„Klątwa” belką w oku

"Klątwa" belką w oku

Czy umierające na Morzu Śródziemnym dzieci to przedstawienie? Dla niektórych chyba tak. Wygląda na to, że środowiska prawicowe i sympatyzujące z faszyzmem zamieniły świat fikcji na ten prawdziwy, wyklinając „Klątwę”, a świat prawdziwy ubrały w teatralny kostium umowności i odrzuciły jako mało istotny. Człowiek stracił na wartości. Zaś w cenie są teraz fałszywe idee.

I nie dziwiłoby to nikogo, gdyby nie wielkie chrześcijańskie nawoływanie do bycia dobrym i postępowania zgodnie z Dekalogiem. Oto bowiem w zamkniętej przestrzeni teatru środkami teatru właśnie wyraża się bunt przeciwko dyktatowi Kościoła i zakłamaniu, bo przecież wiemy, że świat chrześcijański, w rozumieniu identyfikujących się z nim ludzi, a nie instytucji w przestrzeni realnej zamyka drogę potrzebującym, spoglądając na ich śmierć, jak na spektakl.

Kiedy narodziła się ta obojętność? Co ją spowodowało? Jakie przesłanie płynące z przestrzeni współczesnego świata obudziło drzemiące w ludziach okrucieństwo? Na to pytanie odpowiedzą historycy, jeśli jeszcze będą mieli prawo się wypowiadać. Bo możemy założyć, że świat zacznie porozumiewać się krzykiem i strzałami. To będą jedyne argumenty w dyskusji.

Znaczący esej Sorena Kierkegaarda „Wprowadzenie chrystianizmu do świata chrześcijańskiego” jest dziś niezwykle aktualny. Oto bowiem rozemocjonowane emerytki, pokrzykujący byli wojskowi i trudni do zdefiniowania członkowie ONR-u stają pod bramami Teatru Powszechnego, aby wedrzeć się do środka i uwolnić swoją nienawiść. Mienią się rycerzami Chrystusa. I nie wiedzą, co to chrystianizm.

Ci fałszywi wyznawcy to doskonała egzemplifikacja opozycji, którą ów esej Kierkegaarda zawiera już w tytule. Czym bowiem dla duńskiego filozofa jest chrystianizm? Czym jest chrześcijaństwo, jeśli trzeba je na chrystianizm otwierać? Czy to dwa rozłączne światy? Jest zapewne tym, czym jest komunizm dla ludzi, którzy zatrzymali się w miejscu, kiedy jeszcze idee równości nie zostały wcielone w życie. To idealiści lewicy, wyznawcy godności człowieka, i oni właśnie niewiele się różnią pierwszych chrześcijan.

Chrystianizm jest więc początkiem i niezrealizowaną teorią chrześcijaństwa, a ono samo jest wcieleniem w życie ziemskich idei, które potykają się o ludzkie słabości. Trudno też zaprzeczyć, że lewicowość niesie za sobą szlachetne konotacje, a zarazem znów jak wynika z doświadczenia morze przemocy, obudzone poza ideą właśnie. Chrześcijaństwo w imię Chrystusa prowadziło wojny krzyżowe i paliło na stosie. Jak to się ma do przykazań, Dekalogu i miłości wobec bliźniego?

I tak oto dwa światopoglądy teoretycznie pełne sprawiedliwych i dobrych założeń kruszą się i sypią w obliczu konfrontacji z ludzką słabością. To ona właśnie weryfikuje wartość idei. Soren Kierkegaard od człowieka wierzącego żądał egzystencjalnej izolacji w obliczu nieskończoności i tragizmu własnego przeznaczenia. Czy współczesnych rycerzy Chrystusa stać na kontemplację? Czy rozumieją sprzeczność swoich pełnych nienawiści okrzyków, z religią, którą wyznają? Zapewne nie, bo z czasem granice ulegają zatarciu i zapomną o początku.

Przed Teatrem Powszechnym ścierały się dwie siły. Jedna dążyła do zapomnienia i wykluczenia ze świata sztuki trudnego konfrontacyjnie spektaklu, druga broniła prawa do artystycznego wyrażenia swoich lęków i oceny zdarzeń, które z definicji nie powinny rodzić się w przestrzeni świętego z definicji Kościoła. A sztuka je w nim odnalazła. W tym spektaklu przed spektaklem jak w soczewce skupiły się różnice nie do pogodzenia. Dwa światy z różnych epok. Temperatura emocji i rozmodlenie z grzechami w tle źle rokują dla świata. Obrońcy Kościoła i jego zasad z czasem mogą stać się katami. Należy się temu uważnie przyglądać.

Ewa Karwan-Jastrzębska

koduj24.pl

Polski thriller polityczny odc. 1. Jutro w

Klęska szczytu G7. Nie udało się porozumieć z Trumpem w żadnej kwestii

Michał Kokot, 28 maja 2017

Tusk, Trudeau, Merkel i Gentiloni w rozmowie z Trumpem w antycznym amfiteatrze w Taorminie.

Tusk, Trudeau, Merkel i Gentiloni w rozmowie z Trumpem w antycznym amfiteatrze w Taorminie. (EVAN VUCCI/AP)

Szczyt G7 okazał się fiaskiem nawet w porównaniu z wcześniejszym spotkaniem przywódców państw NATO w Brukseli. Amerykanie nie chcieli się zgodzić na żadne z porozumień dotyczących migracji, pakietu klimatycznego, handlu czy nawet pomocy głodującym.

Trwający na Sycylii od piątku do soboty szczyt siedmiu najbardziej rozwiniętych państw świata bardziej przypominał formułę G6 plus USA. Jeszcze przed rozpoczęciem szczytu szef Rady Europejskiej Donald Tusk przewidywał, że „może być jednym z najtrudniejszych w historii” – ze względu na zupełnie rozbieżne stanowiska w kwestii przyjęcia postanowień o redukcji gazów cieplarnianych z ubiegłorocznego szczytu w Paryżu.

Ale szybko okazało się, że Trump nie zamierza się zgadzać także w żadnej z pozostałych omawianych w Taorminie kwestii. Politycy nie kryli irytacji uporem amerykańskiego prezydenta. Kanclerz Niemiec Angela Merkel otwarcie stwierdziła, że rozmowy z Trumpem są „bardzo trudne, by nie powiedzieć niesatysfakcjonujące”. Kanadyjski premier Justin Trudeau apelował do Trumpa, by ten nie skreślał postanowień z Paryża. – Nie można mieć gospodarki w przyszłości, nie troszcząc się o klimat – mówił. Zaś francuski prezydent Emmanuel Macron prosił Trumpa o podjęcie decyzji, by dać pozytywny przykład Chinom.

Zobacz: Światowe media o Trumpie na szczycie NATO – „Pokazał sojusznikom środkowy palec”

Światowe media o Trumpie na szczycie NATO – „Pokazał sojusznikom środkowy palec”

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21866598,video.html

Trump natomiast, wsiadając do samolotu, wysłał jedynie tweeta, w którym zapowiedział, że w sprawie pakietu klimatycznego decyzję podejmie w przyszłym tygodniu. Niektóre media spekulują, że być może Amerykanie w ogóle wycofają się z paryskich postanowień. Trump miał bowiem twardo twierdzić, że postanowienia o emisji gazów cieplarnianych szkodzą amerykańskiej gospodarce i nie zamierza ich respektować.

Nawet Włosi, organizatorzy szczytu, nie przewidywali, że skończy się on tak bezowocnie. Oświadczenie końcowe wszystkich państw trzeba było kilkakrotnie redagować. Włosi liczyli na to, że uda się w nim zawrzeć apel o włączenie się pozostałych państw do rozwiązania kryzysu migracyjnego. Włochy są bowiem głównym państwem, do którego docierają imigranci z Afryki. Jednak akapity mówiące o tym, że kryzys migracyjny nie jest zjawiskiem regionalnym, tylko wyzwaniem globalnym, zostały pod naciskiem Trumpa zmienione. Wpisane zostały za to fragmenty, które mówią o tym, że każde państwo w obliczu kryzysu migracyjnego ma prawo do ochrony swoich granic.

Organizacje humanitarne skrytykowały uczestników szczytu za to, że nie podjęli żadnych decyzji w sprawie dofinansowania światowego programu żywnościowego. ONZ szacuje, że na ten cel potrzebnych jest niemal 7 mld dol. Jak dotąd jednak uzbierano dopiero ok. 30 proc. kwoty.

– Państwa G7 opuszczają szczyt bez podjęcia w najmniejszym stopniu najbardziej palących kwestii na świecie – powiedział Jörn Kalinski z brytyjskiej organizacji charytatywnej Oxfam.

Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle państwa G7 wspólnie do tego tematu wrócą. Amerykańska administracja najwyraźniej nie wydaje się tym zainteresowana, co symbolicznie pokazały kamery z obrad szczytu. W trakcie gdy włoski premier Paolo Gentiloni mówił o problemach Afryki, które generują kryzys uchodźczy, Trump nawet nie nałożył słuchawek z tłumaczeniem i wbił nieobecny wzrok w podłogę. Jego rzecznik pospiesznie zapewniał później, że prezydent miał jedną słuchawkę w drugim uchu, którego kamera nie objęła.

Przywódcy państw G7 wyrazili za to gotowość do podjęcia dalszych kroków, jeśli Rosja nie zrealizuje porozumień z Mińska mających położyć kres wojnie na wschodzie Ukrainy. W dokumencie końcowym podkreślają „odpowiedzialność Federacji Rosyjskiej za konflikt oraz rolę, jaką musi odegrać, by przywrócić pokój i stabilność”, i „ponownie potępiają nielegalną aneksję Półwyspu Krymskiego”. Sankcje, które kraje zachodnie zdecydowały się nałożyć na Rosję, mogą zostać zniesione tylko, jeśli ta zrealizuje swoje zobowiązania.

wyborcza.pl

Szef NSZZ Policjantów o sprawie Igora Stachowiaka: nie chcę pracować w takiej policji

Marcin Pietraszewski, 28 maja 2017

Rafał Jankowski, szef NSZZ Policjantów.

Rafał Jankowski, szef NSZZ Policjantów. (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA)

Nie chcę podejrzewać, że sprawa ma jakieś drugie dno, ale to, co się wokół niej działo lub właściwie nie działo, źle świadczy o organach kontrolnych policji oraz tak zwanej niezależnej prokuraturze – mówi Rafał Jankowski, szef NSZZ Policjantów, zwany „Chuckiem Norrisem” polskiej policji.

Rafał Jankowski – przewodniczący NSZZ Policjantów, pracuje w policji od 25 lat, większość jako oficer operacyjny w służbach kryminalnych. Zaczynał w najgorszym komisariacie w Bytomiu, potem przeniósł się do Piekar Śląskich. Tam bandyci z szacunkiem zaczęli nazywać go „Chuck Norris”. Jako jeden z niewielu w jednostce miał zgodę na noszenie broni po służbie.

Zaangażowany w działalność związków zawodowych. Ujawnił, że odchodzący na emeryturę policjanci muszą oddawać zużyte bokserki i skarpetki, a nowe mundury są łatwopalne. W 2016 r. zawiadomił prokuraturę, że największy polski producent odzieży kibolskiej sprzedaje bluzy z napisem: „Matka rodzi, ojciec wychowuje, szkoła uczy. Policja morduje. Stop katom w niebieskich mundurach”. Wszczęto śledztwo.

Rok temu napisał do premier Beaty Szydło list, w którym zarzucił rządzącym, że tolerują wybryki szalikowców. „Polscy policjanci, aby działać sprawnie i skutecznie, muszą mieć świadomość, że reprezentując państwo, są pod jego ochroną, a wszelki atak na nich spotka się z nieuniknioną i nieubłaganą reakcją” – napisał.

Marcin Pietraszewski: Co pan czuł, oglądając nagranie z komisariatu we Wrocławiu, gdzie policjanci znęcali się nad Igorem Stachowiakiem?

Rafał Jankowski: Kiedy widziałem to pierwszy raz, miałem nadzieję, że to nie jest prawdziwa historia. Byłem przekonany, że za chwilę zobaczę lub usłyszę coś, co tłumaczyłoby, dlaczego tego człowieka potraktowano w taki sposób. Niestety, nie doczekałem się tego. Byłem autentycznie wstrząśnięty, bo nie chcę służyć w takiej policji.

Komenda główna chwali się, że z roku na rok wzrasta wskaźnik społecznego zaufania do policji, że rośnie autorytet munduru. To wszystko nie bierze się jednak z niczego. Na takie wyniki w terenie ciężko zapieprzają szeregowi policjanci. Właśnie ci, którzy mają kontakt z ludźmi na ulicach, którzy jeżdżą na interwencję. I teraz te wszystkie wskaźniki możemy sobie wsadzić.

Kilkuminutowy film ze zdarzenia w komisariacie we Wrocławiu z siłą bomby atomowej zdemolował nasz wizerunek jako formacji służącej społeczeństwu. I żeby była jasność: uważam, że dobrze się stało, że to nagranie zostało ujawnione przez dziennikarzy.

Jednak przez rok nagranie znała prokuratura oraz szefowie wrocławskiej policji, a mimo to nikomu nie przedstawiono zarzutów, a sprawa śmierci Stachowiaka nie została wyjaśniona.

Mam przekonanie graniczące z pewnością, że gdyby nie materiał dziennikarski, to dalej nikt poważnie nie zajmowałby się tą sprawą. Jest to tym bardziej szokujące, że wszystkie dowody zostały dawno temu zabezpieczone. Nie chcę podejrzewać, że sprawa ma jakieś drugie dno, ale to co się wokół niej działo lub właściwie nie działo, źle świadczy o organach kontrolnych policji oraz tak zwanej niezależnej prokuraturze.

Zobacz: „To był zgniły układ” w komendzie. PO żąda billingów Beaty Kempy. Minister donosi na Platformę

„To był zgniły układ” w komendzie. PO żąda billingów Beaty Kempy. Minister donosi na Platformę

http://www.gazeta.tv/plej/19,82983,21869932,video.html

Zaskoczyło pana to, że szef polskiej policji film ze znęcania się na Igorem Stachowiakiem po raz pierwszy zobaczył w telewizji?

To kolejny dowód potwierdzający to, że ta sprawa nie była normalnie prowadzona. Komendant główny powinien być pierwszą osobą, która dostaje na biurko to nagranie. Podobno oficerowie prowadzący postępowanie wyjaśniające trzykrotnie zwracali się do prokuratury o udostępnienie tego filmu i dostali odmowę. To też pokazuje, w jaki sposób śledczy współpracowali z policją nad wyjaśnieniem tej sprawy.

Z drugiej strony teraz pojawią się głosy, że o tym nagraniu mówiło się we Wrocławiu od dawna. Nie chcę nawet myśleć, że ktoś celowo ukrywał tę informację przed komendantem głównym. Znam go ze Śląska i nie mam wątpliwości, że gdyby rok temu ktoś pokazał mu ten film, losy tej sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

W internecie wylała się na pana fala hejtu po tym, gdy zaprotestował przeciwko decyzji ministra Mariusza Błaszczaka o natychmiastowym zwolnieniu ze służby policjanta, który użył tasera wobec Igora Stachowiaka. Internauci pisali, że broni pan mordercy.

Nigdy nie będę bronił funkcjonariusza, który popełnił przestępstwo. Dla takich ludzi nie ma miejsca w policji. Oburzyło mnie nie to, że policjant został zwolniony, lecz to, że tę decyzję podjął szef MSWiA, który nie ma do tego uprawnień. To niedopuszczalne. Policjanta ze służby może wyrzucić komendant wojewódzki, ale nie polityk. Szef MSWiA jest człowiekiem, który ma zapewnić policji pieniądze na prawidłowe funkcjonowanie oraz odpowiednie regulacje prawne, abyśmy działali sprawnie.

Rok temu zainicjował pan śledztwo przeciwko producentowi koszulek z napisem: „Stop mordercom w niebieskich mundurach”. Teraz to hasło pojawia się pod każdym tekstem dotyczącym śmierci Igora Stachowiaka.

Niewyjaśnienie tej sprawy, te wszystkie grzechy zaniechania spowodowały, że trudno nam będzie odbudować zaufanie społeczne. W ciągu ostatnich 25 lat nie było chyba historii, która równie mocno nadszarpnęłaby nasz wizerunek. Boli mnie to, że ta fala gniewu uderza w policjantów, którzy każdego dnia wychodzą na ulice. Bo to oni są wyzywani od morderców. Wie pan, jak się w takiej atmosferze pracuje? Jak wtedy łatwo o błąd? Nie zdziwię się, jeśli jadący teraz na interwencję policjanci będą mieli z tyłu głowy myśli, żeby już w ogóle nie ryzykować. Bo będzie postępowanie wyjaśniające, prokurator, medialna nagonka.

Wszyscy chcą, żeby policja była silna, sprawna i szybka. Zapomina się jednak, że użycie środków przymusu bezpośredniego i siły fizycznej jest stałym elementem tej pracy. Są sytuacje, kiedy prośby i polecenia nie pomagają i trzeba komuś najzwyczajniej zadać ból. Proszę sobie wyobrazić sytuację, że kibole demolują bar. Jego właściciel będzie wdzięczny policjantom za szybkie zatrzymanie napastników. Z kolei przechodzący obok jego lokalu przechodnie, widząc leżących na chodniku skutych kajdankami szalikowców, będą utyskiwali, że jesteśmy brutalni. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jeśli mamy sprzątać ulice ze zła, musimy  być stanowczy.

Jak uniknąć takich historii jak ta we Wrocławiu?

W każdej jednostce powinien być sprawny monitoring, można też montować kamery nagrywające interwencje. Trzeba jednak pamiętać, że w policji najważniejsi zawsze będą ludzie. Dlatego też trzeba zmienić system doboru. W ostatnim czasie nasza firma straciła na rynku pracy na atrakcyjności. Mamy coraz mniej kandydatów, zdarza się, że do służby przyjmowani są ludzie, którzy nie znaleźli roboty nigdzie indziej. Selekcja musi być dużo ostrzejsza, muszą też wzrosnąć wynagrodzenia. Dodatkowym elementem są szkolenia. Ludzie powinni wiedzieć nie tylko, jak się zakłada kajdanki czy strzela, ale powinni też być mentalnie przygotowani do służby. Brak profesjonalnych szkoleń to pięta achillesowa polskiej policji. Dawniej jak młody policjant przychodził ze szkoły na jednostkę, to roboty uczył się od doświadczonych kolegów, których podpatrywał. Tyle że tych doświadczonych się jednak ostatnio pozbyliśmy.

Ma pan wrażenie, że polityka odgrywa w tej sprawie coraz ważniejszą rolę?

Byłem w Sejmie podczas debaty dotyczącej wrocławskich wydarzeń. W naiwności liczyłem, że wyjdzie minister sprawiedliwości i powie, dlaczego przez rok prokuratura niewiele zrobiła w sprawie, a szef MSWiA wyjaśni, dlaczego dopiero po materiale dziennikarskim następuje gwałtowne przyspieszenie i zwalnia się komendantów we Wrocławiu. Zamiast tego byłem świadkiem politycznej napieprzanki, że za rządów PO policja biła mocniej, a za rządów PiS to morduje obywateli. Słuchałem tego i nie wierzyłem w to, co słyszę.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dzisiejsi rządzący półtora roku temu byli opozycją i też krytykowali policję.

Kiedy w lutym 2015 r. policjanci, używając broni gładkolufowej, powstrzymali strajkujących górników [część z nich miała kominiarki, pozostali kibolskie szaliki lub bluzy] przed wtargnięciem do siedziby Jastrzębskiej Spółki Węglowej, to jeden z posłów PiS zawiadomił prokuraturę o przekroczeniu uprawnień przez mundurowych. I mówił, że ostatni raz na Śląsku do górników strzelano pod kopalnią „Wujek” w czasie stanu wojennego, kiedy ZOMO siłą stłumiło górniczy strajk. Z kolei kiedy w grudniu zeszłego roku ochranialiśmy Sejm, naszym ludziom dostało się, że są siepaczami tej władzy. Do cholery, włączanie policji w polityczną retorykę jest niedopuszczalne.

Oczywiście najlepiej byłoby nie dopuszczać do takiej sytuacji, kiedy przed Sejmem ustawia się policyjne kordony. Ale jeśli już do tego doszło, to robiliśmy to, co do nas należało. Dlatego jestem pełen podziwu dla policjantów z prewencji. To oni są na pierwszej linii, to oni jeżdżą na najtrudniejsze interwencje, to oni muszą słuchać, że są zomowcami. A na końcu ich praca jest jeszcze publicznie recenzowana przez polityków, którzy tak naprawdę nie mają o niej pojęcia.

Znowu wracamy do polityki.

Niestety wiele miesięcy temu polityka zaczęła odgrywać w policji pierwszoplanową rolę. Zaczęło się od tego, że zaczęto zwalniać tych policjantów, którzy zostali przyjęci do służby przed 1989 r. W ramach personalnej polityki historycznej pozbyliśmy się doświadczonych ludzi. Potem polityczna miotła wygarnęła część naszych dowódców, a kandydatury ich następców wywoływały zdumienie w naszym środowisku. Mam wrażenie, że obecny komendant główny jest ostatnim szefem polskiej policji, który został wybrany z przyczyn merytorycznych, bo się zna na robocie. Nie mam wątpliwości, że jego następca zostanie wybrany już z klucza politycznego.

Ale policja jest apolityczna z definicji.

W teorii mamy być apolityczni i neutralni światopoglądowo. Mamy służyć tym z prawej i lewej strony sceny politycznej, mamy służyć katolikom, prawosławnym i Żydom. Tacy powinniśmy być. Proszę jednak wyjść na ulicę i zapytać ludzi, czy tacy jesteśmy. Wiem, że są dziś w Polsce miejsca, gdzie niektórzy oficerowie prześcigają się, żeby robić tej władzy przyjemność. Proszę mi jednak wierzyć, że szeregowych policjantów nie interesuje, czy szefem MSWiA jest Mariusz Błaszczak, czy Grzegorz Schetyna. Oni chcą tylko odpowiednio zarabiać, być dobrze wyszkoleni, mieć instrumenty prawne do pracy oraz ochronę prawną państwa.

Czy policję można odpolitycznić?

Wprowadzenie kadencyjności na stanowisku komendanta głównego uniezależniłoby nas od jakiejkolwiek opcji politycznej. Na to jednak nie zgodzi się żadna partia. Kontrola nad policją daje władzę.

Czy Jarosław Zieliński, odpowiedzialny za policję wiceszef MSWiA, powinien się podać do dymisji po aferze wrocławskiej?

Nie jestem zwolennikiem podejmowania decyzji personalnych pod wpływem emocji i presji opinii publicznej. Nie wyobrażam sobie jednak sytuacji, że jedynymi osobami, które poniosą konsekwencje, będą odwołani policjanci z Wrocławia. Rok temu wiceminister Zieliński obiecał wyjaśnienie sprawy śmierci Stachowiaka. Skoro nie wywiązał się z danego słowa, to powinien wiedzieć, co w takiej sytuacji zrobić. Moim zdaniem utracił mandat zaufania do nadzorowania policji.

wyborcza.pl

Słowa i logika w służbie PiS

Całe zdania i zwroty tracą pierwotne znaczenie, nawet poprawność polityczna stała się inwektywą.

Pamiętacie „układ”, „łże-elity”, „wykształciuchów” i „lumpeninteligencję”? Stare dobre czasy… Dzisiejsza władza wykorzystała już wszystkie inwektywy, które znalazła w słowniku, a i sama wzbogaciła polski język o fałszywe perły wyprodukowane przez partyjnych specjalistów od nowomowy. Z braku nowych obelg i wyzwisk PiS tworzy obecnie językowy obraz swojego świata, podmieniając znaczenie już nie tylko słów, ale również pojęć. Całe zdania i zwroty tracą pierwotne znaczenie. Nawet poprawność polityczna stała się inwektywą. PiS preparuje własny język i własne pokrętne reguły logiki.

Oto kilka przykładów nowego oglądu rzeczywistości.

Igor Stachowiak został zatrzymany, ponieważ awanturował się na wrocławskim Rynku i zaczepiał przechodniów, z tym, że aresztowano go, bo przypominał wyglądem przestępcę, który uprzednio uciekł z tego komisariatu. Umarł, ponieważ najpierw spadł z krzesła, o czym świadczyły rozległe obrażenia na całym ciele, a potem jedna z licznych ekspertyz potwierdziła, że przyczyną jego śmierci było nie tyle duszenie i torturowanie go taserem, co zażyte przez niego dopalacze, narkotyki i leki uzależniające. Policjanci nie przyczynili się więc do jego śmierci, dlatego wywalono ich z roboty. Przełożeni policjantów i prokuratorzy nie mieli pojęcia, co naprawdę się stało, ponieważ nie widzieli nagrania, które było zakodowane i dowiedzieli się dopiero, kiedy rozkodowała je niekodowana telewizja TVN24. Jednak zdaniem ministra Ziobry, „to, że sprawę ujawniono, nie jest zasługą TVN, tylko prokuratury, która ten film zabezpieczyła”. Bo przecież mogła go zniszczyć i wtedy wiedzielibyśmy o tej sprawie tyle, co ze skasowanego, a jednocześnie zepsutego monitoringu w komisariacie. Natomiast przechodnie, którzy filmowali zatrzymanie Igora, mieli do tego prawo i zasługują na pochwałę, z tym, że wcześniej trzeba ich było wyłapać, zatrzymać i zabrać im komórki z nagraniem…

Inny przykład logiki w służbie PiS: tabletka ellaOne, o której powszechnie wiadomo, że nie jest wczesnoporonna, nie może być sprzedawana bez recepty, ponieważ jest wczesnoporonna. Bezbożny świat nauki twierdzi co prawda, że to nieprawda, ale jeśli tak, to ellaOne ma poważne działanie uboczne. Nawet gdyby uwierzyć, że jest środkiem w pełni bezpiecznym, to i tak występuje w spisie leków, a o użyciu leku powinien decydować lekarz… Czyli o wymianie przepalonej żarówki w samochodzie miałby decydować kierownik autoryzowanego serwisu. Bo przecież wiadomo, że lekarz ani nie zbada, ani nie będzie analizował stanu zdrowia pacjentki, której chodzi tylko o tę receptę. Albo ją wypisze, albo wykręci się klauzulą sumienia, chociaż sumienie ma tutaj takie zastosowanie jak u pani z kiosku, która nie sprzedaje „Gazety Wyborczej”, bo się z nią nie zgadza.

Ciekawy przekręt myślowy zaserwowała nam samozwańcza prezes Trybunału Konstytucyjnego, do obowiązków której należy troska o dobre imię Trybunału. – „Sprawa sędziego Morawskiego jest zamknięta, ponieważ nikt nie wnioskował o wszczęcie postępowania” – oświadczyła Julia Przyłębska. Ale tylko ona mogła rozpocząć procedurę i zdecydować o konsekwencjach za ośmieszanie i szkalowanie TK na międzynarodowym forum.

Karkołomną konstrukcją zaimponowała posłom pani premier Szydło. Otóż minister Macierewicz nie może być odwołany, ponieważ na naszej granicy czają się terroryści, na co Macierewicz nie ma żadnego wpływu, bo tymi sprawami zajmuje się akurat minister Błaszczak. Mimo to „ci, którzy atakują ministra obrony, chcą otworzyć granicę przed terrorystami”, a także „stoją po stronie morderców dzieci”. Macierewicz broni nas przed katastrofą i dzięki niemu nie wpuścimy do Polski żadnych imigrantów, bo nie pozwolimy, żeby ich do nas przywozili na siłę, a poza tym nawet jak wpuścimy, to i tak od nas uciekną… (po tym wystąpieniu wcale im się nie dziwię). Śmiertelne zagrożenie naszej cywilizacji sprokurowali „szantażyści z Unii Europejskiej”. To, co zdarzyło się w Wielkiej Brytanii, pokazało „szaleństwo zachodnich elit”. Premier Szydło nie odwołała przy tym dotychczasowej opinii o polsko-brytyjskim sojuszu. Ci szaleńcy i szantażyści, odpowiedzialni za atak terrorystyczny na własne dzieci, to w dalszym ciągu nasi strategiczni partnerzy i przyjaźni sprzymierzeńcy…

***

Przed ludźmi przyzwoitymi stanęło dziś wiele zadań. Myślę, że najważniejszym jest pokazanie obojętnym i zahipnotyzowanym Polakom, czym jest naprawdę „dobra zmiana”; przekonanie ich, że mimo wszystko ciepła woda może być przyjemniejsza i zdrowsza niż lodowaty prysznic, że demokracja jest lepsza od autokracji, wolność ma większą wartość niż zniewolenie, a nacjonalizm prowadzi wprost do narodowego harakiri. Aby dotrzeć z tym przekazem, niezbędne jest uzgodnienie wspólnego języka. Nie dogadamy się, gdy tę samą rzeczywistość opisywać będziemy słowami o przeciwnym znaczeniu. Żeby się porozumieć, trzeba przywrócić słowom ich pierwotny sens. Odpowiednie dać rzeczy słowo. A mowę nienawistnych inwektyw i gołosłownych pomówień zastąpić trzeba językiem słownikowych definicji.

Ten, kto snuje nierealne wizje, że Polska niedługo obroni się sama bez żadnej łaski NATO, nie jest wielkim wizjonerem, tylko fantastą albo chorym z urojenia. Ta, która zawiadamia Europę, że Polska przyjęła już milion uchodźców, nie jest strażnikiem polskiej racji stanu, tylko kłamczuchą. Ten, kto osiąga korzyści i władzę, obiecując wszystkim wszystko, a potem z szerokim uśmiechem wyjaśnia na konferencji prasowej, że przecież kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami, nie jest politykiem, tylko oszustem. I tak do ostatniej litery słownika.

Andrzej Karmiński

PS. PANOWIE z PiS dobrze wiedzą, że ich język nie jest akceptowany przez cywilizowane kraje. Pewnie dlatego pan prezydent na ostatnim szczycie NATO dał pokaz migowego języka ciała. Po obejrzeniu jego radosnych występów jedna z internautek zażądała kategorycznie: – Chcę te same leki, które bierze Duda!

koduj24.pl

NIEDZIELA, 28 MAJA 2017

Olechowski: Mam wrażenie postępującej erozji pewności co do PiS-u

19:47

Olechowski: Mam wrażenie postępującej erozji pewności co do PiS-u

Widać, że wyborcy nabierają wątpliwości co do PiS-u i to widzimy w sondażach. Było kilka sondaży, które pokazywały, że tam się przechylało. Miałbym wrażenie, że PiS już wie, że może przegrać w razie czego, bo do tej pory uważał, że w żadnym wypadku. Opozycja natomiast nie ma pojęcia, jak wygrać. To taka różnica dzisiaj. Ale mam wrażenie postępującej erozji pewności co do PiS-u. Straty wizerunkowe są dość znaczne – mówił Andrzej Olechowski w rozmowie z Piotrem Marciniakiem w „Faktach po faktach” TVN24.

19:40

Olechowski: KOD jest w trudnej sytuacji. Życzę wszystkiego dobrego, żeby ta organizacja sobie poradziła

– Ta organizacja [KOD] jest w bardzo trudnej sytuacji i wielka szkoda, bo zasługi są kolosalne i potencjał cały czas bardzo duży. Jestem zwolennikiem rygorystycznego przestrzegania zasady, że ludzie, którzy zajmują się polityką, nie powinni mówić KOD-owi co ma zrobić i jak ma robić. Politycy powinni trzymać się jak dalej. Nie jestem czynnym politykiem, więc mógłbym sobie podywagować, ale po co? To organizacja społeczna, musi znaleźć wyjście z tej sytuacji. Trzymam kciuki. Życzę wszystkiego dobrego, żeby sobie z tą sytuacją poradziła – stwierdził Andrzej Olechowski w rozmowie z Piotrem Marciniakiem w „Faktach po faktach” TVN24.

300polityka.pl

Poznajemy prawdziwy PiS – arogancja i słoma z butów

Michał Kuczyński, 28/05/2017

Zarządzanie poprzez konflikt to podobno ulubiona strategia polityczna naczelnika Jarosława Kaczyńskiego, którą stosuje on z wielkim zamiłowaniem zawsze, gdy suweren oddaje mu władzę. Tak było w latach 2005-07, tak jest i teraz. Nie wiedzieć tylko dlaczego, prezes PiS nie chce przyjąć do wiadomości, że atmosfera ciągłej ofensywy, ciągle podwyższonej temperatury sporu politycznego oraz bezrefleksyjnego przepychania kolanem każdej, nawet najbardziej durnej reformy, z upływem każdego kolejnego miesiąca działa na Polaków jak czerwona płachta na byka. Ta arogancja, groźby i obrażanie protestujących, które możemy oglądać i słuchać z ust polityków PiS przy każdym kolejnym proteście i każdej kolejnej manifestacji krytykującej poczynania władzy, jest natomiast niczym innym jak obrazem bezsilności i przerażenia płynącego z obozu władzy.

W listopadzie 2015 roku, ówczesna kandydatka na stanowisko Prezesa Rady Ministrów, Beata Szydło mówiła, że przed PiS sporo pracy, ale jej się nie obawia. Gdy rozmawia natomiast z młodymi kandydatami na ministrów, to słyszy od nich dwa słowa: praca i pokora. Dziś, gdy ocenia się półtora roku działalności rządu premier Szydło, to praca owszem, jest widoczna, jednak pokora to coś, o czym ten rząd zdecydowanie zapomniał.

Ciekawe, czy jednym z tych młodych kandydatów na ministra, bez doświadczenia politycznego, nie był czasem Bartłomiej Marczuk, obecny wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej, który dziś obrażał bez żadnej pokory strajkujących nauczycieli, zarzucając im pławienie się w przywilejach zawodowych. Brzmi to groteskowo z ust polityka rządu PiS, który stosunkowo niedawno popierał związki zawodowe nauczycieli i hasła podobne do tych głoszonych dzisiaj. To samo dotyczy posła Pięty, który wyrzuciłby czerwoną lumpeninteligencję na zbity pysk, gdzieś pokorę zagubił, zresztą nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

To, że słoma wychodzi z butów i chamstwo z salonów rządowych spływa na suwerena w odpowiedzi na antyrządowe protesty, nie jest sprawą nową. To właśnie pod presją społecznych protestów wychodzi z PiS-u “wszystko co mają najlepsze”. Prezes PiS oczywiście jest tu niekwestionowanym liderem i z jego ust “pokora” wypływa najrzadziej. Jak ktoś się z PiS-em nie zgadza to jest albo gorszym sortem Polaka, albo ma gen zdrajcy, albo wręcz twarz ludzi specjalnej troski. Nie widzisz w reżimie Kaczyńskiego demokracji – masz problemy, które trzeba badać metodami medycznymi, nie głosujesz na PiS – jesteś elementem animalnym.

To, że Kaczyński gardzi inaczej myślącymi, nie jest już wielką tajemnicą, jednak od lat po takich wypowiedziach pojawiają się tłumacze, których zadaniem jest przełożyć “na polskie” co prezes miał na myśli. Nie każdemu jednak tłumacz przysługuje, dlatego warto zwiększać presję na całe środowisko partii rządzącej, by każdy mógł na własne oczy zobaczyć, jak marnie dziś wygląda najwyższa klasa polityczna w kraju. Na takie występki, powtarzane przez coraz większą ilość polityków PiS, nie pomoże prymitywna propaganda TVP ani zgraja hejterów Szefernakera w sieci. PiS zaczyna tracić grunt pod stopami, a kół ratunkowych na pokładzie zaczyna brakować. Każdy kolejny protest, pokazujący oderwanie tego rządu od rzeczywistych potrzeb większości Polaków to krok naprzód, by grunt usunął się kompletnie. Wtedy wszyscy odetchniemy z ulgą.

crowdmedia.pl

Państwowa działka dla Rydzyka za grosze

Bez przetargu i do tego z bonifikatą o. Rydzyk otrzymał od rządu ponad hektarową działkę w Toruniu. Wartość bardzo atrakcyjnego gruntu szacuje się na niemal 2 mln zł, ale redemptorysta otrzymają tę nieruchomość w wieczyste użytkowanie za… nieco ponad 100 tys. zł. Decyzję o bonifikacie oraz o przekazaniu działki należącej do Skarbu Państwa podpisał wojewoda kujawsko-pomorski Mikołaj Bogdanowicz. O tej arcyciekawej transakcji informuje „Polska the Times” i dodaje, że działka leży pomiędzy Wyższą Szkołą Kultury Społecznej i Medialnej a kościołem.

W zarządzeniu wojewody mowa jest o zgodzie na 60-proc. bonifikatę odjętą od pierwszej opłaty za użytkowanie wieczyste, a tę ustalono w wysokości 15 procent ceny działki. „Prosty rachunek wskazuje więc, że za wieczyste prawo użytkowania działki ojcowie redemptoryści zapłacą 111 tys. zł z groszami” – pisze gazeta.

Na początku roku tygodnik „Wprost” umieścił o. Tadeusza Rydzyka na 83. miejscu na liście najbogatszych Polaków. Sam zakonnik zapewniał wówczas, że on żadnego majątku nie posiada i wręcz ubolewał, że jego „dzieła” dostają zbyt małe wsparcie. Skąd dostają? O tym redemptorysta oficjalnie informować nie chce, dlatego – o czym informowaliśmy – stowarzyszenie Watchdog oddało sprawę do prokuratury.

koduj24.pl

KOD-u robota do wykonania – pozytywizm

KOD powstał spontanicznie, powstał z potrzeby obrony demokracji. Na jego przkładzie można było się przekonać, jak krucha jest taka organizacja ogólnopolska społeczna.

KOD nie podzielił losu klasycznej „Solidarności”, bo nie miał swojego stanu wojennego. Otoczenie jest dzisiaj zupełnie inne. Wówczas najlepsi byli w organach „S”, dzisiaj najlepsi sympatyzują z KOD.

Praca wewnątrz KOD wymaga determninacji i nakładu czasu, na który niewielu może sobie pozwolić. W Polsce ciągle jest do wykonania organiczna praca u podstaw, czego nie zrobią klasyczne partie.

Pomysł, aby KOD nie był partią, jest przedni, może być co nawyżej kuźnią dla demokratycznych partii – bez żadnej stygmatyzacji ideowej. Mateusz Kijowski wycofał swoją kandydaturę na szefa KOD. Padł niejako ofiarą braku doświadczenia. Szkoda, bo to ciekawy człowiek – refleksyjny i koncyliacyjny.

Nowym szefem został pomysłodawca KOD, który zainspirował cały ruch, Krzysztof Łoziński. Deklaruje nowe otwarcie. KOD Polsce jest potrzebny, jak powietrze. Ale to nie znaczy, że musi się udać.

Po 1989 roku nie wykonano najważniejszej pracy – nauki demokracji, odpowiedzialności za innych i siebie. Dzisiaj mamy u władzy partię, który nie pojmuje demokracji, bo ma w swoich szeregach ludzi z tombaku.

Takim jest prezes Kaczyński. Cytat z nowego szefa KOD: „Kaczyński jest człowiekiem, który demokracji w ogóle nie rozumie, prawa nie rozumie. Nie wiem jakim cudem jest prawnikiem, bo to, co mówi na temat prawa, to jest godne jakiegoś ciecia w bramie, a nie prawnika. Nie ma pojęcia o świecie, o rzeczywistości”.

I to jest ten ogrom roboty do wykonania. Pozytywizm. Wrogiem KOD nie jest PiS, wrogiem PiS jest demokracja. Taka polska alogika.

Więcej >>>

NIEDZIELA, 28 MAJA 2017

„Kolejna afera z BOR w tle” – Wprost zapowiada okładkowy temat

12:22

„Kolejna afera z BOR w tle” – Wprost zapowiada okładkowy temat

Andrzej Duda pod okiem BOR bawił w zakopiańskim hotelu Belvedere, który nie ma pozwolenie na użytkowanie, a przede wszystkim nie został odebrany przez strażaków. Sprawę badają już ABW i prokuratura – pisze tygodnik „Wprost”.

12:10

Mucha: Była prośba fotografów, aby wykonać jakiś sympatyczny gest

Po tym, jak było wykonane oficjalne zdjęcie, była prośba fotografów, aby wykonać jakiś sympatyczny gest i takie przebitki, sympatyczne gesty wielu przywódców w różnych ujęciach robiło. Odwracanie kota ogonem po tak ogromnym sukcesie, jakim był szczyt NATO i wskazywanie, że wyciągnięty kciuk uraża przewodniczącego Schetynę świadczy o tym, że on nie ma odpowiednich kompetencji w sprawach polityki zagranicznej albo ma bardzo dużo złej woli – stwierdził Paweł Mucha w „Kawie na ławę” TVN24.

12:04

Kukiz: Zwrócę się do PAD o dopisanie do referendum pytania dot. uchodźców

Nie zrezygnowałem z referendum ws. nieprzyjmowania tzw. uchodźców (…) Zdania nie zmieniłem zarówno w kwestii przyjmowania sierot czy kobiet, chrześcijańskich rodzin syryjskich, bo referendum cały czas – mamy 350 tys. podpisów. Zwrócę się do prezydenta z prośbą, przedstawię te podpisy, panie prezydencie, proszę dopisać pytanie referendalne – stwierdził Paweł Kukiz w „Kawie na ławę” TVN24.

300polityka.pl

NIEDZIELA, 28 MAJA 2017

Halicki o sprawie Stachowiaka: Mamy do czynienia z tuszowaniem mordu

Halicki o sprawie Stachowiaka: Mamy do czynienia z tuszowaniem mordu

– Mamy do czynienia z tuszowaniem mordu. Komisja śledcza jest niezbędna dlatego, że mamy do czynienia z tuszowaniem mordu i to przez osoby – zobaczymy jaka jest tego skala – ten gang z Sycowa ma swoich mocodawców. Minister Zieliński kłamie. Różne są wersje jego wypowiedzi, niespójne – mówił Andrzej Halicki w „Kawie na ławę” TVN24. Jacek Sasin odpowiedział posłowi PO, iż „pan tańczy na grobie”.

300polityka.pl

Bez przetargu i do tego z bonifikatą. Tak o. Rydzyk dostał ponadhektarową państwową działkę w Toruniu

28.05.2017

Chodzi o działkę, której wartość oszacowano na niemal 2 mln zł. Redemptoryści otrzymają tę nieruchomość w wieczyste użytkowanie za… nieco ponad 100 tys. zł. Decyzję o bonifikacie oraz o przekazaniu działki należącej do Skarbu Państwa podpisał wojewoda kujawsko – pomorski.

O tej niezwykle ciekawej transakcji pisze „Polska the Times„. Według informacji gazety, działka ta jest niezwykle atrakcyjna dla dyrektora Radia Maryja: leży bowiem pomiędzy Wyższą Szkołą Kultury Społecznej i Medialnej a kościołem. Obszar tego gruntu – 1,324 hektara. Ustalona cena (już razem z VAT) – 1 mln 853 tys. 610 zł. Za ile otrzymała działkę Prowincja Warszawska Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela, czyli ojcowie redemptoryści? Za 111 tys. zł!

Decyzję w tej sprawie wojewoda kujawsko – pomorski Mikołaj Bogdanowicz podpisał 11 maja. W zarządzeniu wojewody mowa jest bowiem o zgodzie na 60-proc. bonifikatę odjętą od pierwszej opłaty za użytkowanie wieczyste, a tę ustalono w wysokości 15 procent ceny działki. „Prosty rachunek wskazuje więc, że za wieczyste prawo użytkowania działki ojcowie redemptoryści zapłacą 111 tys. zł z groszami” – pisze gazeta. I przytacza przepisy, na podstawie których wojewoda miał prawo takiej bonifikaty udzielić.

Na początku roku tygodnik „Wprost” umieścił o. Tadeusza Rydzyka na 83. miejscu na liście najbogatszych Polaków. Sam zakonnik zapewniał wówczas, że on żadnego majątku nie posiada i wręcz ubolewał, że jego „dzieła” dostają zbyt małe wsparcie. Skąd dostają? O tym redemptorysta oficjalnie informować nie chce, dlatego stowarzyszenie Watchdog oddało sprawę do prokuratury.

źródło: „Polska the Times

naTemat.pl

NIEDZIELA, 28 MAJA 2017

Kierwiński: Każdy zamach dla pani premier to paliwo polityczne

10:13

Kierwiński: Każdy zamach dla pani premier to paliwo polityczne

– Nie podoba mi się granie strachem Polaków. Każdy zamach dla pani premier to paliwo polityczne – mówił Marcin Kierwiński w TVP Info.

10:10

Soloch: Pani premier powiedziała to, co myśli większość Polaków i większość Europejczyków

– Pani premier powiedziała to, co myśli większość Polaków i większość Europejczyków. W imię solidarności europejskiej nie możemy pozwolić sobie, żeby sprowadzić sobie takie same kłopoty jak niektóre kraje europejskie. To komunikat na to, że nasze państwo nie godzi się na problemy, jakie mają inne kraje. Oni mają uchodźców, którzy w drugim pokoleniu występują przeciw państwu, w którym się wychowali – mówił szef BBN Paweł Soloch w TVP Info.

09:43

Tyszkiewicz: PiS staje się Frontem Narodowym

– Jest czymś absolutnie niesłuchanym, by premier wykorzystywała tragedię która się wydarzyła w kraju UE do tworzenia atmosfery wrogości wobec Unii Europejskiej. Pytam się kto będzie poważnie rozmawiał z politykiem, który odrzucił dialog z UE. To jest niegodne, wykorzystywanie śmierci do budzenia lęku wobec Unii. To nieprawdziwe i politycznie dla polski ruinujące. Mając w pamięci kampanię we Francji, to było powtórzenie argumentów Marine Le Pen. Martwi, że w PiS nie znalazł się głos dystansujący się od tego. PiS staje się Frontem Narodowym – mówił Robert Tyszkiewicz w Radiu ZET.

09:39

Sawicki: Kluczowe jest wyjaśnienie układu sycowskiego

– To, co żeście zrobili zmieniając system awansowania policji, zaniedbania w szkoleniach, dało sygnał, że jest przyzwolenie na pozaprawne działania. Kluczowe jest wyjaśnienie układu sycowskiego – mówił Marek Sawicki.

09:35

Łapiński: Nawet z punktu widzenia pragmatycznego obecna władza wie, że trzeba to wyjaśnić i chce to wyjaśnić

– Trzeba to do bólu i do końca wyjaśnić, ale bez używania takich słów jakie używa pan Tyszkiewicz. Nawet Gazeta Wyborcza przypominała jak te sprawy wyglądały w przeszłości. Obecna władza rozumie, że jeśli nie wyjaśni tego na gruncie prawa to konsekwencje polityczne będą poważne. Nawet z punktu widzenia pragmatycznego obecna władza wie, że trzeba to wyjaśnić i chce to wyjaśnić, bo w państwie praworządnym takie rzeczy nie powinny się wydarzyć – mówił prezydencki minister Krzysztof Łapiński.

– Patrzcie na ręce, ale nie róbcie teatru – mówił do opozycji Michał Dworczyk, wiceszef MON.

09:25

Tyszkiewicz: Szefowa KPRM jest bezpośrednio uwikłana przez personalne relacje

– To ośmiornica, której funkcjonowanie należy wyjaśnić. Rok czekaliśmy na działanie państwa w tej sprawie. I nic by się nie wydarzyło gdyby nie materiał telewizyjny. Szefowa KPRM jest bezpośrednio uwikłana przez personalne relacje. Jak można mieć czelność twierdzić, że zareagowano natychmiast. Trzeba sprawdzić czy to nie było tuszowania sprawy. Bo awanse tych policjantów mogą być sygnałem: bądźcie cicho. Ci sami, którzy mówią, że nie było podstaw do odpowiedzialności, zwalają całą winę na policję, a żaden z ministrów z PiS nie uznaje swojej odpowiedzialności – mówił Robert Tyszkiewicz w Radiu ZET.

09:22

Dworczyk: Wspierałbym wniosek PO, gdyby sprawa nie była tak wyjaśniana przez organy państwa

– Minister Blaszczak bardzo jednoznacznie zareagował. Wspierałbym wniosek PO, gdyby sprawa nie była tak wyjaśniana przez organy państwa. Informacja Sejmowi została przedstawiona na wniosek ministra Błaszczaka. Na tym dramatycznym wydarzeniu opozycja próbuje robić politykę, straszyć Polaków i przedstawiać wykrzywiony obraz, który uderza w 100 tys. policjantów patrolujących ulicę i dbających o nasze bezpieczeństwo. To przejaw cynizmu i hipokryzji, bo w przeszłości były dziesiątki dramatycznych sytuacji, z których nie wyciągnięto wniosków – mówił Michał Dworczyk w Śniadaniu Radia ZET.

– Trzeba wyjaśnić towarzyski układ sycowski. Jaką rolę pełnił minister Zieliński w awansach policjantów z Sycowa – mówił Marek Sawicki.

09:15

Łapiński: Nie sądzę, żeby problemy KOD z wiarygodnością zakończyły się wczoraj, bo teraz zacznie się etap walki wewnętrznej

– Mamy nadzieję, że Komitet obrony demokracji obronił demokrację wewnętrzną. Martwi napięcie wewnętrzne, ale trzymamy kciuki, bo to bardzo ważne dla Polski środowisko. Mamy nadzieję, że to powrót do dobrej kondycji. KOD to setki tysięcy ludzi, którzy stają za wolnością i demokracją, PO wyciąga do nich rękę – mówił Robert Tyszkiewicz w Śniadaniu Radia ZET.

– KOD ma ważną rolę do odegrania w opozycji, bo potrafi mobilizować ludzi. Dużo bardziej jest to jednoczące niż protesty, które robi jedna partia – mówił Adam Szłapka.

– Afera finansowa bardzo zdyskredytował KOD, że nie do końca mieli czyste idee – mówiła Agnieszka Ścigaj z Kukiz’15.

– W Polsce działają tysiące organizacji społecznych, KOD jest jedną z nich. Nie sądzę, żeby problemy KOD z wiarygodnością zakończyły się wczoraj, bo teraz zacznie się etap walki wewnętrznej. Kolejne tygodnie przyniosą kolejne wojny. Spaja ich tylko niechęć do PiS, ale dziś już im brakuje dynamiki. Wydawało się, że partie będą prosić KOD żeby dopuścił ich na wspólną platformę, teraz KOD będzie musiał zabiegać o to, żeby znaleźć się na listach partii. Polityka wróciła na stare tory. – mówił Krzysztof Łapiński.

300polityka.pl

Niemiecka prasa alarmuje: PiS chce się dobrać do naszych koncernów medialnych

27.05.2017

Prasa codzienna© Marcin Kaliński Prasa codzienna

 

O planowanej przez rząd Beaty Szydło repolonizacji mediów pisze „Tagegsspiegl”. Gazeta podkreśla, że zmiany dotkną przede wszystkim niemieckich koncernów medialnych.

Dziennik cytuje wypowiedzi posłanek PiS, Barbary Babuli i Elżbiety Kruk, które podkreślają, że w Polsce prawie 80 proc. firm medialnych jest w obcych rękach. Te, które należą do koncernów niemieckich, nazywane są u nas – według „Tagesspiegela” – „piątą kolumną”.

Krytycznie o PiS

Dziennik wyjaśnia, że chodzi m.in. o Polska Press, wydającą 23 gazety regionalne w naszym kraju, i Ringier Axel Springer, do którego należą takie tytuły jak „Fakt” czy „Newsweek”.

„Tagesspiegel” podkreśla, że większość niemieckich koncernów medialnych zatrudnia wyłącznie polskich dziennikarzy. „Mimo tego rząd zarzuca koncernom, że piszą one ‚pod dyktando Berlina’, a to oznacza przede wszystkim krytycznie wobec PiS” – ocenia gazeta.

Unia na przeszkodzie?

Autor tekstu, Paul Flueckiger, przekonuje, że na drodze do repolonizacji stanie polskiemu rządowi unijne prawo, które zabrania dyskryminacji kapitału z innych państw członkowskich UE. „Dlatego PiS szuka okrężnej drogi przez nową ustawę antymonopolową” – stwierdza.

Według „Tagesspiegela” PiS już od lat rozgrywa antyniemiecką kartę w sprzyjających mu mass mediach, a repolonizacja wycelowana jest przede wszystkim w firmy medialne należące do niemieckich właścicieli.

msn.pl

Andrzej Andrysiak: Słabiutka to dyktatura, skoro się potyka o własne sznurówki

27.05.2017

Politycy PiS© Polska Agencja Prasowa, Radek Pietruszka Politycy PiS

 

Artyści się na rządzących wypięli, prezydent Opola także, Telewizja Polska dostała po łapach, a tu wciąż wołania, że demokracja zagrożona. Przecież jest zupełnie odwrotnie.

Jaka dyktatura pozwoliłaby się tak zapędzić do narożnika? Jaka tak rozstawiać po kątach? Erdogan? Putin? Łukaszenka? Słabiutka to dyktatura, skoro się potyka o własne sznurówki. Opozycja nie przyjmuje tego do wiadomości i z uporem maniaka przekonuje, że za rogiem czają się z pałą i kajdankami Ziobro, Macierewicz i Kaczyński, choć wyborcy jedyne, co widzą, to ucho prezesa. A przecież tu nie o demokrację chodzi, tylko o wizję. Ta Prawa i Sprawiedliwości wciąż jest tak atrakcyjna społecznie. Bo jest jedyna.

Pokaz nieudolności

Czy państwu też coś tutaj zgrzyta?

Oto był sobie festiwal, który przetrwał komunę, przetrwał transformację, nawet w czasach Facebooka i internetu radził sobie jako tako, a tu wystarczyły dwa tygodnie, by zostały z niego zgliszcza. Jak każdy dzisiejszy spór, także ten miał genezę polityczną, więc toczył się według utartego już schematu. Artyści poczuli się dotknięci, że namiestnik polityczny w randze prezesa telewizji ośmiela się cenzurować wykonawców, ten na początku zbagatelizował sytuację, prawicowe media podniosły larum, że znów nam atakują rząd, więc trzeba było się opowiedzieć.

Artystom, którym rządowa wizja polityki kulturalnej bardziej przypomina tę chińską niż cywilizowaną, nie mieli problemu z wyborem opcji, to i posypały się rezygnacje. Gdy prezydent Opola wypowiedział umowę na organizację festiwalu, prezes Jacek Kurski został na placu boju z Janem Pietrzakiem, który wciąż występować chciał i rezygnować nie zamierzał.

Wizerunkowo – klapa. Politycznie – porażka. Polityka premiuje silniejszych, a konflikt wokół festiwalu pokazał, że nawet struny gitary i mikrofon większą mają moc niż dalekosiężne strategie tworzone w gabinecie przy Nowogrodzkiej. Władza oberwała równie mocno, jak w „Uchu Prezesa”. Tam została wystawiona na śmieszność, tu obnażyła swoją słabość. I to ta sama władza, którą opozycja od półtora roku z mozołem przebiera w dyktatorskie ciuszki.

A cóż to było w istocie, jak nie pokaz nieudolności?

Sprawa jest poważniejsza niż bojkot artystów, poważniejsza nawet niż festiwal z pięćdziesięcioletnią tradycją. Antydemokratyczna narracja, którą opozycja zbudowała wokół Prawa i Sprawiedliwości oraz Jarosława Kaczyńskiego, nie działa i nie zadziała, bo opiera się na błędnej diagnozie i błędnej strategii. Cała umiejętność Kaczyńskiego w tym, że swoje koncepcje realizuje on w ramach demokratycznych reguł. Nagina je do granic, ale nie przekracza. A opozycja, uderzając w te tony, fałszuje.

Błędna diagnoza

Nazwijmy nasz podstawowy problem polityczny po imieniu: Prawo i Sprawiedliwość chce ułożyć Polskę na nowo i po swojemu. Odbudować silne państwo narodowe, jednorodne kulturowo, niezależne gospodarczo, oparte na tradycji, w nierozerwalnym związku z Kościołem katolickim. Wielu – może nawet większości Polaków – ta koncepcja nie odpowiada. Mówią: to śmieszna wizja, odgrzewany kotlet. W zglobalizowanym świecie nie da się prowadzić całkowicie niezależnej polityki, systemy polityczne, prawne i gospodarcze połączone są w Europą tak grubymi linami, że nie sposób ich przeciąć. Choć może i nie, może można, ale dla takiego osamotnionego bytu państwowego to byłaby katastrofa. To jest myślenie polityczne kategoriami z poprzednich epok.

Może i tak jest. Ale nie oznacza, że PiS nie będzie próbował. I dopóki się nie zatrujemy tym zepsutym kotletem, Jarosław Kaczyński będzie powtarzał, że to danie pierwszej świeżości, od Modesta Amaro albo Marty Gessler co najmniej.

Dodatkowo linia głównych podziałów społecznych nie przebiega dziś między lewicą a prawicą, te polityczne koncepty nie opisują już współczesnego świata. Najważniejszy jest stosunek do globalizacji. To on dzieli społeczeństwa prawie na pół. Zarówno polskie, jak i francuskie, brytyjskie czy amerykańskie. Można ten podział rozumieć powierzchownie, jako lament nad przenoszonymi do Azji fabrykami bądź zachwytem nad możliwościami, jakie te przenosiny dają, ale jest on dużo głębszy. Dotyka kultury, wizji świata, nawet stosunku do wiary. Jego filarem jest stosunek do zmian i do obcych. I jedynie w tym sensie ma jakieś odniesienie do lewicowości i prawicowości; tak jak lewicowiec wierzy, że przyszłość będzie lepsza, a konserwatysta, że lepiej to już było.

Kaczyński ten podział zauważył, zrozumiał i wykorzystał. Rozbudził dumę narodową, przyzwolił na ksenofobię, wybudował mur między nami a obcymi, bo to pomaga w realizacji jego koncepcji.

Jak w tej rzeczywistości odnajduje się opozycja, czyli przede wszystkim Platforma i Nowoczesna? Prowadzi wojnę na froncie, na którym nie ma już przeciwnika. On to pole odpuścił, swoje wojska przeniósł tam, gdzie są mu niezbędne, opozycja ostrzeliwuje puste okopy. Jest przekonana, że państwo zbudowane na nowo po 1989 r., Polska umocowana w strukturach Unii Europejskiej i NATO, z gospodarką jako elementem europejskiego wspólnego rynku, jest modelem docelowym i najbardziej odpowiednim. A błędy, które się pojawiają, trzeba eliminować, a nie wylewać dziecko z kąpielą. W tej opowieści zakusy PiS na rozmontowanie starego systemu opozycja uznaje za zamach na podstawowe wartości. Na demokrację właśnie. PiS widzi to inaczej. Dłubanie przy konstytucji czy przejęcie wymiaru sprawiedliwości to właśnie zmiana czyniona w obrębie systemu. Przecież nikt do nikogo nie strzela, nikogo z powodów politycznych nie zamyka w więzieniu, nie wyrzuca z pracy. A tak wyglądają dyktatury właśnie. Patrz: choćby Turcja. Gdyby PiS nie robił tego, co robi, na czym miałaby polegać zmiana?

Opozycja utożsamia własny cel polityczny – utrzymanie status quo – z zamachem na demokrację i ten ton musi brzmieć fałszywie. Stety lub niestety, model przyjęty i zrealizowany po 1989 r. jest tylko jednym z możliwych, nie tylko jedynym. Była i jest alternatywa.

msn.pl

Artyści rezygnowali z Opola w obronie wolności? To mit

28.05.2017

© photo: Ireneusz Sobieszczuk/TVP / source: PAP

 

Przekonanie, że artyści rezygnowali w obronie wolności i swobody wypowiedzi to mit. Starsi pamiętają cenzurę jako kastrację wolności artystycznej, dla młodych to target. Jeśli ktoś czegoś nie chce, trzeba poszukać innego, który to kupi.

– Z tymi rezygnacjami z Opola było inaczej niż się wam wydaje – powiedział mi jeden z artystów, którzy zrezygnowali z udziału w festiwalu. – Nie umawialiśmy się, nie kontaktowaliśmy się ze sobą. Każdy rezygnował z innego powodu i w innym tempie.

Jedni dla stworzenia nowego wizerunku bo teraz „opozycyjność” do władz PiS jest trendy. Inni bo nie mieli nic do stracenia, a występować kiedy zrezygnowały gwiazdy to obciach. Jeszcze inni odchodzili „stajniami”, czyli rezygnowali razem z kolegami z wytwórni. – Okazywali solidarność, ale ze swoimi, a nie z szeroko pojętym Narodem, tak samo jak ja okazałem solidarność ze swoim wydawcą. On wydał mój produkt, a ja muszę go np. podczas festiwalu w Opolu sprzedać – powiedział mi piosenkarz, który zdecydował się wystąpić.

jeden z artystów, którzy nie chcieli grać na festiwalu „Z tymi rezygnacjami z Opola było inaczej niż się wam wydaje”

Solidarność z kolegami artystami, która miała pchnąć kolejnych wykonawców do rezygnacji, to jak przekonywali moi rozmówcy, mit. Może istniała w latach 80–tych, kiedy środowisko było mniejsze, imprezy cztery na krzyż, a bunt przeciwko przygrywaniu władzom oznaczał koniec kariery. Teraz jest inaczej. – Nie zagrasz w Opolu u Jacka, to zagrasz na Woodstock u Jurka – żartowali moi rozmówcy.

Mitem okazało się również przekonanie, że artyści rezygnowali w obronie wolności i swobody wypowiedzi. Starsi pamiętają cenzurę jako kastrację wolności artystycznej, dla młodych cenzura to target. Jeśli ktoś z czegoś rezygnuje, trzeba poszukać innego, który to kupi.

Młody piosenkarz, który zrezygnował z Opola, Arek Kłysowski wyjaśnił mi, że dziś wejście do show biznesu już na wstępie oznacza dobrowolną oddanie wolności. Młodzi, którzy chcą śpiewać i trafić ze swoim śpiewaniem do mas muszą być posłuszni managerom. To oni są ich partyjnymi dygnitarzami, a nie politycy, których nie rozumieją, albo traktują jak dawców wakacyjnych „dżobów” podczas świąt miast i gmin.

manager Jerzego Połomskiego „Pan Jerzy Połomski doskonale pamięta lata 80. w których artyści mieszali się w sprawy polityczne. Tamten bojkot wielu z nich nie wyszedł na dobre.”

Ale, co było dla mnie najbardziej zaskakujące, o okazywaniu solidarności z kolegami artystami niechętnie mówią zasłużeni polscy artyści. Wzór dla młodych. – Pan Jerzy Połomski doskonale pamięta lata 80. w których artyści mieszali się w sprawy polityczne. Tamten bojkot wielu z nich nie wyszedł na dobre: jedni nie mieli szansy zaistnieć, inni spalili się w ogniu politycznych sporów – mówi manager Jerzego Połomskiego, który ze względów zdrowotnych zrezygnował z tegorocznego Opola. – Politycy zawsze będą ze sobą walczyć, artysta musi być ponad tym, skupić się na sobie i muzyce.

I – co akurat radzą ci, którzy zrezygnowali z Opola – Broń Boże nie czytać komentarzy na swój temat.

msn.pl

Antoni Macierewicz w Polsce jest atutem PiS. A za granicą? „Dla Brukseli jest nieobliczalny”

Michał Gostkiewicz, 27.05.2017

Antoni Macierewicz, minister obrony narodowej© fot. Sławomir Kamiński/AG Antoni Macierewicz, minister obrony narodowej

 

Antoni Macierewicz obronił fotel ministra obrony, ale choć w kraju jest silnym punktem PiS, to za granicą – wręcz przeciwnie. W Brukseli uznawany za „nieprzewidywalnego”. Podobnie w USA. A wiedzą tam o nim dużo, bo zagraniczna prasa od początku uważnie patrzy mu na ręce.

Antoni Macierewicz przetrwał głosowanie nad wotum nieufności w Sejmie. Posłowie PiS stanęli za nim murem. Opozycja nie studzi jednak krytyki. – Amerykanie omijają Macierewicza szerokim łukiem – mówił dla Gazeta.pl były szef MON Tomasz Siemoniak. Nie pierwszy raz to wokół Macierewicza rozpętała się polityczna burza.

Głosowanie odbyło się dzień przed szczytem NATO w Brukseli. I choć szef MON wyszedł z niego wzmocniony poparciem partii, to owo wzmocnienie na niwie krajowej niekoniecznie musi się przełożyć na pozycję ministra obrony za granicą. A co za tym idzie – również na pozycję Polski.

„Dla Brukseli jest nieobliczalny” – tak pisał o Antonim Macierewiczu „Der Spiegel” przed szczytem NATO w Polsce, za który minister odpowiadał. Wskazując na jego piękną opozycyjną kartę najbardziej zasłużonego w rządzie w walce z komunizmem, prestiżowy niemiecki tygodnik przypominał równocześnie jego „antysemickie wpadki”, jak cytowanie na antenie Radia Maryja Protokołów Mędrców Syjonu – antysemickiej fałszywki z początków XX wieku. „Spiegel” nazywał też Macierewicza „głosicielem teorii zamachu w Smoleńsku”.

– W europejskiej rozgrywce wokół Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony, która zyskała nową dynamikę po wyborze Emmanuela Macrona na prezydenta Francji i jego spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel, Polska się nie liczy. Z dwóch powodów. Po pierwsze nasz przemysł zbrojeniowy jest wciąż zbyt słaby, by być naprawdę liczącym się na tej scenie graczem. Po drugie dlatego, że obecne polskie władze nie wierzą w europejski filar obrony. Wszystkie nadzieje pokładają w relacjach z USA – mówi dr Bartłomiej Nowak, były dyrektor wykonawczy Centrum Stosunków Międzynarodowych i członek Narodowej Rady Integracji Europejskiej, stypendysta Transatlantic Academy w Waszyngtonie, obecnie sekretarz do spraw polityki zagranicznej Nowoczesnej.

Tymczasem pragnący zachować anonimowość, dobrze zorientowany w Waszyngtonie dyplomata mówi mi, że Polska, choć to sojusznik USA z wschodniej flanki Europy wzmocniony kontyngentem amerykańskich wojsk, nie jest w tej chwili w kręgu głównych zainteresowań Białego Domu. Jego słowa znajdują potwierdzenie.

– Coraz ciężej zabiegać Polsce o spotkania na wysokim poziomie. W Departamencie Stanu usłyszałem o spotkaniach improwizowanych, źle przygotowanych, organizowanych na ostatnią chwilę – dr Nowak, mówiąc o Macierewiczu, używa też słowa „nieprzewidywalność”, które przylgnęło do kierownictwa polskiego MON i MSZ.

– Departament Obrony oczywiście jest o wiele bardziej powściągliwy, ponieważ amerykańskich wojskowych interesują kontrakty zbrojeniowe w Polsce. Ale Amerykanie nie rozumieją, co się dzieje z naszą armią. Czystka, którą Antoni Macierewicz przeprowadził w polskim wojsku, wywołała w środowiskach dyplomatycznych Departamentu Stanu i Kongresu kolosalne wrażenie – dodaje Nowak.

Jak podkreśla, w kręgach wojskowych i dyplomatycznych NATO szerokim echem odbiła się sprawa Tomasza Chłonia. Ten doświadczony dyplomata, od lat związany z gremiami decyzyjnymi Sojuszu Północnoatlantyckiego (w latach 1998 – 2003 pracował w Stałym Przedstawicielstwie RP w NATO, reprezentował Polskę w Komitecie Politycznym NATO i był jednym z negocjatorów porozumienia powołującego Radę NATO-Rosja) wystartował w konkursie na stanowisko dyrektora Biura Informacyjnego NATO w Moskwie – i wygrał. NATO zaakceptowało jego kandytaturę. Ale polskie MSZ nie. Pod koniec kwietnia okazało się, że startował rzekomo „bez wiedzy i zgody MSZ”, jak twierdził minister Waszczykowski. W USA pamiętają też wejście ludzi Macierewicza do znajdującego się w Polsce Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO – z dorobionym kluczem.

I właśnie w tym jest problem. W tym, że zachodnie gremia decyzyjne są całkiem dobrze poinformowane. Za granicą dobrze pamiętają o kontrowersyjnych działaniach Antoniego Macierewicza, ponieważ amerykańska, brytyjska i niemiecka prasa od samego początku kadencji szczegółowo o nich informuje.

Skandalem zakończyła się choćby niedawna udana do momentu zmiany rządu współpraca z Francuzami przy kontrakcie na śmigłowce Caracal. Ale zachodnie media pamiętają o dawniejszych sprawa. „New York Times” w obszernym portrecie „partii, która chce uczynić Polskę znów wielką” (oczywiste nawiązanie do wyborczego hasła Donalda Trumpa „Make America Great Again” – red.) przypominał, jak Antoni Macierewicz oskarżał w 1992 r. wielu polskich polityków o kolaborację z komunistyczną bezpieką, a „ćwierć wieku później posłużył Kaczyńskiemu jako „inkwizytor” w trakcie audytu rządów Platformy”.

„Jego oskarżenia nosiły znamiona krwawych ideologicznych porachunków, których liderzy „Solidarności” przyrzekali unikać”

– podkreślił nowojorski dziennik.

Prestiżowy, czytany przez najważniejszych politycznych decydentów miesięcznik Politico, w tekście zatytułowanym niepokojąco „Polsko-amerykański romans robi się gorzki”, też cytował Macierewicza. Macierewicza, pouczającego Amerykanów w następujący sposób:

„Ludzie, którzy budowali swoje państwo dopiero w XVIII wieku, będą mówili nam, co to jest demokracja? Narodowi, który miał struktury przedstawicielskie i demokratyczne już w XIII, XIV wieku? I który był źródłem demokracji dla całej Europy?”.

Tak samo odpowiadał, również cytowany przez „Politico”, przewodniczącemu Parlamentu Europejskiego Martinowi Schulzowi. Gdy znany ze swojego ciętego języka niemiecki polityk porównał działania rządu PiS do „zamachu stanu”, usłyszał w odpowiedzi, że „Polska nie będzie pobierać lekcji wolności i demokracji od Niemiec”.

Zaraz po wyborze Macierewicza na ministra obrony brytyjski „Guardian” komentował, że jest to człowiek, „którego nominacja może skomplikować relacje Polski z NATO i UE, zwłaszcza w kontekście Rosji”. Zaś niemieckie media sporo miejsca poświęcają idee fixe Macierewicza – zbudowaniu oddziałów obrony terytorialnej, które, według cytowanego przez „Die Zeit” szefa MON, są „najlepszą odpowiedzią” na rosyjską wojnę hybrydową i potencjalne przeniknięcie na polskie terytorium „zielonych ludzików” jak stało się to w przypadku Ukrainy. Ale Niemcy zwracają też uwagę, że ten, według „Der Spiegel”, „radykalny hardliner” (w wolnym tłumaczeniu: zwolennik twardej polityki – red) i wyznawca teorii spiskowych”) ma bardzo przydatną w jego fachu cechę: jest cierpliwy i umie czekać.

„Trzeba być cierpliwym. Trzeba umieć czekać: rok, dwa lata, czasem dziesięć lub dwadzieścia lat” – cytuje szefa MON w interesującym portrecie „Die Zeit”. Dziennikarze opisali m.in. jak 68-letni Macierewicz, pasjonat skoków do wody, trenuje późnym wieczorem na basenie Żandarmerii Wojskowej, a potem na smartfonie sprawdza swoje skoki.

„W tym człowieku ogniskuje się wszystko, co czyni polską rządzącą partię tak podejrzaną” – pisze z emfazą „Die Zeit”: „wiara w państwo autorytarne, militaryzacja myślenia, władza polityczna Kościoła katolickiego, brak zaufania do Unii Europejskiej – czyli władza poprzez emocje”. „Człowiek Kaczyńskiego od grobów i broni” – podsumowuje w innym tekście ta sama gazeta.

Michał Gostkiewicz. Dziennikarz magazynu Weekend.Gazeta.pl. Wcześniej dziennikarz newsowy portalu Gazeta.pl, dziennikarz działu zagranicznego „Dziennika” i działu społecznego „Newsweeka”. Stypendysta programu Murrow Program for Journalists (IVLP) Departamentu Stanu USA. Robi wywiady, pisze o polityce zagranicznej i fotografii. Kocha Amerykę od Alaski po przylądek Horn. Prowadzi bloga Realpolitik, bywa na Twitterze.

msn.pl

„Ucho prezesa” groźne dla władzy

Paweł Kowal, 27.05.2017

© YouTube/Ucho prezesa

 

Polskie życie medialne jest bogate, każdego dnia dziesiątki polityków i liderów opinii zaludniają rozmaite studia telewizyjne i internetowe. Informacje, a jeszcze częściej komentarze, spadają na nas jak medialne konfetti. Serial „Ucho Prezesa” selekcjonuje, mówi kilku milionom wyborców: „Tylko to jest ważne”. Najczęściej nie to, czym chciałby się chwalić rząd.

Na naszych oczach powstało nowe zjawisko społeczne. Od 5 do 10 mln widzów każdego odcinka (wliczając różne kanały dystrybucji) czyni z „Ucha Prezesa” jedną z najpoważniejszych platform dyskusji o polityce w Polsce. Rzecz nie tylko w tym, że każdy odcinek emitowanego w internecie kabaretowego serialu oglądają miliony. Wiele innych internetowych seriali ma ogromną widownię, ale nikt nie rozmawia o nich w autobusie. „Ucho” zaś komentują na bazarze, w sali wykładowej, na posiedzeniu spółdzielni mieszkaniowej. W serwisach społecznościowych ludzie wymieniają się tekstami z serialu: „nie rozumiem tego”, „Polcy i Polaki”, „Panie Adrianie” wchodzą do języka jak kiedyś cytaty z „Misia”.

Jeśli dzisiejszy obóz władzy znajdzie się szybko w opozycji, to współsprawcą będzie Robert Górski. To on stworzył gatunek, który rozumieją przedstawiciele kilku pokoleń, opowiedział polską politykę w sposób, w jaki dotychczas nikt tego nie zrobił. Dzięki wydarzeniom z obszaru kultury masowej krytyka rządzących przybiera zupełnie inną formę, groźniejszą dla każdej władzy.

Aha, masz podobne poglądy

Do sukcesu „Ucha” przyczyniło się zawężenie palety politycznej różnorodności w mediach publicznych. Przez kilkanaście lat kabaret polityczny miał swoje miejsce w telewizji publicznej i nikt o nim nie rozmawiał. Wyjąwszy „haratanie w gałę” Donalda Tuska, był po prostu skierowany do amatorów tego gatunku rozrywki i niezainteresowani ani myśleli, żeby szukać go w programie. Ostre kpiny tego samego Górskiego przykładowo z prezydent Warszawy nie opuszczały niszy kabaretu. Siłą „Ucha” jest to, że szlaban w publicznych mediach na pewne formy krytyki spowodował, iż stało się ono – jakby „zakazane” – źródłem zainteresowania także tych, którzy nie interesowali się polityczną satyrą od czasów Kabaretu Olgi Lipińskiej.

„Ucho” rozprzestrzenia się jak wirus poza tradycyjnym obiegiem medialnym – jego twórcy nie potrzebują miejsca w ramówce oficjalnych telewizji. Właśnie dzięki temu serial zyskuje w oczach odbiorców walor niezależności i pokazuje, że można mieć wpływ na politykę bez zabiegania o koncesje w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i pytania o opinię Rady Mediów Narodowych. Model biznesowy promocji nowego kanału filmowego w internecie sprawdził się znakomicie. Śmiech wyjęty spod prawa koncesyjnego, czasem na granicy szyderstwa staje się zabójczy dla każdej władzy.

Siła rażenia „Ucha” wzrasta proporcjonalnie do ujednolicania przekazu w mediach publicznych, którą coraz odważniej krytykują kolejni publicyści: Piotr Zaremba, Robert Mazurek, a ostatnio i były prezes TVP Bronisław Wildstein. Nawet zwolennicy PiS mówią coraz częściej: z ciekawości to i TVN pooglądam. A tu mają „Ucho” jak znalazł.

Jakie są zatem społeczne funkcje kabaretowego serialu Roberta Górskiego? Ludzie zyskali dzięki niemu bezpieczną formę rozmowy o polityce. Za „Uchem Prezesa” można się schować – zawsze można powiedzieć, że się żartowało. Łatwiej omawiać w pokoju nauczycielskim losy „pana Adriana” (sekretarka, pani Basia, stale myli imię prezydenta czekającego bez końca, aż będzie mu wolno wejść do gabinetu prezesa), niż wchodzić w dyskusje polityczne wprost w czasach, gdy o politykę kłócą się sąsiedzi i rodziny. W tym sensie fenomen serialu powinny analizować zespoły psychologów społecznych w głównych partiach politycznych – następny rząd, jeśli Górski zechce lub znajdzie się ktoś z podobnym do niego talentem, będzie miał swoje „Ucho” i potężny z nim problem. Tak mocna ucieczka w kpinę musi oznaczać jakieś społeczne wycofanie się pewnych grup obywateli z innych, bardziej bezpośrednich form debatowania o poczynaniach władzy.

W Polsce humor polityczny ma swą tradycję z czasów PRL, podobnie jak w innych krajach „demokracji ludowej”, w podglebiu kulturowym została tamta tradycja. Jan Pietrzak czy Marcin Wolski wciąż smagają (w tym przypadku opozycję) swoimi tekstami. Nie ma jednak prostych skojarzeń. „Ucho” nie wraca dzisiaj jako prosty refleks tamtych czasów, ale jako opowieść o polskim postrzeganiu polityki.

Kolejna funkcja internetowego serialu to demaskowanie. „Ucho” demaskuje niekompetencję ministrów, ale też nieprzygotowanie opozycji, jej kłótliwość i absurdalność podejmowanych działań. Demaskuje politykę: pokazuje powiązania rodzinne i towarzyskie, bezsensowne personalne gry. W tym względzie przekaz serialu potwierdza negatywne intuicje wielu obywateli na temat „prowadzenia się” elit. Oczywiście, „Ucho” jest także narzędziem do piętnowania zachowań nieetycznych w polityce – ma funkcję pedagogiczną. Ono desakralizuje. Miejsce, w którym podejmowane są kluczowe dla państwa decyzje – gabinet Prezesa – staje się oswojonym siedliskiem kota. Połączone z sypialnią jest widownią zwykłych kłótni, jedzenia pierogów jak w milionach polskich rodzin. Widzimy ludzką twarz polityki – ministrowie, a także liderzy opozycji są pokazani jak zwykli ludzie ze swoimi niedoskonałościami, ale też namiętnościami do kobiet czy do polowania.

„Ucho” potwierdza stereotypy, a nawet je wzmacnia. Utwierdza ludzi w przekonaniu, że obiegowe opinie są oparte na rzeczywistych wydarzeniach. Czasami serial Górskiego po prostu umacnia przekonanie rozpowszechniane przez opozycję. Największą ofiarą umacniania stereotypu politycznego jest Andrzej Duda. Wśród obserwatorów powszechne było przekonanie, że to postać „pana Adriana” zmotywowała polityków obozu rządzącego do działania – jeśli chodzi o ratowanie politycznej siły prezydentury. Mówimy oczywiście o odbiorze wśród ludzi. Prezydent zaczął więcej przemawiać, pisać listy do MON, ujawniać treść listów, na które nie otrzymał dotąd odpowiedzi. Pojawiły się nowe propozycje polityczne (referendum konstytucyjne) itd. „Ucho” może więc spełniać wręcz rolę mobilizującą dla rzeczywistych aktorów sceny politycznej.

Jest ono wreszcie opowieścią dla narodu o mechanizmach władzy. Prace politologiczne mają po kilkaset egzemplarzy nakładu. Kto dzisiaj je czyta, gdy nawet klasa średnia ucieka od takich lektur? „Ucho” przemawia obrazkami (charakterystyczne, że krótsze odcinki są lepsze i ciekawsze). Kultura filmiku, ulotnego zdjęcia zastąpiła sążniste polityczne artykuły, tak jak w życiu esemesy wyparły e-maile, a e-maile tradycyjne listy. Ludzie jak ze średniowiecznych malowideł dowiadują się z uchowych impresji o prawach polityki. „Ucho” jest tym dla telewizji, czym mem dla sieci. Utrwala się przekonanie, że nic nie dzieje się w rządzie ani w parlamencie, a wszystkie decyzje zapadają na Nowogrodzkiej.

Niebawem powstaną zapewne pierwsze prace politologiczne o wizerunku władzy na podstawie „Ucha”. Z niego też naród dowiaduje się, kto naprawdę w politycznej elicie jest ważny, a kto nie. Wyjątkowość formuły tego serialu stanowi o jego najtrudniejszej z punktu widzenia władzy cesze. „Ucho” porządkuje obywatelowi w głowie. Polskie życie medialne jest bogate, każdego dnia dziesiątki polityków i liderów opinii zaludniają rozmaite studia telewizyjne i internetowe. Informacje, a jeszcze częściej komentarze, spadają na nas jak medialne konfetti. „Ucho” selekcjonuje, mówi kilku milionom wyborców: „Tylko to jest ważne”. Najczęściej nie to, czym chciałby się chwalić rząd.

Ale przede wszystkim pomaga ono politykom w budowaniu pozycji i rozpoznawalności. Do twórców filmu docierają ponoć prośby znaczących postaci z rządu, żeby wziąć je na warsztat: pokazać, zwrócić uwagę opinii publicznej, nawet obśmiać. W czasie poważnych ograniczeń dla ministrów w tzw. chodzeniu do mediów wizyta ich sobowtóra w „Uchu” na Nowogrodzkiej jawi się jako unikalna szansa na pokazanie się publiczności innej niż fanatycy programów informacyjnych. Coś jak stałe wizyty Janusza Wojciechowskiego w programie „Sprawa dla reportera” Elżbiety Jaworowicz.

„Ucho” ma wreszcie funkcję konsolidacyjną – mówienie „uchem” jest kodem oznaczającym najczęściej pewien poziom opozycyjności. W ten sposób nie trzeba zadawać przypadkowo poznanym znajomym lub współbiesiadnikom na proszonych imieninach u cioci kłopotliwych pytań, na kogo i dlaczego się głosowało. Odwołanie do „Ucha” jest pierwszym sygnałem: możemy pogadać także o polityce, „aha, masz podobne poglądy”. Ale i zwolenników władzy poznać w takiej rozmowie łatwo. Dzięki odcinkowi z opozycją możemy usłyszeć ratunkowe zdanie pełne nieskrywanej satysfakcji: „Czy widzieliście Grzegorza, Ryśka i Władka? Co za menażeria?”. Już wiadomo – ten kod oznacza: „Nie myśl, że będę z Tobą tracił czas na atakowanie »dobrej zmiany«”.

Czy Górski ma informatora

Dawny Górski znany z telewizyjnego kabaretu przepoczwarzył się w coś innego. Czy to polska wersja „Yes, prime minister”, brytyjskiego serialu telewizyjnego z lat 80. ubiegłego wieku, ironicznie komentującego rządy Margaret Thatcher? Czy Jarosław Kaczyński jest jak Żelazna Dama i wyczekuje co tydzień dnia, w którym pojawi się kolejny odcinek „Ucha Prezesa”? Część obserwatorów wciąż widzi w „Uchu” ciche poparcie dla rządu i PiS. Szef partii jest wręcz uosobieniem archetypu dobrego cara. Nie tylko dobrego, ale także mądrego i powściągliwego, wyrozumiałego, hojnego (na swój sposób) dla dzieci. Nic to – powiadają zwolennicy tej tezy – że współpracownicy nie zawsze wypadają najlepiej. Gwarancją spokoju obywateli ma w tej koncepcji być powściągliwy szef.

I tak dochodzimy do sprawy zasadniczej: czy „Ucho” mówi prawdę? Czy Górski ma informatora, który opowiada mu rzeczywiste wydarzenia z obozu władzy, tak jak było w przypadku „Yes, prime minister”? Dla własnego bezpieczeństwa ktoś taki powinien być jednocześnie jednym z częstych bywalców „Ucha”. Prawda jest jednak taka, że w tym serialu nie ma znaczenia, co jest prawdziwe. Dowcip polityczny nie może być traktowany jako opowieść o rzeczywistych wydarzeniach. Nie miałoby to większego sensu.

Szczególnie że przedstawiciele obozu rządzącego są gadatliwi. Poranne audycje pozwalają uważnemu słuchaczowi rekonstruować wiele wydarzeń z życia na szczytach władzy. „Ucho” działa na innym polu, znacznie ważniejszym w polityce niż fakty – działa na polu percepcji. Naród potrzebuje sobie jakoś wyobrażać salony władzy. Ascetyczny pokój prezesa pojawiał się w fotografiach do wywiadów – jednak zbiorową wyobraźnię uformuje biuro urządzone w pierwszym odcinku przez Mariusza, nieodłącznego towarzysza szefa.

Może to jest polskie „House of Cards”? Za mało politycznej brutalności, za mało planu, za dużo przypadku na szczytach władzy. Z „Ucha” wypływa dla ludzi wniosek, że polska polityka nie jest tak brutalna i wyrachowana. Serial przedstawia ją jako sumę przypadków, nieporadności i dobrej woli niepopartej kompetencjami. Familiarność w postaci częstowania pierogami czy proces przygotowywania „swoich kanapek” przez panią Basię nie mieszczą się w mrocznej wizji polityki spod znaku Franka Underwooda i chyba tak jest lepiej dla wszystkich.

A więc dramat czy komedia polityczna? „Ucho” to nasze krzywe zwierciadło, głos o polityce inny niż w ustandaryzowanych przekazach medialnych. Oglądanie tego serialu to swoista forma zaangażowania Polaków w politykę. Ale czy ktoś poza granicami Polski zrozumiałby dowcipy z „Ucha”? Czy będą się z nich śmiać na innych kontynentach jak z „Yes, prime minister”? To kolejna bariera do przekroczenia przez Górskiego.

Autor jest adiunktem INP PAN, był m.in. wiceministrem spraw zagranicznych w rządzie PiS.

„Ucho Prezesa” to serial emitowany od stycznia tego roku w internecie – na YouTubie i (od lutego) w serwisie Showmax. Zakończony już pierwszy sezon liczył 16 odcinków, na wrzesień zapowiadany jest początek drugiego sezonu.

Twórcą „Ucha” jest Robert Górski (znany wcześniej głównie z Kabaretu Moralnego Niepokoju). On też gra w nim główną rolę – prezesa partii, odwiedzanego w swym gabinecie najczęściej przez polityków z jego obozu, którzy zdają sprawozdanie ze swej działalności i odbierają instrukcje. Prezesowi towarzyszy zawsze Mariusz, grany przez Mikołaja Cieślaka. Choć każdy widz wie, że chodzi o Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka, w serialu nie padają nazwiska prawdziwych postaci (wyjątkiem jest Krzysztof Penderecki, który pojawia się w 11. odcinku).

 

msn.pl

Małgorzata Wassermann leczy kompleksy prezesa

Małgorzata Wassermann leczy kompleksy prezesa

Nie wiem, czy Małgorzata Wassermann cieszy się z tego, że „Ucho prezesa” zakończyło pierwszy sezon, ale szefowa sejmowej komisji do ścigania Donalda Tuska, która nie wiadomo, dlaczego działa pod przykrywka ds. Amber Gold, oczekuje ośmieszenia. Więcej takich wywiadów w jej wydaniu, jak dla RMF FM, a Wassermann ma szanse antyszambrować wraz z Adrianem pod gabinetem prezesa na Nowogrodzkiej, a może nawet wejść do środka i zameldować: – Prezesie, zadanie wykonałam, ośmieszyłam się.

W audycji RMF FM Wassermann mówiła o ośmieszaniu jej, oczekuje go, bo się boi ośmieszania. Gros wywiadu poświęcone jest tej właśnie obawie, temu wywoływaniu wilka z lasu. A to dlatego, iż Wassermann nie wierzy w powagę misji ścigania Tuska.

Wassermann stoi na czele komisji, która wyrosła z kompleksów Jarosława Kaczyńskiego, te dadzą się streścić: „Dorwać Tuska”. Mali ludzie, intelektualnie nędzni, bo taki poziom umysłowy prezentuje prezes, tak mają, chcą umniejszyć innych. Sami nie potrafią, swoje braki nadrabiają, odejmując innym.

Osiągnięcia tej komisji są żadne, do mediów przebijają się jakieś michałki, a to Wassermann nie może na komisję ściągnąć byłego ministra rządu PO-PSL Sławomira Nowaka, dopiero ten do niej zadzwonił i „dał” się ściągnąć, a gdy stanął, to ośmieszył Wassermann. Rozumiem szefową komisji, że poziom dowcipu podczas przesłuchań nie dorównuje „Uchu prezesa”, ale wszystko przed nią. Choć gwarantem dowcipu (po staropolsku inteligencji) nie jest niejaki Marek Suski, który obok Wassermann zasiada w komisji, można w nim dopatrzeć się na pisowską miarę Jasia Fasoli. Ale nie przepadam za takim małym kabaretem.

Wassermann jednak Tuska nie dorwie, bo to zawodnik wagi ciężkiej. Dotychczas nie zauważyłem, aby inni ją ośmieszali, ale zwrócił moją uwagę wywiad, który w istocie jest autoośmieszaniem, mimowiedną próbką Mrożka. Afera Amber Gold była jakąś aferą, nie za dużą, nie za małą, lecz gdzie jej do afery SKOK-ów czy też przekrętu, jakim jest zakup od ręki 3 Boeingów dla VIP-ów.

Acz rozumiem Małgorzatę Wassermann. Jeszcze Tuska nie przesłuchała, a już się ośmieszyła. A gdy ten stanie przed nią – to, co będzie? Robert Górski może mieć gotowca do otwarcia drugiego sezonu „Ucha prezesa”. Jeżeli Wassermann tak wysoko mierzy, to życzę jej powodzenia.

Waldemar Mystkowski

koduj24.pl

%d blogerów lubi to: