Tag Archives: policja

Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym

Zwykły wpis

>>>

– Mateusz Morawiecki wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego, a on nie cofnie się o krok – mówi polityk PO Borys Budka.

(fragmenty)

Rzeczpospolita: W październiku nie będzie trzeciego wysłuchania Polski w ramach procedury z art. 7 traktatu unijnego. Czy to może oznaczać, że Komisja Europejska docenia próbę dialogu podjętą przez premiera Mateusza Morawieckiego z prof. Małgorzatą Gersdorf?

Borys Budka, wiceszef PO, b. minister sprawiedliwości:Jestem przekonany, że już nikt w Europie nie wierzy rządowi PiS. Wielokrotnie oszukiwano naszych unijnych partnerów, że w Polsce prowadzony jest dialog, gdy tak naprawdę przystępowano do kolejnych etapów demontażu niezależnego wymiaru sprawiedliwości. Komisja wybrała prostszą – z punktu widzenia politycznego – procedurę przekazania rozstrzygnięcia spraw przez unijny Trybunał Sprawiedliwości. Wybije tym samym z rąk eurosceptyków, że KE działa w sposób polityczny. Zaczeka na rozstrzygnięcie TSUE.

Premier spotkał się z I prezes SN i sondował jej gotowość do kompromisu. Rozważany wariant to pozostawienie prof. Gersdorf oraz danie najstarszym sędziom SN wyboru, czy chcą dalej sądzić, czy też przejść w stan spoczynku na atrakcyjnych finansowo warunkach. Taki kompromis Morawiecki zaproponował też nieoficjalnie Komisji Europejskiej. PiS jest gotowe do ustępstw ws. zmian w Sądzie Najwyższym?

Powiem brutalnie: nie wierzę w ani jedno słowo Morawieckiego. Nie ma chyba dnia, by nie posłużył się kłamstwem bądź manipulacją. Jego spotkanie z prezes Gersdorf to była klasyczna „ustawka”, próba mydlenia oczu opinii publicznej.

Wydaje się, że KE pozytywnie przyjęła chęć porozumienia.

Premier po raz kolejny próbował grać na czas, by metodą faktów dokonanych przeforsować upolitycznienie Sądu Najwyższego. Ale nie mam też złudzeń, to nie premier podejmuje strategiczne decyzje. On tylko wykonuje wolę Jarosława Kaczyńskiego. A ten nie cofnie się o krok.

(…)

PiS reformą sądów wyprowadza Polskę z UE?

Nie ma i nie było żadnej reformy sądownictwa. To, co się dzieje od blisko trzech lat, to budowa systemu jednolitej władzy państwowej, takiego PRL-bis, w którym nie ma niezależnego wymiaru sprawiedliwości, a wszelka władza skupiona jest w rękach polityków opcji rządzącej. Doprowadzono do stanu niepewności prawnej, rozchwiania systemu sądowniczego, obniżono diametralnie poziom zaufania do sądów. Brak jest kontroli konstytucyjnej, a postępowania sądowe uległy wydłużeniu.

Jakie są podstawy do twierdzenia, że PiS dąży do polexitu?

Zmiany dokonywane przez PiS w sądownictwie są sprzeczne z europejskimi standardami i jeśli nie zostaną powstrzymane, prędzej czy później Polska opuści Unię Europejską. I nie pomogą żadne pohukiwania polityków PiS. Polska oceniana jest nie przez pryzmat rządowej propagandy sączącej się z tzw. mediów publicznych, a realne działania podejmowane przez ten rząd.

Jak się skończy sprawa zmian w polskim sądownictwie przed TSUE?

Mam nadzieję, że jak najszybciej i z pozytywnym skutkiem dla Polski. Czyli przegraną rządu. Bo to również należy podkreślać.

Sąd Apelacyjny zdecydował, że Mateusz Morawiecki musi przeprosić za wypowiedź o tym, że za rządów PO nie budowano dróg i mostów.

Dla mnie ten wyrok to „oczywista oczywistość”. Nie może być przyzwolenia na tak ordynarne kłamstwa ze strony premiera i twarzy PiS-owskiej kampanii wyborczej. Liczę, że będzie stanowił zimny prysznic dla Morawieckiego, że jednak podlega on niezależnej kontroli i drugi raz PiS nie wygra wyborów na kłamliwej narracji i manipulacji. Ale ta sprawa jest dowodem na to, jak ważne są niezależne od władzy wykonawczej sądy.

(…)

Co dla PO oznaczałaby przegrana w stolicy?

Wymiar symboliczny ma oczywiście walka o Warszawę. Tu PiS-owski kandydat nie ma żadnych zahamowań. Obietnice bez pokrycia, manipulacja oraz próba kreowania się na polityka umiarkowanego, to tylko pokazuje, że stosuje on zasadę „wszystkie chwyty dozwolone”. Do tego absolutnie niedopuszczalne i w mojej ocenie sprzeczne z prawem zaangażowanie mediów publicznych w tę kampanię jest dowodem determinacji obozu władzy, który jak ognia boi się porażki. Oczywiście tak ustawiana narracja to celowy zabieg rządzących. PiS próbuje przykrywać bardzo niewygodne dla siebie tematy.

(…)

Powtórzę, czy to nie są tematy na wybory parlamentarne, a nie samorządowe?

Ale po raz pierwszy wybory samorządowe nie będą miały tylko charakteru lokalnego. Wierzę, że będą stanowiły przełom. Dzięki dobremu wynikowi Koalicji Obywatelskiej i innych ugrupowań prodemokratycznych i proeuropejskich pokażemy Polakom, że ten wyborczy maraton wygramy i już za rok rządy „złej zmiany” przejdą do historii.

Nie sposób nie odnieść wrażenia, że podczas procesu policjantów oskarżonych o znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem prokuratura nie jest zainteresowana ujawnieniem mechanizmów, które sprawiły, że możliwe było torturowanie na policji oraz doprowadzenie do śmierci zatrzymanego. A dla prowadzących sprawę wszystko zostało wyjaśnione w trakcie śledztwa.

Ponad 30 tomów liczą akta w procesie policjantów oskarżonych o przekroczenie uprawnień i fizyczne oraz psychiczne znęcanie się nad Igorem Stachowiakiem, który zmarł kilka godzin po tym, jak z wrocławskiego Rynku przewieziono go na Komisariat Policji Wrocław Stare Miasto przy ul. Trzemeskiej we Wrocławiu.

Podczas śledztwa ustalono, że policjanci leżącego na ziemi w toalecie i skutego kajdankami 25-latka razili paralizatorem, wyzywali i szarpali. Mimo że materiał dowodowy jest obszerny, wciąż nasuwa się wiele pytań. Czy policjanci słusznie odpowiadają tylko za przekroczenie uprawnień i znęcanie się? Co stało się z monitoringiem z komisariatu przy Trzemeskiej? Jak z użycia paralizatora szkoleni są funkcjonariusze? Dlaczego zastępca komendanta, który był na komisariacie, nie zareagował na to, co działo się piętro niżej? Nie słyszał krzyków męczonego Igora? Niestety, tych pytań nie zadają przedstawicielki prowadzącej sprawę poznańskiej prokuratury.

PILNE: Mateusz Morawiecki przyłapany na mówieniu prawdy. PiS domaga się sprostowania w trybie wyborczym #ASZdziennik

Hairwald

„Dowiedziałam się ze sprostowania przeczytanego przez sympatyczną panią przed „Faktami”, że mamy premiera kobietę. Czy Mateusz Morawiecki zmienił płeć, czy ktoś znowu próbuje nas zrobić w konia?” – zapytała na Twitterze Renata Grochal z Newsweeka. To jedna z wielu opinii o formie, w której ukazały się przeprosiny premiera za jego kłamstwa na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Odczytała je bardzo szybko sepleniąca kobieta.

Polityków PO takie sprostowanie nie satysfakcjonuje. – „Powiem wprost, to urągało powadze urzędu Premiera RP, jaki Mateusz Morawiecki sprawuje.  Ktoś, kto pełni taką funkcję powinien mieć szacunek tak dla urzędu, jak dla samego siebie. I z tego szacunku dla siebie powinien zadbać o właściwą formę tego sprostowania, przecież on się pod tym podpisał” – stwierdził w onet.pl rzecznik PO Jan Grabiec. Zapytany, czy w związku z tym PO rozważa kolejny pozew, odpowiedział: – „Poddamy analizie prawnej możliwość żądania powtórzenia tego sprostowania. Zbadamy też kwestie finansowania, czyli, kto za…

View original post 1 202 słowa więcej

Brudziński szczuje policję na demonstrujących

Zwykły wpis

Nie od dziś wiadomo, że Bruksela i unijne struktury są dla partii Jarosława Kaczyńskiego złem koniecznym. Narracja prawicowych polityków ma jasny przekaz na temat złej, zachodniej elity, która bezprawnie miesza się w polskie sprawy.

Według znanego dziennikarza, Kamila Durczoka pozostaje kwestią czasu wyprowadzenie Polski przez PiS ze struktur Unii Europejskiej. Redaktor naczelny Silesion.pl twierdzi, że dla Jarosława Kaczyńskiego Unia nie jest szansą dla naszego kraju, ale obciążeniem.

Dowodem są przekazy płynące do społeczeństwa o wtrącaniu się instytucji unijnych do przeprowadzanych w Polsce reform, szczególnie tej dotyczącej sądownictwa. „Bruksela uniemożliwia mu (Kaczyńskiemu – przyp. red.) rządzenie we własnym kraju” – pisze w swoim felietonie Durczok.

Zdaniem dziennikarza PolExit nie nastąpi jednak od razu. Wcześniej Jarosław Kaczyński wykorzysta jeszcze Unię jako alibi, „dlaczego tak gładko nie udaje się przepchnąć pisowskich „reform”.

– Docierają do mnie sygnały, że MSWiA daje zielone światło na próby zastraszania i wywierania presji wobec antyrządowych demonstrantów – mówi w rozmowie z Gazeta.pl gen. Adam Rapacki, były wiceszef MSWiA oraz były zastępca Komendanta Głównego Policji.

>>>

>>>

Rydzyk, Kaczyński, Duda – amen tej trójcy dla Polski

Zwykły wpis

>>>

Wiele mówi się ostatnio o zachowaniu Kościoła w naszych pisowskich czasach. Dziwne rzeczy się mówi. A że to jedni biskupi zadowoleni, a inni nie bardzo. I że PiS traktuje Kościół instrumentalnie, a takoż i Rydzyk et consortes traktują PiS. I może prawdę mówią. Ale nie to przecież jest ważne. Tak naprawdę ważne jest to, co się stanie, gdy pewnej pięknej wiosny reżim PiS upadnie i skończy się „reakcyjna rewolucja”.

Otóż z rewolucjami jest już tak, że po nich przychodzą kontrrewolucje. Jest akcja, jest reakcja. A jaka może być reakcja na prostackie i skorumpowane rządy skąpane w groteskowej i załganej propagandzie pyszałkowatego nacjonalizmu oraz wulgarnego socjalizmu? Taka jak na PRL, którego reżim PiS jest recydywą – jednoznaczny zwrot ku wolności i Zachodowi.

I to tym razem zapewne znacznie bardziej świadomy i głęboki niż po 1989 r. Liberalna i postępowa część społeczeństwa jest już bowiem strukturą społeczną znacznie silniejszą niż przed laty, a rozumienie, na czym polega organizacja życia i rola państwa w nowoczesnej demokracji, jest wśród elit społecznych nieporównanie pełniejsze niż w czasach przedinternetowych. Mimo wstecznickiego i zakłamanego systemu oświaty i propagandy każdego roku przybywają dziesiątki tysięcy młodych ludzi, dla których wolność, równość, tolerancja, pluralizm i demokracja są czymś oczywistym, tak jak oczywiste jest dla nich to, że reakcyjny i feudalny w swej mentalności Kościół oraz związane z nim symbiotycznym węzłem nacjonalistyczne państwo stanowią dla tych wartości stałe zagrożenie.

I żadne działania polityczne ani machiaweliczny spryt autorytarnej władzy nie są w stanie tej wolnościowej tendencji zmienić. Na dłuższą metę nie pomogą ani represje, ani pranie mózgu. Zbitka katolicko-narodowa staje się coraz bardziej odrażająca dla coraz większej liczby obywateli. System propagandy jest nieszczelny, a młodzież coraz bardziej impregnowana na drętwą mowę politruków – zupełnie jak w latach 70. i 80.

Dlatego możemy być pewni, że ten system się zawali. A Kościół? A Kościół jest w sposób oczywisty jego integralną częścią i musi upaść razem z rządami PiS. To już nie jest tak jak w PRL, gdy pozycja Kościoła w stosunku do komuny była pod jednymi względami symbiotyczna, a pod innymi opozycyjna. W przypadku tego reżimu każdy wie, że jest on po prostu reżimem kościelnym, nawet jeśli niektórzy księża wypowiadają się o nim sceptycznie. I jeśli ten reżim upadnie, to pociągnie za sobą Kościół, który nie będzie już mógł stroić się w piórka wielkiego obrońcy wolności w czasach PRL, jak to z wielkim powodzeniem czynił po roku 1989. Ten numer drugi raz nie przejdzie.

Dlatego Kościół uczyni wszystko, żeby PiS rządził jak najdłużej. Będzie go bronił, broniąc samego siebie, chociaż gardzi tym rządem tak jak każdą świecką władzą. Każdy inny rząd będzie bowiem dla Kościoła gorszy, a ten który nastąpi bezpośrednio po PiS, będzie wręcz zabójczy. Biskupi wiedzą doskonale, że gdy przyjdzie czas rozliczeń z reżimem, proces ten nie ominie ich samych. Tym razem się nie wywiną. Rewolucja demokratyczna będzie stanowcza i konsekwentna, bo inna być nie może. Po 2007 r. nie było rozliczeń z PiS, a skutkiem zaniechania tej „dekomunizacji” był powrót Kaczyńskiego do władzy w 2015 r. Drugi raz klasa polityczna nie popełni tego błędu. I nie zostawi już w spokoju Kościoła. Zbyt oczywiste jest, że nie ma demokracji i praworządności bez równości dla Kościoła, a więc bez świeckiego państwa.

Równe traktowanie z innymi instytucjami wolnego społeczeństwa obywatelskiego oraz stosowanie prawa w relacjach państwa i osób prywatnych z Kościołem oznaczać będzie przewrót, którego historyczną treścią będzie upadek tysiącletniej władzy Kościoła nad państwem polskim. Upadek taki sam, a może i bardziej spektakularny niż w Hiszpanii, Portugalii czy Irlandii.

I tego właśnie boją się biskupi. Boją się potwora, jakim jest niezależne i suwerenne w stosunku do Watykanu, wolne polskie państwo, które zacznie rozliczać przestępstwa i nadużycia biskupów i księży, a także normalizować relacje polityczne z Watykanem oraz relacje finansowe z miejscowymi jego agendami. Miliardy złotych rocznie stopnieją do setek milionów. Skończy się oddawanie ziemi i budynków za 1 proc. wartości. Skończy się nadzór kościelny nad szkołami i pełzanie urzędników państwowych oraz służb mundurowych przez biskupami. Skończy się składanie hołdów i darów Rydzykowi i jemu podobnym.

To jednak jeszcze nic. Biskupi boją się nie tak bardzo utraty władzy i dochodów, jak lękają się o bezpieczeństwo swych tajemnic. I to właśnie z tego lęku przed ujawnieniem i ściganiem niezliczonych malwersacji oraz przestępstw, które w jakiejś części znamy z dziennikarskich, lecz nie prokuratorskich śledztw, biskupi i cały Kościół będzie do upadłego zwalczał siły postępowe. Lecz gdy już one wygrają, stanie się wobec nich pokorny i milutki, jak wobec każdej nowej władzy. Będzie już jednak za późno. Ofiary malwersacji i wyłudzeń, a zwłaszcza ofiary przestępstw seksualnych nie pozwolą, aby jeszcze raz Kościół się wywinął i umknął przed odpowiedzialnością za swoje niezliczone grzechy. Ruszą procesy, będą aresztowania, będą wyroki, będą odszkodowania. I pęknie tabu – okaże się, że ksiądz przestępca też może trafić za kratki, a biskupa uchylającego się od stawiennictwa na wezwanie prokuratora czy sędziego może zatrzymać i dowieźć policja, tak jak zwykłego obywatela. A kto wie, może i hierarchów nie ominie sprawiedliwość? A wielu z nich ma bardzo bogatą przeszłość – zarówno na niwie obyczajowej, jak i – powiedzmy sobie – zarobkowej. Nie mówiąc już o współpracy z SB, która bodajże już nikogo za kilka lat nie będzie specjalnie wzruszać.

Nie jestem naiwny. Wiem, że dla Kościoła nie będzie sprawiedliwości. Kościół nie zapłaci całego rachunku, lecz tylko jego niewielką część. Nie utraci też wszystkich przywilejów ani dostępu do publicznych pieniędzy. Będzie miał ich więcej niż jakakolwiek siła społeczna. Ale w porównaniu z tym, co jest teraz, przyszła kondycja Kościoła w Polsce – przypominająca jego obecną pozycję w innych krajach Zachodu – oznacza właśnie tyle co upadek. Oczywiście w jego własnej percepcji.

Ci biskupi i księża, którzy najbardziej zaplątani są w ciemne sprawki – od donosicielstwa, przez złodziejstwo, po libertynizm i pedofilię – stanowią awangardę reakcji. Ale to właśnie oni, dziś skazani na wspieranie pogardzanego przez siebie Kaczyńskiego, są zaczynem procesu upadku Kościoła. Upadku, dodajmy, w bagno praworządności i pokory. Wolnej Polski jeszcze tak naprawdę nie mieliśmy. Ale zanosi się na to, że za kilkanaście lat ją zobaczymy. I wielka w tym będzie zasługa Jarosława Kaczyńskiego.

Fundacja Lux Veritatis ojca Tadeusza Rydzyka od samych darczyńców zgromadziła na kontach 30 mln zł. Darowizny stanowią 75 proc. wszystkich dochodów. Mimo oddanych miłośników o. Rydzyka, fundacja w 2017 r. zanotowała zdecydowanie niższy zysk niż w latach ubiegłych.

Sprawozdania finansowe kierowanej przez o. Tadeusza Rydzyka Fundacji Lux Veritatis, do której należy m.in. Radio Maryja i Telewizja Trwam prześwietlił portal money.pl.

Lux Veritatis z 30 mln od darczyńców

Z danych za 2017 r. wynika, że fundacja zgromadziła 10 mln zł w gotówce i na kontach oraz 30 mln złotych darowizn na działalność. Darowizny to 75 proc. wszystkich przychodów. Pozostałe 25 proc. przychodu pochodzi z działalności gospodarczej, sama telewizja pozwoliła uzyskać 8,9 mln przychodu.

Fundacja o. Rydzyka z niższym zyskiem

Czystego zysku fundacja o. Rydzyka zanotowała 1,5 mln zł. To znacznie niższy wynik niż w latach ubiegłych. W 2016. r. fundacja miała niemal 30 mln zysku, ale, jak zauważa money.pl, 26 mln zł przekazał wówczas Lux Veritatis Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Odszkodowanie przyznano za odebranie dotacji na geotermy. Mimo to można powiedzieć, że 1,5 mln zysku to słaby wynik, w 2015 r. bowiem fundacja miała ponad 7 mln zysku.

Jak wynika z danych na fundację zarejestrowane są 24 samochody – głównie toyoty i skody – warte łącznie ok. pół miliona złotych. Suma aktywów wynosi z kolei 182 mln zł. Stratę zanotowała kontrolowana przez fundację spółka Geotermy Toruń, natomiast Uzdrowisko Termy Toruńskie zarobiło… 4 zł.

Ulicami Warszawy przeszedł marsz pod hasłem „Żądamy apartyjnej policji”. Uczestnicy przeszli sprzed Komendy Stołecznej Policji na ul. Rakowiecką, gdzie mieści się Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Marsz zorganizował Warszawski Strajk Kobiet, a wzięli w nim udział także działacze mazowieckiego Komitetu Obrony Demokracji i Obywateli RP.

– „Protestujemy. Przeciw nierównemu traktowaniu przez policję różnych sił politycznych na zlecenie ministra spraw wewnętrznych. Przeciw naginaniu przepisów. Przeciw stawianiu polecenia przełożonego ponad ochroną konstytucjonalnych praw obywatelskich. Przeciw używaniu policji do politycznych interesów ministra Brudzińskiego czy jakiegokolwiek innego przedstawiciela obecnej władzy i każdej władzy w przyszłości” – czytamy na profilu Warszawskiego Strajku Kobiet na Facebooku.

Uczestnicy marszu nieśli czarny transparent „Żądamy apartyjnej policji”. Skandowali: „Stop przemocy policyjnej”, „Szanuj prawo policjancie, zamiast myśleć o awansie” i „Ślubowałeś narodowi, a nie Jojo i Jarkowi” (Jojo to szef MSWiA Joachim Brudziński). – „Nie jesteśmy przeciw policji. Jak w każdym zawodzie, tak i tu są osoby, które nie mają kręgosłupa moralnego, i ci, którzy go mają. My jesteśmy z tymi drugimi” – mówił Jacek Wiśniewski z KOD Mazowsze.

Anna Prus z Warszawskiego Strajku Kobiet tłumaczyła „GW”: – „Nasz protest jest bezpośrednią odpowiedzią na to, co działo się pod Sejmem, kiedy doszło do pobicia kilku chłopaków. Nie zapominajmy jednak, że w ostatnim czasie wydarzyło się więcej rzeczy wymagających reakcji, np. policja zarzuciła Elżbiecie Podleśnej propagowanie ustroju totalitarnego za namalowanie na ścianie biura Czabańskiego w miejscu tabliczki z nazwą „PiS” skrótu „PZPR”. Uczestników protestów zakuwa się w kajdanki. Rozpyla im się w twarz gaz pieprzowy. Nie chcemy, by te działania pozostały bez odpowiedzi”.

„To bezprecedensowe zachowanie, skandaliczne, psujące służby specjalne. Osoba z zarzutami karnymi nie może być dzielnicowym, a tutaj powierza się takiej osobie tajny budżet” – komentował poseł Marek Biernacki z sejmowej komisji do spraw służb specjalnych. Piotr K. od ponad dwóch lat jest dyrektorem pionu techniki operacyjnej CBA, odpowiedzialnym za wielomilionowy budżet służby antykorupcyjnej, mimo że sąd uznał go winnym „nadużycia swojej władzy w celu osiągnięcia korzyści osobistej lub majątkowej”.

„Sąd uznał oskarżonego winnym przestępstwa z artykułu 231 kodeksu karnego paragraf 2 i wymierzył mu karę jednego roku i sześciu miesięcy pozbawienia wolności. Wyrok jest nieprawomocny i skazanemu przysługuje odwołanie” – poinformował TVN 24 warszawski sąd. Wydał także wobec Piotra K. zakaz „wykonywania zawodu funkcjonariusza w organach powołanych do ochrony bezpieczeństwa państwa i ścigania przestępstw”. Ma również opłacić koszty procesu (ponad 7 tysięcy), zwrócić korzyść majątkową (ponad 100 tysięcy), a także zapłacić kary w wysokości 30 tysięcy. Wyrok nie jest prawomocny.

Koordynatorowi ds. służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu i jego zastępcy Maciejowi Wąsikowi w ogóle nie przeszkadzają zarzuty ciążące na Piotrze K. Nie przeszkadzały im jeszcze na etapie postępowania prokuratorskiego – przywrócono go do służby na przełomie 2015/2016. – „Dyrektor K. nadal cieszy się pełnym zaufaniem kierownictwa, a wyrok skazujący w pierwszej instancji nie stanowi żadnej przeszkody, by dalej pełnił służbę. Orzeczenie sądu jest nieprawomocne. W związku z przepisem art. 5 kpk osoba uznawana jest za niewinną, dopóki wina nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem (tzw. domniemanie niewinności)” – powiedział TVN 24 Piotr Kaczorek z biura prasowego CBA.

Według informatorów TVN 24, Piotr K. od lat należy do grona zaufanych współpracowników Kamińskiego i Wąsika.

To, co pozostawało w sferze domysłów, w końcu zostało potwierdzone. Wyniki badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Oksfordzki, w ramach których naukowcy przebadali 48 krajów, pokazują, że Prawo i Sprawiedliwość zatrudniała internetowych trolli. Ci, wykorzystując fałszywe konta w mediach społecznościowych, produkują komentarze wychwalające rząd i krytykujące opozycję.

Wyniki raportu pokazują, że PiS korzystało z usług internetowych trolli w latach 2015 – 2017. – Ten raport analizuje, jak rządowe wojska cybernetyczne wykorzystują propagandę cyfrową do kształtowania opinii publicznej – piszą twórcy raportu.

W przeciwieństwie do wielu innych krajów, w Polsce rządzący nie korzystali ze zautomatyzowanych usług. Zatrudniali internautów, którzy tworzyli fałszywe konta w mediach społecznościowych, przy pomocy których rozsiewali prorządową i propartyjną propagandę. Zajmowali się także krytykowaniem opozycji oraz odwracaniem uwagi od ważnych kwestii.

– Jestem na największych grupach zrzeszających przeciwników PiS. Nie piszę tam, że PO jest złe. Rozpowszechniam „fake newsy”, totalnie dyskredytujące PiS. Oni to „łykają”, przesyłają dalej, a potem udowadnia się, że to był fake news i w ten sposób pokazuję, że to opozycja próbuje siać propagandę – wyjaśnia jeden z pro-pisowskich trolli w rozmowie z serwisem Super Biznes.

Na społecznościowych profilach polityków działa zupełnie inaczej. Merytorycznie punktuje oponentów albo zasypując ich obelgami, aby pod wpływem emocji odsłonili swoje mniej przyjazne twarze.

Co ciekawe, jego społecznościowe konta mają masę przyjaciół. Jak przyznaje, to przypadkowi ludzie, poznali na innych grupach. Wielu z nich udostępnia publikowane przez niego treści, co dodatkowo uwiarygadnia jego konta.

Dlaczego PiS pozwoli prezydentowi na weto

„Mocno skłaniam się w kierunku zablokowania tej propozycji” – mówi Andrzej Duda o nowelizacji ordynacji europejskiej. Ale wielkiej afery w obozie władzy raczej z tego nie będzie.

„Mam ogromnie wątpliwości, czy to powinna być część polskiego systemu prawnego” – w czwartkowym „Dzienniku Gazecie Prawnej” Andrzej Duda dość jednoznacznie daje do zrozumienia, że zawetuje nowelizację ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. To spora niespodzianka, bo do tej pory wydawało się, że partii na tej ordynacji bardzo zależy, a prezydent nie będzie chciał ryzykować sporu ze swoim obozem politycznym, bo PiS jest mu potrzebny do reelekcji. Lecz może to założenie było niesłuszne?

Pompowanie dużych, ścinanie małych

Jakie zmiany wprowadza nowelizacja ordynacji przygotowana przez posłów PiS? W największym skrócie zakłada rozdzielanie mandatów europosłów na poziomie małych okręgów (a nie, jak do tej pory, całego kraju). Sprawia to, że szanse na wysłanie posłów do Parlamentu Europejskiego mają tylko największe ugrupowania – realny próg wyborczy sięgnąłby kilkunastu procent zamiast ustawowych pięciu.

Takie rozwiązanie oznaczałoby, że w praktyce szanse na mandaty miałyby tylko PiS i PO (lub partie, które chciałyby wejść w alians z prawicą lub Platformą). Doprowadziłoby to do znacznego ograniczenia reprezentatywności polskich wyborów: bez swoich przedstawicieli w Unii mogłoby pozostać 30–40 proc. aktywnych wyborców, którzy zagłosowaliby na SLD, Kukiz ′15, PSL czy inne, mniejsze ugrupowania. I prezydent – przynajmniej oficjalnie – powołuje się właśnie na te argumenty (które kilkakrotnie już zresztą podnosiliśmy w POLITYCE).

„Nie widzę potrzeby tak fundamentalnego ograniczania dostępu do Parlamentu Europejskiego” – powiedział „DGP” Andrzej Duda. „Wszyscy przyznają, ze realny próg wyborczy zostanie podniesiony do 11, 12 proc. To w praktyce eliminuje mniejsze ugrupowania. Jakaś część polskiego społeczeństwa będzie miała poczucie pozbawienia reprezentacji w europarlamencie. Kwestionuję to z demokratycznych pozycji, próg 5-proc. to rozsądne rozwiązanie. Nie widzę potrzeby wymuszania w ten sposób systemu dwupartyjnego. Nie widzę potrzeby wymuszania koalicji wyborczych na warunkach największych partii”.

Po co pchać opozycję do współpracy

Tyle oficjalna wersja. Jakie inne polityczne racje mogą stać za decyzją prezydenta? Przede wszystkim, wprowadzając taką ordynację, PiS mógł sam strzelić sobie gola. Nowe prawo miało przetestować skłonność opozycji do współpracy – przy założeniu, że raczej nic z tego nie będzie i polityczne owoce wzmacniania dużych partii zje tylko PiS. A co jeśli partie opozycyjne dogadałyby się, stworzyły silny blok wyborczy i osiągnęły sukces w eurowyborach w maju 2019 r.? Albo inaczej: porażka w wyborach europejskich, w wyniku braku współpracy, popchnęłaby je do wspólnej listy w wyborach do Sejmu jesienią tego samego roku.

Na takich scenariuszach PiS nie zależy, a prezydenckie weto je zablokuje. Andrzej Duda mógłby się bronić przed pretensjami ze swojego własnego zaplecza tak jak w wypadku kwietniowego weta do ustawy degradacyjnej: że chroni prawicę przed jej własnymi złymi pomysłami.

Nowa ordynacja miała też bronić PiS przed ewentualnymi nowymi konkurentami politycznymi, szczególnie na prawicy. Wybory europejskie, jako stosunkowo tanie i proste w prowadzeniu kampanii, były do tej pory bardzo dobrym punktem startu dla nowych ugrupowań. Mówiono o zagrożeniu dla PiS ze strony Antoniego Macierewicza czy narodowców. Wydaje się jednak, że były szef MON nie ma samodzielnych planów, a narodowcy – lidera i politycznego potencjału. Dlatego bezpiecznik w postaci nowej ordynacji z bardzo wysokim realnym progiem wyborczym blokującym nowe inicjatywy może być już niepotrzebny.

Może wszystkie te argumenty dotarły w końcu na Nowogrodzką i sprawiły, że PiS już tak bardzo na tej ordynacji nie zależy.

Prezydent nie chce być długopisem

Jest też druga strona medalu. Prezydent ostatnio wrócił do szybkiego i posłusznego podpisywania ustaw podsuwanych mu przez PiS, szczególnie w sprawie zmian w sądownictwie. A jednocześnie partia za tę lojalność mu się specjalnie nie odwdzięcza: senatorowie zatopili prezydencki projekt referendum konstytucyjnego w setną rocznicę odzyskania niepodległości.

Andrzej Duda nie mógł sobie pozwolić na okazywanie tak wielkiej słabości. I na tacy dostał od partii projekt ordynacji, co do którego istnieją poważne merytoryczne zarzuty. Dzięki temu będzie mógł znów, tak jak w lipcu ubiegłego roku, twierdzić, że jest samodzielnym podmiotem, a nie notariuszem władzy. „Tam, gdzie trzeba, mówię: stop, na to nie mogę się zgodzić” – brzmi tytuł prezydenckiego wywiadu z „DGP” i ostatnie zdanie prezydenta w tym wywiadzie.

Ponadto blokując ustawę, Duda ma szansę na pewne zwiększenie poparcia politycznego. Do weta namawiały go Kukiz ′15, PSL, Partia Razem i Prawica RP we wspólnym liście napisanym z inicjatywy Klubu Jagiellońskiego. Na wyrzuceniu do kosza nowelizacji szczególnie zależało partii byłego punkowca, bo raczej nie ma ona szans na zbudowanie wyborczej koalicji ani z obozem władzy, ani z opozycją. A Paweł Kukiz wcześniej już kilkakrotnie sygnalizował, że chętnie stałby się częścią zaplecza politycznego prezydenta.

Może nie ustawka, ale…

Paradoksalnie pokazanie większej asertywności przez prezydenta służyłoby także PiS. Do kierownictwa partii coraz wyraźniej dociera, że Dudę będzie trzeba wystawić w wyborach prezydenckich w 2020 r. (Jarosław Kaczyński powiedział to w jednym z wywiadów). A trudno byłoby walczyć o jego reelekcję, jeśli większość wyborców uważałaby go za człowieka bez właściwości.

Z tych wszystkich powodów weto Dudy wobec ordynacji może być korzystne (bądź też mało niekorzystne) dla PiS. Dlatego partia może pozwolić na nie prezydentowi. Może to nie będzie klasyczna ustawka, w której obie strony w tajemnicy umawiają się na jakieś działanie. Ale Jarosław Kaczyński, patrząc w oczy Andrzejowi Dudzie, będzie mógł pomyśleć: „Ja wiem, że ty wiesz…”.

Solą w oku PiS są niezależne media prywatne. Będą próbowali je zniszczyć – twierdzi były szef MSZ Włodzimierz Cimoszewicz.

„Rzeczpospolita”: Prezydent powinien zawetować ordynację do Parlamentu Europejskiego?

Włodzimierz Cimoszewicz, były premier:W większości dużych krajów UE stosuje się maksymalnie proporcjonalną procedurę wyborów do PE. Cały kraj jest jednym okręgiem wyborczym. Chodzi o zapewnienie jak największej reprezentatywności parlamentu, a tym samym zwiększenie stopnia, w jakim Europejczycy utożsamiają się ze Wspólnotą. Obecna polska ordynacja jest kiepska, ale forsowana przez PiS jeszcze gorsza. Zachowuje pozory proporcjonalności, ale realnie deformuje obraz wyborczych preferencji.

Tak też uważają mniejsze ugrupowania, od partii Marka Jurka przez PSL po Partię Razem.

Ordynacja nie powinna być przyjęta. Prezydent coś tam przebąkuje o możliwości weta, choć jeśli to zrobi, to w moim odczuciu będzie to raczej rewanż za wyrzucenie jego referendum do śmietnika niż obrona wartości europejskich.

To będzie kolejny sygnał do Polaków, po zeszłorocznych dwóch wetach, że prezydent jest niezależny od PiS?

On nie jest niezależny i większość rozsądnych ludzi nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ubiegłoroczne weta były rozgrywką z Ziobrą o wpływ na sądownictwo. Ostatnio podpisał znowu wszystko, co mu podsunięto.

Czy prezydent powinien uznać pytania SN do TSUE oraz zawieszenie przepisów dotyczących wieku emerytalnego sędziów?

Pytań nie musi uznawać, choć musi respektować prawo Sądu Najwyższego do ich zadania. Konsekwentnie ma obowiązek respektować tymczasowe zawieszenie działania tych przepisów z ustawy o SN, których zastosowanie grozi nierozwiązywalnymi konfliktami. Chodzi o poczekanie na stanowisko TSUE. Jestem przekonany, że po sierpniowym okresie urlopów Trybunał Europejski będzie działał szybko.

W sprawie zmian w sądownictwie PiS bez względu na orzeczenia KE i TSUE nie cofnie się?

Konflikt z KE i TSUE ma inny charakter. Spór z KE to spór z urzędnikami. Oni mogą zrobić różne rzeczy, uruchomić działania Rady Europejskiej, Trybunału. Mogą ponownie doprowadzić do debaty w PE. I w szczególności, mogą sprytnie odegrać się na pisowskiej Polsce w sprawach finansowych. Takie przepychanki mogą trwać długo. Spor z TSUE, zwłaszcza polegający na nierespektowaniu jego decyzji i orzeczeń, to naruszenie jednego z podstawowych obowiązków państwa członkowskiego. To się nie zdarza.

Jakie mogłyby być konsekwencje?

Tego do końca nie można przewidzieć, bo byłaby to nowa sytuacja, ale pewne jest, że Polska przypominałaby kogoś w pasiaku ze zdjęcia więziennego. Jeden rzut oka i wiadomo, że to przestępca. Miałoby to rozmaite następstwa polityczne i gospodarcze, ale przede wszystkim byłoby to brutalnym policzkiem dla wszystkich Polaków, którzy nie zasługują na życie w kraju jednoznacznie kojarzonym z bezprawiem.

Nie ma pan wrażenia, że opozycja powoli przegrywa z PiS, a partia władzy idzie po serię zwycięstw wyborczych?

Opozycja jest ciągle w letargu. Teraz dodatkowo chyba wyleguje się na plaży poza kilkoma dyżurnymi politykami chadzającymi do mediów. Opozycja jest leniwa i bez wyobraźni. To przyczynia się do braku inicjatywy. Pytania SN do TSUE, czy akcja nakładania koszulek z napisem „konstytucja” na pomniki, włącznie z Misiem Puchatkiem, to sygnał, że można inteligentnie blokować i wyśmiewać bezprawie PiS. Mimo to opozycja nie musi przegrać żadnych wyborów. Nawet z ostatniego dużego sondażu prognozującego sukces PiS w wyborach lokalnych wynika, że zjednoczona opozycja, z udziałem PSL i SLD może wygrywać większość w sejmikach. Utworzenie Koalicji Europejskiej przed wyborami do PE powinno być uznane za oczywistą konieczność. Podobnie przed wyborami parlamentarnymi. To trzeba zacząć tworzyć już jesienią tego roku. Jeśli starczy mądrości, wyobraźni i realistycznego powściągania ambicji, to sukces jest możliwy. Jeśli natomiast będzie tak jak jest, to klęska prawie gwarantowana.

Protesty społeczne też są coraz mniej liczne.

Letni sezon sporo tłumaczy. Jestem pod wrażeniem wytrwałej obrony konstytucji wszędzie w kraju. Byłem jednym z przewodniczących komisji konstytucyjnej i z wdzięcznością myślę o mądrości tych wszystkich obywateli. Ale prawdą też jest, że wielu traci nadzieje na powstrzymanie destrukcyjnych rządów PiS. Rozmaite inicjatywy obywatelskie są bardzo ważne i wartościowe, ale nikt nie zastąpi dobrego działania zorganizowanych struktur, jakimi są partie polityczne. I tu wracamy do poprzedniej kwestii, czyli kondycji opozycji. Po zawłaszczeniu lub zwasalizowaniu prawie wszystkich struktur i instytucji państwa oraz przejęciu kontroli nad mediami publicznymi, PiS-owi solą w oku są niezależne media prywatne. Będą próbowali zrobić to samo, co Putin w Rosji i Orbán na Węgrzech. Tak czy inaczej zniszczyć lub podporządkować sobie. To będzie złożenie demokracji do grobu. Jeśli większość Polaków chce zamordyzmu lub gotowa jest na to przyzwolić, to tak się stanie. Bez demokratów nie ma demokracji. Jeśli jednak większość tego nie chce, to trzeba bronić mediów na różne sposoby. Protestami, prenumeratą itd. Duża jest jednak także odpowiedzialność dziennikarzy i menedżerów zarządzających firmami medialnymi. Musicie wykonywać swoją pracę na najwyższym poziomie. Stacje telewizyjne, które dla maksymalizowania zysku, a nie dla finansowego przetrwania, serwują w ogromnej większości programy dla idiotów ani nie zasługują na obronę, ani jej ze strony swojej publiczności nie uzyskają.

Patryk Jaki może pokonać Rafała Trzaskowskiego w Warszawie?

Wszystko jest możliwe w czasach szaleństwa. Niedouczony w każdym sensie, nieodpowiedzialny aparatczyk może być wylansowany przez swoją partię i za jej pieniądze. Facet, który wpakował Polskę na pole minowe ustawy o IPN, mylący Dunaj z Dunajcem, czeską i polską Pragę, grożący na sali sądowej sędzi, popełniający masę gaf świadczących o tym, że to prostak i naturszczyk, może zostać prezydentem stolicy naszego kraju. To byłoby symboliczne. Mam nadzieję, że tak się nie stanie, choć cała skandaliczna afera reprywatyzacyjna i momenty bezmyślnej bufonady Trzaskowskiego to ułatwiają.

W Gdańsku sytuacja opozycji jest niepewna, podobnie we Wrocławiu. Również opozycja wciąż nie ma kandydata na prezydenta RP.

Do wyborów prezydenckich jeszcze ponad dwa lata. Jest czas. Prawie każdy zgłoszony teraz kandydat byłby niszczony w najbardziej niegodziwy sposób przez PiS i całą tę medialno-internetową hałastrę, która nawet z papieża potrafi zrobić Lucyfera. Ale w przyszłym roku ten krok powinien być zrobiony.

W sondażach również PiS wciąż prowadzi, a liderzy opozycji prowadzą tylko w sondażach nieufności społecznej.

PiS ma poparcie tej części społeczeństwa, która m.in. z powodu niższego wykształcenia, sytuacji materialnej, miejsca zamieszkania i religijności łatwiej daje się kupować, łudzić i szczuć na innych. Gospodarka ma się dobrze, choć inwestycje są wciąż małe, czyli jest to stan kruchy, prezenty od władz są, a niezliczona ilość nowych opłat i podatków sprytnie poukrywana lub rozłożona na niezauważalne grosze w cenie paliwa czy prądu elektrycznego.

Jakie prezenty?

Ostatni rachunek za prąd informuje mnie, że energii zużyłem za 200 zł, a dodatkowe opłaty wynoszą 245 zł. To przecież właśnie na prezenty. Mimo ostatnich uwag prymasa, większość kleru popiera PiS i nacjonalistów. Media Rydzyka też swoje robią. W sumie to dość trwały związek biedy, niedouczenia, chorych dusz i kompleksów.

A wracając do niskiego zaufania do liderów opozycji?

Mogą się tylko pocieszać, że są w towarzystwie faceta z Nowogrodzkiej, który rządzi. Mówiąc serio, to oczywiście krańcowo poważny sygnał, bo ci ludzie nie są w stanie być przekonującymi reprezentantami swoich środowisk. Jeśli sami nie mają wiarygodności, to jakim cudem mieliby budować wiarygodność swoich partii? Potrzebni są lepsi. Tylko czy są?

Lewica jest również podzielona. Partia Razem nie chciała pomocy od SLD przy zbieraniu głosów w sprawie projektu 35-godzinowego tygodnia pracy, przez co nie zebrali 100 tys. podpisów.

Partia Razem to nie są poważni politycy. Takie rzeczy obserwowałem jako student. Można by na to machnąć ręką, gdyby nie fakt, że ich sekciarstwo może czasami bardzo szkodzić sprawom o niebo ważniejszym.

Powinna powstać nowa centrowo-lewicowa partia np. z Robertem Biedroniem na czele, po wyborach samorządowych, czy opozycja powinna skupiać się wokół PO?

Biedroń jest sympatycznym facetem, ale usilne i konsekwentne ustawianie go w roli lidera poważnej siły politycznej w Polsce jest chyba nieporozumieniem. Nie potrafię zapomnieć jego pierwszego wywiadu po zostaniu posłem, gdy zapytany o Konwent Seniorów myślał, że to grupa najstarszych posłów. Lata mijają i na pewno nauczył się wiele, ale szersza część społeczeństwa nie ma zielonego pojęcia o jego wiedzy i poglądach z zakresu prawa, gospodarki i polityki międzynarodowej. Bez tego, nie należy ryzykować. Wiele zależy od wyników wyborów samorządowych. Mogą one albo utrwalić obecny układ, albo nim wstrząsnąć. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że partie przetrwają. Dlatego trzeba myśleć o współpracy i koalicji, a nie tworzeniu nowych organizacji.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o zbliżającej sie defiladzie.

„Kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy”

Obcy martwią się o Polskę. W jednym z najważniejszych dzienników globu „New York Times” piszą: – „W tym krytycznym momencie człowiek, który popchnął Polskę na obecny kurs, (…) jest w dużej mierze nieobecny”. Polska nie tylko z amerykańskiej perspektywy wygląda na chorego człowieka Europy. Przywódcę, który doprowadził do tego stanu zapaści, ma też chorego i prawdopodobnie „kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy” – kontynuuje NYT.

Stan zdrowia prezesa PiS jest tajemnicą równą co najmniej tajemnicy zdrowia sowieckich genseków w ZSRR: – „Jest bardziej ukryte niż zdrowie pierwszych sekretarzy za czasów Związku Radzieckiego”. W reżimach przywódcy są pod ochroną sacrum, a takie świętości nie mają prawa chorować, bo są nieśmiertelni, a gdy uda się im zejść z tego świata, dotyczy to tylko ciała, bo ich idea została – zamordyzm. I o ten zamordyzm toczy się „walka buldogów pod dywanem” – zauważa nowojorski dziennik.

Zbliża się Święto Wojska Polskiego, które ma być zupełnie inne niż poprzednimi laty, wszak mamy 100 rocznicę odzyskania niepodległości. Przede wszystkim defilada nie przejdzie Alejami Ujazdowskimi, ale Wisłostradą u podnóża Zamku Królewskiego.

Dlaczego tak ma się stać? Można mniemać – i takie przypuszczenia są bardzo prawdopodobne – iż defilada jest szyta pod chorego człowieka, przecież nie pod Andrzeja Dudę, który nie sprawia wrażenia, aby miał zapanować nad bałaganem w polskiej armii. Czyżbyśmy mieli do czynienia z powtórką z historii – a w zasadzie z rozrywki – gdy I sekretarz KPZR Leonid Breżniew machał rączką, bo za kontuarem trybuny skryty człowieczek animował sztywniejącą jego górną kończynę.

Czy tym razem też tak będzie? Wyobraźmy to sobie – z nieba leje się żar 35-stopniowy, Joachim Brudziński trzyma nad szefem swym parasolkę w jednym ręku, a w drugim wiatraczek, choć i może tak być, że Krystyna Pawłowicz swoim słynnym japońskim wachlarzem będzie robiła ruch powietrza na twarz pisowskiego genseka. A gdzie Mariusz Błaszczak? Czy to nie on skrycie będzie poruszał wodzowską rączką?

Czy tak będzie wyglądała defilada? Przecież świata nie obchodzi, jaki sprzęt będzie w niej uczestniczył, bo wszyscy mają świadomość, że modernizacja armii została wstrzymana. Antoni Macierewicz, prezydent Duda i PiS zrujnowali przez blisko 3 lata armię, restaurowany jest dwudziesto- i trzydziestoletni sprzęt. Jedyny zakup to samoloty dla VIP-ów za 4 mld zł z pieniędzy na wojsko.

I właśnie te samoloty – o, zgrozo! – będą uczestniczyć w defiladzie. Były wicepremier i szef MON poprzedniej władzy PO-PSL Tomasz Siemoniak określa: – ”Wysłanie tych samolotów władzy na defiladę dowodzi kompletnej bezczelności!”.

Duda nawet w pośpiechu mianował Naczelnego Dowódcę Sił Zbrojnych na czas wojny gen. Rajmunda Andrzejczaka, który – i znowu powołuję się na Siemoniaka – „nie ma żadnego doświadczenia na poziomie strategicznym”.

Wojsku Polskiemu jest bliżej do operetki niż do odstraszania wrogów ojczyzny. 100 lat temu wojska Tuchaczewskiego i Budionnego zostały odparte, a dzisiaj (9.08.2018) gdyby Putin z Miedwiediewem zdecydowali się na manewr Paskiewicza, to zdążyliby na defiladę na Wisłostradzie.

Jesteśmy w dupie i zaczynamy się w tej dupie urządzać

Zwykły wpis

Reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz o zachowaniu społeczeństwa względem polityki rządu PiS.

Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz odniósł się do wypowiedzi ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka. Polityk PiS twierdzi, że decyzją Adamowicza wojsko ma być wykluczone z odbywających się 1 września na Westerplatte uroczystości związanych z rocznicą wybuchu II wojny światowej. Błaszczak zażądał od prezydenta Gdańska zmiany decyzji w tej sprawie. – „Mamy wielkie zaufanie do polskiego munduru. Wojsko Polskie jest integralną częścią Westerplatte i jak co roku przedstawiciele służb mundurowych są zapraszani i uczestniczą w uroczystościach o godz. 4.45 1 września na Westerplatte. Będzie też i tak w tym roku. Ale nie mamy zaufania do politycznego, partyjnego kierownictwa Ministerstwa Obrony Narodowej” – powiedział Adamowicz. Już wcześniej zdecydował, że nie zaprosi Błaszczaka na uroczystości na Westerplatte.

Prezydenta Gdańska szczególnie oburzyły słowa Błaszczaka, w których szef MON sugerował, że Adamowicz swoimi działaniami wpisuje się „w retorykę, która była retoryką tych, którzy na Polskę napadli, a dziś jest retoryką tych, którzy próbują postawić znak równości między sprawcami a ofiarami, tych, którzy próbują zatrzeć swoje zbrodnie, zatrzeć pamięć o tym, czego złego dokonali”.

„Słowa ministra Błaszczaka próbują sugerować, że my, gdańszczanie, jesteśmy opcji niemieckiej. Jakim prawem pan ma czelność oceniać nas gdańszczan i wartościować nasz patriotyzm, nasze zachowania, nasze rytuały pamięci i obchodzenia tak ważnej dla gdańszczanek i gdańszczan rocznicy, jaką są kolejne rocznice wybuchu II wojny światowej? Ja oczekuję od pana, że pan przeprosi gdańszczanki i gdańszczan, że pan znajdzie w sobie odrobinę honoru i odwoła te słowa. To jest skandal, żeby w XXI w. konstytucyjny minister obrony narodowej takie rzeczy mówił. Tego się nie da już ocenić, to jest jakiś poziom szaleństwa w wykonaniu tego ministra” – powiedział prezydent Gdańska.

Adamowicz przypomniał też sytuację sprzed roku, kiedy to – jak stwierdził – „poszedł na ustępstwa” i zgodził się zmienić formułę obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej. – „Zostałem oszukany, zostałem okłamany przez funkcjonariuszy MON, którzy obiecali mi, że Apel Pamięci będzie odczytany na przemian przez harcerza i oficera. Zgodzili się na to, wszyscy się zgodziliśmy. Poszedłem na kompromis” – mówił dziś Adamowicz. Apel został jednak w całości odczytany przez oficera.

„1 września 2017 roku ubrany po cywilnemu żandarm na rozkaz jakiejś urzędniczki MON zablokował swoim ciałem przejście harcmistrza Lemańskiego do mównicy, aby odczytać Apel Pamięci” – przypomniał prezydent Gdańska. W artykule „PiSowska lekcja patriotyzmu na Westerplatte”.

Tak skomentował jeden z internautów „rewelacje” umieszczone przez Patryka Jakiego na Twitterze. Chodzi o mieszkańców 147 lokali na warszawskiej Woli, którzy muszą opuścić swoje mieszkania z powodu błędów projektowych. Kontrola wykazała pęknięcia w ścianach, ugięcia stropu oraz zawilgocenie bloku. Konieczny jest gruntowny remont budynku, więc 147 rodzin musi się czasowo wyprowadzić.

Patryk Jaki na Twitterze zrzucił za to odpowiedzialność na rządzących w Warszawie polityków PO. – „Po katastrofie z reprywatyzacją, zarządzeniem odpadami, smogiem, wyrzucaniem kawiarnii z niepełnosprawnymi, mamy kolejny skandal. 147 rodzin do wykwaterowania. „Błędy projektowe”. Tak metropolią zarządza PO HGW i R.Trzaskowskiego. Wkrótce moja reakcja” – napisał Jaki.

Ciekawe, jaka będzie ta reakcja, bo okazuje się, że umowa z projektantem została zawarta i rozliczona w 2009 roku, czyli w czasie, kiedy burmistrzem Woli był Zdzisław Sipiera, należący do Prawa i Sprawiedliwości.

Poinformował o tym na Twitterze obecny burmistrz Woli, Krzysztof Strzałkowski. – „Panie @PatrykJaki ekspertyza jasno wskazuje, że przyczyną złego stanu budynku są błędy projektowe. Umowę z projektantem zawarł i rozliczył ówczesny burmistrz, a obecny wojewoda z PiS Zdzisław Sipiera. Sprawę skierowałem do prokuratury. A teraz czas na zajęcie się mieszkańcami”. A zastępca burmistrza Woli Adam Hać dodał: – „Kolejne fake newsy. Umowę na projekt podpisywał niejaki burmistrz Sipiera z @warszawskipis, a jego ekipa również dokonywała odbioru projektu budowlanego w 2006 r., nie stwierdzając żadnych wad!!! Zero weryfikacji i nadzoru!”.

Internauci natomiast mają jeszcze inne pytania do Jakiego: – „A co tam panie w wymiarze sprawiedliwości? Może zająłby się pan wzmożoną śmiertelnością w zakładach karnych…”; – „W ministerstwie to pan jeszcze pracuje , czy tylko po wypłatę wpadasz, jak akurat pod blokiem nie stoisz?”; – „Ponawiam pytanie: czy te codzienne konferencje prasowe, spotkania z mieszkańcami i rozdawanie art. spożywczych odbywa się w godzinach Pana pracy, czy jest Pan na urlopie? Jeśli w godzinach pracy to proszę o podanie związku pomiędzy rozdawaniem jabłek a pracą w Ministerstwie”.

>>>

Sąd Najwyższy – Stalingrad PiS, pod którym polegną

Zwykły wpis

>>>

>>>

W ciągu niecałych trzech lat od przejęcia władzy przez PiS Sylwia Ługowska-Bulak, niegdyś „aniołek Kaczyńskiego”, ocieplający wizerunek prezesa PiS, kilkakrotnie dostała od partii rządzącej intratne posady. – „Widać wyraźnie, że „aniołek Kaczyńskiego” dalej pnie się po szczeblach kariery, bez wątpienia decydują o tym jej wszechstronne kompetencje” – ironizował w rozmowie z onet.pl Krzysztof Brejza z PO.

 „I właśnie jak „aniołek” owa pani skacze sobie z jednej chmurki dyrektorskiej na drugą, z posady na posadę w podległych PiS-owi instytucjach” – dodał poseł PO. Wystarczy wyliczyć miejsca, w których do tej pory pracowała Ługowska-Bulak. Tuż po wyborach w 2015 r. zatrudnił ją ówczesny szef MSZ Witold Waszczykowski. „Newsweek” pisał, że kierowała tam nieoficjalną komórką, która sprawdzała konta społecznościowe pracowników resortu. Chodziło o to, by – jak twierdził informator tygodnika – kontrolować ich aktywność w sieci. Krzysztof Brejza, który ujawnił przyznawanie sobie przez rząd PiS wielotysięcznych nagród, potwierdził, że na liście nagrodzonych znalazła się także Ługowska-Bulak. W ciągu dwuletniej pracy w MSZ dostała nieco ponad 23 tysiące złotych premii.

Kiedy Waszczykowski został zdymisjonowany, pani Sylwia „odnalazła się” w gabinecie politycznym ministra zdrowia. Od połowy lipca natomiast jest wicedyrektorem Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego, o czym zdecydował Joachim Brudziński. Instytut zajmuje się organizowaniem szkoleń dla samorządowców, opracowywaniem analiz oraz szkoleniem kandydatów na komisarzy wyborczych.

„Pani Ługowska-Bulak to typowy przykład „pisiewicza”, dla którego charakterystyczne jest awansowanie bez doświadczenia i bez wiedzy. Nie koniec jednak na tym, bo trzeba przecież przypomnieć, że mąż tej pani także pracuje w spółce podległej rządowi. Czyli „rodzina na swoim”, klasyka w wykonaniu PiS” – powiedział Brejza. Mąż pani Sylwii Sebastian Bulak jest zatrudniony w Łódzkiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, nadzorowanej przez władzę centralną. Jako asystent zarządu ŁSSE, w której skarb państwa ma ponad 70 procent udziałów, w zeszłym roku zarobił 103,7 tys. złotych brutto.

PiS bije rekordy dna, bo zawsze od spodu ktoś od nich puka.

Raskolnikow

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

W świecie PiS wszystko jest na odwrót, np. porażka jest sukcesem.

Stanisław Bareja ma się dobrze, nie umarł całkiem wraz z PRL-em. Trzy lata temu odwalił kamień ze swojego grobu – wiem, wiem, został skremowany – i hula w bieżących czasach pisowskich. W PRL-u mieliśmy do czynienia z farsą, a dzisiaj powróciły tamte czasy.

Stanisław Karczewski, marszałek Senatu, orzekł, że winę za odrzucenie wniosku o referendum konstytucyjnym Andrzeja Dudy ponoszą senatorowie Platformy Obywatelskiej, choć zdecydowaną większość w tej izbie ma PiS. Ale taka jest logika w alternatywnym świecie PiS. Karczewski liczył, że politycy PO „wzniosą się ponad walkę polityczną” i poprą Andrzeja Dudę.

Dlaczego zatem 50 senatorów PiS wstrzymało się od głosu, a tylko 9 poparło Dudę? Tego Karczewski nie wytłumaczył. Wicemarszałek Senatu Adam Bielan zachrzęścił w rytm pisowskiego bezsensu i w stylu PiS zrzucił winę na mniejszość w Senacie: – „Totalna część opozycji dzisiaj jest w…

View original post 1 170 słów więcej

Państwo policyjne. Czy to już?

Zwykły wpis

>>>

LIST DO WSZYSTKICH, KTÓRZY CHCĄ WYGRAĆ Z PIS

Wielce Szanowni i mniej szanowni niektórzy politycy, publicyści, historycy, działacze, politolodzy, prawnicy, a także autorzy dziwnych symetrycznych artykułów w prasie.

Trudno wygrać z PiS, kiedy każde zdanie zaczyna się od: „byliśmy głupi”, „popełniliśmy mnóstwo błędów”, „nie dostrzegaliśmy”, „zaniedbaliśmy”. Trudno zyskać wiarygodność i zaufanie wyborców  niezbędne do zwycięstwa, kiedy ciągle się za coś przeprasza i informuje, w czym było się gorszym. Przestańcie to robić. Bo ludzie, którzy nie chcą totalitarnego zamordyzmu, a wbrew rządowej propagandzie jest ich w Polsce sporo, nie potrzebują płaczków, tylko liderów.

Czyli silnych, wyrazistych kobiet i mężczyzn, którzy wypowiedzą na głos ich emocje, uczucia i potrzeby, dzięki którym poczują się ważni i słyszani.

Liderów zaś (pozwólcie, że napomknę o tym skoro jest okazja, kierując te słowa do partyjnych szefów) nie namaszcza się z góry i nie wskazuje palcem. Warto też pamiętać, że lider nie jest guru i nauczycielem swoich rodaków, tylko jednym z nich, a więc nie łaje, nie wychowuje, tylko reprezentuje.

Tak, uważam, że zbyt wielu z was narzeka na swoich czytelników, widzów, wyborców itp., kiedy tylko zdarza się okazja.

Wielce Szanowni i mniej szanowni niektórzy politycy, publicyści, historycy, działacze, politolodzy, prawnicy, a także autorzy dziwnych symetrycznych artykułów w prasie

Trudno jest też wygrać z PiS, jeśli ludzie z nim walczący:

1)  udają i grają (to się czuje!)

2) kombinują cwaniacko, jak coś dla siebie zyskać (to widać!)

3) nie wierzą w to co mówią, a ich działania nie wypływają z serca

4) oprócz wzniosłych uczuć i umiłowania demokracji nie mają (uwaga!) PLANUTak, tak,  niestety nie tylko taktyka, ale i strategia są absolutnie niezbędne.

5) … i – last but not east – są: napędzani tylko z zewnątrz: pragnieniem sławy czy PR-owego sukcesu; niewolnikami sondaży lub klikalności.

Dobra wiadomość jest taka, że wbrew obowiązującej w mediach, nawet centrowych i opozycyjnych, bezmyślnie powtarzanej narracji, że opozycji brak liderów  – liderzy są! I mają moc. A wszystko co trzeba zrobić, to pozwolić im zaistnieć i działać, zamiast torpedować w imię partyjnej lub środowiskowej zawiści (nie mogę przecież pozwolić, żeby błysnął/błysnęła bardziej ode mnie, niech Polska ginie, jeśli to nie ja mam być gwiazdą), która to postawa wśród polityków, publicystów, a nawet, o zgrozo, prawników i społecznych działaczy jest aż nadto częsta.

Wielce Szanowni i mniej szanowni niektórzy politycy, publicyści, historycy, działacze, politolodzy, prawnicy, a także autorzy dziwnych symetrycznych artykułów w prasie

PiS reprezentuje mentalność więzienną, w której nie istnieją pojęcia „kultury” i „braku kultury”, ale wyłącznie słabości i siły. Dlatego nie można tłumaczyć się i przepraszać, być pokornym i uniżonym, strachliwym, rozglądać się po każdej decyzji na boki w poszukiwaniu pozytywnych recenzji i zastanawiać „co ludzie powiedzą”. Przemilczać pewne sprawy ze strachu, żeby nie zostać źle zrozumianym, lub żeby wasze słowa nie zostały celowo przekręcone. Nie można też (uwaga, będzie kontrowersyjnie!) bać się o własną reputację, bo strach przed jej utratą często paraliżuje działanie.

Na to wszystko trzeba machnąć ręką i konsekwentnie robić swoje.

Przyjąć postawę: psy szczekają, karawana jedzie dalej.

I najtrudniejsze – trzeba ignorować PiS, nie odnosić się do jego wypowiedzi, retoryki, nie dyskutować i nie tracić czasu na jałowe spory (z wyjątkiem prostowania kłamstw i mówienia o własnych sukcesach).

A w obliczu przekupywania przez PiS kolejnych grup społecznych (za pożyczone zresztą na ich konto pieniądze), trzeba przeciągać na swoją stronę kolejne grupy społeczne i zawodowe.

Widzę Borysa Budkę na spotkaniu z protestującymi przeciw upolitycznianiu policji związkami zawodowymi policji, wspierającego w imieniu całej zjednoczonej opozycji policjantów opierających się władzy i udzielających im niezbędnych gwarancji  na przyszłość i konkretnej pomocy, Tomasza Siemoniaka, regularnie spotykającego się z wojskowymi i generałami służb specjalnych, omawiającego z nimi reformę i finansowanie polskiej armii po PiS-ie i sposób odbudowania wiarygodności Polski w świecie, Joannę Scheuring – Wielgus dyskutującą, zabiegającą o poparcie środowisk ludzi niepełnosprawnych, Kamilę Gasiuk – Pihowicz, prof. Marcina Matczaka oraz mecenasa Piotra Schramma – zabiegających o stworzenie zawodowej grupy wsparcia i szkoleń dla sędziów, poddawanych w tym nowym, stworzonym przez PiS ustroju wyjątkowo trudnej do zniesienia presji psychicznej życiowej, a nierzadko ordynarnemu szantażowi. Krzysztofa Brejzę prowadzącego parlamentarny lub pozaparlamentarny zespół śledczy do zbadania finansowania PiS, Andrzeja Rozenka i generała Marka Dukaczewskiego – wspierających i dbających o morale niegodziwie potraktowanych przez PiS ludzi służących Polsce zdrowiem i życiem: byłych funkcjonariuszy służb mundurowych (to akurat już robią, ale można by wyraźniej zaakcentować poparcie dla nich), Bartosza Arłukowicza – rozmawiającego z lekarzami i pielęgniarkami o tym, jakie nowoczesne standardy trzeba  (i jak i za co) wprowadzić w służbie zdrowia po wyborach.

Widzę mocny gabinet cieni zjednoczonej opozycji, z prof. Matczakiem jako ministrem sprawiedliwości i jakimś szanowanym przez NATO generałem jako szefem MON, mocną obsadą resortów zdrowia, dyplomacji i edukacji.

Nie można też, jak mam wrażenie w dużym stopniu dzieje się to dziś, pozostawiać w samotności indoktrynowanych przez PiS i bez przerwy poddawanych praniu mózgu ogromnych grup Polek i Polaków.

Trzeba robić okrągłe stoły!

Z lekarzami, policjantami, wojskowymi, dyplomatami, dziennikarzami, górnikami, nauczycielami, niepełnosprawnymi, kobietami, starszymi ludźmi, normalnymi rozsądnymi księżmi – z każdym, kto nie jest fanatykiem i faszystą i z każdym, z kim da się rozmawiać.

Umówmy się, w najszerszym gronie społecznym jak to tylko możliwe, na Polskę po PiS: zasobną, zamożną, nowoczesną, laicką, ale i społeczną, pamiętającą o biednych, słabszych i o prawach człowieka i prawach reprodukcyjnych dla kobiet. Na Polskę z sercem, luzem i poczuciem humoru.

>>>

>>>

Wszystko zaczęło się przed tygodniem, gdy Elżbieta Podleśna, psychoterapeutka z Warszawy, na oknach biura poselskiego Krzysztofa Czabańskiego w Golubiu – Dobrzyniu i Wąbrzeźnie napisała „PZPR”, a na chodniku „Czas na sąd ostateczny”. Policjanci z aż trzech komend ostro wzięli się do pracy i już następnego dnia zatrzymali ją i postawili zarzut propagowania ustroju totalitarnego. Panowie nie patyczkowali się i poddali oskarżoną poniżającym procedurom. Kazali jej np. rozebrać się do naga. Na kamerach dostrzegli też, że w Golubiu – Dobrzyniu jechała pod prąd, ale nie ukarali jej mandatem. Sprawę skierowali do sądu.

W niedzielę grupa Obywateli RP, w ramach solidarności z panią Podleśną, podjechała pod biura Czabańskiego w Toruniu, Chełmnie, Osięcinach i Wąbrzeźnie, oblepili je kartkami z napisem „PZPR” i pojechali na policję, by złożyć doniesienie na samych siebie. Jak mówi Krystyna Malinowska, bydgoszczanka, która przeprowadziła tę akcję w Chełmnie, „Prawdopodobnie popełniłam czyn zabroniony w postaci propagowania ustroju totalitarnego. Moje podejrzenie wobec samej siebie wywodzę z faktu, że taki właśnie zarzut prokurator rejonowy w Wąbrzeźnie Janusz Biewald postawił Elżbiecie Podleśnej, która napisała ‚PZPR’ na biurach poselskich posła Czabańskiego w Wąbrzeźnie i Golubiu-Dobrzyniu”. Policjanci, do których zgłosiła się pani Malinowska wydawali się mocno skonsternowani, „Jeden dopytywał mnie, czy na pewno chcę złożyć na siebie donos. A drugi, czy naprawdę przyjechałam z Bydgoszczy do Chełmna, by nakleić dwie kartki. Potwierdziłam”.

W oklejaniu okien biura posła Czabańskiego wzięli też udział Piotr Pytlakowski, reporter „Polityki” i Wojciech Fusek, były zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”. Jerzy Sawka, były szef wrocławskiego oddziału „Wyborczej”, przekazał informację na Facebooku, że „Panowie wraz z trójką innych osób pojechali do Radziejowa i na biurze poselskim Krzysztofa Czabańskiego nakleili napis ‚PZPR’. Potem cała piątka udała się na posterunek”.

Co ciekawe, akurat tutaj policjant nie chciał przyjąć zgłoszenia, „tłumacząc, że nie zna żadnego Czabańskiego. Przekonali go jednak argumentami, że za to oni go bardzo dobrze znają, bo Pytlakowski grał z nim w piłkę nożną a Fusek był jego szefem

W godzinach popołudniowych cała grupa wracała już do Warszawy. Czy postawione zostaną im zarzuty, identyczne jak pani Podleśnej, nie wiadomo.  Redakcja „Gazety Wyborczej” usiłowała skontaktować się w tej sprawie z oficerem prasowym komendy w Radziejowie asp. szt. Grzegorzem Dąbrowskim, ale nie odbierał on telefonu.

>>>

Andrzej Karmiński pisze list do szarego policjanta.

zwracam się do Pana w przekonaniu, że nie jest Pan bezmózgim „kulsonem”, który wstąpił w szeregi policji, bo fascynuje go władza, podnieca przemoc i zachwyca okazja narzucenia innym swojej woli za pomocą pały, pięści, buta i służbowego gazu. Zwracam się do Pana, ponieważ mam wrażenie, że niewygodnie Panu w tyralierze ustawionej przeciwko ludziom, którzy legalnie i pokojowo domagają się od rządzących zatrzymania demolki państwa. Wiem, że to nie Pan wyciągał z tłumu wytypowanych demonstrantów, by przylać im w krzakach. Widziałem też, że salutował Pan, gdy protestujący śpiewali hymn narodowy.  Zwracam się zatem właśnie do Pana z prośbą o chwilę refleksji.

Nie wiem, co Panu powiedzieli wysyłając na demonstrację i stawiając naprzeciw tłumu przeciwników obecnej władzy. Myślę, że to samo, co od dawna opowiadają swoim wyborcom i co usiłują wmówić zdumionym Europejczykom. Pewnie kazali Panu bronić Polski przed oszalałymi z nienawiści pogrobowcami reżimu Tuska, którzy do niedawna kradli na potęgę, a po wyborach nie pogodzili się z odsunięciem od koryta i z utratą stołków. Mam nadzieję, że podczas ulicznej służby udało się Panu skonfrontować tę narrację z rzeczywistością. Widział Pan przecież ludzi, przeciw którym Pana wezwano. Już Pan wie, że demonstrantów nie przywożą autobusami. Domyślił się Pan, że nikt ich nie kupił, ani nie wezwał w trybie partyjnego polecenia. Zobaczył Pan, że nie są to ani zorganizowane bojówki, jak twierdzi posłanka Pawłowicz z PiS, ani oszalałe świry, jak uważa marszałek Karczewski z Senatu, ani prowokatorzy, którzy tylko marzą, by oberwać pałą przed kamerą – jak chciałby poseł Jakubiak z Kukiz15.

Widział Pan zgromadzonych ludzi i z pewnością zauważył, że to żadna kasta, żadna elita w futrach i brylantach, tylko najnormalniejsze szerokie spektrum społeczeństwa o rozmaitych poglądach. Na pewno wie Pan, co to jest spektrum, więc tylko przypomnę: chodzi o ludzi rozmaitych zawodów, wszelkich barw politycznych i apolitycznych, różnorodnych, w każdym wieku, niepełnosprawnych i sprawnych, biednych i bogatszych, również takich jak Pana rodzina i znajomi. To po prostu jakiś w miarę reprezentatywny przekrój obywateli, a jeśli coś ich wyróżnia, to nieobojętność na zło, podłość i głupotę. I jeszcze wyróżniają się tym, że lubią swój kraj do tego stopnia, że nie pozwolą go rozpieprzyć.  Widział Pan plansze i transparenty świadczące, że ci ludzie nie zbierają się po to, żeby Polsce zaszkodzić. Słyszał Pan, czego oczekują od władzy. Wie Pan już, że nie chodzi o profity i zaszczyty, tylko o demokrację, o praworządność i o gwarancję nietykalności dla Konstytucji deptanej przez chorych na władzę funkcjonariuszy jednej partii. Pytam więc: – Czy Panu przypadkiem nie chodzi o to samo? Czy nie o to chodzi każdemu przyzwoitemu Polakowi?

Pamięta Pan rotę swojej przysięgi? „Ja, obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowanych obowiązków policjanta, ślubuję: służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny…”  Jeśli Pan pamięta, to proszę zadać sobie kilka prostych pytań. Na przykład – czy chronić należy ten porządek prawny, który wspierają wszystkie liczące się polskie i zagraniczne gremia prawnicze, czy też powinien Pan stanąć w obronie zdemolowanego prawa, wywróconego na lewą stronę i podporządkowanego jednopartyjnemu monopolowi władzy – prawa popieranego tylko przez rządzących i nieliczną grupę lizusów, którym władza oferuje dziś zaszczyty, stanowiska i podwyższone pensje? Którego porządku prawnego przysięgał Pan bronić? Czy reguł wyznaczonych Konstytucją uchwaloną i potwierdzoną w ogólnonarodowym referendum, której treść nie budziła dotąd niczyich wątpliwości – także prezydenta Lecha Kaczyńskiego? Czy może powinien Pan stanąć po stronie tej pokracznej wersji demokracji, gdzie Konstytucję można podeptać, kiedy staje się niewygodna, bo przeszkadza w przejęciu pełni władzy? Czy będzie Pan bronił tej Konstytucji, którą Pan zna i którą my znamy, czy tej pogryzmolonej wersji z wyrwanymi kartkami i z dopiskami Kaczyńskiego? I warto również zastanowić się, kto jest tym Narodem, któremu ma Pan wiernie służyć. Czy na pewno suwerenami są Pana szefowie i szefowie ich szefów, a także ich krewni, znajomi i liczni misiewicze na państwowych posadach? Czy bardziej kojarzą się Panu z Narodem zwykli ludzie, których zapewne każą Panu spacyfikować, bo domagają się demokratycznych praw – czy raczej faszyzujący narodowcy, chorzy z nienawiści do myślących i wyglądających inaczej, których przełożeni każą wam hołubić i chronić jako modelowej reprezentacji Polaków?

Wiem, że jest Pan w trudnej sytuacji. W każdej chwili może Pan otrzymać rozkaz ruszenia na demonstrantów. Jeśli kordon policji zaatakowany zostanie kamieniem, jeżeli na czyimś mundurze rozpryśnie się pojemnik z czerwoną farbą, rzucony przez jakiegoś chorobliwie wzmożonego demonstranta (albo prowokatora z glejtem od ministra), może wtedy dojść do wielkiej zadymy o nieobliczalnych skutkach. Czy weźmie Pan w niej udział? Powiadają w waszej formacji, że z rozkazem się nie dyskutuje, ale to nieprawda. Ustawa o policji w art. 58 ust. 2 umożliwia Panu niewykonanie rozkazu. Ba, jest Pan wręcz zobowiązany odmówić wykonania rozkazu lub polecenia przełożonego, a także prokuratora, organu administracji państwowej lub samorządu terytorialnego, jeśli wykonanie rozkazu lub polecenia łączyłoby się z popełnieniem przestępstwa.  Pozostaje więc tylko wyjaśnić sobie: czy podeptanie Konstytucji, rozmontowanie instytucji demokratycznych, notoryczne łamanie ludzkich praw, zawłaszczanie państwa przez jedną grupę trzymającą władzę, bezprawnie rozdzielanie budżetowej kasy między rządzących i ich akolitów, niszczenie więzi z Unią Europejską, łamanie umów międzynarodowych, narażanie bezpieczeństwa kraju,  kpina z polskiej racji stanu i wreszcie wydanie rozkazu  użycia przemocy wobec ludzi, którzy ten nierząd potępiają – czy są to przestępstwa, czy tylko naturalne formy sprawowania władzy przez legalnie wybrany rząd?

Nie oczekuję od Pana jakiejś nadzwyczajnej ofiarności, chociaż ślubował Pan chronić konstytucyjnego porządku prawnego „nawet z narażeniem życia”.  Wystarczyłoby z naddatkiem, gdyby nie zapominał Pan o tym fragmencie przysięgi, gdzie ślubował Pan „strzec honoru, godności i dobrego imienia służby oraz przestrzegać zasad etyki zawodowej”. Bardzo na to liczę. A przy okazji – pamięta Pan, że kiedy zgodnie z procedurą podpisywał formularz aktu ślubowania, szef podał Panu rękę i powiedział „Witam w szeregach policji”? Otóż chcę Panu powiedzieć, że kimkolwiek był człowiek, który przyjął Pana do służby, pewne jest, że to nie był właściciel polskiej policji. Bo policja nie należy ani do faceta, który kompromitował podwładnych przypinając im anielskie skrzydła, ani do komendanta, który zatrudnił policjantów do produkowania konfetti, sypanych z helikoptera na głowę jego szefa, zachwyconego tą lizusowską adoracją. Właścicielem policji nie jest polityk wygrażający kodeksem karnym każdemu, kto jego zdaniem nawołuje, by policja odmawiała wykonania rozkazów. Policja nie jest własnością cymbała, który za nazwanie komucha komuchem grozi dzielnej kobiecie oskarżeniem o propagowanie ustroju komunistycznego. Nie należy również do bałwana, który ubranie postaci Lecha Kaczyńskiego w koszulkę z mądrym i dowcipnym wezwaniem: „Konstytucja, Jędrek!” nazwał „znieważeniem pomnika”. Policja nie jest też własnością peerelowskiego prokuratora, który do dzisiaj nie przeprosił oskarżanych opozycjonistów i nadal kłamie opowiadając, jak to się wtedy narażał.

W szczególności właścicielem Policji nie jest ten facet, który próbuje brać nas obu na krzyk, odłączyć nas od rozumu i zastraszyć.  Nie zazdroszczę Panu ministra, którego starsi koledzy z pomorskiej policji notowali niegdyś za napady i rozboje, a dziś używa Pana do uciszania niezadowolonych obywateli niemal tak, jak używa się pasty do butów.  Z jednej strony straszy Pana karami za odmowę wykonania także tych rozkazów, których wykonać Panu nie wolno, a z drugiej strony mruga do Pana, że jakby co, to jest Pan kryty. To prawda, że obecne władze policyjne i polityczne mają niejaką wprawę w osłanianiu policjantów nadużywających siły i uprawnień. Tyle tylko, że kiedy ktoś uwierzy w swoją bezkarność i złamie prawo, to mają go w garści. Wtedy policjant staje się ich własnością.

Nie pozwólcie na zawłaszczenie siebie ani waszej formacji przez kogokolwiek. Bo tak naprawdę POLICJA JEST NASZA! Pan też jest nasz. I pana koledzy również – tak długo, póki nie sprzedadzą swojego honoru za awans i podwyżkę. A jeśli to zrobią, to po klęsce PiS staną się ofiarami państwa bezprawia. Nie ominie ich lustracja, taka jak podczas poprzedniego powrotu do demokracji. Nie pozostanie bez kary nikt, kto sam łamał prawo lub był wspólnikiem bezprawia. Nie pozostaną w zawodzie tchórze i koniunkturaliści, którzy mogli odmówić wykonywania bezprawnych rozkazów, ale im się nie opłacało, albo się bali. Mam nadzieję, że Pana to nie dotyczy.

Licząc na odważne i rozważne decyzje –

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o państwie policyjnym.

Ujawnione przez OKO.press operacyjne działania policji i tajniaków wobec protestów w obronie niezależności sądów w lipcu ubiegłego roku powinny przerażać. Ale nie przerażają.

Dlaczego? Bo tego się spodziewaliśmy. Do inwigilowania protestujących rzuconych zostało tylko w Warszawie przeszło 2 tys. zwykłych policjantów i „niezwykłych” z wydziałów kryminalnych, do walki z przestępczością narkotykową, gospodarczą, itd.

Dotyczy to tylko Warszawy, podobnie z pewnością było w innych miastach, np. w Poznaniu protesty miały większe rozmiary, zresztą jak i w roku bieżącym. Dowiadujemy się o tym po roku i dowiadujemy się szczegółów, w jaki sposób inwigilowani byli liderzy opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Nie dziwią też groteskowe raporty, policja przypomina milicję z czasów PRL.

Obecna władza jest żywcem przeniesiona z PRL, mam na myśli choćby ministrów spraw wewnętrznych – z ubiegłego roku Mariusza Błaszczaka i ministra z rządu Mateusza Morawieckiego, Joachima Brudzińskiego. Obydwaj aparatczycy rodem z „Ucha prezesa”, albo z archiwalnych skeczów kabaretu Tey.

Ujawnione dane są wierzchołkiem góry lodowej inwigilacji ubiegłorocznych protestów. To w istocie wierzchołek państwa policyjnego, które ze swej natury jest państwem bezprawia łamiącym Konstytucję.

Jak po upadku PRL utworzony został Instytut Pamięci Narodowej (IPN), tak po upadku PiS powinien powstać Instytut Badania Bezprawia Władzy PiS (IBBWPiS), bo muszą „spisane być czyny i rozmowy”.

Tymczasem musimy sobie radzić. Musimy uczyć się nowych form oporu pokojowego, aby nie doszło do sytuacji, jak mówi jeden z liderów społeczeństwa obywatelskiego Paweł Kasprzak, gdy „wystarczy, żeby ktoś podstawiony pierdyknął workiem z czerwona farbą w twarz policjanta i zacznie się jatka”.

Musimy wyzbyć się podejrzliwości wobec siebie, bo po takich enuncjacjach o tajniakach umieszczonych pośród nas łatwo o chorą nieufność, a ta może szybko przerodzić się w agresję. Protesty więc winny być podstawą wspólnot, w których ze sobą się rozmawia i bliżej poznaje.

Ogromne znaczenie mają osobowości liderów opozycji. W dalszym ciągu wśród protestujących widzę dużo nadziei, żaru i siły. Po przeszło dwóch latach protestów wobec rządów PiS są to twarze uśmiechnięte, nie naznaczone resentymentem, albowiem tylko wtedy bezprawie i zamordyzm upadną, gdyż boją się otwartości i ludzi gotowych do dialogu.

Będą na nas słać swoich agentów, ale nie lękajmy się ich, zło jest zawsze słabe, bo zło jest tchórzliwe, otacza się kordonami i zamyka w twierdzach, w których jedyną przyszłością jest odejście, śmierć.

>>>

PiS wysyła policję i tajniaków na protestujących

Zwykły wpis

Ujawnione przez OKO.press operacyjne działania policji i tajniaków wobec protestów w obronie niezależności sądów w lipcu ubiegłego roku powinny przerażać. Ale nie przerażają.

Dlaczego? Bo tego się spodziewaliśmy. Do inwigilowania protestujących rzuconych zostało tylko w Warszawie przeszło 2 tys. zwykłych policjantów i „niezwykłych” z wydziałów kryminalnych, do walki z przestępczością narkotykową, gospodarczą, itd.

Dotyczy to tylko Warszawy, podobnie z pewnością było w innych miastach, np. w Poznaniu protesty miały większe rozmiary, zresztą jak i w roku bieżącym. Dowiadujemy się o tym po roku i dowiadujemy się szczegółów, w jaki sposób inwigilowani byli liderzy opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Nie dziwią też groteskowe raporty, policja przypomina milicję z czasów PRL.

Obecna władza jest żywcem przeniesiona z PRL, mam na myśli choćby ministrów spraw wewnętrznych – z ubiegłego roku Mariusza Błaszczaka i ministra z rządu Mateusza Morawieckiego, Joachima Brudzińskiego. Obydwaj aparatczycy rodem z „Ucha prezesa”, albo z archiwalnych skeczów kabaretu Tey.

Ujawnione dane są wierzchołkiem góry lodowej inwigilacji ubiegłorocznych protestów. To w istocie wierzchołek państwa policyjnego, które ze swej natury jest pańswem bezprawia łamiącym Konstytucję.

Jak po upadku PRL utworzony został Instytut Pamięci Narodowej (IPN), tak po upadku PiS powinien powstać Instytut Badania Bezprawia Władzy PiS (IBBWPiS), bo muszą „spisane być czyny i rozmowy”.

Tymczasem musimy sobie radzić. Musimy uczyć się nowych form oporu pokojowego, aby nie doszło do sytuacji, jak mówi jeden z liderów społeczeństwa obywatelskiego Paweł Kasprzak, gdy „wystarczy, żeby ktoś podstawiony pierdyknał workiem z czerwona farbą w twarz policjanta i zacznie się jatka”.

Musimy wyzbyć się podejrzliwości wobec siebie, bo po takich enuncjacjach o tajniakach umieszczonych pośród nas łatwo o chorą nieufność, a ta może szybko przerodzić się w agresję. Protesty więc winny być podstawą wspólnot, w których ze sobą się rozmawia i bliżej poznaje.

Ogromne znaczenie mają osobowości liderów opozycji. W dalszym ciągu wśród protestujących widzę dużo nadziei, żaru i siły. Po przeszło dwóch latach protestów wobec rzadów PiS są to twarze uśmiechnięte, nie naznaczone resentymentem, albowiem tylko wtedy bezprawie i zamordyzm upadną, gdyż boją się otwartości i ludzi gotowych do dialogu.

Będą na nas słać swoich agentów, ale nie lękajmy się ich, zło jest zawsze słabe, bo zło jest tchórzliwe, otacza się kordonami i zamyka w twierdzach, w których jedyną przyszłością jest odejście, śmierć.

>>>