Czy Duda wygrał metodami bezprawnymi?

Polski wątek pojawił się w aferze wokół zawieszenia współpracy między Facebookiem i firmą Cambridge Analytica. Dzisiejszy „The Guardian” pisze, że podczas kampanii wyborczej Andrzeja Dudy, jego zespół wykorzystywał narzędzia Facebooka dla wpływania na wyborców.

„The Guardian” pisze, że Facebook w dziale „Success stories”, opisując ostatnie wybory prezydenckie w Polsce, chwali się, iż „Facebook był nieodzownym elementem kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Dzięki narzędziom Facebooka zespół Andrzeja Dudy zamienił jego stronę w główny kanał komunikacji z wyborcami”.

„Zarówno język, jak i twierdzenia zawarte w opisie, są niesamowicie podobne do tych używanych przez Cambridge Analytica” – pisze „Guardian”.

Cambridge Analytica to firma analityczna, która stworzyła oprogramowanie, dzięki któremu można z bardzo dużym prawdopodobieństwem przewidzieć preferencje polityczne oraz wpływać na wybory. Firma współpracowała z zespołem wyborczym Donalda Trumpa oraz ze zwolennikami brexitu. Zebrała miliony profili amerykańskich wyborców na Facebooku.

Artykuł „Guardiana” opisuje mechanizm przekazywania informacji przez firmy współpracujące z Facebookiem. Aktywni użytkownicy mogą nieświadomie ściągać reklamy wyborcze, na przykład wtedy, gdy wyrażają zgodę na przetwarzanie swoich danych przez portal.

Czy kontrowersyjna firma Cambridge Analytica wpłynęła na wynik wyborów prezydenckich w Polsce? Taką sugestię stawia dziennik „The Guardian”, pisząc w artykule, że Facebook był w 2015 r. „nieodzownym” narzędziem kampanii Dudy.

Dziennikarze „New York Timesa” i „Observera” poinformowali, że zajmująca się politycznym doradztwem brytyjska firma Cambridge Analytica wykorzystała w nieuprawiony sposób dane 50 milionów użytkowników Facebooka w kampanii wyborczej prezydenta USA Donalda Trumpa.

Dane te zostały użyte do przeprowadzenia kampanii w mediach społecznościowych wykorzystującej reklamy, wiadomości i inne formy komunikacji. Firma uzyskała dane użytkowników Facebooka od urodzonego w Rosji profesora Uniwersytetu Cambridge, Aleksandra Kogana. Stworzył on aplikację z tekstem psychologicznym, którą ściągnęło 270 tysięcy osób. Dzięki niej Kogan uzyskał informacje profilowe uczestników testu i ich facebookowych przyjaciół.

Facebook twierdzi, że działanie naukowca było nieuprawnione i że w 2015 zażądano od niego zniszczenia bazy danych – co jednak nie nastąpiło. Zarówno on, jak i Cambridge Analytica zostali usunięci z Facebooka.

Cambridge Analytica została założona między innymi przez byłego doradcę Donalda Trumpa, Steve’a Bannona.

Polski wątek w aferze Cambridge Analytica?

Jak podaje teraz brytyjski dziennik „The Guardian”, Facebook chwali się tym, że był „nieodzownym” narzędziem i głównym kanałem komunikacyjnym podczas zwycięskiej prezydenckiej kampanii Andrzeja Dudy w 2015 r.

„Zarówno język, jak i twierdzenia zawarte w opisie, są bardzo podobne do tych używanych przez takie podmioty jak Cambridge Analytica” – komentuje dziennik.

Czy to oznacza, że Cambridge Analytica lub wyciek danych na Facebooku wpłynęły na wynik wyborów w Polsce? Paweł Szefernaker, który kierował kampanią Dudy w 2015 r., zaprzeczał, by PiS nawiązał współpracę z jakąkolwiek zagraniczną firmą przy działaniach w internecie.

– Dementuję, nie było takiej sytuacji. Do takich informacji trzeba podchodzić z dużym dystansem. Ja czytałem na przykład, że w kampanii Dudy były zaangażowane osoby, które miały doświadczenie w kampaniach amerykańskich. To zupełna bzdura – twierdził trzy lata temu Szefernaker w rozmowie z Gazeta.pl.

Sukces we wschodniej Europie

Tymczasem brytyjska stacja telewizyjna Channel 4 opublikowała nagranie z ukrytej kamery, z którego wynika, że Camrbidge Analytica oprócz działań na Facebooku oferowała swoich klientom także inne polityczne usługi, a jednym z krajów w Europie wschodniej odnieli spory sukces.

Szef Cambridge Analytica Alexander Nix twierdził, że firma może stawiać politycznych oponentów w kłopotliwych sytuacjach, a następnie umieszczać nagrania z tych zdarzeń w internecie.

– Zaoferujemy dużą sumę pieniędzy kandydatowi na finansowanie jego kampanii, na przykład w zamian za ziemię, nagramy całą sytuację, zamażemy twarz naszego człowieka i wrzucimy to do internetu – mówił Nix na nagraniu. W grę wchodziło również np. wysyłanie ukraińskich kobiet w okolice domu kandydata. Do organizacji kampanijnych działań mieli korzystać z podwykonawców.

– Wykorzystaliśmy inną organizację, by przeprowadzić bardzo udany projekt w kraju w Europie wschodniej. Nikt nie wiedział, że tam są, pojawili się, zrobili dobrą robotę i zniknęli. Stworzyli bardzo dobry materiał – stwierdził współpracownik Nixa Mark Turnbull. Nie dodał jednak, o jaki kraj chodzi.

Podczas zarejestrowanych spotkań przedstawiciele CA przekonywali, że pracowali przy ponad dwustu wyborach na całym świecie, m.in. w Nigerii, Kenii, Czechach, Indiach i Argentynie.

CA: Działamy zgodnie z prawem

Firma Cambridge Analytica wydała oświadczenie, w którym podkreśla, że nie wykorzystuje nieprawdziwych materiałów w swojej pracy do jakichkolwiek celów. „Rutynowo podejmujemy rozmowy z potencjalnymi klientami, aby wyeliminować wszelkie nieetyczne lub nielegalne intencje” – twierdzi CA.

Przedstawiciele firmy przekonują, że analiza działań opozycji, gromadzenie danych, korzystanie z podwykonawców i praca w sekrecie to powszechne i legalne praktyki w kampaniach wyborczych.

„Informacja ta wzbudziła mój sprzeciw” – powiedział w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Sebastian K., komentując wiadomość, iż prokuratura uznając jego winę, skierowała do sądu wniosek, o warunkowe umorzenie postępowania przeciwko niemu, w sprawie wypadku drogowego premier Szydło w Oświęcimiu. „Nie jestem winny tego wypadku, dlaczego więc miałbym za takiego być uznany? Wiem, czym jest warunkowe umorzenie i jakie są jego warunki i konsekwencje. Jednak dziękuję, nie skorzystam z tego dobrodziejstwa” – oświadczył mężczyzna.

Mimo, iż biegli twierdzą, że to właśnie jego nieostrożność doprowadziła do wypadku, Sebastian K. i jego obrońca mecenas Władysław Pociej są przekonani, że udowodnią niewinność kierowcy seicento i dlatego żądają jawnego procesu.

Nawiązując do kontrowersji towarzyszących wyjaśnianiu zdarzenia z 10 lutego 2017 r. mężczyzna oznajmił, że niepokoi go czas trwania tego postępowania i „jakieś bliżej niewyjaśnione zawirowanie związane z odejściem trzech prokuratorów od prowadzenia tej sprawy.” Podkreślił, że „z przekazów medialnych wiadomo, że ich już nie ma, ale nie wiadomo, czy sami odeszli na własne żądanie, czy też ich przełożony ich wyrzucił, a jeśli tak to dlaczego?” Wyraził nadzieję, że nadejdzie taki moment, w którym i ta okoliczność zostanie wyjaśniona. „Nie chcę absolutnie czegokolwiek sugerować, ale jeśli w tej sprawie były jakieś zamierzone nieprawidłowości, które skutkowały choćby tak długim czasem śledztwa, to jako człowiek, który tak długo pozostaje pod zarzutem popełnienia przestępstwa, spodziewam się, że działania takie zostaną właściwie ocenione i osądzone” – powiedział.

Na pytanie czy wierzy w uczciwy proces i sprawiedliwy wyrok oświadczył m.in.: „Jestem przekonany, że przed sądem uda mi się wykazać okoliczności, które zdejmą ze mnie winę za to zdarzenie. W konsekwencji zaś spowoduje to ściganie właściwego sprawcy związanego z tym wypadkiem i właściwą ocenę (z wszystkimi konsekwencjami) wszelkich, jak mówi mój obrońca, „źródeł dowodowych” w tej sprawie” – podsumował Sebastian K.

Posłowie  i wprowadzeni przez  do Sejmu dali zielone światło zaostrzeniu przepisów aborcyjnych.  i  przeciwne ⛔️ ⛔️ ⛔️ 

PiS-owska Maszyna Narracyjnej Zagłady

PiS-owska Maszyna Narracyjnej Zagłady

Fot. Flickr

Mateusz Morawiecki stwarza dla swojego rządu ryzyko poprzez sam fakt otwarcia ust

Andrzej Zybertowicz, prawicowy inteligent od lat związany z Antonim Macierewiczem, lubi nadużywać teoretycznego żargonu dla wyrażania bardzo prostych myśli. Dlatego rzucił jakiś czas temu pomysł zbudowania przez władzę „Maszyny Bezpieczeństwa Narracyjnego”. Mówiąc bardziej zrozumiałym językiem – zaproponował stworzenie całej sieci finansowanych z budżetu państwa instytucji, które osłoniłyby PiS przed niewłaściwymi, „upowszechnianymi przez wrogów”, interpretacjami słusznych deklaracji i działań tej partii.

Zupełnie inna Maszyna

Pomysł Zybertowicza jest mocno spóźniony. PiS od lat tworzy instytucje propagandowe, które kosztują miliardy i stały się synekurami dla całej rzeszy związanych z tą partią prawicowych działaczy, intelektualistów i dziennikarzy. Jednak zamiast wyczekiwanej przez Zybertowicza skutecznej machiny propagandowej, PiS stworzyło Maszynę Narracyjnej Zagłady. Każde wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego, wysokich urzędników państwowych czy związanych z prawicą publicystów i satyryków – stwarza śmiertelne ryzyko dla władzy, a także dla międzynarodowego wizerunku i pozycji Polski. W dodatku każda próba wygaszenia kryzysu kończy się jeszcze większą kompromitacją. Marnotrawiące miliardy złotych media i instytucje propagandowe nie robią nic, albo jeszcze dokładają do pieca.

Politykiem PiS stwarzającym największe ryzyko poprzez sam fakt otwarcia ust stał się nowy premier Mateusz Morawiecki. Choć Jarosław Kaczyński wymyślił go w tej funkcji po to, aby kryzysy wizerunkowe łagodził. W czasie kluczowej dla interesów Polski konferencji bezpieczeństwa w Monachium, nowy polski premier do „sprawców Holocaustu”, oprócz Niemców, zaliczył szczodrze Ukraińców, Polaków i Żydów. Do skandalu „narracyjnego” dodał skandal, którym było złożenia przez niego kwiatów w miejscu upamiętniającym Brygadę Świętokrzyską NSZ. Ta formacja nie tylko, w przeciwieństwie do znacznej części oddziałów narodowego podziemia, odmówiła współpracy z dowództwem AK i rządem w Londynie, ale pod koniec II wojny światowej rozpoczęła otwartą kolaborację z III Rzeszą. Jej bojownicy mordowali Żydów, atakowali inne formacje polskiego podziemia, a w końcu ewakuowali się pod osłoną niemieckiej armii, która planowała ich przeszkolenie do dalszej walki z aliantami. Szef Wywiadu Inspektoratu Kieleckiego AK pisał w raporcie na temat Brygady Świętokrzyskiej NSZ: „ich współpraca z gestapo jest w zasadzie jawna (…) dowódcy nie kryli się, że otrzymują broń i amunicję od władz okupacyjnych. Oficerowie NSZ z bronią przyjeżdżali na gestapo w Ostrowcu Świętokrzyskim, tam omawiali obławy na PPR i przekazywali gestapo materiał odnośnie komórek PPR. (…) Niemcy uważali NSZ za polski ‘narodowy socjalizm’, robiący dywersję w ugrupowaniach politycznych Polski podziemnej i rozbijający spoistość Armii Krajowej”.

Wyjątkowo niesprzyjający kontekst dla zachowania Morawieckiego w Monachium stworzyła wcześniejsza PiS-wska nowelizacja ustawy o IPN. Miała rzekomo przeciwdziałać używaniu terminu “polskie obozy zagłady”, które w ogóle się w nowelizacji nie znalazły. Zamiast tego wpisano tam liczne sformułowania grożące odpowiedzialnością karną historykom i publicystom piszącym o pogromach w Jedwabnem czy Kielcach, a także o antysemickiej nagonce z Marca ’68. W znowelizowanej ustawie znalazł się fragment dotyczący zbrodni ukraińskich, który został tam wprowadzony dla obsłużenia narodowców „transferowanych” właśnie przez Kaczyńskiego i Morawieckiego z partii Kukiza.

Śmielej! Śmielej! – towarzyszu Kaczyński

Potem było już tylko gorzej. Najbardziej szokujący okazał się odzew na działania PiS-u i wypowiedzi premiera, jaki pojawił się w społecznym i medialnym zapleczu władzy. Podobnie jak w marcu 1968, wystarczyło niewielkie, czasami tylko aluzyjne przyzwolenie rządzących, aby wszyscy antysemici, nacjonaliści, a także ludzie z różnych powodów nienawidzący Ukraińców – uznali, że nadszedł ich czas.

Wcześniej Jarosław Kaczyński bardzo świadomie użył dawnego elektoratu Tymińskiego, Leppera, obozu Rydzyka i nacjonalistów, żeby zdobyć władzę. Dziś cały ten jego obóz woła do niego, tak jak kiedyś moczarowcy wołali do Władysława Gomułki na słynnym wiecu w Sali Kongresowej w apogeum Marca ’68: „Śmielej! Śmielej!”. Gomułka, po zdławieniu studenckich protestów, wbrew oczekiwaniom „towarzyszy z dołu” wyciszył kampanię antysemicką. Po pierwsze, spełniła już swoją rolę, pomogła wyizolować uczestników studenckich i inteligenckich protestów. Była też kosztowna wizerunkowo dla państwa i partii, zagrażała nawet samemu przywódcy, gdyż w antysemickiej szeptance pojawił się motyw jego „żony Żydówki”.

Gomułce łatwiej było jednak kontrolować nacjonalistyczną propagandę, podkręcać ją i wygaszać. Dysponował bowiem całym aparatem totalitarnego państwa i partii. Mógł każdego usunąć, spacyfikować każde środowisko. Jarosław Kaczyński działa w innych warunkach, nawet po dwóch latach jego rządów tworzone są dopiero pierwsze mechanizmy nieudolnego peryferyjnego autorytaryzmu. To znacznie krępuje ruchy Wodza. Dzisiejsi „Moczarowcy” – realni antysemici, radykalni narodowcy i grający z nimi politycy rządzącego obozu – zostali już przez Kaczyńskiego uwłaszczeni, wpuszczeni na kluczowe stanowiska w państwie. Mają własne frakcje w obozie rządzącej prawicy, ministerstwa, media, spółki skarbu państwa, źródła finansowania, a także poparcie najgorszej części polskiego Kościoła. Kaczyński nie potrafi ich zdyscyplinować. Nie umie zamknąć do butelki dżina, którego kiedyś sam wypuścił, żeby zdobyć władzę.

Kiedy nowy szef MSZ Jacek Czaputowicz obiecał Izraelowi nieformalnie, że nowelizacja ustawy o IPN nie wejdzie na razie w życie, co zostało pozytywnie odnotowane w izraelskiej prasie, Zbigniew Ziobro przekreślił te wysiłki deklarując publicznie, że żadnego „zamrożenia” ustawy o IPN nie będzie. A organizacje z bezpośredniego zaplecza władzy, wspierane przez PiS finansowo i organizacyjnie – np. Reduta Dobrego Imienia Macieja Świrskiego – zaczęły składać pozwy w oparciu o nowelizację. Ostatnio złożono pozew przeciw BBC, co wywołało oburzenie brytyjskich polityków, mediów i opinii publicznej – izolując Polskę od kolejnego sojusznika. Ziobro i Jaki od dawna grają na ostrzejszą narodową prawicę, więc także przy okazji obecnego kryzysu postanowili pokazać, że są twardsi od Czaputowicza. A kiedy projekt ustawy reprywatyzacyjnej Patryka Jakiego okazał się propagandową fikcją, również tę sprawę Ziobro postanowił rozegrać na swoją korzyść używając ogólnego kryzysu w stosunkach polsko-żydowskich. Do redakcji „Super Expressu” trafił z ministerstwa sprawiedliwości „przeciek” sugerujący, że za zablokowaniem projektu Jakiego stoi „lobby żydowskie”. Redakcja „Czasu Najwyższego” skomentowała to później w bardzo prostych słowach: „Wyciekły szokujące dokumenty! Żydzi domagają się od Polski nawet biliona złotych! Czas powiedzieć, że nie dostaną ani grosza”.

Uogólniony antykomunizm

Monachijski kryzys wizerunkowy nie był żadnym błędem, ale jest zasadą działania tej władzy. Dlaczego po zmianie premiera PiS nie zaczął odbudowywać lepszego wizerunku własnego i Polski? Dlaczego przyspieszył proces niszczenia międzynarodowej pozycji naszego państwa?

Pierwszą przyczyną są obsesje całej formacji prawicowych chłopców z lat 80., których Jarosław Kaczyński używa do rządzenia. Mateusz Morawiecki jest tu przykładem wzorcowym. Im bardziej czuli się w PRL-u bezsilni, tym bardziej obsesyjna stawała się ich wizja świata. To na prawicowym skrzydle „drugiego obiegu” z lat 80. narodziła się koncepcja „uogólnionego antykomunizmu”, gdzie „bolszewikami” nie byli już faktyczni komuniści, ale zachodni liberałowie, zwolennicy świeckiego państwa, feministki, ekolodzy, ludzie walczący z apartheidem (stąd fenomen popularności Walusia). ONZ czy Europejska Wspólnota Gospodarcza stawały się w tej wizji „nowym ZSRR” (to porównanie przeniosło się dzisiaj na Unię Europejską). To także wówczas, na łamach niszowej prawicowej bibuły, rozpoczął się spór o to, jak bardzo Armia Krajowa została skażona przez lewicowość i zinfiltrowana przez Sowietów. Jego konsekwencją było wyniesienie „żołnierzy wyklętych” i NSZ (łącznie z Brygadą Świętokrzyską) – jako jedynych niezłomnych antykomunistów. Mateusz Morawiecki jest całkowicie ukształtowany przez tamte czasy. Reprodukuje bezmyślnie wszystkie pojawiające się wówczas w prawicowej bibule motywy i obsesje. Powraca do nich swoimi skrótami myślowymi i językowymi – dla innych niezrozumiałymi, prowadzącymi do wizerunkowych katastrof.

Drugim źródłem dzisiejszych kłopotów jest to, że z kolei większość starszych działaczy PiS, którzy wcale nie byli w przeszłości antykomunistami, została bez reszty ukształtowana przez „politykę historyczną” PRL. Przedstawiała ona Polskę jako kraj absolutnie jednolity etnicznie i światopoglądowo, którego historia także została oczyszczona z wszystkich elementów „obcych”. Kwiecień jako Miesiąc Pamięci Narodowej służył w PRL wyłącznie upamiętnieniu pomordowanych w czasie II wojny światowej Polaków. Oświęcim czy Majdanek też przedstawiano jako miejsca, w których Niemcy mordowali przede wszystkim Polaków. Ludzie ukształtowani przez tę propagandę nawet nie mieli pojęcia, że obozy koncentracyjne w okupowanej Polsce zostały stworzone przez nazistów głównie po to, aby dokonać „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. A większość ich ofiar stanowili Żydzi z całej Europy. To tłumaczy kolejne kryzysy w stosunkach polsko-żydowskich. Począwszy od protestu Kazimierza Świtonia, którzy domagał się postawienia krzyża na ternie Auschwitz, skoro w jego przekonaniu ginęli tam głównie Polacy-katolicy, aż po dzisiejszą nagonkę PiS na władze muzeów w Auschwitz i na Majdanku – za to, że nie prowadzą tam „polskiej polityki historycznej”.

Nie sposób się cofnąć

Krytyka pisowskiej polityki historycznej pojawia się dzisiaj nie tylko w zachodnich mediach liberalnych, trafiających do elit politycznych UE, czy do Demokratów w USA. Najbardziej niesprawiedliwe tezy o „Polakach jako sprawcach Holocaustu”, sprowokowane nowelizacją ustawy o IPN, pojawiły się na łamach „The Washington Times” (nie mylić z liberalnym „The Washington Post”), jednej z najbardziej prawicowych amerykańskich gazet, adresującej się do najtwardszego elektoratu Donalda Trumpa. Tam zaatakowali rząd PiS – ale, niestety, przy tej okazji i Polskę – najostrzejsi amerykańscy konserwatyści i ortodoksyjni rabini. Także ci związani z Jaredem Kushnerem, który jest nie tylko zięciem Trumpa, ale też jego najbardziej wpływowym doradcą w sprawach polityki światowej. W ten sposób PiS zostaje odcięte od swego ostatniego sojusznika na Zachodzie – od tamtejszej antyliberalnej prawicy.

Brak precyzji pisowskiej Maszyny Narracyjnej Zagłady sprawia, że planowane przez Kaczyńskiego uderzenia przy użyciu polityki historycznej w opozycję wewnętrzną, a także zawierane przez PiS w kraju doraźne sojusze z narodowcami, antysemitami, środowiskami wrogimi niepodległej Ukrainie – uderzają ostatecznie w nasze stosunki z Izraelem, Ameryką, Ukrainą. Sam Jarosław Kaczyński albo tego nie widzi, albo nie potrafi nadać swojej Maszynie Narracyjnej Zagłady bardziej precyzyjnego trybu działania. Choć z drugiej strony faktycznie trudno odzyskać nad taką maszyną kontrolę, jak się w niej ma za kierowców, pilotów i mechaników Rafała Ziemkiewicza, Marcina Wolskiego, obu Wildsteinów, Ryszarda Czarneckiego, czy wreszcie samego jej pomysłodawcę Andrzeja Zybertowicza. Najgorsze jest to, że pisowska Maszyna Narracyjnej Zagłady niszczy dziś nie tylko wizerunek Kaczyńskiego, Morawieckiego czy rządzącej partii. Niszczy wizerunek Polaków i Polski w najbardziej dla nas niebezpiecznym momencie. Kiedy w Donbasie wciąż grzeją silniki rosyjskie czołgi, a wielu zachodnich polityków zastanawia się egoistycznie, czy nie było błędem przyjmowanie naszego kraju do Unii. Polska – w konsekwencji polityki PiS – staje się w tak niebezpiecznym czasie krajem o zszarganej reputacji, wątpliwej przynależności, do którego obrony nikt z Zachodu nie będzie się spieszył.

crowdmedia.pl

Niemka w Warszawie, czyli polska gotowość europejska

Kanclerz Merkel swą poniedziałkową wizytą w Polsce dała dowód, że nadal wierzy w Polskę. Ale czy Polska PiS-u wierzy w Niemcy i w Unię Europejską?

Kanclerz Angela Merkel w Polsce

Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Kanclerz Angela Merkel w Polsce

Czy jest gotowa do wyrazistego przestawienia zwrotnicy w polityce europejskiej rządu pana Morawieckiego? Co konkretnie poza frazesami mają do zaproponowania Unii i Niemcom premier i prezydent Polski?

Gesty pojednawcze są naturalnie lepsze niż drwiny i pohukiwania z czasów rządu pani Szydło, ale nie wiemy, w czym konkretnie ma się teraz przejawiać wspólna akcja niemiecko-polska na rzecz jedności UE.

Gesty, deklaracje, brak konkretów

Pani kanclerz i pan premier podczas krótkiej konferencji prasowej zademonstrowali, że po obu stronach jest dziś pozytywna wola polityczna do konstruktywnej współpracy bilateralnej i w ramach Unii. Jednak konkrety nie padły. Morawiecki powtarzał pisowską narrację na temat demontażu trójpodziału władz. Zaledwie kilka dni temu prezydent Duda, jednym tchem wymienił Unię Europejską i dawne mocarstwa rozbiorowe.

Która narracja jest prawdziwa? Dudy serdecznie witającego w poniedziałek kanclerz Merkel czy Dudy w Kamiennej Górze dzielącego się z mieszkańcami swymi mądrościami o Unii i rozbiorach?

Są chwile, gdy Niemcy kanclerz Merkel sprawiają wrażenie, jakby lepiej rozumiały polskie interesy narodowe niż niektórzy obecni polityczni przywódcy Polski. Te interesy polegają na partnerskiej współpracy w ramach UE, a nie na antagonizowaniu naszych najważniejszych partnerów z Niemcami na czele.

Niestety, taki kurs obrał nowy obóz rządzący za ministra Waszczykowskiego i premier Szydło. A ton nadały mu buńczuczne wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego o reparacjach wojennych i złośliwości na temat pani Merkel. Jeśli PiS wysyła nam dziś sygnał, że w stosunkach polsko-niemieckich wszystko idzie ku lepszemu, to czy ma na to zgodę Kaczyńskiego? Przecież to jego głos jest decydujący.

Można się pocieszyć, że przynajmniej wizyta pani Merkel w naszym kraju, zaraz po spotkaniu z prezydentem Macronem, jest czytelnym, wiarygodnym i ostatecznym znakiem, że w oczach rządu niemieckiego Polska ma szanse należeć do liderów Unii Europejskiej. Warto, by ten gest rząd Morawieckiego potraktował poważnie.

Jak wypadnie test pisowskiej gotowości europejskiej?

Poważne traktowanie musi oznaczać poważny dialog z Niemcami i Unią we wszystkich sprawach. Nie tylko w obronie Brytyjczyków przed Rosją i w sprawie Nord Streamu i kryzysu migracyjnego, lecz także w sprawie artykułu 7, czyli naprawienia szkód wyrządzonych rządom prawa w Polsce od 2015 roku. A także reaktywacja współpracy polsko-niemiecko-francuskiej w ramach tak zwanego trójkąta weimarskiego.

Postępowanie polskiego rządu w tych sprawach będzie realnym testem pisowskiej gotowości europejskiej. Reszta to polityczny PR obecnej władzy, mający świadczyć o powrocie pisowskiej Warszawy do mainstreamu polityki europejskiej. Wiadomości o powrocie rządu pisowskiego na europejskie salony są mocno przesadzone.

polityka.pl