Tag Archives: Tomasz Komenda

Lech i Jarosław Kaczyńscy to ta sama moneta zła

Zwykły wpis

Czy Lech Kaczyński był lepszym z braci, jak twierdzi Eliza Michalik, dziennikarka Superstacji? Michalik pisze te słowa w konteście „mordu sądowego” na Tomaszu Komendzie, który odsiedział w wiezieniu18 lat za czyn zbrodni, którego dokonał ktoś inny.

Do posadzenia Komendy walnie się przyczynił Lech Kaczyński, który jako minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka miał jedyny program polityczny, zaostrzyć prawo i bezwględnie – wbrew procedurom – sadzać kogo popadnie. Padło na Komendę.

Nie był to program naprawy prawa, bądź egzekwowania praworzadności, był to program polityczny, który wydobył PiS z niebytu politycznego. Komenda to niejako kozioł ofiarny mitu założycielskiego PiS.

Idąc dalej – czy fajtłapa Lech K. jest lepszy od groźnego dzisiaj Jarosława K.? Wszak to ta sama moneta, jeden jest reszką, a drugi orłem. Zło ma dwie twarze, nie ma w moralności mniejszego zła i większego, choć w polityce używa się takiego argumentu.

Gdyby nie Lech, nie mielibyśmy Jarosława – i tak należy postawić zależność wsród braci K. A potem ci katastrofalni politycy spowodowali, iż Lech odpowiada za katastrofę smoleńską. Choć zdaję sobie sprawę, że trudno osądzać nieżyjacego wg procedur prawa.

Ale może zastosujmy staropolską regułę, że Polak mądry po szkodzie, po katastrofie… I zadajmy sobie pytanie: Ku jakiej katastrofie zmierzamy pod władzą PiS, której dysponentem jest Jarosław K.?

Na ławie oskarżonych historii może być posadzony Lech Kaczyński i Jarosław Kaczyński. Wyrok jaki wyda historia, nie będzie dla żadnego z nich uniewinniający. W tej prszłej polskiej Norymberdze Lech Kaczyński może dostać dożywocie zapomnienia, a Jarosław przysłowiową czapę.

Ale czy na tej podstawie można twierdzić, że Lech jest lepszy z braci? Obydwaj psim swędem dostali się do polityki i takim psim swędem potraktuje ich historia, jako zło tej samej monety, o tej samej wartości, zło o dwóch bliźniaczych twarzach.

PiS z ręką w nocniku, a Kaczyński w kuwecie

Zwykły wpis

Eliza Michalik odniosła się do planów polityków PiS i Kościoła, aby zakazać kobietom w Polsce jakiejkolwiek formy aborcji.

Pisowska parodia z Krajową Radą Sądownictwa.

Jak poinformował na Twitterze Borys Budka z Platformy Obywatelskiej, z Sejmu zniknął projekt nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Umożliwiał on zwołanie posiedzenia KRS przez prezesa Trybunału Konstytucyjnego.

Poseł PO przekazał, że o wycofaniu się wnioskodawców projektu został poinformowany SMS-em przez Kancelarię Sejmu. Wiadomość trafiła do posłów na godzinę przed zaplanowanym na godz. 12 posiedzeniem Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, która miała zająć się tym projektem.

Nowelizacja zakładała, że w związku ze zwolnieniem stanowiska Przewodniczącego KRS, pierwsze posiedzenie Rady zwoła Prezes Trybunału Konstytucyjnego, czyli Julia Przyłębska. Natomiast do czasu wyboru nowego przewodniczącego, obradom Rady – zgodnie z zapisami wycofanej ustawy – miał przewodniczyć członek KRS wskazany przez prezesa TK.

Wniosek o wycofanie projektu ustawy z Sejmu złożył poseł Prawa i Sprawiedliwości Marek Ast, reprezentujący wnioskodawców. W piśmie z 19 marca wskazał jedynie, że „wycofuje przedmiotowy projekt ustawy”, czyli poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Nie podał powodów takiej decyzji.

Kłopoty Trybunału Konstytucyjnego

Tego samego dnia, w poniedziałek, pojawiły się dwie publikacje uderzające w Trybunał Konstytucyjny, kierowany przez Julię Przyłębską. Pierwszy z nich opublikowała „Rzeczpospolita”, oparty na raporcie Fundacji Batorego za lata 2014-2017. Wynika z niego, że w biegłym roku Trybunał Konstytucyjny wydał tylko 88 orzeczeń. Rok wcześniej było ich 99, w 2015 roku – 173, zaś w 2014 – 119.

Drugą z publikacji był materiał „Faktu”, w którym przekazano, że od grudnia 2016 roku, czyli ode momentu, gdy Julia Przyłębska pojawiła się na fotelu prezesa TK, przeznaczyła na nagrody dla swoich pracowników prawie 1,6 mln zł. Wszyscy ze 133 urzędników TK otrzymali średnio po 13 tys. zł, natomiast sędziów TK wypłacono im dodatkową, trzynastą pensję za rok 2017 (w przypadku Przyłębskiej było to prawie 29 tys. zł).

Wybór sędziów KRS

6 marca Sejm wybrał sędziów Krajowej Rady Sądownictwa. Wyboru dokonano w tzw. pierwszym kroku, czyli większością 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. W wyborze nowych członków KRS nie brali udziału posłowie PO, Nowoczesnej, PSL i UED.

Wybór tych nowych sędziów został przeprowadzony na mocy znowelizowanej ustawy o KRS, która weszła w życie w połowie stycznia tego roku i była częścią pakietu ustaw sądowych, które forsowało PiS latem 2017 roku.

Sprawa Tomasza Komendy, który spędził w więzieniu 18 lat za zbrodnię, jakiej nie popełnił, wciąż znajduje się na pierwszych stronach gazet. Między politykami trwa przerzucanie odpowiedzialności za skazanie niewinnego człowieka. PiS usiłuje przekuć sprawę w swój sukces, bo to właśnie politycy tej partii odpowiednio zadziałali, zareagowali i to właśnie tej partii pan Komenda zawdzięcza zwolnienie z więzienia.

Okazuje się jednak, że ta gra polityczna ma bardzo kiepskie podstawy. Zacznijmy od tego, że ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym w czasie, gdy toczyła się sprawa przeciwko Tomaszowi Komendzie był Lech Kaczyński. Działacze PiS próbują wprawdzie „odwrócić kota ogonem”, ale jednak fakt pozostaje faktem.

Z kolei profesor Matczak, z wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego uważa, że kto jak kto, ale obecny prokurator generalny Zbigniew Ziobro również „nie ma żadnego moralnego tytułu, aby wypowiadać się w sprawie Tomasza Komendy”. Profesor przypomina sprawę aresztowania dr. Garlickiego i słynne słowa pana Ziobry, który nie mając jeszcze żadnych dowodów, z dumą obwieścił, że „ten pan już nigdy nikogo życia nie pozbawi”. Czy człowiek, który sam z marszu założył winę aresztowanego, nie czekając na wyrok sądu, ma teraz jakiekolwiek prawo do komentowania sprawy Tomasza Komendy, pyta pan profesor i trudno mu nie przyznać racji.

Profesor przekonuje, że przecież to właśnie Zbigniew Ziobro odpowiada za to, że w życiu publicznym zaczęto negować zasadę domniemania niewinności. To jego sposób działania doprowadził do sytuacji, w której „prokuratorzy a czasami sędziowie są skłonni pomijać dowody na niewinność i promować dowody winy. Domniemanie niewinności, którego ideę Ziobro jako minister sprawiedliwości swoją głupią wypowiedzią zakwestionował, jest właśnie po to, aby tak nigdy nie robili”. To właśnie taka postawa stała się przyzwoleniem, by „jedną z ofiar domniemania winy zamiast domniemania niewinności, ofiarą politycznej presji na skazanie został w 2004 roku Tomasz Komenda”.  Zbigniew Ziobro powinien więc zamilknąć, bo przecież sam stał się propagatorem idei „domniemania winy”, a teraz nagle o tym zapomniał?

No cóż tam, gdzie toczy się gra polityczna i walka „o dusze” tam nie ma miejsca na uczciwość i rzetelne podejście do zaistniałych problemów. Pan Ziobro jest zapewne przekonany, że pamięć obywateli jest krótka, że władza daje przywilej mówienia tego, co ślina na język przyniesie, a naród to kupi. Trochę racji ma, bo zapewne znaczna część elektoratu PiS nie będzie sobie zawracała głowy wypowiedziami profesora Matczaka czy Romana Giertycha. Przecież nie o prawdę tutaj chodzi, ale o wiarę, niestety…

W niedzielne przedpołudnie, mknąc drogami Podkarpacia, limuzyna z kolumny marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego, „zderzyła” się z energochłonnymi barierami.  Jak podaje RMF FM, marszałka nie było w samochodzie, a kierowca – oczywiście oficer Służby Ochrony Państwa – został ukarany mandatem.

Służba Ochrony Państwa to dawny BOR – po liftingu, który jak widać niczego dobrego nie przyniósł, a zła passa trwająca od marca 2016 r nie ma końca…

To właśnie wtedy – gdy Andrzej Duda wracał z nart – w prezydenckim samochodzie pękła opona. W styczniu 2017 roku problemy z oponą pojawiły się również w pojeździe wiozącym Jarosława Gowina. W tym samym miesiącu doszło do karambolu z udziałem ówczesnego szefa MON, Antoniego Macierewicza pod Toruniem.

Z kolei w lutym 2017 roku Audi A8 z premier Beatą Szydło zderzyło się z fiatem seicento, po czym zatrzymało się na drzewie.

W marcu samochód z Bartoszem Kownackim uderzył w volvo. Ówczesnemu wiceministrowi obrony narodowej nic się nie stało, ale jeden z funkcjonariuszy miał złamaną nogę.

Niewiele później, bo kwietniu przed siedzibą PiS przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie jeden z samochodów BOR uderzył w inny pojazd.

Kolizje miały miejsce również w maju, lipcu i sierpniu: z udziałem byłego prezydenta Lecha Wałęsy i sekretarza generalnego NATO, Jensa Stoltenberga.

W grudniu w Pułtusku, podczas przejazdu szkoleniowego dwa pojazdy Kancelarii Prezydenta zderzyły się z radiowozem. Andrzeja Dudy nie było na pokładzie.

Parę tygodni temu, w lutym w Krakowie samochód z wiozący parę prezydencką wjechał w betonowy separator, oddzielający pas jezdni od torów tramwajowych na moście Powstańców Śląskich.

SOP do tej pory nie skomentowała niedzielnej kolizji, choć krytyczne komentarze nasuwają się same… i ciągle aktualne jest pytanie czego należy spodziewać się dalej, bo do rozbicia pozostało PiS-owskim rządzącym jeszcze sporo aut. Jak w styczniu minionego roku informowała „Rzeczpospolita,” MON kupiło 30 limuzyn za 35 mln zł., a jak ujawnił Onet.pl, wśród nich są trzy BMW7 i osiemnaście BMW X5, jedenaście Audi Q7.

Koszt każdej z takich limuzyn to około miliona złotych, bo zamawiane były najdroższe i najbardziej luksusowe wersje.

Na nic się zdały hałas i oburzenie w mediach, reagujących z dezaprobatą na krociowe nagrody dla rządowych i prezydenckich ministrów. Kasą ruszyła również Julia Przyłębska – prezes Trybunału Konstytucyjnego, przeznaczając na nagrody aż 1,6 mln zł – podaje „Fakt”.

Dodatkowe pieniądze trafią do 113 pracowników TK, którzy „świadczyli pracę bez znacznych przerw”. Do rąk każdego z nich trafi średnio ok. 13 tys. zł.
„Rok 2017 był rokiem szczególnym ze względu na ustawową reorganizację Trybunału Konstytucyjnego, co wiązało się z dodatkowymi obowiązkami pracowników” – czytamy w uzasadnieniu, które przesłało do „Faktu” biuro medialne TK.

Dziennik, zwraca przy okazji uwagę, że reorganizacja Trybunału Konstytucyjnego w niczym nie przyczyniła się do usprawnienia jego działania, a w opinii Fundacji Batorego poprzedni rok był najgorszym w historii pod względem wydajności pracy TK.

Do raportu Fundacji im. Stefana Batorego dotarła „Rzeczpospolita”. Dokument dotyczy lat 2014-2017. Według jego zapisów, spada nie tylko liczba wydawanych orzeczeń, ale również liczba wnoszonych spraw.

W ubiegłym roku Trybunał Konstytucyjny wydał tylko 88 orzeczeń. Rok wcześniej było ich 99, w 2015 roku – 173, zaś w 2014 – 119.

Jeśli chodzi o liczbę spraw wnoszonych do TK, w 2017 roku było ich 282. W 2016 – 360, w 2015 – 632, zaś w 2014 – 530.

W 2016 roku „Sejm kolejnymi ustawami dokonał demontażu tej instytucji” – czytamy w raporcie Fundacji na temat Trybunału Konstytucyjnego.

Sami sędziowie nie otrzymali co prawda nagród, ale jeszcze na początku roku skasowali trzynaste pensje. Tylko pani prezes zainkasowała w sumie prawie 29 tys. zł.- podaje „Fakt”

Najwyraźniej, jak uderzenie grochem o ścianę podziałały na panią prezes    zapowiedziane wcześniej przez premiera Morawieckiego zmiany w systemie nagradzania ministrów i wiceministrów, a w tym likwidacja wszystkich premii.

Pisowskie prawo linczu

Zwykły wpis

Prawicowe inicjatywy, m.in. związane z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, karmią się państwowymi pieniędzmi. OKO.press ujawnia, do kogo i na co trafiły pieniądze z Narodowego Centrum Kultury.

W latach 2016-2017 Narodowe Centrum Kultury, instytucja podległa Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wydało niemal 700 tys. zł na imprezy, które organizowała lub współorganizowała Fundacja Niezależne Media – donosi Oko.press. Jednym z założycieli fundacji jest redaktor naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz.

Ile dostała fundacja Tomasza Sakiewicza?

NCK wsparło festyny:

„Vivat Maj, 3 Maj!” (w 2017 r. było to 212,5 tys. zł, w 2016 r. – 241,7 tys. zł),

„Nam twierdzą będzie każdy próg” (120 tys. zł i 60 tys, zł).

Dofinansowanie otrzymał także koncert „Żołnierze Niezłomni! Upominamy się o Was!” (62,7 tys, zł).

Pieniądze dla fundacji Jana Pietrzaka

Wsparcie otrzymała również fundacja Jana Pietrzaka „Towarzystwo Patriotyczne”. Prezesem jest żona satyryka – Katarzyna, a w zarządzie zasiadają publicysta Rafał Ziemkiewcz i poseł PiS Janusz Śniadek.

NCK przekazała w 2017 r. 80,2 tys. zł na organizację festynu „Czas Poloneza” (w 2016 r. było to 135,3 tys. zł). Na „Koncert Niepodległości” w latach 2016 i 2017 łącznie przekazano 240,5 tys. zł. Dwa lata temu instytucja wyłożyła także 176,8 tys. zł na koncert „Zwycięstwo 1920”. Przez dwa lata fundacja Jana Pietrzaka otrzymała łącznie 630 tys. zł.

Dotacje dla fundacji o. Tadeusza Rydzyka

Pieniądze z Narodowego Centrum Kultury trafiły również do Fundacji Lux Veritatis, której założycielem i prezesem jest o. Tadeusz Rydzyk. NCK przekazało 61 tys. zł na Festiwal Piosenki Religijno-Patriotycznej w Toruniu, organizowany przez fundację. W 2016 r. kwota 71 tys. zł została przekazana na produkcję programu telewizyjnego „Chrzest moja nadzieja”. Razem to ponad 130 tys. zł.

Dofinansowania dla imperium o. Rydzyka

Kilka dni temu informowaliśmy, że fundacja i uczelnia związane z o. Tadeuszem Rydzykiem dostaną pieniądze od Ministerstwa Spraw Zagranicznych na realizację projektów dotyczących polskiej dyplomacji. Ma to służyć „budowaniu silnej Polski na arenie międzynarodowej”.

Jak wynika z ogłoszonych wyników, kwotę 156 780 zł na projekt „Wdzięczni za niepodległą Polskę” otrzyma założona przez o. Tadeusza Rydzyka Wyższa Szkoła Kultury Społecznej I Medialnej w Toruniu. Pieniądze dostanie również powiązana z o. Rydzykiem Fundacja Lux Veritatis na realizację projektu „Rotmistrz Pilecki – przywrócenie pamięci” – 180 tys. zł.

Łącznie podmioty powiązane z o. Tadeuszem Rydzykiem otrzymały zatem ponad 336 tys. zł.

Jak w styczniu informował „Newsweek”, podmioty związane z o. Tadeuszem Rydzykiem otrzymały od rządu Prawa i Sprawiedliwości, a także państwowych spółek, niemal 70 milionów złotych. W tych wyliczeniach uwzględniono również dotacje, które jeszcze wówczas nie zostały wypłacone.

On – poseł PiS Wojciech Kossakowski ( na fotografii pierwszy do lewej) głosował za zakazem handlu w niedziele. Ona – żona posła Luiza Kossakowska – w niedzielę sklep w Ełku otwiera i sprzedaje alkohol.

W Ełku w tę niedzielę większość sklepów jest zamknięta, co sprawdzili reporterzy wp.pl. W centrum miasta pustki, ale jeden z lokali jest otwarty. W sklepie monopolowym „Promil” ekspedientka obsługuje klientów, dziennikarzy wp.pl też. Nie chce rozmawiać o tym, dlaczego sklep w niedzielę jest otwarty.

Reporterzy zadzwonili więc do właścicielki żony posła PiS Wojciecha Kossakowskiego – Luizy. Próbowała przekonywać, że sklep jest zamknięty, mimo że w tle rozmowy słychać, jak wydaje klientowi resztę. Potem wpierała dziennikarzom, że przyszła „tylko dokumenty zrobić”. Kiedy usłyszała, że mają paragon, potwierdzający dokonane dzisiaj zakupy, Luiza Kossakowska odparła: – „Była awaria. Przyszedł akurat stały klient, to mu sprzedałam. Pięć minut to trwało”. Na stwierdzenie, że w sklepie było więcej „stałych klientów”, powiedziała: – „Może 15 minut to trwało”. Obstawała przy swoim i twierdziła, że sklep jest zamknięty!

A jej szanowny małżonek – jak i pozostali przedstawiciele partii rządzącej – przekonywał, że ustawa o zakazie handlu w niedzielę pozwoli rodzinom wspólnie spędzać czas. – „Zakaz lub ograniczenie handlu przede wszystkim wpłynie korzystnie na życie rodzinne, bo czas spędzony z rodziną nie powinien być luksusem, a prawem każdego z nas” – mówił Wojciech Kossakowski w rozmowie z „Rozmaitościami Ełckimi”.

Państwo Kossakowscy muszą bardzo sobie „cenić” życie rodzinne, skoro jeszcze przed wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, sklep „Promil” był otwarty także podczas Świąt Wielkanocnych.

Dziennikarz Przemysław Szubartowicz i internauci o kolejnej niedzieli z zakazem handlu.

Prokuratura Krajowa chyba „pozazdrościła” ekspertów podkomisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza. Nadzorujący śledztwo smoleńskie zastępca prokuratora generalnego Marek Pasionek do zespołu, badającego przyczyny katastrofy, dołączył właśnie kilku zagranicznych specjalistów.

Zastępca Ziobry miał już okazję poznać znamienitych ekspertów, o czym Prokuratura Krajowa poinformowała na swojej stronie internetowej. – „Kilkunastu specjalistów, głównie ze Stanów Zjednoczonych, spędziło w Warszawie ostatni tydzień na zaproszenie zastępcy prokuratora generalnego Marka Pasionka”– napisano w komunikacie.

Według Prokuratury, to osoby o „niekwestionowanych dokonaniach i autorytecie”: specjaliści z zakresu mechaniki i inżynierii lotniczej, aerodynamiki oraz projektowania i pilotowania samolotów. – „Pracowali dla największych światowych instytutów badawczych, amerykańskiego Pentagonu i FBI, laboratoriów kryminalistycznych i amerykańskiej Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu” – czytamy w komunikacie Prokuratury. Dlaczego więc, skoro takie „światowe sławy” postanowiły służyć swoją wiedzą w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej, nie ujawniono ich nazwisk?

Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej tuż po wygranych przez PiS wyborach. Poza zleceniem ekshumacji wszystkich ofiar wypadku (nie zważając na protesty niektórych rodzin), jak na razie śledczy nadzorowani przez prokuratora Pasionka nie ustalili niczego nowego.

Podobno ulubionym grzechem szatana jest pycha. Politycy Prawa i Sprawiedliwości niejednokrotnie publicznie pokazywali twarz nazbyt pewnych własnych racji arogantów, którym wydaje się, że opinię publiczną można lepić ugniatać niczym plastelinę. Tym razem mogliśmy się przyglądać popisowi pychy w wykonaniu wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego.

Wszystko za sprawą Tomasza Komendy, który jako niewinny człowiek spędził aż osiemnaście lat w więzieniu za gwałt i zabójstwo 15-latki. Niewyobrażalna tragedia niewinnego człowieka, trauma, z którą musi się mierzyć każdego dnia, stała się doskonałym materiałem do politycznych gierek w wykonaniu wiceministra sprawiedliwości. Patryk Jaki, podobnie jak wszyscy członkowie reprezentowanej przez niego partii, posługuje się jedynie słuszną narracją, przedstawiając swoją partię jako nieomylnego strażnika prawa i sprawiedliwości. Strażnika walczącego z opieszałością i destrukcją swoich poprzedników.

Głośne uwolnienie niesłusznie skazanego Tomasza Komendy, sprowokowało Jakiego do podzielenia się ze społeczeństwem własną opinią na Twisterze i brutalnego wykorzystania całej sprawy do politycznych rozgrywek: „W wyniku m.in. postępu w badaniach genetycznych w 2011 roku prokuratura dostaje dowód, że Komenda jest niewinny. Nic z tym nie robi. Ten sam materiał bierze minister Zbigniew Ziobro i człowiek jest na wolności. Tak rządzili nieudacznicy z PO z pomocą medialną Giertycha”. Wywołany do tablicy Roman Giertych, przypomniał, że w momencie skazania Komendy prokuratorem generalnym był Lech Kaczyński.

Niewygodny dla rządzącej partii fakt, próbuje interpretować Zbigniew Ziobro, który podczas konferencji prasowej powiedział: „Giertych jak zwykle w swojej emocjonalnej niechęci do sprawujących władze dzisiaj, stara się dowolnie żonglować faktami, pokazując je w nieprawdziwym świetle. – czytamy na portalu natemat.pl –Ta sprawa nie zaczęła się, gdy Lech Kaczyński był ministrem sprawiedliwości. Dowody zebrano w tej sprawie również przed objęciem funkcji ministra przez Lecha Kaczyńskiego”. 

Odbijanie piłeczki i ciągłe przerzucanie winy na przeciwników własnego ugrupowania, to już standard polityki PiS. Jednak Patryk Jaki, podobnie jak jego partyjni koledzy zapomnieli, że społeczeństwo to nie plastelina i wiele spraw, wypowiedzi nie zostaje zapomniana. Jak donosi crowdmedia.pl „internauci odnaleźli artykuły prasowe sprzed kilkunastu lat, które odnoszą się do sprawy Tomasza Komendy w sposób, który kompromituje linię narracji Patryka Jakiego”. Z przywołanych artykułów można wyczytać, że pracujący nad sprawą gwałtu i zabójstwa 15-latki prokuratorzy byli w tamtym czasie poganiani, nieustannie karani za opieszałość i często wymieniani.

Nie trudno się domyślić, że taka atmosfera nie sprzyja rzetelnemu prowadzeniu śledztwa, a naciski ze strony prokuratora generalnego pogłębiają atmosferę stresu. Jeden z pracujących nad sprawą wrocławskich prokuratorów, Stanisław O., przyznał w wywiadzie dla Gazety Wrocławskiej: „Jasne, że miałem wątpliwości, ale materiału było wystarczająco, żeby zatrzymać i postawić zarzut. Należało to potem pogłębiać. Ale nie zdążyłem przeczytać akt, a potem sprawę mi zabrali”.

Pycha i buta Patryka Jakiego doprowadziła do obnażenia mechanizmów działania sprawiedliwości pod rządami jego partii, dla której skuteczność jest równa z wydanymi aktami oskarżenia i wyrokami. Statystyki powinny robić wrażenie. Nikt się jednak nie zastanawia, że pośpiech i stawianie na wynik za wszelką cenę może przyczynić się do czyjejś tragedii. Zwłaszcza, gdy sprawa toczy się o czyjeś życie. Politycy PiS z niezwykłą łatwością ferują wyroki (wystarczy przypomnieć głośną również sprawę nagonki i niesłusznego oskarżenia lekarza Mirosław G.), nie czekając na dogłębne zbadanie sprawy i orzeczenia sądu. Sprawa Tomasza Komendy w brutalny sposób obnaża stan naszego wymiaru sprawiedliwości, któremu bliżej do publicznego linczu niż do sprawnie działającego systemu, będącego podstawą demokratycznego państwa prawa.

Szydło, Kempa, Macierewicz dalej doją z naszej wspólnej kasy

Zwykły wpis

Tomasz Siemoniak i internauci o zadaniach Beaty Szydło i Beaty Kempy (PiS) po rekonstrukcji rządu Mateusza Morawieckiego.

Prof. Marcin Matczak odniósł się do komentarza ministra Zbigniewa Ziobro ws. uniewinnienia przez sąd Tomasza Komendy.

Dr Maciej Lasek zabrał głos ws. komisji Antoniego Macierewicza. Były przewodniczący Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych ma nadzieję, że minister Mariusz Błaszczak rozwiąże podkomisję smoleńską.

Antoni Macierewicz wspólnie z członkami komisji smoleńskiej wybiera się w kwietniu do Stanów Zjednoczonych.

Kościół katolicki sieje nienawiść i dzieli Polaków

Zwykły wpis

Poseł Krzysztof Mieszkowski zabrał głos w sprawie nacisków Kościoła na polityków, które mają prowadzić do całkowitego zakazu aborcji.

Duchowny Stanisław Walczak i internauci odnieśli się do homilii księdza Edwarda Stańka z Archidiecezji Krakowskiej.

Dziwimy się skąd księża nacjonaliści? Takich mieli wychowawców.

Żadna kara nie nie spotka ks. Edwarda Stańka – ponformował abp. Marek Jędraszewski.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o nacjonalizmie w Kościele katolickim.

Pora przyjrzeć się seminariom duchownym. Dlaczego wśród ich absolwentów tak częste są nietolerancja i szowinizm?

Jacek Międlar, Jacek Pawlicki, Edward Staniek. Opinia publiczna poznaje nazwiska kolejnych duchownych, wypowiadających słowa nienawiści, głoszących rasizm, propagujących nietolerancję, ksenofobię, nacjonalizm. Z powyższej listy jedynie Jacek Międlar został ukarany przez władze kościelne, i też nie za to, co mówił, lecz za nieposłuszeństwo wobec zwierzchników. Ze stanu duchownego nie został wykluczony, lecz sam wystąpił.

Ks. Jacka Pawlickiego, który w internecie pisze o „arabusach” i „muzułmańskiej dziczy”, nie spotkały na razie żadne konsekwencje. Także ks. prof. Edward Staniek może chodzić z dumnie uniesionym czołem. Jego zwierzchnicy nie zareagowali, gdy blisko miesiąc temu wygłosił kazanie, w którym życzył papieżowi Franciszkowi śmierci.

Przypomnijmy jego słowa: – „Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. Papież Franciszek na wysokim świeczniku, będąc pod presją układów, wyraźnie odchodzi od Jezusa.”
Objawem tego odchodzenia ma być, zdaniem duchownego, otwarcie się na uchodźców, bo islam jest „wrogo nastawiony do Ewangelii i Kościoła”. Ks. Staniek przypomniał, że muzułmanie „w wojnach religijnych zamordowali miliony. O dialogu z nimi nie ma mowy”.

Rektor głosi nienawiść. A czego uczy w szkole?

Zostawmy kościelnym zwierzchnikom ks. Stańka sprawę podważania autorytetu Papieża, sprawującego najwyższą władzę w ich – było nie było hierarchicznej, a nie demokratycznej – instytucji. Wprawdzie gołym okiem widać, że słowa krakowskiego kapłana są wyrazem absolutnej niesubordynacji i skrajnej nielojalności wobec głowy Kościoła, ale jeśli polskim biskupom to nie przeszkadza, to nie będziemy ich pouczać. Ich Kościół, ich Staniek, ich problem.

Sprawa ma jednak pewien aspekt, który nie pozwala przejść nad nią do porządku dziennego. Otóż ks. prof. Edward Staniek przez wiele lat był szefem krakowskiego seminarium archidiecezjalnego (do 2001 r.). Szkoła kierowana przez tego człowieka wypuściła z dyplomami wiele roczników młodych ludzi, którzy dziś pełnią funkcje duszpasterzy, spowiedników, katechetów. Uczą w szkołach i przedszkolach, wygłaszają kazania. Czego uczą, co głoszą? Można podejrzewać, że w toku lat studiów wpajano im poglądy i system wartości wyznawane przez rektora, który miał decydujący wpływ na dobór kadry i na treści nauczane w jego szkole.

Gdyby podobne opinie wypowiadał były rektor któregokolwiek z poważnych świeckich uniwersytetów, w Polsce wybuchłby wielki skandal, a środowisko akademickie domagałoby się, by szkoła, którą kierował, udowodniła, że nie ma z jego poglądami nic wspólnego.

Seminaria to rozsadniki antydemokratycznego nacjonalizmu

Najwyższa więc pora, by opinia publiczna i władze państwowe zainteresowały się problemem seminariów duchownych, które na mocy konkordatu cieszą się przywilejami szkół wyższych i otrzymują państwowe wsparcie, a jednocześnie – wiele na to wskazuje – są rozsadnikami takich patologii, jak nacjonalizm, ksenofobia, nietolerancja. To nie może być przypadek, że właśnie w środowisku księży, a więc absolwentów tych szkół, tak silne są sympatie dla obecnej autorytarnej i antydemokratycznej władzy. To nie przypadek, że tak wielu wychowanków polskich seminariów wspiera nacjonalistów, wpuszcza do świątyń działaczy ONR i innych podobnych organizacji, pozwala rozpowszechniać wydawnictwa głoszące nienawiść, antysemityzm, szowinizm.

Wielu komentatorów – także duchownych przywiązanych do wartości demokratycznych – zwracało uwagę, że jednym z filarów, na których opierają się łamiące Konstytucję rządy PiS, są polscy proboszczowie. Dodajmy więc dla pełnej jasności: proboszczowie, czyli wychowankowie polskich seminariów duchownych. Nie tylko krakowskiego, kierowanego w przeszłości przez ks. Stańka. Np. ks. Jacek Pawlicki, piszący o „arabusach” i „muzułmańskiej dziczy”, ukończył studia filozoficzno-teologiczne w Wyższym Arcybiskupim Seminarium Duchownym w Szczecinie.

Czy państwo polskie dofinansuje sznur, na którym zawiśnie?

Sytuacja, w której demokratyczne państwo finansuje i wspiera szkoły kościelne formujące wrogów demokracji i wypuszczające kolejne roczniki kapłanów podważających podstawowe zasady zapisane w Konstytucji, jest na dłuższą metę nie do zaakceptowania. Nasuwa się tu wręcz analogia z wizją Lenina, który szydził z Zachodu: „Kapitaliści sami sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”.

Bolesne doświadczenie „dobrej zmiany” powinno być dla nas nauczką i przestrogą. Po odsunięciu PiS od władzy (oby jak najszybciej!) trzeba będzie głośno i dobitnie zażądać od Kościoła, by zrewidował system formowania duchowieństwa w seminariach.

Waldemar Mystkowski przewiduje państwo teokratyczne.

Żwawym krokiem zmierzamy w kierunku państwa teokratycznego. A może nawet nie krokiem, ale maybachem Tadeusza Rydzyka lub podobną limuzyną.

Projekt „Stop aborcji” oznaczający w praktyce likwidację legalnej aborcji w Polsce wylądował w sejmowej lodówce. Nawet wyglądało na to, iż ma tam tkwić na zawsze w wiecznej zmarzlinie, ale 14 marca odezwał się Episkopat: – „Przypominając o konieczności bezwarunkowego szacunku należnego każdej istocie ludzkiej we wszystkich chwilach jej istnienia (por. Dignitas personae, 10), biskupi apelują o niezwłoczne podjęcie prac legislacyjnych nad projektem obywatelskim „Zatrzymaj aborcję”.

Następnego dnia 15 marca Marek Kuchciński zadarł swoją sutannę (metaforycznie, rzecz jasna), zlecił, aby komisja sprawiedliwości i praw człowieka kierowana przez sławetnego posła PiS Stanisława Piotrowicza zajęła się projektem bliskiemu sercu kleru i na stronach sejmowych pojawiła się informacja „nastąpiła zmiana porządku dziennego”. Na posiedzenie 19 marca dołożono punkt: „Zaopiniowanie dla Komisji Polityki Społecznej i Rodziny obywatelskiego projektu ustawy o zmianie ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (druk nr 2146)”.

Tak pędzimy w stronę państwa teokratycznego. Nie zgadza się na tego kleszego maybacha Strajk Kobiet, która to organizacja w #SłowoNaNiedzielę zapowiada organizację protestów – właśnie w niedzielę – pod biurami diecezji i archidiecezji w całej Polsce.

O wydarzeniu organizatorki piszą: – „Nie mając nic przeciwko wierze i wiernym, w niedzielę 18/03 idziemy pod siedziby archidiecezji i diecezji, czyli urzędów opresyjnej instytucji, której dyktaturę znosiłyśmy już dostatecznie długo. Która jest źródłem nienawiści, pogardy i przemocy wobec kobiet”.

I dalej Strajk Kobiet mocno podkreśla, do jakiej podrzędności Kościół katolicki i jego polityczne ramię PiS sprowadził połowę ludności naszego kraju: – „Dla której fałszywie pojmowana „tradycja” i „moralność” jest ważniejsza od tego, że codziennie jesteśmy gwałcone i zabijane. We własnych domach. W imię świętości nierozerwalnego małżeństwa. Która nie spocznie, póki nie zamieni naszego życia w ostateczne piekło. W bólu mamy żyć, rodzić i umierać. Dość tego!”. Czy ten maybach rozbije się o Strajk Kobiet i nie tylko o tę organizację – zależy od nas.

Taki oto kwiatek z tej samej beczki znalazłem na stronach pch24.pl (Polonia Christiana). Ks. prof. Edward Staniek 25 lutego w wygłoszonej homilii w kościele Sióstr Felicjanek pw. Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny w Krakowie przyznał się, że modli się o śmierć dla papieża Franciszka: – „Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska”.

Tacy to łaskawcy. Z zimną krwią są w stanie życzyć śmierci. Ckni się łaskawcom Święta Inkwizycja, jakieś łamanko kołem tudzież spławianie czarownic rzeką, zwłaszcza takich, które optują za kompromisem aborcyjnym.

Mecenas Roman Giertych wiąże Lecha Kaczyńskiego ze sprawą mężczyzny, ten przesiedział w więzieniu 18 lat za zbrodnię, której nie popełnił.

Złodziejska sekta 😲😲😲

Waldemar Mystkowski pisze o panice na prawackiej stronie.

Prawicowe nosy coraz częściej czują swąd porażki, a co za tym idzie utratę przywilejów, które im się nie należą z jednej prostej przyczyny – większość polityków i dziennikarzy nie dostało łaski talentu.

Strach ma wielkie oczy. Czują, że może skończyć się ich czas i zagarnięte trzeba będzie zwrócić, a samemu wrócić do parcianej rzeczywistości.

Szef wpływowego w PiS tygodnika „Sieci” i portalu wpolityce Jacek Karnowski odkrywa, iż „zaplecze III RP (medialne, biznesowe, lobbingowe)” zaczyna odzyskiwać wpływy, nie działają jednak sami, działają „częściowo w porozumieniu z elementami obozu władzy”.

Zdziwieni? A kim są ci zdrajcy, ten „element”? Nie padają wprost nazwiska, ale w następnych zdaniach pozornie nieoczywistych możemy się dowiedzieć, że „premier Morawiecki nie miał właściwie szansy, by zbudować swój wizerunek tak, jak chciał”.

Moglibyśmy z tego się uśmiać, ale to jednak znaczy, że tragiczna na zewnątrz sytuacja Polski pisowskiej ma być kontynuowana, a nawet pogłębiana, do czego ma się przysłużyć „skierowanie do pracy w KPRM dwójki PR-owców (Anny Plakwicz i Piotra Matczuka)”.

Pijarowcy Plakwicz i Matczuk to ten sam sort grafomanii, jak Karnowski. Zalecenia są jasne, Morawiecki „ma być mniej intelektualny, a bardziej konkretny”. Przyznam się, że uśmiałem przy stwierdzeniu, iż Morawiecki jest „intelektualny”.

Jednak Karnowskiemu drżą łydki: „Z punktu widzenia obozu rządzącego, dynamika wygląda więc niedobrze, mimo wciąż imponujących słupków poparcia, które – niezależnie od ich obiektywnej wysokości – mogą być mniej lub bardziej kruche, tłukliwe. I choć dziś procesy, o których piszę, nie zagrażają politycznej dominacji prawicy, to jednocześnie budują one potencjał, który może wielu gorzko zaskoczyć: i w czasie kampanii wyborczej, i w dniu wyborów”.

Nie tylko Karnowskiemu czarna przyszłość zagląda w oczy, na tym samym portalu Łukasz Adamski ma przeczucie, że prawicowa broń polityczna „zdrada” obraca się przeciw PiS: „Bo w przypadku, gdy „nasi stają się jak oni z tymi nagrodami” dochodzi element poczucia zdrady. To już wyższa forma emocji. Nie zapominajmy, że od upadku komunizmu prawica funkcjonuje dzięki mitologii zdrady. Zdrady przy Okrągłym Stole, zdrady przez Lecha Wałęsę, zdrady…. tutaj dopiszcie sobie dziesiątki nazwisk. Kara za „zdradę” na prawicy jest zawsze głęboka.”

Dopóki zdradą szermowało się w kierunku przeciwników politycznych i która mobilizowała elektorat, prawicowe elity były spokojne, ale o zdradę posądzony zostaje najnowszy wymysł geniusza z Nowogrodzkiej, premier Morawiecki. Po dwóch latach „rewolucyjnych” rządów PiS rozpoczęło się szukanie zdrajców we własnych szeregach. Szybko! Wróży zatem, że sami się pozagryzają i powróci normalność, acz po PiS długo trzeba będzie sprzątać.

Czy Morawiecki nie doznał urazu goleni prawej?

Zwykły wpis

Zbigniew Gryglas (kiedyś Nowoczesna, obecnie o Gowina przy PiS) wypowiedział się w programie „Rzecz o polityce” (Rzeczpospolita) na temat wyborów prezydenckich w Warszawie.

Mecenas Roman Giertych zareagował na uwolnienie Tomasza Komedy, który został niewinnie skazany na 18 lat więzienia.

Poseł Platformy Obywatelskiej Cezary Tomczyk, powołując się na informację Komendy Głównej Policji, podsumował na Twitterze koszty jakie ponieśli polscy podatnicy, z tytułu celebrowania kolejnych miesięcznic smoleńskich.

Okazuje się, że od 2015 roku, czyli od kiedy PiS przejęło władzę, ponad 32 tysiące policjantów ochrania imprezy na Krakowskim Przedmieściu, a ich organizacja pochłonęła dotąd blisko 3 mln złotych.

Żeby zwykły poseł Kaczyński mógł w należytym komforcie przeżywać to wydarzenie, co miesiąc na zabezpieczenie miesięcznic z całej Polski zjeżdżają się oddziały policyjne. Ostatnio pojawiły się także barierki, które w samym centrum stolicy, oddzielają wyznawców PiS od świata zewnętrznego, czyniąc je na jeden dzień fortecą wyłącznie do dyspozycji jednego człowieka. Wszystko to oczywiście pokrywane jest z naszych podatków.

Jak wiemy, za protesty wobec kolejnych miesięcznic policja zatrzymuje obywateli i stawia im zarzuty zakłócania wydarzenia o charakterze religijnym, chociaż wszyscy doskonale wiemy, że to nic innego jak cyklicznie powtarzana polityczna manifestacja lojalności wobec lidera PiS.

Wzrost liczby policjantów ochraniających miesięcznice smoleńskie, to zdaniem rządzących oczywiście wina polityków opozycji, którzy rzekomo wciąż zaogniają sytuację, a także Obywateli RP, którzy te miesięcznice chcą blokować, czym stwarzać mają zagrożenie dla uczestników tych pochodów.

Jednak w odczuciu zdrowo myślącego społeczeństwa konwencja comiesięcznych imprez na Krakowskim Przedmieściu to po prostu atak na wolność zgromadzeń i w tych ramach nieuzasadniony priorytet dla zgromadzeń cyklicznych. Chodzi o „twór” wymyślony dla satysfakcji samego Kaczyńskiego, zmierzającego do budowy mitu założycielskiego PiS-owskiej władzy, w postaci “tajemniczej śmierci” elity państwa w Smoleńsku. Z tym jednak zastrzeżeniem, że teraz to już chodzi wyłącznie o elity PiS.

Jacek Harłukowicz (Gazeta Wyborcza Wrocław) zareagował na wypowiedź Cezarego Gmyza (TVP) na temat prof. Ryszarda Krasnodębskiego.

Cezary Gmyz, jeden z czołowych dziennikarzy rządowej TVP, miał w grudniu minionego roku „chwilę słabości” i bez większego zastanowienia pogroził byłemu wicepremierowi, Romanowi Giertychowi.

„Giertych do wora, wór do jeziora” – w ten sposób telewizyjny korespondent w Berlinie skomentował na Twitterze wpis mecenasa, w którym wyraził on zdziwienie, iż rządowa telewizja obraziła się, za to „że w reklamie książki pt. „Kroniki Dobrej Zmiany” nazwaliśmy Kurskiego kłamcą”. „Ja nie obrażam się, gdy ktoś mi mówi, że jestem wysoki” – napisał wówczas Giertych.

Równocześnie mecenas poinformował, że „niemieckie organy ściągania rozpoczynają sprawę „nawoływania przez Cezarego Gmyza do zabicia go”. Nawiązując do niedawnego przykrego incydentu na wrocławskiej uczelni, dodał: „Dziwię się Panu Gmyzowi, że zajmuję się atakowaniem starszych profesorów. Powinien raczej przygotowywać się do obrony”. Wyjaśnił przy okazji, że sprawą zajmuje się niemiecka prokuratura, ponieważ Cezary Gmyz pracuje w Niemczech i z tego kraju „namawiał do zabicia”.  „Właściwość prokuratury niemieckiej wynika z pańskiego miejsca zamieszkania”- napisał krótko prawnik.

Powszechnie znany z nonszalancji i bezpardonowych ataków na przeciwników politycznych dziennikarz, z miejsca ruszył do kontrataku i w dość żałosnym stylu „odpalił”: „Podpowiecie mi jak nazywa się takich co Niemcom donoszą na rodaków?”

„O znowu kolejny, którego »Niemcy biją«. Zamiast teraz płakać trzeba było myśleć, zamiast hejtować” – zauważył były wicepremier.

W internecie pod tą wymianą zdań zawrzało. Ktoś przytomnie skomentował: Pan Giertych ma rację – w Niemczech „życzliwy” pisowski prokurator nie skręci sprawy, a i PAD nie uniewinni!!!”.

Dziennikarze Onetu Bartosz Węglarczyk i Janusz Schwertner informują o wywiadzie premiera Mateusza Morawieckiego dla niemieckiego portalu n-tv.de.

To pytanie może okazać się ze wszech miar zasadne, kiedy Jarosław Kaczyński zorientuje się, że namaszczony przez niego premier… niepochlebnie wypowiedział się na temat Węgier. Bo czym innym są mało przemyślane wypowiedzi dotyczące ustawy o IPN, jak choćby słynne już słowa z Monachium… Czym innym układanie historii na nowo, przeciw czemu protestował prof. Ryszard Krasnodębski… Te wypowiedzi z pewnością nie rażą uszu prezesa PiS.

Jednak uderzanie przez Morawieckiego w Węgry – jedynego sojusznika PiS – może mieć swoje konsekwencje. Onet.pl pisze o wywiadzie, który został opublikowany w niemieckim portalu „n-tv.de” w połowie lutego. Przeszedł on niezauważony, bo został „przykryty” przez wspomnianą już wypowiedź Morawieckiego w Monachium, która odbiła się szerokim echem w świecie i zaostrzyła konflikt z Izraelem.

W wywiadzie dla niemieckiego portalu Morawiecki, mówiąc o stosunkach na linii Polska-UE, stwierdził: – „Jesteśmy w Polsce bardzo daleko od sytuacji poważnego naruszenia zasad praworządności. Gdy porównuję sytuację w Polsce, która ma bardzo niski poziom korupcji i kwitnącą demokrację, z sytuacją u naszych przyjaciół z Bułgarii, Rumunii albo Czech – gdzie wszędzie jest pełno korupcji – albo do Węgier, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać”. Prowadzący wywiad dopytał: – „Skoro to takie jasne, to dlaczego Unia Europejska tego nie dostrzega?”. – „Dobre pytanie” – odparł Morawiecki. Tyle i aż tyle!

Onet poprosił o komentarz do tych zaskakujących słów premiera rzeczniczkę rządu Joannę Kopcińską. W odpowiedzi przesłała dane dotyczące korupcji z raportu Transparency International (tak na marginesie – od kiedy PiS przejmuje się raportami międzynarodowych organizacji?). Nie odniosła się jednak do meritum sprawy, czyli atakowaniu przez Morawieckiego najbliższego sojusznika PiS… Jedno jest pewne – kiedy słucha się premiera, to rzeczywiście nie wiadomo: śmiać się czy płakać i ta uwaga dotyczy większości jego wystąpień.

Paweł Cywiński – brat Piotra Cywińskiego (dyrektor Muzeum Auschwitz) opisuję nagonkę prawicy na jego brata.

Od kilku miesięcy Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz jest atakowany i przez PiS, i prawicowe media, i przez hejterów. Sam Piotr Cywiński w rozmowie z onet.pl przyznał, że żyje „w sytuacji największego i najdłuższego hejtu”, jaki mu się przytrafił od momentu objęcia stanowiska, a było to w 2006 r.

Piotra Cywińskiego broni jego brat Paweł. Na Facebooku opisuje, z czym musi mierzyć się dyrektor Muzeum Auschwitz. – „Od 50 dni najpaskudniejsze odmęty polskiej prawicy rozpętały wobec niego niezwykle potężną nagonkę. Zbudowaną na co najmniej kilkunastu kłamliwych zarzutach. Wielokrotnie dementowanych i wielokrotnie odżywających. Dziesiątki artykułów na szemranych portalikach, setki zaangażowanych kont tweeterowych, tysiące podobnie brzmiących tweetów, wulgaryzmy, memy, groźby, oszczerstwa, donosy. Do wyrzygania”.

Opisuje też działalność Piotra Cywińskiego: – „Mój brat pracuje na jednym z najcięższych odcinków walki o pamięć, której zadaniem jest obrona ludzi przed ich najstraszniejszymi instynktami. Walka ta jest niezwykle trudna, bo chodzi w niej nie tylko o pamięć polską, ale poniekąd całej ludzkości. A jak wiadomo – różnie się pamięta. Piotr od dwunastu lat jest dyrektorem Auschwitz Memorial / Muzeum Auschwitz. Dwanaście długich lat pracy w jednym z najstraszliwszych miejsc na świecie”.

W obronie Piotra Cywińskiego wystąpiła także Polska Rada Chrześcijan i Żydów. – „Znamy osobiście dr. Cywińskiego, jego kompetencje i poświęcenie w pracy na rzecz pamięci o tragedii, jaka się w tym miejscu dokonała. Znamy liczne krajowe i międzynarodowe niezwykle pozytywne opinie o funkcjonowaniu Muzeum Auschwitz-Birkenau, którym Cywiński umiejętnie i ofiarnie kieruje od 2006 r. Znamy kształt muzealnej ekspozycji na terenie Miejsca Pamięci i ogrom wykonywanej tam pracy, także edukacyjnej. Można by jedynie życzyć polskim instytucjom kultury tak kompetentnego kierownictwa i tak dalekosiężnej wizji” – napisano w oświadczeniu.

Według Rady, kontrowersje wokół Auschwitz-Birkenau to „ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje nasza ojczyzna. Wyrażamy nasze poparcie dla dyrektora Piotra Cywińskiego i apelujemy o wsparcie dla niego do wszystkich ludzi dobrej woli. Ewentualne personalne rozgrywki wokół Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau z pewnością odbiłyby się szerokim echem w całym świecie, ukazując Polskę w fatalnym świetle”. Pod oświadczeniem podpisali się współprzewodniczący Rady ze strony żydowskiej Stanisław Krajewski i współprzewodniczący ze strony chrześcijańskiej Zbigniew Nosowski.

NIESIOŁOWSKI O DEGRADACJI JARUZELSKIEGO I KISZCZAKA: HAŃBA. ODCZEPCIE SIĘ OD ZMARŁYCH. ONI SĄ JUŻ NA INNYM SĄDZIE

W #TYLKONATEMAT ciekawy wywiad z Michałem Kamińskim, kiedyś spin doctorem PiS, potem PO, obecnie członkiem poselskiego klubu Unii Europejskich Demokratów.

Michał Kamiński odniósł się najpierw do najnowszej akcji PO zapoczątkowanej ustawieniem przed siedzibą PiS na Nowogrodzkiej billboardów, przypominających, ile pieniędzy zgarnęli dla siebie ministrowie obecnego rządu. Wreszcie działanie, które można ocenić pozytywnie, bo jak twierdzi „odwołuje się do chyba największej z tych bomb zegarowych, tykających pod koalicją Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i Porozumienia”. Pazerność władzy na pieniądze jest, obok klerykalizmu i narastającej izolacji Polski na arenie międzynarodowej, tym co może PiS-owi już niedługo najbardziej zaszkodzić. „Gdy ludzie widzą, że Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. nagrody, to siadają przy rodzinnym stole i zaczynają przeliczać, co oni mogliby by z taką sumą zrobić…”, a co za tym idzie, zaczynają rozumieć, że wcale nie jest tak, jak im się mówi.

Kolejną bombą jest polska polityka zagraniczna. Dziennikarz, prowadzący rozmowę zauważa, że wprawdzie wydaje się ona być niewypałem, bo „przecież mądre głowy mówią, iż zwykłych Polaków sprawy międzynarodowe nie interesują. I powiedziałbym tak, gdyby nie fakt, że przez dwa dni z rzędu jednym z najchętniej czytanych w naTemat tekstów był ten o opinii Andrzeja Dudy na temat UE”słusznie, więc twierdzi Michał Kamiński, że jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, iż to my, obywatele zapłacimy największą cenę za „awanturnictwo polityków PiS”. „Realne kłopoty w realizacji życiowych planów, strata pieniędzy i utrata dumy z polskiego paszportu” odbiją się mocno na poparciu dla władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Michał Kamiński podkreśla, że prezes PiS świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie dokonał zmiany na stanowisku premiera. Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki, który miał poprawić nasz wizerunek i relacje na arenie międzynarodowej. Niestety, nowy premier zupełnie sobie z tym nie radzi. Dostał bowiem „taki bagaż od partii, iż nie podołał postawionemu przed nim zadaniu. I już wiadomo, że nie podoła mu w przyszłości”. Polityk zwraca uwagę, że „Proces zużywania się tej władzy – z czego część mądrych ludzi w PiS już zdaje sobie sprawę – postępuje szybciej niż można było się spodziewać. Główną siłą Zjednoczonej Prawicy pozostaje tylko to, że ludzie na razie nie uwierzyli w żadną alternatywę. Jednak choćby ostatnie przedterminowe wybory w Nadarzynie pokazują, że obywatelski kandydat może rozłożyć na łopatki nawet kandydata cieszącego się osobistym poparciem premiera Morawieckiego. Jednocześnie coraz bardziej jest zmobilizowany obóz „antypisowski”, co źle wróży rządzącej partii.

W rozmowie nie zabrakło również tematu związanego z klerykalizmem, który według Michała Kamińskiego, jest trzecią, mocno tykającą, bombą. Połączona „pazerność księży z pazernością władzy, musi skończyć się potężnym wybuchem. I on tę władzę prędzej czy później wywróci”. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami.

Michał Kamiński nie chciał rozmawiać o PO i Grzegorzu Schetynie, uznając, że to nie czas, by prowadzić jakieś tam walki w obrębie opozycji. Natomiast chętnie opowiadał o współpracy swego klubu poselskiego z PSL, podkreślając, że to uczciwy układ. PiS liczyło, że przejęcie posła PSL, Mieczysława Baszko, doprowadzi do likwidacji klubu ludowców. Jednak wsparcie właśnie UED pomogło zażegnać to niebezpieczeństwo. Tak więc teraz oba kluby współpracują ze sobą w parlamencie, zachowując jednak prawo do różnienia się i realizacji zadań, wynikających z ich założeń programowych.

Warto na zakończenie przytoczyć słowa Mariusza Kamińskiego, który mówi – „Taktyka opozycji na walkę z PiS musi przypominać polowanie na wieloryba, a nie strzelanie do wróbla. Polując na wróbla, można zakładać, że on zginie od jednego celnego strzału. PiS jest tymczasem wielorybem, którego łatwo nie da się położyć. Najpoważniejszym błędem mentalnym środowisk opozycyjnych jest to, iż wszyscy spodziewają się, że jedna afera zrujnuje „dobrą zmianę”. Nic z tego! Źródła poparcia dla nich są bowiem tak mocne, że boleśnie zapłacą dopiero za całą sumę rozpętanych afer”. Tak więc, czekamy….

Walka PiS z niewygodną prawdą historyczną trwa w najlepsze. W związku z obchodami 50 rocznicy Marca’68 IPN usunął Adama Michnika, jednego z głównych bohaterów tego wydarzenia, ze swojego spotu. Teraz, jak informuje czytelników oko.press, do tej niechlubnej akcji manipulowania historią dołączyła Polska Fundacja Narodowa.

Mieszkańcy „dekomunizowanych” ulic w Warszawie otrzymują pocztą broszurkę „Godność Niepodległej”, w której znajdują się fotografie i krótkie notki biograficzne nowych patronów oraz tych, niezdekomunizowanych. Jedna z ulic, kiedyś 17 Stycznia, to dzisiaj Komitetu Obrony Robotników. W biogramie nie znalazło się jednak miejsce dla Adama Michnika, a na zdjęciu KOR-u jego twarz została przesłonięta wielkim stemplem z napisem „po dekomunizacji”. Na fotografii są Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń (leży), Kazimierz Wóycicki, Konrad Bieliński, Mariusz Wilk i Kazimierz Janusz, a została ona zrobiona podczas głodówki w kościele św. Krzyża, jaką prowadzili członkowie KOR w październiku 1979 roku. Wszyscy są bardzo wyraźnie pokazani, tylko ten jeden, niewygodny, „zastemplowany”.

Na wszystkich pozostałych zdjęciach, które znajdują się w broszurze, stempel znajduje się z boku, by nie przesłaniać osób na fotografii, tylko w tym przypadku jest inaczej.

Takie przekłamanie historyczne firmuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Instytut Pamięci Narodowej, których logotypy również znajdują się na broszurce. I taka „przekłamana” broszurka ma też trafić do mieszkańców innych miejscowości w Polsce. Wszędzie tam, gdzie „zdekomunizowano” ulice. Do tego banery, plakaty… i wszystko to, jakże zgodne z polityką historyczną obecnej władzy. Ciekawe, kto jeszcze zostanie „zagumkowany” a kto znajdzie się na piedestale „nowych bohaterów”, co to z tymi rzeczywistymi niewiele mają wspólnego.

Trochę dziwi mnie też zaangażowanie PFN w tego typu działania. Przecież instytucja ta powstała w 2016 roku po to, by „promować Polskę za granicą”. Miała być niezależna politycznie, rzetelna i uczciwa w swych działaniach, a jednak jej „prorządowość” aż bije po oczach. Jak na razie, za otrzymane 243 miliony zł, Polska Fundacja Narodowa zasłynęła akcją „Sprawiedliwe Sądy”, mającą usprawiedliwić reformę sądownictwa, no i teraz ta nieszczęsna broszurka. Trzeba przyznać, że to niezła kasa za takie „osiągnięcia”.

Waldemar Mystkowski pisze i Beacie Szydło.

Nie znamy wyroków historii. Beata Szydło też nie zna. Czy będzie zapamiętana z „sukcesu” 1:27 w walce z rodakiem Donaldem Tuskiem, czy z wypadku samochodowego w Oświęcimiu 10 lutego ubiegłego roku? Jednakże dla mnie pozostanie potwierdzeniem spostrzeżenia Włodzimierza Lenina, iż państwie prawa i sprawiedliwości komunizmu może rządzić kucharka.

W komunie do tego ewenementu nie doszło, Nadieżdę Krupską ubiegł Józef Stalin, ale doszło do tego w Polsce. Jarosław Kaczyński nie chciał ubiec Szydło, która potwierdza regułę, iż osoby bez kompetencji w jakiejkolwiek dziedzinie mogą dać się wszystkim we znaki, jednak z chwilą zniknięcia stają się obojętne. Zapominamy o nich z westchnieniem ulgi: och, jak fajnie, że ich zasłużenie już nie ma na agendzie publicznej.

Przeszło rok prokuratorzy badali przyczyny prostego wypadku, w którego spowodowanie chcieli wrobić bogu ducha winnego młodego kierowcę seicento, Sebastiana K. Była nawet supozycja, aby zlecić badanie przyczyn wypadku niemieckim rzeczoznawcom. Nie doszło jednak do tego, bo nie wszystkie narody mają poczucie humoru Mrożka i Barei.

Faktyczny stan prawny z wypadkiem Szydło na dzisiaj mamy następujący. Prokurator regionalny rozpatrzył wniosek prokuratora okręgowego o rozwiązanie zespołu prokuratorów śledczych. Jednocześnie prokurator okręgowy wysłał do sądu wniosek o warunkowe umorzenie postępowania w sprawie przeciwko kierowcy seicento.

To powinno zamknąć sprawę badania wypadku z udziałem Szydło. Specjalnie nie używam nazwisk prokuratorów, bo nie są godni żadnego zapamiętania, a śledztwo jest nawet bardziej skomplikowane, niż tutaj opisuję, a to z tej przyczyny, aby publika nie zrozumiała, że organa państwa dały ciała. Jest to typowe pisowskie „chachmęctwo do imentu”. Tak naknocić, aby nikt nie chciał dotknąć się tego zakalca.

Sypała się już wcześniej koncepcja oskarżenia Sebastiana K. Mianowicie trzech prokuratorów śledczych odmówiło prokuratorowi okręgowemu oskarżenia wyłączenia ze śledztwa dowodów wskazujących, czy rządowe auta były kolumną uprzywilejowaną w ruchu, a więc czy miały włączone sygnały świetlne i dźwiękowe oraz niewątpliwej winy funkcjonariuszy ówczesnego Biura Ochrony Rządu.

Tak prostego faktu prokuratura nie potrafiła dociec, czy używano sygnałów. Nawet padło pod adresem Sebastiana K. takie oto oskarżenie: „nie zachował należytej ostrożności „. Co to znaczy? Wiadomo – nic, ale działa jako oskarżenie. A w gruncie rzeczy winą młodego kierowcy jest to, iż śmiał jechać drogą publiczną.

Umorzenie w sądzie ma ten walor prawny, iż prokurator nie chce sądzić Sebastiana K., ale zwala winę na niego, uznaje go winnym bez skazania. W ten sposób prokuratura sama siebie ustanawia sądem. Zauważmy, iż bez porozumienia stron. Ale „winny nieskazany” nie godzi się na takie potraktowanie. Obrońca Sebastiana K., mec. Władysław Pociej zapowiada walkę o prawdę przed sądem.

I słusznie! Prawne państwo polskie zostało sknocone do imentu, odbiera się honor niewinnym osobom, uznając ich łaskawie za winnych nieskazanych. Ale to Beata Szydło walnęła w przysłowiowe drzewo i znalazła się na śmietniku historii. Oby tam została na zawsze.

iustitia.pl