„Wprost” odwiedza okręg poselski Sikorskiego, a Kaczyński zapowiada w „wSieci”: „To będzie rok bardzo ciężkiej walki politycznej” [W TYGODNIKACH]

red., 28.12.2014
„Kierowca widmo” – takim mianem określa „Wprost” Radosława Sikorskiego. Dziennikarze podważają tłumaczenia Marszałka dotyczące „kilometrówek” i przeprowadzają śledztwo w jego okręgu poselskim. W „Do Rzeczy” i „wSieci” czytamy natomiast o przyszłości – tej najbliższej politycznej, ale też zupełnie odległej. Oto ostatnie w tym roku wydania tygodników.
ZOBACZ WSZYSTKIE OKŁADKI >>>

We „Wprost” reportaż z okręgu poselskiego Radosława Sikorskiego. Duet Burzyńska-Majewski wybrał się w okolice dworku Chobielin, by porozmawiać z lokalnymi urzędnikami. „Sikorskiego nie było od lat” – słyszą w Nakle dziennikarze.

W wydaniu również rozmowa z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem. Nietypowo, bo o polityce, a właściwie o politykach, którzy szczególnie często odwiedzają jego gabinet po przegranych wyborach. „Tracą władzę i popularność… Cierpią. To ma także przełożenie na ich życie seksualne” – mówi seksuolog.

Więcej we „Wprost”>>>

„Do Rzeczy” w setnym wydaniu tygodnika próbują odpowiedzieć na pytania, jak będzie wyglądała Polska i świat za sto lat. Autorzy zastanawiają się nad przyszłością chrześcijan „w kalifacie Europa”, losami Izraela czy przejściem Unii Europejskiej we władze Niemiec.

W tygodniku również o polowaniach na przeceny i psychologicznych metodach sprzedawców. „Ledwie skończył się przedświąteczny szał zakupów, a już ruszają wyprzedaże. Witryny sklepów zachęcają, że jest taniej o 30, 70, 90 proc. Tylko czy na pewno? Jakie pułapki czekają na nas w sklepach?” – czytamy w zapowiedzi numeru.

Więcej w „Do Rzeczy” >>>

Prognoza – choć skromniejsza – również w najnowszym wydaniu „wSieci”. „To będzie bez wątpienia rok bardzo ciężkiej walki politycznej. Rządzący zrobią wszystko, by władzy nie oddać. Ale my też będziemy twardo walczyć. Jest duża szansa, choć oczywiście nie pewność, że będzie to rok zwycięstwa” – zapowiada Jarosław Kaczyński na nadchodzący rok.

Z tygodnika dowiemy się też, z czego są dumni, a czego wstydzą się Polacy. Jak wskazują badania, największym powodem do dumy jest obalenie komunizmu. Uważa tak ponad 27 proc. uczestników sondażu.

Więcej we „W Sieci” >>>

Tygodnik „Newsweek” jeszcze nie opublikował zapowiedzi i okładki najnowszego wydania.

Inna twarz konfliktu w Donbasie [ZDJĘCIA AGENCJI REUTERA]>>

TOK FM

Zmarł Tomaž Šalamun, ambasador poezji

Krzysztof Siwczyk *, 28.12.2014
Tomaz Salamun w Instytucie Mikołowskim, podczas promocji swojego tomu wierszy Tomaz Salamun w Instytucie Mikołowskim, podczas promocji swojego tomu wierszy „Pora roku” (wyd. Instytut Mikołowski), w ramach Festiwalu Miłosza, maj 2013 r. (Fot. Agnieszka Sitko)

Straszne to były święta. W dzień po śmierci Stanisława Barańczaka dowiedzieliśmy się, że odszedł kolejny z najwybitniejszych współczesnych europejskich poetów.
Słoweniec był autorem szanowanym przez polskich poetów różnych pokoleń, wywarł spory wpływ na naszą lirykę ostatnich dwóch dekad. Pierwsza u nas poważna prezentacja Šalamuna, w przekładzie jego siostry Katariny Šalamun-Biedrzyckiej, to wybór wierszy z 1979 r. Ale dopiero „Straszne święta” opublikowane w połowie lat 90. ustanawiają wielkość i wpływowość Šalamuna. Oto za sprawą tego poetyckiego obieżyświata polska poezja dostaje potężnego surrealistycznego kopa i zyskuje energetyczne źródło wyobraźni.Šalamun był poetą tych dwóch żywiołów. Był poetyckim poliglotą, ambasadorem literatury swojego języka i jednocześnie ambasadorem zaświatów mowy poetyckiej. W swoich wierszach wytyczał ścieżki nieprzetarte przez język, uciekał od konwencji patosu, zwalniał lirykę z tyrtejskich dyb. Zwracał szczególną uwagę na schadzki słów, które spotykają się w wierszu na zasadach jak najodleglejszych skojarzeń i tylko w środowisku wiersza mogą rozpocząć swoje gody.

Nie kłaniał się nikomu

Nie znałem innego równie witalnego poety i człowieka. Stworzył w swoich wierszach portret obywatela świata, który światu narzuca swoją pojedynczość, sam jest architektem rzeczywistości, jest drapieżnikiem w tym „maniakalnym ogrodzie”. Silny idiom podmiotowości i egocentryczna maniera w wierszach Salamuna doskonale korespondowały z tym, co działo się w polskiej poezji po przemianach roku 1989. Ówcześni młodzi poeci szukali sobie nowych ojców założycieli jakiegoś mitu, mniej zaganianych w obowiązkach wobec ojczyzny niż choćby Zbigniew Herbert. Šalamun ten mit oferował. Udało mu się w warunkach pełnej wirtualności i ponowoczesności uchronić resztki statusu poety.

Udało mu się to dzięki autoironii i gargantuicznej pasji, z jaką oddał się pisaniu i tylko pisaniu. Nie angażował się w nic poza sztuką czystą. To musiało imponować ówczesnym debiutantom skupionym wokół pisma „bruLion”, imponowało także ich następcom. Ponadto Šalamun miał niewiarygodne rozeznanie w literaturach różnych języków, nie miał żadnych kompleksów wynikających z peryferyjności własnego języka, no i nie kłaniał się nikomu. W Ameryce (także w Meksyku, gdzie jakiś czas mieszkał) czuł się jak ryba w wodzie. Pojechał tam pierwszy raz w 1970 r., jako członek grupy artystów konceptualistów OHO. Jego związki ze sztukami plastycznymi owocowały coraz śmielszymi poszukiwaniami w obszarze literatury.

Już debiutancka książka „Poker” (1966), odsądzana od czci i wiary przez siermiężną jugosłowiańską dyktaturę, wywracała poezję słoweńską do góry nogami niczym złamane perspektywy u Picassa. Później wiersz Šalamuna już tylko się radykalizował. Był coraz bardziej pojemnym konglomeratem nihilizmu i witalizmu, konwencji i dziczy, wyobraźni i kostycznych struktur.

Poeta nienasyconego głodu życia

W latach 90. był attaché kulturalnym młodej Republiki Słowenii w Nowym Jorku. Zza oceanu doglądał interesów małego języka w globalnym żargonie. Dzięki niemu wielu znakomitych młodych autorów mogło zaistnieć na arenie międzynarodowej.

Podróżował po całym świecie, ale kartki pocztowe wysyłał zawsze z ulicy Dalmatinowej w Lublanie. Czekałem na te kartki od drugiej połowy lat 90., kiedy go poznałem w Słowenii. Później odwiedzał Polskę często. Trzy jego książki ukazały się na Śląsku, ostatnia z nich, „Pora roku”, w przekładzie jego siostrzeńca, poety Miłosza Biedrzyckiego – przed rokiem nakładem Instytutu Mikołowskiego.

Pretekstem do tej publikacji był festiwal im. Miłosza, którego Šalamun był gościem. Zanim jednak podwiozłem go z Mikołowa do Krakowa, spędziliśmy razem trochę czasu. Miał dar błyskawicznego skracania dystansu, zachowując zawsze erudycyjny sznyt. A do powiedzenia miał dużo. „Pora roku” to była książka nowego otwarcia – wszystkie pomieszczone w niej wiersze to dystychy (jeden z nich potraktuję jako symptom światła, jakie od niego biło: „Moja kosmogonia jest uporem setera. Słońca/ z podwiniętymi rękawami umacniają świat”). Ta przejrzystość formalna jeszcze silniej wyostrza niemal zwierzęcy apetyt na życie. Bo był to poeta nienasyconego głodu życia i zaspokajał go przez 73 lata. Z czasem okaże się, jak bardzo ciemno po nim będzie w literaturze, także polskiej.

* Krzysztof Siwczyk – poeta, krytyk literacki, wiceszef Instytutu Mikołowskiego, laureat tegorocznej Nagrody Kościelskich

wyborcza.pl

Ziemkiewicz miał być kandydatem Ruchu Narodowego na prezydenta. „Nie kandyduję ze względów osobistych”

WB, 27.12.2014
Rafał ZiemkiewiczRafał Ziemkiewicz (Fot. Tomasz Wawer / Agencja Gazeta)
„Gdybym się kierował sprawami publicznymi, to sądzę, że takie połączenie Ruchu Narodowego i KNP byłoby bardzo dobre dla Polski i dawałoby jakąś szansę i nadzieję. Być może rzeczywiście byłbym najlepszym człowiekiem, żeby to zrobić” – mówi Rafał Ziemkiewicz w rozmowie z „Faktem”. Publicysta ocenia, że kandydat drugiego wyboru Marian Kowalski ma „wielki potencjał”.
„Mam rodzinę, mam dzieci, muszę o nich myśleć. A ogłoszenie takiej decyzji byłoby biletem w jedną stronę. Trzeba by się pożegnać z zawodem, myśleć o życiu zupełnie innym” – tłumaczy swoją decyzję Ziemkiewicz i zauważa, że gdyby nie udało mu się osiągnąć sukcesu w wyborach prezydenckich, musiałby spróbować swoich sił w Sejmie. „Trzeba by było być takim full-time politic [pisownia oryginalna]. Ciągle się jednak przed tym wzdragam” – dodaje.„On naprawdę jest Kowalskim”

Publicysta kierował się sprawami osobistymi i – jak sam przyznaje – nie ma ambicji partyjnych, jednak chciałby „coś zmienić na lepsze”. „Uznałem, że więcej dobrego mogę zrobić jako pisarz i mam nadzieję, że rzeczywistość to potwierdzi” – wyjaśnia.

Jego zdaniem Marian Kowalski, czyli aktualny kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta, ma „ogromny wizerunkowy potencjał”, bo wiele osób się z nim utożsamia i – wbrew temu, co twierdzą komentatorzy – „może coś w tych wyborach ugrać”. „Prawie w każdej miejscowości jest taki Kowalski, który wygląda jak Marian Kowalski, myśli jak Marian Kowalski, tak że uważam, że to kandydat, który (…) ma coś do powiedzenia Polakom” – mówi.

Prawdziwe czy sztuczne – wszystkie piękne! [WIELKA GALERIA CHOINEK]>> 

TOK FM

TYDZIEŃ W SZCZUJNIACH, CZYLI ŚWIĄTECZNY WYSYP CHAMSTWA

Wojciech Czuchnowski, 26.12.2014
Łukasz WarzechaŁukasz Warzecha (Fot. Kamil Wróblewski / TOK FM)
„W przypadku szefowej polskiego rządu elegancja mnie nie obowiązuje. Czuję się z niej zwolniony przez samą Ewę Kopacz” – tak zaczął felieton w wigilię Wigilii Łukasz Warzecha.To tak na wszelki wypadek, by nikt nie zarzucił mu, że jest po prostu chamski wobec kobiety, którą atakuje za pomocą argumentów rodem z samouczka szowinisty. Czego tu nie ma… „Ewa Kopacz jest już tak naciągnięta za uszami, że z powodu skośnych oczu zaczyna przypominać Japonkę” – pisze Warzecha, który naciągnięty nigdzie nie jest i w ogóle może robić za wzorzec męskiej urody.Poza tym Kopacz jest „dramatycznie niewydolna intelektualnie. To mniej więcej podobny poziom co zarządzanie szpitalem. Tusk wystawił na premiera Kopacz, całkowicie świadomie biorąc pod uwagę jej zdolności umysłowe, a właściwie ich brak”- stwierdza publicysta, który swoją intelektualną wydolność przez lata prezentował na łamach „Faktu”, w sąsiedztwie nagich biustów i newsów o cielętach z dwoma głowami.Dla Warzechy, dumnego i pozbawionego kompleksów syna ziemi łódzkiej, Ewa Kopacz to „ograniczona umysłowo” i „płytka intelektualnie” „prowincjonalna lekarka z kompleksami”. Swój wywód Warzecha podsumowuje stwierdzeniem, że „nie widzi żadnego powodu, żeby stosować wobec niej nie tylko taryfę ulgową, ale też, żeby otaczać ją szacunkiem, jaki należy się każdej kobiecie w prywatnych relacjach”. Bo zdaniem Warzechy: „Kopacz na ten szacunek zasługuje w takim samym albo nawet mniejszym stopniu co wiejski głupek aspirujący do roli prezydenta”.Warzecha nie jest sam. Przed nim sygnał, że wobec Ewy Kopacz można być chamem, dał Witold Gadowski (stefczyk.info) Nie omawiał urody szefowej rządu, ale od razu walnął z grubej rury: „Jakaś Kopacz zostaje premierem mojego kraju. Rządziły tu już takie kreatury jak Bierut czy Gomułka, więc i Kopacz się zmieści. Czym bowiem taka była ZSL-ówa i pupilka prowincjonalnego sekretarza PZPP różni się od jakiegoś Wincentego Kraśko, Edwarda Babiucha albo Waldemara Świrgonia?”- pyta nieprowincjonalny (urodzony w Zakopanem) Gadowski i sam sobie odpowiada: „Właściwie niczym, taka sama – gminna – maniera, takie same przaśne, ubogie słownictwo, taki sam kurzy móżdżek. Taki sam też tępy, folwarczny pęd do pieniędzy i kariery. To, że taka Kopacz zostaje premierem, świadczy jedynie o stanie państwa i fatalnej, acz wstydliwej, chorobie, która toczy jego samozwańcze elity”. Jak diagnozuje felietonista wielkomiejski Gadowski: „Pospólstwo i czerń istniały zawsze i zawsze też korzystały z nich reżimy, które usiłowały Polakom odebrać wolność. Jest ich wielu. Aktorzy, artyści i wszelakiego płazu sprostytuowani myśliciele gotowi są zjadać własne języki byle tylko nie spojrzeć na ‚zjawisko Kopacz’ w jego właściwych proporcjach”. Gadowski wie, że „osoba z folwarku wiele musi uczynić, aby nabrać nieco poloru i ogłady, a Kopacz wcale nawet tego nie chce. Ona już taka, jaka teraz jest, została kanonizowana przez „GW” i tefauen. Chamy z telewizyjnych studiów odnalazły właściwą sobie idolkę”. I dalej: „Jej „duchowość”, jej ‚styl’, jej tępa, zupełnie nieświadoma siebie, folwarczność sprawiają, że Polak wstydzi się za swój kraj, wstydzi się, że ktoś taki reprezentuje nas na zewnątrz”, kończy publicysta, który nie jest nawet pewien, czy „pani premier” potrafi „poprawnie jeść nożem i widelcem”. On na pewno potrafi.

Najnowszy głos w tym chórze należy do Stefana Truszczyńskiego. W Wpolityce.pl wyznaje, że sam „ma w domu dość dużą ilość kobiet”, co daje mu podstawę do sądów w sprawie kobiecej urody. Zatem rozważa: „Czy nasza premier jest sexy? Nie wiadomo, ale o zewnętrzne walory stara się jak może. W końcu jest szczupła, wcięta w talii, a teraz jeszcze ten lifting. I te wybałuszone oczy, a za uszami poorana czacha”.

Uff… dosyć, bo od czytania tego „czacha dymi”.

Widać, że „niepokorni” uznali, że w nagonce na Ewę Kopacz nie są potrzebne żadne hamulce. A że potok chamstwa wylali z siebie – po chrześcijańsku – w świąteczny czas? Widocznie tak trzeba. „Niepokorni” wiedzą lepiej.

W końcu to oni wymyślili pojęcie „przemysł pogardy”.

wyborcza.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s