Szczucie wg Beaty Szydło wynika z tego, że kocha zwierzęta

Beata Szydło dała nową wykładnię szczucia wg PiS. Jeszcze niedawno była premierem, dzisiaj jest czytelnikiem swojej minionej „chwały”, która w podręcznikach politologii zostanie opisana rezultatem 1:27. Była premier przeczytała fragment artykułu Renaty Grochal w „Newsweeku” o sobie i pobieżała na Twitterze sprostować: „Pani Redaktor Szanowna, dziękuję za troskę o mnie i moją rodzinę. To doprawdy wzruszające. To, co Pani pisze pozostawiam bez komentarza, bo na komentarz nie zasługuje. Pozdrawiam i życzę dobrej niedzieli. A nasz pies swobodnie biega sobie po naszym podwórku, bo kochamy zwierzęta” (pisownia oryginalna).

Dziennikarka w leadzie pisze o tej „miłości do zwierząt” państwa Szydło. „Mąż Beaty Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego. – Dalej chce pani wejść do domu? – pyta.”

Wypuścił na dziennikarkę owczarka, czyli poszczuł – i z pyszna zapytał się, czy chce wejść. Beata Szydło nazywa to „kochamy zwierzęta”. Gdy ta pani była premierem, niczego pozytywnego nie wniosła do życia publicznego, wręcz Polskę kompromitowała, dzisiaj za to niechcący nadaje nowe znaczenia pojęciom: szczucie to jest wg niej miłość do zwierząt. Dlaczego onegdaj nie podpowiedziała Mariuszowi Blaszczakowi, iż użycia paralizatora to miłość do elektryczności?

Lecz Szydło jest dzisiaj w politycznej ruinie. I jej sytuację opisuje Grochal. Była premier to pierwsza osoba po 1989 roku, która została zdegradowana z premiera do wicepremiera. I uwaga – kolejny syndrom dotyczący PiS – po rekonstrukcji rządu nie chciała wyprowadzić się z gabinetu premiera do wicepremiera. Podobnie, jak Antoni Macierewicz nie chce się wyprowadzić z gabinetu ministra na Klonowej, Mariusz Błaszczak musiał znaleźć sobie gabinet pod innym adresem. Tak im przyrosły cztery litery do stołków. Ten syndrom znakomicie opisuje Zbigniew Herbert w „Bajce ruskiej”, jak to pomazańcowi z bożej łaski ciało zrosło się z tronem (stołkiem).

Przypadkowo pani Szydło trafiło się ziarno, które sporo wyjaśnia z tego, co się dzieje wokół ustawy o IPN. A zatem mamy do czynienia w tym wypadku – odpowiednio – „kochamy prawdę”, aby nią poszczuć tych, którzy nie zgadzają się z pisowska wykładnią o Holocauście. Przy tej okazji „zaszczekał” antysemityzm w rodakach.

Miłość do prawdy była do obejrzenia w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy Foksal, gdzie odbyła się projekcja dokumentu Jedwabne-Świadkowie-Świadectwa-Fakty” Elżbiety i Wacława Kujbidów, wymowę tego dzieła Prawdy” uzasadnia autor tego potworka: „W Jedwabnem nie mordowali Polacy. To żydowskie kłamstwo”.

Można zatem uznać ten dokument za obowiązujący wśród pisowskich braci dziennikarskiej. Tylko czekać, aż zostanie zakupiony przez Jacka Kurskiego dla TVP i wyemitowany w mediach narodowych. Przy okazji informuję, iz spotkałem się z nowym rzeczownikiem – bardzo celnym – charakteryzującym dziennikarzy mediów pisowskich – dziennikarły.

W „Newsweeku” o wiele ważniejszy tekst niż o Beacie Szydło wyszedł spod pióra Jana Tomasza Grossa, głównie z powodu jego znakomitej książki „Sąsiedzi” szyta jest ustawa o IPN. Jak zwykle PiS uzasadnia to tym, ze „kochamy prawdę”. Tak wygląda ta miłość – poszczuć. Pan Szydło poszczuł Renatę Grochal owczarkiem niemieckim, ale niezbyt rasowo powszechnie ujadają antysemici niczym kundle. Jak to ujął swego czasu Melchior Wańkowicz – takie to skundlenie. Ustawa o IPN to jeden z przyczynków do narodowego kundlizmu.

 

 

„Bajka ruska” – Zbigniew Herbert

Postarzał się car ojczulek, postarzał. Już nawet gołąbka własnymi rękami nie mógł zadusić. Siedział na tronie zloty i zimny. Tylko broda mu rosła do podłogi i niżej.
Rządził wtedy kto inny, nie wiadomo kto. Ciekawy lud zaglądał do pałacu przez okno, ale Kriwonosow zasłonił okna szubienicami. Więc tylko wisielcy widzieli co nieco.
W końcu umarł car ojczulek na dobre. Dzwony biły, ale ciała nie wynoszono. Przyrósł car do tronu. Nogi tronowe pomieszały się z nogami carskimi. Ręka wrosła w poręcz. Nie można go było oderwać. A zakopać cara ze złotym tronem – żal.

 

Beata Szydło jest przybita i rozgoryczona – w najnowszym „Newsweeku” polecam mój tekst o tym, jak próbuje podnieść się z politycznej porażki. A także o tym, co spotkało mnie w jej rodzinnym Przecieszynie😊

 

A przy okazji, skoro już się Pani odezwała po dwóch tygodniach próśb, to zapytam czy szczucie dziennikarza psem jest jakimś nowym zwyczajem w PiS?

Szanowna Pani Premier, dziękuję za szybką reakcję na zajawkę tekstu. Ja się nie troszczę tylko opisuję sytuację. Prosiłam zresztą Panią o rozmowę o tym, co zamierza Pani robić na stanowisku opłacanym z pieniędzy podatników. Także miłej niedzieli. I pozdrowienia dla Małżonka!😊

 

Replying to 

Pani Redaktor Szanowna, dziękuję za troskę o mnie i moją rodzinę. To doprawdy wzruszające. To, co Pani pisze pozostawiam bez komentarza, bo na komentarz nie zasługuje. Pozdrawiam i życzę dobrej niedzieli. A nasz pies swobodnie biega sobie po naszym podwórku, bo kochamy zwierzęta

 

W Jedwabnem nie mordowali Polacy- to żydowskie kłamstwo!!!

 

 – Polacy nie uczestniczyli w zbrodni. Nawet to jest kłamstwem. Polacy zostali zmuszeni do pokazywania, gdzie mieszkają ich sąsiedzi żydowskiego pochodzenia pod groźbą śmierci i do pilnowania tych biednych ludzi, zarówno na rynku jak i w czasie pochodu na miejsce kaźni – mówił Wacław Kujbida, producent dokumentu pt: „Jedwabne-Świadkowie-Świadectwa-Fakty”

Film produkcji Elżbiety i Wacława Kujbidów opisuje niemiecką zbrodnię na Polakach żydowskiego pochodzenia, dokonaną w Jedwabnem. Dokument pokazano w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Warszawie. Jest to analiza wydarzeń historycznych, towarzyszących spaleniu Żydów w stodole w Jedwabnem 10 lipca 1941 roku.

Twórcy mieszkają w Kanadzie. Stworzyli także internetową telewizję TV Niezależna Polonia. Ich pragnieniem jest to, by dokument „Jedwabne-Świadkowie-Świadectwa-Fakty” ukazał się w polskiej telewizji. Chcieliby również stworzyć jego angielskojęzyczną wersję

Jak podkreślali autorzy, celem dokumentu jest zaznaczenie faktu, że tej zbrodni dokonali Niemcy, a nie Polacy.
W filmie występuje dwoje żyjących świadków wydarzeń: Hieronima Wilczewska i Stanisław Boczkowski. Wilczewska opowiada, że widziała żyjących ludzi wśród spalonych ciał na miejscu zbrodni. Dodaje, że żołnierz w niemieckim mundurze zwracał się do niej po rosyjsku.

– Polacy nie uczestniczyli w zbrodni. Nawet to jest kłamstwem. Polacy zostali zmuszeni do pokazywania, gdzie mieszkają ich sąsiedzi żydowskiego pochodzenia pod groźbą śmierci i do pilnowania tych biednych ludzi, zarówno na rynku jak i w czasie pochodu na miejsce kaźni – mówił Wacław Kujbida.

fronda.pl

Jan Gross: PiS postanowił zakazać mówienia prawdy o zagładzie Żydów

JAN TOMASZ GROSS

Ziobro i Jaki stanowią sobie prawo, wedle którego będą musieli postawić w stan oskarżenia każdego ocalonego Żyda, który przeżył w Polsce okupację – pisze prof. Jan Tomasz Gross, historyk, socjolog, autor książek o Zagładzie.

Fałszowanie historii

Cokolwiek by o nich myśleć, panowie Zbigniew Ziobro i Patryk Jaki dobrze znają język polski. I gdyby chcieli zakazać pod groźbą kary używania określenia „polskie obozy zagłady”, to jako główni autorzy nowelizacji ustawy o IPN na pewno potrafiliby to zrobić – na przykład wpisując do tekstu inkryminowany zwrot: „polskie obozy zagłady”. I jeśliby właśnie o to PiS chodziło, to z łatwością mogłoby osiągnąć swój cel i pies z kulawą nogą by na to nie zareagował. Wszyscy normalni ludzie na świecie wiedzą, że obozy zagłady podczas drugiej wojny światowej były niemieckie. Co najwyżej jakiś malkontent mógłby zapytać, jaki jest sens dekretowania oczywistości.
Ale że propaganda o powstawaniu Polski z kolan pod PiS-owskim przewodem nie wszystkich jeszcze otumaniła, nowe prawo odczytane zostało zgodnie z intencją jego inicjatorów – jako próba fałszowania historii.

PiS postanowiło zakazać mówienia prawdy o zagładzie Żydów.

Nowe prawo domaga się, pod groźbą kary, usunięcia z narracji historycznej wiedzy na temat współudziału polskiej ludności w prześladowaniu Żydów podczas okupacji. A tymczasem taki współudział miał miejsce, i to – jak pisał Jan Karski, obserwując te zdarzenia na bieżąco – ze strony „znacznej części Polaków”. Wielkim sukcesem polskich historyków jest dogłębne badanie tego zagadnienia przez ostatnie 20 lat.

Oprócz wiedzy dostępnej obecnie dla każdego, kto zechce wziąć do ręki publikacje Jana Grabowskiego, Aliny Skibińskiej, Barbary Engelking, Dariusza Libionki, Jacka Leociaka, Elżbiety Janickiej, Agnieszki Haskiej, Joanny Tokarskiej-Bakir i wielu innych uczonych, ich działalność naukowa przyniosła szacunek dla Polski jako kraju, którego społeczeństwo otwarcie konfrontuje się z bardzo trudną przeszłością. Jednym bezmyślnym gestem panowie Ziobro i Jaki reputację Polski w tej materii przekreślili.

newsweek.pl

Beata Szydło nadal nie pogodziła się z tym, że już nie jest premierem

Mąż Beaty Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego. – Dalej chce pani wejść do domu? – pyta.

Pojechałam w rodzinne strony Beaty Szydło sprawdzić, jak podnosi się z politycznej porażki. Ci, którzy przebywają z nią na co dzień, twierdzą, że jest przybita i rozgoryczona. Nie pogodziła się z tym, że przestała być premierem. Ani z tym, że jej szefem został podwładny, z którym rywalizowała.

Krótko po wymianie premiera na spotkaniu w Oświęcimiu zbiera się Stowarzyszenie Gospodarcze Ziemi Oświęcimskiej. Edward Szydło, który jest jego członkiem, żali się kolegom, że jego żona została upokorzona.

Dla Szydło sytuacja jest psychologicznie trudna. Jest pierwszym premierem po 1989 roku, który po odwołaniu ze stanowiska zdecydował się zostać w rządzie i być podwładnym swojego ministra.

– Mówił, że najgorszy był ten cyrk. Rano całowali ją po rękach i wychwalali w Sejmie, a wieczorem została odwołana – opowiada mi uczestnik spotkania.

Dom Beaty i Edwarda Szydłów jest na końcu Przecieszyna. Jadę asfaltem, który gmina wylała tuż po tym, gdy Szydło została premierem. Ale Edward Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego.

– Dalej chce pani wejść do domu? – pyta.

Wojna gabinetowa

– Gdy zostajesz premierem, to jest tak, jakbyś zażył wielokrotnie wzmocniony narkotyk – mówi mi ważny polityk Zjednoczonej Prawicy. – Jesteś w centrum wydarzeń, masz dostęp do tajnych informacji, podejmujesz ważne decyzje w iluś sprawach. Nawet jeśli to było ograniczone przez Jarosława Kaczyńskiego, to Beata i tak czuła, że wiele od niej zależy – dodaje. Teraz Szydło spadła z wysokiego konia. Według moich rozmówców w PiS, nie potrafi się odnaleźć na stanowisku wicepremiera ds. społecznych. Nie może się pogodzić z tym, że Mateusz Morawiecki nie zasuwał w kampanii, a został premierem. Ciągle się zastanawia, jak mu się udało podejść Kaczyńskiego i ją zdetronizować.

Dla Szydło sytuacja jest psychologicznie trudna. Jest pierwszym premierem po 1989 roku, który po odwołaniu ze stanowiska zdecydował się zostać w rządzie i być podwładnym swojego ministra. Kilku rozmówców uważa, że nie pogodziła się z tym, że nie jest już osobą numer jeden. Wciąż nie wyprowadziła się z premierowskiej willi przy ul. Parkowej. Jej współpracownik Rafał Bochenek, były rzecznik rządu, mówi mi, że zgodnie z przepisami ma na to trzy miesiące i „jest w trakcie wyprowadzania się”. Co chwilę w kancelarii dochodzi do spięć między jej ludźmi, a ekipą Morawieckiego, na przykład o gabinety. Gdy Morawiecki został zaprzysiężony i zajął gabinet premiera, Szydło nie chciała się wprowadzić do jego gabinetu, chociaż to było najbardziej oczywiste rozwiązanie.

– To było małostkowe. Beata Kempa musiała przeprowadzić się do starego gabinetu Morawieckiego i oddać jej swój pokój – opowiada jeden z moich rozmówców. Żeby Szydło nie musiała siedzieć na posiedzeniach rządu na miejscu Morawieckiego, pracownicy kancelarii premiera musieli przesadzić wicepremierów Glińskiego i Gowina.

newsweek.pl

Chaos i przypadek rządzą naszym światem? Wcale nie

http://www.newsweek.pl/wiedza/nauka/hazard-przypadek-i-teoria-gier,52888,1,1.html?src=HP_List_latest

Bogdan Lach: Muszę być jak chirurg. Nie mogę oblizywać skalpela

 

https://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/bogdan-lach-musze-byc-jak-chirurg-nie-moge-oblizywac-skalpela/bppl67b