Schetyna i Lubnauer – spór czy wspólnota demokratów?

Schetyna i Lubnauer - spór czy wspólnota demokratów?

Nie podoba mi się ustawienie PiS – antyPiS, bo to tak naprawdę pozycjonuje jedynie PiS – nie tylko językowo. PiS i jakieś anty, które łatwo jest zakwalifikować do antyków. Tak zresztą robili komuniści, antykomunistów nazywali antykami. Niejednokrotnie w PRL-u słyszałem takie określenie ze strony „postępowców” z „demokracji ludowej”.

W tej chwili opozycja może powrócić do podziału, który pijarowcy PiS użyli w 2005 roku – solidarni i liberałowie, a który pozwolił wygrać PiS-owi wybory prezydenckie i parlamentarne.

Dzisiaj aż się prosi, aby sformułować podobną dychotomię. Z jednej strony sytuują się zwolennicy demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy, która kontroluje polityków, a naprzeciw stronnicy demokracji fasadowej, koncesjonowanej, dyktatury, prowadzącej do władzy absolutnej, absolutnej korupcji. Jak najprostszy język w komunikacji społecznej pozwoli Polakom zrozumieć zagrożenie ich wolności, którą odbierze dyktatura jednej partii?

A dzisiaj aż mi ręce odpadły, jak antykowi, jak Wenus z Milo. Nie dość, że jednego dnia trzy opozycyjne partie robią sobie spędy, to komunikują się via media, aby jedna drugiej perswadować, że jest lepsza, główniejsza.

Opozycja demokratów, opozycja europejska, demokraci, wolni demokraci – i jak się nazwą Platforma Obywatelska, Nowoczesna i PSL, nie winni używać języka, który ich od siebie oddala, czyni osobnymi, izoluje w tej wojnie cywilizacyjnej, którą obecnie mamy za sprawą PiS.

Mamy do czynienia ze zderzeniem cywilizacyjnym w Polsce – i to na wielu poziomach. PiS będzie się zamykał w swojej tradycyjnej aksjologii, przede wszystkim w swoim tradycyjnym tworzeniu instytucji państwa. Będziemy mieli coraz głębsze zejście w przeszłość, w nacjonalizm i odejście od kapitalizmu otwartego w stronę kapitalizmu państwowego, w gospodarkę narodową. Dlatego po „etapie Szydło”, mamy „etap Morawieckiego”, ten ostatni dojrzał i dorobił się w III Rzeczpospolitej, aby za pomocą „nowoczesnych narzędzi” Power Pointa uszczęśliwiać nas gospodarką narodową” – będzie się przy tym powoływał komparatystycznie na tradycje Niemiec, Japonii i Korei Płd., niewiele z nich rozumiejąc, tylko powierzchnię historycznych zdarzeń.

Dzisiaj zaś taka oto zdarzyła się narracja opozycji. Grzegorz Schetyna zaapelował „do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie”. Nie dziwię się nowej szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, iż odpowiedziała, że „nie było dotychczas takiej propozycji” i odrzuciła tę wspólnotę narzuconą z góry.

Kreatywny umysł Schetyny wykoncypował w nocy wspólne prezydium opozycji i chce, aby do niego przystąpiły pozostałe partie opozycyjne. To nie jest polityka, jest to działanie na łapu-capu. Wolę inny idiom retoryczny: „Śniła mi się taka wspólna lista w wyborach, że na jednej polityk naszej partii był na pierwszym miejscu, a na drugiej liście Nowoczesnej. I wiecie Polacy, co? W następstwie tych list, ja Schetyna zostałem wicepremierem, a Lubnauer premierem, dla dobra Polski abdykował Duda, aby niezwłocznie stawić się przed Trybunałem Stanu”.

Kicz? Tak! Ale lepszy niż przemoc retoryczna użyta przez Schetynę. I tak jesteśmy skazani na wspólnotę demokratów – i tak wygramy. Pytanie: kiedy? I czy będzie co zbierać po naszej ojczyźnie, bo fundamentaliści tradycji prowadzą nas na zderzenie przeciw współczesności, przeciw nowoczesności, w przepaść tradycji.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Lecą ministerialne głowy

Lecą ministerialne głowyNowy stary rząd – Macierewicz i Waszczykowski zostają

Już w poniedziałek – jak ustalił „Fakt” –  dojdzie do dymisji trzech ministrów z kancelarii premiera, a w ich miejsce zostaną powołani nowi. Z rządu premiera Mateusza Morawieckiego odejdą: Beata Kempa – szefowa KPRM, Elżbieta Witek – była szefowa gabinetu premier Szydło, a dziś minister bez teki oraz Henryk Kowalczyk – szef Komitetu Stałego Rady Ministrów.

Kowalczyka zastąpi Marek Suski, zdaniem „Faktu” „jeden z najbardziej niedocenianych przez lata posłów PiS”, a dotychczas szef sejmowej komisji skarbu oraz członek komisji śledczej ds. Amber Gold. Suski to jeden z najstarszych stażem polityków PiS, zalicza się do jego założycieli. Wcześniej był współorganizatorem Porozumienia Centrum.

Z kolei szefem Kancelarii ma zostać Paweł Szrot, dotychczas zastępca Beaty Kempy w KPRM. Szrot przez lata był bliskim współpracownikiem Krzysztofa Jurgiela, a gdy Jarosław Kaczyński został premierem, stał się prawą ręką wicepremiera Przemysława Gosiewskiego. W Komitecie na dotychczasowym stanowisku pozostanie Paweł Szefernaker.

Natomiast Michał Dworczyk – dotychczasowy wiceminister obrony – ma zostać szefem gabinetu nowego premiera. Pracował w KPRM już w latach 2005-2007. Przez 27 lat działał w Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej. Co ciekawe, w ostatnich tygodniach był wymieniany jako niemal pewny następca Antoniego Macierewicza w MON.

Jak wynika z ustaleń „Faktu”, do ostatecznych uzgodnień doszło w piątkowy wieczór w siedzibie PiS na Nowogrodzkiej. Zmiany mają zapewne związek z zaplanowanym na wtorek pierwszym posiedzeniem przefarbowanego rządu.

Nietrudno zauważyć, że jeśli chodzi o nazwiska następców, do rządu wejdą już sami mężczyźni. Pewnie dlatego, że w świecie polityki w wykonaniu PiS prawdziwe miejsce kobiety jest jedynie w kuchni i przy dzieciach.

 

koduj24.pl

Rada Krajowa PO. „Potrzebne natychmiastowe zacieśnienie współpracy opozycji”

Rada Krajowa PO. "Potrzebne natychmiastowe zacieśnienie współpracy opozycji"

Kaczyński postanowił zmienić ustrój Polski na siłę. Polska demokracja nie może już czekać – mówił lider PO Grzegorz Schetyna. Apelował do opozycji o zacieśnienie współpracy, a do Polaków o stworzenie Ruchu Obrony Wyborów. W Warszawie odbyła się Rada Krajowa PO, podczas której wybrano nowe władze partii. Stanowisko wiceprzewodniczącej straciła Hanna Gronkiewicz-Waltz. W zarządzie znalazło się dużo młodych polityków.

Schetyna: Czas najtrudniejszy dla polskiej demokracji

Przewodniczący PO w mocnych słowach podsumował ostatnie 2 lata rządów PiS i przedstawił plan dla opozycji na następne lata. A to czas wyborów samorządowych, parlamentarnych i prezydenckich.

– Spotykamy się w momencie być może najtrudniejszym dla polskiej demokracji i dla Polski od 1989 roku. Sytuacja jest poważna, dlatego apeluję do kolegów z opozycji o natychmiastowe zacieśnienie współpracy w parlamencie i poza nim – apelował Grzegorz Schetyna. – Polkom i Polakom, którzy protestują w obronie konstytucji, niezawisłych sądów, praw i godności kobiet proponujemy wspólną walkę o uczciwe wybory samorządowe i parlamentarne, które PiS zmianami w ordynacji wyborczej właśnie przekreśla – kontynuował.

Lider PO zaproponował stworzenie wspólnego prezydium klubów parlamentarnych Platformy i Nowoczesnej oraz obywatelskiego Ruchu Obrony Wyborów.

– PiS buduje ogromną maszynę do fałszowania wyborów, ale my działając wspólnie musimy ją zablokować i zniszczyć. W imię wolności i demokracji. Niech ten ruch stanie się nową Solidarnością, która połączy Polaków – mówił Schetyna.

Mówił też o zagrożeniach, które niosą za sobą zmiany w ordynacji wyborczej: – W myśl nowych przepisów całą organizację wyborów oraz kontrolę nad ich przebiegiem przejmuje jedna partia. Według PiS-u, to ma być gwarancja, że wybory będą uczciwe. Nominaci i funkcjonariusze rządzącej partii będą liczyć głosy, a po przejęciu przez nich SN będą też decydować o uznaniu lub unieważnieniu wyborów. To rosyjskie standardy. Nie możemy na to pozwolić!

– Odsuniemy od władzy ludzi, którzy niszczą demokrację i wolną Polskę. Za łamanie konstytucji, prawa i czerpanie osobistych zysków ukarzemy! – zapowiedział lider PO. Za co dostał największe brawa.

Zwrócił się też bezpośrednio do nowego premiera Mateusza Morawieckiego: – Proponuję sprawdzian z uczciwości. Jeżeli chce pan zakończyć konflikt dzielący Polaków i kryzys ustrojowy, proszę opublikować wszystkie wyroki TK. Proszę przynajmniej spróbować wyrwać się spod wpływu Kaczyńskiego, człowieka, który chowa się za pana plecami.

– Przyjdzie ten czas, że obronimy przed PiS-em samorząd, a później uwolnimy Polskę – zakończył przewodniczący PO.

Przypomnijmy, w tym tygodniu głosami posłów PiS-u Sejm przyjął zmiany ordynacji wyborczej, a Senat ustawy o KRS i SN.

https://www.facebook.com

Lubnauer odrzuca propozycję Schetyny

Przewodnicząca Nowoczesnej mówi krótko: współpraca tak, ale wspólne prezydium – nie.

– Wspólne prezydium nie jest dobrym pomysłem, natomiast bardzo ważna jest wspólna współpraca. Nie było dotychczas takiej propozycji. Myślę, że to by się nie sprawdziło na dłuższą metę. Dlatego, że my jesteśmy partiami, które mają różne wartości, różne programy, podejście do wielu rzeczy. Zapewne trudno byłoby nam wypracować wspólne stanowisko przy wielu ustawach. Nie zmienia to faktu, że powinniśmy współpracować w Sejmie i powinniśmy się spotykać. Warto współpracować w ramach opozycji wtedy, kiedy możemy zatrzymać PiS w tych kwestiach, które niszczą polskie prawo, praworządność, demokrację. Natomiast my jesteśmy partią, która ma swoją tożsamość – stwierdziła Katarzyna Lubnauer w rozmowie z Polsat News.

Kopacz: Jesteśmy okradani z marzeń o normalnym kraju

– Znowu mamy polski grudzień. Często ten miesiąc, który prowadzi do najbardziej rodzinnych świąt, był miesiącem, który okradał Polaków z marzeń. Każdego dnia i minuty za rządów Jarosława Kaczyńskiego niestety niszczone jest to, co najważniejsze, czyli normalność – mówiła była premier i wiceprzewodnicząca PO. I dodała: – Wszystko, co robimy, nie jest tylko i wyłącznie pojedynkiem PR-owskich sztuczek, ale walką o to, co dla Polaków jest najważniejsze. O wolność.

Zwróciła się także do polityków PiS-u: – Chcę wam powiedzieć jedno. Jeśli traktujecie Polaków jak wrogów, to przyjdzie taki moment, kiedy Polacy staną się waszymi wrogami. I nastąpi to bardzo szybko. Przy urnach wyborczych.

Borusewicz: Polacy kochają wolność

– Wolne media, wolne wybory, wolna Polska. Te wartości są zagrożone. PiS pełznie i zajmuje coraz nowe obszary. Musimy się jednoczyć. Nie ma wrogów wśród tych, którzy są przeciwko PiS-owi. To zasadnicze hasło, które powinno nam przyświecać – mówił wicemarszałek Senatu i legenda opozycji PRL.

Swoje wystąpienie zakończył apelem do polityków opozycji: – Musimy być jednością i pięścią, która zatrzyma to niebezpieczeństwo grożące Polsce i Polakom. Każdy z nas musi wiedzieć, co ma robić, i robić to, co do niego należy. Polacy są narodem, który kocha wolność i wie, co to znaczy żyć w zniewoleniu.

Neumann: Uczciwych wyborów PiS nie wygra

– 16 grudnia rok temu marszałek Sejmu Marek Kuchciński przygotowywał się do puczu, poza salą obrad PiS uchwalił budżet i od tego czasu łamią zasady parlamentarne i prawo. Państwo PiS fałszuje wszystko: prawo, konstytucję i wybory. Ale mają świadomość tego, że uczciwych wyborów PiS nie wygra – mówił przewodniczący klubu PO.

Sławomir Neumann przyznaje, że jeszcze jakiś czas temu „nikt by nie wpadł na to, że będziemy musieli pilnować uczciwych i wolnych wyborów”. Poprosił wszystkich zebranych o to, aby brali przykład z Bartosza Arłukowicza, który w związku z tym, że PiS chce zlikwidować głosowanie korespondencyjne, zapowiedział, że będzie pomagał każdemu dotrzeć do lokalu wyborczego.

Mamy rok do wyborów. Moja ekipa dowiezie każdego niepełnosprawnego do lokalu wyborczego w Szczecinie i okolicach. KAŻDEGO. Mamy czas na organizację. Chętnych kierowców z autami proszę o kontakt biuro@arlukowicz.pl
Komunikat będę powtarzał. 

– Wiemy, że będzie trudno, bo to jest rok próby. To jest połowa ich kadencji. Teraz będzie już tylko z górki. Za rok o tej porze będziemy po wyborach samorządowych i będziemy mogli sobie pogratulować, bo wygramy te wybory – zakończył Neumann.

Nowy zarząd PO

Wiceprzewodniczącymi PO zostali Ewa Kopacz, Bogdan Borusewicz, Borys Budka i Tomasz Siemoniak, sekretarzem generalnym – Stanisław Gawłowski, a skarbnikiem – Mariusz Witczak.

Rada Krajowa wybrała także członków zarządu rekomendowanych przez Grzegorza Schetynę: Małgorzatę Kidawę-Błońską, Urszulę Augustyn, Monikę Wielichowską, Marzenę Okłę-Drewnowicz, Izabelę Leszczynę, Agnieszkę Pomaskę, Rafała Trzaskowskiego, Marcina Kierwińskiego, Bartosza Arłukowicza i Arkadiusza Myrchę.

wiadomo.co

„Państwo wraca do gry”. Morawiecki przedstawił bardzo antyliberalny program gospodarczy. Rząd urządzi rynek

W exposé premier Morawiecki przedstawił swoją ideologię gospodarczą. Choć sam jest przedstawiany jako liberał, jego wizja jest antyliberalna. Chce „wyrwać Polskę z peryferii” poprzez działanie państwa. Wskazuje na przykład Korei i Niemiec

Nie należy dać się zmylić wielokrotnie powtarzanym przez premiera Mateusza Morawieckiego obietnicom wobec przedsiębiorców. Nowy premier obiecał im:

  • bardziej przyjazną biurokrację;
  • uproszczenie systemu podatków i danin wobec państwa;
  • zmniejszenie liczby praw i regulacji;
  • wsparcie dla działalności badawczo-rozwojowej.

Mimo to prywatni przedsiębiorcy mają podrzędne znaczenie w wielkim dziele modernizacji, które chce podjąć Morawiecki. Naczelna rola przypada w nim państwu.

Oto kluczowy cytat z exposé

„Państwo wraca do gry na poważnie. Do przedsiębiorczych przedsiębiorców dołącza teraz również przedsiębiorcze państwo”.

Jego zdaniem, „to państwo wylało fundamenty pod sukces amerykańskiej Doliny Krzemowej czy izraelskiej innowacyjności, czy przemysłu koreańskiego albo niemieckiego. Trzeba znaleźć złoty środek między państwem minimum, które opuszcza swoich obywateli, jak to często bywało w naszej ostatniej przeszłości, a ociężałym państwem biurokratycznym. Nie chcemy ani jednego, ani drugiego”.

I jeszcze: „Chcemy dokonać wielkiej modernizacji Polski. Głęboko wierzę, że nasza narodowa suwerenność i tradycja są atutem w tych modernizacyjnych zmaganiach. Atutem, a nie balastem, jak niektórzy nam to próbowali wmówić”.

Podobne myśli nie są nowe zarówno w retoryce PiS – w tym samego Jarosława Kaczyńskiego – jak i Morawieckiego, który wyraził je w lipcu 2017 roku podczas kongresu partii w Przysusze (to wystąpienie można zobaczyć tutaj, a streszczenie przeczytać tutaj). Podobne idee przyświecały także „planowi Morawieckiego”, czyli oficjalnej polityce gospodarczej rządu Szydło.

Jednym z głównych zarzutów, które PiS stawiał kolejnym rządom III RP, było podporządkowanie obcym siłom (dobrowolne, ze względów ideologicznych, jak i agenturalne, ze względu na uzależnienie od zagranicznych patronów). PiS chętnie mówi o potrzebie przywrócenia Polsce „podmiotowości”, czy to w stosunkach międzynarodowych – gdzie oznacza to dziś opozycję wobec Brukseli – jak i w stosunkach gospodarczych.

Partia Kaczyńskiego już od lat 90. była nieufna wobec obcego kapitału. Z jednej strony jego napływ przynosił korzyści — prawie 2/3 polskiego eksportu jest generowane przez firmy z zagranicznym kapitałem — ale z drugiej obce firmy traktowały Polskę jako montownię, a zyski transferowały za granicę. W Przysusze Morawiecki mówił, że zagraniczni kapitaliści wywożą co roku z Polski 5 proc. PKB.

„Model rozwoju zależnego” odrzucił też w exposé. Mówił: „Polska polityka rozpięta jest między dwie błędne wizje. Z jednej strony wizja rozwoju zależnego, czyli 25 lat III RP która przewiduje dla Polski jedynie rolę peryferii. Z drugiej strony głosy, że Polska miałaby się odgrodzić murem od reszty świata. My chcemy żeby Polska była wielka. Polska jest częścią Zachodu. A jeśli tak, to musi mieć globalne aspiracje i nie bać się konkurencji. Nie bać się współpracy.

Potrzebujemy zatem państwa i silnej tożsamości, by wyrwać się z roli peryferii we współczesnym kapitalizmie. Dlatego jedną z głównych idei dla planu rozwoju jest wykreowanie polskich firm, jako globalnych championów”.

Wszystkie te idee są całkowicie sprzeczne z liberalną doktryną ekonomiczną, która mówi, że państwo powinno trzymać się z daleka od „kreowania championów” i tak daleko idącej interwencji w grę sił rynkowych. Żaden z premierów III RP nie wyraził do tej pory swojej nieufności wobec rynku w tak jednoznaczny sposób. Najciekawsze, że te słowa wypowiedział człowiek, który ma za sobą bogatą karierę w bankowości i sam był prezesem wielkiego banku z obcym kapitałem.

Idee Morawieckiego mają długą tradycję w historii polskiej myśli ekonomicznej – w której liberalizm tylko w krótkich okresach czasu odgrywał dominującą rolę. Od 200 lat, jeśli tylko mieliśmy własne państwo (lub chociaż jego namiastkę), kierownicy polityki gospodarczej dochodzili do podobnych wniosków jak Morawiecki, w dodatku na podstawie tych samych, albo bardzo zbliżonych przesłanek.

  • W czasach Królestwa Kongresowego (1815-1830) uprzemysłowienie przez aktywność rządu (finansowaną z podatków obciążających konsumpcję, a więc obciążającą dla ludności) próbował prowadzić ks. Ksawery Drucki-Lubecki;
  • Dwudziestoleciu międzywojennym to państwo prowadziło największe inwestycje gospodarcze – takie jak budowę portu w Gdyni (do której Morawiecki porównuje budowę Centralnego Portu Lotniczego) czy Centralnego Okręgu Przemysłowego;
  • W czasie PRL, w tym w pierwszych latach powojennych (czyli przed przejęciem modelu sowieckiego), nie tylko władze, ale i wielu ekonomistów polskich uznawało konieczność planowania gospodarczego i prowadzenia kluczowych inwestycji przez państwo.

Argumenty za aktywnością państwa były także podobne.

  • Rodzimego kapitału prywatnego jest za mało;
  • Zagraniczny kapitał nie chce do nas przychodzić, a jak przychodzi, traktuje nas jak podwykonawcę, na którym chce zarobić;
  • Gospodarka polska, żeby wyrwać się z zaklętego kręgu niskich inwestycji i niskich dochodów, potrzebuje potężnego pchnięcia inwestycyjnego ze strony państwa.

Nie jest jasne, czy Morawiecki wie, że miał w historii Polski wielu poprzedników o podobnych poglądach. Sam czerpie inspirację z książek Mariany Mazzucato, włosko-amerykańskiej ekonomistki, do której najważniejszej pracy zatytułowanej „Przedsiębiorcze państwo” napisał przedmowę (do polskiego wydania).

Nie jest także jasne, czy Morawiecki zna efekty dotychczasowych przedsięwzięć etatystycznych w naszej historii. Zawsze udawały się połowicznie — nadrabialiśmy część dystansu wobec światowego centrum, ale takie centralne zarządzanie gospodarką prowadziło do kryzysów, marnotrawstwa środków, wydajność i produktywność państwowych firm była niska, często rosło też zadłużenie. Za kilka lat przekonamy się, czy tym razem będzie inaczej.

oko.press

Schetyna i Lubnauer – spór czy wspólnota demokratów?

Nie podoba mi się ustawienie PiS – antyPiS, bo to tak naprawdę pozycjonuje jedynie PiS – nie tylko językowo. PiS i jakieś anty, które łatwo jest zakwalifikować do antyków. Tak zresztą robili komuniści, antykomunistów nazywali antykami. Niejednokrotnie w PRL-u słyszałem takie określenie ze strony „postępowców” z „demokracji ludowej”.

W tej chwili opozycja może powrócić do podziału, który pijarowcy PiS użyli w 2005 roku – solidarni i liberałowie, a który pozwolił wygrać PiS-owi wybory prezydenckie i parlamentarne.

Dzisiaj aż się prosi, aby sformułować podobną dychotomię. Z jednej strony sytuują sie zwolennicy demokracji liberalnej z trójpodziałem władzy, która kontroluje polityków, a z naprzeciw  stronnicy demokracji fasadowej, koncesjowanej, dyktatury, prowadzacej do władzy absolutnej, absolutnej korupcji.

Jak najprostszy język w komunikacji społecznej pozwoli Polakom rozumieć zagrożenie ich wolności, którą odbierze dyktatura jednej partii.

A dzisiaj aż mi ręce odpadły, jak antykowi, jak Wenus z Milo. Nie dość, że jednego dnia trzy opozycyjne partie robią sobie spędy, to komunikają się via media, aby jedna drugiej perswadować, że jest lepsza, główniejsza.

Opozycja demokratów, opozycja europejska, demokraci, wolni demokraci – i jak się nazwą Platforma Obywatelska, Nowoczesna i PSL, nie winni używać jezyka, który ich od siebie oddala, czyni osobnymi, izoluje w tej wojnie cywilizacyjnej, którą obecnie mamy za sprawą PiS.

Mamy do czynienia ze zderzeniem cywilizacyjnym w Polsce – i to na wielu poziomach. PiS będzie się zamykał w swojej tradycyjnej aksjologii, przede wszystkim tradycyjnym w tworzeniu instytucji państwa. Będziemy mieli coraz głębsze zejście w przeszłość, w nacjonalizm i odejście od kapitalizmu otwartego w stronę kapitalizmu państwowego, w gospodarkę narodową. Dlatego po „etapie Szydło”, mamy „etap Morawieckiego”, ten ostatni dojrzał i dorobił się w III Rzeczpospolitej, aby za pomoca „nowoczesnych narzędzi” PowerPointa uszczęśliwiać nas gospodarką narodową” – będzie przy tym powoływał się komparatystycznie na tradycje Niemiec, Japonii i Korei Płd. niewiele z nich rozumiejąc, ledwie powierzchnię historycznych zdarzeń.

Dzisiaj zaś taka oto zdarzyła się narracja opozycji. Grzegorz Schetyna zaapelował „do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie”. Nie dziwię się nowej szefowej Nowoczesnej Katarzynie Lubnauer, iż odpowiedziała, że „nie było dotychczas takiej propozycji” i odrzuciła tę wspólnotę narzuconą z góry.

Kreatywny umysł Schetyny wykoncypował w nocy wspólne prezydium opozycji i chce, aby do niego przystapiły pozostałe partie opozycyjne. To nie jest polityyka, jest to działanie na łapu-capu. Wolę inny idiom retoryczny: „Śniła mi się taka wspólna lista w wyborach, że na jednej polityk naszej partii był na pierwszym miejscu, a na drugiej liście Nowoczesnej. I wiecie Polacy, co? W następstwie tych list, ja Schetyna zostałem wicepremierem, a Lubnauer premierem, dla dobra Polski abdykował Duda, aby niezwłocznie stawić się przed Trybunałem Stanu”.

Kicz? Tak! Ale lepszy niż przemoc retoryczna użyta przez Schetynę. I tak jesteśmy skazani na wspólnotę demokratów – i tak wygramy. Pytanie: kiedy? I czy będzie, co zbierać po naszej ojczyźnie,  bo fundamentaliści tradycji prowadzą nas na zderzenie przeciw współczesności, przeciw nowoczesności, w przepaść tradycji.

Lubnauer: Nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli jedno prezydium z innymi partiami opozycyjnymi

Lubnauer: Nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli jedno prezydium z innymi partiami opozycyjnymi

– Nowoczesna jest partią która ma swoją tożsamość i uważamy że bardzo ważne jest żebyśmy pokazali że mamy swój program, swoje wartości dlatego nie wyobrażam sobie żebyśmy mieli jedno prezydium z innymi partiami opozycyjnymi co nie znaczy że nie należy ściśle współpracować i zawierać koalicji na wybory samorządowe, współpracować w najważniejszych sprawach takich jak obrona polskiej demokracji. W tych kwestiach powinny być wspólne posiedzenia, jak najbliższa współpraca między przewodniczącymi zarówno klubów parlamentarnych jak i rozmowy w ramach przewodniczących partii. To będziemy robić – stwierdziła Katarzyna Lubnauer na briefingu.

 

Petru: Jako jedyni możemy mieć kontrprogram dla programu Morawieckiego

– W tej uchwale gospodarczej która została przyjęta wszystkimi głosami Nowoczesnej zwracamy uwagę na nieodpowiedzialną politykę rządu która była prowadzona przez ostatnie dwa lata. Na to że mówiono jedno, a robiono drugie – stwierdził Ryszard Petru na briefingu. Jak dodał:

„Pokazujemy w tej uchwale że wiele krajów UE w tym momencie obniża dług publiczny, zmniejsza deficyt a Polska robi coś zupełnie odwrotnego – zwiększa deficyt i jest to polityka nieodpowiedzialna. My jako Nowoczesna przypominamy żę wiek emerytalny musi być wyższy, żeby budżet był zrównoważony i że Polska bezpieczna może być w strefie euro. Jako jedyni możemy mieć kontrprogram dla programu Morawieckiego”

 

Petru w zarządzie Nowoczesnej. Weszli do niego także m.in. Rosa, Szłapka, Gasiuk-Pihowicz czy Dolniak

– Nowoczesna wybrała swój zarząd w składize który państwo widzą za mną. M.in. do zarządu wszedł Ryszard Petru i Kamila Gasiuk-Pihowicz, jako kandydat na sekretarza Adam Szłapka, Mirek Pampuch, Barbara Dolniak, Ewa Lieder, Katarzyna Kalinowska, Witek Zembaczyński, Mateusz Sabat, Jacek Bury, Jerzy Meysztowicz, Joanna Scheuring-Wielgus, Monika Rosa. W styczniu spotkamy się na spotkaniu, będziemy konstytuować zarząd, wybierzemy wiceprzewodniczących – stwierdziła Katarzyna Lubnauer na briefingu.

 

WKK: Polska nie jest skazana na wybór między PiS-em i antyPiS-em. Idziemy z pozytywnym programem

– Polska nie jest skazana na wybór między PiS-em i antyPiS-em. Idziemy z pozytywnym programem. Dość biadolenia, koniec rozpatrzy. To taka niemoc która przez te dwa lata w wielu ośrodkach, przez wielu komentatorów była krytykowana musi się zakończyć. Jesteśmy liderem Polski samorządowej, pokazaliśmy to broniąc wartości małych ojczyzn, blokując złą zmianę w ordynacji wyborczej. Tu odnieśliśmy sukces niepełny i ta satysfakcja nie jest 100% ale to co udało się osiągnąć w komisji, blokując np. kreślenie okręgów wyborczych przez politycznych komisarzy, blokując likwidację JOW-ów, to zasługuje na uznanie – stwierdził Władysław Kosiniak-Kamysz na briefingu.

– Będziemy prezentować prawie każdego tygodnia w nowym roku nową propozycję ustawową – zapowiedział WKK.

 

Rada Krajowa PO wybrała nowy zarząd

Wiceprzewodniczącymi PO zostali Ewa Kopacz, Bogdan Borusewicz, Borys Budka i Tomasz SIemoniak, sekretarzem generalnym – Stanisław Gawłowski, a skarbnikiem – Mariusz Witczak. Rada Krajowa wybrała także członków zarządu rekomendowanych przez Grzegorza Schetynę: Małgorzata Kidawa-Błońska, Urszula Augustyn, Monika Wielichowska, Marzena Okła-Drewnowicz, Izabela Leszczyna, Agnieszka Pomaska, Rafał Trzaskowski, Marcin Kierwiński, Bartosz Arłukowicz i Arkadiusz Myrcha.

 

Lubnauer odpowiada Schetynie: Wspólne prezydium nie jest dobrym pomysłem, natomiast bardzo ważna jest współpraca

– Nie było dotychczas takiej propozycji. Myślę że to by się nie sprawdziło na dłuższą metę. Dlatego że my jesteśmy partiami które mają różne wartości, różne programy, podejście do wielu rzeczy. Zapewne trudno byłoby nam wypracować wspólne stanowisko przy wielu ustawach. Nie zmienia to faktu że uważam że powinniśmy współpracować w Sejmie i powinniśmy się spotykać, tylko spotkania powinny dotyczyć nie tylko Nowoczesnej i Platformy, ale również PSL. Warto współpracować w ramach opozycji wtedy kiedy możemy zatrzymać PiS w tych kwestiach które niszczą polskie prawo, praworządność, demokrację. Natomiast my jesteśmy partią która ma swoją tożsamość. My chcemy być partią która jest ikoną klasy średniej. Która uważa że trzeba reprezentować ciężko pracujących ludzi, którzy byli często obrażani zarówno przez poprzedni rząd PO-PSL jak i obecny – stwierdziła Katarzyna Lubnauer w rozmowie z Polsat News.

– Dlatego myślę że wspólne prezydium nie jest dobrym pomysłem, natomiast bardzo ważna jest wspólna współpraca. Sztywne prezydium jako stała formuła na pewno nie. Współpraca, spotykanie się, wspólne prezydium klubów co pewien czas po to żeby postanowić o pewnych rzeczach – podejmowałam podobne inicjatywy – dodała szefowa Nowoczesnej, podkreślając że „nie można zlewać się w jeden podmiot”.

 

Trzaskowski: Musimy być otwarci na innych

– Musimy być razem. Nikogo nie możemy zgubić. Musimy pozyskiwać nowych ludzi. Nie możemy się oglądać na boki, usprawiedliwiać. Musimy pokazać swój własny program, determinację i optymizm – mówił Rafał Trzaskowski w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO.

– Musimy być otwarci na innych. Musimy iść ramię w ramię z innymi partiami, ruchami obywatelskimi. Nikogo nie wolno nam zgubić. Nie może być trak że słyszymy: odbiłem się od Platformy (…) Musimy pokazać determinację i optymizm – mówił dalej.

 

Schetyna proponuje parytet w zarządzie PO

Małgorzata Kidawa-Błońska, Urszula Augustyn, Monika Wielichowska, Marzena Okła-Drewnowicz, Izabela Leszczyna, Agnieszka Pomaska, Rafał Trzaskowski, Marcin Kierwiński, Bartosz Arłukowicz, Arkadiusz Myrcha to kandydaci których Grzegorz Schetyna rekomendował do zarządu krajowego PO. Ponadto kandydatami na wiceprzewodniczących zostali Ewa Kopacz, Tomasz Siemoniak, Borys Budka i Bogdan Borusewicz. Na sekretarza generalnego został rekomendowany Stanisław Gawłowski, a na skarbnika – Mariusz Witczak.

 

PEK do PiS: Jeśli traktujecie Polaków jak wrogów, to przyjdzie taki moment kiedy ci Polacy staną się waszymi wrogami

– Dzisiaj przychodzi nam stanąć wobec wyzwań które jeszcze kilka lat temu mogły być tylko i wyłącznie sennym koszmarzem. Kto mógł przypuszczać że polski rząd będzie sam na swój kraj ściągał widmo sankcji UE. Kto mógł przypuszczać że partia rządząca będzie manipulować ordynacją i jawnie dokonywać zamachu na niezawisłość sądów. Kto mógł przypuszczać że eksperci ojca Rydzyka będą wydawać opinie na podstawie których będą karane wolne media. Kto mógł przypuszczać że nasza wolność stanie pod znakiem zapytania – mówiła Ewa Kopacz w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO. Jak mówiła dalej:

„Wszystko co robimy nie jest tylko i wyłącznie pojedynkiem PR-owskich sztuczek, ale walką o to co dla Polaków jest najważniejsze. O wolność. Dziękuję panu [Grzegorzowi Schetynie] za święto demokracji, za te wybory. Chcę panu powiedzieć że tak jak tu siedzimy, wszyscy na tej sali, w pełni świadomie odbieramy ten ciężar i tę odpowiedzialność, która na nas spoczywa. Odpowiedzialność za nadzieje Polaków, bo chcemy żeby nadzieja zwyciężyła w Polsce”

– Zwracam się do polityków opcji rządzącej: chcę wam powiedzieć jedno. Jeśli traktujecie Polaków jak wrogów, to przyjdzie taki moment kiedy ci Polacy staną się waszymi wrogami. I to nastąpi bardzo szybko. Przy urnach wyborczych – dodała.

 

Schetyna: Musimy dać szanse Morawieckiemu. Jeśli chce pan złagodzić konflikt, proszę opublikować wyroki TK

– Musimy mu [Mateuszowi Morawieckiemu] dać szansę. Dajmy szansę bo może jednak spróbuje być przez chwilę samodzielnym politykiem. W takim wypadku oczekujemy nie słów, ale czynów – mówił Grzegorz Schetyna w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO. Jak dodał:

„Proponuję sprawdzian z uczciwości. Jeśli pan chce złagodzić konflikt dzielący Polaków, kryzys konstytucyjny, ustrojowy, proszę opublikować wszystkie wyroki TK, których pana poprzedniczka odmówiła”

– Proszę wyrwać się spod wpływu Kaczyńskiemu. Przynajmniej spróbować – mówił dalej.

 

Schetyna zapowiada powołanie Obywatelskiego Ruchu Obrony Wyborów

– Musimy stworzyć Obywatelski Ruch Obrony Wyborów. Musimy być i będziemy w każdej komisji – mówił Grzegorz Schetyna w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO. – Gdyby PiS nie chciał unieważnić wyborów, nie zniszczyłby wszystkich instytucji które kontrolują ich przebieg – dodał.

 

Schetyna proponuje opozycji: Stwórzmy szerokie, wspólne listy do sejmików wojewódzkich

– Apeluję do wszystkich kolegów i koleżanek z opozycji, szczególnie z Nowoczesnej, do Katarzyny Lubnauer, Ryszarda Petru: przywróćmy Polakom nadzieję. Zróbmy to wspólnie – mówił Grzegorz Schetyna w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO

– Pierwszym krokiem jest współpraca w parlamencie, ale kolejnym powtórzenie koalicji którą razem z budowaliśmy w Warszawie. To wielki sukces – mówił dalej. – Zaprośmy do współpracy sprawdzonego partnera: PSL, UP, demokratyczną lewicę. Stwórzmy szerokie, wspólne listy wyborcze do sejmików wojewódzkich – stwierdził.

 

Schetyna o ordynacji: To rosyjskie standardy

– Kaczyński sięgnął po ostatnią gwarancję demokracji w Polsce. Po jej fundament, po wolność wyborów. Byliśmy świadkami tego spektaklu w parlamencie. Przepchnęli zmiany w ordynacji dzięki którym MSWiA najpierw przejmie KBW a następnie PKW. Komisarzami wyborczymi przestaną być niezależni sędziowie. Zostaną PiS-owscy nominaci. Nie możemy na to pozwolić – mówił Grzegorz Schetyna w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO. Jak dodał:

„W myśl nowych przepisów całą organizację wyborów oraz kontrolę nad ich przebiegiem przejmuje jedna partia. Wg. PiS-u to ma być gwarancja że wybory będą uczciwe. Nominaci i funkcjonariusze rządzącej partii będą liczyć głosy, a po przejęciu przez nich SN będą też decydować o uznaniu lub unieważnieniu wyborów. To rosyjskie standardy. Nie możemy na to pozwolić”

– Chyba nikt nie ma złudzeń w jaki model rządów zapatrzony jest Kaczyński – mówił dalej.

 

Schetyna apeluje do opozycji o natychmiastowe zacieśnienie współpracy. Nowoczesnej proponuje wspólne prezydium

– Chcę powiedzieć że spotykamy się w momencie być może najtrudniejszym dla polskiej demokracji. W ogóle dla Polski w ostatnich 28 latach, od 1989 roku. Właśnie dlatego sytuacja jest tak poważna. Chciałem dzisiaj powiedzieć o poważnych sprawach. Zwrócić się z poważnym apele do wszystkich demokratycznych partii opozycyjnych. Chciałbym wystosować do naszych kolegów i koleżanek z opozycji apel o natychmiastowe zacieśnienie współpracy – w parlamencie, ale także poza nim – mówił Grzegorz Schetyna w trakcie posiedzenia Rady Krajowej PO.

– Zwracam się przede wszystkim do Nowoczesnej przede wszystkim o powołanie jak najszybciej wspólnego prezydium w parlamencie – dodał. Jak stwierdził, mamy w Polsce jawne ograniczanie demokracji.

 

Paruch: Rząd Morawieckiego nie będzie rządem autorskim. Ziobro i Gowin zostają

– Mateusz Morawiecki bardzo dobrze sobie poradził – powiedział Waldemar Paruch, pytany o debiut premiera w Brukseli. – Ma łatwość, elastyczność poruszania się w takim środowisku – dodał członek rady programowej Prawa i Sprawiedliwości. O stosunkach na linii Polska-Unia Europejska Paruch mówił: – To jest teren bardzo trudny. Moim zdaniem, premier nieźle sobie na tym terenie będzie radził, by nie powiedzieć – dobrze.

– Ponad 70 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości zaakceptowało zmianę na stanowisku premiera – podkreślił Gość Krzysztofa Ziemca w RMF FM. Prof. Paruch tłumaczył zmianę na stanowisku szefa rządu potrzebą nowych wyzwań i celów politycznych. – Zmieniło się bardzo dużo. Zmieniło się otoczenie międzynarodowe. Wiadomo było, że kurs na podmiotowość Polski przyniesie starcie z Brukselą, a przede wszystkim starcie z Berlinem – argumentował.

– Rząd Mateusza Morawieckiego nie będzie rządem autorskim. Jest to rząd Prawa i Sprawiedliwości plus dwóch koalicjantów – stwierdził gość Krzysztofa Ziemca. To, jak podkreślał prof. Waldemar Paruch, wymusza pewne rozwiązania. – Musi być miejsce w rządzie dla Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina – to jest bezdyskusyjne – mówił członek rady programowej PiS. Paruch potwierdził także, że Ziobro i Gowin na 100 proc. pozostaną w rządzie na stanowiskach, jakie dziś posiadają.

300polityka.pl

TVP Info obchodzi pierwszą rocznicę „puczu”. Specjalna ramówka i okolicznościowy pasek

lulu, 16.12.2017

Jacek Kurski w siedzibie Rady Mediów Narodowych

Jacek Kurski w siedzibie Rady Mediów Narodowych (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

TVP Info na sobotę zaplanowało aż dwie emisje filmu „Pucz”. Na pasku stacji mogliśmy zobaczyć napis: „Rocznica puczu totalnej opozycji”. W ten sposób tłumaczy widzom wydarzenia sprzed roku.

„Pucz” to, jak reklamuje TVP, „film dokumentalny produkcji Telewizji Polskiej, przedstawiający wydarzenia sejmowe z grudnia 2016 roku”. W rzeczywistości to autorska wariacja na temat kryzysu sejmowego, który rozpoczął się 16 grudnia 2016 roku, a który politycy PiS opisywali słowem „pucz”. To określenie wzbudzało sprzeciw części komentatorów. Określenia pucz używa się przede wszystkim do opisania „zamachu stanu dokonanego przez grupę wojskowych”.

O czym jest film „Pucz”?

Film „Pucz” w reżyserii Ewy Świecińskiej rozpoczyna się momentem wykluczenia posła PO Michała Szczerby z posiedzenia Sejmu i protestem posłów. Nie jest powiedziane wprost, dlaczego doszło do sejmowego kryzysu, zabrakło też głosowania w Sali Kolumnowej, którego legalność kwestionuje opozycja.

Nie podano też oczywiście, że opozycja broniła wolności słowa, niezależności TK, a później także prawa dziennikarzy do relacjonowania obrad z Sejmu.

W dokumencie pokazano przede wszystkim zdjęcia z protestu opozycji i manifestacji przed Sejmem zilustrowane dramatyczną muzyką. Materiał w większości pozbawiony jest komentarza.

Dobór wykorzystanych fragmentów może wywołać w widzach wrażenie, że protest nie miał uzasadnienia i jego celem było odzyskanie utraconej władzy przez PO i związane z nią środowiska. W dokumencie zacytowano wypowiedzi, z których wynikało, że kryzys sejmowy był nie tylko zaplanowany przez opozycję, ale odbywał się według scenariusza pisanego przez Rosjan.

W „Puczu” pojawia się jednak także moment, na którym prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił do jednej z posłanek PO „Niech idzie do diabła”. Dokument pokazywał też sytuacje, w których politycy PiS unikali rozmowy z posłami opozycji. Stąd zdaniem niektórych dziennikarzy i polityków, „Pucz” stawiał w złym świetle nie opozycję, ale obecną władzę.

Problemy po emisji „Puczu”

Po emisji filmu do telewizji wpłynęło 26 skarg w sprawie pogwałcenia praw autorskich. – Skandaliczne jest, że cały film „Pucz” opiera się na ukradzionych materiałach z internetu. Nie odpuszczę i jeszcze w tym tygodniu do TVP wyślę grzecznościowy list z propozycją ugody i zapłaty za użycie mojego materiału. W przeciwnym wypadku skieruję sprawę do sądu – powiedział zirytowany Oskar Wądołowski, kiedy zapytaliśmy go materiały jego autorstwa wykorzystane w filmie. TVP uzupełniła film o źródła wykorzystanych materiałów.

Zobacz też: Relacja TVP Info z rady PO i pasek grozy. „Wymsknęło im się to, co naprawdę o kobietach myślą” >>>

Boisz się wziąć kredyt na mieszkanie? „Banki reklamuje Jan Paweł II, więc co może pójść nie tak?” [MAKE POLAND GREAT AGAIN]

gazeta.pl

STAN GRY: Niezależna: JK dziękował PBS, Szymon Majewski o smsach: Dlaczego nie jesteś z nami? Sroczyński: PiS ma pasztet z sądami, SE: PMM używa emotek

— ANDRZEJ WIELOWIEYSKI KOŃCZY DZIŚ 90 LAT.

— Dworczyk szefem gabinetu Morawieckiego? – tak podaje Fakt: „Kto zajmie ich miejsce? Jedno nazwisko nie jest tajemnicą od piątku. To Marek Suski, jeden z najbardziej niedocenianych przez lata posłów PiS. Suski – dotychczas szef sejmowej komisji skarbu oraz członek komisji śledczej ds. Amber Gold, zastąpi Kowalczyka. Szefem Kancelarii ma zostać Paweł Szrot – od niemal dwóch lat zastępca Kempy w KPRM. Trzecim ministrem, który w poniedziałek ma otrzymać nominację z rąk prezydenta Andrzeja Dudy jest Michał Dworczyk. Dotychczasowy wiceminister obrony ma zostać szefem gabinetu nowego premiera, Mateusza Morawieckiego”.
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/bedzie-trzech-nowych-ministrow-w-kancelarii-premiera/p5c0hzb

— KACZYŃSKI DZIĘKOWAŁ JEDNEJ OSOBIE – relacja Niezależnej: “Politycy partii uczestniczący w spotkaniu ujawnili, że Jarosław Kaczyński podczas spotkania podziękował obecnej wicepremier Beacie Szydło. Dziękował jej za dwa lata ciężkiej pracy, także za dwie kampanie wyborcze – prezydencką oraz parlamentarną, a politycy kilkukrotnie oklaskiwali byłą szefową rządu”. http://niezalezna.pl/211599-spotkanie-oplatkowe-pis-jaroslaw-kaczynski-gratulowal-jednej-osobie-rozlegly-sie-brawa

— 300LIVE:
PEK do PiS: Jeśli traktujecie Polaków jak wrogów, to przyjdzie taki moment kiedy ci Polacy staną się waszymi wrogami
Schetyna: Musimy dać szanse Morawieckiemu. Jeśli chce pan złagodzić konflikt, proszę opublikować wyroki TK
Schetyna zapowiada powołanie Obywatelskiego Ruchu Obrony Wyborów
Schetyna proponuje opozycji: Stwórzmy szerokie, wspólne listy do sejmików wojewódzkich
Schetyna o ordynacji: To rosyjskie standardy
Schetyna apeluje do opozycji o natychmiastowe zacieśnienie współpracy. Nowoczesnej proponuje wspólne prezydium
Paruch: Rząd Morawieckiego nie będzie rządem autorskim. Ziobro i Gowin zostają
Polityczny plan soboty: Rady Krajowe PO i Nowoczesnej
http://300polityka.pl/live/2017/12/16/

— SZYMON MAJEWSKI  O SMSACH Z KONSTANCINA – JAK MOŻESZ, DLACZEGO NIE JESTEŚ Z NAMI? – mówi Agnieszce Kublik w GW: “O to, czy Petru z placu Trzech Krzyży ma coś ludziom z Łomży do zaproponowania. Bo przecież nie ma. I Platforma też nie miała. Nikt im nie zaproponował 500 złotych na dziecko.

Tobie to się podoba?

– Tak, mnie się podoba, bo mój dziadek był socjalistą z PPS. Pewnie od razu oberwę. Bo u nas, jak powiesz, że podoba ci się 500 plus, to natychmiast się określisz politycznie. Zaraz się znajdą znajomi z Wilanowa – to taka elegancka zielona enklawa pod Warszawą – którzy zadzwonią: „Myślałem, że jesteś w naszym okopie, co się z tobą stało?”. Jak żartowałem z Mateusza Kijowskiego, kiedy rządził KOD-em, to zawsze z okolic Konstancina – następna, jeszcze elegantsza enklawa – przychodziły esemesy: „Jak możesz, dlaczego nie jesteś z nami?”.

— W LICEUM SIEDZIAŁEM OBOK KIJOWSKIEGO – mówi Majewski Kublik:”W liceum siedziałem obok Kijowskiego. Mateusz był synem najmłodszego profesora, fizyka, matmę i fizę rozkminiał w mig. A dziewczyny w niego były wpatrzone. Wysoki i taki tajemniczy. Ja też chciałem być tajemniczy, ale nie wytrzymywałem więcej niż 10 minut. Moja przyszła żona na początku też mnie nie lubiła, ze względu na tę trzpiotowatość”.

— MAJEWSKI O TVP I TVN: “Kurski chciał wziąć moją gębę i pokazać wszystkim: proszę bardzo, Majewski jest z nami. Ja nawijam i robię miny, a po mnie wchodzą „Wiadomości”. Tylko że te „Wiadomości” pokazują puste ulice, kiedy maszeruje KOD, pokazują garstkę ludzi, kiedy pół Polski stoi pod sądami. Nadmieńmy, że jak szły marsze Radia Maryja, to TVN 24 je pokazywał”.

— MAJEWSKI O KACZYŃSKIM I RODEO: “– I to coś mówi o tym człowieku. Że jest w nim coś byczo ludzkiego”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22757115,szymon-majewski-rzad-i-opozycja-nie-roznia-sie-za-bardzo.html

— UDANY DEBIUT PREMIERA MORAWIECKIEGO – jedynka GPC.

— MORAWIECKI UNII NIE PODBIŁ – Tomasz Bielecki w GW: “Pierwsza wizyta Mateusza Morawieckiego na szczycie UE nie przyniosła nowego otwarcia w stosunkach z Unią. Równoległy finisz prac nad PiS-owskimi zmianami w sądownictwie nie pozwalał polskiej dyplomacji nawet na próby mydlenia oczu co do „odwilży”. Ale styl Morawieckiego, nieco łagodniejszy niż Beaty Szydło, może w przyszłości ułatwiać mu kontakty z zachodnimi politykami”. http://wyborcza.pl/7,75968,22791040,morawiecki-unii-nie-podbil.html

— PISOWSKI OPŁATEK WAŻNIEJSZY NIŻ BREXIT? – Fakt.
https://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/leszek-miller-o-powrocie-morawieckiego-do-polski/7exy1b4

— PIS BĘDZIE MIEĆ NIEZŁY PASZTET Z SĄDOWNICTWEM – Grzegorz Sroczyński: “Wprowadzenie tzw. reformy sądownictwa to będzie dla PiS-u pasztet, z jakim dotąd nie miał do czynienia. Śnić im się to będzie jeszcze po nocach, a w wywiadach za kilka lat będą powtarzać „byliśmy głupi”. Przyjęte ustawy pozwalają bowiem na ręczne sterowanie sądami, władza zresztą specjalnie tego nie ukrywa, rozumieją to wszyscy, również wyborcy prawicy (tyle że na razie im się to podoba). Problem z ręcznym sterowaniem jest jednak taki, że bardzo jasno ustawia to kwestię odpowiedzialności. Tym samym PiS bierze sobie na głowę prawdziwą Sodomę z Gomorą. Odtąd za sądową mitręgę obywatele już nie będą obarczali mitycznego „układu”, czy „nadzwyczajnej kasty”, ale pisowskiego ministra Ziobro. A mitręga w sądach będzie trwać, bo trwać musi. Ustawy – poza wymianą kadrową – niczego ani nie przyspieszają, ani nie usprawniają. Zresztą PiS będzie musiał świecić oczami nie tylko za przewlekłość, ale też za klasowość naszych sądów, za złe traktowanie osób o niskim statusie materialnym, za mówienie do prostych ludzi niezrozumiałym językiem, za niechlujne uzasadnienia wyroków”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,22789873,sroczynski-zbysiu-pomoz-pis-bedzie-miec-niezly-pasztet.html#BoxNewsImg&a=167&c=96

— PIS IDZIE PO NOWE MIESZCZAŃSTWO – Bartosz Brzyski na Jagielloński24: “Prawo i Sprawiedliwość wydaje się najlepiej dziś rozumieć co znaczy być partią masową. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego  potrafi bowiem zręcznie łączyć różnego rodzaju przekazy, trafiając do maksymalnie szerokiego grona odbiorców. Ma swoje socjalne oblicze, narrację dla przedsiębiorców zorientowaną wokół Konstytucji dla Biznesu. Sięga po patriotyzm gospodarczy i walczy z postkomunistyczny układem. Sprawnie łączy postulaty prawicowe i lewicowe, nie zapominając o wyważonych centrystach. Teraz dochodzi do tego jeszcze premier Morawiecki „mówiący ruchami miejskimi” i agendą postmaterialistyczną skierowana do nowego polskiego mieszczaństwa. PiS wydaje się dzisiaj brać wszystko. Plus”. http://jagiellonski24.pl/2017/12/15/pis-idzie-po-nowe-mieszczanstwo/

— MORAWIECKI BEZ DEMOKRATYCZNEGO MANDATU – Łukasz Pawłowski w Kulturze Liberalnej: “I właśnie pojęcie „woli ludu” jest w kontekście nominacji nowego premiera szczególnie intrygujące. Bo oto na czele rządu partii, które słowa „lud”, „naród”, „suweren” i „demokracja” odmienia przez wszystkie przypadki, stanął człowiek, który w poprzednich wyborach parlamentarnych nie uzyskał choćby jednego głosu. Nie uzyskał, bo w nich nie startował. W odróżnieniu od Beaty Szydło czy wicepremierów Gowina i Glińskiego, Morawiecki nie jest posłem i nigdy w parlamencie nie zasiadał. Nowy szef rządu w swojej karierze politycznej tylko raz zajmował obieralne stanowisko, w latach 1998–2002 zasiadał w sejmiku dolnośląskim, uzyskując mandat z list Akcji Wyborczej Solidarność”. http://kulturaliberalna.pl/2017/12/15/morawiecki-premier-demokracja-wola-ludu/#

— O LISODELFINIE MORAWIECKIM – Wojciech Engelking w WP: “Gdyby Kaczyński wykonał ruch, który by się w partii spodobał – przykładowo, sam przeprowadził się na ulicę Parkową lub też uczynił premierem wiernego żołnierza w rodzaju Mariusza Błaszczaka – w istocie utrzymałby spór polityczny, który gorzeje w Polsce od prawie półtorej dekady. Byłoby to dla niego wygodne o tyle, że się tym sporem świetnie żywi i po opozycyjnej stronie nie ma w nim godnego przeciwnika. Tyle, że Kaczyński – inaczej niż Tusk – rozumie, że za chwilę może go w partii i w Polsce nie być, dlatego wychowuje sobie następcę. Nie jednak następcę, który będzie jego prostą kopią, dużo głupszą, jak choćby Zbigniew Ziobro, ale następcę, który będzie odeń odrobinę inny. Przeprowadza w swojej partii kontrolowany zamach stanu”. https://opinie.wp.pl/rok-2018-w-polsce-wojciech-engelking-pis-u-ciepla-woda-w-kranie-6198609910900865a

— OKO SZCZEGÓŁOWO ANALIZUJE ORDYNACJĘ: “Setki tysięcy osób z niepełnosprawnością stracą możliwość niezależnego głosowania. To efekt uboczny podejrzliwości polityków PiS, którzy wszędzie widzą możliwość fałszerstwa. Obywatele będą musieli za to zaufać ministrowi Mariuszowi Błaszczakowi, bo to on zyska decydujący wpływ na przebieg wyborów. OKO.press podsumowuje zmiany w kodeksie wyborczym”.
https://oko.press/wybory-reku-blaszczaka-podejrzliwy-pis-odbiera-niepelnosprawnym-mozliwosc-niezaleznego-glosowania/

— BOMBY POD CHOINKĄ – Wojciech Czuchnowski: “Sądy, prawa kobiet, broń, dekomunizcja. Prezenty pod choinką PiS. (…) Największy prezent pod choinką PiS czeka na Jarosława Kaczyńskiego – większość parlamentarna PiS swojemu liderowi postanowiła podarować ostatnią z trzech władz: sądowniczą. Ale pod choinką dla każdego będzie coś miłego: Kościół znajdzie tam prawa kobiet, a prawdziwi patrioci – broń maszynową”. http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22791543,sady-prawa-kobiet-bron-dekomunizcja-prezenty-pod-choinka.html

— ZIELONE LUDZIKI PREZESA – Stanisław Skarżyński w GW: “Nakładając sankcje ekonomiczne i polityczne na „zielone ludziki” Kaczyńskiego, można osiągnąć politycznie dużo więcej niż w drodze apeli, napomnień oraz ewentualnych unijnych sankcji wobec Rzeczypospolitej. Nie tylko dlatego, że pierwsze nie robią na PiS żadnego wrażenia, a uchwalenie drugich jest bardzo mało prawdopodobne. Przede wszystkim dlatego, że sankcje zaszkodzą rozwojowi kraju i jego obywatelom, gdy sprawcom włos z głowy nie spadnie. I nie bez racji są ci, którzy przekonują, że dla Kaczyńskiego rezolucje Parlamentu Europejskiego, a tym bardziej sankcje ekonomiczne ze strony Unii, są wymarzonym scenariuszem – machina propagandowa przedstawi Zachód jako wrogo nastawiony do Polaków, a organizacja partyjna pozostaje nietknięta”.http://wyborcza.pl/osiemdziewiec/7,159012,22789831,zielone-ludziki-prezesa.html

— SONDAŻ SE: PIS 45, PO 18, N 10, KIKIZ 8, SLD 6http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/najnowszy-sondaz-partyjny-az-7-partii-w-sejmie_1032384.html

— KIELCE SIEDZIBĄ SOLIDARNEJ POLSKI – ONET: “Niespełna tydzień temu Zbigniew Ziobro został ponownie wybrany na prezesa Solidarnej Polski. Stanowisko sekretarza generalnego tej partii objął Mariusz Gosek, dyrektor biura poselsko-senatorskiego Zbigniewa Ziobro i Jacka Włosowicza w Kielcach. W związku z tym podjęto decyzję o przeniesieniu siedziby SP z Warszawy do Kielc. Wspólne z PiS listy to najlepszy wariant w wyborach samorządowych – uważa Gosek”. https://kielce.onet.pl/glowna-siedziba-solidarnej-polski-przenosi-sie-do-kielc-sekretarz-to-jedyny-taki/k9etg8d

— ADRIAN ZANDNBERG O DROŻYŹNIE NA ŚWIĘTA – SE: “Z partiami u władzy tak się dziwnie dzieje, że szybko psuje im się wzrok. PiS nie dostrzega problemu. I właściwie trudno się dziwić. Parę złotych więcej to żadna tragedia, kiedy ma się – tak jak pan premier – grube miliony na koncie. Na Nowogrodzkiej wolą więc ekscytować się sondażami, niż patrzeć na sklepowe rachunki. Podobnie jak pewien były prezydent uwierzyli, że są skazani na zwycięstwo. Ale jeśli ceny będą coraz szybciej pożerać płace, może ich czekać przy urnach niemiła niespodzianka”. http://www.se.pl/wiadomosci/opinie/adrian-zandberg-komentuje-swiateczna-drozyzna_1032463.html

— ZAMYKANIE OCZU NA PROBLEMY NIE OZNACZA, ŻE ONE ZNIKNĄ – MICHAŁ SZUŁDRZYŃSK w RZ: “I nie chodzi o to, by Unia nagle zaczęła się posługiwać radykalnymi hasłami. Ale zamykanie oczu na poważne problemy, jak choćby migracji – ponieważ to temat podnoszony przez populistów – wcale nie sprawi, że one znikną. Przeciwnie, będą narastały. Podobnie jak będzie rósł dystans pomiędzy europejskimi elitami, które proponują choćby Stany Zjednoczone Europy, a masami, które widzą, że podstawowy dla nich problem bezpieczeństwa może być rozwiązany tylko przez ich własne państwa. Bo jak dotąd Unia przyczynia się do nasilenia zjawisk, przez które czują się mniej bezpiecznie”. http://www.rp.pl/Plus-Minus/312159983-Michal-Szuldrzynski-Smiertelnie-grozny-pomysl-Schulza.html

— NIE MA ŻADNYCH SZANS NA SANKCJE – Ryszard Czarnecki w GPC: “Nie ma żadnych szans, aby sankcje przeciw Polsce weszły w życie, bo potrzeba na to jednomyślności krajów UE, a wiele państw będzie broniło Polski, kierując się zasadą „Dziś Warszawa, jutro my”. Bardzo trudno też będzie zebrać większość potrzebną do uruchomienia artykułu 7., czyli 22 państwa w Radzie Europejskiej lub dwie trzecie głosów w europarlamencie. Nasi wrogowie w UE wiedzą, że przegrają, ale wytaczają propagandowe działa po to, żeby psuć wizerunek Polski w świecie. A praworządność, Puszcza Białowieska czy Trybunał Konstytucyjny są tylko pretekstami, aby atakować Polskę – kraj, który przestał słuchać Brukseli czy Berlina”.

— RZ O JACKU MAZIARSKIM: “Podczas stanu wojennego czytelnik „Życia Warszawy” mógł natrafić na nietypowe ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy. Jacek Maziarski”. Znany dziennikarz znalazł ją ostatecznie w antykwariacie”. http://www.rp.pl/Kraj/312079917-Jak-Jacek-Maziarski-szukal-uczciwej-pracy-w-stanie-wojennym.html

— O POGROMACH – mówi filozof Paweł Dobrosielski w GW: “- Szubienice z hasłem „Śmierć wrogom ojczyzny” to jest już mowa pogromowa, zakazana w naszej cywilizacji. Po  pierwsze, nikogo nie karze się śmiercią. Breivik dostaje PlayStation i siedzi, ale go nie zabijamy. Po drugie, kategoria wroga jest o pół kroku od przemocy. Koszulki z tym hasłem to nie jest zaproszenie do rozmowy o patriotyzmie i racji stanu, tylko uprawnienie do nienawiści i przemocy”.

— PYTANIE MACIEJA STASIŃSKIEGO O POGROMOWY RAP: “Skąd ta epidemia? Skąd nazistowski, rasistowski, antysemicki, wręcz pogromowy rap, który pod Stadionem Narodowym w Warszawie, na koniec tzw. Marszu Niepodległości, skanduje kilkanaście tysięcy ludzi?” http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22788141,jestesmy-bardzo-blisko-erupcji-przemocy-na-duza-skale-to.html

— ZROBILI GLIŃSKIEMU DROGĘ POD DOM – jedynka Faktu – ODPOWIEDŹ GLIŃSKIEGO: “ – Słyszałem, że w Urzędzie Miasta można załatwić wszystko dzięki znajomościom, także postanowiłem wykorzystać swoje świetne układy z panią prezydent Hanną Gronkiewicz-Waltz i załatwić sobie położenie złotego asfaltu na drodze dojazdowej do mojego domu – odpisał minister na nasze pytania”. http://www.fakt.pl/wydarzenia/polityka/warszawa-remont-ulicy-przy-ktorej-mieszka-piotr-glinski/08k4656

— MORAWIECKI UŻYWA EMOTEK – SE: “W komunikacji e-mailowej i SMS-owej premier bardzo lubi używać emotikonów (symboli do wyrażania emocji wysyłanych w telefonach albo w internecie – przyp. red.). I to bardzo różnych, zależnie od sytuacji. Raz jest to puszczenie oczka, innym razem uśmiech. – Ale bywa, że prześle też złość – dodaje nasz informator urzędnik”. http://www.se.pl/wiadomosci/polityka/tak-pracuje-mateusz-morawiecki-ujawniamy-szczegoly_1032438.html

— 12 lat temu odchodzący prezydent Aleksander Kwaśniewski zastosował prawo łaski wobec byłego wiceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotki, skazanego za udział w tzw. aferze starachowickiej.

— ROCZNICA – W ZALEŻNOŚCI OD POGLĄDÓW SKREŚLIĆ: puczu, tweetów o gazie, próby ograniczenia działania mediów w Sejmie, głosowań w sali kolumnowej przy wątpliwym kworum.

300polityka.pl

Nowoczesna odrzuca propozycję pierwszego etapu zjednoczenia opozycji. W co gra Katarzyna Lubnuer?

Dzisiaj mógł nastąpić kolejny krok w kierunku zjednoczenia opozycji. Na konwencji PO Grzegorz Schetyna wystosował do Nowoczesnej propozycję rozpoczęcia budowy prawdziwej zjednoczonej opozycji, czyli realnej koalicji wyborczej obu ugrupowań. Przewodniczący Platformy zaapelował o powołanie wspólnego prezydium klubów Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej w Sejmie. Kolejnym krokiem mogłoby być powtórzenie koalicji we wszystkich polskich miastach.

Jednak propozycja spotkała się z szybką odpowiedzią przewodniczącej Nowoczesnej. Katarzyna Lubnauer jednoznacznie odrzuciła propozycję Schetyny powołania wspólnego prezydium:

„Myślę, że to by się nie sprawdziło na dłuższą metę. Jesteśmy różnymi partiami i trudno byłoby wypracować wspólne stanowisko. Jesteśmy partią, która ma swoją tożsamość. Bardzo ważna jest jednak współpraca”.

Nowoczesna tym samym nie wyraziła nawet kurtuazyjnej gotowości do rozmów i budowania przyjaznego gruntu relacji z największą partią opozycyjną. Jednak Lubnauer deklaruje wsparcie dla idei zjednoczenia opozycji. Co zatem oznacza tak stanowcze blokowanie konkretnych propozycji zjednoczenia?

Strategia Nowoczesnej wydaje się być bardzo prosta. Ugrupowanie najwyraźniej pragnie powołania realnej zjednoczonej opozycji na jak najpóźniejszym etapie. Lubnauer została przewodniczącą partii z obietnicą odbudowy wizerunku formacji. Nowoczesna już wykonała pierwsze ruchy chcąc pokazać, że jest jedynym ugrupowaniem reprezentującym realnie klasę średnią. Kluczowe są słowa Lubnauer “Jesteśmy partią, która ma swoją tożsamość” oraz umocnienie pozycji .N w sondażach od czasu zmiany przywództwa. Nowoczesna pragnie rozpocząć ofensywę medialną, odzyskać elektorat i wiarygodność pod swoim własnym szyldem. Można to nazwać powrotem do progospodarczych korzeni, od jakich cała partia zaczynała.

Połączenie prezydiów wywołuje w centrali formacji zapewne instynktowną obawę, czy nie zmieni to .N w przystawkę PO, która stopniowo pochłonie elektorat ugrupowania, które nie będzie w stanie dłużej się od swojego partnera odróżnić. Podobny dylemat za zachodnią granicą ma partia SPD, która nie chciała po wyborach ponownie wejść w koalicję z Angelą Merkel, ponieważ z braku jasnej własnej tożsamości podczas lat wspólnych rządów jej baza elektoratu zaczęła odpływać do konkurencji.

Pytanie, co to oznacza dla idei zjednoczonej opozycji?

Zjednoczona opozycja, aby stać się realną alternatywą, musi posiadać konkurencyjną wizję Polski wobec linii PiS. Stworzenie wspólnej formacji z dotychczasowych partii, szerokiego frontu z nowym szyldem, jasnym ideowo programem i świeżymi twarzami byłoby najlepszą odpowiedzią na PiS. Jednak technicznie jest to trudne do wykonania. Obie strony musiałyby pójść na duże ustępstwa i umieć sobie zaufać, co w polityce nie przychodzi łatwo. Jednak i w obecnym wariancie sprawa nie jest stracona. Od fizycznego zjednoczenia wizja ma obecnie jeszcze większe znacznie. Jeśli PO i N przedstawią dobre programy, alternatywną wizję kraju, ale skupią się każda na innych grupach społecznych, to zdrowe współzawodnictwo ugrupowań może mieć także pozytywną wartość.

Kluczowe jest jednak porozumienie się w dalszym biegu wyborczym. Przy stosowaniu tak otwartego języka negacji może to być jednak trudne. Rozmowy nie będą łatwe, zetrze się wiele ambicji, stąd liderzy muszą umieć wyjść poza obszar własnego ego i spojrzeć na sprawę całościowo, inaczej czeka ich klęska. Opozycja musi rozumieć, że na zorganizowanie wspólnych wyborów trzeba się przygotować, stąd na uzgodnienie założone zjednoczonej opozycji wcale nie ma dużo czasu o czym Katarzyna Lubnauer powinna pamiętać.

 

crowdmedia.pl

Oburzająca decyzja Macierewicza w sprawie obchodów rocznicy zwycięskiego powstania. Wojska nie będzie z powodu Smoleńska

2017-12-16

Bez udziału wojska odbędą się tegoroczne obchody 99. rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego w Poznaniu. MON nie zgodził się na pominięcie wątku katastrofy smoleńskiej w apelu pamięci.

Organizatorem obchodów jest wielkopolski samorząd. Marszałek województwa, także z powodu kwestii upamiętnienia ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, zrezygnował z udziału wojska również w ubiegłym roku. Wówczas doprowadziło to do decyzji wojewody wielkopolskiego o zorganizowaniu osobnych uroczystości w Lesznie.

Rocznicowe obchody będą się odbywać 26 i 27 grudnia w Poznaniu oraz 28 grudnia w Warszawie. Ich centralnym elementem są uroczystości przy poznańskim Pomniku Powstańców Wielkopolskich, w rocznicę wybuchu powstania, przypadającą 27 grudnia.

Marszałek Marek Woźniak powiedział, że starania o asystę wojskową i o wyłączenie z apelu pamięci zawołań związanych z katastrofą smoleńską trwały od ubiegłego miesiąca.

„Zależy nam na tym, żeby wojsko brało udział w obchodach powstańczych; to dla nas bardzo istotny element. Zdajemy sobie jednak sprawę, że uczestnictwo wojska jest dzisiaj nieodłącznie związane z tzw. apelem smoleńskim” – powiedział marszałek, który wystąpił w sprawie wyłączenia wątku smoleńskiego z apelu pamięci do szefa MON, wskazując, że „tradycją rocznicowych obchodów był wojskowy ceremoniał, podkreślający szczególną rangę i znaczenie uroczystości”.

„W tym dniu najważniejszymi wśród przywoływanych przez nas z dumą i prawdziwą wdzięcznością powinni być ci, którzy 99 lat temu, chwytając za broń, rozpoczęli trudną drogę do niepodległości – powstańcy wielkopolscy” – napisał Woźniak w piśmie do szefa resortu.

W odpowiedzi na pismo marszałka, wiceminister ON Michał Dworczyk poinformował, że szef MON „podtrzymuje decyzję dotyczącą upamiętnienia ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem w apelu pamięci odczytywanym podczas uroczystości”.

„To jest próba brutalnego i cynicznego wykorzystania apelu do narzucania swojej narracji ws. katastrofy smoleńskiej przy każdej możliwej okazji” – powiedział marszałek województwa wielkopolskiego Marek Woźniak.

Podobnie było przy okazji obchodów rocznicy walk o Olszynkę Grochowską na Pradze Południe w Warszawie. Nierozstrzygnięta bitwa uważana jest za najkrwawszą bitwę powstania listopadowego i taktyczne zwycięstwo wojsk polskich.

Powstanie Wielkopolskie jest jedynym powstaniem narodowym zakończonym zwycięstwem.

wieści24.pl

TUWIM SZLOCHAŁ SPAZMATYCZNIE [ŚMIERĆ NARUTOWICZA]

16 grudnia mija rocznica zabójstwa prezydenta Gabriela Narutowicza. Fragment książki, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

***

Prezydent uroczyście przeciął wstęgę i wkroczył do pierwszej sali wystawowej. Zatrzymał się, by porozmawiać z angielskim posłem Williamem Max-Mullerem, który przeprosił za swą nieobecność na inauguracji w związku z chorobą. Pogratulował mu wyboru na stanowisko, na co Narutowicz żartem odparł po angielsku „sądzę, że powinien mi pan raczej złożyć kondolencje”. Prezydent kontynuował następnie zwiedzanie. Po lewej stronie szedł obok niego Karol Kozłowski, dyrektor Zachęty, a premier Julian Nowak i malarz Jan Skotnicki w roli przewodnika towarzyszyli mu z prawej. Tuż za prezydentem znajdowali się posłowie angielski i amerykański wraz z szefem protokołu, Stefanem Przeździeckim.

Około 12.10, kiedy Narutowicz zatrzymał się, by przyjrzeć się z bliska jednemu z obrazów, od tyłu zbliżył się do niego Eligiusz Niewiadomski. Niezauważenie, malarz wetknął pistolet między płaszcze Narutowicza i Skotnickiego. W galerii rozległy się trzy ciche wystrzały, stłumione częściowo przez futro płaszcza. Choć strzelał z tyłu, Niewiadomski wycelował prosto w serce prezydenta, z czym nie miał problemu jako malarz obeznany z ludzką anatomią. Broń szybko wyrwano mu z rąk, ale zabójca nie stawiał oporu. „Nie będę więcej strzelać”, stwierdził. Skotnicki, który stał tuż obok Narutowicza w momencie, gdy padły strzały, wspomina jego ostatnie chwile: „Spojrzałem na prezydenta i zauważyłem, że patrzył na mnie zaskoczony i słaniał się na nogach. Razem ze Stefanem Przeździeckim próbowaliśmy go podtrzymać, ale nagle osunął się na mnie. Zaciągnęliśmy go na kanapę, ale była zbyt krótka, więc musieliśmy położyć go na podłodze. Oczy miał otwarte. Patrzył na nas, powoli i po cichu nas opuszczając”.

Poetka Kazimiera Iłłakiewiczówna, która wcześniej pracowała dla Narutowicza w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, uklęknęła na podłodze i położyła jego głowę na swych kolanach. Zamknęła mu oczy i podtrzymywała go aż do przyjazdu policji. Przeździecki z kilkorgiem niegdyś zatrudnionych przez Narutowicza w Ministerstwie ludzi, niewątpliwie mu oddanych, utworzyli krąg wokół umierającego, a pospiesznie odnaleziony ksiądz odprawił ostatnie rytuały. Prezydent umarł przed upływem kwadransa. Gdy Iłłakiewiczówna czuwała nad zmarłym miała wrażenie, choć może niesłuszne, że w galerii dominował raczej nastrój strachu i gniewu, niż współczucia dla zamordowanego prezydenta.

Poseł angielski zemdlał. Julian Tuwim, szlochający spazmatycznie musiał zostać wyprowadzony na zewnątrz.

Gdy wieść o zabójstwie rozeszła się po budynku, w galerii zapanował chaos. Tłum gości zbiegał po schodach i uciekał z gmachu, choć reakcje ludzi były rozmaite. Poseł angielski zemdlał. Julian Tuwim, szlochający spazmatycznie musiał zostać wyprowadzony na zewnątrz. Później napisać miał wiersz potępiający endeków za podsycanie nienawiści do prezydenta. Generał Haller, który przyjechał w zaledwie kilka minut po wystrzałach, wybrał się na przechadzkę po galerii, jak gdyby nigdy nic. Kardynał Kakowski, który również przyjechał spóźniony, gwałtownie zawrócił swój powóz i wrócił do swej rezydencji nie wchodząc do budynku ani nie zamieniając z nikim słowa. Premier Nowak zwyczajnie uciekł i nigdzie nie można go było znaleźć. Skotnicki wezwał lekarza, oczywiście nie po to, by ratować prezydenta (któremu nie można już było pomóc), leczy by oficjalnie potwierdzić zgon i uruchomić mechanizm uporządkowanego przekazania władzy. Lekarz, który akurat znalazł się w galerii, odmówił jednak wystawienia aktu zgonu, prawdopodobnie z obawy przed zamieszaniem w całą tę aferę. Przybyły niezwłocznie ambulans także na niewiele się przydał. Choć medycy wystawili akt zgonu, to odmówili zabrania ciała prezydenta argumentując, że regulamin zabrania wożenia zwłok ambulansem. Na szczęście sytuacją zajęli się minister spraw wewnętrznych Darowski i minister sprawiedliwości Makowski. Ten drugi zobowiązał kilku malarzy i woźnych, by zabezpieczyli budynek. Linie telefoniczne prowadzące z Zachęty na zewnątrz zostały odcięte, by uniknąć fali paniki. Około 2.30 w nocy na miejsce przybył szwadron kawalerii, który eskortował pokryty polską flagą powóz wiozący ciało Narutowicza do Pałacu Prezydenckiego.

Zabójca Niewiadomski nie próbował uciec, choć według świadków mógłby łatwo tego dokonać, albo natychmiast po oddaniu feralnych strzałów, albo później, korzystając z zamieszania. Faktycznie, według niektórych relacji chaos był tak wielki, że Niewiadomskiego zostawiono na chwilę w jednym z pomieszczeń zupełnie bez straży. Zamiast próbować ucieczki, siedział tam jednak bez ruchu, z zaciśniętymi ustami, skrzyżowanymi nogami i beznamiętnym wyrazem twarzy. Jego celem, który już wkrótce miał ogłosić, było wybawienie Polski od żydowskiej tyranii.

[…]

Jak pisze Janusz Pajewski, przez kilka godzin po zamachu „władza leżała na ulicy”. I niewątpliwie była szansa na to, że „ulica” przejmie władzę. Na burzliwym posiedzeniu Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS lider jej warszawskiego okręgu Rajmund Jaworowski ogłosił plan poprowadzenia marszu robotników na miasto, by dokonać zemsty na prawicy i „zabić ludzi odpowiedzialnych za morderstwo”. Jaworowski, którego pamiętamy jako organizatora „odsieczy” PPS, która wdała się w strzelaninę z endeckimi studentami na Placu Trzech Krzyży w dniu 11 grudnia, niewątpliwie był człowiekiem zdolnym do pokierowania takim przedsięwzięciem. Ten oddany Piłsudczyk, były członek Organizacji Bojowej PPS i oficer wywiadu Legionów był „pół-idealistą, pół-gangsterem”, który warszawską PPS rządził jak prywatnym folwarkiem. Jaworowski nie tylko był zdolny szybko zmobilizować duże liczby robotników, ale dzięki swym osobistym powiązaniom miał dostęp do wielu zorganizowanych grup przestępczych warszawskiego półświatka.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/o-narutowiczu-kompromisach-i-nienawisci/embed/#?secret=Rot8skUH3h

Rozlew krwi, jaki niewątpliwie by nastąpił, powstrzymał między innymi krajowy lider PPS, Ignacy Daszyński. Doskonały mówca i subtelny weteran wiedeńskiego parlamentu reprezentował zupełnie inną tradycję polityczną niż Jaworowski z jego brutalną przeszłością konspiracyjną. Dowiedziawszy się o jego planach, Daszyński udał się za nim na spotkanie Komitetu Wykonawczego, by je udaremnić. Na spotkaniu tym przywódca socjalistów wygłosił „fantastyczne przemówienie” argumentując, że Narodowa Demokracja praktycznie popełniła „polityczne samobójstwo” i wymierzanie im brutalnej kary sprawiłoby, że „zamieniliby się w męczenników”. Jednocześnie Daszyński zagroził zastosowaniem wszelkich środków dyscypliny partyjnej przeciw komukolwiek, kto by go nie posłuchał. Ostatecznie właściwa mu mieszkanka „retorycznej ekwilibrystyki” i gróźb przeważyła, a organizacja warszawska niechętnie mu się podporządkowała. Jak pisał jednak Władysław Pobóg-Malinowski, „gniew klasy robotniczej wciąż kipiał na przedmieściach […]”.

Piłsudczycy z konspiracyjnej niegdyś Polskiej Organizacji Wojskowej, obecnie tworzący wpływową, choć nieformalną sieć powiązać, również kreślili plany zbrojnej rozprawy z prawicą. Według Tadeusza Caspaeri-Chraszczewskiego, dawni członkowie POW aktywnie planowali podjęcie „działań odwetowych” przeciwko prawicy we współpracy z PPS. Caspaeri-Chraszczewski był w kontakcie z radykalnym Legionistą (i późniejszym premierem) Marianem Zyndramem-Kościałkowskim, z którym omawiał plany ukarania prawicy i „rozprawienia się” z generałem Hallerem za jego „skandaliczne mowy”. Dowiedziawszy się jednak, że PPS nieoczekiwanie odwołał swoją „akcję”, peowiacy zdecydowali, że nie mogą pójść sami „bez poparcia mas”. Wielu Piłsudczyków wyrażało później pewien żal z powodu niewykorzystania szansy, by po zabójstwie z zimną krwią prezydenta dokonać rozstrzygającej rozprawy z prawicą i wymierzyć sprawiedliwość duchowym autorom zabójstwa Narutowicza.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/sutowski-czego-powinna-nas-nauczyc-smierc-narutowicza/embed/#?secret=7b4Zg30ftv

Pisząc o tym wiele lat później nawet Stanisław Thugutt nie był całkiem pewny, czy powstrzymanie swych zwolenników było słuszną decyzją. Bardzo bowiem prawdopodobne, że większość Polaków gotowa byłaby zaakceptować zamach stanu Piłsudskiego 16 grudnia 1922 roku jako w pełni usprawiedliwione „przywrócenie porządku publicznego” i zrozumiałą odpowiedź na „nieznośne prowokacje” prawicy. Innymi słowy, Pobóg-Malinowski sugeruje, że tzw. wydarzenia majowe z 1926 roku, w czasie których Piłsudski przejął władzę drogą krwawego zamachu stanu, mogły (i powinny były) mieć miejsce jako zwieńczenie „wydarzeń grudniowych” roku 1922.

Fragment książki Pawła Brykczynskiego Primed for Violence, która w przyszłym roku ukaże się nakładem w Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Przekład Michał Sutowski.

 

krytykapolityczna.pl

NEOAUTORYTARYZM, A NIE POPULIZM. SKĄD SIĘ WZIĘŁA „DOBRA ZMIANA”

sejm1-11stycznia2017

Wnioski płynące z raportu mogą zaskoczyć zwolenników „populizmu” jako kategorii wyjaśniającej sukcesy polityczne PiS.

Zespół pod kierownictwem dr hab. Macieja Gduli przeprowadził wiosną i latem tego roku badania klasy ludowej i średniej mieszkającej w niewielkim mieście województwa mazowieckiego. Przytłaczające zwycięstwo wyborcze odniosło tam Prawo i Sprawiedliwość.

Badacze przeprowadzili i opracowali wywiady biograficzne oraz pogłębione (dotyczące stosunku do polityki poprzedniej i obecnej władzy oraz źródeł wiedzy o nich), które dały niezwykle interesujące wnioski – szczególnie z punktu widzenia istniejącej i potencjalnej opozycji wobec PiS.

PDobra zmiana w Miastkuublikujemy raport z badań t. Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta. Raport powstał w Instytucie Studiów Zaawansowanych prowadzonym przez Krytykę Polityczną.

ASPIRACJE ROSNĄ

Wnioski płynące z raportu mogą zaskoczyć zwolenników „populizmu” jako kategorii wyjaśniającej sukcesy polityczne PiS. Kategorią tą posługiwało się także środowisko Krytyki Politycznej – w tym główny autor raportu – w czasach pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości z lat 2005-2007. Zwycięstwo prawicy tłumaczono wówczas, w duchu teorii Chantal Mouffe i Ernesto Laclaua, wyparciem kwestii społecznej – tematów takich, jak nierówności, wyzysk, ale przede wszystkim istnienie „ofiar neoliberalnej transformacji” – ze zdominowanej przez transformacyjny, rynkowo-europejski konsensus sfery publicznej, w której stempel prawomocności przyznawały tzw. środowiska opiniotwórcze kojarzone z redakcją „Gazety Wyborczej” czy środowiskiem Unii Wolności.

Dekada po wstąpieniu Polski do UE, inaczej niż lata tuż przed pierwszym zwycięstwem PiS, była jednakowoż okresem wzrostu gospodarczego. Wzrost ten jest dostrzegalny nie tylko na podstawie wskaźników makro (rosnące płace realne, spadek bezrobocia, a nawet spadające nierówności dochodowe), ale także – co bardzo istotne – na podstawie osobistych doświadczeń życiowych bardzo istotnej grupy zwolenników obecnego obozu władzy. Autorzy raportu tłumaczą poparcie tej grupy dla PiS między innymi generalnym wzrostem aspiracji połączonym z uznaniem aktywnego państwa za aktora niezbędnego do ich realizacji. Praktycznym tego przejawem była np. zrealizowana po wyborach obietnica hojniejszej polityki rodzinnej.

Przeprowadzenie badania właśnie w Miastku (fikcyjna nazwa realnie istniejącej miejscowości) było podyktowane nie tylko wynikiem wyborczym, pozwalającym zgromadzić odpowiednią próbę zwolenników obozu władzy, ale także kondycją gospodarczo-społeczną tego miejsca. Wyraźnie zyskało ono estetycznie i materialnie na integracji z Unią Europejską, a warunki pracy i płacy, choć poniżej średniej ogólnopolskiej, nie pozwalają określić go mianem „przegranej” czy „zaniedbanej” prowincji – stereotypowo wiązanej z poparciem dla PiS i to w narracjach niemal wszystkich stron politycznego sporu.

NIE MA JEDNEGO DZIENNIKA TELEWIZYJNEGO

Obok materialnych interesów i rosnących aspiracji, kluczowe dla wyjaśnienia poparcia „dobrej zmiany” są, zdaniem autorów, nowe warunki sfery publicznej decydujące o mobilizacji i sposobach zaangażowania politycznego wyborców. Owa sfera publiczna ma być z jednej strony skoncentrowana raczej wokół wydarzeń i kluczowych tematów niż wielkich i spójnych narracji ideologicznych; z drugiej zaś wokół liderów politycznych kreujących „społeczny dramat” i mobilizujących emocje za pomocą narzucanych przez siebie tematów i kreowanych wydarzeń. Trzeci aspekt to hegemonia internetu jako nie tyle horyzontalnej, ile sfragmentaryzowanej przestrzeni komunikacyjnej. Radykalnie różni się ona od przestrzeni prasy i tradycyjnych mediów elektronicznych, w których obiegiem informacji i legitymacją dyskursów zarządzali niegdyś inteligenccy oraz profesjonalni gatekeeperzy(„pośrednicy kulturowi”).

http://krytykapolityczna.pl/kraj/adam-leszczynski-jak-liberalowie-przegrali-polske/embed/#?secret=D5IKPWlkIb

W tej nowej sferze komunikacyjnej nie ma już „Dziennika Telewizyjnego ani festiwalu w Opolu”, a więc źródeł przekazu kierowanego do społeczeństwa jako całości. Ludzie sami dokonują wyboru źródeł wiarygodnych dla nich informacji. Co istotne, wśród badanych dominowały jednak praktyki korzystania z mediów (ludzie w różnych proporcjach, w zależności od wieku, korzystają głównie z telewizji oraz internetu) potwierdzających uznawany obraz świata (wyborcy PiS). W nielicznych wypadkach badani mówili, że są generalnie sceptyczni wobec mediów i traktują je wszystkie jako stronnicze i nieobiektywne.

Wśród kluczowych tematów i wydarzeń, wokół których organizuje się poparcie dla władzy i generalny stosunek wyborców do polityki, autorzy wybrali pięć, ich zdaniem kluczowych. Badani określali wobec nich swoje stanowisko, ujawniając istotne różnice w rozłożeniu akcentów dostrzegalne między klasą ludową a średnią. Dla porządku – jako klasę ludową badacze określają osoby wykonujące prace fizyczne i proste usługowe, zaś jako klasę średnią pracowników umysłowych w sektorze prywatnym i publicznym.

5 RÓŻNIC KLASOWYCH

Po pierwsze, różnice między klasą ludową i średnią widać w ich stosunku do elit i rządów Platformy Obywatelskiej, ocenianych w grupie wyborców PiS bardzo krytycznie, acz z nie do końca tych samych powodów. O ile w klasie ludowej dominowało postrzeganie elit III RP, zwłaszcza rządowych, jako oderwanych od zwykłego człowieka i nie dotrzymujących obietnic, o tyle dla klasy średniej najważniejsze zarzuty ogniskowały się wokół praktyk korupcyjnych i niemoralnego podejścia do życia publicznego.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/sutowski-gdula-klasy/embed/#?secret=pss0WfmK39

Po drugie, klasy różni poparcie dla solidarystycznych programów społecznych – uzasadniane regułami sprawiedliwości („zwykłym ludziom też się coś należy”), ale także standardu cywilizacyjnego. Co bardzo nieoczywiste, argumentacja na rzecz konieczności ściślejszej kontroli beneficjentów programu Rodzina 500+, a wręcz ograniczenia go do osób przestrzegających pewnych reguł (np. pracujących, nie nadużywających alkoholu, itp.) szczególnie często spotykana była w klasie ludowej. Autorzy raportu interpretują to albo jako efekt pragnienia odsunięcia od siebie odium „patologii”, ale także czerpania poczucia mocy z wyznaczania granic solidarności i definiowania reguł obowiązujących we wspólnocie.

Po trzecie, różnice widać w poparciu dla „reform” podporządkowujących Trybunał Konstytucyjny większości parlamentarnej. Motywowane jest to chęcią rozliczenia elit bądź też rozumieniem demokracji jako systemu, w którym suwerenna większość otrzymuje nieograniczony mandat na rządzenie – tu zresztą autorzy dostrzegają istotne pole konfliktu ze zwolennikami liberalno-konstytucyjnej koncepcji władzy ograniczonej prawami obywateli.

Po czwarte, badacze zauważyli przeważający sceptycyzm (!) wobec zaostrzenia prawa aborcyjnego, jakkolwiek i tu uzasadnienia różnią się nieco rozłożeniem akcentów. Klasa ludowa wskazuje przede wszystkim na trudy i cierpienia związane z rodzeniem i wychowaniem chorych dzieci przez kobiety; klasa średnia skupia się bardziej na kwestii wolności osobistych i prawie wyboru. Ten nieoczywisty rozkład opinii wśród wyborców postrzeganych jako bardzo konserwatywni autorzy raportu wiążą z faktem, że polityczny lider (Jarosław Kaczyński), z którym większość respondentów się politycznie identyfikuje, nie zdecydował się dotychczas na zaostrzenie prawa. Poza tym dochodzi czynnik pokoleniowy: na poziomie światopoglądowym zwłaszcza starsze kobiety wydają się być wyraźnie bardziej skłonne nawet do liberalizacji obowiązującego prawa.

Po piąte, badanych łączy niemal powszechny, głęboki sceptycyzm wobec przyjmowania do Polski uchodźców, jakkolwiek w klasie ludowej przeważały w tej sprawie argumenty praktyczne (koszty pomocy i zagrożenia związane np. z terroryzmem, przy jednoczesnym uznaniu ciężkiej sytuacji ofiar wojny, którym jednakowoż pomocy należy „udzielić na miejscu”). W przypadku klasy średniej wyraźnie dominuje argumentacja „starcia cywilizacji” i postawa demaskująca uchodźców jako wygodnickich imigrantów ekonomicznych, wspierana wyższościową pogardą wobec bliskowschodnich mężczyzn, którym przypisuje się tchórzostwo i porzucenie rodzin w potrzebie zamiast ich czynnej obrony i podjęcia walki zbrojnej na miejscu.

ELEKTORAT PIS JEST ZRÓŻNICOWANY KLASOWO

Autorzy raportu przywołują liczne dane wskazujące na zróżnicowanie klasowe elektoratu PiS – znów, w kontrze do stereotypu o Prawie i Sprawiedliwości jako wykluczonym ludzi.

„Obraz PiS-u jako partii opierającej się na ludowym elektoracie jest nieprawdziwy. Partia Kaczyńskiego rzeczywiście miała największe poparcie wśród rolników i robotników, odpowiednio 53,3% i 46,8%. Warto jednak pamiętać, że w tych grupach frekwencja wyborcza jest zazwyczaj niższa niż w pozostałych i pomimo swej znacznej liczebności są one w wyborach niedoreprezentowane. PiS nigdy nie osiągnąłby tak wysokiego wyniku, gdyby zabrakło mu poparcia klasy średniej, czyli pracowników administracji i usług. Tutaj jego zwycięstwo nie było przytłaczające, ale zdołał zebrać najwięcej głosów – 35,4%. Platforma Obywatelska wygrała tylko w jednej z wyróżnionych w sondażu grup zawodowych – wśród dyrektorów i kierowników. Jednak nawet w tej grupie PiS deptał jej po piętach i zdobył tylko 1,7% głosów mniej. PiS wygrał też wśród właścicieli firm z wynikiem 29,1% i osób z wyższym wykształceniem – 30,4%”.

Co bardzo istotne, również w ramach samej klasy ludowej nie można utożsamiać wyborców PiS z grupą „przegranych” czy „sfrustrowanych”. O jednym z typowych badanych autorzy piszą: „jego opowieść biograficzna nie ma cech trajektoryjnych. Nie jest opowieścią o cierpieniu, utracie kontroli nad własnym życiem, poszukiwaniu sposobów na odmianę swojego losu. Antoni jest raczej zadowolony ze swojego życia i uważa je za zwyczajne, ale spełnione”.

Co może jeszcze bardziej znaczące „[o]soby z klasy ludowej, albo znajdujące się gdzieś na granicy klasy ludowej i średniej, przedstawiające swoje życie w większym stopniu w kategoriach biografii, to znaczy procesu, w którym realizowali założony plan i zachowywali kontrolę nad własnym życiem, raczej głosowały na partie antysystemowe, to znaczy na stowarzyszenie Kukiz’15 lub KORWiNa. Dotyczyło to zwłaszcza młodych mężczyzn oddalających się od klasy swojego pochodzenia”.

NIE MA PRZEŁOŻENIA MIĘDZY SYTUACJĄ ŻYCIOWĄ A ŚWIATOPOGLĄDEM

Poczucie kontroli nad własnym życiem i deklarowane zadowolenie z niego nie kłóci się bynajmniej z radykalnie krytycznym stosunkiem do III RP, jej elit, liberalnej opozycji (zwłaszcza KOD), ani z tym wszystkim, co stereotypowo wiążemy z postawami prawicowymi. Nie ma zatem prostego przełożenia między sytuacją życiową a światopoglądem. Autorzy wskazują, że „[p]rzegląd historii życia wyborców i sympatyków prawicy, których w badaniu była ponad połowa, nie pozwala obronić tezy o podobnej strukturze doświadczenia, która zbliża ich do siebie. Osoby głosujące na PiS posługują się odmiennymi sposobami opowiadania o swoim życiu”.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/jedrzej-malko-laurie-penny-wywiad/embed/#?secret=xW9mq4nUMO

To rozpoznanie prowadzi autorów raportu do bardziej ogólnego wniosku na temat charakteru projektu politycznego PiS i źródeł mobilizacji poparcia dla prawicy: „Ten rozdźwięk między osobistym doświadczeniem a postawą polityczną, będący elementem dzisiejszej dynamiki politycznej, pokazuje, że oddalamy się od populizmu w stronę innego typu relacji łączących wyborców i polityków. W populizmie mechanizm zdobywania poparcia polegał na znajdowaniu środków wyrazu dla doświadczeń, dla których nie było miejsca w sferze publicznej. Dziś mamy do czynienia z nową sytuacją. Prywatne doświadczenia są marginalizowane przez identyfikację polityczną. Wzmacniany jest sposób przeżywania świata, który selekcjonuje doświadczenia, tak aby pasowały do uczestnictwa w dramacie społecznym”.

NEOAUTORYTARYZM

Projekt polityczny obozu władzy, tak jak definiują go autorzy omawianego badania, to neoautorytaryzm. „Neo”, gdyż odwołuje się do demokratycznego imaginarium (to głos ludu-suwerena daje mandat do rządzenia nieograniczonego konstytucją i prawem, nad którymi dominuje „sprawiedliwość” jako emanacja woli narodu) i przeprowadza się w nim konkurencyjne wybory. Jednocześnie – i stąd jednak „autorytaryzm” – esencją tego projektu jest dominacja nad słabszymi, mniejszościami i obcymi oraz zawężenie solidarności do granic własnej wspólnoty narodowej, które nie są przykrym efektem ubocznym rządów, lecz składową ich legitymizacji.

Specyficzne obietnice neoautorytaryzmu i złożona wyborcom oferta kierowane są do różnych segmentów i klas społeczeństwa, odwołują się do charakterystycznych dla nich dyspozycji i pozwalają łączyć ludzi i grupy o różnych doświadczeniach osobistych. Same doświadczenia, co ważne, nie są bezpośrednim źródłem identyfikacji politycznej i poparcia dla praktyk obozu władzy, gdyż nie polegają one dziś na podpisywaniu się pod spójną narracją artykułującą interesy lub wartości. Identyfikacja z projektem wiąże się raczej „z własną selekcją [wątków i tematów politycznych] dokonywaną ze względu na osobiste zaangażowanie i specyficzne potrzeby kształtowane w relacji z politycznym liderem”.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-w-gw-kaczynski-buduje-neoautorytaryzm/embed/#?secret=tN9nab5qCM

Trzy filary neoautorytarnej oferty PiS to rozliczenie elit, przynależność do wspólnoty narodowej uwzględniającej inny zestaw aspiracji niż właściwy tylko klasie średniej, wreszcie dominacja nad słabszymi.

Rozliczenie skorumpowanych, niemoralnych i wyalienowanych elit – to wątek może najmocniej odpowiadający niektórym stereotypom o wyborcach PiS jako pragnących odegrać się za swoje osobiste (prawdziwe lub wyimaginowane) – krzywdy. U innych z kolei wiąże się ono z dążeniem do przywrócenia moralnego ładu i uzyskania poczucia moralnej wyższości wobec “możnych”, nielojalnych wobec wspólnoty czy po prostu niegodnych swego statusu. Drugi element to – na swój sposób inkluzywna – wizja wspólnoty narodowej, która zwłaszcza osobom z klasy ludowej pozwala uzyskać poczucie przynależności do grupy „normalnych ludzi”. Wewnątrz tej grupy obowiązują reguły solidarności (np. na rzecz rodziców ponoszących ciężar wychowania dzieci), przy czym jest ona wyraźnie odgrodzona od „elit, «patologii» i obcych”, którym solidarność zwyczajnie się nie należy. Wreszcie, trzeci element – być może najbardziej zauważalny wśród klas średnich – to wymiar dumy i mocy realizowanych wobec grup słabszych czy uznawanych za niższe moralnie – od uchodźców przez „patologię społeczną” i kobiety aż po „odsunięte od koryta” elity ancien regime’u III RP.

Oferta polityczna neoautorytaryzmu nie jest prostą odpowiedzią na uprzednio zdefiniowane interesy czy wyznawane przez ludzi wartości – jak była mowa powyżej, identyfikacje polityczne i zaangażowanie realizowane jest w ramach dramatu społecznego. Scenarzystą i reżyserem jest polityczny lider – Jarosław Kaczyński, a jego zwolennicy odgrywają role ofiar reżimu III RP (traktujących politykę jako okazję do wymierzenia sprawiedliwości), dumnych Polaków, względnie ludzi moralnie czystych , realizujących swe aspiracje do kontroli i panowania. Jak piszą autorzy raportu: „poparcie dla PiS-u bierze się z gratyfikacji, jaką zapewnia uczestnictwo w kierowanym przez lidera dramacie politycznym”, a to z kolei „sprawia, że budowanie dla niego alternatywy nie może polegać na lepszym zaspokojeniu interesów grup «przypadkowo» przyłączonych do PiS-u. Alternatywa wymaga raczej tworzenia konkurencyjnych form zaangażowania w zmianę świata”.

NAJPIERW BADANIA, POTEM DIAGNOZY

Raport Dobra zmiana w Miastku… ma charakter przede wszystkim diagnostyczny, krytyczny wobec diagnoz potocznych czy popularnych w bliskich autorom środowiskach – ich zdaniem wynikających z braku odpowiednio pogłębionych badań. Maciej Gdula i jego współpracownicy nie wskazują konkretnych aktorów owej zmiany tj. wehikułów politycznych dla tych „konkurencyjnych form zaangażowania w zmianę świata”.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/gdula-mlodzi-zaproponowali-nowy-pomysl-na-demokracje/embed/#?secret=yNOSda3s6a

Kreśląc pejzaż nowej sfery publicznej wymieniają, co prawda, aktora spoza obozu władzy, któremu udaje się dobrze odnaleźć w warunkach nowej sfery publicznej – są nim nowe ruchy społeczne. Organizują się one oddolnie, przekraczając dawne podziały między środowiskami trzeciego sektora, grupami nieformalnymi i partiami politycznymi. Mobilizują się przede wszystkim w sprzeciwie wobec wydarzeń generowanych przez władzę (jak Czarny Protest, KOD czy manifestacje na rzecz prezydenckiego weta w sprawie sądów), a nie, jak kiedyś, wokół tematów pozostających na marginesie głównego nurtu debaty publicznej (w rodzaju pacyfizmu, czy postulatu legalizacji marihuany). Zdaniem autorów raportu owe ruchy mają swój wymiar polityczny i przyciągają bardzo wielu obywateli zniechęconych do tradycyjnej polityki partyjnej, nie będą jednak mogły zastąpić partii w roli politycznej opozycji.

[oprac. Michał Sutowski]

***

Gdula-Nowy-autorytaryzm (1)Raport Dobra zmiana w Miastku. Neoautorytaryzm w polskiej polityce z perspektywy małego miasta został opracowany przez Macieja Gdulę przy współpracy Katarzyny Dębskiej i Kamila Trepki. Sfinansowano ze środków Fundacji im. Friedricha Eberta.

Recepty polityczne dla lewicy, jakie wynikają z raportu, będą przedmiotem książki Macieja Gduli „Neoautorytaryzm” , która ukaże się na początku przyszłego roku nakładem Krytyki Politycznej.

krytykapolityczna.pl

IDEE ZAMACHOWCA PO LATACH ZWYCIĘŻYŁY – 95. ROCZNICA ZABÓJSTWA PREZYDENTA RP

Narutowicz

Piłsudski i Narutowicz w 1922 roku wierzyli w koncepcję narodu dużo bardziej oświeconą od tego, co mogło być zaakceptowane na poziomie masowym. Rozmowa z Pawłem Brykczyńskim, autorem książki „Gotowi na przemoc. Mord antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce”.

Michał Sutowski: 95 lat temu zginął w zamachu pierwszy prezydent niepodległej RP, Gabriel Narutowicz, któremu poświęciłeś książkę Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce. Zacznę od tego, czy zamachu nie dokonał po prostu szaleniec, „samotny wilk”, jak się mówi w USA na białych zabójców? Nie było żadnego spisku, Eligiuszowi Niewiadomskiemu nikt nie pomagał, a z jego zeznań wynika, że miał ostrą paranoję widząc wszędzie dookoła Żydów. Czy z samego faktu, że ginie polityk, wynika, że był to akt polityczny?

Paweł Brykczyński: Być może Niewiadomski był szaleńcem – w międzywojniu wydano nawet książkę z taką tezą – ale nie da się dziś tego ustalić. Z pewnością miał skłonności paranoiczne. Byłem wstrząśnięty, kiedy zobaczyłem, że jego tezy i poglądy o wpływach Żydów na wszystkie sfery życia w Polsce nie były niczym wyjątkowym ani nadzwyczajnym. Ze swoją wizją Judeo-Polski mieścił się jak najbardziej w głównym nurcie endecji, choć głosił ją nieco bardziej histerycznie niż jej najlepsi publicyści. Podobne poglądy lansowali politycy w Sejmie i głosili komentatorzy prasy endeckiej w rodzaju „Gazety Warszawskiej” czy „Gazety Porannej 2 Grosze”.

Paweł Brykczyński
Paweł Brykczyński – historyk, autor książki „Gotowi na przemoc”

Poglądy o Żydach to jedno, ale co z samym zamachem? Na początku go chyba potępiono?

Na początku, tzn. po wyborze prezydenta a jeszcze przed zamachem nazywano prezydenta „zawadą” i wzywano do jego usunięcia. I nie mówił tego żaden margines, tylko wybitny romanista i błyskotliwy polityk narodowej demokracji, Stanisław Stroński. Ten sam, który już po zabójstwie wzywał do spokoju pod hasłem „ciszej nad tą trumną”. Biorąc pod uwagę intensywność nagonki i to wszystko, co głosiła endecka prasa, naprawdę trudno się dziwić, że znalazł się jakiś człowiek gotowy wyciągnąć z tego ostateczne konsekwencje.

Dlaczego w tym kontekście zginął akurat Narutowicz? Nie był Żydem, jeśli już, to można było mu przypisać jakieś konszachty litewskie, bo jego rodzony brat był niepodległościowcem, ale Litwy.

Celem głównym zamachowca był oczywiście Józef Piłsudski – bo to on miał być w oczach Niewiadomskiego twórcą Judeo-Polski, który choć sam „niepozbawiony rysów bohaterskich” oddaje ojczyznę pod panowanie żydowskie. Większość narodowych demokratów myślała podobnie, chodziło o symbol, a nie konkretną osobę. Narutowicz był uważany za człowieka Piłsudskiego, choć, znów, niewielu wiedziało, że marszałek tak naprawdę nie życzył sobie jego kandydatury jako człowieka nazbyt niezależnego charakteru i preferował bardziej, jego zdaniem, uległego Stanisława Wojciechowskiego.

 

Czyli Narutowicz nie tylko zginął, ale też został wybrany prezydentem przez przypadek?

Zginął z powodów, o których mówiłem, ale faktycznie jego wybór był jakąś komedią omyłek. Po pierwsze dlatego, że w ogóle został wybrany, a po drugie, bo dynamika wyborcza wzmocniła rolę głosów żydowskich, co ułatwiło wpisanie go w opowieść o zdradzie interesów narodowych.

To co zdecydowało?

Najpierw ordynacja wyborcza w październikowych wyborach do Sejmu, z systemem D’Hondta, która nie odzwierciedlała ściśle woli wyborców i premiuowałą duże partie. Zaprojektowali ją endecy, żeby wyciąć rozproszone mniejszości, ale te poszły po rozum do głowy i stworzyły Blok Mniejszości Narodowych, który – mówiąc słowami Adama Pragiera – łączył „niemieckich junkrów z Pomorza, białoruskich półbolszewików, ukraińskich nacjonalistów i «tutejszych» Poleszuków”, a kierowniczą w nim rolę sprawowali Żydzi. Dostał on 2 miliony głosów i 20 procent mandatów. Można więc było twierdzić, że to mniejszości stają się języczkiem u wagi w polskiej polityce.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/sutowski-czego-powinna-nas-nauczyc-smierc-narutowicza/embed/#?secret=JhSoTaP1hi

A faktycznie nim były?

Przy wyborze prezydenta, którego dokonywało Zgromadzenie Narodowe, decyzja tak naprawdę zależała od partii chłopskiej Witosa, czyli PSL „Piast”, dysponującej 88 mandatami w Zgromadzeniu liczącym 556 głosów. Tak naprawdę wybór Narutowicza to nie była decyzja Żydów, bo od początku wiadomo było, że mniejszości będą się opowiadać za kandydatem lewicy – tak to jednak ukazywano opinii publicznej. Zaczęła się endecka kampania nawołująca, by nie głosować wspólnie z Żydami, tzn. by nie pozwolić mniejszościom wybrać polskiego prezydenta.

A skąd w tym wszystkim Narutowicz, skoro sam Piłsudski „wolałby nie” mieć go za prezydenta?

Polska demokracja była jeszcze bardzo świeża i niewyrobiona. Narutowicz, mimo własnych oporów i zastrzeżeń, został namówiony do kandydowania przez lidera PSL „Wyzwolenie” Thugutta. Głosowanie odbywało się w turach, kolejno odpadali nie mający szans lider PPS Daszyński, niezbyt poważny kandydat Baudouin de Courtenay, a potem Wojciechowski. To rezultat serii przypadków, bo endecy uznali, że w decydującym starciu Narutowicz będzie łatwiejszym od niego przeciwnikiem dla wielkiego posiadacza ziemskiego hrabiego Maurycego Zamoyskiego.

A czy tzw. doktryna większości polskiej – tylko etnicznie polskie głosy mogą kształtować politykę w Polsce – to była autentyczna myśl polityczna czy tylko taktyka wyborcza?

Endecja od początku występowała przeciwko Żydom i mniejszościom narodowym, aby nie miały wpływu na politykę polską. Sama ta doktryna powstała jednak w konkretnej sytuacji wyborczej – z podziału głosów w parlamencie wynikało jasno, że o zwycięstwie zdecyduje „Piast”, który zagłosuje albo razem z lewicą i mniejszościami narodowymi, albo z narodową demokracją. Chłopi od Witosa mieli zatem decydujący głos, a argumentu o „większości głosów polskich” użyto instrumentalnie, by zmusić „Piasta” do głosowania razem z prawicą.

A jednak nieskutecznie.

To się wówczas nie udało, bo przeważył klasowy opór przeciw polskiemu latyfundyście – Zamoyskiego po prostu nie można było poprzeć, jeśli walczyło się o reformę rolną. „Piast” z prawicą dogadał się dopiero wiosną 1923 roku, kiedy po tzw. Pakcie Lanckorońskim powstał drugi rząd Wincentego Witosa, potocznie zwany rządem Chjeno-Piasta.

 

W swojej książce opisujesz przebieg burzliwych wydarzeń – będące następstwem wyboru Narutowicza zamieszki w Warszawie połączone z zachowaniami pogromowymi, manifestacje, pobicia posłów udających się na zaprzysiężenie Narutowicza, słynną jazdę powozem konnym prezydenta, którego obrzucano śnieżkami, torowanie przejazdu przez wrogi tłum endeckich studentów przez szwadrony kawalerii. To wszystko znamy choćby z filmu Śmierć prezydenta. Ale to, co zaskakuje najbardziej w Gotowych na przemoc, to nieoczywiste konsekwencje zamachu. Pamiętamy wstrząsający wiersz Juliana Tuwima ze słowami „Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni/ Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie”. A jednak z twojej książki wynika, że ten zamach nie skompromitował ani prawicy, ani antysemityzmu, ani nawet dyskursu endeckiego na temat „większości polskiej”?

Dla mnie to był chyba najbardziej zaskakujący rezultat badań. Zabierając się do pracy nie spodziewałem się takich konkluzji, ale faktycznie – idee zamachowca w pewnym sensie zwyciężyły.

I jak to możliwe?

To dokonało się w dość prosty sposób. W pierwszych kilku dniach po zabójstwie prawica była w panice, a przynajmniej jej główny nurt. Endecy boją się puczu lewicy, która w Warszawie dysponuje silnymi bojówkami PPS, ale przede wszystkim wojska, które jest pod kontrolą Piłsudskiego. To wówczas pojawia się opowieść, że Niewiadomski to człowiek obłąkany i że to niegodne, by czyn osoby niezrównoważonej obciążał całą narodową demokrację. Notabene, zamach ten jako „samobójstwo polityczne” endecji uznawał nie tylko socjalista Daszyński, ale także wybitny publicysta prawicy Adolf Nowaczyński.

A potem?

Powstaje nowy obraz tragicznego bohatera, który oczywiście nie powinien był zabijać prezydenta, bo czyn taki nie mieści się w tradycjach polskiego narodu, ale jest zrozumiały na gruncie fali słusznego moralnego oburzenia, jakie wywołał w społeczeństwie polskim ten wybór. Krótko mówiąc, Niewiadomski zostaje w ciągu kilku dni i tygodni zrehabilitowany moralnie i zostaje bohaterem prawicy. Rodzi się jego kult, w kościołach zamawia się msze w jego intencji, odbywają się manifestacje poparcia ludzi z różnych sfer. Jego paranoiczne mowy przed sądem, gdzie przyznawał się do winy w sensie prawnym, są przedrukowywane w endeckiej prasie i życzliwie komentowane.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/o-narutowiczu-kompromisach-i-nienawisci/embed/#?secret=2Q5BgektIT

Ale zostaje skazany na śmierć.

I wtedy staje się męczennikiem. Jego pogrzeb jest wielką manifestacją. Heroizmu przydają mu uteatralizowane opisy godnego zachowania przy egzekucji, itd. Na pogrzebie jest mnóstwo ludzi, mimo że władze starają się rzecz wyciszyć i ukryć trasę przejazdu, grób tonie w kwiatach… Ciekawszy na swój sposób jest jednak efekt na lewicy, a zwłaszcza w politycznym centrum.

Rezygnacja?

Politycy centrowi widząc skalę ulicznej mobilizacji w Warszawie przeciwko Żydom, mniejszościom i samemu Narutowiczowi dochodzą szybko do wniosku, że nie da się z tym walczyć, że rządzenie Polską możliwe jest tylko pod warunkiem zaakceptowania doktryny większości polskiej i że jakiś układ z prawicą będzie warunkiem utrzymania jedności wspólnoty politycznej. Powołano komisję sejmową do zbadania przebiegu rozruchów – niestety zapisy jej prac zostały zniszczone w czasie II wojny światowej. Zachowały się jednak stenogramy obrad nad rezultatami jej pracy. To bardzo charakterystyczne, że nikt na lewicy nie mówi w tym kontekście o Żydach, nie mówi o antysemityzmie…

To nie było oczywiste?

Padają same eufemizmy: „zamieszki”, „ekscesy”, nikt nie mówi jasno, o co chodziło, dlaczego właściwie Narutowicz został zabity. Polityczne centrum w osobach marszałka Rataja, premiera Sikorskiego, ale także Stanisława Thugutta wycofuje się chyłkiem z obrony praw mniejszości narodowych do uczestnictwa w polskiej polityce. Cały ten proces jest złożony, ale zamach niewątpliwie był punktem przełomowym w historii Polski – duża część elit dochodzi wówczas do przekonania, że wspólnie z mniejszościami nie da się Polską rządzić.

Wspominałeś, że prawica na samym początku bała się lewicowego puczu. Słusznie?

Tak, te obawy nie były bezpodstawne, bo zwolennicy Piłsudskiego na serio myśleli o wykorzystaniu napięcia na ulicach do rozprawy z prawicą – pisze o tym między innymi Władysław Pobóg-Malinowski. Na 100 procent nie dowiemy się, dlaczego do lewicowego zamachu stanu wtedy nie doszło – czy Piłsudski go nie chciał, chciał, ale się nie zdecydował, a może celowo zostawił sprawy w rękach swoich zwolenników. Na pewno jednak była taka możliwość, tzn. żeby przewrót majowy 1926 roku wydarzył się w grudniu roku 1922, choć już w innym układzie sił politycznych, być może z ludowcami po stronie nowej władzy.

A możemy pospekulować? Dlaczego?

Wiele wskazuje na to, że Piłsudski liczył na zdecydowane posunięcie lewicy, np. na silny warszawski PPS – były propozycje, aby właśnie stamtąd wyszedł pucz. Potem on mógłby objąć władzę jako człowiek centrum przywracający równowagę w państwie pogrążonym w kryzysie i wtedy byłby arbitrem, a właściwie to wybawcą Polski z konfliktu między lewicą a prawicą – tak twierdził m.in. Adam Pragier, ale też Piłsudczyk Miedziński.

A co na to lewica?

Pojawiły się wyraźne tarcia, bo starzy przywódcy wywodzący się z tradycji parlamentarnej Austro-Węgier, jak Ignacy Daszyński, nie chcieli siłowego rozwiązania i mitygowali rozsierdzonych robotników. Pragnęli działania w ramach konstytucji, którą sami przecież niedawno uchwalili. Z pewnością natomiast chciała zamachu grupa najbliższych współpracowników Piłsudskiego.

Jeśli mówimy o miarkowaniu nastrojów po wyborze Narutowicza, to samo trzeba chyba powiedzieć o starych endekach?

Tak i to nie tylko po zamachu, gdy Stroński pisał „ciszej nad tą trumną”, ale też w czasie zamieszek tuż po wyborze prezydenta. To młodzież prawicowa, zafascynowana Mussolinim, chciała „marszu na Warszawę”, ale zabrakło jej wtedy liderów.

Czyli gdyby Bolesław Piasecki urodził się 20 lat wcześniej, to pewnie mógłby stanąć na czele takiego ruchu…

Pytanie brzmi, czy gdyby Piasecki urodził się dwie dekady wcześniej, to nie stałby się kimś zupełnie innym. Adolf Nowaczyński wskazywał w artykule – notabene na łamach piłsudczykowskiej „Drogi” na swoisty przełom pokoleniowy – skrajna prawica miała rząd dusz młodzieży wówczas, w latach 20., ale na początku XX wieku górą pod tym względem byli socjaliści. Tak czy inaczej, starsi politycy endeccy z pokolenia „niepokornych” byli zorientowani na Francję, byli też zwolennikami parlamentaryzmu i poszanowania dla Konstytucji. Głąbiński czy Trąmpczyński odcinają się od protestów i nie są gotowi na żaden przewrót. Młodzież szukała z kolei czegoś bardziej radykalnego, w czasie protestów po wyborze Narutowicza udała się nawet pod balkon generała Hallera i wzywała go, by został wodzem i dał siłę przewodnią protestom.

A co z Dmowskim? On akurat z „młodzieżą” miał dobrą chemię…

Guru narodowych demokratów w czasie wyboru Narutowicza, rozruchów warszawskich i zamachu przebywa w swoim podpoznańskim majątku Chludowo, dokąd świadomie wycofał się z polityki. W jednym z listów wskazywał, że jego zdaniem świat wchodzi właśnie w fazę wzmocnienia wpływów żydowskich i dla Polski lepiej będzie, jeśli on sam się usunie w cień. To zatem nie przypadek, że nie było go w Warszawie i nie było komu stanąć na czele protestów. Siły na ulicach Warszawy były wtedy dość wyrównane – tylko chłopi z „Piasta”, z oczywistych powodów, nie mieli swoich bojówek w mieście. O tym, że do żadnego zamachu stanu nie doszło ostatecznie przesądziło jednak centrum.

 

Bo Piłsudski się nie zdecydował?

Piłsudskiego wtedy sytuowano na lewicy. Centrum to marszałek Sejmu Maciej Rataj i mianowany po zamachu premier Władysław Sikorski – i to oni odegrali rozstrzygającą rolę. Rataj pisze w swoich pamiętnikach, że w rozmowach z endeckimi politykami ostrzegał ich: „pchniecie PSL do spółki z mniejszościami, by wygrać atut antysemicki, a w takim razie PSL na wasze hasła antysemickie wysunie program społeczny skrajnie radykalny (brać zaraz ziemie!) I pobije was, bo chłop nie będzie pytać, czy ziemię daje Żyd, czy katolik”. A jednak sam Rataj wybrał opcję na współpracę z prawicą, a nie z radykalną lewicą.

Dla Sikorskiego te dylematy chyba nie były kluczowe?

Sikorski podobnie – wolał raczej budować Polskę w oparciu o doktrynę większości polskiej niż ryzykować głęboką rewolucję społeczną, która wydawała mu się jedyną alternatywą dla układu z prawicą. Oni obydwaj Identyfikowali się z narodem polskim rozumianym w sensie etnicznym. Nie byli antysemitami, ale etnos był ich głównym punktem odniesienia. A do tego identyfikowali się z demokracją…

Ale tylko dla etnicznych Polaków?

Bali się o nowe państwo zrodzone z wojennego chaosu – wejście w nieprzewidywalne rewolucje społeczne, które traktowali jako nieuniknione w razie sojuszu chłopów z mniejszościami i lewicą na rzecz reformy rolnej wydawało się nadmiernym ryzykiem.

http://krytykapolityczna.pl/kultura/historia/tuwim-szlochal-spazmatycznie-smierc-narutowicza/embed/#?secret=8s07pUt07s

Czy można zatem powiedzieć, że alternatywą na początku lat 20. była albo państwowa – tzn. obywatelska, oparta na lojalności politycznej – koncepcja narodu albo demokracja większościowa? Jak rozumiem, cztery lata później, w maju 1926 roku Piłsudski wybrał tę koncepcję ponad demokrację?

Alternatywa była następująca: albo demokracja bez liberalizmu, tzn. populistyczno-narodowa, albo narodowy liberalizm bez demokracji. Piłsudski wybrał ideę państwową ponad demokrację, dla Rataja i Sikorskiego w 1922 roku demokracja w sensie woli większości Polaków była wartością wyższą.

Ale nawet jeśli Piłsudski narodowy, czy może raczej państwowy liberalizm bez demokracji, to po jego śmierci dalej nie było demokracji, a kulawy liberalizm – w sensie obywatelstwa politycznego, a nie etnicznego – też się nie utrzymał.

I to jest wielka tragedia Piłsudskiego. Po jego śmierci w 1935 roku spadkobiercy, czyli tzw. Obóz Zjednoczenia Narodowego, przejęli dużą część idei jego największych wrogów. OZN pod koniec lat 30. akceptuje antysemityzm jako jedną z idei legitymizujących obóz władzy po śmierci charyzmatycznego lidera. Stara się nawet wciągnąć do obozu rządzącego Bolesława Piaseckiego, szefa „Falangi”. Jak spojrzeć na wczesne pisma Józefa Piłsudskiego i spojrzeć na koniec rządów sanacyjnych, to zestawienie jest naprawdę przygnębiające. W 1936-37 roku ludzie tacy jak Adam Koc, którzy jeszcze w grudniu 1922 roku planowali lewicowy zamach stanu wymierzony w endecję, niejako przyjęli intelektualną ofertę, którą złożył im Nowaczyński w artykule pisanym na łamach „Drogi”. Odpuśćcie sobie ten 8-godzinny dzień pracy, tzn. socjalizm, porzućcie Żydów i sprawy mniejszości, a droga do współpracy będzie otwarta…

I zamach na prezydenta Narutowicza był początkiem drogi w tym kierunku? Kapitulacji „centrum” przed endecją?

Polityczne centrum w 1922 roku uznało, że Polską nie da się demokratycznie rządzić z udziałem mniejszości narodowych – choć w pamięci potocznej zachowało się tylko to, że Piłsudski stracił wówczas wiarę w demokrację.

Możne najbardziej przygnębiające jest to, że nawet, gdy jakoś „oświecona” elita porzuci budowanie zaplecza społecznego dla swoich oświeconych idei, to prędzej czy później faszyzm wróci, że nie da się go powstrzymać niedemokratycznie…

Ja sądzę, że Piłsudczycy przez lata 20. i 30. nie przestawali szukać koncepcji politycznej, która przemówiłaby do społeczeństwa, dla której dałoby się znaleźć poparcie masowe. Niestety, Piłsudski i Narutowicz wierzyli wówczas w koncepcję narodu dużo bardziej oświeconą od tego, co mogło być zaakceptowane na poziomie masowym.

***

Paweł Brykczyński – historyk i politolog, absolwent University of Toronto, pracownik naukowy University of Michigan, autor książki Gotowi na przemoc.

krytykapolityczna.pl

Dr Ryszard Balicki: Demokratura u bram

Dr Ryszard Balicki: Demokratura u bram

Naprawdę nie widzę tutaj żadnych zmian na lepsze. Pozostały zarzuty co do niekonstytucyjności zarówno w zakresie przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN, jak i w zakresie kadencji sędziów członków KRS – mówi nam dr Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego, o przegłosowanych właśnie ustawach zmieniających SN i KRS. Pytamy też o możliwe weto i stan polskiej demokracji. Niestety, diagnoza dr. Balickiego nie jest optymistyczna.

JUSTYNA KOĆ: W ekspresowym tempie senatorowie podczas wieczornego bloku głosowań przyjęli ustawy o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Teraz ustawy czekają już tylko na podpis prezydenta. Los praworządności w Polsce został przypieczętowany?

RYSZARD BALICKI: Myślę, że tak, bo raczej szans na kolejne weto prezydenta nie ma. Z wypowiedzi urzędników pana prezydenta nie ma co do tego wątpliwości. Szkoda, bo tak naprawdę te ustawy niewiele się różnią od pierwotnego projektu, który prezydent zawetował. Zresztą potwierdził to wiceminister Warchoł, który powiedział wyraźnie, że te projekty ostatecznie realizują 80 proc. zawetowanych przepisów. W tych 80 proc. są też, niestety, te najgorsze rozwiązania, które z góry stwarzają wątpliwości co do konstytucyjności.

Czym różnią się te projekty? Co zwiera się w tych 20 proc., czyli w czym te projekty są lepsze, jeżeli w ogóle można tak powiedzieć?

Nie widzę żadnej zmiany na lepsze, nie oszukujmy się.

Ale prezydent to dostrzega, skoro jego rzecznik zapowiada, że weta nie będzie.

Prezydent na pewno ma teraz odrobinę silniejszą pozycję niż w pierwotnym projekcie pana Ziobry. Z punktu widzenia prezydenta jest to zauważalne. Jest też jakiś taki formalny ukłon, jeśli chodzi o ustawę o KRS, że jednak powinna być jakaś współpraca partii w Sejmie. Jednak jest to tylko fikcja, bo z uwagi na przyjętą procedurę to i tak partia dominująca będzie mogła sobie wybrać, kogo będzie chciała. Naprawdę nie widzę tutaj żadnych zmian na lepsze. Pozostały zarzuty co do niekonstytucyjności zarówno w zakresie przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN, jak i w zakresie kadencji sędziów członków KRS.

W tym zakresie, gdzie te zarzuty były najbardziej poważne, nic się nie zmieniło.

Ostatnio pojawił się apel prof. Adama Strzembosza, jednego z ostatnich największych autorytetów sądownictwa, dramatyczny apel do prezydenta, aby zawetował te ustawy. Czy ten apel może cokolwiek zmienić?

Musimy na to spojrzeć tak: jeżeli stanowisko i głos prof. Strzembosza nie przekona prezydenta, to znaczy, że już nikt i nic nie może go przekonać. To by znaczyło, że jest bardzo źle. Prof. Strzembosz jest osobą, która wprost może być utożsamiana z dążeniem do niezależności wymiaru sprawiedliwości. To jest żywa legenda polskiego wymiaru sprawiedliwości, tego niezależnego. Jeżeli apel takiego człowieka, który się już nie stara o żadne stanowiska, poklask, wiadomo, że te jego wypowiedzi nie są oparte o chęć uzyskania profitów czy stanowisk,

jeżeli taki człowiek tak dramatycznie formułuje swoje stanowisko i nawet on nie jest w stanie przekonać pana prezydenta, to znaczy, że już nic na niego nie wpłynie i prezydent jest zdecydowany zniszczyć niezależny wymiar sprawiedliwości w Polsce.

Przecież pan prezydent jest doktorem prawa, musi sobie zdawać sprawę z niekonstytucyjności tych ustaw.

W czasie wczorajszych wystąpień w Senacie prezes Izby Karnej SN, Stanisław Zabłocki, przypomniał wypowiedź lipcową senatora Aleksandra Bobki, który stwierdził, że nawet jego wnuczka zauważa niezgodność z konstytucją w zakresie przerwania kadencji Pierwszej Prezes SN. Jeżeli kilkuletnia dziewczynka potrafi to zauważyć, to tym bardziej doktor nauk prawnych po tak szanowanej uczelni, jak Uniwersytet Jagielloński.

Przemówienie prezesa Zabłockiego w Senacie miało dramatyczny wydźwięk, podobnie jak wystąpienie RPO, jednak tu chyba też nie należy oczekiwać refleksji od prezydenta. Zresztą marszałek Karczewski nie dopuścił do zadawania pytań obu panom.

Nadziei wielkiej nie mam. Miałem nadzieję zaraz po tym, jak pan prezydent skorzystał ze swojej kompetencji i przedstawił weta. W momencie, kiedy zapoznałem się z uzasadnieniem do zgłoszonych wet, ta moja nadzieja upadła. Pan prezydent nie odniósł się w nich do najważniejszych zarzutów, które wówczas były. Niestety, wszystko, co się dalej dzieje, jest tylko konsekwencją. Wspomniała pani o tych gorszących scenach, które się odbywały w Sejmie i Senacie, może tam na mniejszą skalę, ale jednak też. Stanowisko marszałka Senatu, aby uniemożliwić udzielenie odpowiedzi i przez prezesa Zabłockiego, i RPO uwłaczało powadze izby.

Mówiąc brutalnie, jeżeli nawet w izbie refleksji nie można na spokojnie zastanowić się nad ważnymi problemami o ustrojowym znaczeniu, to tak naprawdę po co jest ta izba? Chyba takie pytanie należałoby sobie postawić.

Dziś można by postawić również pytanie, po co nam niższa izba, bo większość rządząca przepycha wszystko, na co ma ochotę, w ogóle nie oglądając się na opozycję i często nawet pozbawiając ją głosu. Rodzi się zatem pytanie o kondycję naszej demokracji.

To jest, niestety, dowód na upadek polskiej legislacji, wizja parlamentu, który funkcjonuje tak jak teraz, jest wizją przerażającą. Ja rozumiem, że większość może przegłosować opozycję, to jest naturalne, natomiast odbieranie głosu, uniemożliwianie wypowiedzi, zadania pytania czy wystąpienia z wnioskiem formalnym, cenzurowanie wypowiedzi, to jest coś, co nie powinno się zdarzać w państwie, które jest państwem demokratycznym. To są skandaliczne zachowania, a niestety dzieją się w Sejmie, a ostatnio także w Senacie. Co gorsza, taki szybki proces legislacyjny, po nocach, zaczyna przypominać republiki bananowe. Rozumiem, że większość przegłosuje swoje rozwiązania, ale powinny być one zgodne z konstytucją, a po drugie – logicznie ukształtowane. Nawet podczas prac nad ustawami w Sejmie pokazywano ewidentne sprzeczności pomiędzy ustawami, ale nikt nad tym się nie zastanawiał i przechodzono do porządku dziennego nad tymi wątpliwościami i mechanicznie przegłosowywano jedną poprawkę za drugą.

Czy Sąd Najwyższy czeka taki sam los, jak Trybunał Konstytucyjny?

Myślę, że tak.

Straciliśmy już bardzo ważną instytucję, my jako Polska, tak teraz tracimy Sąd Najwyższy. W miejsce Sądu Najwyższego powstanie kilka autonomicznych instytucji, których rolą będzie również wywieranie efektu mrożącego na sędziów, aby sędziowie przypadkiem nie próbowali myśleć samodzielnie.

Do czego nas to doprowadzi?

Przesuwamy się z demokracji w kierunku mutacji państwa autorytarnego. Sformułowanie „demokratura” coraz bardziej oddaje rzeczywistość ustrojową.

Jeżeli po wyborach nastąpi zmiana władzy, będzie trudno powrócić do normalności?

Trzeba mieć świadomość, że ten powrót do normalności to nie musi być powrót do stanu sprzed 2015 roku. Pewne zmiany byłyby konieczne. Natomiast musimy sobie uświadomić, że po tych wszystkich zmianach, które zostają wprowadzone, ten powrót będzie miejscami niemożliwy, a przynajmniej bardzo utrudniony. Pojawi się wiele problemów, których usunięcie będzie trudne, np. jak traktować sędziów powoływanych według tych nowych procedur, co do których mamy wątpliwości, czy są zgodne z konstytucją, czy tam następuje już element upolitycznienia, czy nie. To naprawdę będzie rodziło wiele problemów, takich, jakie mamy teraz z Trybunałem Konstytucyjnym. Czy może funkcjonować TK, kiedy mamy wątpliwości co do zasadności wyborów niektórych sędziów? Za chwilę to samo będzie się odnosiło do Krajowej Rady Sądownictwa, a później do Sądu Najwyższego. Ten

stan pewności prawnej nam upada i powrót do rzeczywistości będzie trudny i będzie trwał lata.

Musimy też sobie uświadomić, że w polityce pewne mechanizmy, które zostały wprowadzone do systemu prawnego, będą przyjęte przez innych uczestników życia politycznego, bo będzie to dla nich droga na skróty. Jednym słowem, będziemy się budzić w rzeczywistości, na którą nie jesteśmy przygotowani.

A czy można było lepiej zabezpieczyć konstytucję?

Pewnie tak. Gdybyśmy dzisiaj tworzyli konstytucję, mając to doświadczenie, które mamy, to pewnie niektóre rozwiązania wyglądałyby inaczej. Ale zawsze trzeba mieć świadomość, że konstytucja jest pisana w sytuacji pewnej akceptacji. To jest umowa społeczna – umawiamy się, że będziemy przestrzegać pewnych rozwiązań. Nie da się napisać konstytucji z zamysłem, że przyjdą barbarzyńcy i wszystko zniszczą.

Prezydent będzie pisał teraz nową konstytucję.

W latach 70., jak zmieniano konstytucję PRL, podobno krążył taki dowcip, że po co zmieniać konstytucję, skoro ta stara jest nieużywana. Tu można by powiedzieć to samo – po co zmieniać konstytucję, zacznijmy używać tej starej, może będzie prościej.

wiadomo.co

Senatorowie Bobko, Obremski i Staroń – choć dla ich głosu (wstrzymali się) warto było walczyć w Senacie o Sąd Najwyższy. Ale teraz czas na – tak jak mówi Prof. Adam Strzembosz, to najważniejsza, historyczna decyzja Prezydenta w tej kadencji.

KACZYŃSKI WYKRĘCA KOLEJNE BEZPIECZNIKI. MATYJA: ŻYJEMY JUŻ W INNYM PAŃSTWIE

14 grudnia 2017

PiS pomawia dziś opozycję o zdradę i konszachty z wrogimi siłami. Dalej jest już tylko jeden próg – kryminalizacja działań konkurencji politycznej, z ograniczaniem prawa do manifestacji i karami dla mediów. To scenariusz możliwy, ale nie musi się ziścić – mówi Rafał Matyja.

Michał Sutowski: Czy jest jakaś logika w całej tej „rekonstrukcji rządu”?

Rafał Matyja: Nie nazywajmy tego rekonstrukcją, bo to zmiana premiera, notabene bardzo dziwna – nie wiem, czy coś podobnego zdarzyło się w powojennej historii Europy. Cała ta operacja trwała zbyt długo, żeby mogła służyć po prostu jako przykrywka dla innego tematu, jakkolwiek taką funkcję również odegrała. Dla mnie najbardziej prawdopodobną z setki wersji jest ta, że Jarosław Kaczyński po prostu nie chciał dłużej współpracować z Beatą Szydło jako szefową rządu. Powieściowo można to sobie rozpisać na różne sceny – czuje się właścicielem całego przedsięwzięcia, więc jeżeli coś nie gra w relacjach z jednym z zarządzających, zamienia go czy ją na kogoś innego.

Ale co takiego się zmieniło? Jaką funkcję premier Szydło przestała pełnić?

Rafał Matyja (1967) – politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania, współpracownik miesięcznika „Nowa Konfederacja”. Fot. wsiz.rzeszow.pl
Rafał Matyja (1967) – politolog, publicysta, wykładowca akademicki. Współpracownik miesięcznika „Nowa Konfederacja”. Fot. wsiz.rzeszow.pl

Zostając na niwie powieściowej: nie musi chodzić o meritum, wystarczy zmęczenie człowieka albo człowiekiem. Widzę to tak: premier z rosnącą niechęcią przychodziła na Nowogrodzką, prezes zaczął to wyczuwać, a jednocześnie nie ma żadnych strukturalnych konieczności, jakie funkcjonują w normalnych partiach, by utrzymać premier na stanowisku. Na zasadzie: nie lubimy się, ale musimy współpracować, tak jak z Andrzejem Dudą, którego prezes nie może odwołać, choć pewnie by chciał… No i wtedy doszukujemy się wad, które wcześniej nie psuły humoru…

I tyle? I z tego powodu widzieliśmy trzy miesiące obrabiania tematu i w finale upokorzenie lubianej przez elektorat polityczki?

Aspekt międzyludzki jest ważny, ale dochodzi też i to, że Kaczyński musiał zmienić coś istotnego po despekcie doznanym w lipcu od Dudy. Musiał dla zdrowia własnego obozu pokazać, że potrafi przestawić z miejsca na miejsce kogoś ważnego, a przecież prezydenta nie może. Spodziewałem się raczej dużej, autentycznej rekonstrukcji Rady Ministrów. A poszło o premiera. Tak czy inaczej, obydwa te powody już wystarczają za przyczynę całej operacji.

A kwestia europejska? Morawieckiemu Kaczyński przypisuje pewnie obycie na arenie międzynarodowej, może to pomysł na poprawę wizerunku i możliwości negocjacyjnych w UE?

Z punktu widzenia ryzyka związanego z zaufaniem wyborców PiS do całej ekipy to byłaby słaba rachuba. Owszem, Kaczyński może liczyć, że z czasem Morawiecki może przynieść jakieś atuty na salonach, ale też nie oszukujmy się: cokolwiek mówimy o elicie unijnej, to nie jest garstka młodych absolwentów marketingu, która zmieni zdanie na temat polskiego rządu, bo oto przyjechał do nich człowiek, który nieźle mówi po angielsku, lepiej się ubiera i zarabiał kiedyś duże pieniądze w banku. Efekt wizerunkowy będzie umiarkowany.

Czyli to nie jest manewr na użytek zewnętrzny?

Gdyby Kaczyński tak bardzo zwracał uwagę na UE i chciał osiągnąć ten efekt, to by już dawno temu wymienił szefa MSZ. Moglibyśmy zresztą napisać kilkanaście scenariuszy z prawdopodobieństwem od 0 do 10 procent o tym, w jakim celu Kaczyński zastąpił Szydło Morawieckim: od tego, co pisze Dorn o zmianie paradygmatu rządzenia w kierunku „orbanowskiej” oligarchii, a w co mi się nie chce wierzyć, kończąc na tzw. kopie w górę. Według tej wersji Kaczyński ma dość konfliktów obecnych w podległych państwu spółkach i stwierdza, że na czele rządu Morawiecki nie będzie miał na takie rzeczy czasu. Powtórzę jednak: Kaczyński nie miał dużego pola manewru, a jakiejś zmiany musiał dokonać.

A może dotychczasowe konflikty frakcji w rządzie między ekipami Morawieckiego i Ziobry były na tyle destrukcyjne, że trzeba było wskazać zwycięzcę?

To nie żadne frakcje, tylko sojusze personalne, tzn. związki dużo niższego kalibru. Oczywiście ich konflikty często dotyczą kwestii merytorycznych, bo nawet za rządów dyktatury Franco, jak opisał to w bardzo ciekawej książce o kształtowaniu ustroju Hiszpanii Paweł Skibiński, mieliśmy wewnątrz obozu władzy spory różnych tendencji i sposobów rozumienia świata. A co dopiero w warunkach demokratycznych porządków.

Co do wskazywania zwycięzcy, to pamiętajmy, że Kaczyński wcale nie dąży do tego, żeby rząd miał jeden pogląd w każdej sprawie. Konflikty bardzo ułatwiają liderowi życie, zresztą Tusk także doskonale to rozumiał. Taka jest kuchnia polityki…

A co, jeśli Kaczyński naprawdę myśli o desygnowaniu następcy? Polskiego Orbana?

http://krytykapolityczna.pl/kraj/sutowski-rekonstrukcja-rzadu-szydlo-morawiecki/embed/#?secret=Xpe4nDv0cN

Nie, nie idźmy tą drogą. Jak zaczniemy łączyć w jedno pewne zdarzenia, dobudujemy te wszystkie porównania: Morawiecki, Orban, Macron – to ulepimy wizerunkową kulę śniegową wokół człowieka, który przecież ani nie wygrał żadnych wyborów, nie zbudował formacji politycznej, ani nie przetrwał z nią wieloletniego kryzysu… To są rzeczy, które budują lidera, a nie desygnowanie go na premiera przez Kaczyńskiego. Jeśli sądzimy, że Kaczyński widzi w nim drugiego Orbana, to znaczy, że bardzo źle myślimy o inteligencji prezesa.

Orban nie Orban – czy problem następcy nie istnieje?

Z tego, co Jarosław Kaczyński pisał w licznych wspomnieniach, np. w niedawnej książce o Porozumieniu Centrum czy w wywiadzie Teresie Torańskiej, wynika, że dla niego polityka to jest manewrowanie. On może widzieć coś w dłuższej perspektywie, ale działania personalne to raczej gra w perspektywie krótkiej. Wyznaczanie następcy w ten sposób i w tym momencie nie jest w jego stylu. Zresztą, gdyby nawet było, to sposób tego namaszczenia nie buduje samodzielności Morawieckiego. Prezes wie doskonale, jak wypadła podobna sukcesja w przypadku Donalda Tuska z Ewą Kopacz. Niezbyt szczęśliwie.

Zostawmy zatem Morawieckiego i przejdźmy do Andrzeja Dudy. Czy los kolejnych projektów ustaw sądowych dowodzi, że emancypacja prezydenta dobiegła końca?

Dotąd mieliśmy dwukrotnie sytuację – mówię o wetach w sprawie sądów, ale i Regionalnych Izb Obrachunkowych, bo to ważna sprawa – kiedy prezydent wyskoczył z ciągu legislacyjnego, w którym wcześniej gwarantował wszystko. To nie oznaczało pełnej emancypacji, ani tym bardziej tego, że w głębi duszy Andrzej Duda myśli tak jak liberałowie, tylko ma niestety słaby charakter. Tak nie jest. Miał wyraźny problem z podpisaniem tamtych ustaw, ale też widać było, że nie chce zerwać z obozem władzy, ani nawet pójść na twardy konflikt.

I co na to prezes?

Kaczyński o lipcowej sprawie sądów powiedział najpierw, że „to był incydent”, ale potem, że to jednak trwale zmieniło układ rządzący Polską. I jest w tym coś z prawdy: nie doszło do emancypacji ośrodka prezydenckiego, ale z punktu widzenia Nowogrodzkiej pojawił się element ryzyka wbudowanego w system. To znaczy: prezydent będzie już zawsze do pewnego stopnia nieprzewidywalny, choć podejrzewam, że akurat te ustawy podpisze.

To gdzie ryzyko?

Bo nie wiadomo, czy podpisze na przykład zmiany w Kodeksie Wyborczym. W ogóle może sprawiać niespodzianki Kaczyńskiemu, o które np. pani premier nie można było podejrzewać. Jak Beata Szydło organizowała konferencję prasową, to Kaczyński wiedział, że nie musi się niepokoić, inaczej niż wówczas, gdy prezydent zwołałby na godzinę 12 konferencję w sprawie sytuacji politycznej w kraju.

Mimo wszystko reforma sądownictwa jest domknięta…

Jak prezydent podpisze, to będzie.

A jak podpisze, to będziemy żyli w radykalnie innym państwie, w innym ustroju?

Na pewno. Obrazowo przyrównać można ten proces do wykręcania kolejnego bezpiecznika, a właściwie dwóch. W systemie liberalnej demokracji te bezpieczniki to ochrona przed omnipotencją władzy wykonawczej, a ich usunięcie w bardzo istotny sposób zmienia sytuację w razie kryzysu. Bo kiedy tzw. krytyczne interesy władzy będą zagrożone, nie wiadomo, jak się zachowa system sądownictwa.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/letowska-panstwo-prawa-pis/embed/#?secret=gZJGbCRoQB

Wiemy, że PiS może posunąć się bardzo daleko, a lekcją jest Trybunał Konstytucyjny. Mamy też lekcję tego, co PiS zrobił z mediami publicznymi. Obawiam się, że z sądami będzie podobnie.

Obok sądów, drugi kontrowersyjny temat to kodeks wyborczy. Profesor Jarosław Flis twierdzi, że kombinacje z krojeniem ordynacji wyborczej pod siebie wcale nie muszą się PiS udać i podaje przykłady, że już raz w 2006 roku takie machinacje się nie udały.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/pis-ordynacja-wyborcza-flis/embed/#?secret=7gPfwhjW7e

Te zmiany są bardziej złożone, zmniejszenie liczby mandatów w okręgach to tylko jeden z elementów. Ono będzie szczególnie istotne w przypadku sejmików. Proste konsekwencje dość łatwo sobie wyobrazić i zgadzam się, że PiS to niekoniecznie musi się opłacić – tyle że dla mnie na wyniku PiS świat się nie kończy. Dopóki mamy w Polsce rzeczywiste wybory, tzn. dopóki nie będzie innych ograniczeń, jest to ważne, czy opozycja będzie musiała iść na jednej liście, czy też będzie możliwa szersza rywalizacja. Kiedy mandatów jest np. siedem, to mamy pod tym względem dużo większy luz.

Mniejsze okręgi preferujące układ dwupartyjny są zawsze mniej demokratyczne?

Ocena poszczególnych rozwiązań nie może się ograniczać tylko do tego, czy są demokratyczne, czy nie. Systemy dwupartyjne są demokratyczne, ale to nie znaczy, że warto je wprowadzać. Poza tym, często zapominamy, że oprócz samych ram prawnych, ważny jest też sposób działania. Weźmy przykład TVP: można mianować swojego szefa, ale przynajmniej udawać niezależność i zachowywać jakiś ograniczony pluralizm. A można też robić ordynarną propagandę. Jeżeli pod rządami znowelizowanego kodeksu wyborczego ludzie mianowani do organizowania wyborów będą zachowywać się tak jak autorzy pasków w TVP Info, to zagrożenie dla demokratycznych procedur może być poważne.

A nałożenie 1,5 miliona kary na TVN za relacje z zeszłorocznych protestów jest niebezpieczne?

Ja długo sądziłem, że cały pomysł dekoncentracji mediów nie jest obliczony na twarde zmiany, bo to bardzo trudna procedura i podlegająca weryfikacji przez Komisję Europejską. A że ocena rządów PiS na różnych forach międzynarodowych jest bardzo surowa, na empatię w tej sprawie trudno liczyć. Sądziłem, że gadanie o dekoncentracji jest formą presji na media, że jest to pomysł na zniechęcanie do prezentowana stanowiska opozycji. Decyzja KRRiT pokazuje, że ten nacisk przybrał nowy wymiar, coś więcej niż straszenie.

Czyli to wszystko chyba się składa się na jakościową, radykalną zmianę?

Zmiana „radykalna” to według mnie przynajmniej taka, jak po zamachu majowym 1926 roku. Albo po wyborach „brzeskich” cztery lata później. Dzisiaj do czegoś takiego nie doszło, choć nie wykluczam, że suma zmian w ciągu czteroletniej kadencji może złożyć się na coś podobnego. Na pewno mamy już inne państwo niż dwa lata temu – złamano kilkakrotnie konstytucję, bo zmieniano ją bez procedur konstytucyjnych, wykręcono bezpieczniki, będące istotą ustroju liberalno-demokratycznego.

A zmiana rządu to tylko ozdobnik?

Za miesiąc będziemy wiedzieli więcej. Zobaczymy, jak się będzie układała współpraca w rządzie i czy Mateusz Morawiecki dalej będzie empatycznym współpracownikiem prezesa, czy mu woda sodowa uderzy do głowy. Ale to drobiazgi. Ważne jest co innego: utrzymujący się bardzo ostry ton wobec opozycji.

„Gorszy sort” słyszeliśmy już dawno.

Jeśli przy okazji zmiany ustrojowej opozycję uważa się za czynnik działający w interesie wrogów ojczyzny, to robi się groźnie. I to nie dlatego, że słuchają tego wyborcy, ale podwładni w różnych strukturach państwa. Beata Szydło w Sejmie mówi o swym obozie, że „my reprezentujemy Polaków” i pyta: „a wy kogo?”. Posłanka Pawłowicz wykrzykuje inwektywy wobec posła mniejszości niemieckiej, choć ten w ogóle nie wypowiada się konfrontacyjnie, tylko mówi o podwójnym obywatelstwie i podaje przykłady ludzi w PiS, którzy są w podobnej sytuacji…  Upowszechnia się traktowanie uczestników protestu przeciw rządowi jako wrogów państwa polskiego działających w imię interesów zagranicy.

http://krytykapolityczna.pl/multimedia/fotorelacje/fotorelacja-protesty-pod-sejmem/embed/#?secret=bHacs3HFmr

Ta retoryka jest brutalna od lat.

Dopóki PiS krzyczy „złodzieje” o posłach PO, jest to bardzo ostry spór o politykę krajową, gdzie dwie grupy krytykują to, jak ci drudzy rządzą. Teraz jednak konflikt wykroczył poza znany dotąd horyzont. Atmosfera wobec opozycji budowana świadomie co najmniej od lata – od czasu paniki wokół rzekomego „astroturfingu” przez legendarne paski TVP Info, a do tego jeszcze oskarżenia o Targowicę, czyli de facto o zdradę – wypowiedzi polityków tworzą klimat, w którym nie mamy do czynienia z walką dwóch partii o władzę, ale próbą ustawienia opozycji w roli wrogów państwa.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/polityczne-wojny-na-boty-astroturfing/embed/#?secret=K9dHbuzJE1

A czym to grozi?

Wyobraźmy sobie moment kryzysu: mamy sądownictwo pod kontrolą władzy, przejęty Trybunał Konstytucyjny i media publiczne. W efekcie opozycja nie ma żadnego punktu zaczepienia – w każdym państwie demokratycznym działają lepsze czy gorsze instytucje arbitrażu, to znaczy takie, które nie są w sporze stronnicze ex definitione. Dziś ich właściwie nie ma. A kiedy tak łatwo przychodzi pomawiać opozycję o zdradę i konszachty z wrogimi siłami, to i łatwo przekroczyć próg, gdy opozycja jest po prostu eliminowana z normalnej rywalizacji.

Będzie tu autorytaryzm?

Nie wiem, co będzie. Są tacy, którzy mają jakieś intuicje. Ja nie mam. Jest kilka prawdopodobnych scenariuszy. Faktycznie PiS otworzył drogę do autorytaryzmu, wykręcając wszystkie bezpieczniki. Zatem jeden ze scenariuszy polega na tym, że władzy uda się uniknąć wyborów w warunkach równych szans.

To znaczy?

W ramach demokracji zawsze występują jakieś nierówności, bo niektóre partie mają oczywistą przewagę finansową, obejmuje je finansowanie z budżetu, mają lepszy dostęp do mediów czy ogólne poparcie establishmentu. Tutaj mówimy jednak o nierównowadze ustrojowej, tzn. o nierównych regułach gry. Zwykle wiąże się to właśnie z kryminalizacją działań opozycji, z ograniczaniem prawa do manifestacji, karami dla mediów. I tak – to jest scenariusz możliwy, ale nie musi się ziścić. To nie jest żadna nieunikniona konsekwencja, do której musimy dojść. Nie powinniśmy kreować samospełniającego się proroctwa jako komentatorzy, gdy mówimy, że wariant autorytarny jest niemal pewny.

Nie należy przed tym przestrzegać?

Przestrzega ten, kto mówi, że taki wariant jest możliwy. Ja po prostu nie wierzę w mobilizacyjną siłę takich proroctw, które co chwila ogłaszają koniec demokracji. Bo nie jest tak, że na hasło: „Kaczyński buduje w Polsce autorytaryzm” 80 procent Polaków pospiesznie nakłada kurtki, wychodzi na ulicę i mówi „nie pozwolimy!”.

Tylko co?

Przeżyłem doświadczenie stanu wojennego i chociaż nie porównuję rządu PiS do ekipy Jaruzelskiego, to pamiętam także pewną izolację społeczną opozycji, obawy zwykłych ludzi przed „mieszaniem się do polityki”, a także pewnego rodzaju uznanie do autorytarnych, wojskowych porządków. To była gorzka lekcja. Wizja Polaków jako narodu ludzi lekkomyślnych i szalonych, porywających się choćby z szablą na przeważające siły wroga, wyparowała ze mnie po latach 80.

I teraz ta lekcja – bierności, konformizmu – może się powtórzyć?

Część ludzi uznaje, że lepiej się nie mieszać do sporu stron, niech sobie walczą. A jak to naprawdę jest autorytaryzm, tym bardziej lepiej się nie mieszać, bo można oberwać, a przecież lepiej się jakoś w tym systemie urządzić. Hasło autorytaryzmu nie działa perswazyjnie, o czym mogliśmy się już przekonać. Nie przyniosło efektu, który mówiący zakładali.

http://krytykapolityczna.pl/kraj/protesty-sad-najwyzszy-sankcje-ue/embed/#?secret=4gYbPJN9R1

To co należy mówić?

Każdy powinien mówić to, w co wierzy. Ja sądzę, że przyszłość nie jest zdeterminowana. Najlepszy sposób, żeby uchronić się od najgorszego scenariusza, to pokazywać, że Jarosław Kaczyński i jego partia nie działają w próżni. Są możliwe różne rodzaje presji i perswazji. Ponadto ci ludzie nie są monolitem i mogą się różnie zachowywać. Przykładem były weta Andrzeja Dudy w sprawie sądów oraz RIO, ale też wycofanie się PiS z projektu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej czy ustawy o nowym ustroju Warszawy.

A co, jeśli akurat w tej sprawie Kaczyński jest bardzo zdeterminowany? Po prostu nie chce konkurencyjnych wyborów? Sam pan powiedział, że bezpieczniki są wykręcone…

Pan mówi o tym tak, jakby Kaczyński wyznaczył kierunek i był zdeterminowany prowadzić nas w stronę innego modelu autorytaryzmu niż węgierski. Moim zdaniem ten kierunek, o którym myśli lider PiS, będzie raczej podobny do węgierskiego. Byłby to system, gdzie same procedury wyborcze nie są kwestionowane, a zewnętrzni obserwatorzy uznają, że głosowanie jest uczciwe. Jednocześnie delegitymizować się będzie opozycję retorycznie, utrzymywać dwa obiegi informacyjne. I wyborcy przywiązani do tego oficjalnego będą uważać, że Schetyna to tylko z łaski Prawa i Sprawiedliwości nie siedzi w kryminale, bo przecież od rana do wieczora działa na szkodę Polski.

OK, czyli mamy pewną intencję prezesa…

Mnie aż tak bardzo nie obchodzi, jaka jest jego intencja. Chodzi o to, że niezależnie od niej, to, co dziś robi PiS sprawia, że sytuacja zmierza w stronę jednego z dwóch scenariuszy.

To najpierw ten gorszy.

Dochodzi do głębokiego kryzysu politycznego, a część instytucji państwa poinstruowanych przez oficjalną propagandę o tym, kim jest „tak naprawdę” opozycja – nie zachowuje się jak arbiter, tylko strona konfliktu. Naturalną odpowiedzią na kryminalizację części działań opozycji jest radykalizacja i postawa, która odrzuca legalizm, odrzuca uznanie prawomocności władzy. Kryzys, nad którym nikt już nie panuje, zaczyna „dziać się” sam – i w sytuacji, kiedy brakuje wspomnianych już bezpieczników, mamy wariant ukraiński. I wtedy już wiadomo, że konfliktu nie rozstrzygną żadne normalne wybory, bo obie strony czują, że to nie ma sensu.

No to słabo. A ten lepszy?

Drugi możliwy wariant to skuteczne zablokowanie dryfu ustrojowego ku modelowi węgierskiemu czy rosyjskiemu przez opozycję i protesty społeczne. Nie chodzi nawet o odsunięcie PiS od władzy, tylko zablokowanie tego najgorszego scenariusza.

I nic nie jest przesądzone?

Nie, bo nie wiemy, jak się zachowają np. sędziowie Sądu Najwyższego. Wiele drobnych rzeczy będzie decydować o przebiegu zdarzeń, a fatalistyczne mówienie o nieuniknionym scenariuszu oznaczałoby, że system się domknął. Tak nie jest, zostaliśmy wytrąceni z poprzedniego, ale całość jest daleka od stanu równowagi.

To może jeszcze skonkretyzujmy te czynniki, które mogą odsunąć perspektywę najgorszą.

Naturalną blokadą są działania opozycji parlamentarnej, potem pewien potencjał sprzeciwu i protestu różnych grup. I do pewnego stopnia perswazja. Uważam, że Jarosław Kaczyński może się nie zdecydować na wariant kryzysowy bojąc się ryzyka eskalacji, tzn. jest świadomy, że w obecnej sytuacji kryzysy łatwo wymykają się spod kontroli. Może jednak do niego doprowadzić bez własnej woli, bo nie panuje nad sytuacją.

Kaczyński nad czymś nie panuje?!

Rozmawiajmy poważnie. W takim modelu społecznym nikt nie ma 100 procent kontroli. Kaczyński co najwyżej posiada władzę nad własną partią, ale na pewno nie nad sytuacją polityczną. Zwłaszcza, że powykręcane bezpieczniki zwiększają teoretycznie zakres władzy, ale – z opisanych wyżej wymienionych powodów – grożą eskalacją i niemożnością opanowania konfliktu.

Bo?

Eskalacja może nastąpić wówczas, kiedy nie można się odwołać do bezstronnego arbitrażu. A u nas tej roli nie odegrają raczej ani sądy, ani TK, ani media publiczne. W demokratycznych ustrojach jest ileś instytucji, które działają na rzecz równowagi i pokoju społecznego. Kiedy w 1995 Sąd Najwyższy powiedział, że Kwaśniewski jednak może być prezydentem po sprawie zafałszowania wykształcenia, ludzie to uznali. Sąd legitymizował cały porządek, nawet jeśli rozstrzygnięcie nie dawało satysfakcji oburzonym zwolennikom Wałęsy czy przeciwnikom Kwaśniewskiego. Sąd powiedział – trudno, tak musi być.

A co z rachunkiem sił poza tymi instytucjami arbitrażu?

Są bardzo osłabione. Opozycja jest dziś słabsza niż wynika to z arytmetyki i faktu, że Platforma przez 8 lat rządziła Polską. Pamiętam, jak twardą opozycją potrafił być Leszek Miller wobec AWS czy PO i PiS wobec SLD. Jasne, że dziś PiS ma bezwzględną większość, ale mimo to bardzo mało jest takich sytuacji, jak np. wotum nieufności dla Beaty Szydło, które narobiło PiS kłopotów. Czy wierzy pan, że 158 absurdalnych, zadawanych na siłę pytań po czytaniu projektu ustawy ma sens?

To jak nie u Schetyny, to gdzie te szable?

U Schetyny też. To raczej chodzi o zmianę sposobu postępowania, a nie o to, żeby kogokolwiek skreślać. Dziwi mnie natomiast brak ostrego stanowiska samorządowców – jak w 1994 roku premier Pawlak chciał samorządom poważnie dokuczyć, to prezydenci miast jakoś nie mieli problemu, żeby wysiąść z eleganckich samochodów i protestować pod Urzędem Rady Ministrów. Pokazali, że nie dadzą ruszyć samorządów i że są razem – po prostu. Podobnego protestu dziś nie słyszę, są jakieś wystąpienia władz związków samorządowych, ale to mało. A przecież, jeśli ważyć te siły, to samorządowcy wciąż znaczą dużo więcej niż cały sektor pozarządowy razem wzięty, może jeszcze związki zawodowe są porównywalne.

Kto jeszcze?

Mieliśmy jasne stanowisko wydziałów prawa w sprawie Trybunału. To ważne. Twardsze postawy mogą się objawiać na różne sposoby. PiS nie robi wysłuchań publicznych w sprawie projektu ustawy? No to zrobimy je na uniwersytecie. Ale niech nie zrobi tego koło naukowe studentów, tylko rektor z Senatem uczelni. Niech zaproszą strony na poważną debatę z uczciwym, bezstronnym arbitrem. Bardzo ważne, żeby ludzie władzy mieli poczucie, że istnieje coś poza rządem i opozycją.

A jakieś bojkoty mają sens?

Umiarkowany. Z tego, że samemu odmawiam wywiadów mediom publicznym nie wynika, że radziłbym takie postępowanie politykom opozycji czy rzecznikom ważnych spraw publicznych. Poza tym nie wszystko rozstrzyga się w perspektywie „dziś-jutro”. Przyzwolenie dla tego, co dziś robi PiS nie wzięło się znikąd i nie rozpierzchnie się jak poranna mgła.

Ale czy mediów publicznych nie oglądają już wyłącznie zaprzysięgli zwolennicy PiS?

Mam nadzieję, że dla każdego myślącego człowieka, któremu emocje nie zalały zupełnie mózgu, jest oczywiste nie tylko, że różne scenariusze są możliwe, ale też, że to, co my mówimy, jest słuchane po drugiej stronie. I jeżeli po tej naszej zapanuje zupełne histeria, to spełni się marzenie Kaczyńskiego.

Ja nie mam nadziei na żaden wielki wallenrodyzm, ale casus posła Łukasza Rzepeckiego daje pewne nadzieje. Nie wiemy, co danemu posłowi mówi w domu żona czy teściowa i jak on się z tym czuje. Docieranie do drugiej strony też ma znaczenie dla dynamiki wewnątrz tamtego obozu. Erozja zawsze może nastąpić i nie wiemy nigdy, co się wydarzy – a to wydarzenia, a nie ludzkie plany są napędem historii. Polityka to nie szachy, w których są tylko 32 figury i dwaj gracze, z planowaniem na kilka ruchów do przodu.

Nawet dla demiurga Kaczyński?

Mówiłem: dla niego polityka to manewrowanie. To świadomość, że nie da się wszystkiego przewidzieć. Poza tym, jeżeli chce pan myśleć o tym, jak skutecznie przeciwstawić działaniom Kaczyńskiego, to przede wszystkim warto przestać go demonizować. Jemu opłaca się być tym okropnym satrapą z koszmarnych snów liberałów, bo ci, co chcą porządku i wzięcia elit za twarz, tym bardziej widzą go jako mocarza. A inni się po prostu boją.

Nie powinni?

Strach nie jest dobrym doradcą, także wtedy, gdy zagrożenie jest rzeczywiste. W rozmowach z ludźmi prawicy pytam prowokacyjnie, czy zdają sobie sprawę, że gdyby Kaczyński nie stał przez przypadek na czele PiS, nie siedział na Nowogrodzkiej, to by na poważnie formułował ostrzeżenia, że w Polsce źle się dzieje, zapewne chodziłby na manifestacje, popierał sędziów, mówiąc oczywiście, że do wymiaru sprawiedliwości ma zastrzeżenia, ale obecne działania to nie jest dobra droga… Twierdzę, że popiera te zmiany tylko dlatego, że sam siedzi na Nowogrodzkiej. Cała nasza wiedza o Kaczyńskim o tym świadczy: pakiet demokratyczny, raport o stanie państwa wydany w 2011 roku, wysłuchania w Parlamencie Europejskim – prezes bardzo ceni wszystkie te bezpieczniki i ograniczniki tylko, jak jest w opozycji.

Chwilowo jednak rządzi. Czy widzi pan szanse na powstanie jakiejś nowej partii, nowego bytu politycznego, który mógłby zamieszać na scenie politycznej?

Nie opłaca się zakładać partii przed wyborami samorządowymi. Widać bowiem, jaki kłopot mają ludzie Razem czy nawet Kukiz i PSL, żeby w ogóle w nich zaistnieć i żeby wyborcy nie uznawali, że w wyborach do sejmików wojewódzkich tylko PO i PiS się liczą. Wybory prezydentów to też trudna zabawa. Dla wszystkich właściwie partii to nie jest okazja, tylko mordercze wyzwanie polityczne. Wybory do trzech szczebli samorządu jednego dnia to w ogóle europejski ewenement.

Ale co innego będzie później, na początku 2019 roku. Zaraz po wyborach mamy dobry moment na odpalenie, nawet za małe pieniądze i z niewielkimi zasobami, partii lub bloku, który wejdzie do Parlamentu Europejskiego. A jak już wejdzie, to wywoła wrażenie, że może wejść wszędzie, a wybory parlamentarne są krótko potem.

Iwan Krastew pisał niedawno na łamach „New York Times”, że inaczej niż komunistom w latach 70., populistom nie zależy na „normalizacji”, tylko przeciwnie, na podgrzewaniu konfliktu i rozgrywaniu go wokół symboli i wielkich haseł. W związku z tym trzeba prowadzić przeciwko nim „normalną” politykę. Podziela pan ten pogląd?

Wierzę w normalną politykę, tzn. w to, że trzeba mówić o wszystkich scenariuszach, ale jako o scenariuszach właśnie, a nie o fatum. Opowiadanie, że wszystko jest przesądzone i że zmierzamy prostą drogą do autorytaryzmu wydawało mi się błędem od samego początku, co oczywiście nie wyklucza piętnowania złych zmian. Uważam jednak, że znacznie więcej ludzi się mobilizuje, jeśli daje się im poczucie sensu.

Poczucie mocy? Że to, co robią, działa?

Tak, zwłaszcza w długiej perspektywie. Ale poczucie sensu – oprócz poczucia siły i sprawczości – budowane jest przez świat wyobrażeń. To jest praca na wiele lat. Nie warto opierać jej na wierze w to, że ten świat tworzy konstytucja czy jakiś sprawny PR. To nie są dekoracje, w których można mobilizować skuteczny opór, to nie jest kontekst, który daje poczucie sensu. Jeżeli męczy mnie pan o przesłanki nadziei, to odpowiadam, że właśnie stworzenie nowego imaginarium polityki, a nie odgrywanie gotowej roli w teatrze PiS, jest dziś największą szansą opozycji.

**
Rafał Matyja (1967) – politolog, publicysta, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania, współpracownik miesięcznika „Nowa Konfederacja”. Autor książek Konserwatyzm po komunizmie oraz Rywalizacja polityczna w Polsce.

 

Może zadajecie sobie pytanie, dlaczego apelujemy do prezydenta o weto, choć wiemy, że uważa jawnie niekonstytucyjne ustawy za zgodne z Konstytucją. Apelujemy, żeby się opamiętał, a jeśli się nie opamięta, żeby kiedyś nie mógł powiedzieć, że nie wiedział, co robi.

Andrysiak: Walka idzie o przyszłość. PiS swoją wizję ma, opozycja nawet nie próbuje wejść na to boisko

Liberalnemu elektoratowi najbardziej brakuje wspólnoty. On też w coś wierzy, nie jest gorszy, choć zewsząd to słyszy, i chciałby być doceniony. Cierpi jednak, bo nikt mu tego nie mówi.

Z jednej strony wartka, pociągająca opowieść o bezkompromisowym narodzie, odbudowaniu Polski z ruin i wstawaniu z kolan, z drugiej nudny wykład o paragrafach, liczbach i stosunkach międzynarodowych. Cóż się dziwić, że opozycja w narożniku. Takie mamy czasy, taki klimat, taką politykę: wygrywa ten, kto potrafi wyborców uwieść i oczarować. Póki opozycja nie stanie w szranki w tej samej konkurencji i nie opowie nowej historii o tym, jak ma być, a nie jak było lub jest, póty będzie statystą w tej grze. Liberalni wyborcy też potrzebują wspólnoty.

Dziwna ta nasza wojna. Niby okładamy się słowami jak pałkami, przepychamy na ulicach, z mozołem kopiemy rów głębszy niż Kanion Kolorado, a tak naprawdę gra toczy się na różnych boiskach. Prawo i Sprawiedliwość dzieli i rządzi, słupki rosną, moc truchleje. Wyborcy zmienili się w wyznawców i spijają każde słowo z ust przywódców. Trzeba wymienić ukochaną Beatę Szydło na bankowca Morawieckiego? Trudno, szef widocznie ma plan. Trzeba podpierać się prokuratorem stanu wojennego w batalii o wymiar sprawiedliwości? Oczywiście, prezes na pewno to przemyślał. Opozycja rwie włosy z głowy, przekonując, że wyborcy Prawa i Sprawiedliwości do reszty zgłupieli i dali się omamić propagandzie, ale prawda jest bardziej skomplikowana: oni wierzą. A z wiarą, zwłaszcza głęboką i szczerą, trudno wygrać. Obraża się więc opozycja na rzeczywistość, bo przecież ona ma argumenty, potrafi dowieść i zaprezentować, więc jeśli ktoś tego nie widzi, to z nim jest źle, nie z nią.

A przecież jest zupełnie odwrotnie. W polityce pola konfliktów nie są określone z góry i dane raz na zawsze, w polityce nie tylko zasady, ale nawet szachownice można zmieniać i przestawiać do innego pokoju. Albo gra się, jak przeciwnik pozwala, albo ustala własne reguły, a nawet własną grę. I to się właśnie nam przydarzyło: nie na argumenty idzie dziś walka, a na emocje. Co ważniejsze, liberalni wyborcy, do których opozycja się odwołuje, też przyjęli to do wiadomosci. Ci bardziej zniecierpliwieni zerkają kątem oka na przeciwników, bo choć ci nie z ich bajki, to opowiadają ciekawie, ale reszta zniecierpliwiona czeka. Na nową opowieść.

dziennik.pl

Ustawy o KRS i SN przyjęte przez Senat

Fotolia
Senat przyjął w piątek wieczorem bez poprawek nowelizację ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. Teraz trafią one do prezydenta Andrzeja Dudy, który złożył ich projekty.

NOWELIZACJA USTAWY O KRS

Za przyjęciem ustawy głosowało 60 senatorów, 26 było przeciw, a jeden wstrzymał się od głosu. Wcześniej Senat zagłosował przeciw wnioskowi o odrzucenie nowelizacji, który złożyli senatorowie PO.

W sali było słychać okrzyki „hańba” demonstrujących pod Senatem przeciwników zmian. „To jest ustawa fatalna, niekonstytucyjna” – mówił przed głosowaniem Bogdan Borusewicz (PO), który powiedział, że marszałek nie powinien jej poddawać pod głosowanie. Według niego, ustawa umożliwia partii rządzącej przejęcie kontroli nad sądami. Zarzucił, że o głosowaniach senatorzy dowiedzieli się na kilkanaście minut przedtem.

Replikując, marszałek Senatu Stanisław Karczewski odpowiadał, że wszyscy senatorowie wiele razy byli informowani, że głosowanie nastąpi po wyczerpaniu porządku obrad.

Nowelizacja wprowadza wybór 15 członków KRS-sędziów na wspólną czteroletnią kadencję przez Sejm – dotychczas wybierały ich środowiska sędziowskie. Każdy klub poselski ma wskazywać nie więcej niż 9 możliwych kandydatów. Izba ma ich wybierać co do zasady większością 3/5 głosów – głosując na ustaloną przez sejmową komisję listę 15 kandydatów, na której musi być co najmniej jeden kandydat wskazany przez każdy klub. W przypadku niemożności wyboru większością 3/5 głosowano by na tę samą listę, ale o wyborze decydowałaby bezwzględna większość głosów.

Sejm uchwalił ustawę przed tygodniem. Przepisy o KRS – oraz nowa ustawa o SN – zostały przygotowane przez prezydenta Andrzeja Dudę i złożone w Sejmie w końcu września br. W lipcu prezydent zawetował poprzednie nowe przepisy o SN i KRS, wytykając im m.in. częściową niekonstytucyjność.

Kilkanaście poprawek do nowelizacji zgłosili senatorowie PO i niezrzeszeni, ale senacka komisja wniosła o przyjęcie ustawy bez poprawek. Senat debatował nad tymi przepisami przez kilkanaście godzin od wtorkowego popołudnia do wczesnego wieczoru w środę. Ustawę popierali senatorowie PiS, przeciwko wypowiadali się senatorowie PO, którzy wskazywali, że w ich ocenie ustawa jest niekonstytucyjna.

Prezydencki minister Paweł Mucha powtarzał, że nie podziela stanowiska, by ustawa o KRS była niekonstytucyjna. Przewodniczący KRS sędzia Dariusz Zawistowski mówił, że nowelizacja pociąga za sobą zagrożenie politycznego postrzegania sędziów przez społeczeństwo. Także RPO Adam Bodnar mówił, że „nie widzi racjonalnych argumentów”, by zmieniać system wyboru sędziów w skład KRS.Teraz nowelizacja ustawy o KRS trafi do prezydenta, który może ją podpisać, zawetować lub zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego (po jej podpisaniu lub przed).

NOWELIZACJA USTAWY O SN

Senat w piątek wieczorem przyjął bez poprawek ustawę o Sądzie Najwyższym autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy.

Za przyjęciem ustawy głosowało 58 senatorów, 26 było przeciw, a trzech wstrzymało się od głosu.

Wcześniej odrzucono wniosek senatorów PO o odrzucenie ustawy. Senacka komisja wnosiła o przyjęcie ustawy bez poprawek.

Przed głosowaniem Bogdan Borusewicz (PO) ocenił, że ta ustawa jest „jeszcze gorsza” niż o KRS. Oświadczył, że „wymienia ona 40 proc. składu SN i łamie konstytucję, gdzie jest wprost zapisana 6-letnia kadencja I prezesa SN”. Senatorom PiS mówił: „Zobaczycie, jak działa ta ustawa – nie zawsze będziecie rządzić. Mam nadzieję, że wtedy zrozumiecie, jak działa ta ustawa”.

W kilkunastogodzinnej debacie senatorowie PiS popierali ustawę. Senatorowie PO byli jej przeciwni, wskazując, że jest w wielu punktach niekonstytucyjna. O poparcie ustawy prosił Senat prezydencki minister Paweł Mucha. Jej zapisy krytykowali prezes Izby Karnej SN sędzia Stanisław Zabłocki i Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Ustawa wprowadza m.in. możliwość składania do SN skarg nadzwyczajnych na prawomocne wyroki polskich sądów, w tym z ostatnich 20 lat. W SN powstaną dwie nowe izby – Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Dyscyplinarna – z udziałem ławników wybieranych przez Senat. Ta druga będzie prowadziła postępowania dyscyplinarne wobec sędziów i przedstawicieli innych zawodów prawniczych. Ustawa przewiduje też przechodzenie sędziów SN w stan spoczynku po ukończeniu 65. roku życia, z możliwością przedłużania tego przez prezydenta RP (dziś ten wiek to 70 lat).

Teraz ustawa trafi do prezydenta, który może ją podpisać, zawetować lub zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego (po jej podpisaniu lub przed).

Senat w piątek wieczorem przyjął bez poprawek ustawę o Sądzie Najwyższym autorstwa prezydenta Andrzeja Dudy.

rp.pl

Polska – UE: Kłopoty przesądzone

Rzeczpospolita, Anna Słojewska, 15.12.2017

Mateusz Morawiecki przyjechał do Brukseli bez propozycji© PAP/EPA Mateusz Morawiecki przyjechał do Brukseli bez propozycji

Mateusz Morawiecki nie zapobiegnie uruchomieniu artykułu 7 traktatu.

20 grudnia ma się odbyć debata unijnych komisarzy na temat przyjmowanych właśnie w Polsce nowych ustaw o sądownictwie. – Czerwone linie zostały przekroczone, decyzja o uruchomieniu artykułu 7 jest właściwie automatyczna – mówi nieoficjalnie „Rzeczpospolitej” wysoki rangą unijny dyplomata.

Czy coś jeszcze, do przyszłej środy, mogłoby zmienić stanowisko KE? – Jeśli premier Morawiecki spotkałby się z przewodniczącym Junckerem i zapewnił go, że prezydent ustaw nie podpisze, to wtedy decyzja mogłaby zostać wstrzymana – dodaje nasz rozmówca. Wszystko jednak wskazuje na to, że taki scenariusz jest nieprawdopodobny i misja nowego premiera poprawy relacji Polski z UE już na starcie zakończy się klęską.

Mateusz Morawiecki przyjechał w czwartek do Brukseli na szczyt UE i, jak powiedział dziennikarzom, wieczorem w kuluarach kolacji przywódców zamierzał przez chwilę rozmawiać z Jeanem-Claude’em Junckerem. Ale żadnych obietnic nie przywiózł, przygotowywał się raczej do rozmowy na tematy historyczne. – Opowiem o sądach we Francji po upadku rządu Vichy. Może zobaczy analogię – powiedział Morawiecki, sugerując, że celem reformy ma być usunięcie sędziów aktywnych w czasach komunistycznych. – Każdy kraj ma prawo reformować swój wymiar sprawiedliwości – dodał.

Jednak wydaje się już pogodzony z faktem, że procedury nie wstrzyma. – To jest oczywiście ich (Komisji – red.) prerogatywa. Natomiast od rozpoczęcia takiej niesprawiedliwej dla nas procedury do jej zakończenia na pewno będziemy z naszymi partnerami rozmawiać wielokrotnie – stwierdził premier.

KE wystąpi do unijnej Rady o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. – Zakładamy, że większość państw pójdzie za rekomendacjami Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej – mówi unijny dyplomata. Potrzeba 22 głosów.

Pierwszy etap uruchomienia tej procedury to napiętnowanie kraju i przyklejenie mu łatki niepraworządnego, która znacząco utrudni mu zabieganie o swoje interesy w innych ważnych sprawach. W kolejnym etapie można nałożyć na Polskę sankcje w postaci zawieszenia prawa głosu lub zawieszenia wypłat z funduszy unijnych, ale do tego potrzebna jest jednomyślność. A przynajmniej jeden kraj UE, Węgry, stanowczo się temu sprzeciwia.

Morawiecki nie zamierza też dążyć do rozwiązania sporu w sprawie Puszczy Białowieskiej, gdzie za wycinkę drzew Komisja Europejska postawiła Polskę przed unijnym Trybunałem Sprawiedliwości. Zanim zapadnie ostateczny wyrok, co jest oczekiwane najwcześniej w marcu 2018 roku, Trybunał może już w najbliższych dniach zadecydować o tzw. środkach zabezpieczających. Czyli zakazać tymczasowo wycinki po groźbą kar na poziomie przynajmniej 100 tys. euro dziennie. Morawiecki jednak i w tej sprawie nie zamierza się ugiąć. Nowy premier wyraźnie powiedział, że poczeka na ostateczny wyrok. Kary byłyby zasądzone od 20 listopada, czyli do marca wyniosłyby nie mniej niż milion euro.

Kolejny sporny punkt dotyczy migracji. Komisja skierowała przeciw Polsce, Węgrom i Słowacji wniosek do unijnego sądu za niewykonanie decyzji z września 2015 roku dotyczącej obowiązkowej relokacji uchodźców. Twardo też przeciwstawiamy się wprowadzeniu stałego mechanizmu relokacji na przyszłość, w ramach reformy systemu azylowego.

Po naszej stronie w sprawie uchodźców stanął ostatnio przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

– Cieszymy się, że zaczął mówić naszym językiem – powiedział premier. Według niego stanowisko Polski i Grupy Wyszehradzkiej, która zamierza przeznaczać pomoc finansową, żeby pomagać w stabilizowaniu sytuacji w miejscach pochodzenia i przerzutu imigrantów, spotyka się wreszcie z bardzo dobrym odbiorem. Jednak z nieoficjalnych informacji dyplomatów wynika, że odejście od kwot obowiązkowych jest nie do przyjęcia dla większości państw UE.

msn.pl

Mariusz Witczak: Ordynacja PiS to furtka do fałszerstw

Mariusz Witczak: Ordynacja PiS to furtka do fałszerstw

PiS w czwartek kilkanaście minut przed północą przegłosował zmiany w samorządowej ordynacji wyborczej. Głosowanie poprzedziła 3-godzinna burzliwa debata. Ale ostrzeżenia opozycji i przedstawicieli PKW nie pomogły. – Wkracza silny element rządowy – ostrzega szef PKW Wojciech Hermeliński. Według niego, pełną odpowiedzialność za wybory powinno przejąć MSWiA. – Coraz trudniej sobie wyobrazić, że PiS będzie chciał oddać władzę w ramach demokratycznych reguł – mówi w wiadomo.co poseł PO Mariusz Witczak. Rozmawiamy też o chaotycznym procesie legislacyjnym i łamaniu konstytucji.

Najważniejsze zapisy ustawy

Uchwalona głosami posłów PiS zmiana Kodeksu wyborczego oraz ustaw regulujących funkcjonowanie samorządu zakłada m.in. powołanie 100 komisarzy wyborczych oraz dwóch komisji wyborczych, likwidację głosowania korespondencyjnego, likwidację JOW-ów w większych gminach powyżej 20 tys. mieszkańców, wydłużenie kadencji samorządów z 4 do 5 i zmianę szefa Krajowego Biura Wyborczego.

Poprawka dotycząca KBW została zgłoszona na finiszu prac i zakłada, że szef Krajowego Biura Wyborczego będzie powoływany przez PKW, ale spośród trzech kandydatów przedstawionych przez ministra spraw wewnętrznych. Jeżeli nie wskaże żadnej osoby, zrobi to minister Mariusz Błaszczak. On będzie także powoływał komisarzy wyborczych, którzy z kolei będą wybierać skład drugiej komisji wyborczej. A w kolejnych wyborach będą określać okręgi wyborcze.

Zmiany zakładają także zmianę sposobu wyboru PKW. Siedmiu na dziewięciu jej członków ma być powoływanych przez Sejm, a nie – jak do tej pory – delegowanych przez TK, NSA i SN. To rozwiązanie miałoby zacząć obowiązywać po wyborach parlamentarnych w 2019 r. Ale według nieoficjalnych informacji, PiS będzie chciał zrobić to szybciej – odpowiednia poprawka ma się pojawić na kolejnym etapie prac.

Nowa ordynacja wyborcza trafiła do Senatu.

Hermeliński: PKW będzie tylko kwiatkiem do rządowego kożucha

Szef Państwowej Komisji Wyborczej nadal podtrzymuje swoją opinię o tym, że „istnieje zagrożenie dla sprawności przeprowadzenia procesu wyborczego”.

Według Wojciecha Hermelińskiego, odebranie Państwowej Komisji Wyborczej uprawnień dotyczących wyboru komisarzy i szefa KBW to „rodzaj parawanu”. – Władza tworzy sobie z PKW parawan, który ma w jakimś sensie legitymizować wybory. (…) Po co cały ten kamuflaż? Czy nie lepiej byłoby, gdyby minister spraw wewnętrznych i administracji wziął na siebie obowiązek i powoływania komisarzy, i powoływania szefa KBW? – pytał szef Komisji. Według niego, PKW „staje się kwiatkiem do rządowego kożucha”, a KBW „staje się agendą rządową”.

Zdaniem szefa PKW, „zmienia się cały system”. – Albo system sędziowski jak dotychczas, albo system rządowy. Trzeba się zdecydować, bo hybrydy są najgorsze – apelował do władz. I przypomina, że do dzisiaj nie usłyszał, dlaczego obecny system jest zmieniany.

Wojciech Hermeliński najprawdopodobniej spotka się w sprawie zmian w ordynacji wyborczej z prezydentem w przyszłym tygodniu. Na konferencji prasowej zapowiedział, że będzie zabiegał o spotkanie u Andrzeja Dudy. Chwilę później odpowiedział mu rzecznik prezydenta, że Andrzej Duda jest gotowy na takie spotkania. Tyle że ze spotkań w pałacu Prezydenckim rzadko coś wynika.

– Ustawa pozwala PiS przejąć organizowanie wyborów i nadzór nad nimi. To był główny cel PiS-u i on został zrealizowany – mówi wiadomo.co poseł PO Mariusz Witczak, wiceprzewodniczący sejmowej komisji nadzwyczajnej, która pracowała nad tymi zmianami.

KAMILA TERPIAŁ: Ogromna ilość autopoprawek, chaos, głosowania w ekspresowym tempie i w nocy – tak w wielkim skrócie wyglądały prace nad zmianami w kodeksie wyborczym. Ale PiS znowu zrobił, co chciał? 

MARIUSZ WITCZAK: W pierwszej fazie prac posłowie PiS-u do własnego projektu zgłosili ponad 100 poprawek, później kolejne 30 i na ostatnim okrążeniu, parę godzin przed głosowaniem, kolejne 100 poprawek. Legislatorzy mieli za mało czasu, marszałek Sejmu nie wiedział nawet nad czym głosuje, nie miał prawa twierdzić, że niektóre wnioski mniejszości są już bezpodstawne. Próbowałem to udowodnić, ale Marek Kuchciński oczywiście nie słuchał. Tak procedowana ustawa w normalnym, demokratycznym państwie, przy normalnie działającym TK od razu byłaby wyrzucona do kosza. W sejmowej komisji nadzwyczajnej nie pozwolono nawet sprawdzić, czy zapisy projektu są zgodne z konstytucją, czy nie. A na finiszu prac PiS „wrzucił” jeszcze poprawkę ustrojową, która wydłuża kadencję samorządów z 4 do 5 lat. Robią po prostu, co chcą. Kto z byłych radnych PiS-u, teraz posłów, przyniósł coś w teczce, pojawiało się w ustawie.

To jest tak, jakby człowiekowi po krótkim kursie ratownictwa medycznego kazać zrobić przeszczep serca. To są żarty z najpoważniejszej ustawy, która ma gwarantować wolne wybory.

Ustawa przegłosowana w nocy w Sejmie nie gwarantuje?

Coraz trudniej sobie wyobrazić, że PiS będzie chciał oddać władzę w ramach demokratycznych reguł. Zaczyna być przekraczana linia, po której PiS przejmuje władzę autorytarną, używając fasadowej demokracji, albo większość działaczy partii trafia przed Trybunał Stanu. To jest dramatyczna sytuacja. Wszyscy mają swoje życie, troski i może od razu nie dostrzegają, co wynika z tego typu zmian. A to są zmiany pisane pod PiS.

Które z rozwiązań PiS może wykorzystać? Które są najbardziej niebezpieczne?

To jest komplet przepisów. Z jednej strony ustawa pozwala PiS przejąć organizowanie wyborów i nadzór nad nimi – to był główny cel PiS-u i on został zrealizowany. Nawet szef PKW Wojciech Hermeliński, były przyjaciel domu Kaczyńskich, na tych zmianach nie pozostawia suchej nitki. My też alarmujemy, że PiS przejmuje organizowanie i kontrolowanie wyborów poprzez obsadzenie Krajowego Biura Wyborczego. Jest też kwestia kart do głosowania i ważnego głosu, nowe zapisy otwierają furtkę dla fałszerstw.

Teraz będzie można na karcie napisać, co się chce, zakreślić kilka nazwisk, głos pozostaje ważny i ktoś z komisji będzie decydował, kto dostanie ten głos.

No właśnie, a jak będzie kilka krzyżyków przy kilku nazwiskach? Który będzie najważniejszy?

Ja też zadaję to pytanie… To jest właśnie otworzenie furtki do fałszerstw. Na przykład ktoś może oddać głos na Kowalskiego, a ktoś inny przy wyjmowaniu karty dopisze krzyżyk Błaszczakowi. I wystarczy. Będą też dwie komisje, jedna będzie posiadała urnę do jakiejś godziny, druga będzie ją przejmowała i „ustalała wynik wyborów”. Nie ma wyraźnej granicy między tymi komisjami. Nie ma przepisu, który uniemożliwiałby zasiadanie w dwóch komisjach. Poza tym zlikwidowane jest głosowanie korespondencyjne. Przez co w wielu przypadkach uniemożliwia się głosowanie osobom niepełnosprawnym.

A jak pan interpretuje wycofanie się PiS-u z części zapisów?

To jest czysta hipokryzja. PiS-owi zależało na kilku przepisach. Można powiedzieć, że kwintesencją tej ustawy jest rola Mariusza Błaszczaka, który będzie wskazywał szefa KBW. Wszystkie inne kwestie są mniej ważne, więc można było kursować między ul. Wiejską a Nowogrodzką i coś tam zmieniać. Ale przypomnę, że za każdym razem, jak posłowie PiS-u składali jakąkolwiek poprawkę, to bronili jej jak niepodległości i nie wsłuchiwali się w żadne głosy.

Wszystkie wnioski o ekspertyzy, opinie czy wysłuchania publiczne były odrzucane. Szli jak taran i robili swoje. To jest bubel prawny, który może sparaliżować proces wyborczy!

Podobno na etapie prac senackich mają się jeszcze pojawić poprawki. M.in. dotyczące głosowania korespondencyjnego i szybszego przejęcia PKW. Czyli znowu krok w jedną i w drugą stronę.

Do tego bubla prawnego nie powinniśmy się przyzwyczajać. PiS dopiero otworzył sobie drzwi do wielu zmian, które ma w głowie. Niewykluczone, że przed wyborami samorządowymi będą chcieli jeszcze nowelizować uchwaloną ustawę. A przed nami także eurowybory i wybory parlamentarne, więc niekończący się cykl zmian w ordynacjach wyborczych.

Większość Polaków pamięta, że w PRL-u PZPR była „przewodnią siłą polityczną”. Niech PiS też wreszcie uchwali ustawę o przewodniej roli partii i przestanie oszukiwać. Dlaczego próbuje zachować pozory demokracji? Według mentalności partii rządzącej, w Polsce będzie można zostać radnym, posłem czy senatorem pod warunkiem, że jest się z PiS-u. Do tego ta władza dąży.

Równolegle ze zmianami w ordynacji PiS przejmuje sądy. Pracę nad ustawami o KRS i SN zakończył właśnie Senat.

To jest niezbędnik dyktatora: ordynacja wyborcza, która pozwala organizować i nadzorować wybory, oraz sądy, które zatwierdzają wybory. Czyli wszystko zrobią sami.

Szef PKW chce się spotkać z prezydentem w tej sprawie. Wierzy pan w weto prezydenta?

Andrzej Duda powinien zawetować tak niekonstytucyjną ustawę. Jeżeli tego nie zrobi, to zachowa się jak policjant, który zatrzymał pijanego kierowcę i kazał mu jechać dalej.

 

https://wiadomo.co/mariusz-witczak-ordynacja-pis-to-furtka-do-falszerstw/

%d blogerów lubi to: