Tag Archives: aborcja

Jak PiS wprowadza i wyprowadza kozy

Zwykły wpis

PiS do perfekcji opanował polityczną zasadę nieoznaczoności (w fizyce kwantowej Heisenberga nie jesteśmy w stanie oznaczyć, gdzie znajduje się cząstka materii). W publicystyce przyjęło to nazwę niewysublimowanego przykładu alegorii: wyprowadzenia kozy. Wprowadzasz kozę – śmierdzi, wyprowadzasz – wszyscy z ulgą przyjmują, że można oddychać. A guzik, koza zrobiła swoje, jej nie ma, ale smród pozostał na zawsze – smród zniewolenia.

Tak rozegrano w ubiegłym roku trzy ustawy sądownicze, gdy Andrzej Duda po wielkich protestach i łańcuchach światła dwie z nich zawetował, wyprowadził kozę, aby następnie wprowadzić kozę jeszcze bardziej waniającą, ale wszyscy byli już zmęczeni pisowskim smrodem.

PiS nawet we wprowadzniu kozy wyrobił się jeszcze bardziej jak babcine reformy. Sejm w wakacje miał nie pracować, obserwatorzy polityczni utyskiwali, że posłowie to lenie, a tu proszę parlamentarzyści pracują w pocie czoła, jak nie przymierzając w czasie żniw. Może za bardzo się nie napracują, ale jakie efekty, godne stachanowców.

Nowela ustawy o IPN to znamienity przykład śmierdzącej kozy pisowskiej. Ustawa o IPN rozeszła się na cały świat, PiS osiągnął zatem efekt globalny, świat potraktował jako chlew. Ale nie zgodziły się z takim traktowaniem dwa potężne państwa Izrael i USA. Chlewu w związku z pisaniem o Holocauście nie będzie! Premier Izraela dopilnował, aby Mateusz Morawiecki wyprowadził tę globalną kozę, upokorzenie polskiego premiera widziała publika całego świata. Morawiecki jednak uznał to za sukces, bo tym razem to na niego – w teorii nieoznaczoności Heisenberga – przeniosła się koza, którą w tym wypadku można byłoby nazwać: kozą upokorzenia.

Zauważmy, iż w przypadku PiS działa fizyka kwantowa – smród po ustawie o IPN pozostaje na zawsze, a za kozę tymczasem robi sam Morawiecki.

Tę zasadę – moje odkrycie: kozy kwantowej – wykorzystuje się przy upartyjnieniu Sądu Najwyższego. Od razu wyczułem kozę, gdy na agendę wrzucono sprawę całkowitej aborcji, która miała być odesłana ad Kalendas Graecas, czyli nigdy niezałatwiona, ale służaca do postrachu.

I oto wraca aborcja, bo trzeba na siłę rozpirzyć Sąd Najwyższy, który sam o sobie zadecydował – takie uprawnienie daje Konstytucja – iż nie da się rozpędzić, a Komisja Europejska rozważa skierowanie tej sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Frans Timmermans nie do końca ma świadomość, ilu kóz i jakie z nich wprowadzi PiS, aby którąś wyprowadzić i by poczuto ulgę.

Bardziej jednak niż o Timmermansa właściciele kóz martwią się o polska publikę. Wszak do wyroków Trybunału w Luksemburgu mogą się nie odnieść, ale do Polaków niekoniecznie, gdyż to zależy, ilu z nas będzie protestować. O tym subtelniej niż ja pisze Wojciech Maziarski w materiale „O co chodzi w „operacji aborcja”.

Szefowa Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart twierdzi, że kobiety będą protestować przeciw zakazowi aborcji, a wieczorem przyjdą pod Sąd Najwyższy. Ale w tym wypadku nie chodzi o zwartość protestujących, lecz o manipulowanie kozami i do tego PiS niewątpliwie się ucieknie.

PiS w dawkowaniu smrodów i mieszaniu nimi jak w alchemicznej retorcie jest mistrzem. Sam Goebbels mógłby się od nich uczyć, a wszczególności od Morawieckiego.

Takich kóz pisowskich jest bez liku. Jak wyprowadzono kozę: „nagrody nam się należą” (wprowadziła ją do obory B. Szydło)? Prezes powiedział, że mają je zwrócić na Caritas. Czy ktoś sprawdził, ile nagród odesłano do Caritasu, których wszak ich nie wypłacał? Ale to betka z nagrodami, które doją pisowscy działacze w spółkach skarbu państwa. Największy dystrybutor energii w Polsce Energa ma już szóstego prezesa za czasów rządów PiS. Nie dość, że na tym stanowisku zarabia się krocię, to odprawy są wielokrotnie większe. Tak jest na stanowisku prezesa, lecz są pośledniejsze stanowiska w tej spółce i w innych spółkach skarbu państwa. Doją Energę i spółki paćstwowe rotacyjnie, bo „im się należy”. To nawet nie są dziesiatki milionów, ani setki, to wiecej. Zresztą wystarczy porównać schemat i metody działania mafii, aby przekonać się, skąd PiS bierze wzorce dojenia, pobierania haraczów.

Tak do tej pory nikt nie postępował, bo poprzednie ekipy rządzące nie umywają się do PiS. Chrzanieniem w bambus jest używanie zwrotów, że poprzednie rządy, że PO-PSL, itd.

Spointuję nieco innym akcentem, mniej smrodliwym niż koza, lecz wielce nadającym się do „Ucha prezesa”, które nawet nie wiem, czy jest jeszcze realizowane, bo za kozami pisowskimi nie można nadążyć. Tomasz Siemoniak na swoim blogu – warto z byłym wiceporemierem pogadać, czy by nie republikować jego blog – pyta Morawieckiego i Joachima Brudzińskiego o słynną stępkę pod prom: „Dlaczego PiS nie poleruje stępki papierem ściernym?”

Niedługi tekst Siemoniaka jest przezabawny i uświadamia, że PiS nie tylko wprowadza i wyprowadza kozy, ale też ośmiesza na świecie imię Polski. Te dwie postaci pisowskie Morawiecki i Brudzoński są jak Friko i Koko z cyrkowych skeczów, gdy jedna postać krzyczy do drugiej: „Wiesz Friko, ze jesteś większym krętaczem ode mnie” i słyszy odpowiedź: „Ależ ty Koko jesteś większym kłamcą”.

Pisowskie kozy pozostawią na zawsze smród na naszym wizerunku, ale moglibyśmy zadbać o to, aby już żadnych kóz nie wprowadzali. Jest na to jeden sposób, ich wyprowadzić.

Owieczki ruszyły na kler

Zwykły wpis

Do końca kwietnia złożymy projekt ustawy oddzielającej Kościół od państwa – zapowiedziała w piątek pełnomocniczka komitetu „Ratujmy Kobiety 2017” Barbara Nowacka.

Nowacka zapowiedziała w TVN24, że do końca kwietnia Inicjatywa Polska we współpracy z Kongresem Świeckości złoży projekt ustawy oddzielającej Kościół od państwa.

W rozmowie z PAP poinformowała, że projekt ten będzie dotyczył m.in. finansowania religii w szkołach, świeckości urzędów, czy też „regulacji spraw gospodarczych dotyczących Kościoła”. Dodała, że prawdopodobnie poruszona zostanie też kwestia opodatkowania Kościoła.

„Projekt ten złożymy w porozumieniu z różnymi organizacjami. Na pewno będą to ludzie z Inicjatywy Polskiej i Kongresem Świeckości oraz wiele innych organizacji zajmujących się świeckim państwem, już jesteśmy z nimi porozumieni” – zaznaczyła Nowacka. „Do końca kwietnia wszystko będzie wiadomo” – dodała.

Inicjatywa, o której poinformowała Nowacka ma związek z protestem środowisk lewicowych i feministycznych wobec procedowanego w Sejmie obywatelskiego projektu „Zatrzymaj aborcję”, który nowelizuje ustawę o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Projekt ten znosi możliwość przerwania ciąży ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu.

W poniedziałek pozytywnie go zaopiniowała sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka. Następnie projektem miała się zająć sejmowa komisja polityki społecznej i rodzinnej, jednak jej posiedzenia zostały odwołane.

O przyspieszenie prac nad projektem apelowali m.in. jego autorzy oraz przedstawiciele Kościoła katolickiego; jego odrzucenia domagały się środowiska lewicowe i feministyczne. Na piątek zapowiedziano w Polsce „czarne protesty” w związku z planami zaostrzenia prawa aborcyjnego; swoje poparcie dla obywatelskiego projektu demonstrują zaś środowiska pro-life organizując „biały piątek”

Obowiązująca od 1993 r. ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zezwala na dokonanie aborcji, gdy ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety, jest duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu, lub gdy ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego.

W dwóch pierwszych przypadkach przerwanie ciąży jest dopuszczalne do osiągnięcia przez płód zdolności do samodzielnego życia poza organizmem matki; w przypadku czynu zabronionego – jeśli od początku ciąży nie upłynęło więcej niż 12 tygodni.

Wojciech Maziarski odniósł się do stosunku Polaków do Kościoła katolickiego.

Pierwszy protest kobiet półtora roku temu był skierowany głównie przeciw władzy państwowej. Teraz wściekłość skupiła się na biskupach.

 „Jeśli chodzi o manifestację antyfaszystów pod kurią, to takiego bydła nawet komuniści nie robili” – z właściwym sobie wdziękiem zakomunikował Rafał Ziemkiewicz w TV Republika. Ten publicysta lubuje się w brutalnych i chamskich sformułowaniach, jeśli jednak abstrahować od poetyki jego wypowiedzi, wypada przyznać, że jest w niej ziarno prawdy. Istotnie – coś takiego nie zdarzyło się nie tylko za komunizmu, ale chyba nigdy jeszcze w tysiącletniej historii polskiego katolicyzmu: wściekli demonstranci poszli pod siedziby biskupów, by wykrzyczeć im w twarz, co o nich myślą.

Biskupi sami sobie nagrabili

Stało się tak nie tylko w Warszawie, gdzie przeciwnicy zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej dwukrotnie w ciągu jednego tygodnia manifestowali pod kurią. W Poznaniu w piątek kilkutysięczny tłum uczestników protestu przemaszerował pod katedrę, skandując „Na kurię” i „Na katedrę”, a odchodząc stamtąd, zapowiedział: „Jeszcze tu wrócimy!”. Poprzedniej nocy kilka poznańskich kościołów zostało opasanych kolorową taśmą, jaką policja oznacza miejsca przestępstw. „Mniej księży, więcej książek”, „Chcemy lekarzy, nie misjonarzy”, „Księża do kaplic, precz od sypialni” – skandowali demonstranci w Olsztynie. Podobne hasła słychać było w wielu innych miastach.

Tak, to nowość i ważna zmiana. Półtora roku temu Czarne Protesty skierowane były przede wszystkim przeciw politykom PiS forsującym zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej. Teraz głównym przeciwnikiem i obiektem krytyki stał się Kościół.

To oczywiście zasługa biskupów, którzy w ostatnich dniach bezceremonialnie naciskali na posłów, przynaglając ich do uchwalenia restrykcyjnej ustawy przygotowanej przez katolickich talibów. Trudno właściwie pojąć, jak to sobie hierarchowie wyobrażali. Naprawdę sądzili, że parlament przegłosuje drakońskie prawo, prezydent je podpisze – i będzie po sprawie? Rzeczywiście wydawało się im, że obywatele pogodzą się z narzuceniem im nieakceptowalnych restrykcji?

Kościół zachowywał się tak, jakby jedyną przeszkodą w uchwaleniu nowej ustawy antyaborcyjnej był opór posłów rządzącej prawicy. Przełamał więc ten opór – i nadział się na wściekłość tysięcy obywateli, którzy wylegli na ulice i ruszyli nie tylko pod biura PiS, ale i pod siedziby biskupie. To rzeczywiście precedens i przełom: nigdy dotąd, nawet za komuny, nie zdarzyło się, by rozjuszone owieczki ruszyły na pasterzy.

Widmo kobiecego Majdanu krąży nad Polską

Wydarzenia minionego tygodnia trafią do szkolnych podręczników historii jako kamień milowy w laicyzacji Polski. Tak jak po 4 czerwca 1989 r. Joanna Szczepkowska mogła ogłosić, że w Polsce skończył się komunizm, tak po demonstracjach 23 marca 2018 r. (i zapewne przed kolejnymi wystąpieniami) możemy zakomunikować: w Polsce właśnie dobiegła końca epoka, w której Kościół cieszył się statusem świętej krowy, nie podlegał krytyce i mógł narzucać swą wolę państwu i obywatelom.

Piątkowe marsze i wiece przebiegły jeszcze spokojnie i miały w miarę łagodną tonację. Najwyraźniej ich uczestnicy założyli, że podobnie jak półtora roku temu władze cofną się pod wpływem społecznej presji. Jeśli jednak politycy PiS za namową Kościoła usztywnią się i mimo wszystko będą próbowali przeforsować restrykcyjne prawo antyaborcyjne, można się spodziewać eskalacji protestów. Studentki Uniwersytetu Warszawskiego już zapowiedziały, że w takiej sytuacji zorganizują na uczelni strajk okupacyjny, kobiety demonstrujące w Poznaniu obiecały, że zablokują miasto – widmo kobiecego Majdanu krąży nad Polską.

Zbyt wiele wojen, zbyt wiele frontów – PiS się wykrwawia

Jarosław Kaczyński nie ma dobrego wyjścia. Wspierani przez Episkopat katoliccy talibowie zmusili go do stoczenia wojny, której na dłuższą metę nie może wygrać i która może go kosztować utratę władzy. Ta wojna jest mu nie na rękę zwłaszcza w sytuacji, gdy ma już otwarte jednocześnie tyle frontów, na których wykrwawiają się jego wojska – spór z Brukselą o sądy i Trybunał Konstytucyjny, spór z Izraelem i USA o ustawę o IPN, spór z samorządami o przymusowe zmiany nazw ulic, skandal z nagrodami dla ministrów Beaty Szydło, spór z krajowym biznesem ponoszącym straty z powodu zakazu handlu w niedziele oraz z tłumami niezadowolonych obywateli, których pozbawiono możliwości takiego spędzania niedzieli, jak lubią… Dużo tego. A teraz jeszcze aborcja.

PiS próbuje w ostatnich dniach zmniejszyć liczbę frontów – zapowiada publikację zablokowanych wyroków Trybunału Konstytucyjnego (co oczywiście nie oznacza, że te wyroki wejdą w życie), daje do zrozumienie, że możliwe są ustępstwa w sprawie ustawy o IPN. Czy może się też cofnąć w sprawie aborcji? To kusząca perspektywa, by zejść z linii strzału, mówiąc: to nie my, to biskupi. Niech następny pochód w Warszawie idzie nie na Nowogrodzką, lecz na Miodową. Niech Episkopat sam pije piwo, którego nawarzył.

Między kobietami a biskupami – diabelska alternatywa prezesa

Gdyby PiS wycofał się z nowelizacji ustawy antyaborcyjnej (a jednocześnie nie pozwolił neotrybunałowi konstytucyjnemu Julii Przyłębskiej orzec, że aborcja z powodu wad płodu jest niezgodna z Konstytucją), fala wściekłości opadłaby, a w powszechnej świadomości winnym zamieszania pozostałby raczej Kościół niż partia Kaczyńskiego.

Tyle tylko, że tego prezesowi nie darowaliby ani talibowie w jego własnym obozie, ani armia proboszczów, która dotychczas zapewniała rządzącym polityczne wsparcie w terenie. Joanna Kluzik-Rostkowska w „Fakcie” powiedziała, że politycy PiS w sprawie ustawy antyaborcyjnej boją się narazić Kościołowi: – „Rozmawiałam z wieloma parlamentarzystami. Mówili mi jasno: „Wiesz Aśka, ja bym nawet głosował przeciw, ale biskup w moim okręgu nigdy by mi tego nie darował”.

Podlizać się biskupom i rozwścieczyć kobiety? Czy udobruchać kobiety kosztem Kościoła? Oto diabelska alternatywa, przed jaką stoi prezes Kaczyński. Cokolwiek wybierze, może się spodziewać kłopotów.

Waldemar Mystkowski pisze o możliwości wykołowania protestujących kobiet.

Społeczeństwo obywatelskie nie zawsze znajduje odpowiedzi na PiS-owskie zawłaszczanie państwa i odbieranie sobie praw obywatelskich. A partia Kaczyńskiego konsekwentnie zaprowadza jakąś formę dyktatury. Na razie jest ona miękka, co wyraża się chronicznymi niedomogami samej władzy i jej wpadkami, czego by się nie dotknęła. Punktowo jednak może nękać poszczególnych polityków i obywateli szeroko pojętej opozycji i społeczeństwa.

Najwłaściwszym odporem jest zorganizowanie się w struktury stowarzyszeń, lecz i to wydaje się niewystarczające. Niecałe dwa lata temu KOD był potężny, na ulicach Warszawy potrafił protestować w liczbie przeszło 100 tysięcy uczestników, a prezesowi PiS tak drżały łydki, iż nie potrzeba było wnikliwych analiz politologicznych, aby owe drgawki dostrzec.

Równie duże były protesty w lipcu ubiegłego roku z powodu ustaw sądowniczych. Łańcuchy Światła kreowały nowych liderów opozycji społecznej, a jednak dość łatwo rozbrojony został gniew ulicy poprzez to, iż Andrzej Duda zawetował dwie z trzech ustaw i zapowiedział napisanie nowych. Protesty rozeszły się po kościach, a Duda „napisał” ustawy o treści identycznej, jak zawetowane. Tak orżnął Polki i Polaków.

Czy PiS poradzi sobie z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, który kolejny raz wychodzi na ulice w sprawie obrony kompromisu aborcyjnego obowiązującego od lat 90-tych? Niby to PiS się ugina pod presją społeczną, ale czy na pewno?

Gdy Kościół katolicki zagrzmiał, iż żadna aborcja nie jest miła funkcjonariuszom pana Boga, PiS następnego dnia zapowiedział rekomendację projektu ustawy „Zatrzymać aborcję” w komisji sejmowej – jednak bez zapowiedzi procedur jej uchwalenia. Od razu odezwało się społeczeństwo poprzez silną instytucję Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i studentów.

Kaczyńskiemu zadrżały łydki, ale też uciekł się do swojej sprawdzonej metody: orżnąć Polki i Polaków. Na Czarny Piątek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet odpowiedział zdjęciem z agendy projektu „Zatrzymać aborcję”, został wymyślony sposób orżnięcia buntu kobiet.

Orżnięcie polega na tym, iż pisowski Trybunał Konstytucyjny ma wydać wyrok, czy zgodny z Konstytucją jest trzeci wyjątek w ustawie o planowaniu rodziny, w którym dopuszcza się usunięcie ciąży ze względu na duże prawdopodobieństwo wady genetycznej dziecka.

Jeżeli Julia Przyłębska et consortes nazwą to aborcją eugeniczną będzie znaczyło, iż Trybunał Konstytucyjny wezwie parlament do zmiany prawa i uznania jakiejkolwiek aborcji za nielegalną. „Zabezpieczeniem” ma być program „Za życiem”, wg którego państwo ma wziąć na siebie ciężar wychowywania kalekich dzieci. Znaczy, że po zmianie ustawy kobiety będą zmuszone do urodzenia, a wszelka aborcja będzie bezprawna.

Tak PiS chce wykołować kobiety. Równolegle dojdzie do prowokacji, aby kompromitować liderów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Udało się to z innymi już wcześniej, czarnosecińcy Kaczyńskiego będą liczyć na sukces i w tym wypadku.

A to dla nas znaczy, iż musimy przepracować zjednoczenie społeczeństwa obywatelskiego. PiS nas dyma, bo na to pozwalamy.

PiS i Kościół mogą kobiety cmoknąć

Zwykły wpis

Prof. Magdalena Środa o głosowaniu w Sejmie ws. wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji w Polsce.

Prof. Marcin Matczak i internauci skomentowali list prezydenta Andrzeja Dudy do sędziów.

Platforma nie odpuszcza i jak poinformował na Twitterze Paweł Olszewski razem z Cezarym Tomczykiem, „przedkładają premierowi Mateuszowi Morawieckiemu interwencję ws. legalności działań SKW po imprezie Bartłomieja Misiewicza w Białymstoku”. Pytają szefa rządu: „czy Służba Kontrwywiadu Wojskowego zabezpieczyła monitoring w nocnym klubie? Na jakiej podstawie prawnej? Co się stało z tymi nagraniami? Czy Antoni Macierewicz miał na ten temat wiedzę?”.

Komentarz opatrzono zdjęciem dokumentu, zaadresowanego do premiera. Poza meritum czytamy w nim m.in., że „po incydencie w Białymstoku słowa takie jak limuzyna, ochroniarz z Żandarmerii Wojskowej, szastanie pieniędzmi, nagabywanie studentek i proponowanie pracy każdemu, kto rozpozna kim jest – stały się znakiem rozpoznawczym ówczesnego rzecznika”.

Poseł Paweł Olszewski, wspólnie z posłem Cezarym Tomczykiem wystąpili do premiera Morawieckiego z interwencją w sprawie działań Służby Kontrwywiadu Wojskowego w sprawie udziału Bartłomieja Misiewicza w opisywanej przez Fakt imprezie. Z ich informacji wynika bowiem, że funkcjonariusze mogli zostać wykorzystani do zabezpieczenia nagrań z monitoringu z klubu nocnego, gdzie bawił się ówczesny rzecznik MON. Proszą także o udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:

  • czy przedmiotowe nagrania z monitoringu zostały przez właściciela klubu WOW przekazane? Czy odbyło się to dobrowolnie czy po naciskach SKW?
  • czy działania SKW, związane z zabezpieczeniem monitoringu były zgodne z prawem?
  • czy doszło do przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy SKW?
  • czy SKW otrzymało kopię nagrania czy jego oryginał, a jeśli kopię, to czy SKW nakazała właścicielowi klubu zniszczenie oryginału?
  • jaka była podstawa prawna żądania wydania nagrań z monitoringu?
  • co SKW zrobiła z tymi nagraniami? Czy zostały one wykorzystane służbowo? Gdzie te nagrania obecnie się znajdują?
  • czy o podjęcie działań w zakresie zabezpieczenia nagrań naciskał Antoni Macierewicz czy była to własna inicjatywa zastępcy szefa SKW Marka Utrackiego?

Politycy Platformy Obywatelskiej domagają się, by premier odniósł się do tego skandalicznego wydarzenia.

O zabawie Misiewicza w Białymstoku informował wówczas „Fakt”. Ówczesny rzecznik MON na imprezę w klubie przyjechał luksusowym BMW, towarzyszył mu ochroniarz, którego przedstawiał jako funkcjonariusza Żandarmerii Wojskowej. Powołując się na relacje świadków, dziennik donosił, że Misiewicz miał kilkakrotnie nagabywać DJ-a, by ogłosił wszystkim, że tam jest. Miał próbować też podrywać bawiące się w lokalu dziewczyny, a jednej z nich podobno proponował pracę w MON.

W zasadzie należało się tego spodziewać. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu zakończyła postępowanie w sprawie wrocławskich funkcjonariuszy, którzy znęcali się na komisariacie nad Igorem Stachowiakiem i zadecydowała, że nie będą oskarżeni o nieumyślne spowodowanie jego śmierci.

Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Zatrzymany przez policję na wrocławskim rynku Igor Stachowiak, został przewieziony na komendę. Tam – kilkakrotnie rażony paralizatorem przez policjantów – zmarł.

Tymczasem oficjalny komunikat prokuratury brzmi: – „Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S.”. Z opinii biegłych z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi ma wynikać, że przyczyną śmierci była „niewydolność krążeniowo-oddechowa w przebiegu arytmii po epizodzie excited delirium spowodowanego zażyciem środków psychoaktywnych”. Biegli sporządzili ją w sierpniu. Przyczyną zgonu nie była sama obecność narkotyków w organizmie. Nie dało się też stwierdzić, że ucisk na szyję był „samoistną i bezpośrednią przyczyną zgonu”.

Biegli przyznają w opinii, że „obezwładnienie i unieruchomienie osoby z excited delirium dodatkowo nasila tę reakcję, co pośrednio może przyczynić się do zgonu”, jednak nie da się udowodnić z całą pewnością, że w tym wypadku te działania doprowadziły lub przyczyniły się do śmierci.

W tej sytuacji – jak wynika z najnowszego komunikatu śledczych – do sądu we Wrocławiu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Łukaszowi Rz., Adamowi W., Pawłowi P. i Pawłowi G., którzy pełnili służbę jako funkcjonariusze Komisariatu Policji Wrocław – Stare Miasto. – „Działając wspólnie i w porozumieniu, przekroczyli [oni – przyp. red.] uprawnienia poprzez przeprowadzenie czynności przeszukania Igora S. z naruszeniem zasad wykorzystania środków przymusu bezpośredniego”– oceniła prokuratura.

Chodzi o użycie tasera przez Łukasza Rz. wobec Igora Stachowiaka – „nieproporcjonalnie do stopnia zagrożenia, jakie stwarzał swoim zachowaniem zatrzymany, a pozostali oskarżeni swoim zachowaniem umożliwili bezpodstawne użycie Tasera X2, używając nadto wobec pokrzywdzonego słów wulgarnych, uznanych powszechnie za obelżywe”. Za znęcanie się nad zatrzymanym i przekroczenie uprawnień czterem oskarżonym grozi kara do 5 lat wiezienia.

Przypomnijmy – nagranie z komisariatu Wrocław-Stare Miasto „Superwizjer” TVN wyemitował w maju 2017 r. Na pochodzącym z 2016 r. filmie z kamery umieszczonej na paralizatorze widać, jak 23-letni Igor Stachowiak wił się z bólu na podłodze policyjnej toalety. Do nagrania dotarł reporter Wojciech Bojanowski z TVN24.

W odpowiedzi na procedowany w Sejmie obywatelski projekt „Zatrzymaj aborcję” doszło dziś w stolicy do protestów i starć pomiędzy uczestnikami demonstracji a policją.

– „Sprzed budynku Uniwersytetu Warszawskiego studenci – w grupie około 100 osób – przenieśli się przed budynek Ministerstwa Zdrowia, a następnie przed kurię. Tam zaczęli mocniej pukać do drzwi, policja zaczęła odsuwać studentów. Prawdopodobnie wylegitymowano jedną osobę (dwie lub trzy – wynika ze zaktualizowanych danych), ale nikt nie został zatrzymany” – relacjonowała dziennikarka TVN24, utrzymując, że protestujący mieli napierać na bramę Pałacu. Policjanci starali się ich odsunąć od budynku. Najprawdopodobniej wtedy próbowano wylegitymować jedną z osób, co doprowadziło do szarpaniny między młodymi działaczami i funkcjonariuszami.

„Postanowiliśmy siedzieć na ziemi w ramach protestu. Okazało się, że policja próbuje nas spacyfikować, wypychać spod drzwi kurii, do której mamy prawo przyjść, tak jak kuria ma prawo przyjść do naszych domów i zakazywać nam aborcji lub kazać naszym dzieciom, młodzieży uczyć się religii” – tłumaczył Wojciech Łobodziński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. – „Gdy policja zaczęła nas wypychać, trzy osoby rzuciły śnieżką w drzwi kurii i wtedy policjanci użyli przemocy bezpośredniej wobec nas. Uważamy, że rzucenie śnieżką to bardzo symboliczny wymiar oporu wobec Kościoła katolickiego w Polsce” – powiedział Łobodziński.

Zgromadzeni przedstawiciele Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego w porozumieniu z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet skandowali m.in. „Wolność, równość, aborcja na żądanie!”. Na piątek zaplanowana jest kolejna odsłona Czarnego Protestu, w trakcie którego środowiska feministyczne mają wyrazić sprzeciw wobec zmian w prawie aborcyjnym.

Dziś odwołano posiedzenie sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, która miała dalej debatować nad tą inicjatywą. Rzecznik Episkopatu opublikował komunikat, w którym wyraził niepokój z powodu tempa prac nad projektem „Zatrzymaj aborcję”.

Biskupi proszą o modlitwę w intencji ochrony prawa człowieka do życia. – „Niepokoi fakt przedłużania się prac parlamentarnych nad obywatelskim projektem ustawy „Zatrzymaj aborcję”” – podkreślił rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik. Przypomniał, że projekt „Zatrzymaj aborcję” otrzymał pozytywną opinię sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, a teraz jest w kompetencji Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Zaznaczył, że sprawa ochrony życia wiąże się także z pomocą, którą państwo powinno udzielać rodzicom po narodzinach dziecka, szczególnie w przypadku dzieci chorych, wymagających specjalistycznego leczenia.

Waldemar Mystkowski pisze o polityce zagranicznej PiS.

Jarosław Kaczyński ze swoim PiS-em odniósł niewątpliwy sukces. Z państwa euroentuzjastycznego Polskę zamienili na eurosceptyczną. Polacy osiągnęli poziom nawet „lepszy” niż Brytyjczycy, którzy głosowali za Brexitem. Rodacy już dzisiaj w referendum opowiedzieliby się za Polexitem. Gdyby możliwy był mecz Polexit – Brexit, to byśmy w te klocki wygrali.

W bardzo solidnych badaniach (50 tys. ankietowanych) zleconych przez Fundację im. Kazimierza Pułaskiego 32,05 proc. badanych jest za tym, żeby opuścić Unię Europejską, a tylko 28,55 proc. za zmianą polityki i dostosowaniem się do zaleceń Komisji Europejskiej.

Mit euroentuzjastycznego Polaka legł w gruzach, stał się ruiną, wystarczyły do tego 2 lata rządów PiS. Jeszcze trochę politycy PiS popracują, a „nastukamy” bez żadnych problemów Brytolom w kwestii opuszczenia Unii Europejskiej, że hej. Mateusz Morawiecki może więc pisać kolejne „Białe Księgi” pisowskich kłamstw, na które w Brukseli nikt się nie nabierze, bo on sam – co ze zdziwieniem przyjmują do wiadomości nawet symetryści z „Rzeczpospolitej” – nie ma żadnego międzynarodowego obycia, nie potrafi się poruszać na europejskich salonach, prezentuje się jako marna osobowość ze słomą w butach.

Expose ministra dyplomacji Jacka Czaputowicza było tak niedojrzałe, jak nierozpoznawalna jest jego osoba. Tyle banałów, ile wygłosił minister, grozi jeszcze większym „sukcesem” PiS w kwestii międzynarodowej pozycji Polski.

– „Nowogrodzka polityka zagraniczna” – tak celnie podsumowała Czaputowicza szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer – jest „nieudolna, nieuświadomiona, bez celu i kierunku. Bez sensu. Tylko dramatycznie groźna dla Polek, Polaków i dla Polski”. Lubnauer zacytowała Wojciecha Młynarskiego, złote myśli tego kapitalnego tekściarza przekuwają w czyn politycy z partii Kaczyńskiego: – „Bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę: Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?”.

Grzegorz Schetyna nazwał tę politykę zagraniczną „partactwem i amatorszczyzną”. Przywołał porównanie z innej półki, z Józefa Piłsudskiego o walce na wszystkie fronty, gdy Polacy zostaną sami z szablami na Placu Saskim.

Były ambasador w Kanadzie Marcin Bosacki podsumował Czaputowicza: – „Zero koncepcji. Tylko instynktowny, zaściankowy jęk: UE jest groźna. To usłyszą partnerzy. I to jest groźne dla Polski”.

Panie i Panowie, Polexit się rozpoczął, do tego prowadzi nowogrodzka polityka zagraniczna. Wszak łatwiej chwycić naród za mordę, gdy nie będzie żadnych strofowań z Brukseli, Waszyngtonu, a z gospodarzem Kremla prezes i jego następcy – Morawiecccy – zawsze przybiją sobie żółwika.

Pokażmy, że

nie zgadzamy się

na to, że PiS i KK

mogą nam mówić

jak mamy żyć!

Kościół, Kaczyńska, Kempa – trzy razy ka

Zwykły wpis

Dziennikarz Filip Lachert o działaniu Kościoła ws. całkowitego zakazania aborcji w Polsce.

Znalazłem taką oto kompozycję. Ona chyba dobrze pokazuje co chce się zrobić kobietom, które dotknie zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej.

Internauci komentują informację na temat Marty Kaczyńskiej, która po raz trzeci ma zawrzeć związek małżeński.

Przed nie lada wyzwaniem postawił się dziennikarz Radia Zet Konrad Piasecki zapraszając do studia Betę Kempę, by podyskutować z nią o bulwersującej ostatnio sprawie kosmicznych premii dla rządu.

Nie po raz pierwszy PIS-owska funkcjonariuszka gadulstwem i przekrzykiwaniem gospodarza programu, obnażyła swoją butę. Nie umiała rzeczowo wyjaśnić jak to się stało, że dla polityków przeznaczono na nagrody tak niebotyczne sumy. Nie wiadomo, dlaczego na swoją obronę zaraz na początku wołała: „Miało nie być złośliwie”, a cała rozmowa brzmiała tak jakby to do niej należała rola zadającej pytania.

W końcu – usiłując narzucić temat nerwowo dopominała się: „Kiedy pan mnie zapyta o pomoc humanitarną?” „Za trzy i pół minuty” – odpowiedział Piasecki, konsekwentnie i bezskutecznie, drążąc temat 100 dni rządu Morawieckiego.

Zagadnienia dotyczące premii dla członków rządu też wyraźnie się nie spodobały Beacie Kempie. Na pytanie odpowiadała więc pytaniem…

Pani jako szef Kancelarii Premiera podpisywała decyzje o wypłacaniu premii? – pytał dalej Piasecki…

A dlaczego pan nie był taki aktywny, pewnie pan pracował w różnych stacjach, kiedy nagrody przyznawał Donald Tusk, czy może inni – butnie broniła się Kempa.

To nie jest prawda, bo Donald Tusk nigdy nie przyznawał systemowo, comiesięcznie czy cokwartalnie premii dla członków rządu – usłyszała.

Ale to nie jest systemowo.

Nigdy tak nie było jak w zeszłym roku.

Rząd pani Beaty Szydło nie pracował w Sowie i Przyjaciele, tylko ciężko pracował, wdrażał reformy, i to wdrażał je w sposób niezakłócony. Były również efekty w gospodarce, więc nie można rządu pana Beaty Szydło porównywać do rządu pana Donalda Tuska…

Tego było już za wiele i dlatego na Twitterze zawrzało. Czym innym jest nawet i droga kolacja, a czym innym miliony na premie – argumentowali m. in. internauci kpiąc i z największym oburzeniem komentując to, że wśród premii, jakie przyznała Beata Szydło, była też nagroda dla… Beaty Szydło.

PiS jest krezusem na naszych pieniądzach. Swoich sowiecie wynagradza

Zwykły wpis

Poseł Krzysztof Brejza z Platformy Obywatelskiej postanowił dowiedzieć się, ile wyniosły nagrody dla najwyższych urzędników państwowych. Wysłał więc tuż przed końcem 2017 r. zapytanie do wszystkich ministerstw. Odpowiedzi, które do niego spłynęły, mówią sporo o tym, ile kosztuje podatnika władza PiS. Wyszły przy tym na jaw ciekawe różnice w postępowaniu ministrów, jak informuje portal NaTemat.

Z przesłanych informacji wynika, że dwóch ministrów miało gest prawdziwie szeroki. Szef resortu rolnictwa wydał na premie… blisko 6 milionów złotych. Wiadomo, że sekretarze stanu Zbigniew Babalski i Jacek Bogucki dostali po 51, 4 tys. zł, tyle samo otrzymało również trzech podsekretarzy.

Jeszcze bardziej szczodry był minister Mariusz Błaszczak. W zeszłym roku nagrody i premie w MSWiA kosztowały podatników prawie 8 mln złotych. Zważywszy na gęstniejącą atmosferę wokół resortu, aż chciałoby się zapytać, za co te nagrody?

Minister edukacji narodowej Anna Zalewska odpisała posłowi PO, że na wypłatę nagród uznaniowych dla sekretarzy stanu przeznaczono kwotę 58,5 tys. zł. brutto, dla podsekretarzy stanu natomiast 115,8 tys. zł. brutto. Nazwisk nagradzanych pracowników minister nie podała.

Nieco bardziej szczodre okazało się Ministerstwo Środowiska. Jego pracownicy w minionym roku otrzymali od ministra Jana Szyszki nagrody w wysokości 308,4 tys. zł brutto, w równo dzielonych wypłatach po nieco ponad 51 tys. zł dla każdego członka kierownictwa tego resortu. Także w tym wypadku nazwiska pozostały tajemnicą. Wiadomo tylko – z pisma adresowanego do posła Brejzy – że nagrody otrzymali dwaj sekretarze stanu i czterech podsekretarzy.

Obserwatorzy sceny politycznej i poczynań obozu rządzącego nie mają wątpliwości, że partia Jarosława Kaczyńskiego do nadchodzących wyborów dobrze się przygotuje. Na swoim blogu na portalu NaTemat Roman Giertych snuje w tym kontekście ciekawe przypuszczenia, dotyczące planów PiS względem opozycji. Jak pisze, „działania podjęte w ciągu ostatnich dwóch lat wykluczają bowiem […], aby PiS na poważnie rozważał start w wyborach bez odpowiedniego „przygotowania gruntu”. Czego należy oczekiwać jego zdaniem?

Giertych jest przekonany, że „PiS nie planuje zmiany ordynacji wyborczej w ten sposób, aby sfałszować wynik wyborczy”. Ma inny sposób. Jaki? Najprawdopodobniej zechce „wyeliminować z kandydowania osoby, które mogą poprowadzić opozycję”. Należy więc w najbliższym czasie oczekiwać, że PiS podejmie próbę „postawienia jak największej liczby zarzutów karnych politykom opozycji. Widzimy to w ostatnich tygodniach i proces ten będzie się rozszerzał. Po co PiS to robi, skoro i tak większość tych spraw skończy się spektakularnymi uniewinnieniami?” – pyta Giertych. I daje prostą, co nie znaczy banalną, odpowiedź. Jego zdaniem, końcowym procesem przejmowania Trybunału Konstytucyjnego będzie zmiana ordynacji wyborczej, która zakaże (pod szczytnym hasłem walki z przestępczością) kandydowania osobom, które mają postawione zarzuty.

Nie pomoże w tej sytuacji zarzut niekonstytucyjności tego pomysłu, gdyż – pisze Giertych – „Trybunał Konstytucyjny jest zawłaszczony przez osoby, które nie cofną się przed uznaniem za konstytucyjne czegoś wprost sprzecznego z Konstytucją. Taka metoda działania będzie też trudna do skrytykowania przez zagranicę, gdyż zawsze można użyć argumentu, że interwencja zmierza do obrony przestępców”. Efekt? PiS poprzez uległych prokuratorów (jak zapewnia autor bloga, wcale nie musi być ich wielu) wyeliminuje najważniejszych przeciwników z kandydowania.

Co zatem powinna uczynić opozycja? Giertych zachęca polityków PO do „zrewidowania swojego stanowiska w sprawie immunitetów. Instytucja immunitetu parlamentarnego została stworzona właśnie na takie czasy jak teraz” – pisze. Radzi zatem, aby za wyjątkiem spraw zupełnie skrajnych i oczywistych, PO broniła immunitetu każdego parlamentarzysty opozycji. Jak należy to rozumieć? Bynajmniej nie jako zgodę na bezkarność, ale jako „wyrażenie votum nieufności wobec obecnego upartyjnionego wymiaru sprawiedliwości”. Namawia też opozycję do działań radykalnych, w przypadku gdyby PiS próbował wprowadzić do ordynacji odmowę rejestracji kandydatów w oparciu o wspomnianą niekonstytucyjną zasadę. Mecenas zaleca wówczas postawienie sprawy na ostrzu noża. Jego zdaniem, trzeba w takim wypadku „zapowiedzieć […] wycofanie się z wyborów całej opozycji i uznanie, że PiS terrorem przejęło rządy ze wszystkimi konsekwencjami takiego stanowiska. Wówczas odpowiedzią na farsę wyborczą musiałaby być mobilizacja społeczeństwa, włącznie ze strajkiem generalnym” – pisze Giertych.

Roman Giertych przestrzega też przed fałszywym przekonaniem, że polityk, który niczego nie zrobił, nie ma się czego bać. Przytacza słynną maksymę, jakże adekwatną w czasach politycznej niepewności i ataków na demokrację: „Da mihi factum, dabo tibi ius, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: dasz mi stan faktyczny, a przepis się znajdzie. Otóż wobec każdego człowieka (a szczególnie polityka, który miał kontakt z pieniędzmi publicznymi) da się sformułować zarzut” – przestrzega Giertych. I podaje znamienny przykład: zarzut wobec prezesa NIK, że poradził kandydatowi na dyrektora NIK, aby przeczytał artykuł ze strony NIK. Otóż prokuratura uznała, że jest to… nielegalne wpływanie na procedurę konkursową, czyli złamanie art. 231 kk. I nieważne, czy w jakimkolwiek sądzie dojdzie do skazania takiej osoby, bo rzecz tkwi w czym innym. „Jeżeli jednak sam zarzut prokuratorski wystarczy do wyeliminowania z życia publicznego, to cel zostanie osiągnięty” – puentuje swój użyteczny dla opozycji wywód.

W najbliższą środę, czyli 10 stycznia, posłowie zajmą się obywatelskimi projektami zmieniającymi prawo dotyczące aborcji. Jeden z nich zaostrza, a drugi liberalizuje obowiązujące przepisy.

Najpierw odbędzie się dyskusja nad projektem liberalizującym prawo aborcyjne, przygotowanym przez komitet „Ratujmy Kobiety 2017”. Jego założenia przedstawi w Sejmie pełnomocniczka komitetu Barbara Nowacka. Projekt zakłada m.in. prawo do przerywania ciąży do końca 12. tygodnia, wprowadzenie edukacji seksualnej do szkół, darmową i łatwo dostępną antykoncepcję oraz przywrócenie dostępności pigułki „dzień po” bez recepty. Reguluje również stosowanie klauzuli sumienia przez ginekologów.

Później odbędzie się pierwsze czytanie projektu zaostrzającego prawo aborcyjne, przygotowanego przez komitet #ZatrzymajAborcję. Założenia projektu zaprezentuje pełnomocniczka Komitetu Kaja Godek. Autorzy proponowanych zmian chcą wykreślenia z obowiązującej ustawy przesłanki zezwalającej na legalne przerwanie ciąży ze względu na ciężkie wady płodu. Przypomnijmy, że poparcie dla tej zmiany już wyrazili niektórzy politycy PiS, m.in. Beata Szydło, Jarosław Kaczyński, Stanisław Karczewski. Andrzej Duda w jednym z wywiadów zapowiedział, że jeśli taka ustawa trafi na jego biurko, to ją podpisze.

O losie obu projektów Sejm może zdecydować jeszcze tego samego dnia, w bloku głosowań zaplanowanym na godz. 22.00. Jeśli tak miałoby się stać, to uczestnicy kolejnej miesięcznicy smoleńskiej będą musieli pospieszyć się, żeby zdążyć na głosowania.

Jarosław Szarek – prezes Instytutu Pamięci Narodowej – to kolejna już osoba, która domaga się zburzenia Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Nie interesują go koszty, które w związku z tym trzeba by było ponieść. – „Nie trafiają do mnie argumenty, że ten budynek – pomnik Stalina – wrósł w tkankę miasta albo że nie dałoby się go wyburzyć, bo to kosztuje. Niepodległość ma swą cenę” – powiedział w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”.

Prezes IPN w swoich zapędach idzie jeszcze dalej. Chciałby, żeby centrum Warszawy wyglądało tak, jak w 1939 r. – „Przecież obok poniemieckich ruin zniszczono potężny obszar miasta, by wybudować ten symbol sowieckiego panowania nad Polską, a obok ziejący pustką pl. Defilad w miejsce tętniącego życiem fragmentu Warszawy” – stwierdził Szarek.

Ale ma też pomysł, w jaki sposób można by pokryć koszty wyburzenia Pałacu. – „Myślę, że akurat z tym, w dobie takiego postępu technologicznego, na pewno byśmy sobie poradzili, a gdybyśmy zdołali uzyskać od Niemiec reparacje, to można je wykorzystać na sfinansowanie odbudowy budynków ulic Chmielnej, Złotej, Siennej”. Prawda, że pomysłowe?

Szarkowi marzy się – niczym prezydentowi Starzyńskiemu – Wielka Warszawa. – „Warszawa, zwana kiedyś Paryżem Północy, mogłaby odzyskać kawałek swojej duszy” – podsumował prezes IPN.

Szarek nie jest w pomyśle wyburzenia Pałacu Kultury odosobniony. Premier Mateusz Morawiecki przyznał, że marzy o tym od 40 lat, czyli zaczął, jak miał niecałe 9 lat… Wicepremier i minister kultury Piotr Gliński uważa, że to byłby dobry pomysł na uczczenie 100-lecia niepodległości Polski. Orędownikiem zburzenia Palacu od wielu, wielu lat jest także Radosław Sikorski.

W grudniu ubiegłego roku powstał nawet Społeczny Komitet Usunięcia Pałacu Stalina. Jego prezesem jest szef publicystyki TVP Info Tadeusz M. Płużański. – „W miejsce symbolu sowieckiej dominacji nad Polską i Warszawą chcemy stworzyć Polskie Centrum Kultury” – powiedział „Gazecie Wyborczej”. W Komitecie działają także m.in. Jan Pietrzak, Jan Pospieszalski i artysta plastyk Wojciech Korkuć, który zasłynął niedawno plakatami nawołującymi Niemców do wypłacenia reparacji wojennych.

To oznacza, że prokuratura będzie musiała po raz kolejny wszcząć śledztwo w sprawie przeniesienia przez PiS obrad Sejmu do Sali Kolumnowej 16 grudnia 2016 r. Sędzia Igor Tuleya uchylił umorzenie postępowania w tej sprawie. Nakazał prokuraturze m.in. zabezpieczyć wszystkie materiały z przebiegu obrad na Sali Kolumnowej, ponowne przesłuchanie niektórych świadków, dokonanie bliższych ustaleń dotyczących podziału Sali Kolumnowej na sektory i wyjaśnienie okoliczności dotyczących formularzy do obliczania głosów w sektorach oraz wyników głosowania.

Igor Tuleya napisał w uzasadnieniu, że „nie wyjaśniono w sposób przekonujący z jakiego powodu, kiedy faktycznie i kto rzeczywiście podjął decyzję o przeniesieniu obrad do Sali Kolumnowej. Wątpliwości sądu potęgują dyskusyjne okoliczności wykluczenia posła Szczerby z obrad Sejmu – która to decyzja stała się impulsem do reakcji posłów opozycji, zresztą łatwej do przewidzenia”.

Powołał się na zeznania posłanki PiS Krystyny Pawłowicz. Według Tuleyi są one kluczowe w tej „zupełnie pominiętej” przez prokuraturę kwestii. – „Pani świadek Pawłowicz zeznaje: „O tym, że tam mogą odbyć się obrady mówiono już od rana tego dnia; wiem, że ta sala była też od rana przygotowywana pod ewentualne obrady Sejmu. O tym, że obrady mogą być w Sali Kolumnowej wiedziałam na pewno już koło południa tego dnia. Była to w mojej ocenie wiedza powszechna dla posłów, którzy byli w Sejmie”. Zapewne dla posłów partii rządzącej” – stwierdził sędzia. Więcej o rozbieżnościach w tej sprawie pisano szerzej w artykule pt. „Plączą się w zeznaniach. Politycy PiS w opałach”.

Sędzia Tuleya przytoczył też zeznania jednej z pracownic Sejmu, z których wynika, że po godzinie 16, w trakcie przerwy zarządzonej przez marszałka Sejmu, otrzymała polecenie pilnego przygotowania kart do głosowania ręcznego. – „Wtedy nie było jeszcze decyzji o przeniesieniu obrad do Sali Kolumnowej, jedynie informacja, że taka sytuacja może zaistnieć” – podkreślił Tuleya.

Razem z uzasadnieniem do prokuratury wpłynęły akta sprawy. Rzecznik warszawskiej prokuratury okręgowej Łukasz Łapczyński stwierdził, że prokurator obecnie analizuje zebrany materiał dowodowy pod kątem czynności zakreślonych przez sąd.

Kaczyński zapowiada zaostrzenie prawa do aborcji, w istocie całkowity zakaz

Zwykły wpis

Jarosław Kaczyński w „Gościu Niedzielnym” zapowiedział zaostrzenie prawa do aborcji, w istocie jest całkowity zakaz aborcji.

Ten impootent gaworzy w wywiadzie dla katolickiego pisma:

Polityk odpowiada za skutki swoich działań. Jeżeli jakaś operacja, nawet całkowicie uzasadniona i moralnie w najwyższym stopniu słuszna, w ostatecznym rozrachunku w oczywisty sposób będzie prowadziła do skutków przeciwnych, to trzeba się zastanowić, jak to zrobić inaczej. PiS w żadnym wypadku nie wycofuje się z dążenia do zakazu aborcji z powodu choroby dziecka. Jednak będziemy chcieli to przeprowadzić w sytuacji, która nie spowoduje tak ostrych protestów, jak miało to miejsce jesienią”.

Sądzę, że zakaz aborcji eugenicznej ma szanse na wprowadzenie w stosunkowo nieodległym czasie, choć w nieco inny sposób, niż próbowano do tej pory”.

Kobiety już się skrzykują na portalach społecznościowych. Czarny Protest wybije parasolką prezesowi decydowanie o nie swoim brzuchu.