Tag Archives: Jarosław Zieliński

W gadzinówce TVP głupawka

Zwykły wpis

Osłupieli wszyscy. Zarówno widzowie, jak i prowadzący na żywo sobotni program TVP Info  „Studio Polska”. Podczas emisji, niespodziewanie pojawił się mężczyzna z kartką „Dość cenzury w TVP”.

W tej formie oprotestowywał zakaz wstępu do studia dla Adama Słomki i Zygmunta Miernika. Byli opozycjoniści z czasów PRL otrzymali go w związku z awanturą do jakiej doszło w tym samym programie w październiku ub. r. Mężczyzna, który na kolanach trzymał portret Słomki kopnął wtedy jednego z uczestników w plecy.

„To nieprawda! Ten program jest sterowany! Zobaczcie, jak działa cenzura! Ogórek okłamała! Nie wpuszczają ludzi” –  wołał, twierdząc, że w programie uczestniczą opłacani statyści, a zapraszani goście są stronniczy.

Prowadzący program Jacek Łęski próbował uspokoić sytuację. Doszło do szarpaniny. „Dlaczego mnie szarpiecie?! Ja was nie szarpię!” – krzyczał protestujący. Ostatecznie został wyprowadzony ze studia przez ochronę.

„Pytali państwo kiedyś, dlaczego grupa pana Słomki nie jest wpuszczana do studia. Właśnie z powodu takich sytuacji. Te emocje wykraczają poza standardowy poziom”  – podsumowała stojąca przez jakiś czas jak wryta Magdalena Ogórek.

Nagranie tej sytuacji lotem błyskawicy obiegło Internet.

„Ktoś nie wytrzymał promowania lewactwa w ‚Studio Polska’! Czy jeśli uczestnik ‚otwartego studio’ dokona protestu używając danych @Slomka_KPN to jestem temu winny… czy cenzura prewencyjna w TVP?” – zapytał retorycznie sam Adam Słomka.

Depresja plemnika

W plebiscycie na słowo roku 2018 wygrała „Konstytucja”. Ja stawiałam na „serce”. A na drugim miejscu na „żarówkę”. Tym bardziej, że za sprawą przedstawicieli partii aktualnie rządzącej, serce z żarówką nieoczekiwanie wpisały się nam w kontekst europejski.

Bo tak: pan premier Morawiecki, w ramach kampanii przed wyborami do PE, dokonał analizy europejskiej anatomii pod kątem etnicznym i wyszło mu, że Polska to Serce Unii. I to by się zgadzało. Bo Zachód od stuleci utożsamiany jest z Rozumem.

Serce jest też symbolem miłości, która owładnęła partią aktualnie rządzącą. To niespodziewane uczucie spadło na formację władzy akurat tuż przed wyborami. No, ale z miłością tak właśnie bywa, że kto się czubi, ten się lubi.

Gwałtowność uczucia ku Unii może też, po trosze, wynikać ze specyfiki naszego Serca, bo funkcjonuje ono nieco na przekór oficjalnej wiedzy medycznej. Mamy je – otóż – po prawej stronie, bowiem trudno, żeby cokolwiek pod rządami aktualnej władzy…

View original post 2 382 słowa więcej

 

Ukraść – to najlepiej potrafią politycy PiS

Zwykły wpis

Droga naukowa skompromitowanego byłego szefa PiS – owskiej Komisji Nadzoru Finansowego przypomina jako żywo kariery „towarzyszy” z PRL- u.

37-latek piął się w błyskawicznym tempie po szczeblach kariery i to nie tylko w polityce, ale i w gremiach naukowych. Kiedy składał wniosek o habilitację, zajmował już ważne stanowiska – od października 2015 r. należał do zespołu koordynacyjnego Narodowej Rady Rozwoju, a od stycznia 2016 r. – był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Gdyby nie ostatnia wpadka, pewnie nie wyszła by na jaw haniebna kompromitacja towarzysząca jego procesowi habilitacyjnemu.

Ochraniany przez Adama Glapińskiego, mimo krytycznych recenzji – w jednym przypadku wręcz miażdżącej – oraz zarzutów o plagiat w monografii pracy habilitacyjnej, Chrzanowski tytuł uzyskał.

„Gdybym był na miejscu dr Chrzanowskiego wycofałbym wniosek habilitacyjny” – ocenił na posiedzeniu komisji habilitacyjnej powołanej przez Centralną Komisję Stopni i Tytułów jej przewodniczący prof. Stanisław Owsiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Ale Marek Chrzanowski nie wycofał wniosku.

„Wiele z kryteriów na stopień doktora habilitowanego nie zostało w pełni spełnionych przez habilitanta” – mówił tymczasem prof. Owsiak tłumacząc, dlaczego nie zagłosuje za „awansem”.

Nie był odosobniony w swojej opinii, bo trzy recenzje monografii habilitacyjnej zawierały krytyczne uwagi co do dorobku naukowego Chrzanowskiego. Podkreślały zaledwie 30 pozycji ani jednej publikacji za granicą, publikacje głównie w wydawnictwie własnej uczelni, zbyt mało prac w renomowanych czasopismach posiadających Impact Factor.

Jedna z trzech recenzji zawierała tak miażdżącą ocenę dorobku naukowego i samej monografii, że jej autor negatywnie zaopiniował wniosek habilitacyjny. „Oblanie habilitacji to już nie jest tylko kwestia honoru” – komentuje rozmówca „Rzeczpospolitej”… podkreślając, że Chrzanowski ma „anioła stróża” w osobie obecnego szefa NBP Adama Glapińskiego, który miał go „wymyślić” i ostatecznie rekomendował do Rady Polityki Pieniężnej

Miarą kontrowersji wokół oceny dorobku naukowego Chrzanowskiego była prawdziwa burza podczas posiedzenia Rady Kolegium Zarządzania i Finansów SGH. Z 51 głosujących aż 17 było przeciw lub wstrzymało się od głosu.

Na Radę Wydziału przybył również Adam Glapiński – dowiadujemy się z Rzeczpospolitej. „Anioł stróż był i pilnował do ostatniej chwili i kibicował, bo mogło być różnie” – ocenił rozmówca dziennika.

W piątek Adam Glapiński w rozmowie z dziennikarzami był konsekwentny i bez mrugnięcia powieką powiedział do kamer telewizyjnych: „Obyśmy mieli więcej takich 37-letnich profesorów w pełni profesjonalnych, uczciwych i szlachetnych.

„To jest miś na skale naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie, mówimy, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!…. Pasuje idealnie, do słupka, do logo i do wielu innych pomysłów… Miś” – napisał czytelnik Dariusz Sędziak pod artykułem w Business Insider Polska, informującym o prezentacji logo CPK i Portu Lotniczego „Solidarność”.

To jest najlepszy komentarz do zaprezentowanej w czwartek 15 listopada wizualizacji nowego lotniska, mającego powstać między Warszawą i Łodzią, obliczonego na 100 mln pasażerów rocznie.

Logotyp przyszłego Centralnego Portu Komunikacyjny, którego budowa ma pochłonąć 35 mld zł, pokazano na grafice, nie uzyskawszy do niej praw autorskich. Agencja Podpunkt, która go przygotowała, idąc na łatwiznę po prostu ukradła grafikę przedstawiającą projekt lotniska Amsterdam Schiphol i bez skrupułów posłużyła się nią.

„W związku z powyższym wyciągniemy konsekwencje wobec naszego podwykonawcy” – zapowiada pokornie zespół projektowy CPK, a współpracująca z nim Agencja Podpunkt przeprasza za błąd… I co z tego, skoro zaliczamy kolejną kompromitację.  Agencja Podpunkt idąc na łatwiznę po prostu ukradła grafikę przedstawiającą projekt lotniska Amsterdam Schiphol, i bez skrupułów posłużyła się nią.

W odpowiedzi na to zawrzało w sieci, zwłaszcza że internauci kwestionują również autorstwo samego logotypu zwracając uwagę, iż plasuje się on niebezpiecznie blisko istniejących już logotypów i wskazują m.in. na Subway oraz Solaris.

„Jest jakoś znajome”… – piszą na Twitterze . Kpią i pytają czy to „znowu kolega prezesa zrobił Logo?? Ludzie, jak długo jeszcze? Przecież mamy w Polsce genialnych grafików!!! – napisał reżyser Redbad Klynstra.

>>>

Ukraść – czasownik, który na trwałe definiuje PiS.

Depresja plemnika

Nie wierzę w wymuszanie „indywidualnej” łapówki na sumę 40 mln, dlatego że takiej kwoty żadna osoba fizyczna nie ukryje. Wydaje się więc, że zaczął się systemowy proces wywłaszczania i szantażowania, że to jest odgórny plan, by w ten sposób gromadzić wielką fortunę na zapleczu tego obozu politycznego. To, co zobaczyliśmy, jest systemowe: władza PiS robi to, co kilka lat temu zaczął robić na Węgrzech Orbán – tam grupa skupiona wokół premiera zaczęła wywłaszczać ludzi z własności prywatnej – mówi prof. Radosław Markowski, politolog. – Od dawna tłumaczę, że ośrodki badania opinii publicznej, które pokazywały poparcie dla tej partii na poziomie 45-48 proc., mają kłopoty z bazową umiejętnością ważenia i szacowania poparcia dla partii politycznych. Takiego poparcia nigdy nie było. PiS miał w ostatnich wyborach 5 mln 700 tys. głosów, w październiku 2015, i takiego poparcia już dawno nie ma. Dziś mają ok. 5 mln, raczej z tendencją spadkową –…

View original post 3 111 słów więcej

„Kler” Smarzowskiego uderzy Kościół katolicki w splot słoneczny

Zwykły wpis

28 września premiera dawno wyczekiwanego filmu Wojtka Smarzowskiego „Kler”. W internecie ogłoszono akcję „Masowe oglądanie filmu »Kler« w celu jego popularyzacji”. W pełni popieram tę inicjatywę i również zachęcam wszystkich do szturmu na kina pierwszego dnia. Niech władza zobaczy te kolejki, niech zobaczy, że moralność publiczna nie jest sprawą dla ludzi obojętną. A rzecz właśnie moralności publicznej dotyczy – w kraju wszak wciąż panoszy się zdeprawowana i niebezpieczna organizacja, która w dodatku uzurpuje sobie prawo do moralnego pouczania społeczeństwa, a samą siebie ośmiela się nazywać świętą.

Bywa tak, że pójście do kina ma znaczenie deklaracji politycznej i stanowi akt moralnie znaczący. Tak jest właśnie w tym przypadku. Zachęcam zwłaszcza katolików, bo każdy z nich, płacąc na Kościół, bierze współodpowiedzialność za jego tragiczne patologie i nadużycia, których początki giną w pomroce dziejów, a końca nie widać. Komu jak komu, ale katolikom szczególnie powinno zależeć na tym, aby morale ich Kościoła i jego duchowieństwa nie odstawało tak dramatycznie od średniej…

Nie widziałem jeszcze filmu, ale wiem o nim kilka rzeczy. Po pierwsze, jest to film utrzymany w konwencji sensacyjnej z elementami satyry, do której istoty należą przerysowanie, umowność, pewne uproszczenia sytuacyjne. „Drogówka” nie odzwierciedla pracy policji drogowej jeden do jednego. A jednak film jest prawdziwy, bo każdy wie, jakie są prawa satyry czy filmowej publicystyki – ważne, aby godne napiętnowania zjawiska zostały pokazane w swej istocie, a niekoniecznie w całkiem realistycznych proporcjach.

Po drugie, film „Kler” został nakręcony z wielką dbałością o szczegóły, w stałej konsultacji i pod stałą pieczą osób bardzo kompetentnych w kwestiach rytuałów katolickich oraz wewnętrznego życia Kościoła katolickiego. Tam nie będzie „ściemy”.

Po trzecie, film – choć fikcyjny – jest opowieścią z kluczem, a jego fabuła sklejona jest z nieco udramatyzowanych, lecz prawdziwych historii. W centrum uwagi stoi postać metropolity gdańskiego, znanego z pazerności i zamiłowania do alkoholu (tu nie ma sporu, gdyby komuś się zachciało warknąć). Tyle mogę powiedzieć na dziś, nie obejrzawszy filmu. Wystarczy, żeby iść samemu do kina i innych do tego zachęcić.

Kościół katolicki znajduje się w szalonym kryzysie. Skandal goni skandal, ekspiacje i przeprosiny, najczęściej bardzo spóźnione i niepowiązane z działaniem, nie robią już wrażenia, a kolejne krajowe oddziały upadają jak kostki domina. W kilku krajach, gdzie jeszcze niedawno Kościół był wszechwładny, dziś budzi tylko gniew, a zamiast dochodu przynosi długi i strapienia. Ale nasza wieś, spokojna, nasza chata z kraja. Przynajmniej tak sobie myślą polscy biskupi. Mylą się. Burza nie ominie naszego kraju. Chmury już się zbierają – za chwilę nadejdzie godzina prawdy i gniewu, rozbłyśnie niebo i posypią się gromy. Tak jak to się stało w Hiszpanii, Irlandii, USA, Australii, Belgii, Chile i dokonuje się w kolejnych krajach. Złodziejstwo i pazerność mogą zostać wybaczone, ale pedofilii nie będzie bronił nawet PiS. Tylko patrzeć, jak ofiary księży dokonają zbiorowego coming outu i zaczną mówić chórem, a nie każda z osobna, opowiadając reportażystom swoje historie. Tylko patrzeć, a partnerki i dzieci księży powiedzą Polakom: „tak, istniejemy, i są nas tysiące – nie byliśmy traktowani fair przez naszych partnerów i ojców”. Tylko patrzeć, a Polacy zadadzą sobie pytanie, czy Polska jest wolnym krajem, czy kościelnym folwarkiem. Tylko patrzeć, aż połowę narodu zacznie mierzić kościelny bałwochwalczy kult jednostki.

Być może tym pierwszym gromem wyzwalającym wielką burzę będzie właśnie film Smarzowskiego. Oczywiście, producenci na to właśnie liczą. Filmowi będzie towarzyszyć książka i inne publikacje – ma się dziać. Rzecz jasna, bardzo pomogłyby protesty fundamentalistów pod kinami, próby zastraszania dystrybutorów i obsobaczanie Smarzowskiego z ambon. Bardzo bym chciał, żeby tak się właśnie sprawy potoczyły, bo nic tak skutecznie nie rozreklamowałoby filmu i nie nadałoby mu rangi ważnego społecznego i politycznego wydarzenia niż nerwowa reakcja Kościoła. Jednak kościelni piarowcy dobrze to wiedzą i bardziej prawdopodobne jest, że biskupi będą próbowali film przemilczeć i zbagatelizować. I o to właśnie chodzi, aby im się to nie udało.

Z premierą „Kleru” wiążę duże nadzieje, bo trailer nieźle „zawiralował” i w ogóle atmosfera oczekiwania narasta. A wszystko to jeszcze ma miejsce u progu sezonu wyborczego, co też nie jest bez znaczenia. PiS zapewne nie pójdzie na wojnę ze Smarzowskim, bo ma inne problemy, a biskupi też muszą pilnować wyborów i na walce z filmem obnażającym obyczaje kleru wiele w tym kontekście nie zyskają. Będzie więc burza, a po burzy spokój. Albo i nie. Oby nie! Czas pokaże. Tymczasem kto Polak, ten do kina!

Duda: „Płacimy cenę za bezkrwawą rewolucję 1989 roku. Polskę drążą choroby” (za @tvn24).

To już druga jego wypowiedź w tym samym tonie. Czy prezydent uważa, że gdyby rewolucja 1989 r. była „krwawa”, to Polskę nie drążyłby choroby? Obrzydliwe, że takie słowa wypowiada prezydent…

Hairwald

Wybitna pisarka Maria Nurowska zaleca przebadanie Dudy.

W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby – wynika z ustaleń autorów biografii byłego szefa MON.

Książkę „Antoni Macierewicz. Biografia nieautoryzowana” wydaje wydawnictwo „Znak”. Z ustaleń autorów wynika, że w trakcie śledztwa po marcu 1968 r. Macierewicz obciążył w swych zeznaniach cztery osoby. Chodzi o kolegów z opozycyjnej działalności studenckiej: Wojciecha Onyszkiewicza (późniejszego założyciela KOR), Piotra Bachurzewskiego (pasierba prof. Władysława Bartoszewskiego), a także Elżbietę Bakinowską, córkę Stefana Bakinowskiego, w czasie wojny żołnierza Armii Andersa, później współtwórcy i redaktora katolickiego miesięcznika „Więź”, oraz doc. Henryka Samsonowicza, dziś emerytowanego profesora historii.

Macierewicz ujawnia szczegółowe okoliczności przygotowywania i kolportowania ulotek w okresie marca 1968 r. z Onyszkiewiczem i Bachurzewskim. Szczególnie niekorzystne zeznania dotyczą Onyszkiewicza. Macierewicz zeznaje, że Wojciech przechowywał u niego 800 ulotek pt. „Robotnicy” przeznaczonych dla pracowników…

View original post 3 127 słów więcej

Rydzyk, święta krowa

Zwykły wpis

Ludzie skupieni wokół ojca Rydzyka mają dość ataków na swojego ulubionego księdza.  Postanowili więc powołać do życia klub obrońców jego dobrego imienia, by ścigać każdego, kto pozwoli sobie skrytykować duchownego.

Klub skupia głównie polityków PiS, którzy będą „wysłać zawiadomienia do prokuratury, a w przypadku posłów składać doniesienia do sejmowej komisji etyki, żądając kar. Bezpardonowe ataki na osobę ojca dyrektora Rydzyka spotkają się z mocną odpowiedzią”.

Na pierwszy ogień idzie posłanka Kinga Gajewska.  Skomentowała ona na Twitterze pretensje Rydzyka, że jego uczelnia otrzymuje za mało pieniędzy, pisząc „Jak parszywym trzeba być, żeby po otrzymaniu od bezdomnego Maybacha powiedzieć coś takiego. Rydzol mówi publicznie, że mu mało”, a ta wypowiedź oburzyła posłankę Pawłowicz, która postanowiła tym razem nie odpuścić. W Radiu Maryja odniosła się do sprawy, mówiąc, że „Kinga Gajewska często odnosi się w sposób niezwykle agresywny. Zawsze jest osobą przodującą w agresji wśród grupy młodszych posłów Platformy. To jest zwykła prowokatorka ze skrajnie lewicowego środowiska. Wpis był tak bezczelny, że postanowiłam skierować pismo”.

Liderem klubu obrońców jest Andrzej Jaworski, były polityk PiS, mocno związany z Rydzykiem. To on zainicjował akcję wysyłania zawiadomień o popełnieniu przestępstwa do prokuratury, gdy ojciec Rydzyk znalazł się na jednym z bilbordów PO. Na jego apel odpowiedziało 30 tysięcy ludzi i obecnie sprawą zajmuje się prokuratura w Bydgoszczy.

Jak tłumaczą obrońcy Rydzyka to nie on jest obdarowywany przez obecne władze tylko jego uczelnia, jego geotermia i jego fundacja Lux Veritatis. Skąd więc ta nagonka na księdza, który przecież nie posiada własnego majątku?

W klubie obrony Rydzyka znajdują się też Anna Sobecka, Antoni Macierewicz, Mariusz Błaszczak, Krzysztof Jurgiel (były minister rolnictwa), komentatorzy Radia Maryja, europosłanka Urszula Krupa czy Maciej Małecki, poseł PiS z Płocka.

Wydaje mi się, że teraz to prokuratura będzie miała pełne ręce roboty.

Co jeszcze utrzymuje @pisorgpl przy władzy?
A fakt, że Polska bogata jest w naiwnych głupców, którzy sprzedali swe dusze za garść srebrników wierząc ślepo w wizje PMM.

Moje drogie owieczki,korzystajcie ile możecie, bo jak to wszystko pierdolnie, to za 500+ zapałek nie kupicie.

Hairwald

Bogdan Święczkowski (Prokurator Krajowy) był gościem na antenie propisowskiej TV Trwam.

„Kontakty byłego szefa MON z najbardziej prorosyjskim kongresmenem, czyli: Dana Rohrabacher – pożyteczny przyjaciel Putina i Macierewicza?” – pod takim hasłem odbyło się szóste spotkanie posłów PO w ramach parlamentarnego zespołu śledczego, który zajmuje się niejasnymi powiązaniami byłego ministra Antoniego Macierewicza. – Kongresmen Dana Rohrabacher, nazywany przyjacielem Putina, był przeciwny wejściu Polski do NATO, był też za aneksją Krymu przez Rosję – mówi Tomasz Siemoniak. I pyta: – Dlaczego doszło do spotkania z ministrem i prezesem Kaczyńskim?

Przyjaciel Putina

Parlamentarny zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa powołany przez klub PO od kilku miesięcy…

View original post 1 606 słów więcej

PiS wraz z Kościołem katolickim mogą nam na długo fundnąć Średniowiecze

Zwykły wpis

Minister Jarosław Zieliński (PiS) udał się do Czerwonego Boru do miejscowego więzienia, aby otworzyć halę produkcyjną.

PiS ma coraz większy problem w nadchodzącej kampanii wyborczej. Akcja billboardowa opozycji, pokazująca prawdziwą twarz obozu dobrej zmiany, w ramach której w całej Polsce pojawiło się kilka tysięcy banerów, wywołała spodziewaną reakcję obozu władzy. Rozpaczliwy spot o “złodziejach, którym odebrano pieniądze, by dać dzieciom” zawierał tak toporny przekaz, że aż trudno uwierzyć w to, że stoi za nim ten sam obóz, który przez ostatnie trzy lata skutecznie kontrolował i narzucał obowiązujące tematy w debacie publicznej. Mleko jednak się rozlało, a machina obrazująca rozpasanie obozu władzy, tak sprzeczne z przedwyborczymi deklaracjami, dominuje w przestrzeni publicznej i daje opozycji amunicję na dobrych kilka tygodni kampanii wyborczej, podając dalej bardzo niewygodny dla PiS przekaz.

Widać zresztą gołym okiem, że obóz władzy niespecjalnie ma pomysł, jak skutecznie przeciwstawić się kampanii opozycji. Zarzut, jaki kierowano pod adresem Koalicji Obywatelskiej, że oto wydała miliony złotych na kłamliwą kampanię billboardową, dziś bardzo umiejętnie zbił przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Ujawniając koszt jej przeprowadzenia (kilkadziesiąt tysięcy złotych) zauważył, że był on mniejszy, niż roczna kwota “drugich pensji” w 2017 roku, jakie ministrowie dostali od Beaty Szydło za to, że “im się należało”. Faktów obfitego żerowania na państwowych posadach zakwestionować się już nie da.

Problem w tym, że jeśli opozycji uda się narzucić temat wzrostu wydatków “na siebie” czy “na władzę”, znacznie łatwiej będzie przeforsować środowiskom antyklerykalnym przekaz olbrzymiego wzrostu wydatków “na panów w sutannach”, bo i ten jest za “dobrej zmiany” pokaźny. Jak donosi portal ciekaweliczby.pl, o prawie o 40 mln zł zwiększyły się wydatki na Fundusz Kościelny zapisane w Ustawie Budżetowej na 2018 r. w porównaniu do 2015 r. Od 2011 r. wydatki zwiększyły się prawie o 68 mln zł to jest o 76% (wzrost z 89 mln do prawie 157 mln zł). Dla porównania w latach 2012-2014 wydatki te kształtowały się na poziomie 94 mln złotych rocznie.

Inaczej mówiąc, lista grzechów tej władzy jest długa i wiele jeszcze w tej kampanii wyborczej można im wyciągnąć.

WYZWANIE 2: Nowe podatki i droższa energia

Popularności rządzącym nie przysporzą też na pewno rosnące ceny energii i paliw. Pod koniec lipca „Fakt” informował, że tegoroczna jesień może być dla kieszeni Polaków wyjątkowo dotkliwa. W górę już w pierwszej połowie sierpnia poszły ceny gazu (o ok. 6 proc.). O ile dla tych, którzy tylko gotują na błękitnym paliwie oznacza to utratę mniej więcej 10 zł rocznie, o tyle ci, którzy gaz wykorzystują przede wszystkim do podgrzewania wody i ogrzewania w skali roku stracą 36 zł. To jednak nic przy kosztach, które czekają na Polaków, ogrzewających gazem swoje domy. Dla nich podwyżka to rocznie nawet 200-300 zł mniej w portfelu.

Droższy będzie także prąd – o 10-15 proc. Na przestrzeni roku przekłada się to na dodatkowy wydatek rzędu ok. 200 zł. Powodów podwyżki cen jest wiele. Główne z nich to rosnące ceny węgla (w Polsce produkuje się z niego aż 78 proc. prądu), coraz droższe prawa do emisji dwutlenku węgla, (to prawie 15 proc. kosztów wytworzenia prądu) i spowodowana suszą oraz upałami mniejsza produkcja prądu w Skandynawii.

Wreszcie od stycznia 2019 roku podwyżki dotkną także kierowców, bowiem obowiązywać zacznie tzw. opłata emisyjna. Nowa danina przełoży się na droższe paliwa – o 10 gr na litrze. Co prawda kiedy projekt ustawy spotkał się z miażdżącą krytyką posiadaczy samochodów, minister energii Krzysztof Tchórzewski zapewniał, że koszty wezmą na siebie koncerny paliwowe. Ostatecznie tak się jednak nie stało i to podatnicy będą musieli dorzucić się do państwowej kasy.

WYZWANIE 3: Droższy chleb i mięso

Energia i paliwa to niejedyne podwyżki, które czekają Polaków tej jesieni. W nadchodzących miesiącach na naszych kieszeniach odbiją się też skutki tegorocznej suszy. Dodając je do wysokich cen paliw (czytaj: transportu) oraz słabego złotego, dostajemy bardzo niebezpieczną mieszankę, która przełoży się na skokowy wzrost podstawowych produktów żywnościowych. Marcin Bustowski, przewodniczący Związku Zawodowego Rolników Rzeczpospolitej „Solidarni”, w połowie sierpnia przestrzegał na łamach „Dziennika Gazety Prawnej”, że tej jesieni cena bochenka chleba może osiągnąć 8-10 zł, natomiast ceny drobiu, wieprzowiny i wołowiny wzrosną nawet o 30-40 proc.

Główny Urząd Statystyczny podaje, że zbiory pszenicy będą o 16 proc. mniejsze niż przed rokiem. To dodatkowo zawyży ich cenę. Ratunku próżno szukać także na światowych rynkach, bo tam pszenica i kukurydza są najdroższe od trzech lat. Nie lepiej jest z mięsem. Ceny wołowiny śrubują rekordowe wartości. Akurat w tym przypadku w Polsce tak źle jeszcze nie jest, ale uśrednione ceny mięsa (drobiu, wieprzowiny, wołowiny) i tak konsekwentnie rosną – o 12 proc. od 2015 roku. Sytuację nieco wyhamował Afrykański Pomór Świń (ASF), który spowodował nadpodaż wieprzowiny, ale kiedy ten problem zostanie rozwiązany, wieprzowina cenowo ma się zrównać z wołowiną.

WYZWANIE 4: Starcie z Brukselą

Politycznie nadchodzące miesiące również szykują się dla „dobrej zmiany” bardzo pracowicie. Na forum międzynarodowym tematem numer jeden będzie z pewnością spór polskiego rządu z Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) o przyszłość polskiego Sądu Najwyższego. Oliwy do ognia dolały niedawne słowa wicepremiera Jarosława Gowina na łamach tygodnika „Do Rzeczy”. – Jeżeli Trybunał dopuści się precedensu i usankcjonuje zawieszenie prawa przez Sąd Najwyższy, to nasz rząd zapewne nie będzie miał innego wyjścia jak doprowadzić do drugiego precedensu, czyli zignorować orzeczenie TSUE jako sprzeczne z traktatem lizbońskim oraz z całym duchem integracji europejskiej – stwierdził polityk, czym wywołał prawdziwą burzę, nie tylko zresztą w Polsce.

Taka deklaracja ze strony jednego z najważniejszych polityków w kraju w momencie, gdy negocjacje dotyczące nowej perspektywy budżetowej (2021-27) wchodzą w decydującą fazę, to dyplomatyczne harakiri. Za jednym zamachem wskrzeszają z niespotykaną dotąd siłą dyskusję o możliwym polexicie, utwierdzają Unię w tym, że Polsce nie wolno odpuścić nawet na centymetr (już dziś Bruksela finiszuje z pracami nad tzw. mechanizmem warunkującym, który ma być batem na łamiących unijne zasady gry) i dają potężne polityczne paliwo opozycji na czas kampanii samorządowej. A przecież przeciwko Polsce cały czas toczy się postępowanie z art. 7. Traktatu o Unii Europejskiej, czyli tzw. opcja atomowa, spowodowane podejrzeniami o naruszenie praworządności w naszym kraju.

WYZWANIE 5: Walka o małe ojczyzny

Patrząc na powyższe problemy, zaplanowane na 21 października wybory samozrądowe wydają się być najmniejszym kłopotem partii Jarosława Kaczyńskiego. Jednak tylko pozornie. Dotychczas zwycięstwo PiS-u w walce o „małe ojczyzny” wydawało się niemal pewne i niczym niezagrożone. Teraz rozwój wypadków na czterech pozostałych frontach może mieć istotny wpływ na to, ile PiS ugra w samorządach. A chce ugrać bardzo dużo, bo tylko tak zdoła przekonać elektorat, że wysokie notowania sondażowe nie były jedynie polityczną sztuką dla sztuki. To także swego rodzaju plebiscyt wobec „dobrej zmiany” i kursu, na jaki pchnęła Polskę jesienią 2015 roku. Politycy partii rządzącej mówią więc o przejęciu władzy w przynajmniej połowie województw (dzisiaj rządzą w zaledwie jednym – na Podkarpaciu). Do tego marzy im się zdobycie przynajmniej kilku dużych miast, w których od lat nie potrafią uporać się ze środowiskami liberalno-lewicowymi. Jednak, żeby dopiąć swego najpierw muszą wygasić niepolityczne fronty, na których walki trwają w najlepsze. A to nie będzie łatwe i może Nowogrodzką słono kosztować.

Jeżeli opozycja się nie zjednoczy, to partia rządząca zafunduje nam demokrację bezprzymiotnikową albo oligarchię. To jest krytyczny moment, dlatego wybory samorządowe będą czymś więcej, staną się formą plebiscytu. Jeżeli nie będziemy mieli nadziei, że potrafimy zrobić przynajmniej krok do przodu, aby zatrzymać PiS, to obawiam się, że duch walki zgaśnie i następne wybory parlamentarne doprowadzą do wygranej PiS. Wtedy nawet nie chcę myśleć o tym, co będzie… – mówi w rozmowie z nami prof. Tadeusz Gadacz, filozof, religioznawca, były pijar i bliski współpracownik ks. prof. Józefa Tischnera. I dodaje: – Przypomina mi się taki dowcip z PRL-u, tzw. pięć przykazań: po pierwsze, nie myśl; po drugie, jak już musisz myśleć, to nie mów; po trzecie, jak już musisz mówić, to nie pisz; po czwarte, jak już musisz pisać, to się nie podpisuj; po piąte, jak się podpisujesz, to się nie zdziw. Aktualne?

KAMILA TERPIAŁ: Zdecydował się pan na wejście do polityki. Będzie pan kandydował w wyborach samorządowych do Sejmiku Małopolskiego z listy Komitetu Obywatelskiego. Zapytam przewrotnie: po co to panu?

TADEUSZ GADACZ: Pochodzę z takiej szkoły myślenia, która zawsze zwracała uwagę na to, że człowiek wykształcony ma pewne powinności społeczne. Są one różne w zależności od sytuacji politycznej i życia społecznego. To jest moment, w którym stwierdziłem, że muszę się włączyć. Tym bardziej, że – też powiem przewrotnie – wielu kolegów, z którymi kiedyś współpracowałem na niwie naukowej, przyczynia się po tamtej stronie do destrukcji państwa. Dlatego czuję podwójną odpowiedzialność.

Wierzy pan w to, że uda się zatrzymać PiS?
Na razie widzę entuzjastyczne reakcje na informację o tym, że będę kandydował w wyborach samorządowych. Oczywiście mam świadomość, że to jest grupa tych, których przekonywać nie trzeba. Pytanie tylko, jak dotrzeć do pozostałych.

Na sercu leży mi jeszcze inna kwestia – co się stanie, jak PiS zostanie odsunięty od władzy? Jak pozszywać tę pękniętą Polskę?

To jest bardzo głębokie pęknięcie?
Tak, są nawet rodziny, w których ludzie się do siebie nie odzywają, przestają się spotykać, podawać sobie rękę. Nie było w polskiej polityce w ostatnich latach wylewu takiej nienawiści, pogardy i bardzo wielu złych uczuć. Padło wiele słów, które poraniły społeczeństwo i które będą jeszcze przez wiele lat pracować. Jak to wszystko poskładać? Obawiam się z jednej strony odwetu, a z drugiej nienawiści. Ale nie stworzymy sobie przecież dwóch krajów, chociaż mentalnie radykalnie się różnimy. Staniemy w końcu przed pytaniem, jak tworzyć dialog społeczny i jak budować kraj, żeby pomimo różnic móc ze sobą rozmawiać.

To będzie w ogóle możliwe?
A jakie mamy wyjście? Jeżeli nie będziemy rozmawiać i nie będzie dialogu, to pozostaje tylko obojętność, brak tolerancji, a dalej nienawiść i walka. Albo ten proces będzie się pogłębiał, albo spróbujemy go jakoś wyhamować. Problemem jest tylko to, z kim rozmawiać. Jeżeli ktoś nie jest otwarty na dialog, to sam się wyklucza.

Przede wszystkim, żeby móc wrócić do dialogu, ktoś, kto doprowadził do destrukcji, powinien przynajmniej umieć przeprosić.

Ale PiS nie przeprasza.
Trzeba szukać takich osób, które mają odmienne poglądy, ale można z nimi rozmawiać. Ludzie mają przecież różne poglądy, ale to nie jest powód do tego, żeby kłamać, oszukiwać, obrażać innych i naciągać historię, tylko dlatego, żeby spełnić niewyrażone myśli pana prezesa. To jest chory typ prowadzenia polityki, który prowadzi do radykalnej destrukcji.

Ludzie władzy kłamią z premedytacją, czy uwierzyli już w swoje kłamstwa?
Inteligentni ludzie oczywiście nie wierzą, tylko kłamią cynicznie i używają propagandy. Wyraźnie widać, że pewne figury retoryczne są powtarzane tylko po to, aby osiągnąć skutek. Często używają zmitologizowanego języka, który nie informuje, tylko próbuje wywrzeć nacisk prowadzący do zmian społecznych. Wystarczy odwołać się do takiej figury jak historyzacja – czyli coś dzieje się w historycznym albo przełomowym momencie. Takiego sformułowania użyła na przykład premier Beata Szydło, gdy zdecydowała się pozostać w rządzie.

Dlaczego ludzie PiS-owi uwierzyli i wierzą nadal?
Należałoby się zastanowić, które grupy społeczne.

Musimy mieć świadomość tego, że jesteśmy społeczeństwem, które nie przeszło przez Oświecenie europejskie. Dlatego myślimy kategoriami romantycznymi, a nie myślenia krytycznego. PiS, choć bezpośrednio ich nie cytuje, odwołuje się do romantyków polskich – Polska Chrystusem narodów, wstawanie z kolan, duma narodowa – to wszystko już było.

Popatrzmy także na kształt patriotyzmu, on nie jest pozytywny i pozytywistyczny, czyli taki, który mówi o pracy, płaceniu podatków, rozwoju kraju, dominuje patriotyzm romantyczny. Najważniejsze są powstania i Żołnierze Wyklęci, odwoływanie się do historii, w której nie myśli się kategoriami rozwagi i namysłu. Ksiądz Józef Tischner powiedział kiedyś, że „Polacy nie są odważni, tylko zadzierzyści”. I to bardzo dobrze obrazuje stan ducha.

Poza tym w polskich przemianach ekonomicznych zostały zmarginalizowane całe grupy i trzeba im pomóc. Tylko że taka pomoc powinna być zracjonalizowana, a nie polegająca tylko na rozdawnictwie, którego celem jest kupowanie elektoratu. Dlatego ważne są polityki społeczne, które rozwiązują konkretne problemy, ale powinni prowadzić je ludzie, którzy się na tym znają, fachowcy, bez względu na poglądy polityczne.

Chciałbym żyć w kraju, który jest normalnie rządzony, który jest normalnym, cywilizowanym, europejskim krajem, w którym pomimo zróżnicowań działają mechanizmy społeczne.

A w jakim kraju pan żyje?
Żyję w kraju, w którym działa polityka, którą kiedyś stoicy nazywali „imperium” – ja tu rządzę, ponieważ mam stołek, a jak mam stołek, to nie muszę się z nikim konsultować i mam rację. Żyję w kraju, w którym nie rozwiązuje się problemów społecznych, tylko politykę rozumie jako grę chorych ambicji, gdzie nawet przywódcy ugrupowań politycznych gotowi są topić kraj, aby tylko wygrały ich ambicje.

Do czego kraj mogą te „chore ambicje” doprowadzić?
Do tego, do czego doszło na Węgrzech. Opozycja nie będzie w stanie się porozumieć, bo są ugrupowania, które nie rozumieją, że można się różnić, ale dopiero jak odzyskamy demokrację. A do odzyskiwania jest wiele: wolne sądy, wolne media, telewizja publiczna. Jeżeli opozycja się nie zjednoczy, to partia rządząca zafunduje nam demokrację bezprzymiotnikową albo oligarchię. To jest krytyczny moment, dlatego wybory samorządowe będą czymś więcej, staną się formą plebiscytu. Jeżeli nie będziemy mieli nadziei, że potrafimy zrobić przynajmniej krok do przodu, aby zatrzymać PiS, to obawiam się, że duch walki zgaśnie i następne wybory parlamentarne doprowadzą do wygranej PiS. Wtedy nawet nie chcę myśleć o tym, co będzie…

Ten duch walki i oporu już nie gaśnie?
Myślę, że nie. Przykładem jest także porozumienie PO i Nowoczesnej i wystawienie wspólnych list. Widzę też na portalach społecznościowych, że ludzie mają jeszcze nadzieję.

Pytanie zasadnicze brzmi: co zrobi grupa, która nigdy nie chodziła na wybory w Polsce. To, co się stało, było możliwe przez tych, którym było wszystko jedno. A musimy zdać sobie sprawę, że skończyły się czasy, w których może być wszystko jedno.

Widział pan obrazki obywateli wynoszonych przez policję po to, aby nowa KRS mogła rozpocząć obrady?
Tak, widziałem.

Co pan sobie myślał?
Nic nowego, to jest czysty makiawelizm. W „Historiach Florenckich” Machiavellego jeden z przywódców rewolty mówi wyraźnie do swoich towarzyszy: gdybyście mnie dzisiaj zapytali, czy powinniśmy tę walkę zacząć, to miałbym wątpliwości, ale skoro zaczęliśmy, to musimy ją skończyć, bo inaczej to z nami marnie skończą. Tyle zostało już zniszczone, że w tej chwili nie ma wyjścia. Władza nie ustąpi.

Nowa KRS idzie jak burza. Za chwilę Sąd Najwyższy zostanie przejęty. Obudzimy się w innej rzeczywistości?
Niestety, może być jeszcze gorzej. Możemy zacząć się dowiadywać, że jak komuś nie podoba się Polska dla Polaków, z licencjonowanym przez władzę patriotyzmem, to niech sobie wyjedzie. To nie jest wykluczone… Dlatego też proszę się nie dziwić, że

zdecydowałem się włączyć w politykę, bo nie chcę sobie później wyrzucać, że stałem z boku. Nie mam złudzeń, że sam coś radykalnie zmienię, ale gdyby więcej ludzi chciało się włączyć, to siła sprawcza byłaby większa.

Co by pan odpowiedział komuś, kto myśli: po co mi sądy i demokracja, chcę mieć pieniądze w portfelu?
Rok temu uczestniczyłem w konferencji zorganizowanej przez fundację międzynarodową, która pomaga uczonym w opresji, prześladowanym za poglądy. W debacie uczestniczyła pani psycholog z Turcji, która podpisała list w obronie kurdyjskich kobiet i dzieci, umierających na południu Turcji, ponieważ prezydent zabronił udzielania im pomocy jako terrorystom. Wszyscy sygnatariusze listu też zostali oskarżeni o terroryzm. Ona uciekła i to wszystko opisała, a na koniec powiedziała bardzo ważne zdanie: kiedy nam odbierano i ograniczano poszczególne wolności, wydawało nam się, że to nas nie dotyczy, ale jak się obudziliśmy, to okazało się, że jest już za późno.

Możemy mówić, że nie obchodzi nas SN czy KRS, ale potem może przyjść pora na media, uczelnie… I obudzimy się w rzeczywistości, z której nie będzie wyjścia.

Ostatnio znalazłam taki cytat z George’a Orwella: „Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Prawda jest nową mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania jest czynem rewolucyjnym”. Pasuje do naszych czasów?
Taka jest też diagnoza Hanny Arendt o prawdzie i polityce; przekonywała, że kiedyś wymazywano fakty, a teraz nie trzeba tego robić, bo pojawiają się fakty alternatywne. Istnienie prawdy w takiej sytuacji jest groźne. Dlatego powinniśmy bronić prawdy, mówić prawdę i w każdej formie demistyfikować kłamstwa. Chociażby ostatnie twierdzenie pana premiera, że to on negocjował wstąpienie Polski do UE. Są sytuacje, w których pozostaje tylko ironia.

To skuteczna broń?
Od czasów PRL-u nie pamiętam tylu dowcipów, a obecnie też i memów. Ciekawe, że

wracają dowcipy z PRL-u, które odzyskują swoją dawną żywotność. A to pokazuje, że metody wprowadzane przez obecną władzę, są metodami znanymi z przeszłości.

Chociażby zarządzanie przez konflikt, które w dialektyce marksistowskiej nazywało się walką przeciwieństw. Chodzi o konfliktowanie różnych środowisk, żeby ludzie sami skakali sobie do gardeł.

Przypomina mi się taki dowcip z PRL-u, tzw. pięć przykazań: po pierwsze, nie myśl; po drugie, jak już musisz myśleć, to nie mów; po trzecie, jak już musisz mówić, to nie pisz; po czwarte, jak już musisz pisać, to się nie podpisuj; po piąte, jak się pospisujesz, to się nie zdziw. Aktualne?

Niestety tak. Teraz podobne rzeczy mogą nas zdziwić?
Oczywiście.

Nie obawia się pan brudnej kampanii wyborczej, chwytów poniżej pasa i procesów politycznych?
Władza będzie wykorzystywała wszystkie narzędzia. Szczególnie skupi się zapewne na prezydentach dużych miast, a nie lokalnych sejmikach. Jak nic nie znajdą, to będą snuli insynuacje i przedłużali procesy. Nieprzypadkowo zaczęło się od przejmowania sądów. Ostatnio dużo mówi się o tym, że kampania minister edukacji była finansowana z pieniędzy PCK i że dowody są w prokuraturze, ale co z tego…

„Pan Zbigniew Ziobro jak Feliks Dzierżyński. Obstawę ma. Brak mu tylko pancernego pociągu i pistoletu” – napisał pan na Facebooku. Przerażające.
To jest ironia, ale

chodzi o tzw. sprawiedliwość ludową – mściciel będzie decydował o wszystkim w zależności od własnego poczucia sprawiedliwości. Niepotrzebne będą sądy, sędziowie, kodeksy prawne, skoro można samemu rozdzielać sprawiedliwość na prawo i lewo. Moje skojarzenie nie jest przypadkowe.

Dlaczego władza otwiera swój świat przed środowiskami nacjonalistycznymi?
Władzy potrzebni są ze względu na poparcie wyborcze. To nie jest silna grupa, ale lepiej jest mieć ich pod kontrolą niż poza kontrolą. Poza tym mogą się przydawać do różnych innych rzeczy – czytałem, że ostatnio zdejmowali buciki z ogrodzeń kościelnych, powieszone tam jako znak protestu przeciwko pedofilii. Poza tym podgrzewają patriotyzm romantyczny, wspierają lansowaną przez władzę wersję historii. Tylko to może się źle skończyć.

Dlaczego historia w tej sprawie nas niczego nie uczy?
Uczy ludzi myślących, ale my żyjemy w czasach radykalnej bezmyślności. Myślenie boli, wymaga podejmowania decyzji, a jak ktoś nie chce tego robić, to zwalnia się z myślenia i nie chce wyciągać wniosków. Tak jest łatwiej. Dlatego

niektórzy żyją w kłamstwie, aby mieć spokój. Dlatego PiS zmienia język, a to jest właśnie efekt bezmyślności.

PiS to wyczuł.
Jestem im w stanie oddać to, że narzędzi współczesnej polityki używają bardzo sprawnie. Choćby to, że esencja polityki PiS-u polega na tym, że dokonują pełzającej rewolucji za zasłoną pomocy socjalnej. Większość oczu zatrzymuje się na tej zasłonie i nie widzi, co jest za nią, a tam dokonuje się właściwa polityka, do której docierają tylko krytycznie myślący.

Dlaczego władza chce „rozwalić” nasz świat?
To jest sprawa jednego człowieka, który wyznacza to, jak członkowie „dobrej zmiany” myślą, co robią, jak kłamią. Tam nikt nie może się wyłamać. Chyba nawet jak śpią to się boją, by nie mieć niewłaściwych snów. Dlaczego właśnie taki kształt polityki pasuje prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu? Należałoby zapytać psychoanalityka. Albo myśli historycznie i chce stworzyć nowy rodzaj mitu Polski opartego na nowych bohaterach mitycznych, historii i patriotyzmie, albo buduje politykę, która jest efektem nieprzeżytej żałoby.

Ta polityka jest absolutną destrukcją elit i instytucji elitarnych i to destrukcją ośmieszającą. Wydaje mi się, że czasami zza kotar centrali władzy słychać ironiczny śmiech.

Do śmiechu będzie im także, jak wyrzucą nas z UE? To w ogóle realne zagrożenie?
Oni liczą na to, że będzie tak jak w przypadku Węgier – zrobimy swoje, a i tak nas nie wyrzucą. Widać, że władza chce mieć następną kadencję i większość, która pozwoli zmienić konstytucję. To jest następny etap. Dopiero wtedy zrealizuje się model „prawdziwej” Polski.

Jak namawia pan ludzi do udziału w wyborach?
Liczy się postawa każdej jednostki, każdy głos. Zsumowane dają skalę. Pamiętam, że jak byłem dzieckiem i mama upiekła na Święta Bożego Narodzenia indyka, to był rarytas. Dzieci podchodziły i skubały, jedno przed drugim, bo przecież jak jedno skubnie, to się nic nie stanie. A jak przyszło do obiadu, to indyka prawie nie było. Nie można myśleć tylko skalą swojej własnej osoby. To cały czas powtarzam.

Może dojść do tego, że to ulica obali władzę? To będzie straszak, który zadziała na Jarosława Kaczyńskiego?
Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby miliony wyszły na ulice… Nie wykluczam tego, ale nie ukrywam, że to nie jest kierunek, który będę popierał. Zdecydowałem się wejść do polityki po to, aby prowadzić dialog, oczywiście z tymi, z którymi da się rozmawiać.

Wszyscy powinniśmy mieć świadomość tego, że będziemy musieli żyć na tej samej ziemi. Można próbować rozmawiać.

Pan próbuje?
Będę próbował. Na portalach społecznościowych też rozmawiam z tymi, którzy chcą rozmawiać. Ale jak widzę, że ktoś jest zaślepiony, to argumenty będą go tylko jeszcze bardziej rozwścieczać. Wtedy rozmowa nie ma sensu. Rozmowa zakłada pewne otwarcie, skupienie na rozwiązywaniu problemów, a nie destrukcji państwa i wymianie kadr.

Waldemar Mystkowski pisze o powracającym Kaczyńskim.

Musi stać się prawo i sprawiedliwość, aby ten promotor upadku Polski odpowiedział za czyny swoje i tych, którymi się wysługuje.

Co z Jarosławem Kaczyńskim? Niedługo dowiemy się, ile jest w nim Breżniewa (mam na myśli genseka, który występując na Placu Czerwonym, był poruszany jak pacynka). Niedługo, czyli w najbliższą niehandlową niedzielę, którego to dnia po mszy świętej na konwencji PiS prezes wygłosi przemówienie programowe.

Najpierw tę nowinę ogłosił protoplasta postaci Mariusza z „Ucha prezesa”, znany powszechnie jako Mariusz Błaszczak. Potwierdziła Beata Mazurek, znana z tego, że jej najbliższy przyjaciel partyjny Ryszard Terlecki wybiera dla niej suknie w butikach, nawet podała miejsce i dokładny czas akcji: „o godz. 12.00 w Warszawskim Centrum EXPO”.

Z kolei szef sztabu wyborczego PiS na tę kampanię Tomasz Poręba, którego naród poznał bliżej kilka dni temu, bo wpisał się w kroniki medialne, odzywając się do dziennikarza TVN24: – „Odejdź stąd, powiedziałem ci coś, tak? Szczylu jeden”. Nie od rzeczy Porębę należy nazywać ksywką Szczyl. Oto podał filozofię kampanii PiS, godną samego Stanisława Barei z „Misia”, iż partia Kaczyńskiego w samorządach będzie występowała jako opozycja przeciwko „totalnej opozycji”: – „Występujemy z pozycji właśnie partii opozycyjnej w regionach, ponieważ nie rządzimy w 15 na 16”.

Poręba zatem wskazał, co jeszcze dla PiS zostało do zdemolowania – mianowicie 15 województw. Polska jest zniszczona na poziomie centralnym, prawnym i mediów publicznych. PiS-owi potrzebne są sejmiki do dokończenia dzieła zniszczenia.

Wracając do naszego „barana” (za Szekspirem: wracając do tematu) Kaczyńskiego. Jego podręczna (dama do towarzystwa) Joachim Brudziński nie będzie mogła użyć Photoshopa. Raczej w używaniu będzie pani od make-up, będzie miała ręce pełne roboty, aby twarzy prezesa przywrócić używalność.

Prezes ma już pierwszy sukces, od kiedy zachorował na kolano. Oto poszła do Gdańska iskrówka, aby Karol Guzikiewicz, z Solidarności w Stoczni Gdańskiej, wstrzymał się przed odsłonięciem tablicy pamiątkowej w rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych, iż w „sierpniu 1988 roku strajkowali razem ze stoczniowcami o przywrócenie NSZZ Solidarność śp. Lech Aleksander Kaczyński oraz premier RP Jarosław Kaczyński”. Czy prezes posłuchał Władka Frasyniuka, który zareagował na dictum Guzikiewicza: – „Jarek pierdo…isz, nie było cię tam”? Wątpliwe! Wygrany jest Guzikiewicz, który może wystawić tablicę na Allegro i zgarnąć sporą kasę.

Oczywiście, w niedzielę prezes potwierdzi stanowisko PiS w sprawie wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE, bo Mateusz Morawiecki sam by z siebie nie wydukał, że w razie niekorzystnego wyroku dla PiS jego rząd nie zastosuje się do orzeczenia. Na tyle premier nie jest odważny.

W jakiej pogardzie Kaczyński ma instytucje Unii Europejskiej zależy od jego kondycji psychofizycznej, wszak „mordy zdradzieckie, gorszy sort, element animalny” formułował w lepszych zdrowotnych czasach. A że prezes popluje na Brukselę jest pewne, jak amen w jego niedzielnym pacierzu. Niech Frans Timmermans i Donald Tusk nie martwią się, jeżeli dawka jadu będzie mniejsza niż zwykle. Usprawiedliwieniem jest to, że prezes wchodzi w etap Breżniewa.
Może też dowiemy się więcej o spowinowaceniu Kaczyńskich i Morawieckich, na ślad pokrewieństwa tych rodzin wpadł genealog Marek Jerzy Minakowski. Zastanawia mnie, dlaczego ów Minakowski nie znalazł związków rodzinnych także z Andrzejem Dudą, wszak związki nie tylko krwi łączą wszystkich łajdaków, takich w Polsce szlacheckiej nazywano swojsko – zaprzańcami.

W każdym razie w sferze publicznej ma ożyć prezes Kaczyński, sprawca demolowania Polski, Łazarz – że tak go nazwę. Musi stać się prawo i sprawiedliwość, aby ten promotor upadku Polski odpowiedział za czyny swoje i tych, którymi się wysługuje.

W tyłku PiS. Już zaczęło się urządzanie w tym smrodzie skansenu

Zwykły wpis

PROF. RZEPLIŃSKI: RZĄDZĄ NAMI TCHÓRZE

>>>

Opłaciło się. Dwa lata temu w przededniu Święta Niepodległości osobiście zrzucał ze śmigłowca kolorowe papierki na głowę wiceministra MSWiA Jarosława Zielińskiego w Augustowie. Było pięknie, było świątecznie i radośnie …Dlatego pewnie nadkomisarz Maciej Zakrzewski w nagrodę ma teraz zostać dyrektorem Biura Prewencji w Komendzie Głównej Policji. Biuro to – jak podkreśla TVN24 – sprawuje nadzór nad największą i najważniejszą częścią policji, czyli wszystkimi funkcjonariuszami, którzy wychodzą każdego dnia na patrole.

Z przecieków z KGP wynika jasno, iż kandydatura Zakrzewskiego nie spotkała się z radosnym przyjęciem w policyjnej centrali. Funkcjonariusze pamiętają mu nie tylko akcję ze zrzucaniem konfetti, ale totalny brak sukcesów w walce z rasistami atakującymi obcokrajowców w Białymstoku.

Podobno w 2013 r. Maciej Zakrzewski był szefem pionu patrolowego w Komendzie Miejskiej Policji w Białymstoku. Ówczesny minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz zapowiedział ostrą walkę z lokalnym środowiskiem skinheadów, ale sukcesów w tej walce niestety nie odnotowano.

A nawet odwrotnie: policjant Zakrzewski zainkasował wielki łomot od młodych mężczyzn, a lokalne media informowały wówczas, iż po pijanemu wdał się z nimi w awanturę.

Nie wiadomo kto komu zrobił większą „niespodziankę”: PiS w ostatniej chwili wrzucając poprawki do porządku obrad Sejmu, czy przerywając urlop Pierwsza Prezes SN M. Gersdorf. Przewidując, że rządzący będą chcieli przepchnąć poprawki do ustaw sądowych prezes Gersdorf od wtorku jest na stanowisku. Czy będzie to miało jakiekolwiek znaczenie, dopiero zobaczymy.

Decyzje o wprowadzeniu nowych przepisów mających ułatwić przejęcie Sądu Najwyższego i spacyfikować niepokornych sędziów poprzedziły obrady klubu PiS w nomen omen… Sali Kolumnowej. Zgodnie z nocną informacją zamieszczoną na stronie sejmowej już w najbliższy czwartek Sejm będzie rozpatrywał nowelizację ustawy „Prawo o prokuraturze oraz niektórych innych ustaw”.

Nowelizacja pozwala PiS powołać „swoich” sędziów bez względu na tryb odwoławczy i liczbę kandydatów. To spośród nich może zostać wybrany nowy Pierwszy Prezes. Co ważne, według praw uchwalonych przez PiS sędziami SN mogą zostawać m. in. prokuratorzy i radcy prawni.

Wszystko będzie przebiegać – jak to w PiS – w tempie furioso, bo posiedzenie potrwa tylko do piątku i ma być ostatnim przed wakacjami. Potem już tylko komisja sprawiedliwości, ekspresowy Senat i dokument ląduje na biurku prezydenta. Głowa państwa jednym „pociągnięciem pióra” otworzy drogę do wybrania „swojego” prezesa Sądu Najwyższego.

Projekt został „wrzucony” do Sejmu 11 go lipca przez grupę posłów PiS – podaje „Gazeta Wyborcza”. Przypomina, że jest to piąta już nowelizacja przepisów regulujących wybór nowych sędziów SN. Ta pozwoli przełamać opór środowiska sędziowskiego, które nie zgadza się na niekonstytucyjne przerwanie 6 letniej kadencji I Prezes Małgorzaty Gersdorf.

Na razie nikt z obecnych sędziów SN nie chce objąć po niej funkcji. Aby utrudnić PiS–owi bezprawne manewry, sędziowie z innych sądów chcieli masowo zgłaszać swoje kandydatury do SN, a po ich odrzuceniu odwoływać się. Liczyli, że w ten sposób – wywołując chaos i grając na czas –  dotrwają do momentu, gdy unijny trybunał w Strasburgu wyda orzeczenie czy zmiany w polskim sądownictwie są zgodne z prawem UE.

Wiec na zakazanej ziemi. Po co idziemy pod Sejm

Między innymi po przyzwoitość, prawa człowieka, wolne wybory. Po poczucie, że jeśli nawet nie obronimy Sądu Najwyższego, zrobiliśmy, co było w naszej mocy – Ewka Błaszczyk o tym, dlaczego 18 lipca trzeba pójść pod Sejm, i po co

Na 18 lipca zapowiedzieliśmy wiec na „zakazanej ziemi” – na ogrodzonym barierkami i policyjnym kordonem terenie wokół Sejmu. Tylko tam, nie chcemy dostać się do budynków. Sejm musi pracować w spokoju.

Żądamy natychmiastowej realizacji zaleceń Komisji Europejskiej!

Wejście na „zakazaną ziemię” jest zgodne z prawem. Mamy w tej sprawie dwa prawomocne wyroki sądów RP. Na „zakazaną ziemię” wejdziemy w asyście parlamentarzystów. Jeżeli zostaniemy zatrzymani, będzie to oznaczało jawne łamanie prawa. Po co to robimy – wyjaśnia Ewka Błaszczyk:

Sejm. Po co?

Po Konstytucję i z Konstytucją RP. Najwyższe prawo Rzeczypospolitej nie jest doskonałe i nie zostało w 1997 roku przyjęte w referendum z powszechnym poparciem Polaków. Po wprowadzeniu wielu niekonstytucyjnych ustaw przez obecną władzę, jest jednak ostatnim strażnikiem naszych praw – praw człowieka i obywatela.

Po realizację jej zapisów gwarantujących nam wolność zgromadzeń, publiczny, pokojowy spór i wolność wyrażania poglądów.

Po żądanie cofnięcia bezprawnych zakazów wejścia na teren Sejmu, wydanych na mocy zarządzenia Marka Kuchcińskiego, wyegzekwowanie treści artykułów najwyższego prawa RP mówiących o tym, że wszyscy są wobec prawa równi, wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne i nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny oraz że każdy znajdujący się pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej korzysta z wolności i praw zapewnionych w Konstytucji.

Po żądanie nowelizacji niekonstytucyjnych ustaw sądowych – o ustroju sądów powszechnych, o Krajowej Radzie Sądownictwa i o Sądzie Najwyższym.

Po wolne wybory.

Po gwarancję sprawiedliwego rozstrzygania skarg kasacyjnych.

Po apolityczną wykładnię zasad ustrojowych i wolną od nacisków jakiejkolwiek władzy kontrolę sądownictwa powszechnego.

Po bezstronne opiniowanie ustaw i innych aktów normatywnych, co staje się szczególnie ważne w sytuacji sprowadzenia Trybunału Konstytucyjnego do narzędzia obecnie rządzącej partii. TK de facto nie istnieje.

Na zakazanej ziemi. Zwyciężyliśmy na Trzemeskiej, możemy zwyciężyć na Wiejskiej

Po przyzwoitość.

Po poczucie, że jeśli nawet nie obronimy Sądu Najwyższego, zrobiliśmy, co było w naszej mocy.

Po, jakkolwiek pompatycznie to brzmi, Polskę. To ostatni dzwonek, bo jeśli ta władza przeprowadzi ostateczną, polityczną czystkę w Sądzie Najwyższym i obsadzi go partyjnymi nominatami, nie będziemy mogli już mówić w naszym kraju o demokracji – ona nie istnieje bez prawa obywatela do sprawiedliwego, niezawisłego sądu.

Po prawa człowieka więc. To są nasze prawa – wszystkich i każdego z osobna.

Przyjdźcie. Po to wszystko.

Ewka Błaszczyk

**Bądź przed Sejmem 18 lipca od rana. Zostań do wieczora. Słuchaj wiadomości – obrady Sejmu mogą się zacząć jeszcze 17 lipca. Walka o praworządność z pewnością potrwa.