na sześciu poligonach na Białorusi i trzech w Rosji – stwierdzając, że „Rosjanie pokazali, że mogą zorganizować i przerzucić na całym swoim froncie zachodnim, a więc na wschodniej flance NATO, siły zdolne do zaatakowania państw bałtyckich, Ukrainy i Polski z równoczesnym zablokowaniem Stanom Zjednoczonym możliwości przerzucenia wojsk do Europy. Że są w stanie przeprowadzić atak, który zmieni sytuację geopolityczną w Europie. To jest podstawowy wniosek”.

„Sztab generalny Ukrainy podtrzymuje tezę, że część wojsk jednak pozostała. Być może w dalszym ciągu trwa wycofywanie się dodatkowych wojsk, a nie pozostawienie wojsk na stałe” – powiedział Antoni Macierewicz odnosząc się do spekulacji, że tylko część rosyjskich żołnierzy wróciła po manewrach do Rosji.

Dodał, że „na Białorusi cały czas działa (…)rosyjska baza w Baranowiczach. Wiemy też, że po zakończeniu aktywnej części manewrów nastąpiła ich druga faza, związana z wystrzeliwaniem pocisków balistycznych”.

Całe wydarzenie związane z manewrami Zapad-2017 Macierewicz reasumuje jako demonstrację potencjału militarnego Rosji: „była to niesłychanie istotna demonstracja całościowego potencjału militarnego Rosji, łącznie z siłami nuklearnymi. Ale to nie koniec, ponieważ jednocześnie pokazano nam i całemu światu zdolność do synchronizacji tej aktywności z działaniami na Dalekim Wschodzie.”

Jak podkreślił, ważnym elementem manewrów było to, że były one przeprowadzane „w rytmie narastającej agresji Korei Północnej, w sposób oczywisty wspieranej i ochranianej zarówno przez Chiny, jak i Rosję”. Podkreślał, że w ten sposób pokazano państwu polskiemu „powrót agresywnego sojuszu kontynentalnego”.

Zauważył, że analogiczna sytuacja miała miejsce na Bałtyku, gdzie odbywały się ćwiczenia chińsko-rosyjskie.

Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz ocenił, że „jesteśmy świadkami wzrastającego zagrożenia dla bezpieczeństwa świata”.

rp.pl

Róża Thun: Sami musimy wyjść z opresji i głupoty PiS

Róża Thun: Sami musimy wyjść z opresji i głupoty PiS

Nie ma co czekać na rycerza na białym koniu, że przyjedzie i nas wybawi z opresji i głupoty PiS-u, ani na Unię Europejską, że nie wiadomo, co zrobi. Sami naważyliśmy sobie tego piwa i sami musimy je teraz wypić – mówi nam Róża Thun, europosłanka, euroentuzjastka, była dyrektor przedstawicielstwa KE w Polsce. Pytamy o to, jak Europa patrzy na Polskę Kaczyńskiego, czy czasem wstydzi się za polski rząd, dlaczego młodzi nie chodzą na wybory i czym skończy się antyniemiecka polityka rządu.

JUSTYNA KOĆ: PiS ciągle mocny, mimo afery billboardowej, łamania konstytucji, chaosu w szkołach, 27:1, spóźnionej pomocy po przejściu huraganu na Pomorzu. Jest pani pod wrażeniem strategii Jarosława Kaczyńskiego?

RÓŻA THUN: Są takie diabelskie sztuczki, które działają na krótką metę, ale na ogół tak jest, że w dłuższej perspektywie, przynajmniej w tym świecie, w którym my żyjemy, czyli cywilizacji zachodnio-europejskiej, judeochrześcijańsko-rzymsko-greckiej, jednak normy uczciwości i sprawiedliwości z czasem zwyciężają. Chciałabym tylko, żeby ten czas był jak najkrótszy.

To co się dzieje w Polsce, że te normy nie zwyciężają?

Nie wiem, dlaczego tak jest, że ludzie w Polsce tak łatwo ulegają kłamstwu, manipulacji i populizmowi. Niestety, jesteśmy w takim czasie, że w ogóle populizm odgrywa dużą rolę i bardzo dobrze się ma.

Takie chamsko-proste argumenty, czarno-białe, nieuczciwe bardzo łatwo się przebijają. Jeśli mają społeczeństwo intelektualnie zaniedbane przez długi czas, to taki jest efekt.

Według mnie, poza Tadeuszem Mazowieckim mało kto zajmował się edukacją na poważnie. Jeżeli od dawna nie uczyło się w szkołach tego, co jest prawdą, a co kłamstwem, wyciągania wniosków, umiejętności  czytania i rozumienia tekstów, prawdziwej dyskusji z argumentami i kontrargumentami i osądzania na zakończenie, to mamy teraz skutki. Po drugie, ogromną społeczną rolę odgrywa teraz Kościół.

Niestety raczej negatywną. Kościół długo popierał PiS.

To prawda, ale rola Kościoła w tej sytuacji ma o wiele szerszy kontekst. Pamiętam taką rozmowę z pewnym księdzem, zresztą wykładowcą. Zapytałam się go, o co się pyta przy spowiedzi. Czy tylko o to, czy zdradzasz żonę lub męża, czy bijesz żonę lub męża, czy używasz środków antykoncepcyjnych, czy pytają też o to, czy płacisz uczciwie podatki, jaki jest twój stosunek do twoich podwładnych, czy dbasz o ich kariery, czy pomagasz im w rozwoju zawodowym, zwracasz uwagę na ich sytuację rodzinną, jak traktujesz naturę, czy palisz kaloszami w piecu, czy zakręcasz kurek przy myciu zębów, czy przygotowujesz się poważnie do wyborów, czy sprawdzasz, kto jest u ciebie kandydatem, czy chodzisz przygotowany na wybory. Ten ksiądz popatrzył na mnie wielkimi oczami i powiedział: przecież to nie nasz problem, to nie nasza sprawa. Tak więc wszystkie instytucje, które były odpowiedzialne za kształcenie, nie mówię o rodzinach, ale instytucje strasznie to zawaliły – i świeckie, i kościelne.

Nie ma co ukrywać, że Kościół w Polsce ma ogromny wpływ na życie. Poza tym, nie tylko w Polsce, mamy ogromny problem z populizmem.

Dlaczego?

Jesteśmy w okresie rewolucji komunikacyjnej, ludzie czerpią informacje ze źródeł różnych, także z Internetu. Sam Internet jest czymś fenomenalnym, ale musimy się uczyć mądrze go używać i z niego korzystać. Trzeba też sobie zdawać sobie sprawę, a to jest bardzo trudne rozróżnienie, jak strasznie dużo jest fake news, kłamliwych informacji. Jak ogromy wpływ na informacje w Internecie mają ludzie i politycy, którzy nam źle życzą. Na dodatek, mamy duże podstawy, aby uważać, że zamieszana jest w to Rosja, żeby osłabiać demokrację w poszczególnych krajach Unii, a szczególnie w tych ze swojej dawnej strefy wpływów. Wygląda na to, że ten wpływ nadal jest ogromny, i od tego jesteśmy logicznie myślącymi ludźmi, aby się temu nie poddać. Tylko myślenie i działanie konstruktywne jest zawsze trudniejsze od działania destrukcyjnego. To bardzo niepokojące, co się dzieje, i już abstrahując, kto jest w jakiej partii, to co się dziś u nas wyrabia jest dla Polski szalenie niepokojące.

Destrukcja społeczeństwa, odkąd PiS przejął władzę i media publiczne, jest bardzo szybko postępująca.

To przerażające, w jakim tempie PiS przejął instytucje: Polski Instytut Sztuki Filmowej, Instytut Adama Mickiewicza, przejmują wszystko, co się da.

Począwszy od Trybunału Konstytucyjnego.

A skończywszy na stadninie w Janowie, to jakieś  szaleństwo! Jeżeli dodamy do tego finansowanie chociażby ze SKOK-ów pism, które nic innego nie robią, tylko jątrzą, to mamy tak bardzo podzielone społeczeństwo, że ludzie w domach się kłócą. Do tego jeszcze budzenie nieufności w ludziach zarówno do siebie wzajemnie w kraju, ale i do wszystkich, którzy są na zewnątrz. Coś obrzydliwego.

Ma pani na myśli kampanię antyniemiecką?

Antyniemiecką i antyunijną, to coś obrzydliwego. Ale przecież obecny rząd powoduje napięcia z Litwinami i Ukraińcami, zupełnie niepotrzebnie. Umieszczanie w dokumentach Matki Boskiej Ostrobramskiej to prowokacja bez sensu. To wszystko, jak się zbierze do kupy, jest ogromnie niepokojące, a proszę zobaczyć, jaki w tym wszystkim mają sukces.

Udaje im się skłócić wszystkich z wszystkimi, nigdy nie było tak dużych napięć. To jest straszne.

„Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało”? Platforma rządziła 8 lat.

Jasne, że poniekąd spijamy, co sami naważyliśmy, ale myśmy się tak skupili na tym, żeby wyciągać Polskę z tego fatalnego poziomu ekonomicznego, w którym była dotychczas, że może rzeczywiście za mało uwagi zostało poświęcone na edukację obywatelską.

Wie pani, ja się urodziłam w 1954 roku, to było 9 lat po wojnie. Uczyłam się w naprawdę fatalnych szkołach, podręczniki były komunistyczne, nauczyciele bali się z nami rozmawiać, albo wciskali nam tę potworną komunistyczną propagandę. Na historii głównie mówiono o ruchach robotniczych, na rosyjskim to tylko był Lenin. Jak byliśmy mali, to mały Leninek, w starszych klasach uczyliśmy się o starszym Leninku, a jak dorastaliśmy do matury, to był duży Lenin i rewolucja październikowa. To był jakiś koszmar. W domu też mało rozmawiało się na temat historii, o tym, co działo się przed wojną i w czasie wojny. Wydaje mi się, że rodzice nie zdawali sobie sprawy, co dzieje się w szkole, a z drugiej strony wojna była tak niedawno, wszystkim dorosłym się wydawało, że to przecież oczywiste i że my, dzieci, też to wiemy. Ja i tak miałam to szczęście, że dorastałam w wyjątkowej rodzinie i w moim domu dużo się rozmawiało, przychodzili do nas ciekawi ludzie i dyskutowali, ale rodzice nie przerabiali ze mną historii, nie obalali tych bzdur, którymi karmiono nas w szkole, ponieważ nie zdawali sobie z tego sprawy, że my tego, co dla nich było oczywiste, po prostu nie wiedzieliśmy.

Proszę teraz zobaczyć, że od 1989 roku minęło o wiele więcej czasu. Te dzieci, młodzi ludzie dziś żyją w kompletnie innym świecie. To, co dla mnie i pewnie dla pani jest oczywiste, dla nich jest czymś kompletnie nieznanym. Lęk przed dyktaturą dla nich nie istnieje, lęk przed zniewoleniem. Jasne, że straszenie nie jest dobrą metodą, ale prawda jest taka, że my im tego niebezpieczeństwa nie potrafimy przekazać.

Moje pokolenie, pani pokolenie chodzi na demonstracje, na Kluby Obywatelskie, dyskusje, bo my wiemy, czym to wszystko grozi, oni nie wiedzą.

Zawiniła edukacja?

Bo nigdy tego dobrze nie zakomunikowaliśmy. Nam się wydawało, że to normalne, że my w demokracji musimy się czuć odpowiedzialni za ojczyznę, chodzić na wybory, czuć wspólnotowość i odpowiedzialność nie tylko za Polskę, ale i Unię Europejską, skoro mieliśmy to szczęście wejść do niej. To są już zupełnie inne pojęcia i wrażliwości. Nie skupiliśmy się na wychowaniu obywatelskim, bo nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakie to jest niezwykle ważne. To nie przychodzi samo z siebie razem z demokracją, tylko to ciągle trzeba robić.

Tłumaczy nas trochę to, że Polska była w tak strasznej zapaści ekonomicznej, że musieliśmy starać się, aby to jakoś ruszyć, abyśmy my, jak i następne pokolenia, mieli co do garnka włożyć. W to poszedł cały wysiłek. Zresztą to się bardzo dobrze udało.

W innych krajach wychowanie obywatelskie wyszło lepiej?

Tak, np. w Niemczech. Dobrze widać to po ostatnich wyborach, gdzie wybierali między dwoma dużymi demokratycznymi frontami. Oczywiście jest też w niemieckim parlamencie AfD z wynikiem 12,6 proc. głosów, która tym samym niemal potroiła swój rezultat z poprzednich wyborów w 2013 r., kiedy debiutowała. Niemniej, dwie główne siły, socjalistyczna i chadecka, są mocno zakorzenione w Europie, w demokracji, w wartościach. Niemcy od czasów końca wojny kładli ogromny nacisk na odróżnianie prawdy od kłamstwa, na wychowanie obywatelskie, otwartość na innych. Dlatego też tak dali sobie radę z tą ogromną falą emigrantów, która do nich przyjechała w krótkim czasie. Tam każdy jest gdzieś zrzeszony, w organizacji, stowarzyszeniu, każdy jest członkiem czegoś i uczy się demokracji od podstaw. U nas tego szerokiego budowania demokracji nie ma, a nawet jest na odwrót, z dumą się mówi, że nigdy się nie było i nie będzie należeć do żadnej partii. To nie jest powód do dumy, bo demokrację buduje się w grupach, wspólnie.

Czy Unia może nam pomóc wyjść z tego populistycznego zachłyśnięcia?

Wielką pomocą dla nas jest to, że mamy otwarte granice, finansowane różne wymiany w stylu Erasmus, liczne konferencje, spotkania, czyli że swobodnie przepływa wymiana myśli.

Ja bardzo wierzę w taką Unię, że jak minister Szyszko niszczy lasy, to Unia mówi stop.

Minister Szyszko nie stosuje się do tych zaleceń, a nawet do postanowień KE.

Ja też bym wolała, żeby minister Szyszko inaczej do tego podchodził, żeby KE nie musiała podawać Polski do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Unia Europejska tu na pewno jest bardzo pomocna, ponieważ to suma doświadczeń w poszczególnych krajach, to daje wielką mądrość, tylko trzeba umieć z tego korzystać. Dlatego prawo europejskie powstaje tak wolno, bo musi dotyczyć 500 mln osób i wszyscy muszą się na dany temat dogadać, a wrażliwość, problemy, doświadczenia są bardzo różne w krajach UE. Dla mnie te ramy, które nakłada na nas Unia, są bardzo ważne i mogą pomóc uniknąć błędów, które popełniły inne kraje. Ciągłe podkreślanie, że przestrzeganie prawa nie jest widzimisię, ale obowiązkiem członków UE, też jest zasadnicze.

Ale wiemy, że PiS tego nie przestrzega.

To prawda.

Nie boi się pani, że to skończy się dla nas tragicznie. Rząd PiS już przedstawia Unię Europejską jako coś, co chce nam narzucić uchodźców i nie pozwala nam się rządzić jak chcemy.

I do tego jest niemiecka. W ogóle uważam, że ta antyniemiecka narracja jest absurdalna, to opowiadanie, że i tak wszystkie decyzje podejmuje się w Berlinie, z tymi wstrętnymi Niemcami, którzy powinni płacić nam reparacje. Jeżeli rozbudzi się na nowo nienawiść do Niemców, a wcale to nie będzie takie trudne z wiadomych powodów, to można będzie na tym długo bazować. No i jest jeszcze Soros, pamiętajmy.

Zresztą dokładnie to samo widzieliśmy na Węgrzech, najpierw rozpętano wielką kampanię przeciwko Sorosowi, „spekulantowi żydowskiemu”, a potem kampanię antyunijną, gdzie Soros ma podobno ogromne wpływy.

PiS niestety podąża podobną ścieżką i wiele robi, aby obrzydzić Polakom Unię Europejską. Muszę przyznać, że ja się tego bardzo boję. Już w Polsce mamy przekonanie, że UE się powoli rozpada, a to przecież nie Unia się rozpada, tylko my z niej wypadamy.

Może za mało się mówi o Unii, o dofinansowaniu chociażby na walkę ze smogiem?

Na walkę ze smogiem i na dalszy rozwój Polski mamy 100 mld euro do wykorzystania. Moglibyśmy wziąć te pieniądze, ale trzeba współpracować, a nie się obrażać.

Unia powinna dawać więcej marchewki niż pokazywać kija?

Wie pani, nie ma co czekać na rycerza na białym koniu, że przyjedzie i nas wybawi z opresji i głupoty PiS-u, ani na Unię Europejską, że nie wiadomo, co zrobi. Sami naważyliśmy sobie tego piwa i sami musimy je teraz wypić. To jest bardzo poważna sprawa, ale, niestety, sami musimy z tego wyjść.

Wyobraża sobie pani u nas takie sceny, jak w Barcelonie?

W Parlamencie Europejskim obecnie to bardzo ważny temat. Właśnie debatujemy nad tą sytuacją. Generalnie wszyscy są zgodni, że

przemoc nie jest instrumentem do rozwiązywania konfliktów politycznych.

Z drugiej strony rząd kataloński łamał konstytucję, a nie wolno tego robić, to działanie wbrew prawu. Ale przemoc nie jest na to odpowiedzią. Rząd w Madrycie argumentuje, że gdy ktoś nie przestrzega prawa i łamie konstytucję, to od tego właśnie jest policja. To skomplikowane. Pamiętajmy też, ilu policjantów zostało rannych, ponad 300, zatem ta walka była z dwóch stron.

Nie wyobrażam sobie, że w Polsce dochodzi do takiej sytuacji. Nie może do niej dojść.

U nas ulica walczy o przestrzeganie prawa i konstytucji, a rząd je łamie.

My już tyle razy ćwiczyliśmy ten straszny scenariusz za PRL, że skończmy to raz na zawsze. Okrągły stół jest rozwiązaniem, nie policja.

Nasz Okrągły Stół był zdradą według obecnej ekipy rządzącej.

To jest właśnie to zaniedbanie z edukacją: niektórzy w to nawet uwierzyli. Zresztą teraz, jak zaglądam do podręczników, to włosy mi dęba stają. Zawsze postulowałam, żeby w Warszawie, w pobliżu Pałacu Namiestnikowskiego, stanął duży okrągły stół z brązu, z podpisanymi miejscami, żeby uczniowie mogli tam przyjść, usiąść na tych krzesłach, wczuć się w role, dyskutować, negocjować, argumentować, słuchać. Mógłby być to pomnik interaktywny.

Okrągły Stół powinien być naszą największą chlubą narodową. Dzisiaj wygląda na to, że będziemy inne pomniki budować.

Czy w Europie mówi się o aferze billboardowej?

Nie, myślę, że nikt o tym nie wie, poza oczywiście specjalistami. Jest w parlamencie kilkoro posłów, którzy śledzą bardzo dokładnie wydarzenia w Polsce.

To jest tak abstrakcyjne, żeby w ten sposób mówić i krytykować własne sądy, że za granicą ludzie tego nie rozumieją. Ja mam wrażenie, że jak już się pytają i tłumaczy im się, co tam jest napisane, że jeden sędzia ukradł pączka, a drugi czekoladę, to oni myślą, że ktoś zwariował, a ja też nie bardzo chcę im to tłumaczyć, bo to przecież jakiś absurd. Nie chcę, żeby oni wiedzieli o tym, bo pomyślą, że oszaleliśmy, przecież sami do tego dopuściliśmy. Fajnie by było, gdyby moi zagraniczni koledzy w Parlamencie Europejskim rozumieli, że to PiS jest zły i łamie prawo, ale Polacy są szlachetni. Niestety, raczej słyszę, że to my sami w demokratycznych i wolnych wyborach wybraliśmy sobie taki rząd. I to akurat jest prawda. A na dodatek wszyscy wiedzą, że ten rząd w Polsce, po tym wszystkim, co już narobił, ma 43 proc. poparcia. Taka informacja się niezwykle szybko rozchodzi.

Wstydzi się pani?

Musze przyznać, że bardzo, i ciągle walczę tu o wizerunek Polski. Staram się pokazywać, że też mamy dobry, konstruktywny wpływ na kształt całej Unii, nasza grupa posłów stara się tutaj, jak może. Ale muszę przyznać, że

mnóstwo ludzi się pyta: co się tam u was dzieje? I pukają się w głowę, jak to jest możliwe. W kraju dumnym, który wywalczył sobie jako pierwszy wolność, gdzie była „Solidarność”, skąd pochodził Jan Paweł II…

Jak swoje wystąpienie ma poseł Legutko, to wstyd straszny, to jest wyłącznie czepianie się, krytykowanie, głupie, uszczypliwości, nic konstruktywnego z jego ust nie pada. Wszyscy, którzy go słuchają, wiedzą jednocześnie, że on reprezentuje linię rządu, który ma te 43 proc. poparcia, to nie ma się co dziwić, że jesteśmy tak traktowani, że coraz mniej chcą z nami rozmawiać. Zresztą Polska sama się wycofuje. Nie słychać nic o aktywności ministrów, nie wiem nawet, czy przyjeżdżają na posiedzenia Rady. W przedstawicielstwie zwolniono Ambasadora Marka Prawdę, który był jednym z najwybitniejszych dyplomatów europejskich, szalenie tutaj szanowanych, jak odchodził, to miał pożegnanie niczym król. Oczywiście Komisja Europejska szybko się zorientowała, że jest wolny, złapała go i zatrudniła. Teraz na jego miejscu jest ambasador Jarosław Starzyk, o którym nikt nic dobrego nie słyszał i do tego jest kompletnie nieobecny.

Nasze stałe przedstawicielstwo, z którego zdaniem do niedawna jeszcze się liczono, przestało odgrywać w Brukseli jakąkolwiek rolę.

A Starzyka kojarzą tylko ci, którzy widzieli, jak dawniej nosił papiery za minister Anną Fotygą (rozmowa odbyła się przed informacją, że w tzw. zbiorze zastrzeżonym IPN odnalazł dokumenty Starzyka, który podał się do dymisji – red.). Polska jest szóstym, za chwilę będzie piątym krajem co do wielkości i kompletnie nie widać naszej konstruktywnej aktywności. To jest straszne.

Czy to prawda, że to, o co zabiega teraz prezydent Macron, czyli o jedne stawki dla delegowanych pracowników, nie pierwszy raz postuluje się na forum europejskim, tylko do tej pory pozycja Polski pozwalała na „utrącenie” tematu?

Oczywiście. W poprzedniej kadencji przekonaliśmy ich, żeby dać spokój z tym tematem. Teraz nie ma żadnych szans na to, nikt Polski nie posłucha. Zresztą jest więcej takich tematów. Teraz przecież miejsca po Brytyjczykach zostaną rozdysponowane na inne kraje. Ciekawa jestem, czy rząd polski cokolwiek robi, żeby zabiegać, aby było więcej europosłów z Polski, my zabiegamy bardzo, ale jesteśmy z tym kompletnie sami. Nie wiem, czy ktokolwiek zagłosuje tu za tym, aby było więcej posłów z Polski. Jeżeli do parlamentu trafi więcej PiS-owców czy Korwinowców, to po co mają za tym głosować? I w dodatku nie widać żadnej aktywności w tym temacie ani ze strony rządu, ani ze strony europosłów z partii rządzącej! Proszę pamiętać, że

jak nasza pozycja się osłabi, to już na zawsze, albo przynajmniej na bardzo długo.

Warto dodać, że odkąd są fundusze spójności, to Polska była zdecydowanie największym odbiorcą. Teraz prawdopodobnie w ogóle będzie położony mniejszy nacisk na te fundusze, i to ze względu na Polskę. Skoro Polska nie chce współbudować Unii, to po co te pieniądze przeznaczać dla Polski? Są inne cele w Unii. Wszystko wskazuje na to, ze te fundusze będą o wiele mniejsze, do tej pory to był ten materialny wyraz solidarności europejskiej, biedniejsze kraje dostawały ogromne pieniądze. Teraz to się kończy, bo po co ładować takie pieniądze w kraje, które nie chcą budować wspólnej Europy? Naprawdę jesteśmy w dramatycznej sytuacji.

wiadomo.co

Wrzuta z wiki zainspirowana postem , czyli o ironii dzisiejszej akcji

Lekko złośliwie bym spytał, co jest bardziej chrzescijanskie: modlitwa na pokaz czy przyjecie miliona ludzi uciekajacych przed wojna? 🤔

„Różaniec do granic” zgromadził tysiące Polaków. Tylko czy naprawdę chodziło o modlitwę i pokój?

Wypowiedzi polityków i zaangażowanie spółek skarbu państwa sprawiły, że na pierwszym planie była polityka partii rządzącej.

Akcja modlitewna „Różaniec do granic” chyba nie zgromadziła miliona uczestników na granicach naszego państwa, jak spodziewali się organizatorzy. Ale tysiące na pewno. I to jest sukces fundacji Solo Dios Basta. Wbrew hiszpańskiej nazwie („Sam Bóg wystarczy” – słowa przypisywane hiszpańskiej mistyczce, św. Teresie z Avila) jest to dzieło grupy polskich misjonarzy świeckich, w tym artystów, którzy chcą ewangelizować Polskę. Tym razem wymyślili masową ewangelizację drogą modlitwy różańcowej o pokój dla świata i Polski.

W zasadzie akcja byłaby wewnętrzną sprawą Kościoła i katolików. Przejawem aktywności wierzących obywateli. W modlitwie zbiorowej i publicznej, nawet w formie żywego łańcucha ludzi, nie ma niczego złego społecznie, jeśli nie jest przeciwko innym. A jeśli są ludzie, którym potrzebne jest „obmadlanie” ojczyzny, to ich prawo. Na tym przecież polega społeczeństwo obywatelskie, że grupy ludzi organizują się oddolnie w jakiejś dla siebie ważnej sprawie. Jedni robią „Różaniec do granic” czy marsze dla życia, inni bronią praw kobiet czy rządów prawa.

Mowa nienawiści w ramach „Różańca do granic”?

Nie byłoby więc tematu, gdyby nie angażowanie się spółek skarbu państwa, w tym kolei, w akcję modlitewną i wypowiedzi niektórych polityków PiS, włącznie z premierką, która pozdrowiła uczestników na Twitterze.

Joachim Brudziński włączył się do akcji, bo jest katolikiem. W porządku, ale w tweecie zaczepił przy tej pokojowej, duchowej okazji „antyklerykalnych hejterów”, a przed kamerami opowiadał, jak król Jan III z różańcem i krzyżem zatrzymał islamską nawałę. Miał rację, że lepiej walczyć modlitwą niż karabinem, tylko kogo miał na myśli?

Nie było doniesień o obecności na modlitwie polityków ugrupowań opozycyjnej centroprawicy. Skoro już mieli być politycy, to czemu tylko partii rządzącej? Podobnie z ludźmi kultury i mediów; czemu tylko jedna opcja? Innych nie zaproszono, odmówili, a może nie chcieli uczestniczyć?

Tak powstaje wrażenie, że chodziło nie tylko o modlitwę i pokój, ale także o politykę po linii partii rządzącej. Znów byliśmy świadkami rozmywania konstytucyjnego oddzielenia państwa od Kościoła. Dlatego obywatele mogą zapytać: czemu można jeździć za symboliczną złotówkę kolejami na akcję modlitewną, a na Woodstock Owsiaka nie można? Dlaczego akcje katolickie są przez rząd promowane i wspierane, a świeckie, legalne organizacje kobiece nawiedza policja?

polityka.pl

Prawicowy tygodnik zapowiada „wyjątkowy wywiad”. Macierewicz powie, jak chce zatrzymać Rosjan

lulu, 07.10.2017

Kielce 06.09.2016 Wizyta Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza na XXIV Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego .

Kielce 06.09.2016 Wizyta Ministra Obrony Narodowej Antoniego Macierewicza na XXIV Międzynarodowym Salonie Przemysłu Obronnego . (PAWEL MALECKI/EAST NEWS)

Wywiad z szefem MON Antonim Macierewiczem do najnowszego numeru tygodnika „Sieci” przeprowadził sam naczelny, Jacek Karnowski.

„A co jeśli naprawdę uderzą?” – to pytanie wybija się z nowego numeru „Sieci”, który w kioskach będzie dostępny w poniedziałek. Prawicowi dziennikarze deklarują, że wiedzą „jak Polska odpowie na agresję”. Na okładce ogień oraz Macierewicz i Putin wymieniają groźne spojrzenia.

Macierewicz snuje rozważania, „czy ćwiczenia Zapad 2017 rzeczywiście się skończyły”, czy też część wojsk została na poligonach.

– Musimy skoncentrować wysiłek zbrojeniowy na artylerii, zarówno lufowej, jak i rakietowej. Chodzi o stworzenie własnego systemu antydostępowego, a więc takiej zapory ogniowej, która nie pozwoli Rosjanom przekroczyć pewnej strefy w głąb terytorium Polski – powiedział w rozmowie z tygodnikiem „Sieci” Antoni Macierewicz.

Dalsza część wywiadu ma być poświęcona sytuacji Polski i stanowi naszej armii.

ZOBACZ TEŻ: Andrzej Duda wywołał aplauz na amerykańskiej uczelni. Uszczęśliwił studentów jednym zdaniem

 gazeta.pl

 

ja przepraszam,ale cuda sie zdarzaja.Bo jak wytłumaczyć,ze tak dumny naród dał się tak łatwo otumanić przez Kaczyńskiego?😜