Tag Archives: Igor Stachowiak

Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym

Zwykły wpis

>>>

– Mateusz Morawiecki wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego, a on nie cofnie się o krok – mówi polityk PO Borys Budka.

(fragmenty)

Rzeczpospolita: W październiku nie będzie trzeciego wysłuchania Polski w ramach procedury z art. 7 traktatu unijnego. Czy to może oznaczać, że Komisja Europejska docenia próbę dialogu podjętą przez premiera Mateusza Morawieckiego z prof. Małgorzatą Gersdorf?

Borys Budka, wiceszef PO, b. minister sprawiedliwości:Jestem przekonany, że już nikt w Europie nie wierzy rządowi PiS. Wielokrotnie oszukiwano naszych unijnych partnerów, że w Polsce prowadzony jest dialog, gdy tak naprawdę przystępowano do kolejnych etapów demontażu niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wybrała prostszą – z punktu widzenia politycznego – procedurę przekazania rozstrzygnięcia spraw przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Wybije tym samym z rąk eurosceptyków, że KE działa w sposób polityczny. Zaczeka na rozstrzygnięcie TSUE.

Premier spotkał się z I prezes SN i sondował jej gotowość do kompromisu. Rozważany wariant to pozostawienie prof. Gersdorf oraz danie najstarszym sędziom SN wyboru, czy chcą dalej sądzić, czy też przejść w stan spoczynku na atrakcyjnych finansowo warunkach. Taki kompromis Morawiecki zaproponował też nieoficjalnie Komisji Europejskiej. PiS jest gotowe do ustępstw ws. zmian w Sądzie Najwyższym?

Powiem brutalnie: nie wierzę w ani jedno słowo Morawieckiego. Nie ma chyba dnia, by nie posłużył się kłamstwem bądź manipulacją. Jego spotkanie z prezes Gersdorf to była klasyczna „ustawka”, próba mydlenia oczu opinii publicznej.

Wydaje się, że KE pozytywnie przyjęła chęć porozumienia.

Premier po raz kolejny próbował grać na czas, by metodą faktów dokonanych przeforsować upolitycznienie Sądu Najwyższego. Ale nie mam też złudzeń, to nie premier podejmuje strategiczne decyzje. On tylko wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego. A ten nie cofnie się o krok.

(…)

PiS reformą sądów wyprowadza Polskę z UE?

Nie ma i nie było żadnej reformy sądownictwa. To, co się dzieje od blisko trzech lat, to budowa systemu jednolitej władzy państwowej, takiego PRL-bis, w którym nie ma niezależnego wymiaru sprawiedliwości, a wszelka władza skupiona jest w rękach polityków opcji rządzącej. Doprowadzono do stanu niepewności prawnej, rozchwiania systemu sądowniczego, obniżono diametralnie poziom zaufania do sądów. Brak jest kontroli konstytucyjnej, a postępowania sądowe uległy wydłużeniu.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że PiS dąży do polexitu?

Zmiany dokonywane przez PiS w sądownictwie są sprzeczne z europejskimi standardami i jeśli nie zostaną powstrzymane, prędzej czy później Polska opuści Unię Europejską. I nie pomogą żadne pohukiwania polityków PiS. Polska oceniana jest nie przez pryzmat rządowej propagandy sączącej się z tzw. mediów publicznych, a realne działania podejmowane przez ten rząd.

Jak się skończy sprawa zmian w polskim sądownictwie przed TSUE?

Mam nadzieję, że jak najszybciej i z pozytywnym skutkiem dla Polski. Czyli przegraną rządu. Bo to również należy podkreślać.

Sąd Apelacyjny zdecydował, że Mateusz Morawiecki musi przeprosić za wypowiedź o tym, że za rządów PO nie budowano dróg i mostów.

Dla mnie ten wyrok to „oczywista oczywistość”. Nie może być przyzwolenia na tak ordynarne kłamstwa ze strony premiera i twarzy PiS-owskiej kampanii wyborczej. Liczę, że będzie stanowił zimny prysznic dla Morawieckiego, że jednak podlega on niezależnej kontroli i drugi raz PiS nie wygra wyborów na kłamliwej narracji i manipulacji. Ale ta sprawa jest dowodem na to, jak ważne są niezależne od władzy wykonawczej sądy.

(…)

Co dla PO oznaczałaby przegrana w stolicy?

Wymiar symboliczny ma oczywiście walka o Warszawę. Tu PiS-owski kandydat nie ma żadnych zahamowań. Obietnice bez pokrycia, manipulacja oraz próba kreowania się na polityka umiarkowanego, to tylko pokazuje, że stosuje on zasadę „wszystkie chwyty dozwolone”. Do tego absolutnie niedopuszczalne i w mojej ocenie sprzeczne z prawem zaangażowanie mediów publicznych w tę kampanię jest dowodem determinacji obozu władzy, który jak ognia boi się porażki. Oczywiście tak ustawiana narracja to celowy zabieg rządzących. PiS próbuje przykrywać bardzo niewygodne dla siebie tematy.

(…)

Powtórzę, czy to nie są tematy na wybory parlamentarne, a nie samorządowe?

Ale po raz pierwszy wybory samorządowe nie będą miały tylko charakteru lokalnego. Wierzę, że będą stanowiły przełom. Dzięki dobremu wynikowi Koalicji Obywatelskiej i innych ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich pokażemy Polakom, że ten wyborczy maraton wygramy i już za rok rządy „złej zmiany” przejdą do historii.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że podczas procesu policjantów oskarżonych o znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem prokuratura nie jest zainteresowana ujawnieniem mechanizmów, które sprawiły, że możliwe było torturowanie na policji oraz doprowadzenie do śmierci zatrzymanego. A dla prowadzących sprawę wszystko zostało wyjaśnione w trakcie śledztwa.

Ponad 30 tomów liczą akta w procesie policjantów oskarżonych o przekroczenie uprawnień i fizyczne oraz psychiczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem, który zmarł kilka godzin po tym, jak z wrocławskiego Rynku przewieziono go na Komisariat Policji Wrocław Stare Miasto przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.

Podczas śledztwa ustalono, że policjanci leżącego na ziemi w toalecie i skutego kajdankami 25-latka razili paralizatorem, wyzywali i szarpali. Mimo że materiał dowodowy jest obszerny, wciąż nasuwa się wiele pytań. Czy policjanci słusznie odpowiadają tylko za przekroczenie uprawnień i znęcanie się? Co stało się z monitoringiem z komisariatu przy Trzemeskiej? Jak z użycia paralizatora szkoleni są funkcjonariusze? Dlaczego zastępca komendanta, który był na komisariacie, nie zareagował na to, co działo się piętro niżej? Nie słyszał krzyków męczonego Igora? Niestety, tych pytań nie zadają przedstawicielki prowadzącej sprawę poznańskiej prokuratury.

PILNE: Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym #ASZdziennik

Hairwald

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za…

View original post 1 202 słowa więcej

PiS-owscy ministrowie nie chcą oddawać nagród

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki na unijnych szczytach wypada znacznie gorzej niż Beata Szydło.

Jeśli za powołaniem Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera stała chęć poprawienia notowań Polski na arenie międzynarodowej, to po 100 dniach można mówić o kompletnym niepowodzeniu tego planu.

Załagodzenie konfliktu z Brukselą w przeddzień bardzo ważnych dla Polski negocjacji o nowym unijnym budżecie miało być jednym z głównych powodów odwołania Beaty Szydło ze stanowiska premiera i zastąpienie jej Morawieckim. Zabieg się nie udał. Wydało się, że nowy szef rządu nie dostał od prezesa Jarosława Kaczyńskiego żadnego pola manewru w sprawie procedury praworządności. Ale nie tylko to. Zaskakująco słabe okazało się też rozeznanie Morawieckiego dotyczące strategii postępowania i zabiegania o nasze interesy na forum UE. W efekcie po raz pierwszy od lat Polska nie została zaproszona na szczyt strefy euro, który zaplanowano na najbliższy piątek.

A ma on przecież debatować o reformach, które będą miały konsekwencje również dla naszego kraju. – Z poprzedniego szczytu euro Morawiecki nagle wyjechał (bo spieszył się na opłatek PiS w Sejmie – red.). Przekazał prawo głosu Orbánowi, ale ten w ogóle się nie wypowiadał. No to Emmanuel Macron zaproponował, żeby następny szczyt strefy euro odbył się już w gronie 19 państw – mówi „Rzeczpospolitej” nieoficjalnie unijny dyplomata.

Tym samym wielkie osiągnięcie rządu premiera Tuska, czyli żadnej dyskusji o strefie euro bez państw, które są zobowiązane do przyjęcia wspólnej waluty, zostało zaprzepaszczone. W przyszłości Polska będzie się musiała dostosowywać do decyzji, do debatowania nad którymi nie została dopuszczona.

Z naszych informacji wynika, że wystąpienia polskiego premiera na posiedzeniach Rady Europejskiej nie wnoszą niczego nowego. Były nadzieje na zmianę, bo nieco prowincjonalną polityczkę miał zastąpić znający języki obce bankier.

Ale na razie wypada on gorzej na unijnych szczytach niż Beata Szydło. Może dlatego, że ważnym elementem dobrego przygotowania i forsowania swoich interesów na tym forum są kontakty z przewodniczącym Rady Europejskiej. To on decyduje o agendzie spotkania, to on konsultuje się ze wszystkimi przywódcami i może podszepnąć, jak przedstawić swoje racje.

Beata Szydło, do czasu słynnego posiedzenia Rady, które decydowało o reelekcji Donalda Tuska, regularnie rozmawiała z byłym polskim premierem. Morawiecki unika go jak ognia. Nie odpowiedział na zaproszenie do spotkania, zawarte w liście gratulacyjnym. Ani już na to bezpośrednio przedstawione mu w kuluarach jednego ze szczytu. – Najpierw zaakceptował, ale po nerwowych telefonach się wycofał – mówi nam osoba z otoczenia Tuska. To rzecz niebywała w UE, gdzie wszyscy członkowie Rady Europejskiej, szczególnie ci nowi, spotykają się z Tuskiem.

Morawiecki od początku natomiast zaangażował się w dialog z przewodniczącym innej ważnej unijnej instytucji – Komisji Europejskiej. Spotkał się już dwukrotnie na dłuższą rozmowę z Jeanem-Claude’em Junckerem, on sam i minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz rozmawiali też z Fransem Timmermansem, odpowiedzialnym za prowadzoną przeciw Polsce procedurę o naruszenie praworządności.

Z dzisiejszej perspektywy trudno ocenić, jaki był cel tych ożywionych kontaktów. Czy Morawiecki miał nadzieję, że same miłe rozmowy skłonią Komisję do zmiany oceny sytuacji w Polsce? Czy to, że w międzyczasie Jarosław Kaczyński zgodzi się na niektóre zmiany w ustawach sądowniczych, które postuluje Komisja? Czy też, że podziałają groźby wzrostu eurosceptycyzmu w polskim społeczeństwie w reakcji na ewentualne restrykcje ze strony Brukseli? A może liczył, że przekona państwa członkowskie do ominięcia Komisji i wejścia w bezpośrednie rozmowy między stolicami, w których ważniejsze od eksperckiej analizy sądownictwa w Polsce byłyby polityczne interesy? Jakiekolwiek były jego kalkulacje, nie sprawdziły się. – Dobrze, że jest dialog, ale żeby miał sens, to muszą być konkrety – powtarzał Timmermans.

Tymczasem polski rząd nie zaproponował żadnych zmian w ustawach. Przedstawił białą księgę polskich reform, którą miał nadzieję przekonać wszystkich o sensie zmian w Polsce. Pogorszył jednak sytuację poprzez porównania nowych polskich rozwiązań do rzekomo analogicznych stosowanych w innych państwach UE. Takie kraje, jak: Niemcy, Francja czy Hiszpania, wprost mówiły, że zawarte tam informacje są w najlepszym razie niepełne, a nawet fałszywe. Timmermans, który uczestniczył we wtorkowej dyskusji ministrów na temat Polski, przyznał, że te porównania nie zostały dobrze przyjęte. – Procedura wynikająca z artykułu 7.1 będzie kontynuowana – potwierdził Holender. W najbliższych dniach Komisja oceni polską odpowiedź na jej rekomendacje, ale ponieważ konkretów nie ma, to sprawa wróci 12 kwietnia na radę unijnych ministrów. I w końcu dojdzie do głosowania o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Wszystko to źle rokuje perspektywie dyskusji nad kluczowymi dla Polski sprawami, jak budżet, Nord Stream 2 czy delegowanie pracowników w transporcie międzynarodowym.

O podobnej klęsce można mówić w relacjach z innymi polskimi strategicznymi partnerami, USA i Izraelem, spowodowanej ustawą o IPN. I znów z pewnością część problemu wynika z braku samodzielności premiera, który – choćby nawet chciał – nie ma żadnych możliwości wpływania na decyzje PiS, a w tej konkretnej sprawie do zmian nie jest chętny Jarosław Kaczyński. Ale część winy ponosi osobiście Morawiecki swoją niefortunną wypowiedzią z konferencji w Monachium, gdzie mówił o współsprawcach Żydach. Jego legendarne obycie i talent dyplomatyczny, wyniesiony jakoby z pracy w międzynarodowym banku, okazały się mitem. Pozycja Polski na arenie międzynarodowej nigdy nie była taka zła. I premier ponosi za to część odpowiedzialności.

Minister Jacek Czaputowicz nie ma możliwości prowadzenia samodzielnej polityki. Nie ma też do tego kadr. Dyplomacja została przetrzebiona, a resort spraw zagranicznych stoi przed groźbą czystki.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wygłosił wczoraj w Sejmie mowę pogrzebową o?polskiej polityce zagranicznej. Trzy miesiące temu zastąpił żeglującego myślami w okolicach San Escobar Witolda Waszczykowskiego, co nawet w PiS przyjęto z ulgą. Wczoraj szef MSZ starał się rzeczywistość pudrować, jednak nawet uszminkowany trup pozostał trupem.

Odbędzie się przesłuchanie trzech świadków w śledztwie dotyczącym Lecha Wałęsy. Chodzi o sprawę podrobienia przez Służby Bezpieczeństwa podpisu byłego prezydenta pod teczkami TW „Bolka” – informuje Radio ZET.

Gdański sąd postanowił wznowić umorzone śledztwo, w reakcji na zażalenie Lecha Wałęsy.

Nazwiska świadków nie są upublicznione, ale prawdopodobnie chodzi o osoby, które współpracowały z byłym prezydentem kilka lat po złożeniu przez niego rzekomego podpisu – podaje radio.

Śledczy IPN mają wystąpić do Instytutu Ekspertyz Sądowych o opinię grafologa.

„Ja tej sprawy nie zostawię w ten sposób. Ja jestem przekonany, że na tym komisariacie zabito mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – zapowiedział Maciej Stachowiak, ojciec Igora. „Według prokuratury – policjanci nie odpowiadają za spowodowanie śmierci Igora Stachowiaka”.

Ojciec Igora uważa, że jego syn był torturowany na komisariacie. Nie tylko on tak myśli – powoływał się na opinie swoich pełnomocników, środowiska prawniczego i wreszcie wszystkich, którzy zobaczyli wyemitowany w TVN24 reportaż Wojciecha Bojanowskiego. – „Ja jestem osobą pokrzywdzoną i może rzeczywiście chciałbym, żeby wiele rzeczy było po mojej myśli, ale to chodzi o obiektywne spojrzenie na sprawę i naprawdę rzetelne zapoznanie się z materiałami. Jest przecież film, który się sam broni – tu nie trzeba fachowców” – powiedział Maciej Stachowiak w rozmowie z Polską Agencja Prasową.

Jego zdaniem, to, co stało się na komisariacie powinno być uznane za co najmniej znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Uważa, że śledczy wybiórczo potraktowali zebrany w sprawie materiał dowodowy. – „Prokuratura nie wzięła m.in. zupełnie pod uwagę użycia wobec mojego syna gazu. Ta sprawa wyszła na jaw dopiero po roku, jak wnioskowałem o takie badania, a teraz prokuratura zupełnie pomija ten fakt. Ja tego nie rozumiem; albo są tak duże naciski, albo chyba prokurator prowadząca sprawę nie ma na to wpływu” – stwierdził.

Maciej Stachowiak dodał, że nie był przez prokuratorów informowany o tym, co dzieje się w śledztwie w sprawie śmierci jego syna. O większości spraw dowiadywał się z mediów. – „Nie chcieliśmy mówić żadnego złego słowa, czekaliśmy na wyniki pracy prokuratury, ale tutaj jest mnóstwo niedomówień i rzeczy, które są dla mnie karygodne” – powiedział.

Rodzina Igora chciała, żeby prokuratorzy oskarżyli byłych policjantów o nieumyślne spowodowanie jego śmierci. Maciej Stachowiak nadzieje na odpowiednie potraktowanie pokłada w sądzie. – „My liczymy, że trafimy na sąd, który będzie chciał tę sprawę wyjaśnić, pomóc nam, bo dla nas najważniejsze jest ukaranie winnych tych nadużyć i śmierci mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – podkreślił ojciec Igora Stachowiaka.

Polska Grupa Zbrojeniowa – zanim została przejęta przez Antoniego Macierewicza – przynosiła zyski. Tworzy ją blisko 60 spółek, zatrudniających blisko 20 tys. osób. Nominaci byłego ministra obrony spowodowali, że po raz pierwszy od lat poniosła stratę. Może chodzić nawet o 40 mln zł – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Po dymisji Macierewicza rozpoczęto więc akcję „ratowania” PGZ. Wymieniono radę nadzorczą i zarząd (można przypuszczać, że wypłacono im niezłe odprawy). Nowym prezesem został Jakub Skiba, były prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

To nie koniec zmian – do „ratowania” PGZ skierowano… harcerzy. Do zarządu powołano właśnie kolejnych członków Pawła Pelca i Michała Kuczmierowskiego – obaj to działacze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Kuczmierowski ma też inne „zasługi” – w kwietniu 2010 r. przed Pałacem Prezydenckim ustawił krzyż w miejscu, gdzie po katastrofie smoleńskiej składano znicze. Założył grupę „Polsce i Bliźnim”, która miała tego krzyża bronić. Pelc z kolei w przeszłości doradzał prezesowi NBP z nadania PiS Sławomirowi Skrzypkowi, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

„GW” opisuje złą kondycję finansową PGZ i podaje przykład zakładów Mesko w Skarżysku-Kamiennej, produkujących m.in. rakiety przeciwlotnicze. Niedawno związki zawodowe otrzymały informację o 50-mln deficycie. Związkowcy mówią, że takiego wyniku finansowego „najstarsi górale nie pamiętają”.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja w funduszu MARS, który – według Macierewicza – miał „podnieść z kolan” polski przemysł stoczniowy, kupując m.in. nabrzeże w Szczecinie. Miały tam powstawać okręty podwodne, a na uroczystości z udziałem ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego położono stępkę pod supernowoczesny prom. Statek jednak nie powstał, a stępkę… ukradziono. Fundusz MARS w ubiegłym roku miał przeszło 100 mln zł straty netto.

No, ale trudno się dziwić, skoro Macierewicz prezesami i członkami zarządów niemal wszystkich kluczowych spółek uczynił m.in. pracowników domów kultury, radnych, a nawet właściciela sklepu akwarystycznego. „GW” przypomina skandal, związany z próbą umieszczenia w zarządzie PGZ Radosława Obolewskiego, współwłaściciela apteki Aronia w Łomiankach, i powierzenie protegowanemu Macierewicza Bartłomiejowi Misiewiczowi stanowiska pełnomocnika zarządu ds. komunikacji w PGZ.

Poseł Marek Jakubiak – jak pozostali posłowie i posłanki – otrzymuje z Sejmu 174 tys. złotych rocznie na utrzymanie i koszty działalności biura poselskiego.  Ma też oryginalny pomysł, jak je wydatkować, jak czytamy w portalu WP. – „Pan poseł wydaje gazetę, pojawiają się tam jego ogłoszenia, artykuły na temat jego działalności itp., to wszystko jest opłacane ze środków na funkcjonowanie jego biura, czyli płaci sam sobie. W ten sposób dochodzi do transferu publicznych pieniędzy do spółki, w której ma on udziały” – ujawnia portalowi jeden z posłów Kukiz’15. „Tygodnik Ilustrowany” ukazuje się w nakładzie 10-15 tys. egzemplarzy. Wydaje go spółka BRJ Media, biznes założony przez Jakubiaka w 2014 roku i wchodzący w skład grupy Browary Regionalne Jakubiak. Wydawcą i redaktorem magazynu jest współpracownica posła.

Fotografie posła można znaleźć w każdym wydaniu „Tygodnika Ilustrowanego” w Ciechanowie, niezależnie od okazji. A to z okazji 8 marca życzy kobietom wszelkiej pomyślności, to znów zaprasza na spotkanie i debatę o Polsce; informuje, że chce powołania komisji śledczej, albo że Kukiz’15 będzie liderem wyborów samorządowych itd. Ma prawo, to jego pismo, ale wydatki na „korespondencję i ogłoszenia”, czyli promocję własnej osoby poseł opłaca publicznymi pieniędzmi. Wirtualna Polska sprawdziła, że poseł Jakubiak to faktycznie jeden z sejmowych liderów w tej dziedzinie. Wydaje na nie 24,5 tys. złotych rocznie. Daleko w tyle pozostają inni posłowie ze swoimi najwyżej kilkusetzłotowymi wynikami, w tym Jarosław Kaczyński (wydaje 527 zł). Co na to sam poseł Marek Jakubiak? – „Dlaczego płacę za ogłoszenia w „Tygodniku”? Dlatego, że projektują, drukują, dystrybuują go ludzie, którym za to trzeba zapłacić. To jest ich praca. Pan jako dziennikarz powinien to rozumieć – odpowiada WP. Dodaje, że ogłoszenia dotyczące działalności swoich czterech biur poselskich zamieszcza w różnych mediach. – „Z ogłoszeń korzystają również inni posłowie” – zapewnia dziennikarzy.

W ekipie rządowej zarysowały się dwa stronnictwa, które mają odmienną wizję tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Jeden to były minister Antoni Macierewicz, powszechnie kojarzony ze śledztwem. Drugi – to Zbigniew Ziobro, w roli prokuratora („Kolejni „światowej sławy” eksperci zbadają katastrofę smoleńską”). W tle zaś mamy ostre starcie „Gazety Polskiej” (sympatyzującej od dawna z podkomisją Macierewicza) i tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Każdy ma swoich ekspertów i każdy będzie chciał przekonać do swojej wersji zdarzeń, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, zauważa w interesującej analizie Rafał Zychal z Onet.pl. napięcie będzie rosnąć, bo coraz bliżej do kwietniowej rocznicy, która jak sugeruje sam prezes PiS, ma jednak być pewną cezurą. Tymczasem wersji wspieranej przez Macierewicza i Ziobrę nie da się pogodzić.

„Ten propagandysta Kremla nigdy nie powinien być ekspertem prokuratury ws. Smoleńska” – alarmuje Antoni Macierewicz na Twitterze. I zarzuca, że „drugi niby ekspert z góry przesądził winę PL pilotów mówiąc, że był to kontrolowany lot ku ziemi”. Chodzi o to, że w ubiegłym tygodniu do Polski na zaproszenie zastępcy Zbigniewa Ziobry przyjechała grupa „światowej sławy ekspertów”zajmujących się badaniem przyczyn katastrof lotniczych. Tak przedstawia ich prokuratura, która chce skorzystać z ich doświadczenia. Finałem ich prac ma być ekspertyza, już druga, bo pierwsza – przypomina Onet –  napisana przez polskich biegłych, leży już od dawna na biurku śledczych. „Propagandysta” to zapewne Theodore Postol, fizyk i emerytowany profesor Massachusetts Institute of Technology, jednej z najlepszych uczelni technicznych w USA. W ostatnich latach udzielał się również jako komentator w prokremlowskich mediach – telewizji Russia Today i agencji informacyjnej Sputnik, gdzie krytykował decyzje władz USA, w tym koncepcję budowy tarczy antyrakietowej w Europie.

Drugą z osób, choć nie wymienioną z imienia i nazwiska, jest najprawdopodobniej Robert Benzon, czytamy w Onet.pl. To amerykański ekspert przez wiele lat związany z NTSB, czyli Narodową Radą Bezpieczeństwa Transportu, która zajmuje się badaniem przyczyn wypadków lotniczych. Uczestniczył między innymi w badaniu awaryjnego lądowania Airbusa A320 na rzece Hudson czy katastrof nad Lockerbie i w rosyjskim Permie. Ostatnia z wymienionych spraw służy teraz „Gazecie Polskiej” do podważania wiarygodności Benzona, poprzez sugerowanie mu powiązań z Rosją.  Dlaczego? Bo zaakceptował on ustalenia MAK, który badał katastrofę z 2008 roku i wskazał winę pilotów. Bo MAK nie wziął pod uwagę zeznań świadków, którzy twierdzili, że przed katastrofą maszyna płonęła. I wreszcie jedną z ofiar tego wypadku był doradca Władimira Putina, gen. Giennadij Troszew. Tym samym – łączy wątki „GP” – Benzon miałby być niewiarygodny w sprawie śledztwa smoleńskiego.

Swoje przy tej okazji postanowił ugrać naczelny „Gazecie Polskiej”. Pisze: „Russia Today w USA jest rejestrowana jako agentura obcego państwa. Theodor Postol ekspert wychwalany przez red. Wikło jest stałym komentatorem RT”.  Wikło to redaktor tygodnika, „Siec’ w którym pojawił się pojawił się ostatnio wywiad z zagranicznymi ekspertami, zaproszonymi przez Zbigniewa Ziobrę. – „Ostatnia fala ataków na prokuraturę i jej ekspertów, szczególnie w wykonaniu mediów bardzo wspierających podkomisję i jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza budzi niesmak. Zestaw ekspertów prokuratury budzi respekt i nie zawahałbym się użycia tych słów po raz kolejny, nawet jeśli nie podoba się to Gazecie Polskiej” – napisał Wikło. Eksperci owi będą pracować z polskimi śledczymi, a ich listę ujawnił właśnie tygodnik Sakiewicza. Słowne potyczki dziennikarzy „Gazety Polskiej” i „Sieci” to nic nowego, również w kwestiach dotyczących Smoleńska. Nie sposób jednak nie zauważyć (z ulgą), że po latach pojawiła się bardziej realna szansa na rozmontowanie smoleńskiego mitu i dostarcza jej sam obóz władzy.

To jednak nie wszystko. Pozostaje sprawa biura poselskiego. Otóż mieści się ono pod adresem Kilińskiego 8. Jest to… siedziba Browaru Ciechan, którego Jakubiak jest właścicielem. Jednym słowem, poseł zasiada za swoim własnym biurkiem albo jako poseł, albo – szef browarów. Biurko to samo, ale w pierwszym przypadku wystawia Sejmowi faktury. Co ciekawe, w tej sprawie Jakubiak stanowczo zaprzecza. – Biuro poselskie nie ponosi żadnych kosztów z tym związanych – twierdzi. Łączny koszt wynajmu lokali na cztery biura poselskie Marka Jakubiaka sięga 30 tys. zł. Jak jest naprawdę? Wprawdzie Kancelaria Sejmu dość ogólnikowo tłumaczy, jakie wydatki nie mogą być finansowane z ryczałtu na działalność biur, wskazuje „koszty działalności partii politycznych, organizacji społecznych, fundacji, klubów i kół poselskich i parlamentarnych, a także działalności charytatywnej”. Jak zauważa portal WP, intencja przepisów Sejmu jest jasna. Ryczałty służą racjonalnym i niezbędnym wydatkom poselskim, a nie do finansowania różnych naciąganych kosztów, zachcianek i prywatnych interesów. Jednak niektórzy posłowie (nie tylko za tej kadencji, jeśli przypomnieć afery z „kilometrówkami”) łamią te zasady.

PiS i Kościół mogą kobiety cmoknąć

Zwykły wpis

Prof. Magdalena Środa o głosowaniu w Sejmie ws. wprowadzenia całkowitego zakazu aborcji w Polsce.

Prof. Marcin Matczak i internauci skomentowali list prezydenta Andrzeja Dudy do sędziów.

Platforma nie odpuszcza i jak poinformował na Twitterze Paweł Olszewski razem z Cezarym Tomczykiem, „przedkładają premierowi Mateuszowi Morawieckiemu interwencję ws. legalności działań SKW po imprezie Bartłomieja Misiewicza w Białymstoku”. Pytają szefa rządu: „czy Służba Kontrwywiadu Wojskowego zabezpieczyła monitoring w nocnym klubie? Na jakiej podstawie prawnej? Co się stało z tymi nagraniami? Czy Antoni Macierewicz miał na ten temat wiedzę?”.

Komentarz opatrzono zdjęciem dokumentu, zaadresowanego do premiera. Poza meritum czytamy w nim m.in., że „po incydencie w Białymstoku słowa takie jak limuzyna, ochroniarz z Żandarmerii Wojskowej, szastanie pieniędzmi, nagabywanie studentek i proponowanie pracy każdemu, kto rozpozna kim jest – stały się znakiem rozpoznawczym ówczesnego rzecznika”.

Poseł Paweł Olszewski, wspólnie z posłem Cezarym Tomczykiem wystąpili do premiera Morawieckiego z interwencją w sprawie działań Służby Kontrwywiadu Wojskowego w sprawie udziału Bartłomieja Misiewicza w opisywanej przez Fakt imprezie. Z ich informacji wynika bowiem, że funkcjonariusze mogli zostać wykorzystani do zabezpieczenia nagrań z monitoringu z klubu nocnego, gdzie bawił się ówczesny rzecznik MON. Proszą także o udzielenie odpowiedzi na następujące pytania:

  • czy przedmiotowe nagrania z monitoringu zostały przez właściciela klubu WOW przekazane? Czy odbyło się to dobrowolnie czy po naciskach SKW?
  • czy działania SKW, związane z zabezpieczeniem monitoringu były zgodne z prawem?
  • czy doszło do przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy SKW?
  • czy SKW otrzymało kopię nagrania czy jego oryginał, a jeśli kopię, to czy SKW nakazała właścicielowi klubu zniszczenie oryginału?
  • jaka była podstawa prawna żądania wydania nagrań z monitoringu?
  • co SKW zrobiła z tymi nagraniami? Czy zostały one wykorzystane służbowo? Gdzie te nagrania obecnie się znajdują?
  • czy o podjęcie działań w zakresie zabezpieczenia nagrań naciskał Antoni Macierewicz czy była to własna inicjatywa zastępcy szefa SKW Marka Utrackiego?

Politycy Platformy Obywatelskiej domagają się, by premier odniósł się do tego skandalicznego wydarzenia.

O zabawie Misiewicza w Białymstoku informował wówczas „Fakt”. Ówczesny rzecznik MON na imprezę w klubie przyjechał luksusowym BMW, towarzyszył mu ochroniarz, którego przedstawiał jako funkcjonariusza Żandarmerii Wojskowej. Powołując się na relacje świadków, dziennik donosił, że Misiewicz miał kilkakrotnie nagabywać DJ-a, by ogłosił wszystkim, że tam jest. Miał próbować też podrywać bawiące się w lokalu dziewczyny, a jednej z nich podobno proponował pracę w MON.

W zasadzie należało się tego spodziewać. Prokuratura Okręgowa w Poznaniu zakończyła postępowanie w sprawie wrocławskich funkcjonariuszy, którzy znęcali się na komisariacie nad Igorem Stachowiakiem i zadecydowała, że nie będą oskarżeni o nieumyślne spowodowanie jego śmierci.

Do tragedii doszło 15 maja 2016 r. Zatrzymany przez policję na wrocławskim rynku Igor Stachowiak, został przewieziony na komendę. Tam – kilkakrotnie rażony paralizatorem przez policjantów – zmarł.

Tymczasem oficjalny komunikat prokuratury brzmi: – „Wyczerpująco zebrany w toku śledztwa materiał dowodowy nie daje podstaw do skierowania aktu oskarżenia w zakresie nieumyślnego spowodowania śmierci Igora S.”. Z opinii biegłych z Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi ma wynikać, że przyczyną śmierci była „niewydolność krążeniowo-oddechowa w przebiegu arytmii po epizodzie excited delirium spowodowanego zażyciem środków psychoaktywnych”. Biegli sporządzili ją w sierpniu. Przyczyną zgonu nie była sama obecność narkotyków w organizmie. Nie dało się też stwierdzić, że ucisk na szyję był „samoistną i bezpośrednią przyczyną zgonu”.

Biegli przyznają w opinii, że „obezwładnienie i unieruchomienie osoby z excited delirium dodatkowo nasila tę reakcję, co pośrednio może przyczynić się do zgonu”, jednak nie da się udowodnić z całą pewnością, że w tym wypadku te działania doprowadziły lub przyczyniły się do śmierci.

W tej sytuacji – jak wynika z najnowszego komunikatu śledczych – do sądu we Wrocławiu wpłynął akt oskarżenia przeciwko Łukaszowi Rz., Adamowi W., Pawłowi P. i Pawłowi G., którzy pełnili służbę jako funkcjonariusze Komisariatu Policji Wrocław – Stare Miasto. – „Działając wspólnie i w porozumieniu, przekroczyli [oni – przyp. red.] uprawnienia poprzez przeprowadzenie czynności przeszukania Igora S. z naruszeniem zasad wykorzystania środków przymusu bezpośredniego”– oceniła prokuratura.

Chodzi o użycie tasera przez Łukasza Rz. wobec Igora Stachowiaka – „nieproporcjonalnie do stopnia zagrożenia, jakie stwarzał swoim zachowaniem zatrzymany, a pozostali oskarżeni swoim zachowaniem umożliwili bezpodstawne użycie Tasera X2, używając nadto wobec pokrzywdzonego słów wulgarnych, uznanych powszechnie za obelżywe”. Za znęcanie się nad zatrzymanym i przekroczenie uprawnień czterem oskarżonym grozi kara do 5 lat wiezienia.

Przypomnijmy – nagranie z komisariatu Wrocław-Stare Miasto „Superwizjer” TVN wyemitował w maju 2017 r. Na pochodzącym z 2016 r. filmie z kamery umieszczonej na paralizatorze widać, jak 23-letni Igor Stachowiak wił się z bólu na podłodze policyjnej toalety. Do nagrania dotarł reporter Wojciech Bojanowski z TVN24.

W odpowiedzi na procedowany w Sejmie obywatelski projekt „Zatrzymaj aborcję” doszło dziś w stolicy do protestów i starć pomiędzy uczestnikami demonstracji a policją.

– „Sprzed budynku Uniwersytetu Warszawskiego studenci – w grupie około 100 osób – przenieśli się przed budynek Ministerstwa Zdrowia, a następnie przed kurię. Tam zaczęli mocniej pukać do drzwi, policja zaczęła odsuwać studentów. Prawdopodobnie wylegitymowano jedną osobę (dwie lub trzy – wynika ze zaktualizowanych danych), ale nikt nie został zatrzymany” – relacjonowała dziennikarka TVN24, utrzymując, że protestujący mieli napierać na bramę Pałacu. Policjanci starali się ich odsunąć od budynku. Najprawdopodobniej wtedy próbowano wylegitymować jedną z osób, co doprowadziło do szarpaniny między młodymi działaczami i funkcjonariuszami.

„Postanowiliśmy siedzieć na ziemi w ramach protestu. Okazało się, że policja próbuje nas spacyfikować, wypychać spod drzwi kurii, do której mamy prawo przyjść, tak jak kuria ma prawo przyjść do naszych domów i zakazywać nam aborcji lub kazać naszym dzieciom, młodzieży uczyć się religii” – tłumaczył Wojciech Łobodziński ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego. – „Gdy policja zaczęła nas wypychać, trzy osoby rzuciły śnieżką w drzwi kurii i wtedy policjanci użyli przemocy bezpośredniej wobec nas. Uważamy, że rzucenie śnieżką to bardzo symboliczny wymiar oporu wobec Kościoła katolickiego w Polsce” – powiedział Łobodziński.

Zgromadzeni przedstawiciele Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego w porozumieniu z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet skandowali m.in. „Wolność, równość, aborcja na żądanie!”. Na piątek zaplanowana jest kolejna odsłona Czarnego Protestu, w trakcie którego środowiska feministyczne mają wyrazić sprzeciw wobec zmian w prawie aborcyjnym.

Dziś odwołano posiedzenie sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny, która miała dalej debatować nad tą inicjatywą. Rzecznik Episkopatu opublikował komunikat, w którym wyraził niepokój z powodu tempa prac nad projektem „Zatrzymaj aborcję”.

Biskupi proszą o modlitwę w intencji ochrony prawa człowieka do życia. – „Niepokoi fakt przedłużania się prac parlamentarnych nad obywatelskim projektem ustawy „Zatrzymaj aborcję”” – podkreślił rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Paweł Rytel-Andrianik. Przypomniał, że projekt „Zatrzymaj aborcję” otrzymał pozytywną opinię sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, a teraz jest w kompetencji Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Zaznaczył, że sprawa ochrony życia wiąże się także z pomocą, którą państwo powinno udzielać rodzicom po narodzinach dziecka, szczególnie w przypadku dzieci chorych, wymagających specjalistycznego leczenia.

Waldemar Mystkowski pisze o polityce zagranicznej PiS.

Jarosław Kaczyński ze swoim PiS-em odniósł niewątpliwy sukces. Z państwa euroentuzjastycznego Polskę zamienili na eurosceptyczną. Polacy osiągnęli poziom nawet „lepszy” niż Brytyjczycy, którzy głosowali za Brexitem. Rodacy już dzisiaj w referendum opowiedzieliby się za Polexitem. Gdyby możliwy był mecz Polexit – Brexit, to byśmy w te klocki wygrali.

W bardzo solidnych badaniach (50 tys. ankietowanych) zleconych przez Fundację im. Kazimierza Pułaskiego 32,05 proc. badanych jest za tym, żeby opuścić Unię Europejską, a tylko 28,55 proc. za zmianą polityki i dostosowaniem się do zaleceń Komisji Europejskiej.

Mit euroentuzjastycznego Polaka legł w gruzach, stał się ruiną, wystarczyły do tego 2 lata rządów PiS. Jeszcze trochę politycy PiS popracują, a „nastukamy” bez żadnych problemów Brytolom w kwestii opuszczenia Unii Europejskiej, że hej. Mateusz Morawiecki może więc pisać kolejne „Białe Księgi” pisowskich kłamstw, na które w Brukseli nikt się nie nabierze, bo on sam – co ze zdziwieniem przyjmują do wiadomości nawet symetryści z „Rzeczpospolitej” – nie ma żadnego międzynarodowego obycia, nie potrafi się poruszać na europejskich salonach, prezentuje się jako marna osobowość ze słomą w butach.

Expose ministra dyplomacji Jacka Czaputowicza było tak niedojrzałe, jak nierozpoznawalna jest jego osoba. Tyle banałów, ile wygłosił minister, grozi jeszcze większym „sukcesem” PiS w kwestii międzynarodowej pozycji Polski.

– „Nowogrodzka polityka zagraniczna” – tak celnie podsumowała Czaputowicza szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer – jest „nieudolna, nieuświadomiona, bez celu i kierunku. Bez sensu. Tylko dramatycznie groźna dla Polek, Polaków i dla Polski”. Lubnauer zacytowała Wojciecha Młynarskiego, złote myśli tego kapitalnego tekściarza przekuwają w czyn politycy z partii Kaczyńskiego: – „Bo jedna myśl im chodzi po głowie, którą tak streszczę: Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie? Co by tu jeszcze?”.

Grzegorz Schetyna nazwał tę politykę zagraniczną „partactwem i amatorszczyzną”. Przywołał porównanie z innej półki, z Józefa Piłsudskiego o walce na wszystkie fronty, gdy Polacy zostaną sami z szablami na Placu Saskim.

Były ambasador w Kanadzie Marcin Bosacki podsumował Czaputowicza: – „Zero koncepcji. Tylko instynktowny, zaściankowy jęk: UE jest groźna. To usłyszą partnerzy. I to jest groźne dla Polski”.

Panie i Panowie, Polexit się rozpoczął, do tego prowadzi nowogrodzka polityka zagraniczna. Wszak łatwiej chwycić naród za mordę, gdy nie będzie żadnych strofowań z Brukseli, Waszyngtonu, a z gospodarzem Kremla prezes i jego następcy – Morawiecccy – zawsze przybiją sobie żółwika.

Pokażmy, że

nie zgadzamy się

na to, że PiS i KK

mogą nam mówić

jak mamy żyć!

Fachowiec od mokrej roboty przeszedł od Błaszczaka do Macierewicza

Zwykły wpis

Tak działa państwo Corleone Kaczyńskiego.

Dziennikarze Polsat News podają informację, że sprawca śmierci Igora Stachowiaka na posterunku policji we Wrocławiu otrzymał pracę w Żandarmerii Wojskowej.

W państwie PiS cenieni są fachowcy od mokrej roboty.

Przeszedł fachowiec od jednego podwładnego Corleone do drugiego. Od Błaszczaka do Macierewicza. W MON dostanie jakieś nowe zlecenie.

Oto film hollywoodzki, o którym tak marzy prezes PiS. Ten film dzieje się w rzeczywistości polskiej, a nie na taśmie filmowej.

Błaszczak wychodził kolejny absurd – chodzący deficyt inteligencji

Zwykły wpis

Mariusz Błaszczak dostał dyrdum pisum absurdum. Taka choroba kaczystowska, którą drogą kropelkową zarażony został głosujacy ciemny lud.

„Newsweek” dotarł do zdjęć, które pokazują, że Beata Kempa sporo ukrywa.

Błaszczak w programie 24 minuty (TVP INFO) posłużył sie absurdalnym argumentem ws. śmierci Igora Stachowiaka na posterunku policji we Wrocławiu.

Polityk PiS był stwierdzić, że policjant, którzy użył paralizatora wobec Stachowiaka, został przyjęty do służby za czasów PO-PSL.

Internauci na Błaszczaku – o którym był powiedzieć Ludwik Dorn, iż jest chodzacym deficytem inteligencji – nie zostawili suchej nitki.

Przecież policjanci, którzy dopuścili się zabójstwą i ich przełożeniu, którzy kryli, byli awansowani.

Krętacz Błaszczak prima sort.

Nie ma takiego absurdu, aby pisowcy nie wymyślili.

Krystyna Pawłowicz przegrała z Agorą

Zwykły wpis

Kobieton Pawłowicz przegrała proces z Agorą. Posłanka PiS domagała się od wydawcy „Gazety Wyborczej” przeprosin i wpłaty 20 tys. zł zadośćuczynienia – powodem był artykuł Marcina Wójcika pt. „Ze mną trzeba grzecznie”, zamieszczony w 2013 r. w „Dużym Formacie”, dodatku do „Wyborczej”.

O przegranej Pawłowicz mówi prawnik Wójcika, Piotr Rogowski:

„Sąd bardzo delikatnie zasygnalizował także, że pani Pawłowicz jest osobą publiczną i powinna być bardziej odporna na krytykę, zwłaszcza że sama też wypowiada się dość zdecydowanie w rozmaitych kwestiach” – podkreślił Rogowski. Zaznaczył, że w ustnym uzasadnieniu sąd nie zajął się kwestią rzekomego ukrywania miejsca pracy autora, bo to był – jak się wyraził – „od początku groteskowy zarzut”. „Tu nie było żadnego wprowadzenia w błąd, bo autor był podczas rozmów dziennikarzem *Gościa Niedzielnego”.

Ponadto:

Podpisz „Apel do Premier Szydło o dymisję winnych tuszowania śmierci Igora we Wrocławiu”. Podaj dalej!

Kaczyński, jego marionetka Szydło i policyjni żołnierze

Zwykły wpis

PiS przywiązuje do siebie żołnierzy więzami krwi, a potem ich nagradza. Tak działa sekta, tak działa mafia. Znamiona tych wyzutych spod prawa organizacji opisują strukturę i zarządzanie w partii Kaczyńskiego.

Po zabójstwie Igora Stachowiaka na komisariacie we Wrocławiu tamtejsi notable policyjni – szef komendy wojewódzkiej i jego zastępca – Arkadiusz Głowacki i Krzysztof Niziołek dostali odpowiednie gratyfikacje – 17 tys. i 12 tys. zł.

Oczywiście, nagrody jakoby są za zupełnie co innego, lecz jeszcze tak nie było, aby w takich strukturach posługiwano się pojęciami prawdy. To jest metoda: „szuru-buru”.

Jarosław Kaczyński ponoć miał powiedzieć Misiowi Macierewicza Misiewiczowi: „Niech pan wyjedzie z Polski”.

Co nim tak powodowało? Zazdrość? Misiewicz to patentowany nieuk, ale nikt nie ma prawa decydować, czy masz być w Polsce, czy masz być Polakiem.

Don Corleone sądzi jednak inaczej.

W Instytucie im. Lecha Kaczyńskiego mieszczącego się obok willi prezesa na Żoliborzu zbierane są pamiątki po Lechu K., w tym sarkofag wawelski, który po ekshumacji został wymieniony na nowy.

Można się spodziewać, ze niedługo utworzone zostanie duże muzeum im. prezydenta tysiąclecia Lecha K.

Szydło zastrzegła się, że nie będzie marszałkiem Sejmu. Znamy jej inne zastrzeżenia, oto najbardziej znane z nich.