Czy rząd PiS pozostawi Polskę w oślej ławce UE?

Czy rząd PiS pozostawi Polskę w oślej ławce UE?

Półtora roku Komisja Europejska (KE) potrzebowała, aby przejąć zdecydowaną inicjatywę w sprawie zapobieżenia destrukcyjnych działań rządu PiS dla demokracji w Polsce i reguł państwa prawa.
Uruchomiony został 7 artykuł Traktatu o Unii Europejskiej (TUE), jednocześnie wydano czwartą rekomendację dla Warszawy, to znaczy stwierdzono, iż istnieje poważne ryzyko naruszenia praworządności w Polsce. Skierowano też pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE) dotyczący naruszenia prawa wspólnotowego.

Jak należy czytać decyzję Komisji Europejskiej? Władze PiS dostały 3 miesiące na dostosowanie się do 4 rekomendacji KE w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i zasad praworządności. Jeżeli państwo polskie – pod władzą PiS z którejś rekomendacji skorzysta – w tym aspekcie zaprzestane zostanie działanie artykułu 7 TUE.

Pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE dotyczy procedur sprawdzenia, osądzenia i ukarania Polski rządzonej przez PiS. Procedury mają określać karanie za łamanie zasad dotyczących gwarancji niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Czyli wyrok zostanie wydany na dwie ustawy sądownicze – o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa – które Duda zdecydował się podpisać teraz, ale także na tę trzecią ustawę sądową podpisaną w lipcu. Ta już działa i Zbigniew Ziobro zwalnia prezesów sądów i zastępuje ich swoimi uległymi nominatami.

Komisja Europejska prześle do Rady Europejskiej (której posiedzeniom przewodniczy Donald Tusk) listę spraw, które destruuja praworządność w Polsce i za które Polska (pod rządem PiS) może być ukarana, a nawet ostatecznie nałożone sankcje.

Przy czym kara jest rozumiana jako odsunięcie od podejmowania decyzji w Radzie Europejskiej, odebranie głosu, a także nałożenie kar pieniężnych, jak to miało miejsce w przypadku Puszczy Białowieskiej. Do tego potrzebna jest zgoda 4/5 głosów, czyli 22 krajów.

Zaś sankcjami mogłoby być pozbawienie Polski dostępu do kasy Wspólnoty, a także odebranie innych przywilejów, włącznie z personalnymi. O tym na razie nie ma mowy.

Na tę poprawę rząd PiS otrzyma 3 miesiące. Czy z tego skorzysta? I tak zostaliśmy posadzeni do oślej ławki, nikt z nami nie chce zawierać żadnych sojuszy wewnątrzunijnych w celu osiągniecia konkretnych korzyści. Zostaliśmy chorym człowiekiem Europy. Podniesienie się z tego upadku potrwa dużo dłużej niż dotychczasowy upadek.

Między innymi z powodu powyższej wiedzy, która została udostępniona dzisiaj szerokiej publiczności w Polsce, czmychnął z ostatniego szczytu Mateusz Morawiecki. I to on będzie oficjalnym głównym negocjatorem z władzami unijnymi.

Oczywiście, Morawiecki to tylko usta prezesa, gdyż Kaczyński w tej chwili ustanawia nam Polskę. Albo pozostaniemy w Unii Europejskiej i dostosujemy się do standardów demokratycznych, zachodnich, albo po cichu będziemy z niej wyprowadzani. Wiele symptomów wskazuje na to, że Polska pisowska salwuje się z Zachodu na Wschód. Uciekając gubi demokrację, społeczeństwo obywatelskie, niezależność sądów.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Andrzej Duda podpisze ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym. Wbrew apelom Komisji Europejskiej

mk, IAR, lulu, 20.12.2017
http://www.gazeta.tv/plej/19,114884,22811327,video.html?embed=0&autoplay=1
Andrzej Duda podpisze ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Koniec marzeń o wecie.

Andrzej Duda swoją decyzję ogłosił podczas popołudniowej konferencji prasowej. Ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym będą podpisane – zdecydował prezydent. Zawetowania obu ustaw domagali się protestujący w polskich miastach ludzie, opozycja, a nawet Amerykańskie Stowarzyszenie Adwokatów. O to, by Duda ustaw nie podpisywał apelowała też jego macierzysta uczelnia: Uniwersytet Jagielloński.

– Podjąłem decyzję w kwestii ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. To były prezydenckie projekty ustaw. Złożyłem je do laski marszałkowskiej w Sejmie 24 września, tak jak się wcześniej zobowiązałem, kiedy zdecydowałem się zawetować poprzednie ustawy, z którymi się w istotnych punktach nie zgadzałem jako prezydent. Podjąłem decyzję o podpisaniu obu tych ustaw – powiedział Andrzej Duda. Przypomnijmy: ustawy prezydenta były później poprawione i uzupełnione przez parlamentarzystów. Przegłosowane przed kilkoma dniami przez Sejm i Senat, trafiły na biurko prezydenta.

Duda stwierdził, że jego uwagi dotyczące ustaw zostały uwzględnione, m.in. jeśli chodzi o kompetencje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, obsadę sędziowską SN czy kwestie administracyjne związane z konstrukcją ustrojową Sądu Najwyższego.

Andrzej Duda „zdziwiony” i „zniesmaczony”

Dziwi mnie stawianie tak nieprzyzwoitej tezy o tym, że tamte ustawy (które wcześniej zawetował prezydent – red.) i te ustawy to to samo. Są bardzo istotne różnice

– kontynuował. Prezydent stwierdził, że sędziowie są „sługami” obywateli. Wyraził nadzieję, że podpisane przez niego ustawy naprawią sądownictwo.

Andrzej Duda o sądach – zapis relacji NA ŻYWO >>>

– Z niesmakiem słucham gromkich głosów, zwłaszcza ze strony przedstawicieli elit, w tym elit sędziowskich, o tym, jak to straszliwy system zostaje wprowadzony, który będzie powodował naruszenie niezawisłości sędziowskiej, upolitycznienie. Proszę sprawdzić, w ilu krajach egzekutywa ma wpływ na wybór sędziów. W Stanach Zjednoczonych prezydent wskazuje sędziów Sądu Najwyższego, a opiniuje ich Senat. Środowiska sędziowskie nie mają w tych sprawach nic do powiedzenia. Nie widzę problemu, że takie rozwiązanie jest przyjęte – mówił Andrzej Duda.

Oto nagranie całego wystąpienia prezydenta: 

Komisja Europejska uruchamia artykuł 7

Wcześniej Komisja Europejska poinformowała o rozpoczęciu wobec Polski procedury z artykułu 7 unijnego traktatu. Nazywana jest też „opcją atomową”. O co w niej chodzi?

Dowiedz się więcej: oto słynny artykuł 7. Co dokładnie grozi Polsce? >>>

Wiceprzewodniczący KE Frans Timmemans powoływał się na ekspertyzy prawne, a także na negatywne opinie Komisji Weneckiej, te ostatnie – dotyczące reform wymiaru sprawiedliwości i wcześniejsze – dotyczące zmian w Trybunale Konstytucyjnym.

Sprawa polskiego wymiaru sprawiedliwości trafi teraz do unijnej rady – grona 28 ministrów do spraw europejskich ze wszystkich rządów Wspólnoty.

Zobacz też: Artykuł 7 uruchomiony. „Robimy to z bólem serca, ale Polska nie dała nam wyboru” >>>

Bułgaria, kierująca od stycznia pracami rady zdecyduje, kiedy dokładnie ministrowie zajmą się tą sprawą, czy w styczniu, czy w lutym. Do stwierdzenia poważnego zagrożenia dla praworządności w Polsce potrzebna jest akceptacja 22 krajów i zgoda Parlamentu Europejskiego.

Artykuł 7. Mechanizm prewencyjnyArtykuł 7. Mechanizm prewencyjny gazeta.pl

Co ważne, uruchomienie artykułu 7 nie oznacza sankcji. Restrykcje, na przykład w postaci zawieszenia prawa głosu na unijnych naradach, przewidziane są na dalszym etapie. O tym jednak póki co nikt nie mówi, bo w tej sprawie potrzebna jest jednomyślność wszystkich krajów.

Kontrowersyjne ustawy o KRS i Sądzie Najwyższym

Do tej pory członkowie Krajowej Rady Sądownictwa byli wybierani w większości przez środowiska sędziowskie. Zgodnie z nowelizacją, PiS może wskazać do KRS maksymalnie aż 11 sędziów. W takim wariancie pozostałą czwórkę będą stanowili kandydaci aktualnej opozycji, o ile ta ich zgłosi.

Nowelizacja ustawy o KRS przewiduje m.in. wybór przez Sejm 15 sędziów do KRS większością 3/5 głosów. Tak duża większość potrzebna jest jednak tylko w pierwszym głosowaniu. Jeśli się nie uda. W razie spodziewanego klinczu wystarczy po prostu bezwzględna większość głosów, którą PiS dysponuje z nawiązką.

Sądowa rewolucja PiSSądowa rewolucja PiS Fot. Gazeta.pl

Kolejna ustawa przewiduje rewolucję w Sądzie Najwyższym. Jeśli wejdzie ona w życie, blisko 40 proc. sędziów przejdzie w stan spoczynku. Ale to nie wszystko.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ: PiS z łatwością przejmie KRS, wbrew prezydentowi. Sądowa rewolucja w 5 punktach >>>

 

gazeta.pl

Biznes Edwarda Szydło. Mąż premier stworzył prywatną szkołę, która dorabia się milionów z UE i ukrywa dochody

 

http://natemat.pl/182513,biznes-edwarda-szydlo-maz-premier-stworzyl-prywatna-szkole-ktora-dorabia-sie-milionow-z-ue-i-ukrywa-dochody

Don Kichot i jego Sancho Pansa w rządzie

Don Kichot i jego Sancho Pansa w rządzie

Nie bez racji przy Morawieckim znalazł się najzabawniejszy człowiek, jakiego ma PiS.

Dziwnymi drogami biegną drogi rozumowania Wodza Narodu. Elity partii PiS reprezentują jakiś bliżej nieznany model racjonalności. Nie są więc znane są motywy powołania na premiera akurat bankiera Morawieckiego, choć już łatwiej się wgryźć w powody „dodania” mu pana Suskiego.

Morawiecki przypomina nieco Don Kichota, błędnego rycerza, składającego wiele obietnic gospodarczych, które, jeśli się spełniają, to z powodu ogólnej dobrej koniunktury, a nie decyzji pana premiera. I tak pewno zostanie. Morawieckiego z Don Kichotem łączy ważna cecha: wierność. Morawiecki jest i będzie wierny, zarówno wodzowi (jak Don Kichot Dulcynei), jak i pewnej wizji świata, którą tworzy i realizuje PiS. Ktoś z komentatorów napisał, że z powodu swego wyobcowania będzie najwierniejszym z wiernych. Jeszcze nas ta wierność zdziwi. Świat zna, maniery i języki również. Pochodzi – jak Don Kichot – ze starego i zasłużonego rodu. Pieniędzmi się nie przejmuje. I – jak Don Kichot – będzie samotny w swojej walce. Dlatego nie bez racji znalazł się przy nim najzabawniejszy człowiek, jakiego ma PiS.

Konkurować z Markiem Suskim może chyba tylko minister Jurgiel. Człowiek prosty, z grójeckiego ludu, ale wszechstronny i obyty: był rzemieślnikiem, ale i kierownikiem ośrodka kultury (w Tarczynie), potem wciągnęła go polityka. Może nie ma kompetencji i wykształcenia, ale z pewnością ma powołanie. I od zawsze przy wodzu, nie jak taki Czarnecki…

Sancho Pansa zawsze śmieszył czytelników Cervantesa. Don Kichot raczej przerażał lub imponował. Błędny rycerz poruszał się po nieznanych światach wyplecionych z jego wyobraźni lub z dalekiej rycerskiej przeszłości. Jego giermek troszczył się o to, co rzeczywiste (a dziś rzeczywiste jest to, co myśli PiS). Jak trzeba przesłuchać carycę Katarzynę, to przesłucha, jak trzeba zabrać komuś mikrofon, to zabierze. Ani w salon, ani w demokrację Suski się nie bawi. Lojalność – dla niego – też nie jest zabawą. Sancho dbał o to, by rycerz się nie okaleczył, walcząc z wiatrakami i by od czasu do czasu zobaczył rzeczywistość. Mówi się, że reprezentuje on zdrowy rozsądek, asertywność, poczucie humoru (bo sądzę, że popularność w memach bardzo go raduje). Don Kichot jest fantastą cenionym za odwagę, nonkonformizm i idealizm. Będziemy mieli okazję przyglądać się jak ta para, pan premier i jego doradca polityczny (szef gabinetu!!!) idą przez Polskę, przez historię, przez media. W drogę!

Magdalena Środa

koduj24.pl

Galopujący Major: Prezes TK okłada trumną wyimaginowanych wrogów. Czy Cioch na to zasłużył?

Galopujący Major, 20.12.2017

Julia Przyłębska, prezes TK

Julia Przyłębska, prezes TK (Agencja Gazeta)

Zmarły sędzia Trybunału Konstytucyjnego nie zasłużył na „los robienia za trumnę, którą prezes TK okłada naturalnych i wyimaginowanych wrogów” – pisze Galopujący Major.

Co by nie mówić, jakkolwiek by nie oceniać, Henryk Cioch był polskim profesorem. Zawodowo zajmował się m.in. prawem spółdzielczym – tą wzgardzoną działką prawa, której fani rozmaitych joint ventures nigdy nie poważali, bo za bardzo pachniała im socjalizmem, nawet jeśli obecnie do różnego rodzaju spółdzielni w Europie należy ponad 140 milionów osób.

Co by nie mówić, Henryk Cioch był też senatorem, może to mało ważne, ale pewna powaga, przynajmniej na poziomie państwa polskiego, powinna być zachowana. W końcu Senat to miała być izba refleksji.

O zmarłym dobrze, albo wcale? Niekoniecznie

Owszem, nie znaczy to, że Henryka Ciocha po śmierci nie można, czy nawet nie należy, oceniać negatywnie, jeśli tylko ktoś ma ku temu argumenty. Zasada „o zmarłym dobrze lub wcale” ma może sens przy stypie rodzinnej, ale już niekoniecznie w publicznej dyskusji o osobach publicznych. Sam zresztą pamiętam, jak Henryk Cioch, właśnie przed Trybunałem Konstytucyjnym, walczył o zmniejszenie nadzoru państwa wobec SKOK-ów, nawet wtedy, gdy już wszyscy dookoła widzieli, w jakim stanie jest cały sektor.

Ale mimo to, można by wymagać odrobiny szacunku. Przede wszystkim szacunku od znajomych, przyjaciół, kolegów z pracy. W końcu od kogo, jak nie od nich?

Tymczasem, szacunku się od nich nie doczekał.

Jak bowiem napisał Michał Szułdrzyński na twitterze „Prezes TK Julia Przyłębska mówi, że sędzia Cioch zmarł z powodu nagonki mediów oraz opozycji i tego, że był nazywany dublerem”.

Ludzie umierają za nazywanie ich dublerami

Nie wiem, jak bardzo pan Cioch podpadł pani Przyłębskiej, nie wiem, czy coś jej powiedział, coś zrobił, czy może był niemiły, albo nie zawsze na peronie czekał z kwiatami? Ale mimo wszystko, wydaje mi się, że nie zasłużył na taki los. Los robienia za trumnę, którą pani Przyłębska okłada naturalnych i wyimaginowanych wrogów. Bo chyba nawet ona sama nie wierzy, że ludzie umierają za nazywanie ich dublerami, a jeśli wierzy, to wierzyć raczej nie powinna, zważywszy na to, jak ona sama potraktowała sędziego Biernata i co jej kolega, pan Muszyński, pisał na okoliczność śmierci Władysława Bartoszewskiego.

Henryk Cioch raczej nie przejdzie do polskiej historii, nie tylko dlatego, że rzadko przechodzą do niej sędziowie i profesorowie prawa. Pani Przyłębska ma jednak szanse, z każdą wypowiedzią coraz większe, pytanie tylko, czy zdaje sobie sprawę w jakim charakterze.

Szaflarska, Pyrkosz, Vetulani, Wodecki. Odeszli w 2017 roku, ale zostają w naszej pamięci

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,22587683,video.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,161770,22810868,galopujacy-major-prezes-tk-oklada-trumna-wyimaginowanych-wrogow.html#Czolka3Img

Czy rząd PiS pozostawi Polskę w oślej ławce UE?

Półtora roku Komisja Europejska (KE) potrzebowała, aby przejąć zdecydowaną inicjatywę w sprawie zapobieżenia destrukcyjnych działań rządu PiS dla demokracji w Polsce i reguł państwa prawa.

Uruchomiony został 7 artykuł Traktatu o Unii Europejskiej (TUE), jednoczesnie wydano czwartą rekomendację dla Warszawy, to znaczy stwierdzono, iż istnieje poważne ryzyko naruszenie praworządności w Polsce. Oraz skierowano pozew do Trybunału Sprawiedliwosci UE (TSUE) dotyczacy naruszenia prawa wspólnotowego.

Jak należy czytać decyzję Komisji Europejskiej?

Władze PiS dostały 2 miesiące dostosowania się do 4 rekomendacji KE w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i zasad praworządności. Jeżeli panstwo polskie – pod władzą PiS z którejś rekomendacji skorzysta – w tym aspekcie zaprzestane zostanie działanie artykułu 7 TUE.

Pozew do Trybunału SUE dotyczy procedur sprawdzenia, osądzenia i ukarania Polski rządzanej przez PiS. Procedury mają okreslać karanie za łamanie zasad dotyczących gwarancji niezawisłości sędziów i niezależności sądów.

Czyli wyrok zostanie wydane na dwie ustawy sądownicze – o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa – ktore już są  na biurku Andrzeja Dudy, ale także tej trzeciej ustawy sądowej podpisanej w lipcu, ta już działa i w związku z nia Zbigniew Ziobro zwalnia prezesów sądów i zastępuje ich swoimi uległymi nominatami.

Komisja Europejska prześle do Rady Europejskiej (której posiedzeniom przewodniczy Donald Tusk) listę spraw, które destruuja praworządność w Polsce i za które Polska (pod rządem PiS) może być ukarana, a nawet ostatecznie nałożone sankcje.

Przy czym kara jest rozumienia, jako odsunięcie od podejmowania decyzji w Radzie Europejskiej, odebranie głosu, a także nałożenie kar pieniężnych, jak to miało miejsce w przypadku Puszczy Białowieskiej. Do tego potrzebna jest zgoda 4/5 glosów, czyli 22 krajów.

Zaś sankcjami mogloby być pozbawienie Polski dostępu do kasy wspólnoty, a także odebranie innych przywilejów, włącznie z personalnymi. O tym na razie nie ma mowy.

Na tę  poprawę rząd PiS otrzyma 3 miesiące. Czy z tego skorzysta? I tak zostaliśmy posadzeni do oślej ławki, nikt z nami nie chce zawierać żadnych sojuszy wewnatrz unijnych w celu osiągniecia konkretnych korzyści. Zostaliśmy chorym człowiekiem Europy. Podniesienie się z tego upadku potrwa dużo dłużej niż dotychczasowy upadek.

Między innymi z powodu powyższej wiedzy, która została udostępniona dzisiaj szerokiej publiczności w Polsce, czmychnął z ostatniego szczytu Mateusz Morawiecki. I to on będzie oficjalnym głównym negocjatorem z władzami unijnymi.

Oczywiście, Morawiecki to tylko usta prezesa, gdyż Kaczyński w tej chwili ustanawia nam Polskę. Albo pozostaniemy w Unii Europejskiej i dostosujemy się do standardów demokratycznych, zachodnich, albo po cichu będziemy z niej wyprowadzani. Wiele symptomów wskazuje na to, że Polska pisowska salwuje się z Zachodu na Wschód. Uciekając gubi demokrację, społeczeństwo obywatelskie, niezależność sądów.

 

– Istnieje poważne ryzyko naruszenia praworządności w Polsce. W związku z tym KE wydała czwartą rekomendację dla Warszawy – mówi Timmermans.

– Po drugie, uruchomiliśmy artykuł 7 traktatu o Unii Europejskiej. Polska nie zostawiła nam wyboru, robimy to z ciężkim sercem – dodał.

– Po trzecie, w związku z naruszeniem prawa wspólnotowego złożyliśmy też pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE – zaznaczył.

 

„To trudny dzień dla Polski, ale także dla UE” – pisze na Twitterze szef Komisji Europejskiej.

„W takich chwilach szczególnie potrzebny jest dialog. Dlatego zaprosiłem premiera Mateusza Morawieckiego do Brukseli, aby kontynuować naszą rozmowę rozpoczętą na Radzie Europejskiej” – dodał.

 

Ujawniamy kulisy tajnych rozmów rządu PiS z Komisją Europejską. Tematu art. 7. mogłoby nie być…

Wiosną 2016, tuż przed szczytem NATO, Komisja Europejska była bliska porozumienia z polskim rządem ws. Trybunału Konstytucyjnego. Istotną rolę w rozmowach z Brukselą odgrywał Mateusz Morawiecki. Warunki kompromisu akceptowała opozycja. Gdyby do niego doszło, dziś nie byłoby tematu artykułu 7.

Ani Komisja Europejska, ani Polska nie mogły się znaleźć w bardziej paradoksalnej sytuacji. Jeśli Bruksela podejmie decyzję o uruchomieniu art. 7, adresatem krytyki będzie najbardziej proeuropejski polityk, jakiego po stronie Prawa i Sprawiedliwości mogłaby sobie wyobrazić.

Symultaniczne rozmowy z Brukselą

Jak wynika z informacji „DGP”, na pierwszym etapie sporu Polska – KE, tuż przedszczytem NATO w Warszawie, Morawiecki brał udział w symultanicznych rozmowach, których celem było poszukiwanie kompromisu wokół Trybunału Konstytucyjnego (TK). Komisja sondowała, czy można załagodzić konflikty. W ten proces zaangażowana była opozycja, przedstawiciele Komisji i wicepremier Jarosław Gowin. Odtworzyliśmy przebieg tych wydarzeń. Ich pozytywny rezultat mógł zamknąć spór Warszawa – Bruksela.

O rozmowach wiedziała Nowogrodzka. Sprzyjała im Ambasada USA w Warszawie. Nasi informatorzy ze strony PiS i instytucji unijnych przekonują, że porozumienie wydawało się gotowe. Do 2017 r. w skład TK mieli wejść sędziowie wybrani przez Sejm zdominowany przez PiS (piszemy o tym w ramce). Prawo i Sprawiedliwość miało też wybrać „swojego” przewodniczącego. Rozwiązanie było czystą polityką. Bo nikt nie miał złudzeń: spór zaszedł za daleko i nie da się go załatwić w duchu pozytywizmu prawniczego.

– Potwierdzam, że takie symultaniczne rozmowy z Komisją prowadzono. Proponowano różne scenariusze. Wydawało się, że kompromis był blisko. Zastrzegam, że nigdy nie doszło do bezpośrednich negocjacji przy jednym stole między PiS i opozycją – mówi „DGP” wysokiej rangi przedstawiciel obozu władzy.

– Szukaliśmy po stronie rządowej osób, które rozumiały, jak szkodliwy dla Polski jest spór z Komisją. I takich, które były wystarczająco silne, by przekonać prezesa Kaczyńskiego do konieczności poszukiwania porozumienia – relacjonuje informator „DGP” ze struktur europejskich.

– Taką osobą był ówczesny wicepremier Morawiecki i dysponujący kanałami komunikacji z posłami PO Jarosław Gowin. Chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej Nowogrodzkiej – dodaje. Mediatorem miał być też jeden z kościelnych hierarchów. Dziś główni aktorzy wydarzeń z wiosny 2016 r. nie chcą ich komentować lub dystansują się od nich. Nasi informatorzy nie zgodzili się na podanie personaliów.

Swobodnie porozumiewali się po angielsku

Morawiecki wydawał się idealnym partnerem dla KE. Utrzymywał kontakt z wiceszefem Komisji Fransem Timmermansem, który nie miał dobrych stosunków z szefemMSZ Witoldem Waszczykowskim i ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Swobodnie porozumiewał się z nim po angielsku. Jak opisują rozmówcy DGP, był autentyczny i wiarygodny. W Komisji panowało przekonanie, że zależy mu na rozwiązaniu. W maju 2016 r. dawał do zrozumienia, że jest ono realne. Oto, co 26 maja 2016 r. mówił Mateusz Morawiecki po spotkaniu z wiceszefem KE: – Pan Timmermans docenia, że nasze rozmowy się toczą, że propozycje są formułowane pomiędzy oboma stronami. Z dzisiejszej rozmowy z nim wywnioskowałem, że zdaje sobie sprawę, że pewne poważne propozycje są formułowane. Szczegóły będą w najbliższych dniach dyskutowane przez zespoły robocze (…) Myślę, że intencją wszystkich stron jest, żeby to zakończyć. Czy może prawie wszystkich, bo myślę, że najbardziej „karmi się tym” mówiąc tak kolokwialnie, opozycja. Ale intencją pozostałych stron – łącznie z Trybunałem – jest, żeby znaleźć jakieś kompromisowe rozwiązanie. Sądzę, że jesteśmy na dobrej drodze”.

To nie było jedyne spotkanie wicepremiera z wiceszefem KE, na którym poruszano temat praworządności w Polsce. Informator „DGP” przekonuje, że opozycja rozmowy o przyszłości TK początkowo potraktowała jako zdradę ze strony Komisji i nie była nimi zainteresowana. Z biegiem czasu i z oporami jej stanowisko ewoluowało.

Winna wojna polsko-polska

Wiosną 2016 r. naciski w sprawie trybunału pojawiły się ze strony Ambasady USA. Dyplomaci Departamentu Stanu pominęli oficjalne instytucje państwa i rozmawiali bezpośrednio z Jarosławem Kaczyńskim, który w ich ocenie miał realną siłę sprawczą w tej sprawie. Mieli przekonywać, że jeśli do kompromisu w kwestii TK nie dojdzie, prezydent USA odniesie się do tematu podczas warszawskiego szczytu NATO w lipcu 2016 r.

Do spotkania prezesa z ambasadorem Paulem W. Jonesem doszło na początku marca 2016 r. Jak relacjonowała „Gazeta Wyborcza”, prezes miał z niego wyjść „zdenerwowany”, nie podobało mu się „ciągłe wracanie do tematu Trybunału Konstytucyjnego”. Ostatecznie kompromisu nie było, a ówczesny prezydent USA Barack Obama na szczycie NATO wyraził „zaniepokojenie związane z pewnymi działaniami i impasem w zakresie polskiego Trybunału Konstytucyjnego”. Strona PiS próbowała marginalizować tę deklarację. W języku dyplomacji należało ją jednak czytać jako mocną krytykę ze strony sojusznika.

Wcześniej, 24 maja 2016 r., Timmermans rozmawiał w Warszawie z ówczesną premier Beatą Szydło. Spotkał się też z przewodniczącym TK Andrzejem Rzeplińskim. Szefowa rządu zaproponowała rozwiązania deeskalacyjne. Również wiceszef Komisji ze swoje strony demonstrował pojednawcze stanowisko. Zapewniał, że jeśli dojdzie do porozumienia wokół trybunału, KE powstrzyma się od wydawania formalnej opinii nt. praworządności. Tydzień później sytuacja zmieniała się o 180 stopni. Jak relacjonowało radio RMF FM, rozmowa telefoniczna Szydło – Timmermans, do której doszło 31 maja 2016 r., przebiegała w „nerwowej atmosferze”. Już było jasne, że porozumienia nie będzie. Na początku czerwca KE wydała opinię na temat praworządności w Polsce. Jej treść utajniono. Wiadomo jednak, że nie była ona korzystna dla nas i stanowiła kolejny krok na drodze do odwołania się do art. 7.

Dlaczego rozmowy o kompromisie wokół TK upadły? Wyjaśnienie jest wpisane w naturę wojny polsko-polskiej. Nasz rozmówca ze struktur unijnych jest przekonany, że powodem był lobbing twardogłowych środowisk w PiS. Przede wszystkim ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Z kolei rozmówca z rządu jest zdania, że porozumienia nie chciała opozycja, dla której wojna o trybunał była paliwem i elementem budowania nowej tożsamości. Z dzisiejszej perspektywy nie sposób ocenić, na ile rozmowy ze strony rządu były szczere. Ile – z każdej strony – było działania w dobrej wierze, a ile gry na zwłokę z oczekiwaniem, że spór da się jakoś wygasić.

Tak mógł wyglądać kompromis
Jedną z wersji proponowanych w sprawie TK było stopniowe dopuszczanie sędziów wybranych w poprzedniej kadencji przez PO, a których nie uznawał PiS. Możliwe porozumienie miało zakładać, że prezes Rzepliński miał dopuścić do orzekania trzech sędziów wybranych przez PiS, którzy choć byli w trybunale, nie byli wyznaczani do rozpraw. Byli to Mariusz Muszyński, Henryk Cioch oraz Lech Morawski. W zamian prezydent miał zaprzysiąc trzech sędziów, którzy zostali wybrani w poprzedniej kadencji głosami PO-PSL, a w sprawie, których Sejm przegłosował uchwały unieważniające ich wybór. Byli to Roman Hauser, Andrzej Jakubecki i Krzysztof Ślebzak. Mieli oni wchodzić na miejsce sędziów, którym kończyła się w 2016 r. kadencja. Ostatecznie do porozumienia nie doszło, a wakaty w trybunale obsadzał Sejm, wybierając nowych sędziów w miejsce odchodzących, m.in. Mirosława Granata i Andrzeja Rzeplińskiego. Zastąpili ich Zbigniew Jędrzejewski i Michał Warciński.

 

dziennik.pl

Jest i komentarz Donalda Tuska, szefa Rady Europejskiej.

– Ta decyzja wynika z głębokiej zmiany, jaką zaproponowała większość parlamentarna, więc PiS. Zmiany polegającej na tym, że to władza będzie ponad prawem, a nie prawo ponad władzą. Tak to oceniają instytucje europejskie – mówi polski premier, który przebywa w Krakowie.

Do decyzji KE odniósł się już polski MSZ. Oto fragment komunikatu:

Polska z ubolewaniem przyjmuje uruchomienie przez Komisję Europejską procedury przewidzianej w art. 7 TUE, która z istoty swojej ma charakter polityczny, nie zaś prawny. Obciąża ona niepotrzebnie nasze wzajemne relacje, co może utrudniać budowanie porozumienia i wzajemnego zaufania między Warszawą i Brukselą.

Dlatego jesteśmy zawsze gotowi do rozmów ? podczas ostatniego szczytu europejskiego, premier M. Morawiecki potwierdził naszą wolę kontynuowania dialogu na najwyższym szczeblu z Komisją, co spotkało się z pozytywnym odzewem z jej strony. Liczymy, że wkrótce będziemy mogli przedstawić nasze stanowisko w sposób bezpośredni i otwarty.

Chwieje się porządek Europy, a PiS zastępuje politykę zagraniczną chaotycznymi okrzykami plemiennymi

Sarmaci dyplomacji
Dyplomacja za PiS przestała mieć zdolność tworzenia bardziej skomplikowanych projektów.

Jarosław Kaczyński nie jest populistą, który w zaciszu prowadzi politykę państwową. Jest gorzej. Jarosław Kaczyński jest sarmatą.

Jerzy Dudek/Forum

Jarosław Kaczyński nie jest populistą, który w zaciszu prowadzi politykę państwową. Jest gorzej. Jarosław Kaczyński jest sarmatą.

Po niecałym roku rządów PiS Polska ma gorsze stosunki z Waszyngtonem, Brukselą, Berlinem, Paryżem, Kijowem i kilkunastoma innymi ważnymi partnerami. Stosunki z Londynem się nie zmieniły, ale ich znaczenie po Brexicie dramatycznie maleje. Nie da się robić poważnej polityki z samym Wyszehradem, który kilka lat temu był dla Polski wykorzystywaną zręcznie jedną z opcji, dziś – wsparciem jedynym.

Tymczasem wokół jest groźnie. Siłowe zmiany granic w Europie – czego niewielkim w sumie kosztem dokonała Rosja. Podawanie w wątpliwość zobowiązań sojuszniczych w ramach NATO – co deklaruje polityk, który wkrótce może zostać prezydentem USA. Dezintegracja UE na grupy różnych prędkości (w efekcie niesolidarne i słabe). Chaos na Bliskim Wschodzie. Do tego Brexit, kryzys migracyjny, Turcja wyraźnie odsuwająca się od Zachodu…

Miesiąc temu zakończył się szczyt NATO w Warszawie, który niewątpliwie był sukcesem organizacyjnym. Ale już sukces polityczny jest niepełny. Postanowienia wojskowe są niezłe, ale tylko jako sygnał dla Moskwy i pierwszy krok wzmacniania Sojuszu. Cztery bataliony oczywiście nie gwarantują bezpieczeństwa wschodniej flance NATO.

Dla Polski porażką jest to, że prezydent USA uznał za konieczne publicznie (a inni przywódcy w kuluarach) okazać nieufność ekipie PiS z powodu Trybunału Konstytucyjnego i przypomnieć, że głównym spoiwem NATO nie są czołgi, lecz wartości. Krytykowanie gospodarza szczytu przez największego sojusznika to rzecz w dyplomacji niespotykana. Szczyt mógł też przynieść wybranie Polaka na jedno z najwyższych stanowisk w NATO. Niestety, rząd PiS zablokował dwóch polskich kandydatów, gdyż ci, ambasadorowie z ogromnym doświadczeniem, byli „zbyt bliscy reżimu Tuska i Sikorskiego”.

Czy inna, bardziej przyjazna Obamie i Merkel, ekipa uzyskałaby na szczycie więcej? Być może, ale to pytanie dziś jałowe. Podstawowy kłopot tkwi w czym innym – Polska polityka zagraniczna na spotkanie NATO doczołgała się, zamiast rozpocząć nim nowy plan. Po niezłym szczycie nadeszła dyplomatyczna pustka.

Bez strategii

Polska nie ma, niestety, na groźne czasy jakiejkolwiek strategii. Przez 10 miesięcy od wygranych wyborów PiS nie stworzyło dokumentu programowego w sprawach międzynarodowych. Teoretycznie obowiązuje jeszcze pięcioletnia strategia Tuska i Sikorskiego, ale rząd PiS się z niej wypisał, zwłaszcza z celu pierwszego: „Silna Polska w silnej unii politycznej: budowanie Unii konkurencyjnej, solidarnej i otwartej oraz bezpiecznej”. Szczyt pokazał, że problem jest też z punktem drugim: „Polska – wiarygodny sojusznik w stabilnym ładzie euroatlantyckim”.

Przy braku nowego spisanego programu strategię międzynarodową Polski według PiS można próbować zrozumieć z wystąpień (zwłaszcza prezesa Kaczyńskiego), programu wyborczego, wreszcie z exposé ministra Waszczykowskiego w styczniu w Sejmie. Wynika z nich, że nowa strategia miała być oparta na żelaznym sojuszu z Wielką Brytanią, na „remanencie” stosunków z Niemcami oraz budowie koalicji państw Europy Środkowej.

Ta koncepcja runęła nie tylko dlatego, że koledzy PiS z brytyjskiej Partii Konserwatywnej nieodpowiedzialnie doprowadzili do Brexitu. Nawet bez niego Wielka Brytania na lata byłaby zajęta głównie sama sobą, a relacje z Polską nadal traktowała jedynie jako użyteczny dodatek do podstawowych dla niej stosunków z Niemcami i USA (jak i my powinniśmy robić).

Budowanie silnego sojuszu Europy Środkowej to koncepcja nienowa, ale tyleż miła sercu, co mgławicowa. W Wyszehradzie jest dziś zgoda tylko co do jednego – ostrożności wobec imigrantów. W innych podstawowych kwestiach (Rosja, Ukraina, energia, stosunek do euro) różnice są kolosalne. W dodatku część partnerów jasno rządowi PiS mówi, że jeśli mieliby wybierać między Polską a Niemcami, to wybiorą te drugie. Z Bałtami interesy mamy niemal (prócz stosunku Litwinów do mniejszości polskiej) zbieżne. Jednak i oni spoglądają bardziej na partnerów nordyckich niż na Polskę. No i – mówiąc dyplomatycznie – „nie są silni wagowo”.

Jedynym partnerem (po jego wzmocnieniu), z którym strategiczne partnerstwo byłoby możliwe, jest w regionie Ukraina. Ale PiS udało się akurat mocno popsuć stosunki z najbardziej propolsko nastawionym sąsiadem podgrzewaniem debaty o tym, czy zbrodnia wołyńska sprzed 73 lat była ludobójstwem, przy braku osłony polityczno-dyplomatycznej. W sumie powtarzane od kilku miesięcy hasło o budowie Międzymorza pada w pustkę.

Tak to dwie podstawy polityki zagranicznej rządu PiS po pół roku są wspomnieniem. Co nie tylko dowodzi niekompetencji ministra Waszczykowskiego, ale pokazuje szerszy kontekst: PiS brak strategicznej wizji. Zastępują ją instynkty i populistyczne zawołania.

Przeciw wszystkim

Prześledźmy, co słyszą nasi najważniejsi partnerzy. USA to „wybór między dżumą a cholerą” – opisuje wicepremier polskiego rządu Mateusz Morawiecki rywalizację między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem. Oryginalnie, zważywszy, że jedno z nich zostanie prezydentem mocarstwa, które Polska (i PiS) uważa za najważniejszego sojusznika. Poważnych ludzi w Waszyngtonie denerwują też podejmowane przez ministra Waszczykowskiego próby usprawiedliwiania skandalicznych słów Trumpa o NATO. Wszyscy natomiast niepokoją się zablokowaniem kontraktu na system antyrakietowy i brakiem pomysłów (chęci?) pana Macierewicza, co dalej z zakupami zbrojeniowymi.

Jarosław Kaczyński nie jest populistą, który w zaciszu prowadzi politykę państwową. Jest gorzej. Jarosław Kaczyński jest sarmatą.

Sarmacja to szczery – ba, żarliwy – patriotyzm. Ale i archaiczne przekonanie, że to Polacy zrodzili całość prawdy, dobra i piękna w świecie.

Archiv Gerstenbe/Ullstein Bild/BEW

Sarmacja to szczery – ba, żarliwy – patriotyzm. Ale i archaiczne przekonanie, że to Polacy zrodzili całość prawdy, dobra i piękna w świecie.

Marcin Bosacki, do 31 lipca ambasador RP w Kanadzie.

Wojciech Stróżyk/Reporter/EAST NEWS

Marcin Bosacki, do 31 lipca ambasador RP w Kanadzie.

Francja (też zadziwiona kwestiami zakupów zbrojeniowych) w godzinie próby po strasznych zamachach, zamiast otrzymać od Polski jednoznaczne słowa solidarności, słyszy szefa MSW Mariusza Błaszczaka potępiającego francuskie „multi-kulti, poprawność polityczną i malowanie kredkami tęczy”.

Pod adresem Niemiec PiS wysyła sygnały równie nieodpowiedzialne, za to bardziej konsekwentne. Do tego, że prezes Kaczyński, by niszczyć Tuska i Sikorskiego, bajdurzył latami, że Berlin traktował Polskę jak „kolonię” i „kondominium”, Niemcy się przyzwyczaili. Ale to, że po wyborach nie przestał, to już ich dziwi. I nie zapomną. Można marzyć, że stosunki z Berlinem da się zastąpić w Europie relacjami z Budapesztem. Good luck!

Ćwierć wieku udanych starań o dobre stosunki z Żydami i Izraelem właśnie jest psutych przez głupawe wypowiedzi minister edukacji czy wybór prezesa IPN, który nad poszukiwanie prawdy historycznej przedkłada to, by nie oddać ani guzika z płaszcza polskiej historycznej niewinności.

Chaos i brak koncepcji najwyraźniej było widać w polskim działaniu po szoku Brexitu. Zaczęło się naturalnie od nawoływań o dymisje w Brukseli (ale nawet tu nie było koordynacji; szef MSZ wzywał do dymisji Junckera, prezes Kaczyński – Tuska). Potem były wygrażania, że premier Szydło natychmiast złoży „przełomowe polskie propozycje zmian w funkcjonowaniu UE”. Nie złożyła.

Dyplomacja za PiS przestała mieć zdolność tworzenia bardziej skomplikowanych projektów. A w jej strukturach dzieją się (choć wolniej) rzeczy podobnie fatalne jak za rządów Anny Fotygi. Pozycja szefa dyplomacji w PiS jest słaba, on sam skarży się współpracownikom, że do prezesa docierają na niego „dziesiątki donosów”, a o kluczowych nominacjach w MSZ decyduje nie on, lecz koordynator służb i szef MON. Zwalnianym ambasadorom czy dyrektorom Waszczykowski odmawia rekomendacji do struktur unijnych, co jeszcze bardziej osłabia międzynarodową pozycję Polski. Na korytarzach MSZ wróciło przekazywanie na kartkach prywatnych numerów telefonów. W efekcie polscy dyplomaci przestają prowadzić aktywną politykę zagraniczną na rzecz gaszenia pożarów wzniecanych przez politykę wewnętrzną.

Poza grą

Polska rządów PiS wypadła z gry europejskiej. Oczywiście prezydent, premier i ministrowie nadal będą spotykać się z partnerami z Grupy Wyszehradzkiej, rzadziej z Bałtami. Od czasu do czasu dojdzie do krótkich (które TVPiS będzie przedstawiać jako przełomowe) rozmów także z przywódcami państw z pierwszej ligi. Polska jest zbyt dużym krajem, by go ignorować, przynajmniej formalnie. Tylko nic nie będzie z tego wynikać.

Dlaczego PiS – po raz drugi, ale dziś w dramatycznie gorszych dla Polski warunkach – nie potrafi prowadzić polityki zagranicznej? Odpowiedź nie w tym, że PiS nie ma kadr. Że nawet ci nieliczni, którzy za „pierwszego PiS” stanowili biegun względnego umiarkowania i fachowości (Paweł Kowal, Marek Cichocki, Ewa Osiecka-Tomecka), są dziś poza rządem. Że ich ówczesny patron, prezydent Lech Kaczyński, nie tonuje już brata. Sedno problemu nie w tym też – jak czasem Waszczykowski próbuje, mrugając, mówić partnerom – że PiS w sprawach zagranicznych uprawia wrzask na potrzeby populistycznej polityki wewnętrznej, ale tak naprawdę jest gotów do poważnej gry za kulisami.

Problem podstawowy tkwi w PiS, czyli w Jarosławie Kaczyńskim. To nie jest populista, który mówi jedno na potrzeby ludu, a w zaciszu prowadzi politykę państwową. Jest gorzej. Jarosław Kaczyński jest sarmatą.

Sarmacja to szczery – ba, żarliwy – patriotyzm. Ale i archaiczne przekonanie, że to Polacy zrodzili całość prawdy, dobra i piękna w świecie, przy jednoczesnej totalnej niewiedzy, jak ten świat wygląda. To nieumiejętność planowania strategicznego i organizacji; działanie wspólnotowe musi być zrywem, szarpnięciem cugli, mobilizacją woli. To dominacja emocji nad chłodną kalkulacją. To stąd w PiS ta chaotyczność, gadatliwość, ta agresja wobec wszystkich dookoła.

Owszem, w „starej Europie” byli, są i będą tacy, którzy niekoniecznie nas kochają. Którzy uważają Polaków, nie tylko tych z PiS, za niedojrzałych mącicieli ładu europejskiego. Tylko z tego wynika wniosek odwrotny do pisowskiego: Polska – z naszą geografią i historią – będzie tym bezpieczniejsza, im bardziej zwarta będzie Europa, a my bliżej jej centrum decyzyjnego. Bo wtedy tendencje nam nieprzychylne będziemy w stanie skutecznie osłabiać (jak za duetu Tusk-Sikorski).

Kto dziś, jak PiS, stawia w zburzonej Europie na udział w rywalizacji europejskich nacjonalizmów, pisze receptę na katastrofę narodową. A pisać trzeba nowy, realny polski plan polityki zagranicznej. I to nie może być prosty powrót do strategii rządów PO, bo otoczenie od tego czasu się mocno zmieniło.

Sarmacki PiS zmienia Polskę na arenie międzynarodowej z państwa w plemię. Plemię potrafi krzyczeć, rzucić kamieniem, podudnić pięściami w torsy, porechotać z własnych przaśnych dowcipów – i tyle. Plemię nie jest w stanie skutecznie się targować, zawierać kompromisów czy koalicji. Na dłuższą metę plemię nie jest zdolne się obronić. Jak sarmaci w XVIII w. Jak sarmaccy senatorzy w 1939 r.

***

Marcin Bosacki, do 31 lipca ambasador RP w Kanadzie, wcześniej rzecznik MSZ, szef działu zagranicznego i korespondent w USA „Gazety Wyborczej”

polityka.pl

Nizinkiewicz:

Przez ostatnie dwa lata słyszeliśmy, że PO to partia schodząca, bez znaczenia, Schetyna to nie lider, a teraz okazuje się, że Komisja Europejska jest na pasku Platformy, a art. 7 to wina PO. Szanowni rządzący, zdecydujcie się.

Jest pierwszy komentarz premiera Mateusza Morawieckiego.

„Polska jest przywiązana do zasady praworządności tak samo jak UE. Reforma wymiaru sprawiedliwości jest w Polsce konieczna. W dialogu między Warszawą, a Komisją potrzebujemy otwartości i uczciwości. Wierzę w to, że podmiotowość Polski da się pogodzić z ideą Zjednoczonej Europy” – napisał na Twitterze.

DLACZEGO ?

20.12.2017, Michał Boni

Dlaczego Komisja Europejska po przeszło półtorarocznych próbach wyjaśniania sytuacji w Polsce i różnych wysiłkach nawiązywania dialogu z rządem PiSu – tak mocno wyraża swoje stanowisko właśnie teraz ?

Skończył się czas dialogu po tylu próbach i tylu przypadkach odwracania się rządu PiS od rozmów i woli zmienienia czegokolwiek w destrukcyjnych dla demokracji i reguł państwa prawa działaniach.

W międzyczasie były dwie duże opinie Komisji Weneckiej, ciała międzynarodowo szanowanego za swoją rzetelność i bezstronność analiz – dotyczące zniszczenia Trybunału Konstytucyjnego oraz Sądu Najwyższego i sposobu kreowania Krajowej Rady Sądownictwa. W międzyczasie różne stowarzyszenia sędziowskie i prawnicze, łącznie z amerykańskimi – ostrzegały rząd PiS przed niszczeniem niezawisłości sędziów i niezależności sądownictwa. W międzyczasie odbyło się w Polsce wiele masowych, wielotysięcznych protestów obywateli zatroskanych o podstawy demokracji, bo tym jest rozdzielność władz: sądowniczej, ustawodawczej i wykonawczej, bo tym jest niezależność Trybunału Konstytucyjnego.

I co ?

Nic. Milczenie. Kpiny z obywateli. Propagandowe wmówienia, że tak i tego chce naród, że PiS ma większość w sejmie i senacie. I że może wszystko.

Przemilczę już wywody Premiera Morawieckiego o rzekomym poczuciu w Polsce, że sędziowie Sądu Najwyższego powinni być traktowani jak kolaboranci Vichy we Francji. Przemilczę, bo nie podejrzewam Premiera o tak niski próg inteligencji i tak dużą nienawiść do dorobku wszystkich Polaków po 1989 roku, którego był też zadowolonym beneficjentem przez lata.

Pisowski rząd sam stworzył sytuację, która krok po kroku wymuszała decyzje Komisji. I może o to PiS-owi chodziło, żeby teraz nabuzować negatywne emocje wokół Unii Europejskiej. Jakie to krótkowzroczne……

Co jest w decyzji Komisji ?

Po pierwsze, ciagle otwarta jest furtka w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, bo są przedstawione przez Komisję konkretne 4 rekomendacje dotyczące Trybunału i zasady praworządności. Jest więc otwarta furtka do ich wypełnienia i tym samym nie uruchomienia procedury związanej z art.7 . Na to Komisja daje polskim władzom 2 miesiące.

Po drugie, skierowane jest zapytanie do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o podjęcie procedury sprawdzenia, osądzenia i ewentualnego ukarania Polski ( za co bierze odpowiedzialność rząd PiS) za łamanie zasad dotyczących gwarancji niezawisłości sędziów i niezależności sądów ( z ustawy o sądach powszechnych ) – co dotyczy sposobu odwoływania i mianowania prezesów sądów różnych instancji oraz wymuszania poprzez narzucenie nowego modelu wieku emerytalnego odejść z sądów, co podważa niezawisłość sędziowską. Ale Trybunał sprawdzając wszystkie uwarunkowania – będzie w dialogu z rządem PiS, co oznacza kolejny czas na zmiany decyzji niszczących praworządność w Polsce.

I po trzecie, przesłanie do Rady, ze wskazaniem art. 7.1 Traktatu – listy wszystkich spraw, które mogą się kwalifikować jako czynniki niszczące systemowo praworządność w Polsce z prośbą o zajęcie przez Radę stanowiska w kwestii potwierdzenia lub nie, że pryncypia praworządności w Polsce są łamane. Do przyjęcia takiego stanowiska nie jest potrzebna jednomyślność, wystarczy 4/ 5 głosów, czyli 22 kraje. I to może prowadzić do kroku polegającego na odsunięciu rządu PiS od możliwości podejmowania decyzji w Radzie, razem z innymi. Taka – jakby nie było: „ośla ławka”.

Ale! Ale – zanim to nastąpi są 3 MIESIĄCE dane rządowi PiS, by jeszcze miał szanse coś zmienić.

Komunikat Komisji Europejskiej to WIELKA PRZESTROGA!! Z wiszącym artykułem 7.1 Traktatu – ale czy decyzje ostateczne zapadną: ciągle zależy od PiS.

Skądinąd, to wielka strata dla kraju, którego rząd doprowadza do takiej sytuacji. Ale stratą jest to, że od wielu miesięcy rząd PiS i tak nie uczestniczy w podejmowaniu ważnych decyzji, bo sam skazał się na utratę wiarygodności i utracił miejsce przy stole. Czego dobrym przykładem było wczesne czmychnięcie Premiera Morawieckiego z posiedzenia ostatniej Rady Europejskiej.

To nie są żadne sankcje w potocznym rozumieniu, że zabiorą nam jakieś pieniądze.

To jest ostatnia możliwość, by rząd PiSu zmienił zdanie. To jest ostatni sposób na opamiętanie, by po ewentualnych decyzjach Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości – nie wyznaczono nam kar finansowych ( a kary w języku prawnym, to nie to samo co sankcje) za łamanie europejskiego prawa, jak to uczyniono już w sprawie Puszczy Białowieskiej. To jest droga, by rząd PiSu stając w obliczu oceny innych rządów – zrobił krok wstecz, uniknął wstydu ( tak! Wstydu !) i wrócił do europejskiej rodziny przyjaciół szanujących się wzajemnie i szanujących wzajemnie obowiązujące wartości i prawa.

Tak wygląda prawda w tej sprawie.

A nie histeria i kłamliwa próba przekabacania prawdy. Czy manipulacyjne narzucanie przez PiS opinii publicznej w Polsce własnego języka, gdzie kłamstwo jest prawdą, gdzie surowa ocena błędów partii rządzącej jest nazywana zdradą, gdzie upomnienie i wezwanie do opamiętania nazywane jest groźnie brzmiącym słowem „sankcje”.

Pomyślcie spokojnie o tym, kto zawinił i kto czyni zło….

michalboni.natemat.pl

Opcja atomowa Unii Europejskiej została uruchomiona. Artykuł 7 w użyciu. PiS wyprowadza Polskę z Unii Europejskiej

To, co jeszcze dwa lat temu wydawało się niemożliwe, na naszych oczach staje się faktem. Uruchomienie artykułu 7 się potwierdza, będzie to pierwszy taki przypadek w historii Unii Europejskiej.

A jednak!

Polska pod rządami PiS jest już pariasem Unii Europejskiej.

Dla Europy nie ma różnicy między Morawieckim a Szydło.

To i to marionetka.

Lech Wałęsa o kolejnej już dyskusji Komisji Europejskiej na temat nieprzestrzegania prawa przez rząd PiS.

To PiS jest skonfliktowany z Unią, nie Polacy!

Bandyta nie powie, że będzie kradł i zabijał.

PiS doprowadził Polskę do narożnika, nam każą przyjmować ciosy na siebie, sami biorą nogi za pas, jak Morawiecki.

Zachowanie Mateusza Morawieckiego podczas ostatniego szczytu Unii Europejskiej było wcześniej zaplanowane, aby mógł potem powiedzieć, że Polska pisowska nie będzie petentem. I to nie dlatego, że PiS wstaje z kolan, lecz z powodu sytuacji, do której nasz kraj doprowadzili. Doprowadzili do narożnika, nam każą przyjmować ciosy na siebie, sami biorą nogi za pas, jak Morawiecki.

Słynny artykuł 7 Traktatu Unii Europejskiej (sankcje) wisi nad Polską jak miecz Damoklesa, a PiS nie ma już żadnych narzędzi, aby go powstrzymać. Musieliby się wycofać z ustaw sądowniczych, ale wiemy, że tego nie zrobią. Prędzej czy później spadnie na nas ostrze rozstania.
Morawiecki przygotowuje się do roli bohatera, może nawet zadeklarować jakiś ochłap „kompromisu” typu, że PiS z czegoś się wycofa, aby przedłużać agonię. Dobre to było rok i dwa lata temu, gdy zapraszano Komisję Wenecką, dzisiaj przestaje działać.

Niezrozumienie polityki europejskiej i globalnej w PiS jest zastanawiające. Na Zachodzie politycy wypowiadają się, gdy przeprowadzą wszechstronne konsultacje. Tak należy traktować głos o poparciu dla zastosowanie artykułu 7 przez prezydenta kraju, gdzie używano gilotyny – Emmanuela Macrona i kanclerz Niemiec Angeli Merkel, gdzież kolei gilotyna na głowy Bourbonów została wyprodukowana. Może jeszcze nie dzisiaj ani jutro, ale przy tak uprawianej polityce względnie szybko nastąpi dekapitacja Polski.

Fatalne stosunki z UE miały być rekompensowane klientyzmem wobec USA. Myślenie żałosne, jeżeli zważy się, w jaki sposób za Oceanem jest traktowana konstytucja i poprawki do niej. Tam nie zmienia się konstytucji, bo jakiś prezydent dostał oświecenia, tam dopisanych zostało 27 poprawek i są pismem świętym demokracji.

Przed prawem ustrojowym klęka się, a jako rekwizyt w przysiędze konstytucję zastępuje Biblia. PiS liczył na Trumpa, którego impet demolujący został natychmiast powstrzymany przez Sąd Najwyższy (któremu nikt nie jest w stanie odebrać prerogatyw ustrojowych).

To z waszyngtońskiego Departamentu Stanu wyszło oświadczenie w sprawie nałożenia kary przez KRRiT na TVN, które miało moc truchlejącą dla pisowskich zapędów cenzorskich.

Jeszcze silniejszy głos zza Oceanu wydali prawnicy – korporacja (jak powiedzieliby politycy PiS) rządząca USA – Amerykańskie Stowarzyszenie Prawników (ABA). Organizacja zrzeszająca ponad 400 tysięcy członków postanowiła stanąć w obronie wolności sądów w Polsce. Hilarie Bass, przewodnicząca ABA zwróciła się do Andrzeja Dudy z apelem o zawetowanie ustaw sądowniczych. Zapowiedziano ponadto monitorowanie pisowskiego bezprawia ustrojowego. Ten głos przełoży się na naszą gospodarkę, bo korporacje amerykańskie mają bliskie związki z ABA.

Waldemar Mystkowski

Nowa marionetka, ten sam mistrz lalek w Polsce

Powiedzmy otwarcie.

PiS przygotowuje nas na wyjście z Unii Europejskiej.

KE zdecydowała uruchomić artykuł 7, do sankcji jest jeszcze daleko.

Kolejny etap to Rada Unii Europejskiej ds. ogólnych. A ta najprawdopodobniej zbierze się dopiero w lutym.

Koszmarna wiadomość.

 

Rafał Woś: Koszmar opozycji. W Morawieckiego nie da się walić jak w bęben

Rafał Woś Rafał Woś, 20.12.2017

Mateusz Morawiecki

Mateusz Morawiecki (Fot. Adam Stpie / Agencja Gazeta)

Wyobraźmy sobie sondaż wśród zatwardziałych krytyków PiS. Pytanie brzmi: „Który z czołowych polityków obozu władzy jest najmniej szkodliwy dla Polski?”

Kto by wygrał w takim sondażu? Tylko szczerze i bez kunktatorstwa! No wiadomo, że przecież nie Szydło, nie Ziobro i nie Macierewicz. I tym bardziej nie Kaczyński. Zwycięzcą (i to o kilka długości) byłby oczywiście Mateusz Morawiecki.

Dlatego fakt, że właśnie on stanął teraz na czele rządu, i że to on poprowadzi partię władzy do następnych wyborów, to dla krytyków PiS prawdziwy koszmar. Najgorszy przebieg rekonstrukcji rządu jaki mogli sobie wyobrazić.

Mianując Morawieckiego Kaczyński postąpił więc zgodnie z powiedzeniem, żeby uważać czego sobie życzymy. Bo może nam się to – cholera – spełnić. Gdyby na stanowisku pozostała Beata Szydło, opozycja mogłaby iść dalej wypróbowana ścieżką. Przypominać niewydrukowane orzeczenia Trybunału. Bić na alarm w sprawie „pełzającego autorytaryzmu” i wizji polexitu. Szydzić z niesamodzielności pani premier.

Gdyby natomiast jej miejsce zajął Kaczyński, mielibyśmy eksplozję politycznego dżihadu. Ale Morawiecki? Jego nominacja jest przecież rodzajem ostentacyjnego ukłonu w stronę wszystkich swoich politycznych krytyków. Nie podobała wam się Beata? Nie podobam wam się ja? No to macie Morawieckiego. Żadnego tam zakonnika PC, tylko byłego prezesa filii zachodniego banku, który o mały włos nie został ministrem finansów w rządzie Tuska! Ta nominacja jest trochę jak lipcowe weta Andrzeja Dudy. I jedno i drugie psuje opozycji spójną opowieść, że władza PiS nie liczy się z nikim i z niczym. I że w zasadzie żyjemy już na Białorusi.

„Swój człowiek” w obozie władzy

Wiarygodnego pomysłu na „odpakowanie” Morawieckiego nie znalazł żaden z odłamów opozycji. Ani zatwardziały antyPiS, jak i bardziej pojednawczy niePiS.

Ten pierwszy ma trudniej. Trzeba przecież przypomnieć, że na samym początku „dobrej zmiany” gospodarczy wicepremier Morawiecki uchodził tu wręcz za „swojego człowieka” w obozie władzy. Zatwardziały antyPiS nie miał z nim tylu otwartych rachunków, co z Kaczyńskim, Ziobrą czy Macierewiczem. Nawet gdy potem Morawiecki mówił (choć skąpo), że w popiera PiS-owskie zmiany w systemie sądownictwa, puszczano to mimo uszu. „Jest w PiS ciałem obcym i próbuje się zalegitymizować” – mówiono na przykład.

Na dodatek dla dużej części liberalnej opozycji główny postulat Morawieckiego jest dziś jak najbardziej do zaakceptowania. Bardziej aktywna rola „przedsiębiorczego państwa” w gospodarce to przecież rodzaj trzeciej kadencji Platformy Obywatelskiej. Oczywiście nie tej dzisiejszej, która pod względem poglądów na gospodarkę cofnęła się o dobrą dekadę i miota się gdzieś między bezideowością Grzegorza Schetyny a przedpotopowym liberalizmem Andrzeja Rzońcy. Morawiecki jest raczej pełnoprawnym spadkobiercą Jana Krzysztofa Bieleckiego, który w drugim rządzie Tuska pełnił funkcję nieformalnego wicepremiera od gospodarki. A Morawiecki był wtedy jednym z jego doradców.

Jednocześnie dzisiejszy Morawiecki dość wyraźnie pokazuje, gdzie są granice jego korekty systemu neoliberalnego. Podatków podnosić nie zamierza, stawia raczej na uszczelnienie systemu. Solą ziemi są dla niego nie pracownicy, lecz przedsiębiorcy. Zachodni kapitał zamierza nadal ściągać przy pomocy ulg podatkowych („Cała Polska będzie jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną dla biznesu”). Do tego jest – jak większość POPiS-owskich elit politycznych – werbalnie antykomunistyczny.

Morawiecki trafia w dojrzewającą od wielu lat tęsknotę za innym kapitalizmem. Nie tym anglosaskim a’la Chicago. Ale raczej za społeczną gospodarką rynkową na wzór Niemiec Zachodnich z lat 50. i 60. XX wieku. Morawiecki będzie więc dla liberalnej opozycji trudnym przeciwnikiem. Bo trudno walczy się z kimś, kto reprezentuje cały szereg postulatów, z którymi zgadza się spora część potencjalnego elektoratu opozycji.

Żeby Polacy pracowali mniej

A co z bardziej umiarkowanymi krytykami PiS – w przeciwieństwie do antyPiS-u nazwijmy ich niePiS-em. Czy niePiS-owi będzie łatwiej krytykować Morawieckiego? Niekoniecznie. Również dlatego, że nowy premier nie jest przedpotopowym liberałem w stylu Balcerowicza.

Widać to było w czasie expose, w którym pojawił się temat walki ze smogiem i zapowiedź końca wycinki Puszczy Białowieskiej. Były nawet takie tematy jak brzydota polskiej przestrzeni publicznej (efekt wolnej amerykanki w urbanistyce) czy postulat, by Polacy pracowali mniej. Było też wyraźne potępienie nierówności dochodowych. To język, którym dotychczas mówiła u nas wyłącznie nowa lewica. Teraz mówi nim nowy PiS-owski premier. I oczywiście można (a nawet należy) nieustannie sprawdzać, czy nie jest to tylko gadanie. Trudno jednak nie zauważyć, że jest to ten rodzaj politycznej wizji, której próżno szukać u przywódców parlamentarnej opozycji.

Polityczny projekt Kaczyńskiego o nazwie „Mateusz Morawiecki” to na wielu poziomach wciąż wielka niewiadoma. Pytań jest wiele. Czy technokrata Morawiecki zdoła się trwale zalegitymizować w polskiej polityce? Czy raczej system go odrzuci, tak jak odrzucił kiedyś innych „ekonomicznych spadochroniarzy” np. Jerzego Hausnera czy Marka Belkę? Czy fotel premiera posłuży Morawiecki do zabezpieczenia sobie schedy po Kaczyńskim w obozie Zjednoczonej Prawicy (zdaje się, że taki casting na sukcesora właśnie się rozpoczął)? Czy PiS-owska „ulica” nie cofnie mu poparcia w sytuacji, gdy pogorszy się polityczna koniunktura albo zabraknie parasola mocnego człowieka z Nowogrodzkiej?

Wszystkiego tego na razie nie wiemy. To, co widać w tej chwili, to bardzo sprytny ruch w obozie rządowym. Kto wie, czy nie na wagę drugiej kadencji parlamentarnej.

 

gazeta.pl

Dwóch pilotów rannych, maszyna w kawałkach. Zobaczcie, co MON nazwał „zdarzeniem lotniczym”

Temu zdarzeniu przypisano tak zdawkowy komunikat, że niemal nikt nie zwrócił na nie uwagi. Tymczasem zaledwie kilka dni przed katastrofą samolotu MiG-29, na lotnisku w Dęblinie roztrzaskał się wojskowy śmigłowiec SW-4. Dwójka pilotów wciąż jest jeszcze w szpitalu, ich maszyna została rozbita podczas lądowania. Jako pierwsi publikujemy zdjęcia.

 

wp.pl

Są sędziowie w Rzeczpospolitej

19.12.2017
wtorek

Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy warto bronić sądów przed przejęciem przez władzę polityczną, to sam jeden sędzia Igor Tuleya jest dowodem, że warto. Że sędziowie potrafią być odważni i orzekać w zgodzie z sumieniem, narażając karierę, a może i bezpieczeństwo.

Sędzia Tuleya nakazał prokuraturze podjąć umorzone postępowanie w sprawie głosowań „kolumnowych”, które marszałek Sejmu Marek Kuchciński przeprowadził rok temu, podczas uchwalania m.in. budżetu państwa.

Pamiętamy: wobec blokowania mównicy sejmowej przez PO i Nowoczesną (w proteście przeciwko ograniczeniu dostępu dziennikarzy do Sejmu i wykluczeniu z obrad posła PO Michała Szczerby) zwołano zebranie klubu PiS w Sali Kolumnowej Sejmu. To zebranie płynnie przekształciło się w obrady plenarne. Tak przyjęto kilka ustaw. Posłowie innych klubów zostali zawiadomieni o tym posiedzeniu esemesami siedem minut przed rozpoczęciem obrad. W Sali Kolumnowej mieści się połowa ustawowej liczby posłów, więc gdyby większość posłów nie-PiS chciała się tam stawić, część fizycznie by się nie zmieściła.

Wcześniej, za zamkniętymi drzwiami, obsługa Sejmu przemeblowała salę tak, by uniemożliwić posłom nie-PiS, którzy się zjawią, dostanie się w pobliże stołu marszałka, by zgłosić chęć zabrania głosu.

PO i Nowoczesna złożyły doniesienia do prokuratury o nadużyciu władzy przez marszałka Kuchcińskiego, które skutkowało tym, że część chętnych do udziału w obradach posłów opozycji była odcięta od możliwości wejścia na salę. A samo procedowanie nad ustawami łamało regulamin Sejmu: kilkaset poprawek głosowano w jednym głosowaniu, a posłowie opozycji nie mogli zgłaszać nawet wniosków formalnych. Nie wiadomo też, czy było kworum podczas głosowania, a niektórzy posłowie (np. sfilmowany przy tym Zbigniew Ziobro) wpisali się na listę już po głosowaniach.

Prokuratura Zbigniewa Ziobry po pół roku umorzyła postępowanie. Stwierdziła, że marszałek mógł przenieść obrady. Nie zauważyła, że w miejscu wybranym przez niego nie mieściła się połowa posłów. Stwierdziła, że wybrał największą salę w Sejmie – i to wystarczy. A „wszyscy posłowie mieli pełną swobodę udziału w posiedzeniu Sejmu przeniesionym do Sali Kolumnowej”. Dowód: kilku posłów PO i Kukiz’15 prokuratura dopatrzyła się na sali. Kworum prokuratura stwierdziła na podstawie sporządzonej ręcznie listy głosowań. „Nie stwierdziła też naruszenia regulaminu Sejmu ani innych przepisów w przypadku kilku posłów, którzy złożyli podpisy na liście bezpośrednio po zakończeniu posiedzenia Sejmu w Sali Kolumnowej, kiedy z niej wychodzili”, bo „regulamin Sejmu określa wyłącznie czas wyłożenia listy – do zakończenia posiedzenia, ale nie nakłada na posłów obowiązku, by złożyli na niej podpis w tym terminie”.

Gołym okiem widać, że prokuratura pominęła dowody i zachowywała się jak adwokat marszałka Kuchcińskiego. Zresztą niczego innego się po niej nie spodziewaliśmy, bo nie po to PiS przejął prokuraturę, żeby kontrolowała legalność jego poczynań.

Wobec tych nagich faktów sędzia Tuleya zachował się jak dziecko z bajki Andersena i powiedział: „król jest nagi”. Tyle że nie – jak ów chłopiec – z naiwności, ale z poczucia sędziowskiej odpowiedzialności i honoru.

„Sąd, akceptując tę decyzję prokuratury, akceptowałby łamanie prawa, jakie dokonało się w Sali Kolumnowej. Zaakceptowałby też podeptanie zasad przyzwoitości” – powiedział, ustnie uzasadniając decyzję uchylającą prokuratorskie umorzenie. Ocenił, że prokuratura, prowadząc śledztwo, nie dochowała wymogu neutralności, bo zamiast oceniać sprawę pod względem prawnym, skupiła się na uzasadnianiu, że decyzja marszałka Kuchcińskiego była słuszna. Przywołał zeznanie posłanki Krystyny Pawłowicz, że przeniesienie obrad do Sali Kolumnowej planowano już od rana, jeszcze zanim posłowie opozycji zablokowali mównicę. I zeznania wicemarszałka Ryszarda Terleckiego, że przemeblowano Salę Kolumnową, by „uniemożliwić blokowanie obrad”. Czyli nie dopuścić opozycji do głosu. Potwierdzili to inni posłowie PiS, a także nagrania wideo z obrad.

Sędzia Tuleya, wydając postanowienie o uchyleniu umorzenia śledztwa „kolumnowego”, wiedział, co go czeka. Już to przeżył, gdy w 2013 roku, orzekając w sprawie „doktora G.”, skierował do prokuratury sygnalizację, że metody przesłuchań stosowane w tej sprawie wobec świadków przez CBA Mariusza Kamińskiego i prokuraturę Zbigniewa Ziobry mogły naruszać prawo, szczególnie zakaz okrutnego traktowania i wymuszania zeznań. Powiedział, że budzą skojarzenia z metodami stosowanymi w latach 40. i 50. PiS i dziennikarze, wówczas „niepokorni”, natychmiast wyciągnęli mu, że jego matka pracowała w milicji i SB – jakby w jakikolwiek sposób był za to odpowiedzialny. Nie mówiąc już o logice rozumowania, że jako dziecko pracownicy SB jest stronniczy, potępiając stalinowskie metody.

Teraz też odezwali się dziennikarze, dziś niekoniecznie „niepokorni”, wypominając mu matkę (nie wyjaśniając wszakże jej związku z „głosowaniem kolumnowym”). A także to, że niecały rok temu zasądził odszkodowanie: 264 tys. złotych z żądanych 9 milionów „gangsterowi” (Ryszardowi Boguckiemu). Jakby gangster wyjęty był spod prawa do odszkodowania za to, że z powodu horrendalnie długiego śledztwa i procesu (zakończonego uniewinnieniem) przetrzymywano go przez dziewięć lat w areszcie, w pojedynczych celach, z utrudnionym dostępem powietrza i non stop zapalonym światłem, co powoduje zaburzenia snu. A więc w warunkach, które polskie i międzynarodowe prawo uznaje za okrutnie traktowanie.

Prawo daje prawo do odszkodowania za bezzasadne pozbawienie wolności – i to prawo uszanował sędzia Tuleya. Narażając się opinii publicznej, która przyznanie odszkodowania „gangsterowi” uznała za skandal.

Co jednak powiedzą ci wówczas oburzeni, kiedy Obywatela RP Franciszka Jagielskiego pisowskie organy ścigania pozbawiają wolności za użycie wulgarnych słów wobec dziennikarki TVP? I robią mu przeszukanie w domu i w biurze? Co powiedzą, gdy człowieka, który podpala drzwi biura poselskiego posłanki Beaty Kempy, aresztuje się pod zarzutem terroryzmu, a sprawców podpalenia drzwi do biura Kampanii Przeciw Homofobii w Warszawie (oba lokale znajdują się w zamieszkałej kamienicy) nawet się nie szuka? A działacze KPH dostają od policji radę, żeby się przenieśli do drogiej dzielnicy, bo tu ich obecność „prowokuje”?

Sędzia Igor Tuleya stosuje prawo równo do wszystkich – jak stanowi konstytucja. Jego krytycy, gdyby przyszło im stawać przed sądem, woleliby raczej takiego sędziego niż sędziego, który kiedy orzeka, boi się władzy lub opinii publicznej.

Sędzia Tuleya naraził się na postępowanie dyscyplinarne, w którym o jego losie zdecydują sędziowie i ławnicy wskazani przez PiS do nowej Izby Dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Za co miałoby być owo postępowanie, pokazały natychmiast „Wiadomości” TVP, emitując fragment wideowywiadu dla wyborczej.pl, w którym sędzia mówi, że chodził na demonstracje w obronie sądów. PiS lansuje tezę, że takie zachowanie godzi w powagę urzędu sędziowskiego. Powiedziała to publicznie m.in. doradczyni prezydenta Zofia Romaszewska podczas prac sejmowej komisji sprawiedliwości nad prezydenckimi projektami ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Mając na myśli Pierwszą Prezes SN Małgorzatę Gersdorf, mówiła, że takie zachowanie to rzecz „wysoce nie na miejscu, za którą powinno się usuwać z zawodu”.

Sędzia Piotr Tuleya znał tę wypowiedź, orzekając w sprawie „głosowania kolumnowego”. Znał też treść projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, która przewiduje obsadzenie sądu dyscyplinarnego przez partię rządzącą. A także możliwość powołania przez prezydenta specrzecznika dyscyplinarnego do zajęcia się konkretnym sędzią. Znał też treść ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, która przewiduje, że o awansach sędziów zdecyduje KRS obsadzona w 90 procentach przez PiS.

I za to, że narażając się na szykany, orzeka zgodnie z prawem i własnym sumieniem, zgodnie z zasadą równości, należy mu się najwyższy szacunek.

Także za to, że to jego orzeczenie może być kiedyś w Polsce, w której prokuratura nie działa na zlecenie partii rządzącej, argumentem za wznowieniem postępowania karnego. Lub za postawieniem marszałka Kuchcińskiego przed Trybunałem Stanu. Sędzia Tuleya określił procedowanie w Sali Kolumnowej „pogwałceniem aksjologii państwa republikańskiego”.

siedlecka.blog.polityka.pl

Komu zaszkodzi artykuł 7?

Jarosław Kaczyński Unia Europejska

  fot. Krystian Dobuszynski/REPORTER/East News  /  źródło: 123RF
Jakub Majmurek

JAKUB MAJMUREK

Widmo artykułu 7 coraz bardziej intensywnie nawiedza polską politykę. Zawarte w tej części Traktatu o Unii Europejskiej przepisy, określające sankcje, jakie mogą zostać nałożone na kraj członkowski, jako kara za nieprzestrzeganie podstawowych wartości Wspólnoty mogą realnie zostać zastosowane przeciw Polsce.

Skutki zastosowania artykułu 7 wobec Warszawy są przy tym nieprzewidywalne. Interwencja Brukseli może bowiem równie dobrze zmobilizować przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu wyborców, którzy do tej pory pozostawali obojętni na to, co jego partia robi z polską konstytucją. Owi wyborcy mogą autentycznie przestraszyć się tego, że kolejna kadencja PiS to utrata unijnych dopłat i powrót do kontroli paszportowych na granicach. Interwencja może też jednak równie dobrze pomóc PiSowi – mobilizując część elektoratu, czułego na narrację objaśniającą, że „ulica i zagranica”, oraz sprzymierzona z nimi „nowa Targowica”, usiłują obalić pierwszy rząd, który skutecznie walczy o polskie interesy w świecie i dobrostan polskich rodzin w kraju.

My razem z Orbánem i jakoś to będzie

PiS podobną narrację sprzedaje zresztą już od dawna. Niektórzy komentatorzy spekulują nawet, czy partia celowo nie podsyca sporu z Europą na użytek wewnętrzny, by mobilizować elektorat, na który działa opowieść o „wstawaniu z kolan”.

Politycy rządzącego układu zachowują się przy tym, jakby w ogóle nie dopuszczali do siebie myśli, że sankcje faktycznie mogą Polskę dotknąć. Sam premier Mateusz Morawiecki – mianowany na to stanowisko podobno po to, by łagodzić spory z Europą – powiedział, że Polska jest suwerennym krajem, który „ma się prawo reformować” i nie będzie działał „pod pistoletem” unijnych sankcji.

PiS ma z pewnością rację w tym, że od ewentualnego rozpoczęcia procedury przez KE do sankcji droga bardzo daleka. By do sankcji doszło Rada Europejska musi wcześniej jednomyślnie stwierdzić poważne naruszenie którejś z fundamentalnych wartości Unii, wyszczególnionych w art. 2 Traktatu. PiS liczy, że w tej sytuacji uratuje go głos Viktora Orbána – który wie, że jeśli Bruksela ukaże PiS, może w przyszłości z tych samych paragrafów nałożyć sankcje także na jego rząd.

Warto jednak pamiętać, że Orbán już raz zawiódł PiS jako sojusznik – poparł wybór Tuska na drugą kadencję. Także w kwestii głosowania nad sankcjami Budapeszt wybierze własne interesy, nie będzie się kierował żadnymi sentymentami wobec Nowogrodzkiej.

Nie trzeba sankcji, by dużo stracić

Antoni Dudek, w niedawnym wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” spekulował z kolei, że Kaczyński gra na zmęczenie UE sporem z Polską. Lider PiS miałby liczyć na to, że w końcu Unia „odpuści mu sądy”, tak, jak innym państwom odpuściła nieprzepisowe wymiary długu publicznego, czy inflacji. Unia ma przecież dość swoich problemów – Brexit, sytuacja w Katalonii, negocjacje nowej perspektywy budżetowej po 2020 roku – by dokładać sobie jeszcze spór z Polską.

Krajowi z łatką, jaką ma dziś Polska trudno będzie bronić w Unii swoich interesów – obojętnie czy chodzi o dopłaty dla rolników, następny budżet, unijne fundusze, solidarność energetyczną, pomoc publiczną dla polskich przedsiębiorstw czy politykę Brukseli wobec Rosji.

Kaczyński może mieć rację co do tego, że Unia nie sięgnie łatwo po „opcję nuklearną” twardych sankcji. Jednak nawet bez oficjalnych sankcji problem naruszania przez Polskę wartości z Art. 2 Traktatu nie zniknie. Będzie on ciążyć nad polską pozycję w UE. Krajowi z łatką, jaką ma dziś Polska trudno będzie bronić w Unii swoich interesów – obojętnie czy chodzi o dopłaty dla rolników, następny budżet, unijne fundusze, solidarność energetyczną, pomoc publiczną dla polskich przedsiębiorstw czy politykę Brukseli wobec Rosji. Sam Morawiecki przekonał się zresztą co znaczy słaba polityczna pozycja w UE, gdy nic nie udało mu się wskórać w sprawie zmiany przepisów o pracownikach delegowanych.

Rząd idący obecną drogą w sporze z Brukselą czeka cała seria podobnych porażek. Te zaś prędzej, czy później zaczną przekładać się na interesy całych grup wyborców w Polsce.

Kłopotliwy prezent dla opozycji

Pytanie jednak, czy PiS szkodząc swoją polityką w Brukseli w Polsce, zaszkodzi sobie politycznie. Konstrukcja „PiS nie jest nic w stanie załatwić w Brukseli właśnie dlatego, że jako pierwszy rząd od lat twardo broni polskiego interesu i nie prowadzi polityki na kolanach” jest tyleż absurdalna, co skuteczna. Do tej pory przynajmniej działała na korzyść partii z Nowogrodzkiej. Nawet groteskowa kompromitacja, jaką była nieudana i od początku skazana na klęskę próba zablokowania drugiej kadencji Tuska w Radzie Europejskiej, skończyła się dla PiS tylko bardzo nieznacznym sondażowym spadkiem, który partii udało się szybko odrobić.

Choć całkowity brak pomysłu na politykę europejską jest wielka słabością PiS, opozycji jak dotąd w ogóle nie udało się tego wykorzystać. Ani liberałowie, ani ludowcy, ani lewica nie mają pomysłu na narrację tłumaczącą w przystępny sposób to, w jaki sposób polityka europejska PiS stwarza zagrożenia dla przeciętnej polskiej rodziny.

Uruchomienie procedury w sprawie Art. 7 wcale nie ułatwi jej zadania. Wręcz przeciwnie. Jeśli do jej uruchomienia dojdzie, PiS i bliskie mu ośrodki medialne (z niezmordowanymi „Wiadomościami” TVP na czele), przedstawi to jako „atak na Polskę”. Opozycja, dzieląca z Brukselą troskę o stan praworządności nad Wisłą, zostanie w tej perspektywie przedstawiona jako partia „zdrady narodowej”.

Strategia „im gorzej, tym lepiej” w kwestii pozycji Polski pod rządami PiS w Europie także niczego nie rozwiązuje. Niestety, im gorzej, tym gorzej – także dla tych, którzy PiS nigdy nie popierali i nie poprą.

PiS już zachowuje się, jakby każda krytyka rządu była podważaniem wyniku wyborów i zdradą ojczyzny. Umieszczenie polskiego sporu politycznego w kontekście ewentualnych sankcji wzmocni tę retorykę. Bardzo trudno jest wytłumaczyć opinii publicznej, dlaczego popiera się sankcje wymierzone we własne państwo.

Jeśli opozycja błyskawicznie nie opracuje sprytnej strategii komunikacyjnej, w jaki sposób za cały spór z Brukselą obwinić PiS, rządząca partia wcale nie musi na sporze z Unią stracić. Przynajmniej do czasu, gdy skutki odstawienia na boczny tor w Europie nie staną się aż nazbyt widoczne dla przeciętnych obywateli. Ale doprowadzenie do tej sytuacji także nie jest w niczyim interesie – powrót do europejskiego głównego nurtu może być bowiem po PiS bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Strategia „im gorzej, tym lepiej” w kwestii pozycji Polski pod rządami PiS w Europie także niczego nie rozwiązuje. Niestety, im gorzej, tym gorzej – także dla tych, którzy PiS nigdy nie popierali i nie poprą.

newsweek.pl

Artykuł 7 Traktatu UE wisi nad Polską jak miecz Damoklesa

Artykuł 7 Traktatu UE wisi nad Polską jak miecz Damoklesa

PiS doprowadził Polskę do narożnika, nam każą przyjmować ciosy na siebie, sami biorą nogi za pas, jak Morawiecki.

Zachowanie Mateusza Morawieckiego podczas ostatniego szczytu Unii Europejskiej było wcześniej zaplanowane, aby mógł potem powiedzieć, że Polska pisowska nie będzie petentem. I to nie dlatego, że PiS wstaje z kolan, lecz z powodu sytuacji, do której nasz kraj doprowadzili. Doprowadzili do narożnika, nam każą przyjmować ciosy na siebie, sami biorą nogi za pas, jak Morawiecki.

Słynny artykuł 7 Traktatu Unii Europejskiej (sankcje) wisi nad Polską jak miecz Damoklesa, a PiS nie ma już żadnych narzędzi, aby go powstrzymać. Musieliby się wycofać z ustaw sądowniczych, ale wiemy, że tego nie zrobią. Prędzej czy później spadnie na nas ostrze rozstania.
Morawiecki przygotowuje się do roli bohatera, może nawet zadeklarować jakiś ochłap „kompromisu” typu, że PiS z czegoś się wycofa, aby przedłużać agonię. Dobre to było rok i dwa lata temu, gdy zapraszano Komisję Wenecką, dzisiaj przestaje działać.

Niezrozumienie polityki europejskiej i globalnej w PiS jest zastanawiające. Na Zachodzie politycy wypowiadają się, gdy przeprowadzą wszechstronne konsultacje. Tak należy traktować głos o poparciu dla zastosowanie artykułu 7 przez prezydenta kraju, gdzie używano gilotyny – Emmanuela Macrona i kanclerz Niemiec Angeli Merkel, gdzież kolei gilotyna na głowy Bourbonów została wyprodukowana. Może jeszcze nie dzisiaj ani jutro, ale przy tak uprawianej polityce względnie szybko nastąpi dekapitacja Polski.

Fatalne stosunki z UE miały być rekompensowane klientyzmem wobec USA. Myślenie żałosne, jeżeli zważy się, w jaki sposób za Oceanem jest traktowana konstytucja i poprawki do niej. Tam nie zmienia się konstytucji, bo jakiś prezydent dostał oświecenia, tam dopisanych zostało 27 poprawek i są pismem świętym demokracji.

Przed prawem ustrojowym klęka się, a jako rekwizyt w przysiędze konstytucję zastępuje Biblia. PiS liczył na Trumpa, którego impet demolujący został natychmiast powstrzymany przez Sąd Najwyższy (któremu nikt nie jest w stanie odebrać prerogatyw ustrojowych).

To z waszyngtońskiego Departamentu Stanu wyszło oświadczenie w sprawie nałożenia kary przez KRRiT na TVN, które miało moc truchlejącą dla pisowskich zapędów cenzorskich.

Jeszcze silniejszy głos zza Oceanu wydali prawnicy – korporacja (jak powiedzieliby politycy PiS) rządząca USA – Amerykańskie Stowarzyszenie Prawników (ABA). Organizacja zrzeszająca ponad 400 tysięcy członków postanowiła stanąć w obronie wolności sądów w Polsce. Hilarie Bass, przewodnicząca ABA zwróciła się do Andrzeja Dudy z apelem o zawetowanie ustaw sądowniczych. Zapowiedziano ponadto monitorowanie pisowskiego bezprawia ustrojowego. Ten głos przełoży się na naszą gospodarkę, bo korporacje amerykańskie mają bliskie związki z ABA.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Sądny dzień dla Polski w Unii. Bruksela może uruchomić ‚opcję atomową’

Tomasz Setta, 20.12.2017

Komisja Europejska może dzisiaj uruchomić wobec Polski polityczną ‚opcję atomową’. Tak unijni urzędnicy nazywają między sobą słynny już artykuł 7 traktatu UE. Dlaczego? W arsenale Brukseli to broń o największej sile rażenia. Jeszcze nigdy w historii nie zdecydowano się jej użyć. Polska może być pierwsza. Co nas czeka?

Komisja EuropejskaKomisja Europejska Fot. Olivier Matthys / AP Photo

Decyzja zapadnie w środę

Komisja Europejska zbierze się dziś rano w Brukseli na swoim cotygodniowym kolegium – po raz ostatni w tym roku. Za zamkniętymi drzwiami sprawę Polski będzie referował pozostałym komisarzom wiceszef KE Frans Timmermans.

Według wielu źródeł podczas tego spotkania zapadnie decyzja o uruchomieniu wobec Polski artykułu 7 traktatu o Unii Europejskiej. O tym, czy tak się stanie, dowiemy się najprawdopodobniej około południa.

Polskie władze wydają się być już z tym pogodzone. – Jak rozumiem, decyzja została już podjęta, że w przyszłą środę Komisja Europejska zamierza uruchomić artykuł 7.1 – mówił tydzień temu premier Mateusz Morawiecki. – Zapewne będzie on uruchomiony, to jest ich prerogatywa – komentował podczas swojego pierwszego unijnego szczytu.

– Nie prosiłem nikogo, aby go nie uruchamiać. Nie jesteśmy w Europie żadnymi petentami i nikogo nie prosimy o to, żeby zgodził się na reformowanie przez nas wymiaru sprawiedliwości – podkreślił kilka dni później Morawiecki.

A to właśnie sądowa rewolucja PiS  – w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym oraz KRS – budzi największe zastrzeżenia unijnych komisarzy. Co, jeśli KE zdecyduje się dziś uruchomić wspomniany artykuł?

Artykuł 7. Mechanizm prewencyjnyArtykuł 7. Mechanizm prewencyjny Fot. Gazeta.pl

Po pierwsze: prewencja

Środowa decyzja Komisji Europejskiej będzie zaledwie początkiem całej procedury – nazywanej mechanizmem prewencyjnym. Jeśli komisarze zdecydują się dziś na ten krok, cała sprawa trafi następnie do Rady UE, czyli do przedstawicieli wszystkich 28 rządów Wspólnoty.

I to w ich rękach będzie ewentualne stwierdzenie wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia wartości UE. Zanim jednak Rada UE przeprowadzi głosowanie w tej sprawie, najpierw będzie musiała wysłuchać racji Polski, będzie też mogła przedstawić Warszawie swoje zalecenia.

Rada UE dopiero na końcu tej drogi zdecyduje o stwierdzeniu wyraźnego ryzyka większością 4/5 głosów, czyli za zgodą co najmniej 22 państw (w głosowaniu nie bierze oczywiście udziału zainteresowany kraj).

W tym wariancie nie ma jednak mowy o sankcjach. Polska może jednak skutecznie zostać napiętnowana, co może utrudnić Warszawie np. negocjacje z innymi państwami. A już niebawem w Brukseli ruszą rozmowy nad nowym budżetem dla UE.

Łańcuch światła przed Sądem NajwyższymŁańcuch światła przed Sądem Najwyższym Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta

Sądowa rewolucja PiS

W jaki sposób Polska znalazła się w takim położeniu? Wszystko zaczęło się 13 stycznia ubiegłego roku. Komisja Europejska wszczęła wówczas wobec Polski procedurę ochrony praworządności. KE zdecydowała się na ten krok po raz pierwszy w historii. Powodem był rozpoczynający się konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Przygotowane dla Polski opinie w sprawie TK, zalecenia i rekomendacje nie zostały wcielone w życie. Przez kilkanaście miesięcy Warszawa nie przekonała też Brukseli do swoich racji. Do tego doszły kolejne kontrowersje. Wszystko dlatego, że w te wakacje PiS wziął się za dalszą rewolucję w sądownictwie.

Już wtedy wiceszef KE Frans Timmermans ostrzegał, jeszcze w trakcie prac parlamentarnych: Komisja jest bliska uruchomienia słynnego artykułu 7. Główne zarzuty? Upolitycznienie wyboru członków KRS, wygaszenie mandatów sędziów SN oraz zwiększenie uprawnień ministra sprawiedliwości.

Kilka dni później prezydent zawetował dwie z trzech ustaw PiS: o Sądzie Najwyższym oraz o Krajowej Radzie Sądownictwa. To jednak nie zakończyło sporu z Brukselą.W życie weszła bowiem trzecia z nich – o ustroju sądów powszechnych.

Czas na „opcję atomową”?

Co więcej, dwa miesiące później – we wrześniu – Andrzej Duda przedstawił swoje autorskie projekty dotyczące SN oraz KRS.

Po przeciągających się negocjacjach z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim oraz serii partyjnych poprawek obie ustawy zostały przepchnięte przez parlament. Teraz czekają już tylko na podpis prezydenta.

Współpracownicy Andrzeja Dudy zapewniają w mediach, że ten nie ma dziś powodów do zawetowania własnych ustaw. Obie jednak wciąż budzą wątpliwości wśród unijnych urzędników, którzy porównują je z lipcowymi przepisami PiS i rekomendacjami Komisji Europejskiej.

Artykuł 7. Mechanizm sankcyjnyArtykuł 7. Mechanizm sankcyjny Fot. Gazeta.pl

Sankcje w drugiej kolejności

Co, jeśli mechanizm prewencyjny nie zadziała? Wtedy Komisja Europejska może wcielić w życie drugą procedurę – sankcyjną.

Ten mechanizm – całkowicie niezależny od pierwszego – dotyczy już stwierdzenia poważnego i stałego naruszenia wartości UE przez dany kraj. Decyzję o tym podejmuje w tym przypadku nie Rada UE, ale Rada Europejska, czyli przywódcy i szefowie rządów wszystkich krajów.

Przedtem Rada wzywa państwo członkowskie do przedstawienia swoich uwag. Ostateczna decyzja o stwierdzeniu naruszenia wartości musi zaś zapaść jednomyślnie. Przy czym ‚jednomyślność’ oznacza brak wyraźnego sprzeciwu. Jeśli jakiś kraj wyłącznie wstrzyma się od głosu, warunek jednomyślności wciąż zostanie zachowany.

Taka decyzja Rady Europejskiej pozwala później Radzie UE na wymierzenie konkretnych sankcji – tu już jednak nie potrzeba jednomyślności. A wachlarz kar jest spory, przy czym najpoważniejszą z nich jest odebranie państwu prawa głosu podczas unijnych szczytów. Najważniejsze decyzje w UE będą wówczas zapadały bez zgody takiego kraju.

gazeta.pl

A mogło nie być tematu artykułu 7. Ujawniamy kulisy tajnych rozmów rządu z Komisją Europejską

Wiosną 2016, tuż przed szczytem NATO, Komisja Europejska była bliska porozumienia z polskim rządem ws. Trybunału Konstytucyjnego. Istotną rolę w rozmowach z Brukselą odgrywał Mateusz Morawiecki. Warunki kompromisu akceptowała opozycja. Gdyby do niego doszło, dziś nie byłoby tematu artykułu 7.

O rozmowach wiedziała Nowogrodzka. Sprzyjała im ambasada USA w Warszawie. Nasi informatorzy ze strony PiS i instytucji unijnych przekonują, że porozumienie wydawało się gotowe. Do 2017 w skład TK mieli wejść sędziowie wybrani przez Sejm zdominowany przez PiS. Prawo i Sprawiedliwość miało również wybrać „swojego” przewodniczącego Trybunału. Rozwiązanie było czystą polityką. Wówczas nikt jednak nie miał złudzeń:  spór zaszedł za daleko i nie da się go załatwić w duchu pozytywizmu prawniczego.

-Potwierdzam, że takie symultaniczne rozmowy z Komisją i opozycją prowadzono. Proponowano różne scenariusze. Wydawało się, że kompromis  był blisko. Zastrzegam jednak, że nigdy nie doszło do bezpośrednich negocjacji, przy jednym stole, między PiS i opozycją w sprawie Trybunału Konstytucyjnego  – mówi DGP wysokiej rangi przedstawiciel obozu rządzącego. Szukaliśmy po stronie rządowej osób, które po pierwsze rozumiały jak bardzo szkodliwy dla Polski jest spór z Komisją, po drugie takich, które były wystarczająco silne w PiS, by przekonać prezesa Jarosława Kaczyńskiego do konieczności poszukiwania porozumienia – relacjonuje informator DGP ze struktur europejskich. Taką osobą był ówczesny wicepremier Morawiecki  i dysponujący kanałami komunikacji z posłami PO Jarosław Gowin. Równocześnie chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej Nowogrodzkiej – dodaje. Mediatorem miał być również jeden z kościelnych hierarchów.

Dlaczego rozmowy o kompromisie wokół TK ostatecznie upadły? CZYTAJ w środowym DZIENNIKU GAZECIE PRAWNEJ

dziennik.pl

%d blogerów lubi to: