Symulant Morawiecki na rozmowach z prof. Małgorzatą Gersdorf

Przybycie Mateusza Morawieckiego do gabinetu I prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzaty Gersdorf ma kilka pięter znaczeń, inaczej: kilka den. Premier potwierdził, że mimo uchwał sejmowych, pohukiwań rządu i mininstrów prezydenckich prof. Gersdorf jest I prezes SN, a cała ta reforma sądownictwa nie trzyma się kupy.

Czyn Morawieckiego ponadto potwierdził, że rząd PiS przegrywa z konstytucją, wg której prof. Gersdorf sprawuje kadencję do 2020 roku, to ona trzyma się litery i ducha prawa ustrojowego. Jest to przykład dla innych sędziów, prawników i społeczeństwa obywatelskiego, że przestrzeganie prawa i opór przynosi pozytywne skutki w starciu z bezprawiem PiS. Służbom państwa podporządkowanym PiS będzie teraz zdecydowanie trudniej usunąć siłą I prezes.

Do półgodzinnej rozmowy w cztery oczy doszło z inicjatywy Morawieckiego, rozmowa była tajna, ale jedna sugestia prof. Gersdorf sporo mówi, o czym rozmawiano. Na pytanie Justyny Dobrosz-Oracz, czy wizyta może być grą premiera, który chce powiedzieć Komisji Europejskiej, że toczy się dialog w sprawie SN, Gersdorf odpowiedziała: „Tak. Może tak być „.

W ciągu pół godziny oprócz perswazji, zaklinań i szantażu można dużo powiedzieć, I prezes na razie treść rozmowy zachowała dla siebie: „To nasza słodka tajemnica”, ale uznała, że warto podkreślić: „Spotkanie niczego nie zmienia. Podtrzymałam moje stanowisko”.

Do spotkania doszło w kontekście decyzji Komisji Europejskiej, która dzisiaj miała skierować skargę w sprawie Sądu Najwyższego do Trybunału Sprawiedliwości UE, ale została wstrzymana. Dziennikarka Polsatu Dorota Bawołek pisze o kontrolowanych przeciekach z Komisji Europejskiej: „Komisarze chcą dać szanse na ewentualne, ostatnie rozmowy Morawieckiego z Junckerem na marginesie szczytu UE w Salzburgu i nie psuć atmosfery przed spotkaniem przywódców…”

Szczyt w Salzburgu odbywa się w środę i w czwartek. Nietrudno zgadnąć, iż do decyzji KE nie doszło inicjatywy strony polskiej, a konktretnie Morawieckiego, który kanałami dyplomatycznymi („iskrówką”) zasymulował rozmowy w sprawie Sądu Najwyższego z I prezes prof. Gersdorf. Dlatego Morawiecki zjawił się na półgodzinna rozmowę.

Piszę, iż Morawiecki „zasymulował”. Bo tak jest! PiS nauczył się tej gry pozorów, kłamstw, manipulacji, gry na czas. Używają tej metody na rynku krajowym i zagranicznym. Przecież już w kwietniu miało dojść do ogłoszenia przez szefa Komisji Europejskiej  Jean-Claude Junckera i Jarosława Kaczyńskiego rozwiązania sporu o praworządność, szukano już nawet miejsca ogłoszenia tego sukcesu. Szybko okazalo sie, że strona polska gra na czas, a uzgodnienia podczas rozmów to tylko symulowanie.

I teraz też tak jest! Politykom PiS nie chodzi o żaden kompromis, załatwienie sprawy, ale tworzenie narzędzi, które utrzymają ich przy władzy. I to jest podstawowe dno rządów PiS: władza. Żadne reformy, żadne rządzenia dla powodzenia rodaków i rozwoju  kraju, tylko symulacja rządzenia. Władza PiS polega na udawaniu, a Morawiecki to pierwszy symulant po prezesie.

 

 

Premier Mateusz Morawiecki przed południem przyjechał do Sądu Najwyższego, by porozmawiać z prof. Małgorzatą Gersdorf. Gersdorf na mocy ustawy o SN przeszła w stan spoczynku, jednak – powołując się na konstytucję – utrzymuje, że nadal jest I prezesem Sądu Najwyższego.

Na mocy ustawy o Sądzie Najwyższym przegłosowanej przez Prawo i Sprawiedliwość I prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf była jednym z sędziów, którzy przeszli w stan spoczynku jako osoby po 65. roku życia.

Zarówno profesor Gersdorf, jak i Zgromadzenie Ogólne Sądu Najwyższego powołują się na konstytucję i utrzymują, że kadencja I prezesa SN trwa 6 lat i w tym konkretnym przypadku zakończy się w 2020 roku. Tego samego zdania są również inne organizacje prawnicze i sędziowskie.

gazeta.pl

Traczyk: Skrajna uległość? „Fort Trump” prezydenta Dudy to niestety nie dowcip

gazeta.pl

Nie zdziwiłbym się gdyby jutro Trump powiedział, że USA występuje z NATO, UE daje nam „kopa” za naruszenie praworządności i tym sposobem Władimir Władimirowicz ma Polskę „na tacy” … Można, można ☝ … Bez „tanków” … Eh … „Głupi Polaku”, niczego się nie nauczyłeś z historii

PMM spotkał się z Gersdorf. Laskowski: Z inicjatywy premiera

– Mogę tylko powiedzieć, że dotychczas prezentowane przez panią prezes stanowisko co do charakteru zmian, z którymi mamy do czynienia, co do jej statusu, pozostaje niezmienne – stwierdził Michał Laskowski w rozmowie z dziennikarzami, pytany o dzisiejsze spotkanie Morawiecki-Gersdorf.

– Można się domyślać z miejsca rozmowy i z tego, że to pan premier przyjechał do pani prezes. Z inicjatywy premiera – dodał rzecznik SN, pytany z czyjej inicjatywy było to spotkanie. Jak stwierdził, było to spotkanie w gabinecie I prezesa.

„Tak może być”. Gersdorf pytana, czy wizyta PMM może być grą pod KE via

W KE mówi się, że decyzja o skardze na PL dziś nie zapadła, bo „komisarze chcą dać szanse na ewentualne, ostatnie rozmowy Premiera z na marginesie szczytu UE w i nie psuć atmosfery przed spotkaniem przywódców…”

 

Czyli dzisiaj i jutro. Dlatego Morawiecki zamarkował spotkanie z prof. Gersdorf, o którym w Salzburgu powie cudeńka w swoim stylu. Jak wy tolerowaliście tego człowieka z zespołem Delbrücka? Gersdorf: wizyta może być grą premiera.

„Tak może być”. Gersdorf pytana, czy wizyta PMM może być grą pod KE

– To nasza słodka tajemnica – stwierdziła Małgorzata Gersdorf, pytana przez Justynę Dobrosz-Oracz o spotkanie z premierem Mateuszem Morawieckim. – Spotkanie niczego nie zmienia. Podtrzymałam moje stanowisko – dodała.

– Tak. Może tak być – mówiła dalej, pytana, czy wizyta może być grą premiera, który chce powiedzieć Komisji Europejskiej, że toczy się dialog w sprawie SN.

Timmermans i Juncker czekają, aby Morawiecki podjął jakiś dialog ws. SN. Złudy Unii. Przywódcy UE w Salzburgu: Brexit, migracja i jeszcze raz Brexit Czytaj więcej na

Tajne spotkanie Morawieckiego z Gersdorf. Premier przybył prosto do jej gabinetu

Mateusz Morawiecki nieoczekiwanie spotkał się w środę przed południem z pierwszą prezes Sądu Najwyższego Małgorzatą Gersdorf – podało Radio Zet. Potwierdził to w rozmowie ze stacją rzecznik Sądu Najwyższego Michał Laskowski.

Spotkanie miało odbyć się w gabinecie prof. Gersdorf. – Stanowisko Pani Prezes pozostaje bez zmian – skomentował spotkanie rzecznik SN. Nie chciał ponadto przybliżyć szczegółów trwającego około pół godziny spotkania. – Na temat tej rozmowy nie mam niestety nic do powiedzenia – stwierdził w rozmowie z PAP.

Laskowski potwierdził za to, że prof. Gersdorf wciąż pobiera pensję pierwszego prezesa SN, która wynosi 29120 zł brutto. Nie zgodził się z sugestią reporterki, że Gersdorf nie jest już pierwszą prezes i powinna pobierać wynagrodzenie takie jak sędzia w stanie spoczynku.

– Uważam, że w przypadku pani profesor znajduje bezpośrednie zastosowanie konstytucja. (…) I to w konstytucji określona jest kadencja pierwszego prezes SN – stwierdził Laskowski.

Gersdorf wykonuje też wszystkie obowiązki, które pierwszy pierwszy prezes powinien wykonywać. – Jest codziennie w pracy, spotyka się z gośćmi, z sędziami, rozstrzyga różne kwestie – komentował Laskowski. Przyznał jednak, że prof. Gersdorf już nie orzeka, dopytywany o to przez dziennikarkę.

– Jeżeli Polska będzie ignorować to, co mówi Unia Europejska, Komisja Wenecka, ONZ i sto tysięcy innych autorytetów, to istnieje niebezpieczeństwo, że nasze wyroki nie będą respektowane w Europie – powiedział ponadto Michał Laskowski w Radiu Zet.

Gersdorf: moja kadencja upływa zgodnie z konstytucją
Przypomnijmy, że zgodnie z nową ustawą o Sądzie Najwyższym sędziowie SN, którzy skończyli 65 lat, przeszli w stan spoczynku. Jedynie złożenie odpowiedniego oświadczenia i zgoda Andrzeja Dudy mogą sprawić, że mogą orzekać dalej.

Taką zgodę prezydenta na dalsze orzekanie dostało pięciu sędziów SN. Oświadczenia na ręce prezydenta nie złożyła natomiast Małgorzata Gersdorf, która stoi na stanowisku, że jej kadencja zgodnie z konstytucją upływa w 2020 r.

źródło: Radio Zet

naTemat.pl

„Gazeta Wyborcza”: w kwietniu Kaczyński i Juncker mieli ogłosić koniec sporu o praworządność

19.09.2018

Jarosław Kaczyński i Jean Claude-Juncker mieli ogłosić 30 kwietnia br., że trwający od 2016 r. spór o praworządność został rozwiązany. Kulisy negocjacji polskiego rządu z Komisją Europejską ujawnili w „Gazecie Wyborczej” Bartosz Wieliński, Agata Kondzińska i Tomasz Bielecki.

  • Nadzieje na rozwiązanie sporu pojawiły się po pierwszej wizycie Mateusza Morawieckiego w Brukseli
  • Szybko okazało się jednak, że polski rząd gra na czas, nie chcąc zgodzić się na istotne ustępstwa
  • W czerwcu Timmermans miał zapytać Morawieckiego, czy ten pamięta, co obiecywał w Brukseli

Rozmowy, w których polska strona miała obiecywać konkretne ustępstwa, rozpoczęły się już w styczniu od wspólnej kolacji premiera Mateusza Morawieckiego z przewodniczącym KE. Według „Wyborczej” polski rząd reprezentował w kolejnych etapach także szef MSZ Jacek Czaputowicz i minister ds. europejskich Konrad Szymański. Z ramienia rządzącej partii nieoficjalnie uczestniczyć miał w nich również wicemarszałek Senatu Adam Bielan.

Stopień zaawansowania rozmów miał być na tyle wysoki, że dyskutowano już nad miejscem spotkania Junckera z prezesem Prawa i Sprawiedliwości. Pod uwagę brano siedzibę PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, Brukselę lub Luksemburg. Dlaczego więc nie doszło do porozumienia?

Morawiecki lepszy od Szydło

Gdy 13 stycznia 2017 roku nowy premier Mateusz Morawiecki wygłaszał swoje exposé zarzucił Unii, że „foruje silniejszych”. Ostrzegł też Unię, by nie próbowała „na siłę wbijać polskiego kawałka do europejskich puzzli” – pisze Wyborcza. Jednak gdy w lutym Morawiecki przyjechał do Brukseli, wywarł dobre wrażenie, zwłaszcza na tle swojej poprzedniczki, Beaty Szydło.

Kolejnym polskim politykiem, który odwiedził Brukselę, był minister spraw zagranicznych, Jacek Czaputowicz. Szef polskiego MSZ miał świetnie dogadywać się z wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej, Fransem Timmermansen. Podczas lunchu w rezydencji polskiego ambasadora panowie rozmawiali o historii II wojny światowej, a polski minister miał pozostawić po sobie dobre wrażenie. Politycy Prawa i Sprawiedliwości liczyli na to, że problem uda się rozwiązać.

„Biała księga” reformy sądownictwa

Kolejnym posunięciem miała być wspólna kolacja Mateusza Morawieckiego i szefa KE Jean-Claude’a Junckera. Polski premier wręczył wtedy Junckerowi „białą księgę” reformy sądownictwa, czyli blisko 100-stronicowe opracowanie, które miało przekonać Unię, że reforma wymiaru sprawiedliwości w obecnym kształcie jest niezbędna. Ten wybieg jednak został jednoznacznie odebrany przez europejskich urzędników jako gra na czas.

19 marca z Morawieckim spotkała się Angela Merkel. Szef polskiego rządu usłyszał wprost: „czas rozmów o niczym się skończył, połóż na stole coś konkretnego” – pisze „Wyborcza”.

Gestem dobrej woli miało być przywrócenie wieku emerytalnego sędziów i opublikowanie wyroków Trybunału Konstytucyjnego sprzed dwóch lat, które kwestionował rząd Beaty Szydło. Ale w zamian za to Polacy zaczęli naciskać na Unię, by ta wycofała się z art. 7., który w ostateczności mógł odebrać Polsce prawo głosu w Radzie UE. Brukselscy urzędnicy domagali się kolejnych ustępstw, a polski rząd ponownie usztywnił swoje stanowisko.

Najważniejszy cel Kaczyńskiego

Jeden z polityków PiS przyznaje w rozmowie z „GW”, że planem minimum było związanie KE rozmową: – Gdyby Komisja wszczęła procedurę przeciwnaruszeniową wobec Polski na początku roku, a wiosną nad sprawą pochyliłby się Trybunał Sprawiedliwości UE i zawiesił przepisy o SN, nie zdążylibyśmy przeprowadzić reformy wymiaru sprawiedliwości – przyznaje. Jego zdaniem „to był najważniejszy cel Kaczyńskiego”.

Ostatecznie rządzący zdecydowali się nie rezygnować z realizowanej reformy sądownictwa. – – W czerwcu po rozmowie z Morawieckim oburzony Timmermans pytał, czy polski premier pamięta co w marcu obiecywał w Brukseli – powiedział informator „Wyborczej”.

26 czerwca odbyło się pierwsze wysłuchanie Polski na forum Rady UE. 2 lipca wszczęto postępowanie przeciwnaruszeniowe ws. ustawy o Sądzie Najwyższym. Rząd PiS uważa, że zarzuty Komisji są bezzasadne. Taka postawa może jednak przynieść negatywne skutki.

Jeden z polskich dyplomatów przestrzega polskie władze: – Postawiliśmy szklankę na krawędzi stołu. Mówimy, że nie chcemy jej stłuc, ale wykonujemy przy niej niebezpieczne gesty. Ona może spać przez przypadek – mówi.

onet.pl

PiS stacza nas w demokrację bezobjawową

Europejska Sieć Krajowych Rad Sądownictwa (ENCJ) zawiesiła polską KRS w prawach członka tej organizacji z zasadniczego powodu, iż nie spełnia standardów niezależności. Za zawieszeniem głosowali nawet sojusznicy bezprawia PiS przedstawiciele Węgier. Fidesz Orbana zrywa po cichu sojusz antyunijny z PiS, nie dotarł prezydent Węgier János Áder na spotkania Trójmorza w Bukareszcie, w tym czasie Orban spotykał się z Putinem na Kremlu.

KRS za to wpadła na pomysł, aby zawieszenia przez ENCJ pogłębić do  ostateczności i wystąpić z europejskiej sieci. Na razie są to groźby, gdyż mamy do czynienia z szantażem, acz PiS może rzeczywiście zerwać. Przełożono ten akt rozwodu na piątek. Decydować o tym nie będą jednak sędziowie, bo oni są tylko z namaszczenia partii Kaczyńskiego, a nie z powodu zasług.

Takie wyjście z ENCJ spowoduje, iż wyroki w polskich sądach nie będą uznawane za granicą, a tamtejsze sądy same będą sądzić sprawy osądzone już prawomocnie w Polsce, dotyczyć to będzie całego wachlarza sporów, poczynając od gospodarczych dotyczących podmiotów zagranicznych, a na sprawach konsumenckich i rozwodach kończąc. Polska traktowana więc będzie jako republika bananowa.

Jeszcze fatalniej dla nas wygląda stanowisko Komisji Europejskiej, która w środę 18 września wysłucha stronę pisowską w związku z naruszeniem przez nią zasad państwa prawa i uruchomieniem slynnego artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej. Władze PiS nie zastosowały się do rekomendowanych zaleceń stosując tę samo zwodniczą śpiewkę – prezesowym falsetem – niczego nie naruszamy.

Wysłuchanie – czyli przedstawienie zarzutów Komisji i odpowiedź strony polskiej – dotyczyć będzie 7 spraw. W kolejności: Sądu Najwyższego, wspomnianej KRS, sędziów sądów powszechnych, Izby Dyscyplinarnej w SN, skargi nadzwyczajnej, prezesów sądów mianowanych po politycznym uznaniu przez Ziobrę oraz Trybunału Konstytucyjnego.

Jak to się skończy? Niedobrze, bo PiS nie ustępuje w żadnej kwestii, ewidentnie plącząc się w zeznaniach, matacząc.

Przede wszystkim Komisja Europejska ma świadomość, iż PiS nie ustąpi, bo dotychczas nie ustapił, a sądownictwo jest zarządzane partyjnie, więc można spodziewać się twardych postanowień, włącznie z określeniem sposobu procedowania sankcji – odebrania głosu w ciałach unijnych i nałożenia kar finansowych.

Czy PiS ucieknie się do z góry zaplanowanej sztuczki, szantażu – podobnie jak z KRS – zagrożeniem wystąpienia z… Unii Europejskiej.

To wcale nie musi być trudne dla PiS. Europosłanka Róża Thun wskazuje, z jakiego prawa może skorzystać władza. Mianowicie w ustawie o umowach międzynarodowych w art. 22a jest, iż do wystąpienia z Unii Europejskiej wystarczy projekt decyzji zaakceptowany uchwałą przez Radę Ministrów, decyzja taka następnie jest publikowana w Dzienniku Ustaw, notyfikuje premier, a Andrzej Duda wszystko podpisze.

Wyjście z Uni Eurpejskiej jest równie łatwe, jak zażycie pigułki „dzień po”. Budząc się, może być „dzień po” naszym wyjściu z Unii Europejskiej. Czy PiS przejąłby się w tej sytuacji opinią publiczną, która więcej niż w 80 proc. jest za pozostaniem kraju w UE?

Z kolei Jan Zielonka profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie, St Antony’s College, twierdzi, że „oni nie chcą wyprowadzić Polski z UE, oni chcą Unię przejąć”. Oczywiście z wszelkimi Marinami Le Pen. Ale to nie trzyma sie kupy, gdyż egoizmy nacjonalistyczne prezentowane przez partie prawicowe szybko doprowadziłyby do rozchwiania struktur unijnych, zaniku wspólnych celów i starcia najpierw w dyplomacji i wojnach celnych, a z czasem w gorącej wojnie, bynajmniej nie hybrydowej.

I na tę równię pochyłą PiS stacza Polskę, coraz mniej demokratyczną, która dość szybko dojdzie do stanu demokracji bezobjawowej, jak w ZSRR wymyślono schizofrenię bezobjawową, z którą to „chorobą” wsadzano do psychiatryków dysydentów – wspaniale to opisane w dramacie „Noc Walpurgii” Wienii Jerofiejewa.

ALFABET BUNTU. „Bez nich nasza republika byłaby już pozamiatana”

 

Archiwum Osiatyńskiego przedstawia sylwetki blisko 200 osób – organizatorek demonstracji, aktywistów obywatelskich, niepokornych prawników, obrońców przyrody, feministek, ludzi walczących z różnymi formami dyskryminacji i uprzedzeniami. Wszelkiego sortu buntowników i buntowniczek. Pomóżcie nam uzupełnić Alfabet. To jest – uwaga! – inicjatywa obywatelska

„Alfabet Buntu” przygotował zespół Archiwum Osiatyńskiego we współpracy z OKO.press, „Gazetą Wyborczą” i „Polityką”. Ma być żywą obywatelską księgą, stale uzupełnianym zestawem sylwetek osób niepokornych – od czcigodnych profesorów prawa po studenciaków-antyfaszystów. Poza uhonorowaniem buntowników i buntowniczek wszelkiego sortu, chcemy dać do myślenia opinii publicznej, która łatwo poddaje się zniechęceniu i normalizacji, mediom, które szybko się nudzą tematem, politykom opozycji i samym aktywistom, którzy toczą spory między sobą czasem gubiąc to, co łączy społeczeństwo obywatelskie, które nie chce się podporządkować regułom IV Rzeczpospolitej.

I bardzo ważne: przedstawiamy na razie niecałe 200 sylwetek, sami widzimy osoby pominięte (będziemy uzupełniać). Prosimy Was o sugestie, kto jeszcze powinien być w „Alfabecie Buntu” (najlepiej mailem na kontakt@archiwumosiatynskiego.pl). Czekamy na zgłoszenia osób, grup i środowisk (bez fałszywej skromności!), lokalnych inicjatyw z całego kraju.

„To chyba jedyna zasługa, jaką możemy zapisać na konto obecnej władzy: przekonaliśmy się, że

nie ma demokracji bez demokratów, ludzi gotowych poświęcić najważniejszym publicznym wartościom swój czas, spokój, bezpieczeństwo, nawet wolność.

„Bez nich już bylibyśmy przegrani, a nasza republika pozamiatana. To, że są, że mają odwagę występować, niekiedy w pojedynkę, przeciwko opresji państwowego, partyjnego aparatu, to wielka dla nas nadzieja i otucha. Alfabetem buntu chcemy wesprzeć nowych liderów naszej wspólnoty, po raz kolejny w historii poddawanej próbie charakterów. Teraz pożyczam hasło od władzy: »im się to po prostu należy!«” –  pisze Jerzy Baczyński, redaktor naczelny „Polityki”.

„»Alfabet Buntu« nie będzie lekturą władzy, chyba że ministrowie Ziobro i Brudziński sprawdzą, kogo im brak w kartotekach. Powinien być lekturą tych wszystkich, którzy – już niedługo – odbiorą władzę PiS. Bo daje do myślenia, jakie państwo zbudować, jakie pragnienia zaspokoić, jakim różnicom dać swobodny wyraz. Jakich błędów uniknąć. Jak wygrać wybory” – pisze Piotr Pacewicz, redaktor naczelny OKO.press.

„W czasach bezprawia i niesprawiedliwości, łamania konstytucji i kręgosłupów, nadpodaży koniunkturalistów i wszelakich miernot, w obliczu tego, co jedni z ironią, a drudzy zupełnie na serio nazywają »dobrą zmianą« – jeden widzę jasny punkt. To ludzie, którzy mówią »nie«” – pisze Jarosław Kurski, pierwszy zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”.

Opinie redaktorów naczelnych trzech mediów zaangażowanych w projekt – poniżej. Ich teksty ukazują się też w „Gazecie Wyborczej” i „Polityce”

 

JERZY BACZYŃSKI: „IM TO SIĘ PO PROSTU NALEŻY”

redaktor naczelny „Polityki”

Trochę to trwało, ale wreszcie, dzięki społecznej pracy wielu osób, udało się doprowadzić do finału (a właściwie do startu) projekt, o którym myśleliśmy już na początku 2016 roku, zakładając – z grupą dziennikarzy wyrzuconych z mediów publicznych – Fundację Ośrodek Kontroli Obywatelskiej i portal OKO.press.

Rusza internetowe archiwum dokumentujące społeczny ruch oporu przeciwko nadużyciom i nieprawościom władzy. Nazywa się „Alfabet Buntu” i jest wspólnym przedsięwzięciem OKO.press, działającego przy tym portalu Archiwum Osiatyńskiego (które gromadzi, opisuje i komentuje rozmaite przejawy naruszenia prawa przez „państwo PiS”), a także redakcji i dziennikarzy „Gazety Wyborczej” oraz „Polityki”.

Zebraliśmy w jednym miejscu, pod jednym adresem fotografie, biogramy, wypowiedzi setek osób – organizatorów demonstracji, aktywistów ruchów obywatelskich i społecznych, wyrzucanych z pracy i szykanowanych „sygnalistów”, wszelkiego sortu „buntowników stanu”. Są tu organizatorki protestów kobiet, aktywiści ruchów ekologicznych, obrońcy praw pracowniczych i praw migrantów, także osoby i organizacje działające na rzecz obrony prawdy historycznej i niezależności kultury (jak choćby współpracujący także z „Polityką” graficy: Ola Jasionowska, autorka plakatu Strajku Kobiet, czy Luka Rayski, twórca słynnego plakatu Konstytucja). Opisujemy akcje, w których uczestniczyli, dokumentujemy szykany, jakim byli poddawani, zamieszczamy kalendarium zdarzeń, medialne komentarze.

To, jak mówimy, repozytorium, jest wyrazem naszego podziwu i podziękowania, a jednocześnie fascynującym raportem z Polski, opowieścią o nowych narodzinach polskiej demokracji i społeczeństwa obywatelskiego.

To chyba jedyna zasługa, jaką możemy zapisać na konto obecnej władzy: przekonaliśmy się, że nie ma (a już na pewno – nie będzie) demokracji bez demokratów, ludzi gotowych poświęcić najważniejszym publicznym wartościom swój czas, często spokój, bezpieczeństwo, nawet wolność. Bez nich już bylibyśmy przegrani, a nasza republika pozamiatana. To, że są, że mają odwagę występować, niekiedy w pojedynkę, przeciwko opresji państwowego, partyjnego aparatu, to wielka dla nas nadzieja i otucha.

Od czasów pierwszej „Solidarności” towarzyszą nam słowa Miłosza wyryte na gdańskim pomniku Ofiar Grudnia, „zapisane będą czyny i rozmowy” – nakaz, aby zapamiętać tych, którzy krzywdzą i tych, którzy mają odwagę protestu. Być może trzeba będzie kiedyś, niedługo, sporządzić polski „alfabet wstydu”, spis gorliwych organizatorów i wykonawców bezprawnych poleceń władzy, rejestr nadużyć i podłości. Ale dziś,

„Alfabetem Buntu” chcemy wesprzeć nowych liderów naszej wspólnoty, po raz kolejny w historii poddawanej próbie charakterów. Teraz pożyczam hasło od władzy: „im się to po prostu należy!”

PIOTR PACEWICZ: WKŁUWAJĄ SZPILKI W BRZUSZYSKO NORMALIZACJI

redaktor naczelny OKO.press

Bunt się rozlewa, kipi, raz przypomina prastare czasy „Solidarności” i śpiewa, że mury runą, a raz jest niegrzeczny, krzyknie o „wkurwie”, rzuci jajkiem w limuzynę. Czasem to ledwie zmarszczka na zadowolonym cielsku normalizacji.

Buntownicy wkłuwają szpilki w polskie brzuszysko. Autokracja wyborcza, jaką budują populiści z PiS, właśnie na normalizacji opiera rachuby. Kto będzie umierał za Sąd Najwyższy? Za prawdę o Holocauście? Zasiłek pielęgnacyjny?

Ale na szczęście/niestety władza nie potrafi się powstrzymać. Patriotyzm zamienia w nacjonalizm. Kieruje się programem PiS: „Nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm”. Zapowiada sąd nad wyrokami sądu UE i obraża Europejczyków mówiących po polsku. Harvesterem wyrywa drzewa Puszczy, tej Puszczy.

To prowokuje nihilistów. Wychodzą na ulice kobiety, które obraża 4 tysiące zł za urodzenie żywego (!) dziecka z uszkodzonego płodu. Budzi się gniew osób z niepełnosprawnościami. Prezydent dużego miasta staje na czele marszu LGBTQ: „Jak słyszycie, że ktoś jest zboczony, to powiem: ten jest zboczony, który sieje nienawiść”. Rodzice protestują przeciw „deformie edukacji”. Lekarze rezydenci, ruch “rodzić po ludzku”…

Kobiety nadają ton. Opluwane i szarpane na moście dawniej Poniatowskiego, teraz Nacjonalistów. Dwie bezrobotne, samotne matki wyciągają białe róże prosto w nosek Jarosława i dostają „z łokcia i różańca” od smoleńskiego tłumu. To Kaczyński zrobił ze mnie patriotkę – mówi aktywistka.

Czasem już tylko garstka blokuje Krajową Radę Sądownictwa, powstrzymuje ekshumację ofiar katastrofy smoleńskiej.

Premier zawierza kraj Matce Boskiej i Ojcu Rydzykowi. Chce budować na fundamencie sprzed 100 lat. Te rządy opierają się na post-prawdzie, post-logice, post-etyce. Na mieszczańskiej i katolicko-narodowej normalizacji. Nasi buntownicy mówią NIE.

„Alfabet Buntu” nie będzie lekturą władzy, chyba że ministrowie Ziobro i Brudziński sprawdzą, kogo brak im w kartotekach. Powinien być lekturą opozycji i tych wszystkich, którzy – już niedługo – odbiorą władzę PiS. Bo daje do myślenia, jakie państwo zbudować, jakie pragnienia zaspokoić, jakim różnicom dać swobodny wyraz.  Jakich błędów uniknąć. Jak wygrać wybory.

JAROSŁAW KURSKI: NADSTAWIAJĄ ZA NAS GŁOWĘ

zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”

W czasach bezprawia i niesprawiedliwości, łamania konstytucji i kręgosłupów, nadpodaży koniunkturalistów i wszelakich miernot, w obliczu tego, co jedni z ironią, a drudzy zupełnie na serio nazywają „dobrą zmianą” – jeden widzę jasny punkt.

To ludzie, którzy mówią „nie”.

Ludzie, którym się chce, choć mogliby nie robić nic. Ludzie, którzy przewrócili swe życie do góry nogami. Którzy nie narzekają, ale działają. „Skromniutko tak, na własna miarkę majstrują coś, chociażby Arkę” – jak śpiewał  Wojciech Młynarski.

To Gabriela, która codziennie wychodzi na rynek w Cieszynie.

To ludzie z KOD i OdNowy, którzy przez 818 dni/24 godziny na dobę dyżurowali najpierw pod namiotem, a potem w przyczepie campingowej pod Urzędem Rady Ministrów domagając się „niezwłocznej” publikacji wyroku TK.

To kobiety, które stanęły 11 listopada naprzeciw marszu „prawdziwych Polaków”, czcicieli białej rasy.

To ludzie, którzy miesiącami zapalali świece pod sądami w całej Polsce.

To młodzi prawnicy z „Wolnych Sądów”, Obywatele RP, Kobiety ze Strajku Kobiet, młodzi z Frontu Europejskiego, z Akcji Demokracji i wielu innych organizacji i stowarzyszeń.

Gdyby nie „dobra zmiana” nigdy bym nie spotkał Pana Jana z Werbkowic spod Zamościa, który sam już nie młody – spędził niejedną noc na dyżurze pod Sądem Najwyższym, ani Joanny z Paryża, ani Piotra z Chicago, ani innych marzycieli i idealistów z Kielc, Elbląga, Kołobrzegu, Białegostoku, Pabianic czy Piaseczna.

Kartoniada nie zrobi się sama, scena z nagłośnieniem sama się nie zbuduje, koszulki z napisem konstytucja – same nie wydrukują. Happeningi, piKODy, media społecznościowe – same się nie obsłużą.

To wszystko robią ludzie, którzy nie liczą na żadną nagrodę. Co najwyżej dostać mogą kopniaka w nerki od narodowca, bluzg ONR-owca, zobaczyć siebie w narodowej telewizji, albo na liście poszukiwanych przez policję. Doświadczyć  mogą wzruszenia ramion obojętnych przechodniów, nadgorliwości policji i nierychliwości prokuratury.

Policja i służby dobrze już ich znają. Chcemy ich pokazać w „Alfabecie Buntu”. Zasługują na to, by poznali ich także ci, za których oni nadstawiają głowę.


„Alfabet Buntu” przygotował zespół Archiwum Osiatyńskiego i Fundacji Kontroli Obywatelskiej OKO: Aleksandra Gieczys-Jurszo (opracowanie treści), Robert Kowalski (wideo), Marek Pękalski (komunikacja), Hanna Szukalska (grafika), Anna Wójcik (koordynacja i komunikacja). Dziękujemy Rafałowi Zakrzewskiemu oraz Marcinowi Boryckiemu za pomoc w realizacji projektu, a także OKO.press, „Gazecie Wyborczej” i „Polityce” za udostępnienie swych tekstów.

Pomóż nam uzupełnić „Alfabet Buntu” – zaproponuj buntownika lub buntowniczkę: kontakt@archiwumosiatynskiego.pl

oko.press

%d blogerów lubi to: