Tag Archives: Raport gęgaczy

PiS po utracie władzy powinno być zdelegalizowane

Zwykły wpis

Wszyscy magistrowie prawa z PiS-u, na czele z magister Julią Przyłębską (tak zwaną prezes tak zwanego TK) zapewniają teraz w mediach przychylnych aktualnej władzy, że istnieją takie wyroki sądowe, do których władza może się nie zastosować. A to niby dlaczego?

W uzasadnieniu tego kuriozalnego na skalę całego cywilizowanego świata stanowiska, padają okrągłe zdania o naruszaniu jakichś tam paragrafów, o braku podstaw prawnych, a nawet działaniu wbrew Konstytucji. Tak, tej samej „przejściowej” Konstytucji, którą zazwyczaj prawnicy z formacji władzy traktują mniej więcej tak, jak posłanka Pawłowicz flagę europejską.

Że większość konstytucjonalistów i w ogóle – polskich i zagranicznych gremiów prawniczych, włącznie z unijną Komisją Sprawiedliwości i Trybunałem w Strasburgu, uważa inaczej? A, to nic nie szkodzi.

Pani magister Przyłębska już dawno temu stwierdziła przecież publicznie, że wprawdzie nie jest profesorem, ale zupełnie jej to nie przeszkadza. Podobnie, jak panu prezydentowi w podpisywaniu ustaw jawnie sprzecznych z Konstytucją nic a nic nie przeszkadzało, że jest doktorem. Prawa, jakby ktoś pytał, Ba, aktualnemu szefowi KRS też nie wadziło, że obejmuje stanowisko pomimo kontrowersji wokół „ustaw sądowych”. Choć – inaczej niż pani magister z TK – akurat on jest naprawdę profesorem. Też prawa, gdyby ktoś jednak miał wątpliwości.

Tych państwa, niezależnie od tytułów naukowych i poziomu edukacji prawniczej, po prostu nikt i nic nie przekona, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. I właśnie dlatego robią kariery w partii aktualnie rządzącej, gdzie jedynym w sumie kryterium oceny kwalifikacji zawodowych jest ów swoisty daltonizm właśnie. Zdolność do postrzegania czarnego jako białego i odwrotnie. Oraz kręgosłup moralny giętki, jak – nie przymierzając paragraf. Te same cechy dzielą też z nimi prawicowi publicyści, którzy wiedzę o niuansach prawniczych posiedli – zdaje się – w wyposażeniu genetycznym, więc znają się na tym nawet lepiej, niż zawodowi prawnicy. Toteż nie bawiąc się w subtelności kodeksowe od razu zdecydowali, że najnowszego orzeczenia SN nie należy traktować poważnie.

Ale nie ma co sobie dworować z magistrów i redaktora Ziemkiewicza, bo ci wszyscy państwo mają przecież do wykonania niezwykle ważne zadanie. Za wszelką cenę, w tym także cenę zawodowej wiarygodności, muszą przeforsować zmiany w Sądzie Najwyższym. Więc z kamienną twarzą i miedzianym czołem żonglują teraz w mediach paragrafami bez pokrycia. Wiedzą, że cokolwiek powiedzą i tak jest bez znaczenia. Wiadomo przecież, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi o to, żeby to Prawo i Sprawiedliwość przesądzało, czym jest w IV RP prawo i sprawiedliwość. I kto ma iść siedzieć za „winy Tuska”.

Po domknięciu sądowych reform o tym wszystkim będzie decydować – osobiście (choć w teorii przez oddanych sobie prawników) – pan prezes. I słusznie, bo choć z wykształcenia prosty doktor prawa, intuicją moralną oraz instynktem prawniczym przewyższa zdecydowanie wszystkich brukselskich profesorów. On i tylko on będzie więc krynicą sprawiedliwości, z której czerpać będą obywatele w IV RP lepszego sortu (ci „gorszego” będą zaś w niej tonąć, jak za biblijnego potopu). Natomiast jedynym zadaniem gromady przychylnych formacji władzy prostych magistrów, doktorów i profesorów jest oblec wolę prezesa w formę choćby i nieistniejących – jak przy ostatniej nowelizacji ustawy o SN – paragrafów.

Po wczorajszej decyzji Sądu Najwyższego zawieszającej stosowanie przepisu o przechodzeniu sędziów w stan spoczynku, nie trzeba było długo czekać na reakcję PiS. Niezmordowana Krystyna Pawłowicz od razu ogłosiła, że „sędziowie poszli na rympał” i weszli w rolę polityków. Za tyleż barwną, co średnio decyzyjną w PiS panią poseł, poszły głosy poważnych konstytucyjnych organów państwa. Najpierw kancelaria prezydenta Dudy wydała oświadczenie, że decyzja SN nie ma podstawy prawnej i niczego nie zmienia, następnie prezes TK, Julia Przyłębska, zarzuciła sędziom łamanie konstytucji. Kolejni posłowie obozu władzy, jak Andrzej Mularczyk, wzywają do postawienia odpowiedzialnych za orzeczenie sędziów przed Izbą Dyscyplinarną Sądu Najwyższego.

Jeśli więc ktoś tu idzie na rympał to PiS – przynajmniej na poziomie retoryki. Ta sugeruje bowiem, że partia uzna orzeczenie za „nieistniejące” i zwyczajnie je zignoruje. Nie specjalnie nas to nawet zaskakuje – pamiętamy jak na początku kadencji PiS po prostu zignorował orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego i odmówił ich publikacji. Jednak odmowa uznania postanowień SN oznacza kryzys państwa, przy którym spory o TK wspominać będziemy jako sielankę. Nawet PiS może się wahać przed takim ryzykiem.

Przełomowy wyrok

Choć na razie partia nie spuszcza z tonu i straszy swój elektorat „rokoszem sędziów”, blokujących reformy obdarzonego „mandatem suwerena” rządu. Taka narracja przychodzi PiS nawet łatwiej niż w przypadku sporu o TK. Tam konstytucja wprost stanowiła, że wyroki TK są ostateczne – ignorowanie ich przez PiS było po prostu deliktem konstytucyjnym, oczywistym dla wszystkich, poza sfanatyzowanymi zwolennikami tej partii.

Decyzję SN, choć zdaniem większości autorytetów prawniczych, absolutnie słuszną i uprawnioną, łatwiej będzie przedstawić opinii publicznej jako uzurpację. Sąd podjął decyzję przełomową i precedensową. Kierując zapytanie w kwestii ustaw sądowych do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, SN bezpośrednio zastosował traktaty europejskie, a dla zagwarantowania ich stosowania sięgnął po środek z kodeksu postępowania cywilnego: „zabezpieczenie roszczenia w postaci unormowania jakiegoś stanu”. Odnosi się je do roszczeń niematerialnych, takich jak np. roszczenie co do tego, czy sędziowie są dalej sędziami, czy zostali przeniesieni w stan spoczynku. SN uznał, że jeśli sędziowie SN zostaną faktycznie przeniesieni w stan spoczynku, zanim wyrok w tej sprawie wyda Europejski Trybunał Sprawiedliwości, wyrok ten będzie w istocie bezprzedmiotowy. Trzeba wiec zabezpieczyć prawnie przedmiot sporu – w tym wypadku aktywny status sędziów.

Rozumowanie SN wydaje się poprawne, ale jest też bardzo skomplikowane i PiS łatwo jest w tej sprawie mącić w głowach Polaków i Polek. Jego posłowie, sędziowie i publicyści już to robią. Przekaz dnia powtarza dwa argumenty. Pierwszy mówi, że przepisy kpc nie mają tu zastosowania, stroną w postępowaniu cywilnym nie może być bowiem ustawodawca. To jednak SN jest najwyższym organem orzekającym i stwarzającym wykładnię prawa cywilnego, a środowisko prawniczych autorytetów jest dość zgodne, że SN właściwie zastosował prawo.

PiSowcy, naprawdę jesteśmy w Europie!

Drugi argument mówi: przepisy o przechodzeniu sędziów w stan spoczynku są zgodne z polską konstytucją, przez co zapytanie do ETS jest bezprzedmiotowe, konstytucja stoi wszak ponad traktatami.

Z tym tłumaczeniem są dwa problemy. Po pierwsze, to PiS był siłą, który w ciągu ostatnich trzech lat konstytucję nie tylko regularnie łamał i naginał, ale także otwarcie znieważał. Konstytucja miała być poczęta w nieprawym, pookrągłostołowym łożu, stworzona dla zabezpieczenia postkomunistycznego układu, miała wymagać radykalnych zmian. PiS jako nagły obrońca konstytucji jest tak samo wiarygodny, jak ojciec Rydzyk jako piewca ewangelicznego ubóstwa.

Po drugie – co jest znacznie poważniejsze, niż hipokryzja PiS – wbrew deklaracjom rządzących, w Unii Europejskiej obowiązuje zasada pierwszeństwa traktatów europejskich przed prawem krajowym. Także w wypadku rozwiązań konstytucyjnych. Unia jest dziś konstrukcją opartą na podwójnym obywatelstwie: narodowym i europejskim. Polacy i Polki są obywatelami i Polski i UE. I żadna zmiana konstytucji nie może odebrać im praw, jakie mają, jako obywatele Unii. Np. prawa głosu w wyborach niezależnie od płci. Albo prawa do procesu przed uczciwym, bezstronnym sądem.

Zugzwang

PiS w sprawie sądów zachowuje się, jakby Polska nie była w Europie i jakby traktaty europejskie nie wyznaczały ram, w jakich każda władza (także ta z większym poparciem, niż to PiS) może realizować „mandat od suwerena”.

Obecność ETS, jako dodatkowej instancji w sporze PiS z sędziami SN komplikuje Nowogrodzkiej sprawę. Decyzje SN z wczoraj sprytnie sprawia partię w sytuacji, którą szachiści nazywają Zugzwangiem – gdy każdy możliwy ruch pogarsza ogólną strategiczną sytuację gracza.
PiS w retoryce „reformy sądów” zapędził się tak daleko, że nie może powiedzieć „szanujemy decyzję SN, wstrzymujemy wszelkie działania”. Elektorat uznałby to za kompromitujące wywieszenie białej flagi.

Pójście na pełny rympał też jednak jest dla PiS mocno ryzykowne. Jeśli obóz władzy wybierze dublerów do SN, to mamy sytuację dwuwładzy w jednym z najważniejszych sądów w kraju. Jeden uznawany przez środowisko SN i drugi, kadłubowy, złożony przez wybranych przez PiS dublerów. Towarzyszył będzie temu całkowity chaos w systemie sądowniczym oraz konflikt z Europą, którego PiS na dłuższą metę nie może wygrać. Część wyborców partii, który nie kocha może prezes Gersdorf i aroganckich sędziów, ale jeszcze bardziej nie znosi ciągłego chaosu w państwie, może wystawić za to PiS rachunek.

Najrozsądniejsze dla PiS byłoby skorzystać z przerwy wakacyjnej, by poczekać do jakiejś decyzji ETS. Fakt, że jak na razie wypowiadają się kancelaria prezydenta i rzecznicy Ziobry, a nie sam prezydent, czy szef resortu sprawiedliwości, może świadczyć, że PiS zostawia sobie uchyloną tę furtkę.

Nawet jeśli PiS uzna orzeczenia ETS, to walka o przejęcie SN się nie skończy. PiS zbyt dużo zainwestował, by się cofnąć – po wakacjach czekają nas pewnie kolejne nowelizacje, obliczone na to, by obejść postanowienia SN i wyprowadzić w pole Europę. Niezależnego sądownictwa nie ocalimy w Polsce inaczej, niż odsuwając PiS od władzy. Dopóki u władzy będzie PiS, także polska konstytucja i władza sądownicza tkwić będzie w mniejszym lub większym Zugzwangu.

– Rosja nie zaatakuje kraju silnego, który ma przyjaciół, bo będzie wiedziała, że jej się to nie opłaci. Musimy więc budować silną Polskę i dobre relacje z sąsiadami, bo tylko dobre alianse są gwarancją naszego bezpieczeństwa – powiedział podczas Pol’and’Rock Festival gen. Mirosław Różański.

2 sierpnia w Kostrzynie nad Odrą rozpoczął się festiwal Pol’and’Rock. Nowy Przystanek Woodstock potrwa do soboty. Oprócz koncertów, uczestnicy festiwalu będą mieli okazję wziąć udział w spotkaniach w ludźmi ze świata kultury, polityki oraz Kościoła i mediów w ramach Akademii Sztuk Przepięknych. Pierwszego dnia Pol’and’Rock z festiwalowiczami spotkali się aktor Artur Barciś, fotograf Chris Niedenthal oraz dziennikarka Dorota Wellman. Dzień później w Kostrzynie pojawili się m.in. pisarka Katarzyna Puzyńska oraz Bogusław Wołoszański i gen. Mirosław Różański.

Były dowódca generalny polskich sił zbrojnych ocenił, że wojna już obecnie trwa. – To wojna gospodarcza, informacyjna i ona nas otacza. Jeśli nic się nie zmieni, to wojna może dotrzeć do Polski. Politycy budują nasze bezpieczeństwo. Jeśli nasz kraj dalej będzie dzielony przez polityków, którzy do tego źle traktują naszych sąsiadów i jeśli nasz potencjał gospodarczy będzie obniżany, to wojna tutaj też może nastąpić, tak jak na Ukrainie. To jest rzecz, na którą mamy wpływ. Każda wojna jest bowiem kontynuacją polityki państwa. To politycy tworzą niebezpieczne sytuacje i oni swoją polityką generują napięcie. Zła polityka przeradza się w konflikt zbrojny. A to my mamy wpływ na to, kto nami rządzi. Politycy grają na emocjach i budują na tym swoją popularność, ale od was zależy wyczuwanie prawdziwych intencji ich działania – tłumaczył.

Generał Różański krytycznie odniósł się do polityki zagranicznej prowadzonej przez polski rząd. – Nie lubimy Niemców, mamy problemy z Ukrainą. Dokładnie tak jak Syria ze swoimi sąsiadami. Społeczeństwo syryjskie jest podzielone, a u nas jest podział na lepszy i gorszy sort. Nasze elity są nieodpowiedzialne. Rosja może zaatakować słaby i zdestabilizowany kraj, do tego obrażony na UE i nie potrafiący dogadać się z NATO. Rosja nie zaatakuje kraju silnego, który ma przyjaciół, bo będzie wiedziała, że jej się to nie opłaci. Musimy więc budować silną Polskę i dobre relacje z sąsiadami, bo tylko dobre alianse są gwarancją naszego bezpieczeństwa – zaznaczył.

Skłócony z wiernymi proboszcz parafii w Łobodnie w gminie Kłobuck tuż przed zmianą miejsca posługi rzucił na swoich parafian klątwę. I opuścił parafię, zabierając nawet karnisze.

Wieloletni konflikt parafian z proboszczem spowodowany był głównie finansowymi wymaganiami księdza, który według mieszkańców Łobodna wyznaczał wysokie stawki za swoje usługi.

Standardowa „co łaska” za pogrzeb miała w wykonaniu księdza wynosić 1000 zł. Naraził się też parafianom oddaniem do komisu prezentu, który otrzymał z okazji komunii – figurki Chrystusa. Nie przypadła mu do gustu.

Skonfliktowani z księdzem wierni doprowadzili do jego usunięcia z parafii.

Zanim to jednak nastąpiło, proboszcz z ambony wyklął swoich wiernych.

– Osoby, które utrudniały mi życie, wyklinam – powiedział duchowny i opuścił parafię z – jak twierdzą wierni – z całym jej wyposażeniem, łącznie z karniszami.

Dwa dni później do Łobodna przyjechał biskup, który cofnął klątwę i przeprosił wiernych za zachowanie proboszcza.

Ksiądz pełni teraz swoją duszpasterską posługę w Małusach Wielkich w powiecie częstochowskim.

Tamara Olszewska na koduj24.pl pisze o sojuszu PiS z narodowcami.

Nacjonalistom świetnie się żyje w PiS-owskiej Polsce.

Są jak „święte krowy” – nacjonalistyczna ośmiorniczka, która coraz dłuższymi mackami zawłaszcza sobie nasz kraj. Jestem osobą empatyczną, mam wielkie zrozumienie dla niedomagań intelektualnych, próbuję z pewną pobłażliwością traktować tych o „bardzo małym rozumku”, ale czasami po prostu się nie da.

Rocznica Powstania Warszawskiego, dzień pamięci i jednego bohatera – żołnierzy powstańczych i ludności cywilnej, którzy przeżyli piekło. Pierwszy chyba raz od dawna bez gwizdów i buczenia podczas przemówień i składania wieńców Udało się tak, bo opozycja szanuje pamięć narodową i nie wykorzystuje jej do lansowania swoich politycznych ulubieńców.

Byłoby wzruszająco, pięknie i godnie, gdyby znowu nie pokazali swojego „ja” właśnie narodowcy. Czy ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć, jak na obchodach takiej rocznicy, jak w dniu czczenia pamięci tych, którzy byli ofiarami ideologii nazistowskiej, mogły pojawić się race, stały element nazistowskich marszy, tak dobrze nam znanych z historii? Jak właśnie w takim dniu można propagować faszyzm i nazizm tymi idiotycznymi hasłami i gadżetami, które mają więcej wspólnego z oprawcą Powstania Warszawskiego niż z polskim patriotyzmem? Jak można wrzeszczeć „sierpem i młotem czerwoną hołotę” w chwili, gdy cała Polska pochyla się z zadumą nad najtragiczniejszą kartą naszej historii?

Wyjaśnienie może być tylko jedno. Ci panowie i te panie nie mają pojęcia, czym dla Polski jest 1 sierpnia. Coś tam o Powstaniu wiedzą, ktoś im podrzucił jakiegoś gotowca, bardzo ogólnikowego i zapewne to im wystarczy, by… świętować tragedię ofiar, jednocześnie upajając się ideologią katów.

Imprezka narodowców została rozwiązana przez Urząd Miasta z powodu propagowania treści faszystowskich i nazistowskich, co bardzo nie spodobało się panu Brudzińskiemu. On nie widział niczego złego w patriotycznym marszu swoich pupili. Mało tego, nawet podziękował im za spokojny przemarsz na Plac Zamkowy i pogratulował, że nie dali się sprowokować. Ciekawe… to skąd w internecie tyle filmików i fotek, pokazujących ten „spokojny” przemarsz narodowców? Porozwalane stoliki kawiarenek, mijanych przez narodowców po drodze, szarpanina z ludźmi. Skrajnie prawicowi bojówkarze napadli na prezesa Ośrodka Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych Konrada Dulkowskiego oraz inne osoby, które stały przed Pałacem Prezydenckim. Trzej „patrioci” – cali w powstańczych symbolach, pijący piwo na podwórku jednej z kamienic i wykrzykujący swoje hasełka, wyważyli drzwi do mieszkania zajmowanego przez rodzinę z dziećmi ze Szwajcarii. Obcy to obcy…”trzeba ich lać”. Gdyby nie interwencja sąsiadów, mogłoby być z nimi krucho. Atak na Obywateli RP. Wrzaski i agresja… ależ trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. A może wystarczy być po prostu Brudzińskim?

Dzisiaj narodowcy wraz z PiS to „przewodnia siła narodu”. Rosłe chłopaki, dbające o swoją sprawność fizyczną, z „napakowanymi” mięśniami mają jak w raju. Partia nic im nie zrobi. Partia zadba, by nie byli karani za swoją ideologię. Partia czuwa nad nimi i biada temu, kto chłopaczkom zagrozi. Coraz bardziej widoczni, robią mnóstwo hałasu, są wulgarni, a nadmiar testosteronu grozi śmiercią i kalectwem każdemu, kto myśli inaczej niż oni. Im wolno wszystko…

Kto by pomyślał jeszcze kilka lat temu, że neonaziści polscy będą sobie spokojnie głosili te swoje idiotyzmy i władza nawet nie wpadnie na to, że najwyższy czas już ich zdelegalizować. Prawie bezkarnie będą mogli atakować każdego, kto myśli inaczej, wygląda inaczej, wyznaje nie taką religię. Taki Jacek Międlar będzie mógł się panoszyć, głosząc swoje „prawdy”.

W niedzielę na rynku we Wrocławiu tenże Międlar organizuje spotkanie ze sobą w roli głównej i będzie promował „wybitne” dzieło swego autorstwa „Moja walka o prawdę”. Facet miał zaszczycić Wrocław już wczoraj, ale klub, który miał go gościć wycofał się pod naciskiem normalnie myślących. Tak więc ci, którzy są stęsknieni „międlarowskiej” prawdy muszą jeszcze chwilę poczekać. Jestem pewna, że na spotkaniu padną słowa, za które każdy inny od razu został by postawiony przed sądem. Każdy, ale nie Międlar.

To już chyba ponad rok minął, gdy żydowskie stowarzyszenie B’nai B’rith złożyło w prokuraturze warszawskiej doniesienie na Międlara. We Wrocławiu wciąż chyba nie zakończyło się śledztwo przeciwko niemu za nawoływanie do nienawiści wobec Żydów i Ukraińców (na wniosek szefostwa Prokuratury Krajowej z sądu wycofany został skierowany wobec niego akt oskarżenia, ale śledztwo formalnie trwa).

Międlar, tak jak i jego kolesie, ma farta. Wszystkie sprawy, które „biedna” prokuratura musiała i musi brać pod lupę, bo ktoś był na tyle wredny i złożył skargę, ciągną się miesiącami. Zasada jest jedna – brać skarżących na przetrzymanie. A nuż znudzi im się oczekiwanie na jakiś wyrok, chłopców puści się po cichu, wolno i będzie spokój?

Nie ma co ukrywać. PiS potrzebuje narodowców. Nikt tak chętnie nie wejdzie w bezpośrednią konfrontację z opozycją. Nikt tak pięknie nie namiesza, przesłaniając kolejne, debilne pomysły władzy. Nikogo nie da się tak wspaniale poszczuć na obywateli jak właśnie ich.

Narodowcy to dzisiaj „kwiat polskiej młodzieży”. PiS jest przekonane, że prowadzi ich na smyczy, a kagańce, jakie trzyma w łapach, w każdej chwili będzie można założyć. Nic bardziej mylnego. Polski nacjonalizm rośnie w siłę. Przyjdzie moment, że i politycy PiS zaczną się go bać, ale będzie za późno, by nad nim zapanować. To skończy się wcześniej lub później tragedią, przelewem krwi i kto nas, naród, weźmie wówczas w obronę? Na pewno nie PiS, które podkuli tchórzliwie ogonek. Na pewno nie policja, która już dzisiaj pokazuje, że boi się tych mięśniaków i woli atakować opozycję uliczną. Pozostaniemy z tym problemem sami…

Waldemar Mystkowski pisze o tym, co grozi Dudzie.

Jeszcze Andrzejowi Dudzie nie drży ręka przy podpisywaniu niekonstytucyjnych ustaw, ale łydka owszem. Nie jest to może skurcz tej części nogi, bo taki przyjdzie, gdy stanie przed Trybunałem Stanu. Na razie mamy do czynienia z drżeniem łydki, prezydent się boi, demolka sądownictwa nie idzie, jak to sobie jego zwierzchnik prezes PiS zamyślił.

Po zawieszeniu przez Sąd Najwyższy niektórych przepisów ustawy o Sądzie Najwyższym – m.in. dotyczących przechodzenia sędziów w stan spoczynku – i skierowaniu pytań w ich sprawie do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE), Kancelaria Prezydenta opublikowała komunikat, w którym stwierdza, iż działanie Sądu Najwyższego „nastąpiło bez prawidłowej podstawy prawnej i nie wywiera skutków wobec Prezydenta RP ani jakiegokolwiek innego organu”.

Ale… Właśnie chodzi o „ale”. Ale zadrżała łydka Dudzie, bo ucieka od odpowiedzialności za komunikat Kancelarii, który nie został podpisany. Poseł Platformy Marcin Kierwiński mniema, że Duda widzi czarno swoją przyszłość, unika dowodów, które przed Trybunałem Stanu by go obciążały: – „Kto przygotował i kto podpisał się pod tym oświadczeniem? To ważne, kto w przyszłości i na podstawie jakich przepisów będzie za to odpowiadał. Jak rozumiem nie podpisał się pod tym PAD? To z obawy przed Trybunałem Stanu? On i tak już na niego czeka”.

Tomasz Lis także uważa, że „Duda całkiem poważnie myśli o Trybunale Stanu i śladu woli nie zostawiać”. Duda ucieka, „to jest krążenie opłotkami” (Tomasz Wołek). Duda liczy na to, że „nie zostawiając śladów zasłoni się odpowiedzialnością zbiorową, czyli żadną” (Marek Borowski).

Duda nie ma raczej szans wygrania z sędziami. Ludwik Dorn umieszcza konflikt PiS – sędziowie w opowiastce Fredry „Paweł i Gaweł”. PiS jest demolującym Gawłem, który nie zważa na skutki swoich zachowań – „wolnoć Tomku w swoim domku” – ale spokojny Paweł, jak sędziowie, ma plan utemperowania. U Fredry Paweł mieszkający u góry zalał człowieka demolkę.

Sędziowie i tak wygrają, ale jaki koszt poniesie Polska, gdyż pozwoliliśmy na niszczenie kraju? Podłoga się wypaczy, ściany zawilgotnieją, wejdzie w nie grzyb i trzeba będzie skuwać tynki. Zatem czeka nas roboty huk.

Właśnie Gawłowi PiS cieknie na łeb – zakutą pałę autokratyzmu. Komisja Europejska stwierdziła, że decyzja w sprawie pytań prejudycjalnych skierowanych przez polski Sąd Najwyższy należy do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Pisowcy pyszczą do mikrofonów i kamer, że Sąd Najwyższy nie miał prawa, ale wiaderkami już wybierają wodę, a że rozum u polityków PiS jest w deficycie i przecieka, więc będą bronić się przed potopem durszlakami. I tak się zatopią, aby jednak nie poszli na dno, bo ktoś będzie musiał stanąć przed sądem bądź Trybunałem. Łydki więc im drżą.