Węgrzy wściekli na Fidesz za podatek od internetu

Mariusz Piotrowski, 27.10.2014
To najpoważniejszy kryzys rządu Viktora Orbana, odkąd w 2010 r. Fidesz przejął władzę na WęgrzechTo najpoważniejszy kryzys rządu Viktora Orbana, odkąd w 2010 r. Fidesz przejął władzę na Węgrzech (LASZLO BALOGH / REUTERS / REUTERS)

To najpoważniejszy kryzys rządu Viktora Orbana, odkąd w 2010 r. Fidesz przejął władzę na Węgrzech. A winny całej sytuacji jest sam Orban
Jeszcze dwa tygodnie temu nic nie zapowiadało kryzysu – Fidesz pewnie zwyciężył w wyborach samorządowych, obsadzając stanowiska burmistrzów w 22 z 23 największych węgierskich miast. Wszystko zmieniło się we wtorek, gdy minister gospodarki Mihaly Varga ogłosił projekt budżetu na przyszły rok. Znalazł się w nim zapis o podatku od internetu, który rozsierdził internautów. Węgry byłyby pierwszym krajem na świecie, który wprowadza taki podatek – w pierwotnej propozycji dostawcy internetu mieliby płacić 150 forintów, czyli ok. 2 zł za każdy gigabajt danych ściągniętych przez internautę. To bardzo dużo – zakładając, że statystyczny internauta ściąga 50 gigabajtów danych miesięcznie, taka danina do budżetu wyniosłaby 100 zł od głowy. A to oznacza, że dostawcy internetu musieliby drastycznie podnieść ceny i przynajmniej podwoić wysokość rachunków (średnia cena internetu na Węgrzech to ok. 50 zł miesięcznie).

Orban, masz 48 godzin

W internecie zawrzało – w ciągu kilku dni na Facebooku zebrało się ponad 210 tys. protestujących przeciw podatkowi. Nastrojów nie uspokoił szef klubu Fidesz w parlamencie Antal Rogan, który kilka godzin po konferencji Vargi tłumaczył, że podatek będzie zryczałtowany, a jego maksymalna wysokość wyniesie 700 forintów, czyli ok. 9,6 zł. Uspokajał też, że ceny internetu na pewno nie wzrosną. Nie uspokoił nikogo, także samych dostawców, którzy zapowiedzieli, że bez podwyżek się nie obędzie.


Protest Węgrów przed budynkiem Ministerstwa Gospodarki. Przyszło ich tam ok. 10 tys. by wyrazić swój sprzeciw wobec propozycji wprowadzenia podatku internetowego Fot. Laszlo Beliczay

W niedzielę pod ministerstwem gospodarki odbyła się manifestacja przeciwników nowego podatku – w internecie udział potwierdziło 40 tys. Węgrów, ostatecznie było ich nieco ponad 10 tys. Po kilkaset osób manifestowało też w Miszkolcu, Pecsu i Veszprem. Protest wsparły wszystkie opozycyjne partie polityczne, w tym ideologicznie odlegli socjalistyczny MSZP i skrajnie prawicowy Jobbik, a także związki zawodowe i odchodząca unijna komisarz ds. agendy cyfrowej Neelie Kroes, według której na wprowadzeniu nowej daniny ucierpi gospodarka Węgier. Manifestacja miała silny kontekst polityczny, bo jej główny organizator jest lokalnym politykiem MSZP.

Demonstranci dali rządowi Węgier 48 godzin na wycofanie się z tego pomysłu, w przeciwnym razie zapowiedzieli dalsze protesty we wtorek. Atmosfera jest napięta – po zakończeniu protestu część demonstrantów przeszła pod siedzibę Fideszu, gdzie wybito kilka okien i doszło do przepychanek z policją. Jak piszą węgierskie media, w tłumie byli też kibice piłkarscy, którzy zjechali z całych Węgier, by zaprotestować przeciw zaostrzonym przepisom bezpieczeństwa na stadionach.

Viktor – władca absolutny

Orban znalazł się w trudnej sytuacji, którą zgotował sobie sam. W niedzielę internetowy portal opiniotwórczego tygodnika „HVG” poinformował, że decyzję o wprowadzeniu podatku podjął sam premier i zrobił to tuż przed konferencją Vargi. Portal, powołując się na źródła w rządzie, pisze, że zrobił to, bo w budżecie zabrakłoby pieniędzy na obiecane wcześniej podwyżki dla służb mundurowych i urzędu podatkowego NAV. Tego samego, którego szefowa wraz z kilkoma innymi urzędnikami została kilka dni temu oskarżona przez USA o to, że proponuje amerykańskim firmom zainteresowanym inwestycjami na Węgrzech ulgi podatkowe w zamian za ogromne łapówki proponuje amerykańskim firmom zainteresowanym inwestycjami na Węgrzech ulgi podatkowe w zamian za ogromne łapówki. Według „HVG” podwyżki miałyby wynieść aż 30 proc., a pieniądze miałyby pochodzić właśnie z podatku internetowego.

Decyzja miała być podjęta błyskawicznie, wcześniej nie było jej w rządowych dokumentach, a zaskoczeni nią byli nawet najbliżsi współpracownicy Orbana w partii. To tłumaczy zaniżone szacunki Vargi o wpływach z nowego podatku do budżetu mających wynieść 20 mld forintów (275,6 mld zł). Tymczasem z szacunków firmy badawczej eNet wynika, że przy stawce 150 forintów za gigabajt, przychody byłyby 10 razy większe. Przekroczyłyby więc łączne zyski wszystkich dostawców internetu na Węgrzech.

Fideszowi puszczają nerwy

Węgierskie media piszą o kryzysie wewnątrz Fideszu. Części partyjnych dołów nie podoba się prorosyjskie nastawienie Orbana, który otwarcie sprzeciwia się europejskim sankcjom na Rosję i robi interesy z Putinem. W partii ujawniły się podziały. Na początku października Gabor Borokai, były rzecznik Fideszu, a obecnie redaktor naczelny sprzyjającego rządowi tygodnika „Heti Valasz” opublikował mocny tekst, w którym krytykuje „arogancką grupę, której wydaje się, że jest lepsza od innych i ponad prawem”. I choć nie wymienił nikogo z nazwiska, z opisywanych sytuacji wywiedziono wniosek, że chodzi mu o szefa MSZ Petera Szijjarto i jego przybocznych, w tym m.in. Rogana.

Oliwy do ognia dodają niefortunne wypowiedzi innych polityków. Kilka dni temu Laszlo Kover, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego i jeden z założycieli Fideszu, oświadczył w jednym z wywiadów, że Bruksela zachowuje się jak Moskwa przed upadkiem komunizmu, bo chce dyktować krajom, jaką politykę mają prowadzić. Kover powiedział też, że jeśli Bruksela utrzyma ten kurs, to Węgry będą musiały opuścić UE. I choć sam przyznał, że wątpi w taki scenariusz, znów rozpętała się burza.

W poniedziałek Fidesz złożył do parlamentu poprawkę do projektu podatku od internetu, w której utrzymał zryczałtowane stawki. Jednocześnie rzecznik rządu zapowiedział, że nie ugnie się pod protestami i nie wycofa się z tego pomysłu.

 

Wyborcza.pl

Justyna Kowalczyk: Klapki z oczu. Dorosłam

Justyna Kowalczyk, 26.10.2014
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Narty są i pozostaną. Za dużą instytucją jestem w tym biznesie, żeby chcieć się tak po prostu odsunąć. I wcale nie uważam, że będzie to czas bezmedalowy. Wręcz przeciwnie! – pisze w pierwszym felietonie dla Sport.pl Justyna Kowalczyk.
Wyszłam z wprawy. Bez dwóch zdań. Od kilku dni zastanawiam się, jak ten tekst rozpocząć. Mogłabym udawać, że przerwy w pisaniu nie było, że poprzednie cztery miesiące to jak cztery dni. Tylko że udawanie średnio mi zazwyczaj wychodzi. A czas nie- piśmienny był najważniejszy w moim życiu. Klamrę jednak szybko znalazłam. Lodowiec. Ostatni raz pisałam, również będąc w Ramsau.

Nowi pracodawcy nie omieszkali zasugerować, czego ode mnie oczekują. Więc ma być trochę w formie bloga, na pewno pisane w pierwszej osobie. Dobrze by było, gdybym potrafiła przemycić tu odrobinę książkowej wiedzy sportowej, dawkę motywacyjnych gadek (przepraszam, zawsze je tak nazywam), praktyczne wskazówki w rodzaju: jak wstać i iść na trening nawet wtedy, gdy grawitacja łóżkowa działa znacznie silniej niż zwykle. Mało będzie za to komentarzy dotyczących startów. Dlaczego? Bo tekst może być kompletnie nieaktualny. Mimo iż znajdzie się w poniedziałkowej gazecie, powstanie około czwartku. Tyle z informacji technicznych. Praktyczne są takie, że nie mogłam się już doczekać, aż znów zacznę pisać. Palce dygoczą.

Ta zima będzie dla mnie inna niż wszystkie poprzednie. Dorosłam w końcu. Narty stały się pracą. Satysfakcjonującą, ciężką, wciąż angażującą większość życia, ale jednak pracą. Klapki z oczu spadły chyba bezpowrotnie. Systematyczny trening pomógł odnaleźć siebie w trudnej sytuacji. Dał możliwość wyznaczania drobnych celów, które z mniejszym lub większym uporem realizowałam każdego dnia. Po tym, jak wspólnymi siłami wielu osób udało się postawić kompletnie wyniszczone ciało na nogi, mogłam zacząć solidnie pracować. Napiszę więcej: włączyło się napalstwo. Tak nazywam ten wewnętrzny pociąg do przekraczania wszystkich możliwych granic. Taka moja typowa ułańska harówka. Z tą małą różnicą, że wszystkie poprzednie lata pracowałam na wynik sportowy. Tym razem pracuję na uśmiech.

Sporo radości i satysfakcję, jakiej nigdy jeszcze nie czułam, przyniosła obrona doktoratu. Kiedy trzy lata temu, również z Ramsau, leciałam na jeden dzień do Krakowa otwierać przewód, zdarzyła się pewna śmieszna sytuacja. Na lotnisku w Monachium dopadł mnie overbooking. Nawet nie wiedziałam wtedy, co to takiego! Wielki stres. Oczyma wyobraźni widziałam już wściekłą komisję profesorów wystawioną do wiatru przez dziewczynę od biegówek… Koszmar.

Wiecie, kto mnie uratował? Fani z sali odpraw, którzy prosili o zdjęcia i autografy. I dzięki nim w niemieckich liniach miejsce znalazło się od ręki. Wzięłam to za dobry omen. Czas pokazał, że się nie myliłam. Powiedzieć, że ostatnie trzy miesiące przed obroną były szaleńcze, to nic nie powiedzieć. Mnóstwo treningowej roboty, po której organizm błagał o regenerację. Zmiany czasu, wiele godzin nauki, i co najważniejsze, walka ze smutkami i kompletnym zobojętnieniem. Dobowy system pracy i wczesnego przedchmurnego ostrzegania, jaki wypracowałam, to – nie chwaląc się – prawdziwy majstersztyk. Każdą minutkę miałam przewidzianą, na każdą złą myśl – szybką reakcję. Na nowo zdobywana wiedza była jak narkotyk. Niosła ze sobą kolejne pytania, a ja rzucałam wszystko, by znaleźć na nie satysfakcjonujące odpowiedzi. Mimo że najczęściej były to już tematy daleko odbiegające od zagadnień zawartych w rozprawie, to nie wystarczyło zajrzeć do książek czy wyguglować, o nie. Wiedziałam też, że sama obrona prosta nie będzie. Że znajdą się tacy, którzy będą się starali pokazać, że to nie moje miejsce. Cóż…

Jasne, że miałam prościej – do bezsennych nocy przyzwyczajona byłam ostatnio doskonale. Należało tylko te bonusowe godziny odpowiednio spożytkować. Właśnie w czasie wariackich naukowych tygodni poczułam, że już czas najwyższy zacząć robić z równym zaangażowaniem inne rzeczy w życiu. Narty są i pozostaną. Za dużą instytucją jestem w tym biznesie, żeby chcieć się tak po prostu odsunąć. Zresztą szesnaście lat ciężko pracowałam między innymi na to, by odchodzić na własnych warunkach. A że drastycznych zmian teraz nie potrzebuję, będzie to bardzo płynne przejście na sportową emeryturę. Zajmie lat kilka, taki mam plan. Wszystkim pseudoekspertom z góry odpowiadam: dajcie sobie spokój. Swoje na nartach i dla nart zrobiłam. Mogę już teraz spokojnie czerpać satysfakcję nawet z nie do końca idealnej łyżwy czy słabszych miejsc. I patrzeć ciut z góry na całe to gadanie. Aha… I wcale nie uważam, że będzie to czas bezmedalowy. Wręcz przeciwnie. Walczymy!

Startuję więc. O wyrozumiałość proszę i ciekawej, mam nadzieję, poniedziałkowej lektury Wam życzę.

W tym numerze Sport.pl Ekstra przeczytasz również:

– Stare nawyki nie chcą umierać

– Serena na szczycie, Radwańska na wakacjach

– Komfortowy Marcin Gortat

– Barcelona bez retuszu

– Ancelotti rośnie. A Enrique?

– Psychologia trójkąta barcelońskiego

– Z Wisłą nie da się nudzić

– Poligon. Był kij, potrzeba też marchewki

– Równo pod kopułą

– Bosek: Żyliśmy na światowym poziomie

Zobacz także

ekstra.sport.pl

Kobiety, starsi i liberalni za Kopacz

Anna Dąbrowska

27.10.2014

Ten tydzień dla Ewy Kopacz zaczyna się całkiem dobrze. A poprzedni świetnie się dla niej zakończył – przynajmniej jeśli chodzi sondaże na jej temat.

36 proc. z nas wierzy, że wskutek działań szefowej rządu sytuacja w kraju się poprawi – wynika z najnowszych badań CBOS. Niepokój przed pogorszeniem wypowiedziało 15 proc. ankietowanych, a prawie jedna piąta (19 proc.) uważa, że nic się nie zmieni. W ostatni czwartek ta sama sondażowania donosiła, że zaufanie do Kopacz wzrosło w październiku do 59 proc. To skok aż o 11 punktów proc. Kopacz nigdy nie cieszyła się takim zaufaniem społecznym – ani jako minister zdrowia, ani jako marszałek Sejmu.

Poniedziałkowe badanie pokazuje, że nie bez znaczenia dla tych dobrych notowań jest płeć. Ta wydaje się sporym politycznym atutem, bo otwiera nowe możliwości pozyskiwania społecznego poparcia. Dużo więcej kobiet (41 proc.) niż mężczyzn (30 proc.) wiąże nadzieje z nowym gabinetem.

Z większym optymizmem przyjęli powstanie rządu po Tusku ludzie w średnim wieku (od 45 do 64 lat) i starsi – powyżej 65. roku życia. W tej ostatniej grupie odsetek optymistów, jak zauważa CBOS, jest rekordowo wysoki i sięga 49 proc. Pewne znaczenie dla odbioru nowego rządu ma też orientacja światopoglądowa – najwięcej nadziei pokładają w nim osoby umiarkowanie religijne, praktykujące 1–2 razy w miesiącu (43 proc.) oraz badani deklarujący lewicowe poglądy polityczne (42 proc.).

Wyniki poniedziałkowego sondażu są bardzo spójne z wizerunkiem Ewy Kopacz. Po pierwsze, ujawniły kobiecą solidarność z nową premier i – jak się okazuje – to eksponowanie płci zaraz po objęciu teki premiera wcale nie było takim głupim pomysłem.

Po drugie, Kopacz jako była minister zdrowia, lekarka (z prowincji – jak lubi dodawać opozycja) zdobyła zaufanie ludzi w średnim wieku i starszych, bo to jest ten czas w życiu, kiedy zaczynamy przejmować się zdrowiem. I wreszcie widać, że najwięcej nadziei pokładają w szefowej rządu ludzie liberalni światopoglądowo (którym daleko do konserwatywnego skrzydła PO), bo słusznie kojarzą Kopacz jako tę, której zależało na in vitro czy uregulowaniu spraw związków partnerskich.

Ale nadzieja to kategoria mało polityczna, teraz liczyć się będzie to, czy szefowa rządu i jej ludzie będą potrafili te nadzieje spełnić.

dabrowska.blog.polityka.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s