Małgorzata Sadurska ma szansę zostać Misiewiczem w spódnicy

Data publikacji: 06.06.2017

Jeśli szefowa Kancelarii Prezydenta Małgorzata Sadurska chce się sprawdzić w biznesie, to niech idzie do prywatnej firmy, a nie do spółki kontrolowanej przez skarb państwa. Ale tam nie zostałaby wiceprezesem, z pensją 90 tys. złotych miesięcznie.

Kiedyś Staszek (Dobrzański – były minister obrony z PSL) chciał się sprawdzić w biznesie i został prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Teraz w jego ślady chce pójść Małgosia (PiS – szefowa Kancelarii Prezydenta), która według medialnych doniesień ma wejść do zarządu PZU – największego polskiego ubezpieczyciela. Wyjątkowo to głupie i gorszące praktyki, żeby polityk bez doświadczenia w biznesie wchodził do zarządu wielkiej spółki kontrolowanej przez Skarb Państwa tylko dlatego, że jego kumple są przy władzy.

Dziwię się, że żaden polityk PiS jeszcze nie zdementował informacji, że Sadurska ma zostać wiceprezesem PZU z pensją 90 tys. złotych miesięcznie. W kampanii wyborczej PiS obiecywał koniec z kolesiostwem w spółkach i była to jedna z głównych obietnic wyborczych tej partii. Tym PiS miał się różnić od PO i innych ekip. Hipokryzję PiS mogliśmy obserwować na przykładzie Misiewicza, który bez kompetencji zajmował kolejne stanowiska tylko dzięki temu, że cieszył się zaufaniem szefa MON Antoniego Macierewicza. Takie przypadki można mnożyć.

Sadurska. Koleżanka Szydło

Sadurska może stać się Misiewiczem w spódnicy, bo podobnie jak ten w spodniach – nie ma żadnych kompetencji do tego, by zasiadać w zarządzie PZU. Nigdy nie pracowała w biznesie. Ukończyła prawo i administrację oraz podyplomowe studia z zarządzania i organizacji. W latach 2002-05 była członkiem zarządu powiatu puławskiego, a później posłanką PiS. Ale brak kompetencji to nie problem, skoro spółkę nadzoruje osobiście premier Beata Szydło, dobra koleżanka Sadurskiej. W poprzedniej kadencji Sadurska – podobnie jak wielu polityków PiS – z sejmowej trybuny piętnowała kolesiostwo w spółkach pod rządami koalicji PO-PSL. W listopadzie 2013 roku pytała polityków Platformy o opublikowaną przez „Puls Biznesu” listę 428 członków partii i ich znajomych pracujących w spółkach i instytucjach państwowych. – Ta lista to jest wierzchołek góry lodowej. My wiemy, że ta lista jest dużo, dużo szersza – mówiła. Dziś, gdy PiS jest przy władzy, można by zrobić podobną listę, ale o wiele dłuższą. PiS w obsadzaniu spółek swoimi bije na głowę poprzedników. Politycy tej partii nawet się z tym nie kryją. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski, pytany o żonę ministra Ziobry zatrudnioną w spółce podległej PZU i innych działaczy na państwowych posadach, powiedział kiedyś wprost: „oni gdzieś muszą pracować”.

Część dziennikarzy porównuje przypadek Sadurskiej ze sprawą Igora Ostachowicza, PR-owca byłego premiera Donalda Tuska, który miał wejść do zarządu Orlenu. Jednak gdy sprawę nagłośniły media, Ostachowicz pod naciskiem ówczesnej premier Ewy Kopacz zrezygnował z posady. Czy tak samo będzie z Sadurską? Na razie politycy PiS nabrali wody w usta. Szefowa gabinetu premiera Elżbieta Witek, pytana, czy to prawda, że Sadurska wejdzie do zarządu PZU, nie chciała odpowiedzieć wprost, ale zapewniała, że „jest ona bardzo przedsiębiorcza”. Rzecznik rządu Rafał Bochenek ocenił, że „każdy polityk ma prawo do rozwoju zawodowego”.

Takie komentarze to robienie z ludzi idiotów. Jeśli Sadurska chce z polityki przejść do biznesu, to proponuję, by zaczęła od prywatnej firmy. To byłby najlepszy sprawdzian jej kompetencji. Ale tam z pewnością nie zostałaby na początek wiceprezesem z pensją 90 tys. złotych miesięcznie.

newsweek.pl

WTOREK, 6 CZERWCA 2017

PEK: Ktoś zdecydował, że w tych trudnych warunkach ten samolot ma wylądować

20:42

PEK: Ktoś zdecydował, że w tych trudnych warunkach ten samolot ma wylądować

Przecież nie byłoby tych ciał, gdyby nie było katastrofy. Ktoś musiał zdecydować, że lądują w tak ekstremalnych warunkach. Jeśli w nagraniu z czarnej skrzynki kilka czy kilkanaście minut przed lądowaniem słyszymy, że decyzja nie jest jeszcze podjęta, to ktoś tę decyzję podjął. Ktoś zdecydował, że w tych trudnych warunkach ten samolot ma wylądować. To dzisiaj trzeba pytać, dlaczego tak się stało i jakie były szczególne okoliczności? – mówiła Ewa Kopacz w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24.

20:29

PEK: Nie byłam w momencie, gdy układano szczątki w trumnach. W tym czasie zajmowałam się rodzinami

Prokurator Pasionek był w Moskwie. To nie było tak, że on nagle zjawił się jako osoba, która przed Polakami i Polkami relacjonowała, jaki jest wynik ekshumacji. W związku z tym te obrazki są wstrząsające (…) Byłem w Moskwie i w przeciwieństwie do innych, którzy nie chcieli tego oglądać, widziałam i byłam wstrząśnięta – tak, jak każdy członek rodziny identyfikować swoich bliskich – mówiła Ewa Kopacz w rozmowie z Moniką Olejnik w „Kropce nad i” TVN24.

Nie byłam w momencie, kiedy wkładano te dłonie do trumien i wtedy, kiedy te szczątki układano w tych trumnach. W tym czasie zajmowałam się tymi, którzy mieli te ciała oglądać– dodała.

300polityka.pl

PiS zapętla się w paragrafach – tak powstaje bezprawie

PiS zapętla się w paragrafach - tak powstaje bezprawie

Roman Giertych we wpisie na Facebooku zwraca uwagę, dlaczego uchwała Sądu Najwyższego, stwierdzająca bezprawność ułaskawienia przez Andrzeja Dudę Mariusza Kamińskiego i jego współpracowników, spowodowała rwetes w obozie PiS. Duda jest w tym wypadku elementem drugorzędnym. Prezes każą, Duda musi jak na Rusi.

Otóż posłowie PiS skazani nieprawomocnie w I instancji wycofali swoje apelacje po ułaskawieniu przez Dudę, a postępowanie zostało umorzone przez sąd okręgowy. Jednak po obecnym stanowisku Sądu Najwyższego, iż ułaskawienie nie ma przesłanki prawnej, tenże Sąd Najwyższy w składzie 3-osobowym wypowie się o umorzeniu postepowania w sądzie okręgowym.

Jeżeli decyzja o umorzeniu zostanie uchylona, automatycznie – podkreślenie: automatycznie – wyroki w stosunku do Mariusza Kamińskiego i jego zastępcy z CBA Wąsika będą prawomocne. Czyli mają zastosowanie kary bezwzględnego więzienia, dla Kamińskiego – 3, dla jego współpracowników – po 2,5 roku. Przestępcy nie mogą być posłami, a zatem ich mandaty powinny być wygaszone. – „Brak ich wygaszenia będzie skutkował brakiem prawidłowej obsady składu Sejmu RP. Konsekwencje więc są gigantyczne. Z tych powodów uchwała SN została przyjęta z tak wielką złością przez obóz władzy” – pisze Giertych.

To jednak nie wszystko, bo PiS chce znowelizować kodeks postępowania karnego, w którym prawo łaski zyskałoby miano „bezwzględnej przesłanki”. Ta nowela umożliwiłaby zablokowanie uchwały Sądu Najwyższego. A zatem prawo łaski dotyczyłoby procedur postępowania, a tym samym prezydent niejako byłby sądem. W tym wypadku PiS postępuje podobnie jak z prawem pisanym pod demolkę Trybunału Konstytucyjnego.

Poseł Platformy Obywatelskiej Marcin Kierwiński komentuje: – „Kolejny raz PiS chce zmieniać prawo pod bieżące potrzeby swoich członków. Zmiana ma ułatwić Mariuszowi Kamińskiemu pozostanie ministrem ds. służb specjalnych. Widać, że wola naczelnika z Nowogrodzkiej ma zastępować sądy”.

PiS coraz bardziej zapętla się w paragrafach. Coraz mniej przejrzystego prawa, a coraz więcej bezprawia, tj. woli prezesa.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Kaczyński premierem zamiast Szydło?! Ujawniamy, kto może odejść z rządu!

fakt, 06.06.2017

© PAP/Paweł Supernak

 

Czy Jarosław Kaczyński (68 l.) stanie na czele rządu, czy raczej Beata Szydło (54 l.) zachowa stanowisko? Czy będzie gruntowna rekonstrukcja Rady Ministrów, czy tylko zmiany kosmetyczne? Emocje w Prawie i Sprawiedliwości sięgają zenitu. Wszystko przez lipcowy kongres, który ma być nowym otwarciem dla partii rządzącej.

– W centrum wszechświata ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły, kierownik myśli, który scenariusz będzie najkorzystniejszy – mówi poseł PiS. Centrum wszechświata to oczywiście siedziba partii przy ulicy Nowogrodzkiej, a kierownik to Jarosław Kaczyński.

Niektórzy jego współpracownicy namawiają prezesa, aby przejął rządowe stery, inni twierdzą, że to jeszcze nie pora na szefa partii. Ten ostatni na razie zdaje się przychylać do drugiego wariantu. Po pierwsze dlatego, że sam nie ma ochoty na premierowanie. Po drugie uważa, że jeszcze nie ma potrzeby wyjmowania asa z rękawa. Nie zapadła również ostateczna decyzja co do wymiany ministrów. Prezes podejmie ją przed samym kongresem. Poniżej opisujemy możliwe warianty.

Dlatego teraz partia żyje możliwymi zmianami, a gorzej oceniani ministrowie czekają na wyroki. To stałe zagranie prezesa Kaczyńskiego, który lubi utrzymywać polityków w stanie niepewności.

– Drżą całe ekipy. Przecież wiadomo, że jak leci minister, lecą wszyscy jego ludzie i protegowani z podległych urzędów. Więc dygot zatacza naprawdę szerokie kręgi – mówi jeden z ważnych działaczy PiS.

Inny z polityków dodaje, że taki stan – rekonstrukcyjnych gorączek – jest bardzo wygodny dla prezesa. Wtedy bowiem pojawiają się lawiny donosów (a prezes lubi wszystko o wszystkich wiedzieć) oraz publikacje o sukcesach albo wtopach poszczególnych polityków. A to z kolei pozwala także rozszyfrować, kto z kim gra.

CO SIĘ ZMIENI PO KONGRESIE PIS?

WARIANT PIERWSZY: WYMIANA SZEFA RZĄDU

Beata Szydło (54 l.) traci stanowisko, a premierem zostaje Jarosław Kaczyński. Ze stanowiskami żegna się również spora część Rady Ministrów. Co w takim wypadku stanie się z obecną szefową rządu?

Część polityków Prawa i Sprawiedliwoci spekuluje o możliwości objęcia przez Szydło funkcji marszałka Sejmu – napisała o tym „Rzeczpospolita”. Sama zainteresowana dementuje te informacje.

„By nie tracić czasu na rewelacje redaktorów, informowanych przez dobrze poinformowane źródła, informuję, że nie będę marszałkiem” – napisała szefowa rządu na Twitterze. Swój wpis zakończyła uśmiechniętą buźką.

Żarty żartami, ale w części partii rządzącej poszukiwania posady dla Szydło traktowane są całkiem poważnie. Są politycy, którzy widzą premier na jakimś europejskim stanowisku. Jakim dokładnie? Trudno powiedzieć, bo sezon na zmiany na unijnych szczytach jeszcze daleko. – W tej chwili nie ma też klimatu na pozbywanie się Szydło, bo całkiem nieźle sobie radzi.

Powstaje pytanie czy naczelnik odważy się na wyrzucenie Antoniego Macierewicza. Wtedy tak drastyczna rekonstrukcja miałaby sens. To duża cena za jednego gościa, ale może warto – zastanawia się polityk PiS. W razie takiego scenariusza ze stanowiskami pożegnaliby się również najgorzej oceniani szefowie resortów. – W takim scenariuszu nikt nie jest bezpieczny oprócz Elżbiety Rafalskiej (szefowa resortu rodziny – przyp. red.) i ministrów koalicyjnych, choć i zmiany w gronie tych ostatnich prezes mógłby próbować wymusić – ocenia współpracownik Kaczyńskiego. Ministrowie koalicyjni to Jarosław Gowin (56 l.), Zbigniew Ziobro (47 l.) i Anna Streżyńska (50 l.).

WARIANT DRUGI: ZMIANY W MINISTERSTWACH

Jeśli do zmiany premiera nie dojdzie i tak możliwa jest rekonstrukcja gabinetu Beaty Szydło (54 l.). Stanowiska mieliby stracić rządowi słabeusze.

O możliwych dymisjach mówiła zresztą podczas specjalnego posiedzenia rządu sama premier

Beata Szydło, kiedy dyscyplinowała członków swojego gabinetu i domagała się od nich lojalności oraz skupienia się na pracy, która da efekty, a nie na budowaniu własnych pozycji i solowej grze.

Niektórzy szefowie resortów mogą stracić fotele nie tylko w efekcie oceny, ale również za sprawą zmian strukturalnych.

Mateusz Morawiecki (48 l.) może przejąć kolej i drogi. Obecny minister infrastruktury Andrzej Adamczyk (58 l.) nie radzi sobie z problemami PKP, a program Mieszkanie+ ugrzązł. Kolejnymi ofiarami mogą być ministrowie środowiska i energii. W rządzie coraz głośniej o połączeniu tych dwóch resortów i powołaniu na „połączony fotel” kogoś całkiem nowego. Kogoś, kto mógłby zatrzeć fatalne wrażenie, jakie wspomniana dwójka zrobiła w Brukseli podczas wojny o limity emisji dwutlenku węgla. Wreszcie włączenie ministerstwa zdrowia do królestwa Elżbiety Rafalskiej. Za politykę zdrowotną w takim superresorcie miałby odpowiadać Jarosław Pinkas (62 l.). To były wiceminister zdrowia, który opuścił Konstantego Radziwiłła (59 l.) aby po chwili odnaleźć się w Kancelarii Premiera.

TO SZEF PIS PRZESĄDZI O ICH DALSZEJ KARIERZE:

1. Antoni Macierewicz: Podpadł prezesowi PiS, m.in. broniąc swojego pupila Bartłomieja Misiewicza. Teraz i jego nazwisko pojawia się na tzw. liście rekonstrukcyjnej, czyli ministrów do wymiany.

2. Beata Szydło: W PiS mówi się, że może stracić po kongresie fotel. Co dalej? Jak nie w rządzie, członkowie PiS widzą ją np. na wysokim unijnym stanowisku.

3. Konstanty Radziwiłł: To jeden z najsłabiej ocenianych ministrów. Żadnej z jego reform systemu nie udało się jeszcze wprowadzić w życie.

4. Mateusz Morawiecki: Jeszcze niedawno jego kandydatura była rozpatrywana w kontekście stanowiska premiera. Teraz nie ma najlepszych notowań u prezesa PiS. Być może dostanie część resortu infrastruktury.

5. Marek Kuchciński: Marszałek Sejmu nie sprawdził się w czasie kryzysu sejmowego pod koniec zeszłego roku. Już kilka miesięcy temu mówiło się, że mogłaby go zastąpić Beata Szydło. Ona sama zaprzecza.

Magdalena Rubaj, współpraca: BURZA

msn.pl

WTOREK, 6 CZERWCA 2017

Gowin o wniosku PO: Z czystym sumieniem będę występował w obronie Błaszczaka

19:35

Gowin o wniosku PO: Z czystym sumieniem będę występował w obronie Błaszczaka

Takie jest prawo opozycji, żeby składać wnioski przeciwko poszczególnym ministrom. Tak, z czystym sumieniem będę występował w obronie ministra Błaszczaka i wszyscy wiedzą, jak się to głosowanie skończy. Nie widzę żądnych podstaw do tego, żeby obarczać ministra Błaszczaka odpowiedzialnością za rzecz niewybaczalną, która musi być wyjaśniona do końca niezależnie od tego, jak bolesna byłaby czy dla policji czy dla nas jako obozu politycznego. Jestem przekonany, żę Błaszczak zrobi wszystko, żeby tę sprawę wyjaśnić, a osoby winne pociągnąć do odpowiedzialności – mówił Jarosław Gowin w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po faktach” TVN24. Jak dodał, zarzuty wobec Błaszczaka są całkowicie bezpodstawne.

17:28

Schetyna: PO jutro złoży wniosek o wotum nieufności wobec Błaszczaka

W zeszłym tygodniu apelowaliśmy do premier Szydło o odwołanie ministra Zielińskiego, osoby, która jest odpowiedzialna m.in. za policję, której aktywności w fatalny sposób odbijają się na skutecznym i niezależnym funkcjonowaniu wszystkich służb mundurowych, ale szczególnie policji. Mówiliśmy o tym bardzo wyraźnie, że ze śmiercią Igora Stachowiaka na komisariacie we Wrocławiu, z innymi bulwersującymi sprawami, które dzieją się w całym kraju, oczekujemy tej dymisji. Nie ma tej dymisji, do dzisiaj jej nie ma, więc jutro złożymy wniosek o wotum nieufności dla ministra Błaszczaka. Uważamy, że on jest odpowiedzialny za te karygodne rzeczy, które dzieją się w polskiej policji, za to, że mundur polskiego policjanta jest hańbiony przez takie zachowanie jak te, które widzieliśmy, który dokumentował tragiczne sceny, obrazy sytuacji na komisariacie. Nie będzie zgody na to i będziemy bronić polskiej policji i polskiego policjanta, eliminując z policji czy z nadzoru nad policją takich ludzi jak Błaszczak czy Zieliński – stwierdził Grzegorz Schetyna na konferencji w Lublinie.

11:24

Karczewski: PEK po tym, co widzimy, co się dzieje, powinna powiedzieć „przepraszam” i wycofać się z polityki

Ewa Kopacz jest politykiem nierzetelnym, oszukiwała, mnie sama osobiście kiedyś oszukała. Tutaj oszukała społeczeństwo. Nie biorę tych słów poważnie. Ewa Kopacz po tym, co widzimy, po tym, co się dzieje tak naprawdę powinna powiedzieć „przepraszam” i wycofać się z polityki – mówił Stanisław Karczewski w „Kwadransie politycznym” TVP1. Jak dodał:

„Była przecież najwyższym przedstawicielem władz polskich, który udał się do Moskwy i reprezentowała tak naprawdę rząd. Nawet jeżeli pojechała jako wolontariusz. Jej wyjazd tak naprawdę nie był nastawiony tylko na pomoc, ale to była gra polityczna i to widać. To był PR, chciała na tym zyskać kapitał polityczny”

To, co robiła Ewa Kopacz, należy podzielić i oddzielić to, co zrobiła dobrze. Wiem, że się tymi rodzinami bardzo dobrze zajmowała. Rozmawiałem z wieloma osobami, które jej dziękowały, natomiast nie wszystko, co robiła, było dobre, a niestety był taki element i bardzo duża ilość rzeczy zrobiona bardzo źle przez panią premier Kopacz – stwierdził marszałek Senatu.

Jak dodał, Kopacz kłamała, oszukiwała i wprowadzała ludzi w błąd.

300polityka.pl

Średniowieczne leki nas ocalą? Mikstura z tysiącletniej księgi działa lepiej niż antybiotyki!

Aleksandra Postoła, 06 czerwca 2017

Licząca tysiąc lat księga 'Bald's Leechbook', w której znajduje się wiele recept na leki przeciw różnym infekcjom, zapaleniom czy bólom. Jej jedyna kopia przechowywana jest w Bibliotece Brytyjskiej w Londynie

Licząca tysiąc lat księga ‚Bald’s Leechbook’, w której znajduje się wiele recept na leki przeciw różnym infekcjom, zapaleniom czy bólom. Jej jedyna kopia przechowywana jest w Bibliotece Brytyjskiej w Londynie (British Library)

Brytyjscy naukowcy przygotowali miksturę według przepisu, który znaleźli w jednej z najstarszych średniowiecznych ksiąg medycznych. To był lek na jęczmień. Okazało się, że działa. I to zdumiewająco dobrze!

Weź taką samą ilość czosnku i innej rośliny z tego gatunku. Dokładnie rozdrobnij. Weź taką samą ilość wina i żółci wołowej. Składniki wymieszaj w mosiężnym naczyniu. Odstaw na dziewięć dni i nocy. Odciśnij i oczyść wywar. Teraz tę miksturę możesz użyć do leczenia ropnia powieki, czyli jęczmienia, wywoływanego przez bakterie gronkowca złocistego.

Przepis ma co najmniej tysiąc lat i spisany został w staroangielskiej księdze medycznej „Bald’s Leechbook”, której jedyna kopia przechowywana jest w Bibliotece Brytyjskiej w Londynie.

Co w tej recepcie takiego niezwykłego? To, że wciąż działa. Ba, działa nawet lepiej niż współczesny antybiotyk stosowany do zwalczania groźnego szczepu gronkowca.

Antybiotyki nie dają rady

Jednym z największych wyzwań współczesnej medycyny jest rozwiązanie problemu antybiotykooporności. Światowa Organizacja Zdrowia określiła w oświadczeniu wydanym w 2016 roku, że jest to wzrastające i bardzo poważne zagrożenie dla zdrowia publicznego. Historia antybiotyków to seria sukcesów, kiedy udawało się wynaleźć nową broń, ale także szybko następujących po nich rozczarowań, kiedy bakterie w odpowiedzi rozwijały oporność.

>>Narodził się mikrob, na którego nie działa już absolutnie nic. Zabił kobietę w USA

Dzisiaj z powodu antybiotykooporności umiera rocznie ok. 700 tys. ludzi na świecie. Jeśli nie uda się wynaleźć skutecznych środków, szacuje się, że w połowie stulecia może to być nawet 10 mln ludzi rocznie.

Możemy wrócić do punktu, kiedy kobiety umierały przy porodach, a każda operacja wiązała się ze śmiertelnym ryzykiem z powodu zakażeń.

>>ONZ idzie na wojnę z superbakteriami

Naukowcy chwytają się każdego sposobu, który daje najmniejszą szansę na rozwiązanie problemu antybiotykooporności. Dlatego międzynarodowy zespół uczonych różnych dziedzin, od badaczy średniowiecza po mikrobiologów, zabrał się za przeglądanie najstarszych manuskryptów, aby sprawdzić, jak dawni medycy radzili sobie z infekcjami bakteryjnymi. Swój projekt nazwali „AncientBiotics”.

Historyk, mikrobiolodzy i pijawki Łysego

Christina Lee, historyk epoki Anglosasów i wikingów na Uniwersytecie Nottingham, nigdy nie kojarzyła średniowiecza z okresem zacofania i upadku we wszystkich dziedzinach. Nie zgadza się z pejoratywnym mówieniem o średniowieczu jako o wiekach ciemnych.

– Według mnie ówcześni uczeni byli pragmatyczni. Posługiwali się wiedzą i metodologią opartą na wieloletnich eksperymentach i obserwacjach – mówi w rozmowie z „Wyborczą” Lee. Zawsze fascynowała ją medycyna średniowieczna, jak w tamtych zamierzchłych czasach radzono sobie z chorobami, jakie metody stosowano i na ile były one skuteczne.

Odpowiedzi poszukiwała w średniowiecznych manuskryptach. Jednym z nich jest licząca tysiąc lat księga „Bald’s Leechbook”. We współczesnym angielskim tłumaczeniu tytuł brzmi groteskowo, coś jak „Księga pijawek Łysego”. Ale jak wyjaśnia Lee, Bald (łysy) musi oznaczać autora książki, a „leech” w staroangielskim znaczyło medyk, znachor i prawdopodobnie od tego pochodzi współczesne słowo oznaczające pijawkę. Jako że pijawki od wieków stosowano w medycynie.

Freya Harrison, mikrobiolog, poznała Christinę Lee, gdy na słynącym z badań średniowiecza Uniwersytecie Nottingham zapisała się na zajęcia z języka staroangielskiego, aby nieco lepiej poznać tamtą epokę (obecnie pracuje na Uniwersytecie Warwick). Szybko się okazało, że ich wzajemne zainteresowania mogą zaowocować niezwykłymi badaniami. Z kolei z Freyą pracował Stephen Diggle, mikrobiolog i pasjonat historii, który także pewnego dnia zadał sobie pytanie: czy ludzie średniowiecza mieli jakieś środki przeciw infekcjom?

W ten sposób badacze dwóch pozornie bardzo odległych dziedzin usiedli wspólnie nad jedną z najstarszych w historii ksiąg medycznych, poszukując w niej przepisów, które być może przetrwały próbę czasu.

W księdze tej znajduje się wiele recept na leki przeciw różnym infekcjom, zapaleniom czy bólom. Uwagę badaczy przykuł jeden, który autor dzieła określił jako „najlepszy lek”. To ich zaintrygowało. Dalszy opis mówił, że mikstura jest stosowana do leczenia zakażeń powieki, więc domyślili się, że chodzi o jęczmień wywoływany przez bakterie gronkowca złocistego.

Jak rozszyfrować ten przepis?

Nie było łatwo odtworzyć przepis spisany przed tysiącem lat. Przede wszystkim jego treść jest dosyć lakoniczna, jakby autor zakładał, że wykonawca będzie się znał na rzeczy. – Nie podano dokładnych ilości składników, a jedynie napisano, żeby wziąć taką samą ilość czosnku i innej rośliny z tego gatunku – mówi Lee. Jaką ilość? Objętość? Wagę? To samo napisano o równej ilości wina i żółci wołowej. Ale czy taką samą jak poprzednich składników?

Kolejna zagadka dotyczyła roślin. Czy te dziś uprawiane mają nadal taki sam skład chemiczny jak przed wiekami? Jakie wino było produkowane tysiąc lat temu i czy współcześnie ma z nim coś wspólnego?

Frei Harrison udało się dociec, iż opactwo św. Marii w Glastonbury, w którym spisano manuskrypt, już wtedy prowadziło uprawę winorośli i produkowało wino. Do dziś na tych samych ziemiach uprawia się winorośl, więc Freya tam się udała po butelkę białego Pennard Organic.

Po długich dyskusjach w laboratorium zespół zdecydował się użyć równych objętości wszystkich wymienionych w recepcie składników. Ustalono, że będzie to 25 ml. Kolejne wątpliwości budziło sformułowanie: inna roślina z gatunku czosnku. W końcu zdecydowano się przygotować dwie różne mikstury. Do jednej dodano cebulę, do drugiej pora. Obie rośliny są znane z silnych właściwości antybakteryjnych.

Kiedy Harrison i jej współpracownicy zabrali się do krojenia składników i ugniatania w moździerzu, pojawił się kolejny problem. Nie mieli mosiężnego naczynia. Obeszli to, dodając do mieszanki kilka mosiężnych blaszek.

Zastanawiali się, jakie znaczenie może mieć użycie mosiądzu. Wiadomo, że miedź ma właściwości zapobiegające rozwojowi bakterii. Być może ten fakt był ważny dla samego leku, ale być może chodziło o to, żeby naczynie było sterylne. Pamiętajmy, w jakich czasach lek był preparowany.

Żeby się przekonać, na ile istotne jest ścisłe przestrzeganie przepisu, zespół Harrison przygotował kilka różnych wersji burej mikstury. Na przykład w jednej pominięto czosnek, w innej cebulę albo pora, w jeszcze innej wino albo żółć.

Potem przyszedł czas na sprawdzenie skuteczności średniowiecznego specyfiku. W tym celu wyhodowano błonę biologiczną gronkowca złocistego, czyli złożone wielokomórkowe struktury bakterii, które są trudne do zniszczenia przez antybiotyki. Na każdą z próbek nałożono inny rodzaj mikstury, żeby sprawdzić, która jest najskuteczniejsza.

Okazało się, że kluczowe znaczenie ma czas przechowywania, bo zgodnie ze średniowiecznym przepisem końcową miksturę powinno się odstawić na dziewięć dni.

Świeży lek był kilkukrotnie mniej skuteczny. Pominięcie miedzi nie miało znaczenia. Niezmiernie ważnymi składnikami były czosnek, cebula albo por i wino.

Średniowieczna mikstura kontra wankomycyna

Najciekawsze było, że lek naprawdę działał. Kiedy uczeni pierwszy raz zajrzeli do laboratorium, żeby sprawdzić, jak sobie radzi z gronkowcem, nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Tam, gdzie podali lek przygotowany zgodnie ze sztuką, zastali dosłownie pobojowisko. Zaledwie jedna na tysiąc bakterii gronkowca złocistego zdołała przeżyć.

– Myśleliśmy, że musiał wkraść się jakiś błąd. Zrobiliśmy lek od początku. Znowu ten sam wynik. Więc jeszcze raz i jeszcze. Za każdym razem lek wygrywał z bakterią – mówi Christina Lee.

To zachęciło badaczy do przetestowania leku na dużo groźniejszym szczepie bakterii, czyli gronkowcu złocistym opornym na metycylinę, w skrócie określanym MRSA. Ten szczep jest częstą przyczyną zakażeń wewnątrzszpitalnych.

Freya Harrison nawiązała współpracę z Kendrą Rumbaugh z laboratorium medycznego Texas Tech University, w którym przygotowano model infekcji rany u myszy zakażonej właśnie MRSA.

Średniowieczny balsam na oczy poleciał do Teksasu i tam został poddany próbie. Okazało się, że lepiej zwalcza MRSA niż ostatni działający antybiotyk – wankomycyna. Antybiotyk nie zdziałał praktycznie nic, a lek z księgi Balda wybił 90 proc. bakterii.

Czy to oznacza, że mamy w ręku nowy, cudowny lek? Niestety, nie od razu. Badacze przestrzegają przed próbami preparowania specyfiku we własnej kuchni i stosowaniem go przy infekcjach. To, co się udało w warunkach laboratoryjnych na wyhodowanych szczepach bakterii, może nie zadziałać bez szkód w naszym ciele.

Wciąż potrzeba mnóstwa badań, chociażby po to, żeby się dowiedzieć, co w tym „najlepszym leku” z tysiącletniej księgi tak naprawdę działa. Jaka to substancja chemiczna czy też koktajl kilku substancji.

Mogłoby się wydawać, że z takimi wynikami łatwo o zdobycie pieniędzy na dalsze badania, ale rzeczywistość okazała się dużo trudniejsza. A uczeni muszą jeszcze przeprowadzić wiele testów leku, jego składników, substancji czynnych.

– Niestety, nie pomaga nam to, że zajmujemy się środkiem pochodzącym ze starej księgi. Średniowiecze budzi nieufność – ubolewa Christina Lee. – Nie doceniamy średniowiecza, ponieważ przemawia przez nas ignorancja, nie próbujemy zrozumieć procesu rozumowania ludzi tamtych czasów.

– W średniowieczu nikt nie uważał, że Ziemia jest płaska. To dopiero w późniejszych epokach zaczęto umniejszać tamten okres, nazywać go barbarzyńskim, choć najbardziej barbarzyńskim stuleciem w naszej historii był wiek XX – uważa Lee.

>>400-lecie pierwszej w Polsce sekcji zwłok. Odbyła się w Gdańsku

 Ciemne wieki wcale nie takie ciemne

„Bald’s Leechbook” jest kompilacją wiedzy medycznej z różnych stron świata – ze starożytnego Rzymu, Bliskiego Wschodu,  Bizancjum. Jest oczywiste, że zapiski są oparte na wiedzy empirycznej i obserwacjach.

>>Ale Historia: Tysiąclecia z lewatywą

– Medycy wczesnego średniowiecza uważali, że trzeba zachować równowagę między ciałem a duszą. Żeby wyleczyć ciało, trzeba leczyć też duszę. Dlatego przywiązywali wagę do rytuałów, również religijnych – dodaje Lee. Stanie przy chorym i śpiewanie pieśni mogło mieć przy tym podwójne znaczenie. Po pierwsze – duchowe, a po drugie – techniczne, tj. wiadomo było, ile czasu musi upłynąć, aż lek zacznie działać. To nie były zabobony.

– Jeżeli napisane jest, że po zażyciu leku należy odmówić trzy razy daną modlitwę albo zaśpiewać „Ave Maria”, to ma sens. Pamiętajmy, że tamci ludzie nie mieli zegarków, ale każdy znał modlitwy, których odmówienie zajmowało określoną ilość czasu – wyjaśnia Lee. Żeby to zrozumieć, musimy przestawić się na średniowieczny tok myślenia.

Skuteczność środka na zwalczanie jęczmienia zachęciła badaczy do studiowania innych średniowiecznych ksiąg medycznych. Współpracująca z brytyjskim zespołem Erin Connelly z Uniwersytetu Pensylwanii tłumaczy teraz pochodzącą z XV wieku księgę „Lylye of Medicynes”. Jest to staroangielskie tłumaczenie z łaciny, a oryginał pochodzi z 1305 r. Tekst zawiera 360 przepisów na środki do leczenia ponad stu różnych chorób. Przy wielu dokładnie opisano symptomy choroby.

Kto wie, być może kolejny nowoczesny antybiotyk będzie bazował na wiedzy medyków sprzed tysiąca lat.

>>Polona.pl – brama do największej w Polsce biblioteki

wyborcza.pl

Beata Szydło tupie i banuje

Beata Szydło tupie i banuje

Beata Szydło jest wrażliwa. Tak można mniemać, gdy się rozpłakała po wyborze Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. A przecież tupała i wszystko robiła, aby stało się inaczej. Podobno ma iść do wymiany, Szydło zastąpi Mateusz Morawiecki, tak piszą dziennikarze, m.in. w „Rzeczpospolitej”. Znowu Szydło zatupała wpisem na Twitterze: „By nie tracić czasu na rewelacje redaktorów, informowanych przez dobrze poinformowane źródła, informuję, że nie będę marszałkiem Sejmu :-)”.

Tym razem po tupaniu pantofelkami – choć Szydło w nich nie chodzi, tylko w jakichś pepegach – poszły zdecydowane decyzje – banowanie dziennikarzy i polityków. Zbanowani przez Szydło zostali jej „ulubieni” dziennikarze „Wyborczej” i Onetu. Jarosław Kuźniar zauważył: „To już epidemia Pani Beato” i utworzył hasztag #ZaszczytBycPrzezPaniaZbanowanym. Są też inne hasztagi, jak #OrderPrawegoBana.

Politycy PiS blokują na potęgę, to ich ulubiona forma podstawiania nóg w internecie. Blokuje dziennikarzy Dominik Tarczyński, istny dziwoląg estetyczno-intelektualny, blokują Beata Mazurek, Joanna Lichocka. „Szczęście” ma Przemysław Szubartowicz, który blokowany jest przez niemal wszystkich polityków PiS.

Szydło też blokuje polityków Platformy Obywatelskiej, bo są zbyt dociekliwi, zablokowany został Cezary Tomczyk. Akurat mnie Szydło nie zablokowała, sprawdzałem, nie miała jednak powodu, bo nigdy nie pisałem ani pod jej wpisem, ani z hasztagiem jej imienia i nazwiska. Acz inni mnie poblokowali, mimo iż nie jestem zbyt pracowitym twitterowiczem.

Szydło może zostanie wymieniona na Morawieckiego, a może nie – to zależy, czy w dniu kongresu PiS prezes Kaczyński wstanie prawą nogą, czy też lewą, albo czy jego kot trafi do kuwety, czy też nie. Tych niewiadomych jest wiele, więc Szydło może zakładać, że z tego równania jednak nie padnie na Morawieckiego.

Internet w rękach PiS dotychczas był silną bronią, mógł też w jakimś procencie przysporzyć partii Kaczyńskiego elektoratu ciemnego ludu. Specjalizuje się w tym troll Szefernaker, którego Szydło zatrudnia na etacie w kancelarii.

Trolling PiS w internecie to ledwie znikomość w wykonaniu PiS, zdecydowanie większy – ba, największy – jest trolling w życiu publicznym. Wszak największy troll w ogóle nie zagląda do internetu, a to on wymyślił najgłośniejsze określenia: najgorszy sort, element animalny, gestapo.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Krzysztof Skiba: Takiej Polski nie chcę

6 czerwca 2017

Tu nie da się tworzyć, nie da się żyć w takim napięciu – mówi Krzysztof Skiba w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon

– Co tak naprawdę według Ciebie stało się w Opolu?

Krzysztof Skiba

– Artyści nie chcieli wystąpić obok oficera politycznego PiS, Jacka Kurskiego, który zaczął ich cenzurować. Nikt oczywiście tego nie planował. Zadziałał efekt kuli śniegowej – najpierw wyrzucono zespół „Doktor Misio”, później na czarnej liście znalazła się Kayah, Kasia Nosowska odmówiła, solidaryzując się z Kayah i tak to się zaczęło. Telewizja publiczna straciła status telewizji publicznej, jest telewizją partyjną. Pokazywanie się w telewizji obok Jacka Kurskiego, który zresztą rok wcześniej został wygwizdany, jest zwykłym obciachem. I to wyczuli ludzie, którzy nie zajmują się polityką, bo przecież nie są znane polityczne wypowiedzi Piaska, Szpaka czy zespołu Kombi. To są ludzie, którzy śpiewają piosenki, od lat zajmują się muzyką popową, jednak stopień wkurzenia musiał być wysoki, skoro nie chcieli się na tej imprezie pokazać. Zabawne, że kiedy festiwal oficjalnie już odwołano, kolejni artyści nadal oświadczali na swoich stronach, że odmawiają udziału. Do tego dołączył prezenter Artur Orzech oraz reżyser koncertów. Maciej Stuhr i inni mówili, że szkoda, że nie zostali zaproszeni, bo chętnie by też odmówili.

– W ostatnim roku wiele osób cytowało dykteryjkę Kisiela o „urządzaniu się w dupie”. A może Opole pokazało, że wielu artystów już nie chce się w niej urządzać?

– Na pewno naiwne jest sądzenie, że w tej chwili będzie jakiś długotrwały strajk artystów. Pewnie będą przyjmowali zaproszenia do telewizji, bo to jest część ich pracy. Wszyscy jednak coś stracili – i telewizja, i Opole, ale również i artyści. Pokazać się w Opolu z nową piosenką było zawsze dla nich bardzo ważne. A tymczasem pod rządami Jacka Kurskiego, czyli PiS, wszyscy z Opola uciekali. Kuba Wojewódzki wymyślił fajny żart, że Jacek Kurski ma taką markę, że jak dłużej stoi na jakiejś ulicy, to wokół niego grunty tanieją. Wygląda na to, że pokazywanie się w jego towarzystwie to kompletna kompromitacja. Jestem dumny z moich kolegów i koleżanek, którzy tak się zachowali, bo prawdę mówiąc nikt się tego nie spodziewał. Dobrze, że Kayah nie zmieniła swojej decyzji po mętnych tłumaczeniach Kurskiego. Przypomnę koncert piosenek Osieckiej, z którego później w powtórkach wycinano Natalię Przybysz – z Kayah byłoby tak samo. Ona jest osobą, która nie odpowiada władzy, bo pokazuje się na Czarnym Proteście. Moim zdaniem, to trudne i dość skłócone środowisko odzyskało godność. Byłem tą postawą wzruszony, bo rzadko zdarza się taka jedność.

– Media prawicowe piszą, że artyści zostali zmanipulowani przez złych ludzi z opozycji, przez komunistów i złodziei…

– Oni wszędzie muszą widzieć spiski. Opowiadają o tym tak, jak kiedyś propaganda PRL – że to odwetowcy z RFN, prowokacja służb specjalnych, psy łańcuchowe imperializmu… Muszą to jakoś wytłumaczyć, bo skandal jest wielki. Uświadommy sobie, że festiwal w Opolu nie odbył się tylko w stanie wojennym i za rządów Jacka Kurskiego, za rządów PiS. Przynajmniej dziś już wszyscy wiedzą, że tworzenie czarnych list, jak w PRL-u, jest faktem. Całkiem niedawno rozmawiałem z kolegą z pewnej stacji opanowanej przez „dobrą zmianę”, który powiedział: Krzysiu, ja mam teraz problem z doborem piosenek, gramy głównie zachodnich wykonawców, boimy się grać polskich, dlatego że czarna lista się wydłuża. Nie mogę zagrać „Elektrycznych gitar”, Maleńczuka, nie mogę zagrać starych numerów Tomka Lipińskiego „Nie wierzę politykom”, bo będzie się już kojarzyć. „Big Cyc” oczywiście też jest na tej liście, a teraz doszła Kayah… To będzie dosyć śmieszne, jeżeli na czarnej liście znajdą się artyści, którzy odmówili występu w Opolu, typu Piasek, Kombi czy Szpak.

– Największe szanse mają teraz nieżyjący polscy muzycy…

– Tak, bo oni nie zdążyli nic złego powiedzieć o PiS.

– Uważasz, że ta decyzja artystów wymagała odwagi?

– Nie nazwałbym tego jakimś czynem bohaterskim. Myślę, że tu chodzi o słynną herbertowską kwestię smaku. Takie wspaniałe artystki jak Kasia Nosowska czy Kayah chcą się czuć ze sobą dobrze. Obie mogą spokojnie patrzeć w lustro, bo zachowały się w porządku. Jak mówił Władysław Bartoszewski, jak nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Pokazanie się z Kurskim nie mieści się w herbertowskiej kwestii smaku.

– Byłam zaskoczona, kiedy dowiedziałam się, że wyrzucili Cię z telewizji publicznej, bo nie przypuszczałam, że tam jeszcze pracujesz. Prowadziłeś program „W tyle wizji” – dlaczego przyjąłeś tę propozycję?

– Byłem współprowadzącym.

– Czyli robiłeś za listek figowy. Kurski Ci nie przeszkadzał?

– Wiele osób miało do mnie o to pretensje. Rzeczywiście przyjąłem zaproszenie Marcina Wolskiego, którego znam ponad 30 lat i mam do niego sentyment z czasów kabaretu „60 minut na godzinę”.

– Ale wiedziałeś, co on pisuje w „Gazecie Polskiej”?

– Nie czytam tego.

– Ale wiesz o czym mówię …

– Po wielu latach milczenia Marcin Wolski do mnie zadzwonił z taką propozycją. Zgodziłem się tylko dlatego, że program był na żywo. Oni wiedzieli, że jestem anty-PiS. Kusili mnie tym, że będzie tam też Michał Ogórek. Chcieli robić takie antidotum na „Szkło kontaktowe”. Oni uważają, że w „Szkle” jest tylko jedna opcja, a tu mieli być też satyrycy antyrządowi. Ostatecznie okazało się, że Ogórka nie ma, a ja byłem jedynym gościem krytykującym PiS. Cierpliwość stracili po siedmiu miesiącach.

– Za co konkretnie Cię wyrzucili?

– Dokładnie nie wiem. Po prostu zadzwoniła osoba z produkcji i powiedziała że jest decyzja z samej góry, nie wiem czy Kurskiego, czy może Nowogrodzkiej, że już mam nie przychodzić do programu. Pretekstem mogły być moje bajki, które umieszczam na „Sokuzburaka”…

– Ktoś sugerował, że wyśmiewałeś apele smoleńskie…

– Napisałem wierszyk o apelu smoleńskim, o ekshumacjach, o ucieczce rządu na San Escobar i o drabince prezesa. A w tym tygodniu będzie o Jacku Kurskim. Tak naprawdę to nie wiem dlaczego, bo przecież w trakcie programu skutecznie kontrował mnie mój współprowadzący Krzysztof Feusette, twardy talib, o oczach anioła, który jednakowoż śpi z nożem pod poduszką. Wiele osób ze środowisk antyrządowych krytykowało mnie, natomiast ja uważałem, że nieobecni nie mają racji, dostałem zaproszenie, starałem się wykorzystać je jak mogłem. To był program z telefonicznym udziałem widzów, okazało się jednak, że dopuszczano wyłącznie telefony schlebiające władzy.

– Jeszcze nie tak dawno mówiłeś: „Tym się kraje demokratyczne różnią od Korei Północnej czy Białorusi, że u nas wciąż istnieje satyra polityczna, zatem wciąż żyjemy w demokracji”. Jaka jest teraz u nas demokracja? Ludowa czy socjalistyczna?
– Każda próba dodawania przymiotników do demokracji jest zgubna i tu możemy się śmiać.

– No ale w końcu żyjemy w demokracji?
– Po tym, co się wydarzyło we Wrocławiu (morderstwo Igora Stachowiaka na komisariacie) mam wątpliwości. Nie dlatego, że to się stało, bo takie sytuacje zdarzają się niestety nawet w państwach demokratycznych, ale dlatego, że wyraźnie widać, że sprawa jest tuszowana. Te działania można porównać do technik stosowanych po śmierci Grzegorza Przemyka w 83 r., gdzie uruchomiono całą machinę, która miała uniemożliwić dotarcie do prawdy.

– Trudno to porównywać, były inne czasy. Ciebie kilkanaście razy w komunie zatrzymywano, siedziałeś w areszcie. Dziś obrażasz władców i ciągle chodzisz po wolności…
– Liczę na to, że mnie w końcu zamkną, bo jak artysta siedzi w więzieniu to jego płyty się dobrze sprzedają.(śmiech)

– Dlatego Cię nie zamykają?
– Możliwe, natomiast to, że ponad 100 osób związanych z ruchem Obywatele RP, ma sprawy sądowe, a sam Paweł Kasprzak ma chyba sześć spraw sądowych, to są niestety bardzo niepokojące sygnały, świadczące o tym, że władza poszła na bezpośrednią rozgrywkę siłową, która ma oczywiście zastraszyć społeczeństwo. Nie oszukujmy się, zastraszanie i represje są widoczne. Zresztą potwierdzają to różne rankingi, m.in. ranking „Reporterów bez granic”. Standard demokratyczny w Polsce bardzo się obniżył. Zobaczymy, czy nie będzie manipulacji przy ordynacji wyborczej – są przecież próby, takie jak przymiarki do powiększenia Warszawy.

– Rok temu wydałeś z Big Cycem płytę „Czarne słońce narodu”. Nie lubisz prezesa czy Antoniego?
– Oni wszyscy dla satyryków są świetnym tworzywem. Uważam, że Antoni ma pięć mózgów, z czego sześć nieczynnych. Moja obserwacja jest taka, że on żyje na pewno w dwóch albo w trzech rzeczywistościach i faktycznie wierzy w to, co mówi. Jeżeli mówi, że będą niewidoczne helikoptery Black Hawki, to w to wierzy, ale za tydzień udzielając kolejnego wywiadu jest już w innej rzeczywistości, dlatego mówi o helikopterach, które mają mieć łodzie podwodne czy łodziach podwodnych, które mają mieć helikoptery. Jak mówi o tym, że trzy osoby przeżyły zamach, to taka sama sytuacja. Ile mieliśmy tych teorii smoleńskich, najpierw teoria wielkiego magnesu, później mgły, później wybuchających parówek, bomby przemyconej w gaśnicy, a teraz bomby termobarycznej.

– Te teorie potwierdzają profesorowie…
– Kiedyś profesorem była osoba powszechnie szanowana i uważana za mądrą. Niestety dzisiaj osoby mające tytuły profesorów, wstydzą się przyznać, że są profesorami, bo profesorem jest też Krystyna Pawłowicz. A wracając do komisji smoleńskiej, wszyscy mają tytuły naukowe, tylko nie z tej specjalności. Nikt z nich nie był członkiem żadnej komisji do spraw badania katastrof lotniczych. To jest tak jakbyś ze złamaną nogą poszła do dentysty czy do mechanika samochodowego. Ja jednak wolałbym być operowany przez chirurga, a nie pana Zenka dobrego ślusarza co ma złote rączki i chce się sprawdzić jako lekarz.

– A jak Twoje stosunki z Pawłem Kukizem i Liroyem?
– Z Liroyem rozmawiałem kilka dni temu w TVN. Popieram jego działania na rzecz legalizacji marihuany medycznej i uważam, że jeżeli ruszy ten problem, to odniesie wielki sukces. I wtedy będę mógł uznać, że powstanie partii Kukiz’15 miało jakiś sens. Natomiast, co do Kukiza, to krótko, to jest mój dawny kolega, z którym występowałem. To świetny wokalista, ale jako polityk to jest z nim jak z hamburgerem w barze na stacji benzynowej. Początkowo zaspokaja nasz głód, ale później wszyscy dostają rozstroju żołądka.

– Jeden z krytyków powiedział, że byliście potentatami jajcarskiego rocka, on był w zespole „Piersi”, ty w „Big Cyc”.
– Ja się za jajcarski nie obrażam, ale pewnie Paweł by się obraził, bo on raczej chciał być poważnie buntowniczy.

– W jednym czasie powstaliście.
– „Piersi” są starsze o rok czy dwa, w każdym razie popularność zdobyliśmy na początku lat 90. Nagle pojawiły się nasze przeboje w radiowej Trójce, na pierwszym miejscu, piosenki Pawła takie, jak „Całuj mnie”, to był wielki przebój, „ZChN zbliża się” itd. zresztą świetna piosenka, za którą Paweł, jak wiadomo przepraszał.

– Za co?
– Przepraszał za piosenkę „ZChN zbliża się”, że była błędem. No, jest politykiem. W tej chwili robi za przystawkę PiS.

– Powiedziałeś, że jest kapciowym Jarosława Kaczyńskiego.
– Tak. Natomiast chciałem też oddać mu pewien honor i cześć, bo uważam, choć paradoksalnie wiem, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane, że on naprawdę chce Polskę naprawić. On uparł się na Polskę. Tylko nie wiem, czy nie przyczynia się do jej zepsucia, ale intencje jego są według mnie szlachetne.

– Nie do końca wierzę w te intencje. Kiedyś znałam Pawła, ale dziś go nie poznaję…
– Ludzie się zmienili i Polska się zmieniła, bo się podzieliła, takich podziałów nie było w stanie wojennym. Ta żółć, która z ludzi wypływa jest zupełnie niewiarygodna. Paweł też nie jest wolny od takich emocji. O tobie mówi, że blokowałaś jego piosenki w Trójce…

– Wiesz, że to bzdura, nie było takiej sytuacji, był normalnie grany w Trójce. Nie wiem tylko, czy dziś świadomie kłamie, czy ma problemy z rozpoznawaniem rzeczywistości …
– Paweł do wszystkiego przykłada teorię tajnych spisków, tajnych działań, musi być prześladowany. Teraz pytanie, czy on jest już tak zacietrzewiony, że w to wierzy. Tworzy sobie wirtualne światy i wirtualne prawdy, tak jest lepiej dla życiowych spraw, być prześladowanym czy blokowanym w mediach. Przecież to jest jego sens istnienia. Tę samą mantrę powtarza Janek Pietrzak. Pamiętam jak za czasów PO Janek Pietrzak mówił w telewizji, że go w telewizji nie pokazują.

– Widzisz w tej sytuacji jakąś dla siebie rolę, czy misję do spełnienia?

– Uważam, że satyra jest bronią i że wróg ośmieszony już nie jest taki straszny. Stosowaliśmy to w stanie wojennym, mimo że nikomu nie było do śmiechu, ale najgorsze jest uleganie panicznemu strachowi. Wydaje mi się, że ludziom jest to potrzebne. Dlatego uruchomiłem na YouToubie kanał, który się nazywa Krzysztof Skiba Katapulta TV i tam gromadzę wszystkie swoje bajki i wierszyki. Praktycznie co dwa, trzy tygodnie powstaje nowa bajka. Wielkim hitem była przerobiona na Jarosława Kaczyńskiego Pchła Szachrajka, znany wierszyk Jana Brzechwy. Miał już ze dwa miliony odsłon. Nie chcę uchodzić za prześladowanego, ale skoro Paweł twierdzi, że nie był puszczany w czasach Platformy, to „Big Cyc” ma naprawdę blokadę medialną, we wszystkich stacjach związanych z „dobrą zmianą”. Do tego mamy poważny problem z koncertami. Nawet w tych miejscowościach, gdzie rządzi Platforma czy PSL. Odwołano nam kilkanaście koncertów, bo miejscowi radni PiS protestowali. Są zaciekli i zajadli, bo mają okazję do wykazania się.

– Czyli w ogóle nie gracie w miejscowościach rządzonych przez PiS?

– Tam to w ogóle nie ma szans, powiem więcej, było miasto, gdzie Platforma miała większość, ale radni z PiS byli tak zdeterminowani, że w końcu dla świętego spokoju pojawiło się hasło: nie chcemy ginąć za Gdańsk, nie chcemy ginąć za Big Cyc. Przecież możemy zaprosić kogokolwiek, to nie ma znaczenia, czy gra Big Cyc, Bajm czy ktoś inny. Ma być zabawa, a jest wiele zespołów, które mają przeboje i na pewno przyjadą i będzie fajnie.

– Czyli jednak jakąś cenę za to płacicie.

– Oczywiście, że tak. Jesteśmy po prostu na czarnej liście. Zdarzają się takie sytuacje, jak na przykład w Mońkach, gdzie zaśpiewaliśmy „Antoni wzywa do broni” i po koncercie ksiądz wezwał dyrektora domu kultury na tzw. dywanik i wyraził swoje zdanie: „Jakie wy zespoły zapraszacie, nie ma innych, musicie zapraszać taki zespół, który śpiewa takie nieładne piosenki?”. W następnym roku zespoły z czarnej listy, czyli Maleńczuk, Elektryczne Gitary i inni nie mają szans zagrać w takich miejscach. Wiem, że również Krzysztof Daukszewicz jest blokowany, ma problemy z koncertami tylko dlatego, że występuje w „Szkle kontaktowym”. Apeluję do pisowców: to w waszym interesie jest, żeby satyra miała się dobrze, bo wtedy możecie udawać, że żyjemy w normalnym kraju. Jeżeli będziecie nas dławic i dusić, to my będziemy się radykalizować. To jest tak jak z balonem, kiedy go ściśniesz, to powietrze wyjdzie bokiem.

– To wszystko Cię martwi, czy wkurza?

– Gdybym był cynikiem powiedziałbym, że chcę, żeby PiS rządził jak najdłużej, bo miałbym o czym pisać. Ale jest jeszcze jedna korzyść z ich rządów. Niestety daliśmy się za czasów Platformy uśpić, w tym sensie, że uwierzyliśmy, iż wolność jest dana na zawsze, że jesteśmy już prawie całkiem fajnym krajem. Tymczasem okazało się, że demokracja jest bardzo krucha. Oni nam to uświadomili. Dopiero teraz zaczęło się tworzyć prawdziwe społeczeństwo obywatelskie, to dzięki KOD-owi, Obywatelom RP ludzie zaczęli przyglądać się polskiemu prawu, czytać Konstytucję, zastanawiać się, do czego to prawo służy. Moim zdaniem to jest najważniejsza refleksja sporej grupy społeczeństwa. Zdaliśmy sobie sprawę, że pełne hipermarkety, dobre piwo, lodówy wypchane kiełbasą nie znaczą, że możemy leżeć do góry brzuchem. Wrogowie wolności czuwają, są chętni, by przykręcać śrubę, by przemalować Polskę na jeden czarny pokój z pozasłanianymi oknami, który będzie gdzieś tam w kruchcie na plebanii. Takiej Polski nie chcę, więc to mnie oczywiście wkurza.

– Jesteś bardzo emocjonalnie zaangażowany…

– Big Cyc nigdy nie był obojętny, taki był zawsze. Jeśli ktoś nam zarzuca, że przez osiem lat nic nie robiliśmy, nie krytykowaliśmy PO, to mówi nieprawdę. W 2009 roku wydaliśmy płytę „Szambo i Perfumeria”, na której śpiewaliśmy o platfusach. Ciekawostką jest, że wówczas gościnnie na tej płycie, tytułową piosenkę miał zaśpiewać Paweł Kukiz. Niestety odmówił. Powiedział, że Grzegorz Schetyna to jego kumpel i nie wypada mu zaśpiewać o platfusach. Ostatecznie zaśpiewał zupełnie inną neutralną piosenkę. To właśnie Paweł zachęcił bardzo wielu artystów, żeby budować poparcie dla Donalda Tuska. Byliśmy wtedy z Natalią Przybysz, z Tomkiem Lipińskim w komitecie poparcia. Było nas kilkadziesiąt osób z show biznesu. To Paweł nas zaprosił, bo uważał, że trzeba zwalczać Kaczyńskiego.

– Coś się w takim razie stało między nim a Tuskiem?

– Nie wiem, Paweł jest bardzo emocjonalny, nie jestem pewien, czy za kilka lat nie będzie w jakiejś sekcie albo nie powie, że jest Indianinem albo kosmitą. To jest bardzo realne. Był swego czasu emocjonalnie związany z PO, nawet byliśmy zdziwieni, że z takim zaangażowaniem jeździł na wiece wyborcze i agitował przeciwko PiS. I nagle… Nie wiem, może chodzi o pewien program telewizyjny? Pamiętam taką debatę przedstawicieli show biznesu z Donaldem Tuskiem w TVN24. Był tam wtedy Hołdys, Lipiński i Kukiz. Platforma miała jakiś kryzys poparcia, coś im nie wychodziło, no i padły w studiu pytania: to inaczej miało być panie premierze. I Donald jak szczwany lis medialny wyszedł z tego obronną ręką. Pamiętam potem okrutne żarty prasy prawicowej, że te cymbały z show biznesu dały się nabrać, że Donald obiecał różne rzeczy i tylko Kukiz myślał, że to na serio. Wydaje mi się, że te opinie bardzo go ubodły i wtedy postanowił pokazać tym prawicowcom, że on jest jednak przeciwny. I tak powstała partia Kukiz’15, której nie wiadomo, o co chodzi. Wiadomo jedynie, że ma nie być tak jak jest, ma być lepiej.

– Czy masz jakąś optymistyczną wizję przyszłości?

– Myślę, że oni się potkną o własne sznurowadła. Patrząc na to wszystko, co się dzieje, na to, jak obecni władcy się kompromitują, jak zaliczają wpadkę za wpadką, począwszy od Jacka Kurskiego, a skończywszy na prezydencie, można mieć nadzieję. Widzieliśmy wszyscy na szczycie NATO w Brukseli, jak Donald Trump rozmawiał z prezydentem Dudą. Czy Lecha Wałęsę ktoś by tak potraktował? Nie! Bo to jest postać, to jest ktoś, do kogo wszyscy mają szacunek. Tutaj widać jak nasze obecne władze zamiatają przedpokoje. Nikt nie wie, kim oni są. A Andrzej Duda zachowuje się jak gimbaza, to słynne już zdjęcie z kciukami, aż wstyd je pokazać. Tylko szkoda, że to jest prezydent naszego kraju. Myślę, że tych błędów będzie już tyle, że suweren tego nie wytrzyma i jednak zwycięży rozsądek. Głęboko wierzę, że po czterech latach ludzie będą mieli dość tego szczucia, tej żółci. Ile można wytrzymać w stanie psychicznej wojny domowej. Tu nie da się tworzyć, nie da się żyć w takim napięciu. Wierzę w rozsądek Polaków.

koduj24.pl

Beata Szydło tupie i banuje

Beata Szydło jest wrażliwa. Tak można mniemać, gdy się rozpłakala po wyborze Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej. A przecież tupała i wszystko robiła, aby stało się inaczej. Podobno ma iść do wymiany, Szydło zastapi Mateusz Morawiecki, tak piszą dziennikarze, m.in. w „Rzeczpospolitej”.  Znowu Szydło zatupała wpisem na Twitterze: „By nie tracić czasu na rewelacje redaktorów, informowanych przez dobrze poinformowane źródła, informuję, że nie będę marszałkiem Sejmu :-)”.

Tym razem po tupaniu pantofelkami – choć Szydło w nich nie chodzi, tylko w jakichś pepegach – poszły zdecydowane decyzje – banowanie dziennikarzy i polityków.

Zbanowani przez Szydło zostali jej „ulubieni” dziennikarze „Wyborczej” i Onetu. Jarosław Kuźniar zauważył: „To już epidemia Pani Beato” i utworzył hasztag #ZaszczytBycPrzezPaniaZbanowanym. Są też inne hasztagi, jak #OrderPrawegoBana.

Politycy PiS blokują na potęgę, to ich ulubiona forma podstawiania nóg w internecie . Blokuje dziennikarzy Dominik Tarczyński, istny dziwoląg estetyczno-intelektualny, blokują Beata Mazurek, Joanna Lichocka. „Szczęście” ma Przemysław Szubartowicz, który blokowany jest przez niemal wszystkich polityków PiS.

Szydło też blokuje polityków Platformy Obywatelskiej, bo sa zbyt dociekliwi, zablokowany został Cezary Tomczyk. Akurat mnie Szydło nie zablokowała, sprawdzałem, nie miała jednak powodu, bo nigdy nie pisałem ani pod jej wpisem, ani z hasztagiem jej imienia i nazwiska. Acz inni mnie poblokowali, mimo iż nie jestem zbyt pracowitym twitterowiczem.

Szydło może zostanie wymieniona na Morawieckiego, a może nie, to zależy, czy w dniu kongresu PiS prezes Kaczyński wstanie prawą nogą, czy też lewą, albo czy jego kot trafi do kuwety, czy też nie. Tych niewiadomych jest wiele, więc Szydło może zakładać, że z tego równania jednak nie padnie na Morawieckiego.

Internet w rękach PiS dotychczas był silną bronią, mógł też w jakimś procencie przysporzyć partii Kaczyńskiego elektoratu ciemnego ludu, specjalizuje się w tym troll Szeferneker, którego Szydło zatrudnia na etacie w kancelarii.

Trolling PiS w internecie to ledwie znikomość w wykonaniu PiS, zdecydowanie większy – ba, największy – jest trolling w życiu publicznym. Wszak największy troll w ogóle nie zagląda do internetu, a to on wymyślił nagłośniejsze określenia: najgorszy sort, element animalny, gestapo.

Beata Szydło blokuje dziennikarzy w mediach społecznościowych. „To już epidemia Pani Beato”

W ostatnich dniach dostęp do profilu premier Szydło zablokowano wielu dziennikarzom m.in. z portalu Onetu i dziennika „Gazeta Wyborcza”. „To już epidemia Pani Beato” – skomentował dziennikarz onet.pl Jarosław Kuźniar dodając hasztag: #ZaszczytBycPrzezPaniaZbanowanym

Twitter

Zbanowani przez szefową rządu na Twitterze zostali m.in. Przemysław Barankiewicz (Bankier.pl), Bartosz Wieliński („Gazeta Wyborcza”), Jarosław Kuźniar (Onet.pl) i Kamil Sikora (WP.pl). – Z jednej strony śmieszne, z drugiej straszne – skomentował to Barankiewicz.

 

Inni politycy PiS również blokują
Sikora zwrócił uwagę, że blokując dostęp niektórym dziennikarzom do swojego profilu premier Beata Szydło dołączyła do innych posłów Prawa i Sprawiedliwości, którzy już to robią: Joanny Lichockiej, Beaty Mazurek i Dominika Tarczyńskiego. Zbanowany przez czołowych polityków PiS został m.in. Przemysław Szubartowicz z Wiadomo.co.
Przemysław Barankiewicz podkreślił, że został zablokowany, mimo że nigdy nie śledził konta premier Beaty Szydło. Zwrócił też uwagę, że jest blokowany także przez Leszka Balcerowicza, mocno krytykującego działania obozu rządzącego. – Ma ktoś lepszy dowód bezstronności? – zapytał na Twitterze.

 

Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie komentuje
Blokady na kontach dziennikarzy zauważono w dzień po tym, jak „Rzeczpospolita” opisała przecieki z siedziby Prawa i Sprawiedliwości, zgodnie z którymi podczas lipcowego kongresu partii ma nastąpić zmiana na czele rządu: Mateusz Morawiecki zostanie premierem, zaś Beata Szydło – marszałkiem Sejmu. Premier bardzo szybko zdementowała te informacje. – By nie tracić czasu na rewelacje redaktorów, informowanych przez dobrze poinformowane źródła, informuję, że nie będę marszałkiem Sejmu 🙂 – napisała na Twitterze w poniedziałek rano.
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów nie komentuje blokowania przedstawicielom mediów dostępu do profili członków rządu w social media. Twitterowy profil Beaty Szydło obserwuje 191 tys. użytkowników.

wirtualnemedia.pl, polsatnews.pl

 

 

TAK RZĄD ROZMAWIA Z NIEWYGODNYMI POLAKAMI, KTÓRZY NIE KLĘCZĄ OBOK Z POPARCIEM DLA „DOBREJ ZMIANY”

 

secure.avaaz.org/pl/petition/Podpisz_Apel_do_Premier_Szydlo_o_dymisje_za_tuszowanie_smierci_Igora_we_Wroclawiu >>>

 

Punktuje: Głupotą Arogancją Niewiedzą Ignorancją Demagogią Populizmem Nielogicznością Lekceważeniem Obskurantyzmem Nieprzygotowaniem

 

Poseł PiS: Muzułmanów deportować do Afryki

Rzeczpospolita, 06.06.2017

Stanisław Pięta, poseł Prawa i Sprawiedliwości© Fotorzepa/ Jerzy Dudek Stanisław Pięta, poseł Prawa i Sprawiedliwości

 

Masowe deportacje muzułmanów do Afryki, wyburzenie meczetów i wzmocnienie służb specjalnych to dla Stanisława Pięty recepta na walkę z terroryzmem w Europie Zachodniej. – Islamiści przyszli tutaj, by zabić Europejczyków i podporządkować sobie tych, których zabić nie zdążą – powiedział poseł PiS.

W rozmowie z fronda.pl polityk podkreśla, że „powinniśmy wyciągać wnioski z dramatycznych doświadczeń Europejczyków na Zachodzie”.- Powinniśmy wyraźnie odrzucać idee neomarksizmu, chronić tradycję, nasze chrześcijańskie korzenie i troszczyć się o budowę mocnej wspólnoty narodowej i państwowej. To jedyna droga do trwałego zabezpieczenia życia polskich kobiet i dzieci – mówi.

– Nie możemy ulegać złudzeniom i żywić się jakimiś lewicowymi bajeczkami. Nie możemy ryzykować życiem naszych rodaków. W tym wydaniu islam nie jest żadną religią pokoju, ale totalitarnym systemem zarządzania społeczeństwem – twierdzi poseł. – Nie ma najmniejszej możliwości na wypracowanie jakiegoś pokojowego porozumienia. Islamiści przyszli tutaj, by zabić Europejczyków i podporządkować sobie tych, których zabić nie zdążą – podkreśla.

Zdaniem Pięty na Zachodzie „Lewica żywi się poparciem islamistów i godzi się na funkcjonowanie organizacji terrorystycznych”.

– Musimy pokazywać obrzydliwy, ohydny sojusz polityczny zawarty między lewicowymi środowiskami politycznymi Europy Zachodniej a grupami muzułmanów. Musimy pamiętać, że to muzułmanie, którzy nabyli już prawa wyborcze, aktywnie uczestniczą w życiu politycznym i głosują na formacje lewicowe. Pamiętajmy, że w ostatnich wyborach prezydenckich we Francji kandydata lewicy Macrona poparły wszystkie grupy i stowarzyszenia islamskie we Francji – mówi Stanisław Pięta.

– Europa Zachodnia straciła swoją tożsamość walcząc z chrześcijaństwem. Europejska lewica zniszczyła ducha wspólnoty – podkreśla poseł.

msn.pl

Duda coraz dalej od Kaczyńskiego

Michał Szułdrzyński, Rzeczpospolita, 06.06.2017

© Fotorzepa, Waldemar Kompała

 

Spekulacje o odejściu szefowej Kancelarii Prezydenta Małgorzaty Sadurskiej to znak, że dystans między między głową państwa a PiS będzie coraz większy.

W poniedziałek „wSieci” informuje, że Małgorzata Sadurska, szefowa Kancelarii Prezydenta, przymierza się do startu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. W niedzielę dziennikarz Radia Zet podaje na Twitterze, że Sadurska idzie do zarządu PZU. Oficjalnie Pałac Prezydencki tych informacji komentować nie chce. Słyszymy, że formalnie Sadurska wciąż jest szefem kancelarii.

Ale spekulacje o jej odejściu nie biorą się znikąd. To efekt zmian, które trwają w Kancelarii Prezydenta od kilku tygodni. Najpierw plotkami o dymisji nękany był Adam Kwiatkowski, były już szef gabinetu Andrzeja Dudy. Ostatecznie zastąpił go należący do tzw. ekipy krakowskiej prof. Andrzej Szczerski, który dał się poznać jako sprawny minister zajmujący się sprawami zagranicznymi.

Niedługo po awansie Szczerskiego z kancelarii odszedł rzecznik prezydenta Marek Magierowski. Nie mógł się pogodzić z faktem, że szef prezydenckiego biura prasowego nic nie wiedział o prezydenckiej inicjatywie referendalnej. Wiele wskazuje, że Magierowski – który do Pałacu przyszedł jako ekspert od spraw zagranicznych właśnie – nie dogadywał się ze Szczerskim.

Miejsce Magierowskiego zajął dość krytyczny wobec linii PiS poseł Krzysztof Łapiński. Łapiński dobrze zna się z Dudą z kampanii prezydenckiej, w której ten pierwszy był jednym ze speców od wizerunku.

Nieoczekiwanie do Magierowskiego, który jako rzecznik dość cierpko wypowiadał się o rzeczniczce Prawa i Sprawiedliwości, rękę wyciągnęła partia rządząca – w drugą rocznicę wyboru Dudy Magierowski odebrał nominację na wiceszefa MSZ, co zostało przez otoczenie prezydenta odebrane jako pewna złośliwość.

I przez ten pryzmat należy patrzeć na sytuację Sadurskiej. Nie jest tajemnicą, że nie dogaduje się ona najlepiej ze Szczerskim. Ale to nie tylko kwestia osobista. Pracownicy kancelarii Dudy opowiadają sobie anegdoty o tym, jak wzrosła biurokracja pod jej rządami w Pałacu.

W dodatku to ona odpowiadała za przygotowanie audytu otwarcia po prezydenturze Bronisława Komorowskiego, który najpierw nie znalazł potwierdzenia w raporcie Najwyższej Izby Kontroli ani też nie skończył się (nie licząc „Gęsiarki”) jakimiś spektakularnymi sprawami sądowymi. Również jej relacje z prezydentem, który sam dwa lata temu wyszedł z inicjatywą uczynienia jej szefem swej kancelarii, stawały się coraz bardziej chłodne.

Warto pamiętać, że prócz kierowania kancelarią Sadurska pełniła inną ważną funkcję: stanowiła łącznik pomiędzy Pałacem a ul. Nowogrodzką, gdzie mieści się siedziba Prawa i Sprawiedliwości. Jej przeciwnicy przekonują, że prezydent nie miał kontroli nad tym, jakie informacje trafiają do Jarosława Kaczyńskiego i Beaty Szydło.

Obrońcy zaś tłumaczą, że to oczywiste, że między najważniejszymi ośrodkami władzy pochodzącymi z jednego obozu politycznego musi być stały kontakt i wymiana informacji, by nie dochodziło do takich sytuacji, jak 3 maja, gdy ani PiS, ani rząd nie były przygotowane na deklarację prezydenta w sprawie referendum konstytucyjnego.

Jednak bez względu na to, czy została z ekipy Dudy wypchnięta, czy sama postanowiła zmienić pracę, jej odejście jest sygnałem, że relacje między ośrodkiem prezydenckim a PiS będą chłodniejsze. ©?

msn.pl

Niemcy zdumieni, jak Polska traktuje Czeczenów. „To pogwałcenie praw człowieka”

Ludmiła Anannikova, 06 czerwca 2017

Koczownicy. Czeczeni na dworcu w Brześciu koczują po kilka miesięcy, by wjechać do Polski. Próbują nawet kilkadziesiąt razy

Koczownicy. Czeczeni na dworcu w Brześciu koczują po kilka miesięcy, by wjechać do Polski. Próbują nawet kilkadziesiąt razy (Fot. Jędrzej Nowicki)

Niemieccy społecznicy przyjechali do Polski, by sprawdzić, jak traktujemy czeczeńskich uchodźców. Są zszokowani, że Polska przetrzymuje w zamkniętych ośrodkach małe dzieci.

Przedstawiciele niemieckich organizacji pozarządowych zajmujących się uchodźcami odwiedzili Polskę w ubiegłym tygodniu. Byli na przejściu granicznym w Terespolu, rozmawiali z mieszkańcami ośrodka dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej. Spotkali się też z Czeczenami koczującymi w Brześciu na Białorusi.

Polska straż graniczna od wielu miesięcy nie pozwala im złożyć wniosków o nadanie statusu uchodźcy, choć Czeczeni podkreślają, że uciekają przed prześladowaniami. Wielu przeżyło tortury. Z Czeczenii wyjechali najczęściej całymi rodzinami. Po miesiącach spędzonych na Białorusi nie mają pieniędzy na życie, głodują, mają myśli samobójcze. Odmawianie rozpatrzenia ich sytuacji jest niezgodne z prawem krajowym i międzynarodowym.

Zamknąć! Na wieki wieków amen. Problemy ośrodka dla cudzoziemców w Lininie

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21899948,video.html

Niemieccy społecznicy byli zszokowani. Razem z nimi pociągiem z Brześcia do Terespola przyjechało 80 Czeczenów. Wniosek o nadanie statusu uchodźcy pozwolono złożyć jednej rodzinie, resztę strażnicy odesłali na Białoruś. – Nie spodziewałem się, że Europa zamyka granice w taki sposób. Musi być świadoma, że to pogwałcenie praw człowieka – mówi pastor Bernhard Fricke z organizacji Asylum in Church, która pomaga Czeczenom w Niemczech.

Czeczeni uciekają do Niemiec, są zawracani do Polski

Większość Czeczenów do Niemiec przyjeżdża właśnie przez Polskę. – Mają tam krewnych, ale jadą do Niemiec też dlatego, że mają obawy co do dalszego życia w Polsce. Boją się o bezpieczeństwo, o brak wsparcia, już na granicy zostali potraktowani jak ludzie drugiej kategorii – tłumaczy Maria Książak z fundacji Międzynarodowa Inicjatywa Humanitarna.

Na pozostanie w Niemczech Czeczeni mają niewielkie szanse. Jeśli wniosek o nadanie statusu uchodźcy złożyli w Polsce, to zgodnie z międzynarodowym prawem muszą czekać tu na jego rozpatrzenie. Jeśli ujawnią się w Niemczech, muszą się liczyć z deportacją. Po powrocie do Polski wielu z nich trafia do ośrodków strzeżonych, w których warunki przypominają więzienne. Przebywające tam dzieci mają utrudniony dostęp do edukacji.

Niemcy w ubiegłym roku skierowali do Polski ponad 6 tys. wniosków o przejęcie uchodźców, z tego 4,7 tys. dotyczyło Czeczenów. Polska przyjęła 900 z nich. W tym roku do końca maja trafiło do Polski kolejnych 450 uciekinierów, głównie z Czeczenii. Według dziennika „Rzeczpospolita” w całej UE czeka na deportację do Polski 16 tys. osób.

Czeczeni w Polsce: Dzieci na rok w zamkniętym ośrodku

Przedstawiciele niemieckich organizacji pozarządowych uważają, że w świetle tego, co zobaczyli w Polsce, odsyłanie tu uciekinierów jest niezgodne z prawem. – Wszelkie przekazania osób ubiegających się o status uchodźcy do Polski muszą zostać natychmiast wstrzymane, bo wiele osób powracających, w tym dzieci, umieszcza się w zamknięciu na kilka miesięcy, a czasem nawet na rok – mówi Doro Bruch z berlińskiej organizacji XENION.

– W Białej Podlaskiej rozmawialiśmy z rodziną, która spędziła w zamkniętym ośrodku pół roku. Uważam, że absolutnie nie jest to miejsce dla dzieci – mówi Harald Glöde z organizacji Borderline-Europe. A pastor Fricke dodaje: – W Niemczech więzienie dzieci w takiej sytuacji jest niedopuszczalne. Jest niezgodne z międzynarodową konwencją o prawach dziecka.

Kierowniczka ośrodka dla uchodźców prowadzonego przez organizację Diakonisches Werk Potsdam Nina Schmitz przyznaje, że dopiero w Polsce zrozumiała, dlaczego Czeczeni tak boją się deportacji z Niemiec. – Po prostu nie chcą iść do więzienia. Nie chcą, by ich dzieci spędziły miesiące w zamknięciu – mówi wzburzona. Jak poinformowała Bruch, wśród Czeczenów, którym grozi deportacja do Polski, odnotowuje się w ostatnim czasie coraz więcej prób samobójczych.

Niemieckie organizacje pozarządowe oskarżają swój kraj o przyjęcie antyimigranckiej polityki. Glöde przypomina, że według nieoficjalnych informacji prowadzone są rozmowy w sprawie stworzenia ośrodków dla uchodźców na Białorusi. – Celem jest utrzymanie ich jak najdalej od starej Europy – mówi.

– Było to dla mnie ogromnie trudne przeżycie, gdy zobaczyłem, że my, Niemcy, jesteśmy odpowiedzialni za tę sytuację – wtóruje Fricke.

Niemieckie i polskie organizacje po wizycie w Brześciu opracowały wspólną listę postulatów. Oczekują wstrzymania deportacji do Polski, nie chcą umieszczania w ośrodkach zamkniętych osób ubiegających się o status uchodźcy (zwłaszcza dzieci), domagają się też zagwarantowania dostępu do procedury azylowej na wschodniej granicy UE.

***

Ludmiła Anannikova: Interesują Cię tematy związane z polityką społeczną, mniejszościami, dyskryminacją? Lubisz o nich czytać i dyskutować? Zapraszam na mój profil na Facebooku!

wyborcza.pl

Expo(rt) hipokryzji. Rząd PiS na Expo 2017 chwali się polskimi lasami i transformacją

06.06.2017

© photo: Radek Pietruszka / source: PAP

 

Na ruszającym w czwartek Expo w Astanie Polski rząd chwali się na zalesianiem kraju i „udaną transformacją polityczno-gospodarczą”. – To jest gigantyczna hipokryzja i polityczna schizofrenia – twierdzą eksperci.

Polska wystawa na rozpoczynającym się Expo 2017 w Astanie przypomina ponury żart. Podczas gdy ekolodzy protestują przeciw wycince Puszczy Białowieskiej, a za sprawą „Lex Szyszko” w ciągu ostatnich miesięcy wycięto w Polsce tysiące drzew, rząd PiS chwali się… zalesianiem Polski.

To gigantyczna hipokryzja

Ekspozycja głównego polskiego pawilonu w stolicy Kazachstanu przypomina dziewiczy las. Po środku stoi wielkie drzewo, sufit wygląda jak oświetlone słońcem listowie, podłoga kolorem przypomina ściółkę leśną, a wiele elementów wykonano z drewna. „To przestrzeń, w której piękno polskiego lasu widz pochłania wszystkimi zmysłami – jest tu jaśniej, chłodniej oraz słychać delikatne odgłosy lasu” – czytamy w koncepcji programowej Expo przyjętej przez rząd w grudniu 2016 .

W innym miejscu można przeczytać: „Ekspozycja będzie prezentowała bogatą bioróżnorodność, charakterystyczną dla lasów w Polsce” oraz „mądre eksploatowanie zasobów naturalnych jest podstawą polskiej gospodarki”.

Marek Kossakowski z Partii Zieloni nie kryje oburzenia. – Jest to gigantyczna hipokryzja polskiego rządu w czasie, gdy dokonuje się rzeź drzew – mówi. – Rząd chwali się lasami gospodarczymi, przeznaczonymi na wycinkę pod meble, czy na opał. A wycinka starych lasów i drzew trwa w najlepsze. Nie powinniśmy się chwalić zalesianiem w obliczu tego, co się dzieje – dodaje.

PiS chwali się transformacją

Wątpliwości budzą też inne fragmenty założeń programowych na wystawę Expo 2017, którymi Polska chwali się zarówno w koncepcji jak i na oficjalnych stronach organizatora w kilku językach.„Chcemy opowiadać o Polsce jako kraju, który dla Kazachstanu jest przykładem wielkiego sukcesu transformacji gospodarczo – politycznej, kraju notującego stały wzrost PKB” – w ustach rządu PiS, który dorobek ostatnich 28 lat kontestuje brzmi to wyjątkowo zaskakująco.

– To jest rodzaj schizofrenii politycznej. Polską rządzi ekipa, która podważa dokonania Okrągłego Stołu i transformacji ustrojowej po ’89 roku, który nazywa tamtą zmianę oszustwem, a do władzy doszła hasłem „Polska w ruinie”. A jednocześnie przekaz na zewnątrz jest zupełnie inny – mówi dr Jacek Kucharczyk z Instytutu Spraw Publicznych.

– Co ciekawe, dzisiejszy przekaz PiS to nic innego jak przekaz MSZ stworzony przez Radosława Sikorskiego, który widział siłę eksportową Polski w sukcesie transformacji. To są jego pomysły – mówi Kucharczyk i dodaje, że PiS w kwestii promocji na zewnątrz wciąż nie wymyślił nic nowego. Z przyzwyczajenia kontynuowane są więc priorytety promocji stworzone przez poprzednią ekipę – dodaje.

Na ruszającym w czwartek Expo w Astanie Polski rząd chwali się na zalesianiem kraju i „udaną transformacją polityczno-gospodarczą”. – To jest gigantyczna hipokryzja i polityczna schizofrenia – twierdzą eksperci.

Katolicko-konserwatywny skansen

Za udział Polski w Expo 2017 odpowiada Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) we współpracy z Ministerstwem Rozwoju. Resort rozwoju podkreśla, że udział Polski w wystawie „to szansa na długofalową promocję wizerunku Polski jako kraju nowoczesnego, ale jednocześnie umiejętnie czerpiącego ze swej tradycji”.

Jeśli chodzi o tradycję, PiS próbuje pokazywać Polskę jako katolicko-konserwatywny skansen. Jest to jednak oferta skierowana raczej do części polskiej diaspory, niż do obcokrajowców, zwłaszcza z regionu poradzieckiego. Tam taki sam przekaz tworzy Rosja i jest on tam o wiele silniejszy – mówi Kucharczyk.

A rządowi RP pozostaje las. Przynajmniej na wystawie.

msn.pl

Sadurska w PZU? Hofman: Skala ataku na tę decyzję byłaby olbrzymia

06.06.2017

Były poseł PiS, wiceprezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Adam Hofman© Darek Delmanowicz Były poseł PiS, wiceprezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Adam Hofman

 

– Widać po reakcji mediów, tego co się dzieje, zanim ktoś w ogóle potwierdził, że to w ogóle jest prawda, to skala ataku na tę decyzję byłaby olbrzymia. Myślę, że to też będzie przesłanka, która będzie brana pod uwagę na posiedzeniu Rady Nadzorczej, czy wręcz podejmując decyzję – ocenił Adam Hofman w RMF FM pogłoski jakoby Małgorzata Sadurska miałaby zostać członkiem zarządu PZU.

– Oczywiście jest tak, że rządzący mają prawo decydować, czy politycy wchodzą do spółek Skarbu Państwa, jeśli bronią ich wyniki. Mogą powiedzieć: mamy świetne wyniki spółek Skarbu Państwa, więc nasza polityka się sprawdza. To też jest jakieś rozwiązanie, ale po doświadczeniach z ostatnich miesięcy sądzę, że raczej będzie analizowane to, co dzieje się w otoczeniu dziennikarsko-publicznym – ocenił polityk.

„Odpalić kampanię trzeba za rok”

Zdaniem Hoffmanna, prezydent Andrzej Duda powinien już zacząć myśleć o kampanii wyborczej i się do niej przygotować. – Prezydent musi być gotowy na silną zmianę tendencji, która w Europie jest widoczna. Idzie taka tendencja, żeby wybierać ludzi coraz młodszych z tego nowego pokolenia – zaznaczał.

– Odpalić kampanię trzeba za rok, ale musi być do tego gotowy. Musi pozamykać pewne rzeczy, które się pootwierały, od kabaretowych po poważne. Od próby zrobienia go negatywną ikoną kabaretowej popkultury po poważniejsze polityczne. Musi wrócić do Andrzeja Dudy z kampanii wyborczej. Myślę, że Krzysztof Łapiński i jego zaplecze tę atmosferę będzie próbowało odbudować – dodał.

msn.pl

Sprawdzą działania Szyszki. Eksperci UNESCO planują nową misję do Puszczy Białowieskiej

W opublikowanym przez UNESCO dokumencie wyrażono zaniepokojenie działaniami ministra Jana Szyszki i tym, że odpowiedzi przygotowane przez Ministerstwo Środowiska na temat zarządzania puszczą zawierają nieścisłości i zapisy wzbudzające wątpliwość.
Eksperci UNESCO zaniepokojeni są prowadzoną przez Polskę intensywną gospodarką leśną w Puszczy Białowieskiej oraz wnioskują o wszczęcie formalnej procedury, która ma sprawdzić, czy puszcza nie powinna być wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu.
Dokument przygotowany przez ekspertów będzie dyskutowany podczas 41. sesji Komitetu Światowego Dziedzictwa, która odbędzie się za miesiąc w Krakowie.

 

Wniosek o rozpoczęcie monitoringu kontrolnego
Najważniejsze zapisy decyzji ekspertów UNESCO:
• Wzywają do natychmiastowego zatrzymania wycinki w najstarszych, ponadstuletnich częściach lasu.
• Wskazują, że cięcia sanitarne i względy bezpieczeństwa są nadużywane przez polski rząd jako pretekst do wycinki (wycinane są też drzewa zdrowe i nie stanowiące zagrożenia dla turystów).
• Wskazują, że minister Szyszko zezwolił na zwiększenie wycinki, a nie została przeprowadzona ocena wpływu wycinki na te cechy puszczy, dzięki którym została uznana za Światowe Dziedzictwo (tzw. wyjątkowa uniwersalną wartość).
• Ponawiają prośbę o przygotowanie priorytetowo planu zarządzania zapewniającego realną ochronę obszaru Światowego Dziedzictwa.
• Wyrażają zadowolenie z decyzji Białorusi, która zwiększyła obszar ścisłej ochrony na terenie Puszczy Białowieskiej o 1250 ha.
• Wnioskują o rozpoczęcie procedury mogącej prowadzić do wpisania Puszczy na listę Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu. Częścią tej procedury jest monitoring kontrolny (ang. reactive monitoring), a więc proces sprawdzania stanu zachowania obszaru w odpowiedzi na potencjalne lub rzeczywiste zagrożenia. Jednocześnie ostrzegają, że w wyniku potwierdzenia zagrożeń, na kolejnym spotkaniu Komitetu w 2018 roku Puszcza Białowieska można znaleźć się na Liście Światowego Dziedzictwa w Zagrożeniu. Może być to pierwszy krok w stronę odebrania Puszczy statusu Światowego Dziedzictwa.
• Głębokie zaniepokojenie ekspertów budzi fakt rozpoczęcia przez Komisję Europejską formalnej procedury prowadzącej do Trybunału Sprawiedliwości UE z powodu zwiększenia wycinki w Puszczy.

 

Wycinka w miejscach wyłączonych z wycinki
Koalicja organizacji pozarządowych (ClientEarth Prawnicy dla Ziemi, Dzika Polska, Greenmind, Greenpeace, OTOP, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, WWF) uważa, że wnioski ekspertów UNESCO są przygotowane rzetelnie i odpowiadają obecnej sytuacji w Puszczy. Jednocześnie ekolodzy zaniepokojeni są tym, że w oficjalnym raporcie o stanie Puszczy dla UNESCO za rok 2016 Ministerstwo Środowiska wykazało pozyskanie drewna, które jest trzy razy mniejsze od rzeczywistego.

 

Ministerialny raport wskazuje też, że w strefach wyłączonych z gospodarki leśnej nie była prowadzona wycinka, podczas gdy według danych z nadleśnictw około 40 proc. cięć wykonanych było w tych częściach Puszczy, które zgodnie z naszymi zobowiązaniami wobec UNESCO są wyłączone z wycinki.
„Pokazywanie niepełnych danych, uporczywe trzymanie się tez niezgodnych z wiedzą i doświadczeniem naukowym oraz unikanie jasnych odpowiedzi wydaje się być metodą ministra środowiska na dyskusję z UNESCO” – zauważają ekolodzy.

 

Jedynym polski obiekt przyrodniczy na liście UNESCO
Puszcza Białowieska jest jedynym polskim obiektem przyrodniczym wpisanym na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Została wpisana na tę listę w 1979 roku, jako jedna z pierwszych na świecie. Od 2014 roku na liście UNESCO jest cały obszar puszczy – w Polsce i na Białorusi.
Lista obiektów dziedzictwa ludzkości w zagrożeniu obejmuje te z najcenniejszych obszarów przyrodniczych i zabytków, które są zagrożone poważnym i ściśle określonym niebezpieczeństwem – zarówno naturalnym jak i wynikającym z działalności człowieka. Obecnie na tej liście znajduje się 55 obiektów. Dotychczas z listy UNESCO zostały usunięte tylko dwa obiekty – rezerwat w Omanie i niemieckie miasto Drezno.


polsatnews.pl

 

WTOREK, 6 CZERWCA 2017

Bochenek: Jestem zdziwiony zainteresowaniem mediów minister Sadurską

Bochenek: Jestem zdziwiony zainteresowaniem mediów minister Sadurską

Nie wiem, właśnie jestem zdziwiony zainteresowaniem mediów minister Sadurską, bo od samego początku, kiedy pojawiły się tylko takie rewelacje medialne podane przez jedną z gazet, od razu wybuchła niemalże jakaś nadzwyczajna afera. Każdy ma prawo kierować swoim życiem zawodowym jak uważa to za słuszne. Nie wiem, co Małgorzata Sadurska zamierza zrobić – stwierdził Rafał Bochenek w rozmowie z Piotrem Witwickim w „Politycznym Graffiti” Polsat News. Jak dodał:

„Nawet jeżeliby do tego doszło, uważam, że Sadurska jest osobą niezwykle pracowitą, przez wiele miesięcy, prawie 2 lata pracowała w Kancelarii Prezydenta, była pochłonięta tą pracą, bardzo zaangażowana, doświadczona parlamentarzystka. Myślę, że odnajdzie się w tej czy innej firmie, jeżeli oczywiście zamierza odejść, bo tego nie wiem”

Jak dodał, Sadurska na razie pracuje w KPRP i nie chciałby dywagować, czy przejdzie gdziekolwiek czy nie.

300polityka.pl

 

Tomasz lis

%d blogerów lubi to: