Tag Archives: Sabina Zalewska

Duda to tylko zdrajca? A nie prezydent

Zwykły wpis

Dziennikarz Adam Wajrak skomentował antyunijne słowa prezydenta Andrzeja Dudy.

Dorota Skrzypek, najbliższa współpracowniczka prezydentowej, złożyła wypowiedzenie. To właśnie ona towarzyszyła Agacie Kornhauser-Dudzie w oficjalnych spotkaniach. Była zatrudniona na stanowisku wicedyrektora Biura Gabinetu Prezydenta, gdzie nadzorowała zespół protokolarny. Formalnie podlegała Krzysztofowi Szczerskiemu. Powodem odejścia są podobno sprawy osobiste.

W ciągu zaledwie dwóch tygodni więc z pracy w Pałacu Prezydenckim odchodzi kolejna osoba. Jak wiadomo, wcześniej zrezygnował rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

„Jeszcze kilka dni i zostaną w Pałacu Prezydenckim sami…”; – „Ostatnio coraz dziwniejsze akcje u Dudy. Odejścia, wypowiedzi jeszcze głupsze niż kiedykolwiek… Może uciekają z tonącego okrętu?”; – „Źle się dzieje w państwie Du… ups, w Pałacu Prezydenckim” – komentowali internauci na Twitterze.

Unia Europejska to realna wspólnota, która przez 60 lat zapewniała pokój naszemu kontynentowi.

Hairwald

– Stawiamy bardzo jasne pytanie: czy służby rosyjskie miały wpływ na nagrywanie polityków PO w 2014 r. i czy w konsekwencji miały wpływ na wybory parlamentarne w 2015 r – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska, kierująca zespołem śledczym Platformy Obywatelskiej ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa. W posiedzeniu brał też udział były szef ABW Krzysztof Bodnaryk: – Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań rosyjskich służb specjalnych.

Jaka rola Falenty?

Powołany przez PO zespół śledczy ds. zagrożeń bezpieczeństwa państwa zajmował się dziś „rolą Marka Falenty i PiS w strategii rosyjskich służb specjalnych”. Gościem zespołu był były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego gen. Krzysztof Bondaryk.

Impulsem do analizy roli Marka Falenty i jego kontaktów z rosyjskimi służbami był zeszłotygodniowy numer „Polityki”, gdzie po wielomiesięcznym śledztwie tygodnik ustalił, że tzw. afera podsłuchowa, która doprowadziła do wygrania wyborów przez PiS, była rozgrywana przez rosyjskie służby.

Z ustaleń tygodnika wynika, że zleceniodawca podsłuchów biznesmen Marek Falenta miał dług wobec rosyjskiej…

View original post 2 139 słów więcej

PiS przywraca łatkę Polsce „chory człowiek Europy”

Zwykły wpis

PiS naprawdę nie ma kadr. Wynika to przede wszystkim z podstawowej przyczyny: ktoś posiadający fach, mający pojęcie o jakiejś dyscyplinie i potrafiący kreować, nie będzie się garnął do nieudczników, partii specjalnej troski, w której lider musi zakłamywać swoją przeszłość opozycyjną w PRL-u, a bratu dorabiać legendę, bo w rzeczywistości byli postaciami siedmiorzędnymi, których nikt nie zapamiętał.

Nieszczeście dla kraju polega na tym, że ten przypadkowy zbiór polityków powinien zostać marginesem, folklorem politycznym, nie powinniśmy sobie zaprzątać nimi głowy, ani zastanawiać się, dlaczego nieudacznik nazywa innych gorszym sortem, elementem animalnym. Wszak takich z niedostatkiem rozumu można spotkać na każdym kroku, wystarczy wyjść z domu.

Partia bez kadr może promować tylko takie postaci jak Sabina Zalewska, która chciała zostać Rzecznikiem Praw Dziecka i pewnie jej udałoby się, bo przeszła kwalifikcja partyjne, w których trafnie odpowiedziała na pytania ideologicznie, iż życia zaczyna się od poczęcia, in vitro jakoby narusza prawo dziecka do tożsamości, a gender jest brzydkie, bo kler tak twierdzi. Zostałaby ta osoba funkcjonariuszem państwowym, ale traf chciał, że nie potrafi skonstruować myśli własnych i ucieka się do plagiatu, kradnie własność intelektualną. Wykrył to „Tygodnik Powszechny”, a przecież mogło się tak nie stać. I mielibyśmy to, co w PiS jest normą, iż „nikt nam nie powie, że białe jest białe” i Rzecznik Praw Dziecka, byłby faktycznym Rzecznikiem Obrony Rodziców przed Dzieckiem.

Inna kabareotwa postać, na którym kabarety się poznały, jednak jest ministrem, ucho prezesa, Mariusz Błaszczak. Ten modernizuje armię w ten sposób, że tworzy nową dywizję Wojsk Lądowych, czwartą. Kreowanie znów polega na tym, że jest ono markowane, mianowicie dywizja powstaje z dwóch istniejących brygad i trzeciej nieistniejącej. Generałowie łapią się za głowy, co też ten Szwejk Błaszczak wymyślił, a do tego umieszcza ją w Siedlcach, w miejscu, gdzie łatwo jest ją obejść w tzw. manewrze Paskiewicza, z którym sobie poradził Józef Piłsudski w 1920 roku. Generał Mirosław Różański zwraca uwagę: „Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu„.

Szwejki PiS kompromitują nas na zewnatrz. W walce ze społeczeństwem obywatelskim padła Ukrainka Ludmiła Kozłowska, szefowa Fundacji Otwarty Dialog. Została przez służby podległe Mariuszowi Kamińskiemu (przypominam: facio ma trzy lata do odsiadki, ułaskawiony został przez Dudę, ale taka łaska na pstrym koniu jeździ) wydalona z Polski i ze strefy Schengen na podstawie arbitralnej decyzji.

W tym przypadku (ale Błaszczak także) można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż mamy do czynienia ze spełnieniem życzeń Rosji. Nam się może wydawać, że co w Moskwie pomyślą, to politycy PiS dziwnym trafem to spełniają, otóż – nie! Działania Kremla w decyzjach PIS są widoczne aż nadto. Niemcy musieli odblokować status persony non grata dla Kozłowskiej, dzięki temu wystąpiła w Bundestagu w najsłynniejszym obecnie t-shircie „KONSTYTUCJA”.

Mamy wiedzę, że Moskwa maczała swoje palce na korzyść PiS w aferze podsłuchowej. Były szef ABW Krzysztof Bondaryk twierdzi nawet, że z taśmami to jeszcze nie koniec. Marek Falenta i jego kelnerzy więcej ich wyprodukowali: „Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań roisyjskich służb specjalnych”. A taśmy: „jeśli są, to bedą wykorzystane”.

Więc nie bądźmi zdziwieni, że PiS działa z życzenia Kremla,  skłóca nas w Unii Europejskiej i z niej wyprowadza. Najlepsi do tego są Szwejkowie, nieudacznicy, jak wyżej wspomniani i nieukrywający swoich sympatii prorosyjskich tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel. To żaden tuz intelektualny, prawdziwy Szwejk. PiS spełnia coraz powszechniejsze w Europie przeświadczenie, że kraje Europy nie nadają się do integracji, solidarności między narodami, nie są w stanie wypełnić minimum standardów demokratycznych. Łatka „chory człowiek Europy” znowu jest aktualna dla Polski pod rządami PiS.

PiS szantażuje. Partia bez honoru, bo to partia złodziei

Zwykły wpis

Fundacja Dzika Polska informuje o wielkiej wpadce Ministerstwa Środowiska.

Dubler Mariusz Muszyński to nie sędzia, a wyroki Trybunału z jego udziałem to nie wyroki – orzekł Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Ale uznał, że na tej podstawie nie można podważyć orzeczenia Trybunału.

Piątkowa „Rzeczpospolita” opisała wyrok, jaki w czerwcu wydał WSA w Warszawie w sprawie przedsiębiorcy, który kwestionował decyzję ZUS-u. Przedsiębiorca odwołał się od tej decyzji, ale sąd administracyjny odrzucił odwołanie, bo przepisy odwołania od takiej decyzji nie przewidywały. Przepisy te zostały zaskarżone, przez innego przedsiębiorcę, do Trybunału Konstytucyjnego. Ten orzekł, że są niezgodne z konstytucją. Na tej podstawie przedsiębiorca odwołał się po raz kolejny, wnosząc o uchylenie decyzji fiskusa.

Sędziowie WSA – Beata Blankiewicz-Wóltańska, Izabella Janson i Arkadiusz Tomczak – badając tę sprawę, zauważyli, że w składzie Trybunału zasiadał Mariusz Muszyński, czyli dubler sędziego. To, że dubler, a nie sędzia, wynikało – jak zaznaczyli w uzasadnieniu – z wyroków Trybunału z 3 i 9 grudnia 2015 r., w których Trybunał orzekł, że trzech dublerów, w tym Muszyński, zostało wybranych na zajęte już miejsca w Trybunale, więc ich wybór był nieskuteczny. Dalej WSA stwierdził, że skoro w składzie sądzącym był dubler zamiast sędziego, to znaczy, że sąd był nienależycie obsadzony. Zatem sam wyrok jest dotknięty nieważnością, ewentualnie w ogóle nie jest wyrokiem.

W tym momencie można by uznać, że wyrok WSA otwiera drogę do nieuznawania orzeczeń Trybunału wydanych z udziałem dublerów.

Tyle że jednocześnie WSA uznał, że żaden sąd – w tym administracyjny – nie może stwierdzić nieważności wyroku TK. Łącznie z samym Trybunałem, bo konstytucja mówi, że wyroki TK są „ostateczne”. A więc uznał wyrok za ważny i dał przedsiębiorcy prawo do odwołania się na podstawie tego wyroku Trybunału.

Można polemizować z logiką tego wywodu, bo skoro orzeczenie z udziałem dublera nie jest wyrokiem, to znaczy, że nie obejmuje go stwierdzenie konstytucji, że „wyroki” TK są ostateczne.

Można też uznać, że wyrok jest jednak precedensem (oczywiście nie w rozumieniu prawa anglosaskiego, ale jako punkt wyjścia dla rozważań i interpretacji) w części, w której nie uznaje dublera za sędziego. Inne składy sędziowskie w innych sądach mogą pójść dalej inną drogą niż ten skład WSA i stwierdzić jednak, że orzeczenie z udziałem dublera to nie wyrok.

Ale na ten wyrok WSA można też spojrzeć jako na wyraz bezradności sędziów i w ogóle świata prawniczego wobec faktów dokonanych tworzonych przez PiS. W tym przypadku faktem dokonanym jest obsadzenie w Trybunale dublerów i nieuchronne pojawienie się rozstrzygnięć z ich udziałem.

To samo PiS powtórzył w KRS: obsadził Radę bezprawnie wybranymi przez siebie sędziami, więc każda decyzja KRS jest dotknięta nieważnością jako wydana przez niewłaściwy organ. A więc dylemat – uznawać te decyzje, czy nie – dotyczy teraz wszystkich sędziów mianowanych przez KRS. A będą ich najpierw dziesiątki, potem setki. Dotyczy też sędziów Sądu Najwyższego i jego prezesa, którego ci sędziowie wyłonią. A więc wątpliwość co do ważności dotyczyć będzie wydaleń z zawodu, które orzekać będzie wobec sędziów Izba Dyscyplinarna SN. A potem orzeczeń o ważności wyborów, jakie wyda SN z udziałem nienależycie wybranych sędziów. W sądach administracyjnych setek orzeczeń dotyczących decyzji władzy wykonawczej, administracji centralnej i samorządowej. Wyroków karnych. I w ogóle całego życia publicznego, bo ono w całości jest regulowane prawem, a prawo stosują sądy, rozstrzygając spory.

Jeśli sądy robiłyby to, co mówi prawo, czyli kwestionowały prawomocność orzeczeń sędziów mianowanych „z wadą”, to sparaliżowałyby prędzej czy później państwo.

Więc nie kwestionują. Prawo kapituluje przed przemocą. PiS jest jak terrorysta, który wziął zakładników i liczy na to, że przeciwnik jest na tyle przyzwoity, że zrobi, co mu każą, by tych zakładników oszczędzić.

Każdy z nas jest dziś takim zakładnikiem. Łącznie z sędziami.

Wojna propagandowa w kampanii wyborczej do samorządu powoli wchodzi w decydującą fazę. Pierwsze mocne uderzenie należało do Koalicji Obywatelskiej, uformowanej przez Platformę i Nowoczesną, która za pomocą ogólnopolskiej akcji billboardowej postanowiła przypomnieć Polakom prawdziwą naturę rządów Prawa i Sprawiedliwości. Przekaz był prosty – PiS doi budżet na gigantyczne kwoty, obsadzając spółki Skarbu Państwa biernymi, ale wiernymi Misiewiczami, promuje nepotyzm i niekompetencję.

Kampanią pod wymowną nazwą “PiS wziął miliony” zakłada pojawienie się w całej Polsce blisko 2 tysiący billboardów w wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego, wykrzywionego w grymasie wściekłości (pochodzące z sejmowej wypowiedzi “bez żadnego trybu” o kanaliach i mordercach jego brata) oraz informacji o tym, gdzie Prawo i Sprawiedliwość nie wywiązało się z podstawowych obowiązków względem społeczeństwa. “PiS wziął miliony, a tanich mieszkań nie ma, a wszystko drożeje, chce być bezkarny, a ludzi nie stać na leki, a prąd drogi jak nigdy”.

Akcja musiała zajść mocno pod skórę kluczowym politykom dobrej zmiany, gdyż zaczęli się oni nerwowo tłumaczyć. W odpowiedzi Prawo i Sprawiedliwość postanowiło wyjść ze swoją akcją outdoorową, mającą być zgrabną kontrą do “oszczerczych” przekazów opozycji.

Spin akcji dobrej zmiany jest prosty. PiS nie zabrał pieniędzy Polakom, ale odebrał je złodziejom i oddał dzieciom. Nawiązanie do programu rodzina 500+ jest w tym przypadku oczywiste, zaś złodziejami zapewne są Platforma, PSL, Unia Europejska, Niemcy, Rosja, Weganie, Cykliści, Żydzi lub Masoni.

Sęk w tym, że Prawo i Sprawiedliwość przez przypadek  obraziło miliony Polaków, z których podatków ufundowane zostały takie programy jak rodzina500+, czy wyprawka dla dzieci. Dobra zmiana nie wspomina oczywiście o programie 150 milionów na Ojca (Tadeusza Rydzyka), ale to już temat na zupełnie osobną rozprawkę. Zostało to natychmiast podchwycone.

Jak widać na załączonym obrazu dobra zmiana po raz kolejny porusza się w sferze działań pr-owych z wdziękiem słonia w składzie porcelany. Pytanie tylko, czy opozycja będzie w stanie wykorzystać najnowsze potknięcie PiS, czy też Zjednoczonej Prawicy po raz kolejny się upiecze?

Parę dni temu Instytut Obywatelski wyliczył, że w zaledwie 30 dni tylko Patryk Jaki uzyskał od mediów publicznych ekwiwalent reklamowy wart 600 tys. dolarów,pokazując tym samym skalę oddziaływania TVP, która z obserwatora stała się wręcz nieoficjalnym członkiem sztabu PiS, relacjonując na swoich kanałach krok po kroku każdy ruch kandydatów, łącznie z relacjami live z ich spotkań wyborczych. Tym samym rządzący w celu zmiażdżenia opozycji sięgnęli po publiczne pieniądze, aby finansować swoją kampanię, wskaże nachalna propaganda sporo kosztuje. Stąd zbliżające się wybory samorządowe stają się dla stacji wyzwaniem, które będzie wymagało mobilizacji wszystkich zasobów mediów narodowych. Tłumaczy to doskonale, dlaczego Jacek Kurski ponownie wyciągnął rękę po publiczne pieniądze. A mówimy tutaj o kwocie niebagatelnej, ponieważ TVP ma otrzymać kolejne 300 mln zł kredytu.

Taki zastrzyk gotówki staje się niezbędny, ponieważ polityczny model stacji nie jest do pogodzenia z warunkami komercyjnej działalności medialnej w oparciu o stroniących od afiliacji politycznych reklamodawców. Stąd TVP stale ma niedobory środków, a Jacek Kurski stał się dla rządu dziurą bez dna. W 2016 roku wyemitowano warte 300 mln zł obligacje, w 2017 przyznano 800 mln zł kredytu z Funduszu Reprywatyzacyjnego oraz kolejne bezzwrotne 860 mln jako wyrównanie za ostatnie siedem lat strat z powodu ustawowego zwolnienia seniorów z opłat. W sumie zatem od początku kadencji do stacji wpłynęło 2 mld zł, a teraz za zgoda Ministerstwa Kultury nastąpi emisja obligacji na kolejne 300 mln zł.

Opisana sytuacja jednak o wiele głębsze wyborcze konsekwencje. Jedno to oczywiście oszczędności kandydatów na kosztach wykupu czasu antenowego i równoczesna marginalizacja w mediach opozycji. Następuje tutaj jednak także inne niepokojące zjawisko, które stawia oponentów rządu na przegranej pozycji, a chodzi o limity wydatków na kampanię wyborczą. Prawne obwarowania mają bowiem na celu ograniczenie przewagi kapitału nad pracą kandydatów i merytoryczną debatą wyborczą. Tymczasem o ile opozycja będzie musiała trzymać się restrykcyjnych ograniczeń, to w tym samym czasie korzyści medialne kandydatów PiS w mediach publicznych będą całkowicie niewliczanie do limitów, sprawiając, że legalnie obozu władzy będzie mógł wydać więcej na kampanię, a to może zaważyć na wyniku.

Załóżmy, że wybory samorządowe będą uczciwe. Jeśli tak, to będą testem realnego poparcia dla obozu pisowskiego i jego przeciwników. Jest o co walczyć. Zwłaszcza że samorządy to ostatni bastion demokratycznej opozycji parlamentarnej. Słaby wynik PiS wzmocniłby opozycję w kolejnych wyborach.

Eurodeputowany Tomasz Poręba, mianowany szefem wyborczego sztabu PiS, oznajmił w Łodzi, że hasłem jego kampanii będzie slogan „Dotrzymaliśmy słowa w rządzie, dotrzymamy w samorządzie”. Brzmi złowróżbnie, bo „dotrzymanie słowa w rządzie” polegało dotąd politycznie na demolowaniu naszej demokracji konstytucyjnej, przesuwaniu Polski na margines UE i Zachodu i ograniczaniu praw obywatelskich.

Zapowiedzią tego, co będzie oznaczało pisowskie „dotrzymywanie słowa w samorządzie”, było obcięcie wynagrodzeń urzędnikom samorządowym. Poręba podkreślił, że warunkiem rozwoju regionów Polski jest współpraca samorządu z rządem.

Brzmi podobnie złowróżbnie. Istotą ustroju samorządowego jest właśnie wyjęcie samorządu spod bezpośredniej kurateli i interwencji rządu. W PRL mieliśmy taki właśnie fasadowy samorząd. Nie mógł zrobić niczego bez zgody PZPR. Teraz może dojść do likwidacji samorządności i przerobienia samorządów w pas transmisyjny partii Kaczyńskiego.

Aby PiS mógł dopiąć celu, musi wygrać jesienią w znaczącej części sejmików wojewódzkich i większych miast w naszym kraju, na czele z Warszawą. Dziś rządzi tylko w jednym sejmiku. Wygrana Rafała Trzaskowskiego w stolicy byłaby spektakularną porażką obecnej władzy. I na odwrót: wygrana posła Jakiego podcięłaby skrzydła jedynej dziś realnej sile niepisowskiej, czyli PO w przymierzu z Nowoczesną.

Ważnym elementem rozgrywki jest PSL, na którego wyniszczenie stawia PiS. Jeśli ludowcy Kosiniaka-Kamysza nie dadzą rady w wyborach samorządowych, polegną także w parlamentarnych. Jakie wyciągają i wyciągną z tego wnioski, zależy od wielu rzeczy, ale demokratyczna opozycja parlamentarna powinna ludowcom rzucić koło ratunkowe.

Co do lewicy, to realną szansę zaistnienia w wyborach jesiennych ma tylko SLD, który chyba żadnej pomocy politycznej od „liberałów” nie oczekuje.

A kiedy wybory będą uczciwe? Nie wystarczy, że nie będą sfałszowane. Dodatkowe warunki to swoboda kampanii wyborczej opozycji i równe prawa wszystkich konkurentów do dostępu do mediów publicznych kontrolowanych obecnie przez PiS. A także powstrzymanie się obecnej władzy od nękania opozycji i wywierania na nią presji propagandowej.

Co z tego wynika? Że licząca się opozycja ma już mało czasu, aby zadać sobie fundamentalne pytanie: kto, jeśli nie my, kiedy, jeśli nie teraz?

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o nowych elitach PiS.

Prezes PiS świadomie i z premedytacją oddał nasze państwo w ręce ludzi niekompetentnych, intelektualnie ograniczonych i cynicznych.

PiS-owska kandydatka na rzecznika praw dziecka Sabina Zalewska (przedstawiająca się jako „psycholog”, którym nie jest) w swoich publikacjach zrzynała fragmenty cudzych tekstów z ogólnodostępnych źródeł internetowych, m.in. ze strony sciaga.pl, przeznaczonej dla uczniów szkolnych. Gdy sprawa się wydała, zaczęła się kretyńsko tłumaczyć, że to były tylko „szkice” w internecie, a we właściwych publikacjach wydrukowanych na papierze plagiatów już nie było. Dziennikarze „Tygodnika Powszechnego” sprawdzili jednak także prace ogłoszone drukiem i okazało się, że Zalewska łże.

Prezes PiS-owskiego neotrybunału konstytucyjnego Julia Przyłębska, zanim zrobiła oszałamiającą karierę w państwie Kaczyńskiego, została w poznańskim sądzie oceniona jako osoba nienadająca się do pracy w charakterze sędziego. Wydawane przez nią wyroki często były uchylane, bo nie przeprowadziła postępowania dowodowego, nie ustaliła istotnych faktów, pisała błędne uzasadnienia (lub po dozwolonym czasie), nie zwróciła uwagi na rozbieżności między zeznaniami świadków a dokumentami. Nie wyciągała też wniosków z uwag, jakie robili jej przełożeni. Krótko rzecz biorąc, była niekompetentna i niereformowalna.

Wiceszef neotrybunału konstytucyjnego, agent specłużb (ponoć były, ale znawcy powiadają, że z tych formacji nigdy się nie odchodzi) Marek Muszyński wsławił się niewiarygodną niekompetencją publikując bełkotliwy tekst, który zakwalifikował jako „zdanie odrębne do orzeczenia TK”. W tym manifeście ideologicznym, kompromitującym go jako prawnika, pisał np., że z oficjalnych stanowisk Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara przebija „pokrętna logika stanowiąca punkt wyjścia do przemycenia linii aksjologicznej godzącej w takie wartości, jak: państwo, […] wolności religijne, równość, dziedzictwo narodowe, małżeństwo itp.”.

Jednym z czołowych strażników prawicowych wartości narodowych i rodzinnych w PiS-ie był przez długie lata poseł Stanisław Pięta – człowiek mający w życiowym dorobku kradzież portfela i skuteczne nakłanianie do seksu młodej działaczki kręcącej się w orbicie PiS-u (akurat Pięta został z klubu PiS usunięty, bo to już było za dużo nawet jak na standardy „dobrej zmiany”).

Dodajmy do tego jeszcze takie spektakularne sukcesy, jak rozwalenie hodowli koni arabskich, którą Polska szczyciła się od niepamiętnych czasów, chaos w armii, skasowanie gimnazjów i zniszczenie jednego z najlepiej ocenianych w skali światowej systemów oświaty, obsadzenie mediów publicznych gówniarzami niemającymi pojęcia o zawodzie dziennikarza i publicysty – a będziemy mieli w miarę pełny obraz polityki kadrowej IV RP.

To nie jest wypadek przy pracy ani mimowolny skutek uboczny polityki personalnej prowadzonej przez Jarosława Kaczyńskiego. To działanie absolutnie świadome i celowe. Prezes PiS od lat z rozmysłem prowadzi selekcję negatywną, dobierając sobie do współpracy ludzi niekompetentnych, niedokształconych, intelektualnie ograniczonych. Nie tylko dlatego, że są oni w pełni dyspozycyjni i z entuzjazmem realizują wszystkie polecenia wodza (choć to też bardzo ważny argument). Znacznie ważniejszy jest fakt, że od lat był to jedyny niezagospodarowany elektorat w polskim społeczeństwie.

We wczesnym okresie III RP Jarosław Kaczyński starał się jeszcze grać w pierwszej lidze polskiej polityki. Jego środowiskiem czy punktem odniesienia były osoby tworzące elitę opozycji antykomunistycznej i solidarnościowej. W wyborach prezydenckich 1990 r. wysunął kandydaturę Lecha Wałęsy, potem został szefem jego kancelarii.

Stopniowo jednak stawało się dla niego jasne, że obracając się w tym środowisku i przestrzegając jego standardów nie ma szans na taką karierę, jaką sobie wymarzył. Od dawna miał ambicję odegrania pierwszoplanowej roli w polskiej polityce, jednak w zderzeniu z przerastającymi go osobistościami pokroju Lecha Wałęsy, Bronisława Geremka, Władysława Bartoszewskiego czy Donalda Tuska zawsze był skazany na pozostawanie w cieniu jako sfrustrowany człowieczek o wygórowanych ambicjach.

W tym samym czasie obserwował oszałamiające sukcesy, jakie odnosili Stanisław Tymiński w wyborach prezydenckich 1990 r. czy Andrzej Lepper w nieco późniejszym okresie. Ci politycy nie przejmowali się ani standardami politycznej przyzwoitości, ani wymogami rozsądku, ani intelektualną spójnością głoszonych haseł. Bez cienia wahania odwołali się do emocji najmniej wykształconych grup elektoratu – i zbili na tym polityczny kapitał.

Wydaje się, że dla Kaczyńskiego było to odkrycie na miarę przewrotu kopernikańskiego, po którym odrzucił jako zbędny i szkodliwy balast to wszystko, co krępowało go w latach 90. Przestał mówić o budowaniu liberalnego kapitalizmu, przestał stawiać na klasę średnią, przestał się odcinać od nacjonalizmu, antysemityzmu i katolickiego fundamentalizmu. Zrozumiał, że jeśli chce zrealizować swoje ambicje, musi się oprzeć na tych samych środowiskach, które były bazą Tymińskiego czy Leppera.

Skutki tego obserwujemy dziś w polityce kadrowej „dobrej zmiany”. Kariery cynicznych i niekompetentnych nieudaczników w rodzaju Sabiny Zalewskiej, Marka Muszyńskiego czy Julii Przyłębskiej i ich kompromitujące wpadki to nie wypadek przy pracy, lecz istota państwa budowanego przez PiS.

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Mateusz Morawiecki w polityce PiS wprowadził nową „jakość”. Jego polityczny sponsor Jarosław Kaczyński długo dochodził do takiego rozmijania się z rzeczywistością. Morawiecki w buty kłamcy wskoczył natychmiast, buty już rozchodził i nie uwierają go. Ba, te buty są już siedmiomilowe, wszak bez zmrużenia okiem pochwalił się, że negocjował członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

W te klocki Morawiecki jest numerem jeden, nawet gdyby Kaczyński wybudził się z choroby, będzie miał rywala co się zowie. Na Onecie dziennikarze zastanawiają się, dlaczego premier Morawiecki mija się z prawdą ws. Adelaid, chodzi o zakup australijskich fregat, o które długo toczyły się negocjacje. Z tego też powodu wypad Andrzeja Dudy na antypody skończył się kompletnym blamażem.

Dziennikarze Onetu sami sobie odpowiadają, dlaczego Morawiecki rżnie w sprawie fregat, w stwierdzeniu o podjęciu decyzji niekupowania ich – jest cała odpowiedź: „Została ona podjęta na najwyższych szczeblach rządu i PiS-u.”

W PiS-ie szczyt jest jeden i nazywa się Pik Kaczyński, a że jest on chory, więc Morawiecki mógł zatrzasnąć w szpitalu drzwi przed pozostałymi pisowcami i poinformować ich, że fregat nie kupujemy. Czy chodzi o ratowanie polskiego przemysłu zbrojeniowego, który wyprodukuje za kilka lat jakieś podróbki okrętów? Nie, budżet już robi bokami, wybitni ekonomiści nie mają wglądu w księgi, możemy tylko mniemać o kreatywnej księgowości.

Były minister transportu w rządzie Donalda Tuska Sławomir Nowak punktuje inne oszustwa Morawieckiego. Nazywa go byłym doradcą Tuska. Morawiecki nie mówi, tylko powtarza brednie, które tworzą dla niego pijarowcy, tylko powtarza je jak katarynka.

Właśnie Morawiecki był zapowiedzieć „falę inwestycji w drogi lokalne”. A jak jest naprawdę? Nowak punktuje: „Na około 60 przetargów w realizacji tylko kilka ma znak PiS. A 55 jest z logo PO”.

Nowak zapowiada, iż PiS utraci finansowanie unijne: „winnym utraty miliardów euro z UE na polskie drogi i koleje – gdzie sytuacja jest podobna – nie będzie kolejny rząd, ktokolwiek będzie rządził, lecz rząd PiS z panem Morawieckim na czele”.

Zaś Leszek Balcerowicz nawet próbuje wejść w psychikę Morawieckiego, który „po prostu kłamie”: „Nie wiem, czy u niego procesy psychiczne są tego typu, że nieświadomie kłamie, ale kłamie albo manipuluje”. A to zapowiada katastrofę, taką jak w Turcji, wcześniej Grecji, bo Morawiecki w tych kwestiach jest podobny do filmowego Greka Zorby.

Balcerowicz nie wyklucza najgorszego. Dłuższy cytat z naszego znakomitego ekonomisty, jest w nim clou krytyki rządu PiS: „Nikt się nie spodziewał, co zrobi PiS z polską demokracją, z polską praworządnością, to nikt teraz nie może wykluczyć, że w jakimś momencie szaleństwa czy szaleńczego wyrachowania oni nie spróbują utrwalić się przy władzy, przy wrogich hasłach wobec Unii Europejskiej i zrobienia Polexitu. Tego nie można po prostu wykluczyć na podstawie tych strasznych rzeczy, które PiS robi”.

Jak pisowcy manipulują, jak powołują się na autorytety, które później się wypierają jakichkolwiek związków z kłamcami, niech świadczy niecodzienny przypadek z ministrem środowiska Henrykiem Kowalczykiem, który chciał mieć w Państwowej Radzie Ochrony Przyrody autorytet, mianowicie prof. Zygmunta Jasińskiego z SGGW. Więc go powołał, choć profesor o tym nie wiedział, bo nie mógł, gdyż zmarł 16 miesięcy temu.

„PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom” – billboardami z takim napisem PiS odpowiada na kampanię PO i Nowoczesnej. – PiS w kampanii wyborczej zasłania się dziećmi na billboardach, a miliony polskich podatników nazywa złodziejami. To haniebne – komentuje wiceprzewodniczący PO Tomasz Siemoniak. Politycy opozycji pytają też o aferę związaną z pieniędzmi PCK, które miały być przeznaczone na kampanię PiS-u i „dzieci polityków PiS zarabiające miliony w spółkach Skarbu Państwa”.

„Haniebny” billboard PiS

Koalicja Obywatelska prowadzi kampanię billboardową z czarno-białym wizerunkiem prezesa PiS. Oprócz zdjęcia Jarosława Kaczyńskiego zamieszczono na nich również hasło „PiS wziął miliony” i podtytuły, m.in. „a wszystko drożeje”, „i chce być bezkarny”, „a tanich mieszkań nie ma”. Takie billboardy po oficjalnym rozpoczęciu kampanii wyborczej zawisły na ulicach polskich miast.

PiS postanowił odpowiedzieć swoim billboardem, przedstawiającym twarz dziecka z napisem „PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom”. – Od kiedy rządzimy od trzech lat, widzimy olbrzymi wpływ pieniędzy z odzyskanego VAT-u, uszczelnienie systemu podatkowego, wpływy do budżetu, a więc więcej pieniędzy dla Polaków, Polek, więcej pieniędzy w polskim budżecie – mówił na konferencji prasowej szef sztabu PiS Tomasz Poręba.

Wiceszef PO Tomasz Siemoniak nie ma wątpliwości, że taki billboard jest „haniebny”. – To, co jest haniebne w tej kampanii, to nazwanie milionów polskich podatników, uczciwie płacących podatki, z których pochodzi wszystko to, co jest finansowane przez budżet, złodziejami. To jest niedopuszczalne i pokazuje, w jaki sposób PiS myśli o obywatelach – komentuje polityk PO.

Poza tym przypomina, że PiS wprowadził 34 nowe podatki. – O tym niech mówi PiS, niech z tego się tłumaczy, a nie obraża uczciwych obywateli – dodaje Siemoniak.

„PiS boi się afery PCK”

Podczas konferencji prasowej polityków PO pojawił się billboard ze zdjęciem minister edukacji Anny Zalewskiej i jej współpracownika, który jest oskarżony w tzw. aferze PCK. Przypomnijmy, pierwsza o sprawie napisała „Gazeta Wyborcza”. Twierdzi, że z kasy dolnośląskiego oddziału PCK w 2015 roku wyprowadzono 1,2 mln zł, które pokryły część kampanii wyborczej partii Jarosława Kaczyńskiego.

7 tys. zł miała otrzymać na konto m.in. szefowa MEN Anna Zalewska. Podobne transakcje miały dotyczyć również innych polityków partii rządzącej. Prokuratura nie ujawnia informacji związanych ze sprawą, tłumacząc to „dobrem śledztwa”.

Politycy PO domagają się wyjaśnień. – Wiemy, że bliski współpracownik pani minister Zalewskiej, Jerzy G., przebywa w areszcie, jest związany z tą sprawą. PiS zabrał pieniądze biednym dzieciom, a teraz mają czelność zasłaniać się dziećmi na billboardach. Nie możemy pozwalać na taką manipulację – tłumaczy posłanka PO Joanna Augustynowska.

– Prokuratorem Generalnym jest kolega pani minister i może to jest okoliczność, która sprawia, że dziennikarze i parlamentarzyści pytający o szczegóły tej afery są odsyłani. Sprawa jest utajniana, wyciszana, a przecież właśnie w kampanii wyborczej powinniśmy się dowiedzieć, jakie grzechy na sumieniu mają politycy PiS. Z tego powinni się rozliczyć – dodaje rzecznik Platformy poseł Jan Grabiec.

Kto najbardziej skorzystał na rządach PiS?

– Najbardziej na rządach PiS-u skorzystały dzieci polityków PiS-u. Pan Poręba akurat o tym zapomniał – mówi poseł Marcin Kierwiński. I dodaje: – Mógł pokazać konkretne przykłady dzieci rodzin polityków PiS, którzy zarabiają gigantyczne pieniądze w spółkach Skarbu Państwa. Mógł pokazać tabuny Misiewiczów i Pisiewiczów, takich umownych dzieci PiS-u, które skorzystały na tym, że obsadzane są na intratnych posadach i dostają rządowe dotacje.

Poseł PO przypomina, że nierozliczone są nadal tzw. drugie pensje ministrów. A wręcz przeciwnie, „nie ma nawet żadnego słowa skruchy”.

– Mówiliśmy od początku, że to władza pazerna, która zabiera Polakom pieniądze, aby wkładać je do własnych kieszeni. Skok na publiczną kasę działaczy PiS-u widzimy każdego dnia – dodaje Kierwiński.

>>>

Duda marginalizuje Polskę, tak ten dudek robi z siebie Polaczka

Zwykły wpis

W niedzielę na murach warszawskich kościołów zawisną dziecięce buciki. W ten sposób zostaną upamiętnione ofiary księży pedofilów. Do akcji mogą włączać się inne miasta.

„Baby Shoes Remember” to akcja, która narodziła się w Irlandii. Wieszanie dziecięcych bucików na murach kościołów i kuriach ma przypominać o ofiarach księży pedofilów.

Chodzi w niej również o to, żeby duchowni musieli sami ściągnąć buciki z murów. Dlaczego? – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają poczuć się osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówi TOK FM jedna z organizatorek akcji w Polsce Nina SankarI z Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego.

USA. Pensylwania ujawnia gwałcicieli w sutannach. Na karę jest za późno

W Polsce o włączenie się do inicjatywy została poproszona broniąca ofiar pedofilii w polskim Kościele Fundacja „Nie lękajcie się”. Akcja jest organizowana w najbliższą niedzielę na całym świecie. Tego dnia papież Franciszek będzie w Dublinie na Światowym Spotkaniu Rodzin. Głowa Kościoła ma spotkać się z ofiarami pedofilii i modlić się za nie w dublińskiej katedrze.

Sabina Zalewska podtrzymuje decyzję o kandydowaniu na Rzecznika Praw Dziecka i odpiera zarzut plagiatu. Jej tłumaczenia kompromitują ją jeszcze bardziej.

>>>

Nie mam złudzeń…………

Wszystko przez fanfaronadę i głupie przechwałki na temat własnej roli w negocjacjach o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Podczas konwencji wyborczej PiS, Morawiecki palnął w Sandomierzu: „Sam negocjowałem przystąpienie do Unii Europejskiej”. Nie tylko Internet odpowiedział mu nie szczędząc szyderstw… Leszek Miller napisał: „Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę”.

Z miejsca odezwały się też sondażownie. Z sondażu SW Research dla serwisu rp.pl. wynika, że Polacy do cna rozumu nie stracili i aż 54 proc. spośród nas, uważa, iż stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego jest nieuprawnione. Tylko 14 proc. respondentów – choć nie wiadomo na jakiej podstawie – uważa, że miał prawo do takiej wypowiedzi.

Słowa premiera to zwykłe kłamstwo i przechwałka, bo pracował on w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej ledwie kilka miesięcy. I to jako zwykły urzędnik od papierologii. Pisaliśmy o tym powołując się na autorytety i świadków tamtej kariery Morawieckiego. Ulotnił się stamtąd do biznesu. Aż dziwne, że w obronę szefa rządu wziął m.in. minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz.

„Premier Mateusz Morawiecki doskonale wie, na czym polegają negocjacje z UE i swoją wypowiedzią w Sandomierzu chciał właśnie to wyrazić; natomiast oskarżanie go o to, że rzekomo przypisuje sobie nienależne zasługi w procesie akcesji Polski do UE jest absurdalne” – powiedział Faktowi Czaputowicz .

Jak komentują te opinię osoby znające ministra sprzed lat: „Kiedyś takich słów by nie wypowiedział. No. ale cóż, on ma pięć córek. Musi rodzinę utrzymać – opowiadają znajomi Czaputowicza sprzed lat i dodają, że nawet nie są na niego źli.  No, samo życie – wzdychają – cytuje Fakt.

„Tyle że premier Morawiecki podczas wiecu naprawdę rzucił proste hasło. A hasło, jak wiemy, jest po to, aby ludzie je zapamiętali.   Wiarygodność premiera jest żadna. I to każdy widzi” – powiedział dziennikowi szef sztabu wyborczego PSL poseł Piotr Zgorzelski. I dodał: „Taką samą miał wiarygodność, kiedy robił sobie zdjęcia w stodole, aby „chwycić” wyborców PSL i rolników. A przez całe lata był banksterem i bankierem, a nie żadnym negocjatorem”.

Opozycja drwi i zaciera ręce: „Cieszymy się, że Morawiecki jest twarzą kampanii PiS. Naprawdę. Bo jest tak niewiarygodny, że naprawdę nikt mu nie uwierzy” – skomentował słowa premiera szef sztabu wyborczego Platformy Tomasz Siemoniak.

Nieswojo poczuli się nawet PiS–owcy: „Moim zdaniem Mateuszek nie da rady. Nie ma takiego podejścia do wyborców, jakie miała Szydło” – ocenił członek władz Prawa i Sprawiedliwości.

Krystyna Pawłowicz zaapelowała do polskich do przedsiębiorców o postawianie na polskich pracowników:

„Polscy przedsiębiorcy! Patriotyzm gospodarczy to też wasz obowiązek! Zatrudniajcie przede wszystkim Polaków, a nie obcych niewolników za grosze. I GODNIE Polakom płaćcie. Nie róbcie ze swej Ojczyzny własnej biznesowej kolonii. Doceńcie pracę polskich rąk” – napisała na Twitterze PiS–owska funkcjonariuszka. Na odpowiedź długo nie czekała. Internauci zwrócili posłance uwagę na to, że swój apel kieruje do niewłaściwego adresata.

Ze swoim wnioskiem powinna się raczej udać do PiS-owskiego rządu, który swoimi działaniami ściąga do kraju coraz większe ilości pracowników z Ukrainy i innych krajów. „Przedsiębiorca, który Pani posłucha, straci przewagę na rynku, bo jego konkurent, który zatrudni tańszych Ukraińców lub innych z zagranicy, będzie miał niższe koszty” – napisał jeden z komentujących.

„A w tym wszystkim smaczki, jak chociażby Karta Polaka i wszechobecne zniżki. Sam takiej wyrobić nie mogę, bo jestem Polakiem… ot ironia” – zwrócił uwagę ktoś inny. „Złożyła już Pani tę interpelację, czy tylko akty strzeliste na TT?” – pytała internautka. „Niech Polakom obniżą podatki, wtedy Polacy będą więcej zarabiać. A takie apele to można sobie w buty wsadzić najwyżej” – dodawała kolejna osoba.

„Przecież to PiS dopłaca polskim przedsiębiorcom za każdego zatrudnionego Ukraińca! Czy Pani ma w ogóle świadomość co robi Pani partia?” – pytał inny komentujący.

„Mali przedsiębiorcy liczą każdy grosz, wielcy się nie patyczkują. Ukraińców pani spotka i na gospodarstwach rolnych na wsiach i w wielkich sieciowych restauracjach” – zwrócił uwagę internauta. „Mali liczą każdy grosz, bo koszty prowadzenia działalności są wysokie, duża biurokracja itp. Pis jakoś wydaję się tego nie zauważać… Ale z mojego doświadczenia wynika, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Szkoda języka” – napisał pan Łukasz. To zaledwie kilka z kilkuset komentarzy pod postem Krystyny Pawłowicz. Trudno nawet znaleźć pozytywne komentarze broniące posłanki.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydawał się atrakcyjny. Udało się znaleźć idealny przykład pod tezę, że Warszawa, podobnie jak Polska przed nastaniem dobrej zmiany, jest w ruinie i postanowiono z pełną parą ten przykład nagłośnić i wyeksponować. Sofia, stolica Bułgarii, z której aktywiści miejscy jeszcze niedawno gościli w polskiej stolicy, zachwycając się komunikacyjnymi rozwiązaniami, nagle ma się stać przykładem do naśladowania. Wszystko dlatego, że, jak tłumaczą pomagierzy Patryka Jakiego, w ciągu ostatnich trzech lat udało się tam zbudować więcej kilometrów metra niż w znacznie bogatszej Warszawie – czyli HGW jest do kitu, stolico Bułgarii bądź nam wzorem. W sam raz do wyborczego hasła kandydata PiS czyli “Nie mówcie, że się nie da”. Jak wspomniałem, plan wydawał się na tyle genialny, że postanowiono sfinansować zagraniczną wycieczkę kilku redaktorom spoza mediów prorządowych, by ten nadchodzący sukces dobrze rozgłosili. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak, a pomysłodawca tego eventu w stolicy Bułgarii może za niego słono zapłacić, bowiem pod koniec dnia widać już, że to pierwszy tak poważny i kompromitujący Patryka Jakiego fuckup jego kampanii wyborczej.

Po pierwsze, nie udało się wiceministrowi sprawiedliwości obalić narracji, że oto stawia Sofię, jako wzór do naśladowania dla Warszawy. Sieć od rana zalały zdjęcia rozwiązań komunikacyjnych i taboru z Bułgarii, przypominające obrazki z Warszawy sprzed 30 lat. Dumni Warszawiacy z pewnością w przeszłość cofać się nie chcą.

Po drugie, Patryk Jaki musiał zmierzyć się z lokalnymi aktywistami, wspieranymi na polskim internetowym podwórku przez stowarzyszenie Miasto jest nasze, którzy na bieżąco i bezlitośnie punktowali rzeczywiste koszty “wielkiego sukcesu Sofii”, podkreślając że budowa metra odbyła się kosztem innych rozwiązań, co pogorszyło dostęp do systemu transportu. Na dodatek rozmowa odbywała się w języku angielskim, co okazało się bardzo dużym problemem dla stojącego na co dzień pod blokiem wiceministra z Opola. Coś tam wydukał, pokiwał głową i westchnął ciężko na tego, kto go wkopał w ten event.

W ten oto sposób z wielkiego hitu został wielki kit, co nie uszło uwadze komentatorów, którym Jaki wycieczki nie ufundował.

Pora wracać pod blok na spotkania z warszawskim aktywem. I dalej obiecywać wszystko i wszystkim, na bezczela i traktując wyborców jak idiotów. W końcu do mediów głównego nurtu i tak bardziej niż bułgarska kompromitacja Jakiego przebije się taśma klejąca Trzaskowskiego i to, że to Komorowski bis. Aha, i zrobić dwa razy więcej tweetup’ów, by centrowi dziennikarze mogli się najeść i opić markowym alkoholem, by więcej było newsów, pokazujących obciachowość kandydata PO. To jest zdecydowanie bardziej opłacalne.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

PiS-owi do zawłaszczania sądownictwa pozostała ostatnia instytucja – Sąd Najwyższy, gdy on zostanie zdobyty, kasta pisowskich prawników będzie strzegła bezprawia, nie pozwolą, aby PiS oddał komukolwiek władzę. Czy im się uda zamach na Sąd Najwyższy?

Krajowa Rada Sądownictwa z nominacji PiS dokonuje wyboru kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Odbywa się to w pośpiechu, kandydaci są wyjątkowo mierni, bo tylko tacy mogą być wierni.

Przed KRS protestowała dziesiątka aktywistów ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego UW i kilku członków Obywateli RP, mieli ze sobą transparent z napisem „Nie ma sprawiedliwości bez niezależności”. Przyznajmy, w tym haśle pobrzmiewa esencja demokracji, w rytm tego zdania winno bić serce społeczeństwa obywatelskiego.

Można zadać pytanie – ba, należy zadać to pytanie! – dlaczego tak niewielu jest świadomych wagi zdarzeń, które dokonują się na naszych oczach. Wszak po wyborze kandydatów i mianowaniu ich na sędziów Sądu Najwyższego Temidą będzie Jarosław Kaczyński, a nie bogini sprawiedliwości z zasłoniętymi oczami, czyli logo niezależności sądownictwa.

PiS spieszy się z proponowanymi kandydatami, a następnie z mianowaniem ich na sędziów Sądu Najwyższego, aby zdążyć przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który wypowie się, co do zgodności prawa unijnego z ustawą znoszącą Sąd Najwyższy w dotychczasowej konstytucyjnej postaci.

PiS załatwia sobie bezprawie poprzez fakty dokonane, aby stało się tak, iż orzeczenie TSUE miało dotyczyć instytucji, której już nie ma (Sądu Najwyższego w obecnym kształcie), aby wyrok stał się bezprzedmiotowy.

Wówczas egzekwowanie prawa unijnego, w gestii Komisji Europejskiej pozostanie tylko jedno narzędzie: nałożyć sankcje na Polskę rządzoną przez PiS.

Aby nie doszło do takich skrajnych sytuacji, do prezydenta Andrzeja Dudy apelują nasze największe organizacje sędziowskie i pozarządowe: „Przyłożenie ręki do tych nominacji oznaczać będzie początek faktycznego wyjścia z Unii Europejskiej”.

„Wciąż ma Pan ten wybór i to na Pana, a nie szeregowych polityków czy członków KRS, zwrócone są oczy całego świata”. Ogromna większość prawników i sędziów apeluje do Dudy, aby nie powoływał sędziów do Sądu Najwyższego.

Czy przebywający w Australii i Nowej Zelandii Andrzej Duda posłucha? Wszak tam spotkał się z rodakami, którzy witali go protestując w koszulkach z napisem Konstytucja.

Czy Duda nawróci się na prawo, na dobro Polski, na standardy demokratyczne i cywilizację zachodnią? Nadzieja umiera ostatnia, oby ta nadzieja nie była złudzeniem, bo Duda wydaje się być złudzeniem jako prezydent, a nadzieją, że jednak przypomni sobie, że powinien strzec konstytucji, jest warta funta kłaków.

Czyżbyśmy mieli prezydenta wartego funta kłaków? A może mniej.

Komorowski o nominacjach do SN: Rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski

– Decyzje prezydenta Dudy będą oznaczały, że albo Polska będzie istotnym elementem, wiarygodnym elementem rodziny europejskiej albo znajdzie się na marginesie. Niestety coraz bardziej rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski, do jej spychania na margines Unii Europejskiej – mówił Bronisław Komorowski w rozmowie z Justyną Pochanke w „Faktach po Faktach” TVN24.