PiS odleciało wraz z nawałnicami

PiS odleciało wraz z nawałnicami

Na pierwszym miejscu premier oraz szefowie MON i MSWiA postawili gierki polityczne, a nie ludzi.

„I raz i dwa i trzy… kłamię ja i kłamiesz ty”. Nawałnica, która dwa tygodnie temu przeszła przez Polskę ujawniła całą „prawdę” o politykach PiS. Nie wiem, jak Wy, ale ja w osłupieniu wsłuchiwałam się w te wszystkie kłamstwa i zastanawiałam się, kim trzeba być, by w nie uwierzyć. Kim trzeba być, by wierzyć, że ktokolwiek w nie uwierzy.

Premier Szydło
Kilka dni trwało aż udało się tej pani pokonać daleką drogę i dotrzeć tam, gdzie ludziom zawalił się ich świat. Krąży po internecie fotka, jak to premier wita się z wojewodą. Ubrana we wzorzystą, lekką kurteczkę, eleganckie butki sportowe. Strój ewidentnie niedostosowany do spotkań w terenie, gdzie brud, powalone drzewa, błoto.

W końcu jednak przyjechała, machnęła sobie kilka fotek, udzieliła kilku wywiadów, ogrzała swój wizerunek w blasku fleszy i tyle… Zapomniała jak w 2015 roku, będąc jeszcze w opozycji, oskarżała premier Kopacz o bierność po przejściu nawałnic, a miesiąc później o polityczne rozgrywanie klęski związanej z suszą. Mówiła wtedy: – „Natomiast, kiedy ludzie potrzebują konkretnej pomocy, kiedy potrzebują konkretnych działań i rozwiązań, zamyka się w swoim gabinecie i tam debatuje. Dzisiaj miejsce polskiego premiera jest tam, gdzie są te nieszczęścia, jest wśród ludzi, którzy dzisiaj tej konkretnej pomocy potrzebują (…) Tam [w powiecie chrzanowskim – red.] spotkam się z ludźmi. Będziemy również próbowali taką inicjatywę podjąć, żeby oni nie zostali pozostawieni sami sobie”. Zapewne zapomniała, jak powinien reagować na ludzką tragedię polski premier, ale w internecie nic nie ginie, więc i te słowa zachowały się ku pamięci.

Minister Błaszczak
Następny członek pisowskiego rządu, który po kilku dniach raczył sobie przypomnieć, że warto się ruszyć i wydać odpowiednie dyspozycje, by pomóc ofiarom nawałnic. Długo społeczeństwo zastanawiało się, dlaczego tak późno rząd włącza się do akcji ratunkowej. Wyjaśnienie wydaje się być całkiem proste. Jak to powiedział pan Błaszczak w jednym z programów, „sytuacja w woj. pomorskim wynika z tego, że jest zdominowane przez samorządowców z totalnej opozycji”. Tak więc wszystko jasne. To ta wredna opozycja ściągnęła nawałnice nad Polskę, a potem z całych swych podłych sił broniła władzy dostępu i utrudniała przyjście z pomocą. Jednak każdy, normalnie myślący, już wie. Rząd postanowił wykorzystać tragedię ludzi dla realizacji własnych celów. Zamiast pomagać, postanowili zbić tutaj własny kapitał polityczny. Wykazać nieudolność władz samorządowych, by podbić swoje szanse w wyborach 2018 roku. Zapomniał Błaszczak jednak o pewnym drobiazgu. Zgodnie z rozporządzeniami, stanami kryzysowymi w województwach zajmują się wojewodowie i rząd, nie samorządy. Niby nic, a jednak pokazuje to bardzo wymownie, jakim kłamstwem posługuje się minister Państwa Polskiego.

Minister Macierewicz
Dopiero 15 sierpnia podjął decyzję o oddelegowaniu wojska na tereny, gdzie przeszły nawałnice. Jakże wymownie brzmią słowa sołtysa Rytla, który poinformował, że już w piątek Wojewódzkie Centrum Zarządzania Kryzysowego rozmawiało z MON, ale… no właśnie… Macierewicz uznał, że wojska nie da, bo nie ma takiej potrzeby i koniec. W końcu jednak żołnierze dotarli na miejsce. Pojawił się nawet sam wódz Macierewicz. Najpierw zakopał się w błocie, a potem rozejrzał się nieco i zwrócił do swoich żołnierzy: – „Ale uważajcie przede wszystkim, naprawdę, nie ma tutaj co ryzykować”. Czy była to dobra rada, by za bardzo się nie eksploatowali, nie brali się za prace z serii niebezpiecznych, grożących np. naderwaniem mięśni czy urazem kręgosłupa? Ciekawe podejście do sprawy, prawda?

Do pracy w usuwaniu skutków nawałnic Macierewicz nie dopuścił jednostek Obrony Terytorialnej. Dziwne, tym bardziej, że jednym z zadań WOT jest „ochrona ludności przed skutkami klęsk żywiołowych, likwidacja ich skutków, ochrona mienia, akcje poszukiwawcze oraz ratowanie lub ochrona zdrowia i życia ludzkiego, a także udział w realizacji zadań z zakresu zarządzania kryzysowego”. Dziennikarze zapytali o to Marka Pietrzaka, rzecznika WOT i usłyszeli, że powód jest całkowicie prosty. Na Pomorzu wciąż jeszcze nie powstały jednostki Obrony Terytorialnej, a z kolei o przesunięciu jednostek z innych regionów to ktoś inny decyduje (w domyśle – sam Macierewicz).

Gdyby ktoś zastanawiał się, dlaczego wojsko tak późno włączyło się w pomoc poszkodowanym, dlaczego WOT nie dostało okazji wykazania się, to i moja odpowiedź będzie prosta. 15 sierpnia miała miejsce defilada i choćby „żabami z nieba leciało” wojsko polskie i WOT musiało przemaszerować, pokazać swą moc i siłę, powalić naród na kolana swoim pięknem… i to było ważniejsze od działań na terenach objętych kataklizmem. Ważniejsze od tragedii ludzi.

Trzy najważniejsze osoby w państwie, których psim obowiązkiem było ruszyć szanowne cztery litery, by pomóc ofiarom nawałnic – premier, minister obrony i minister spraw wewnętrznych – nawaliły. Na pierwszym miejscu postawili gierki polityczne, a nie ludzi. Pokazali swoją „rzetelność”, „odpowiedzialność” i najzwyklejszą „ludzką uczciwość”. Teraz próbują zatrzeć to złe wrażenie, więc obiecują ostro sypnąć kasą i myślą, że to wystarczy. Myślą, że ludzie padną im do kolan w podzięce i w wyborach samorządowych im się odwdzięczą. A ja mam nadzieję, że wygra rozum i pamięć, że ludzie nie sprzedadzą się za ochłap…

Tamara Olszewska

koduj24.pl

MON 40-krotnie przepłaci za Stocznię Marynarki Wojennej?

MON 40-krotnie przepłaci za Stocznię Marynarki Wojennej?

Skandal wokół Autosanu może okazać się niewielki w porównaniu z sytuacją Stoczni Marynarki Wojennej. MON i podległa mu Polska Grupa Zbrojeniowa zamierzają kupić ją za 224 mln zł, mimo że jest warta… 5,7 mln zł.

W wp.pl były pracownik PGZ ujawnia: – „Ostrzegałem przed zakupem Autosanu, ale to było polecenie z góry. To samo czeka Stocznię Marynarki Wojennej w Gdyni. Do dzisiaj nie ma umowy z syndykiem. Stocznię można było przejąć za cenę akcji, czyli ok 5,7 mln zł. Tymczasem wydadzą na nią 224 mln złotych”.

Wiceminister obrony Bartosz Kownacki twierdzi, że Stocznia Marynarki Wojennej ma przed sobą „świetlaną” przyszłość: – „Tym dużym projektem, o którym dużo się mówi, jest projekt budowy okrętów podwodnych o wartości 10 mld zł, później będą kolejne projekty, równie ważne i opiewające na setki milionów, a nawet miliardy złotych” – powiedział na konferencji prasowej.

Co dziś dzieje się w Stoczni? Zacumował tam ostatnio holownik, pływający pod panamską banderą. Pracownicy mają wyczyścić i odmalować mu pokład.
(Źródło: wp.pl)

koduj24.pl

Macron pokazał miejsce Polsce pisowskiej

Macron pokazał miejsce Polsce pisowskiej

Prezydent Francji Emmanuel Macron zafundował nam narrację o Polsce. Narrację, która opowiadana jest w Paryżu, ale nie tylko, bo w Brukseli i na niemal całym „zgniłym Zachodzie”. Macron wybrał się do naszej części Europy i skrzętnie ominął Polsce.

Francuz ma do załatwienia jedną ważną obietnicę z kampanii prezydenckiej i wydawałoby się, że Polska nie jest w tej kwestii do ominięcia, ale ciągle nie doceniamy władzy PiS. Potrafią wiele. Z naszego regionu to z Polski najwięcej jest delegowanych pracowników do realizacji kontraktów w innym państwie Unii, szczególnie we Francji. Macron chce, aby obowiązywała zasada: za tę samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca. Aby francuscy pracownicy byli konkurencyjni dla polskich, aby nie dochodziło do socjalnego dumpingu i nieuczciwej konkurencji.

Ta kwestia socjalna wydawałoby się szczególnie leży w gestii władz pisowskich. Okazuje się, że jednak tak nie jest. Bo w pakiecie zawsze pojawiają się inne sprawy polityczne, w tym przestrzeganie standardów demokratycznych i wolności obywatelskie.

Macron podzielił się narracją o Polsce. W Bułgarii powiedział, iż „Europa to region stworzony na podstawie wartości, związanych z demokracją i wolnością publiczną, z czym Polska jest dziś w konflikcie”. Te słowa są szczególnie nieprzyjemne dla rządu Beaty Szydło, bo następne wskazują, czym Polska staje się dla zachodniej Europy: – „Polska nie definiuje europejskiej przyszłości dzisiaj i nie będzie definiować Europy jutro”. Taka asertywność w dyplomacji jest wykluczająca: – „Polska się izoluje w Europie”.

To już nie tylko słowa. Za sprawą PiS doszło do „wygaszenia” Trójkąta Weimarskiego, teraz przestała istnieć Grupa Wyszehradzka, Francję poparły Czechy i Słowacja. Powstał nowy regionalny format „Trójkąt z Austerlitz”, składający się z Austrii, Czech i Słowacji, który jest nawiązaniem do historycznego zwycięstwa Francuzów w 1805 roku.

Macron niczym Napoleon odniósł zwycięstwo. Z czym zatem została Polska? W tym wypadku z upieraniem się, iż nie zgadza się z naruszeniem w kwestii wysyłania pracowników do krajów unijnych i ma obowiązywać dyrektywa, jak wcześniej. Niestety, ta przegrana socjalna w UE wygląda jak 1:27 w kwestii niepoparcia Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej.

Rząd PiS przegrywa w Unii bitwę za bitwą. Spójrzmy na tournee Francuza poprzez inny okular, mianowicie rodak Macrona Stendhal o narracji jako takiej był łaskaw rzec: – „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościńcu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.”

Przeszedł więc Macron po Europie środkowo-wschodniej, Mitteleuropie, jak po gościńcu, i co zobaczyliśmy w tym lustrze? Osamotnioną Polskę, bez przyjaciół, z samymi wrogami bliskiej i dalekiej zagranicy, czyli znaleźliśmy się porzuceni w „błocie przydrożnej kałuży”. Jak długo Polacy będą się godzić na tę sytuację?

Waldemar Mystkowski 

koduj24.pl

Monika Olejnik nie wytrzymała. Zapytała posła PiS: Czy Panu Bóg rozum odebrał?!

25.08.2017
Dziennikarka postanowiła publicznie skomentować słowa posła PiS, Janusza Śniadka, który na łamach „Rzeczpospolitej” ubolewał, że Lech Wałęsa wciąż jest symbolem „Solidarności”.

„Lech Wałęsa jest postacią tragiczną. Przez połowę życia był znienawidzony przez komunistów, podsłuchiwany, bez sekundy prywatności. Teraz za sprawą przepisów ministra sprawiedliwości stał się obiektem polowania IPN-u.” – pisała dziennikarka w swoim piątkowym felietonie. Jej zdaniem dramat Lecha Wałęsy polega na tym, że kilkukrotnie zmieniał zdanie ws. współpracy z SB.

„Ale i tak nikt nie pozbawi go wielkości. Kiedyś byłam w Turcji i w restauracji wisiały portrety Atatürka i Wałęsy. Jest znany na całym świecie, jest symbolem „Solidarności”, co spędza sen z powiek Januszowi Śniadkowi, byłemu przewodniczącemu „S”. ” – pisze Olejnik. W końcu dziennikarka zadaje posłowi pytanie: „Panie Śniadek, czy Pan Bóg rozum panu odebrał?!”

Monika Olejnik zauważa, że biografia Lecha Wałęsy jest bardzo skomplikowana, jednocześnie zaznacza, że nie mamy prawa odbierać mu wielkości. W ostatnim akapicie swojego internetowego felietonu zaznacza, że bez Wałęsy, nie byłoby dziś wolnej Polski.

W ciągu trzech pierwszych godzin na post zareagowało ponad tysiąc osób.

wp.pl

Pawłowicz o Budce, obozach koncentracyjnych, łapankach i strzelaniu do Polaków

Pawłowicz o Budce, obozach koncentracyjnych, łapankach i strzelaniu do Polaków

Kontrowersyjna posłanka Prawa i Sprawiedliwości Krystyna Pawłowicz znowu „błysnęła” na Facebooku, zainspirowana wywiadem, jakiego udzielił Borys Budka dla niemieckiego „Die Zeit”.

Były minister sprawiedliwości, poseł Platformy Obywatelskiej Borys Budka w rozmowie z niemieckim dziennikarzem powiedział m.in. – „Unia powinna przede wszystkim postawić ultimatum Polsce i polskiemu rządowi. Jeżeli zostaną takie decyzje przyjęte, to wówczas będą konsekwencje. Ale ja jestem ostatnią osobą, która chciałaby sankcji, ponieważ sankcje dotkną przede wszystkim Polaków. A Polacy, jako naród, są największymi euroentuzjastami wśród nowych członków Unii Europejskiej. To pokazują wszystkie sondaże. To jest bardzo trudna decyzja, jak twardo stawiać żądania w stosunku do polskiego rządu, aby nie zrazić Polaków do Unii Europejskiej”.

Co na to pani Pawłowicz? Posłanka ni mniej, ni więcej, tylko kreśli przerażającą wizję tego, co by się stało, gdyby Polska takiego ultimatum nie przyjęła: – „Granicę polską znowu, jak 78 lat temu, niemieckie siły przełamują, rozstrzeliwują władze lokalne i ustanawiają członków PO i neopalikotów jako unijno-niemieckich namiestników w mijanych miastach i wsiach, wyłapują i rozstrzeliwują stawiających opór Polaków, nie oszczędzając też weteranów II wojny ani Powstańców Warszawskich?” –pisze Pawłowicz.

Na tym nie koniec wynurzeń posłanki PiS: – „Ponownie uruchamiają obozy koncentracyjne z zaufanymi strażnikami z targowickich środowisk, które wreszcie mogą się na Polakach zemścić? Zdobywają bronioną przez ludność Warszawę, pacyfikują kolejne dzielnice, wyprowadzają i upokarzają posłów i ministrów, panią premier?”. Pawłowicz stwierdza, że tacy najeźdźcy: – „Ustanawiają herr Budkę marszałkiem Sejmu i „wyzwolona” z rąk „polskich faszystów” przez niemieckich obrońców demokracji europejskiej Polska wreszcie powraca do „rodziny europejskich demokracji”?”. Słowem – zbiór bzdur niegodnych nauczyciela akademickiego, jakim jest Pawłowicz.

koduj24.pl

MSZ wezwał chargé d’affaires Francji Sylvaina Guiaugué w związku z wypowiedzią Emmanuela Macrona

Foto: AFP

Wiceszef MSZ Marek Magierowski wezwał „w trybie pilnym” chargé d’affaires Francji Sylvaina Guiaugué i „wyraził oburzenie rządu RP po aroganckich słowach prezydenta Francji Emmanuela Macrona” – poinformował w komunikacie resort spraw zagranicznych.

Emmanuel Macron, komentując w Bułgarii sprzeciw Polski wobec zaostrzenia dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych, ocenił, iż stawia się ona „na marginesie” Europy w „wielu kwestiach”. – Polska nie definiuje dzisiaj przyszłości Europy i nie będzie definiować Europy jutra – podkreślił Macron na wspólnej konferencji z prezydentem Bułgarii Rumenem Radewem w Warnie.

Jak podkreślono w komunikacie MSZ, wiceminister Magierowski na spotkaniu z chargé d’affaires Francji podkreślił, „że Polska, podobnie jak Francja, jest równoprawnym członkiem UE, posiadającym takie same prawa jak inne państwa członkowskie, z których będzie korzystała dla dobra kraju i swoich obywateli”. „Zwrócił też uwagę, że dla Polski poszanowanie takich wartości jak demokracja, wolność, mają nadrzędne znaczenie” – czytamy.

Magierowski zapowiedział podczas spotkania, „że Polska będzie nadal aktywnie uczestniczyła w kształtowaniu przyszłości UE, zgodnie z zasadami jedności, spójności i solidarności”.

„W tym kontekście rząd RP sprzeciwia się wszelkim działaniom, które mogą prowadzić do podziałów i osłabienia UE” – podkreślił cytowany w komunikacie wiceszef MSZ.

Odnosząc się do kwestii delegowania pracowników przypomniał podczas spotkania stanowisko Polski i państw Europy Środkowo-Wschodniej ws. obrony zasad wspólnego rynku. – Polska wspierając wszelkie działania na rzecz pogłębienia rynku wewnętrznego i wzmacniania konkurencyjności całej UE, wyraża sprzeciw wobec jakichkolwiek barier stanowiących przeszkodę dla swobody przepływu osób, usług i kapitału – mówił wiceminister.

Magierowski „wyraził oczekiwanie, że Francja odrzuci język podziałów i rozbijania jedności UE, wyrażając gotowość do współpracy służącej interesom wszystkich państw członkowskich”.

rp.pl

 

Macron pokazał miejsce Polsce pisowskiej

Prezydent Francji Emmanuel Macron zafundował nam narrację o Polsce. Narrację, która opowiadana jest w Paryżu, ale nie tylko, bo w Brukseli i na niemal całym „zgniłym Zachodzie”. Macron wybrał się do naszej części Europy i skrzętnie ominął Polsce.

Francuz ma do załatwienia jedną ważną obietnicę z kampanii prezydenckiej i wydawałoby się, że Polska nie jest w tej kwestii do ominięcia, ale ciągle nie doceniamy władzy PiS. Potrafią wiele. Z naszego regionu to z Polski najwięcej jest delegowanych pracowników do realizacji kontraktów w innym państwie Unii, szczególnie we Francji. Macron chce, aby obowiązywała zasada: za tą samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca. Aby francuscy pracownicy byli konkurencyjni dla polskich, aby nie dochodziło do socjalnego dumpingu i nieuczciwej konkurencji.

Ta kwestia socjalna wydawałoby się szczególnie leży w gestii władz pisowskich. Okazuje się, że jednak tak nie jest. Bo w pakiecie zawsze pojawiają się inne sprawy polityczne, w tym przestrzeganie standardów demokratycznych i wolności obywatelskie.

Macron podzielił się narracją o Polsce. W Bułgarii powiedział, iż „Europa to region stworzony na podstawie wartości, związanych z demokracją i wolnością publiczną, z czym Polska jest dziś w konflikcie”.

A „Polacy zasługują na coś lepszego”, na lepszy rząd. Te słowa są szczególnie nieprzyjemne dla rządu Beaty Szydło, bo następne wskazują, czym Polska staje się dla zachodniej Europy: „Polska nie definiuje europejskiej przyszłości dzisiaj i nie będzie definiować Europy jutro”. Taka asertywność w dypomacji jest wykluczająca: „Polska się izoluje w Europie”.

To już nie tylko słowa. Za sprawą PiS doszło do „wygaszenia” Trójkata Weimarskiego, teraz przestała istnieć Grupa Wyszehradzka, Francję poparły Czechy i Słowacja. Powstał nowy regionalny format „Trójkąt z Austerlitz” składający się z Austrii, Czech i Słowacji, który jest nawiązaniem do historycznego zwycięstwa Francuzów w 1805 roku.

Macron niczym Napoleon odniósł zwycięstwo. Z czym zatem została Polska? W tym wypadku z upieraniem się, iż nie zgadza się z naruszeniem w kwestii wysyłania pracowników do krajów unijnych i ma obowiązywać dyrektywa, jak wcześniej. Niestety, ta przegrana socjalna w UE wyglada jak 1:27 w kwestii niepoparcia Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej.

Rząd PiS przegrywa w Unii bitwę za bitwą. Spójrzmy na tournee Francuza poprzez inny okular, mianowicie rodak Macrona Stendhal o narracji jako takiej był rzec: „Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościncu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.”

Przeszedł więc Macron po Europie środkowo-wschodnie, Mitteleuropie, jak po gościńcu, i co zobaczyliśmy w tym lustrze? Osamotnioną Polskę, bez przyjaciół, z samymi wrogami bliskiej i dalekiej zagranicy, czyli znaleźliśmy się porzuceni w „błocie przydrożnej kałuży”. Jak długo Polacy będą się godzić na tę sytuację, chyba zgodzą się z Macronem, iż „zasługują na coś lepszego”.

 

Powieść to jest zwierciadło przechadzające się po gościncu. To odbija lazur nieba, to błoto przydrożnej kałuży.

Stendhal (z książki Czerwone i czarne)

Emmanuel Macron: Polska sama izoluje się w Europie. Polacy zasługują na coś lepszego

Macron ocenił, że Warszawa, gdzie rządzi nacjonalistyczny, eurosceptyczny rząd, porusza się w wielu sprawach w odwrotnym kierunku niż reszta Europy i nie będzie w stanie wpłynąć na ścieżkę rozwoju kontynentu – pisze agencja Reuters.

– Europa to region stworzony na podstawie wartości, związanych z demokracją i wolnością publiczną, z czym Polska jest dziś w konflikcie – powiedział Macron w czasie trzeciej części swojej podróży po Europie Środkowo-Wschodniej.

Sprzeciw Polski wobec proponowanych przez Francję zmian w zakresie unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych francuski prezydent nazwał „socjalnym dumpingiem i nieuczciwą konkurencją”.

– Polska nie definiuje europejskiej przyszłości dzisiaj i nie będzie definiować Europy jutro – powiedział Macron na wspólnej konferencji prasowej z bułgarskim prezydentem Rumenem Radevem w Warnie.

Komisja Europejska przedstawiła w 2016 roku propozycję nowelizacji dyrektywy w sprawie delegowania pracowników w UE. Najważniejszą proponowaną zmianą jest wprowadzenie zasady równej płacy za tę samą pracę w tym samym miejscu. Oznacza to, że pracownik wysłany przez pracodawcę tymczasowo do pracy w innym kraju UE miałby zarabiać tyle, co pracownik lokalny za tę samą pracę.

Ma mu przysługiwać nie tylko płaca minimalna, jak jest obecnie, lecz także inne obowiązkowe składniki wynagrodzenia, takie jak premie czy dodatki urlopowe. Gdy okres delegowania przekroczy dwa lata, pracownik delegowany – zgodnie z propozycją KE – byłby objęty prawem pracy państwa goszczącego. Dla polskich firm, które delegują prawie pół miliona pracowników, to skrajnie niekorzystne zapisy.

Francja, wspierana przez kilka innych zachodnich krajów, w tym Niemcy, forsuje ograniczenie delegowania do 12 miesięcy.

Po czwartkowym posiedzeniu rządu premier Beata Szydło oświadczyła, że rząd nie zmieni swojego stanowiska w sprawie pracowników delegowanych. – Będziemy bronili do końca naszego stanowiska, ponieważ ono jest w interesie polskich pracowników – podkreśliła.

„Polacy zasługują na więcej niż to i pani premier będzie miała problem z wytłumaczeniem, że dobrze jest źle opłacać Polaków” – oświadczył cytowany przez AFP prezydent Francji w odpowiedzi na stanowisko polskiego rządu w sprawie pracowników delegowanych. – W żaden sposób decyzja jednego kraju, który postanowił sam siebie izolować w pracach Europy, nie zagrozi znalezieniu ambitnego kompromisu – ocenił Macron, którego słowa przytacza Reuters.

 

rp.pl

Emmanuel Macron rozbija jedność Grupy Wyszehradzkiej

Czwartek, Pałac Prezydencki w Bukareszcie. Prezydenci Francji i Rumuni...
Czwartek, Pałac Prezydencki w Bukareszcie. Prezydenci Francji i Rumunii, Emmanuel Macron i Klaus Iohannis, z małżonkami.

Foto: AFP

Czesi i Słowacy przechodzą na stronę Francji w bitwie o pracowników delegowanych. To efekt izolacji Polski.

 

Nazwa formatu dyplomatycznego łączącego Austrię, Czechy i Słowację – ,„Trójkąt z Austerlitz” – dla Francuzów nie mógł zostać wybrany lepiej. W środę Emmanuel Macron, jak Napoleon 2 grudnia 1805 r. odniósł zdecydowane zwycięstwo w tym gronie, choć nie pod Brnem tylko w położonym 400 km dalej Salzburgu.

Francuski prezydent zdołał rozbić solidarność Wyszehradzkiej Czwórki w fundamentalnej dla naszego kraju sprawie zaostrzenia praw pracowników delegowanych do realizacji kontraktów w innym państwie Unii. Żaden kraj Wspólnoty nie wysyła ich tylu, co Polska.

– Zgodziliśmy się, że musimy obowiązywać zasada, iż za tą samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca – powiedział po rozmowach gospodarz spotkania, kanclerz Austrii Christian Kern. Chodzi o postulat Francuzów, aby pracownicy delegowani otrzymali nie tylko pensję minimalną obowiązującą w kraju, gdzie świadczą usługę, ale także całość świadczeń socjalnych. Zdaniem Kerna „Trójkąt z Austerlitz” jest też gotów pójść w kierunku postulatów Macrona w sprawie maksymalnej długości kontraktów. Francuz chciałby, aby czas ten został skrócony z trzech do jednego roku.

– Zgodziliśmy się, aby okres delegowania był krótszy niż 24 miesiące – powiedział Kern. Porozumienie powinno zostać osiągnięcie w Radzie UE już w październiku.

Minister ds. europejskiej Konrad Szymański relatywizuje. – Jedność Grupy Wyszhradzkiej jest gwarantowana mandatem negocjacyjnym przyjętym przez czterech premierów dwa miesiące temu. Na jego podstawie negocjacje koordynują Węgry. Wspomniał o tym w Salzburgu premier Fico – mówi „Rz”. Ale przyznaje, że mandat pozostaje poufny. A niezalenie od tego wiadomo, że francuski prezydent w ogóle nie chce się spotkać z Viktorem Orbanem.

Macron, którego poziom poparcia we Francji załamał się od maja z 67 proc. do ledwie 36 proc. łaknie sukcesu w sprawie pracowników delegowanych jak kania dżdżu. Nad Sekwaną rzekomy „dumping socjalny” ze strony biedniejszych krajów Unii jest uważany za ważny powód kłopotów kraju. W Salzburgu Macron znów uderzył w ten ton: „dyrektywa o pracownikach delegowanych, w kształcie, w jakim jest obecnie, to zdrada ducha europejskiego. To tylko podsyca populizm w naszych krajach” – powiedział.

Obietnica w sprawie uchodźców

Zdaniem czeskiego dziennika „Lidove Noviny” Bohuslav Sobotka poszedł na ustępstwa wobec Francji w zamian za obietnicę, że Paryż przestanie popierać niemiecki pomysł włączenia obowiązkowego mechanizmu rozlokowania uchodźców w UE w rewizji Konwencji Dublińskiej.

– Na tym skorzystałyby wszystkie kraje, także Polska – przekonują „Rz” czeskie źródła dyplomatyczne.

Konrad Szymański przyznaje: kompromis w tej sprawie usunąłby bardzo poważne napięcie polityczne wewnątrz Unii. Ale Polska nie zgodzi się na dzielenie się kompetencjami w sprawie polityki azylowej.

W Salzburgu premier Słowacji Robert Fico miał z kolei wybrać w sporze o pracowników delegowanych stronę Paryża za obietnicę, że jego kraj będzie włączony na pełnych prawach do lansowanego przez Macrona projektu pogłębienia strefy euro.

– To tradycyjne stanowisko Słowaków od lat. Mówimy o pięciomilionowym kraju, który jest bardzo zależny od Niemiec – mówią źródła w Pradze.

Ale zmiana stanowiska Czechów i Słowaków ma też bardziej zasadniczą przyczynę.

– Te dwa kraje chcą się zdystansować wobec Polski i Węgier, które są coraz bardziej izolowane w Unii – mówi „Rz” Magdalena Bernaciak z European Trade Union Institute w Brukseli. Dodatkowo Czechy (18 tys. USD na mieszkańca) i Słowacja (16,3 tys. USD) to państwa zdecydowanie bogatsze od Polski (12,3 tys. USD), dla których przyjęcie zachodnich norm socjalnych dla pracowników delegowanych jest mniej bolesne.

Rumunia stawia opór

W czwartek w Bukareszcie Macron jeszcze podkręcił swoją retorykę. Uznał, że jeśli obecny system delegowania pracowników nie zostanie zmieniony, Unia „rozpadnie się”. Ale mimo to nie odniósł takiego sukcesu jak w Salzburgu. Prezydent Klaus Iohannis powiedział tylko, że kontrowersyjna dyrektywa powinna zostać „ulepszona”, ale uznał, że tak samo uzasadnione są obawy Francuzów przed „dumpingiem socjalnym”, co pragnienie obywateli biedniejszych krajów Unii pracy w bogatszych krajach Zachodu.

– Moim zdaniem Macron także Rumunów i Bułgarów przekonuje do ustępstw, otwierając perspektywę przystąpienia do strefy Schengen albo wykluczając z dyrektywy o pracownikach delegowanych firm transportowych – mówi Bernaciak. Z obu krajów pochodzi ok. 200 tys. kierowców, którzy tirami przemierzają Unię. W piątek Macron spotka się w Warnie z prezydentem Bułgarii Rumenem Radewem.

Ale już sama zmiana stanowiska Czech i Słowacji wystarczy, aby zmienić w Radzie UE zasady delegowania pracowników. Znacznie bardziej prawdopodobne jest natomiast, że uda się zablokować ofensywę Francuzów, gdy idzie o zasady świadczenia usług transportowych. Tu utworzony 31 stycznia „sojusz drogowy” objął tylko Francję, Niemcy, Belgię, Austrię, Danię, Włochy i Luksemburg – za mało, aby przeforsować zmianę dyrektywy.

Macron chce, aby już po trzech dniach świadczenia usług w Unii kierowcy delegowani mieli taką samą pensję, jak w kraju, w którym świadczą usługę. To oznaczałoby bankructwo większości spedytorów z Europy Środkowej, którzy kontrolują jedną czwartą floty transportowej Wspólnoty.

Podczas polsko-hiszpańskich konsultacji międzyrządowych premier Mariano Rajoy powiedział, że „limit trzech dni nie ma żadnego sensu”. Uznał także, że usługi transportowe powinny zostać wykluczone z dyrektywy o pracownikach delegowanych. Hiszpania, która przeszła surowe reformy rynkowe trzy lata temu, ma dziś bardziej konkurencyjnych spedytorów niż Francja.

rp.pl

„Politico”: Polska izolowana, gdy trwa regionalna ofensywa Macrona

Foto: AFP

Francuski prezydent Emmanuel Macron bierze na cel zagranicznych pracowników, by poprawić swą pozycję w kraju – pisze w piątek „Politico”. Wskazuje, że Macron omija Warszawę w podróży do Europy Środkowej i Wschodniej oraz ocenia, że Polska jest izolowana.

W zamieszczonym na stronie internetowej belgijskiego tygodnika tekście, zatytułowanym „Polska izolowana, gdy Macron podejmuje regionalną ofensywę”, jego autor Jan Cieński zauważa, że gospodarz Pałacu Elizejskiego omija Warszawę w czasie swojego tournee po Europie Środkowo-Wschodniej, ale Polska to główny powód, dla którego wybrał się on w tę podróż.

„Coraz mniej popularny Macron przygotowuje się do uruchomienia po wakacjach reform gospodarczych w kraju, które mają ułatwić zwalnianie i zatrudnianie pracowników. Związki zawodowe już planują protesty. Aby zniechęcić francuskich pracowników do wyjścia na ulice, Macron musi pokazać, że podejmuje kroki, by ich chronić” – pisze Cieński.

Jego zdaniem to właśnie powód, który skłonił francuskiego przywódcę do szukania sojuszników w sprawie zmian w dyrektywie o pracownikach delegowanych.

„Politico” zauważa, że Francja od dawna stara się ograniczyć liczbę zagranicznych pracowników, mogących pracować w krajach Europy Zachodniej za niższe pensje i płacących jednocześnie niższe podatki w swoich macierzystych krajach. Macron, a także inni politycy zachodnioeuropejscy nazywają to „dumpingiem socjalnym”. Paryż chce, by długość delegowania została ograniczona do maksymalnie 12 miesięcy zamiast obecnych dwóch lat. Dodatkowo pracownicy delegowani mieliby dostać, co już przewiduje propozycja KE, taką samą płacę, za taką samą pracę, jak miejscowi pracownicy.

W artykule podkreślono, że z 1,9 mln pracowników delegowanych około 420 tys. to Polacy. Pracują głównie w branży budowlanej, szukając zajęcia w takich krajach jak Francja, Austria, czy Niemcy. „Nawet jeśli tacy pracownicy odpowiadają za mniej niż 1 proc. unijnej siły roboczej, stali się celem w wielu krajach zaniepokojonych niskopłatną konkurencją z Europy Środkowej” – czytamy.

Cieński przypomina, że Polska zgadza się na zmiany w przepisach, aby ograniczyć nadużycia, ale sprzeciwia się radykalnym zmianom w dyrektywie, która może zaszkodzić bardzo wielu obywatelom naszego kraju. „Ale rosnące problemy Warszawy z Brukselą i napięte relacje z Paryżem czynią (z Polski – PAP) łatwy cel dla Macrona” – ocenia dziennikarz.

Zwraca przy tym uwagę, że w Austrii, gdzie francuski prezydent spotykał się w środę z kanclerzem tego kraju oraz premierami Czech i Słowacji, chciał on podważyć wspólne stanowisko Grupy Wyszehradzkiej w sprawie pracowników delegowanych. Według „Politico” Macronowi udało się osiągnąć postęp, zdobywając ostrożne wsparcie dla swojego planu reform od Czech i Słowacji. W zamian Macron uznał obawy obu krajów dotyczących programu podziału uchodźców.

„Nie do mnie należy mówienie, ilu migrantów powinno być wysłanych na Słowację” – cytuje francuskiego prezydenta tygodnik. Zauważa przy tym, że podobne uwagi nie zostały skierowane pod adresem Polski, czy Węgier.

„Macron od dawna postrzegał polski rząd PiS jako kluczowego wroga na drodze przebudowy UE. Podczas kampanii wyborczej wzywał UE do nałożenia sankcji na Polskę, jeśli będzie ona kontynuowała łamanie norm demokratycznych bloku” – przypomina „Politico”.

Cieński pisze, że rozluźnienie się więzi między Paryżem i Warszawą to część szerszego procesu odchodzenia Polski od głównego nurtu UE. Przypomina w tym kontekście, że „najbliższy sojusznik” naszego kraju, Wielka Brytania, opuszcza „28”, Niemcy są „dotknięte” przez starania Warszawy o reparacje wojenne, a spotkań Trójkąta Weimarskiego nie ma.

„Warszawa, której pozostało już niewielu przyjaciół, ma trudności z blokowaniem ruchów Macrona” – uważa „Politico”. Tygodnik nie przesądza jednak, czy wysiłki Macrona dotyczące dyrektywy o pracownikach delegowanych będą skuteczne. Unijni ministrowie pracy będą rozmawiać na ten temat w październiku, a pomiędzy krajami członkowskimi są wciąż głębokie różnice w tej sprawie, podobnie jak w Parlamencie Europejskim.

Choć Francja potraktowała ozięble Polskę w sprawie obaw dotyczących praworządności, a Macron nie wyraził zainteresowania spotkaniami z władzami w Warszawie podczas swojej podróży, to – jak mówi cytowany przez „Politico” wiceszef komisji ds. europejskich francuskiego parlamentu Pieyre-Alexandre Anglade – prezydent Francji ma bliskie relacje z Andrzejem Dudą. „Polska nie jest stracona. To wspaniały kraj, z którym się poważnie różnimy” – oświadczył Anglade, dodając, że dialog z prezydentem Dudą jest bardzo uczciwy, zwłaszcza jeśli chodzi o praworządność.

rp.pl

Mocne słowa Macrona w Bułgarii. „Polska izoluje się w Europie”. Waszczykowski odpowiada

raq, IAR, AP, 25.08.2017

Prezydent Francji Emmanuel Macron w Warnie

Prezydent Francji Emmanuel Macron w Warnie (VADIM GHIRDA / AP Photo)

Prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział, że Polska „zdecydowała się na samoizolację w Europie”. Podkreślił, że Polacy zasługują na więcej, niż oferuje im rząd, odmawiający poszukiwania kompromisu w sprawie zatrudniania najsłabiej opłacanych obcokrajowców. Jest odpowiedź MSZ.

Prezydent Francji mówił o tym w Bułgarii, którą odwiedził w ramach wizyty w regionie.

„Polska przeciwko UE”

Emmanuel Macron powiedział, że Polska „zdecydowała się wystąpić przeciwko Europie w wielu sferach polityki unijnej”. Jak mówił, w związku z tym Warszawa nie może przesądzać o kierunku, w którym zmierza kontynent. Według Macrona, Polska zdecydowała się na „samoizolację w Europie”.

Jego zdaniem Warszawa ryzykuje, że w przyszłości może znaleźć się „na marginesie historii Europy”.

Prezydent Francji przebywa z wizytą w Warnie, gdzie spotkał się z prezydentem i premierem Bułgarii. Rozmowy dotyczyły między innymi unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych. Zdaniem Macrona, przepisy faworyzują kraje Europy Środkowo-Wschodniej i należy je zaostrzyć.

Prezydent Bułgarii Rumen Radew oświadczył na konferencji z francuskim politykiem, że aby przezwyciężyć różnice między państwami wschodu i zachodu Europy, konieczne jest „wszechstronne podejście”, jeśli chodzi o warunki zatrudnienia pracowników z krajów o niższych płacach.

MSZ: Polska nie jest izolowana

Do słów prezydenta Francji odniósł się szef MSZ Witold Waszczykowski. – Polska nie jest izolowana, dziś spotkałem się z sekretarzem generalnym NATO i ministrami spraw zagranicznych Turcji i Rumunii – skomentował.

Macron omija Polskę

W planach wizyty Macrona w regionie znalazły się: Austria, Bułgaria i Rumunia oraz spotkania z kanclerzem Austrii, premierem Czech, premierem Słowacji, prezydentem i premierem Rumunii, oraz z prezydentem i premierem Bułgarii.

Agencja AFP podała, powołując się na źródła w Pałacu Elizejskim, że prezydent chciał uhonorować kraje „najmocniej zakotwiczone w Europie”, a pomijane przez Paryż w ostatnich latach.

Jeszcze niedawno polska administracja zapowiadała, że pod koniec sierpnia odbędzie się szczyt Trójkąta Weimarskiego. O takim terminie spotkania przywódców Polski, Francji i Niemiec mówił pod koniec maja szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski.

Według Reutera, polski rząd mocno zabiegał o wizytę prezydenta Francji w Warszawie podczas jego podróży do państw Europy Środkowo-Wschodniej. Informację potwierdziły dwa rządowe źródła. – Ale nie zaobserwowaliśmy zbytnich chęci – mówi jedno ze źródeł.

„Uczyńmy naszą planetę znów wielką”. Donald Trump ma inne zdanie

http://www.gazeta.tv/plej/19,150682,21903658,video.html

gazeta.pl

Pisowski sznyt nienawiści, jak komuszy, do wielkiego Wałęsy i nie tylko do niego

W swoim życiu Lech Wałęsa niewiele miał czasu dla siebie. Niewiele. Za komuny i dzisiaj za PiS w tej samej znajduje się sytuacji. Pisze o tym Monika Olejnik.

Żyjący symbol. Powinniśmy na Wałęsę chuchać, dmuchać. Ale polską – pisowską szczególnie – specjalnością jest plucie, opluskwianie. Jarosław Kaczyński i jego szemrane towarzystwo niewiele różnią się od komuszego. Ten sam sznyt nienawiści.

Edynburg, tkliwe miejsce na Ziemi

Mój kochany Edynburg.

Cudowne miasto.

”Za miesiąc okaże się, że Kaczyński jest mistrzem w swojej piaskownicy. W Europie nie znaczy nic”

dżek, 25.08.2017

27.06.2016 Białystok. Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas uroczystości upamiętniających likwidację getta

27.06.2016 Białystok. Prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas uroczystości upamiętniających likwidację getta(AGNIESZKA SADOWSKA / Agencja Gazeta)

Pominięcie Polski w tourze po Europie Środkowo-Wschodniej to policzek. Zdaniem Tomasza Lisa inne kraje już biegną budować nową Europę z Francją i Niemcami. – A my zostaniemy w swoim Biskupinie wesołym – ocenił.

Prezydent Francji przekonuje kolejnych liderów z Europy Środkowej i Wschodniej do swojej wizji zmian w unijnej dyrektywie o pracownikach delegowanych. Najpierw gotowość do szukania porozumienia wyrazili szefowie rządów Czech i Słowacji, teraz podobną deklarację złożył prezydent Rumunii Klaus Johannis.

Wszyscy oni są gotowi poprzeć przynajmniej część pomysłów Emmanuela Macrona, który chce zaostrzyć przepisy – a to może uderzyć przede wszystkim w polskich przedsiębiorców, wysyłających pracowników za granicę oraz w polski ZUS, który mógłby stracić wielomiliardowe wpływy z tytułu składek.

Polski nie odwiedzi.

– Każdą kwestię, która będzie na europejskim stole, przegramy. Nie mamy żadnego sojusznika, nie mamy żadnego gracza. Tak jest, jak się wybiera Waszyczkowskich i Szydłów. Zrobią wszystko i są wdzięczni, że mają stanowiska, których nie mieliby w żadnym rozdaniu – komentował w Poranku Radia TOK FM Tomasz Lis.

Podkreślał, że ”mamy wybitnego stratega, który potrafi uprzykrzyć życie Polakom, Lechowi Wałęsie, ale na forum międzynarodowym nie znaczy nic”. – Cała Europa Wschodnia, to nieszczęsne Międzymorze, widzi, że zabawa się skończyła. Za miesiąc i parę dni okaże się, że Kaczyński jest mistrzem w swojej piaskownicy – ocenił Lis.

Dlaczego za miesiąc? Wkrótce wybory w Niemczech. Kanclerz Angela Merkel na razie skupiona jest na kampanii wyborczej.

Merkel przestanie się zajmować sprawami wewnętrznymi i zacznie zajmować Europą, razem z Macronem, pociąg ruszy, Słowacy, Czesi i inni już biegną, żeby wskoczyć. 60 proc. Rumunów jest za przyjęciem euro. A my zostaniemy w swoim Biskupinie wesołym

– stwierdził redaktor naczelny ”Newsweeka”. – Ta ekipa jest w stanie intelektualnie ogarnąć jedynie kogo wziąć za mordę – rzucił Lis.

Suweren wybrał…

Prof. Wiesław Władyka przypominał, że Europa polega na ciągłej rozmowie i dogadywaniu się ws. ryb, pracowników delegowanych, zboża itd. – My przy tym stole nie możemy być – i może nie chcemy – bo jeśli chodzi o wartości i model funkcjonowania wspólnoty jaką jest Europa to model przeciwstawny temu, jak funkcjonuje państwo polskie – dodał Tomasz Lis. – Nie ma negocjacji, rozmów, konsultacji, wielkiej narodowej debaty jaki model edukacji byłby dobry, tylko jest z buta. Suweren dał nam władzę, spadać!  – złościł się Tomasz Lis.

– Żeby mieć partnerów, trzeba ich szanować. Jak się nie szanuje nikogo, jak się każdemu podkłada nogę, to jest psychopatyczne, jest masakryczne. Tak się ludzie nie zachowują – ocenił redaktor naczelny ”Newsweeka”.

Godziny publicystów w całości możesz posłuchać tutaj.

”Kaczyński świadomie niszczy naszą pozycję w Unii na zimno. To zdrada narodowa”

http://www.gazeta.tv/plej/19,115170,22220167,video.html

Zobacz także

TOK FM

Nie ma przesłanek przesądzających o współpracy.

PiS ma jednak inny rodzaj szarych komórek. Są niewidzialne.

Spór o obchody Sierpnia’80 w Gdańsku

Spór o to, kto ma prawo czcić rocznicę Sierpnia’80, jest w istocie walką z fałszowaniem polskiej historii.

Janusz Śniadek: „To Lech Kaczyński jest symbolem »Solidarności«, nie Wałęsa”.

Zbigniew Trybek/CAF/PAP

Janusz Śniadek: „To Lech Kaczyński jest symbolem »Solidarności«, nie Wałęsa”.

Reprezentujący rząd wojewoda pomorski nakazał administracyjnie, by organizatorem obchodów Sierpnia’80 w Gdańsku był związek zawodowy NSZZ „Solidarność”, a nie Komitet Obrony Demokracji, choć to KOD jako pierwszy zgłosił taki zamiar (i zaprosił na uroczystość m.in. związkowców z „Solidarności”). Wojewoda powołał się na uchwalone przez PiS prawo o zgromadzeniach i stworzoną na użytek tzw. miesięcznic smoleńskich konstrukcję „zgromadzeń cyklicznych”.

Równocześnie rzecznik Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” nazwał inicjatywę KOD „bezczelną prowokacją”. Zabolało go zwłaszcza to, że podczas uroczystości kodowskich zaplanowano przemówienie Lecha Wałęsy. Jeszcze dalej posunął się szef związku Piotr Duda, bo wprost zagroził: „Jeśli ktoś chce konfrontacji z »Solidarnością«, to będzie ją miał”. Nawołuje też członków związku, by licznie przyjechali do Gdańska, aby przeciwstawić się „»grupie rekonstrukcyjnej« Unii Demokratycznej i Unii Wolności” (tak w oryginale apelu), chcącej jego zdaniem zawłaszczyć solidarnościowe idee.

Z kolei Janusz Śniadek, jeden z poprzedników Dudy na fotelu przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, a teraz poseł PiS, ogłosił w wywiadzie prasowym: „To Lech Kaczyński jest symbolem »Solidarności«, nie Wałęsa”.

Tym samym wciąż mający złudzenia dostają ostateczny dowód, o co idzie gra.

A jeśli dalej udają naiwnych, przypomnijmy: powstała w sierpniu 1980 r. „Solidarność” była nie tylko syndykatem pracowniczym, lecz także wielkim ruchem społecznym łączącym – w imię walki o prawa obywatelskie oraz poszerzenie sfery wolności, a i suwerenność kraju – rodaków o nader różnych poglądach stricte politycznych.

Co ma na sumieniu kierownictwo Związku?

Dlatego trudno uznać, by jedyne prawo do rocznicy miało obecne kierownictwo związku zawodowego nazywającego się NSZZ „Solidarność”. Zwłaszcza że od pewnego czasu opowiada się on jednoznacznie po jednej stronie politycznej sceny w Polsce. Tak się też składa, że popiera ekipę, która ostatnio mocno prawa obywatelskie oraz pola wolności ogranicza, a swoimi działaniami może doprowadzić do odzyskanej ćwierć wieku temu (m.in. dzięki ruchowi „Solidarności” właśnie) utraty suwerenności państwa polskiego.

Ba, obecny przewodniczący związku jest tak dalece uległy wobec władzy, że oferuje jej wsparcie związkowych bojówek do pacyfikacji obywateli protestujących przeciwko politycznej hucpie owych smoleńskich miesięcznic.

W efekcie na Krakowskim Przedmieściu co miesiąc ramię w ramię z tabunami funkcjonariuszy policji pojawiają się grupy postawnych mężczyzn w kamizelkach z historycznym logo „Solidarności”. Skojarzenia z peerelowskim ZOMO oraz pomagającym mu „aktywem robotniczym” są oczywiste.

Nie bez powodu wreszcie Maciej Mach, w PRL jeden z liderów podziemnej „Solidarności” w Hucie im. Lenina i organizator strajku w maju 1988 r., brutalnie rozbitego przez ZOMO, na swoim profilu społecznościowym zamieścił wpis: „Ja bez trybu pytam: Panie Przewodniczący NSZZ »Solidarność«, co Pan robił, kiedy my walczyliśmy o SOLIDARNOŚĆ? Gdzie Pan był? Proszę pokazać swoje zdjęcia! To są nasze” – ilustrując wpis fotografiami jednej z, nielegalnych oczywiście, demonstracji solidarnościowych związkowców z tego okresu. Tak się bowiem składa, że uczestnikami kodowskich obchodów miał być właśnie Lech Wałęsa i inni bohaterowie tamtego czasu.

Wałęsę chcą zastąpić Kaczyńskim

Tymczasem, sądząc po cytowanych wynurzeniach Śniadka, pora na zastąpienie ich innymi nazwiskami – w tym Lecha Kaczyńskiego. Owszem, Lech Kaczyński współpracował z Wolnymi Związkami Zawodowymi Wybrzeża, co wymagało wtedy dużej odwagi. Lecz akurat w strajku sierpniowym nie odegrał wielkiej roli. Alina Pieńkowska, działaczka WZZ i jedna z liderek protestu w Stoczni Gdańskiej, opowiadała mi niedługo przed swą śmiercią, jak bardzo w pierwszych dniach strajku brakowało im obecności i rady Lecha. Chociażby dlatego, że był on zaufanym prawnikiem WZZ-towców, ba, specjalizował się w prawie pracy. Tymczasem do kolegów w Stoczni dołączył dopiero po paru dniach…

To oczywiście żaden zarzut – nieobecność mogła wynikać z prozaicznych powodów: choćby z tego, że było przecież lato i każdy miał prawo pojechać na wakacje. Ale pamiętam, że pani Alina mówiła o tym z nieskrywanym smutkiem i jednak pretensją.

A jeśli na dodatek wspomnieć czas stanu wojennego i choćby postawy Lecha Wałęsy podczas internowania, to idiotyzm tezy i bezczelność kłamstwa Śniadka jest oczywisty. Ale przecież jasne jest, że w walce o obchody Sierpnia (i innych wydarzeń z narodowych dziejów) gra idzie o nową wersję historii. Fałszującą zarówno czasy PRL, jak i Wolnej Polski.

PS Już półżartem: czy nie jest nieco dziwne, że nader ponoć radykalni w swym antykomunizmie i pryncypialności aktywiści obecnej „Solidarności” tak mocno upierają się w monopolizowaniu obchodów wydarzenia będącego, było nie było, symbolem politycznego kompromisu – i to zawartego na dodatek z komunistami?

polityka.pl

Chrabota: Wałęsa. Wywracanie pomnika

Foto: Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz

Nie dziwię się tym, których tak bulwersuje prowadzone przez IPN postępowanie karne w sprawie złożenia przez Lecha Wałęsę fałszywych zeznań dotyczących dokumentów TW „Bolka”.

Mimo starań przeciwników Wałęsa to wciąż żywy polski pomnik, międzynarodowa legenda, środkowoeuropejski znak firmowy. Trudno więc, przynajmniej z perspektywy opozycji czy zagranicznych obserwatorów, traktować atak na Wałęsę inaczej niż jako atak na reputację Polski i legendę jej przemian. To jedna strona medalu.

Ale jest i druga. To sytuacja, w jakiej znalazł się IPN po ujawnieniu i zweryfikowaniu dokumentów znalezionych w prywatnym archiwum Czesława Kiszczaka. Przeprowadzone (mam prawo sądzić, że w dobrej wierze) analizy potwierdziły ich autentyczność. Nie zaprzeczali temu w licznych komentarzach także wybitni i nieuprzedzeni do Wałęsy historycy. Co więcej, dla większości z nich ujawnione papiery nie stanowiły żadnych dowodów winy przywódcy pierwszej Solidarności. W dość powszechnym przekonaniu Lech Wałęsa zrobił tak wiele dla Polski, że zasługuje na cokół bez względu na prawdziwe czy rzekome winy sprzed niemal półwiecza.

Problem stworzył sam Lech Wałęsa, który wyraźnie zaprzeczył autentyczności dokumentów. W ten sposób IPN znalazł się w sytuacji mało komfortowej: prokuratorzy stanęli wobec prawdopodobieństwa popełnienia przestępstwa składania fałszywych zeznań i musieli podjąć śledztwo bez względu na to, kogo dotyczy. Lech Wałęsa, mimo że jest żywym symbolem, nie stoi przecież ponad prawem. Jako że wszelka próba porozumienia przedprocesowego wydaje się niemożliwa, pierwszy lider Solidarności musi w tej sprawie stanąć przed sądem. A nie będzie to łatwy proces. Co więcej, będzie dla nas, Polaków (także dla rządzących), procesem bardzo niewygodnym. Zapewne skupi na sobie uwagę świata i nie poprawi międzynarodowych notowań rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Czy Wałęsa się obroni? Tego nie wiem. Wiem za to, kto ten proces może wygrać, a kto przegrać. Wygrać może sądownictwo, jeśli zachowa standardy niezależności i niezawisłości. A przegrać może partia rządząca, która wzorem Grzegorza Dyndały, rozpętując hejt na Wałęsę, zafundowała sobie w tej sprawie nieufność dużej części opinii publicznej w kraju i za granicą. Zbliża się więc proces podwyższonego ryzyka dla rządzących. Wie o tym szczwany lis Lech Wałęsa i dlatego do niego dąży. Ministrowi Ziobrze warto więc podpowiedzieć: ręce jak najdalej od tej sprawy. ©?

rp.pl

Ile w Dudzie jest pisowca, a ile Polaka demokraty?

Ile w Dudzie jest pisowca, a ile Polaka demokraty?

W co gra Andrzej Duda w kwestii dwóch zawetowanych ustaw sądowniczych, które mają być na nowo pisane w Kancelarii Prezydenckiej, przedstawione na jesieni opinii publicznej i poddane obróbce parlamentarnej? Jeszcze w tej chwili trudno coś konkretnego powiedzieć, ale mamy do czynienia z dwoma faktami, których nie można przemilczeć.

Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia przedstawiło prezydentowi swoje propozycje obu ustaw: o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądowniczej.

Drugim faktem, ale niepotwierdzonym wprost przez zaplecze prezydenta, jest powierzenie przez Dudę pracy nad ustawami prof. Michałowi Królikowskiemu, byłemu wiceministrowi sprawiedliwości w rządzie PO-PSL i bliskiemu współpracownikowi Jarosława Gowina. Uważa się, że Królikowski ma swoje poglądy konserwatywne i republikańskie, ale nie zaprzeda je politycznemu zamówieniu PiS. A więc należy mniemać, iż niezależność sądów nie zostanie złożona przez niego na ołtarzu PiS.

Tyle wiemy o działaniu strony Dudy, a PiS czeka, ale nie próżnuje, lecz naciska i to poprzez fakty medialne. Tak odczytuję wypowiedź marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, który w radiowej Jedynce powiedział: – „Sam osobiście spotykam się od czasu do czasu z panem prezydentem. Rozmawiamy o tych sprawach, również o tej ustawie”.

Te słowa to zaklinanie rzeczywistości, bo należy je odczytywać, iż Duda konsultuje (słucha, a może nawet zgadza się) ze stanowiskiem PiS, swojej macierzystej partii. Karczewski do tego dobitnie dodał: – „Wywodzimy się z tego samego obozu politycznego”.

To jest dopychanie kolanem Dudy, aby pisana u niego ustawa zgadzała się z życzeniem PiS, czytaj: Kaczyńskiego. Jak każdy słaby retor (a więc kiepściutki intelektualnie) Karczewski nie potrafi szerzej przedstawić potrzeby ustaw sądowniczych, a także wpleść je w narrację o współczesnej Polsce. Za dużo wymagam od Karczewskiego? Na Boga, a od kogo mam wymagać podstawowych standardów intelektualnych, jak nie od postaci ze świecznika, z elit politycznych (acz to są elity PiS i niekoniecznie semantycznie tożsame z jako takimi).

Uważam, że za mało mówi się o pisanych w kancelarii Dudy ustawach sądowniczych, przecież o nie toczył się protest w lipcu, są nadzieją środowisk demokratyczno-republikańskich. W moich słowach można odczytać wielką nadzieję, że PiS nie zniszczy tego, co mamy ustrojowo najcenniejsze: demokrację liberalną.

Ale Polacy nie mają większych złudzeń, co do wet Dudy. W sondażu dla oko.press tylko 17 proc. badanych uważa, że spór sądowniczy Dudy z PiS toczy się o pryncypia demokratyczne, jest na serio. Dwukrotnie więcej, bo 35 proc. uważa, iż to chwilowe nieporozumienie – jakby potwierdzając Karczewskiego supozycję w stosunku do Dudy – „Wywodzimy się z PiS”, a 28 proc. uważa, że to ustawka. Duda zawetował, bo PiS bał się protestów.

Polacy zatem są sceptyczni, ale także nieprzykładający wagi do znaczenia niezależności sądów. Błąd. Łudzę się, że wielu młodych – bo lipiec należał do młodego pokolenia – wiele się w tym czasie nauczyło, przeszło propedeutykę do nauk o demokracji, co niestety zostało zaniedbane przez szkołę.

Najlepszy byłby okrągły stół prawników, o którym nawet Duda wyraził się pozytywnie, ale to było w momencie największych protestów. Oby nie skończyło się tradycyjnie, iż otoczenie Dudy twierdzi, że on myśli, zastanawia się i pokazują nam obrazki z drapaniem się inkryminowanego po głowie i przychodzi taki oto kulminacyjny moment, iż Duda podpisuje hurtem wszystko, co sobie PiS, tj. prezes życzy.

Nie życzę Dudzie niczego złego, ale zdecydowanie bardziej nie życzę nam, aby PiS w procedurach demokratycznych pozbawiało nas demokracji i wolności obywatelskich. Więc zadaję najważniejsze w tym kontekście pytanie: ile w Dudzie jest pisowca, a ile Polaka demokraty?

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

Rafał Woś: Eksperci, wasze „twarde fakty” to za mało

25.08.2017, Rafał Woś

My się w politykę nie mieszamy. My jesteśmy ekonomistami (socjologami, inżynierami, fizykami etc.). Naszym celem jest dostarczenie politykom twardych faktów, które pozwolą im podjąć właściwą decyzję”. Ileż to razy słyszałem od ekspertów z dziedzin wszelakich takie właśnie credo.

Niestety, mam dla nich wszystkich niepokojącą wiadomość. Wasza ekspertyza w zasadzie nie jest w stanie zmienić spojrzenia polityków na ważne sprawy. A jak będziecie mieli pecha, to osiągniecie efekt odwrotny do zamierzonego. Spowodujecie okopanie się decydentów na zajętych uprzednio pozycjach.

Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć zespół duńskich politologów z Uniwersytetu w Aarhus: Martin Baekgaard, Julian Christensen, Casper Dahlman, Asbjorn Mathiasen i Nieels Bjorn Grund Petersen. Ich praca „Rola twardych faktów w polityce. O rozumowaniu i przekonywaniu polityków” ukazała się właśnie w „British Journal of Political Science”. Duńczycy podeszli do sprawy następująco:ludzie nie lubią zmiany poglądów. Wiadomo, że takie lawiranctwo nie jest mile widziane w kulturze. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi status społeczny i związana z nim skłonność do obrony własnych poglądów oraz nierzadko biografii. Jednak na pewnym poziomie społecznego statusu wartością jest też otwarta głowa. Z tej pułapki ludzie myślący wychodzą zazwyczaj w prosty sposób. Filtrują napływające informacje. I z potoku twardych danych wyłapują to, co zgadza się z ich ukształtowanym już światopoglądem. Resztę odrzucają. Albo mają – jak to się mówi w wielu językach – z tyłu głowy.

Wielu zwolenników merytokratycznej utopii tego „z tyłu głowy” uczepiło się jak pijany płotu. Przekonując, że oczywiście jedna czy dwie sprzeczne z naszym światopoglądem informacje nie zmienią naszej oceny świata. Jednak z każdym kolejnym niepokojącym sygnałem presja na nas staje się coraz większa. Aż w końcu tworzy się masa krytyczna i doznajemy olśnienia – zmieniamy pogląd. Przeżywamy przełom, jak Bulwa (Bulwa, bohater książki Janusza Osęki „Przełom w Bulwie”, jest robotnikiem, który pod wpływem wykonywania planu sześcioletniego przekonuje się do socjalizmu – red.).

Duńczycy z Aarhus postanowili sprawdzić, czy taki mechanizm zmiany decyzji pod wpływem twardych faktów zachodzi wśród polityków. Przeprowadzili wiele ankiet eksperymentów. Na początek sprawdzili, czy tysiąc przedstawicieli tamtejszej klasy politycznej różni się od reszty społeczeństwa. Wyszło, że nie różnią się wcale. Tak samo jak reszta populacji selekcjonują twarde dane tak, by zgadzały się z ich światopoglądem. W demokracji politycy niewiele różnią się od obywateli. Można na to utyskiwać (a robią to zwykle różnej maści elitaryści), ale ma to również swoje dobre strony. Przynajmniej rozumieją społeczeństwo, które reprezentują.

Najciekawsze w eksperymencie Duńczyków było jednak coś innego. Wyszło im, że nie wystarczy bombardować kogoś twardymi faktami w błogiej pewności, że przełom w Bulwie w końcu zajdzie. Bo do niego nie dojdzie. A w każdym razie nie stało się tak wśród badanej próbki duńskich polityków. Doszło za to do czegoś odwrotnego – wielu z nich w obliczu nawału informacji niezgodnych z ich światopoglądem utwierdziło się w nim.

Wniosek? Twarde dane i stawianie na ekspertów nie przybliżą nas do budowania mostów pomiędzy różnymi obozami. Zwłaszcza gdy scena polityczna jest mocno spolaryzowana. A przecież u nas plemienność polityki jest o wiele mocniejsza niż w Danii.

Jak więc budować mosty w demokracji? Na to pytanie politolodzy z Aarhus nie dają odpowiedzi. Ale można i trzeba szukać na własną rękę. Wydaje się, że dobrym tropem jest dbanie o spójność społeczną i etos dobra wspólnego. Czyli o to, że przecież (jak śpiewał wałbrzyski punkowy skład Defekt Muzgó) „wszyscy jedziemy na tym samym wózku”. Wiem, że ekspertom wielbiącym twarde dane to się nie spodoba. Ale świat nie został stworzony po to, żeby się podobać ekspertom.

W demokracji politycy niewiele różnią się od obywateli. Można na to utyskiwać (a robią to zwykle różnej maści elitaryści), ale ma to również swoje dobre strony. Przynajmniej rozumieją społeczeństwo, które reprezentują

dziennik.pl

Coraz bliżej katastrofy europejskiej polityki PiS

Newsweek Polska, Jerzy Pawlicki, 25.08.2017

© pixabay.com

 

Polityka europejska obecnego rządu prowadzi nas ku przepaści. Kiedy już w nią wpadniemy, Jarosław Kaczyński ogłosi, że to wielki sukces, bo Polska odzyskała wreszcie suwerenność. I część społeczeństwa w to uwierzy.

Prezydent Emmanuel Macron objeżdża kraje naszego regionu, rozmawiając o swej wizji Europy i nowej dyrektywie o pracownikach delegowanych. Sprawa dotyczy kilkuset tysięcy Polaków pracujących w krajach UE, ale Macron omija szerokim łukiem Polskę. Spotyka się zaś przywódcami Austrii, Czech, Słowacji i Rumunii. Politycy PiS wiedzą, że decyzja Macrona by pominąć Warszawę to policzek, ale udają, że nic się takiego nie stało. Ryszard Czarnecki opowiada, że to klasyczna taktyka negocjacyjna. Zaś szef MSZ Witold Waszczykowski w charakterystycznym dla siebie stylu przekonuje: „Pan Macron chce w tej chwili zrównoważyć te rozmowy z Polakami, które były liczne, poprzez spotkania z innymi państwami Europy Środkowo-Wschodniej, z którymi dotychczas takich kontaktów nie było”.

Oczywiście zagrywka Macrona ma znacznie głębszy sens niż tylko pokazanie środkowego palca Kaczyńskiemu, który – parafrazując francuskiego prezydenta – chcą zrobić z Unii supermarket. Dogadując się z państwami naszego regionu w sprawie pracowników delegowanych, Francja izoluje Warszawę, uniemożliwiając rządowi Szydło sformowanie jakiejkolwiek koalicji przeciw zmianom. Nawet gdyby Polska miała zdolności koalicyjne – w co wątpię – dużo trudniej będzie jej teraz zbudować sojusz blokujący.

Do 2015 roku siłą Polski w Unii było to, że potrafiła budować koalicje – z nowymi członkami UE w sprawie budżetu i emisji CO2, z Francją w sprawie polityki rolnej, ze Szwecją – w kwestii Partnerstwa Wschodniego. Wiele unijnych dyrektyw zostało poprawionych po naszej myśli, bo mieliśmy bardzo dobre relacje z Komisją Europejską, po której stronie stawaliśmy w sporach Brukseli z państwami członkowskimi. W niecałe dwa lata PiS wszystko to zaprzepaścił i skazał nasz kraj na izolację i samotność. Szydło, Waszczykowski i Szyszko prowadzą samobójczą wojnę z Komisją Europejską w sprawie sądów, uchodźców i Puszczy Białowieskiej. Prezes Kaczyński rozkręcił histerię z niemieckimi reparacjami wojennymi, irytując jak dotąd bardzo pobłażliwe wobec Polski Niemcy. Nasi partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej dobrze to widzą i coraz bardziej odcinają się od Warszawy. Słowacki premier Robert Fico nie jest żadnym euroentuzjastą, ale niedawno przyznał, że jego kraj powinien być częścią „trzonu” Unii Europejskiej. – Być w trzonie (UE), być u boku Niemiec i Francji to podstawa mojej polityki – mówił. Czesi raz po raz dają do zrozumienia, że bliżej im do Niemiec, niż Polski. Z Litwą mamy na pieńku z powodów historycznych. Skandynawowie i kraje Beneluksu traktują nas jak troglodytów. Włosi i Hiszpanie tradycyjnie mają wszystko w głębokim poważaniu – i kupę własnych problemów na głowie. Zaś Wielka Brytania zajmuje się swym brexitem.

Zostaje jeszcze Budapeszt. Ale sojusz z Węgrami to w dużej mierze figura retoryczna, bo Orban prowadzi dość pokrętną politykę. Kiedy trzeba, zmienia front co pokazało najlepiej jego poparcie dla drugiej kadencji Donalda Tuska. Rząd PiS nie ma prawie sojuszników w Unii Europejskiej. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Im bardziej izolowana jest Polska, tym łatwiej będzie PiS-owi wmówić części społeczeństwa, że powodem wszystkich problemów jest „przegniła” Europa, która tłamsi tych, którzy ośmielają się mieć własne zdanie.

Najlepszą w ostatnich dniach diagnozę sytuacji, w jakiej znalazła się Polska przedstawił Ludwik Dorn. „Skoro miękka polityka zwiodła, Unia Europejska sięgnie po narzędzia polityki twardej. Otoczy polskiego ‚psuja’ parkanem, każe mu za to zapłacić, doprowadzi do osamotnienia wśród przyjaciół z Europy Środkowo-Wschodniej. Taka operacja już ruszyła, a jej elementem jest zaczynające się właśnie tournée Emmanuela Macrona. W sprawie dla Polski kluczowej – dyrektywy o pracownikach delegowanych – prezydent Francji Polskę ostentacyjnie omija. Efekt? Na jesieni tego roku może powstać zarys nowej architektury europejskiej: Polska otoczona przez starą i nową Europę kordonem sanitarnym”.

Kordon sanitarny to w UE mocno słowa. Takim kordonem otacza się w Europie partie skrajnej prawicy o korzeniach nazistowskich. PiS jest partią nacjonalistyczną, która prowadzi antyeuropejską politykę podszytą populizmem. To Europie się nie podoba. Taka Polska jest skazana na samotość. A samotnie w UE można tylko przegrać. Wetem daleko się nie zajedzie, zważywszy że liczba obszarów, w których wymagana jest większość kwalifikowana znacznie, ostatnio wzrosła. Problem w tym, że PiS to partia szlachetnych klęsk, która z porażek robi cnotę, ze słabości siłę, ze śmieszności chwałę. Stanisław Jerzy Lec pisał, że wielcy lunatycy nie potrzebują księżyca. A lunatycy dobrej zmiany nie mają sobie równych…

msn.pl

Macron podcina Wyszehrad

Rzeczpospolita, Jędrzej Bielecki, 25.08.2017

Czesi i Słowacy przechodzą na stronę Francji w bitwie o pracowników delegowanych. To efekt izolacji Polski.

Nazwa formatu dyplomatycznego łączącego Austrię, Czechy i Słowację – ,„Trójkąt z Austerlitz” – dla Francuzów nie mógł zostać wybrany lepiej. W środę Emmanuel Macron, jak Napoleon 2 grudnia 1805 r. odniósł zdecydowane zwycięstwo w tym gronie, choć nie pod Brnem tylko w położonym 400 km dalej Salzburgu.

Francuski prezydent zdołał rozbić solidarność Wyszehradzkiej Czwórki w fundamentalnej dla naszego kraju sprawie zaostrzenia praw pracowników delegowanych do realizacji kontraktów w innym państwie Unii. Żaden kraj Wspólnoty nie wysyła ich tylu, co Polska.

– Zgodziliśmy się, że musimy obowiązywać zasada, iż za tą samą pracę powinna zostać wypłacona ta sama płaca – powiedział po rozmowach gospodarz spotkania, kanclerz Austrii Christian Kern. Chodzi o postulat Francuzów, aby pracownicy delegowani otrzymali nie tylko pensję minimalną obowiązującą w kraju, gdzie świadczą usługę, ale także całość świadczeń socjalnych. Zdaniem Kerna „Trójkąt z Austerlitz” jest też gotów pójść w kierunku postulatów Macrona w sprawie maksymalnej długości kontraktów. Francuz chciałby, aby czas ten został skrócony z trzech do jednego roku.

– Zgodziliśmy się, aby okres delegowania był krótszy niż 24 miesiące – powiedział Kern. Porozumienie powinno zostać osiągnięcie w Radzie UE już w październiku.

Minister ds. europejskiej Konrad Szymański relatywizuje. – Jedność Grupy Wyszhradzkiej jest gwarantowana mandatem negocjacyjnym przyjętym przez czterech premierów dwa miesiące temu. Na jego podstawie negocjacje koordynują Węgry. Wspomniał o tym w Salzburgu premier Fico – mówi „Rz”. Ale przyznaje, że mandat pozostaje poufny. A niezalenie od tego wiadomo, że francuski prezydent w ogóle nie chce się spotkać z Viktorem Orbanem.

Macron, którego poziom poparcia we Francji załamał się od maja z 67 proc. do ledwie 36 proc. łaknie sukcesu w sprawie pracowników delegowanych jak kania dżdżu. Nad Sekwaną rzekomy „dumping socjalny” ze strony biedniejszych krajów Unii jest uważany za ważny powód kłopotów kraju. W Salzburgu Macron znów uderzył w ten ton: „dyrektywa o pracownikach delegowanych, w kształcie, w jakim jest obecnie, to zdrada ducha europejskiego. To tylko podsyca populizm w naszych krajach” – powiedział.

Obietnica w sprawie uchodźców

Zdaniem czeskiego dziennika „Lidove Noviny” Bohuslav Sobotka poszedł na ustępstwa wobec Francji w zamian za obietnicę, że Paryż przestanie popierać niemiecki pomysł włączenia obowiązkowego mechanizmu rozlokowania uchodźców w UE w rewizji Konwencji Dublińskiej.

– Na tym skorzystałyby wszystkie kraje, także Polska – przekonują „Rz” czeskie źródła dyplomatyczne.

Konrad Szymański przyznaje: kompromis w tej sprawie usunąłby bardzo poważne napięcie polityczne wewnątrz Unii. Ale Polska nie zgodzi się na dzielenie się kompetencjami w sprawie polityki azylowej.

W Salzburgu premier Słowacji Robert Fico miał z kolei wybrać w sporze o pracowników delegowanych stronę Paryża za obietnicę, że jego kraj będzie włączony na pełnych prawach do lansowanego przez Macrona projektu pogłębienia strefy euro.

– To tradycyjne stanowisko Słowaków od lat. Mówimy o pięciomilionowym kraju, który jest bardzo zależny od Niemiec – mówią źródła w Pradze.

Ale zmiana stanowiska Czechów i Słowaków ma też bardziej zasadniczą przyczynę.

– Te dwa kraje chcą się zdystansować wobec Polski i Węgier, które są coraz bardziej izolowane w Unii – mówi „Rz” Magdalena Bernaciak z European Trade Union Institute w Brukseli. Dodatkowo Czechy (18 tys. USD na mieszkańca) i Słowacja (16,3 tys. USD) to państwa zdecydowanie bogatsze od Polski (12,3 tys. USD), dla których przyjęcie zachodnich norm socjalnych dla pracowników delegowanych jest mniej bolesne.

Rumunia stawia opór

W czwartek w Bukareszcie Macron jeszcze podkręcił swoją retorykę. Uznał, że jeśli obecny system delegowania pracowników nie zostanie zmieniony, Unia „rozpadnie się”. Ale mimo to nie odniósł takiego sukcesu jak w Salzburgu. Prezydent Klaus Iohannis powiedział tylko, że kontrowersyjna dyrektywa powinna zostać „ulepszona”, ale uznał, że tak samo uzasadnione są obawy Francuzów przed „dumpingiem socjalnym”, co pragnienie obywateli biedniejszych krajów Unii pracy w bogatszych krajach Zachodu.

– Moim zdaniem Macron także Rumunów i Bułgarów przekonuje do ustępstw, otwierając perspektywę przystąpienia do strefy Schengen albo wykluczając z dyrektywy o pracownikach delegowanych firm transportowych – mówi Bernaciak. Z obu krajów pochodzi ok. 200 tys. kierowców, którzy tirami przemierzają Unię. W piątek Macron spotka się w Warnie z prezydentem Bułgarii Rumenem Radewem.

Ale już sama zmiana stanowiska Czech i Słowacji wystarczy, aby zmienić w Radzie UE zasady delegowania pracowników. Znacznie bardziej prawdopodobne jest natomiast, że uda się zablokować ofensywę Francuzów, gdy idzie o zasady świadczenia usług transportowych. Tu utworzony 31 stycznia „sojusz drogowy” objął tylko Francję, Niemcy, Belgię, Austrię, Danię, Włochy i Luksemburg – za mało, aby przeforsować zmianę dyrektywy.

Macron chce, aby już po trzech dniach świadczenia usług w Unii kierowcy delegowani mieli taką samą pensję, jak w kraju, w którym świadczą usługę. To oznaczałoby bankructwo większości spedytorów z Europy Środkowej, którzy kontrolują jedną czwartą floty transportowej Wspólnoty.

Podczas polsko-hiszpańskich konsultacji międzyrządowych premier Mariano Rajoy powiedział, że „limit trzech dni nie ma żadnego sensu”. Uznał także, że usługi transportowe powinny zostać wykluczone z dyrektywy o pracownikach delegowanych. Hiszpania, która przeszła surowe reformy rynkowe trzy lata temu, ma dziś bardziej konkurencyjnych spedytorów niż Francja.

Gdyby więc Madryt stanął na czele koalicji krajów, które chcą w tej dziedzinie utrzymać obecne zasady, szansa na sukces byłaby o wiele większa niż w przypadku przejęcie przywództwa przez izolowaną w Unii Polskę. Czy tak się stanie, nie wiadomo.

 

msn.pl

Czas prezydenta Andrzeja Dudy

25.08.2017, Rzeczpospolita, Michał Kolanko

Andrzej Duda nie ma zbyt wielu sojuszników.© AFP Andrzej Duda nie ma zbyt wielu sojuszników.

 

Debata o referendum to początek rozgrywki o bardzo dużą stawkę.

Na piątek zaplanowano wystąpienie Andrzeja Dudy w Gdańsku – które jego doradcy określają jako „ważne merytorycznie”. Prezydent wygłosi przemówienie podczas debaty konstytucyjnej organizowanej przez Solidarność.

To coś więcej niż tylko start publicznych konsultacji przed referendum, które Kancelaria Prezydenta zapowiadała od tygodni. To może być początek nowego politycznego etapu dla prezydenta, który już samym ogłoszeniem idei referendum zaskoczył polityczne zaplecze. Teraz politycy z obozu władzy, z którymi rozmawialiśmy, przyznają wprost, że w nowych warunkach referendum może się stać swego rodzaju kartą przetargową, która będzie leżeć na negocjacyjnym stole między Pałacem Prezydenckim a Nowogrodzką. Zwłaszcza przy okazji takich spraw jak reforma sądownictwa. I dlatego tak wiele zależy od tego, czy debata na temat referendum odniesie sukces.

Punkty sporne

Od pierwszej chwili, gdy prezydent ogłosił pomysł referendum, a przede wszystkim jego termin, pomysł nie wywoływał entuzjazmu w PiS. I po kilku miesiącach nie ma sygnałów, że wątpliwości zostały rozwiane. Pierwszym punktem spornym jest sam jego termin. – Musimy wspólnie politycznie również ustalić, czy termin proponowany przez prezydenta jest na pewno dobry – mówił o 11 listopada 2018 r. marszałek Senatu Stanisław Karczewski w czwartkowych „Sygnałach dnia” PR 1.

Tymczasem Pałac Prezydencki zostaje przy swoim, dodając możliwość dwudniowego referendum. – Pan prezydent też w swoich wypowiedziach wskazywał, że nie wyklucza tego rodzaju rozwiązania prawnego, żeby rozważyć, aby referendum było dwudniowe, czyli żeby obejmowało 10–11 listopada przyszłego roku – powiedział w środę Paweł Mucha, wiceszef Kancelarii Prezydenta i pełnomocnik odpowiedzialny za referendum. Dwudniowe głosowanie to pomysł, który w rozmowach z prezydentem zgłaszali m.in. politycy Kukiz’15.

Jakie pytania

Drugim punktem spornym jest dokładna liczba pytań. Kancelaria Prezydenta sygnalizowała, że pytań miałoby być około dziesięciu. Stanisław Karczewski, który ma też wziąć udział w piątkowej debacie, mówił, że spodziewa się siedmiu–ośmiu. To pole do negocjacji, podobnie jak treść pytań. Decyzję podejmie Senat, stąd kluczowa rola marszałka Karczewskiego.

Kancelaria Prezydenta ma zapowiedzieć harmonogram, który będzie obejmować spotkania w miastach wojewódzkich, konsultacje z organizacjami pozarządowym i spotkania z siłami politycznymi. Prezydent może liczyć przede wszystkim na Kukiz’15. Ale zarówno w przypadku ruchu Pawła Kukiza, jak i innych potencjalnych sojuszników – takich jak Solidarność – prezydent musi wziąć pod uwagę ich postulaty m.in. co do treści pytań. A te są wygórowane. Andrzej Duda zapowiedział ogólnonarodową debatę, ale czy będzie w stanie przekuć to na proces polityczny, który realnie przyciągnie wyborców? Czasu nie ma już tak wiele. Marszałek Karczewski przyznał w czwartek, że spodziewa się, iż w maju przyszłego roku projekt uchwały o referendum wpłynie do Senatu. To oczywiście pod warunkiem, że propozycja listopadowego terminu będzie w projekcie utrzymana.

Pałac zaskoczy opozycję?

Stawka dla Pałacu Prezydenckiego jest więc wysoka, a liczba potencjalnych sojuszników – bardzo ograniczona. – Przedstawiciele parlamentarnej opozycji od samego początku krytykowali pomysł referendum. I to zarówno podnosząc zarzut łamania konstytucji przez PiS i prezydenta, jak i zwracając uwagę na potencjalne braki w liście pytań referendalnych. – Nie wyobrażam sobie, by nie padły pytania światopoglądowe. Aby być uczciwym, prezydent musi zapytać o relacje państwo–Kościół – powiedział w #RZECZoPOLITYCE Michał Kamiński z UED.

Nawet przedstawiciele zawsze otwartego na dialog polityczny – nie tylko z prezydentem – PSL są sceptyczni. – To klasyczny przykład odwróconej kolejności, prezydent najpierw ogłosił referendum i podał jego termin, a teraz organizuje dyskusję na temat tego, jak ma wyglądać. To mało poważne – mówi „Rz” rzecznik PSL Jakub Stefaniak.

Dla Kancelarii Prezydenta najgorszy możliwy scenariusz to klęska referendum, pierwszego w pełni samodzielnego projektu politycznego Dudy w tej kadencji. Prezydent więc musi nawigować między nieprzychylną opozycją a sceptycznym PiS. I nie będzie to łatwe zadanie.

msn.pl

Wypadek samochodu policyjnego z kolumny BOR. Eskortowała sekretarza NATO

Gazeta.pl, 24.08.2017

© PAP/Rafał Guz

 

Do wypadku policyjnego radiowozu z kolumny BOR doszło skrzyżowaniu Żwirki i Wigury z Hynka w Warszawie, na trasie na Lotnisko Chopina. 

Policyjne auto eskortujące kolumnę BOR zderzyło się z ciężarówką na skrzyżowaniu ulic Hynka oraz Żwirki i Wigury w Warszawie.

Reporter TVN Warszawa podał, że kolumna eskortowała sekretarza NATO Jensa Stoltenberga, który przebywa dziś z wizytą w Warszawie. Policja szybko potwierdziła informacje. Jak powiedział rzecznik KSP Sylwester Marczak, nikomu z kolumny rządowej nic się nie stało. Ranne zostały cztery osoby, w tym 2 policjantów, pieszy oraz kierujący ciężarówką – wymieniał Marczak.

Na miejscu wypadku pojawiła się też straż pożarna. Pomogli wydobyć jednego z policjantów zakleszczonego w aucie. Teraz będą usuwać rozbite pojazdy.

Na razie nie znamy przyczyn wypadku. Policja ustala okoliczności zdarzenia i to, kto zawinił.

Utrudnienia w drodze na lotnisko

W miejscu wypadku tworzą się korki. To uczęszczana trasa na Lotnisko Chopina.

Utrudnienia są też dla pasażerów komunikacji miejskiej. Jak podał Zarząd Transportu Miejskiego: linie 141, 154, 175, 188, 306 jadące w kierunku północnym skierowane są na trasę objazdową:

P+R AL.KRAKOWSKA\LOTNISKO CHOPINA\OSMAŃSKA-DHL – … – SASANKI – WOŁOSKA – RACŁAWICKA – ŻWIRKI I WIGURY – … – WITOLIN\STARE BEMOWO\PL.PIŁSUDSKIEGO\URSUS-RATUSZ\GOCŁAWEK WSCHODNI

Zaś linia 504 w kierunku CENTRUM na trasę:

OS.KABATY – … – HYNKA – AL.KRAKOWSKA – 1 SIERPNIA -ŻWIRKI I WIGURY – DW.CENTRALNY

Sekretarz NATO Jens Stoltenberg w Warszawie

Jens Stoltenberg przyleciał do Polski z kilkunastogodzinną wizytą. Spotkał się dziś z prezydentem Andrzejem Dudą. W piątek będzie rozmawiał między innymi z premier Beatą Szydło, ministrami spraw zagranicznych i obrony: Witoldem Waszczykowskim i Antonim Macierewiczem.

msn.pl

%d blogerów lubi to: