Tag Archives: Nowa Zelandia

Duda marginalizuje Polskę, tak ten dudek robi z siebie Polaczka

Zwykły wpis

W niedzielę na murach warszawskich kościołów zawisną dziecięce buciki. W ten sposób zostaną upamiętnione ofiary księży pedofilów. Do akcji mogą włączać się inne miasta.

„Baby Shoes Remember” to akcja, która narodziła się w Irlandii. Wieszanie dziecięcych bucików na murach kościołów i kuriach ma przypominać o ofiarach księży pedofilów.

Chodzi w niej również o to, żeby duchowni musieli sami ściągnąć buciki z murów. Dlaczego? – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają poczuć się osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówi TOK FM jedna z organizatorek akcji w Polsce Nina SankarI z Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego.

USA. Pensylwania ujawnia gwałcicieli w sutannach. Na karę jest za późno

W Polsce o włączenie się do inicjatywy została poproszona broniąca ofiar pedofilii w polskim Kościele Fundacja „Nie lękajcie się”. Akcja jest organizowana w najbliższą niedzielę na całym świecie. Tego dnia papież Franciszek będzie w Dublinie na Światowym Spotkaniu Rodzin. Głowa Kościoła ma spotkać się z ofiarami pedofilii i modlić się za nie w dublińskiej katedrze.

Sabina Zalewska podtrzymuje decyzję o kandydowaniu na Rzecznika Praw Dziecka i odpiera zarzut plagiatu. Jej tłumaczenia kompromitują ją jeszcze bardziej.

>>>

Nie mam złudzeń…………

Wszystko przez fanfaronadę i głupie przechwałki na temat własnej roli w negocjacjach o przyjęcie Polski do Unii Europejskiej. Podczas konwencji wyborczej PiS, Morawiecki palnął w Sandomierzu: „Sam negocjowałem przystąpienie do Unii Europejskiej”. Nie tylko Internet odpowiedział mu nie szczędząc szyderstw… Leszek Miller napisał: „Nic Pan nie negocjował. Proszę choć poczekać do czasu, kiedy umrę”.

Z miejsca odezwały się też sondażownie. Z sondażu SW Research dla serwisu rp.pl. wynika, że Polacy do cna rozumu nie stracili i aż 54 proc. spośród nas, uważa, iż stwierdzenie premiera Mateusza Morawieckiego jest nieuprawnione. Tylko 14 proc. respondentów – choć nie wiadomo na jakiej podstawie – uważa, że miał prawo do takiej wypowiedzi.

Słowa premiera to zwykłe kłamstwo i przechwałka, bo pracował on w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej ledwie kilka miesięcy. I to jako zwykły urzędnik od papierologii. Pisaliśmy o tym powołując się na autorytety i świadków tamtej kariery Morawieckiego. Ulotnił się stamtąd do biznesu. Aż dziwne, że w obronę szefa rządu wziął m.in. minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz.

„Premier Mateusz Morawiecki doskonale wie, na czym polegają negocjacje z UE i swoją wypowiedzią w Sandomierzu chciał właśnie to wyrazić; natomiast oskarżanie go o to, że rzekomo przypisuje sobie nienależne zasługi w procesie akcesji Polski do UE jest absurdalne” – powiedział Faktowi Czaputowicz .

Jak komentują te opinię osoby znające ministra sprzed lat: „Kiedyś takich słów by nie wypowiedział. No. ale cóż, on ma pięć córek. Musi rodzinę utrzymać – opowiadają znajomi Czaputowicza sprzed lat i dodają, że nawet nie są na niego źli.  No, samo życie – wzdychają – cytuje Fakt.

„Tyle że premier Morawiecki podczas wiecu naprawdę rzucił proste hasło. A hasło, jak wiemy, jest po to, aby ludzie je zapamiętali.   Wiarygodność premiera jest żadna. I to każdy widzi” – powiedział dziennikowi szef sztabu wyborczego PSL poseł Piotr Zgorzelski. I dodał: „Taką samą miał wiarygodność, kiedy robił sobie zdjęcia w stodole, aby „chwycić” wyborców PSL i rolników. A przez całe lata był banksterem i bankierem, a nie żadnym negocjatorem”.

Opozycja drwi i zaciera ręce: „Cieszymy się, że Morawiecki jest twarzą kampanii PiS. Naprawdę. Bo jest tak niewiarygodny, że naprawdę nikt mu nie uwierzy” – skomentował słowa premiera szef sztabu wyborczego Platformy Tomasz Siemoniak.

Nieswojo poczuli się nawet PiS–owcy: „Moim zdaniem Mateuszek nie da rady. Nie ma takiego podejścia do wyborców, jakie miała Szydło” – ocenił członek władz Prawa i Sprawiedliwości.

Krystyna Pawłowicz zaapelowała do polskich do przedsiębiorców o postawianie na polskich pracowników:

„Polscy przedsiębiorcy! Patriotyzm gospodarczy to też wasz obowiązek! Zatrudniajcie przede wszystkim Polaków, a nie obcych niewolników za grosze. I GODNIE Polakom płaćcie. Nie róbcie ze swej Ojczyzny własnej biznesowej kolonii. Doceńcie pracę polskich rąk” – napisała na Twitterze PiS–owska funkcjonariuszka. Na odpowiedź długo nie czekała. Internauci zwrócili posłance uwagę na to, że swój apel kieruje do niewłaściwego adresata.

Ze swoim wnioskiem powinna się raczej udać do PiS-owskiego rządu, który swoimi działaniami ściąga do kraju coraz większe ilości pracowników z Ukrainy i innych krajów. „Przedsiębiorca, który Pani posłucha, straci przewagę na rynku, bo jego konkurent, który zatrudni tańszych Ukraińców lub innych z zagranicy, będzie miał niższe koszty” – napisał jeden z komentujących.

„A w tym wszystkim smaczki, jak chociażby Karta Polaka i wszechobecne zniżki. Sam takiej wyrobić nie mogę, bo jestem Polakiem… ot ironia” – zwrócił uwagę ktoś inny. „Złożyła już Pani tę interpelację, czy tylko akty strzeliste na TT?” – pytała internautka. „Niech Polakom obniżą podatki, wtedy Polacy będą więcej zarabiać. A takie apele to można sobie w buty wsadzić najwyżej” – dodawała kolejna osoba.

„Przecież to PiS dopłaca polskim przedsiębiorcom za każdego zatrudnionego Ukraińca! Czy Pani ma w ogóle świadomość co robi Pani partia?” – pytał inny komentujący.

„Mali przedsiębiorcy liczą każdy grosz, wielcy się nie patyczkują. Ukraińców pani spotka i na gospodarstwach rolnych na wsiach i w wielkich sieciowych restauracjach” – zwrócił uwagę internauta. „Mali liczą każdy grosz, bo koszty prowadzenia działalności są wysokie, duża biurokracja itp. Pis jakoś wydaję się tego nie zauważać… Ale z mojego doświadczenia wynika, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Szkoda języka” – napisał pan Łukasz. To zaledwie kilka z kilkuset komentarzy pod postem Krystyny Pawłowicz. Trudno nawet znaleźć pozytywne komentarze broniące posłanki.

Na pierwszy rzut oka pomysł wydawał się atrakcyjny. Udało się znaleźć idealny przykład pod tezę, że Warszawa, podobnie jak Polska przed nastaniem dobrej zmiany, jest w ruinie i postanowiono z pełną parą ten przykład nagłośnić i wyeksponować. Sofia, stolica Bułgarii, z której aktywiści miejscy jeszcze niedawno gościli w polskiej stolicy, zachwycając się komunikacyjnymi rozwiązaniami, nagle ma się stać przykładem do naśladowania. Wszystko dlatego, że, jak tłumaczą pomagierzy Patryka Jakiego, w ciągu ostatnich trzech lat udało się tam zbudować więcej kilometrów metra niż w znacznie bogatszej Warszawie – czyli HGW jest do kitu, stolico Bułgarii bądź nam wzorem. W sam raz do wyborczego hasła kandydata PiS czyli “Nie mówcie, że się nie da”. Jak wspomniałem, plan wydawał się na tyle genialny, że postanowiono sfinansować zagraniczną wycieczkę kilku redaktorom spoza mediów prorządowych, by ten nadchodzący sukces dobrze rozgłosili. Coś jednak zdecydowanie poszło nie tak, a pomysłodawca tego eventu w stolicy Bułgarii może za niego słono zapłacić, bowiem pod koniec dnia widać już, że to pierwszy tak poważny i kompromitujący Patryka Jakiego fuckup jego kampanii wyborczej.

Po pierwsze, nie udało się wiceministrowi sprawiedliwości obalić narracji, że oto stawia Sofię, jako wzór do naśladowania dla Warszawy. Sieć od rana zalały zdjęcia rozwiązań komunikacyjnych i taboru z Bułgarii, przypominające obrazki z Warszawy sprzed 30 lat. Dumni Warszawiacy z pewnością w przeszłość cofać się nie chcą.

Po drugie, Patryk Jaki musiał zmierzyć się z lokalnymi aktywistami, wspieranymi na polskim internetowym podwórku przez stowarzyszenie Miasto jest nasze, którzy na bieżąco i bezlitośnie punktowali rzeczywiste koszty “wielkiego sukcesu Sofii”, podkreślając że budowa metra odbyła się kosztem innych rozwiązań, co pogorszyło dostęp do systemu transportu. Na dodatek rozmowa odbywała się w języku angielskim, co okazało się bardzo dużym problemem dla stojącego na co dzień pod blokiem wiceministra z Opola. Coś tam wydukał, pokiwał głową i westchnął ciężko na tego, kto go wkopał w ten event.

W ten oto sposób z wielkiego hitu został wielki kit, co nie uszło uwadze komentatorów, którym Jaki wycieczki nie ufundował.

Pora wracać pod blok na spotkania z warszawskim aktywem. I dalej obiecywać wszystko i wszystkim, na bezczela i traktując wyborców jak idiotów. W końcu do mediów głównego nurtu i tak bardziej niż bułgarska kompromitacja Jakiego przebije się taśma klejąca Trzaskowskiego i to, że to Komorowski bis. Aha, i zrobić dwa razy więcej tweetup’ów, by centrowi dziennikarze mogli się najeść i opić markowym alkoholem, by więcej było newsów, pokazujących obciachowość kandydata PO. To jest zdecydowanie bardziej opłacalne.

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

PiS-owi do zawłaszczania sądownictwa pozostała ostatnia instytucja – Sąd Najwyższy, gdy on zostanie zdobyty, kasta pisowskich prawników będzie strzegła bezprawia, nie pozwolą, aby PiS oddał komukolwiek władzę. Czy im się uda zamach na Sąd Najwyższy?

Krajowa Rada Sądownictwa z nominacji PiS dokonuje wyboru kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Odbywa się to w pośpiechu, kandydaci są wyjątkowo mierni, bo tylko tacy mogą być wierni.

Przed KRS protestowała dziesiątka aktywistów ze Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego UW i kilku członków Obywateli RP, mieli ze sobą transparent z napisem „Nie ma sprawiedliwości bez niezależności”. Przyznajmy, w tym haśle pobrzmiewa esencja demokracji, w rytm tego zdania winno bić serce społeczeństwa obywatelskiego.

Można zadać pytanie – ba, należy zadać to pytanie! – dlaczego tak niewielu jest świadomych wagi zdarzeń, które dokonują się na naszych oczach. Wszak po wyborze kandydatów i mianowaniu ich na sędziów Sądu Najwyższego Temidą będzie Jarosław Kaczyński, a nie bogini sprawiedliwości z zasłoniętymi oczami, czyli logo niezależności sądownictwa.

PiS spieszy się z proponowanymi kandydatami, a następnie z mianowaniem ich na sędziów Sądu Najwyższego, aby zdążyć przed wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który wypowie się, co do zgodności prawa unijnego z ustawą znoszącą Sąd Najwyższy w dotychczasowej konstytucyjnej postaci.

PiS załatwia sobie bezprawie poprzez fakty dokonane, aby stało się tak, iż orzeczenie TSUE miało dotyczyć instytucji, której już nie ma (Sądu Najwyższego w obecnym kształcie), aby wyrok stał się bezprzedmiotowy.

Wówczas egzekwowanie prawa unijnego, w gestii Komisji Europejskiej pozostanie tylko jedno narzędzie: nałożyć sankcje na Polskę rządzoną przez PiS.

Aby nie doszło do takich skrajnych sytuacji, do prezydenta Andrzeja Dudy apelują nasze największe organizacje sędziowskie i pozarządowe: „Przyłożenie ręki do tych nominacji oznaczać będzie początek faktycznego wyjścia z Unii Europejskiej”.

„Wciąż ma Pan ten wybór i to na Pana, a nie szeregowych polityków czy członków KRS, zwrócone są oczy całego świata”. Ogromna większość prawników i sędziów apeluje do Dudy, aby nie powoływał sędziów do Sądu Najwyższego.

Czy przebywający w Australii i Nowej Zelandii Andrzej Duda posłucha? Wszak tam spotkał się z rodakami, którzy witali go protestując w koszulkach z napisem Konstytucja.

Czy Duda nawróci się na prawo, na dobro Polski, na standardy demokratyczne i cywilizację zachodnią? Nadzieja umiera ostatnia, oby ta nadzieja nie była złudzeniem, bo Duda wydaje się być złudzeniem jako prezydent, a nadzieją, że jednak przypomni sobie, że powinien strzec konstytucji, jest warta funta kłaków.

Czyżbyśmy mieli prezydenta wartego funta kłaków? A może mniej.

Komorowski o nominacjach do SN: Rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski

– Decyzje prezydenta Dudy będą oznaczały, że albo Polska będzie istotnym elementem, wiarygodnym elementem rodziny europejskiej albo znajdzie się na marginesie. Niestety coraz bardziej rząd PiS-owski, prezydent Duda w moim przekonaniu niestety, przyczyniają się do marginalizacji Polski, do jej spychania na margines Unii Europejskiej – mówił Bronisław Komorowski w rozmowie z Justyną Pochanke w „Faktach po Faktach” TVN24.

Duda ośmieszył się i został ośmieszony. Pajac w Australii i Nowej Zelandii

Zwykły wpis

Tak jak w Australii, także w Nowej Zelandii w związku z wizytą prezydenta Andrzeja Dudy, protestuje część polskiej społeczności, niezadowolona z reformy sądownictwa – informuje Onet, powołując się na Radio New Zealand.

To pierwsza wizyta Prezydenta Polski w Australii. Andrzej Duda złożył wczoraj wizytę przy pomniku upamiętniających 800 polskich uchodźców, którzy w czasie II wojny światowej znaleźli wspomnienie w Nowej Zelandii. Wśród członków Polonii pojawili się ludzie, którzy sprzeciwiają się polityce prowadzonej przez PiS.

Protestujący ubrani byli w koszulki z napisem „Konstytucja”. Część z nich dzierżyła w dłoni białe róże, jeden z symboli pokojowego protestu przeciwko rządom skrajnie prawicowej partii. Polski rząd oddala się od zachodnich standardów demokratycznych, zmuszając 73 sędziów do wcześniejszego przejścia na emeryturę. W polityce zagranicznej sprzeciwia się przyjmowaniu uchodźców z regionów świata ogarniętych wojną – czytamy na stronie radia.

W ubiegłym miesiącu tysiące ludzi protestowało w centrum Warszawy przeciwko ustawie, która przyznawała rządowi większą kontrolę nad nominacjami sędziowskimi. Komisja Europejska sprawdza, czy swoim postępowaniem rządzący w Polsce nie naruszyli praworządności.

Marta Edgecombe, która znalazła się wśród protestujących, twierdzi, że Polacy obawiają się dalszego łamania prawa. – Ludzie odczuwają strach – mówi. Jej zdaniem wielu Polaków obawia się protestować ze strachu przed potencjalnymi represjami. – Boją się, że policja zapuka do ich domów o szóstej nad ranem – powiedziała kobieta, cytowana przez Onet.pl.

Zachowanie Edgecombe spotkało się z krytyką części rodzin polskich uchodźców, zdaniem których polityka nie powinna zakłócić obchodów uroczystości historycznej. Kobieta rozumie to, ale górę wzięła jej obawa przed bliskimi, którzy znajdują się w Polsce.

To kolejne protesty, z którymi spotkał się Duda podczas swojej podróży po Australii. Wcześniej sympatycy Komitetu Obrony Demokracji pojawili się także w Sydney i Melbourne.

Marcin Betkier, profesor prawa na Uniwersytecie Victoria w Wellington powiedział, że Polska znajduje się w głębokim kryzysie rządów prawa. – Od 2015 roku, kiedy prawicowy rząd przejął władzę, następuje systematyczny demontaż wymiaru sprawiedliwości. Kawałek po kawałku został kupiony przez partię rządzącą, która zniszczyła kilka instytucji kluczowych dla polskiej demokracji”.

Co z tego wszystkiego ma zrozumieć suweren? Z jednej strony sprawy poważne – niezgodny z prawem i nie transparentny nabór na sędziów Sądu Najwyższego oraz nierespektowanie przez nową KRS nadchodzącego i trwającego postępowania przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, z drugiej temat ważny, ale nie całkiem poważny, czy sędzia Muszyński, oficer wywiadu UOP chce czy nie chce być sędzią SN.

Wydawać by się mogło, że KRS to poważna instytucja, a Mariusz Muszyński wiceszef Trybunału Konstytucyjnego też powinien być w miarę serio. Tymczasem okoliczności zgłoszenia jego kandydatury do SN, potem niestawienie się na przesłuchanie, ostatecznie wycofanie z kandydowania, wygląda dość kabaretowo.  Tym bardziej, że wydarzenia rozciągnięte w czasie, podczas których sędzia najpierw nie potwierdzał spekulacji prasowych, potem nie zaprzeczał, a ostatecznie zabawę w kotka i myszkę zakończył rezygnacją, nie dodają powagi ani jemu, ani instytucjom z którymi jest związany. Trudno jednak uwierzyć, że tak po prostu sędzia wstał rano i rzekł, e tam, nie będę kandydował. Pewnie ta pisowska „gra w kulki” ma przesłonić coś ważniejszego…

Na razie w KRS trwają tajne przesłuchania.  Jaki będzie efekt końcowy nie wiemy.

I prawdopodobnie ten niepokój oraz troska o losy Polski spowodowały, że przed siedzibą KRS, na Rakowieckiej, zebrały się największe autorytety prawnicze. Zorganizowana konferencja prasowa dotyczyła właśnie nagłego posiedzenia nowej KRS oraz naboru na sędziów Sądu Najwyższego.

Zebrani: prof. Marcin Matczak (Zespół Ekspertów Prawnych Fundacji Batorego), dr Barbara Grabowska-Moroz (Helsińska Fundacja Praw Człowieka), sędzia Katarzyna Wróbel (warszawski oddział Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”), Maria Ejchart-Dubois (inicjatywa #WolneSądy, Komitet Obrony Sprawiedliwości – KOS) oraz Marek Tatała i Patryk Wachowiec (Forum Obywatelskiego Rozwoju – FOR) apelowali do Andrzeja Dudy: – „Apelujemy do prezydenta, żeby wstrzymał nabór sędziów do Sądu Najwyższego”.

Czy prezydent Andrzej Duda usłyszy ten głos? Czy to będzie głos wołającego na puszczy?

W ostatnim programie „Gość Wiadomości TVP” swoje przysłowiowe pięć minut miała prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska. Była przewodnicząca Wydziału Pracy i Ubezpieczeń Społecznych wypowiadała się na temat nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym nakazującej m.in. przejście w stan spoczynku sędziów, która jest sprzeczna z konstytucją.

“Sędziowie, jeśli uważają, że przepisy dot. przechodzenia w stan spoczynku są niezgodne z konstytucją, to powinni takie pytania skierować do TK. Obojętne, czy to się komuś podoba, czy nie, tak stanowi konstytucja – to TK bada zgodność przepisów z konstytucją. Tylko on jest do tego uprawniony” – powiedziała Przyłębska, dodając: – „Nie znam sytuacji, żeby ktoś w zakładzie pracy, kiedy pracodawca kieruje na emeryturę, a pracownik napisał list do pracodawcy, że uważa, że nadal jestem pracownikiem”.

Słowa nowej pani prezes wywołały kpiny ze strony internautów. „Hmm. Ja też nie znam takiej sytuacji, bo emerytura to uprawnienie, a nie obowiązek, i pracodawca nie ma „prawa” do „skierowania na emeryturę”, gdyż NIE MA TAKIEJ INSTYTUCJI JAK SKIEROWANIE NA EMERYTURĘ” – komentuje Krzysztof Paczkowski.

W dalszej części programu Przyłębska skrytykowała akcję wieszania koszulek z napisem „konstytucja”. „Koszulki z napisem “Konstytucja” na krzyżach są naruszeniem moich uczuć religijnych. Nieważne, co jest napisane na tych koszulkach. Po prostu krzyż nie jest miejscem do zawieszania czegokolwiek. Krzyż jest symbolem religijnym” – powiedziała Przyłębska.

Również i ta wypowiedź doczekała się odpowiedniego komentarza ze strony internautów: „Pani obecność w Trybunale Konstytucyjnym jest naruszeniem prawa. Proszę sobie odpowiedzieć, co jest ważniejsze.” – podsumował Bezczelny Lewak.

Udział Julii Przyłębskiej w programie telewizji publicznej potwierdza nie tylko stronniczość TVP, ale jest również przykładem manipulacji faktami i tworzenia jedynie słusznej, partyjnej narracji, która niestety trafia do szerokiego kręgu odbiorców. PiS odpowiedzialny za łamanie Konstytucji, słowami swojej prezes TK usiłuje przekonać, że wszelkie działania osób stających w obronie najważniejszego aktu prawnego – w tym sędziów – są bezprawne.

Trzaskowski, to ile żeś tych spotkań z ludnością już odbył? Oj, niewiele… A nie łaska tak wziąć przykład z Jakiego? Któremu naprawdę się chce, jest ambitny i gryzie trawę prawie jak Luka Modrić na mundialu. Tymczasem zblazowana warszawka uważa, że czy się stoi, czy się leży, to stolica się należy. Ale te czasy już nie wrócą. Czas wbić to sobie do głowy, bo jak nie, to… sam wiesz najlepiej, jak to było z pijaną zakonnicą w ciąży na pasach. Może z twoich apartamentów tego nie widać, ale ona już się zbliża.

Kandydat memiczny zaorał się sam

Z tą ławeczką to żeś się chłopie ośmieszył. Oczywiście trzeba się z warszawiakami spotykać i wysłuchiwać przez całą dobę, co im leży na sercu. Ale z głową, pogadać jak zwykły człowiek ze zwykłym człowiekiem, w normalnych okolicznościach przyrody, na bazarze albo pod blokiem. A tyś sobie postawił dizajnerską ławeczkę i teraz jesteś kandydatem memicznym.

Oj, Trzaskowski… A już mieliśmy nadzieję, że wreszcie załapałeś, jak się robi dobrą kampanię. Przecież dobrze wam życzymy, bo nie wolno oddać PiS-owi Warszawy. A ty co? Znów na laurach? A może sodóweczka ciągle nie wywietrzała? Kiedy było ostatnie spotkanie w Ursusie? PRZED-WCZO-RAJ! A potem nic, zero kampanii, przerwa w życiorysie. Tymczasem Jaki już o czwartej rano stał na patelni i częstował przechodniów kawą. Odpukać, ale te wybory raczej już są pozamiatane. Nie uciekniecie przed zakonnicą.

He he, co za debil, najpierw gadał z pszczołami, a teraz taśmą klejącą próbował skleić kobiecie drzwi… Facet do niczego się nie nadaje, sam się zaorał. No to kaplica.

Jaki pracuje nad wrażeniem, ale to Trzaskowski jest liderem

Medialne „analizy” kampanii warszawskiej

I tak dalej. Wybaczcie Państwo przejaskrawienia i złośliwości. Ale coraz trudniej wchłaniać kolejne porcje medialnych analiz z kampanii warszawskiej. Czasem wręcz mdli od nagromadzenia identycznych klisz, niezmiennie podawanych w tym samym paternalistycznym sosie. Nagle zaroiło się od domorosłych geniuszy politycznego marketingu, którzy zawsze świetnie wiedzą, co w kampaniach się sprawdza, a co nie. Bez ograniczeń mogą więc suflować kandydatom swoje złote rady. Zwłaszcza jednemu z kandydatów, który zawsze robi wszystko źle. W odróżnieniu od jego głównego rywala, który z kolei za każdym razem imponuje i zachwyca, nawet jeśli powszechnie wiadomo, że jego seryjnie wypluwane obietnice to zwykła ściema. Bez wewnętrznej logiki, bez szans na realizację, bez sensu.

Trzaskowski ma brać przykład z Jakiego?

Jasne, jakie deficyty ma Trzaskowski – każdy widzi. Czasem sam się podkłada. Nikt go w końcu nie zmuszał do narcystycznych wynurzeń z Geremkiem w tle ani trywialnych komentarzy na Święto Wojska Polskiego. To nie jest dobry kandydat na obecne czasy, a już zwłaszcza w zaistniałym kontekście. Bo jeśli jest się typowym przedstawicielem inteligenckiej socjety stolicy, a naprzeciwko staje rzutki chłopak z blokowiska, to nie ma zmiłuj. Natychmiast uruchamia się stereotyp „elyt” i człowiek musi walczyć już nie tyle z rywalem, co z samoistnie uszytym własnym wizerunkiem.

Ile w Polaku chłopa, ile Pana

A tu jeszcze media, teoretycznie obecnej opozycji przeważnie sprzyjające, uparły się ów stereotyp jeszcze bardziej umacniać. Bo nieustanne zaganianie Trzaskowskiego do roboty, całe to chóralne „więcej aktywności i zaangażowania”, „bierz przykład z Jakiego” wydobywa przede wszystkim niemożność sprostania oczekiwaniom.

Po klęsce Komorowskiego takie rady nawet wydają się sensowne. Tyle że kandydat PO nigdy przecież nie będzie dość rzutki, dość aktywny i dość pracowity. Nie skopiuje tupetu Jakiego, jego sprawności w przygodnych kontaktach z elektoratem, sprytu i refleksu. Nie będzie też równie zdeterminowany, skoro dla kandydata PiS polityka jest zapewne jedyną życiową opcją, podczas gdy Trzaskowski ma ich w zanadrzu całkiem szeroki wachlarz. Ale tym gorzej dla niego. W każdym epizodzie kampanii koniec końców musi potwierdzić stereotyp zblazowanego i leniwego liberała. Został na amen upupiony, i to głównie przez nominalnych sojuszników.

Prawdziwa stawka wyborów samorządowych

Kampania stanęła na głowie

Trudno nie zapytać także o media. A przynajmniej o sporą ich część, która popadła w daleko idące skretynienie i postawiła elementarne sprawy na głowie. Narodowym dajmy przy tym chwilowo spokój, inna jest bowiem logika ich działania, inne też cele.

Cóż takiego stanęło na głowie? Ano to, że głównym, a często i jedynym kryterium oceny kampanii politycznej stała się w bieżącym sezonie skuteczność w pozyskiwaniu głosów. Po raz pierwszy w takim zakresie rozlicza się polityków nie z wiarygodności składanych obietnic, lecz z biegłości w manipulowaniu emocjami wyborców. Intensywność prowadzenia kampanii okazuje się istotniejsza od tradycyjnych etycznych parametrów i programowej solidności. Przed laty dostało się Leszkowi Millerowi za obiecywanie gruszek na wierzbie. Niesłusznie, bo Miller, biorąc obietnicę w gruby ironiczny nawias, przede wszystkim zakpił sobie z ówczesnej solenności brania słów polityków poważnie. Teraz pewnie zostałby wyśmiany przez redakcyjnych spindoktorów za oldskulową narrację i brak konkretnych obietnic.

Pszczoły i kawa na patelni znaczą więcej niż predyspozycje

Co rusz dochodzi do skumulowanego absurdu, gdy media wymagają od kandydatów sprawozdań, ile odbyli spotkań z wyborcami. Po czym – jakby to była informacja w czymkolwiek wzbogacająca życie publiczne – pieczołowicie owe sprawozdania weryfikują, demaskując nieścisłości. Jakby pracowitość we wciskaniu kitu wyborcom zapowiadała przyszłą pracowitość na urzędzie. I tak gdzieś po drodze umyka sens całej rywalizacji. Realne predyspozycje do sprawowania władzy stają się marginalne. Ważniejsza są ławeczka, pszczoły, kawa na patelni i bazarowy small talk.

Z jednej strony trudno ignorować rzeczywistość. Politycy mają coraz więcej sposobów, aby komunikować się z wyborcami bez pośrednictwa mediów. Dawna arystokratyczna wyniosłość świata dziennikarskiego wobec marketingu politycznego dziś jedynie świadczyłaby o jego bezsilności. Niemniej bezrefleksyjne adaptowanie nowych reguł w jeszcze większym stopniu świadczy o kapitulacji i upadku mediów. Aktywnie przykładają bowiem rękę do utrwalenia zwyrodniałej hierarchii, która sprawia, iż polityka gorsza z zasady wypiera lepszą, a życie publiczne opanowuje wszechobecna i populistyczna tandeta. Na dłuższą metę to zresztą bez większego znaczenia, czy pisowska, czy też platformerska.

Paweł Rabiej: Obwinianie Rafała Trzaskowskiego za błędy PO jest nieuprawnione

Waldemar Mystkowski pisze o Morawieckim.

Arcybiskup Wacław Depo ogłosił, że ponad Konstytucję stawia Ewangelię. Podobny pogląd, acz innymi słowy wyraziła prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska, dla której koszulki z napisem „Konstytucja” na krzyżach, które pojawiły na demonstracjach, naruszają uczucia religijne.

Władza PiS ukrzyżowała konstytucję, którą następnie złożona została przez nich do grobu. A my na polskiej Golgocie demokracji, wyrażamy nadzieję, że zmartwychwstanie za pomocą kartki wyborczej.

Konstytucja w kraju stała się dla władzy przekleństwem, wrogiem publicznym. Powoduje do tego stopnia wzmożenie, że władza ściga Polki i Polaków za ubieranie pomników w koszulki z napisem tego najbardziej popularnego obecnie słowa, a nawet dochodzi do sytuacji, iż podlizujący się władzy a nie reprezentujący aparatu partyjno-państwowego, nie chcą narażać jej na kontakt z ich przekleństwem, z ich wrogiem publicznym, z ofiarą ich egzekucji.

W Puławach restaurator Grzegorz Szostak w swojej niewielkiej restauracji na drzwiach wywiesił plakat z napisem Konstytucja. Do tego miasta miał przyjechać jeden z wrogów Konstytucji – nawet swego czasu sprecyzował na czym to miałoby polegać: ponad prawem jest naród – premier Mateusz Morawiecki. Więc rozpoczęto naciski na restauratora, aby nie drażnił władzy słowem dla nich wrogim, aby plakat zdjął z drzwi.

Wszak dla Morawieckiego, jak i dla prezesa Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy Konstytucją jest inna książeczka, statut ich partii. Obecny prezydent nawet chciał z tego powodu ogłosić referendum konstytucyjne, które w istocie byłoby referendum nad statutem PiS.

Obecna władza ukrzyżowała Konstytucję, ale to spowodowało powstanie nowych uczuć – uczuć konstytucyjnych, o których jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy, że są istnieją, że nawet są możliwe.

Uczucia konstytucyjne są złożone z takich składników, jak: pielęgnowanie wolności, uwielbienie dla demokracji i przestrzeganie zasad równości wszystkich wobec prawa.

I gdy taki facet od rechrystianizacji jak Morawiecki napotyka na swojej drodze wyznawców uczuć konstytucyjnych dostaje wścieklizny, wodowstrętu, konstytucjowstrętu. Niestety Morawieccy, Kaczyńscy, Dudowie nie mają wpływu na to, że Konstytucja zmartwychwstanie, a oni skończą jak Annasz, Kajfasz i Piłat, bo są ich wcieleniem na polskiej ziemi w XXI wieku.

>>>

Co Duda bierze?

Zwykły wpis

Prezydent Andrzej Duda, po wizycie w Australii przeniósł się do Nowej Zelandii, gdzie w Auckland spotkał się z grupą Polaków, którym ten kraj udzielił schronienia w 1944 roku.

Podczas swojego wystąpienia – na konferencji prasowej – Duda nawiązał do tamtych dramatycznych czasów i do pomocy, jaką polskim uchodźcom zaoferowała wtedy Nowa Zelandia. W porywie wdzięczności jednak zamiast dziękować Nowozelandczykom i ich rządowi, dziękował… irlandzkiemu społeczeństwu i władzy.

„Nowa Zelandia stała się dla nich drugą, obok Polski, ojczyzną, przyjechałem też po to, aby za to podziękować. Podziękować społeczeństwu irlandzkiemu, władzom irlandzkim, złożyłem dzisiaj podziękowania na ręce pani premier za właśnie ten wielki akt człowieczeństwa i tę wspaniałą postawę” – palnął Andrzej Duda.

Prezes Julia Przyłębska jest niczym „Miś z okienka”

Odmawia ocen innym, ale sama nie ma żadnych hamulców przed ich wystawianiem. Przestrzega przed wyrażaniem światopoglądu, ale sama się z nim nie kryje. Sędzia Julia Przyłębska, niczym „Miś z okienka”, opowiada bajki w TVP Info.

W modzie jest sformułowanie: „Jawi mi się pani/pan jako osoba fascynująca”. Tak na Twitterze Zbigniew Boniek pisze do Krystyny Pawłowicz, a ona odpowiada w tym samym stylu. I choć wszystko podszyte jest ironią, to jednak zabawnie na swój sposób. Chciałbym napisać, że i mnie Julia Przyłębska jawi się jako „osoba fascynująca”. Nie mogę.

To nie był jednorazowy skok w bok

Na początku sierpnia Sąd Najwyższy skierował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej pięć pytań prejudycjalnych związanych z przeforsowaną przez PiS ustawą o SN. Chodziło m. in. o zasadę nieusuwalności sędziów i odwoływanie ich ze względu na wiek. Równocześnie sąd postanowił zawiesić stosowanie przepisów trzech artykułów ustawy.

Postępowanie sędziów natychmiast skrytykowali politycy PiS i przedstawiciele Kancelarii Prezydenta (w sumie to chyba wszystko jedno). Głosili, że to niezgodne z Konstytucją. Pal sześć, politycy mówią, co chcą. Przyzwyczaili nas do tego.

Nieoczekiwanie stanowisko zajęła również prezes Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska. Zadzwonili do niej z PAP, to powiedziała co myśli, a myśli, że prawo nie przyznaje Sądowi Najwyższemu kompetencji do „zawieszania stosowania przepisów”. Dzieje się tak „niezależnie od tego, z jakiego aktu normatywnego oznaczony przepis pochodzi, także z ustawy”.

Nawet jeśli Sąd Najwyższy istotnie nie miał podstaw, żeby zrobić to, co zrobił, nie od tego jest prezes TK, żeby telefonicznie komentować postępowanie niezależnej od niej instytucji. Pozwoliłem sobie nazwać to wtedy „wydawaniem wyroków na telefon”. Jednoosobowo, zaocznie.

Łudziłem się, że to tylko wypadek przy pracy, że panią Julię Przyłębską poniosły emocje i tylko na chwilę weszła w rolę, w którą wchodzić nie powinna. O naiwności ludzka.

(…)

Napiszę, że jawi mi się jako „Miś z okienka”. Tak jak misiek przed laty przybliżał dzieciom problemy skomplikowanego świata, tak prezes tłumaczy Polakom, co sądzić o opozycji i sędziach, którzy rzucają „dobrej” zmianie kłody pod nogi. Wyjaśni niezawodnie wszelkie zawiłości związane z wymiarem sprawiedliwości.

Miśkowi pomagał Bronisław Pawlik. Prezes, celnymi pytaniami, Michał Adamczyk. Tylko miejsce pozostało to samo – TVP.

Bajka to, czy nie, ale opowiastka zabawna, więc ją przytoczę. Po jednym z programów, Pawlik – myśląc, że nie jest już na wizji – miał powiedzieć: „A teraz, kochane dzieci, pocałujcie misia w d…”.

Sąd uniewinnił protestujących pod Sejmem 16 grudnia. „Obwinieni to nie intruzi, którzy przyszli pod Sejm przeszkadzać organom państwa. Ich działanie było pożyteczne, wynikało z wrażliwości społecznej, troski o dobro państwa” – uzasadniał postanowienie sędzia Łukasz Biliński.

Postanowienie ma wymiar symboliczny. Nie tylko dlatego, że to pierwsza sprawa o tamte grudniowe protesty. Także dlatego, że zapada w czasie, gdy władza PiS przygotowała sobie już wszelkie możliwe instrumenty nacisku na sędziów: od odbierania im spraw, przez przenoszenie, obarczanie arbitralną decyzją prezesa dodatkowymi obowiązkami, do dyscyplinarnego wydalania z zawodu. To orzeczenie pokazuje, że sędzia mimo to może robić swoje – dzięki wewnętrznej niezawisłości.

Protest pod Sejmem w grudniu 2016 r. był wyjątkowy – ludzie przychodzili tam spontanicznie wieczorem i w nocy. Funkcjonariusz partii rządzącej Marek Kuchciński, wykorzystując władzę marszałka Sejmu, odebrał opozycji parlamentarnej możliwość brania udziału w głosowaniu, m.in. ustawy budżetowej. Ludzie odczytali to jako zamach na demokrację w samym jej sercu: parlamencie.

Władza postanowiła przestraszyć ludzi

Przypomnijmy: marszałek Sejmu, wobec okupowania przez opozycję mównicy w sali plenarnej (w proteście przeciwko wykluczeniu z obrad posła PO Michała Szczerby), przeniósł obrady do Sali Kolumnowej, gdzie mieści się jedynie połowa ustawowej liczby posłów. O obradach zawiadomiono posłów opozycji w ostatniej chwili i tak ustawiono krzesła, by zablokować im wejście, a potem składanie wniosków formalnych (potwierdziły to zeznania posłów PiS Pawłowicz i Terleckiego złożone w prokuraturze, która jednak sprawę umorzyła).

Pod Sejmem zebrało się kilka tysięcy ludzi. Byli naprawdę wkurzeni i zdeterminowani. Padło hasło, żeby blokować wyjazd posłom PiS. Rzeczywiście, niektórzy ludzie kładli się na ziemi przed wyjeżdżającymi z Sejmu limuzynami. Kamery zarejestrowały uśmiechniętą twarz wyjeżdżającego Jarosława Kaczyńskiego, któremu policja „sprzątała” ludzi sprzed samochodu.

Władza chyba się wtedy przestraszyła. I postanowiła postraszyć ludzi. Policja, bez podstawy prawnej, opublikowała zrobione – prawdopodobnie pod Sejmem – zdjęcia kilkudziesięciu osób, „które mogą mieć związek z wydarzeniami”. I komunikat, jaki daje się w przypadku poszukiwań przestępców: „Każdy, kto rozpoznaje te osoby lub posiada informacje mogące przyczynić się do ustalenia ich tożsamości, proszony jest o kontakt osobisty lub telefoniczny z policjantami…”.

Interweniował RPO Adam Bodnar, podkreślając, że działania policji są bezprawne. Ze zdjęć nie wynikało, żeby widoczne na nich osoby robiły cokolwiek nielegalnego.

Korzystali z prawa do demonstrowania

Wtedy też policja, po raz pierwszy od przejęcia przez PiS władzy, na masową skalę legitymowała i spisywała obywateli protestujących przeciw poczynaniom partii rządzącej. Trzynastu z nich stanęło we wtorek przed Sądem Rejonowym w Warszawie. Wszyscy dostali zarzut „nieopuszczenia miejsca zgromadzenia po jego rozwiązaniu”, a niektórzy blokowania ruchu drogowego.

Sądził sędzia Łukasz Biliński. Ten sam, który orzekał w sprawach blokowania miesięcznic smoleńskich i stwierdził, że nie są „zgromadzeniami”, bo nie spełniają ustawowej definicji: odgrodzone barierami i kordonami policji, nie są dostępne dla nieograniczonej liczby osób.

W sprawie obwinionych spod Sejmu sędzia Biliński uznał, że korzystali z prawa do demonstrowania. „Wszystkie organy władzy muszą się liczyć z tym, że ich decyzje mogą wzbudzać emocje i w związku z tym obywatele mogą wyrazić swój sprzeciw” – mówił, uzasadniając postanowienie. Stwierdził, że prawo do demonstracji jest ponad prawem drogowym, bo ustanawia je konstytucja. Powołał się przy tym na wyrok Trybunału Konstytucyjnego dotyczący właśnie pierwszeństwa wolności zgromadzeń nad prawem o ruchu drogowym. Ale też zauważył konkretne fakty: na czas demonstracji policja wstrzymała ruch na ulicy przy Sejmie, więc nikt nie mógł go blokować. Poza tym policja przedstawiła wiele godzin nagrań, ale na żadnym z nich nie było widać, by którykolwiek z obwinionych tamował ruch.

To była troska o dobro państwa

Sędzia Biliński odrzucił też zarzut „nieopuszczenia zgromadzenia po jego rozwiązaniu”. Wytknął policji, że formalnie zgromadzenie nie zostało rozwiązane, bo policja nie dopełniła należnych procedur – nie wezwano trzykrotnie do rozejścia się, nie podano podstawy prawnej decyzji o rozwiązaniu zgromadzenia ani uzasadnienia. To znaczy, że działania policji nie wywołały skutków prawnych.

PiS straszy sędziów postępowaniami dyscyplinarnymi za wyroki. Ale z sędzią Łukaszem Bilińskim ma kłopot. Jego orzeczenia mają konstytucyjny „oddech”, a jednocześnie orzeka niezwykle skrupulatnie. Powołuje się na konstytucję (co niedługo będzie deliktem dyscyplinarnym), ale też stosuje, rygorystycznie, przepisy ustaw. Widać to choćby w tym wtorkowym orzeczeniu. Nie zastępuje konstytucją ustawy, a jedynie ustawia argumenty według konstytucyjnego porządku. Do obrony prawa wykorzystuje prawo. Spokojnie, metodycznie, skrupulatnie. I niezawiśle.

Prawo i sprawiedliwość obronią się tak długo, jak długo sędziowie będą niezawiśli. Mimo zastraszania, mimo odbierania gwarancji tej niezawisłości.

>>>