11 europejskich budynków, które warto zobaczyć chociaż raz w życiu (w tym dwa polskie)

http://podroze.gazeta.pl/galerie/56,142744,21553690,11-europejskich-budynkow-ktore-warto-zobaczyc-chociaz-raz-w,,1.html#MT

Zmęczeni Smoleńskiem. Polacy nie chcą brać udziału w obchodach rocznicy

Polacy nie mają zamiaru brać udziału w smoleńskich uroczystościach, a sugestie, by 10 kwietnia ogłosić dniem wolnym, wkładają między bajki – pokazuje sondaż SW Research dla „Newsweeka”. Gdy dodać do tego ostatnie badania o malejącym odsetku osób wierzących w zamach, jak na dłoni widać zmęczenie Polaków Smoleńskiem.

Na bruku Krakowskiego Przedmieścia

– Będzie prawda o Smoleńsku. I będzie klęska tych, którzy są łotrami – grzmiał podczas marcowej miesięcznicy Jarosław Kaczyński. Jaką atmosferę 7 rocznicy smoleńskiej katastrofy to zwiastuje?

Plan na poniedziałek 10 kwietnia 2017 jest następujący. Najpierw o godzinie 8:00 krótka msza święta w Kościele Wniebowzięcia. Dlaczego krótka? Bo o 8:41 (czyli dokładnie o tej godzinie, o której rozbił się prezydencki samolot w Smoleńsku) wszyscy mają być już pod Pałacem Prezydenckim. Zostanie tam odczytany apel pamięci (wszystkie uroczystości mają charakter państwowy).

Później, dla tych którzy zostaną na Krakowskim Przedmieściu, tzw. bloki filmowo-koncertowe (wszak za organizację obchodów odpowiada Piotr Gliński, szef resortu kultury). Przeplatane wspólną modlitwą (Anioł Pański o godzinie 12:00, Koronka do Miłosierdzia Bożego o 15:00). Od tej ostatniej już tylko chwila do przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy zaplanowanego na 16:30.

Wszystko to jednak tylko preludium przed najważniejszymi wydarzeniami 10 kwietnia: zaplanowaną na 19:00 mszą świętą w Bazylice Archikatedralnej, apelem smoleńskim i przemówieniem Jarosława Kaczyńskiego pod Pałacem Prezydenckim.

Problem w tym, że poza najbardziej zagorzałymi zwolennikami PiS – czy to w Warszawie, czy poza nią – mało kogo poniedziałkowe uroczystości obchodzą. Większość badanych (82 proc.) nie planuje brać w nich udziału. Co dziesiąty nie ma jeszcze planów na ten dzień, a uczczenie 10 kwietnia planuje zaledwie 6 proc. ankietowanych – pokazuje sondaż SW Research dla „Newsweeka”.

– Częściej udział w uroczystościach deklarują mężczyźni (7 proc.), osoby w wieku 35-49 lat (8 proc.), osoby o wykształceniu zasadniczym zawodowym (8 proc.), badani o dochodach powyżej 5000 zł (10 proc.) oraz mieszkańcy wsi (9 proc.) – twierdzi Piotr Zimolak z SW Reserach.

 

Co powie Kaczyński?

Coroczne przemowy Jarosława Kaczyńskiego przed Pałacem Prezydenckim to zazwyczaj popis agresywnej retoryki i tak może być i tym razem. Rok temu prezes PiS wprost mówił, kto jego zdaniem ponosi odpowiedzialność za tragedię.

– Naszą pamięć chciano zabić, bo jej się bano; bo za tę tragedię ktoś odpowiada, przynajmniej moralnie. To nie oczywiście rząd Ewy Kopacz, a rząd Donalda Tuska. On czynił wszystko, by ta pamięć umarła – krzyczał Kaczyński. – Tragedia smoleńska nie była przypadkiem. To była zabawa zapałkami, ten przemysł pogardy – dodawał w chwilę potem.

Otwartym pozostaje pytanie czy (podobnie jak rok temu, gdy skandował „Antoni! Antoni! Antoni!”) prezes podziękuje Macierewiczowi oraz jego zespołowi, którego prace nie przynoszą zapowiadanych efektów. Jeszcze rok temu Kaczyński cieszył się przecież: – Sprawiedliwość może być tylko wtedy, gdy śledztwa przyniosą odpowiedni wyniki. Wiem, że zaczęło się prawdziwe śledztwo. Wiem, że Polacy wielokrotnie się mylili, przebaczając zbyt wcześnie. Tak, przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i wymierzeniu odpowiedniej kary.
10 kwietnia dniem wolnym od pracy?

Początki kwietnia to też zawsze czas wewnętrznego wzmożenia w Prawie i Sprawiedliwości, kiedy coraz to kolejni posłowie prześcigają się w manifestowaniu smoleńskiego zapału. Tegorocznym rekordzistą jest poseł Suski, który zaproponował, aby 10 kwietnia „zrobić dniem wolnym od pracy”, by rodacy mogli „godnie obchodzić ten dzień”.

Co na to sami Polacy, o których tak troszczy się poseł PiS? Zapytaliśmy. 81 proc. z ankietowanych przez SW Research uważa taki pomysł za nietrafiony, 9 proc. nie ma zdania w tej sprawie. Za wprowadzeniem dnia wolnego jest zaledwie co dziesiąty.

Koncepcja szybko spotkała się zresztą z odpowiedzią – wyczulonej na Smoleńsk jak nikt opozycji. Zdaniem Marcina Kierwińskiego z PO to tylko „kolejny pomysł, który ma wpisywać katastrofę smoleńską w interesy polityczne”. – W Lesie Kabackim w końcu też doszło do strasznej katastrofy lotniczej, a nikt nie chce w jej rocznicę ustanawiać święta narodowego – tłumaczył.
Kto jeszcze wierzy w sztuczną mgłę?

Paradoksalnie, im więcej Smoleńska w oficjalnym życiu publicznym, tym mniej Polaków wierzy w sztuczną mgłę, wybuchy na pokładzie samolotu i inne sensacyjne teorie snute przez ekspertów komisji Macierewicza (pisaliśmy o nich tutaj), Jak pokazał ostatni sondaż dla „Rzeczpospolitej” w zamach w Smoleńsku wierzy zaledwie 14,2 proc. badanych. Ponad połowa Polaków jest natomiast przekonana, że na rosyjskim lotnisku doszło do nieszczęśliwego wypadku.

– Kiedy PiS jest przy władzy, rzadziej mówi się o zamachu, bo nie ma na to dowodów. Rośnie więc odsetek tych, którzy wierzę, że był to wypadek – tłumaczył „RZ” profesor Norbert Maliszewski z UKSW.

Czytaj też: Zawinili kontrolerzy? Przecież to podważa wstrząsające sceny z filmu „Smoleńsk”!

**

10 kwietnia 2010 roku w katastrofie samolotu Tu-154M pod Smoleńskiem zginęli wszyscy pasażerowie i członkowie załogi – 96 osób, wśród nich prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka. Polska delegacja udawała się na uroczystości z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

newsweek.pl

Przed Smoleńskiem był Katyń

9.04.2017
niedziela

Ktoś jeszcze pamięta, jaki był cel feralnego lotu smoleńskiego? Jego uczestnicy lecieli uczcić pamięć ofiar stalinowskiej zbrodni katyńskiej. A dziś w mediach kontrolowanych przez PiS słyszymy przede wszystkim o ofiarach katastrofy pod Smoleńskiem. Pamięć się im należy bez dwóch zdań. Ale nie powinna wypierać pamięci o katyńczykach.

Tymczasem pisowska polityka powoduje, że katastrofa smoleńska wypiera z pamięci społecznej zbrodnię katyńską. Tym łatwiej, że dziś jest to polityka podparta autorytetem władzy państwowej.

Na podobnej zasadzie kult „żołnierzy wyklętych” (ignorujący ogromne zróżnicowanie postaw i motywacji kierujących powojennym podziemiem antykomunistycznym) zaczyna wypierać pamięć o Armii Krajowej, największym antyhitlerowskim ruchu oporu w Europie. W historii AK PiS eksponuje przede wszystkim Powstanie Warszawskie tak, aby wytworzyć w społecznym odbiorze pozytywne skojarzenie z Lechem Kaczyńskim, który jako prezydent Warszawy doprowadził do stworzenia muzeum poświęconego Powstaniu.

Dziś politycy PiS puszczają balony próbne, by zbadać reakcję społeczną na ewentualne ustanowienie rocznicy katastrofy smoleńskiej świętem państwowym. Gdyby tak się stało, zrobilibyśmy kolejny krok ku banalizacji tej tragedii. Łatwo sobie wyobrazić grillowanie i handel smoleńskimi artefaktami w atmosferze pikniku. Na dodatek grupa posłów zgłosiła projekt ustawy sejmowej ustanawiający świętem państwowym dzień 14 kwietnia, domniemaną datę chrztu Mieszka I. Internauci już zacierają ręce: będzie długi weekend smoleński, a potem długa majówka!

Tragedia, jaką była katastrofa smoleńska, na krótko połączyła społeczeństwo. Ten moment prawdziwej wspólnoty można było przetworzyć na coś konstruktywnego. Czymś pozytywnym byłaby dyskusja o stanie naszego państwa: co trzeba w nim zmienić i w jaki sposób. Stało się odwrotnie.

Punktem zwrotnym stało się obsadzenie w roli strażnika sprawy smoleńskiej politycznego radykała Antoniego Macierewicza. Szansa została zmarnowana. Tragedia smoleńska stała się elementem walki o władzę. Na tym tle zaczęła dzielić społeczeństwo według sympatii i antypatii politycznych, zamiast jednoczyć je w empatii i działaniach, aby więcej się nie powtórzyła.

szostkiewicz.blog.polityka.pl

„Ofiary katyńskie stanowią już tylko tło dla ofiar smoleńskich w wizji odpustowego mesjanizmu(…)” tekst o kłamstwie smoleńskim w „Newsweeku”.

Znamy ustalenia podkomisji smoleńskiej

09.04.2017

Błędne naprowadzanie przez rosyjskich kontrolerów polskiego Tu 154-M oraz rozpad samolotu w powietrzu w odległości 900 metrów od pasa startowego lotniska Siewiernyj – to jedne z głównych wniosków, jakie podkomisja smoleńska zaprezentuje w poniedziałek podczas prezentacji wyników swoich prac – ustalił Onet.

Onet dotarł do fragmentu blisko godzinnego filmu, który jutro podczas specjalnej konferencji prasowej na Wojskowej Akademii Technicznej zostanie przedstawiony opinii publicznej. Z przeprowadzonych najważniejszych eksperymentów ma wynikać, że polski samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie uległ częściowej defragmentacji w odległości 900 metrów od linii pasa startowego lotniska w Smoleńsku.

Z materiału do którego dotarł Onet wynika także, że polski Tu-154M miał być – zdaniem ekspertów podkomisji smoleńskiej – błędnie naprowadzany przez rosyjskich kontrolerów na lotnisku Siewiernyj. Na filmie przedstawiono tor lotu rosyjskiego samolotu Ił-76MD, który na kilkadziesiąt minut przed lądowaniem polskiego samolotu dwukrotnie nieudanie podchodził do lądowania w Smoleńsku, po czym odleciał na lotnisko zapasowe z powodu złych warunków atmosferycznych. Trajektoria lotu obu samolotów: polskiego i rosyjskiego – według podkomisji – różni się zdecydowanie, co ma świadczyć o świadomym wprowadzeniu w błąd polskich pilotów.

W zeszłym tygodniu prokuratura sformułowała nowe zarzuty wobec dwóch rosyjskich kontrolerów i trzeciej osoby, przebywającej w wieży kontroli lotów w czasie katastrofy smoleńskiej. Zastępca prokuratora generalnego Marek Pasionek poinformował, że, przypisano im przestępstwo umyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym.

Antoni Macierewicz: podkomisja przedstawi „wstępne podsumowanie prac”

Szef MON Antoni Macierewicz powiedział dzisiaj, że dla podkomisji do ponownego zbadania katastrofy smoleńskiej kluczowe są wyniki najważniejszych eksperymentów oraz dowody zgromadzone przez prokuraturę. Szef MON podkreślił, że wciąż jeszcze wiele osób ukrywa dowody związane z katastrofą. Jako przykład podał odnaleziony niedawno w kancelarii premiera dysk ze zdjęciami.

Minister przypomniał, że powołana w lutym 2016 r. podkomisja jutro przedstawi „wstępne podsumowanie prac”. Podkreślił, że nie jest to koniec ponownego badania katastrofy smoleńskiej i nie zostanie jeszcze opublikowany raport końcowy. – Szereg prac trwa nadal. Prace pana prof. (Wiesława) Biniendy związane z badaniem metodą elementów skończonych są kontynuowane. Pierwsze wyniki znamy. (…) Tutaj zostaną przedstawione najważniejsze doświadczenia, najważniejsze eksperymenty zrobione zarówno w polskich uczelniach, ośrodkach naukowych, jak i w amerykańskich i angielskich – powiedział szef MON w TV Republika.

– Poza eksperymentami bardzo istotnym, kluczowym materiałem dowodowym będzie materiał dowodowy ściśle związany z pracą prokuratury i z tymi wnioskami, do których doszła prokuratura, które mają bazę właśnie w tym materiale dowodowym, pokazującym, w jaki sposób – a w tej sprawie dotychczas była znana tylko skromna ilość faktów – Rosjanie naprowadzali fałszywie Tu-154 – mówił Macierewicz.

Jego zdaniem „ilość tych nieprawdziwych informacji, jakie były przekazywane i które miały zmylić pana majora Protasiuka (Arkadiusza, I pilota – red.) i dowódców tego samolotu, jest nieprawdopodobna, gdy zbierze się to razem”.

Macierewicz powiedział dziś również, że szereg ludzi ukrywa materiał dowodowy dotyczący katastrofy smoleńskiej. – Dysk z materiałami filmowymi (…) został odnaleziony czy też dotarł do SKW 10 dni temu, ale trzy tygodnie temu z kolei w kancelarii pani premier został odnaleziony cały dysk ze zdjęciami związanymi z tragedią smoleńską. Po prostu osoba, urzędniczka odchodziła i zostawiła po sobie w szufladzie coś, co ukrywała przez cały czas – powiedział szef MON. Przypomniał, że po objęciu rządów przez PiS wszyscy urzędnicy otrzymali polecenie przekazania wszystkich materiałów dotyczących katastrofy smoleńskiej.

Na pytanie, czy coś istotnego znaleziono na dysku z KPRM, minister odpowiedział, że każde nowe świadectwo związane z tragedią smoleńską jest cenne. – Odpowiedź brzmi tak – dodał Macierewicz. Jego zdaniem opublikowany przez SKW film ma olbrzymią wartość dokumentalno-emocjonalną.

Nagranie – według szefa MON – kończy też dyskusję nad tezą, że przed wylotem do Smoleńska doszło do kłótni lub sporu między dowódcą Sił Powietrznych gen. Andrzejem Błasikiem a I pilotem Tu-154M kpt. Arkadiuszem Protasiukiem (obaj zostali pośmiertnie awansowani). – To od początku do końca nieprawda. To od początku do końca było stworzone na użytek propagandy nienawistnej wobec prezydenta szczególnie, ale w ogóle wobec próby dojścia do prawdy w sprawie smoleńskiej – ocenił minister.

Z kolei Małgorzata Wassermann, córka Zbigniewa Wassermana, który zginął w katastrofie, powiedziała w TVN24, że komuś zależało, by „bajka” o kłótni Błasika z Protasiukiem „powstała i przez wiele tygodni toczyła się w opinii publicznej”.

SKW opublikowała film z 10 kwietnia 2010 r., na którym widać m.in. parę prezydencką i ostatnie minuty przed startem rządowego tupolewa. Widać na nim m.in., jak meldunek przed lotem złożył prezydentowi gen. Błasik, za którym stał kpt. Protasiuk. Film opisany jest jako „odnaleziony przez oficerów SKW”. Maciej Lasek, który był członkiem pierwszej komisji, która w latach 2010-11 zbadała katastrofę smoleńska, napisał jednak na Twitterze, że zapisy z kamer w Wojskowym Porcie Lotniczym w Warszawie (to część lotniska Chopina) były analizowane, o czym wspominano w raporcie końcowym.

W lutym 2011 r. Naczelna Prokuratura Wojskowa potwierdziła, że posiada nagranie z kamery przemysłowej z lotniska na Okęciu 10 kwietnia 2010 r. i że przekazała je komisji badającej katastrofę. TVN24 podawała wtedy, że na nagraniu widać emocjonalną rozmowę gen. Błasika i kpt. Protasiuka. Miesiąc później prokuratura poinformowała, że oględziny filmu nie ujawniły kadrów, z których można byłoby wysnuć wniosek o rzekomej kłótni.

 

Onet: Tupolew rozpadł się w powietrzu – taką wersję ma przedstawić podkomisja smoleńska

tps, PAP, 09.04.2017

Podkomisja smoleńska

Podkomisja smoleńska (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Błędy rosyjskich kontrolerów oraz rozpad tupolewa w powietrzu – to według portalu Onet.pl ustalenia nowej podkomisji smoleńskiej, które oficjalnie mają zostać zaprezentowane w poniedziałek.

Portal Onet.pl podał dziś, że „dotarł do fragmentu blisko godzinnego filmu”, który podkomisja ma przedstawić 10 kwietnia – w 7. rocznicę katastrofy. „Z przeprowadzonych najważniejszych eksperymentów ma wynikać, że polski samolot z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie uległ częściowej defragmentacji w odległości 900 metrów od linii pasa startowego lotniska w Smoleńsku” – informuje portal. Według Onetu, podkomisja poinformuje też, że – zdaniem jej ekspertów – polski Tu-154M miał być „błędnie naprowadzany przez rosyjskich kontrolerów na lotnisku Siewiernyj”.

Szef MON Antoni Macierewicz już kilka dni temu zapowiedział, że 10 kwietnia podkomisja przedstawi m.in. „wstępne podsumowanie prac” oraz „najważniejsze doświadczenia, najważniejsze eksperymenty zrobione zarówno w polskich uczelniach, ośrodkach naukowych, jak i w amerykańskich i angielskich”. Konferencję prasową w tej sprawie zaplanowano na godz. 15.

Nowa podkomisja smoleńska powołana przez szefa MON działa od ponad roku. Liczy 23 członków – jej przewodniczącym jest dr Wacław Berczyński. W składzie są jeszcze m.in. dr Kazimierz Nowaczyk oraz prof. Wiesław Binienda. W ramach podkomisji działają w sumie cztery zespoły robocze: konstrukcyjny, lotniczy, medyczny i prawny.

Czytaj też: Cztery miliony na płace, model tupolewa i efektów brak. Rok z komisją smoleńską Macierewicza

gazeta.pl

„Oddać wrak! Wierzę w zamach!”. Tak od manifestacji pod ambasadą Rosji zaczęły się obchody rocznicy smoleńskiej

09 kwietnia 2017

„To jest ambasada, która nie szanuje życia ludzkiego” – mówił podczas demonstracji pod rosyjską ambasadą Adam Borowski, szef warszawskiego klubu „Gazety Polskiej”. Zebrani domagali się m.in. zwrotu wraku tupolewa. Borowski nazwał Rosję krajem „barbarzyńskim”, dla którego „mordowanie swoich przeciwników jest elementem polityki”. „Oni rozumieją tylko siłę i Kaczmarski wiedział, co mówi, pisząc: ‚Wygra ten, który się nie boi wojny’. Do końca musimy żądać prawdy smoleńskiej! – apelował.

Wbrew szumnym zapowiedziom, pod ambasadą wcale nie pojawiło się wiele osób. Było za kilka głośnych okrzyków, kilka odśpiewanych pieśni i oklaski na słowo „zamach”. „To nie była wojna domowa, lecz okupacja sowiecka” – śpiewano.

„W tym śledztwie (dotyczące wyjaśnienie przyczyn katastrofy smoleńskiej – red.) od początku wszystko było złe” – grzmiał Adam Borowski, szef warszawskiego klubu „Gazety Polskiej” . To głównie on przemawiał. Zgromadzeni domagali się zwrotu wraku tupolewa i protestowali przeciwko polityce Rosji.

 

„Rosjanie pozorują śledztwo, tam już żadne śledztwo nie jest prowadzone” – przekonywał. Stwierdził, że Rosjanie myjąc chemikaliami, tnąc i rozkradając „pozostałości tupolewa „niszczą dowody”. „Gdyby byli uczciwi daliby nam wrak” – stwierdził ostro. Szef warszawskiego klubu „GP” odniósł się także do tematu ekshumacji ofiar katastrofy smoleńskiej. „Gdyby się okazało, że tylko jedno ciało jest zamienione, to warto zrobić te ekshumacje. Jak zrozumieć opozycję, która wrzeszczy że my dokonując ekshumacji wykorzystujemy ją politycznie?” – zastanawia się Borowski.

A zebrany tłum przerywa mu i wykrzykuje: „My chcemy prawdy”. Potem pada kluczowe stwierdzenie: „Wierzę w zamach. Nie mam jeszcze stuprocentowych dowodów, ale wierzę w zamach” – krzyczy Borowski. I dostaje za to brawa.

Potem przychodzi kolej na redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza. „Chcemy, żeby Putin i władze Rosji oddały dowody zbrodni, pozwolili na przesłuchanie świadków i za to odpowiedzieli, znaleźli się w więzieniach”. Dalej Sakiewicz stwierdził, że musimy twardo stawiać warunki. A wtedy „wróci wrak tupolewa i Putin w kajdankach”.
„Oddać wrak!” – skandował tłum. Na koniec zebrani pod ambasadą Rosji odśpiewali hymn Polski. I pożegnali się słowami „do jutra”. Całe zgromadzenie transmitował portal Niezalezna.pl.

 

naTemat.pl

 

Olbrychski: politycy PiS „brzydcy i źli”

Olbrychski: politycy PiS "brzydcy i źli"

Dwoje młodych posłów Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha produkuje na Facebooku program „Z parą o polityce”, do którego zapraszają znacznego gościa i rozmawiają o polityce. Tym razem politycy rozmawiali z Kmicicem, czyli Danielem Olbrychskim, który nadał tej postaci literackiej bardzo polską siłę. Kmicic Sienkiewicza zlał się z Kmicicem Olbrychskiego w jedność.

Olbrychski jest zaniepokojony tym, co się dzieje w Polsce, tym jak ojczyzna w XXI wieku jest degradowana, jak politycy obecnie rządzącej partii zwracają nas z kursu zachodniego na prowincjonalizm, zaprzepaszczają wszystkie lata emancypacji narodowej po 1989 roku w celu partyjnego zawłaszczenia. Olbrychski mówił o patriotyzmie, o nowoczesnej jego postaci w dzisiejszych czasach, który dla społeczeństwa obywatelskiego sprowadza się do tego, aby „odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO”.

PiS niszczy kraj od wewnątrz i choć zdarzały się w naszej historii demolujące okresy – rokosze, bunty, wojny domowe – to dzisiaj dzieje się tak, jak nigdy przedtem: „PiS to niszczyciele Polski, jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli”.

Połączenie moralności i estetyki jest całkiem na miejscu: zło jest banalne u małych, brzydkich ludzi. To definicja turpistyczna, przyglądnijmy się tym ludziom, słuchając ich jednocześnie, a zobaczymy jak spod warstwy makijażu wyłażą im robale zakłamania, jak na obrazach Hieronima Boscha.

Przy tak zdefiniowanej pisowszczyznie biję brawo Olbrychskiemu. Zdarzyło się dzisiaj PiS u władzy, bo do cna politycy tej partii potrafili wykorzystać to, co im „podarowała” historia – katastrofę smoleńską. To ona ich wyniosła na urzędy. Smoleńsk wg Olbrychskiego jest „rozrusznikiem i podpałką” partii Kaczyńskiego: „Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta”.

PiS miał „szczęście” w jeszcze jednym, mianowicie do tej pory Kościół katolicki był opoką. Polacy odwoływali się do niego w chwilach braku niepodległości i PRL, ale zdarzył się jeden człowiek, który dokonał podziału: „Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To, co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia”.

I oto potwierdzenie słów Olbrychskiego. Wicemarszałek Sejmu tak mówił w TVP Info o ludziach, którzy nie godzą się na niszczenie sfery publicznej, upartyjnianie symboli narodowych: „Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel”.

Tak! Wicemarszałek Sejmu, który powinien się dystansować od wypowiedzi bezpośrednio obrażających ludzi. Nazywa się Joachim Brudziński, który jest kwintesencją „brzydkich i złych”.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Atak na manifestację antyrasistowską w Poznaniu

Atak nacjonalistów na manifestację antyrasistowską w Poznaniu

Ponad tysiąc osób przemaszerowało w sobotę ulicami Poznania w demonstracji „Nacjonalizm nie przejdzie”. Marsz przeciwko rasizmowi i ksenofobii zorganizowała Federacja Anarchistyczna.

Był to protest przeciw nasilającym się w Poznaniu atakom na cudzoziemców. Pod koniec marca na rynku Jeżyckim w Poznaniu pobity został student z Indii, wcześniej nacjonaliści usiłowali podpalić prowadzoną przez anarchistów w Poznaniu kluboksięgarnię, jednocześnie blokując gościom wyjście na zewnątrz. „W ciągu ostatnich kilku lat fala nacjonalizmu, rasizmu i ksenofobii rozlała się po całej Polsce. Rozwój tych idei, wspierany przez partię rządzącą, przybiera na sile z każdym dniem. Coraz częściej słyszy się o atakach na tle etnicznym i religijnym, na każdym kroku spotkać można kogoś głoszącego śmierć wrogom ojczyzny, a antyuchodźcze materiały pojawiające się w mediach stały się już normą” – mówili organizatorzy demonstracji.

Maszerujący skandowali hasła: „Nacjonalizm won z Poznania”, „Poznań wolny od nacjonalizmu” czy „Nacjonalizm to wojna i terror”. Pod Starym Browarem manifestantów zaatakowała grupa rosłych kiboli nacjonalistów. W protestujących poleciały jajka, strony rozdzieliła policja. Funkcjonariusze jednak nie zachowali się neutralnie, atakując demonstrantów, którzy oddalili się nieznacznie od głównego pochodu. Użyli pałek i gazu. – „Policja nie jest po naszej stronie, policja dostała rozkazy, aby nas rozwalić. Zdrajcy klasy pracującej” – skandowano.

Do kolejnego incydentu doszło na wysokości ul. Ratajczaka, w pobliżu biura PiS. Policja przepychała się tu z uczestnikami demonstracji. Jedna z dziewczyn weszła na drabinkę samochodu policyjnego i funkcjonariusze zareagowali bardzo gwałtownie. Gdy próbowali dziewczynę ściągnąć, kilka osób rzuciło się jej na pomoc. Wtedy policjanci wyciągnęli kilka osób z tłumu, ciągnęli po ziemi, dwie dziewczyny zabrali do radiowozu. – „Interwencja policja była nieadekwatna do sytuacji” – twierdzą organizatorzy manifestacji. Ostatecznie podczas marszu zatrzymano 10 osób: czterech kiboli i sześciu uczestników demonstracji.

Nieoczekiwaną puentę do manifestacji napisał poseł Ruchu Narodowego Robert Winnicki. W interpelacji domaga się od ministra nauki Jarosława Gowina wyciągnięcia konsekwencji wobec pracowników UAM, którzy umieścili na profilach swoich wydziałów na Facebooku informacje o demonstracji. Pyta także o to, jakie konsekwencje zostały wyciągnięte przez władze UAM wobec tych, którzy wsparli marsz.

Prof. Krzysztof Podemski, socjolog z UAM, z oburzeniem stwierdza: – „Ta interpelacja znieważa mój uniwersytet. Poseł był przed laty prezesem Młodzieży Wszechpolskiej, które to ugrupowanie nie rozliczyło się z haniebnej przeszłości lat 30. To wtedy ideowi przodkowie posła Winnickiego żyletkami, pałkami i kastetami atakowali studentów pochodzenia żydowskiego. Ówcześni rektorzy polskich uczelni ugięli się pod tą przemocą i niewystarczająco protestowali. Dlatego wprowadzono jedną z najbardziej haniebnych akademickich kart w historii – getto ławkowe. Oddzielono studentów chrześcijan od tych żydowskich, jakby to było rzeczą najważniejszą na uczelni. Dlatego poseł Winnicki nie ma moralnego prawa do pouczania innych, ponieważ sam reprezentuje najbardziej skrajną, prawicową orientację. Dziś jest przecież jednym z liderów Ruchu Narodowego, który jest organizacją faszyzującą. To zatem skandaliczna, podejrzana próba wkroczenia w życie uniwersytetu. Ta interpelacja jest dla mnie bezczelnością”.

koduj24.pl

Olbrychski: politycy PiS „brzydcy i źli”. I Joachim Brudziński

Dwoje młodych posłów Platformy Obywatelskiej Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha produkuje na Facebooku program „Z parą o polityce”, do którego zapraszają znacznego gościa i rozmawiają o polityce. Tym razem politycy rozmawiali z Kmicicem, czyli Danielem Olbrychskim, który nadał tej postaci literackiej bardzo polską siłę. Kmicic Sienkiewicza zlał się z Kmicicem Olbrychskiego w jedność.

Olbrychski jest zaniepokojony tym, co się dzieje w Polsce, tym jak ojczyzna w XXI wieku jest degradowana, jak politycy obecnie rządzącej partii zwracają nas z kursu zachodniego na prowincjonalizm, zaprzepaszczają wszystkie lata emancypacji narodowej po 1989 roku w celu partyjnego zawłaszczenia.

Olbrychski mówił o patriotyzmie, o nowoczesnej jego postaci w dzisiejszych czasach, który dla społeczeństwa obywatelskiego sprowadza się do tego, aby „odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO”.

PiS niszczy kraj od wewnątrz i choć zdarzały się w naszej historii demolujące okresy – rokosze, bunty, wojny domowe – to dzisiaj dzieje się tak, jak nigdy przedtem: „PiS to niszczyciele Polski jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli”.

Połączenie moralności i estetyki jest całkiem na miejscu: zło jest banalne u małych, brzydkich ludzi. To definiacja turpistyczna, przyglądnijmy się tym ludziom, słuchając ich jednocześnie, a zobaczymy jak spod warstwy makijażu wyłażą im robale zakłamania, jak na obrazach Hieronima Boscha.

Przy tak zdefiniowanej pisowszczyznie biję brawo Olbrychskiemu. Zdarzyło się dzisiaj PiS u władzy, bo do cna politycy tej partii potrafili wykorzystać to, co im „podarowała” historia – katastrofę smoleńską. To ona ich wyniosła na urzędy. Smoleńsk wg Olbrychskiego jest „rozrusznikiem i podpałką” partii Kaczyńskiego: „Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta”.

PiS miał „szczęście” w jeszcze jednym, mianowicie do tej pory Kościół katolicki był opoką, Polacy odwoływali się do niego w chwilach braku niepodległości i PRL, ale zdarzył się jeden człowiek, który dokonał podziału: „Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia”.

I oto potwierdzenie słów Olbrychskiego. Wicemarszałek Sejmu tak mówił w TVP Info o ludziach, którzy nie godzą się na niszczenie sfery publicznej, upartyjnianie symboli narodowych: „Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel”.

Tak! Wicemarszałek Sejmu, który powinien się dystansować od wypowiedzi bezpośrednio obrażających ludzi. Nazywa się Joachim Brudziński, który jest kwintesencją „brzydkich i złych”.

Opozycja razem czy osobno przeciw PiS-owi? Debata Oko.press

red., 07 kwietnia 2017

Ławy PiS w sejmie

Ławy PiS w sejmie (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Trzaskowski: Wpadam w szał, kiedy ktoś wrzuca PO i PiS do jednego worka. Robiliśmy to samo co oni? Nowacka: Odsunąć PiS od władzy tylko po to, by dalej tkwić w konserwatywnej ściemie? To ja dziękuję.

Czy opozycja może się zjednoczyć przeciw PiS-owi? Na to pytanie podczas debaty OKO.press, która odbyła się 5 kwietnia w warszawskim kinie Muranów, odpowiadali politycy: Barbara Nowacka (Inicjatywa Polska), Joanna Scheuring-Wielgus (Nowoczesna), Rafał Trzaskowski (PO) i Adrian Zandberg (Partia Razem). Dyskusja była niesłychanie burzliwa. Na sali był nadkomplet – kilkaset osób. Czytelnicy portalu i zaproszeni goście reagowali żywiołowo, czasem oklaskami i buczeniem.

PIOTR PACEWICZ, naczelny OKO.press: Czy przed wyborami parlamentarnymi w 2019 r. powinna powstać szeroka koalicja partii, od liberałów po lewicę, która wystąpiłaby wspólnie przeciwko PiS-owi?

AGATA SZCZĘŚNIAK, wicenaczelna OKO.press: Czy taka koalicja mogłaby się skupić wokół podstawowych wartości, liberalnego minimum, państwa prawa, obrony demokracji, państwa świeckiego, Unii Europejskiej?

ADRIAN ZANDBERG: W wyborach samorządowych nastawiamy się na to, żeby w wielu miastach zbudować społeczne koalicje, które będą alternatywą dla tego obłędnego wyboru: albo PiS, albo Platforma. We Wrocławiu budujemy taką koalicję z Zielonymi, przeciw neoliberalnemu zarządzaniu miastem – ale także przeciw PiS-owi. Mam nadzieję, że uda się zbudować taką społeczną listę także w Warszawie i Trójmieście. My swoich sojuszników widzimy w ruchach społecznych i ekologicznych, wśród Zielonych czy ruchów kobiecych.

Wspólnie np. oceniamy skandal reprywatyzacji w Warszawie i odpowiedzialność Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO za to, co w tej sprawie przez lata się działo. Wspólnie też myślimy, że chcemy państwa naprawdę świeckiego. Wspólnie wreszcie wierzymy w to, że kobiety mają prawo do wyboru, i nie boimy się powiedzieć, że jesteśmy za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej, a nie, jak tzw. liberalna opozycja, migamy się od odpowiedzi na ten temat. Zatem z kim razem? Z tymi, którzy dzielą z nami wartości.

JOANNA SCHEURING-WIELGUS: W sytuacji, którą mamy od półtora roku, nie wyobrażam sobie innej możliwości niż wspólne przeciwstawienie się szaleństwu PiS-u. Czuję intuicyjnie, że nie ma innej możliwości, bo to, w czym ja przynajmniej w parlamencie biorę udział, to jest jakiś matrix, którego nikt przy zdrowych zmysłach się nie spodziewał. Trzeba trochę odsunąć na bok egoistyczne ambicje bycia politykiem w swoim ugrupowaniu i spojrzeć na sprawę szeroko, z myślą o tym, co dobre dla Polek i Polaków.

RAFAŁ TRZASKOWSKI: Wpadam w szał, kiedy ktoś znowu wrzuca PO i PiS do jednego worka. Popatrzcie państwo na to, co się dzieje w tej chwili w Polsce. Jeżeli ktoś mi mówi, że robiliśmy dokładnie to samo, to ma klapki na oczach.

Porozumienie jest absolutnie konieczne. Musimy przywrócić szacunek dla podstawowych instytucji, dla konstytucji, służby cywilnej, dyplomacji, odbudować pozycję Polski w polityce zagranicznej, chyba się wszyscy co do tego zgodzimy. Choć pewnie nie zgodzimy się w kwestiach podatkowych czy podobnych.

Koalicja jaka i z kim? Bo oczywiście przed wyborami samorządowymi i później parlamentarnymi można próbować się dogadywać w sprawie jednej listy, co nie oznacza, że ma być ścisłe porozumienie programowe, bo to niewykonalne.

Jako Platforma wyciągnęliśmy wnioski z ostatnich lat, ja nic innego nie robię, tylko jeżdżę po całej Polsce i rozmawiam z ludźmi. Nie stawiajcie nam, państwo, zarzutu, że nie rozmawiamy: rozmawiamy, słuchamy i wyciągamy wnioski.

BARBARA NOWACKA: Byłoby draństwem, gdyby ktokolwiek próbował dla własnych celów politycznych skonsumować protesty kobiet. To jest wielki kapitał, który może zdobyć każdy, kto stanie i powie: „Tak, ja jestem za prawami kobiet, za liberalizacją prawa do aborcji, za dostępem do antykoncepcji” – bo większość kobiet, które brały udział w protestach, powie, że jest za tym kimś. Do jasnej cholery, niech partie przestaną to zawłaszczać! To nie jest niczyje. To jest tych wszystkich kobiet, które protestowały. I wielka nauczka dla polityków: te masy kobiet i mężczyzn, którzy wtedy wyszli na ulice, nie zagłosują na nikogo, kto powie, że wpisze kompromis aborcyjny w konstytucję, droga PO. Bo nie ma żadnego kompromisu!

Czy jest możliwa jakakolwiek koalicja? Trzeba zapytać: po co? Tylko po to, by odsunąć PiS od władzy i wrócić do tego samego bagna, w którym żeśmy tkwili? To ja dziękuję. Jeżeli mielibyśmy dalej tkwić w konserwatywnej ściemie, gdzie państwo nie jest świeckie, gdzie zwykły człowiek nie jest zauważany, gdzie panują w dużej mierze korupcja i nepotyzm, naprawdę to nie ma sensu. I to nie jest zarzut wyłącznie do PO, ale do wszystkich innych partii, które przez lata kładły łapę na mediach, na spółkach skarbu państwa.

Dlaczego PiS-owi tak łatwo poszło? Bo instytucje były słabe (oklaski). Dlaczego były słabe? Bo przez lata wszystkie partie, łącznie z PO, ale wcześniej również SLD, z wielkim udziałem PSL-u, niszczyły instytucje. Nie mielibyśmy dzisiaj PiS-u u władzy, gdyby nie brak odwagi przez te wszystkie lata. I teraz, jeżeli chcemy odsunąć PiS, odrzućmy też to, co było. Powiedzmy: państwo polskie ma być państwem świeckim, żadnych modłów, wyprowadźmy religię ze szkół (oklaski). Jeśli państwo polskie ma być sprawiedliwe, to, po pierwsze, przestrzegajmy konstytucji, w której jest zapisana sprawiedliwość społeczna (niewielkie oklaski). A po drugie, zróbmy dwie zmiany w konstytucji: równość małżeńska, prawo do zawierania związku dla każdego, i rozdział Kościoła od państwa.

MICHAŁ SUTOWSKI, Krytyka Polityczna (głos z sali): Żeby obalić PiS, potrzebne są w opozycji przynajmniej dwa skrzydła. Wydaje się, że najsensowniejszy jest jej podział na frakcję konserwatywno-liberalną – niech Nowoczesna z Platformą się dogadają – i lewicową. Bo nawet jeśli konserwatyści i liberałowie dostaną te 30, 35 proc. w wyborach, to i tak potrzeba jeszcze 15 proc., żeby pokonać PiS z narodowcami.

KRZYSZTOF ŁOZIŃSKI, pomysłodawca i współzałożyciel KOD-u (głos z sali): Państwo tutaj chyba nie do końca zdajecie sobie sprawę z powagi sytuacji. Te wypowiedzi były głównie wiecowe, emocjonalne, a nie racjonalne. A my jesteśmy w tej chwili w takiej sytuacji, że rządzi ekipa, która nie ma zamiaru oddać władzy. I będzie się jej trzymać wszelkimi metodami. Łącznie ze stosowaniem przemocy. Kiedy słyszę od ludzi, że to przecież nie jest jeszcze dyktatura, bo nie aresztują i nie zabijają, to ja mówię: bo jeszcze nie zaczęli. W tej chwili mamy starcie o niezawisłość sądów. To jest wielkie zagrożenie. Żyłem w czasach, kiedy sądy były uzależnione politycznie, wiem, co to znaczy. I chciałem tylko przypomnieć, że członkowie Państwowej Komisji Wyborczej też są sędziami.

TRZASKOWSKI: Nie jestem aż takim pesymistą, żeby twierdzić, że PiS nie odda władzy, że dojdzie do rozlewu krwi. Będzie kuglować, zmieni ordynację wyborczą, różne rzeczy jeszcze zobaczymy, pewnie gorsze niż te, które widzimy dzisiaj. Ale gdy PiS przegra wybory, to władzę odda.

Jeżeli połączona opozycja ma wygrać wybory, to na pewno nie poprzez głoszenie takich tez jak legalizacja małżeństw jednopłciowych czy wycofanie religii ze szkół, choć ja sam akurat jestem za, mam dzieci, wiem, jak to w szkołach wygląda. Jeżeliby to wpisać jako coś najważniejszego na nasze sztandary, to tych wyborów nie wygramy. Chodzi o to, by zdobyć ludzi z centrum i nawet trzeba kawałek prawicy uszczknąć, tej, która sensownie myśli o państwie. Musimy zagospodarować jak największą część tego elektoratu, który nie będzie już chciał głosować na PiS.

Współpracujmy, rozmawiajmy o tym, co nas łączy. Ja mam bardzo liberalne poglądy, ale gdybym miał wziąć odpowiedzialność za całą PO, to czasami trzeba by było iść na kompromis, być mniej wyrazistym, nie umieszczać na samej górze tych priorytetów, które serce dyktuje.

NOWACKA: Potrafimy ze sobą rozmawiać, i to dosyć konstruktywnie. Podejrzewam, że prawie wszyscy tu obecni byli razem przynajmniej na jednej wspólnej demonstracji, 16 grudnia zeszłego roku. Od Platformy, poprzez Nowoczesną, Inicjatywę Polską, po Razem i inne partie, ugrupowania zaprzyjaźnione. Można? Można! Dlaczego? Dlatego że wtedy działy się rzeczy bardzo istotne dla naszego kraju, PiS nielegalnie głosował nad budżetem. Potrafiliśmy powiedzieć razem, że nie zgadzamy się na to, co robi PiS. Pewnie można takie akcje powtórzyć. Razem zbieramy podpisy w sprawie referendum pod auspicjami ZNP, koniec końców wszystkie obecne tutaj partie poparły w ten czy inny sposób projekt „Ratujmy kobiety”. Można? Można. Tylko trzeba mieć jakiś pozytywny cel, coś więcej niż tylko odsunięcie PiS-u od władzy. To jest pierwszy, niezbędny krok. Ale co dalej?

ZANDBERG: Kilka słów na temat tego, co mówił pan Łoziński. Oczywiście gdybyśmy mieli do czynienia z otwartą przemocą ze strony państwa, z rozlewem krwi albo z bezczelną próbą sfałszowania wyborów, odpór musiałyby dać wszystkie demokratyczne siły. Ale nie mamy dzisiaj rozlewu krwi.

(Głos z sali: „Mamy wojnę psychologiczną”).

PACEWICZ: Wychodzę z tej sali pokrzepiony. Mamy polityków, którzy nie są tacy źli, naprawdę fajnych, zróżnicowanych. To jest to pokolenie, które być może sprawi, że polityka w Polsce będzie lepsza. Sondaże OKO.press wskazują, że rozkład sił wygląda dziś u nas mniej więcej tak: 30 proc. ludzi z różnych powodów popiera władzę, a około połowy, ostatnio 48 proc., uważa, że źle się w Polsce dzieje. Generalnie wahadło zaczyna się wyraźnie wychylać w dobrą stronę. A reszta jest w państwa rękach.

 

wyborcza.pl

Wojciech Czuchnowski

Służby Macierewicza pokazują ostatnie minuty przed odlotem tupolewa. I kłamią

09 kwietnia 2017

11.04.2010 ROSJA, SMOLEŃSK. MIEJSCE KATASTROFY POLSKIEGO SAMOLOTU PREZYDENTCKIEGO TU - 154 M W LESIE NIEOPODAL LOTNISKA WOJSKOWEGO

11.04.2010 ROSJA, SMOLEŃSK. MIEJSCE KATASTROFY POLSKIEGO SAMOLOTU PREZYDENTCKIEGO TU – 154 M W LESIE NIEOPODAL LOTNISKA WOJSKOWEGO (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

Służba Kontrwywiadu Wojskowego na swojej oficjalnej stronie opublikowała nagranie z ostatnich minut przed odlotem prezydenckiego tupolewa rankiem 10 kwietnia 2010 r. W komunikacie czytamy, że nagranie „udało się uzyskać” (w innym miejscu: „pozyskać”) „oficerom SKW w ostatnich tygodniach”. Film, do którego SKW podłożyła muzykę autorstwa Michała Lorenca, prezentowany jest jako „odnaleziony”, a prawicowe portale prezentują go jako „nieznany”.

To nieprawda. Zapisu monitoringu z Wojskowego Portu Lotniczego Warszawa nie trzeba było „pozyskiwać” ani „odnajdować”. Nie był też „nieznany”. Od początku śledztwa w sprawie katastrofy był w materiałach prokuratury i rządowej komisji Jerzego Millera. Można o nim przeczytać w raporcie komisji z lipca 2011 r. Monitoring jako jedno ze źródeł przywoływany tam jest w trzech miejscach. To właśnie na jego podstawie komisja Millera napisała m.in., że meldunki o warunkach atmosferycznych panujących w Smoleńsku przyjmował osobiście ówczesny dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik. I to on meldował prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu gotowość samolotu do startu.

„Meldunek, chociaż niezgodny z tradycją, miał charakter symboliczny”- czytamy w raporcie komisji, która zwraca na to uwagę, bo zazwyczaj prezydenta wita dowódca załogi. Wszystko to widać na „odnalezionym” filmie, który kończy się zdjęciami tupolewa kołującego po pasie startowym.

To nie pierwszy raz, kiedy po przejęciu śledztwa smoleńskiego przez służby państwa PiS opinia publiczna informowana jest o „nowych” lub „przełomowych” ustaleniach. W kwietniu 2016 r. powołana przez Antoniego Macierewicza podkomisja też przedstawiła „nieznane” zdjęcia, które miały być dowodem matactw przy badaniu katastrofy. Szybko się okazało, że fotografie od dawna były w sieci i na portalu Fakty-Smoleńsk, gdzie w czasach rządów PO-PSL próbowano prostować spiskowe teorie.

W ubiegłym tygodniu specjalny zespół Prokuratury Krajowej też miał przedstawić nowe ustalenia. Okazało się, że powielił i rozszerzył zarzuty wobec rosyjskich kontrolerów lotu, co już dawno zrobiła Prokuratura Wojskowa, której PiS odebrał śledztwo.

Trudno przypuszczać, by funkcjonariusze SKW odpowiedzialni za hucpę z „odnalezionym” filmem z lotniska nie wiedzieli, że ten materiał jest od dawna znany. Zastosowany przez nich zabieg jest elementem szerszej dezinformacji, którą obecna władza stosuje w sprawie katastrofy.

W narracji PiS wszystko, co zostało ustalone do czasu przejęcia przez tą partię rządów, jest kłamstwem, zdradą i manipulacją. Opinii publicznej wdrukowuje się komunikat, że „nic nie zostało zrobione”, a „państwo nie zdało egzaminu”. Chodzi o to, by nie tylko zdezawuować, lecz także wymazać z pamięci wieloletnią pracę wysokiej klasy specjalistów, urzędników i prokuratorów, którzy badali katastrofę. Dlatego przedstawia się rzeczy od dawna znane i wyjaśnione jako właśnie odkryte rewelacje.

Ten komunikat będzie tym silniejszy, im wyraźniej będzie widać, że nowe śledztwo, komisja Macierewicza, ekshumacje i kolejne eksperymenty z modelami samolotów nie przynoszą oczekiwanych rezultatów.

Dowodów na zamach nie ma i nie będzie.

Im bardziej król jest nagi, tym silniejsze będą mechanizmy przykrycia i dezinformacji.

Zobacz: „Chciano, żeby to nie był zamach” – Magdalena Merta w Crash teście

 

wyborcza.pl

Rząd Pinokiów w akcji! Nie ustają w kłamstwach!

PiS ma Polskę w nosie

PiS ma Polskę w nosie

„Jeżeli Polacy nie wyrzucą precz Kaczyńskiego z jego partią, to Polska będzie w bardzo silnym uścisku Moskwy. Taka jest prawda, inaczej być nie może” – stwierdził Andrzej Celiński, który wraz z Krzysztofem Mieszkowskim, był gościem sobotniego programu „Fakty po Faktach”. Celiński z zażenowaniem wyznał, że wstydzi się za polski rząd, polskiego ministra i wicepremiera. – „Są to ludzie bez honoru, bez sumienia, bez jakichkolwiek właściwości. To jest coś, czego bym nie wymyślił w 1989 roku, nawet gdybym wypił wtedy pięć litrów spirytusu” – dodał. – „Jesteśmy Europą, w związku z tym nie możemy podporządkować się Kaczyńskiemu, który jest prowincjuszem, nie rozumiejącym w ogóle świata” – wtórował mu Mieszkowski.

Rozmawiając o okolicznościach, towarzyszących powołaniu „nowego” Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, obaj nie szczędzili słów oburzenia i dezaprobaty dla decyzji ministra Glińskiego i jego mocodawców. Krzysztof Mieszkowski, wiceprzewodniczący sejmowej komisji kultury oraz Andrzej Celiński, znany opozycjonista z czasów PRL-u, były minister kultury, byli zgodni, że PiS tym posunięciem dokonuje przemocy symbolicznej.

Celiński przekonywał, że PiS chce mieć kulturę jako „instrument polityczny”. Jego zdaniem, partia rządząca nawiązuje do polityki pierwszej połowy lat 50. „To jest władza, która ma w nosie Polskę. Ma na widoku własne władztwo i pewną koncepcję podporządkowania obywateli do swojej koncepcji państwa” – uznał Celiński.

Były dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu Krzysztof Mieszkowski stwierdził z kolei, że decyzja ministra Glińskiego to „element bardzo wyraźnej, jednoznacznej strategii ideologicznej”. Zwrócił uwagę, że „PiS zawłaszcza poszczególne instytucje kultury”. Wskazał na media publiczne, instytucje przy ministerstwie, takie jak Instytut Książki czy Instytut Adama Mickiewicza. Podkreślił, że „Jarosław Kaczyński i jego główny funkcjonariusz propagandowy – w tym przypadku minister Gliński – wiedzą, co robią. Przecież Jarosław Kaczyński recenzował „Klątwę” w Teatrze Powszechnym w Warszawie, nie oglądając jej”. Przypomniał, że podobnie zrobił minister Gliński. – „Mamy więc do czynienia z taką sytuacją od lat kilku, od momentu, kiedy okazało się, że można cenzurować, nie oglądając dzieła sztuki. Można to robić bez żadnej odpowiedzialności, bez żadnych konsekwencji” – powiedział Mieszkowski. Stwierdził, że jest sytuacją wokół gdańskiego muzeum i decyzjami ministra Glińskiego zażenowany i powiedział: – „Człowiek, który ma brata reżysera [Roberta Glińskiego – przyp. red.], wybitnego faceta, który robi świetne kino, także o wojnie, nie rozumie istoty twórczości. Odebrał prawo możliwości konsumowania, delektowania się, ale także możliwości rozmowy z publicznością prof. Pawłowi Machcewiczowi (odwołanemu dyrektorowi Muzeum II Wojny Światowej)”. W ostrych słowach zareagował na to Celiński: – „To jest osobista zemsta za odrzucenie. Kiedy się patrzyło na życiorysy – przepraszam za te słowa – największych sku*****nów PRL-u, to często się okazywało, że byli to ludzie o bardzo dobrych rodzicach i bardzo dobrym starcie życiowym, ale w 1949 roku, 1950 roku dostali po nosie”.

koduj24.pl

NIEDZIELA, 9 KWIETNIA 2017

Wassermann: Proszę nigdy nie mówić o tym, że rzeczywiste ustalenia mogą być czynione na podstawie raportu Millera

11:59

Wassermann: Proszę nigdy nie mówić o tym, że rzeczywiste ustalenia mogą być czynione na podstawie raportu Millera

Proszę nigdy nie mówić o tym, że jakiekolwiek rzeczywiste ustalenia mogą być czynione na podstawie raportu Millera. Proszę nigdy nie mówić, bo trzeba się będzie z tego ze wstydem wycofać – mówiła Małgorzata Wassermann w „Kawie na ławę” TVN24.

11:52

Trzaskowski o Smoleńsku: Prokuratorzy opierają się w 90% na tym, co ustaliła komisja Millera

Chcę powiedzieć, że prokuratorzy opierają się w 90% na tym, co ustaliła komisja Millera. Nie widzę żadnej olbrzymiej zmiany w podejściu, poza tym, że się postawiło trochę inne zarzuty. Minister Macierewicz od wielu miesięcy mówi o zamachu, o wybuchach. I dzisiaj prokuratura stawia zarzuty kontrolerom. To jak ot jest spójne, jeżeli urzędujący minister opowiada nam przez cały czas, że ma dowody na katastrofę i zamach, a prokuratura stawia zarzuty kontrolerom? To się nie trzyma kupy – mówił Rafał Trzaskowski w „Kawie na ławę” TVN24.

11:31

Trzaskowski: Nie zlikwidujemy 500+

Jasno Grzegorz Schetyna powiedział, że padło kłamstwo z ust PiS, bo wszystkie dzieci miały dostawać pieniądze [z 500+] i mówił, że trzeba ten program dostosować, czyli owszem, matki, które wychowują samotnie dziecko, powinny mieć do niego prawo, natomiast trzeba się przyjąć temu programowi, być może wprowadzić kryterium dochodowe i to absolutnie naturalne, żę opozycja podchodzi do tego w ten sposób – mówił Rafał Trzaskowski w „Kawie na ławę” TVN24.

Jak dodał: – Nie zlikwidujemy 500+ i to jedyny konkret, o którym mówiła premier Szydło, to ten program, bo PiS-owi nic innego się nie udało. Spodziewamy się, że leitmotivem kolejnej kampanii będzie, że oni zlikwidują ten program. Nie, nie zlikwidujemy. Uczynimy go bardziej racjonalnym.

11:16

Trzaskowski: Chcemy odsunąć PiS od władzy w wyniku normalnych wyborów

Nikt nie chciał odsuwać PiS od władzy, bo my szanujemy wynik wyborów – wtedy, w grudniu. Chcemy odsunąć PiS od władzy w wyniku normalnych wyborów. Tamten protest był o to, że deptane są prawa opozycji – mówił Rafał Trzaskowski w „Kawie na ławę” TVN24.

10:51

Trzaskowski o wystąpieniu Schetyny: Było widać charyzmę

Było widać charyzmę. Bardzo dobrze przygotowane przemówienie, wypunktowane, spokojne, z emfazą. Mi się podobało – mówił Rafał Trzaskowski w „Kawie na ławę” TVN24, komentując piątkowe wystąpienie Grzegorza Schetyny.

10:47

Brudziński o kontrmanifestantach w rocznicę Smoleńska: Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania

– Chcę wszystkich poprosić, żeby było nas tam wielu, także na mszy w Katedrze Św. Jana ale także na marszu mioodlitewnym, podkreślam modlitewnym, żeby nie ulegać tym prowokacjom.  Trafiłem kiedyś na tę dzicz zdradzającą objawy prawie diabelskiego opętania, gdy kiedyś udałem się prywatnie na miesięcznicę na Wawel. Jest coś porażającego, obrzydliwego w tym, co ci ludzie pragną uczynić. Ta katastrofa nie ma barw partyjnych, warto, żebyśmy byli licznie i dali odpór prowokacjom -mówił Joachim Brudziński w TVP Info.

300polityka.pl

Leczył się penicyliną z pleśni, aspiryną z kory topoli i… nie jadł mięsa. Był neandertalczykiem

Joanna Grabowska, 09 kwietnia 2017

Rekonstrukcja wyglądu neandertalczyka w muzeum w Mettmann, Niemcy

Rekonstrukcja wyglądu neandertalczyka w muzeum w Mettmann, Niemcy (MARTIN MEISSNER/AP)

Żył około 50 tysięcy lat temu w hiszpańskiej jaskini El Sidrón. Kiedy naukowcy ustalili, co jadł i jak się leczył, mocno się zdziwili. Okazało się, że wśród neandertalczyków także byli wegetarianie.

Międzynarodowy zespół naukowców, pracujący pod kierunkiem Laury S. Weyrich i Alana Coopera z University of Adelaide w Australii, po raz pierwszy w historii przeprowadził badania genetyczne neandertalskiego kamienia nazębnego.

Okazało się, że to prawdziwa skarbnica wiedzy o tym, co jedli i jak się leczyli neandertalczycy 38-50 tysięcy lat temu. To dlatego, że w kamieniu nazębnym zachowało się DNA flory bakteryjnej, patogenów wywołujących choroby układów pokarmowego i oddechowego oraz resztki pokarmów sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat. Wyniki zostały opublikowane w marcowym Nature.

Naukowcy wybrali do badań zęby pięciorga neandertalczyków odkrytych w jaskiniach znajdujących się w trzech różnych krajach dzisiejszej Europy: mężczyzny i kobiety z hiszpańskiej El Sidrón, dwóch mężczyzn z belgijskiej Spy i jednego – z włoskiej Breuil. Kamień nazębny neandertalczyka „włoskiego” był jednak za słabo zachowany, by można było wyizolować z niego DNA. Wyniki dotyczą więc tylko tych z Belgii i Hiszpanii.

Mięsożerni neandertalczycy z północy

Jaskinia Spy w środkowej Belgii została odkryta w 1884 r. Ówcześni badacze z Liege znaleźli w niej szczątki trzech osób. Dużo później okazało się, że to neandertalczycy – dwaj dorośli i jeden w wieku młodzieńczym. Metodą radiowęglową oceniono, że żyli około 38 tys. lat temu.

W najnowszym badaniu w kamieniu nazębnym jednego z nich zostały odkryte DNA dzikiej owcy (muflona) i nosorożca włochatego. To znaczy, że jadł ich mięso. Właściwie nie ma w tym nic dziwnego, bo wcześniej w jego jaskini znaleziono kości tych zwierząt a także szczątki renifera tundrowego, mamuta i koni. Ale po raz pierwszy archeolodzy zdobyli twardy naukowy dowód na mięsną dietę neandertalczyków.

Dietę tego mięsożernego neandertalczyka uzupełniały grzyby – czernidłak szarawy (Coprinopsis cinerea).

– Zaskoczyło mnie, że zwierzęce DNA zachowało się w kamieniu nazębnym. Po obróbce termicznej powinno być już mocno pofragmentowane. Ale może to mięso nie było jednak zbyt mocno przetworzone. Przynajmniej w przypadku tego jednego neandertalczyka, który jadł nosorożca włochatego i muflona – komentuje bioarcheolog Arkadiusz Sołtysiak, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, jeden ze współautorów publikacji w Nature.

W kamieniu nazębnym drugiego neandertalczyka ze Spy badacze znaleźli jedynie śladowe ilości DNA mięsa muflona i znacznie więcej roślin.

Neandertalczycy wegetarianie z południa

W jaskini El Sidrón, w północnej Hiszpani, około 20 km od wybrzeża w regionie Asturias, naukowcy znaleźli w ostatnich latach XX wieku szczątki co najmniej 13 neandertalczyków różnej płci i wieku żyjących tam 48-50 tysięcy lat temu. Ich kości – głównie szczęki z zębami i ramieniowe – zachowały się tak dobrze, że – obok szczątków z jaskiń Vindija, Feldhofer, Denisowa i Mezmaiskaja – posłużyły do poznania genomu neandertalczyka, opisanego w artykule w Science w 2010 r.

Do najnowszych badań naukowcy pobrali kamień z zębów dorosłego neandertalskiego mężczyzny i kobiety.

Okazało się, że nie ma w nim śladów mięsa. Było natomiast DNA wielu roślin, m.in. orzeszków piniowych, a także mchów i grzybów. Część z nich spożywana była najprawdopodobniej po obróbce termicznej.

– Zaskoczył nas brak śladów mięsa u neandertalczyków z Asturias, których uważało się za mięsożerców. Znaleźliśmy natomiast dowody na to, że mieli bogatą dietę, w skład której wchodziły różnorodne rośliny. Co więcej, niektóre prawdopodobnie były ugotowane przed zjedzeniem – mówi Antonio Rosas z Museo Nacional de Ciencias Naturales w Madrycie, współautor publikacji w Nature oraz innej – poświęconej tylko neandertalczykom z El Sidrón – zamieszczonej w najnowszym Journal of Human Evolution.

Leki z neandertalskiej apteki

Badania zębów neandertalczyków „belgijskich” i kobiety z El Sidrón nie przyniosły wielu innych informacji o ich właścicielach. Znacznie bogatsze okazały się te, które dotyczyły mężczyzny z El Sidrón.

Z komunikatu na stronie madryckiego Museo Nacional de Ciencias Naturales wynika, że dokładna analiza szczęki tego neandertalczyka wykazała, że miał on zwyczaj przytrzymywać sobie zębami – jak trzecią ręką – krzemienne narzędzia. Uszkodziły mu szkliwo. Przypłacił to poważnymi problemami w jamie ustnej.

Żuchwa neandertalczyka z jaskini El Sidron

Żuchwa neandertalczyka z jaskini El Sidron Paleoanthropology Group MNCN-CSIC

 – Dziura w żuchwie wskazuje na to, że miał ropień – mówi Antonio Rosas, z Museo Nacional de Ciencias Naturales w Madrycie, współautor publikacji. – Poza tym w jego kamieniu nazębnym zachowały się sekwencje patogenu Enterocytozoon bieneusi, powodującego u ludzi problemy żołądkowo-jelitowe i ciężką biegunkę.

Oba problemy zdrowotne, prowokujące też silne bóle, neandertalczyk leczył naturalnym antybiotykiem – pleśnią Penicillium oraz kwasem salicylowym z kory topoli, który jest aktywnym składnikiem współczesnej aspiryny.

Nie jest to jedyny odkryty przez naukowców przypadek stosowania naturalnych leków przez neandertalczyków.

Po raz pierwszy opisała to zjawisko w lipcu 2012 roku w niemieckim miesięczniku naukowym Naturwissenschaften grupa naukowców pod kierunkiem Karen Hardy z Universitat Autónoma de Barcelona w Hiszpanii. Stosując badania mikroskopowe, metodą chromatograficzną, spektroskopową oraz rozpadu termicznego odkryła ona w kamieniu nazębnym dorosłej neandertalskiej kobiety, również mieszkanki jaskini El Sidrón, ślady doskonale znanych także dziś leczniczych roślin.

Jedna z nich to krwawnik pospolity, ułatwiający gojenie się ran i działający łagodząco na wrzody. Druga to rumianek – ułatwiający trawienie i przynoszący ulgę w leczeniu stanów zapalnych, np. jamy ustnej, przewodu pokarmowego czy skóry.

Zdaniem naukowców świadczy to o tym, że neandertalczycy potrafili wyselekcjonować rośliny lecznicze z otaczającego ich środowiska.

– Natomiast odkrycie DNA roślin leczniczych czy pleśni z penicyliną w kamieniu nazębnym daje mocne przesłanki do tego by stwierdzić, że z rozmysłem stosowali je w celach leczniczych – podsumowuje prof. Sołtysiak.

wyborcza.pl

 

Tu cała rozmowa posłów PO z Danielem Olbrychskim

fakt.pl

Olbrychski idzie na zwarcie z PiS-em. „Gdyby nie katastrofa smoleńska, nie byłoby PiS. To sekta”

09 kwietnia 2017

Gdyby nie było tragicznej katastrofy smoleńskiej, to PiS-u też by nie było. To jest ich rozrusznik i podpałka – powiedział w programie „Z parą o polityce” Daniel Olbrychski. Jego zdaniem Prawo i Sprawiedliwość niszczy Polskę, a u władzy znalazło się głównie dzięki 10 kwietnia.

– (…) Nasz cel najważniejszy – odsunąć PiS od władzy, bo każdego dnia demoluje Polskę, ośmiesza Polskę, pozbawia zdolności obronnych również, a w związku z tym wiarygodności w NATO – usłyszeli Kinga Gajewska-Płochocka i Arkadiusz Myrcha z Platformy Obywatelskiej. – PiS to niszczyciele Polski jakich w historii nie widziałem, bo komuniści musieli to robić na rozkaz Rosji, a tu wszystko jest z woli jednego człowieka, któremu pomagają ludzie brzydcy i źli – dodał później aktor.

Takim pomagierem według artysty jest ojciec Tadeusz Rydzyk. Nazwał go człowiekiem, który „dzieli Kościół” i naród. – Pierwsze zwaśnienie zaczęło się w domach. Niektórzy uważali, że to, co tam jest propagowane to zgroza, inni wierzyli we wszystko, co tam jest mówione. Kościół został podzielony. To co się nie udało zaborcom, kagiebistom i NKWD udało się radiu z Torunia – stwierdził.

Zdaniem aktora, działania PiS najmocniej napędza jednak katastrofa smoleńska. Określił ją „rozrusznikiem i podpałką” partii rządzącej. – Ciągle trzeba coś tu dorzucać i dzięki temu mają 30 procent tych oszalałych. To sekta – ocenił. Mimo wszystko Olbrychski zauważa społeczną odwilż, a co za tym idzie, szansę na odsunięcie PiS od władzy. – W tej chwili ludzie widzą, co się dzieje… A zawsze zwolenników z przekonania, systemu totalitarnego, w każdym kraju się znajdzie – powiedział.

naTemat.pl

Katastrofa smoleńska. Co wydarzyło się w Smoleńsku?

Agnieszka Kublik, 07 kwietnia 2017

Katastrofa smoleńska

Katastrofa smoleńska (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

Nadal około 20 proc. z nas wierzy, że katastrofa smoleńska to nie był po prostu wypadek lotniczy. Dlatego podajemy garść konkretnych argumentów, które pomogą w rozmowie z przyjaciółmi czy bliskimi, którzy uwierzyli w zamach.

Rano 10 kwietnia 2010 r. ważący prawie 80 ton Tu-154 w biało-czerwonych barwach próbował w gęstej mgle poderwać się znad drzew rosnących przed lotniskiem w Smoleńsku. Nie dał rady. Zahaczył skrzydłem o brzozę, obrócił się na plecy, uderzył o ziemię. Zginęli wszyscy, 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński. Lecieli na obchody 70. rocznicy zbrodni katyńskiej.

„To nie był po prostu wypadek lotniczy. Przypadkiem, przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności czy zaniedbanie, jednocześnie śmierć ponieśli najwyżsi rangą urzędnicy państwowi i niemal całe dowództwo sił zbrojnych? Takie rzeczy się nie zdarzają”. Wpierw nieśmiało, w internecie, ale wkrótce dołączyli do nich politycy. Że to sztuczna mgła była, że hel został rozpylony nad lotniskiem, że we wnętrzu samolotu był paraliżujący gaz i bomba paliwowa, że były wybuchy (jeden, dwa lub trzy), że samolot rozpadł się w powietrzu – tak przedstawiano przyczyny katastrofy smoleńskiej na łamach prawicowych mediów. Pisano też o „tych, którzy przeżyli” i o tajemniczych wyciekach z samolotu.

Te wszystkie teorie spiskowe padły na podatny grunt. Jeszcze niedawno w zamach smoleński wierzył blisko co trzeci Polak. Ta wiara słabnie, ale nadal spora grupa – około 20 proc. – wierzy, że to nie był po prostu wypadek lotniczy. Ponad połowa Polaków tę spiskową teorię odrzuca. Hipoteza zamachu wciąż sprawdza się jako polityczne paliwo. Dlatego przypominamy najczęściej zadawane pytania o przyczyny katastrofy smoleńskiej – i podajemy odpowiedzi, sformułowane tak, by laik wiedział, o co chodzi.

To garść konkretnych argumentów, które mogą się przydać w spokojnej rozmowie z sąsiadem, koleżanką z pracy, przyjaciółmi, bliskimi, którzy uwierzyli PiS-owi, że ktoś zamachnął się na życie prezydenta Kaczyńskiego.

Katastrofa smoleńska. Czy doszło do niej przez mgłę?

Gdyby nie ona, do katastrofy zapewne by nie doszło. Ale gdyby załoga przestrzegała procedur bezpieczeństwa, samolot by się nie rozbił.

Minimalne warunki do lądowania Tu-154 na takim lotnisku jak Siewiernyj to 1000 m widoczności poziomej i 100 m pionowej – czyli będąc na tej ostatniej wysokości, załoga musi zobaczyć ziemię, by zacząć się zniżać. O 8.14 białoruski kontroler z Mińska informuje po angielsku załogę, że w Smoleńsku widoczność pozioma wynosi zaledwie 400 m. Chwilę potem kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi, mówi do stewardesy: „Nieciekawie, wyszła mgła, nie wiadomo, czy wylądujemy”. Anonimowy głos pyta: „A jeśli nie wylądujemy, to co?”. „Odejdziemy” – odpowiada Protasiuk.

O 8.23 dochodzi do pierwszej rozmowy załogi z wieżą w Smoleńsku, która informuje, że widoczność pozioma to 400 m i że „warunków do przyjęcia [samolotu] nie ma”. Dowódca odpowiada: „Dziękuję. Jeśli można, spróbujemy podejścia, a jeśli nie będzie pogody, wtedy odejdziemy na drugi krąg”. Kontroler pyta więc, ile Polacy mają paliwa (odpowiedź: 11 ton) i jakie przewidziano lotniska zapasowe. „Mińsk i Witebsk” – mówi kpt. Protasiuk.

Załoga tupolewa rozmawia też w tym czasie z załogą jaka-40, którym wcześniej przylecieli do Smoleńska dziennikarze. „Ogólnie rzecz biorąc, to pizda tutaj jest. Widać ok. 400 m i na nasz gust podstawy [chmur] są poniżej 50 m grubo” – ocenia por. Artur Wosztyl, dowódca załogi jaka. „No, nam się udało w ostatniej chwili wylądować, natomiast powiem szczerze, że możecie próbować jak najbardziej. (…) Możecie próbować, ale jeśli wam się nie uda za drugim razem, to proponuję wam lecieć np. do Moskwy albo gdzieś”.

O 8.30 załoga jaka-40 dorzuca, że kilkadziesiąt minut przed przylotem tupolewa na Siewiernym próbował lądować rosyjski transportowy Ił-76, ale choć pilot doskonale znał lotnisko, po dwóch nieudanych próbach odleciał do Tweru. O 8.37 załoga jaka znów łączy się z Tu-154 i ocenia, że widoczność pozioma to zaledwie 200 m.

Zamach smoleński nie istnieje. Z próżnego i państwo PiS dowodów nie naleje

Katastrofa smoleńska. Czy jej przyczyną jest brzoza?

Zderzenie z nią było skutkiem tego, że samolot znalazł się zbyt nisko. Mierzące kilkanaście metrów wysokości drzewo rosło 855 m od progu pasa startowego. Tupolew złamał brzozę na wysokości 6,66 m, w miejscu, gdzie jej średnica wynosi ok. 40 cm. W wyniku uderzenia maszyna straciła około jednej trzeciej lewego skrzydła, wpadła w niekontrolowany obrót w lewą stronę i plecami uderzyła w ziemię.

Fakt zderzenia z brzozą jest bezsporny – oprócz zeznań świadków potwierdziły to kawałki skrzydła Tu-154 wbite w drzewo, elementy maszyny leżące pod nim oraz odłamki brzozy w szczątkach samolotu.

Dlaczego samolot był tak nisko?

Tuż przed pasem lotniska jest głęboki na maksymalnie 60 m jar, a załoga korzystała z niewłaściwego wysokościomierza. Pierwszy pilot przestawił ciśnienie na swoim wysokościomierzu barometrycznym, który podaje faktyczną wysokość od poziomu lotniska, by wyłączyć alarmowe komunikaty systemu TAWS („terrain ahead”, czyli „ziemia przed tobą”, i „pull up”, czyli „natychmiast do góry”). Nawigator zamiast z wysokościomierza barometrycznego odczytywał wysokość z radiowysokościomierza podającego faktyczną odległość od ziemi – czyli od dna jaru, a nie poziomu pasa startowego.

Czy tupolew lądował?

Wszystko wskazuje na to, że załoga nie chciała lądować, ale za późno podjęła decyzję o tzw. odejściu na drugi krąg. Z analizy stenogramów wynika, że po pierwszej komendzie „odchodzimy” przez chwilę nic się nie działo. Po komendzie drugiego pilota został odnotowany nieznaczny ruch sterami, ale taki, który nie przerwał pracy autopilota. Dopiero później dowódca pociągnął wolant na siebie. Sekundę potem manetki silników zostały przestawione na położenie startowe, czyli na maksymalną moc. Ale było już za późno, by poderwać ważący blisko 80 ton samolot.

Z zapisu czarnych skrzynek wiemy, że prezydencki tupolew prawie do końca leciał na autopilocie. I to był błąd, bo na lotnisku Siewiernyj nie było systemu ILS (instrumental landing system), więc samolot nie mógł sam odlecieć. Jasno mówi o tym instrukcja techniki pilotowania Tu-154.

Komisja Millera wykonała eksperyment na bliźniaczym tupolewie i potwierdziła, że próba wykorzystania do odejścia autopilota zabrała załodze pięć bezcennych sekund – dźwięk sygnalizujący zerwanie autopilota i przejście na sterowanie ręczne czarna skrzynka zarejestrowała o 8:40:57:5. Maszyna była wtedy tylko 2 m nad poziomem lotniska, 28 m nad ziemią i leciała z prędkością 277 km/godz. (ok. 72 m/s).

Komisja Millera ustaliła też, że dowódca tupolewa lubił latać na automatycznym pilocie, był z pokolenia, które bardziej wierzy w systemy komputerowe niż w ręczne sterowanie. W dodatku załogi 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego niezwykle rzadko latały na lotniska bez ILS i nie miały doświadczenia w lądowaniu bez tego systemu.

Rosyjscy kontrolerzy są winni katastrofy smoleńskiej?

Współwinni. Polska prokuratura chce postawić zarzut umyślnego spowodowania katastrofy ppłk. Pawłowi Plusninowi (kierownikowi lotów 10 kwietnia 2010 r.) i mjr. Wiktorowi Ryżence (kierownikowi strefy lądowania obsługującemu radiolokacyjny system naprowadzania). Polscy prokuratorzy uznali, że powinni zamknąć lotnisko z powodu fatalnych warunków atmosferycznych.

Ze stenogramów rozmów na wieży (też są rejestrowane) wiemy, że Rosjanie uważali, iż tupolew w ogóle nie wystartuje z Warszawy, a gdy był już w powietrzu, kontrolerzy rozważali skierowanie go na zapasowe lotnisko. Nie byli jednak samodzielni – na wieży był też płk Nikołaj Krasnokutski, który kontaktował się z dowództwem w Moskwie, i to on anulował decyzję ppłk. Plusnina, który chciał odesłać tupolewa na inne lotnisko. Moskwa uznała bowiem, że zamknięcie lotniska wywoła skandal dyplomatyczny.

W dodatku na pokładzie tupolewa język rosyjski znał tylko dowódca samolotu i to on, a nie nawigator, prowadził rozmowy z wieżą, zamiast skupić się wyłącznie na pilotowaniu maszyny.

Załoga nie znała też rosyjskich procedur i nie zrozumiała komendy „pasadka dopołnitielno”, co znaczy „lądowanie warunkowo”. Tupolew powinien się zniżyć na wysokość 100 m – do tzw. wysokości decyzji – i czekać na kolejne polecenia. Kiedy wszystko jest w porządku, a załoga widzi ziemię, wieża powinna wydać komendę „pasadku razrieszaju” – to jest właśnie zgoda na lądowanie. Załoga powinna ją potwierdzić słowami „pasadku razrieszili”.

Gdy tupolew się zniżał, kontroler kilka razy przekazał załodze komunikat „na kursie i na ścieżce” – ostatni raz, gdy maszyna była 2 km od progu pasa startowego. Oznacza to, że samolot leci prawidłowo zarówno pod względem wysokości, jak i jej położenia lewo/prawo względem pasa. Ale te komunikaty były nieprawdziwe – prawdopodobnie dlatego, że radar w Smoleńsku działał nieprawidłowo. Rosjanie nie dopuścili potem polskich specjalistów do tzw. oblotu lotniska – sprawdzenia, czy urządzenia na Siewiernym działają tak, jak powinny. Przekazali tylko, że wszystko było OK. Mimo to w raporcie komisji Millera wykazano, że informacje kontrolerów nie odzwierciedlały położenia samolotu względem ścieżki.

Był wybuch na pokładzie?

Nie było. Ani komisja Millera, ani wojskowi śledczy i zespoły biegłych nie odnalazły żadnego dowodu na zamach czy rozpad maszyny w powietrzu. Nie pokazała go też podkomisja powołana przez szefa MON Antoniego Macierewicza, choć pracuje od roku i od roku to zapowiada.

Biegli przebadali ponad 700 próbek – wraku, gleby z miejsca katastrofy, pnia brzozy, wbitych w nią kawałków metalu, foteli, ekshumowanych ciał ofiar. Z analizy szczątków samolotu i miejsca katastrofy wynika, że nie doszło do wybuchu „punktowego albo przestrzennego”, a biegli nie odkryli pozostałości takiego zdarzenia, np. wywinięcia blach poszycia na zewnątrz kadłuba, stopienia metalu czy śladów sadzy. Wykluczyli też „długotrwałe przebywanie w atmosferze zawierającej znaczne stężenia tlenku węgla, które mogłyby doprowadzić do śmiertelnego zatrucia”. Ciała ofiar nie noszą śladów uszkodzeń charakterystycznych dla eksplozji. Przeciwnie, biegli stwierdzili, że „obrażenia będące przyczyną śmierci są charakterystyczne dla katastrofy lotniczej”. Nie było m.in. uszkodzeń błony bębenkowej, co dowodzi, że nie nastąpiła drastyczna zmiana ciśnienia atmosferycznego.

Gdyby coś na pokładzie eksplodowało, towarzyszyłaby temu fala cieplna o temperaturze ok. 3 tys. st. Celsjusza, nagły skok ciśnienia i odgłos eksplozji. Rejestratory głosu i te zapisujące dane o pracy najważniejszych systemów samolotu niczego takiego nie wykazały – w tym polski, bardzo dokładny ATM-QAR, odczytany w Warszawie.

Wreszcie teorii zamachu i rozpadu samolotu jeszcze w powietrzu zaprzecza rozrzut szczątków maszyny – to teren o wymiarze ok. 60 na 130 m od miejsca zderzenia z drzewami do miejsca upadku. Przed punktem, w którym tupolew pierwszy raz uderzył w ziemię, znaleziono tylko pojedyncze elementy – efekt uderzeń w pomniejsze drzewa.

Gen. Błasik był w kokpicie?

Pewności nie ma, ale są silne poszlaki, że dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik był tuż za plecami załogi. To przede wszystkim odczytany przez biegłych zapis rozmów w kabinie pilotów. Raporty rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK) i komisji Millera mówiły, że gen. Andrzej Błasik był w kokpicie aż do chwili katastrofy, a jego obecność interpretowały jako „bezpośrednią presję na pilotów” (MAK) lub „presję pośrednią” (komisja Millera).

Z najpóźniej odczytanych fragmentów rozmów w kokpicie (przez biegłych prokuratury) wynika, że o godzinie 8:35:49 gen. Błasik mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”. O 8:40:11 mówi: „Po-my-sły”. A o 8:40:22: „Zmieścisz się śmiało”. Do katastrofy doszło o 8.41.

Według ostatniej, z wiosny 2016 r., ekspertyzy biegłych powołanych przez prokuraturę wojskową gen. Błasik był w kokpicie tuż przed katastrofą i jego obecność miała wpływ na załogę oraz podejmowane przez nią decyzje. Zdaniem biegłych obecność gen. Błasika mogła nawet zablokować pilotów psychicznie. Generał nie protestował, gdy łamali procedury, np. schodząc poniżej wymaganych minimów widoczności. Na pewno nie wydawał załodze rozkazu, by wylądowała, ale też polecenia, by odeszła na drugi krąg. Złamał też zasadę „czystego kokpitu” podczas podchodzenia do lądowania, zwłaszcza w krytycznych warunkach atmosferycznych – nie powinno być w nim żadnych osób postronnych, kimkolwiek by były.

Gen. Błasik wywierał presję na pilotów tupolewa? Opinia biegłych

Powinni lądować na lotnisku zapasowym?

W planie lotu były dwa lotniska zapasowe: Mińsk (ok. 305 km od Smoleńska) i Witebsk (ok. 130 km) – te same, które wyznaczono przy okazji wizyty w Katyniu premiera Donalda Tuska 7 kwietnia. Ale Tusk leciał w środku tygodnia, a prezydencki tupolew w sobotę, kiedy lotnisko w Witebsku było zamykane – wylądować można by na nim dopiero po uzgodnieniu tego ze stroną białoruską (tak stało się, gdy wieczorem po katastrofie skorzystały z niego dwie maszyny – z Tuskiem i Jarosławem Kaczyńskim na pokładzie).

Zgodnie z procedurami o zmianie miejsca lądowania decyduje pilot. W przypadku lotu prezydenta powinien się skonsultować z Kancelarią Prezydenta. Właśnie na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, który wtedy woził najważniejsze osoby w państwie (po katastrofie rozwiązany), proponował Kancelarii Prezydenta start najpóźniej o 6.30. Nawet po wylądowaniu w Mińsku prezydent Lech Kaczyński i pasażerowie tutki nie spóźniliby się na główne uroczystości rozpoczynające się o godz. 11 czasu polskiego – lot do stolicy Białorusi zabrałby ok. 50 minut, a dojazd samochodem – 3-3,5 godz.

Ze stenogramów rozmów w kokpicie wiadomo, że o godz. 8.26 dowódca samolotu przekazał Mariuszowi Kazanie, dyrektorowi protokołu dyplomatycznego MSZ, jednoznaczny komunikat: „Panie dyrektorze – wyszła mgła w tej chwili i w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść – zrobimy jedno zejście – ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Tak że proszę [już myśleć lub pomyśleć?] nad decyzją, co będziemy robili”. O godz. 8.30 Kazana wrócił do kokpitu i wypowiedział zdanie: „Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. I wyszedł.

Jak doszło do katastrofy smoleńskiej?

Tupolew zszedł za nisko, zniżał się za szybko, a w gęstej mgle nie miał kontaktu wzrokowego z ziemią. I za późno próbował odlecieć. Wtedy uderzył skrzydłem w brzozę, stracił jego fragment, a potem sterowność. Zaczął się przekręcać i wreszcie się rozbił. Komisja Millera podała sześć czynników, które doprowadziły do katastrofy:

  • piloci nie użyli wysokościomierza barycznego pokazującego rzeczywistą wysokość lotu nad lotniskiem;
  • nie reagowali na komendy „pull up” systemu TAWS ostrzegającego o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi;
  • początkowo próbowali odlecieć na automatycznym pilocie, przez to stracili cenne sekundy;
  • rosyjscy kontrolerzy utwierdzali ich błędnie w przekonaniu, że są „na kursie i na ścieżce”, czyli że dobrze podchodzą do lądowania;
  • komenda kontrolerów, by pilot przestał się zniżać i wyrównał lot, była spóźniona;
  • szkolenia w 36. Pułku były nieprawidłowe.
 

wyborcza.pl

Stanisław Pięta: ostatni partyzant

Ewa Furtak, 07 kwietnia 2017

Stanisław Pięta

Stanisław Pięta (Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta)

Poseł Pięta tłumaczy nastolatkom, że powinny mieć prawo do noszenia broni. Choćby po to, by móc obronić siebie i innych przed terrorystą w autobusie.

Dzień jest chłodny, w końcu to luty, ale w auli Wyższej Szkoły Administracji aż iskrzy. Na finał bielskich Debat Oksfordzkich 2016, w których ścierają się licealiści i studenci z Podbeskidzia, zjeżdżają do Bielska-Białej polityczne nazwiska z pierwszych stron gazet. Wśród nich – Stanisław Pięta.

Stanisław Pięta z PiS: Mam gdzieś polityczną poprawność

Poseł PiS przyszedł mówić o moralności i patriotyzmie. Wygląda na zbitego z pantałyku, gdy słyszy pytanie: „Czy według pana taki człowiek może być autorytetem moralnym i może mówić o obronie polskiego interesu i Polaków?”. Uczeń Liceum Ogólnokształcącego im. Stefana Żeromskiego przywołuje krążącą po sieci milicyjną notatkę. Naczelnik III Wojewódzkiego Wydziału Spraw Wewnętrznych w Gliwicach – w PRL odpowiednika komendy wojewódzkiej policji – pisze w sprawie „ob. Stanisława Pięty”: „w/wym. w dniu 6 czerwca 1988 r. z samochodu zaparkowanego m-ki Fiat 126p ukradł portmonetkę z zawartością 5500 złotych gotówki, dwie karty żywnościowe oraz kartę paliwową”.

Licealista pogrzebał w przeszłości posła Pięty. „Pan kradł”

– Założyliśmy grupę, której nie podobał się ówczesny ustrój. Może to było naiwne i niemądre, ale postanowiliśmy przygotować się do jakiegoś zbrojnego powstania – wyjaśnia poseł. Uczniowie wybuchają śmiechem.

Niezrażony Pięta przekonuje, że jako licealiści włamywali się z kolegami do samochodów zaparkowanych przed komisariatami w różnych miastach w nadziei, że znajdą w nich broń. Broni nie znaleźli, pieniądze, owszem, bywało, że kradli. „Kupowaliśmy za to piwo. Nie piliśmy go, a zanosiliśmy żołnierzom, i za to piwo dostawaliśmy od nich amunicję” – opowiada.

O sprawie rozpisują się największe media. Portmonetka trafia na czołówki wszystkich portali.

– Wszyscy pewnie spodziewają się, że powiem „złodziej”, bo jesteśmy po przeciwnych stronach sceny, ale mnie przekonały te jego wyjaśnienia. Słyszałem tę historię o walce z komuną nieraz – mówi Marek Sternalski, poznański radny Platformy i dawny przyjaciel Pięty z Bielska-Białej.

Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę

Kilkuset żołnierzy i drugie tyle informatorów – oddział Narodowych Sił Zbrojnych Henryka Flamego „Bartka” był największym antykomunistycznym ugrupowaniem na Górnym Śląsku i Podbeskidziu. Bezpieka stawała na głowie, żeby go zlikwidować, ale partyzanci byli świetnie zorganizowani. I bardzo skuteczni – 3 maja 1946 roku zajęli Wisłę i urządzili w niej dwugodzinną defiladę. Karta odwróciła się jesienią, kiedy w wyniku prowokacji blisko 200 żołnierzy „Bartka” wpadło w ręce UB. Wywieziono ich na Opolszczyznę i wymordowano.

Żołnierze wyklęci. Czy wiesz, kogo nosisz na koszulce?

Do 1989 roku epopeja bielskich „wyklętych” była tabu, ale wszyscy o niej wiedzieli. – To byli nasi bohaterowie – wspomina Sternalski. Zafascynowany „Bartkiem” był zwłaszcza Pięta. Uczeń technikum energetycznego chciał walczyć z komuną tak jak żołnierze NSZ. – On kompletnie nie rozumiał, że czasy się zmieniły i nie sposób walczyć metodami z lat 40. – wspomina jeden ze znajomych.

Zryw zbrojny nie wypalił, ale już wkrótce można było się angażować bezkrwawo. Przed czerwcowymi wyborami w 1989 roku Pięta zachęcał do głosowania na „naszych”, sprzedając „Gazetę Wyborczą” na bielskich ulicach. Jednak szybko doszedł do wniosku, że to nie jego punkt widzenia świata. Chciał rozliczać komunę, zapisał się do radykalnej Konfederacji Polski Niepodległej. Na chwilę zniknął, jak wielu w czasach transformacji „wziął sprawy we własne ręce” i prowadził kiosk, skończył też prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim – ale długo nie wytrzymał. Gdy w Bielsku-Białej zaczęło coraz prężniej działać Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, Pięta łatwo dał się namówić na powrót do polityki.

Żołnierze wyklęci, czyli nasza nieprosta historia

– Na początku niemal wszyscy chcieliśmy rozliczeń. Bielska lewica, w której udzielało się wielu dawnych działaczy PZPR, to byli wrogowie. Ale potem przyszli nowi ludzie, całkiem fajni, można się było z nimi dogadać w interesie miasta. Jednak Staszek nie odpuszczał – wspomina jego znajomy.

Miejsce, w którym mógł dać upust temperamentowi, znalazł w happenerskiej, wojującej Lidze Republikańskiej Mariusza Kamińskiego, dziś szefa CBA i jednego z najwierniejszych ludzi PiS. Wydawał gazetkę „Zakaz skrętu w lewo”, w której postulował, by bielska „młodzież patriotyczna” podczas uroczystości w rodzaju Święta Niepodległości izolowała przewodniczącego rady miejskiej Jerzego Balona z SLD, utrudniając mu na przykład składanie kwiatów. – Balon oraz inni byli członkowie PZPR nie powinni się na uroczystościach patriotycznych pojawiać. Jeśli chcą pójść na święto 1 Maja, to proszę bardzo – tłumaczył.

Zemsta grafficiarza

Młody działacz patriotyczny po raz pierwszy zasmakował ogólnopolskiej sławy w połowie lat 90., gdy zrobił w balona „borowiki” i dostał się na zamknięte spotkanie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Rozrzucił tam ulotki z napisem: „magister”, żeby dopiec prezydentowi, który w kampanii chwalił się wyższym wykształceniem, choć nie uzyskał absolutorium i nie złożył pracy magisterskiej.

Kolejną akcję przeprowadził w 2000 roku podczas sesji Rady Miejskiej w Bielsku-Białej. W zabytkowej sali ratusza wywiesił z galerii dla publiczności pluszową małpę w koszulce z napisem: „niezależny kandydat”. Pięta – wówczas miejski radny i dyrektor biura poselskiego Mirosława Stycznia z Akcji Wyborczej Solidarność – protestował przeciwko wybraniu innego radnego do rady nadzorczej jednej z komunalnych spółek. Pluszak zjechał wprost nad głowę senatora Marcina Tyrny, wieloletniego szefa podbeskidzkiej „Solidarności”. Pięta tłumaczył, że taki kandydat pluszak jest najlepszy, bo podczas głosowania podnosi rękę wtedy, kiedy trzeba.

Nikt się specjalnie nie oburzał, ale niedługo potem po raz pierwszy Pięta poważnie naraził się bielszczanom. Niedługo po zamachach na World Trade Center grafficiarze z Polski i Czech zrealizowali projekt artystyczny: pomalowali stary mur wiaduktu kolejowego. Postarali się o wszystkie zgody, ale afera i tak wybuchła, bo na jednym z malowideł znalazła się twarz Osamy ben Ladena. – To protest przeciwko terroryzmowi – tłumaczył młody artysta. Ale Pięty to nie przekonało: – Ten portret nie powinien się tam znaleźć. To wywołuje niezdrowe emocje!

Po kilku dniach burzliwych dyskusji nieznani sprawcy zamalowali Osamę substancją przypominającą smołę. Pięta zaprzeczał, jakoby miał coś z tym wspólnego, ale grafficiarze mu nie uwierzyli. W całym mieście pojawiły się wlepki „Rozum poszedł w pięty” z portretem radnego w turbanie taliba.

Zemsta bin Ladena

Geje i lumpeninteligencja

Pięta był radykalny w słowach, ale ekumeniczny w działaniu. Wokół posła Stycznia zawiązała się grupa społeczników, którzy organizowali imprezy z żydowską gminą wyznaniową, namawiali bielszczan do głosowania „za” w unijnym referendum. Pięta odnajdywał się wśród nich bez trudu. Znajomi wspominają, że jeździł z darami i pieniędzmi dla ubogich dzieci z przedszkola w białoruskim Mścisławiu. „Bywał ekscentryczny, ale nie wygłaszał tak radykalnych poglądów jak dzisiaj” – mówią.

Pięta zaczyna się radykalizować, gdy wstępuje do Prawa i Sprawiedliwości. W 2005 roku zostaje asystentem eurodeputowanego historyka Wojciecha Roszkowskiego, potem – liczbą 7240 głosów – wchodzi do Sejmu.

Wkrótce wybucha pierwsza „afera”. Jarosław Zieliński, ówczesny wiceminister edukacji (dziś poseł PiS), rozesłał do kuratorów pismo z prośbą o poinformowanie dyrektorów szkół, by mieli się na baczności przed niektórymi organizacjami. „Zdarza się, że atrakcyjne hasła pacyfistyczne, ekologiczne, antywojenne bezkrytycznie przyjmowane przez młodzież niosą w sobie w rzeczywistości szkodliwe treści wychowawcze” – ostrzegał minister.

Działacze bielskiego Forum Młodych PiS zwołali konferencję prasową, na której przekonywali, że taką niebezpieczną organizacją może być Klub Gaja. – To organizacja, która pod płaszczykiem działalności ekologicznej propaguje szkodliwe ideologicznie treści filozofii Wschodu – tłumaczyli dziennikarzom. Poseł Pięta oficjalnie ich poparł. – To działalność, która przez dyrektorów powinna być trzymana z daleka od szkół – mówił. Być może nie wiedział, że działającą od 1988 roku, jedną z najstarszych w Polsce organizacji pozarządowych zakładał Jacek Bożek – syn Józefa, który był u „Bartka” zwiadowcą, miał pseudonim „Lew”.

Kilka miesięcy później poseł nazwał nauczycieli, którzy należeli do PZPR, „lumpeninteligencją” i ogłosił, że nie powinni uczyć młodzieży. A potem stwierdził, że młody historyk Paweł Zyzak, późniejszy autor lustratorskiej biografii Wałęsy, ma rację, pisząc w bielskiej gazetce „W Prawo Zwrot!”, że homoseksualiści to zwierzęta i wysłannicy diabła.

– Czas zdyscyplinować młodych działaczy PiS w Bielsku-Białej – mówił wtedy „Wyborczej” Tadeusz Cymański, ówczesny wiceprzewodniczący klubu PiS. Nie pomogło – gdy parlament Ugandy uchwalił dożywocie za niektóre rodzaje aktów homoseksualnych, skomentował w mediach społecznościowych: „Niby dzicy ludzie, a wiedzą, że nie należy obrażać praw natury. Byle tylko skazanych nie trzymali w celach wieloosobowych;)”.

Kolejne okazje do zdecydowanych osądów sypią się same. Gdy bielszczanie protestują w 2009 roku przeciwko antyaborcyjnej wystawie – plakatom z porozrywanymi płodami w samym centrum miasta – Pięta przychodzi wesprzeć organizatorów z żoną Beatą i malutką (dziś ośmioletnią) córką Zosią w niemowlęcym wózku.

Poseł Pięta na Twitterze chwali władze Ugandy za karanie homoseksualistów

Gdy wiosną 2014 roku umiera Wojciech Jaruzelski, protestuje przeciwko grzebaniu generała, który wprowadził stan wojenny, na Powązkach. „Weźmiemy różaniec, przyjdziemy na Powązki, uklękniemy i niech ZOMO nas szarpie” – tweetuje.

W 2015 roku bierze na celownik Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. „Jeżeli funkcjonariusz publiczny zaangażuje się w hecę WOŚP, niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby” – pisze na Twitterze. Dostaje potem specjalną nagrodę od Jurka Owsiaka. – Spytaliśmy naszych przyjaciół, jaką nagrodę możemy panu dać, bo to pan jeszcze bardziej rozsławił w tym roku Orkiestrę, polaryzując Polaków – mówił Owsiak na konferencji prasowej. – Oto pumeks. Bardzo piękny, zrobiony ręką artysty. Przekazuję go panu z uwagą, że także dla pana grała Orkiestra. O każdej porze dnia i nocy może pan liczyć na WOŚP, tylko niech pan nie straszy ludzi.

WOŚP 2016. Krzysztof Skiba: Żaden poseł PiS nie zrobił dla Polski tyle co Owsiak

Gdy wybucha kryzys uchodźczy, „król PR-u”, jak nazwał go Owsiak, stwierdza, że uchodźców wyznania muzułmańskiego powinno się trzymać z daleka od granic Polski: „Rząd nie powinien ulegać żadnym szantażom. Nie powinien pod żadnym warunkiem godzić się na przyjęcie cudzoziemców wyznających islam. Natomiast powinien wzmocnić ABW i Straż Graniczną, celem przeciwdziałania penetracji Polski przez islamistów z Niemiec, Austrii oraz rzekomych uchodźców wysyłanych do Polski przez rosyjską FSB”. Poseł wie też, jak bronić się przed tym zagrożeniem. Rok temu na spotkaniu „Kino na temat” w bielskim kinie Helios tłumaczy zafascynowanym nastolatkom, że powinni mieć prawo do noszenia broni. Choćby po to, by móc obronić siebie i innych przed terrorystą w autobusie.

Latem zeszłego roku, kiedy przed rocznicą wybuchu powstania warszawskiego z różnych stron padają apele o odpolitycznienie rocznicy hekatomby i chociaż chwilową zgodę narodową, wyjaśnia na Twitterze, że „Godzina W nigdy nie była godziną zgody. Najpierw była niezgoda z Hitlerem, potem z komunistami. Teraz jest z Komitetem Obrony Demokracji i Gazetą Wyborczą ”. A nieco wcześniej rozważa, czy Władysław Bartoszewski, żołnierz AK, w czasach stalinizmu więzień polityczny, niezłomny opozycjonista, zasługuje na dopisanie do powstańczego apelu: „Jego wyjście z powodów zdrowotnych z obozu koncentracyjnego to zaskakująca historia”.

Kolejne prowokacje przykrywają społecznikowskie akcje, za które Pięta podpada nawet we własnej partii. Takie jak pomoc dla Ukrainy. „Pięta wspiera banderowców” – można o nim usłyszeć.

Na pełne oburzenia komentarze, nie mówiąc o internetowych drwinach, Pięta jest nieczuły. – To nawet nie jest tak, że on ma jakąś bardzo grubą skórę. Po prostu musiał się przyzwyczaić do takich reakcji. To cena za model kariery. Bo on wygłasza kontrowersyjne poglądy i robi rzeczy, które wkurzają ludzi, z pełną premedytacją. Dzięki temu ma za sobą ten najbardziej radykalny elektorat – mówi jeden z jego znajomych.

Patent działa. Na Twitterze jego profil obserwuje prawie 10 tys. osób. Liczba znajomych na Facebooku jest ukryta, ale im bardziej kontrowersyjna wypowiedź, tym więcej lajków, pochlebnych komentarzy, poleceń na innych profilach.

Jedno trzeba Pięcie przyznać: nigdy nie chowa głowy w piasek. Nawtykać może mu każdy i o każdej porze, bo na stronie internetowej poseł podaje numer swojego telefonu komórkowego.

Dlaczego państwo okazało się nieudolne

Na polityce chyba się nie dorobił. Z jego oświadczenia majątkowego wynika, że nie ma żadnej nieruchomości, nie ma akcji, nie ma też samochodu wartego więcej niż 10 tys. zł, za to zgromadził 130 tys. zł oszczędności. Mieszka na peryferiach Bielska-Białej, w Wapienicy, w jednym domu z teściową i kotem Teodorem. Dorobił się za to gromadki kotów, które dokarmia pod swoim biurem poselskim. – Pan jednak nie jest taki całkiem zły – usłyszał od dwóch emerytowanych nauczycielek, które zobaczyły, że pod lokalem w centrum Bielska-Białej stoją miseczki z wodą i kocią karmą.

Trudno się dziwić, że z tak barwną biografią i niewyparzonym językiem niemal codziennie jest bohaterem „Szkła kontaktowego”. Jednak poseł Pięta to nie tylko happeningi i polityczny teatrzyk. W sejmowych ławach zasiada już czwartą kadencję.

Jego pierwszą interpelacją był w 2005 roku wniosek „w sprawie pozbawienia uczniów liceów wojskowych, członków patriotycznych organizacji paramilitarnych i harcerzy prawa do używania polowego munduru wojskowego”. Zakaz ministra obrony poseł uznał za nieprzemyślany, „gdyż właśnie ci młodzi ludzie odnoszą się do munduru wojskowego z szacunkiem i sympatią”, a „popularyzowanie tematyki wojskowej i patriotycznej wśród młodzieży jest bardzo potrzebne, zwłaszcza że liberalne i lewicowe media lansują postawy pacyfistyczne”. W kadencji 2007-11 Pięta interpelował m.in. „w sprawie działania na szkodę spółki przez Zarząd firmy Lotos SA poprzez łączenie jej nazwy z osobą niegodną, tj. byłym prezydentem RP Lechem Wałęsą, zarejestrowanym jako tajny współpracownik SB ps. Bolek”. A w poprzednim Sejmie pytał o „degenerację sceny narodowej poprzez wystawianie obscenicznych i obraźliwych przedstawień w Teatrze Starym w Krakowie” czy o obrazę uczuć religijnych w Centrum Sztuki Współczesnej.

Jednak poseł nie cały czas poświęca pryncypiom. W poprzedniej kadencji wśród jego niemal stu interpelacji znalazła się również kwestia quadów, motocykli i skuterów śnieżnych jeżdżących nielegalnie po lasach. Gdy po ostatnich wyborach – zdobył 18 907 głosów – zapytaliśmy Piętę, czym ma zamiar się zajmować przez najbliższe cztery lata, mówił m.in. o dokończeniu ekspresówki S1, gdzie brakuje już tylko jednego odcinka, potrzebie budowy drogi z Bielska–Białej do Mysłowic czy przeciwdziałaniu rabunkowej gospodarce leśnej. W tej kadencji złożył siedem interpelacji, w tym w sprawie planowanej likwidacji kopalni Krupiński w Suszcu i w sprawie obowiązkowego informowania mieszkańców o zagrożeniu smogiem.

Harcownik, niebezpieczny, gdy poniesie go temperament, czasem wymaga cugli, ale wierny, zaangażowany, kompetentny – taką ma opinię w partii. Być może dlatego rok temu dostaje – oprócz najwierniejszego z wiernych Marka Suskiego – powołanie do strategicznej komisji Amber Gold. Strategicznej, bo komisja to jeden z kluczowych elementów planów wyborczych PiS na najbliższe lata. Formalnie ma wyjaśnić sprawę słynnej piramidy finansowej, w istocie – przekreślić prezydenckie szanse Donalda Tuska, udowadniając lub chociaż sugerując, że rząd Platformy zaniedbywał nadzór finansowy, o wszystkim wiedział, a sam premier musiał być uwikłany w sprawę, skoro jego syn pracował dla OLT Express, linii lotniczej, której głównym udziałowcem był parabank. – Nie wyobrażam sobie, żeby Donald Tusk nie został przesłuchany – mówił po powołaniu do tej komisji. A w TV Republika wyjaśniał, że „to jest misja”. Bo „Polacy muszą wiedzieć, dlaczego ich państwo okazało się nieudolne, niewydolne, nieaktywne”. A może nawet gorzej, skoro funkcjonariusze państwowi „posiadali wiedzę i to nie z plotek, a wystarczająco zweryfikowaną, do wszczęcia dochodzenia, postępowania, a to z jakichś nieznanych przyczyn nie następowało”.

Żadnych kompromisów z resztkami postkomuny

Stara miłość nie rdzewieje. Dziś Pięta ma legitymację nr 049 Związku Narodowych Sił Zbrojnych Okręgu Śląsk Cieszyński. I chyba wciąż bierze pod uwagę konieczność walki zbrojnej. Niedawno wrzucił na Facebooka swoje zdjęcie w kurtce moro, jak ćwiczy na strzelnicy. A w życzeniach bożonarodzeniowych dla mieszkańców napisał: „Żadnych ustępstw, żadnej tolerancji i żadnych kompromisów z resztkami postkomuny i nową zarazą genderyzmu”.

Gdy niedawno odwiedzili go dziennikarze „Gazety Polskiej”, zastali go na spacerze z córką. – Zosiu, to w tych lasach dobrzy Polacy bronili Polski przed złymi komunistami – mówił córce.

 

wyborcza.pl

Stanisław Skarżyński, OKO.press

Ustawa Ziobry. Monteskiusz zjechał ją 269 lat temu

07 kwietnia 2017

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ministrowi sprawiedliwości można wybaczyć nieznajomość konstytucji, historii, filozofii i teorii prawa. Ale na klęskę jest skazany polityk, który traktuje swoich wyborców jak stado baranów.

Pośród licznych wyczynów Zbigniewa Ziobry na uwagę zasługuje wywiad, którego w środę udzielił TVP. W rozmowie z nieprzygotowaną, za to usłużną do śmieszności Danutą Holecką minister sprawiedliwości w kilkadziesiąt sekund udowodnił, że nie zna konstytucji własnego kraju, nie rozumie elementarnych pojęć prawa, nie czytał klasycznych lektur filozofii politycznej, a ponad wszystko, że telewidzów – wyborców, obywateli Rzeczypospolitej – ma za półgłówków.

Kuźnia kadr ministra Ziobry. Rząd przyjął projekt ustawy o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury

Ogłaszając, że sędziowie w Polsce „sami się powołują”, minister pokazał, że nie zna konstytucji, bo 179 jej artykuł stanowi, że „sędziowie są powoływani przez Prezydenta Rzeczypospolitej, na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, na czas nieoznaczony”. Tezę Ziobry pogrąża dodatkowo praktyka odrzucania wniosków KRS przez prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę, a minister powinien jeszcze wiedzieć, że nie tylko sam wchodzi w skład potępianej przez siebie Krajowej Rady Sądownictwa, ale też, że owa rada w jednej trzeciej (8 na 25 miejsc) składa się z polityków.

Po przygotowanej przez Ziobrę „reformie” politykami będzie 23 na 25 członków KRS – co minister, kpiąc z dyplomu Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, uznał za urzeczywistnienie zasady równowagi władz. „Władze, tak jak stanowi to tradycyjna, podstawowa zasada demokracji, będą się balansować, będą na siebie wpływać” – opowiadał.

PiS się nie cofa, Sejm za zmianami w Krajowej Radzie Sądownictwa. Ziobro o sądach: „klika” i „patologia”

Nie wymagam od Ziobry, żeby wiedział, że Monteskiusz cele trójpodziału władzy opisywał jako wezwanie do reformy absolutyzmu albo że z tego powodu „O duchu praw” tuż po wydaniu trafiło na indeks ksiąg zakazanych. Jednak minister sprawiedliwości i prokurator generalny powinien wiedzieć, że wcielający tę koncepcję do polskiego ustroju artykuł 10 Konstytucji RP brzmi tak: „ustrój Rzeczypospolitej Polskiej opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, władzy wykonawczej i władzy sądowniczej”.

Choć gdyby minister sięgnął po Monteskiusza, to dowiedziałby się, że już w 1748 roku ten filozof przejrzał jego intrygę. „Nie ma wolności, jeśli władza sędziowska nie jest oddzielona od prawodawczej i wykonawczej. Gdyby była połączona z władzą prawodawczą, władza nad życiem i wolnością obywateli byłaby dowolna; sędzia bowiem byłby prawodawcą. Gdyby była połączona z władzą wykonawczą, sędzia mógłby mieć siłę ciemiężyciela” – stoi w traktacie „O duchu praw”.

Może nawet ministrowi sprawiedliwości można wybaczyć nieznajomość konstytucji, historii, filozofii i teorii prawa. Ale na klęskę jest skazany polityk, który traktuje swoich wyborców z góry, jak stado baranów niewartych poważnego traktowania. Bo nie sposób inaczej nazwać wciskania widzom, że celem prostackiego podporządkowania sędziów władzy wykonawczej jest to, „żeby standardy etyczne obowiązywały, żeby profesjonalizm był na pierwszym miejscu i żeby korporacyjne sitwy nie rządziły w polskim sądownictwie”.

wyborcza.pl

%d blogerów lubi to: