Monthly Archives: Marzec 2018

Rewolucja PiS hamuje. W święta spokoju i uśmiechu, jak najmniej polityki

Zwykły wpis

Po lewej prawdziwy facet. Po prawej….a ja sam nie wiem kto. Jakiś dziadowski noworysz.😜

Prawo i Sprawiedliwość przypomina nastolatka, który uciekł z domu, ale – gdy tylko rodzice przestali mu wypłacać kieszonkowe – wrócił z podkulonym ogonem. Choć bunt jest dla populistycznych polityków pociągający, najczęściej bywa krótkowzroczny. System na razie okazuje się silniejszy.

Prawica swoje poparcie konsekwentnie budowała, wspierając tych, którzy kwestionowali rzeczywistość. Wspólnym mianownikiem jej elektoratu była niezgoda na to, że system może być ważniejszy od jednostki. Poszczególne grupy wyborców akcent stawiały w różnych miejscach. Jedni przeciwstawiali się wszechmocy państwa prawa, w którym zdanie sędziów i profesorów jest ważniejsze niż mądrość ludu. Drudzy wroga widzieli w liberalnej, krępującej polską tożsamość Europie. Inni opierali się bezlitosnym prawidłom ekonomii stawiającym dobro finansów ponad komfort obywateli.

We wszystkich postulatach Prawa i Sprawiedliwości odnajdziemy – mniej lub bardziej zatuszowane – wsparcie dla tych grup. Najważniejsze przesłanie polityków prawicy brzmiało: świat nie musi być tak skomplikowany. O dziecku decydować powinni tylko rodzice, katastrofa smoleńska zostanie wyjaśniona, a polskie społeczeństwo świetnie poradzi sobie samo. W centrum zainteresowania miał się znaleźć konkretny człowiek, a nie abstrakcyjny zbiór reguł i norm.

Taki sposób myślenia charakterystyczny jest dla wszystkich populistycznych partii, które w ostatnich latach doszły do głosu. Donald Trump swoją kampanię oparł na walce z systemem, który nazywał „waszyngtońskim bagnem”, a Brytyjczycy niedawno zbuntowali się przeciwko Unii Europejskiej. Rokosz polskiej prawicy miał taką samą genezę – w zależności od potrzeb system nazywany bywał „układem”, „głównym nurtem” czy „elitami”.

Nieprawdziwa byłaby jednak teza głosząca, że to politycy narzucili fałszywą wizję świata ogłupionemu społeczeństwu. Znaczna część winy za dojście populistów do władzy leży po stronie tych, którzy przez lata kształtowali rzeczywistość. W tym czasie system społeczny maksymalizował zyski uprzywilejowanych grup: ekonomiści skupiali się na liczbach i zapominali o tym, jak ważne są emocje, prawnicy traktowali swój zawód cynicznie, choć jego efekty były źródłem bezradności i desperacji, a biurokraci stworzyli świat dla elit, w którym znaczna część społeczeństwa czuje się zagubiona.

Jałowa rewolucja konserwatystów

Dotychczasowych polityków obalili właśnie pozbawieni tożsamości mieszkańcy Podlasia, Alabamy czy Northumberland. Ich reprezentantami stali się populiści niosący prosty przekaz: wcale nie musimy być częścią systemu. Donald Trump przekonywał, że Stany Zjednoczone mogą być wielkie bez kosztownych kompromisów z globalną gospodarką, ryzykownych militarnych sojuszy czy szeroko otwartych granic. Takie same były obietnice Prawa i Sprawiedliwości. Bruksela, uchodźcy czy biurokracja do niczego nie miały być nam potrzebne, mieliśmy dać sobie radę na własną rękę.

Oczywiście, odpowiedź populistów na współczesne problemy jest bezsensowna. Choćby dlatego, że nie proponują oni spójnego rozwiązania, ale przywołują przebrzmiałe kategorie, które przestały funkcjonować, gdyż swego czasu także sprawiały kłopoty. W tym sensie proponowana przez populistów rewolucja jest nie tylko głęboko konserwatywna, ale także jałowa.

Prawo i Sprawiedliwość krytykuje europejskość za pomocą polskości, a biurokratyczność za pomocą woluntaryzmu. Zapomina, że osamotnienie przez stulecia było największym przekleństwem. W podobną pułapkę wpadł amerykański prezydent, który przywołał niespotykane wcześniej za oceanem demony. Mur na granicy z Meksykiem do tej pory nie powstał, bo nie wiadomo, kto i przed kim miałby go zbudować w przypadku narodu, który sam siebie traktuje w kategoriach politycznych.

Granica pomiędzy buntem a błazenadą bywa cienka

Populiści nie rozumieją także, że nie każdy moment jest dobry na rewolucję, a granica pomiędzy buntem a błazenadą bywa cienka. Wszyscy czasem przeklinamy, gdy czekamy na zielone światło, ale nie zaczniemy z tego powodu masowo ignorować przepisów ruchu drogowego.

Swoją stabilność system zawdzięcza temu, że wciąż daje nam znacznie więcej niż jego kontestatorzy. Możemy kręcić nosem na obowiązkowe szczepienia, jednak gdy zachorujemy, bardziej zaufamy biologom i lekarzom niż szemranym aktywistom. Spiskowa teoria o zamachu na prezydenta może być pociągająca, ale koniec końców wolimy, żeby lotnictwem zajmowali się fachowcy, a nie fanatycy. Nawet duma narodowa bywa sycąca, ale w kontekście zagrożenia ze strony Rosji wolimy uciec pod ochronny płaszcz silniejszych partnerów, niż prężyć muskuły. System ogranicza bowiem naszą wolność – i wzmaga potrzebę oporu – ale jednocześnie zapewnia nam wymierne korzyści.

Jedynym rozwiązaniem honorowy odwrót

Niedawno prawica zorientowała się, że granie w kontrze do globalnych układów skazane jest na porażkę. Taka polityka przyniosła więcej szkód niż korzyści – wstawanie z kolan pozostało wyłącznie zwrotem retorycznym w kontekście politycznej i gospodarczej izolacji. W perspektywie zbliżających się negocjacji unijnego budżetu prawica w popłochu zawróciła z dotychczasowej drogi. Władza boleśnie przekonała się, że o sile współczesnych państw decyduje nie nachalna propaganda ich tożsamości, ale miejsce na światowej scenie politycznej.

Podobny zwrot akcji nastąpił w przypadku ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Początkowo  prawica widziała siebie w roli mentora, jednak sięgnęła po pojęcia, które okazały się dysfunkcjonalne. Słowa Morawieckiego wywołały takie kontrowersje, ponieważ użył idei narodu w sposób konfrontacyjny, co jest całkowicie sprzeczne ze współczesnym dyskursem. Szybko okazało się, że nikt poważny nie chce z nami rozmawiać.

Pogarda dla rzeczywistości spowodowała, że zamiast zmieniać świat, prawica własne postulaty mogła wygłaszać wyłącznie sobie a muzom. Dialog stał się niemożliwy, jedynym wyjściem stał się więc honorowy odwrót.

Tę tendencję widać także w sferach, które przez lata wydawały się ideowo definiować prawicę. Po wielu latach pogodzono się z tym, że nie wszystkim wydarzeniom należy przypisywać wielkie kwantyfikatory, a przyczyny katastrofy samolotowej mogą być złożone. Podobnie jest z wygasającą chemią pomiędzy obecną władzą a przeciwnikami szczepień czy nacjonalistycznymi grupami. W każdym z tych przypadków początkowy urok rebelii osłabł, koniec końców system okazywał się silniejszy.

Niezgrabne wycofywanie się z dogmatów

Politycy Prawa i Sprawiedliwości próbują balansować na linii – chcą być na tyle blisko systemu, żeby być przez niego legitymizowanymi, ale jednocześnie na tyle daleko, żeby móc go negować. Właśnie taki był zamysł namaszczenia na premiera Mateusza Morawieckiego, bankiera z rogatą duszą. Na razie efekty tego manewru są mierne, co coraz wyraźniej widać w sondażach. Niezgrabne wycofywanie się z dotychczasowych dogmatów poważnie naruszyło wiarygodność ideologiczną, a zamieszanie wokół premii jak nigdy wcześniej uświadomiło wielu wyborcom, że obecna władza nie jest wyjątkowa.

Na razie populiści – także polscy – są zbyt słabi, żeby wzniecić ogień rewolucji. Nie należy jednak traktować tych ruchów z pobłażaniem, lecz uważnie obserwować, do kogo i z czym się zwracają. Są bowiem odbiciem lustrzanym problemów i wypaczeń współczesnego świata, a z ich konsekwencjami wszyscy prędzej czy później będziemy musieli się zmierzyć.

Jan Radomski – publicysta i bloger, od 2010 roku związany z redakcją „Liberté!”, członek zarządu stowarzyszenia Projekt: Polska. Kontakt z autorem: @jwmrad

Waldemar Mystkowski o weto Dudy.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że weto Andrzeja Dudy dotyczące tzw. ustawy degradacyjnej było zwykłą ustawką. Grę w te klocki Jarosław Kaczyński ma przećwiczone, „kunszt” można porównać do gry w warcaby: kto więcej zbije, ten wygrywa.

Nie jest to więc gra w szachy, w której trzeba naprzód przewidywać ruchy przeciwnika, ale zegar i tak tyka, do końca PiS zostało 520 dni. Weto prezydenta sprawdziło się przy dwóch ustawach sądowych, tysiące protestujących zeszło z ulic, a Duda i tak podpisał zmanipulowane ustawy, na które nie daje się jednak nabierać Komisja Europejska.

Wartość weta dotyczące tej ustawy nazywanej też ustawą degradacyjną (autorstwa) Macierewicza i Błaszczaka jest niemal żadna, bo w istocie nie można zdegradować zapisów w podręcznikach. Wszak żaden autor nie napisze, że stan wojenny wprowadził szeregowy Jaruzelski, chodziło o to, aby wymierzyć symbolicznego kopa nieboszczykowi.

Przecież Duda nie zawetował ustawy o zdecydowanie większej wartości egzystencjalnej, tzw. ustawy dezubekizacyjnej, odbierającej emerytury zweryfikowanym funkcjonariuszom, którzy choć jeden dzień przepracowali w PRL w służbach.

Warto więc odnotować ustawy, które winny być zawetowane z powodów naruszenia Konstytucji bądź spychające nas do nienowoczesnych praktyk, ale „niezłomny” Duda je podpisał: o Krajowej Radzie Sądownictwa, o Sądzie Najwyższym, o IPN (oddana do TK), ograniczająca handel w niedzielę, o antykoncepcji awaryjnej, o reformie edukacji czy też nowelizację Kodeksu Wyborczego.

Przy wielkanocnym stole Polacy mają rozmawiać nie o sondażach, które coraz wyraźniej wskazują, iż PiS za 520 dni odda władzę, ale o kosmonaucie Hermaszewskim, który pozostał przy pagonach generalskich. Zresztą na nie powołał się Duda.

Po ustawce z wetem politycy PiS dostali przykazanie, aby się nie wysypać i nie komentować, o czym tweetnęła Beata Mazurek: „komentować nie będziemy”. Ta sama złotousta rzeczniczka komentowała przyjęcie ustawy w Sejmie: „Wrona Orła nie pokona (…) Precz z komuną”.

Wyłamał się z niekomentowania Antoni Macierewicz, ale on jest osobnym bytem politycznym – zdaje się, iż wraz ze swoim Misiewiczem knują w kwestii partii bardziej prawicowej niż PiS – nazwał weto „następnym krokiem w złą stronę”. Wszak pierwszy zły krok to była dymisja Macierewicza.
Weto Dudy więc brzydko pachnie, jest świątecznym jajkiem podrzuconym na polskie stoły, by nie powiedzieć zbukiem.

Wielu chrześcijan robi wrażenie, jakby ich Panem był zmartwychwstały Barabasz, a nie Jezus z Nazaretu.

Nie ma przekonywujących obrazów zmartwychwstania Jezusa. Tryumfujący młodzieniec z chorągiewką i purpurą okrywającą rany symbolizuje ideę, ale nie wyobraża samego wydarzenia, jakim było zmartwychwstanie. Wobec wielkanocnej tajemnicy sztuka wydaje się bezradna. Wiara może opierać się tylko na słowie świadków Zmartwychwstałego. Przekonywająca jest ich radość i gotowość oddania życia.

Nazbyt wiele wysiłku wkładamy w przekonywanie do prawd chrześcijańskich, uporczywie przypominamy o chrześcijańskich ideałach moralnych, a zaniedbujemy radość.

Głoszenie chrześcijaństwa z pozycji wyższości krytycznie ocenia papież Franciszek. W rozmowach z Dominikiem Woltonem zauważa, że kluczem, który otwiera drzwi komunikacji, jest pokora. –„Porozumiewać się może równy z równym. Komunikujemy się od dołu. Ale jeśli chcesz to robić tylko z góry, nie uda ci się”. Słychać tu echo mądrości Simone Weil, która w swej duchowej wędrówce dotarła zaledwie do progu wiary. Napisała, że prawda zawsze ucieka z obozu zwycięzców.

Zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią i grzechem jest realne i radykalne, eliminuje pychę. Nie ma wiary w Zmartwychwstałego Chrystusa bez nawrócenia, bez porzucenia zakorzenionego w ego dążenia do przemocy. Wielu chrześcijan robi wrażenie, jakby ich Panem był zmartwychwstały Barabasz, a nie Jezus z Nazaretu.

Pokusa upolitycznienia Mesjasza ciągle trwa. Zwolennicy uwolnienia Barabasza stawiali na militarną skuteczność obrony przed okupantem. Rzymianie ograniczyli suwerenność podbitej Palestyny i stanowili zagrożenie dla tożsamości żydowskiej, zbudowanej na doświadczeniu religijnym. Bunt przeciwko ich panowaniu miał podłoże religijne, a mimo to podporządkowywał on religię polityce.

W zarządzonym przez Piłata plebiscycie Jezus przegrał z Barabaszem nie tylko dlatego, że uczciwi ludzi zwykle nie mają szans w sytuacji, nad którą panują zręczni populiści. Na próżno szukać winowajców jego śmierci, można ją tylko zrozumieć, gdy przyjmie się, że była ona jego wyborem, wyrażającym afirmację ludzkiej kondycji, uznaniem prawdy o kruchości człowieka. Kenoza Chrystusa – dobrowolne wyniszczenie, lecz nie cierpiętnictwo – jest sposobem komunikowania się Boga z nami. Czy można oczekiwać jeszcze większej bliskości Boga?

Chrześcijaństwo nie miałoby sensu bez wiary w obecność Zmartwychwstałego pośród nas. Jak weryfikować istnienie takiej wiary? Statystyki wiernych w kościołach coś pewnie mówią, ale nie dotykają sedna sprawy. Zmagają się we mnie lęk i nadzieja. Lęk wypiera radość, a nadzieja ją odbudowuje.

Zapis lęków obecnego czasu odnajduję w budzącym dreszcz wierszu Tomasza Różyckiego:

„Podróżowanie w kosmos się zaczyna
zwyczajnie: rankiem znajdziesz w gazecie
wiadomość, że prezydent w nocy wreszcie
podpisał prawo i że już za chwilę
rozpocznie się dla ciebie odliczanie:
najpierw kilka donosów, dwa wezwania

w celu złożenia wyjaśnień, rutyna.
Potem kolejne, do zwolnienia z pracy.
Podwyżka opłat i nieznani sprawcy
niszczą samochód, mażą drzwi. Ta mina
sąsiada, gdy przyjdą. Nawet nie zdążysz 
powiedzieć dzieciom, że to podróż w kosmos”.
(Podróż w kosmos, Zeszyty Literackie 2018 nr 1, s. 30.)

Cóż na to biedny chrześcijanin? Na pewno nie jest mu lżej niż niechrześcijaninowi. Kondycja ludzka jest ta sama, sąsiedzi wszędzie mogą okazać się nikczemnikami. Co gorsza, mogą nimi być współwyznawcy i rodacy.

Wiara jest paradoksem: przenosi góry, nie ruszając ich z miejsca. Nie pozbawia nas cierpienia, ale jest łaską, dzięki której widzimy jego sens. Zdarza się, że nieznajomy, ktoś spotkany w drodze w czasie ucieczki po klęsce, to właśnie Zmartwychwstały. Towarzyszy nam niezależnie, czy go rozpoznajemy. Błysk rozpoznania – jak w Emaus – sprawia radość.

ks. Alfred Marek Wierzbicki

PiS spada. Pokraki szukają tematów zastępczych, oskarżają ludzi niezłomnych

Zwykły wpis

Dzień po sondażu niedobrym dla PiS, w którym opozycja ma już takie samo poparcie, jak partia Kaczyńskiego (28 proc.), naprędce wymyślono news, aby przykryć odwrót elektoratu od PiS.

Panika w PiS. Dęte zarzuty dla Jacka Kapicy, którego ABW naszła w domu. A potem pokraczne słowa prawdziwego intelektualno-estetycznego niedojdy Ziobry pokazują, jak nasz kraj spadł na psy.

Donald Tusk wsparł na Twitterze Kapicę.

Kapica został zaraz zwolniony przez prokuratora. Nic na niego nie mają, ale zrobili pokazówkę medialną i padło publiczne oskarżenie o 21 miliardów zł.

Pokraki pisowskie chcą coś upolować, zrobić igrzyska dla gawiedzi.

Partia katolicka.

Macierewicz z Misiewiczem zakładają partię.

Jeśli Macierewicz rzeczywiście przyciągnie do swojej nowej partii wszystkich Misiewiczów z całej Polski, to PiS ma poważny problem. Będzie masowy ruch, gejmczendżer. Pazurki pani Szydło przy tym to kaszka z mleczkiem.

Tak! Podobno Antoni zakłada własną partię.

Popieram👍👍👍👍👍👍👍👍👍

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżających się świetach PiS.

Wcale nie uważam, aby program festynu PiS zaplanowany na 10 kwietnia był bogaty. Prezes Kaczyński nazwałby, że jest skrajnie skromny.

Proszę się zastanowić! Miesięcznice smoleńskie odbywają się każdego miesiąca, a Boże Narodzenie czy też Wielkanoc – raz w roku. Dlaczego więc tak ważne święto PiS-u ma zarezerwowany tylko jeden dzień? Czy nie mogłoby to być dwudniowe święto poprzedzone wigilią? Akurat w tym roku wypada ono we wtorek, przeddzień święta (wigilia) wypada w poniedziałek,  Polacy mieliby zatem wolne 5 dni od pracy, to byłby długi weekend, że hej.

Dzień 10 kwietnia jest tak gęsty w imprezy, iż nie na wszystkie można będzie się załapać. Start od godziny 8.00, gdy odbędzie się msza, a zaraz apel smoleński (8.41) przed Pałacem Prezydenckim. Następnie trzeba biec na plac Piłsudskiego, na którym kino w plenerze fundnie dwa bloki filmowe. Po wrażeniach artystycznych odświeży się tradycję średniowieczną przez odmówienie koronki do Miłosierdzia Bożego.

Następnie wiekopomna chwila, bo odsłonięty zostanie pomnik smoleński (Pomnik Ofiar Tragedii Smoleńskiej 2010 r.), a pod drugi – najważniejszy pomnik: brata Jarosława Kaczyńskiego – położony będzie kamień. Mówkę palną prezydent i prezes. Po czym dojdzie do kolejnej części artystycznej – koncertu. Tym, którym będzie mało mowy prezesa, zaplanowane jest jeszcze jedno wystąpienie przed Pałacem Prezydenckim.

Ufff… To ma być święto? To mordęga, jak na jakimś festiwalu filmowym w Cannes albo w Wenecji, gęstym od zdarzeń. Dlatego moje pretensje, aby rozłożyć to na wigilię i dwa dni świąt są – przynajmniej dla mnie – zasadne.

Jest wiele pytań, na które dzisiaj nie ma jeszcze odpowiedzi. Kto przybędzie zza granicy? Ile tysięcy policjantów będzie pilnowało festynu? Jak wysokie będzie ogrodzenie, bo wielu chciałoby popatrzeć, jak prezes się bawi?

Ba! W kontekście orzeczenia Sądu Najwyższego, iż wojewoda nie może zakazać kontrmiesięcznic, nawet pod groźbą kary więzienia, powstaje pytanie – dla mnie ważne – gdzie zostanie zorganizowana kontrrocznica (tak jak kontrmiesięcznice)?

Gdzie? Bo mnie świerzbią nogi, aby też pobiegać. Jedźmy dalej: jeżeli sprawca katastrofy smoleńskiej (nawet uznany za mimowolnego) – Lech Kaczyński – będzie miał pomnik, to gdzie można postawić kontrpomnik? W każdym razie festyn pisowski winien otrzymać w ramach symetrii równie bogaty kontrfestyn. Takie jest moje zdanie, moje ucho od śledzia.

Pewien mój serdeczny kolega parę lat temu obwieścił mi z przekonaniem, iż w Polsce nie rządzą politycy, nie rządzi premier z ministrami, prezydent z żyrandolem, Tusk z Kaczyńskim, ani nawet Kaczyński z Tuskiem, nie rządzą Polską również Żydzi, Amerykanie, ani rosyjskie wywiady cywilne i wojskowe, nie rządzi dawne WSI czy inne ABW, w Polsce rządzą deweloperzy.

Ci od mieszkaniówki.

Tak, serio rządzą, przekonywał mnie kolega. Mają ogromne fundusze oraz idącą za nimi bezwzględność i światopoglądową elastyczność, i są w stanie przelobbować wszystko czego im potrzeba, u każdej władzy.

Wtedy przekonanie to wydało mi się przesadzone, może nawet nieco odjechane. Dziś już tak mi się nie wydaje.

Inny mój kolega, niemniej serdeczny, zauważył innym również razem, iż spory o aborcję w Polsce wybuchają wtedy, kiedy ktoś potrzebuje coś przykryć. Opowiadał nawet, jeśli dobrze sobie przypominam, że gdy już za pierwszej Solidarności prowokatorzy z SB chcieli rozbić jakieś spotkanie czy grupę, to wrzucali przez jakiegoś krzykacza temat aborcji i wcześniej zjednoczeni w swym oporze przeciwko peerelowskiej rzeczywistości lewicowi liberałowie z katolickimi narodowcami, brali się natychmiast za łby. Nie ma chyba w polskim życiu społecznym i politycznym tematu bardziej zapalnego.

Mam więc taką hipotezę spiskową. Która na pewno jest nieprawdziwa. W końcu żadnych spisków nie ma. Prawda?

No ale jednak mam. Hipotezę, nie teorię, bo to ciągle takie, powiedzmy, robocze przypuszczenie: a co jeśli sprawa aborcji wróciła nagle i ponownie nie po to, aby cokolwiek zmieniać w prawie (bo w prawie zapewne nic się nie zmieni, ani w te, ani we wte), lecz po to, by zająć czymś media i skanalizować energię społeczną tych, którym polski tak zwany „kompromis” aborcyjny przeszkadza, czy to z lewa, czy to z prawa, aby więc skanalizować chęć do działania tych, którym w ogóle jakimkolwiek działaniem społecznym chce się zająć.

Słowem, aby przykryć coś bardzo ważnego, realną zmianę, wynikającą przy tym nie z poglądów, tylko z realnych i to ogromnych interesów. Kto jednak miałby coś ważnego aktualnie do przykrycia, kto chciałby odwrócić uwagę mediów i opinii publicznej od siebie i swoich ciemnych sprawek?

Jak to kto? A kto rządzi w Polsce?

W Polsce rządzi lobby deweloperskie.

Tak, to tylko hipoteza i na dodatek spiskowa, ale jakoś to wszystko zaczyna mi się łączyć, jak tym wszystkim szalonym bohaterom thrillerów, rysującym skomplikowane diagramy na białych tablicach i odkrywającym dzięki temu, że prezydent USA jest reptilianinem.

Mój diagram nie jest zresztą zawiły, nie ma w nim też illuminatów, reptilianów ani nawet pospolitych masonów.

Są tylko normalni, zwykli panowie i panie w garniturach i garsonkach, którzy wcale nie chcą władzy nad światem, chcą po prostu zarobić jeszcze więcej niż zarabiają, a że zarabiają już bardzo dużo, to dużo mają też do wydania. Na lobbying, na łapówki, na sprzedajnych ekspertów, na wszystko, w co warto zainwestować, aby kształtować prawo tak, aby ich interesom służyło.

Dzieje się właśnie bowiem to, że przystąpiły panie posłanki i panowie posłowie ostatnio do prac legislacyjnych nad projektem ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących. Bardzo przepraszam za to długie zdanie pełne brzydkich słów, które pieczołowicie przepisałem, ale nie chciałem nic pomylić. Ma to być przy tym spec-ustawa, znosząca wcześniejsze regulacje prawne w tej kwestii.

Dzięki niej deweloperzy będą mogli robić, mówiąc krótko, co im się żywnie spodoba, a podoba im się przede wszystkim zarabiać, nie licząc się z kosztami, jakie poniesie społeczeństwo. Zarabiać zaś będą mogli jeszcze więcej, bo budować będą mogli wszędzie, gdzie uda im się kupić działkę, zupełnie niezależnie od tego, gdzie plany miejscowe gmin przewidują tereny pod zabudowę.

Słowem, przygotowywana jest właśnie ustawa, dzięki któremu deweloperzy staną się jeszcze bogatsi, chociaż są już bardzo bogaci, Polska zaś stanie się jeszcze brzydsza, chociaż jest już bardzo brzydka.

Jest zaś Polska bardzo brzydka, bo oprócz tego, że jest królestwem groteski, jest również królestwem przestrzennego chaosu. Polska, krajobrazowo rzecz biorąc, jest normalna, nijaka, ani brzydka, ani ładna, mogłaby być znośna, może poza mazowieckimi równinami, którym depresyjnego charakteru nie odebrałby nawet szwajcarski porządek, ale jednak mogłaby, gdyby tylko polska wspólnota polityczna była w stanie wydać z siebie regulacje porządkujące ten chaos, który na kilku poziomach polską przestrzeń zatruwa, zohydza i czyni nieznośną, przykrą do życia.

Zamiast regulacji mamy jednak miasta obrzygane reklamami na każdym dostępnym skrawku powierzchni pionowej, przydrożny krajobraz zasłonięty ekranami dźwiękoszczelnymi oraz billboardami z gołą babą, domy budowane na zasadzie „szlachcic na zagrodzie”, bo dlaczego wolni i dumni Polacy, potomkowie husarz wyklętych mieliby się dostosowywać do jakichś tam gminnych ustaleń co do ilości kondygnacji czy nachylenia dachu?

Do tego rozlewające się w dzikiej suburbanizacji przedmieścia, pełne paskudnej architektury upchniętej w jeszcze gorszą urbanistykę, która zresztą przestrzeni szkodzi o wiele bardziej niż zła architektura, te wszystkie rzędy domków układane wzdłuż wąskich dróżek, tak, by jak najwięcej zmieściło się na działkach, których kształt wynika z dawnego łanowego podziału gruntów rolnych, a więc w porządku, który wynika nie z ładu przestrzennego, a jedynie z maksymalizacji zysku dewelopera, do tego bez komunikacji publicznej, bez zaplecza w postaci szkół, przedszkoli i sklepów, a więc generująca rosnący ruch samochodowy.

Teraz zaś, jeśli ustawa ta wejdzie w życie, będzie jeszcze gorzej. Deweloperzy będą mogli budować osiedla w parkach albo gdzieś daleko w polu, według własnego widzimisię, plan miejscowy można będzie sobie w zasadzie wrzucić do kosza. Kto zaś doprowadzić będzie musiał do tego polnego osiedla drogi? Gminy. Koszty więc zostaną uspołecznione, zyski pozostaną zaś prywatne.

Rząd będzie przekonywał, iż te ułatwienia dla deweloperów mają służyć zaspokojeniu głodu mieszkaniowego. Jednak w Polsce mieszkań jest dość, a już na pewno dość jest terenów przeznaczonych pod zabudowę. Na terenach przeznaczonych pod zabudowę w Polsce mogłoby mieszkać ponad 60 milionów ludzi, Polska ma zaś 38 milionów mieszkańców, a w 2035 będzie miała być może około 35. Brak mieszkaniowy odczuwa, owszem, Warszawa – dlaczego jednak rozwiązaniem problemu dotyczącego Warszawy miałaby być ustawa, która zaszkodzi całej reszcie powoli wyludniającej się Polski?

Serio, w Polsce mieszkań jest dość. Problemem nie jest to, że mieszkania trzeba zbudować. Problemem jest ich dostępność. Ich cena. To, że aby mieć gdzie mieszkać, mieszkanie trzeba kupić, bo wynajem jest zbyt drogi, kupić za kwoty, które dla większości Polaków są nie do zgromadzenia, a więc trzeba wziąć kredyt — i tak dalej, wszystko, co za tym idzie.

Wiara w to, że wystarczy znieść ostatnie regulacje, a wtedy wolny rynek nagle sprawi, że dostępność mieszkań wzrośnie, jest złudna. Celem dewelopera nie jest budowa mieszkań, jego celem nie jest zwiększanie statystycznej dostępności mieszkań, a co za tym idzie zaspokajanie społecznego głodu mieszkaniowego, celem dewelopera jest zysk. I nie można mieć o to do niego pretensji. Po prostu: dojrzałe wspólnoty polityczne są w stanie wydać z siebie regulacje, w których pierwszeństwa nie ma interes nielicznych deweloperów, a więc, powiedzmy wprost, kapitalistów, którzy mają o wiele silniejsze środki nacisku na władzę niż ludzie, potrzebujący mieszkań. Dojrzałe wspólnoty polityczne pozwalają oczywiście deweloperom działać i zarabiać, ale jedynie wewnątrz regulacji uwzględniających dobro wspólne, jak na przykład prawo do mieszkania i służący wszystkim ład przestrzenny.

Tyle o ustawie, jednym z najbardziej szkodliwych aktów prawnych, którego projekt rozpatrywano w polskim parlamencie.

Zacząłem jednak od hipotezy spiskowej. Tak serio, to nie mam pojęcia, czy temat aborcji pojawił się tak po prostu o, ze względu na światopoglądowe zaangażowanie grających w nim główne role, czy jednak, odwołując się oczywiście do autentycznych nastrojów społecznych, zwykle jednak uśpionych, pojawił się teraz właśnie po to, aby przykryć to, co wyłącznie dla własnego interesu uknuło sobie lobby deweloperskie, a w wyniku czego deweloperzy staną się jeszcze bogatsi, jakoś przestrzeni publicznej stanie się w Polsce jeszcze gorsza, chaos bardziej chaotyczny i w ogóle Wielkie Królestwo Groteski uczyni kolejny krok w swym Wielkim Marszu w stronę apogeum absurdu, w stronę punktu absurdalnej osobliwości, w której wszystko to już naprawdę zapadnie się pod własnym ciężarem.

Jasne, nie zakładam, że w Polsce ktokolwiek wyszedłby na ulice bronić porządku przestrzennego i dlatego trzeba było zająć ludzi czymś innym, przynajmniej na czas konsultacji publicznych. Bardzo możliwe, że większość Polaków wolałaby raczej, by w ogóle zlikwidować plany przestrzenne i pozwolenia na budowę i wszelkie regulacje, tak, by każdy, kto ma chociaż kawałek ziemi, mógł na niej sobie być swoim malutkim suwerenem, by to, co wspólne uznać za niczyje, bowiem chaos i brzydota Polski wcale im nie przeszkadza.

Czy gdyby jednak uwaga mediów nie skupiała się teraz na kwestii aborcji, czarnych i białych marszów, to głos ekspertów nie byłby bardziej słyszalny? Czy społeczna energia nielicznych w Polsce obrońców wspólnej przestrzeni nie byłaby większa?

Rozpalić te emocje można bardzo łatwo i tanio. A zysk – dla hipotetycznie rządzącego Polską deweloperskiego lobby – ogromny.

Waldemar Mystkowski: Piekło PiS coraz bliżej

Zwykły wpis

Prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i najnowszy sondaż to dla niego manipulacja.

Jarosław Kaczyński został zaskoczony. Już miał wpakować piłkę do kosza, usłyszał jednak pytanie: co z tym sondażem? Prezes został złapany na wykroku.

Z sondażu wynika, że zjednoczona opozycja ma tyle samo punktów procentowych, co PiS. Na tablicy widnieje remis 28:28. Więc prezes stosuje swoją starą sztuczkę dla ciemnego ludu i obwieszcza: manipulacja. – „Z szacunkiem odnosimy się do wyników i z pokorą do wyników badań, ale też wiemy, jak są prowadzone i w związku z tym jesteśmy pełni optymizmu”.

Prezes wraz z Jarosławem Gowinem promowali konstytucję, choć to inna konstytucja, bo dla nauki. Pada jednak słowo kluczowe dla bezprawia PiS. Można zatem kozłować i kiwać wokół prawa, jak to PiS je przestrzega. Gowin nawet cmokał prezesa i konsultacje społeczne: – „Chciałbym bardzo serdecznie podziękować prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu za to poparcie (…). To był dialog unikalny. Na taką skalę po 1989 roku nie organizowano żadnych konsultacji społecznych z zainteresowanymi grupami zawodowymi”.

Sondaż przykrył cmokanie Gowina. Cóż jednak z sondażu wynika? Przede wszystkim jest to taki pierwszy sondaż, tąpniecie bardzo poważne, bo aż o 12 proc. spadło PiS-owi, z 40 do 28. Gdyby w jednym z miast śląskich doszło do tak poważnego tąpnięcia, to centrum miasta zapadłoby się pod ziemię, nawet, gdyby ratusz znajdował się przy Nowogrodzkiej.

Wg socjologicznych obliczeń, przy założeniu, iż frekwencja wyborcza wynosi 50 proc., to 12 proc. wyborców, które odeszło od PiS, to około 1,5 mln elektoratu. Czy to możliwe, że PiS w ostatnich tygodniach stracił zaufanie aż tylu Polaków z powodu przyznania sobie wysokich nagród?

Z pewnością mamy do czynienia ze spadkiem poparcia wyborców dla PiS. Poczekajmy na następne sondaże, które albo potwierdzą sondażową katastrofę dla PiS, albo pokażą dynamikę zjazdu partii Kaczyńskiego. Dotychczas nic nie ruszało partii Kaczyńskiego, żadni Misiewicze, zawłaszczanie państwowych spółek, przyznawanie niebotycznych apanaży.

Obsuwa wydaje się być trwała. PiS będzie się pogrążało, gdyż dopiero teraz na wierzch wybije szambo, o którym za wiele nie wiemy. Ponadto dojdzie do wyrywania sukna dla siebie, wewnętrzne tarcia i oskarżanie siebie nawzajem. I ukaże się imposybilizm rządu, który nic nie może bez Kaczyńskiego.

Tąpnięcie PiS to dla nich piekło, gdyż trzeba będzie ponieść odpowiedzialność za łamanie Konstytucji i prawa, a tam na dole elektorat już czeka, będzie przysmażał, domagał się prawa i sprawiedliwości. Oj, będzie – Pichcenie i Skwareczki.

„Ucho prezesa”. 3 sezon: w drugim odcinku w gościnie u Beaty

Zwykły wpis

W 2. odcinku ”Ucha Prezesa 3” przenosimy się daleko od Warszawy. Wszyscy jadą do Przecieszyna. Na takich gości Beata nie była gotowa.

Wygląda na to, że trzeci sezon ”Ucha prezesa” obfitować będzie w nietypowe zwroty akcji i jeszcze bardziej nietypowe miejsca, w których się ona rozgrywa. W pierwszym odcinku odwiedziliśmy Brukselę, w drugim, przenosimy się do maleńkiej wioski w Małopolsce. W Przecieszynie mieszka Beata.

Choć Beata nie jest już premierem i więcej czasu poświęca na bycie gospodynią niż politykiem, o polityce nie może zapomnieć. Z żalem wspomina ostatnie wydarzenia, nie może wybaczyć, że odwołali ją ze stanowiska, a na jej miejsce wzięli ‘fircyka w okularach’ Teraz mylą jej się dni tygodnia, a jedyną osobą, która próbuje ją pocieszyć, jest małżonek. Ale spokój małopolskiej wioski zakłóci wkrótce najazd niespodziewanych gości. Wszystkich Beata częstować zaś będzie ciepłym rosołem.

Pierwszy w jej drzwiach stanie Ryszard. Choć nigdy nie było im ze sobą po drodze, teraz były lider własnej partii czuje się tak samo odrzucony jak była premier rządu. Ryszard do Przecieszyna przyjedzie po radę, choć raczej pocieszony z niego nie wyjedzie.

Zaraz po nim dom Beaty nawiedzi nowy premier i to nie będzie łatwa wizyta. Między nowym i starym premierem czuć wyraźne napięcie. I co tu się dziwić, skoro Mateusz wygryzł Beatę. Teraz niby zechce ją pocieszyć, ale jakby wcale tego nie robił.

W końcu w Przecieszynie pojawia się sam prezes, a dwaj wcześniejsi goście lądują razem w… szafie. Wtedy to okazuje się, że nawet Ryszard z Mateuszem znaleźć mogą wspólny język. A po co prezes pojechał do byłej premier? Żeby wybadać sytuację.

Odmieniony 3. sezon ”Ucha prezesa”

Trzeci sezon „Ucha prezesa” musiał dostosować się fabularnie do rzeczywistych wydarzeń w kraju. Rekonstrukcja rządu trochę pomieszała szyki twórcom serialu, ale również z tym poradzili sobie bez problemu.

Mariusz wygląda teraz inaczej, ma mundur i zajął miejsce tzw. Krokodyla, więc będzie to miało swoje konsekwencje scenariuszowe. Oczywiście w międzyczasie dokonała się również rekonstrukcja całego rządu, co trochę nas na początku zmartwiło, bo zrobiło nam się szkoda niektórych znakomitych postaci. Dlatego też postanowiliśmy z nich nie rezygnować i zobaczymy je w nowym sezonie, ale w zupełnie nowym entourage. Siłą rzeczy pojawią się również nowe osobistości ze świata polityki. W role te wcielą się znakomici polscy aktorzy – powiedział Robert Górski.

– W nowym sezonie Prezes i Mariusz idą na wojnę z całym światem! – dodał Mikołaj Cieślak.

Co się wydarzy w nowym sezonie „Ucha prezesa”?

Po noworocznych zmianach, zrekonstruowany rząd staje przed wieloma wyzwaniami. Politycy odsunięci od władzy muszą sobie jakoś poradzić w nowej sytuacji. Do nowych władz będzie należało zmierzenie się nie tylko z problemami poprzednich, lecz również z zupełnie nowymi kłopotami. W dodatku politycy, którzy zasiadają na stołkach za granicą, przypomną sobie o rządach w kraju… Zrekonstruowany rząd to także rekonstrukcja relacji pozapolitycznych, które mogą przynieść niespodziewane efekty. A nad tym wszystkim musi zapanować szeregowy Prezes, zewsząd otoczony przez wrogów.

W nowym sezonie pojawią się nowe postaci, w które wcielą się m.in. Cezary Pazura, Tomasz Kot, Jolanta Fraszyńska i Magdalena Schejbal.

„Ucho prezesa” – gdzie obejrzeć 3. sezon?

Nowe odcinki trzeciego sezonu ”Ucha Prezesa” będą pojawiać się w serwisie Showmax w czwartki o 20:00, trzy dni później (niedziela) trafią do naziemnej Telewizji WP, a na kanale YouTube będą pojawiać się się tydzień po premierze, czyli w kolejny czwartek. W sumie powstanie 14 odcinków, w tym dwa specjalne, dostępne wyłącznie dla użytkowników Showmax.

WSZYSTKIE ODCINKI POPRZEDNICH SEZONÓW „UCHA PREZESA” MOŻESZ OBEJRZEĆ TUTAJ > > >

PiS obsuwa się. To już? Kaczyński i jego szemrane towarzycho winno myśleć ewakuacji do „ciepłego człowieka”

Zwykły wpis

Stefan Niesiołowski: Dość tego!

Dość tego, wydaje się, że powiedziały polskie kobiety i masowo wyszły na ulice w proteście przeciwko nieludzkiej, okrutnej, haniebnej i podłej w swoim głupim fanatyzmie, ustawie likwidującej w Polsce praktycznie legalną aborcję.

Jak zawsze szacunki w kwestii liczebności demonstracji są rozbieżne, pisowskie media i policja podają jakieś operetkowo niskie liczby. W dodatku reżimowe lizusy uciekają się do bezsilnych obelg i wyzwisk, przy których sformułowania o ubekach i lewakach wydają się być wzorem elegancji i kultury języka. Jako uczestnik demonstracji, a także wszystkich prawie antypisowskich centralnych manifestacji stwierdzam, że zakładając pewną rotację w godzinach 16-19 w Warszawie w proteście przeciwko drakońskiej, katoprawicowej ustawie protestowało około 100 tysięcy osób.

W tym część pod siedzibą Episkopatu, co było jak stwierdził poseł Michał Kamiński pierwszą tak jaskrawie radykalnie antykościelną demonstracją w Polsce od czasów Insurekcji Kościuszkowskiej. Wówczas część Kościoła (obejmująca także niektórych biskupów) poparła Targowicę za wspieranie katolicyzmu oraz za walkę z orientacją liberalną i prozachodnią, zapisując jeden z najczarniejszych rozdziałów Kościoła w Polsce, za co przyszło później płacić wysoką, a w przypadku kilku biskupów bardzo wysoką cenę.

Niewątpliwie przełamana została kolejna bariera i pod względem pozycji Kościoła w Polsce nic już nie będzie takie jak przedtem. Koszmarnym błędem było bezpośrednie wzywanie przez Episkopat pisowskich polityków do uchwalania barbarzyńskiej ustawy i jeszcze dziękowanie przez jednego z „pasterzy” za posłuchanie tego wezwania.

Jest to klasyczny przykład państwa wyznaniowego, nie do pogodzenia z demokracją. Trudno odpowiedzieć na pytanie co w obliczu tak masowych i absolutnie nie zakończonych protestów zrobi coraz bardziej niedołężny Kaczyński. W każdym razie pokonanie kobiet i wspierających je z oczywistych moralnych, politycznych i patriotycznych motywów różnych środowisk nie będzie ani łatwe, ani możliwe na dłuższą metę. Zburzenie przez PiS kompromisu aborcyjnego, który już budził niezadowolenie i protesty lewicy, doprowadzi do uchwalenia znacznie bardziej liberalnej ustawy aborcyjnej, co będzie zdaje się jednym z trwałych efektów pisowskiej katoprawicowej dyktatury.

W mijającym tygodniu działo się tak wiele ważnych spraw, że siłą rzeczy skazany jestem na dokonanie pewnej selekcji przy ich omówieniu. Afera Morawieckiego, którą za wszelką cenę PiS będzie się starało przemilczeć i przykryć jest nie do ukrycia (Ks. Tomasz Jegierski twierdzi, że Kornel Morawiecki wymusił od niego 96 tys. zł w zamian za uzyskanie dotacji z banku WBK, którym kierował Mateusz Morawiecki) i praktycznie kończy nieudany eksperyment pod nazwą rząd Morawieckiego. Raczej nie wróci rozwrzeszczana i tracąca kontakt z realiami „chciwa niewiasta”.

Absurdalna „biała księga” będąca produktem kłamstwa, pychy i naiwności, że politycy Unii okażą się tak głupi, że nie dostrzegą, że jest ona powtórzeniem pisowskiej propagandy, nie przekonała nikogo i mam nadzieję, że tak samo pozorne „ustępstwa” PiS-u w sprawie sądów, publikowanie wyroków TK i kosmetyczne zmiany zostaną przez Unię wyśmiane i odrzucone. Mści się bezmyślne powtarzanie przez niektórych polityków, że wystarczą drobne „symboliczne” ustępstwa ze strony PiS-u i wszystko będzie dobrze. Panowie, zwłaszcza zwracam się do Pana Przewodniczącego Junckera specjalistą od pozornych ustępstw byli zawsze komuniści, a zwłaszcza Józef Wissarionowicz w Jałcie ze znanym skutkiem.

Pozostaje wystąpienie p. Czaputowicza na temat polityki zagranicznej. Było ono w części podstawowej w zasadzie identyczne pod względem formy jak marcowe i wiele innych wystąpienie Władysława Gomułki. Zdumiewające jak gomułkowska treść polityki pisowskiej rzutuje na formę. Kaczyński ze swoim skrzekliwym głosem, przeciąganiem końcówek i akcentem, miejscami Gomułkę przypomina uderzająco, ale Czaputowicz to był już czysty tow. Wiesław. Zwrócił na to uwagę jeden z portali internetowych zamieszczając obok siebie identycznie brzmiące fragmenty wypowiedzi Gomułki i Czaputowicza. (Przy okazji przepraszam tow. Gomułkę za porównanie go do Kaczyńskiego i zestawienia z PiS-em).

Pod względem treści wystąpienie Czaputowicza było zdecydowanie gorsze od nużących przemówień Waszczykowskiego, który na tle obecnego ministra spraw zagranicznych, wyglądał na męża stanu. Wysłuchaliśmy steku banałów, ogólników i pustych frazesów o reformie Unii i naszej mocnej pozycji w Unii i w świecie, pełnej samozadowolenia, propagandy sukcesu i absolutnej ślepoty na to co dzieje się na świecie niezależnie daleko czy blisko nas. Wygląda na to, że szczytowym osiągnięciem dotychczasowej pisowskiej polityki zagranicznej jest to, że Donald Trump zdaje się rozpoznaje p. Dudę i nie myli go z Kucowołochem lub Krymtatarem?

Czy jest gdzieś poza Polską, drugi taki cywilizowany kraj, w którym despotyczną władzę sprawuje jeden człowiek, na dodatek zakompleksiony i przesączony nienawiścią do tego wszystkiego, czego nie lubi i/lub nie toleruje, głównie z powodu niewiedzy? Ja nie znam takiego kraju.

Czy zna ktoś państwo, którego rząd działa wbrew jego racji stanu? Ja takiego nie znam!

Czy jakiekolwiek inne państwo w XXI w. postępuje, jak samobójca, tworząc wokół siebie jedynie krąg państw nieprzyjaznych? Państwo „pisowskie” jest w tej sferze prekursorem.

Czy zna ktoś rząd, który niszczy swoją własną państwowość poprzez nagminne łamanie obowiązującej konstytucji i niszczenie instytucji państwowych, z sądami włącznie? Nie sądzę. Myślę, że i tu dzisiejsza Polska jest liderem.

Czy istnieje drugie takie państwo, którego zdolności obronne w ciągu kilkunastu miesięcy spadły o kilkadziesiąt procent, a jego siły zbrojne stały się zabawką nieodpowiedzialnego człowieka, który wydaje się przy tym być z Marsa lub z Kosmosu w ogóle?! Nie znam!

Czy jest państwo, które chcąc uchodzić za demokratyczne, upolitycznia Policję, wojsko, służby i wszystko, co się tylko da, podporządkowując je partykularnym interesom partii i jej działaczy, z duce na czele? Nie, ja takiego nie znam, a jeśli gdzieś podobne rzeczy występują, to natychmiast reaguje system ostrzegawczy w postaci instytucji, które w RP już przepadły, o czym napisałem już wyżej.

Czy istnieje państwo, w którym najważniejsze stanowiska obsadzane są przez ludzi do tego nieprzygotowanych, i które to funkcje traktowane są, jako synekury? Tylko u nas!

Czy jest gdzieś tak gnuśny naród, którego przynajmniej część zgodziła się zrezygnować z tego, co człowiekowi jest najdroższe – z wolności i państwa prawa? Być może, ale nie na naszym kontynencie. Jesteśmy tu niechlubnym wyjątkiem. Gdzie to społeczeństwo z lat 80. i 90. XX w.? Co się z nami stało, że jednemu tchórzliwemu człowiekowi ulegliśmy jak niewolnicy, a jego sługusom niemającym niemal żadnych hamulców pozwalamy na wszystko?

Czy istnieje drugie tak oportunistyczne i nieświadome społeczeństwo, które do pełnienia władzy wybiera ludzi moralnie słabych i bardzo interesownych, jak Polsce?! W Europie się z tym nie spotkałem, przy czym mam na myśli tylko te państwa, które pretendują do miana demokratycznych.

Czy jest gdzieś druga tak „religijna i wyznająca Dekalog” społeczność, której nienawiść jest tak wielka, że nawet niektórzy z jej „pasterzy duchowych” życzą śmierci papieżowi? Nie, tu polscy pseudokatoliccy wiodą prym nie tylko w Europie; są światowymi liderami.

Czy w jakimkolwiek innym katolickim kraju jest Episkopat, który na tego rodzaju mowę nie reaguje? Nie znam takiego kraju!

Czy istnieje drugi taki kraj, którego władze pomimo rozdziału państwa i Kościoła działają na korzyść tego, wykonując, (choć nie zawsze oficjalnie) wszystkie jego życzenia?

Czy w jakimkolwiek kraju jeden zakonnik „trzęsie podstawami państwa” i kpi zarówno z władz, jak i z polskiej praworządności, w zamian za co jest obdarowywany milionami, będącymi własnością publiczną? Znam z historii dwóch: jeden to hiszpański inkwizytor Tomás de Torquemada działający w XV w., a drugi, bliższy naszym czasom, to Grigorij Rasputin – rosyjski „mnich”, który uwielbiał alkohol i inne używki, a jego największym nałogiem były kobiety. Widzę pewne podobieństwa do niektórych z naszych „ojców”!

Takich pytań w rodzaju „czy”, a dotyczących patologii dziejących się od ponad dwóch lat w Polsce mógłbym przytoczyć jeszcze bardzo wiele, jednak na tych – jako wybranych jedynie przykładach – tutaj poprzestanę. To nie jest tak, że nie widzę złych rzeczy, które charakteryzowały poprzednie rządy. Mało tego, zanim jeszcze władzę objęło PiS miałem także odwagę cywilną i do ich krytyki. I nie chodzi tu tylko o partie, ale także o wszelakie „Komitety Obywatelskie”, które takie były tylko z nazwy, a od kilku dziesięcioleci wciąż działają głównie w samorządach, zwykle w imię własnych, oligarchicznych interesów.

Jednak ta nasza dobra zmiana (a według mnie najgorsza z możliwych i dotychczasowych) przekroczyła już wszelkie dopuszczalne i akceptowalne „normy łamania zasad i prawa”, w imię swojego „pisowskiego prawa kaduka”.

Wzywam Polaków do przeciwstawienia się PiS i jego koalicjantom w nadchodzących wyborach samorządowych, a następnie parlamentarnych, w 2019 roku. Jeśli chcecie, aby Polska wróciła do statusu demokratycznego państwa prawnego, musicie, wy i ja, odebrać władzę tej tak bardzo szkodliwej koalicji, a następnie rozliczyć za zmarnowane pieniądze, za zniszczenie demokracji, za szerzenie nienawiści i podzielenie narodu, zaprzepaszczone może na zawsze szanse na lepsze miejsce czy też pozycję Polski w demokratycznym świecie. Obecnie nasz kraj stał się outsiderem Zachodu i jeśli to się nie zmieni, to nasze państwo – Polska – wróci w ramiona Federacji Rosyjskiej i samego Władimira Władimirowicza Putina lub w ręce jego następców!

Szef MON podpisał umowę na przeciwlotnicze i przeciwrakietowe zestawy rakietowe średniego zasięgu, w ramach programu „Wisła – 1 faza”.

gazeta.pl

m.facebook.com >>>

„Wydaje mi się, że ta propozycja jest niewystarczająca” – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” unijny komisarz Guenther Oettinger o zmianach, jakie PiS zaproponował Brukseli, by powstrzymać procedurę praworządności. Po czym dyplomatycznie dodaje, że w ostatnich tygodniach dystans między Warszawą a Brukselą przynajmniej się nie zwiększył. Unijny komisarz ds. budżetu spotkał się w poniedziałek w Warszawie z premierem Morawieckim i przedstawicielami parlamentu. Zasugerował, by Polska wpłacała więcej pieniędzy do unijnego budżetu. Polska strona zgodziła się.

A czy to, co robi rząd PiS z sądownictwem czy mediami obciąża negocjacje budżetowe i osłabia polską pozycję?

– Wciąż widzę możliwość na to, że się porozumiemy, a polski rząd zrobi wszystko, by zachować zasady państwa prawa. Jako komisja szanujemy każdy demokratycznie wybrany rząd. Mam od lat bardzo dobre kontakty z posłami i ministrami PiS. Jeszcze jako komisarz ds. gospodarki cyfrowej bardzo dobrze współpracowałem z obecnym premierem. Dlatego uważam, że powinniśmy prowadzić narady o przyszłym budżecie wolni od problemów związanych z praworządnością.

A jeśli nie dojdzie do tego porozumienia?

– Mimo wszysko nie będziemy wprowadzać sankcji, ale musimy sprawdzić, czy to nie będzie miało konsekwencji dla niektórych programów. Na pewno nie będzie to miało żadnych konsekwencji np. dla programu Erasmus Plus, bo przecież nie możemy karać młodego pokolenia za spór wokół praworządności.

Pan jednak niedawno powiedział w wywiadzie dla dziennika „Sueddeutsche Zeitung”, że „niektóre kraje członkowskie zaproponowały połączenie naszego systemu wartości z budżetem UE”. To zostało zrozumiane w Polsce jako groźba. Słusznie?

– Trzeba uszanować to, że inne, demokratycznie wybrane rządy np. we Włoszech, w Niemczech, czy w Holandii oczekują od członków UE poszanowania zasad państwa prawa. Takie samo zdanie na ten temat ma wielu europarlamentarzystów. Musimy jednak spojrzeć, co jest w ogóle zgodne z prawem na podstawie traktatów europejskich. I musimy przygotować propozycję, która zostanie poparta przez większość państw na Radzie Europejskiej. To musi być propozycja budżetu, którą zaprezentuje Komisja Europejska, ale którą na końcu musi przyjąć Rada Europejska i Parlament Europejski.

>>>

Tematem numer jeden są wciąż w mediach nagrody dla byłych już ministrów i innych, zasłużonych, dla „rozwoju” państwa. Nagrody, którymi uhonorowano ludzi zapewne na otarcie łez, bo odbierając im stanowiska w poszczególnych resortach, wyraźnie pokazano, że nie sprawdzili się. A mimo tego zasłużyli na taką kasę?

Naród oburzony, ale politycy PiS twardo stoją na stanowisku, że nic się nie stało, że jest w porządku. Oczywiście, na swoje usprawiedliwienie mają zawsze ten sam argument, który stał się już przysłowiowym symbolem rządzącej partii, czyli… odniesienie do czasów rządów PO/PSL. Wtedy to było złodziejstwo, rozpasanie i zepsucie, a teraz przecież jest lepiej, uczciwiej. Ciekawe jednak, gdy zostają zapytani o konkrety, proszeni o podanie przykładów to nagle zaczynają coś kręcić, nabierają wody w usta i zupełnie nie potrafią podać dowodów na potwierdzenie swojej tezy o fatalnym zarządzaniu Polską przez poprzednią ekipę rządzącą. To tak, jakby „brak dowodów jest najważniejszym dowodem”, że mają rację.

Wszystkich uderzyło niezwykle emocjonalne wystąpienie byłej premier, Beaty Szydło, która grzmiąc z trybuny sejmowej, przekonywała, iż nagrody jej ekipie należały się „jak psu zupa”, bo ciężko na nie zapracowała, dźwigając Polskę z kolan. Sam prezes Jarosław Kaczyński, stanął w jej obronie, oczywiście odwołując się do mrocznych czasów, sprzed rządów PiS. i w wywiadzie dla portalu wpolityce.pl mówi – „Trzeba bronić tych nagród, bo nie można popadać w szaleństwo. W Polsce nielegalnie przejęto wielkie majątki, można to już od początku liczyć w bilionach. A tutaj mamy do czynienia z legalnymi nagrodami za ciężką pracę, dla ludzi, którzy z tymi zjawiskami przejmowania własności narodowej walczyli. Oczywiście można dyskutować, czy to dobre, czy to złe, czy takie sumy powinny być, czy inne, ale to absolutnie nie jest żaden skandal”.

Na tę uczciwość i prawość PiS zwrócił uwagę poseł PO Marcin Kierwiński, wrzucając na Twitterze swoją refleksję na ten temat – „Kaczyński broni nagród dla ministrów PiS bo „w Polsce przejęto nielegalnie wielkie majątki”. Wie co mówi sam w końcu w niejasnych okolicznościach majątek razem z komunistami przejmował-przypomnijmy Srebrna, Nowogrodzka, Ordona, Al.Jerozolimskie. #OligarchazWarszawy #Srebrnyukład”

Już kilka dni temu Andrzej Halicki, również poseł PO, poinformował, że „Klub PO powoła zespół śledczy ds. zbadania legalności przekształceń na mieniu Skarbu Państwa środowiska związanego z Jarosławem Kaczyńskim. Ten zespół w najbliższym tygodniu się sformalizuje. Posiedzenia będą dostępne, otwarte i będziemy – mam nadzieję – gromadzić taki materiał, który bez wątpienia będzie mógł być formalną podstawą powołania komisji śledczej w tej sprawie. Mam nadzieję, że także uruchomi odpowiednie instytucje państwa”, a jej celem będzie wyjaśnienie „jak doszło do przejęcia majątku państwowego przez grupę polityków ze środowiska Jarosława Kaczyńskiego, kto dysponuje tym wartym setki milionów majątkiem i w jaki sposób i czy politycy – bo wszystko na to wskazuje – wykorzystywali swoje funkcje, w szczególności chodzi o służby specjalne do tego, by ten majątek pomnażać, chronić, by dokonywać przekształceń na rzecz wzrastania wartości tego majątku”.

Jestem ciekawa, jak w tym przypadku PiS spróbuje okręcić kota ogonem.

Tamara Olszewska

Nieprofesjonaliści, niedołędzy zawsze więcej kosztują. Wszak nie płacimy im za potrzebną pracę, ale za to, że szkodzą. PiS dzisiaj nas ogromnie wiele kosztuje, ale gdy zostaną odsunięci od władzy, koszty wzrosną jeszcze bardziej. Szkodnika zawsze trzeba poprawiać, mimo że zawyżone koszty za jego obecność już ponieśliśmy. To tylko sfera materialna, a gdzie duchowa, psychologiczna?

Wypadek Beaty Szydło może posłużyć za przykład, jak to wygląda i będzie wyglądało. Skasowany został samochód z kolumny konwojującej byłą premier na odpoczynek, przez rok grupa śledczych do niczego nie doszła, pobierała pensje i za nią, i wszelakie ekspertyzy zapłacono 154 tys. zł.
To jednak nie koniec, bo młody kierowca seicento nie godzi się być kozłem ofiarnym, aby za nim ciągnął się smród polityków, którym wystaje słoma z pantofli. Koszty procesowe znowu spadną na państwo.

Pod tym względem Szydło ma rację: – „Ministrowie i wiceministrowie otrzymywali nagrody za ciężką, uczciwą pracę i te pieniądze im się po prostu należały”. Może nie jest tak ciężko coś zepsuć – limuzynę rządową bądź prawo konstytucyjne i sądownictwo – ale ciężko jest prowadzić felerne śledztwo i ustanawiać felerne ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, sądownictwie, KRS i Sądzie Najwyższym.

Napracowali się. To jednak nie wszystko, bo rzeczywiste koszty przed nami. Nadszarpnięta została reputacja Polski, szkodnicy nie uzyskają adekwatnych pieniędzy z budżetu unijnego. Więc zasadne jest dzisiaj pytanie: Czy PiS zapłaci Polsce reperacje za swoje szkodliwe nieudacznictwo?

Jeden z funkcjonariuszy PiS Marek Suski przynajmniej potrafił się zachować. Gdy dowiedział się o nagrodzie, że została przelana z automatu, oddał ją: – „Poszedłem do banku i odesłałem – 31 tys. zł”. Dobrze wiedzieć, że w PiS działa automat, który przelewa szmal o takiej wysokości. Suski jest szefem gabinetu politycznego Morawieckiego ledwie trzy miesiące, a już automat mu przelewa. A przecież nie jest jakimś Stańczykiem, lecz zwykłą „kupą śmiechu”. Ile zatem automat przelewa bardziej zasłużonym szkodnikom, hę?

Po PiS zostaną do zapłacenia ogromne rachunki i ten startup: automat przelewający szmal na konto.

PiS traci 12 pkt. w sondażu Kantar MB dla TVN

Tak prezentują się wyniki sondażu Kantar MB przeprowadzonego na zlecenie „Faktów” TVN:

PiS-SPZZ-Porozumienie – 28% (-12)

PO – 22% (+6)

Kukiz ’15 – 10% (+4)

SLD – 9% (+6)

Nowoczesna – 6% (-2)

Wolność – 5% (+2)

PSL – 5% (bz)

Razem – 2% (-1)

13% wybrało opcję „nie wiem” (-3).

Patologiczni politycy PiS muszą stanąć przed Prawem i beknąć

Zwykły wpis

Grzegorz Schetyna o rozliczeniu polityków PiS po wygranych wyborach.

Wybór formacji Jarosława Kaczyńskiego to nie jest epizod, wpadka, próba szansy dla innego stylu rządzenia, innego modelu Polski. To koszmarna, wieloletnia klęska polskiej kultury. Prawnej, osobistej, duchowej.

Są takie filmy, na ogół klasy B, w których do domu, gdzie samotna matka wychowuje jedynaka, wkracza nagle mężczyzna – kochanek mamy, potem jej partner czy mąż. Wprowadza się i zaczyna rządzić. Nie pozwala chodzić w niedzielę do sklepu, każe wracać przed ósmą, zdejmuje w pokoju dziecięcym plakaty z bohaterami, których sam nie zna, i zamienia na własne…

Owieczki ruszyły na kler

Zwykły wpis

Do końca kwietnia złożymy projekt ustawy oddzielającej Kościół od państwa – zapowiedziała w piątek pełnomocniczka komitetu „Ratujmy Kobiety 2017” Barbara Nowacka.

Nowacka zapowiedziała w TVN24, że do końca kwietnia Inicjatywa Polska we współpracy z Kongresem Świeckości złoży projekt ustawy oddzielającej Kościół od państwa.

W rozmowie z PAP poinformowała, że projekt ten będzie dotyczył m.in. finansowania religii w szkołach, świeckości urzędów, czy też „regulacji spraw gospodarczych dotyczących Kościoła”. Dodała, że prawdopodobnie poruszona zostanie też kwestia opodatkowania Kościoła.

„Projekt ten złożymy w porozumieniu z różnymi organizacjami. Na pewno będą to ludzie z Inicjatywy Polskiej i Kongresem Świeckości oraz wiele innych organizacji zajmujących się świeckim państwem, już jesteśmy z nimi porozumieni” – zaznaczyła Nowacka. „Do końca kwietnia wszystko będzie wiadomo” – dodała.

Inicjatywa, o której poinformowała Nowacka ma związek z protestem środowisk lewicowych i feministycznych wobec procedowanego w Sejmie obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, który nowelizuje ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Projekt ten znosi możliwość przerwania ciąży ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu.

W poniedziałek pozytywnie go zaopiniowała sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka. Następnie projektem miała się zająć sejmowa komisja polityki społecznej i rodzinnej, jednak jej posiedzenia zostały odwołane.

O przyspieszenie prac nad projektem apelowali m.in. jego autorzy oraz przedstawiciele Kościoła katolickiego; jego odrzucenia domagały się środowiska lewicowe i feministyczne. Na piątek zapowiedziano w Polsce „czarne protesty” w związku z planami zaostrzenia prawa aborcyjnego; swoje poparcie dla obywatelskiego projektu demonstrują zaś środowiska pro-life organizując „biały piątek”

Obowiązująca od 1993 r. ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zezwala na dokonanie aborcji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, jest duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego.

W dwóch pierwszych przypadkach przerwanie ciąży jest dopuszczalne do osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem matki; w przypadku czynu zabronionego – jeśli od początku ciąży nie upłynęło więcej niż 12 tygodni.

Wojciech Maziarski odniósł się do stosunku Polaków do Kościoła katolickiego.

Pierwszy protest kobiet półtora roku temu był skierowany głównie przeciw władzy państwowej. Teraz wściekłość skupiła się na biskupach.

 „Jeśli chodzi o manifestację antyfaszystów pod kurią, to takiego bydła nawet komuniści nie robili” – z właściwym sobie wdziękiem zakomunikował Rafał Ziemkiewicz w TV Republika. Ten publicysta lubuje się w brutalnych i chamskich sformułowaniach, jeśli jednak abstrahować od poetyki jego wypowiedzi, wypada przyznać, że jest w niej ziarno prawdy. Istotnie – coś takiego nie zdarzyło się nie tylko za komunizmu, ale chyba nigdy jeszcze w tysiącletniej historii polskiego katolicyzmu: wściekli demonstranci poszli pod siedziby biskupów, by wykrzyczeć im w twarz, co o nich myślą.

Biskupi sami sobie nagrabili

Stało się tak nie tylko w Warszawie, gdzie przeciwnicy zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej dwukrotnie w ciągu jednego tygodnia manifestowali pod kurią. W Poznaniu w piątek kilkutysięczny tłum uczestników protestu przemaszerował pod katedrę, skandując „Na kurię” i „Na katedrę”, a odchodząc stamtąd, zapowiedział: „Jeszcze tu wrócimy!”. Poprzedniej nocy kilka poznańskich kościołów zostało opasanych kolorową taśmą, jaką policja oznacza miejsca przestępstw. „Mniej księży, więcej książek”, „Chcemy lekarzy, nie misjonarzy”, „Księża do kaplic, precz od sypialni” – skandowali demonstranci w Olsztynie. Podobne hasła słychać było w wielu innych miastach.

Tak, to nowość i ważna zmiana. Półtora roku temu Czarne Protesty skierowane były przede wszystkim przeciw politykom PiS forsującym zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Teraz głównym przeciwnikiem i obiektem krytyki stał się Kościół.

To oczywiście zasługa biskupów, którzy w ostatnich dniach bezceremonialnie naciskali na posłów, przynaglając ich do uchwalenia restrykcyjnej ustawy przygotowanej przez katolickich talibów. Trudno właściwie pojąć, jak to sobie hierarchowie wyobrażali. Naprawdę sądzili, że parlament przegłosuje drakońskie prawo, prezydent je podpisze – i będzie po sprawie? Rzeczywiście wydawało się im, że obywatele pogodzą się z narzuceniem im nieakceptowalnych restrykcji?

Kościół zachowywał się tak, jakby jedyną przeszkodą w uchwaleniu nowej ustawy antyaborcyjnej był opór posłów rządzącej prawicy. Przełamał więc ten opór – i nadział się na wściekłość tysięcy obywateli, którzy wylegli na ulice i ruszyli nie tylko pod biura PiS, ale i pod siedziby biskupie. To rzeczywiście precedens i przełom: nigdy dotąd, nawet za komuny, nie zdarzyło się, by rozjuszone owieczki ruszyły na pasterzy.

Widmo kobiecego Majdanu krąży nad Polską

Wydarzenia minionego tygodnia trafią do szkolnych podręczników historii jako kamień milowy w laicyzacji Polski. Tak jak po 4 czerwca 1989 r. Joanna Szczepkowska mogła ogłosić, że w Polsce skończył się komunizm, tak po demonstracjach 23 marca 2018 r. (i zapewne przed kolejnymi wystąpieniami) możemy zakomunikować: w Polsce właśnie dobiegła końca epoka, w której Kościół cieszył się statusem świętej krowy, nie podlegał krytyce i mógł narzucać swą wolę państwu i obywatelom.

Piątkowe marsze i wiece przebiegły jeszcze spokojnie i miały w miarę łagodną tonację. Najwyraźniej ich uczestnicy założyli, że podobnie jak półtora roku temu władze cofną się pod wpływem społecznej presji. Jeśli jednak politycy PiS za namową Kościoła usztywnią się i mimo wszystko będą próbowali przeforsować restrykcyjne prawo antyaborcyjne, można się spodziewać eskalacji protestów. Studentki Uniwersytetu Warszawskiego już zapowiedziały, że w takiej sytuacji zorganizują na uczelni strajk okupacyjny, kobiety demonstrujące w Poznaniu obiecały, że zablokują miasto – widmo kobiecego Majdanu krąży nad Polską.

Zbyt wiele wojen, zbyt wiele frontów – PiS się wykrwawia

Jarosław Kaczyński nie ma dobrego wyjścia. Wspierani przez Episkopat katoliccy talibowie zmusili go do stoczenia wojny, której na dłuższą metę nie może wygrać i która może go kosztować utratę władzy. Ta wojna jest mu nie na rękę zwłaszcza w sytuacji, gdy ma już otwarte jednocześnie tyle frontów, na których wykrwawiają się jego wojska – spór z Brukselą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, spór z Izraelem i USA o ustawę o IPN, spór z samorządami o przymusowe zmiany nazw ulic, skandal z nagrodami dla ministrów Beaty Szydło, spór z krajowym biznesem ponoszącym straty z powodu zakazu handlu w niedziele oraz z tłumami niezadowolonych obywateli, których pozbawiono możliwości takiego spędzania niedzieli, jak lubią… Dużo tego. A teraz jeszcze aborcja.

PiS próbuje w ostatnich dniach zmniejszyć liczbę frontów – zapowiada publikację zablokowanych wyroków Trybunału Konstytucyjnego (co oczywiście nie oznacza, że te wyroki wejdą w życie), daje do zrozumienie, że możliwe są ustępstwa w sprawie ustawy o IPN. Czy może się też cofnąć w sprawie aborcji? To kusząca perspektywa, by zejść z linii strzału, mówiąc: to nie my, to biskupi. Niech następny pochód w Warszawie idzie nie na Nowogrodzką, lecz na Miodową. Niech Episkopat sam pije piwo, którego nawarzył.

Między kobietami a biskupami – diabelska alternatywa prezesa

Gdyby PiS wycofał się z nowelizacji ustawy antyaborcyjnej (a jednocześnie nie pozwolił neotrybunałowi konstytucyjnemu Julii Przyłębskiej orzec, że aborcja z powodu wad płodu jest niezgodna z Konstytucją), fala wściekłości opadłaby, a w powszechnej świadomości winnym zamieszania pozostałby raczej Kościół niż partia Kaczyńskiego.

Tyle tylko, że tego prezesowi nie darowaliby ani talibowie w jego własnym obozie, ani armia proboszczów, która dotychczas zapewniała rządzącym polityczne wsparcie w terenie. Joanna Kluzik-Rostkowska w „Fakcie” powiedziała, że politycy PiS w sprawie ustawy antyaborcyjnej boją się narazić Kościołowi: – „Rozmawiałam z wieloma parlamentarzystami. Mówili mi jasno: „Wiesz Aśka, ja bym nawet głosował przeciw, ale biskup w moim okręgu nigdy by mi tego nie darował”.

Podlizać się biskupom i rozwścieczyć kobiety? Czy udobruchać kobiety kosztem Kościoła? Oto diabelska alternatywa, przed jaką stoi prezes Kaczyński. Cokolwiek wybierze, może się spodziewać kłopotów.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości wykołowania protestujących kobiet.

Społeczeństwo obywatelskie nie zawsze znajduje odpowiedzi na PiS-owskie zawłaszczanie państwa i odbieranie sobie praw obywatelskich. A partia Kaczyńskiego konsekwentnie zaprowadza jakąś formę dyktatury. Na razie jest ona miękka, co wyraża się chronicznymi niedomogami samej władzy i jej wpadkami, czego by się nie dotknęła. Punktowo jednak może nękać poszczególnych polityków i obywateli szeroko pojętej opozycji i społeczeństwa.

Najwłaściwszym odporem jest zorganizowanie się w struktury stowarzyszeń, lecz i to wydaje się niewystarczające. Niecałe dwa lata temu KOD był potężny, na ulicach Warszawy potrafił protestować w liczbie przeszło 100 tysięcy uczestników, a prezesowi PiS tak drżały łydki, iż nie potrzeba było wnikliwych analiz politologicznych, aby owe drgawki dostrzec.

Równie duże były protesty w lipcu ubiegłego roku z powodu ustaw sądowniczych. Łańcuchy Światła kreowały nowych liderów opozycji społecznej, a jednak dość łatwo rozbrojony został gniew ulicy poprzez to, iż Andrzej Duda zawetował dwie z trzech ustaw i zapowiedział napisanie nowych. Protesty rozeszły się po kościach, a Duda „napisał” ustawy o treści identycznej, jak zawetowane. Tak orżnął Polki i Polaków.

Czy PiS poradzi sobie z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, który kolejny raz wychodzi na ulice w sprawie obrony kompromisu aborcyjnego obowiązującego od lat 90-tych? Niby to PiS się ugina pod presją społeczną, ale czy na pewno?

Gdy Kościół katolicki zagrzmiał, iż żadna aborcja nie jest miła funkcjonariuszom pana Boga, PiS następnego dnia zapowiedział rekomendację projektu ustawy „Zatrzymać aborcję” w komisji sejmowej – jednak bez zapowiedzi procedur jej uchwalenia. Od razu odezwało się społeczeństwo poprzez silną instytucję Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i studentów.

Kaczyńskiemu zadrżały łydki, ale też uciekł się do swojej sprawdzonej metody: orżnąć Polki i Polaków. Na Czarny Piątek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet odpowiedział zdjęciem z agendy projektu „Zatrzymać aborcję”, został wymyślony sposób orżnięcia buntu kobiet.

Orżnięcie polega na tym, iż pisowski Trybunał Konstytucyjny ma wydać wyrok, czy zgodny z Konstytucją jest trzeci wyjątek w ustawie o planowaniu rodziny, w którym dopuszcza się usunięcie ciąży ze względu na duże prawdopodobieństwo wady genetycznej dziecka.

Jeżeli Julia Przyłębska et consortes nazwą to aborcją eugeniczną będzie znaczyło, iż Trybunał Konstytucyjny wezwie parlament do zmiany prawa i uznania jakiejkolwiek aborcji za nielegalną. „Zabezpieczeniem” ma być program „Za życiem”, wg którego państwo ma wziąć na siebie ciężar wychowywania kalekich dzieci. Znaczy, że po zmianie ustawy kobiety będą zmuszone do urodzenia, a wszelka aborcja będzie bezprawna.

Tak PiS chce wykołować kobiety. Równolegle dojdzie do prowokacji, aby kompromitować liderów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Udało się to z innymi już wcześniej, czarnosecińcy Kaczyńskiego będą liczyć na sukces i w tym wypadku.

A to dla nas znaczy, iż musimy przepracować zjednoczenie społeczeństwa obywatelskiego. PiS nas dyma, bo na to pozwalamy.