Wbrew Dudzie sędziowie są porządni

Zanim Andrzej Duda w Sylwestra podpisał nowelę ustawy o Sądzie Najwyższym, której treść wymógł na PiS Trybunał Sprawiedliwości UE w wywiadzie dla TVP Info orzekł, iż środowisko sędziowskie jest zepsute. Ta opinia świadczy o tym, jaki to marny człowiek i jakie ma problemy psychologiczne. A że je ma, wystarczy obejrzeć zdjęcia z tego wywiadu, na których prezentuje zestaw dziwacznych min.

PiS czeka następne upokorzenie dotyczące nowej Krajowej Rady Sądownictwa, której statusem w marcu zajmie się TSUE. Zanim do tego dojdzie władze przygotowują sobie grunt, chcą KRS legitymizować w Trybunale Konstytucyjnym.

Wyznaczona data posiedzenia w tej kwestii TK na 3 stycznia 2019 nie zostanie jednak dotrzymana, posiedzenie zostało odroczone. Na jaki termin? – nie wiadomo. Podobno część sędziów TK uważanych do tej pory za pisowskich, odmawia sądzenia.

W ogóle środowisko sędziów jest nad wyraz solidarne i broni niezależności władzy sądzenia, broni się przed upisowieniem. Wśród 10 tysięcy sędziów w Polsce przeprowadzane jest referendum dotyczące nowej KRS, do tej pory odbyło się w tej sprawie 1/3 głosowań. Wyniki świadczą, że właśnie sędziowie – panie Duda – to bardzo porządne środowisko.

Otóż niemal 3 tysiące sędziów spośród owych 1/3, a więc 91 proc. jest za tym, aby nowa KRS podała się do dymisji, gdyż została powołana wbrew Konstytucji, skądinąd wbrew tej niewielkiej książeczce, którą Duda wpisałby chętnie na indeks, bo wymaga od niego wysiłku przestrzegania praworządności. Dudy nie stać, aby być praworządnym, czyli porządnym.

91 proc. sędziów uważa, iż nowa KRS nie wypełnia zadań określonych w artykule 186 ust. 1 Konstytucji: „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Wygląda na to, że sędziowie nie dadzą się, a wyrok TSUE może być tylko jeden: upisowaniona KRS jest wbrew prawu unijnemu, wbrew standardom demokratycznym, wreszcie wbrew Konstytucji RP.

To zdarzenie jest kluczowe dla obecnie prowadzonej przez PiS polityki. Duda w swym pokracznym języku, innym nie potrafi się posługiwać, mówi, iż PiS nie podporządkuje się wyrokom TSUE, gdyż musiałoby zgodzić, aby runęło budowane w Polsce niedemokratyczne państwo bezprawia.

 

 

A propos wniosku do , otrzymałem dzisiaj zawiadomienie, że rozprawa przed w dniu 03.01.2019r. godz. 12:00 nie odbędzie się. O nowym terminie zostanę powiadomiony odrębnym pismem.

 

Ostatniego dnia roku, nowela ustawy o Sądzie Najwyższym została opublikowana w Dzienniku Ustaw. Nowela umożliwia sędziom SN i NSA, którzy przeszli w stan spoczynku po osiągnięciu 65. roku życia, powrót do pełnienia urzędu. Zmiana wejdzie w życie już następnego dnia – 1 stycznia 2019.

 

Piotr Niemczyk: Zmierzamy w stronę państwa policyjnego

 

O szóstej rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych – mówi w rozmowie z nami Piotr Niemczyk, zastępca dyrektora Zarządu Wywiadu UOP w latach 1993-94, były wiceminister gospodarki, działacz opozycji w czasach PRL, ekspert z zakresu bezpieczeństwa. – Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Kto puka do drzwi o szóstej rano?

PIOTR NIEMCZYK: W sprawach politycznych? Najczęściej Centralne Biuro Antykorupcyjne, ale bywają też policjanci z wezwaniami albo z zadaniem „doprowadzenia”. Ostatnio po to, aby zatrzymać i doprowadzić na przesłuchanie 5 byłych urzędników KNF. To bardzo ważne i niepokojące wydarzenie. Można wskazać dwie grupy osób, które są przez większość parlamentarną i służby podległe rządowi objęte szczególnym zainteresowaniem.

Z jednej strony są to politycy opozycji, na których szuka się haków, a z drugiej strony pracownicy aparatu państwowego, którym zarzuca się na przykład niewłaściwe wykonywanie obowiązków służbowych. Przy czym rozliczanie urzędników i funkcjonariuszy zaczęło się wcześniej – wszyscy szefowie służb specjalnych, oprócz Dariusza Łuczaka, mają postawione zarzuty, które wyglądają na absurdalne i wyciągnięte z sufitu.

O 6 rano największy niepokój mogą odczuwać wszyscy urzędnicy, którzy byli funkcjonariuszami publicznymi w czasach rządów PO-PSL i postawienie im jakichkolwiek zarzutów może być wygodne ze względów politycznych.

Czyli dowody nie są potrzebne?
W przypadku polityków wynajdywane są jakieś dziwne zeznania czy wręcz pomówienia osób objętych sprawami korupcyjnymi, ale w przypadku byłych urzędników chyba nikt się dowodami nie przejmuje. Najbardziej kuriozalnym przykładem są zarzuty postawione byłemu wiceministrowi finansów Jackowi Kapicy. Oskarżono go o wyprowadzenie z budżetu państwa 21 mln zł, tylko nie wiadomo, przez kogo, dla kogo i jak. Chodzi nie tylko o zwalczanie przeciwników politycznych, którzy są aktywni na forum publicznym.

Władza chce też pokazać, że każdy, kto był związany z poprzednią ekipą rządzącą, też może podlegać rozliczeniom, nawet jeżeli nie ma do tego żadnego obiektywnego powodu.

„Szósta rano. Kto puka? Jak ojczyzna Solidarności zmienia się w państwo policyjne” – to tytuł pana książki. Zmieniamy się w takie państwo, czy już nim jesteśmy?
szosta-rano-kto-puka-jak-ojczyzna-solidarnosci-zmienia-sie-w-panstwo-policyjne-piotr-niemczyk
Nikt do tej pory nie zdefiniował pojęcia państwa policyjnego (albo ja na taką definicję nie trafiłem). To nie jest – wbrew pozorom – państwo dla policji, ale takie, w którym policja, nie oglądając się na formalne i faktyczne podstawy, wykonuje polecenia władzy. Taką definicję podpowiada mi intuicja.

Przeglądałem wiele materiałów z akt sądowych i przyznam, że wyglądają one bardzo niepokojąco. Wielokrotnie też widziałem policjantów, którzy bez żadnych zahamowań, siłą usuwali uczestników legalnej demonstracji. Można twierdzić, że policja działa w interesie społecznym. No nie wiem.

Najbardziej spektakularnym przykładem tego, że obecna władza troszczy się nie o bezpieczeństwo obywateli, tylko o pilnowanie własnego dobrego samopoczucia i interesów, jest przekształcenie Biura Ochrony Rządu w Służbę Ochrony Państwa, która otrzymała dodatkowe uprawnienia do czynności operacyjno-rozpoznawczych (może m.in. zakładać podsłuchy, prowadzić obserwacje i werbować agentów), dodatkowe 1000 etatów i budżet zwiększony o ponad 100 mln zł. To zaczyna być wiodąca służba antyterrorystyczna, której zadania pokrywają się często z działaniem ABW, a to wprowadza chaos. Myślę, że można śmiało postawić tezę, że w tym scenariuszu zmierzamy w stronę państwa policyjnego, w którym policjant jest ślepym wykonawcą politycznych poleceń.

A gdyby te same 100 mln przekazać na dodatkowe etaty i wyposażenie policji, to dopiero wtedy można by mówić o poprawie bezpieczeństwa mieszkających w Polsce ludzi.

Państwo policyjne kojarzy się także z niekontrolowaną inwigilacją obywateli. Służby specjalne mają do tego uprawnienia?
W przypadku kontroli operacyjnej służby mają największe uprawnienia od 30 lat. Ostatnio najwięcej w tej sprawie zmieniły dwie ustawy: tzw. inwigilacyjna z lutego 2016 roku i o działaniach antyterrorystycznych z czerwca tego samego roku, dotycząca rzekomych zagrożeń terrorystycznych. Rozszerzono możliwości prawne i techniczne przede wszystkim do pobierania danych telekomunikacyjnych i internetowych. Policja może teraz, nawet na wszelki wypadek, pobrać wszystkie dane dotyczące konkretnej osoby, na przykład dlatego, że – chociażby pozornie – stanowi dla kogoś zagrożenie albo sama może być zagrożona. To daje właściwie nieograniczone możliwości, bo w świecie cyfrowym (nie tylko w Internecie, ale też urzędowych bazach związanych np. z ubezpieczeniami i ochroną zdrowia) można znaleźć właściwie wszystko. Do tego

ustawa antyterrorystyczna daje ogromne możliwości działania do rozpoznania zachowań „ekstremistycznych”, chociaż samo to pojęcie nie jest jasne i wcale nie musi oznaczać zamiaru stosowania przemocy. Jeżeli ABW uzna, że jakiś portal internetowy przekazuje treści ekstremistyczne, to może go po prostu zamknąć.

Za takie treści można na przykład uznać wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa, jeżeli minister właściwy do spraw wewnętrznych uzna to za postawę ekstremistyczną. To jest bardzo niepokojące.

Służby korzystają z tych rozszerzonych uprawnień?
Bardzo niepokojące statystyki sądowe i prokuratorskie na to wskazują – korzystają z nich coraz częściej. Rosną wszystkie liczby dotyczące zarządzania kontroli operacyjnej, która powinna być stosowana do zwalczania najpoważniejszej przestępczości, w tym zorganizowanej.

W sytuacji, gdy od piętnastu lat liczba przestępstw w Polsce malała, to udostępnienie policji dodatkowych uprawnień powinno tym bardziej spowodować spadek liczby groźnych przestępstw. A tak się nie dzieje. Przez ostatnie trzydzieści miesięcy liczba przypadków terroru kryminalnego nawet wzrosła.

Można mieć wątpliwości co do policyjnych priorytetów, a przy okazji trzeba zapytać o umiejętność wykorzystywania technik operacyjnych. Głośny był przypadek policjanta z jednostki antyterrorystycznej, który zginął podczas zatrzymania sprawcy ataku na bankomat. Wygląda na to, że jednostka antyterrorystyczna nie miała właściwych informacji na temat znanego wcześniej członka zorganizowanej, uzbrojonej grupy przestępczej. Jeżeli właściwe komórki policji nie mają takiej wiedzy, to należy postawić pytanie o to, czy w takim razie te dodatkowe uprawnienia są wykorzystywane do walki z przestępczością zorganizowaną. Wiadomo, że nie są wykorzystywane także, o czym świadczą statystyki świadczące o malejącej liczbie postępowań, w przypadku przestępczości ekonomicznej (tych legendarnych już „karuzel vatowskich”). Przypomnę, że

przy okazji reform zlikwidowano najbardziej specjalistyczną komórkę do zwalczania najpoważniejszych przestępstw finansowych – czyli wywiad skarbowy. „Rozwodniono” go w ogólnym pionie zwalczania przestępczości Krajowej Administracji Skarbowej. Z jednej strony rządzący mówią o zwalczaniu zaawansowanych przestępstw ekonomicznych, likwidując jednocześnie najbardziej wyspecjalizowaną komórkę. Brak tu jakiejkolwiek logiki.

To gdzie są wykorzystywane?
W najlepszym przypadku wobec fałszywych priorytetów (jak przerysowane w Polsce zagrożenie terrorystyczne), a w najgorszym w rozpoznaniu obywateli, którzy nie łamią prawa, tylko dochodzą swoich praw konstytucyjnych. Z jednej strony obserwujemy wzrost zaangażowania policji w rozpoznanie zagrożeń i inwigilację obywateli, ale nie widzimy efektów, które potwierdzałyby, że to faktycznie służy zwalczaniu przestępczości. Dlatego statystyki są tak ważne i niepokojące.

Pan czuje się w Polsce rządzonej przez PiS bezpiecznie?
Przed wyborami miałem firmę detektywistyczną, która specjalizowała się w badaniu szarej strefy. Musiałem ją zlikwidować, bo moi klienci otrzymywali wyraźne sugestie, że nie powinni ze mną współpracować. Byłem kilkakrotnie wzywany na przesłuchania do prokuratur w różnych miastach Polski w sprawach, w których nie znałem żadnych okoliczności związanych z podejrzeniem przestępstwa. Życzliwe władzy media chętnie dezawuują moje kompetencje i wydają negatywne świadectwa moralności.

Rzecznik MON wydał komunikat, z którego wynika, że należę do grupy osób „współpracujących z obcymi służbami na szkodę Polski I NATO”. Nie byłem jednak do tej pory zatrzymany i nie mam postawionych zarzutów. Ale nie mam wątpliwości, że jest grupa obywateli – być może się do niej zaliczam – która jest nieustannie monitorowana. Musimy mieć tego świadomość.

Wszyscy byli szefowie służb specjalnych usłyszeli zarzuty. Należy to traktować jako zemstę obecnej władzy?
To bardzo prawdopodobne. Niektórzy byli szefowie kierowali służbami wtedy, kiedy odbierano lub odmawiano wydania poświadczenia bezpieczeństwa politykom PiS-u. Pamiętajmy, że Zbigniew Ziobro o mały włos nie stanął przed Trybunałem Stanu, więc ktoś musiał zgromadzić przeciwko niemu materiał dowodowy; Mariusz Kamiński, Maciej Wąsik i trzech ich podwładnych zostało skazanych na kary więzienia za przekroczenie uprawnień w sprawie afery gruntowej. Okazało się, że wykreowano nieistniejące zagrożenie korupcyjne, w które próbowano uwikłać osoby publiczne, a tego pod żadnym pozorem nie wolno robić.

Prywatna zemsta jest więc prawdopodobna. Z punktu widzenia systemu ważniejszy jest jednak sygnał – bójcie się, bo na każdego można coś znaleźć. Każdy z byłych urzędników, który znalazł się po drugiej stronie politycznej barykady, może być podejrzany. Albo może się przydać do pośredniego chociażby oskarżenia polityka opozycji. Niektórych to paraliżuje.

To wszystko świadczy o tym, że służby są upolitycznione?
Pewnie tego nigdy nie udało się w pełni uniknąć, ale teraz doszło do monstrualnego przerysowania. Porównajmy trzy polityczne sprawy: Józefa Piniora, Stanisława Gawłowskiego i Stanisława Koguta. Wszyscy mają zarzuty korupcyjne, chociaż w przypadku dwóch pierwszych można mieć poważne wątpliwości co do jakości dowodów (przynajmniej tych ujawnionych publicznie). Ale to właśnie w przypadku polityków opozycji regularnie coś wycieka do mediów, a w przypadku polityka PiS – nic. Czyli jeżeli ktoś jest nielubiany, to tajemnica śledztwa nie obowiązuje, a jeżeli ktoś jest powiązany z politykami PiS, to zawsze otrzyma parasol ochronny.

Regularnie słyszymy o zatrudnianiu członków rodzin polityków partii władzy, o ogromnych wynagrodzeniach wypłacanych w spółkach Skarbu Państwa, a CBA jakby tego nie zauważało. Nadal szuka się trupów w szafie poprzedniego rządu, ale nikt nie zastanawia się nad systemem, który powstał w ciągu ostatnich 3 lat. To po prostu „śmierdzi”.

Służby na poważnie nie zajmą się także aferą KNF i SKOK? Nie zostaną wyjaśnione?
Przede wszystkim muszą zostać wyjaśnione, aby uratować jakąkolwiek wiarygodność polskiego rynku finansowego. Przedsiębiorcy inwestujący na rynku regulowanym już zaczęli się w wycofywać z planowanych projektów (widać to po rynku akcji i obligacji) i nic dziwnego. Sprawa KNF-u musi się prędzej czy później zakończyć, bo ma zbyt duży ciężar gatunkowy. Nie jesteśmy Stanami Zjednoczonymi, gdzie Bernarda Madoffa można było skazać w ciągu sześciu miesięcy, więc to kwestia dłuższego czasu.

Myślę, że byłemu szefowi KNF nie uda się wykręcić, ale bardziej niepokojące jest to, że on prawdopodobnie nie działał sam. Problem w tym, że my tej grupy nie poznamy, nie dowiemy się, którzy politycy PiS-u pozwolili na stworzenie sytuacji korupcyjnej. I to oni do tego nie dopuszczą. Nie dowiemy się także, kto, gdzie i kiedy nie dopełnił obowiązku nadzoru nad SKOK-ami.

Postawiono zarzuty tym, którzy sprawę SKOK-ów uratowali, ale nikt nie miał odwagi postawić zarzutów ludziom, którzy mieli ten system wcześniej przez ponad 20 lat kontrolować. No, chyba że zajmie się tym obecna opozycja po wygranych wyborach.

Dlaczego na okładce pana książki „państwo policyjne” ma twarz Zbigniewa Ziobry?
On jest w tym systemie najważniejszy, jego rola jest kluczowa. Nie ma co prawda bezpośredniego nadzoru nad służbami, które mogą wykonywać czynności operacyjno-rozpoznawcze, ale podległa mu prokuratura może zlecić to właściwie każdemu. To zależy tylko od kreatywności jego i jego podwładnych. Ma pełny dostęp do informacji ze śledztw, może decydować o zabezpieczeniach finansowych wobec podejrzanych, a jeżeli prokurator „źle” prowadzi sprawę, to przełożony może mu ją odebrać. Statystki wydobyte przez Stowarzyszenie Prokuratorów „Lex super omnia” pokazują, że ingerencja przełożonych w prowadzenie spraw wzrosła i to kilkukrotnie. I co może nawet ważniejsze: minister sprawiedliwości i Prokurator Generalny może nie tylko dowolnie zarządzać prokuratorami i służbami, które wykonują zadania wyznaczone przez prokuraturę, ale w jego rękach jest też reputacja wielu osób.

W przypadku szeroko pojętego „interesu państwa” tajemnica śledztwa została de facto zniesiona, a akta sprawy mogą zostać ujawnione osobom trzecim, czyli także dziennikarzom. Sam padłem ofiarą takiego zachowania, bo moje zeznania jako świadka zostały ujawnione w sprzyjających władzy mediach z komentarzem, że razem z sędzią Łączewskim ustalałem wyrok na panów Kamińskiego i Wąsika. Nic takiego oczywiście nie miało miejsca.

Jaka jest zatem w tej układance rola Jarosława Kaczyńskiego?
Myślę, że prezes PiS-u nie ma możliwości ingerowania w bieżące sprawy. A przy okazji jest w wielu sprawach dezinformowany przez swoje otoczenie. W przypadku działań Zbigniewa Ziobry może nie mieć też wielkiego pola manewru, dlatego że bez posłów Solidarnej Polski PiS traci parlamentarną większość. Prezes wskazuje jednak kierunki działania, takie jak straszenie przeciwników politycznych narzędziami policyjnymi. Przy okazji chyba na rękę są mu powtarzające się konflikty, bo on zarządza projektami politycznymi w atmosferze nieustannego kryzysu, inaczej nie umie.

PiS robi to wszystko, aby nie oddać władzy?
Niezrozumiałe jest dla mnie tolerowanie zachowań ksenofobicznych i rasistowskich, likwidacja programów, które miały temu przeciwdziałać, chociaż to paradoksalnie może być dla tej władzy największe zagrożenie. Dlaczego to robią?

Mogą liczyć na to, że dojdzie do poważnego konfliktu społecznego i że wtedy będą mogli wyciągnąć wszystkie swoje „zabawki”. Być może taki jest ich plan, który pokaże, że Jarosław Kaczyński jest w stanie opanować sytuację. Czy chce w taki sposób doprowadzić do pełzającego stanu wyjątkowego, czy będzie liczył na wzmocnienie swojej pozycji politycznej? Nie wiem.

Do takiego przesilenia społecznego może dojść jeszcze przed wyborami parlamentarnymi?
Zapalić to może każda, nawet najmniejsza iskierka. Przecież już teraz wiele rodzin nie jest w stanie ze sobą rozmawiać z powodów politycznych, emocji jest bardzo dużo. Szczególnie groźna jest ksenofobia poparta poczuciem zagrożenia. W Ełku, w sylwestra dwa lata temu, drobny żulik ukradł napój, a kelner z kebabu, który był Tunezyjczykiem, nie opanował nerwów i go zabił nożem. To doprowadziło do rozruchów na ulicach tego miasta. Jeżeli coś podobnego wydarzyłoby się w większym mieście, w bardziej napiętej niż wieczór sylwestrowy atmosferze, to mogłoby się okazać, że sytuacji nie da się opanować lokalnymi siłami policji.

A jeszcze gdyby obrońcy praw człowieka zaczęli bronić imigrantów przed aktami agresji, to ataki objęłyby także „lewaków”.

Podczas Marszu Niepodległości 11 listopada ok. 200 tys. ludzi, których nie obowiązywały żadne prawa – pomimo że wcześniej deklarowali, iż nie będą wznosić haseł nienawiści, odwoływać się do faszystowskich symboli i używać materiałów pirotechnicznych – bez przeszkody ze strony władz publicznych przeszło ulicami Warszawy. I co gorsza, bez reakcji współuczestników, „normalnych rodzin z dziećmi”, którym takie zachowania nie przeszkadzały. Atmosfera agresji, ksenofobii, oskarżeń o zdradę narodowych interesów rośnie jak wrzód, który musi pęknąć. I może o to chodzi.

wiadomo.co

 

Noworoczne życzenia Dudy nie dla „zepsutego środowiska sędziowskiego”

Andrzej Duda udzielił TVP.Info wywiadu, w którym podsumował polityczne wydarzenia ostatnich miesięcy. Życzył wszystkim Polakom, by „rok 2019 był po prostu dobrym rokiem”. Wszystkim, oprócz sędziów. Zdaniem prezydenta to wpływowe środowisko, które posiada rzeczników na całym świecie i jest zepsute od środka.

Wywiad wyjątkowy, podsumowujący najważniejsze wątki, bo jego zapis pojawił się nawet na oficjalnej stronie prezydenta. Scenariusz był podobny, co w przypadku życzeń świątecznych od Andrzeja Dudy. Z jednej strony miało być miło, koncyliacyjnie, Prezydent podkreślał, że „opozycja ma prawo krytykować”. Z drugiej strony były sugestie, że niestety „nie wszyscy działają w interesie Polski”.

Najwięcej miejsca oczywiście poświęcono sądownictwu i nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym, którą Andrzej Duda podpisał 17 grudnia. Dla „sędziowskiej kasty” Prezydent najwyraźniej ma jeszcze mniej wyrozumiałości niż dla „totalnej opozycji”. Kilka jego stwierdzeń wymaga choćby krótkiego komentarza.

Andrzej Duda stwierdził, że projekt ustawy „zanalizował i uznał, że idzie w dobrym kierunku”. Zapewnił również, że „ponieważ jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, także był zwolennikiem uznania postanowienia Trybunału”. Deklaracje ze strony prezydenta, że państwo zamierza dotrzymywać traktatowych zobowiązań niewątpliwie, należy przyjmować z ogromną ulgą.

Następnie odniósł się w kilku słowach do nowelizacja, opowiadając o niej raczej jako rutynowym posunięciu rządu, a nie spektakularnej kapitulacji: „Jesteśmy suwerennym państwem i to polskie władze uznają to orzeczenie i to polskie władze ustawodawcze dokonują zmian w polskim prawie. Ja jako Prezydent albo akceptuję te zmiany, albo nie. Te oczywiście zaakceptowałem”.

Ponownie — całe szczęście, że Prezydent zdecydował się ustawę podpisać. Inaczej kilkugodzinny trud przepychania jej przez Parlament spełzłby na niczym.

Przeczytaj też:

Prezydent podpisał nowelizację ustawy o SN! Zwycięstwo obrońców praworządności

MARIA PANKOWSKA  17 GRUDNIA 2018

Kto traci przywileje?

Sprawa Sądu Najwyższego nie jest oczywiście zawieszona w próżni. Prezydent poświęcił dużo miejsca na tłumaczenie, dlaczego w ogóle potrzeba zmian w sądownictwie i jaką rolę odgrywa w tym historycznym procesie rząd PiS (warto zwrócić uwagę, że Andrzej Duda mówi o rządzie – „my”):

„I my, stawiając pewne sprawy, po prostu bronimy interesów Polski i Polaków, tak jak jest, chociażby w sprawie zmian w wymiarze sprawiedliwości. Chcemy, żeby Polacy byli zadowoleni z jego funkcjonowania, a on wymaga zmian. Środowiska sędziowskie się z tym nie zgadzają, ponieważ wiele z nich traci przywileje przy tej okazji”.

Ciekawa interpretacja. W przypadku sędziów Sądu Najwyższego sytuacja jest dokładnie odwrotna. Przez postanowienie Trybunału Sprawiedliwości UE PiS musiał przywrócić do orzekania sędziów, których wcześniej przeniósł w stan spoczynku, manipulując wiekiem emerytalnym. Metoda kija tymczasowo się nie sprawdziła, więc pora na marchewkę.

PiS mami więc sędziów nowymi przywilejami, jeśli mu ulegną. Ci, którzy mimo postanowienia TSUE, nie zdecydują się na powrót do Sądu Najwyższego, zostaną sowicie nagrodzeni. Uchwalona pospiesznie nowelizacja stanowi bowiem, że usunięci sędziowie, którzy zdecydują się na pozostanie w stanie spoczynku, będą mogli liczyć na emeryturę w wysokości 100 proc. uposażenia zamiast zwyczajowych 75 proc.

Sytuacja jest więc zgoła odwrotna, to PiS proponuje niespotykane do tej pory przywileje, byle tylko sędziowie zachowali się po ich myśli.

Profesor Łętowska na łamach OKO.press określiła te rozwiązania jako propozycje o charakterze korupcyjnym.

Przeczytaj też:

Prof. Ewa Łętowska: PiS chce skorumpować sędziów SN. Kto się skusi, będzie skompromitowany

MARIA PANKOWSKA  23 LISTOPADA 2018

Widmo komunizmu w głowie Prezydenta

Tego argumentu w wywodzie prezydenta zabraknąć nie mogło. PiS do znudzenia powtarza opowieść o potrzebie dekomunizacji polskich sądów.

„Następuje też pewna wymiana kadr, bo chcieliśmy, żeby pokolenie sędziów, które ma przeszłość komunistyczną odeszło, dlatego że wielu z tych sędziów było członkami partii komunistycznej – chcemy, żeby to pokolenie odeszło. Opór materii jest ogromny i jest problem” – powtarza za PiS prezydent Duda.

Co znaczy wielu? Połowa? Jedna trzecia środowiska? Trzy osoby? Jak wskazywała między innymi Europejska Sieć Rad Sądownictwa w decyzji o zawieszeniu KRS w prawach członka — PiS używa argumentu o „postkomunizmie w sądach” na odlew. Bez danych, bez argumentów, bez jakichkolwiek wyliczeń.

Tymczasem średni wiek sędziów sądów powszechnych waha się między 40 a 45 lat. Z kolei sędziowie Sądu Najwyższego przechodzili lustrację w latach 90, choć, jak przyznają eksperci, proces ten nie przebiegał bez zakłóceń i nie został dokończony. Sam fakt orzekania przed 1989 rokiem nie oznacza jednak, że sędziowie wydawali naganne wyroki.

Czy pracowniczy poczty pracujący przed 1989 rokiem również są „komunistycznymi złogami”?

Przeczytaj też:

Dekomunizacja Sądu Najwyższego to propagandowy wybieg PiS, żeby przejąć SN. Ale paru sędziów nie powinno się w nim znaleźć

STANISŁAW ZAKROCZYMSKI  26 LISTOPADA 2017

Zepsute, polityczne sądy

„Te niezwykłe demonstracje polityczne środowisk sędziowskich pokazują, że środowiska sędziowskie są zepsute” – orzeka wreszcie Prezydent RP.

„Zepsute, czyli pojawia się zarzut przede wszystkim o upolitycznienie” – powtarza za prezydentem rezolutnie pracująca w TVP Ewa Bugała. Andrzej Duda skwapliwie przyznaje jej rację, a następnie kreśli mroczny scenariusz:

„Proszę sobie wyobrazić, Pani Redaktor, jak się będzie później czuł człowiek w sprawie związanej z polityką, czy to np. sprawie o zniesławienie, jakieś pomówienie czy choćby w jakiejś sprawie wyborczej, jeżeli ma świadomość, że sędzia, który orzeka w jego sprawie, demonstracyjnie prezentował swoje poglądy polityczne pół roku temu, rok temu czy dwa lata temu. I on wie, że to człowiek, który ma odmienne poglądy polityczne od jego, np. krytyczną ocenę jego działalności politycznej.

Jako zawodowy polityk myślę, że taki człowiek będzie czuł co najmniej dyskomfort, mając świadomość tego, że sędzia ma takie poglądy, a nie inne, i on te poglądy zna, bo sędzia je demonstrował. Taka sytuacja nigdy nie powinna mieć miejsca”.

Przeczytaj też:

Duda kilkanaście razy Konstytucję złamał, naciągał, sponiewierał. A teraz chce o niej debatować [raport OKO.press]

DOMINIKA SITNICKA  4 MAJA 2018

Trudno nie odnieść wrażenia, że Andrzej Duda mówi przede wszystkim o politykach PiS, którzy, po wylewaniu na sędziów wiadra pomyj, mogą mieć obawy, czy kiedyś się to na nich nie zemści. Oczywiście, żeby było jasne: jedyny sąd przed którym destrukcyjna działalność polityczna powinna mieć znaczenie, to Trybunał Stanu.

Jeśli Andrzej Duda kiedykolwiek będzie stroną postępowania, na przykład w sprawie cywilnej, obowiązkiem każdego sędziego będzie zapomnienie tego, co słyszał z ust prezydenta o „nadzwyczajnej kaście”, czy „zepsutym środowisku”. Na tym polega sędziowska niezawisłość.

Obywatel zderza się z limuzyną

Dla kontrastu Panu Prezydentowi Dudzie i Pani Redaktor Bugale proponujemy inny eksperyment myślowy. Proszę sobie wyobrazić sobie zwykłego, szarego obywatela, w którego samochód uderza limuzyna rządowa. Śledztwo prowadzi prokuratura, którą w ręku trzyma Prokurator Generalny i Minister Sprawiedliwości w jednej osobie.

Następnie sprawa ląduje w sądzie, w którym prezes, wiceprezes oraz dyrektor sądu zostali  powołani przez tego samego Ministra Sprawiedliwości. Sędzia orzekający w sprawie przydzielony zostaje poprzez system losujący, którego algorytmu nikt nie zna, a którego administratorem jest Ministerstwo Sprawiedliwości.

W razie, gdyby Minister Sprawiedliwości uznał wydany przez sędziego wyrok za niesprawiedliwy, może dojść do postępowania dyscyplinarnego. Postępowanie to będzie prowadził Rzecznik Dyscyplinarny powołany przez… Ministra Sprawiedliwości. Rzecznikiem takim może być każdy sędzia, nie ma co do tego ścisłych kryteriów.

Czy opłaca się w tak zorganizowanym systemie sądowym wchodzić w drogę, dosłownie i w przenośni, politykom związanym z partią rządzącą? I czy nie jest to właściwy wymiar upolitycznienia sądów?

oko.press

 

 

Blisko 3 tysiące polskich sędziów chce dymisji nowej KRS. To jedna trzecia wszystkich sędziów

3007 sędziów (91 proc. wszystkich głosujących) uważa, że nowa Krajowa Rada Sądownictwa nie wykonuje zadań, do których została powołana. A 2881 jest zdania, że powinna się podać do dymisji. To wyniki referendum przeprowadzonego już w 139 sądach. W pozostałych sądach referendum trwa. Wszystkich sędziów w Polsce jest około 10 tysięcy

 

Wyniki referendum są miażdżące dla nowej KRS, na którą środowisko sędziowskie mówi neo-KRS. W głosowaniu wzięło udział  już blisko jedna trzecia wszystkich sędziów w Polsce, których jest ok. 10 tysięcy. Referendum nie jest jeszcze zakończone.


Pierwszy w Nowym Roku 2019 tekst OKO.press przynosi dobrą informację o odważniej postawie polskich sędziów, którzy bronią niezależności wymiaru sprawiedliwości przed atakiem PiS.

Życzymy sobie i naszym Czytelniczkom i Czytelnikom jak najwięcej dobrych wiadomości w tym ważnym dla polskiej demokracji i wolności roku.


Sędziowie nie tylko chcą dymisji „sędziowskich” członków nowej KRS. Aż 90,9 proc. głosujących uważa, że nie wykonuje ona swoich zadań określonych w artykule 186 ust 1 Konstytucji: „Krajowa Rada Sądownictwa stoi na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

Wyniki głosowania są dostępne na stronie Stowarzyszenia sędziów Iustitia. Referendum przeprowadza Forum Współpracy Sędziów. To rodzaj luźnego samorządu sędziowskiego, którego zadania do tej pory wypełniała Krajowa Rada Sądownictwa.

Przypomnijmy, że PiS wbrew Konstytucji rozwiązał niezależną KRS i powołał nową, do której wyznaczono — na 15 miejsc przeznaczonych dla sędziów — głównie sędziów współpracujących z resortem sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Ponadto – wbrew Konstytucji – wybrał ich Sejm, a nie jak do tej pory sami sędziowie.

Środowisko sędziowskie uważa ten wybór za nielegalny. Nowa KRS jest organem realizującym polityczne dyrektywy władzy PiS i nie broni niezależności sędziów.

Ostrej reakcji środowiska sędziów nie hamują dyscyplinarki wytaczane najbardziej aktywnym przez powołanego przez ministra Ziobrę rzecznika dyscyplinarnego.

Kilkunastu sędziów krakowskich stoi w holu sądu w czarnych koszulkach z literami - razem układa się to w napis Konstytucja
Przeczytaj też:

Lista sędziów ściganych przez rzecznika dyscyplinarnego sądów powszechnych

MARIUSZ JAŁOSZEWSKI  26 GRUDNIA 2018

Sądy podejmują uchwały anty KRS

Dezaprobatę wobec nowej KRS sędziowie dają w licznych uchwałach poszczególnych sądów, w których sędziowie odmówili opiniowania kandydatów do sędziowskich awansów zatwierdzanych przez nową KRS. Konkursy na nowe stanowiska uznali za fikcję. OKO.press pisało o tych uchwałach.

Podejmowano też uchwały w obronie niezależności i krytykujące nową KRS. Takie uchwały podejmowali sędziowie z Krakowa, którzy pierwsi stanęli w obronie niezależności przed powołaną przez ministra Ziobrę nową prezes sądu.

Uchwały takie przyjmują też sędziowie z innych sądów, również w mniejszych miastach. Co ważne, mocny głos w obronie sądownictwa przed podporządkowaniem go władzy PiS idzie też z największego sądu w Polsce, czyli z Sądu Okręgowego w Warszawie.

Tylko przed Świętami Bożego Narodzenia przyjęto mocne w przekazie uchwały w dwóch sądach.

Lublin: Sędziowie mają obowiązek reagować na zagrożenia

W Lublinie uchwały podjęły zebranie Sędziów Sądu Okręgowego i Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów Okręgu Sądu Okręgowego w Lublinie. Lubelscy sędziowie napisali m.in., że udzielają poparcia dla sędziów, którym grożą dyscyplinarki za obronę niezależności.

„Dziękujemy sędziom, którzy uczestniczą w dyskursie publicznym, broniąc fundamentów państwa prawa. Prawo sędziów do formułowania publicznych wypowiedzi w zakresie funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, stanowi przejaw realizacji konstytucyjnej zasady wolności słowa i znajduje oparcie w orzecznictwie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Ponadto uważamy, że sędziowie, zgodnie z rotą złożonego przy objęciu urzędu ślubowania, mają obowiązek wskazywać na zagrożenia dla niezależności sądów oraz niezawisłości sędziów i przestrzegać przed nimi, niezależnie od tego, jakie ugrupowanie polityczne sprawuje władzę ustawodawczą i wykonawczą.

Określanie sędziów, wypowiadających się krytycznie o niektórych rozwiązaniach legislacyjnych lub o działalności instytucji mających wpływ na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, mianem »strony sporu politycznego« jest nieetyczne i obraźliwe”. A tu cała treść tych uchwał.

Warszawa: zbadamy w przyszłości dyscyplinarki

Mocne są też uchwały Zgromadzenia Przedstawicieli Sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie. W jednej z nich sędziowie wprost napisali, że powołani przez ministra Ziobrę rzecznik dyscyplinarny sądów powszechnych Piotr Schab i jego zastępcy Przemysław Radzik i Michał Lasota swoimi działaniami wobec sędziów godzą w niezawisłość sędziów i szkodzą dobru wymiaru sprawiedliwości.

„Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów Okręgu Sądu Okręgowego w Warszawie stwierdza, że wszelkie działania sędziów uczestniczących czynnie w planie poddania sądów i sędziów politycznej kontroli i podejmujących działania represyjne wobec sędziów za:

– ich działalność orzeczniczą

– za udział w debacie publicznej

– za obronę niezależności sądów i niezawisłości sędziów

będą musiały być poddane w stosownym czasie kontroli i ocenie w rzetelnym postępowaniu dyscyplinarnym prowadzonym na podstawie zgodnych z Konstytucją przepisów z zagwarantowaniem pełnego prawa do obrony.

Nigdy nie jest za późno na odstąpienie od sprzecznej z etosem sędziego działalności służącej realizacji politycznych planów ministra sprawiedliwości”.

Stołeczni sędziowie okręgowi postanowili też, że:

  • wstrzymują się z opiniowaniem sędziowskich awansów dla nowej KRS do czasu rozpoznania przez TSUE pytań prejudycjalnych,
  • przypominają o podstawowych wartościach, którymi powinien kierować się sędzia.
  • Zgromadzenie Przedstawicieli Sędziów Okręgu Sądu Okręgowego w Warszawie przypomina wszystkim sędziom, iż przed objęciem stanowiska ślubowali służyć wiernie Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży prawa, a w postępowaniu kierować się zasadami godności i uczciwości.
  • Ślubowanie to obowiązuje wszystkich sędziów – wykonujących swój zawód, delegowanych do pełnienia czynności administracyjnych w ministerstwie sprawiedliwości lub podległych ministrowi sprawiedliwości i przez niego nadzorowanych jednostkach organizacyjnych bez względu na funkcję tam zajmowaną.
  • Od przestrzegania roty ślubowania nie zwalnia również powołanie na stanowisko rzecznika dyscyplinarnego – przypomnieli w uchwale warszawscy sędziowie.

Cała treść uchwał jest tutaj.

A Duda swoje: „środowiska sędziowskie są zepsute”

Sędziowie pokazali w mijającym roku, że są zjednoczeni w obronie niezależności, by dać też przykład pozostałym sędziom, zwłaszcza z mniejszych miast. PiS nie zamierza zrezygnować z podporządkowania swojej woli politycznej wymiaru sprawiedliwości, mimo ostatnich ustępstw wobec Brukseli w sprawie Sądu Najwyższego.

Dowodem choćby niedzielny (30 grudnia 2018) wywiad prezydenta Andrzeja Dudy dla TVP Info. Odpowiadając na pytania dziennikarki o dalsze zmiany w sądach mówił, że środowisko sędziowskie jest „niezwykle wpływowe”.

„Te niezwykłe demonstracje polityczne środowisk sędziowskich pokazują, że środowiska sędziowskie są zepsute (…) Zachowują się w taki sposób, na jaki sędziowie nigdy nie powinni sobie pozwolić. […] Sędzia ma oczywiście prawo do swoich poglądów politycznych, ale to powinny być jego poglądy, z którymi on nie powinien wychodzić na ulicę, których nie powinien demonstrować w mediach i w innych miejscach” – atakował sędziów prezydent Andrzej Duda.

Przyłębska na ratunek

Nowa KRS liczy, że świadectwo legalności da jej już opanowany przez PiS Trybunał Konstytucyjny, do którego sama zwróciła się z wnioskiem o zbadanie legalności jej wyboru. Składowi orzekającemu ma przewodniczyć Julia Przyłębska, pełniąca obowiązki prezesa TK.

W piątek 28 grudnia komisja ustawodawcza Sejmu przyjęła głosami PiS stanowisko, w którym poparła stwierdzenie konstytucyjności nowej KRS.

Rozprawa w TK miała się odbyć już 3 stycznia 2019, ale 31 grudnia wieczorem członek KRS sędzia Jarosław Dudzicz zamieścił tweeta z informacją o odwołaniu rozprawy.

oko.press

 

Prof. Zajadło: Kaczyński buduje niedemokratyczne państwo bezprawia

Gdyby do działań PiS przyłożyć niektóre z powojennych tez filozofa prawa Gustava Radbrucha, podsumowujących okres nazizmu, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej

 

Kilkanaście miesięcy temu Polskę lotem błyskawicy obiegła wiadomość o zatrzymaniu i skuciu kajdankami Władysława Frasyniuka – w telewizyjnym komentarzu jego adwokat przywołał formułę Radbrucha.

Co to jest właściwie takiego ta formuła, skoro ostatnio jest na ustach wszystkich i każdy rozumie ją inaczej? Według jednych formuła Radbrucha powstała w określonym kontekście historycznym i nie wolno jej nadużywać, według innych przeciwnie – ma walory uniwersalne i może znaleźć zastosowanie także w państwie mieniącym się demokratycznym i praworządnym – pisze prof. Jerzy Zajadło*.

Tezy Radbrucha

W 1946 roku niemiecki filozof prawa Gustav Radbruch opublikował artykuł pod tytułem „Ustawowe bezprawie i ponadustawowe prawo”. Podsumował tam okres nazizmu i postawił trzy tezy, nazwane później od jego nazwiska formułą Radbrucha:

  • po pierwsze, może dochodzić do takiego konfliktu wewnątrz prawa, że czasami powinniśmy odłożyć na bok jego literę i kierować się duchem sprawiedliwości;
  • po drugie, czasami ta swoista perwersja prawa jest tak daleko idąca, że coś, co jest z pozoru ubrane w szaty ustawy, w gruncie rzeczy w ogóle nie zasługuje na miano prawa;
  • po trzecie, odpowiedzialność za nazistowskie bezprawie ponosi przynajmniej częściowo tzw. pozytywizm prawniczy, który całe pokolenia prawników wychował w duch bezwzględnego posłuszeństwa władzy.

Tyle Radbruch – historyczny kontekst jego propozycji jest więc oczywisty. Jednak tak naprawdę niemiecki prawnik kierował swoje słowa przede wszystkim do przyszłych pokoleń, ponieważ sam był już w wówczas w podeszłych wieku i wkrótce, 23 listopada 1949 roku, zmarł w swoim ukochanym Heidelbergu.

W latach 90., kiedy przyszło rozliczać bezprawie komunistyczne i niektóre inne reżimy autorytarne w różnych częściach świata (np. w RPA i w niektórych krajach południowo-amerykańskich i azjatyckich), przypomniano sobie o jego formule i np. w Niemczech wykorzystano ją w procesach osób odpowiedzialnych za śmierć setek ludzi przy murze berlińskim.

Zaczęto też nadawać jego propozycji bardziej uniwersalny i ponadczasowy charakter. Uświadomiono bowiem sobie, że do ustawowego bezprawia może czasami dochodzić nie tylko w reżimach totalitarnych, lecz paradoksalnie także w krajach mieniących się demokratycznymi państwami prawa.

Nie mają więc racji ci wszyscy, którzy protestują przeciwko powoływaniu się dzisiaj na formułę Radbrucha, ponieważ już dawno oderwała się ona od swojego podstawowego historycznego kontekstu. Moglibyśmy np. w przez jej pryzmat dokonać oceny haniebnego procederu niewolnictwa w demokratycznych w końcu Stanach Zjednoczonych w połowie 19. wieku, ale z pewnością znalazłyby się też bliższe nam przykłady.

I tutaj dochodzimy do zasadniczego pytania – czy aktualny stan praworządności w Polsce uzasadnia odwoływanie się do formuły Radbrucha? Otóż jeśli potraktujemy ją wąsko i w związku z konkretnym kontekstem historycznym, to oczywiście nie, byłoby to istotnie nadużycie intencji niemieckiego filozofa prawa.

Blisko granicy bezprawia

Jeśli jednak nadamy jej znaczenie bardziej uniwersalne, a taki model obowiązuje we współczesnym prawoznawstwie, to odpowiedź negatywna nie będzie już tak oczywista.

Wiele z działań obecnej władzy zbliża się bowiem niebezpiecznie do pewnej granicy, za którą rozciąga się nieograniczona przestrzeń ustawowego bezprawia. Dotyczy to zarówno działań faktycznych, jak i prawodawczych.

Skupmy się tytułem przykładu tylko na kilku z nich. W wielu przypadkach skala naruszeń konstytucji jest tak daleko idąca, że powoływanie się na Radbrucha wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Przykłady?

Bardzo proszę:

  • dewastacja prestiżu Trybunału Konstytucyjnego i jego funkcji kontrolnych;
  • zamienienie w kompletną farsę parlamentarnych procedur ustawodawczych;
  • wprowadzenie takich zmian w prawie o zgromadzeniach, które kompletnie kłócą się z ideą społeczeństwa obywatelskiego;
  • rzekoma reforma wymiaru sprawiedliwości (prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o SN i KRS), której jedynym rzeczywistym celem jest jego polityczne podporządkowanie i wymuszenie posłuszeństwa.

Wystarczy, Radbruch by specjalnie nie protestował w sprawie użycia jego formuły do oceny charakteru tych działań.

Gdyby do działań PiS z ostatnich kilkunastu miesięcy przyłożyć niektóre z powojennych tez Gustava Radbrucha, to trzeba ze zdumieniem i przykrością stwierdzić, iż dzisiejsza Polska wykazuje symptomy niedemokratycznego państwa bezprawia. Trudno się więc dziwić, że z trudem pasuje do aksjologii leżącej u podstaw Unii Europejskiej.

Odwracanie znaczeń

Jarosław Kaczyński ciągle jednoznacznie deklaruje niepodważalność dalszego polskiego członkostwa w Unii Europejskiej, a wzywających do referendum w tej sprawie nazywa politycznymi szkodnikami i awanturnikami.

Paradoksalnie te słowa powinny być jednak dla nas poważnym ostrzeżeniem, ponieważ mogą oznaczać coś dokładnie odwrotnego. Życie zdaje się potwierdzać tę prognozę, ponieważ politycy PiS mają wyjątkową skłonność do odwracania znaczeń.

Przeczytaj też:

Morawiecki w krainie postprawdy. Siedem najbardziej bezczelnych kłamstw [kolekcja ilustrowana]

MONIKA PROŃCZUK  24 LIPCA 2018

Swego czasu jeden ze zwolenników „dobrej zmiany” napisał na łamach codziennej prasy tak: „To, co konstytucjonaliści uważają zazwyczaj za niewzruszone dogmaty, np. zasady demokratycznego państwa prawa, niezależności sędziowskiej czy zwłaszcza trójpodziału władzy, wcale nie jest takie oczywiste. Sens tych pojęć wymaga wyjaśnienia, a nie przyjmowania ich na wiarę”.

Dla konstytucjonalistów te słowa muszą być szokujące. Tym bardziej szokujące, że w praktyce PiS poszedł jeszcze dalej i wyszedł wyłącznie poza poziom proponowanej reinterpretacji paradygmatów:

nie chodzi wyłącznie o „wyjaśnienie” tych pojęć, chodzi o ich całkowite zaprzeczenie, a więc o niedemokratyczne państwo bezprawia, zależność sędziowską i jednolitość władzy skoncentrowanej w tzw. centralnym ośrodku decyzji politycznej o charakterze pozakonstytucyjnym.

Jedni podpiszą się pod tą tezą, ponieważ od samego początku przewidywali taki scenariusz wydarzeń; inni gwałtownie zaprotestują i uznają ją za histeryczną przesadę, ponieważ wierzą w sanacyjny charakter „dobrej zmiany”.

Jednak fakty zdają się przemawiać za koniecznością nazywania rzeczy po imieniu. Potencjalnym krytykom z góry odpowiadam – ja nie oceniam faktów, tylko je opisuję. Jeśli coś oceniam, to wyłącznie ewentualne skutki tych faktów.

Farsa legislacji

Po pierwsze, proces legislacyjny zamienił się w farsę i grę pozorów. Sejm, Senat i prezydent stały się organami, które bezkrytycznie i bezwolnie akceptują projekty ustaw powstające wprawdzie formalnie w ramach obowiązujących procedur, ale faktycznie będące emanacją kapryśnej i nieprzewidywalnej woli tzw. centralnego ośrodka decyzji politycznej.

Wszystko to odbywa się bez jakichkolwiek konsultacji społecznych i bez brania pod uwagę głosu opozycji parlamentarnej, nawet tam, gdzie prawo wyraźnie tego wymaga. Z punktu widzenia utrwalonych w jurysprudencji zasad takie prawo przestaje być prawem, staje się dyktatem przyobleczonym tylko formalnie w szaty ustawy, w rezultacie – jest ustawowym bezprawiem.

Prawo wymaga bowiem nie tylko spełnienia kryteriów nazwanych przez Lona L. Fullera jego wewnętrzną moralnością, lecz także określonego trybu uchwalania. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z przewrotną retoryką – z jednej strony na użytek manipulacji opinią publiczną deklaruje się przestrzeganie konstytucji i obowiązującego porządku prawnego, z drugiej zaś bezceremonialnie łamie się ustawę zasadniczą i w gruncie rzeczy gardzi się jej aksjologią.

W normalnie funkcjonującym współczesnym państwie wybory są nie tylko po to, by wybrać przedstawicieli narodu umożliwiających realizację idei demokracji pośredniej, ale także (a może – przede wszystkim) po to, by ci przedstawiciele stanowili prawo w ramach demokratycznych procedur.

Dzisiaj już wiemy, że w warunkach współczesnych społeczeństw masowych nie chodzi przy tym o demokrację opartą wyłącznie o arytmetyczną większość, lecz o demokrację deliberatywną i partycypacyjną, która uwzględnia głos mniejszości i w której ostateczne prawodawcze fiat jest wynikiem demokratycznego dyskursu.

W warunkach demokratycznego państwa prawa istotne jest nie tylko jakie prawo się uchwala, lecz także – jak się je stanowi. Na tym opieram swoje twierdzenie o symptomach niedemokratycznego państwa bezprawia i w gruncie rzeczy po to dokonano najpierw paraliżu, a następnie całkowitej degeneracji Trybunału Konstytucyjnego.

Chodziło o to, by zarówno przedmiot, jak i tryb legislacji wyjąć spod jakiejkolwiek kontroli, poza oczywiście wyimaginowaną kontrolą mitycznego suwerena mamionego mirażem jego wszechmocy.

Sędziowie – posłuszni wykonawcy

Po drugie, zmiany statusu Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego i reorganizacja systemu organów wymiaru sprawiedliwości wyraźnie zmierzają już nie tylko do naruszenia zasad podziału władzy (art. 10 konstytucji) i odrębności władzy sądowniczej (art. 173 konstytucji).

Ich celem jest wręcz przekształcenie sędziów i sądów w posłusznych wykonawców woli wspomnianego centralnego ośrodka – w równym stopniu, w jakim się to już stało udziałem władzy ustawodawczej i wykonawczej. Tak pojęte sądy przestaną być sądami i trudno znaleźć odpowiednie słowo na określenie ich istoty.

Nie mamy więc do czynienia wyłącznie z reinterpretacją pojęć, lecz z ich całkowitą negacją. W swoim słynnym tekście „Pięć minut filozofii prawa” z 1945 roku Gustav Radbruch pisał tak:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że Radbruch napisał te słowa pod wpływem perwersji systemu nazistowskiego i że trudno dopatrywać się w nich jakichkolwiek historycznych analogii. Dzisiaj jednak już wiemy, że słowa niemieckiego filozofa prawa mają charakter uniwersalny i ponadczasowy, zwłaszcza z punktu widzenia europejskiej kultury prawnej.

W związku z tym trudno nie zauważyć ich adekwatności w kontekście polskiej sytuacji – niestety, pasują jak ulał.

Polscy sędziowie stanęli bowiem w obliczu gigantycznego paradoksu, ponieważ przyszło im chronić prawo i sprawiedliwość przed „Prawem i Sprawiedliwością”.

„Tylko to, co jest prawem, służy narodowi”

Nie jesteśmy bowiem w stanie zaakceptować „filozofii prawa” zarysowanej swego czasu przez premiera Mateusza Morawieckiego w pamiętnym wywiadzie dla niemieckiej stacji telewizyjnej Deutsche Welle. Ten sam Radbruch napisał bowiem też inne zdanie: „Nie, nie może tak być: wszystko, co służy narodowi, jest prawem; raczej odwrotnie: tylko to, co jest prawem, służy narodowi”.

Ale Radbruch napisał jeszcze coś i powinno to stanowić dla nas wskazówkę na przyszłość:

„Jeśli ustawy świadomie zaprzeczają sprawiedliwości, np. arbitralnie przyznają i odbierają ludziom ich prawa, to nie obowiązują, naród nie jest zobowiązany do ich przestrzegania, a prawnicy również powinni zdobyć się na odwagę odmówienia im charakteru prawa”.

Obowiązek bezpośredniego stosowania Konstytucji

Przełożone na grunt aksjologii konstytucyjnej te słowa nie oznaczają niczego innego, jak tylko prawo lub wręcz obowiązek sędziów do bezpośredniego stosowania i interpretacji konstytucji (lub jak chcą niektórzy – rozproszonej kontroli konstytucyjności prawa).

Bałamutność hasła „demokracja, a nie sędziokracja” polega przede wszystkim na populistycznej sugestii, że sędziowie są wrogami demokracji, podczas gdy w rzeczywistości stanowią jej konieczny i niezbędny element. Tzw. reforma wymiaru sprawiedliwości pod pozorem walki z niedomaganiami systemowymi w gruncie rzeczy tworzy jakiś nowy system oparty na całkowitym prymacie polityki nad prawem i próbujący z niezawisłych sędziów uczynić dyspozycyjnych funkcjonariuszy władzy.

Potwierdza się tutaj teza o odwracaniu znaczeń – rządzący być może dobrze identyfikują bulwersujące społeczeństwo niektóre patologie systemu, ale jednocześnie pod pozorem walki z nimi próbują na nich zbudować system jeszcze bardziej patologiczny. To, co do tej pory się tylko wbrew społecznej woli zdarzało, teraz po prostu będzie.

Ten mechanizm uderza swoją logiczną prostotą i pragmatyczną skutecznością – wyjątek przekształcony w zasadę po prostu przestaje istnieć. Do czasu, kiedy ludzie nie zorientują się ponownie, że w pierwotnych deklaracjach nie o to chodziło i że to jednak ten sam wyjątek, a nie zasada, tyle że zawoalowany atrakcyjnym pustosłowiem i zatopiony w propagandowym populistycznym sosie.

Nie twierdzę, że wszystkie elementy proponowanego projektu politycznego mają taki charakter. Twierdzę natomiast, że takie znamiona noszą niektóre z nich – niestety te, które są fundamentalne z punktu widzenia konstytucyjnego ustroju państwa i które przez to mają zasadniczy wpływ na całe nasze życie. Z pozoru są odległe, umieszczone gdzieś na szczytach władzy, nie mające znaczenia z pozycji egzystencjalnych problemów przeciętnego człowieka, ale są to tylko pozory.

W rzeczywistości mają one bowiem znaczenie zasadnicze, cała reszta to jedynie uspokajający i kamuflujący faktyczne intencje dodatek. Najlepszym przykładem takiego swoistego leczenia niedomagań politycznego organizmu przez wszczepienie do niego jeszcze gorszej jednostki chorobowej są właśnie propozycje reformy wymiaru sprawiedliwości.

Polityczna dyspozycyjność zasadą

Hasło jest przewrotne i bałamutne – jeśli nasza polityka jest słuszna, a przecież jest, to nie ma lepszej gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów niż włączenie trzeciej władzy w proces realizacji tej polityki.

I tak oto patologiczny i zdarzający się wbrew naszej woli wyjątek, polityczna dyspozycyjność sądów i sędziów, ma się stać systemową zasadą i polityczną cnotą.

Nie chodzi bowiem tylko o eliminację znanych z dalszej i bliższej przeszłości przypadków tzw. sędziów na telefon. Chodzi o model zapewniający takich sędziów, którym nie trzeba będzie w ogóle przypominać telefonicznie, czego od nich oczekuje władza wykonawcza (a ściślej rzecz biorąc – tzw. centralny ośrodek decyzji politycznej), powinni to sami rozumieć, czuć, a nawet wręcz wyprzedzać pragnienia rzekomego suwerena.

Jawne bezprawie nazywają prawem

Po trzecie, w każdym, nawet najbardziej demokratycznym państwie prawa mogą się zdarzyć ekscesy bezprawnego nadużycia władzy, ponieważ wszędzie występuje niedoskonały i nieprzewidywalny czynnik ludzki.

Nie ma na świecie idealnych państw – w których bez jakichkolwiek zarzutów funkcjonuje demokracja, w których większość zawsze liczy się z opinią mniejszości, w których nie zdarzają się napięcia pomiędzy trzema podstawowymi władzami, w których nie zapadają błędne i niesprawiedliwe wyroki sądowe, w których nie dochodzi do bezkarnych aktów arogancji władzy wykonawczej, w których nie istnieją przypadki łamania prawa człowieka, słowem – w których wszyscy są szczęśliwi i zadowoleni z politycznego systemowego otoczenia.

Problem tylko w tym, co jest zasadą, a co wyjątkiem, co normalnością, a co patologią, co prawidłowo funkcjonującym systemem, a co jego aberracją.

Niedemokratyczne państwo bezprawia zaczyna się tam, gdzie albo władza robi z ludzi idiotów i jawne bezprawie nazywa prawem, albo wręcz przeciwnie, zaczyna ukrywać przed społeczeństwem swoje bezprawne działania.

Ten pierwszy przypadek to cały ciąg ustaw, których niekonstytucyjność nie powinna była budzić wątpliwości – ani projektodawców, ani głosujących posłów i senatorów, ani wreszcie składającego swój podpis prezydenta. Mimo to zostały wniesione do laski marszałkowskiej, uchwalone i podpisane.

Z tym drugim przypadkiem z kolei mieliśmy ostatecznie do czynienia w kontekście śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie. Ta sprawa ma dwa wymiary,

  • jeden to dramat śmierci człowieka i towarzyszące jej bezprawne działania funkcjonariuszy policji;
  • drugi natomiast – to dramat demokratycznego państwa prawa wynikający z działań prokuratorów i polityków zmierzających do przysłowiowego zamiecenia sprawy pod dywan.

Nie wiadomo, który z nich jest gorszy. Bezprawne działania policjantów to po prostu przestępstwo, które powinno spotkać się z normalną reakcją ze strony organów państwa. Natomiast

próby ukrywania bezprawności władzy przez nią samą to coś jakościowo innego – to symptom przekształcania państwa prawa w państwo bezprawia.

Trudno bowiem nie dostrzec w sprawie Igora Stachowiaka podobieństwa do mechanizmu działania władzy w pamiętnej sprawie Grzegorza Przemyka.

Gigantyczny nepotyzm i korupcja

Po czwarte wreszcie pojawiają się zjawiska, które wymykają się wprawdzie precyzyjnej ocenie z punktu widzenia kryteriów formalnie pojętego demokratycznego państwa prawa, ale które łączą się z nim w sensie materialnym, ponieważ dewastują leżącą u jego podstaw kulturę polityczną. Wkraczamy tutaj w sferę pewnej publicznej estetyki, która ma jednak pewien pośredni wpływ zarówno na prawo, jak i na etykę życia zbiorowego.

Partyjnym nominacjom do spółek Skarbu Państwa formalnie (czy na upartego – nawet etycznie) być może nie sposób nic zarzucić, gdyby nie było ono elementem pewnych szerszych zjawisk – z jednej strony gigantycznego nepotyzmu i korupcji politycznej, z drugiej zaś niesłychanej arogancji władzy.

To jednak ma wbrew pozorom wiele wspólnego z wszystkimi innymi wyżej wskazanymi symptomami niedemokratycznego państwa bezprawia –

tworzy bowiem drugi, nieformalny i antydemokratyczny obieg funkcjonowania państwa, w który próbuje się teraz wciągnąć sędziów i sądy przeciwstawiając rzekomą sędziokrację pozornej demokracji.

Trudno w tym nie dostrzec powrotu do najgorszych tradycji PRL-u.

Nie przeczę, być może (chociaż wątpię) większość społeczeństwa akceptuje taki model i chce żyć w takim państwie. Jeśli tak, to trudno – nie nazywajmy jednak tego państwem prawa, trzeba będzie stworzyć jakąś nową terminologię.

Powtórzmy więc jeszcze raz słowa Gustava Radbrucha:

„Korzyść własną panujących widzi się jako korzyść powszechną. I tak oto utożsamianie prawa z rzekomą lub domniemaną korzyścią narodu zmieniło państwo prawa w państwo bezprawia”.


Prof. Jerzy Zajadło – prawnik i filozof, kierownik Katedry Teorii i Filozofii Państwa i Prawa na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego, członek-korespondent Polskiej Akademii Umiejętności, autor i redaktor ponad 300 prac naukowych, w tym m.in. monografii: Formuła Radbrucha, Odpowiedzialność za Mur, Studia Grotiana, Dylematy humanitarnej interwencji, Po co prawnikom filozofia prawa?, Radbruch, Schmitt Felietony gorszego sortu. O Trybunale Konstytucyjnym i nie tylko , Sędziowie i niewolnicy. Szkice z filozofii prawa, a także opracowań zbiorowych: Leksykon współczesnej teorii i filozofii prawa, Fascynujące ścieżki filozofii prawa, Łacińska terminologia prawnicza, Filozofia prawa w pytaniach i odpowiedziach, Philosophy of Law, redaktor naukowy serii wydawniczych: Współczesna Niemiecka Filozofia Prawa, Horyzonty Filozofii Prawa, Law: The Basic Concepts.

W OKO.press prof. Zajadło opublikował m.in. teksty „Co za czasy! Zachwycamy się, że prezydent kieruje się Konstytucją„, „Frasyniukowi wolno odłożyć na bok literę prawa”, „Kiedy PiS przegra wybory, trzeba rozliczyć naruszenia prawa. Piwo będzie lepiej smakować„, „Napisz do Timmermansa. Najwyższy czas na ostrą reakcję UE!

oko.press

 

[ŚWIAT 2018/2019] Solidarności już nie ma, jest egoizm. Polska w awangardzie walki z wolnością

Większość życia przeżyłem w cieniu wojny. Od strachu wyzwoliła mnie dopiero solidarność. A teraz się boję, że zapomnieliśmy o przyczynach strachu i, z radością odrzuciwszy solidarność, pogrążamy się w egoizmie – o epoce Kaczyńskiego, Orbána, Netanjahu, Erdoğana, Bolsonaro, Trumpa, Saviniego – pisze Dawid Warszawski [TEKST NA KONIEC ROKU]

Także Polska w Unii na solidarność coraz mniej może liczyć. Po części to wynik narastającej frustracji polityką naszego rządu, który z niezrozumiałą radością pełni rolę europsuja, po części zaś narastającej normy braku solidarności, także w obrębie samej Unii – pisze Dawid Warszawski w dramatycznej opowieści o tym, co dzieje się z naszym światem. Dzieje się źle.

Oto cały artykuł Dawida Warszawskiego (Konstantego Geberta)*.

Kalkulacje nowych liderów. Zapłaci ktoś inny

Zacząć trzeba od stwierdzenia, że wbrew temu, co można by sądzić,

Kaczyński i Orbán, Netanjahu i Erdoğan, Bolsonaro i Trump, czy Savini i Modi – by wymienić tylko ich, w całkiem przypadkowych zestawieniach w pary, mają w znacznym stopniu rację.

Można wypłacać 500 plus, i budżet się od tego nie wywrócił. Można założyć, że na widok dziesiątek tysięcy cudzoziemców nagle obecnych u granic, więcej ludzi poczuje strach niż współczucie. Można uznać, że Palestyńczycy są problemem nierozwiązywalnym, jak ongiś angielska pogoda, i ich po prostu ignorować: gdy się weźmie ich w nawias, bilans całości od razu się poprawi. Można przyjąć, że w obliczu nie dającego się pokonać bandytyzmu obywatele odetchną, gdy państwo zapowie, że odtąd ono będzie największym bandytą. Można powiedzieć światu, że USA przestają się nim przejmować, no bo co niby świat może zrobić? Prosić Pekin o opiekę? Można zakazać ratowania tonących, bo wtedy będzie mniej uchodźców, i w kraju, i w ogóle, co kraj przyjmie z ulgą.

Można głosić, że naszość jest najwyższą formą człowieczeństwa, bo wtedy większość od razu poczuje się lepiej.

Słowem, wszystkie te hasła i działania, które budzą oburzenie i sprzeciw tych, których przywódcy ci pokonali, są politycznie skuteczne, bo dają poparcie – a ich koszta zapłacą i tak póki co inni: przyszli podatnicy, uchodźcy, Palestyńczycy, ubodzy, czy reszta świata. Zaś nawet jeśli dojdzie do tego, że jakąś cenę zapłacić będzie musiała nasza większość, krytycy władzy znajdą się w pułapce.

Albo będą musieli dopomóc jej radzić sobie z tak wywołanym kryzysem – a tym samym przyznać, że władzy należało pomagać od samego początku, albo też będą na kryzysie zbijać polityczny kapitał, i tym samym udowodnią, że im narodowi gorzej, tym im lepiej, a więc władza słusznie robiła, że ich od początku zwalczała.

Pax Americana – wojny i kanty na boku

Powojenne siedemdziesięciolecie zbudowane było na doświadczeniu, wspólnym dla setek milionów ludzi, że nie ma wewnętrznych problemów. Że załamanie się imperium carskiego owocuje skutkami, bezpośrednimi, namacalnymi i krwawymi, i w Korei, i w Mołdawii, i na Kubie, zaś kryzys polityczny w Niemczech ma bezpośrednie konsekwencje i dla londyńczyków, i dla Żydów z Berdyczowa, i dla mieszkańców Hawajów.

To, że jakaś forma ładu ponadnarodowego jest koniecznością stało się oczywiste dla wszystkich,

nawet dla krajów tak wrażliwych na punkcie swej suwerenności, jak Francja: lepsza Wspólnota Węgla i Stali w Brukseli, niż Wolni Francuzi w Londynie. Na Zachodzie Waszyngton sprzyjał ukształtowaniu się ładu opartego na wspólnie ustalonych zasadach i rządach prawa; na Wschodzie Moskwa narzuciła porządek oparty na niemal niepohamowanej imperialnej woli Kremla.

Motywy obu supermocarstw nie były jednak jednoznaczne. Tak się bowiem składało, że międzynarodowy ład zasad sprzyjał interesom politycznym i ekonomicznym Waszyngtonu, zaś Moskwa i tak z konieczności tolerowała w państwach podległych, lecz leżących poza sowiecką granicą, więcej autonomii i swobód niż była skłonna była przyznać własnym republikom i narodom.

Oba były przekonane, że Historia jest po ich stronie, i oba były zaskoczone, że historia przyznała Waszyngtonowi rację. Zimną wojnę zastąpiła Pax Americana, a ład oparty o zasady miał się docelowo, jak ongiś komunizm, rozlać na całą planetę.

Ale ład oparty o zasady zakłada uczciwość i solidarność. Obu zabrakło, gdy się okazało, że można bezkarnie – to znaczy, bez wzmacniania sowieckiego zagrożenia, które tak dogodnie zniknęło – kantować trochę na boku.

Wojny lokalne, które wybuchały coraz częściej, oparte były na przekonaniu przynajmniej jednej ze stron, że więcej można zyskać na zwycięstwie, niż stracić na klęsce, nie grozi bowiem, że po klęsce przyjdą lub wrócą Sowieci, w jakiejś lokalnej wersji.

Amerykanie zaś odkrywali, że na automatyczną lojalność sojuszników liczyć nie można, bo jej odmowa też nie grozi sowieckim nawrotem. Punktem zwrotnym była druga wojna w Iraku, do której Waszyngton nie zdołał przekonać wielu ani jej prawdziwymi, imperialnymi, ani fałszywymi, opartymi na szacunku dla zasad, lecz publicznie podawanymi przyczynami.

Pax Americana okazała się całkiem bellica.

Europa Środkowa 1989 – demokracja jako pewnik

Z tym jeszcze można byłoby żyć, gdyby nadal trwał strach, prawdziwy ojciec ponadnarodowego ładu światowego. Okazało się jednak, że – jak zresztą zapewne należało się spodziewać – ludzkość ma wbudowaną zdolność przezwyciężania strachu, bez której zapewne zresztą nigdy by się naszym przodkom nie udało zejść z drzewa. Sztywny kaftan zasad ładu międzynarodowego zaczął się pruć, tym bardziej, że nie było już kogo się bać, a rozmaite wojenki tu i tam oswajały nas z konfliktem zbrojnym jako naturalną częścią międzynarodowego krajobrazu.

Mało tego – doświadczenie Jesieni Ludów 1989 r. napawało nieskończonym optymizmem. Po dwóch pokoleniach dyktatury narody Europy Środka wskoczyły w demokratyczne kostiumy i jęły się w nich promenować tak, jakby nic innego przez ostatnie stulecia nie robiły, jak tylko zgłaszały: „Panie Przewodniczący – w kwestii formalnej”.

To, że wystarczy obalić dyktaturę, a wyjdzie oswobodzona z celi demokracja przyjęto za pewnik.

Dalece nie dość uwzględniono, ile w tym naszym demokratycznym mizdrzeniu się było strachu – i przed wskrzeszonymi Sowietami, bo trudno było uwierzyć w historyczny cud ich klęski, i przed nami samymi – bo świeżą jeszcze była pamięć, jak za poprzedniej wolności traktowaliśmy w naszych państwach własne społeczeństwa, i sąsiadów zza miedzy. Zapomniano też, jak ogromnych inwestycji – ekonomicznych, politycznych i społecznych – Zachód w Europie Środkowej dokonał, by zapewnić przetrwanie popieranej przez siebie formie rządów. A jakby tego było mało, wszyscy mieliśmy przed oczami Jugosławię jako groźne memento. Stąd sukces.

Arabska wiosna, Grecja, Syria – kolejne triumfy egoizmu

Ale kiedy w dwadzieścia lat później podobna fala demokracji przetoczyła się przez arabski Bliski Wschód, społeczeństwa Tunezji, Egiptu, Libii, Jemenu, Syrii nie mogły już liczyć ani na nasz entuzjazm, ani choćby na podobne, co wcześniej Europa środka zainteresowanie, o wsparciu ekonomicznym i politycznym nie wspominając. A gdy kruche i słabe arabskie demokracje, z których wszystkie musiały się zmierzyć z nieporównanie od naszej trudniejszą spuścizną historii, padały jedna za drugą, ze smutkiem konstatowaliśmy, że dowodzi to tylko arabskiej niedojrzałości do demokracji. Komplementowaliśmy sobie, że nie włożyliśmy ani grosza w ten, jak się okazało, niedobry interes.

Egoizm po raz pierwszy zyskał rangę politycznej dalekowzroczności – i okazało się, że można być egoistami bezkarnie. Że nie ma się czego bać, bo zaoszczędzimy my, a cenę zapłaci kto inny. Tak też zresztą już było podczas greckiego kryzysu finansowego.

Potem w zrujnowanej wojną domową Syrii najpierw odmówiliśmy pomocy demokratom, a potem, gdy już ich wyrżnęli wspólnymi siłami stronnicy dyktatora oraz islamscy fanatycy, jedni i drudzy wspierani przez obcych interwentów, uznaliśmy, że nie ma już komu pomagać. Okazało się, że nawet bardzo konkretne doświadczenia historyczne, jak w tym wypadku hiszpańska wojna domowa, mogą pójść w całkowite zapomnienie.

Polska znowu awangardą. Oskarżamy umierającą Ukrainę

Gdy runęła ku Europie ogromna fala uchodźców, zrazu udawaliśmy, że nic szczególnego się nie dzieje, a potem zaczęliśmy zatrzaskiwać drzwi. Wiedząc już, że solidarności można odmawiać bezkarnie, najpierw jej odmówiliśmy Grecji i Włochom, które samotnie musiały się borykać z problemem w skali kontynentu, a potem zgodnie okrzyknęliśmy winnymi Niemcy, które jako jedyne usiłowały stanąć na wysokości zadania.

Solidarność okazałą się nie tylko politycznym błędem, lecz wręcz zbrodnią przeciwko Europie. W czynieniu Berlinowi wyrzutów przodował kraj, który swą wolność zawdzięczał solidarności właśnie: i tej między jego obywatelami, i tej między nimi, a innymi obywatelami Europy.

Trudno się więc dziwić dalszym konsekwencjom. Wielka Brytania zagłosowała w referendum za brakiem solidarności – i będzie, niezależnie od ostatecznego wyniku negocjacji wokół brexitu, pierwszym państwem, które na własnej skórze sprawdzi, czy istotnie za egoizm płaci zawsze kto inny.

A potem już poszło po całym kontynencie. Problem z Węgrami czy Polską nie polega na tym, że nasze autorytaryzmy są jakoby nawrotem do złej niedemokratycznej przeszłości, od której zachód Europy się już dawno oswobodził. Przeciwnie:

tak, jak byliśmy w latach 80. awangardą walki o wolność w Europie, tak dziś jesteśmy awangardą walki z wolnością. Bowiem, jak wrzeszczeliśmy wtedy do zdarcia gardła, nie ma wolności bez solidarności. A solidarności już nie ma.

Raz jeszcze potwierdza się reguła Greshama: gorszy pieniądz wypiera lepszy.

Nasz brak solidarności okazujemy ekumenicznie, odmawiając jej Ukrainie i Ukraińcom. Jest czymś samobójczym by, kiedy Ukraina toczy walkę z potężniejszym sąsiadem, akurat teraz przyłączać się do historycznych oskarżeń.

Polska ma do nich prawo, i winna jasno o tym informować Kijów, ale dla Ukrainy – i dla Polski – nieskończenie dziś ważniejsze od tego, czy Ukraina potępi Banderę jest to, czy będzie jeszcze jakaś Ukraina, zdolna do podejmowania takich decyzji.

Nasz rząd kłamie, systematycznie, świadomie i bezwstydnie, gdy mówi, że Polska przyjęła „milion ukraińskich uchodźców”. Przyjęła ich kilkuset, zaś około miliona Ukraińców w Polsce pracuje, tak, jak około miliona Polaków pracuje w Wielkiej Brytanii. Ale ci Ukraińcy, którzy w Polsce pracują, czują wrogość za Banderę, nie solidarność jakiej się – naiwnie, choć słusznie – od potomków „Solidarności” spodziewali.

Samobójstwo ekologiczne, tonący uchodźcy, Syria

Polska w Unii z kolei na solidarność coraz mniej może liczyć. Po części to wynik narastającej frustracji polityka naszego rządu, który z niezrozumiałą radością pełni rolę europsuja, po części zaś narastającej normy braku solidarności, także w obrębie samej Unii.

Tym samym zaprzepaszczany jest dorobek trzech pokoleń jej budowy, praktyczne doświadczenie, że działania Francuzów, które są z korzyścią dla Włochów, w konsekwencji są też z korzyścią i dla Francuzów. Tutaj już ci inni, którzy mają ponosić cenę naszego egoizmu, wczoraj jeszcze byli naszymi. To działania równie krótkowzroczne, jak przerzucanie ceny działań i zaniechań na własnych obywateli, ale dopiero po następnych wyborach.

W tym kontekście zrozumiałe się staje zbiorowe samobójstwo, jakie – tym razem jednoznacznie pod egidą Warszawy, ale z błogosławieństwem Waszyngtonu, i ku radości Pekinu czy Delhi – w kwestii paktu klimatycznego. To prawda, najpierw płacić będą inni, a my mniej niż nasze wnuki. Ale i ci inni, i nasze wnuki, będą wiedziały, że to my, z cała świadomością, zgotowaliśmy im ich los.

Tych dwa tysiące dwieście migrantów, o których wiemy, że utonęli w tym roku na Morzu Śródziemnym, usiłując dostać się do naszych wybrzeży, zostawiło za sobą rodziny, bliskich. Oni będą wiedzieli, że pozwoliliśmy im umrzeć – zamykając porty dla statków ratunkowych, aresztując same statki – tylko dlatego, że swoją obecnością naruszaliby nasz spokój.

Tak, mamy prawo do spokoju – tak, jak oni mieli prawo do życia. Więc niech żyją tam, nie tu – powiemy, jakbyśmy nie wiedzieli, że bomby, które na nich spadają, są rosyjskiej czy brytyjskiej konstrukcji, zaś nędza, która ich wygnała, jest nasza wspólna, europejska bo postkolonialna.

Zgoda, polskie samoloty były w tych wojnach tylko zwiadowcami, a do klubu kolonialnego dołączyliśmy dopiero po fakcie. To ogranicza nasze zobowiązania – ale ich przecież nie eliminuje.

***

Większość życia przeżyłem w cieniu wojny, która, gdy się urodziłem, zakończyła się zaledwie kilka lat wcześniej. Od tego strachu wyzwoliła mnie dopiero solidarność, i długo byłem przekonany, że już nie ma się czego bać. A teraz najbardziej się boję, że zapomnieliśmy o przyczynach strachu i, z radością odrzuciwszy solidarność, pogrążamy się w egoizmie przekonani, że to przecież zawsze inni będą za to płacić.


*Dawid Warszawski (Konstanty Gebert), ekspert i publicysta, założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997), specjalizuje się w tematyce bliskowschodniej, opisuje naruszanie praw człowieka w wielu miejscach świata. Dla OKO.press napisał kilkadziesiąt przenikliwych analiz o Turcji, Izraelu, polityce USA Demaskował też politykę zagraniczną prezydenta Dudy, czy premiera Morawieckiego

oko.press