Tag Archives: Stanisław Gawłowski

Matka Boska i antysemityzm. Obskurantyzm pisowski degraduje do Ciemnogrodu

Zwykły wpis

>>>

>>>

Depresja plemnika

„Kult ministra Brudzińskiego szerzy się po komendach:) Szkoda, że jeszcze kwiatków nie położyli! Jakie trzeba mieć kompleksy, żeby pozwalać podwładnym na takie infantylne lizusostwo? Obciach!”– skomentował na Twitterze były szef MON w rządzie PO-PSL poseł PO Tomasz Siemoniak.

Chodzi o filmik, który też na Twitterze udostępnił inny polityk PO Stanisław Gawłowski. Na nagraniu widać wyświetlane na ekranie telewizora obrazki z szefem MSWiA Joachimem Brudzińskim w roli głównej. – „Witacz” w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Szczecinie” – napisał Gawłowski.

„W tym PiS chyba wszyscy są niedowartościowani: * Zieliński – konfetti * Jojo – witacze w komendach * Misiewicz – honory od żołnierzy * Kaczyński – armia ochroniarzy * Karczewski – portret własny * Kuchciński – twierdza Sejm…

View original post 1 194 słowa więcej

 

Pisowcy, myślcie do przodu. Kto będzie wam przynosił wałówki do kicia?

Zwykły wpis

– Bez istotnej zmiany kursu, na co jest już bardzo mało czasu, za rok stracimy władzę – mówi w rozmowie z „Super Expressem” jeden z najważniejszych ministrów Mateusza Morawieckiego.

„SE” nie ujawnia tożsamości swojego rozmówcy. Jednak według niego, kłopoty sprawia teraz rządowi m.in. kwestia reformy wymiaru sprawiedliwości.

Z taką diagnozą nie zgadza się m.in. marszałek Senatu Stanisław Karczewski, który powiedział w rozmowie z „SE”, że wygrana nie zależy od „subiektywnej oceny jednej osoby, która być może uległa jesiennemu przesileniu”. „A kurs trzeba stale korygować. Mamy dobrych sterników, którzy wiedzą kiedy i w jakim kierunku odchylić ster” – zapewnił.

„SE” opisuje też, że rząd jest trawiony problemami wewnętrznymi. „O napiętej sytuacji w rządzie i samej partii świadczą też coraz częstsze spotkania na tzw. górze, czyli u Jarosława Kaczyńskiego na Nowogrodzkiej. Ostatnio prezes z premierem, najbardziej zaufanymi politykami oraz związanymi z partią ekspertami gospodarczymi spotkali się na tajnej naradzie ws. afery KNF. Takich pożarów do gaszenia jest coraz więcej, a płomienie powoli trawią niezmiennie wysokie od miesięcy poparcie” – czytamy.

Niektórzy pisowcy już przygotowują się na stratę władzy. Powinni poza tym pomysleć, kto będzie im przynosił wałówki do kicia.

Depresja plemnika

To „sprawdzam” dla ministra Ziobro – mówi opozycja i zapowiada złożenie  zawiadomienia do prokuratury w związku z zeznaniami Piotra P., jednego z głównych podejrzanych w tzw. aferze SKOK Wołomin, który twierdzi, że Jacek Sasin, czołowy polityk PiS-u, oraz dwóch senatorów PiS otrzymywało pieniądze ze SKOK Wołomin. – Padły oskarżenia o to, że osoby, które są oskarżone w tej aferze,  przekazywały wprost pieniądze politykom Prawa i Sprawiedliwości – tłumaczy Arkadiusz Myrcha z PO.

Oskarżenie polityka

Podczas procesów osób oskarżonych w tzw. aferze SKOK Wołomin jeden z głównych oskarżonych Piotr P., były oficer kontrwywiadu WSI, oskarżył kilku polityków PiS-u, w tym szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacka Sasina, o przyjmowanie pieniędzy od osób oskarżonych w aferze SKOK.

Jacek Sasin w sprawie oskarżeń Piotra P. wydał oświadczenie, w którym nazwał jego twierdzenia „absurdalnym pomówieniem” – Afera SKOK Wołomin jest aferą WSI. Piotr P., były oficer WSI, to „mózg” tej afery – twierdzi Jacek…

View original post 4 081 słów więcej

Pisowskie zabiegi o wsparcie Kościoła katolickiego

Zwykły wpis

Wrocławski radny PiS Michał Piechel, który stara się w obecnych wyborach o reelekcję, wydał gazetkę, promującą siebie i swoje dokonania. A w środku znajduje się cała strona, dotycząca wyznawanej przez radnego religii, okraszona jego zdjęciem z arcybiskupem wrocławskim Józefem Kupnym.

Kuria twierdzi, że nie wiedzieli o tym i nie zgadzają się na umieszczanie wizerunku arcybiskupa Kupnego w materiałach wyborczych. Gazetka radnego została już jednak rozkolportowana. Rzecznik arcybiskupa ks. Rafał Kowalski przypuszcza, że radny nie złamał prawa, „ale z pewnością mamy tu do czynienia z nadużyciem i naruszeniem dobrych zasad” – jak się wyraził. Kuria jednak nie zamierza dochodzić swoich praw.

Ks. Kowalski dodał, że Kościół nie sprzyja żadnej partii. Ciekawe, czy rzecznik kurii przeczytał to, co radny umieścił przy zdjęciu z arcybiskupem. – „Jeśli ktoś mówi, że Kościół nie powinien się wtrącać do polityki, to dyskryminuje znaczny procent obywateli naszego kraju, którzy stanowią Lud Boży” – napisał radny Piechel.

Agencja Standard & Poor’s podwyższyła rating Polski do „A-” z „BBB+”.

>>>

Wczoraj w trakcie debaty Patryk Jaki deklarował odejście z
@SolidarnaPL P. Jaki takie bajki są dobre dla pańskiego elektoratu,
mamy obecnie apolitycznego pana Andrzeja Dudę
który zamiast z żoną Agatą sypia z legitymacją członka partii PiS.

Holtei

Politycy PiS o zdradę i zaprzaństwo zwykle oskarżają swoich przeciwników. Opozycja to targowica, a sędziowie cierpią na ojkofobię. Nie zdarzyło się jednak, by zarzut takiego kalibru polityk PiS postawił ministrowi pisowskiego rządu.

Antoni Macierewicz, były minister obrony i ciągle wiceprzewodniczący partii, powiedział, że szef MSZ prof. Jacek Czaputowicz, „zamiast wspierać interes narodowy i bezpieczeństwo Polski, wspiera bezpieczeństwo Niemiec i sojuszu niemiecko-rosyjskiego”.

Poszło o słowa Czaputowicza wypowiedziane tydzień temu podczas dyskusji w Fundacji Batorego. Szef polskiej dyplomacji podkreślał, że Niemcy mimo coraz ostrzejszego sporu z UE o praworządność „widzą potrzebę i chęć rozwijania stosunków z Polską”. – Będziemy bronić Niemiec, jeśli będą one niesprawiedliwie traktowane np. przez USA. Musimy bronić zasad i obowiązuje nas solidarność – powiedział.

Niemcy a polska racja stanu

Trzy lata temu podobne słowa uznane by zostały za truizm. Utrzymywanie dobrosąsiedzkich relacji z Niemcami dla wszystkich rządów było racją stanu. Tak jak konieczność udzielenia partnerom w UE solidarnej…

View original post 3 245 słów więcej

Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym

Zwykły wpis

>>>

– Mateusz Morawiecki wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego, a on nie cofnie się o krok – mówi polityk PO Borys Budka.

(fragmenty)

Rzeczpospolita: W październiku nie będzie trzeciego wysłuchania Polski w ramach procedury z art. 7 traktatu unijnego. Czy to może oznaczać, że Komisja Europejska docenia próbę dialogu podjętą przez premiera Mateusza Morawieckiego z prof. Małgorzatą Gersdorf?

Borys Budka, wiceszef PO, b. minister sprawiedliwości:Jestem przekonany, że już nikt w Europie nie wierzy rządowi PiS. Wielokrotnie oszukiwano naszych unijnych partnerów, że w Polsce prowadzony jest dialog, gdy tak naprawdę przystępowano do kolejnych etapów demontażu niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wybrała prostszą – z punktu widzenia politycznego – procedurę przekazania rozstrzygnięcia spraw przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Wybije tym samym z rąk eurosceptyków, że KE działa w sposób polityczny. Zaczeka na rozstrzygnięcie TSUE.

Premier spotkał się z I prezes SN i sondował jej gotowość do kompromisu. Rozważany wariant to pozostawienie prof. Gersdorf oraz danie najstarszym sędziom SN wyboru, czy chcą dalej sądzić, czy też przejść w stan spoczynku na atrakcyjnych finansowo warunkach. Taki kompromis Morawiecki zaproponował też nieoficjalnie Komisji Europejskiej. PiS jest gotowe do ustępstw ws. zmian w Sądzie Najwyższym?

Powiem brutalnie: nie wierzę w ani jedno słowo Morawieckiego. Nie ma chyba dnia, by nie posłużył się kłamstwem bądź manipulacją. Jego spotkanie z prezes Gersdorf to była klasyczna „ustawka”, próba mydlenia oczu opinii publicznej.

Wydaje się, że KE pozytywnie przyjęła chęć porozumienia.

Premier po raz kolejny próbował grać na czas, by metodą faktów dokonanych przeforsować upolitycznienie Sądu Najwyższego. Ale nie mam też złudzeń, to nie premier podejmuje strategiczne decyzje. On tylko wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego. A ten nie cofnie się o krok.

(…)

PiS reformą sądów wyprowadza Polskę z UE?

Nie ma i nie było żadnej reformy sądownictwa. To, co się dzieje od blisko trzech lat, to budowa systemu jednolitej władzy państwowej, takiego PRL-bis, w którym nie ma niezależnego wymiaru sprawiedliwości, a wszelka władza skupiona jest w rękach polityków opcji rządzącej. Doprowadzono do stanu niepewności prawnej, rozchwiania systemu sądowniczego, obniżono diametralnie poziom zaufania do sądów. Brak jest kontroli konstytucyjnej, a postępowania sądowe uległy wydłużeniu.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że PiS dąży do polexitu?

Zmiany dokonywane przez PiS w sądownictwie są sprzeczne z europejskimi standardami i jeśli nie zostaną powstrzymane, prędzej czy później Polska opuści Unię Europejską. I nie pomogą żadne pohukiwania polityków PiS. Polska oceniana jest nie przez pryzmat rządowej propagandy sączącej się z tzw. mediów publicznych, a realne działania podejmowane przez ten rząd.

Jak się skończy sprawa zmian w polskim sądownictwie przed TSUE?

Mam nadzieję, że jak najszybciej i z pozytywnym skutkiem dla Polski. Czyli przegraną rządu. Bo to również należy podkreślać.

Sąd Apelacyjny zdecydował, że Mateusz Morawiecki musi przeprosić za wypowiedź o tym, że za rządów PO nie budowano dróg i mostów.

Dla mnie ten wyrok to „oczywista oczywistość”. Nie może być przyzwolenia na tak ordynarne kłamstwa ze strony premiera i twarzy PiS-owskiej kampanii wyborczej. Liczę, że będzie stanowił zimny prysznic dla Morawieckiego, że jednak podlega on niezależnej kontroli i drugi raz PiS nie wygra wyborów na kłamliwej narracji i manipulacji. Ale ta sprawa jest dowodem na to, jak ważne są niezależne od władzy wykonawczej sądy.

(…)

Co dla PO oznaczałaby przegrana w stolicy?

Wymiar symboliczny ma oczywiście walka o Warszawę. Tu PiS-owski kandydat nie ma żadnych zahamowań. Obietnice bez pokrycia, manipulacja oraz próba kreowania się na polityka umiarkowanego, to tylko pokazuje, że stosuje on zasadę „wszystkie chwyty dozwolone”. Do tego absolutnie niedopuszczalne i w mojej ocenie sprzeczne z prawem zaangażowanie mediów publicznych w tę kampanię jest dowodem determinacji obozu władzy, który jak ognia boi się porażki. Oczywiście tak ustawiana narracja to celowy zabieg rządzących. PiS próbuje przykrywać bardzo niewygodne dla siebie tematy.

(…)

Powtórzę, czy to nie są tematy na wybory parlamentarne, a nie samorządowe?

Ale po raz pierwszy wybory samorządowe nie będą miały tylko charakteru lokalnego. Wierzę, że będą stanowiły przełom. Dzięki dobremu wynikowi Koalicji Obywatelskiej i innych ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich pokażemy Polakom, że ten wyborczy maraton wygramy i już za rok rządy „złej zmiany” przejdą do historii.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że podczas procesu policjantów oskarżonych o znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem prokuratura nie jest zainteresowana ujawnieniem mechanizmów, które sprawiły, że możliwe było torturowanie na policji oraz doprowadzenie do śmierci zatrzymanego. A dla prowadzących sprawę wszystko zostało wyjaśnione w trakcie śledztwa.

Ponad 30 tomów liczą akta w procesie policjantów oskarżonych o przekroczenie uprawnień i fizyczne oraz psychiczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem, który zmarł kilka godzin po tym, jak z wrocławskiego Rynku przewieziono go na Komisariat Policji Wrocław Stare Miasto przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.

Podczas śledztwa ustalono, że policjanci leżącego na ziemi w toalecie i skutego kajdankami 25-latka razili paralizatorem, wyzywali i szarpali. Mimo że materiał dowodowy jest obszerny, wciąż nasuwa się wiele pytań. Czy policjanci słusznie odpowiadają tylko za przekroczenie uprawnień i znęcanie się? Co stało się z monitoringiem z komisariatu przy Trzemeskiej? Jak z użycia paralizatora szkoleni są funkcjonariusze? Dlaczego zastępca komendanta, który był na komisariacie, nie zareagował na to, co działo się piętro niżej? Nie słyszał krzyków męczonego Igora? Niestety, tych pytań nie zadają przedstawicielki prowadzącej sprawę poznańskiej prokuratury.

PILNE: Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym #ASZdziennik

Hairwald

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za…

View original post 1 202 słowa więcej

Kaczyńskiemu gnije

Zwykły wpis

>>>

>>>

Smród rozkładającej się Polski, jak smród sowieckich onuc.

vald2

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

Jarosław Kaczyński obudził się z medialnej śpiączki, od razu pojawiły się rozliczne znaki zapytania. Jak głęboko był uśpiony i jak głęboko sięgają jego macki? A że sięgają, nie trzeba nikogo przekonywać, bo IV RP lat 2005-2007 to był kraj, gdy zbliżyliśmy się do standardów republiki bananowej. Teraz dłużej trwa ten niezachodni standard, więc można mniemać, że tamte rekordy padły, mamy do czynienia z nowymi.

Podczas wywiadu w TVP prezes był puścić farbę o pośle Platformy Obywatelskiej, Stanisławie Gawłowskim, informując publikę, iż dostanie nowe zarzuty, a nawet podał termin jego przesłuchania przez prokuraturę.

Patrząc na sylwetkę Kaczyńskiego, nie tylko fizyczną, ale psychiczną i biograficzną, oceniamy go jako marność. Jak ktoś taki mógł dojść do takiej władzy? Ale tak się zdarza, inne narody też przechodziły przez podobną tandetę swoich przywódców. A prezes PiS pochodzi z magla. Ma taka przypadłość, iż sam z siebie puszcza farbę, gada namiętnie i…

View original post 1 308 słów więcej

PiS używa policji przeciw protestującym. Państwo policyjne i teokratyczne

Zwykły wpis

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży

Z dokumentów, do których dotarliśmy wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. „Sejm””, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego KSP(na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo – Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza że osoby w pochodzie krzyczą Solidarność naszą bronią.”
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squotu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squottersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/ nadzorować/ monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu.”
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squotu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony.”

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno – rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres.”

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squotu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squotterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info, ze sztabu 208 że grupa sqotersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squot w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squot pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja czyli nadzór, nadzór czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też.”

>>>

Dobrze mają protestanci i wyznawcy judaizmu, tudzież islamu. Ich kapłani dostają od państwa składki emerytalne i zdrowotne – i to coraz wyższe. A wszystko dlatego, że mamy równość i demokrację, przez co przywileje Kościoła rzymskiego muszą być rozszerzane na „inne wyznania”. W ten to sposób pod parasolem pozorów demokratycznego państwa prawa chowają się skuleni i niewidoczni „wierzący inaczej”, siedząc cicho, przełykając niewybrzmiałe wyrazy swych znanych skądinąd poglądów na temat wiary katolickiej i Rzymu.

Prześwietlamy majątek Kościoła

Polska państwem wyznaniowym

Tak to dziwnym trafem mniejszości religijne korzystają – w osobliwych warunkach ustroju demokratycznego – z dobrodziejstw państwa wyznaniowego, którym nadal, tak teraz, jak przed wiekami, jest Polska. Jednym z mniej kosztownych dla społeczeństwa jego przejawów jest tzw. Fundusz Kościelny, który zapewnia składki emerytalne i zdrowotne księżom. Niewielka to kwota, bo zaledwie sto kilkadziesiąt milionów rocznie (nauczanie religii rzymskokatolickiej kosztuje „neutralną światopoglądowo” Polskę co najmniej dziesięć razy tyle) – za to stale rosnąca. Jeszcze kilka lat temu było to niewiele ponad 100 mln – a w roku 2017, jak podaje raport NIK, 159 mln. Wzrasta bowiem płaca minimalna, od której liczone są wysokości składek, a tym samym i rządowa wpłata na Fundusz Kościelny.

Skąd Kościół ma pieniądze?

Skąd się wziął Fundusz Kościelny

Fundusz Kościelny to wynalazek stalinowski. Miał być rekompensatą za odebrane Kościołowi dobra. Na szczęście ta nieprzystojna doktryna poszła w zapomnienie. Dobra zostały z nawiązką oddane za pośrednictwem monstrualnej Komisji Majątkowej, od której wyroków – zawsze zgodnych z najbardziej nawet fantastycznymi życzeniami Kościoła i wynajętych przez niego „rzeczoznawców” – nie było żadnego odwołania. I, rzecz jasna, żadnego wpływu na Fundusz Kościelny fakt ten nie wywarł. Stał się on bowiem nagim przywilejem kleru, zapisanym w długim szeregu zobowiązań państwa polskiego wobec Stolicy Apostolskiej w umowie hołdowniczej, zwanej konkordatem, do której zawarcia z Rzymem zobowiązuje nas (z pewnością mocą suwerennej decyzji Polski i beż żadnych nacisków ze strony żadnego obcego państwa) konstytucja. Bronimy dziś ustawy zasadniczej jak niepodległości, jakkolwiek warto pamiętać, że nie jest to konstytucja suwerennego państwa. A już na pewno nie państwa świeckiego.

Ta sama konstytucja mówi jednakże (w art. 25) o neutralności religijnej i światopoglądowej państwa. Wobec tego nie ma żadnych konstytucyjnych przesłanek, aby państwo finansowało kult religijny. Nie uważa go bowiem ani za słuszny i prawdziwy, ani za niesłuszny i nieprawdziwy. Tymczasem zasady racjonalnego gospodarowania nakazują, aby środki publiczne wydawane były wyłącznie na cele, które w świetle przepisów prawa i doktryny konstytucyjnej mogły być uznawane za słuszne i pożyteczne.

Polska płaci Kościołowi haracz?

Skoro tak, to Fundusz Kościelny i inne przepływy finansowe na rzecz agend Stolicy Apostolskiej w Polsce, niemające oparcia w konstytucji, a wręcz stojące z nią w sprzeczności, należy uznać po prostu za nielegalne finansowanie działalności obcego podmiotu w Polsce, jakim jest Kościół katolicki, stanowiący zespół osób prawnych dzięki swej podległości prawnej (w sensie prawa kanonicznego i międzynarodowego) obcemu państwu, tj. Stolicy Apostolskiej, podmiotu de facto eksterytorialnego. W sensie traktatowym tego rodzaju płatności są kontrybucjami, a po naszemu – haraczem.

Haracz Kościołowi płaci polskie państwo od zarania. Nie mogłoby bowiem w ogóle takowe powstać w X w., gdyby nie zgoda Kościoła, słono opłacona nadaniami i przywilejami, idącymi za „chrztem Polski” i „chrystianizacją”. Gdyby nie niewątpliwie szczere nawrócenie Mieszka I i jego dworu, a następnie ustanowienie biskupstw i nadanie ziem, papież wiedziałby dobrze, co ma zrobić i z kim rozmawiać, aby żadne „państwo szatana” na wschodnich rubieżach Germanii nie powstało. Jak ktoś bardzo jest ćwiczony w zakłamaniu i odwracaniu kota ogonem, może sobie ten szantaż i przymus przełożyć na „byt państwa polskiego bez Kościoła byłby niemożliwy”. Cóż, prostym ludziom długotrwały ucisk wydaje się tym samym co długotrwała opieka i zasługa.

Kościół z pierwszeństwem w procesie prywatyzacji

Polski Kościół dorobił się wielkich majątków w taki sam sposób jak państwo i arystokracja – przez wyzysk, pracę niewolniczą i podatki. W dawnej Rzeczypospolitej każdy chłop musiał na Kościół pracować, a każdy, kto miał jakieś płody rolne, musiał część z nich odstawiać, gdzie trzeba. Za niesubordynację groziły kary cielesne. Nawet za niestawiennictwo na mszy, a co dopiero za niestawiennictwo w robocie. Prawdziwy biznes polegał jednakże na rozmaitych „fundacjach” i testamentach. Księżom udało się przez stulecia wmawiać ciemnym szlachciurom, że jak ufundują kościół albo zapiszą parę wiosek plebanowi, to łatwiej trafią do nieba. A nawet jak kto nie wierzył w te bajki, to i tak presja społeczna i obyczajowa były tak silne, że płacili, zapisywali i fundowali aż miło.

Trudno powiedzieć, jaka część majątku utraconego przez Kościół po II wojnie zdobył on w sposób w miarę godny, to znaczy dzięki darowiznom prawdziwie wierzących (choć czy jest moralnie akceptowalne wmawianie ludziom, że wstaną z grobu i pójdą nieba?). Na pewno jednak większość pochodziła z niewolniczej pracy i przymusowych danin. Odebranie tych ziem i budynków przez państwo, dojone przez blisko tysiąc lat, na pewno było bezprawne, lecz ani trochę nie bardziej niemoralne niż samo ich pozyskiwanie przez Kościół. A już na pewno niemoralne – i to nawet w świetle dość pokrętnej etyki katolickiej – było uprzywilejowanie Kościoła w procesie prywatyzacji. Zgodnie bowiem z doktryną etyczną samego Kościoła jednostka ma pierwszeństwo i jej krzywdy muszą być naprawiane na pierwszym miejscu.

Jak Kościół stał się „polską instytucją”

Dawna Rzeczpospolita, a nawet odrodzona Polska z lat 1918–39 doskonale rozumiały, że Kościół jest instytucją ponadnarodową i w tym sensie obcą. Dlatego biskupi, także w międzywojniu, musieli przysięgać lojalność państwu polskiemu. Było bowiem jasne, że są we wszystkim podlegli papieżowi, a papiestwo może mieć czasami interesy rozbieżne z interesami państwa polskiego. De facto z tą lojalnością było najczęściej źle, a interesy Kościoła tylko czasami (w przypadkach konfrontacji z prawosławną Rosją – a i to nie zawsze, jak pokazuje Targowica) były zbieżne z polskimi.

Przynajmniej jednak nikt nie udawał, że Kościół w Polsce jest rdzenną, polską instytucją. Wynalazek „polskiego Kościoła”, czyli złudzenie, że „nasi biskupi” to jakaś wewnątrzpolska, niezależna instancja autorytetu i władzy, pochodzi z czasów komuny, choć coś takiego dało się już wyczuć za czasów króla Stasia, kiedy to niektórzy polscy „protopatrioci”, należący do oświeconych i oświeceniowych elit, nosili sutanny. Jednak to dopiero komuniści wymyślili, żeby „dogadywać się” z lokalnymi biskupami, gdyż do Watykanu mieli ograniczony dostęp. Praktykę regularnego przekupywania Kościoła i odpłacania się mu w zamian za nieprzeszkadzanie reformom (najpierw gospodarczym, a potem w wejściu Polski do UE) rozpoczęli Jaruzelski z Rakowskim. I to właśnie gnijącej i walącej się komunie „zawdzięczamy” ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, zapisującą najważniejsze kościelne przywileje finansowe, a także samą praktykę konsultowania, czego się tylko da, z biskupami.

Kościół katolicki w latach 60. Cztery wyzwania

Hojne dotacje od władzy PiS

Praktykę tę kontynuował każdy rząd III RP, choć, rzecz jasna, tak obrzydliwe i bezwstydne haracze jak „dotacje” wszystkich bez mała resortów dla Rydzyka nie miały miejsca. Jednak to nie tylko PiS zasypuje Kościół pieniędzmi, naginając prawo i nadużywając go – a przede wszystkim specjalnie w tym celu wytwarzając. Historia sprzeniewierzania publicznych środków i oddawania za bezcen ziem i budynków, tworzenia synekur dla kleru i wielu groteskowych nieraz przywilejów (darmowy prąd w wielu parafiach, darowizny w zamian za „święcenie” samochodów i budynków) jest historią hańby i tchórzostwa wszystkich po kolei partii rządzących.

Żadna z nich nie miała odwagi powiedzieć im: „Dość! Poskromcie swą pazerność i chciwość!”. Niestety, wizja księży odsądzających od czci i wiary rządzących bezbożników działała na kolejnych premierów porażająco. Ale tak będzie tylko do czasu. Gdy upadnie PiS, razem z nim podupadnie również kościelne imperium. W pewnym momencie naród przestanie się bać piekła (a być może już się go nie boi) i zatrzyma tę szaloną szuflę, ładującą w zapamiętaniu żywe złoto w nienasycone gardziele świętych mężów. Przyjdzie czas, gdy nawet katolicy będą chcieli samodzielnie utrzymywać swój Kościół, a od księży zaczną wymagać skromności. Na razie jednak rządzi PiS i możemy być pewni, że raz za razem dochodzić do nas będą wieści o kolejnych milionach na „muzeum”, „kaplicę”, „instytut” i co tam jeszcze uda się kościelnym ekonomom wymyślić.

A Watykan nie płaci za nic

Fundusz Kościelny to szczególnie wredny przywilej – bo dlaczego akurat ksiądz ma mieć emeryturę państwową i to całkiem za darmo? Pamiętajmy jednak, iż ten sławny fundusz to tylko jeden puzel w wielkiej układance rozległych i nieprzejrzystych relacji finansowych państwa polskiego z tzw. polskim Kościołem.

Te relacje są złożone i wielopoziomowe. Mają jednak wspólną cechę – wektor zwrócony jest zawsze w jednym kierunku. Watykan nie płaci za nic, dosłownie za nic – nawet za kult Jana Pawła II, który w końcu był ich, a nie naszym monarchą. Nie płaci nawet na swoje własne instytucje charytatywne. Bo słyszał kto kiedyś, aby Kościół łożył na swój Caritas, czyli nie zarobił, lecz „stracił” na „dziełach miłosierdzia”? Bo można wiele złego o Kościele katolickim powiedzieć, ale nie to, że nie umie liczyć albo godzi się na ujemne bilanse. A może byśmy się czegoś wreszcie z tej praktycznej katechezy nauczyli?

Czy Polska staje się świecka? Młodzi odchodzą od Kościoła

– „A któż to do nas idzie?” – zapytała Barbara Bubula, gdy drzwi Sali Kolumnowej nagle się otworzyły.

Stanęła w nich postać okryta łachmanami, z napuchniętą twarzą. Był to mąż słusznej postury, lecz zgarbiony, przygięty do ziemi, z trudem dźwigający na potężnych niegdyś barkach bolesne brzemię cierpienia. W dłoni dzierżył pałkę policyjną.

– „Maca nią przed sobą, jakby była noc” – rzekł Marek Suski.

– „I ledwie się rusza – dodała Krystyna Pawłowicz. – „Ślepy chyba czy co?”

– „Ślepy jest, ślepy! Jako żywo!”

– „Pochwalony Jezus Chrystus!” – rzekła Pawłowicz. – „Rozumiecie, dziadku, po chrześcijańsku?”
Ów zaś, usłyszawszy jej słodki głos, drgnął, przez twarz przeleciał mu jakiś dziwny błysk, jakby wzruszenia i rozrzewnienia, i nagle, rzuciwszy pałkę, padł przed nią na kolana z wyciągniętymi w górę ramionami. Nic nie powiedział, tylko dwie łzy spłynęły mu po policzkach, a z ust wyszedł podobny do jęku głos:

 „Aa! a!”

– „Na miłosierdzie boskie! Niemowaście czy jak?”

– „Aa! a!”

To wygłosiwszy, jął wodzić dłonią wzdłuż ust i wokół oczu.

– „Chyba coś ci takiego pokazuje, jakby mu język urżnęli i oczy wyłupili” – powiedział Suski.

– „Toż to Joachim ze Szczecina!” – wykrzyknęła nagle Bubula, rozpoznając przybysza. – „Wyście Brudziński, czyż nie?!”

Starzec pokiwał głową. Teraz dopiero do wszystkich dotarło, kto przed nimi stoi.

– „Na przenajświętszą bożą rodzicielkę, któż wam to uczynił?” – zapytała struchlała z grozy Anna Sobecka.

Starzec w łachmanach nic nie odrzekł, jedynie dłonią znak krzyża pokazał.

– „Klementyna Suchanow…” – domyślili się posłowie.

Zza okien dochodziło groźne buczenie jakby roju pszczół czy szerszeni. Żądna krwi gawiedź wciąż jeszcze kłębiła się na ulicy, tylko czekając na okazję, by swe kły na gardle Dobrej Zmiany zacisnąć. Byli tam nienasyceni Obywatele RP, janczarzy Tuska, dyszący żądzą mordu siepacze Temidy, zbrodnicze sotnie aborcjonistek z czarnymi parasolkami. I najgroźniejsza z nich wszystkich, przerażająca Klementyna Suchanow. Zawsze miała przy sobie Gombrowicza i nigdy nie wahała się go użyć.

– „Ona ci to uczyniła… Ona!” – wydyszał Brudziński, który zaczął już odzyskiwać głos. Spod napuchniętych powiek zaczęły się też wyłaniać jego mądre, ciepłe oczy. – „Podeszliśmy do niej przyjaźnie, z miłością i życzliwością, a ona nas gazem…”.

Z dziesiątków ust wyrwał się jęk przerażenia: – „To straszne!”

– „Nie można tak tego zostawić” – rzekł Stanisław Piotrowicz. – „Jeśli nie znajdziemy skutecznych środków obrony, wkrótce nas tu nie będzie. Tłuszcza zajmie parlament i zadepcze wątłe pędy Dobrej Zmiany”.

– „Może odwołam z włoskich plaż naszych towarzyszy z ONR” – zaproponował Dominik Tarczyński. – „To bardzo szlachetne z ich strony, że udzielają bratniej pomocy tamtejszym kobietom opalającym się topless, ale w tej dramatycznej chwili ich słoneczne patrole bardziej potrzebne są tu, na Wiejskiej”.

– „Słusznie, niech kolega ich ściągnie dla ojczyzny ratowania” – przytaknął Piotrowicz.
W tym momencie w sali rozległ się grom, a ściany rozjaśnił nagły blask błyskawicy. Barbara Bubula, która właśnie poprawiała pęk polnych kwiatów przymocowany do Przenajświętszej Drabinki, padła na kolana z okrzykiem: – „Pan Prezes!”.

Rzeczywiście, na szczycie drabinki pod postacią krzaka gorejącego objawił się umiłowany przywódca. Wszystkie oczy skierowały się w tę stronę, wszystkie uszy czujnie łowiły dźwięki dobiegające z trzaskającego płomienia, wszystkie serca wzleciały w górę i radośnie wirowały niczym rój barwnych motyli wokół kryształowego żyrandola. Pan Prezes przybył! Znów jest tu z nami i zaraz udzieli nam światłych wskazówek! Radujmy się i pilnie baczmy, by nie uronić ani słowa.

– „Jeśli ona was gazem, to wy ją też!” – zadudnił podobny do gromu głos dobywający się z krzaka gorejącego.

– „Tak też uczyniliśmy” – odparł Joachim ze Szczecina, z szacunkiem schylając głowę. – „Ale niewiele to dało”.

– „A jakiego gazu użyliście?” – zapytał krzak.

– „Łzawiącego”.

– „Następnym razem rozpylcie sarin” – poradził krzak.

Wojciech Maziarski

Ćwiczenie

1. Napisz esej pt. „Polska Chrystusem narodów. Polacy udzielają bliźnim bratniej pomocy, patrolując Europę”.

2. Kto co patroluje? Powiąż podmioty patrolujące z odpowiednimi obiektami.
Podmioty: Kaja Godek, ONR, Stanisław Pięta, „Gazeta Polska”
Obiekty: włoskie plaże, holenderskie kliniki aborcyjne, fundusze europejskie, agencje modelek

3. W jaki sposób poniższe gazy można zastosować w służbie Dobrej Zmiany?
a. Gaz łzawiący
b. Propan butan
c. Sarin
d. Gaz rozweselający
e. Gaz ziemny

Gdy w Senacie rozstrzygały się losy referendum, A.Duda uciekł do Juraty. Nie chciał być twarzą porażki. A do tego, żeby się postawić Kaczyńskiemu, nie jest zdolny. W najnowszym „Newsweeku” próbuję odpowiedzieć na pytanie, dlaczego PAD jest taki, jaki jest. Serdecznie polecam.

Esej Wojciecha Maziarskiego o stanie emocji między Polakami.

Na razie są tylko siniaki i oczy zapuchnięte od gazu. Jeszcze nie polała się prawdziwa krew. Ale poleje się, jeśli nie usuniemy Kaczyńskiego z polskiego życia politycznego.

Zimna wojna domowa – to chyba najlepsze określenie stanu, w jakim znalazła się Polska pod koniec lipca 2018 r. W zasadzie nie mamy już do czynienia z normalną grą polityczną, w której opozycja rywalizuje z partią rządzącą według reguł akceptowanych przez obie strony. Dziś już nie obowiązują żadne reguły – opozycja parlamentarna jest kneblowana, karana grzywnami i straszona procesami, a pozaparlamentarna zatrzymywana, rewidowana, stawiana przed sądem, ostatnio nawet bita i traktowana gazem łzawiącym. To nie jest stan, który można by uznać za normalny i akceptowalny w jakimkolwiek demokratycznym państwie prawa. To raczej standard turecki czy putinowski.

Na razie odnotowaliśmy tylko siniaki, uszkodzone stawy i zapuchnięte od gazu oczy. Jeszcze nie polała się prawdziwa krew. Ale poleje się – wypadki nieuchronnie zmierzają w tym kierunku. Jeśli nie zatrzymamy rozkręcającej się spirali przemocy, prędzej czy później będziemy mieć poważnie rannych. A kolejnym etapem będą ofiary śmiertelne – najpierw jedna, potem następne. Taka jest nieubłagana logika zdarzeń – zimna wojna domowa bardzo często przekształca się w gorącą.

Oczywiście nikt tego nie chce, ale samo tak wyjdzie. Podobnie jak zapewne nikt nie chciał w czwartek przed Pałacem Prezydenckim używać gazu. Gotów jestem się założyć, że nikt tego nie planował ani nie wydał takiego rozkazu. A jednak gaz został użyty.

W pierwszym odruchu dowództwo policji przerzuciło odpowiedzialność na demonstrantów, twierdząc, że to któryś z nich jako pierwszy zaatakował funkcjonariuszy gazem, a oni się tylko bronili. Spośród wszystkich możliwych scenariuszy akurat ten jest jednak najmniej prawdopodobny. Najprawdopodobniejsza jest natomiast wersja, w myśl której jeden z policjantów nie wytrzymał napięcia i poczuł się na tyle zagrożony przez napierający, skandujący i rozemocjonowany tłum, że sięgnął po miotacz gazu. Po prostu się bał.

Tę wersję pośrednio potwierdzają relacje naocznych świadków, którzy mówią, że funkcjonariusze sprawiali wrażenie bardzo spiętych i zdenerwowanych, a gdy już się wycofywali, dowódca miał pytać: – „Który to zrobił?”. „Fear she’s the mother of violence” – śpiewał przed laty Peter Gabriel. Strach to matka przemocy. Niezwykle celna i przenikliwa diagnoza.

W ten sposób w roku 2018 ostatecznie zaprzepaszczone zostały efekty wysiłków tych wszystkich, którzy zabiegali, by po 1989 r. odmienić wizerunek policji i uwolnić go od balastu wspomnień z epoki komunistycznej. By przeciętny Polak mógł zacząć postrzegać funkcjonariusza jako swojego sojusznika, a nie prześladowcę i wroga. W czwartek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie słychać już było skandowanie „ZOMO!”.

Łatwo się domyślić, co będzie dalej. Na kolejnych demonstracjach tłum będzie się odnosić do policjantów z coraz większą wrogością, a oni będą reagować coraz większą brutalnością i agresją. Coraz więcej osób będą zatrzymywać, coraz więcej aktów oskarżenia kierować do sądów. Na czwartkowej demonstracji nie mieli przy sobie pałek. Na następnej pewnie będą już je mieli. Obie strony będą się siebie nawzajem coraz bardziej bać. Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, jak to się skończy.

Daleki jestem od oskarżania większości funkcjonariuszy o celowo wykazywaną złą wolę (choć oczywiście są wśród nich także osobnicy zwichrowani – trudno znaleźć usprawiedliwienie dla tych, którzy tydzień wcześniej porwali i pobili przed Sejmem młodych demonstrantów). W gruncie rzeczy jednak policja, tak samo jak demonstranci, jest ofiarą polityki Jarosława Kaczyńskiego, który by dojść do władzy, a następnie się u niej utrzymać, zastosował taktykę dzielenia społeczeństwa i napuszczania na siebie wzajemnie poszczególnych grup.

Od samego początku lat 90. XX wieku kariera prezesa najpierw PC, a potem PiS opierała się na wskazywaniu rzekomych groźnych wrogów w łonie społeczeństwa, których należy się bać. Najpierw była to „uwłaszczona nomenklatura” i postkomuniści oraz ich rzekomi postsolidarnościowi sojusznicy, potem niezlustrowani agenci SB, jeszcze później WSI, „pożyteczni idioci” idący na pasku Berlina, „warszawka”, okrągłostołowe elity, monetaryści i liberałowie, prawnicza kasta, działacze organizacji pozarządowych, dziennikarze rzekomo niemieckich mediów – i tak dalej. Tę listę wrogów zagrażających narodowi można by ciągnąć niemal w nieskończoność.

Blisko trzy dekady cynicznego i celowego szczucia nas na siebie nawzajem doprowadziły Polskę do stanu zimnej wojny domowej. Byle iskra wystarczy dziś, by stan ten przekształcił się w wojnę gorącą.

Waldemar Mystkowski pisze o zgniłym Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński obudził się z medialnej śpiączki, od razu pojawiły się rozliczne znaki zapytania. Jak głęboko był uśpiony i jak głęboko sięgają jego macki? A że sięgają, nie trzeba nikogo przekonywać, bo IV RP lat 2005-2007 to był kraj, gdy zbliżyliśmy się do standardów republiki bananowej. Teraz dłużej trwa ten niezachodni standard, więc można mniemać, że tamte rekordy padły, mamy do czynienia z nowymi.

Podczas wywiadu w TVP prezes był puścić farbę o pośle Platformy Obywatelskiej, Stanisławie Gawłowskim, informując publikę, iż dostanie nowe zarzuty, a nawet podał termin jego przesłuchania przez prokuraturę.

Patrząc na sylwetkę Kaczyńskiego, nie tylko fizyczną, ale psychiczną i biograficzną, oceniamy go jako marność. Jak ktoś taki mógł dojść do takiej władzy? Ale tak się zdarza, inne narody też przechodziły przez podobną tandetę swoich przywódców. A prezes PiS pochodzi z magla. Ma taka przypadłość, iż sam z siebie puszcza farbę, gada namiętnie i niekoniecznie od rzeczy, gadulstwo takie nazywane jest logoreą. Gada i gada, dostaje słowotoku, słowolejstwa.

Tacy ludzie muszą się chwalić tym, czego nie potrafią. W ten sposób dowartościowują się. Kaczyński niczego dobrego w życiu z punktu widzenia wartości każdego z nas nie osiągnął, więc chwali się, że innych przydybał na podobnej sobie bezwartości.

Jest to psychiczne przeniesienie. Ja nie jestem wart, więc powiem, że inny nie jest warty, poprzez to zyskam, bo inny okaże się mniej wartościowy. Kaczyński tylko psuł, czego się dotknął, zniszczył. Więc tę swoja destrukcyjność przenosi na innych, bo tylko takie w nim tkwią wartości – i takimi postaciami destrukcyjnymi się otacza.

A w Polsce po 1989 roku jest co zepsuć, nasz kraj nie miał się nigdy tak dobrze w historii, jak to było do roku 2015, gdy destruktorzy dorwali się do władzy. Nie tylko my to widzimy w kraju, Polska w Unii Europejskiej i na świecie jest postrzegana jako kraj rządzony przez destruktorów.

Uogólniam, choć chcę tylko uświadomić jeden szczegół. Destruktor Kaczyński dostał bezprawnie informację od służb prokuratorskich, iż te postawią zarzuty i będą przesłuchiwać Gawłowskiego. I dzisiaj dowiedzieliśmy się, dlaczego Kaczyński destruktor z logoreą akurat na ten temat puścił farbę w telewizyjnym wywiadzie. Kaczyński niejako uprzedził wieść o bezprawiu, jakiego dopuszczono się w stosunku do Gawłowskiego.

Jak na dłoni ukazane jest nie tylko bezprawie państwa rządzonego przez PiS, ale jego gnicie Polski. A że Kaczyński nieformalnie zarządza gnijącą Polską, możemy tę metaforę przenieść na niego – jest to gnicie od głowy Kaczyńskiego, bo ryba gnije od głowy. Adwokat Gawłowskiego Roman Giertych był poinformować, iż oficerowie CBA 19 czerwca w celi aresztu śledczego w Szczecinie przesłuchiwali Gawłowskiego. Przecież każdy z nas – niekoniecznie znający prawo – wie, że przesłuchiwać podejrzanego na tym etapie może tylko prokurator i to w obecności adwokata. Otóż oficerowie CBA przedstawili Gawłowskiemu propozycję, aby obciążył swoich kolegów partyjnych: „liderów obecnych i byłych jakimikolwiek zarzutami w zamian za odstąpienie od przedłużania aresztu”.

Przez 3 lata PiS destruuje państwo, przez 3 lata szukają cokolwiek na poprzedni rząd PO-PSL. I niczego nie znaleźli. Nic i nic znajdują.

PiS jest zepsute od głowy Kaczyńskiego. Postaci samej w sobie nikczemnej, możemy się zastanawiać – a dobrzy pisarze pokusić napisania dzieła – jak to się stało, że daliśmy się zainfekować tak zepsutej głowie Kaczyńskiego, która niczego dobrego nie wyprodukowała.

>>>

Polska gnije od głowy Kaczyńskiego

Zwykły wpis

Jarosław Kaczyński obudził się z medialnej śpiaczki, od razu pojawiły się rozliczne znaki zapytania. Jak głęboko był uśpiony i jak głęboko sięgają jego macki? A że sięgają, nie trzeba nikogo przekonywać, bo IV RP lat 2005-2007 to był kraj, gdy zbliżyliśmy się do standardów republiki bananowej. Teraz dłużej trwa ten niezachodni standard, więc można mniemać, ze tamte rekordy padły, mamy do czynienia z nowymi.

Podczas wywiadu w TVP prezes był puścić farbę o pośle Platformy Obywatelskiej, Stanisławie Gawłowskim, informując publikę, iż dostanie nowe zarzuty, a nawet podał termin jego przesłuchania przez prokuraturę.

Patrzac na sylwetkę Kaczyńskiego, nie tylko fizyczną, ale psychiczną i biograficzną, oceniamy go jako marność. Jak ktoś taki mógł dojść do takiej władzy? Ale tak się zdarza, inne narody też przechodziły przez podobną tandetę swoich przywódców. A prezes PiS pochodzi z magla. Ma taka przypadłość, iż sam z siebie puszcza farbę, gada namiętnie i niekoniecznie od rzeczy, gadulstwo takie nazywame jest logoreą. Gada i gada, dostaje słowotoku, słowolejstwa.

Tacy ludzie musząś się chwalić tym, czego nie potrafią. W ten sposób dowartościowują się. Kaczyński niczego dobrego w życiu z punktu widzenia wartości każdego z nas nie osiągnął, więc chwali się, że innych przydybał na podobnej sobie bezwartości.

Jest to psychiczne przeniesienie. Ja nie jestem wart, więc powiem, że inny nie jest warty, poprzez to zyskam, bo inny okaże się mniej wartościowy. Kaczyński tylko psuł, czego się dotknął, zniszczył. Więc tę swoja destrukcyjność przenosi na innych, bo tylko takie w nim tkwią wartości – i takimi postaciami destrukcyjnymi się otacza.

A w Polsce po 1989 roku jest co zepsuć, nasz kraj nie miał się nigdy tak dobrze w historii, jak to było do roku 2015, gdy destruktorzy dorwali się do władzy. NIe tylko my to widzimy w kraju, Polska w Unii Europejskiej i na świecie jest postrzegana jako kraj rządzony przez destruktorów.

Uogólniam, choć chcę tylko uświadomić jeden szczegół. Destruktor Kaczyński dostał bezprawnie informację od służb prokuratorskich, iż te postawią zarzuty i będą przesłuchiwać Gawłowskiego. I dzisiaj dowiedzieliśmy się, dlaczego Kaczyński destruktor z logoreą akurat na ten temat puścił farbę w telewizyjnym wywiadzie. Kaczyński niejako uprzedził wieść o bezprawiu, jakiego dopuszczono się w stosunku do Gawłowskiego.

Jak na dloni ukazano nie jest tylko bezprawie państwa rzadzonego przez PiS, ale jego gnicie Polski. A że Kaczyński nieformalnie zarządza gnijącą Polską, możemy tę metaforę przeznieść na niego – jest to gnicie od głowy Kaczyńskiego, bo ryba gnije od głowy. Adwokat Gawłowskiego Roman Giertych był poinformować, iż oficerowie CBA 19 czerwca w celi aresztu śledczego w Szczecinie przesłuchiwali Gawłowskuego. Przecież każdy z nas -niekoniecznie znający prawo – wie, że przesluchiwać podejrzanego na tym etapie może tylko prokurator i to w obecności adwokata. Otóż oficerowie CBA przedstawili Gawłowskiemu propozycję, aby obciążył swoich kolegów partyjnych: „liderów obecnych i byłych jakimikolwiek zarzutami w zamian za odstąpienie od przedłużania aresztu”.

Przez 3 lata PiS destruuje państwo, przez 3 lata szukają cokolwiek na poprzedni rząd PO-PSL. I niczego nie znaleźli. Nic i nic znajdują.

PiS jest zepsute od głowy Kaczyńskiego. Postaci samej w sobie nikczemnej, możemy sie zastanawiać – a dobrzy pisarze pokusić napisania dzieła – jak to się stało, że daliśmy się zainfekować tak zepsutej głowie Kaczyńskiego, która niczego dobrego nie wyprodukowała.

Prowokacja PiS? Ależ to oczywista oczywistość

Zwykły wpis

W relacjach z czwartkowego protestu przed Pałacem Prezydenckim uwaga TVP Info skupiła się na jednym z jej uczestników. Człowiek w białej koszulce zachowywał się wyjątkowo agresywnie. Jak skomentował jeden z internautów: – „Nawet policjanci byli zdziwieni”.

„Wygląda na to, że TVPiS wynajęła aktora-prowokatora podczas protestu w Warszawie. Podłe. Cali oni. Kiepski aktor. Było widać, że gra. Dobry aktor JEST postacią, którą gra” – napisał na Twitterze internautka posługująca się nickiem Obserwator XY.

Do wpisu dołączył screeny z profilu „Polska w ruinie”. A Michał Gaweł dodał: – „Pana, którego TVP pokazywała jako przykład agresji demonstrujących w obronie prawa i demokracji? Wiaczesław to ukraiński student i aktor drugoplanowy do wynajęcia, z którego usług TVP korzystała już w programie „Jaka to melodia”. Wygląda na to, że został podstawiony przez TVP”.

„Po tym, jak Pereira kazał swoim podwładnym oczerniać rezydentów i pisać fejki, nic mnie już nie zdziwi ze strony TVP”; – „Nikt z protestujących nie wrzeszczał tak jak on, dosłownie jak nakręcony, Nawet policjanci byli zdziwieni, co widać na filmie…”; – „Skończy się tak jak z Kulsonem. Krótkie oświadczenie, że on to tak naprawdę nie on, a wszystkiemu winna Platforma”; – „Nigdy nie sądziłam, że dożyję czasów rodem z PRL-u za sprawą demokratycznie przeprowadzonych wyborów po 89 r.”.

Bartosz Wieliński przypomniał historię sprzed kilku lat, kiedy to wynajęta przez Jacka Kurskiego aktorka odegrała scenkę, z której wynikało, że miały ją rzekomo pobić „bojówki” PO. – „Kartka z kalendarza. Dziewięć lat temu zwolennicy #totalnaopozycja bili pracujące dla Polski aktorki” – napisał na Twitterze.

Wiadomość z ostatniej chwili (13.30) od mecenasa protestujących – nomen omen nazywającego się Jarosław Kaczyński.

Roman Giertych poinformował, że 19 czerwca dwóch oficerów CBA nielegalnie przesłuchało posła PO Stanisława Gawłowskiego. Mieli przedstawić ofertę, aby obciążył swoją partię w zamian za odstąpienie od przedłużenia aresztu.

Poseł PO Stanisław Gawłowski, na którym ciążą zarzuty korupcyjne, pozostanie na wolności. Prokuratura w Szczecinie odrzuciła zażalenie prokuratury na jego warunkowe zwolnienie. Stanisław Gawłowski w kwietniu usłyszał zarzuty.

Dotyczyły okresu, gdy pełnił funkcję wiceministra ochrony środowiska w rządzie PO-PSL. Polityk miał przyjąć łapówkę o wartości co najmniej 175 tysięcy złotych oraz dwa zegarki o wartości prawie 25 tysięcy złotych.

W TVP Info Jarosław Kaczyński powiedział, że we wrześniu Gawłowski będzie miał nowe zarzuty.

Dziś do prezesa PiS skierował swój list obrońca posła PO, mecenas Roman Giertych. „Czy wiedział Pan o tym, że za zgodą prokuratury w dniu 19 czerwca tego roku w celi aresztu śledczego w Szczecinie dwójka oficerów CBA (pod pozorem kontroli oświadczeń majątkowych) dokonała nielegalnego przesłuchania posła na Sejm RP Stanisława Gawłowskiego?” – pisze Giertych.

„Czy wiedział Pan, że oficerowie CBA (dysponujemy ich nazwiskami i numerami służbowymi) przedstawili de facto ofertę Stanisławowi Gawłowskiemu, aby obciążył główną partię polityczną opozycji – Platformę Obywatelską, jej liderów obecnych i byłych jakimikolwiek zarzutami w zamian za odstąpienie od przedłużania aresztu?” – kontynuuje.

„Czy wiedział Pan o tym, że przesłuchanie odbyło się bez poinformowania obrońców aresztowanego, bez spisania protokołu i bez jakiegokolwiek związku z przedmiotem zarzutów wobec posła Gawłowskiego?” – czytamy dalej.

„Czy wiedział Pan o tym, że oferta CBA została z oburzeniem odrzucona przez Stanisława Gawłowskiego, a konsekwencją tej odmowy jakiejkolwiek współpracy z CBA w zwalczaniu opozycji, był wniosek o przedłużenie stosowania aresztu?”

Kaczyński che che che życzy wszystkim śmierci

Zwykły wpis

Adam Bodnar podjął z urzędu sprawę użycia gazu przez policję przed Pałacem Prezydenckim. Dyrektor zespołu prawa karnego Biura RPO Marek Łukaszuk napisał do komendanta stołecznego policji nadinsp. Pawła Dobrodzieja pismo, w którym prosi o „udzielenie szczegółowych wyjaśnień co do zasadności oraz legalności użycia gazu przez policję”.

RPO chce także wiedzieć, czy w tej sprawie prowadzone jest „wewnętrzne postępowanie wyjaśniające i ewentualnie jakie poczyniono ustalenia”. Komendant stołeczny ma odpowiedzieć na pytanie, czy w sposób „niezwłoczny i prawidłowy zabezpieczono nagrania z monitoringu dokumentującego działania funkcjonariuszy”?

W komunikacie na stronie Rzecznika czytamy również, że Adam Bodnar apelował do prezydenta o zawetowanie ustaw o sądach. – „Nowelizacja zmierza do podporządkowania sądów władzy politycznej, a niezależność sądownictwa to najważniejszy mechanizm ochrony praw i wolności przed przemocą ze strony władzy publicznej” – podkreślił RPO.

Jacek Rakowiecki (dziennikarz, działacz opozycji w okresie PRL) o antyrządowej manifestacji na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

Moja Bohaterka! Mimo tego, że Krystyna Pawłowicz zgłosiła na policję za obklejenie biura poselskiego plakatami z napisem KONSTYTUCJA, Ala i Mińsk się nie dadzą zastraszyć! ❤️❤️❤️

Satyryczka Klaudia Jachira umieściła najnowszy filmik w związku z podpisaniem przez prezydenta Andrzeja Dudę pisowskiej ustawy dewastującej niezależność Sądu Najwyższego.

Nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym, przyjęta z kolejnym rażącym naruszeniem procedury stanowienia prawa w demokracji parlamentarnej, zamyka etap najważniejszych pozakonstytucyjnych zmian ustroju sądownictwa, zmian w rekrutacji, kadencyjności oraz obsadzie kadr sędziowskich. Ustawa zwana przez jej projektodawców „dopinającą reformę” umożliwia poddanie sądownictwa wpływowi władzy politycznej, co rujnuje podział władz. Na wszystkich szczeblach sądownictwa zwiększają się zagrożenia i jednocześnie zmniejszają gwarancje dla niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Niszczy to zaufanie obywateli do państwa i stanowionego przez nie prawa i anarchizuje życie publiczne w Polsce.

Łamiąc Konstytucję, zmieniono prawo tak, aby umożliwić arbitralne, nieprzejrzyste i nieobjęte efektywną kontrolą sądową działanie władzy wykonawczej. Obniżanie standardów i wybiórczość stosowania prawa zaczynają być odczuwalne. Przykłady to ograniczenia prawa o zgromadzeniach, prawa wykroczeniowego, ograniczenia jawności i dostępu do przestrzeni publicznej, ograniczenia w korzystaniu przez jednostki z wolności, niepewność ochrony prawnej. Prawo i jego stosowanie używane jest coraz szerzej do antagonizowania społeczeństwa, zastraszania obywateli i ich grup.

Pisaliśmy w lutym tego roku i teraz to powtarzamy: okres, jaki minął od listopada 2015 r. przyniósł najwięcej wyzwań i zagrożeń dla praw i wolności człowieka po 1989 roku. Dziś jest to już głęboki kryzys demokracji: parlament staje się atrapą, a jego pracę cechuje lekceważenie Konstytucji i niepoważne traktowanie legislacji. Towarzyszy temu zakłamany, wykluczający język, niszczący kooperację i dyskurs społeczny.

Destrukcja demokratycznych standardów praw i wolności człowieka oddala nasz kraj od ładu demokracji liberalnej i zbliża do autorytarnych rządów jednej partii.

Podpisali członkowie Komitetu Helsińskiego w Polsce: Teresa Bogucka, Halina Bortnowska-Dąbrowska, Janusz Grzelak, Jacek Kurczewski, Ewa Łętowska, Wojciech Maziarski, Danuta Przywara, Andrzej Rzepliński, Mirosław Wyrzykowski

Warszawa, 26 lipca 2018 r.

Partia rządząca skupia w swoim ręku coraz więcej władzy, ale jeszcze nie używa w sposób brutalny nowych uprawnień. Przyczyną jest przede wszystkim to, że nie czuje się zagrożona utratą władzy. Ale jeżeli zaczną się kłopoty, to instrumentarium zostanie użyte do stanowczej rozprawy ze społeczeństwem i opozycją – mówi w rozmowie z nami prof. Tomasz Nałęcz, historyk, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego. – PiS łamie konstytucję, prezydent łamie konstytucję, premier łamie konstytucję. Oni muszą w wolnej Polsce stanąć przed Trybunałem Stanu, nie ma innego wyjścia. Linią, na którą rząd autorytarny zostanie zepchnięty, są ławy sądowe, a potem cele więzienne. Dlatego nie waha się przed użyciem żadnej broni – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: „Mam ciężkie poczucie zwrotu od sensu naszych dziejów wolnościowych ku przepaści. Koniec wolnej Polski. Początek dyktatury i łamania praw obywatelskich, gwałtowne złamanie tradycji narodowych” – napisał na Facebooku prof. Andrzej Friszke. Dramatyczne słowa. Pan by się pod nimi podpisał?

PROF. TOMASZ NAŁĘCZ: Historykowi bardzo łatwo zrozumieć taki wpis. To, co się w Polsce dzieje, działo się już w przeszłości wielokrotnie. Ale ocenianie tego jako dyktatury wydaje się jednak przesadzone. Mamy do czynienia z miękką fazą dyktatury, chociaż wolę mówić o rządach autorytarnych. One mają to do siebie, że bardzo rzadko od razu są ustanawiane jako twarda dyktatura. W Polsce mamy do czynienia z przypadkiem, który nie jest niczym nowym – po rządy autorytarne sięga ugrupowanie, a właściwie lider ugrupowania, które wygrało wybory i łamie wszelkie dotychczas obowiązujące reguły.

Uważam, że w procesie ewolucyjnym dochodzimy do schyłkowej fazy miękkiego autorytaryzmu. Partia rządząca skupia w swoim ręku coraz więcej władzy, ale jeszcze nie używa w sposób brutalny nowych uprawnień. Przyczyną jest przede wszystkim to, że nie czuje się zagrożona utratą władzy.

Ale jeżeli zaczną się kłopoty, to instrumentarium zostanie użyte do stanowczej rozprawy ze społeczeństwem i opozycją. Zasada jest prosta – im partia skupia w swoim ręku więcej władzy, tym jest mniej demokracji. Pesymistyczny wpis prof. Andrzeja Friszke bierze się z obserwacji tego, co się dzieje, ale także z przekonania o nieuchronności jeszcze czarniejszej prognozy rozwoju wydarzeń.

Pan jest optymistą?

Nie mam złudzeń, że przyjdzie moment, w którym PiS się na tej drodze zatrzyma. Ona jest historykom doskonale znana i opisana. Takie działanie nigdy nie jest bezkarne i w przypadku PiS-u też będzie miało swój koniec. Największą słabością rządu autorytarnego jest to, że im więcej władzy zagarnia, tym bardziej słabnie. To rodzi poczucie bezkarności, korupcję, rozpasanie władzy, odsuwanie mądrzejszych na rzecz głupszych.

Największą szansę na karierę w takim systemie mają ludzie o mentalności Rocha Kowalskiego z „Potopu”. W PiS-ie widzę postać, która wypisz, wymaluj do tego obrazka pasuje…

Kto to?

Marek Suski. Tak jak książę Radziwiłł miał kaprys, aby niezbyt mądrego żołnierza mianować oficerem, tak prezes Kaczyński miał kaprys, żeby posła Suskiego zrobić ministrem. On tak nadaje się do roli ministra, jak Roch Kowalski do dowodzenia jakimkolwiek oddziałem. To jest doskonały przykład kaprysu człowieka, który nie musi się liczyć z żadnymi ograniczeniami. W XVII wieku takim człowiekiem był magnat, we współczesnej Polsce to prezes PiS-u. Ale to właśnie poczucie bezkarności powoduje, że partia w coraz głupszy sposób rządzi i przez to naraża się obywatelom.

Ostatni przykład takiej głupoty?

Głosowanie nad wnioskiem prezydenta w sprawie referendum konstytucyjnego.

To, co po odrzuceniu tej inicjatywy robili politycy PiS-u, było festiwalem absolutnej głupoty. Jak można tłumaczyć, że wniosek przepadł głosami senatorów PO, którzy nie mają w Senacie większości?! I nazywać porażkę sukcesem? W demokratycznym systemie takie coś nie byłoby możliwe, bo tylko w państwie twardo trzymanym „za twarz” król może chodzić po ulicy i nikt nie jest w stanie powiedzieć, że jest nagi.

Kiedy w końcu ktoś się odważy krzyknąć, a społeczeństwo dostrzeże, że król jest nagi? Przed wyborami parlamentarnymi?

Już teraz społeczeństwo w coraz większym stopniu to dostrzega. To, jak będą wyglądały najbliższe wybory parlamentarne, zależy od wielu czynników. Uważam, że wynik PiS-u nie będzie najlepszy. Z jednej strony władza mówi o przywiązaniu do wolności i demokracji, a z drugiej sprzeniewierza się temu i łamie zasady – coraz więcej Polaków będzie to zauważało. Poza tym sukces PiS-u wziął się z rozdawnictwa i hojnej polityki socjalnej. Ale ona ma to do siebie, że kolejne grupy ustawiają się w kolejce po pieniądze i trzeba im coraz brutalniej odmawiać. Najlepszym przykładem był ostatni protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie. Rząd nie był w stanie nic wyskrobać, bo kasa zapewne zaczyna świecić pustkami.

Myślę, że wizerunek PiS-u jako formacji wrażliwej społecznie bardzo ucierpiał. A to jeszcze nie koniec, w kolejce będą ustawiały się kolejne grupy i PiS będzie się im narażał.

Najbardziej boję się prób podfałszowania wyborów, chociaż to też może być przeszkoda, na której PiS polegnie. Władza przygotowała sobie instrumentaria, zmieniła kodeks wyborczy, podporządkowała organy sądowe, które orzekają o ważności wyborów, a w polityce jest tak jak w sztuce Czechowa – jeżeli w pierwszym akcie na ścianie wisi strzelba, to ona musi w czasie spektaklu wystrzelić. Jeżeli jakaś siła polityczna przygotowuje sobie broń rażenia na ostatnią godzinę, to jak zegar zaczyna bić, broń zostaje użyta. Rządy autorytarne mają to do siebie, że nie mają się gdzie cofnąć.

Formacja, która szanuje demokrację i konstytucję, może odejść od władzy i przejść do opozycji z nadzieją, że to się niedługo zmieni. Inaczej jest w przypadku ludzi, którzy rządzą w sposób autorytarny, oni po prostu lądują w więzieniu.

Tak będzie i tym razem?

Demokratyczne państwo rozlicza za przewinienia. PiS łamie konstytucję, prezydent łamie konstytucję, premier łamie konstytucję. Oni muszą w wolnej Polsce stanąć przed Trybunałem Stanu, nie ma innego wyjścia. Linią, na którą rząd autorytarny zostanie zepchnięty, są ławy sądowe, a potem cele więzienne. Dlatego nie waha się przed użyciem żadnej broni. Jeżeli werdykt obywateli oznacza oddanie władzy, to trzeba go sfałszować. Ale

wierzę w przywiązanie Polaków do wolności i w to, że nawet zwolennicy PiS-u takiego działania nie zaakceptują. To jest ostatnia linia obrony demokracji.

Bronią, która już zawisła na ścianie i ma w odpowiednim momencie wystrzelić, jest przejęty Sąd Najwyższy?

Nie chodzi tylko o Sąd Najwyższy, który rozstrzyga protesty wyborcze w przypadku wyborów parlamentarnych. Wybory samorządowe oceniają sądy niższych instancji. Jednym z powodów, dla których PiS dokonuje zamachu na niezawisłość sądów i podporządkowuje je politycznej dyspozycji, jest właśnie perspektywa wyborcza. Tym bardziej, że zbliża się festiwal czterech następujących po sobie aktów wyborczych i ta potrzeba staje się bardzo ważna.

Dlatego PiS się tak spieszy z przejęciem Sądu Najwyższego? To jest ostatni element na drodze do twardego autorytaryzmu?

Twardy autorytaryzm to są represje, czyli odnosząc się do tego, co powiedziałem wcześniej, strzelanie ze strzelby, która zawisła na ścianie. Tej fazy jeszcze nie mamy, ale długo nie będziemy na nią czekać. Gdy władza autorytarna przejmuje sądownictwo, to szybko zaczną się ustawione procesy polityczne. Na szczęście w tej godzinie próby okazuje się, że mamy bardzo budującą postawę sędziów.

Wśród 100 sędziów zasiadających w SN nie udało się znaleźć Judasza, który zgodziłby się pójść za rękę z łamiącym konstytucję prezydentem. Ale wśród 10 tys. sędziów w całym kraju znajdą się zapewne tacy, którzy dadzą się złamać i będą posłuszni władzy, tak jak w Trybunale Konstytucyjnym.

Z przejęciem SN władza spieszy się także ze względu na nasze członkostwo w UE. PiS naiwnie sądzi, że jeżeli gwałtu dokona przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości, to fakty dokonane zostaną zaakceptowane. Nie chce się także ostro konfliktować z instytucjami europejskimi, bo nie chce narazić się swoim proeuropejskim zwolennikom. Dlatego też robiąc wszystko, aby wyprowadzić Polskę z Unii, zapewnia, że tego nie zrobi. Dzisiaj europejski ogranicznik jest jednym z najpoważniejszych, jeśli chodzi o bezprawie, jakie czyni władza.

Prezydent bez wahania podpisał najnowsze ustawy sądowe. Był pan zaskoczony?

Nie! Prezydent od początku czuł się tylko aparatczykiem PiS-u i kierował się tylko interesem partyjnym. Był moment zawahania w zeszłym roku po wetach do ustaw sądowych, ale szybko okazało się, że nie chodziło o obronę praworządności, tylko własnej pozycji w partii. Po prostu poczuł się za bardzo upokorzony przez ministra sprawiedliwości.

Zachował się jak zbój, który pokłócił się z hersztem o obronę łupów. Ale nawet w tej roli służebnej jest bardzo nieudolny. Pokazał to podczas przejmowania Sądu Najwyższego, kiedy nie był nawet na tyle odważny, żeby wręczyć odwołanie I Prezes SN, ale nie tylko.

Nie był też na tyle silny, żeby przeforsować pomysł referendum?

Senatorowie PiS-u, nie Platformy Obywatelskiej, bez mrugnięcia okiem odrzucili wniosek prezydenta, a on nawet na to nie zareagował. Skoro Andrzej Duda uważał, że to była taka dobra inicjatywa i poświęcał jej uwagę przez ponad rok, to powinien przynajmniej wyrazić niezadowolenie i skrytykować senatorów. Zamiast tego wziął długopis i w ciszy gabinetu podpisał kolejną ustawę. Pewnie jest nad Bałtykiem, w Juracie, i boi się wychodzić z apartamentu, żeby go sinice nie zaatakowały.

Prezydent nie uczy się na błędach swojego poprzednika.

To tylko kolejny dowód na całkowity brak profesjonalizmu i nieudolność. Jeśli chciał zgłosić inicjatywę referendalną, to powinien zapoznać się z losami poprzednich inicjatyw. Nie tylko nieszczęsnego pomysłu Bronisława Komorowskiego, ale także wcześniejszej Lecha Wałęsy z 1995 roku.

Do tej pory każda inicjatywa podejmowana na potrzeby wyborcze kończyła się porażką. Bronisław Komorowski też popełnił bardzo poważny błąd. Andrzej Duda miał dwóch znokautowanych poprzedników na ringu, a i tak na niego wszedł. Miał jeszcze szansę zejść z ringu, jak okazało się, że partia mu nie kibicuje. Ale okazji nie wykorzystał i zabrnął za daleko.

Wraca sprawa reparacji. Komisja ustawodawcza pozytywnie zaopiniowała wniosek, by Sejm zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie zasadności immunitetu jurysdykcyjnego obcego państwa w przypadku zbrodni wojennych. Podobno PiS ma taki plan, że wykorzysta TK, który zniesie immunitet państwa niemieckiego tak, żeby można było je pozwać.

(Śmiech)

Dobry plan?

Moja mama zawsze mówiła, że jak Pan Bóg chce na kogoś zesłać nieszczęście, to mu najpierw rozum odbiera. W tym wypadku widzę proroctwo tego powiedzenia. Jeżeli PiS chce wywlec na forum międzynarodowe prawomocność wyroków polskiego TK, to niech to robi… Przecież każdy prawnik powie, że wyroki trybunału w takim składzie są nieważne, bo działa z wadą prawną.

PiS może tylko doprowadzić do tego, że instytucje międzynarodowe będą musiały odnieść się do legalności funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego. Nic więcej nie zyska.

Ale może stracić. To znowu zaogni i tak złe stosunki polsko-niemieckie.

To wpisuje się w scenariusz władzy autorytarnej. Najpierw tłumaczy, że musi mieć więcej władzy, żeby rozprawić się z nieprawościami. Jak zgromadzi uprawnienia, a nieprawości jest tyle samo, a nawet więcej, to trzeba znaleźć jakieś wytłumaczenie i jest nim właśnie zagrożenie zewnętrzne. PiS nie jest taki głupi, żeby wypowiedzieć wojnę, ale cały czas mnoży wrogów. Z Ukraińcami mamy otwarty front walki historycznej. Przez ćwierć wieku kolejne rządy i prezydenci, w tym także Lech Kaczyński, stawali na głowie, żeby budować pojednanie z Ukrainą, kierując się przesłaniem, że nie ma suwerennej Polski bez niepodległej Ukrainy. PiS wszystko przekreśla. To wschodni front, kolejnym jest zachodni. Ale to absurd. Czy bylibyśmy w UE i NATO, gdyby nie Niemcy? To byli nasi protektorzy. Dlatego do tej pory każda ekipa dbała o te relacje. Sprawą reperacji od Niemiec PiS może oczarować swoich zwolenników, ale skoro są tacy odważni, to dlaczego nie zażądają ich od Rosji? Szukając wroga PiS zanurza się głęboko w historię i to jest bardzo niebezpieczne.

Wyciągnięcie reparacji to próba rozwiązania poważnego problemu za pomocą siekiery. Ale jestem przekonany, że ta sprawa odbije się na zdrowiu Jarosława Kaczyńskiego, nie dość, że ma kłopoty z kolanem, to siekierą rozharata sobie stopę.

Jest jeszcze jedno słowo klucz – nienawiść. Taki język działa?

Autorytaryzm odwołuje się do nienawiści. Nie da się zastosować represji na chłodno, trzeba najpierw odczłowieczyć ofiarę. Prześladowca nie tylko godzi się na taką rolę, bo jest polecenie, ale musi także kierować się wewnętrzną motywacją. Chodzi o uruchomienie nienawiści jako siły motywującej do działania. To jest bardzo niebezpieczne, bo to jest siła zaraźliwa, która udziela się obu stronom i eskaluje konflikt. Rozróżniam nienawiść zdeterminowanego opozycjonisty i chłodno działającego autokraty, ale to jest uczucie z tej samej bajki. PiS od początku odwołuje się do nienawiści, używa języka odczłowieczającego przeciwnika. Niestety, to będzie eskalowało, do czasu…

Waldemar Mystkowski pisze o Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński wrócił na krótki wywiad w TVP. Czy to będzie dłuższa jego obecność wśród zdrowych – trudno orzec. Niektórzy uważają, że zobaczyli nie tylko chorego człowieka, ale i przegranego (Paweł Wroński), inni odnosząc się do tego spostrzeżenia uważają, że to pobożne życzenie – „wishful thinking” (Tomasz Lis).

Nie oglądałem tego wywiadu, bo protestowałem. Bardziej interesujące wydaje się być pytanie: dlaczego Kaczyński akurat w tej chwili dał głos? Raz – by pokazać nam teatrzyk, w którym prezes godzi sprzeczności w PiS? Dwa – bo przegrał Andrzej Duda ze swoją koncepcją referendum konstytucyjnego i trzeba było jakoś ugłaskać swojego prezydenta i elektorat? Trzy – bo prezes chciał niedowiarkom udowodnić, że żyje i ma się lepiej niż Breżniew w ostatnim roku życia, gdy podtrzymywano mu rękę, aby pomachał do swoich wiernych sowietów?

Poprzestanę na tych trzech powodach autokraty Kaczyńskiego, bo tak należy go nazywać. Kaczyński wlał ducha w swoich sowietów, a nas utwierdził w najgorszych przypuszczeniach, że po odebraniu niezależności sądom nie cofnie się przed naszymi protestami ani żadną Brukselą. Następne dzieło zniszczenia będzie dotyczyło mediów prywatnych, sprowadzenia opozycji parlamentarnej do fasady. Na koniec zostawi sobie nasze wolności osobiste społeczeństwa obywatelskiego.

I prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf prezes Kaczyński potraktował w swój niewybredny sposób, interpretując art. 180 Konstytucji („Pierwszego Prezesa SN powołuje Prezydent RP na sześcioletnią kadencję”): – „Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, który też się może rozchorować, nie daj Panie Boże, niczego złego nie życzę, ale może też umrzeć i wtedy według tych twierdzeń, które na poważnie prezentowane są w mediach niechętnych rządowi, w dalszym ciągu pełniłby tę funkcję co dotychczas”.

A jeżeli może I prezes umrzeć, to można ją odwołać wbrew Konstytucji zwykłą ustawą, bo w niej nie ma niczego o zejściu z tego świata. Życzenie śmierci Kaczyński podkreślił: „Che, che, che”.
Onomatopeję „che, che, che” nie wydało chore kolano, ale głowa. I tu przychylam się do opinii Wrońskiego – „chory i przegrany”.

Kaczyński nie życzył śmierci byłemu sekretarzowi generalnemu Platformy Obywatelskiej Stanisławowi Gawłowskiemu, lecz wie, że będzie w stosunku do niego rozszerzony katalog zarzutów prokuratorskich, a nawet pochwalił się wiedzą, kiedy poseł PO będzie przesłuchiwany, choć o tym, nie wie jego adwokat Roman Giertych, a możliwe, że i prokurator prowadzący śledztwo. Na tym aktualnie etapie znajduje się autokracja, Kaczyński steruje śledztwami dotyczącymi opozycyjnych polityków.

Podsumujmy prezesa: w polu jego zainteresowań znajduje się – che, che, che – śmierć Gersdorf, represjonowanie Gawłowskiego. O mediach też był łaskaw się wyrazić, z jednej z telewizji jest szczególnie niezadowolony: – „… szczególnie jedna, bardzo – można powiedzieć – zmienia ten obraz i też buduje coś, co jest całkowicie kontrfaktyczne”. Kontrfaktycznie, czyli nie po myśli prezesa, realizowana jest publicystyka polityczna oczywiście w TVN.

Amerykańscy psychiatrzy apelowali o przebadanie swojego prezydenta Donalda Trumpa. Ciekawi mnie, co sądzą polscy lekarze od głowy o tej niedługiej wypowiedzi prezesa partii rządzącej. Jeżeli prezes choruje nie tylko na kolano, czy z tego powodu cały kraj ma odczuwać zapaść, która prędzej niż później objawi się Polexitem i samotnością Polski w Europie, jak w latach 30-tych ubiegłego wieku?

Kora Jackowska, wokalistka zespołu Maanam, nie żyje. Piosenkarka zmarła nad ranem, w swoim domu w Bliżowie na Roztoczu, w otoczeniu najbliższych osób, męża Kamila Sipowicza, dwóch synów i przyjaciół. Miała 67 lat. W 2014 roku ujawniła, że jest chora na raka.

>>>

„Czekam na wiatr, co rozgoni

Ciemne skłębione zasłony

Stanę wtedy na „RAZ!”

Ze słońcem twarzą w twarz”

Okładka z Korą sprzed kilku lat. Warto przeczytać to co jest napisane pod tytułem.

Kaczyński wrócił – che, che, che – z życzeniem śmierci

Zwykły wpis

Jarosław Kaczyński wrócił na krótki wywiad w TVP. Czy to będzie dłuższa jego obecność wśród zdrowych? – trudno orzec. Niektórzy uważają, że zobaczyli nie tylko chorego czlowieka, ale i przegranego (Paweł Wroński), inni odnosząc się do tego spostrzeżenie uważają, że to pobożne życzenie – „wishful thinking” (Tomasz Lis).

Nie oglądałem transmisji na żywo, bo protestowałem. Więc bardziej interesujące wydaje się być pytanie: dlaczego Kaczyński akurat w tej chwili dał głos?

Raz. By pokazać nam teatrzyk, w którym prezes godzi sprzeczności w PiS? Dwa. Bo przegrał Andrzej Duda ze swoją koncepcją referendum konstytucyjnego i trzeba było jakoś ugłaskać swojego prezydenta i elektorat? Trzy. Bo prezes chciał niedowiarkom udowodnić, że żyje i ma się lepiej niż Breżniew w ostatnim roku życia, gdy podtrzymywano mu rekę, aby pomachał do swoich wiernych sowietów?

Poprzestanę na tych trzech powodach autokraty Kaczyńskiego, bo tak należy go nazywać. Kaczyński wlał ducha w swoich sowietów, a nas utwierdził w najgorszych przypuszczeniach, że po odebraniu niezależności sądom nie cofnie się przed naszymi protestami, ani żadną Brukselą. Następne dzieło zniszczenia będzie dotyczyło mediów prywatnych, sprowadzenia opozycji parlamentarnej do fasady. Na koniec zostawi sobie nasze wolności osobiste społeczeństwa obywatelskiego.

I prezes Sądu Najwuższego Małgorzatę Gersdorf prezes Kaczyński potraktował w swój niewybredny sposób interpetując art. 180 Konstytucji („Pierwszego Prezesa SN powołuje Prezydent RP na sześcioletnią kadencję”): „Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego, który też się może rozchorować, nie daj Panie Boże, niczego złego nie życzę, ale może też umrzeć i wtedy według tych twierdzeń, które na poważnie prezentowane są w mediach niechętnych rządowi, w dalszym ciągu pełniłby tę funkcję co dotychczas”.

A jeżeli może I prezes umrzeć, to można ją odwołać wbrew Konstytucji zwykłą ustawą, bo w niej nie ma nuczego o zejściu z tego świata. Życzenie śmierci Kaczyński podkreślił: „Che, che, che”.

Onomatopeję „che, che, chce” nie wydało chore kolano, ale głowa. I tu przychylam się Wrońskiemu – „chory i przegrany”. Kaczyński nie życzył śmierci byłemu sekretarzowi generalnemu Platformy Obywatelskiej Stanislawowi Gawlowskiemu, lecz wie, że będzie w stosunku do niego rozszerzony katalog zarzutów prokuratorskich, a nawet pochwalił się wiedzą, kiedy poseł PO będzie przesłuchiwany, choć o tym, nie wie jego adwokat Roman Giertych, a możliwe, że prokurator prowadzący śledztwo. Na tym aktualnie etapie znajduje się autokracja, Kaczyński steruje śledztwami dotyczącymi opozycyjnych polityków.

Podsumujmy prezesa: w polu jego zainteresowań znajduje się – che, chce, che – śmierć Gersdorf, represjonowanie Gawłowskiego. A nawet o telewizji był się wyrazić, z której nie jest zadowolony:  „… szczególnie jedna, bardzo – można powiedzieć – zmienia ten obraz i też buduje coś, co jest całkowicie kontrfaktyczne”. Kontrfaktyczne, czyli nie po myśli prezesa, realizowana jest publicystyka polityczna oczywiście w TVN.

Amerykańscy psychiatrzy apelowali o przebadanie swojego prezydenta Donalda Trumpa. Ciekawi mnie, co sądzą polscy lekarze od głowy o tej niedługiej wypowiedzi prezesa partii rządzacej. Jeżeli prezes choruje nie tylko na kolano, czy z tego powodu cały kraj ma odczuwać zapaść, która prędzej niż później objawi się Polexitem i samotnością Polski w Europie, jak w latach 30-tych ubiegłego wieku.