Protest nauczycieli: Cie choroba

Prawicowa rewolucja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko dąży do autorytaryzmu, zniesienia państwa prawa, braku wolności mediów i obywatelskich, przygotowuje młodzież do idei tradycji, w której nie myśli się samodzielnie, bo taki elektorat w przyszłości kształuje się na własne potrzeby, jest jak plastelina.

Ta „rewolucja” prawicowa może przynieść największe straty wśród młodych Polaków, bo czego nie nauczą się za młodu, mogą nie mieć szans dowiedzieć się w życiu dorosłym, brak głodu wiedzy i innowacji oraz ograniczania służą każdej indoktrynacji. Jeden z największych ideologów w historii Lenin, z którego dorobku  intelektualnego zdaje się czerpać prezes Kaczyński, sformułowal tezę: Jeżeli policjant zarabia więcej od nauczyciela, mamy do czynienia z państwem policyjnym.

Lenin był wówczas na etapie walki z caratem, potem stworzył idealne państwo policyjne. U nas policjanci i nauczyciele zarabiają marnie, nie znaczy to, że państwo PiS nie dąży do autorytaryzmu, na razie znajduje się na etapie tworzenia własnych kadr. Zresztą Lenin też wypowiedział się o tym: „Kadry sa najważniejsze’.

Kadry w wojsku, w policji zostały przez PiS obsadzone posłusznymi, spolegliwymi, także podobnie zindoktrynowani pracują w kuratoriach oświaty. Ale te kadry podstawowe, na dole hierarchii, nie są dowartościowane, szczególnie finansowo.

Głowę podnieśli już policjanci, połowicznie ich protest zażegnano (na razie). Protestują pracownicy sądów i prokuratur. W okresie przedświątecznym do protestu przystąpili nauczyciele. Stosują ten sam sposób legalności protestu, jak policjanci – biorą chorowe, idą po prostu na L4.

W tym sensie protest jest oryginalny, bo nie można nazwać tego strajkiem. Ponadto nauczyciele protestują w sposób niezorganizowany, nie stoją za nimi żadne związki zawodowe. Protest na L4 w sensie braku odgórności przypomina strajki sierpniowe 1980 roku, które  potem posłużyły do utworzenia „Solidarności”.

Jak każdy protest, jak każdy strajk, który przewraca porządek prawny, bądź polityczny, ma podłoże socjalne, to jest najlepszy motor do wspólnego działania, do przeciwstawiania się, do trwania w determinacji. Nauczyciele chcą zarabiać średnią krajową, z obliczeń wychodzi, iż domagają sie od państwa podwyżek o 1000 zł.

Protestują nauczyciele w całym kraju, na razie kilka szkół w Warszawie, także we wszystkich większych miastach Polski. Pedagodzy zwołują się na mediach społecznościowych, informują siebie nawzajem za pomocą sms-ów. Ten protest może przewrócić porządek obecnej władzy przynajmniej w szkolnictwie. Jest inny z ducha niż policjantów, którym Joachim Brudziński na odczepnego rzucił po kilka setek i zapewnienie o lepszym przejściu na emeryturę. PRL-owski satyryk ludowy Jerzy Ofierski, jako sołtys Kierdziołek, zwykł mówić: „Cie choroba, ale się porąbało!”. Nauczyciele władzy powiedzieli: „Cie choroba, to was porąbało, my idziemy na L4”.

 

 

„Belferska grypa” pustoszy polskie szkoły. 12 powodów protestu nauczycieli

Z uwagi na nieobecność w dniach 17-21 grudnia zajęcia są odwołane” – takie kartki wywiesiły dziś niektóre szkoły i przedszkola w kraju. Nauczyciele sięgnęli po strategię policjantów i masowo przechodzą na zwolnienia chorobowe w tygodniu przed świętami. Jaka jest skala protestu? Napisz do OKO.press i pomóż nam monitorować jego przebieg

 

17 grudnia w szkołach i przedszkolach w całym kraju rozpoczął się bezprecedensowy protest nauczycieli i nauczycielek. Śladem policjantów i pracowników sądów pedagodzy w całym kraju wzięli zwolnienia chorobowe (tzw. L4).

Domagają się 1000 zł podwyżki od rządu od 1 lutego 2019 r.

Skala protestu jest trudna do oszacowania, bo akcji nie koordynuje żaden oświatowy związek zawodowy. Wiadomo, że nauczyciele mobilizowali się do protestu oddolnie. Pocztą pantoflową informowali o postulatach i kształcie protestu. W krótkich komunikatach rozsyłanych smsami, mailami i wiadomościami na portalach społecznościowych pisali: „Mamy dość niskich zarobków i coraz trudniejszych warunków pracy. Nie czekajmy na związki zawodowe. Zjednoczmy się dole, bez względu na poglądy polityczne […]”.

Efekt? W pierwszym dniu protestu we Wrocławiu problem z obsadzeniem kadry ma kilkanaście placówek – informuje Biuro Edukacji we wrocławskim Ratuszu. Szkoły skracają i odwołują lekcje, a przynajmniej 8 przedszkoli całkiem zamknęło drzwi przed dziećmi. Do przedszkola nr 56 na ul. Wałbrzyskiej, do którego uczęszcza 46o dzieci, do pracy nie przyszedł żaden nauczyciel.

Podobnie mgliste, ale alarmujące komunikaty spływają z placówek w całym kraju np.:

Jeśli akcja nie przyniesie rezultatu, nauczyciele planują powtórzyć protest już w styczniu 2019 r.

 

12 powodów przystąpienia do protestu

Forma protestu budzi olbrzymie emocje. Przedświąteczny tydzień w szkołach to czas próbnych egzaminów ósmoklasisty (18-20 grudnia), ostatnich poprawek sprawdzianów i wytężonych obowiązków opiekuńczych. Bo choć dydaktyka – szczególnie dla młodszych dzieci – schodzi na drugi plan, to świetlice pękają w szwach i to do późnych godzin.

Nauczyciele w mediach społecznościowych sami odpowiadają na zarzuty dotyczące protestu. W 12 punktach wyjaśniają, dlaczego „mówią dość”, a tzw. L4 nie jest „nieetyczne” lub wbrew uczniom i uczennicom:

  • „Wykonujemy bardzo ważny zawód – kształtowanie przyszłych pokoleń. Jest to zadanie odpowiedzialne, wymagające wiele wysiłku fizycznego i emocjonalnego.
  • Jesteśmy jedną z lepiej wykształconych grup zawodowych, a walczymy o 1000 zł podwyżki, aby zrównać się ze średnią krajową;
  • W ciągu roku szkolnego pracujemy popołudniami, wieczorami oraz w każdy weekend całkowicie za darmo (nie mamy płatnych nadgodzin), kosztem czasu spędzonego z rodziną oraz własnego zdrowia.
  • Wyjeżdżamy z dziećmi na wycieczki, zielone szkoły, wymiany, kosztem własnego czasu wolnego i własnej rodziny (w tym dzieci), a dodatkowo ponosimy za uczniów odpowiedzialność karną.

  • Rozwiązujemy wiele problemów wychowawczych, na co dzień borykamy się z problemami uczniów wyniesionych z ich domów rodzinnych, a rodzice nierzadko uważają, że to „Pani powinna coś z tym zrobić”.
  • Musimy się stale i chcemy się dokształcać, robimy to zwykle za własne pieniądze. Pensja musi też wystarczyć na niezbędny warsztat pracy w domu (komputer, drukarka, materiały biurowe), nie dostajemy na nie żadnych dodatkowych pieniędzy;
  • Jesteśmy wkurzeni, że miliardy z MEN poszły na anty-reformę (której katastrofalne skutki też odczuwamy!), a nie na nasze pensje;
  • Nasza przyszłość, przyszłość emeryta-nauczyciela zapowiada się przerażająco, bardzo niskie emerytury (średnio ok 1000-1500 zł);
  • Coraz częściej uczniowie patrzą na nas jak na „frajerów”, którzy „robią za grosze”. Jak mamy ich uczyć szacunku do innych, prezentować idealistyczną hierarchię wartości, skoro nie potrafimy sami bronić się przed niesprawiedliwym podziałem dóbr;
  • Jesteśmy oburzeni odebraniem części dodatków nauczycielskich, wcześniejszej emerytury, wydłużeniem drogi awansu oraz zakusami MEN na odebranie kilkuset złotych dodatku uzupełniającego. Z tego drugiego rząd się wycofał, ale niesmak pozostał oraz pojawiły się obawy, co będzie dalej;
  • Martwimy się o przyszłość nauczycieli i polskiej edukacji, strajkujemy też z odpowiedzialności za nauczycieli, którzy będą wykonywać ten zawód w przyszłości, ucząc nasze dzieci i wnuki. Już teraz z powodu marnych warunków pracy nauczyciela wiele miast ma problem z kadrą, a problem będzie narastał. Zauważamy też drastyczny spadek liczby praktykantów;
  • Jesteśmy wściekli na reformę edukacji i na to, jak traktuje nas MEN!

Do nauczycieli, którzy nie chcą strajkować, bo to „nieetyczne”. Czy etyczne jest:

  • To, że nie zaniedbujemy własne dzieci, czyli żeby związać koniec z końcem, musimy często brać dodatkowe zlecenia (np udzielać korepetycji), nie mówiąc już o przygotowaniu się do zajęć w szkole na kolejny dzień?;
  • To, że narażamy własne rodziny na opiekowanie się nami na starość, ponieważ nauczycielska emerytura oznacza życie w ubóstwie? (Do pewnego momentu można udzielać korepetycji, nie jest jednak nowiną, że uczniowie od starych nauczycieli wolą młodych, aktywnych zawodowo);
  • To, że pokazujemy uczniom, że nie warto walczyć o siebie, o własną godność (też finansową)?;
  • To, że nie myślimy o przyszłych uczniach i nauczycielach? Kto będzie chciał pracować w naszym, tak słabo opłacanym zawodzie? Już teraz selekcja do naszego zawodu zaczyna być negatywna (nauczycielami stają się ci, którzy nie mogą znaleźć lepiej płatnej pracy);

Policjanci pokazali, jak zwyciężać mamy. Zjednoczmy się i my!”.

Związki „za”, a MEN po cichu gasi pożar

Bezczynne nie są też związki zawodowe. Od listopada ZNP – liczący 200 tys. członków – zbierał ankiety wśród nauczycieli pytając ich o gotowość do protestu i preferowaną formę. 18 grudnia (wtorek) związek przedstawi swój plan działania.

Z informacji OKO.press wynika, że choć mobilizacja jest ogromna, to sposób protestu dzieli środowisko oświatowe. Część chce powtórzyć sukces „policjantów” i iść na L4, reszta woli wybrać powszechny strajk. Póki co, ZNP wyraziło poparcie dla oddolnej akcji nauczycieli prowadzonej przed świętami.

2019 r. może przynieść jeszcze większą woltę. Protesty zapowiedziała nawet przychylna PiS oświatowa „Solidarność”. Związkowcy apelują do premiera o 15 proc. podwyżki i odwołanie Anny Zalewskiej z funkcji minister edukacji. Z konkretnymi postulatami strajkowymi wstrzymują się jednak do lutego 2019 r. Pisaliśmy o tym w tekście: „Przewrót w nauczycielskiej „Solidarności”. Najpierw chwalili, teraz chcą dymisji minister Zalewskiej„.

MEN oficjalnie nie odniósł się do planów nauczycieli i związków, ale Minister Anna Zalewska próbuje po cichu wygasić pożary. W świąteczno-noworocznej odezwie do nauczycieli, minister wycofała się z dwóch punktów spornych. Zadeklarowała, że:

  • dodatek dla nauczycieli (tzw. 500 plus) będzie przysługiwać nauczycielom na wszystkich stopniach awansu zawodowego, a nie tylko nauczycielom dyplomowanym;
  • wróci stary sposób oceny pracy nauczyciela.

To może nie wystarczyć, by uspokoić wzburzonych nauczycieli. Ich głównym zmartwieniem są bowiem niskie zarobki. Choć styczniu 2019 roku nauczyciele dostaną drugą transzę podwyżek obiecanych przez minister Annę Zalewską, to tak jak w ubiegłym roku, nie wpłynie to na ich bezpieczeństwo socjalne. Jak pisało OKO.press, większość 5 proc. podwyżki znów „zje” inflacja.

„Trudne sprawy trzeba rozwiązywać w spokojnej dyskusji”

Milczą też kuratoria oświaty. Nauczycielom przed protestem pogroził tylko dolnośląski kurator Roman Kowalczyk. W stanowisku z 14 grudnia 2018 r. przypomniał, że pracownicy ZUS mają prawo prowadzić kontrole, by sprawdzić prawidłowość wydanych orzeczeń. Prosił też nauczycieli o „odpowiedzialność” i „szacunek”. „Państwo Polskie, którego szkoła stanowi niezwykle ważną część, jest wspólnym dobrem. Szanujmy je i szanujmy siebie nawzajem.

Trudne sprawy można i trzeba rozwiązywać w spokojnej, merytorycznej dyskusji. W społeczeństwie obywatelskim istnieje wiele zgodnych z etyką i przepisami prawa sposobów manifestowania swoich poglądów i dochodzenia swoich racji.

Pamiętajmy, że młodzież na nas patrzy i się uczy, zaś rodzice powierzyli nam to, co mają najcenniejszego – swoje pociechy. Proszę o przestrzeganie prawa, wierzę w Państwa mądrość i odpowiedzialność” – pisze Kowalczyk.

oko.press

 

 

Oddolny protest nauczycieli paraliżuje pracę szkół w całej Polsce. Minister Zalewska poniosła klęskę

Poziom zadowolenia z siebie i swoich dokonań minister edukacji narodowej, Anny Zalewskiej najwyraźniej działa na polskich nauczycieli jak czerwona płachta na byka. Ci, niezależnie od oczekiwanej decyzji związków zawodowych zrzeszających pedagogów w całym kraju, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i już dziś rozpoczęli masowy protest, polegający na przechodzeniu na zwolnienie lekarskie, co skutkuje ich nieobecnością w pracy. O tym, jak skuteczna jest taka forma protestu, przekonał się już minister Joachim Brudziński (ugiął się pod żądaniami policjantów i przedstawicieli innych służb mundurowych), wiceminister Patryk Jaki (odpowiedzialny za funkcjonowanie Służby Więziennej) a także minister Zbigniew Ziobro (protestują w ten sposób pracownicy sądów i prokuratur), który z paraliżującą pracę podległych mu instytucji absencją pracowników wciąż musi sobie radzić.

Dziś taki sam skutek wywołała masowa nieobecność nauczycieli w placówkach w całej Polsce. W Warszawie słychać o co najmniej trzech szkołach. W Szkole Podstawowej nr 340 na warszawskim Ursynowie dyrekcja poinformowała uczniów, że w tym tygodniu może nie być lekcji, bo na chorobowe poszło już około 62 procent nauczycieli. Z kolei w Szkole Podstawowej nr 27 w Gdańsku spośród 42 nauczycieli nieobecnych ma być dzisiaj 34. Jak informuje Radio TOK FM, nauczyciele biorą też zwolnienia lekarskie m.in. w Łodzi, Poznaniu, Wrocławiu, Rokitnicy i Międzyrzeczu. W sieci można także znaleźć doniesienia o podobnych działaniach obejmujących także przedszkola czy żłobki.

Warto zauważyć, że decyzja o przystąpieniu do takiej formy protestu przez Związek Nauczycielstwa Polskiego ma dopiero zapaść, prawdopodobnie jutro. Już wcześniej przeprowadzona została ankieta w środowisku pedagogów, którzy właśnie tę formę protestu wskazali jako optymalną i przynoszącą potencjalnie najwięcej korzyści. Cel protestu jest oczywisty – zagwarantowanie podwyżek na poziomie 1 tys. złotych.

W liście, jaki dwa dni temu minister Zalewska skierowała do nauczycieli z okazji zbliżających się świąt, szefowa resortu edukacji pisała:

“Drodzy Nauczyciele, ranga naszego zawodu, jego społeczne znaczenie oraz odpowiedzialna praca na rzecz młodego pokolenia zasługują na godne wynagrodzenie. Dlatego od początku mojej kadencji dokładam wszelkich starań o sukcesywne podwyższanie płac nauczycielskich. Po pięcioletniej przerwie, w 2017 r., po raz pierwszy otrzymaliście zwaloryzowane wynagrodzenie. W ciągu kolejnych dwóch lat Państwa wynagrodzenia wzrosną łącznie o 15,8 proc: w kończącym się roku place wzrosły o 5,35 proc, do stycznia 2019 r. otrzymacie kolejne 5 proc. podwyżki, a następny wzrost płac nastąpi w styczniu 2020 r.” 

Najwyraźniej środowisko nauczycieli w Polsce już w zapewnienia minister Zalewskiej nie wierzy. Czy to sprawi, że uśmiech zniknie z jej twarzy? Nic na to nie wskazuje. Dziś zapewne jest ona zainteresowana głównie tym, by jeszcze kilka miesięcy wytrwać w przekonywaniu, że jej reforma edukacji to wielki sukces. Byle do maja, gdy zapewne stanowisko porzuci, by cieszyć się z “zasłużonej” politycznej emerytury w Parlamencie Europejskim.

Źródło: TOK FM

crowdmedia.pl

 

„Gazeta Wyborcza” drąży kolejne wątki afery KNF. Ujawnia podejrzane podobieństwa sytuacji, w jakiej znaleźli się Leszek Czarnecki i Zygmunt Solorz. Obaj posiadają banki. Obaj byli w kłopotach. Ale tylko jeden nie zgodził się na zatrudnienie prawnika Kowalczyka. I tylko jeden ma kłopoty. Co z tego wynika? 

  • – „Gazeta Wyborcza” w obszernym artykule w Magazynie Świątecznym opisała relacje Zygmunta Solorza z władzą
  • – Z opisanych faktów wynika, że biznesmen miał powody obawiać się o swoje interesy, jeśli instytucje państwowe (UKE i KNF) nie pójdą mu na rękę
  • – W międzyczasie w mediach należących do Zygmunta Solorza nastąpiła rewolucja kadrowa w publicystyce i informacji, za którą poszła zmiana linii na przychylną władzy

Gdy dziennikarze „Gazety Wyborczej” ujawniali aferę KNF, z pewnością mieli satysfakcję nie tylko czysto dziennikarską. To nie jest zwykła gazeta, ale medium znienawidzone przez rządzących jak żadne inne, którym kierował i formalnie kieruje dalej Adam Michnik, będący dla prawicy pisowskiej diabłem wcielonym. Zniszczenie „Wyborczej” to obok zniszczenia Tuska jedna z dwóch życiowych ambicji Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego jedną z pierwszych decyzji nowych władz było pozbawienie „Wyborczej” jakichkolwiek reklam spółek skarbu państwa. Dziś trafiają do drugorzędnych prawicowych tygodników o nieporównywalnym z „Wyborczą” potencjale marketingowym, ale na wyścigi zaspokajających oczekiwania władzy.

Przeczytaj także:Tajemnicze spotkanie Morawieckiego i Solorza. Roman Giertych chce przesłuchania premiera

Choć ujawniona przez „Wyborczą” afera KNF jest dość skomplikowana, to jej echo dociera także do wyborców PiS przez sam fakt aresztowania szefa KNF i późniejsze samobójcze reakcje polityków PiS. PiS w krótkim czasie nadał medialne życie i przykleił do siebie jeszcze większą aferę SKOK-ów oraz wypromował dwie postacie niemal manichejsko symbolizujące ideał dobra i ideał zła.

Pierwsza to Wojciech Kwaśniak, skatowany przez bandytę nasłanego przez gangstera wyprowadzającego pieniądze ze SKOK-ów. Druga to senator Grzegorz Bierecki, wcześniej postać z centrum afery SKOK, za PiS-u szef senackiej Komisji Budżetu i Finansów Publicznych. Wystarczyło, żeby Bierecki i Ziobro zabrali się za rozwiązywanie problemu afery KNF przez obrażanie Kwaśniaka, żeby PiS wykonał kolejny krok w stronę utraty władzy. Na własne życzenie tak jak w 2007 roku.

Zobacz również:„Rzeczpospolita”: dziurawa kontrola KNF

Rady Kowalczyka

Czyli nic nowego, gdyby nie to, że przy okazji „Wyborcza” zauważyła podejrzane fakty dotyczące interesów Zygmunta Solorza. Nasuwające podejrzenia, a dla dziennikarza oznacza to obowiązek drążenia, jest podobieństwo sprawy banku należącego do Leszka Czarneckiego (Getin Bank) i banku należącego do Zygmunta Solorza (Plus Bank). I tu, i tu pojawia się tam sam człowiek, prawnik Grzegorz Kowalczyk, którego wysłał do obu panków siedzący obecnie w areszcie Marek Chrzanowski. Według słynnego nagrania, które Czarnecki udostępnił „Wyborczej” wynagrodzenie dla Kowalczyka miało być łapówką za zatrzymanie „planu Zdzisława”, czyli planu przejęcia banku za złotówkę przez inny bank.

Kowalczyk do Getin Banku nie trafił, bo Czarnecki na łapówkę się nie zgodził. Trafił za to do Plus Banku. Przypomnijmy, że prawnik Kowalczyk – oględnie mówiąc – nie jest znawcą tematu finansów i bankowości, a więc najbardziej naturalnym kandydatem do rad nadzorczych banków. Jedyna jego znajomość tematu banków to znajomość z Chrzanowskim. Plus Bank Solorza, podobnie jak Getin Bank, po podniesieniu państwowych wymogów kapitałowych, mógł mieć problem z powodu strat za 2017, które zanotował. Według ustaleń „Wyborczej”, wysłannik Plus Banku dowiaduje się od Zdzisława Sokala, że albo dokapitalizuje bank kwotą 200 mln złotych, albo upadnie. Kilka tygodni później do rady nadzorczej banku trafia wspomniany Kowalczyk i konieczność dokapitalizowania znika. Naciskany przez media prawnik najpierw nie chce, ale później przyznaje się, że do banku Solorza został polecony tak, jak do banku Czarneckiego, czyli przez Chrzanowskiego.

Przeczytaj także: Afera KNF. Mec. Kowalczyk realizował zlecenia dla Komisji, ale w wykazie umów ich nie ma

Nie-dorzeczniczka rządu

„Wyborcza” zauważa także drugie pole potencjalnego nacisku ze strony władzy na właściciela Polsatu i Plusa. Internetowa firma Sferia, należąca do Solorza, stara się w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej o rozłożenie 1,7 miliarda opłaty za rezerwację niezbędnych częstotliwości. 29 października tego roku Solorz dostaje decyzję o konieczności zapłacenia UKE i dwa dni później dochodzi do jego spotkania z premierem w Świątyni Opatrzności Bożej, co z kolei ujawnia „Newsweek”. Rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska najpierw kłamie, że takiego spotkania nie było. Gdy dziennikarze mówią, że mają świadków, Kopcińska przyznaje, że do spotkania doszło, ale dotyczyło ono święta niepodległości. „Wyborcza” łatwo kojarzy, że szefem fundacji, która zarządza wystawą w Świątyni jest Piotr Gaweł, czyli członek zarządu Polkomtela, jednej z firm Solorza, która nadzoruje Sferię ubiegającą się o częstotliwości.

„Wyborcza” przypomina ogólniejszy kontekst sprawy. Solorz jest właścicielem jednej z największych telewizji w Polsce, a także jednej z trzech telewizji informacyjnych Polsat News. W marcu doszło tam to ważnych zmian. Na stanowisku szefa informacji i publicystyki Henryka Sobierajskiego zastąpiła Dorota Gawryluk, znana z sympatii dla PiS, która wymieniła całą kierowniczą ekipę i zmieniła linię stacji na przychylną rządowi, choć nie tak ostentacyjnie propisowską jak w TVP. Tak zdarzyło się już raz – przypadkiem też rządził PiS – w 2007 roku, gdy Polsat wyrzucił Tomasza Lisa, którego zastąpiła… Dorota Gawryluk. To był z kolei okres, gdy Solorz szykował się do przejęcia w części państwowego Plus-a i inwestycji w sektorze energetycznym.

Jak Dawid z magnatem

Solorz już zagroził „Wyborczej” pozwami i zażądał w terminie jednego dnia usunięcia artykułów na temat opisany powyżej. Ludzie „Wyborczej” nie bali się kiedyś cenzury PRL, nie przestraszą się więc potężnego, ale jednak mniej niż Związek Radziecki, Solorza. A jednak to się łatwo mówi. Agora to wciąż duży koncern, ale nawet duży koncern można zasypać pozwami, ciągać dziennikarzy po sądach, opłacać najdroższych prawników, zastraszać dziennikarzy do upadłego, a właściwie do upadłości. Dominika Wielowieyska, autorka tekstu o Solorzu udowodniła, że nie będzie to proste, ale inni w starciu z magnatem i jego prawnikami nie będą chcieli ryzykować.

Jedna po drugiej podporządkowane PiS-owi instytucje zarzucają „Wyborczą” pozwami. Jeśli dojdzie do otwartego sprzymierzenia magnata medialnego z władzą, to nie tylko „Wyborczą” będzie można kiedyś w końcu zamęczyć, ale każdego za kim nie stoi wielki międzynarodowy koncern. „Wyborczej” trzeba pogratulować odwagi i wytrwałości, że nie tylko się nie daje, ale idzie na całość i nie boi się ani Solorza, ani Kaczyńskiego, ani obu na raz.

Budapeszt w Warszawie

Polska, czym się chyba zbyt rzadko chwaliliśmy, była i wciąż jest najmniej skorumpowanym krajem czworokąta wyszehradzkiego. Na Słowacji niedawno zabito dziennikarza i jego dziewczynę, za to, że ujawniał związki rządzącej partii z włoską mafią. W Czechach premierem jest oligarcha, właściciel znacznej części mediów, który ma na koncie regularne oszustwa i wyłudzanie pieniędzy publicznych. Na Węgrzech rządzi grupa, która nazywa się Fidesz. O tym, co posiada i jak doszła do tego napisano opasłe tomy. Polsce pod tym względem było bliżej do Niemiec niż do reszty sąsiadów.

Jeśli PiS obiecywał Budapeszt w Warszawie, to nie tylko w sensie zdobycia władzy absolutnej, ale także stworzenia kapitalizmu państwowego podporządkowanego partii rządzącej. PiS nie miał dotąd swoich oligarchów, dzięki którym mógłby media przejmować, niszczyć albo przynajmniej podporządkowywać sobie. Dopiero teraz decydować się będzie, czy będziemy mieć Budapeszt w Warszawie.

msn.pl

 

Czy powstanie nowy blok anty-PiS?

Czy powstanie przeciwwaga dla Platformy w ramach opozycji? Wydarzenia ostatnich dni i tygodni na to właśnie wskazują.

Ponad dwa tygodnie po przejściu Kamili Gasiuk-Pihowicz do Klubu PO (dla niepoznaki nazwano go wtedy Platforma Obywatelska-Koalicja Obywatelska, co natychmiast szydercy określili jako POKO), widać wyraźnie, że to wydarzenie zmieniło układ sił sejmowej opozycji. Jednak efekt był odwrotny od zamierzonego przez Platformę. Pomocną, ludową dłoń do Nowoczesnej wyciągnął Władysław Kosiniak-Kamysz, a przejście Jacka Protasiewicza uratowało Klub Nowoczesnej.

Teraz w kuluarach Sejmu coraz częściej mówi się, że Nowoczesna, PSL i UED (a także być może inne partie poza PO) będą chciały wspólnie negocjować z Platformą kształt przyszłej współpracy. – Jest w tym sojuszu miejsce dla SLD – twierdzi nasz rozmówca spoza Platformy. Jako jeden podmiot mogą mieć większą siłę przebicia i argumenty niż w pojedynkę w trakcie rozmów z Grzegorzem Schetyną. W ten sposób wydarzenia ostatnich dwóch tygodni mogły trwale zmienić układ sił na opozycji.

W tej układance kluczową rolę odgrywa Władysław Kosiniak-Kamysz. Jego sejmowe wystąpienie w trakcie wieczornej piątkowej debaty nad konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Mateusza Morawieckiego zostało ocenione jako najlepsze ze wszystkich. A kilkanaście godzin wcześniej Kosiniak-Kamysz, ratując Klub Nowoczesnej, powiedział, że „na opozycji powinniśmy podawać sobie rękę, a nie podstawiać nogę”.

Trudno o bardziej czytelną aluzję do wydarzeń ostatnich tygodni i postawy Platformy Obywatelskiej. Ten ruch zdecydowanie umocnił Kosiniaka-Kamysza. – Zgłaszają się do nas przedstawiciele różnych sił i mówią, że trzeba wspólnie coś zrobić – deklarował tajemniczo na antenie RDC w ubiegłym tygodniu Piotr Zgorzelski z PSL.

W tej sytuacji Platforma stoi przed wyborem strategii na przyszły rok. Piłka jest tu po stronie Grzegorza Schetyny. Może kontynuować podejście, które zaowocowało ostatnim kryzysem. Albo może kontynuować strategię, która przyniosła realny sukces Koalicji Obywatelskiej w wyborach samorządowych. Podmiotowe traktowanie partii Katarzyny Lubnauer dało opozycji nadzieję, że Schetyna będzie w ten sam sposób tworzył koalicję, która może zwyciężyć PiS w 2019 r. Późniejsze wydarzenia te nadzieje częściowo zniweczyły.

Czas jednak ucieka. Kampania do PE zacznie się już w styczniu. I to pełną parą, co przyznają politycy wszystkich opcji. Co ważniejsze, nad tym wszystkim cały czas wisi wariant przyspieszonych wyborów, o którym w Warszawie cały czas głośno. Zgodnie z jednym ze scenariuszy, o którym usłyszeliśmy, PiS może nie chce czekać, aż opozycja wzmocni się przed wyborami do PE i skonsoliduje się na jesień.

– To jeden ze scenariuszy rozważanych obecnie przez władze partii – twierdzi nasz informator.

Wszystko to sprawia, że decyzje, które teraz podejmie Schetyna, ale i inni liderzy opozycji, mogą zdecydować o tym, jak będzie wyglądała polityka w Polsce na najbliższe lata. Trudno o wyższą stawkę. Opozycja musi być na to wszystko gotowa. A najważniejsze jest pytanie, ile list opozycji powstanie.

rp.pl