Tag Archives: Mariusz Muszyński

Pisowcy, myślcie do przodu. Kto będzie wam przynosił wałówki do kicia?

Zwykły wpis

– Bez istotnej zmiany kursu, na co jest już bardzo mało czasu, za rok stracimy władzę – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z najważniejszych ministrów Mateusza Morawieckiego.

„SE” nie ujawnia tożsamości swojego rozmówcy. Jednak według niego, kłopoty sprawia teraz rządowi m.in. kwestia reformy wymiaru sprawiedliwości.

Z taką diagnozą nie zgadza się m.in. marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który powiedział w rozmowie z „SE”, że wygrana nie zależy od „subiektywnej oceny jednej osoby, która być może uległa jesiennemu przesileniu”. „A kurs trzeba stale korygować. Mamy dobrych sterników, którzy wiedzą kiedy i w jakim kierunku odchylić ster” – zapewnił.

„SE” opisuje też, że rząd jest trawiony problemami wewnętrznymi. „O napiętej sytuacji w rządzie i samej partii świadczą też coraz częstsze spotkania na tzw. górze, czyli u Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Ostatnio prezes z premierem, najbardziej zaufanymi politykami oraz związanymi z partią ekspertami gospodarczymi spotkali się na tajnej naradzie ws. afery KNF. Takich pożarów do gaszenia jest coraz więcej, a płomienie powoli trawią niezmiennie wysokie od miesięcy poparcie” – czytamy.

Niektórzy pisowcy już przygotowują się na stratę władzy. Powinni poza tym pomysleć, kto będzie im przynosił wałówki do kicia.

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

PiS szantażuje. Partia bez honoru, bo to partia złodziei

Zwykły wpis

Fundacja Dzika Polska informuje o wielkiej wpadce Ministerstwa Środowiska.

Dubler Mariusz Muszyński to nie sędzia, a wyroki Trybunału z jego udziałem to nie wyroki – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Ale uznał, że na tej podstawie nie można podważyć orzeczenia Trybunału.

Piątkowa „Rzeczpospolita” opisała wyrok, jaki w czerwcu wydał WSA w Warszawie w sprawie przedsiębiorcy, który kwestionował decyzję ZUS-u. Przedsiębiorca odwołał się od tej decyzji, ale sąd administracyjny odrzucił odwołanie, bo przepisy odwołania od takiej decyzji nie przewidywały. Przepisy te zostały zaskarżone, przez innego przedsiębiorcę, do Trybunału Konstytucyjnego. Ten orzekł, że są niezgodne z konstytucją. Na tej podstawie przedsiębiorca odwołał się po raz kolejny, wnosząc o uchylenie decyzji fiskusa.

Sędziowie WSA – Beata Blankiewicz-Wóltańska, Izabella Janson i Arkadiusz Tomczak – badając tę sprawę, zauważyli, że w składzie Trybunału zasiadał Mariusz Muszyński, czyli dubler sędziego. To, że dubler, a nie sędzia, wynikało – jak zaznaczyli w uzasadnieniu – z wyroków Trybunału z 3 i 9 grudnia 2015 r., w których Trybunał orzekł, że trzech dublerów, w tym Muszyński, zostało wybranych na zajęte już miejsca w Trybunale, więc ich wybór był nieskuteczny. Dalej WSA stwierdził, że skoro w składzie sądzącym był dubler zamiast sędziego, to znaczy, że sąd był nienależycie obsadzony. Zatem sam wyrok jest dotknięty nieważnością, ewentualnie w ogóle nie jest wyrokiem.

W tym momencie można by uznać, że wyrok WSA otwiera drogę do nieuznawania orzeczeń Trybunału wydanych z udziałem dublerów.

Tyle że jednocześnie WSA uznał, że żaden sąd – w tym administracyjny – nie może stwierdzić nieważności wyroku TK. Łącznie z samym Trybunałem, bo konstytucja mówi, że wyroki TK są „ostateczne”. A więc uznał wyrok za ważny i dał przedsiębiorcy prawo do odwołania się na podstawie tego wyroku Trybunału.

Można polemizować z logiką tego wywodu, bo skoro orzeczenie z udziałem dublera nie jest wyrokiem, to znaczy, że nie obejmuje go stwierdzenie konstytucji, że „wyroki” TK są ostateczne.

Można też uznać, że wyrok jest jednak precedensem (oczywiście nie w rozumieniu prawa anglosaskiego, ale jako punkt wyjścia dla rozważań i interpretacji) w części, w której nie uznaje dublera za sędziego. Inne składy sędziowskie w innych sądach mogą pójść dalej inną drogą niż ten skład WSA i stwierdzić jednak, że orzeczenie z udziałem dublera to nie wyrok.

Ale na ten wyrok WSA można też spojrzeć jako na wyraz bezradności sędziów i w ogóle świata prawniczego wobec faktów dokonanych tworzonych przez PiS. W tym przypadku faktem dokonanym jest obsadzenie w Trybunale dublerów i nieuchronne pojawienie się rozstrzygnięć z ich udziałem.

To samo PiS powtórzył w KRS: obsadził Radę bezprawnie wybranymi przez siebie sędziami, więc każda decyzja KRS jest dotknięta nieważnością jako wydana przez niewłaściwy organ. A więc dylemat – uznawać te decyzje, czy nie – dotyczy teraz wszystkich sędziów mianowanych przez KRS. A będą ich najpierw dziesiątki, potem setki. Dotyczy też sędziów Sądu Najwyższego i jego prezesa, którego ci sędziowie wyłonią. A więc wątpliwość co do ważności dotyczyć będzie wydaleń z zawodu, które orzekać będzie wobec sędziów Izba Dyscyplinarna SN. A potem orzeczeń o ważności wyborów, jakie wyda SN z udziałem nienależycie wybranych sędziów. W sądach administracyjnych setek orzeczeń dotyczących decyzji władzy wykonawczej, administracji centralnej i samorządowej. Wyroków karnych. I w ogóle całego życia publicznego, bo ono w całości jest regulowane prawem, a prawo stosują sądy, rozstrzygając spory.

Jeśli sądy robiłyby to, co mówi prawo, czyli kwestionowały prawomocność orzeczeń sędziów mianowanych „z wadą”, to sparaliżowałyby prędzej czy później państwo.

Więc nie kwestionują. Prawo kapituluje przed przemocą. PiS jest jak terrorysta, który wziął zakładników i liczy na to, że przeciwnik jest na tyle przyzwoity, że zrobi, co mu każą, by tych zakładników oszczędzić.

Każdy z nas jest dziś takim zakładnikiem. Łącznie z sędziami.

Wojna propagandowa w kampanii wyborczej do samorządu powoli wchodzi w decydującą fazę. Pierwsze mocne uderzenie należało do Koalicji Obywatelskiej, uformowanej przez Platformę i Nowoczesną, która za pomocą ogólnopolskiej akcji billboardowej postanowiła przypomnieć Polakom prawdziwą naturę rządów Prawa i Sprawiedliwości. Przekaz był prosty – PiS doi budżet na gigantyczne kwoty, obsadzając spółki Skarbu Państwa biernymi, ale wiernymi Misiewiczami, promuje nepotyzm i niekompetencję.

Kampanią pod wymowną nazwą “PiS wziął miliony” zakłada pojawienie się w całej Polsce blisko 2 tysiący billboardów w wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego, wykrzywionego w grymasie wściekłości (pochodzące z sejmowej wypowiedzi “bez żadnego trybu” o kanaliach i mordercach jego brata) oraz informacji o tym, gdzie Prawo i Sprawiedliwość nie wywiązało się z podstawowych obowiązków względem społeczeństwa. “PiS wziął miliony, a tanich mieszkań nie ma, a wszystko drożeje, chce być bezkarny, a ludzi nie stać na leki, a prąd drogi jak nigdy”.

Akcja musiała zajść mocno pod skórę kluczowym politykom dobrej zmiany, gdyż zaczęli się oni nerwowo tłumaczyć. W odpowiedzi Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wyjść ze swoją akcją outdoorową, mającą być zgrabną kontrą do “oszczerczych” przekazów opozycji.

Spin akcji dobrej zmiany jest prosty. PiS nie zabrał pieniędzy Polakom, ale odebrał je złodziejom i oddał dzieciom. Nawiązanie do programu rodzina 500+ jest w tym przypadku oczywiste, zaś złodziejami zapewne są Platforma, PSL, Unia Europejska, Niemcy, Rosja, Weganie, Cykliści, Żydzi lub Masoni.

Sęk w tym, że Prawo i Sprawiedliwość przez przypadek  obraziło miliony Polaków, z których podatków ufundowane zostały takie programy jak rodzina500+, czy wyprawka dla dzieci. Dobra zmiana nie wspomina oczywiście o programie 150 milionów na Ojca (Tadeusza Rydzyka), ale to już temat na zupełnie osobną rozprawkę. Zostało to natychmiast podchwycone.

Jak widać na załączonym obrazu dobra zmiana po raz kolejny porusza się w sferze działań pr-owych z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Pytanie tylko, czy opozycja będzie w stanie wykorzystać najnowsze potknięcie PiS, czy też Zjednoczonej Prawicy po raz kolejny się upiecze?

Parę dni temu Instytut Obywatelski wyliczył, że w zaledwie 30 dni tylko Patryk Jaki uzyskał od mediów publicznych ekwiwalent reklamowy wart 600 tys. dolarów,pokazując tym samym skalę oddziaływania TVP, która z obserwatora stała się wręcz nieoficjalnym członkiem sztabu PiS, relacjonując na swoich kanałach krok po kroku każdy ruch kandydatów, łącznie z relacjami live z ich spotkań wyborczych. Tym samym rządzący w celu zmiażdżenia opozycji sięgnęli po publiczne pieniądze, aby finansować swoją kampanię, wskaże nachalna propaganda sporo kosztuje. Stąd zbliżające się wybory samorządowe stają się dla stacji wyzwaniem, które będzie wymagało mobilizacji wszystkich zasobów mediów narodowych. Tłumaczy to doskonale, dlaczego Jacek Kurski ponownie wyciągnął rękę po publiczne pieniądze. A mówimy tutaj o kwocie niebagatelnej, ponieważ TVP ma otrzymać kolejne 300 mln zł kredytu.

Taki zastrzyk gotówki staje się niezbędny, ponieważ polityczny model stacji nie jest do pogodzenia z warunkami komercyjnej działalności medialnej w oparciu o stroniących od afiliacji politycznych reklamodawców. Stąd TVP stale ma niedobory środków, a Jacek Kurski stał się dla rządu dziurą bez dna. W 2016 roku wyemitowano warte 300 mln zł obligacje, w 2017 przyznano 800 mln zł kredytu z Funduszu Reprywatyzacyjnego oraz kolejne bezzwrotne 860 mln jako wyrównanie za ostatnie siedem lat strat z powodu ustawowego zwolnienia seniorów z opłat. W sumie zatem od początku kadencji do stacji wpłynęło 2 mld zł, a teraz za zgoda Ministerstwa Kultury nastąpi emisja obligacji na kolejne 300 mln zł.

Opisana sytuacja jednak o wiele głębsze wyborcze konsekwencje. Jedno to oczywiście oszczędności kandydatów na kosztach wykupu czasu antenowego i równoczesna marginalizacja w mediach opozycji. Następuje tutaj jednak także inne niepokojące zjawisko, które stawia oponentów rządu na przegranej pozycji, a chodzi o limity wydatków na kampanię wyborczą. Prawne obwarowania mają bowiem na celu ograniczenie przewagi kapitału nad pracą kandydatów i merytoryczną debatą wyborczą. Tymczasem o ile opozycja będzie musiała trzymać się restrykcyjnych ograniczeń, to w tym samym czasie korzyści medialne kandydatów PiS w mediach publicznych będą całkowicie niewliczanie do limitów, sprawiając, że legalnie obozu władzy będzie mógł wydać więcej na kampanię, a to może zaważyć na wyniku.

Załóżmy, że wybory samorządowe będą uczciwe. Jeśli tak, to będą testem realnego poparcia dla obozu pisowskiego i jego przeciwników. Jest o co walczyć. Zwłaszcza że samorządy to ostatni bastion demokratycznej opozycji parlamentarnej. Słaby wynik PiS wzmocniłby opozycję w kolejnych wyborach.

Eurodeputowany Tomasz Poręba, mianowany szefem wyborczego sztabu PiS, oznajmił w Łodzi, że hasłem jego kampanii będzie slogan „Dotrzymaliśmy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. Brzmi złowróżbnie, bo „dotrzymanie słowa w rządzie” polegało dotąd politycznie na demolowaniu naszej demokracji konstytucyjnej, przesuwaniu Polski na margines UE i Zachodu i ograniczaniu praw obywatelskich.

Zapowiedzią tego, co będzie oznaczało pisowskie „dotrzymywanie słowa w samorządzie”, było obcięcie wynagrodzeń urzędnikom samorządowym. Poręba podkreślił, że warunkiem rozwoju regionów Polski jest współpraca samorządu z rządem.

Brzmi podobnie złowróżbnie. Istotą ustroju samorządowego jest właśnie wyjęcie samorządu spod bezpośredniej kurateli i interwencji rządu. W PRL mieliśmy taki właśnie fasadowy samorząd. Nie mógł zrobić niczego bez zgody PZPR. Teraz może dojść do likwidacji samorządności i przerobienia samorządów w pas transmisyjny partii Kaczyńskiego.

Aby PiS mógł dopiąć celu, musi wygrać jesienią w znaczącej części sejmików wojewódzkich i większych miast w naszym kraju, na czele z Warszawą. Dziś rządzi tylko w jednym sejmiku. Wygrana Rafała Trzaskowskiego w stolicy byłaby spektakularną porażką obecnej władzy. I na odwrót: wygrana posła Jakiego podcięłaby skrzydła jedynej dziś realnej sile niepisowskiej, czyli PO w przymierzu z Nowoczesną.

Ważnym elementem rozgrywki jest PSL, na którego wyniszczenie stawia PiS. Jeśli ludowcy Kosiniaka-Kamysza nie dadzą rady w wyborach samorządowych, polegną także w parlamentarnych. Jakie wyciągają i wyciągną z tego wnioski, zależy od wielu rzeczy, ale demokratyczna opozycja parlamentarna powinna ludowcom rzucić koło ratunkowe.

Co do lewicy, to realną szansę zaistnienia w wyborach jesiennych ma tylko SLD, który chyba żadnej pomocy politycznej od „liberałów” nie oczekuje.

A kiedy wybory będą uczciwe? Nie wystarczy, że nie będą sfałszowane. Dodatkowe warunki to swoboda kampanii wyborczej opozycji i równe prawa wszystkich konkurentów do dostępu do mediów publicznych kontrolowanych obecnie przez PiS. A także powstrzymanie się obecnej władzy od nękania opozycji i wywierania na nią presji propagandowej.

Co z tego wynika? Że licząca się opozycja ma już mało czasu, aby zadać sobie fundamentalne pytanie: kto, jeśli nie my, kiedy, jeśli nie teraz?

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o nowych elitach PiS.

Prezes PiS świadomie i z premedytacją oddał nasze państwo w ręce ludzi niekompetentnych, intelektualnie ograniczonych i cynicznych.

PiS-owska kandydatka na rzecznika praw dziecka Sabina Zalewska (przedstawiająca się jako „psycholog”, którym nie jest) w swoich publikacjach zrzynała fragmenty cudzych tekstów z ogólnodostępnych źródeł internetowych, m.in. ze strony sciaga.pl, przeznaczonej dla uczniów szkolnych. Gdy sprawa się wydała, zaczęła się kretyńsko tłumaczyć, że to były tylko „szkice” w internecie, a we właściwych publikacjach wydrukowanych na papierze plagiatów już nie było. Dziennikarze „Tygodnika Powszechnego” sprawdzili jednak także prace ogłoszone drukiem i okazało się, że Zalewska łże.

Prezes PiS-owskiego neotrybunału konstytucyjnego Julia Przyłębska, zanim zrobiła oszałamiającą karierę w państwie Kaczyńskiego, została w poznańskim sądzie oceniona jako osoba nienadająca się do pracy w charakterze sędziego. Wydawane przez nią wyroki często były uchylane, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów, pisała błędne uzasadnienia (lub po dozwolonym czasie), nie zwróciła uwagi na rozbieżności między zeznaniami świadków a dokumentami. Nie wyciągała też wniosków z uwag, jakie robili jej przełożeni. Krótko rzecz biorąc, była niekompetentna i niereformowalna.

Wiceszef neotrybunału konstytucyjnego, agent specłużb (ponoć były, ale znawcy powiadają, że z tych formacji nigdy się nie odchodzi) Marek Muszyński wsławił się niewiarygodną niekompetencją publikując bełkotliwy tekst, który zakwalifikował jako „zdanie odrębne do orzeczenia TK”. W tym manifeście ideologicznym, kompromitującym go jako prawnika, pisał np., że z oficjalnych stanowisk Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara przebija „pokrętna logika stanowiąca punkt wyjścia do przemycenia linii aksjologicznej godzącej w takie wartości, jak: państwo, […] wolności religijne, równość, dziedzictwo narodowe, małżeństwo itp.”.

Jednym z czołowych strażników prawicowych wartości narodowych i rodzinnych w PiS-ie był przez długie lata poseł Stanisław Pięta – człowiek mający w życiowym dorobku kradzież portfela i skuteczne nakłanianie do seksu młodej działaczki kręcącej się w orbicie PiS-u (akurat Pięta został z klubu PiS usunięty, bo to już było za dużo nawet jak na standardy „dobrej zmiany”).

Dodajmy do tego jeszcze takie spektakularne sukcesy, jak rozwalenie hodowli koni arabskich, którą Polska szczyciła się od niepamiętnych czasów, chaos w armii, skasowanie gimnazjów i zniszczenie jednego z najlepiej ocenianych w skali światowej systemów oświaty, obsadzenie mediów publicznych gówniarzami niemającymi pojęcia o zawodzie dziennikarza i publicysty – a będziemy mieli w miarę pełny obraz polityki kadrowej IV RP.

To nie jest wypadek przy pracy ani mimowolny skutek uboczny polityki personalnej prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. To działanie absolutnie świadome i celowe. Prezes PiS od lat z rozmysłem prowadzi selekcję negatywną, dobierając sobie do współpracy ludzi niekompetentnych, niedokształconych, intelektualnie ograniczonych. Nie tylko dlatego, że są oni w pełni dyspozycyjni i z entuzjazmem realizują wszystkie polecenia wodza (choć to też bardzo ważny argument). Znacznie ważniejszy jest fakt, że od lat był to jedyny niezagospodarowany elektorat w polskim społeczeństwie.

We wczesnym okresie III RP Jarosław Kaczyński starał się jeszcze grać w pierwszej lidze polskiej polityki. Jego środowiskiem czy punktem odniesienia były osoby tworzące elitę opozycji antykomunistycznej i solidarnościowej. W wyborach prezydenckich 1990 r. wysunął kandydaturę Lecha Wałęsy, potem został szefem jego kancelarii.

Stopniowo jednak stawało się dla niego jasne, że obracając się w tym środowisku i przestrzegając jego standardów nie ma szans na taką karierę, jaką sobie wymarzył. Od dawna miał ambicję odegrania pierwszoplanowej roli w polskiej polityce, jednak w zderzeniu z przerastającymi go osobistościami pokroju Lecha Wałęsy, Bronisława Geremka, Władysława Bartoszewskiego czy Donalda Tuska zawsze był skazany na pozostawanie w cieniu jako sfrustrowany człowieczek o wygórowanych ambicjach.

W tym samym czasie obserwował oszałamiające sukcesy, jakie odnosili Stanisław Tymiński w wyborach prezydenckich 1990 r. czy Andrzej Lepper w nieco późniejszym okresie. Ci politycy nie przejmowali się ani standardami politycznej przyzwoitości, ani wymogami rozsądku, ani intelektualną spójnością głoszonych haseł. Bez cienia wahania odwołali się do emocji najmniej wykształconych grup elektoratu – i zbili na tym polityczny kapitał.

Wydaje się, że dla Kaczyńskiego było to odkrycie na miarę przewrotu kopernikańskiego, po którym odrzucił jako zbędny i szkodliwy balast to wszystko, co krępowało go w latach 90. Przestał mówić o budowaniu liberalnego kapitalizmu, przestał stawiać na klasę średnią, przestał się odcinać od nacjonalizmu, antysemityzmu i katolickiego fundamentalizmu. Zrozumiał, że jeśli chce zrealizować swoje ambicje, musi się oprzeć na tych samych środowiskach, które były bazą Tymińskiego czy Leppera.

Skutki tego obserwujemy dziś w polityce kadrowej „dobrej zmiany”. Kariery cynicznych i niekompetentnych nieudaczników w rodzaju Sabiny Zalewskiej, Marka Muszyńskiego czy Julii Przyłębskiej i ich kompromitujące wpadki to nie wypadek przy pracy, lecz istota państwa budowanego przez PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Mateusz Morawiecki w polityce PiS wprowadził nową „jakość”. Jego polityczny sponsor Jarosław Kaczyński długo dochodził do takiego rozmijania się z rzeczywistością. Morawiecki w buty kłamcy wskoczył natychmiast, buty już rozchodził i nie uwierają go. Ba, te buty są już siedmiomilowe, wszak bez zmrużenia okiem pochwalił się, że negocjował członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

W te klocki Morawiecki jest numerem jeden, nawet gdyby Kaczyński wybudził się z choroby, będzie miał rywala co się zowie. Na Onecie dziennikarze zastanawiają się, dlaczego premier Morawiecki mija się z prawdą ws. Adelaid, chodzi o zakup australijskich fregat, o które długo toczyły się negocjacje. Z tego też powodu wypad Andrzeja Dudy na antypody skończył się kompletnym blamażem.

Dziennikarze Onetu sami sobie odpowiadają, dlaczego Morawiecki rżnie w sprawie fregat, w stwierdzeniu o podjęciu decyzji niekupowania ich – jest cała odpowiedź: „Została ona podjęta na najwyższych szczeblach rządu i PiS-u.”

W PiS-ie szczyt jest jeden i nazywa się Pik Kaczyński, a że jest on chory, więc Morawiecki mógł zatrzasnąć w szpitalu drzwi przed pozostałymi pisowcami i poinformować ich, że fregat nie kupujemy. Czy chodzi o ratowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, który wyprodukuje za kilka lat jakieś podróbki okrętów? Nie, budżet już robi bokami, wybitni ekonomiści nie mają wglądu w księgi, możemy tylko mniemać o kreatywnej księgowości.

Były minister transportu w rządzie Donalda Tuska Sławomir Nowak punktuje inne oszustwa Morawieckiego. Nazywa go byłym doradcą Tuska. Morawiecki nie mówi, tylko powtarza brednie, które tworzą dla niego pijarowcy, tylko powtarza je jak katarynka.

Właśnie Morawiecki był zapowiedzieć „falę inwestycji w drogi lokalne”. A jak jest naprawdę? Nowak punktuje: „Na około 60 przetargów w realizacji tylko kilka ma znak PiS. A 55 jest z logo PO”.

Nowak zapowiada, iż PiS utraci finansowanie unijne: „winnym utraty miliardów euro z UE na polskie drogi i koleje – gdzie sytuacja jest podobna – nie będzie kolejny rząd, ktokolwiek będzie rządził, lecz rząd PiS z panem Morawieckim na czele”.

Zaś Leszek Balcerowicz nawet próbuje wejść w psychikę Morawieckiego, który „po prostu kłamie”: „Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje”. A to zapowiada katastrofę, taką jak w Turcji, wcześniej Grecji, bo Morawiecki w tych kwestiach jest podobny do filmowego Greka Zorby.

Balcerowicz nie wyklucza najgorszego. Dłuższy cytat z naszego znakomitego ekonomisty, jest w nim clou krytyki rządu PiS: „Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi”.

Jak pisowcy manipulują, jak powołują się na autorytety, które później się wypierają jakichkolwiek związków z kłamcami, niech świadczy niecodzienny przypadek z ministrem środowiska Henrykiem Kowalczykiem, który chciał mieć w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody autorytet, mianowicie prof. Zygmunta Jasińskiego z SGGW. Więc go powołał, choć profesor o tym nie wiedział, bo nie mógł, gdyż zmarł 16 miesięcy temu.

„PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom” – billboardami z takim napisem PiS odpowiada na kampanię PO i Nowoczesnej. – PiS w kampanii wyborczej zasłania się dziećmi na billboardach, a miliony polskich podatników nazywa złodziejami. To haniebne – komentuje wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Politycy opozycji pytają też o aferę związaną z pieniędzmi PCK, które miały być przeznaczone na kampanię PiS-u i „dzieci polityków PiS zarabiające miliony w spółkach Skarbu Państwa”.

„Haniebny” billboard PiS

Koalicja Obywatelska prowadzi kampanię billboardową z czarno-białym wizerunkiem prezesa PiS. Oprócz zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego zamieszczono na nich również hasło „PiS wziął miliony” i podtytuły, m.in. „a wszystko drożeje”, „i chce być bezkarny”, „a tanich mieszkań nie ma”. Takie billboardy po oficjalnym rozpoczęciu kampanii wyborczej zawisły na ulicach polskich miast.

PiS postanowił odpowiedzieć swoim billboardem, przedstawiającym twarz dziecka z napisem „PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom”. – Od kiedy rządzimy od trzech lat, widzimy olbrzymi wpływ pieniędzy z odzyskanego VAT-u, uszczelnienie systemu podatkowego, wpływy do budżetu, a więc więcej pieniędzy dla Polaków, Polek, więcej pieniędzy w polskim budżecie – mówił na konferencji prasowej szef sztabu PiS Tomasz Poręba.

Wiceszef PO Tomasz Siemoniak nie ma wątpliwości, że taki billboard jest „haniebny”. – To, co jest haniebne w tej kampanii, to nazwanie milionów polskich podatników, uczciwie płacących podatki, z których pochodzi wszystko to, co jest finansowane przez budżet, złodziejami. To jest niedopuszczalne i pokazuje, w jaki sposób PiS myśli o obywatelach – komentuje polityk PO.

Poza tym przypomina, że PiS wprowadził 34 nowe podatki. – O tym niech mówi PiS, niech z tego się tłumaczy, a nie obraża uczciwych obywateli – dodaje Siemoniak.

„PiS boi się afery PCK”

Podczas konferencji prasowej polityków PO pojawił się billboard ze zdjęciem minister edukacji Anny Zalewskiej i jej współpracownika, który jest oskarżony w tzw. aferze PCK. Przypomnijmy, pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Twierdzi, że z kasy dolnośląskiego oddziału PCK w 2015 roku wyprowadzono 1,2 mln zł, które pokryły część kampanii wyborczej partii Jarosława Kaczyńskiego.

7 tys. zł miała otrzymać na konto m.in. szefowa MEN Anna Zalewska. Podobne transakcje miały dotyczyć również innych polityków partii rządzącej. Prokuratura nie ujawnia informacji związanych ze sprawą, tłumacząc to „dobrem śledztwa”.

Politycy PO domagają się wyjaśnień. – Wiemy, że bliski współpracownik pani minister Zalewskiej, Jerzy G., przebywa w areszcie, jest związany z tą sprawą. PiS zabrał pieniądze biednym dzieciom, a teraz mają czelność zasłaniać się dziećmi na billboardach. Nie możemy pozwalać na taką manipulację – tłumaczy posłanka PO Joanna Augustynowska.

– Prokuratorem Generalnym jest kolega pani minister i może to jest okoliczność, która sprawia, że dziennikarze i parlamentarzyści pytający o szczegóły tej afery są odsyłani. Sprawa jest utajniana, wyciszana, a przecież właśnie w kampanii wyborczej powinniśmy się dowiedzieć, jakie grzechy na sumieniu mają politycy PiS. Z tego powinni się rozliczyć – dodaje rzecznik Platformy poseł Jan Grabiec.

Kto najbardziej skorzystał na rządach PiS?

– Najbardziej na rządach PiS-u skorzystały dzieci polityków PiS-u. Pan Poręba akurat o tym zapomniał – mówi poseł Marcin Kierwiński. I dodaje: – Mógł pokazać konkretne przykłady dzieci rodzin polityków PiS, którzy zarabiają gigantyczne pieniądze w spółkach Skarbu Państwa. Mógł pokazać tabuny Misiewiczów i Pisiewiczów, takich umownych dzieci PiS-u, które skorzystały na tym, że obsadzane są na intratnych posadach i dostają rządowe dotacje.

Poseł PO przypomina, że nierozliczone są nadal tzw. drugie pensje ministrów. A wręcz przeciwnie, „nie ma nawet żadnego słowa skruchy”.

– Mówiliśmy od początku, że to władza pazerna, która zabiera Polakom pieniądze, aby wkładać je do własnych kieszeni. Skok na publiczną kasę działaczy PiS-u widzimy każdego dnia – dodaje Kierwiński.

>>>

PiS odebrał miliony Polakom, aby dać je Rydzykowi

Zwykły wpis

Ksiądz z Wielączy w województwie lubelskim nagrywał małoletnie dziewczynki w toaletach i przymierzalniach. Wpadł na wakacjach w Chorwacji. Swoje postępowanie duchowny tłumaczył stresem związanym z ciężką pracą.

Sprawę Łukasza P., księdza z Wielączy, który nagrywał z ukrycia nieletnie, opisał „Dziennik Wschodni„. Były już wikary trafił w ręce służb podczas wakacji w Chorwacji w ubiegłym roku. Tam z ukrycia nagrywał nagą dziewczynkę w przymierzalni.

Ksiądz z Wielączy nagrywał nieletnie. Liczba pokrzywdzonych wzrośnie

– W trakcie przeszukania mieszkania wikarego na plebanii znaleziono kilka miniaturowych kamer oraz komputery i dyski, na których znajdowało się siedem filmów i ponad 250 zdjęć o charakterze pornograficznym z osobami niepełnoletnimi – powiedział „Dziennikowi Wschodniemu” rzecznik prasowy zamojskiej Prokuratury Okręgowej.

Łukaszowi P. postawiono zarzut posiadania pornografii z udziałem nieletnich. Ksiądz przyznał się do winy. Zaskakujące jest jego tłumaczenie. Jak podaje lokalny dziennik duchowny stwierdził, że „podglądanie pomaga mu na stres związany z ciężką pracą”.

Prokuratura ustaliła już dane kolejnych osób, które ksiądz uwiecznił na nagraniach. Liczba pokrzywdzonych przez księdza może więc wzrosnąć. Za posiadanie pornografii z nieletnimi grozi do pięciu lat więzienia. Jeśli ksiądz publikowałby filmy, kara mogłaby wynieść 8 lat.

Łukasz P. znajduje się pod dozorem policji, ma zakaz opuszczania kraju.

Nowa KRS rekomendowała 12 osób do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Trudno w nich szukać osoby nie związanej z ministerstwem sprawiedliwości. Będzie ‚polowanie na czarownice’ w Izbie Dyscyplinarnej? Sędzia KRS: ‚To jest troszkę lapidarne…’.

„Dziś złożyłem pozew przeciwko PiS. Ich spot wyborczy bezprawnie publikuje wizerunek osób protestujących i przedstawia ich w bardzo złym świetle. Żądamy zakazu publikowania tego spotu” – napisał na swoim Twitterze Kaczyński.

Chodzi o PiS–owski spot pt. „Totalna awantura to nie program dla Polski”, w którym użyto wizerunku protestujących pod Sejmem zwolenników opozycji. Jak twierdzi prawnik – bez ich zgody.

Różnej maści ugrupowaniom partyjnym nie raz dotąd zdarzało się stosować taki „chwyt”, tylko nikt dotąd nie wpadł na pomysł, by zrobić z tego odpowiedni użytek – mówią komentatorzy i przypominają zwolenników PiS z krzyżem w spotach PO.

„Być może nikt nie pomyślał wcześniej o tym, by zgłosić się do prawnika. W takim razie rozstrzygnięcie w tej konkretnej w sprawie, w której interweniuję, będzie pewnego rodzaju precedensem” – ocenił Jarosław Kaczyński w rozmowie z Wirtualną Polską.

Po przepisaniu na nowo historii, “dobra zmiana” zabrała się za literaturę. Zanim jednak redaktor Ziemiec ogłosi, że to premier Morawiecki osobiście napisał „Trylogię” (dowodem cytat – „Jam to, nie chwaląc się, sprawił”) , a najważniejszym z narodowych wieszczów zostanie, decyzją sejmowej większości, twórca „Małej Apokalipsy” – Jarosław Kaczyński, „dobra zmiana” przystąpiła do korekty zawartości półek bibliotecznych. Pierwsze dzieło „przykrojone” na miarę aktualnych standardów czytelniczych będzie mieć premierę ósmego września, w związku z Narodowym Czytaniem klasyki. Padło na Żeromskiego i jego „Przedwiośnie”.

Na zlecenie patrona akcji – pana prezydenta – poprawianiem Żeromskiego zajął się krytyk Andrzej Dobosz, na początek wykreślając z tekstu „Przedwiośnia” połowę przymiotników. Bo – trzeba przyznać – z przymiotnikami, to autor zdecydowanie przesadził. No i wiadomo, że nic tak nie psuje stylu, jak mnożenie epitetów…

Jeśli więc bohater był – w oryginale – „zdrowy i zażywny”, pan krytyk pozwolił mu nadal cieszyć się dobrym zdrowiem, ale po „zażywności” nie zostało nawet śladu. I słusznie. Bo nadwaga nie sprzyja zdrowiu przecież. No i władza nie może pozwolić na tak oczywistą promocję otyłości.

Tak więc – na początek z tekstu wypadł co drugi przymiotnik. A zaraz potem pod ciosami cenzorskiego ołówka pana krytyka padły wszystkie słowa „archaiczne”. Oraz – dodatkowo – te, które wprawdzie archaizmami nie są, ale i tak mogłyby wprowadzić w konfuzję czytelników „Gazety Polskiej” i pasków z „Dziennika”. Na przykład „konfuzja” właśnie. Choć nie tylko ona , bo na pierwszy ogień poszedł w „Przedwiośniu” spójnik „tudzież”. A zaraz po nim partykuła „azaliż”. I inne tam „onegdaje”, „wszelakości” czy „mniemania”

„Dobra zmiana” promuje wszak nowoczesność, nie tylko na drogach (milion furmanek na stulecie niepodległości) ale również na półkach bibliotecznych!

No i przecież klasyka jest własnością wszystkich Polaków a nie tylko gardzących prostym ludem elit, z tymi ich „ą”, „ę” i „bynajmniej”.. Toteż – co chyba oczywiste – trzeba ją zmodernizować kreatywnie dostosowując do potrzeb i możliwości zwolenników „dobrej zmiany”. I o się właśnie dzieje!

Każdy może pomóc. Onegdaj portal „naTemat” stworzył listę ulubionych przez swoich czytelników archaizmów oraz „ słów trudnych”, którą w ciemno można rekomendować cenzorom klasyków z „dobrej zmiany”. No więc podpowiadam panu krytykowi, że z „Przedwiośnia” powinny zniknąć (o ile się tam w ogóle pojawiły) , takie słowa, jak: kokieteria, ladacznica, lubrykant, melancholia, absztyfikant, birbant, morowy, bisurman, łapserdak, rozchełstany oraz urwipołeć, wszelako i przeto.

Ewentualnie można też zlecić test w „Super Expressie”, i każde słowo którego rozpoznawalność będzie niższa niż 80 procent, też wykreślić. Tak prewencyjnie, żeby nie narażać czytelników na kryzys poznawczy.

Bo język literatury narodowej ma być prosty i zrozumiały dla każdego! Natomiast Żeromski w oryginale powinien się niechybnie znaleźć na indeksie ksiąg zbyt trudnych dla zwolennika „dobrej zmiany”. Natomiast dywagacje, że wszystkie huncwoty chędożące teraz konstytucję jak ladacznicę, to hultaje, co przeto powinny sczeznąć bez zwłoki, niech sobie czynią (do czasu, wszakże) rozbisurmanione elity gorszego sortu.

Bartłomiej Misiewicz. Piewca macierewiczowskiej pożogi. Anioł kadrowej śmierci. Wybitny strateg i demaskator fake newsów (głównie własnych). Pulchny rzecznik prasowy, któremu wydawało się, że jest ministrem. Człowiek, którego nazwisko jest synonimem nepotyzmu, korupcji politycznej i tego wszystkiego, co przypełzło kanałami razem z władzą PiS. Mimo tego, że Misiewicz został zmuszony do odejścia z Ministerstwa Obrony Narodowej przez samego prezesa Kaczyńskiego w marcu 2017 roku, to do chwili obecnej nie daje on o sobie zapomnieć i coraz to nowe fakty z jego życia prywatnego i służbowego wychodzą na jaw.

Jak już się zdążyliśmy przekonać, politycy PiS są pazerni na pieniądze. Dla nich nie ma najmniejszego znaczenia ich źródło pochodzenia. Ważne, żeby zarobić i się nie narobić, ukraść i nie dać się złapać, albo tak lawirować, żeby nie musieć oddawać. I ten ostatni przypadek dotyczy właśnie pana Misiewicza.

Historia zaczyna się od Jakuba B., szkolnego kolegi Misiewicza ze stolicy polskiego patriotyzmu, Łomianek. Otóż rzeczony pan Jakub w kwietniu 2013 roku zaciągnął kredyt w SKOK Wołomin w wysokości 15.300 zł na 1,5 roku. W tym samym SKOKu, który stał się sławny na całą Polskę, ponieważ działała w nim zorganizowana grupa przestępcza, która wyłudziła ponad 3 miliardy zł. Z uwagi na fakt, że pan Jakub urodził się w 1990 roku i jako 23-latek był gołodupcem, to SKOK Wołomin zażądał zabezpieczenia kredytu. Kredytobiorca zwrócił się zatem do swoich rówieśników, aby podżyrowali mu ten kredyt. Tymi kolegami byli Michał Ł. i właśnie Bartłomiej Misiewicz. Pożyczka została udzielona, a Jakub B. otrzymał pieniądze. Kiedy przyszło do spłaty okazało się, że żadna z rat nie wpłynęła na konto SKOK Wołomin. Półtora roku później, tj. kilka dni po tym jak minął termin spłaty zaciągniętej pożyczki, Komisja Nadzoru Finansowego zawiesiła działalność SKOK Wołomin, a dwa miesiące później sąd ogłosił jej upadłość. W tym czasie Misiewicz pełnił ważne funkcje państwowe za spore pieniądze. Drugi żyrant, jako funfel Miśka też nie zasypiał gruszek w popiele – ciężko pracował w Radzie Nadzorczej Wojskowych Zakładów Łączności nr 1 (z rekomendacji Misiewicza). Sprawa niespłaconego długu trafiła do sądu i po trzech latach zapadł wyrok. Koniec końców dług musiał spłacić drugi z żyrantów. Misiek wyszedł z całej sytuacji bez uszczerbku na swoim majątku.

Chciałbym wyciągnąć morał z tej historii, ale bardziej nurtują mnie pytania: kto polecił Jakubowi B. wziąć kredyt w SKOK Wołomin w czasie, kiedy działała tam zorganizowana grupa przestępcza z byłym członkiem WSI na czele i skąd mu do głowy wpadł pomysł niespłacania zaciągniętego zobowiązania? Czyżby już wtedy w środowisku PiS było wiadomo, że SKOK Wołomin będzie wkrótce niewypłacalny i warto w nim zaciągać zobowiązania, bo za chwilę przestanie istnieć? To tłumaczyłoby brak spłaty jakiejkolwiek raty przez Jakuba B.

Bartłomiej Misiewicz na stałe zagościł w naszej przestrzeni politycznej i tak szybko nie pozwoli o sobie zapomnieć. Pokuszę się jednak o morał z tej historii, choć wielu z was może się on nie spodobać: najwyraźniej warto iść w politykę. Tam się kradnie bezkarnie z gwarancją poklepania was po plecach przez kolegów, którzy będą Wam zazdrościć operatywności i mądrości życiowej.

>>>

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o wyborcach PiS.

Wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek

Nie chcę się czepiać. Nie chcę mówić, że elektorat PiS- u to ludzie, którzy mało wiedzą o mechanizmach władzy, słabo znają historię, a o gospodarce, finansach publicznych, prawie, sądownictwie, edukacji, znaczeniu konstytucji dla bezpieczeństwa państwa niewiele mają do powiedzenia. Nawet jeśli, to przecież nic złego. Każdy ma swoje zainteresowania i nie musi znać się na wszystkim. Dlaczego więc tak trudno z wyborcami PiS-u rozmawiać? Dlaczego z marszu zakładają oni, że każde słowo wypowiedziane przez kogoś, kto nie należy do „PiSolubnych” to kłamstwo, oszustwo, zło?

Jadę taksówką. Kierowca zagaja rozmowę, oczywiście o PiS i polityce. Zachwyca się, jak to teraz jest wspaniale, sprawiedliwie, uczciwie, a więzienia zapełniają się przestępcami z kliki PO. Pytam więc uprzejmie, czy orientuje się, ilu polityków z poprzedniej partii rządzącej, zostało już skazanych po audytach, jakie przeprowadziła nowa władza w ministerstwach. Pan mówi, że wszyscy. To znaczy, kto konkretnie i za co? … i zapada cisza. Informuję pana, że na 40 zgłoszonych „przestępstw do prokuratury, na chwilę obecną kilkanaście spraw już umorzono, dwie zostały przyjęte i kilkanaście wciąż się toczy, bo trudno w nich znaleźć sensowny punkt zaczepienia… nadal cisza. Pytam więc dalej, o czym świadczy fakt, że tylko dwa doniesienia okazały się warte zainteresowania prokuratury i słyszę, że to wina sędziów. Bo skorumpowani, złodzieje, współpracują z kliką i siedzą w układach z tymi zdrajcami narodu (czyli politykami PO). Na moje wyjaśnienie, że to nie sędziowie badają sprawę i przygotowują akt oskarżenia tylko prokuratorzy, znowu cisza. Dojeżdżam już na miejsce i na pożegnanie słyszę, że jestem tym „gorszym sortem”, ale może kiedyś zrozumiem, że nic lepszego od PiS-u nie mogło Polskę spotkać.

Umieszczam swoje teksty, komentujące obecną sytuację polityczną w Polsce na Facebooku. Pod jednym z nich mój oponent napisał – świat i ja zachwycony polską, bo polacy w 2015r z popiołu powstali i z zjednoczoną prawicą – pis polskę chrześcijańską odbudowali i prawo chrześcijańskie – sprawiedliwe wprowadzili, żeby wszyscy polacy i ludzie w polsce spokojnie i w dobrobycie żyli. dlatego w wyborach, tylko pis wybieramy, bo pokój i dobro w europie i polsce dopiero nastanie, kiedy zjednoczymy się z pisem my wszyscy polacy – patrioci, słowianie, chrześcijanie!!!” (zachowałam oryginalną pisownię). Proszę więc o podanie przykładów, które potwierdzają jego słowa i …cisza.

Kolejnego rozmówcę też proszę o konkrety. W odpowiedzi słyszę – „”Pirdolisz banialuki” i oczywiście sztandarowe „Mam pytanie co zbudowały rządy Po? Właśnie tam w stoczni, co?” Opowiadam więc, co się dzieje na terenie Stoczni Szczecińskiej, o firmach tam funkcjonujących, spółkach, które mają sporo kontraktów i nieźle działają i …cisza.

Rozmawiam z sąsiadem o tej nietrafionej ustawie o IPN. Człowiek w kwiecie wieku, ok. 40–tki. Zachwyca się dokonanymi w niej zmianami, bo „wrogów Ojczyzny” trzeba zniszczyć i nie odpuszczać. To nasz patriotyczny obowiązek”. Pytam więc spokojnie o tych „wrogów Ojczyzny”, kim są, co im konkretnie zarzucamy i …cisza, a potem padają słowa, „ni z gruszki, ni z pietruszki”, że ustawa jest super i pokazuje, jak bardzo zaczęliśmy się liczyć w świecie, wreszcie wyrastamy na światową potęgę. Proszę o przykłady i …cisza.

Zawsze jest tak samo. Ja pytam, a odpowiada mi milczenie. Pytam o zasadność reformy edukacji, nepotyzm, rozdawnictwo pieniędzy z naszych przecież kieszeni, słabość polskiej armii, brak sensownych programów rozwoju Polski, łamanie zasad Konstytucji, odejście od trójpodziału władzy. W odpowiedz dostaję tylko jedno… ciszę.

Za poprzednich rządów większość wyborców PiS nie odnalazła się w Polsce. Padły PGR-y, sprywatyzowano przemysł, na mapie Polski pojawiły się regiony tzw. białe, gdzie wzrastało ostro bezrobocie, zakładów pracy było jak na lekarstwo, a ich pozostawiono samym sobie. Nie pamiętam żadnego sensownego programu pomocy dla nich, projektu aktywizacji zawodowej, propozycji dla firm, by właśnie na tych terenach inwestowały i rozwijały swoją działalność. Jedyne, co funkcjonowało to Pomoc Społeczna, która zapewniała wsparcie na poziomie wegetacji, ale też przyzwyczaiła swoich klientów do bierności zawodowej i dość roszczeniowej postawy. Nieistotne, w jakim stopniu sami zapracowali sobie na to wykluczenie. Liczy się fakt, że czuli się gorsi, zbyteczni.

Teraz żyje się im lepiej, bo w Polsce PiS-u są najwyższą wartością samą w sobie i ten poziom wiedzy, jaką reprezentują, całkowicie wystarczy, by ich szanować, cenić i pozorować współudział w tworzeniu nowej Polski na każdej płaszczyźnie. Polski, gdzie to oni są panami, oni rządzą, decydują co i jak, a ta reszta to po prostu chłam, który do tej pory pasożytował na zdrowym organizmie, jakim jest tenże elektorat, wykorzystywał go, spijał śmietankę, która należała się właśnie pisowskim zwolennikom i tylko im.

Dostają od PiS-u na tacy wartości, które pozwalają poczuć się kimś ważnym, docenionym, wreszcie zauważonym. To dla nich jest ten Patriotyzm, Ojczyzna, Bóg i Honor. To im, do tej pory klepiącym biedę, żyjący na poziomie, który był w ich mniemaniu niewystarczający i niesprawiedliwy, PiS pokazuje, że zasługują na więcej.

Dlatego nie ma co liczyć na merytoryczną dyskusję i siłę argumentów. Jak to powiedział jeden z moich internetowych rozmówców – „ja już dawno znalazłem moje źródło, to Polska pod rządami PIS”. I taka jest właśnie puenta każdej rozmowy z wiernym wyborcą PiS. Mają głęboko w nosie konstytucję, demokrację, prawa rządzące finansami i gospodarką, historię, miejsce Polski w świecie. A po co im jakaś prawda? Ich to po prostu nie obchodzi. Ważne, że to jest ich czas i nikt, i nic, tego nie zmieni. Nawet jeśli czarne jest białe, a białe czarne, będą bronili pisowskiej Polski do ostatniej kropli krwi, bo taka Polska to dla nich prawdziwy Raj.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Muszyńskim.

Julia Przyłębska nie jest zanadto lotna jako prawnik, o czym świadczy jej wcześniejsza kariera zawodowa. Nie dostała pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu z uzasadnieniem: „nie nadaje się do orzekania”. O takiej osobie rzecze się: brak jej kompetencji zawodowych.

Ale te braki nie przeszkadzają partii PiS, aby wynieść ją najwyżej w hierarchii zawodowej, bo do najbardziej prestiżowej funkcji – prezes Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli zestawimy ją z poprzednikiem prof. Andrzejem Rzeplińskim, z autorytetem prawniczym z dużym dorobkiem naukowym i wieloma uznanymi publikacjami zwartymi, to nie od rzeczy będzie porównanie tych dwóch wielkości, jak mrówki do słonia.

Poza tym Przyłębska została mianowana przez prezydenta Andrzeja Dudę nieproceduralnie, co zaskarżone w sądzie mogłoby być orzeczone, iż w świetle prawa nie jest prezes TK. Ale nie tylko o niej możemy to powiedzieć. Bezprawnymi są inni sędziowie TK, w tym najgłośniejszy z nich Mariusz Muszyński.

W istocie to on rządził – i rządzi – w Trybunale Konstytucyjnym, bo nawet w machlojkach i przekazie retorycznym Przyłębska jest tak samo „kompetentna”, jak w uzasadnieniu, gdy odmówiono jej posady w Poznaniu: nie nadaje się.

Określając postać Przyłębskiej najwłaściwiej byłoby o niej powiedzieć: nie jest lotna intelektualnie, a na pewno nie nadaje się na funkcję prezesa TK. Żyjemy jednak w rzeczywistości pisowskiej, w której wartościowanie jest odwrotne niż w realności, niż nakazywałby rozum.

Robotę za Przyłębską w TK wykonywał Muszyński, a polegała ona na tym, iż demolkę ustawową PiS przetwarzał na demolkę administracyjną i spraw, które trafiały do TK. Czyli nie jest ważne prawo i nadrzędna do niego Konstytucja, ale interes PiS, a praktycznie wola prezesa I po to Muszyński został wysłany do TK.

Działał w interesie PiS. Jego ambicje demolowania sięgały jeszcze dalej, bo z punktu prawa – a nie pisowskiego bezprawia – był tylko dublerem, czyli nie był sędzią wg prawa. Zachciało się jednak ponadto Muszyńskiemu być sędzią Sądu Najwyższego. Zgłoszona została jego kandydatura i spodziewano się, że nawet może zostać I prezes Sądu Najwyższego, albo szefem nowej struktury w SN – bodaj ważniejszej niż I prezes SN – Izby Dyscyplinarnej.

Nagle dowiedzieliśmy się, że Muszyński zrezygnował z kandydowania do SN. Dlaczego? Czyżby tyle nabroił, iż z chwilą powrotu kraju do normalności, groziła mu wieloletnia odsiadka za kratami?

A może… i dzisiaj otrzymujemy jedną z możliwych odpowiedzi. Mianowicie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok w jednej ze spraw, która dotyczyła zaskarżonego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a w składzie orzekającym był  nasz „czarny charakter” Muszyński. WSA powołując się na sygnatury wyroków TK, uznał, iż w świetle wskazanych wyroków TK Muszyński jest osobą nieuprawnioną do orzekania w składzie Trybunału Konstytucyjnego.

A zatem Muszyński nie ma prawa do orzekania w TK. Logicznym jest, iż nie można uznawać go za sędziego TK. A uogólniając jeszcze szerzej w stosunku do kraju: w Polsce nie działa prawo, mamy sytuację samowoli prawnej, bezprawia.

Najprawdopodobniej – prawdopodobieństwo graniczące z pewnością – Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu przychyli się zasadności pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego, a tym samym pośrednio stwierdzi, że prawo stanowione przez PiS określa Polskę jako państwo bezprawia, republikę bananową. Nieuprawniony Muszyński w TK był i jest prawniczym cynglem PiS. Prawo w Polsce zostało postawione pod ścianą, rozstrzelane.

Balcerowicz: Polexitu nie można wykluczyć

– Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Balcerowicz: Ci, którzy uchwalili ustawy o KRS i SN i je podpisali, obecny  prezydent to gwałciciele konstytucji

– Ci, co uchwalili te ustawy (o KRS i SN) i ją podpisali, obecny prezydent to są gwałciciele konstytucji, czyli najwyższego prawa, a ci, którzy dali się wybrać do KRS-u, czyli w gruncie rzeczy niekonstytucyjnego prawa, teraz się dają wybrać czy próbują dać się wybrać do Sądu Najwyższego to są także gwałcicielami konstytucji, wspólnikami – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach

Balcerowicz: PMM po prostu kłamie

– On [premier Mateusz Morawiecki] po prostu kłamie. Trzeba używać słów adekwatnych do rzeczywistości. Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje. Manipulacja czasami polega na tym, proszę pamiętać, pewne stwierdzenia odnośnie faktów są prawdziwe, ale wnioski fałszywe. Można powiedzieć tak jak powiedział prezydent Erdogan w Turcji: Nasza gospodarka jest w świetnej sytuacji. Była. Na podstawie bieżących składników, ale jak się popatrzy na inne wskaźniki to widać było, że zmierza do katastrofy – mówił Leszek Balcerowicz w rozmowie z Grzegorzem Kajdanowiczem w „Faktach po Faktach” TVN24.

Rząd PiS znów dofinansował telewizję publiczną: Ministerstwo Kultury zgodziło się na wznowienie emisji obligacji na sumę 300 mln zł. To prezes Jacek Kurski zabiegał o te pieniądze, bo – jak tłumaczy – rząd wciąż nie uregulował sprawy abonamentu.

Już raz TVP wyemitowała obligacje o wartości 300 mln zł, które Bank Gospodarstwa Krajowego kupił latem 2016 r. Ze sprawozdania finansowego dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wiadomo, że w 2016 r. spółka i tak odnotowała 180 mln zł straty (rok wcześniej 36,6 mln zł). I za taki wynik w całości odpowiada prezes Kurski, bo nominację na szefa TVP odebrał z rąk ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza na początku stycznia 2016 r. Od tego czasu oglądalność programów w TVP spada (z „Wiadomościami” na czele), za to rosną wydatki. Spółka funkcjonuje głównie dzięki pomocy rządu.

Już w połowie 2016 r. TVP dostała zgodę na wyemitowanie obligacji o wartości do 300 mln zł. – To w rzeczywistości najtańsze finansowanie możliwe na rynku. Wcale nie jest powiedziane, że z niego w całości skorzystamy. To tylko furtka zabezpieczająca płynność – tłumaczył prezes Kurski w wywiadzie dla tygodnika „Sieci”. Potem przyznał, że „dzięki tym pieniądzom przeżyliśmy 2016 r”.

>>>

>>>

>>>

Mariusz Muszyński, pisowski cyngiel w Trybunale Konstytucyjnym

Zwykły wpis

Julia Przyłębska nie jest zanadto lotna jako prawnik, o czym świadczy jej wcześniejsza kariera zawodowa. Nie dostała pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu z uzasadnieniem: „nie nadaje się do orzekania”. O takiej osobie rzecze się: brak jej kompetencji zawodowych.

Ale te braki nie przeszkadzają partii PiS, aby wynieść ją najwyżej w hierarchii zawodowej, bo do najbardziej prestiżowej funkcji – prezes Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli zestawimy ją z poprzednikiem prof. Andrzejem Rzeplinskim, z autorytetem prawniczym z dużym dorobkiem naukowym i wieloma uznanymi publikacjami zwartymi, to nie od rzeczy będzie porównanie tych dwóch wielkości, jak mrówki do słonia.

Poza tym Przyłębska została mianowana przez prezydenta Andrzeja Dudę nieproceduralnie, co zaskarżone w sądzie mogłoby być orzeczone, iż w świetle prawa nie jest prezes TK. Ale nie tylko o niej możemy to powiedzieć. Bezprawnymi są inni sędziowie TK, w tym najgłośniejszy z nich Mariusz Muszyński.

W istocie to on rządził – i rządzi – w Trybunale Konstytucyjnym, bo nawet w machlojkach i przekazie retorycznym Przyłębska jest tak samo „kompetentna”, jak w uzasadnieniu, gdy odmówiono jej posady w Poznaniu: nie nadaje się.

Określając postać Przyłębskiej najwłaściwiej byłoby o niej powiedzieć: nie jest lotna intelektualnie, a na pewno nie nadaje się na funkcję prezesa TK. Żyjemy jednak w rzeczywistości pisowskiej, w której wartościowanie jest odwrotne niż w realności, niż nakazywałby rozum.

Robotę za Przyłębską w TK wykonywał Muszyński, a polegała ona na tym, iż demolkę ustawową PiS przetwarzał na demolkę administracyjną i spraw, które trafiały do TK. Czyli nie jest ważne prawo i nadrzędna do niego Konstytucja, ale interes PiS, a praktycznie wola prezesa I po to Muszyński został wysłany do TK.

Działał w interesie PiS. Jego ambicje demolowania sięgały jeszcze dalej, bo z punktu prawa – a nie pisowskiego bezprawia – był tylko dublerem, czyli nie był sędzią wg prawa. Zachciało się jednak ponadto Muszyńskiemu być sędzią Sądu Najwyższego. Zgłoszona została jego kandydatura i spodziewano się, że nawet może zostać I prezes Sądu Najwyższego, albo szefem nowej struktury w SN – bodaj ważniejszej niż I prezes SN – Izby Dyscyplinarnej.

Nagle dowiedzieliśmy się, że Muszyński zrezygnowal z kandydowania do SN. Dlaczego? Czyżby tyle nabroił, iż z chwilą powrotu kraju do nornalności, groziła mu wieloletnia odsiadka za kratami?

A może… i dzisiaj otrzymujemy jedną z możliwych odpowiedzi. Mianowicie Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie wydał wyrok w jednej ze spraw, która dotyczyła zaskarżonego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, a w skadzie orzekającym był  nasz „czarny charakter” Muszyński. WSA powołując się na sygnatury wyroków TK, uznał, iż w świetle wskazanych wyroków TK Muszyński jest osobą nieuprawnioną do orzekania w składzie Trybunału Konstytucyjnego.

A zatem Muszyński nie ma prawa do orzekania w TK. Logicznym jest, iż nie można uznawać go za sędziego TK. A uogólniając jeszcze szerzej w stosunku do kraju: w Polsce nie działa prawo, mamy sytuację samowoli prawnej, bezprawia.

Najprawdopodobniej – prawdopodobieństwo graniczące z pewnością – Trybunał Sprawiedliwości UE w Luksemburgu przychyli się zasadności pytań prejudycjalnych Sądu Najwyższego, a tym samym pośrednio stwierdzi, że prawo stanowione przez PiS określa Polskę jako państwo bezprawia, republikę bananową. Nieuprawniony Muszyński w TK był i jest prawniczym cynglem PiS. Prawo w Polsce zostało postawione pod ścianą, rozstrzelane.

Cyrk Kaczyńskiego z klaunem Dudą i klechami

Zwykły wpis

Szczerski: Prezydent jest dzisiaj jedynym politykiem w Polsce, który działa ponad ostrym sporem politycznym

Aż wstyd cytować, co matołek Szczerski wygaduje. Ale zacytuję te kłamstwa. On nawet z wyglądu wyglada jak obrzygane kłamstwo, dlatego powyżej wspomniano o Herbercie i „Potędze smaku”.

– Myślę, że jak patrzymy na to z perspektywy 3-lecia, to widać wyraźnie, że to jest prezydentura przypadająca na bardzo ciężki, trudny okres jeśli chodzi o polską politykę, o okres bardzo drastycznego zaostrzenia konfliktu politycznego w Polsce pomiędzy partiami politycznymi, w wyniku zdecydowanie agresywnej polityki, którą prowadzi dzisiejsza opozycja. Prezydent jest jedynym politykiem dzisiaj w Polsce, który działa ponad tym ostrym sporem politycznym. W moim przekonaniu to powinno być zapamiętane z tych 3 lat, że to jedyny człowiek w Polsce, jedyna instytucja polskiego państwa, która nie dała się wciągnąć w wyniszczający spór, jaki toczy dzisiaj polskie państwo i poszczególne instytucje, już dzisiaj nawet dotarł do SN, który tak strasznie dzieli polskie społeczeństwo. Jedynym politykiem, który jest ponad tym sporem, do tego sporu nie został włączony i nie chce być włączony, wręcz odwrotnie, działa na rzecz tego, żeby budować instytucje państwa, które byłyby ponad tym sporem, jest prezydent. To w sensie polityki wewnętrznej chyba najważniejszy wymiar tej prezydentury – mówił Krzysztof Szczerski w „Salonie politycznym Trójki”.

Wysłał 47 pism, otrzymał 21 odpowiedzi – to plon kolejnej akcji Krzysztofa Brejzy. Tym razem poseł PO chciał się dowiedzieć, czy ministrowie rządu Beaty Szydło wpłacili przyznane im nagrody do Caritas. W maju funkcjonariusze PiS twierdzili, że wykonali rozkaz Jarosława Kaczyńskiego.

Brejza postanowił więc to sprawdzić. Większość oddziałów Caritas, od których poseł dostał odpowiedź, odmówiła mu przekazania informacji dotyczących pieniędzy. Zasłaniali się np. RODO, czyli unijnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych.

Ksiądz Marek Bator – dyrektor Caritas Diecezji Częstochowskiej – postanowił natomiast pouczyć posła Brejzę. – „Pana list sugeruje, iż środki, o które Pan zapytuje, były wypłatami „nienależnymi”, co nie zostało prawomocnie potwierdzone” – napisał ksiądz. Marek Bator uważa także, że nagrody z budżetu państwa dla ministrów były… środkami prywatnymi!

Zarzuca też posłowi chęć upolitycznienia sprawy. Zaapelował do Brejzy o „zaprzestanie stygmatyzowania Caritas poprzez tego typu zachowania”. Wychodzi na to, że jakoś nie zauważył, że to prezes PiS nakazał przekazanie pieniędzy właśnie na konta Caritas.

W piątek, ok godziny 14, w Suwałkach doszło do kolizji. Jeden ze świadków zdarzenia zapamiętał numer rejestracyjny sprawcy kolizji i już po godzinie został on zatrzymany w Augustowie. Okazał się nim sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach. Miał 1,8 promila alkoholu we krwi. Mało tego. Wiadomo, że tego dnia, przed zdarzeniem, sądził w dwóch sprawach.

Taki news to jak miód na serce prawicowego elektoratu.  Kolejny przykład demoralizacji tej „kasty”. Kolejny dowód na to, że minister Ziobro wie co robi, zmieniając całkowicie zasady funkcjonowania sądownictwa. Na sędziego wylał się w internecie ostry hejt. Jedna z internautek zastanawiała się, „w jaki sposób pijany bandyta na drodze, sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach, zasłaniający się immunitetem i próbujący uciec z miejsca zdarzenia zostanie potraktowany przez swoich kolegów, nadzwyczajną kastę bandytów w togach”. W jej sondzie aż 80 % uznało, że sędzia będzie uniewinniony.

Nagle okazało się, że jednak nie da się tego zdarzenia wykorzystać na poparcie słuszności „reformy” sądownictwa. Pijany sędzia to człowiek z nadania ministra Ziobry. I całą robota pisowskich trolli poszła na marne. I jak tu teraz odwrócić kota ogonem?

Dziennikarze portalu oko.press ustalili, że żona sprawcy kolizji, dzięki Ziobrze, jest prezesem jednego z podlaskich sądów, a on sam zajmuje kierownicze stanowisko w suwalskim sądzie. Jest też w dobrych relacjach z Jackiem Sowulem, który to z rąk ministra Ziobry otrzymał nominację na prezesa Sądu Okręgowego w Suwałkach. To właśnie nowy prezes towarzyszył mu w jednej ze spraw, która toczyła się w dniu, gdy doszło do kolizji. To właśnie Jacek Sowul zadecyduje o dalszych losach sędziego, a sprawą zajmie się Prokuratura Regionalna w Białymstoku.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że to właśnie ten sędzia ma pod koniec września rozpoznać trzecią już apelację w głośnej sprawie członków KOD, którzy zakłócili spotkanie z Anną Marią Anders na otwarciu wystawy, poświęconej jej ojcu. To właśnie decyzją pana Sowula uchylono wyrok uniewinniający, a wobec sędziego Dominika Czeszkiewicza, który wydał wyrok niezgodny z oczekiwaniami przełożonych, toczyło się postępowanie dyscyplinarne, za którym również stał Sowul. Nie udało się niczego znaleźć i postępowanie zostało umorzone.

Miała być więc wielka sensacja, potwierdzająca słuszność walki ze środowiskiem sędziowskim, a wyszła wielka wpadka.

>>>

Stawka kolejnych wyborów 2018/2019 jest wysoka, nie chcemy #RzeczPiSpolita w Polsce.

Musimy wygrać wybory w 2019, po to jest #KoalicjaObywatelska, nowa jakość w polityce.

Raskolnikow

2 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nas obywateli czeka ogromny trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski.

Przed nie lada wyzwaniem stoi dzisiejsza opozycja, gdy już zwycięży PiS i trzeba będzie po partii Kaczyńskiego posprzątać. Zniszczone zostało niemal wszystko – prawo, publiczne media, imię Polski i każdego z nas, imię Polaka. Zostaliśmy odarci z godności, honoru, a wielu z rozumu.

Joachim Brudziński nie ma problemu ze stwierdzeniem, że inwigilowanie obywateli służy zapewnieniu bezpieczeństwa. Brudziński zaoferował bezpieczeństwo środowiskom prodemokratycznym, prokonstytucyjnym na spotkaniu ze Zbigniewem Hołdysem poprzez inwigilowanie ich.

Spisanie manifestujących uzasadniał kłótnią wśród protestujących. Czy zbyt głośno wyrażali swój gniew albo jeden chciał wykrzykiwać hasła „Duda pod Trybunał Stanu”, a inny chciał frazy „Będziesz siedział”? A może kłócili się o Kaczyńskiego, czy ma siedzieć, czy uciekać do „ciepłego człowieka”?

Eliza Michalik nawet mniema, że Brudziński oszalał. Wg niej oznaka pomieszania rozumu u ministra to przyznanie się w TVN 24 do popełnienia…

View original post 791 słów więcej

Kaczyńscy niszczą lepszych od siebie. Czyli niemal wszystkich

Zwykły wpis

Hanna Stadnik, pseudonim „Hanka”, w Powstaniu Warszawskim walczyła razem z Rajmundem Kaczyńskim. – „Ojciec braci Kaczyńskich był moim kolegą z „Baszty”. Jak Leszek Kaczyński został prezydentem Warszawy i mu gratulowaliśmy, jego ojciec powiedział: – „Moim synom nie wolno dawać władzy. Zniszczą każdego, kto jest od nich lepszy, bo są złośliwi”. Lech był gorszy z zachowania, tak z obserwacji. Za to jego żona była cudowną osobą. I to ona go wychowała, jak każda żona swojego męża– powiedziała bohaterka Powstania Warszawskiego w TVN 24.

„Mieliśmy przez te prawie 30 lat wolność. Żyliśmy pełną piersią. Byliśmy szanowani za granicą, Unia liczyła, że będzie miała w nas wielką pomoc, że będziemy opoką na granicy z Rosją. No i co się dzieje. Żyłam w PRL. Doskonale wiem, że działała wtedy tylko jedna partia i dzisiaj jest to samo. To jest przerażające” – stwierdziła Hanna Stadnik. Powiedziała, że nie martwi się już o siebie, ale o dzieci i wnuki. – „W jakiej Polsce będą żyli?” – pytała i apelowała do młodych ludzi. – „Walczcie o Polskę, żeby była wolna, bo jeśli Sąd Najwyższy jest rozebrany, to nie jest już wolna” – powiedziała Stadnik.

Wspominała pierwsze dni Powstania Warszawskiego. – „Czuliśmy się wolni, byliśmy w euforii. Później, jak zaczęły ginąć nasze koleżanki i koledzy, było coraz smutniej i coraz mniej było w nas nadziei, że damy radę. Mimo to trwaliśmy, dopóki starczało nam sił. Napędem była walka o wolność, o Warszawę” – stwierdziła „Hanka”.

Człowiek-legenda, satyryk, aktor, scenarzysta, felietonista, czyli Jacek Fedorowicz był pierwszym gościem Akademii Sztuk Przepięknych na festiwalu Pol’and’Rock (dawniej Przystanek Woodstock) w Kostrzynie nad Odrą. – „Mówiłem wcześniej, że prezes chce nas wyprowadzić z UE, a wielu nie chciało mi wierzyć. Staram się nie siać defetyzmu, ale wysyłam ostrzeżenia. Tyle pokoleń walczyło, żeby być na zachodzie, a oni siłą wloką nas na wschód. Kto tego nie widzi, jest ślepy” – mówił podczas spotkania.

„Wiemy, że Kaczyński i jego obóz zawłaszczają wszystko, wszystkie słowa. Obrzydzenie mnie bierze. To, co robi Jacek Kurski z telewizją publiczną, to jest zbrodnia na kulturze i na społeczeństwie. Wzoruje się na propagandzie PRL-u, na „Dzienniku Telewizyjnym” – stwierdził Fedorowicz. Na pytanie o ministra kultury Piotra Glińskiego odpowiedział: – „Nie mówmy o pionkach. Jeśli mówimy o kulturze, nie mówmy o panu Glińskim. Nie chce nikogo obrażać, ale dla mnie jest on pionkiem w autokratycznym reżimie Kaczyńskiego. I nie udawajmy, że jest inaczej”.

Jacek Fedorowicz był współautorem kultowej audycji w Trójce „60 minut na godzinę”, w której wykreował słynną postać kolegi kierownika. Uczestnicy spotkania oczywiście zapytali, czy ten kierownik z PRL-u nie staje się znów aktualny? – „Oczywiście, wraca kolega kierownik z moich audycji. Dziś mógłby być asystentem posłanki Pawłowicz i obliczać, ile to straciliśmy na wejściu do Unii” – drwił Fedorowicz.

Jacek Fedorowicz był także współscenarzystą filmów Stanisława Barei „Nie ma róży bez ognia”, w którym zagrał główną rolę, oraz „Poszukiwany, poszukiwana”. Jest twórcą słynnego rysunku „Portret nieznanego mężczyzny z wąsem”, przedstawiającego Lecha Wałęsę, którego władze PRL-u chciały usunąć z pamięci.

„Neofaszyści zatrzymani w Warszawie. Urząd Miasta. Wreszcie” – napisali Obywatele RP na Twitterze.


A na oficjalnym profilu miasta Warszawa czytamy: – „Zgromadzenie przy Rotundzie zostało rozwiązane z powodu flag i koszulek uczestników z symboliką nawiązującą do org. propagujących ustrój totalitarny. Warszawa za dużo przeszła w historii, żeby nie reagować na takie sytuacje. Zwłaszcza w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego”.

„Stołeczni urzędnicy byli na miejscu zgromadzenia i w ich ocenie dochodziło tam do przekroczenia przepisów. Wśród uczestników można było dostrzec m.in. symbole celtyckie i rzeczy, które wprost nawiązują do organizacji propagujących niedozwolone treści” – powiedział rzecznik ratusza Bartosz Milczarczyk. Zaznaczył, że organizatorzy marszu zostali o tym poinformowani tak, aby „zapanowali nad członkami zgromadzenia, ale to nie przynosiło skutku”.

Tym marszem ONR chciał uczcić rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Narodowcy zostali zablokowani przez policję przy rondzie de Gaulle’a. Wśród skandowanych przez uczestników haseł można było usłyszeć m.in. „Śmierć wrogom ojczyzny”, „J…ć Żydów”, „Raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Po rozwiązaniu marszu narodowcy dalej poszli chodnikami poszli na pl. Zamkowy.

Na kamienicy na rogu Nowego Światu z Foksal na oknach rozwieszono transparent z kotwicą powstańczą i hasłem: „Przeciw faszyzmowi”. – „Tych, którzy dziś skandują „raz sierpem, raz młotem” i im się wydaje, że tak oddają hołd powstańcom, to nie jestem w stanie pojąć” – skomentowała na Twitterze Justyna Suchecka z „Gazety Wyborczej”. A Tomasz Lis skomentował: – „Na miejscu min. Brudzińskiego podjąłbym jednak ciut bardziej intensywne starania dla ukrycia dość oczywistego wrażenia, że w państwie PIS brunatni są pod ochroną. Rozumiem, że PiS nie chce mieć konkurentów po prawej stronie, ale w rocznicę Powstania troska o nazioli to hańba”. Szef MSWiA napisał bowiem, że decyzję ratusza przyjął z oburzeniem!

Waldemar Mystkowski pisze o dwóch łajdackich postaciach.

Nas obywateli czeka ogromny trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski.

Przed nie lada wyzwaniem stoi dzisiejsza opozycja, gdy już zwycięży PiS i trzeba będzie po partii Kaczyńskiego posprzątać. Zniszczone zostało niemal wszystko – prawo, publiczne media, imię Polski i każdego z nas, imię Polaka. Zostaliśmy odarci z godności, honoru, a wielu z rozumu.

Joachim Brudziński nie ma problemu ze stwierdzeniem, że inwigilowanie obywateli służy zapewnieniu bezpieczeństwa. Brudziński zaoferował bezpieczeństwo środowiskom prodemokratycznym, prokonstytucyjnym na spotkaniu ze Zbigniewem Hołdysem poprzez inwigilowanie ich.

Spisanie manifestujących uzasadniał kłótnią wśród protestujących. Czy zbyt głośno wyrażali swój gniew albo jeden chciał wykrzykiwać hasła „Duda pod Trybunał Stanu”, a inny chciał frazy „Będziesz siedział”? A może kłócili się o Kaczyńskiego, czy ma siedzieć, czy uciekać do „ciepłego człowieka”?

Eliza Michalik nawet mniema, że Brudziński oszalał. Wg niej oznaka pomieszania rozumu u ministra to przyznanie się w TVN 24 do popełnienia przestępstwa przekroczenia uprawnień, a za to idzie się do więzienia. Tak stałoby się w państwie prawa, Brudziński wszak bierze na klatę przestępstwa, a na plecy napis na pasiaku ZK (Zakład Karny). Inni zauważają, że jako prawa ręka Kaczyńskiego wie, iż „nie odbędą się takie wybory, które oni by przegrali”.

Stwierdzenie ważności wyborów jest w gestii Sądu Najwyższego, właśnie do niego rozpoczęła się niekonstytucyjna inwazja sędziów, spośród których będzie dobierany skład między innymi Izby Dyscyplinarnej SN. Wpłynęło już 198 kandydatur na sędziów, wśród nich osławiony Mariusz Muszyński.

Muszyński jest odpowiednikiem Stanisława Piotrowicza, rozwalił Trybunał Konstytucyjny, gdzie jest tzw. dublerem (objął obsadzone już stanowisko sędziowskie), w istocie kieruje Trybunałem, a nie niedołężna profesjonalnie Julia Przyłębska. Teraz przechodzi na front Sądu Najwyższego – z takim samym zdaniem spacyfikowania SN i uczynienia z niego narzędzia politycznego PiS.

Możemy więc spodziewać się wszystkiego najgorszego. Skręcenie wyników wyborów, bo przestępcy (na razie in spe) będą się bać odsiadki. Zaś Unia Europejska nie będzie tolerować wśród siebie czarnej owcy demokracji, pisowskiej Polski.

Zauważmy, iż testowane jest zbliżenie do Rosji. Na harce medialne wysłany został tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel. Testowane jest zrównanie demokraty z faszystami, bo tak należy odczytywać postawienie przed sądem członka KOD, którego w Radomiu pobili wszechpolacy. I wreszcie jest testowana przemoc – użycie gazu pieprzowego w stosunku do manifestujących. A jak będą się domagać wyjaśnienia od Brudzińskiego tego incydentu przemocy – zaliczanego zresztą do zjawiska tortur – tak jak Amnesty International z szefową polskiego oddziału Draginją Nadażdin, mogą się spotkać z wulgaryzmami posłanki PiS Pawłowicz, kołtunką i zdziwaczałą wodzirejką w autokratycznym cyrku Kaczyńskiego.

Opozycję czeka nie lada wyzwanie, a nas obywateli jeszcze większy trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski. Zanim tak się jednak stanie, może nas czekać walka z jeszcze gorszą próbą upodlenia nas przez PiS. Tacy Brudzińscy, Muszyńscy, Kaczyńscy uciekną się do najgorszego, bo nie są w stanie wziąć odpowiedzialności za zło, które krajowi uczynili.

Wysłannik Kaczyńskiego do rozwalenia Sądu Najwyższego i uczynienia go partyjnym

Zwykły wpis

Do wybranej głosami PiS i Kukiz’15 Krajowej Rady Sądownictwa wpłynęło już 198 kandydatur na sędziów Sądu Najwyższego. Najwięcej – 91 osób – chce orzekać w Izbie Dyscyplinarnej.

KRS ciągle nie podaje do wiadomości publicznej nazwisk osób, które się zgłosiły, ale według „Gazety Wyborczej” jedną z nich jest Mariusz Muszyński, sędzia dubler i wiceprezes Trybunału Konstytucyjnego. Muszyński zgłaszając się do Trybunału, zataił przed Sejmem swoją przeszłość w służbach specjalnych.

Mówi się, że to on – zamiast Julii Przyłębskiej – kieruje pracami TK. Gościem w jego gabinecie bywa koordynator służb specjalnych Mariusz Kamiński, a Muszyński wyznacza m.in. składy do spraw, na których zależy PiS. P: „Komisarz PiS Muszyński wiceprezesem Trybunału Konstytucyjnego”.

Według informacji „GW”, Muszyński chce orzekać w Izbie Dyscyplinarnej SN. Natomiast Małgorzata Manowska, bliska współpracowniczka Zbigniewa Ziobry, ponoć szykowana jest na dublerkę I prezes SN prof. Małgorzaty Gersdorf. Manowska jest obecnie szefową Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. „GW” pisze, że w ostatniej pisowskiej nowelizacji ustaw sądowych dodano przepis tak, aby np. dyrektorka KSSiP mogła wrócić do orzekania i startować na stanowisko w SN.

>>>