Kinga DUNIN: PRAWDZIWA POWIEŚĆ

Zastanawiając się, czemu jej nie ma, myślę o tradycjach, mentalności – ale też o pieniądzach.

W poprzednim moim tekście, ale w innym dziale, pisałam o literaturze polskiej zwanej gatunkową. Zastanawiam się nad sensem tego określenia, bo gatunkiem literackim jest powieść, a powieści z dookreśleniem: fantastyczna, grozy, kryminalna, biograficzna, dokumentalna, pikarejska, i co tam jeszcze przyjdzie nam do głowy, to może podgatunki? W każdym razie ich matką jest powieść-powieść. „Prawdziwa powieść”. I może tego właśnie najbardziej w polskiej literaturze brakuje? Dobrych powieści.

 

Nie wikłając się w literaturoznawcze rozważania, powiedzmy sobie najpierw, że dziś powieścią może być wszystko, co nie jest wierszem albo non-fiction. Kiedy jednak myślę o „prawdziwej powieści”, chodzi mi o jej najbardziej tradycyjną i klasyczną formę, bez żadnych postmodernistycznych sztuczek. Powinna mieć ona przezroczystego, trzecioosobowego narratora. Chyba Jonathan Franzen, autor świetnej powieści Wolność, w jakimś wywiadzie powiedział, że nie ma powieści bez takiego narratora. Tak lubiana tutaj narracja pierwszoosobowa zawęża pole możliwych do opisania doświadczeń, czasów i miejsc. Oczywiście można napisać kolejną książkę z cyklu „opowiem wam o mojej rodzinie” albo „opowiem wam, gdzie byłem”. Albo w trzeciej osobie opowiadać i tak wciąż o sobie, swojej rodzinie i swoich okolicach i gdzie się było. Ale to, co jest cudowne w „prawdziwej powieści – dla mnie, miłośniczki tego gatunku – jest to, że autor przekracza siebie, może objąć świat szerszym spojrzeniem.

 

No tak, prawdziwa powieść jest realistyczna. I chociaż dzisiaj zdajemy sobie sprawę z tego, że nigdy nie jest „zwierciadłem, które chodzi po drogach” i odbija rzeczywistość, to czytamy ją, jak mówił Bourdieu, tak jakby była prawdziwa.

 

Pociąga to za sobą zaangażowanie w lekturę podobne do zaangażowania w prawdziwe życie. (Rezygnujemy z wyjścia do kina, nie sprawdzamy, co tam nowego na FB, nie odbieramy telefonów…).

 

Oczywiście muszą być też spełnione i inne warunki. Wiarygodny świat przedstawiony, tło historyczne i społeczne, fabuła wiarygodna, ale nieprzewidywalna. Dobrze zbudowane postacie. Zwroty akcji, we właściwych momentach dawkowane napięcia i emocje. Język może nie całkiem przezroczysty, miło, jeśli autor ma rozpoznawalny styl, ale z czasem stający się przezroczysty. Trudno za taki uznać język ubogi w słownictwo, nadmiernie schematyczny, gdzie lato jest zawsze słoneczne, zima mroźna, a kiedy zaczynamy czytać kolejne zdanie, wiemy, jak się skończy, dialogi zaś wyglądają na zaczerpnięte z rozmówek. No i dobrze, żeby była w tym jakaś idea, problem – coś dla pożywienia intelektu.

 

Takiej polskiej powieści najbardziej mi brakuje. Zastanawiając się, czemu jej nie ma, myślę o tradycjach, mentalności, ale też o pieniądzach. Napisanie takiej powieści wymaga czasu, skupienia, panowania nad materiałem, często też drobiazgowych badań. Zanim Faber napisał Szkarłatny płatek i biały, spędził wiele lat w archiwach, badając wiktoriańską prostytucję.

 

Czy stać na to polskiego pisarza za przeciętną zaliczkę od poganiającego go polskiego wydawcy?

 

Jeżeli ktoś podziela moje zamiłowanie do „prawdziwych powieści”, to szczerze polecam książkę Tysiące jesieni Jacoba de Zoeta Davida Mitchella, spełniającą wszystkie te warunki. Do tego gruba i z ilustracjami!

 

Niezwykle ciekawie wybrane zostało miejsce i czas akcji. Jest dokładnie przełom XVIII i XIX wieku, holenderska faktoria na sztucznej wyspie zbudowanej w pobliżu Nagasaki. Japonia jest zamkniętym cesarstwem, niewpuszczającym na swój teren obcych. Do faktorii statki zawijają raz na rok albo rzadziej. W tym miejscu stykają się dwie cywilizacje i badają nawzajem, sprawdzają, uczą siebie. Feudalna, tradycyjna i egzotyczna oraz rozkwitający kapitalizm w jego najbardziej okrutnym i chciwym wydaniu, ale także z drugim, oświeceniowym i racjonalnym obliczem. Dlaczego ten czas jest interesujący? Jak mówi jeden z bohaterów: sto lat temu życie wyglądało prawie tak samo, a co będzie za sto lat, tego nikt z nas nie potrafi sobie wyobrazić. To moment, w którym świat nabiera rozpędu.

 

Na wyspę przybywa młody urzędnik pragnący zbić fortunę. Będziemy towarzyszyli mu aż do śmierci i nie raz nas zaskoczy. Znajdziemy tam też intrygi prywatne oraz polityczne, miłość, wojnę, a nawet tajną sektę w ukrytym klasztorze.

 

Miłej lektury.

 

 

Czytaj także:

Munro w Polsce nie miałaby szans

Kinga Dunin: Dlaczego nie ma polskiej Munro?

Dziennik Opinii KP

SZPAKOWSKA: DOPISYWAŁAM SIĘ DO TEKSTU

Stawałam się w powieściach jeszcze jednym bohaterem i wymyślałam, co było dalej.

Joanna Krakowska: Chciałabym zapytać o edukację sentymentalną, tę młodzieńczą, szkolno‑książkową. Ale najpierw o Trylogię. Czytała pani Trylogię?

 

Małgorzata Szpakowska: Z Trylogią było tak. Fragmenty czytała mi głośno babcia Gepnerowa, jak miałam chyba siedem lat i miałam zapalenie ucha środkowego. Ale samodzielnie czytać powieści nauczyłam się już wcześniej. Miałam lat sześć, byłam bardzo ciężko chora. Na krup, który początkowo nie został zdiagnozowany. Najpierw po raz trzeci zdiagnozowano mi koklusz – ale to nie był koklusz; ja się rzeczywiście dusiłam i w końcu o mało nie umarłam…

 

JK: Nie było Ani Shirley…

 

Właśnie. Zanim wywieziono mnie do szpitala, nie mogłam oddychać i profesor Michałowski zaordynował mi surowicę przeciwdyfterytową. To był wówczas olbrzymi zastrzyk, jak dla konia. Byłam prawie nieprzytomna, ale bardzo rzeczowo oświadczyłam, że nie dam sobie zrobić zastrzyku, jeżeli nie dostanę lalki z zamykanymi niebieskimi oczami i z blond włosami. Mama obiecałaby mi wtedy nie tylko lalkę, ale absolutnie wszystko.

 

Zastrzyk zrobiono, po czym przewieziono mnie do szpitala na Kopernika. To się zresztą podobno odbywało bardzo efektownie, bo mama jechała ze mną dorożką i w dorożce towarzyszył jej jeden z moich wujów, a drugi, skądinąd lekarz, zamykał kawalkadę na rowerze. W szpitalu przez nieporozumienie drugi raz podano mi surowicę. Nie protestowałam, bo uznałam, że to część dealu. No i po tym rzeczywiście o mało nie umarłam… Były obawy, że serce tego nie wytrzyma, i po powrocie ze szpitala musiałam sześć tygodni leżeć w łóżku. Wtedy właśnie zaczęłam czytać powieści. Czytano mi W pustyni i w puszczy – to był 1946 rok, na jesieni – i doczytano do momentu, w którym Staś stanął naprzeciw lwa. I wtedy mi powiedziano: „Czytaj sama dalej”. Więc czytałam.

 

Potem, kiedy miałam siedem albo osiem lat, dostałam zapalenia ucha środkowego. Babcia czytała mi fragmenty Pana Wołodyjowskiego, w szczególności te najbardziej drastyczne. To znaczy historię o tym, jak Azja porwał Baśkę, a następnie jak Azję wbijano na pal, w czym babcia nie widziała niczego niestosownego.

 

Samodzielnie przeczytałam Trylogię, kiedy miałam lat dziesięć. Z niewiarygodnym przejęciem, ze straszliwym zachwytem. Moja rodzina była nie gombrowiczowska, tylko sienkiewiczowska, i to mi się udzielało. Potem, kiedy zaczęłam mieć wątpliwości co do Trylogii, straszne boje musiałam toczyć z moimi paniami.

 

Iwona Kurz: W którym bohaterze się pani kochała?

 

Chyba w żadnym. Samą siebie wpisywałam w tę powieść jako czyjąś siostrę czy kuzynkę, dowolnie, w zależności od tomu. Nie polegało to na zastępowaniu którejś z bohaterek, tylko na odgrywaniu roli indywidualnej, raczej wyempancypowanej.

 

Justyna Kowalska-Leder: Zachowywała pani dystans.

 

Nie zachowywałam dystansu. Po prostu wchodziłam w tekst.

 

Jeżeli się kochałam, to w tekście. Tekst był na tyle fascynujący, że uczestniczyłam w opisywanych przygodach.

 

JK: Nie prowadziła pani sama ze sobą sporów – czy Wołodyjowski, czy Kmicic?

 

Nie, dopisywałam się do tekstu. Ja to zresztą robiłam w stosunku do wielu książek. Za czasów szkolnych po prostu stawałam się w powieściach jeszcze jednym bohaterem i wymyślałam, co było dalej. W ten właśnie sposób długo współżyłam z książką, którą bardzo lubię – to znaczy lubiłam, bo już jej dawno nie czytałam – czyli ze Stalkym i spółką Kiplinga. Nie przeszkadzało mi specjalnie ani kolonialne przesłanie, które zresztą zaczęłam zauważać dużo później, ani leciutki posmak homoseksualny, którego wtedy też zupełnie nie dostrzegałam. Byłam bohaterką dodatkową, która uczestniczyła w wybrykach tych chłopaków. I czasem z nimi rywalizowała.

 

JK: Byłam niedawno świadkiem ostrego sporu dwóch całkiem dorosłych osób, które kłóciły się o wyższość Wołodyjowskiego nad Skrzetuskim i odwrotnie. Pomyślałam, że to takie fundamentalne formacyjne doświadczenie młodych dziewcząt, które czytały Trylogię. Tylko jest ich oczywiście coraz mniej.

 

Ja to czytałam z ogromnym przejęciem. Z mniejszym przejęciem – ale też z przejęciem – czytałam później Krzyżaków. Miałam jednak straszliwy problem. Któryś z komturów mówi tam Jurandowi o córce: „jeśli ci ją oddam, to ze swoim bękartem”. Otóż ja nie wiedziałam, co to jest bękart, a moja nieszczęsna mama nie umiała mi tego wytłumaczyć. Bardzo przebierała nogami, ale nijak jej to nie wychodziło. Z grubsza się domyślałam, że to chodzi o coś nieprzyzwoitego, ale nie byłam w stanie z niej wydusić definicji.

 

JK: Jakie jeszcze były ważne lektury?

Nie wiem, czy wam już tego nie opowiadałam. Mnie zawsze bardzo brakowało słowa drukowanego. W domu po wojnie były te książki, które się przechowały w piwnicy – zdekompletowany Mickiewicz, dramaty Słowackiego, Sienkiewicz i Prus też z brakami, mocno zniszczona encyklopedia Gutenberga. Potem pojawiło się trochę książek wydawanych w latach czterdziestych. Książki dla dzieci wydawnictwa Avir z Katowic i jeszcze przedwojennego wydawnictwa B. Arct. Książki dla dzieci pochłaniałam w liczbie czterech dziennie, nigdy mi ich nie wystarczało.

 

Chyba jeszcze przed Trylogią, grubo przed Trylogią, jako jedną z pierwszych lektur czytałam Dziady. Szalenie mi się podobało, że tam są didaskalia, że ktoś wchodzi albo wychodzi. Potem sama zaczęłam pisać dramaty, które składały się wyłącznie z didaskaliów. Ostatni dramat napisałam, kiedy miałam jedenaście lat, na moje ostatnie imieniny, 10 czerwca. Moje koleżanki zaproszone zostały z zastrzeżeniem, że mają przyjść z koszulami nocnymi swoich matek – wymagane były suknie balowe. No i odgrywałyśmy dramat wedle mojego scenariusza. O co chodziło, już nie pamiętam. Najbiedniejsza była moja mama, bo potem musiała zapleść ogromną liczbę warkoczy, ponieważ wszystkie panienki oczywiście występowały z rozpuszczonymi włosami. To była moja klasa piąta.

 

[…]

 

JK: Rozumiem, że nie było takiej książki, która zmieniła pani życie?Pytam, bo sądzę, że doświadczenia lekturowe we wczesnej młodości odciskają się piętnem na całym późniejszym życiu.

 

Nie jestem tego pewna. Po pierwsze, nie za bardzo już pamiętam, co czytałam. Na pewno dużo klasyki, bo to przede wszystkim było dostępne. Po drugie, czytałam sporo rzeczy snobistycznych, to znaczy takich, które mnie przerastały. Pamiętam, że na przykład – zupełnie nie wiem, po co – czytałam Zaratustrę. Ja się tym nie popisywałam, nie chodzi o to, że robiłam to dla efektu. Ja to robiłam, żeby sama sobie zaimponować. A nudziło mnie to potwornie.

 

JK: Czyli miała pani z lekturami kontakt raczej intelektualny niż emocjonalny?

 

Nie zawsze, z Trylogią akurat miałam bardzo mocny kontakt emocjonalny i wszystkie te książki, w które siebie wpisywałam, to oczywiście były książki bardzo dla mnie istotne.
Czytałam też dużo wierszy, na co teraz zupełnie straciłam ochotę.

 

Agata Chałupnik: Ulubieni poeci?

 

Chyba przede wszystkim Gałczyński. Czytałam go w ogromnych ilościach, bardzo dużo umiałam na pamięć…

 

ACh: Inge Bartsch…

 

Inge Bartsch jest krótka. Ja się kiedyś, właściwie przypadkiem, nauczyłam Balu u Salomona. Teraz usiłowałam go sobie powtórzyć, podczas rehabilitacji ręki, pod laserem, kiedy nie mogłam niczego czytać. Jeśli mam pierwszy wers strofy, to dalszy ciąg pamiętam, ale myli mi się kolejność. To jest przecież poemat bez konstrukcji, ciąg impresji, bardzo trudny do zapamiętania.

 

Wierszy w ogóle umiałam mnóstwo. Trochę się uczyłam, a trochę mi się samo wbijało w pamięć. Ten Bal u Salomona zapamiętałam w czasie bardzo ładnych wakacji w 1956 roku, między dziesiątą a jedenastą klasą. Wtedy w „Przekroju” ukazała sięPodróż XIV Iona Tichego Stanisława Lema, ta o sepulkach.

 

ACh: To był pierwszy Lem, jakiego pani czytała?

 

Nie, wcześniej czytałam Astronautów, którzy mnie dość znudzili, i usiłowałam czytaćObłok Magellana, którego po dziś dzień nie zmogłam. Nawet jako autorka książki o Lemie nie byłam w stanie. Natomiast te sepulki strasznie mi się spodobały, jak zresztą całemu wakacyjnemu towarzystwu. Byłam wtedy z mamą w Brennej, mieszkałyśmy w leśniczówce w górach. Paskudny myśliwski pałacyk poniemiecki z wypchanymi niedźwiedziami zżeranymi przez mole. Nie było elektryczności, tylko lampy naftowe. Poza nami była tam najbliższa przyjaciółka mojej mamy, córka i mąż tej przyjaciółki, przyjaciółka córki i przyszły mąż córki przyjaciółki. A jeszcze w okolicy przypadkiem był pierwszy mąż przyjaciółki mojej matki ze swoją żoną i synem. Było to bardzo miłe towarzystwo i jedną z rozrywek, które tam sobie wymyśliliśmy – a to było miejsce odcięte od wszelkiej cywilizacji, nawet bez prądu – było rapsodyczne wykonanie Wesela na cztery głosy. To nie było odgrywanie, to było czytanie, coś w rodzaju próby czytanej. Wtedy też właśnie czytaliśmy sobie dużo wierszy, między innymi Gałczyńskiego, i ja się wtedy jakoś tego Balu u Salomonauczepiłam czy też on się mnie uczepił.

 

Justyna Jaworska: No tak, to katastroficzne, więc musiał się pani uczepić. Czy pani uważa, że – tak jak mówią – rzeczywiście w młodości się czyta wiersze, potem się czyta beletrystykę, a potem już tylko literaturę faktu?

 

Nadal bardzo lubię beletrystykę. Bardzo lubię dobrze skonstruowane powieści. W ogóle lubię ustrukturowane teksty. Ale czytam raczej beletrystykę niższego lotu, ponieważ beletrystyka wyższego lotu już nie powstaje, a jak powstaje, to jest nieustrukturowana.

 

Wierszy natomiast czytam już rzeczywiście bardzo niewiele i bardzo rzadko. Jakoś nie mam cierpliwości, a już rozmaitych eksperymentów i szarad typu Andrzej Sosnowski naprawdę nie jestem w stanie przyswajać. A w każdym razie nie dla przyjemności.

 

JJ: Bardziej się pani egzaltowała kiedyś?

 

Chyba tak. Nie jestem w stanie tego odtworzyć.

 

ACh: Wracając jeszcze do książek dla młodzieży – czytała pani raczej książki dla chłopaków czy dla panienek z dobrego domu?

 

Było bardzo niewiele książek w ogóle. Ukochaną moją książką, jak już mówiłam, byłStalky i spółka Kiplinga. Bardzo lubiłam pierwsze trzy Anie, bo to akurat miałam na własność. Próbuję jeszcze sobie przypomnieć, co miałam. Trochę takich dziecinnych powieści wydawnictwa B. Arct – na przykład Marii Buyno‑Arctowej, takie kocie wymiociny – jedno, zdaje się, nazywało się Kocia mama, drugie Słoneczko; przedwojenne, okropnie słodkie historie. Już wtedy miałam poczucie, że to okropne. Bardzo natomiast lubiłam książkę Puc, Bursztyn i goście, tylko nie pamiętam w tej chwili, kto ją napisał.

 

JK: Jan Grabowski.

 

O, właśnie! No i z dziecinnych lektur oczywiście miałam Puchatka. Miałam Puchatka– Chatkę Puchatka – jeszcze przed powstaniem, z tego nakładu, który ukazał się tuż przed wojną i został częściowo zniszczony. Wspomnienie związane z Chatką Puchatkajest martyrologiczne: babcia mi to czyta i wtedy zaczynają wypadać szyby i lecimy do piwnicy, bo jest bombardowanie.

 

Jest to jedna z nielicznych sytuacji, kiedy przypominam sobie mieszkanie na Kruczej, ale tylko ten kawałek koło okna. Co więcej, wydaje mi się, że to była sytuacja powtarzalna – że ilekroć zaczynano mi czytać Chatkę Puchatka, tylekroć następował nalot. Być może to wymyśliłam, ale takie poczucie bardzo głęboko tkwi we mnie. Natomiast Kubusia Puchatka dostałam w 1946 roku i mam go do dziś, dosyć, powiedziałabym, zgryzionego. Chatkę Puchatka, jakąś bardzo brzydko wydaną, dokupiłam sobie później. Tamta jednak poległa w powstaniu.

 

JJ: Nadal identyfikuje się pani z Kłapouchym?

 

Wyłącznie. Ale to przecież oczywiste.

 

JK: Sowa Przemądrzała też się nadaje.

 

To gorsza strona mojej natury. Rzeczywiście, od czasu do czasu mam tendencję, żeby być Sową Przemądrzałą, ale raczej się do tego nie przyznaję.

 

JK: Alicję pani czytała w dzieciństwie?

 

Nie czytałam Alicji – czytałam Alę. Miałam przedwojenne wydanie Ali w krainie czarów [1] i kiedyś zorganizowałam nawet przedstawienie w Brwinowie. Do Brwinowa, do tego domu, o którym już wam opowiadałam, jeździłam prawie przez całą szkołę na wakacje. Brwinów został nam po rozmaitych wywłaszczeniach w postaci werandy oraz w postaci części ogrodu. Na tej werandzie gnieździła się moja babcia oraz reszta wnuków mojej babci i ja – początkowo był jeszcze jeden pokój. Mnie mówiono, że powinnam tam się dobrze czuć, bo będę miała towarzystwo dzieci. Ale Krysia była ode mnie młodsza o cztery lata, Michał o sześć, Tomek o dziewięć, a Zosia o trzynaście. Trudno powiedzieć, żeby to towarzystwo było całkiem odpowiednie. Poza tym były tam jeszcze inne dzieci, w tym samym domu.

 

Kiedy już byłam trochę starsza – miałam dwanaście, trzynaście lat – wyreżyserowałam z tymi dziećmi dwa przedstawienia. Jedno było właśnie adaptacjąAli w krainie czarów, w związku z czym ten egzemplarz został straszliwie pokreślony i podarty. W końcu zabrał mi go świętej pamięci Jakub Karpiński i już go nie odzyskałam.

 

Alicję w Krainie Czarów, czyli w przekładzie Macieja Słomczyńskiego, czytałam dużo później i już bez emocji, podczas gdy Pieśń o zupie żółwiowej w tamtym pierwotnym przekładzie, owszem, częściowo pamiętam do dziś.

 

JK: Więc była pani muzykalna na ten typ humoru?

 

Tak, choć potem mi trochę przeszło. Ale na rozmaite pomysły T.S. Eliota i podobnych do dziś dnia pozostaję wrażliwa.

 

Co pamiętam jeszcze z lektur dziecinnych? No, Byczka Fernando, którego, jak się bardzo natężę, to chyba jeszcze mogłabym zadeklamować. Rozmaite wierszyki Tuwima oczywiście, to wiadomo – to każde dziecko pamięta, ale również czytywałam opowieść O Janku Wędrowniczku Marii K. W tej chwili z tego wierszyka pamiętam wyłącznie frazę, skądinąd bardzo prawdziwą: „wejść to nic, lecz zejść to sztuka, / Janek próżno drogi szuka, / wszędzie skały, wszędzie ślisko, / ot, zwyczajnie, jak urwisko”.

 

JK: Powiedziała pani – Gałczyński; rozumiem, że Broniewski też?

 

Broniewski też, oczywiście. Jak nie będziecie grzeczne, to wam oddeklamuję Komunę Paryską.

 

JK: A ja Kłaniam się rosyjskiej rewolucji.

 

Kłanianiem się byłoby gorzej, ale Komunę uważam za jeden ze wspanialszych poematów. Mam wrażenie, że również wspaniałym wierszem jest Słowo o Stalinie, ale pamiętam je kiepsko, a niestety nie mam tekstu. W rozmaitych wydaniach Broniewskiego jakoś wyparowało, ale co świeczkę Broniewskiemu stawiam na grobie, to stawiam. Wprawdzie tylko raz do roku. To rzeczywiście świetny poeta. Liryki jakie są dobre, takie prościutkie, z przełamywaniem rytmu. Bardzo skomplikowane rymy, nie potrafię nawet powiedzieć, jak one się nazywają. Dobry poeta, ale poeta Majakowski też był dobry.

 

Miałam okres, że bardzo lubiłam poetów francuskich, rozmaitych Eluardów i Apollinaire’a. Troszkę nawet czytałam ich po francusku, kiedy udawałam sama przed sobą, że znam ten język. Po latach bardzo starannie obejrzałam wszystkie antologie Jerzego Lisowskiego, chociaż nie powiem, żebym je w całości przeczytała, już nie ten entuzjazm. Bardzo też dużo naczytałam się Francuzów różnych.

 

Balzaca jednak zaczęłam czytać za wcześnie, znudził mnie i dałam spokój. Balzaca tak naprawdę przeczytałam po Prouście i dopiero wtedy mi się bardzo spodobał.

 

Chyba w ogóle należy czytać Balzaca po Prouście, oczywiście jeśli się jest w stanie przebrnąć przez opisy wszystkich mebli i tapet we wszystkich pokojach, przez które przechodzi bohater.

 

I bardzo lubiłam, już chyba od czasów szkolnych, Thackeraya, Dickensa, w ogóle klasyczną powieść angielską. Jane Austen odkryłam jakoś później. To chyba wszystko są lektury albo szkolne, albo wczesnostudyjne; trzeba by sprawdzić, kiedy co wychodziło, bo tylko w ten sposób można by to uściślić.

 

[…]
Z miłości literackich – to jeszcze Jesienin.

 

ACh: Iwan Bunin?

 

Nie, zupełnie nie.

 

JK: Ale Jesienin w połączeniu z biografią czy tylko Jesienin?

 

I Jesienin z biografią, i Jesienin z fajką, i Jesienin z takiego wspaniałego zdjęcia, które było w antologii poezji rosyjskiej, i Jesienin w przekładach Broniewskiego, a jakże, bo to się już wiązało, przekłady i wiersz Broniewskiego o śmierci Jesienina – wszystko się tak łączyło.

 

[…]

 

Jeszcze z upodobań – to oczywiście Dostojewski. To się też zaczęło chyba w szkole. Tu trzeba by było znowu sprawdzić, jak się ukazywały poszczególne powieści. W każdym razie mam za sobą wyczyn filologiczny. Nie miałam Idioty. W BUW‑ie – więc już musiałam być studentką – dostępny wtedy był tylko pierwszy tom po polsku, zatem resztę Idioty przeczytałam po raz pierwszy po rosyjsku. To była, notabene, jedyna powieść, którą przeczytałam po rosyjsku do pierestrojki, do czasu, kiedy Anatolij Rybakow napisał Dzieci Arbatu. Mój rosyjski jest dosyć średni, wtedy był trochę lepszy.

 

JK: I dowiedziała się pani, jak się skończyło.

 

Dowiedziałam się, jak się skończyło. Zwłaszcza że tam to akurat ma pewne znaczenie.

 

Natomiast nie czytałam wtedy kryminałów, bo ich prawie nie było. Tylko Chestertona. Znowu w bardzo dużych ilościach i bardzo to swego czasu lubiłam. Teraz któregoś dnia próbowałam wrócić, już nie pamiętam, czy do Latającej gospody, czy do Człowieka, który był Czwartkiem, i to już nie było to. Być może jest to pisarz, który wyjdzie jeszcze kiedyś z zamrażarki, ale na razie jest nie do zniesienia, aczkolwiek nie wiem, czy to nie jest kwestia przekładów.

 

Z Chestertona jedno mi zostało, co powtarzam stale, to znaczy pytanie: „Gdzie mądry człowiek schowa liść? – Na drzewie. – Gdzie mądry człowiek schowa trupa? – Na pobojowisku”. Sentencja, która się nadaje do bardzo wielu sytuacji.

 

I bardzo lubię jego małą książeczkę o świętym Franciszku.

 

U mojego wuja były trzy powieści Agathy Christie. Z ogromnym zachwytem je czytałam; to już musiało być w liceum.

 

IK: Co to było?

 

Sześć pudełek zapałek, powieść, która różnie się nazywa w różnych przekładach. Podobnie jak Hotel na wybrzeżu, który głównie funkcjonuje pod tytułem Zło czai się wszędzie. I Noc w bibliotece.

 

IK: Jakieś romanse?

 

Chyba nie.

 

JK: Nawet takich klasycznych? Thomas Hardy na przykład.

 

Hardy’ego nie miałam w zasięgu. Jeden klasyczny romans – bo sądzę, że akurat ta powieść zasługuje na taką nazwę; a bardzo ją lubię, chyba nawet do dzisiaj – to jestGenerał Jego Królewskiej Mości na Zachodzie Daphne du Maurier, tej od Rebeki. Z tym że Rebeka jest z dzisiejszej perspektywy prześmieszna, natomiast Generałwydaje się dużo bardziej serio. Dzieje się to w czasie wojen domowych, w czasie rewolucji Cromwella. Też nie czytałam tego ze dwadzieścia lat.

 

JJ: Żadne Rodziewiczówny? Żadne Zarzyckie?

 

Przede wszystkim tego nie było dużo. Bardzo mi się podobało Lato leśnych ludzi, ale dworkowe Dewajtisy już mniej.

 

JKL: Anna Karenina?

 

Kareninę przeczytałam nie pamiętam kiedy i nie miałam do niej żadnego stosunku. Chyba mnie trochę znudziła, podobnie jak Wojna i pokójAnnę Kareninęprzeczytałam znowu stosunkowo niedawno i tego samego dnia, kiedy ją sobie przyniosłam z biblioteki, zadzwonił do mnie Wiktor Dłuski, żebym napisała wstęp czy posłowie do tej powieści dla Świata Książki. Uznałam, że to jest palec Boży; przeczytałam ją poważnie i porządnie, i napisałam, co napisałam [2].

 

JK: Nie spodobała się pani?

 

Tym razem mi się spodobała. Dorosłam.

 

IK: Wydaje mi się, że to nie wynika do końca z tego pani tekstu, z Uszu Karenina. Ale może to nie chodzi o powieść – tylko o postawę bohaterki (śmiech).

 

Przepraszam bardzo, Anna Karenina jest arcydziełem literatury psychologicznej, ma mnóstwo zalet. Uważam za niestosowne stwierdzenie, że z mojego tekstu nie wynika, że mi się ta książka podoba.

 

IK: Czym innym jest docenić wielkość dzieła, czym innym uznać książkę za swoją.

 

Wiesz, akurat ja mogę ją uznać za swoją, bo te kompulsje, które znalazłam w bohaterce, wydały mi się nie tylko przekonujące, psychologicznie zrozumiałe i tak dalej. Chyba zdarzało mi się czegoś podobnego doświadczać, chociaż na innym tle.

 

IK: Tak, ale trzy kwadranse rozmawiamy już o pani lekturach i dopiero na kolejne pytanie – „a romanse?” – pojawia się ta książka. Jakoś zatem nie mieści się w lekturach ważnych.

 

Anna Karenina stała się lekturą ważną w momencie, kiedy naprawdę miałam więcej niż szesnaście lat. Relatywnie niedawno. Wypytywałyście mnie o lektury formujące. Otóż Anna Karenina w czasie, kiedy się formowałam, nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

 

JJ: Nie wiedziała pani wtedy, czym jest przeinwestowanie miłosne?

 

Nie wiedziałam albo też nawet, wiedząc to jakoś – ponieważ w końcu wiedza o przeinwestowaniu miłosnym niekoniecznie musi być związana z romansem – nie czułam, by akurat to przeinwestowanie wtedy do mnie przemawiało.

 

JK: To właśnie widać w tym wstępie. Ale – Karenin czy Wroński?

 

Ani jeden, ani drugi. A jeżeli koniecznie już, to przepraszam bardzo, ale Karenin.

 

ACh: Nie, pani profesor…

 

To w końcu jedyny przyzwoity człowiek w tym towarzystwie. Wszyscy oczywiście są tam z grubsza przyzwoici – na tym polega tragedia. Ale Karenin próbuje po tej tragedii posprzątać. Między innymi tylko on zajmuje się dziećmi.

 

JK: Jako kryterium przyzwoitość jest klarowna.

 

Klarowna. Ktoś przynajmniej był odpowiedzialny.

 

IK: Nie możemy chyba mieć pretensji, że Anna się dziećmi nie zajęła.

 

JJ: Jak już było po wszystkim.


 

Frgment książki Szpakowska. Outsiderka, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

 

 

„Zawsze powtarzam, że różnych rzeczy mi Pan Bóg poskąpił, ale w tym jednym punkcie czuję się osobą wybraną – ponieważ studiowałam w najlepszym miejscu, w jakim można było w owym czasie studiować” – mówi Małgorzata Szpakowska o warszawskim Wydziale Filozofii w latach sześćdziesiątych. Bo wszędzie poza tym czuła się outsiderką, niezdolną z nikim i z niczym w pełni się utożsamić. Ani z rówieśnikami w dzieciństwie, ani z komandosami w marcu 1968. Ani z „taternikami”, z którymi połączyła ją ława oskarżonych, ani z więźniarkami z Fordonu. Ani ze zrywem Solidarności, ani nawet z środowiskiem akademickim, gdy po latach udało jej się wrócić do pracy naukowej. Autorka siedmiu książek i ponad pięciuset artykułów, wieloletnia redaktorka działu eseistyki w „Dialogu”, badaczka samowiedzy obyczajowej Polaków i monografistka „Wiadomości Literackich”, wreszcie profesor tytularny, promotorka doktoratów i magisteriów – nadal uważa się za kogoś spoza głównego nurtu. I za osobę apolityczną, choć jej życiorys przed 1989 rokiem niemal bez reszty determinowała polityka.

W rozmowie z dawnymi doktorantkami, teraz bardziej przyjaciółkami, opowiada dzieje rodzinne i własne, gdzie w tle domowych anegdot i analiz relacji z matką pojawia się tajne szkolnictwo z końca dziewiętnastego wieku i Instytut Maryjski w Petersburgu, więzienie na Pawiaku i obóz w Starobielsku, powstanie warszawskie i stalinizm, październik i marzec, i sierpień. Opowiada przekornie, bez patosu, czasem z sarkazmem, niemal zawsze zachowując dystans. Który jednak słabnie, gdy rozmowa schodzi na konspirację po polsku, na kryteria stosowane w humanistyce albo na marginesy działania Solidarności.

 

Czytaj także:

Małgorzata Szpakowska: Sprawa taterników wynikła z braku przezorności

Przypisy:

[1] Lewis Carroll, Ala w krainie czarów, w wolnym przekładzie z angielskiego Marii Morawskiej, wiersze przełożył Antoni Lange, Gebethner i Wolff, Warszawa – Kraków – Lublin 1927. Książka w tej wersji wydana została też po wojnie (1947).

[2] Małgorzata Szpakowska, Uszy Karenina, [ w: ] Lew Tołstoj, Anna Karenina, t. 2, przeł. Kazimiera Iłłakowiczówna, Świat Książki, Warszawa 2001, s. 603 – 621.

Dziennik Opinii KP

Andrzej W. NOWAK: GENDOROŻEC PRZESKAKUJE REKINA, CZYLI DLACZEGO PRAWICA POWINNA CZYTAĆ MCLUHANA

Na rozedrganej giełdzie uwagi żadna treść się nie ostanie.

Guru teorii mediów ma pecha, z jednej strony jest zbyt „świeży” na nobliwego klasyka, z drugiej zbyt „stary” na modną świeżynkę. Warto jednak po niego sięgać i przypominać jego słynną frazę „medium is the message” – środek przekazu sam jest przekazem. Dziś, w świecie zdominowanym przez napędzany „walką o kliki” internet, jest to szczególnie ważne. Kto nie rozumie dynamiki rynku uwagi, efektu „wykopu”, nie powinien nieostrożnie używać sieci.

 

Niedawno przekonał się o tym Tomasz Terlikowski, gdy prawidłowo zareagował na  zawarte w opublikowanym na Frondzie felietonie Michalkiewicza stwierdzenie o „chwilowo nieczynnym obozie zagłady”. Dość szybko Terlikowski stał się celem „szczujni”, zmasowanego ataku antysemickich patriotów wypominających mu jego antypolskie grzechy. Ciekawe, czy będzie to dla niego moment przebudzenia. Czy zauważy, że nie można dwóm panom służyć: Jezusowi i bożkowi Klików i Uwagi.

 

To ten ostatni rządzi bowiem doborem treści, formatowaniem tematów, ustawianiem dyskusji. Atencjonalizm, rynek uwagi, to kwintesencja władzy w sieci, jak to w swejNetokracji opisywali Bard i Söderquist. Uwaga to dziś nowa waluta, która wypiera kapitał rozumiany w starym stylu.

 

Upadek mediów jest tego konsekwencją. Spekulacja uwagą prowadzi do powstawania baniek. Te, gdy pękają, pokazują swoją pustkę. Takim przykładem była „matka Madzi”, spekulacyjna bańka, która zawładnęła wyobraźnią Polski na wiele miesięcy. Jak przebić się z jakąkolwiek informacją, gdy trzeba pokonać „matkę Madzi na koniu”? Może jedynym wyjściem jest news, że Trynkiewicz po wyjściu z więzienia uciekł z matką Madzi w Bieszczady, dosiadając różowego Gendorożca.

 

Tu jednak dochodzimy do ściany. Dalej się nie da. Nikt już nawet nie udaje, że chodzi o jakąś treść – to czyste zarządzanie afektem, mobilizowanie uwagi jako zasobu, który zmonetyzujemy w postaci dochodu z reklam i odsłon. I tu dochodzimy do pewnego złudzenia politycznego.

 

Wydaje się bowiem Frondzie, portalowi wpolityce.pl oraz wsieci.pl, że mogą ugrać coś politycznego, prowokując coraz to nowe wybuchy paniki moralnej. Ale to McLuhan ma rację: gdy mówisz przez medium, to i medium mówi przez ciebie.

 

Na rozedrganej giełdzie uwagi żadna treść się nie ostanie. Wszystkie zostaną przemielone przez maszynkę spekulacji uwagą – kolejne odsłony opowieści o katastrofie smoleńskiej, kolejne tajemnice Ubekistanu to tylko dodawanie pasażerów do cwałującego Gendorożca.

 

Takie medium oszukuje pozorem sprawczości. W pijanej od przestymulowania głowie układają się obrazy zwycięskich bitew, pokonani wrogowie ścielą się gęsto pod naszymi stopami. Możemy co dzień być żołnierzem wyklętym w okopach Woli. Ale także rycerze niezłomni wychodzą czasami z domu. Przecierają w drodze do pracy albo na uczelnię czerwone od ekranu oczy i widzą, że wdeptani w ziemię wrogowie jakoś pozostali nietknięci rozgorączkowanymi egzorcyzmami. Samodzielne, śmiałe dziewczyny wciąż mają czelność chodzić po ulicach. Nasi koledzy i koleżanki z grupy ćwiczeniowej opornie przyswajają słowa prawdy. Świat nie chce ulec histerii.

 

Widać to było świetnie w „sprawie Bratkowskiej”. Bratkowska powiedziała „sprawdzam” – i co się okazało? Przebita po stokroć osinowym kołkiem nie zamieniła się popiół. Nie boi się chodzić za dnia po ulicach. To boli, frustruje, więc mkniemy do domu, przed komputer, żeby zanurzyć się bezpieczny świat odurzającego szczucia. Efekt jest taki, jak przy każdym środku odurzającym: trzeba zwiększyć dawkę. Spirala się nakręca, komentarze, artykuły, nowi wrogowie, nowe wyzwania. A gdzieś pod spodem, w piwnicach internetu, cicho szemrzące liczniki zbierają zakumulowane „kliki”. A jeszcze gdzieś indziej Google i Facebook zamieniają je na całkiem realną mamonę.

 

Czemu mnie to martwi? Może was zaskoczę, ale chciałbym rozsądnej prawicy. Nie uważam, że nostalgiczne głosy, które wspomną coś o religii, wspólnocie, tradycji, powinny być wykluczone. To może być cenny rezerwuar rozwiązań, kiedyś może przydatnych. Głos reakcjonisty bywa otrzeźwieniem – jak było choćby w przypadku eugeniki. Hamulcowi postępu bywają użyteczni, łatwiej wtedy wyrobimy się na zakrętach. Wspólnota, zaufanie, organiczna wizja społeczeństwa – to coś, co warto przemyśleć, nawet jeśli przychodzi w prawicowej szacie. Nie oszukujmy się jednak, nie dostaniemy tego od czytelników i redaktorów wpolityce.pl. Tam jest zatomizowany, wypluty przez neoliberalizm samotny tłum. Zamknięci w kapsułach solipsystycznej nienawiści stukają godzinami dla bożka Klików i Uwagi. Nie są „jacyś” – konserwatywni czy prawicowi; to komentopisarze bez właściwości. Ludzie-boty permutujące kilka szkodliwych memów.

 

Co wcale nie znaczy, że ich aktywność nie może zabijać.

Dziennik Opinii KP

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s