Tag Archives: Michał Sutowski

Edukacja pod rządami PiS i Zalewskiej, która szczerząc zęby, pokazuje próchnicę mózgu, sprowadza się do poziomu szkółek przykościelnych

Zwykły wpis

„Mówiliście w kampanii wyborczej o wychowaniu. I co dzisiaj mamy? Jak dzisiaj wychowujecie nasze dzieci? Uczycie dzieci, że dla utrzymania władzy można kłamać, manipulować i oszukiwać” – mówiła Krystyna Szumilas z PO podczas sejmowej debaty nad wnioskiem o wotum nieufności dla Anny Zalewskiej. Dodała, że premier polskiego rządu w kampanii wyborczej „posługuje się kłamstwem, aby wygrać z opozycją”. – „Daje przykład młodym ludziom, że dla zdobycia władzy wszystkie chwyty są dozwolone” – podkreśliła.

Wniosek o odwołanie minister edukacji złożyła Platforma Obywatelska. Napisano w nim, że Zalewska wprowadziła do szkół chaos, skróciła o rok edukację ogólną, obciążyła uczniów klasy VII i VIII nadmiernym i niemożliwym do zrealizowania materiałem, w efekcie czego są zestresowani i przemęczeni oraz doprowadziła do przepełnienia szkół podstawowych. Według PO, nauczyciele masowo uciekają ze szkół, bo m.in. nie chcą pracować w kilku placówkach, by uzbierać godziny do pełnego pensum.

– „Od początku roku szkolnego rodzice alarmują, że dzieci są przeciążone nauką, uczą się w tłoku i w ścisku na dwie lub trzy zmiany. A co słyszą od pani minister? To wina dyrektorów szkół i samorządów. To pytam pani minister, kto podpisał rozporządzenia, kto podpisał ustawy zmuszające dyrektorów szkół do zmieszczenia w budynku dodatkowych dwóch roczników?” – pytała Szumilas. Posłanka PO mówiła także o problemie ciężkich tornistrów. – „Minister edukacji chce przekonać społeczeństwo, że tornistry są lekkie jak piórko. I co robi? Waży tornistry, w których nie ma podręczników” – powiedziała

„Szkole potrzeba spokoju, a nie szalonych pomysłów” – stwierdziła inna posłanka PO Urszula Augustyn. – „Kilka dni temu była pani w szkole lub przedszkolu i maluchy zadały pani pytanie, bardzo zresztą sympatyczne: o czym pani marzyła, kiedy była pani dzieckiem, kim pani chciała zostać i pani im szczerze odpowiedziała, że chciała zostać baletnicą, i powiem równie szczerze: trzeba było trzeba iść w tym kierunku” – powiedziała Augustyn.

Posłanka PO odniosła się do wypowiedzi Zalewskiej, że w wyniku „reformy” o 18 tys. zwiększyła się liczba etatów dla nauczycieli. – „Mówi pani o dodatkowych miejscach pracy, powstały one w przedszkolach, ale co to obchodzi fizyka” – zaznaczyła. A te nowe miejsca to oferta po kilka godzin w różnych szkołach. W efekcie nauczyciele muszą jeździć między kilkoma placówkami, by wypełnić pensum lub porzucają pracę w szkole i podejmują ją poza dotychczasowym zawodem. Mówiła też o podwyżkach dla nauczycieli. – „Zapomniała pani powiedzieć, że te podwyżki to 100 zł rocznie. Nawet związkowcy z Solidarności przyszli przed MEN z czerwoną kartką” – powiedziała Augustyn, zwracając się do Zalewskiej.

„Kuratorzy na niespotykaną w wolnej Polsce skalę ingerują w życie szkół, upolityczniając je, wywierając naciski na nauczycieli. Liczne przypadki nasyłanych na szkołę kontroli po wyrażaniu przez nauczycieli własnych poglądów lub demonstrowaniu solidarności z protestującymi przeciwko zmianom. Zastraszanie nauczycieli to niedopuszczalna sytuacja, to jest ograniczanie praw człowieka w demokratycznym kraju. Mówicie tak pięknie o patriotyzmie, ale wam się myli patriotyzm z nacjonalizmem i indoktrynacją” – podkreśliła Augustyn.

Jak się okazało, nie tylko to im się myli. Mateusz Morawiecki na Twitterze postanowił podziękować minister edukacji. – „Takie będą Rzeczypospolite jakiej młodzieży chowanie”. Dziękuję pani Annie Zalewskiej za budowanie lepszego wykształcenia, ku pożytkom Rzeczypospolitej, ku pożytkom naszej gospodarki. Dziękuję za jej reformy, bo to dobra zmiana dla polskiego systemu edukacji” – napisał na profilu Kancelarii Premiera. A my proponujemy premierowi, żeby sam się doszkolił. „Zawsze takie Rzeczypospolite będą, jakie ich młodzieży chowanie”– tak brzmi właściwy cytat (źródło: encyklopedia.pwn.pl, hasło: Jan Zamoyski).

>>>

>>>

Premier Morawiecki zapewne nie spodziewał się, że przyjdzie dla niego tak trudny czas. Właśnie Onet ujawnił nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele”, których to on jest głównym bohaterem. O „nieznanych taśmach Morawieckiego” napisał Newsweek już w 2016 roku, gdy został on wicepremierem w rządzie PiS. Jakoś wtedy sprawa umarła śmiercią naturalną, ale teraz wróciła, i to z wielkim hukiem.

Według dziennikarzy Onetu „obaj kelnerzy, którzy dokonywali podsłuchów, obciążają ówczesnego prezesa Banku BZ WBK Mateusza Morawieckiego. W ich zeznaniach pojawia się wątek kupowania nieruchomości na podstawione osoby (tak twierdzi Łukasz N.) oraz brania na takie osoby kredytów (tak uważa Konrad Lasota)”.

Ujawnione nagranie to prawie trzygodzinny zapis rozmowy premia z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, szefem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską. W rozmowie Morawiecki chwali się świetnymi relacjami m.in. z Tomaszem Arabskim, szefem kancelarii Donalda Tuska czy Janem Krzysztofem Bieleckim. Jest też mowa o stanowisku ministra skarbu w rządzie PO/PSL dla Morawieckiego i o SKOK-ach, których sytuacja jest fatalna i są one finansowane przez „niepokorne” media.

Morawiecki w ostrych słowach wypowiada się o finansjerze z Niemiec i Szwajcarii. Jak mówi „K.., siedzą ci bogaci Amerykanie, Żydzi, Niemcy, Angole, Szwajcarzy, nie? Siedzą w swoich głębokich, wiesz, fotelach. Mają nakumulowane tego oczywiście kapitału tyle, że możesz ich tam w dupę pocałować. Jeszcze się prosisz oczywiście o ten kapitał, nie? Oni oczywiście w tej swojej chciwości… Ja cały czas tak patrzę na ten świat z punktu widzenia geo i historycznego trochę. I mi się wydaje, że popełniają błąd (…) Jakby nie dokonując pewnej redystrybucji tego”.

 Bardzo pozytywnie mówi za to o Angeli Merkel, która „działa na najważniejszych rzeczach społeczeństwa, czyli oczekiwaniach. My nie wiemy, ale być może zakończy się to dobrze, jeżeli my, ludzie, we the people, prawda, a już zwłaszcza we the people w Niemczech czy w Hiszpanii, we Francji, musimy obniżyć nasze oczekiwania. Bo jak obniżymy, to w ślad za tym wszystko pójdzie dobrze, się da zreperować. Będziemy zapier… i rowy, ku… kopać, a drudzy będą zakopywać, będziemy zadowoleni. Wtedy my jako ludzie mniejsze będziemy mieć emerytury”.

Dodaje też, że właśnie Merkel oraz Sarkozy, Hollande i inni muszą odkręcić przekonanie ludzie, że „w takim świecie, jak dzisiaj są, gdzie przez pięćdziesiąt lat ludziom się wydawało, że zawsze będzie lepiej, emerytury będą dość wysokie, żyć będziemy coraz dłużej, służba zdrowia będzie za darmo k… i edukacja za darmo”. 

Gdy Matuszewska mówi, że „przyzwyczaić się do lepszej sytuacji jest daleko łatwiej niż do gorszej”, Morawiecki odpowiada: „Najlepszym sposobem zawsze była wojna. Wojna zmienia perspektywę w pięć minut”.

Morawiecki nie ukrywa też, co myśli o imigrantach z Afryki. „No k… Wiesz, kiedyś przypłyną, kiedyś coś zrobią. (…) Te iPhone’ye pokażą im: tu żyje się tak a tu tak. I co my zrobimy jak flotylla tratw k…, nawet tam z północy Afryki będzie na południe? (…) Będziemy strzelać, będziemy odpychać ich, wiesz”.

Wszystko wskazuje na to, że istnieje kilka taśm z nagraniem Morawieckiego i jego gości w restauracji „Sowa i Przyjaciele”. Pytanie tyko, w czyich są one rękach. Jeden z byłych funkcjonariuszy CBA w połowie sierpnia powiedział „Gazecie Wyborczej”, że Biuro ma „nagranie kompromitujące Morawieckiego” i jest ono „jest gwarancją bezpieczeństwa” dla Mariusza Kamińskiego i jego ludzi. Kolejny rozmówca nie ukrywa, że Morawiecki chciał odsunąć Kamińskiego, ale musiał się wycofać, właśnie ze względu na tę taśmę.

Dziennikarze wysłali 22 sierpnia zapytanie do rzeczniczki rządu, Joanny Kopcińskiej, „Ile razy w latach 2013-14 Mateusz Morawiecki odbywał spotkania towarzysko-biznesowe w restauracjach Sowa i Przyjaciele lub Amber Room?, Czy szef rządu był szantażowany ujawnieniem treści nagrań? Jeśli tak, to czy powiadomił o tym prokuraturę lub inne służby? Czy prawdą jest, że premier chciał zdymisjonować Mariusza Kamińskiego?”.

Rzeczniczka odpowiedziała krótko – „W śledztwie podsłuchowym p. Morawiecki ma status osoby pokrzywdzonej. Jednocześnie pragnę zapewnić, że Pan Premier nigdy nie był szantażowany ujawnieniem treści jakichkolwiek nagrań.” I dodała: „Premier nie zamierzał i nie zamierza dymisjonować Ministra Koordynatora Służb Specjalnych. Powtarzanie tego typu spekulacji nie ma żadnych podstaw faktycznych. Współpraca Premiera z Ministrem Mariuszem Kamińskim jest bardzo profesjonalna i układa się bardzo dobrze”.

CBA zapytane, czy jest w posiadaniu taśm, które nie zostały przekazane prokuraturze, zdecydowanie temu zaprzecza.

Sporo mógłby tutaj powiedzieć Marek Falenta. Jak mówi jeden z jego byłych pracowników, to właśnie „taśma Morawieckiego” chroni go przed pójściem do więzienia.

Trzeba przyznać, że ujawnienie tych rozmów przez Onet wywołało jednak sporą nerwowość w szeregach PiS. Beata Mazurek, rzeczniczka tej partii, napisała na Twitterze, że „Niemiecki Onet kolejny raz insynuuje. To atak na Polski Rząd taśmami i zeznaniami, które są dostępne od 4 lat. Mafie VAT, mafie paliwowe, mafie tytoniowe, mafie alkoholowe pozbawione miliardów dochodów szukają sojuszników”.  Znowu więc mamy do czynienia z klasycznym odwróceniem kota ogonem.

Ciekawe, co będzie dalej. „Afera podsłuchowa” była jedną z przyczyn przegranej PO w wyborach parlamentarnych 2016 roku. Lud oburzony tematem rozmów i retoryką, opartą na ostrych wulgaryzmach, żądał natychmiastowej dymisji uczestników tych spotkań. Czy teraz będzie podobnie? A może daruje Morawieckiemu tego typu wtopę, bo przecież „swoim” wolno wszystko?

Pojawia się też pytanie, kto miał interes w tym, by taśmy z Morawieckim w roli głównej, wyszły na światło dzienne?  Według mnie odpowiedź wydaje się prosta. To ktoś, kto chce wyeliminować premiera z szeregów PiS, kto czuje się zagrożony, kto jest uczestnikiem w walce o schedę po prezesie Kaczyńskim. Pamiętajmy, że to właśnie o Morawieckim mówi się jak o ewentualnym następcy szefa PiS, a to się kilku aktywistom tej partii musi bardzo nie podobać.

Jak nie idzie, to nie idzie…

Niby PiS zapewni nam rzekomą mądrość i cnotę. Pytam się: jaką cnotą i mądrością jest ohydne łamanie Konstytucji, niszczenie trójpodziału władzy, wstrętna propaganda, brudna antysemicka i szowinistyczna retoryka? To są wasze mądrości i cnoty. Dziękuję nie skorzystam …

Holtei

Prof. Wojciech Sadurski opowiada się za delegalizacją PiS po przegranych wyborach przez obecnie rządzących.

Platforma Obywatelska złożyła do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w związku z agitacją wyborczą Mariusza Błaszczaka podczas koncertu w Legionowie. – „Podczas imprezy finansowanej ze środków unijnych z programu operacyjnego dotyczącego rybołówstwa, podczas imprezy firmowanej przez Ministerstwo Obrony Narodowej i Wojsko Polskie, imprezy, która była również współorganizowana przez Żandarmerię Wojskową, doszło do ewidentnej manipulacji, doszło do prowadzenia kampanii wyborczej przez ministra Mariusza Błaszczaka. Mamy do czynienia ze zwykłem wiecem wyborczym partii PiS i prezentacją kandydata PiS-u na prezydenta miasta. To jest niebywały skandal” – powiedział rzecznik PO Jan Grabiec.

Jako dowód zaprezentowano fragment wypowiedzi Błaszczaka z koncertu. – „Chciałbym podkreślić, że już niedługo, bo już za niecały miesiąc będą wybory samorządowe, więc zapraszam państwa do tego, żeby wziąć udział w wyborach, żeby głosować. Chciałem też zarekomendować państwu świetnego kandydata na urząd prezydenta miasta Legionowa…

View original post 1 456 słów więcej

Błaszczaka doktryna wojenna ma podstawy w katastrofie Lecha Kaczyńskiego. Taki z niego szweja

Zwykły wpis

Błaszczak postanowił odnieść się do obecności Lecha Kaczyńskiego na wiecu w Gruzji w 2008 r.

>>>

Dyktaturka Kaczyńskiego szykuje się na defiladę

15 sierpnia w Święto Wojska Polskiego odbędzie się największa w historii III RP defilada na warszawskiej Wisłostradzie. Jacy rządzący najbardziej kochają defilady i co one symbolizują? Poczytaliśmy historyków, antropologów i filozofów. I zrobiło nam się niedobrze

Plany wielkiej defilady wojskowej, która odbędzie się 15 sierpnia na warszawskiej Wisłostradzie 8 sierpnia, opisała “Wyborcza” . Przemaszeruje:

  • 16 pododdziałów reprezentacyjnych sił zbrojnych, a także
  • przedstawiciele stacjonujących w Polsce wojsk sojuszniczych: amerykańskich, brytyjskich, rumuńskich i chorwackich,
  • przejadą amerykańskie czołgi Abrams,
  • polskie (produkcji niemieckiej) Leopardy II
  • polski czołg Twardy,
  • transportery amerykańskie Stryker
  • polskie transportery Rosomaki,
  • moździerze Rak i armatohaubice Krab.

Nad Wisłostrada przelecą także myśliwce F-16 i samoloty pasażerskie do przewozu VIP-ów. Na Wiśle mogłaby prężyć muskuły polska marynarka wojenna, ale zdaję się, że chwilowo jej nie mamy.

OKO.press nie analizuje przy tej okazji jak udała się modernizacja polskich sił zbrojnych przez trzy lata rządów PiS i czy rzeczywiście wojsko ma się czym pochwalić, by odstraszyć potencjalnego agresora. Można o tym poczytać w lipcowych raportach „Rzeczpospolitej” albo w wywiadzie b. szefa Sztabu generalnego gen. Mieczysława Gocuła dla „Polityki” z 10 lipca pod tytułem „Polskie siły rozbrojone”.

Nie piszemy także o kosztach tej operacji. W końcu bogaty kraj stać na takie gesty. Zajmiemy się aspektem politycznym i propagandowym takich manifestacji na przestrzeni dziejów.

Morawieckiego metody bolszewickie

Zwykły wpis

Podczas niedawnego pisowskiego objazdu po Polsce, politycy tej partii składali przeróżne obietnice. Nie inaczej zachowywał się Mateusz Morawiecki. Premier na spotkaniu z mieszkańcami Bystrzycy Kłodzkiej deklarował, że już niedługo powstanie droga ekspresowa, łącząca Kłodzko z Wrocławiem. O tym spotkaniu w artykule „Przypadkowe” mycie ulic przed przyjazdem Morawieckiego”.

„Projekt budowy S8 z Wrocławia do Kłodzka ma być gotowy na przełomie tego i przyszłego roku. Prace będzie można rozpocząć za półtora roku” – obiecywał w maju premier. Ale nie tylko Morawiecki mówił mieszkańcom o zbudowaniu bezpiecznej drogi. Wcześniej takie deklaracje składał także Andrzej Duda podczas kampanii wyborczej w 2015 r. Zapewniał, że „po wyborze na urząd prezydencki będzie aktywnie zabiegał o kompleksową realizację tej inwestycji – w razie konieczności wykorzysta przysługujące mu prerogatywy, które umożliwią ustawowe zabezpieczenie środków na jej budowę” – przypomina „GW”.

Teraz okazuje się, że w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad nikt nie zajmuje się projektem tej trasy. Trwają jedynie prace nad – jak informuje rzecznik GDDKiA Jan Krynicki – „studium techniczno-ekonomiczno-środowiskowym oraz koncepcją programową”. – „Zakończenie prac nad studium planowane jest na rok 2020. Decyzja o realizacji inwestycji zostanie podjęta po dokładnym poznaniu kosztów zadania i przyznaniu środków finansowych na ten cel” – powiedział „GW” Krynicki. Cóż, podobne obietnice bez pokrycia w wykonaniu Morawieckiego nie są niczym wyjątkowym.

Drobni handlarze liczyli, że Prawo i Sprawiedliwość wspomoże ich w walce z wielkimi sieciami handlowymi. Zapowiedzią spełnienia tych nadziei miało być wprowadzenie zakazu handlu w niedziele, który powszechnie wiadomo, że częściowo był motywowany chęcią uderzenia w działalność dyskontów i hipermarketów, kiedy w tym samym czasie małe sklepy miały przejąć ich rynek. Teoria ta okazała się jednak pozostać tylko w sferze wyobraźni decydentów i elektoratu, ponieważ statystyki efektów nowego prawa okazały się dla małych sklepikarzy druzgocące.

Okazuje się bowiem, że zgodnie przewidywaniami rzeczywiście straciły największe hipermarkety, jednak ku zaskoczeniu równie mocno oberwały na zakazie właśnie małe sklepy. Paradoksalnie bowiem ustawa jeszcze bardziej pogorszyła sytuację drobnego handlu w walce z dyskontami. Z danych Euromonitor International wynika, że w tym roku można się spodziewać spadku obrotów w tradycyjnych sklepach o aż 5,1 procent. Dzieje się to w momencie, kiedy konsumpcja w Polsce dynamicznie rośnie, czyli realny spadek jest jeszcze bardziej dotkliwy. Spośród wymienionych, placówki oferujące używki, takie jak alkohol i papierosy radzą sobie stosunkowo dobrze, natomiast tradycyjne “spożywczaki” spadają w badaniach jeszcze mocniej, bo aż o 6,3 proc. W tym roku przewiduje się, że zostanie zamknięte kolejne 2 tysiące małych sklepów. Tym samym nadzieję prawicy, że dojdzie do przełomu i kontrofensywy drobnego handlu, okazały się płonne.

Przyczyną tej sytuacji jest zmiana preferencji konsumentów. Ci ostatni pozbawieni handlowej niedzieli wybierają się zamiast tego na większe zakupy w inne dni, a mowa o koszykach, których standardowo nie opłaca się wykonać w sklepie osiedlowym. Do takiej strategii dyskonty zachęcają konsumentów promocjami. Tym samym na nic się zdało przejęcie handlu w niedzielę, kiedy w inne dni tygodnia obroty spadły o 20-30%.

Tym samym populistyczny gest PiS okazał się zaszkodzić tym, którym miał pomóc. Jest to doskonały przykład, jak kończy się ustanawianie prawa przez niekompetentnych polityków, którzy wierzą, że są w stanie jednym przepisem poprawić wolny rynek. Niepoparte analizami działania przynoszą jednak najczęściej efekty odwrotne od zamierzonych.

Pismo zastępcy dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Kielcach do naczelników świętokrzyskich urzędów skarbowych ujawnił blog Białe Kołnierzyki, który zajmuje się tropieniem nieprawidłowości w działaniach urzędników.

Łapać tych, którzy mają majątek

Zgodnie z przesłaną przez jednego z pracowników skarbówki instrukcją „przed wytypowaniem podmiotu do kontroli trzeba przeprowadzić analizę jego sytuacji majątkowej, aby ocenić, czy kontrola może przynieść wymierny efekt finansowy (unikanie typowania podmiotów niewypłacalnych, w upadłości, w likwidacji itp).”.

I dalej: „Pracownicy muszą mieć świadomość, że efektywność kontroli oceniana jest poprzez faktyczne wpływy, a nie ustalenia dokonane w toku kontroli”. W skrócie: zabierajcie się za przedsiębiorców prowadzących realną działalność, bo od nich da się wydusić kasę. A przestępców, słupy i innych takich zostawcie w spokoju, i tak na nich nie zarobimy.

Takie postępowanie stoi w skrajnej sprzeczności z deklaracjami przedstawicieli rządu, z Mateuszem Morawieckim na czele, który zaczynał przecież polityczną karierę jako minister finansów odpowiedzialny właśnie za uszczelnianie podatków i kontrole podatkowe. Morawiecki wielokrotnie się chwalił tym, że uszczelnianie przyniosło wielkie wpływy do budżetu (choć ekonomiści uważają to za półprawdę, bo za zwiększenie wpływów odpowiada też wzrost gospodarczy, a część działań obecnego rządu to kontynuacja działań poprzedników).

Uczciwi nie mają się czego obawiać?

Z drugiej strony Morawiecki zawsze podkreślał, że dobro polskich przedsiębiorców leży mu na sercu, chce, żeby „małe firmy się stawały średnimi, a średnie wielkimi”. I oczywiście powtarzał, że kontrole podatkowe i działania uszczelniające podatki są wymierzone w przestępców, a uczciwi przedsiębiorcy nie mają się czego obawiać. „Staramy się pomagać małym, a równo traktować wielkich, a jednocześnie zwalczać przestępczość we wszystkich możliwych wymiarach, głównie poprzez nowoczesne instrumenty informatyczne” – mówił Morawiecki wiosną tego roku podczas European Start-Up Days w Katowicach.

Pismo, które wyciekło z kieleckiej administracji skarbowej, zadaje kłam tym deklaracjom. I trudno będzie przekonać kogokolwiek, że to jakiś wyskok, samodzielna inicjatywa nadgorliwego urzędnika. Administracja skarbowa należy do najbardziej zhierarchizowanych instytucji w kraju, trudno sobie wyobrazić tego rodzaju inicjatywy na poziomie lokalnym. Ktoś z góry musiał tego urzędnika mocno zachęcić do wprowadzenia takiej polityki, bo w efekcie rozesłał on pismo do podlegających mu naczelników, żądając od nich przykręcenia śruby.

Wyrwane z kontekstu? Nie sądzę

Kielecka Izba Administracji Skarbowej potwierdziła autentyczność tego pisma, choć twierdzi, że zaprezentowany fragment wewnętrznej korespondencji „jest wyrwany z kontekstu i nie oddaje kierunków obranych przez Izbę w woj. świętokrzyskim.
Przeprowadzanie kontroli podatkowej i celnoskarbowej ograniczone jest do tych przypadków, gdzie inne, mniej uciążliwe dla podatnika narzędzia nie znajdują zastosowania”. W te zapewnienia także trudno uwierzyć: cytowane fragmenty pisma są częścią większej całości, o „wyrwaniu z kontekstu” nie ma tu mowy.

Wszystko to przypomina starą anegdotę z PRL: „Żeby w kraju się poprawiło, trzeba rozstrzelać 100 tys. złodziei” – mówi Kowalski. „A jak tylu się nie znajdzie?” – pyta Malinowski. „To się dobierze z uczciwych”. Najwyraźniej administracja skarbowa od tego dobierania z uczciwych chce zaczynać.

Bolszewickie zasady. Liczba złodziei ma się zgadzać z założeniami.
Gdy wieziono na Kołymę wagonami więźniów, umarłych uzupełniano z żywych mieszkających na trasie transportu.
Tak też działają instytucje pod władzą PiS.

vald2

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

„Kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy”

Obcy martwią się o Polskę. W jednym z najważniejszych dzienników globu „New York Times” piszą: – „W tym krytycznym momencie człowiek, który popchnął Polskę na obecny kurs, (…) jest w dużej mierze nieobecny”. Polska nie tylko z amerykańskiej perspektywy wygląda na chorego człowieka Europy. Przywódcę, który doprowadził do tego stanu zapaści, ma też chorego i prawdopodobnie „kondycja Kaczyńskiego jest znacznie gorsza niż mówią urzędnicy” – kontynuuje NYT.

Stan zdrowia prezesa PiS jest tajemnicą równą co najmniej tajemnicy zdrowia sowieckich genseków w ZSRR: – „Jest bardziej ukryte niż zdrowie pierwszych sekretarzy za czasów Związku Radzieckiego”. W reżimach przywódcy są pod ochroną sacrum, a takie świętości nie mają prawa chorować, bo są nieśmiertelni, a gdy uda się im zejść z tego świata, dotyczy to tylko ciała, bo ich idea została – zamordyzm. I o ten zamordyzm toczy się „walka buldogów pod…

View original post 1 132 słowa więcej

Srankiewicz o katastrofie smoleńskiej. Taka sobie zrobiła kupę na głowę Stankiewicz

Zwykły wpis

„…należy się najwyższa kara, ten człowiek powinien ponieść najwyższą karę, specjalnie przywróconą do prawodawstwa polskiego w tej sprawie. Mówię tutaj o Donaldzie Tusku, który w drugim dniu oddał śledztwo w ręce Rosjan” – powiedziała dwa lata temu dyrektor artystyczna Telewizji Republika Ewa Stankiewicz, mówiąc o przyczynach katastrofy smoleńskiej.

Teraz, na Twitterze zareagowała ostro na post posła Adama Andruszkiewicza, który atakuje PO za krytykę pomysłu, by w Święto WP, obywatele oglądali nowe samoloty rządowe.

„Platformo, za waszych rządów Prezydent RP zginął, bo musiał lecieć do Katynia starym sowieckim samolotem – a wy atakujecie rząd za to, że 15 VIII chce pokazać nowe, bezpieczne samoloty? Obrzydliwe!” – napisał Andruszkiewicz

Na te słowa natychmiast zareagowała Ewa Stankiewicz, prezes stowarzyszenia Solidarni 2010. „Prezydent zginął, bo Rosjanie wysadzili samolot w powietrze. Bardzo Pana szanuję. Jest Pan posłem a to zobowiązuje do wiedzy. Proszę zapoznać się z raportem technicznym państwowej podkomisji. Co jest? Żaden z posłów nie ma elementarnej wiedzy tylko swoje przeczucia i przekonania (pisownia oryginalna)” –  odparła Stankiewicz.

Ten dialog przerwał Radosław Sikorski, który wystosował ironiczne pytanie do Stankiewicz. „Czy mogę uprzejmie dopytać jaką rolę w zamachu odegrał Tusk, a jaką ja? Bo chyba nie chce Pani nas wieszać za niewinność?” – napisał i tak nawiązał do wypowiedzi, która padła z ust publicystki w 2016 roku, gdy domagała się kary śmierci dla Donalda Tuska. Powodem miał być brak dostępu do podstawowych dowodów – wraku samolotu i czarnych skrzynek.

Nie milkną echa okoliczności ceremonii pogrzebowej liderki zespołu Maanam – Kory. Zdarzenie do dziś komentują artyści, politycy i media. Swoje do powiedzenia mają także duchowni:

„Pierwszy raz się spotykam, aby duchowny duchownego wyzywał od „klechów”- napisał na Facebooku ks. Tadeusz Isakowicz–Zaleski.

„Na dodatek pisał to publicznie. Mam nadzieję, że ksiądz arcybiskup Grzegorz Ryś z Łodzi, w którego diecezji ks. Lemański ma teraz pełnić posługę kapłańską ustosunkuje się do tej skandalicznej sprawy, bo będąc biskupem pomocniczym w Krakowie często podkreślał, że wśród księży nie ma „równych i równiejszych”.

Tak ks. Tadeusz Isakowicz- Zaleski skwitował wypowiedź ks. Wojciecha Lemańskiego, który komentując słowa jednego z duchownych na temat świeckiej uroczystości żałobnej Kory napisał: Zamilknij klecho. Po tym, jak została przed laty skrzywdzona przez faceta podobnego do ciebie, powinniśmy Bogu dziękować, że zmarła nie zażyczyła sobie, by na jej pogrzeb nie wpuszczano żadnego księdza”.

W ten sposób nawiązał do molestowania seksualnego, którego – zdaniem artystki – dopuścił się wobec niej duchowny, gdy była dzieckiem.

Lemańskiego sprowokowały do tego m.in. słowa ks. Marka ubolewającego nad formułą pogrzebu: „Zamiast krzyża zdjęcie z młodości. Zamiast Salve Regina pioseneczka o niczym. Smutny koniec” – podsumował duchowny.

>>>

Jak PIS jest złośliwy nawet w stosunku do naszych artystów było widać na pogrzebie „Kory”.

Po co nam Ministerstwo Kultury, jak na pożegnaniu „Kory” nie było widać żadnego ich przedstawiciela.

PIS nie jest Polski.

Polish vodka

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

To, co nas czeka, to, co się wykluje, zależy tylko od nas.

Kończy się pewna epoka i nie tylko dlatego, że umarła Kora. Na jej pogrzebie Wojciech Mann stan dzisiejszej Polski nazwał parodią demokracji. A w parodii naprawdę trudno żyć, bo to forma ekspresji, za pomocą której kontaktujemy się ze światem i nazywamy go.

A jeżeli coś się kończy, to musi się zacząć coś nowego. To, co nas czeka, to, co się wykluje, zależy tylko od nas. Musimy zmierzyć się z realnością, w tym wypadku z polityką i wziąć ją za twarz, aby była nam posłuszna.

Piotr Pacewicz w portalu oko.press zamieszcza kapitalną analizę na podstawie drobiazgowego sondażu IBRiS, do czego może dojść już w wyborach samorządowych, gdy naprzeciw PiS stanie tylko Koalicja Obywatelska (Platforma Obywatelska i Nowoczesna), a zabraknie we wspólnocie opozycyjnej PSL, SLD i innego drobiazgu lewicowego. PiS może wygrać w 10 sejmikach…

View original post 1 085 słów więcej

Zgwałcona konstytucja i prywatne państwo to nie koniec chorych wizji Kaczyńskiego

Zwykły wpis

>>>

Czyżby Mariusz Błaszczak nie sprawdził się w roli ministra MON? Wprawdzie jeden z polityków PiS mówi, że prezes Kaczyński bardzo sobie ceni jego pracę w ministerstwie, ale wszyscy wiemy, że szef partii rządzącej złego słowa o „dokonaniach” swoich podopiecznych nie powie. Nawet gdy myśli zupełnie inaczej, twardo będzie stał za „swoimi”.

Coś jednak musi być nie tak, gdy wpadło prezesowi do głowy, by postawić Błaszczaka na czele Najwyższej Izby Kontroli. Wprawdzie kadencja obecnego prezesa NIK kończy się dopiero w połowie 2019 roku, ale jest szansa, że uda się przejąć to stanowisko wcześniej.

Rok temu Prokuratura Apelacyjna w Katowicach skierowała przeciwko Kwiatkowskiemu i Buremu akt oskarżenia, w którym mowa jest o nadużyciach w obsadzaniu stanowisk w NIK w 2013 roku. Chodzi o nadużycie władzy w związku z postępowaniami konkursowymi na stanowiska dyrektora delegatury NIK w Łodzi, wicedyrektora delegatury w Rzeszowie i wicedyrektora departamentu środowiska Izby, a także naciski na wiceprezesa NIK Mariana Cichosza w czasie, gdy Kwiatkowski nie pełnił jeszcze funkcji prezesa.

Wprawdzie ustawa o NIK nie mówi nic o zakazie sprawowania funkcji kierowniczych przez osoby postawione w stan oskarżenia, jednak gdy Trybunał Stanu uzna, że w tym przypadku taki zakaz powinien funkcjonować, wówczas Sejm będzie mógł spokojnie Kwiatkowskiego odwołać. Tak więc już najwyższy czas, by prezes PiS przygotował się na przejęcie NIK.

Jak ustaliła Wirtualna Polska, Błaszczak i Kaczyński spotkali się i wówczas to prezes zaproponował ministrowi nowe stanowisko. Jednak Mariusz Błaszczak odmówił, bo jak twierdzi jeden z jego kolegów, „kierowanie Izbą to mało prestiżowa funkcja. Minister widzi siebie w fotelu marszałka Sejmu, jeśli Marek Kuchciński wystartuje do Parlamentu Europejskiego. A to już jest praktycznie przesądzone”.

Błaszczak jest absolwentem historii, ukończył podyplomowe studia na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu samorządu terytorialnego i rozwoju lokalnego (1997) oraz z zarządzania, w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, był słuchaczem IX Promocji Krajowej Szkoły Administracji Publicznej.  Czy ma więc rzeczywiście odpowiednie kwalifikacje, by szefować w Najwyższej Izbie Kontroli? Czy po prostu prezes PiS nie ma odpowiednich ludzi do obsadzania tego typu stanowisk, więc bierze „jak leci”? Czy taka propozycja dla Mariusza Błaszczaka jest nagrodą za lojalność czy też karą, bo coś kiepski z niego minister MON?  Jedno jest pewne. Za tokiem myślowym prezesa nikt nie nadąży.

„Iluzje dobre są w kinie, ale my nie jesteśmy w kinie. Jesteśmy w d..ie. I nie chcąc się sprzymierzyć przeciwko Wielkiemu Destruktorowi Polski jakim jest Prawo i Sprawiedliwość, siłą rzeczy zaczynamy się w tej dupie urządzać. Rzecz jasna na warunkach PiS-u – co do tego też nie miejcie żadnych złudzeń” – napisał na swoim Facebookowym profilu reżyser Andrzej Saramonowicz. Sympatykiem rządzących obecnie Polską nigdy nie był, ale teraz do bólu dał upust swojej dezaprobacie dla działań Prawa i Sprawiedliwości, nawołując do budowy szerokofrontowej koalicji przeciwko tej partii. Sytuację w jakiej dziś się znajdujemy opisał w plastyczny sposób na przykładzie podpalonego domu. Saramonowicz pyta czy wszyscy mamy spłonąć? Podkreśla, że wszyscy równo jesteśmy zagrożeni, niezależnie od tego, w co wierzymy.

W prostych słowach uzasadnia sens tworzenia koalicji przeciwko formacji Jarosława Kaczyńskiego podkreślając, że wszyscy Polacy znajdują się w sytuacji mieszkańców domu, który płonie. Przestrzega, że choć niektórzy wierzą, iż ogień oszczędzi ich mieszkanie, to żywioł nie będzie brał pod uwagę nadziei, ani złudzeń, lecz po prostu będzie trawił dalej wspólny dom.

Reżyser przekonuje, że dom właściwie już płonie, ale jego ugaszenie możliwe jest tylko dzięki podjęciu wspólnego wysiłku w tym celu. Jak twierdzi, PiS podjął decyzję o stworzeniu systemu autorytarnego, a za członkami tej partii kroczą „brunatni”. Pooddzielanych od siebie „nas” – jak określa to Saramonowicz – prędzej czy później „pisowcy rozjadą”. Dodaje: „Bo oni naprawdę chcą stworzyć system autorytarny. Już się na to zdecydowali. Już to robią” – alarmuje. „Nawet jeśli w to nie wierzysz, oni to robią, a twoja niewiara tylko im pomaga” – dodaje. I przekonuje, że „oni chcą, byś jak najdłużej myślał, że chcą cywilizowanego świata. Ale nie chcą. Chcą świata wyłącznie na swoich warunkach, w którym każda odmienność zostanie uznana za zbrodnię i będzie tępiona” – podsumowuje.

Dlatego, w dramatycznym tonie, Andrzej Saramanowicz nawołuje do połączenia wszystkich sił przeciwko PiS. Inna postawa zdaniem reżysera będzie przypominała jedynie  moszczenie się w miejscu, które do końca komfortowym nie jest. Niestety – na warunkach Prawa i Sprawiedliwości – podkreśla autor wpisu.

Do takich ludzi można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając lewicowych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia.

Opozycja nie musi zaraz tworzyć wspólnej listy do parlamentu, ale musi się przestać wzajemnie zagryzać. A także pouczać – bo od pouczeń właśnie zaczyna się każdy apel o jedność narodu w obronie demokracji. Może wtedy będziemy w stanie się skupić na właściwym przeciwniku i tworzyć konkurujące wizje przyszłej Polski, oferty polityczne i pomysły na najbliższe wybory, zamiast z góry rozważać, który ch… ściągnie nam PiS na głowę po raz kolejny.

Starszy i młodszy, liberalny i lewicowy nie-PiS jest podzielony i taki zapewne pozostanie. Niedawna polemika Agaty Bielik-Robson z Kają Putooraz całe morze felietonów, postów na Facebooku i gównoburz tamże wskazują, że sednem tego podziału jest stosunek do kapitalizmu – nie teorii rzecz jasna, lecz mitu z jednej, a realiów z drugiej strony.

Lewicy nie wystarczą w tym sporze szydercze repliki na felietony Maziarskiego czy Majcherka ani zaziewanie ich z nudów na śmierć. Tu w ogóle nie chodzi o żaden „wolnorynkowy beton” ani tym bardziej „neoliberalny mainstream”, który jako siła dominująca kopnął w kalendarz w 2015 roku, a dogorywał już w czasie wywiadu pt. Byliśmy głupi. Tu chodzi o całe jądro anty-PiS: ludzi po czterdziestce, a częściej nawet pięćdziesiątce, średnio i dobrze wykształconych, ze średnich i dużych miast.

To wśród nich postawy „w dupach się od dobrobytu poprzewracało” spotkamy najczęściej i to z nimi jest, względnie będzie, kłopot. Lud koderski ma bowiem moc – demografii i frekwencji, ale też stabilnego zatrudnienia z normowanym czasem pracy, nieraz oszczędności i kapitałów wszelakich. To oni w sondażach wyrabiają Platformie z Nowoczesną między 20 a 30 procent, to oni, wychowani na Trójce, w której dziś zostali im tylko Mann z Kaczkowskim, szerują SokzBuraka i dzwonią do Szkła kontaktowego, to oni robią frekwencję na marszach opozycji i krzyczą, że kaczor do wora. Na KOD-y brali dzieci, ale te się migały; na Czarnym Proteście to oni przyłączyli się do dzieci, choć pewnie nie wiedzą, że cały ten ruch wymyśliła członkini Razem .

Niestety, to również oni najsilniej mobilizują elektorat PiS swoimi memami o zasrywaniu plaż we Władysławowie, to oni najczęściej pouczają, że kiedyś ZOMO biło i ocet stał na półkach, więc niech gówniarze ruszą tyłek bronić demokracji; to wreszcie oni porównują Morawieckiego do Gierka. I to oni determinują język dzisiejszej opozycji.

Hasła, że „ludzie chcą anty-PiS-u, a nie programu”, Siemoniak ze Schetyną nie wymyślili przy wódce, tylko im z badań tak wyszło. Badań tego właśnie elektoratu, którego jest oczywiście za mało, by pokonać PiS, ale bez którego PiS też będzie rządził latami. Który odpycha od polityki swym patosem i pogardą dla problemów młodszego pokolenia oraz budzi nienawiść – po odpowiedniej obróbce wizerunkowej w TVP Info – nie tylko twardego elektoratu Kaczyńskiego.

Czy ten „twardy anty-PiS” jest niereformowalny, a wielka część pokolenia naszych rodziców – stracona dla projektów lewicy? Niezdolna do rezygnacji choćby z estetycznej dystynkcji, która każe widzieć w Polaku wiecznego chama nienawidzącego wszystkich, którym się udało – i która tak świetnie pasuje do PiS-owskiej propagandy o gardzących ludem elitach?

Zaryzykuję tezę, że za różne błędy i wypaczenia anty-PiS-owskiej narracji pokolenia 45+ czy 50+ nie odpowiada „oderwanie od koryta”, wyparta akumulacja kapitału po trupie PGR-owskiego robotnika rolnego ani wrodzony sadyzm burżuazji. Główną przyczyną niezrozumienia postulatów młodszej generacji, ale też niechęci do pachnących „socjalizmem” idei jest raczej okres formacyjny – dojrzewanie i wczesna dorosłość w okresie schyłkowego socjalizmu, a tak naprawdę protokapitalizmu lat 80. Tej historii – inaczej niż opowieści o „wykluczonych transformacji”, ważnej, choć też często służącej do moralnego szantażu – lewica nie przyswoiła. Tymczasem to historia paradoksalna, nieredukowalna do banalnego zderzenia pustych półek z popkulturową wizją amerykańskiej obfitości. Prawdziwa ludowa historia kapitalizmu w socjalizmie.

Polska bieda-klasa średnia, przedsiębiorcy, którym trochę się udało, a trochę nie, bardzo często budżetówka i kadry administracyjne, ale także młodzi emeryci III RP o wysokiej stopie zastąpienia, ci wszyscy, którzy domy pod miastem budowali za wytyrane na niemieckich budowach pieniądze – bardzo rzadko czytali Hayeka, choć przed telewizorem w grudniu 1989 roku bardzo często oklaskiwali Balcerowicza.

Druga połowa lat 80. to kulminacja ciężkiego kryzysu realnego socjalizmu, zdelegitymizowanego ostatecznie stanem wojennym i nieudolnością sterowania gospodarką przez wojsko. Tę część podręcznika znamy nieźle – milion ludzi emigruje z PRL, władza miota się między gospodarką niedoboru a drożyzną, wszelkie sensowne reformy rozbijają się o opór biurokratycznej materii, politbiuro daje przyzwolenie na „bogacenie się” sfrustrowanego aparatu, licząc, że zbuduje przy okazji jakąś „klasę modernizacyjną”. System gnije i wije się w konwulsjach, a po drodze uwłaszczają się towarzysze – ale to tylko jedna strona medalu, eksponowana do dziś przez prawicę i jakoś przyswojona przez starszą część elektoratu „zbuntowanego”. Drugą jest protokapitalizm oddolny – klucz do zrozumienia utopijnych fantazji tak wielu „obrońców III RP” – którego kluczowe sfery to nielegalny handel zagraniczny, praca na czarno w drugim obszarze płatniczym i oczywiście wyspy prywatnego biznesu.

Wyobraźnię antykomunistyczną na temat handlu z zagranicą organizuje obraz młodego ZSL-owca sprowadzającego z Zachodu komputery dla ukraińskiego KGB, ale doświadczenie potoczne było zupełnie inne. Oto młoda mieszkanka Koszalina pożycza od znajomych 200 dolarów i jedzie na tzw. karuzelę – wycieczkę objazdową Orbisu. Kupuje tanie ubrania w Polsce i sprzedaje na pniu w czasie postoju we Lwowie za ruble, następnie z obłędem w oczach biega po sklepach w poszukiwaniu lokalnego sprzętu AGD. Potem jest Rumunia, gdzie jak woda schodzi wczesnoporonny Biseptol i prezerwatywy, kupuje się zaś kryształy, haftowane obrusy i kombinezony dla dzieci. Szybki przelot przez Bułgarię i jazda do Turcji: tam za dolary biorą radzieckie AGD (i sami sprzedają w biednej Anatolii, gdzie ludzi na zachodni sprzęt nie stać). Stambuł to w końcu lat 80. światowe centrum podróbek, więc po dolarze można nabyć swetry, ale też sukienki skopiowane wprost z katalogów „Burdy”. I z powrotem do Polski – chyba że jeszcze wpadniemy po drodze do Grecji, sprzedamy Zenita i komputer Atari, a kupimy kożuch i Metaxę. Część wysyłamy paczką, część do autokaru – turecka konfekcja schodzi na polskim bazarze z 3- lub 4-krotną przebitką. Lepsze rzeczy można potem zabrać (na sobie i w podręcznym do samolotu) na wycieczkę do Moskwy i Leningradu, gdzie kiecki schodzą i po 30 dolarów, kupują je prostytutki. Za ruble i dolary kupuje się pod Moskwą złoto z domieszką miedzi, czasem agaty, a nawet rubiny – na granicy przechodzą na zasadzie „sztuka jest sztuka”, liczy się liczba, a nie waga deklarowanych przy wjeździe precjozów. Jak towaru jest więcej, pomaga kobieca fizjologia. Na niej można też zarobić – w Erywaniu dobrze schodzą spirale. A był jeszcze Budapeszt z dworcem Keleti, polski targ w Berlinie Zachodnim czy promy do Kopenhagi.

Można? Można, trzeba mieć tylko kapitał na początek (ale kilka pensji, nie miliony), z kimś zostawić dzieci i być wygadanym trochę powyżej czendżmany. Przydaje się też odwaga, logistyczna pomysłowość i twarz pokerzysty, kiedy celnik nie odpuści kontroli za parę majtek i sztangę Kentów. To już nie są tylko rozrywki dyplomatów, oficerów Departamentu II czy pracowników central handlu zagranicznego.

Taki handel, zwłaszcza na większą skalę, był domeną inteligencji i ludzi wolnych zawodów, choć nieźle sprawdzała się też małomiasteczkowa prywatna inicjatywa. Praca na czarno w RFN, Austrii czy Szwecji – za niemal pełnym przyzwoleniem władz w drugiej połowie lat 80. – była już domeną klasy robotniczej, nie wymagała też, jak dawniejsze kontrakty w Libii czy Iraku, wielkiej dawki pokory. Harówka na budowie, przy remontach autostrad, naprawach dachów lotnisk, ale też przy zbiorze owoców, w szczęśliwych przypadkach zlecenia dla wykwalifikowanych hydraulików czy terakociarzy w prywatnych domach – ciężka praca fizyczna, nieraz w urągających godności i zdrowiu warunkach – opłacana była jednak w walutach, których czarnorynkowy kurs przyprawiał o zawrót głowy. Seria kilkumiesięcznych wyjazdów za zachodnią granicę pozwalała zacząć budowę domu albo rozpocząć chałupniczą produkcję lusterek stokrotek, sztucznych kwiatów, względnie założyć hodowlę pieczarek. Z kolei wspomnienia prostych chodników, funkcjonalności hamburskiego S-Bahnu czy kolorowych miasteczek Skandynawii ustawiały optykę Europy Zachodniej jako naturalnego horyzontu aspiracji.

Wreszcie: wyspy prywatnego biznesu, formalnie legalne od połowy lat 70., akceptowane od połowy lat 80. Zmagania z urzędami (załatwiane zazwyczaj łapówkami) oraz brakiem surowca i często pracowników (nie było bezrobocia!) wynagradzał praktycznie natychmiastowy zbyt na rynku trapionym niedoborami, a jednocześnie chronionym przed zagraniczną konkurencją. Ekonomiczne prawo Saya: „każda podaż znajdzie swój popyt”, w socjalistycznej gospodarce PRL sprawdzało się znakomicie. Co ciekawe, od mniej więcej 1986 roku zmienia się oficjalny przekaz na temat prywatnej inicjatywy: to już nie są domniemani złodzieje i spekulanci, lecz awangarda postępu i racjonalności. W Dzienniku Telewizyjnym obrazy pijanych robotników z kombinatów budowlanych i zamkniętych w godzinach pracy sklepów „sektora uspołecznionego” zestawia się z obiecującymi innowacjami, wysoką jakością produktów, uprzejmą obsługą klienta w spółdzielniach i firmach prywatnych. Mitu potęgi wolnego rynku i prywatnej inicjatywy dopełnia słynna ustawa Wilczka – jako mokry sen o przywróceniu prawdziwego kapitalizmu podnieca dziś głównie korwinistów, ale niewątpliwie oddawała atmosferę epoki, w której wyspy racjonalności i sensu na morzu niedoboru miały się zamienić w archipelag, a wraz z reformami Balcerowicza – zwarty kontynent kapitalizmu. Nawet jeśli pod amerykańską okupacją, to miała ona przecież wyglądać tak, jak w powojennej RFN.

Można było uwierzyć, że Zachód płynie mlekiem i miodem, że otwarta głowa i dwie ręce do pracy plus trochę odwagi to recepta na sukces, wreszcie – że państwo czego nie dotknie, to spieprzy. Protokapitalizm połowy lat 80. był darwinistyczny, ale na swój sposób też egalitarny – przetrwają najzaradniejsi, ale też nie muszą mieć skończonego SGPiS-u ani rodziców w partii, wystarczy dobrze układać kafelki albo bajerować celników na Szeremietiewie. Pracuje się ciężko, ale za godne wynagrodzenie, więc jak ktoś „naprawdę chce”, nie tyko głodny i bosy nie będzie, ale i na wideo z Baltony mu starczy. Taki american dream w późnym PRL.

Wielki paradoks PRL-owskiego kapitalizmu oddolnego polegał oczywiście na tym, że jego walory ujawniały się nie tyle na tle beznadziei socjalistycznej, ile za jej sprawą. Puste półki w domach towarowych nie były kontrastem, lecz przyczyną atrakcyjności łóżkowo-szczękowego handlu, który w „normalnych” kapitalistycznych warunkach musiał zostać szybko stłamszony. Podobnie otwarcie granic i normalizacja kursu walutowego zamieniły los drobnego przemytnika: z minikrezusa na orbisowskiej wycieczce mógł już tylko zostać „mrówką” taszczącą torby ze spirytusem na pieszym przejściu granicznym. Do tego nastała prawdziwa konkurencja – nawet bez ekspansji zachodnich korporacji marże naszych drobnych protokapitalistów musiałyby spaść wraz z wejściem na rynek setek tysięcy kolejnych wierzących w opowieść pt. „załóż firmę, będziesz jak Carrington”.

Jeszcze w PRL całe kategorie obywateli były z dostępu do tych „protokapitalistycznych” możliwości wykluczone: samotni rodzice, pracujący biedni, którym niskie płace nie pozwalały na zgromadzenie najskromniejszego kapitału początkowego, duża część lumpenproletariatu, ludzie o najniższym kapitale kulturowym. Warstwa „włączonych” była mimo to relatywnie szeroka, a wielu mogło się wydawać, że spełnienie rozbudzonych aspiracji jest na wyciągnięcie ręki – zwłaszcza gdyby państwo zniosło ograniczenia (te same, które były warunkiem powodzenia rynkowych nisz).

Polski lud w swej masie pragnął w efekcie kapitalizmu, choć – jak w dowcipie profesora Kowalika o Balcerowiczu i Tadeuszu Mazowieckiem – sprzedano mu bilet raczej do Waszyngtonu niż Bonn. Kontakt z realnym (choć nie reprezentatywnym) Zachodem mniejszości Polaków, ale za to z różnych warstw społecznych, i względnie niskie bariery wejścia do walki konkurencyjnej złożyły się na mit, w którym kapitalistyczne życie nie jest może sielanką, ale przynajmniej jest jakoś sprawiedliwe, bo wynagradza ambitnych, z głową na karku, co się pracy nie boją – do tego wymusza modernizację i „cywilizowane standardy” produkcji i usług, skoro dwa tysiące nie należą się już za samo stanie i leżenie. Obalenie tego mitu wymagało bardzo brutalnego zderzenia z rzeczywistością w rodzaju upadku największego pracodawcy w mieście i zepchnięcia na margines rynku pracy.

Tak czy inaczej, to właśnie tamten formacyjny okres zdeterminował światopogląd współczesnych KOD-erów i liberalnych przeciwników PiS: bardzo produktywistyczny, przypisujący jednostce silne sprawstwo i kontrolę nad własnym losem, niechętny interwencji państwa w gospodarkę. Krótko mówiąc: to raczej biografia pokolenia niż świadomość jednostkowych interesów ekonomicznych i raczej doświadczenie młodości niż współczesny status określają ich wybory polityczne i estetyczne – a także ramy akceptowalnego dla nich dyskursu.

Ci ludzie, do których również mogłaby mówić lewica, nie stanowią klasy społecznej – są wśród nich emerytowane nauczycielki i wykwalifikowani robotnicy z odchowanymi dziećmi, prawnicy wysokiego szczebla korporacji i lekarki, inżynierowie i sklepikarze. Ich zbiorową mentalność określają: pragnienie osobistej wolności i aspiracje do dobrego życia w modelu klasy średniej w kraju nowoczesnej Europy, z ograniczoną władzą państwa – nie wspólny próg podatkowy. A co z tego wynika na dziś i najbliższe dwa lata?

Do ludzi o takiej mentalności można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając własnych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia; klasa średnia potrzebuje wysokiej jakości usług publicznych, aby mogła w pełni rozwijać swój potencjał; Unia Europejska wymaga solidarnościowej reformy, aby mogła przetrwać; najlepszą ochronę przed władzą daje silny samorząd i sieć obywatelskich organizacji itp. Można w ten sposób przeciągać istotną i zróżnicowaną grupę społeczną „na lewo”, a zarazem czynić ją lepszym sojusznikiem w walce z PiS.

Jeśli z kolei ustawimy „starych liberałów” (uczestników marszy KOD, obecnych wyborców PO i Nowoczesnej, starszych czytelników „Polityki” czy „GW”…) w roli beneficjentów transformacji gardzących „ludem”, namawiając ich do ekspiacji za PGR-y, siebie zaś uczynimy w tym układzie samozwańczymi trybunami ludowymi („lud ma rację, że się burzy, a że rządzi PiS, to wasza wina”), sami wkładamy się w ramy opowieści politycznej Kaczyńskiego.

W ten sposób wzmocnimy tylko dyskurs przeciwnika (bo wojna ludu z elitami to sedno przekazu PiS), jako lewa strona skazujemy się natomiast na klęskę – bo ani nie przyciągniemy do lewicowego projektu ludzi pokolenia „wyborów czerwcowych”, ani tych, którzy zostaną przy PO/Nowoczesnej nie przekonamy do rezygnacji z antyspołecznych poglądów. Skrzydło postępowe opozycji rozbije się o szklany sufit demografii, a skrzydło bardziej zachowawcze – o kontrskuteczność swej ideologicznej fiksacji. Jedna opozycja czy dwie, wszyscy przegrywamy.

>>>

>>>

PiS to czysta bolszewia. Pilne jest, aby ich odsunąć od władzy

Zwykły wpis

Były prezes Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzej Zoll wyraził nadzieję, że „polska władza uszanuje stanowisko” unijnego Trybunału Sprawiedliwości, który będzie zajmował się postanowieniem Sądu Najwyższego o zawieszeniu niektórych przepisów pisowskiej ustawy o przeniesieniu sędziów SN w stan spoczynku. – „Jeżeli polski rząd nie zaakceptuje postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, to wkroczy na bardzo niebezpieczną dla Polski drogę. Konsekwencją tego będzie w najbliższym czasie wykluczenie Polski z Unii Europejskiej. A myślę, że to jest klęska” – stwierdził prof. Zoll w TVN 24.

Zdaniem prof. Zolla, nie ma najmniejszych wątpliwości, że prof. Małgorzata Gersdorf jest I Prezes Sądu Najwyższego do końca kadencji, czyli do 2020 r. Były prezes TK bardzo krytycznie podsumował trzy lata prezydentury Andrzeja Dudy. – „Ani razu nie stanął w obronie Konstytucji, a wręcz odwrotnie – wielokrotnie ją naruszał. A ślubował być jej strażnikiem. Jego ubiegłoroczne weta były fikcją” – powiedział prof. Zoll.

„W Polsce działa V kolumna Putina. A Targowiczanie marzą o tym, aby Polskę wyprowadzić z UE. Przedbiegi w tej sprawie czyni już Kornel Morawiecki wielki przyjaciel Rosji”; – „Oczywiście, że Polska Zjednoczona Prawica Rzeczpospolitej nie uzna wyroku konkurencyjnego do PZPR organu władzy sądowniczej. Nie po to wstaliśmy z kolan. Gdzieś mamy Europę, niech żyje Wspólnota Niepodległych Państw”; – „Rzepliński, Strzembosz, Zoll, Sadurski, Gersdorf – vs Kaczyński, Ziobro, Wójcik, Piebiak, Kaleta. Profesorowie, znawcy prawa vs PiSbolszewicy. Wolna Polska vs Moskwa. Wybór należy do Ciebie…” – komentowali internauci.

Sławomir Marek, proboszcz parafii w Stanowicach na Dolnym Śląsku, „słynie” z komentowania na Twitterze bieżących wydarzeń. Postanowił zabrać głos także na temat pogrzebu Kory. Tę piękną i wzruszającą uroczystość tak podsumował: – „Samozbawienie. Zamiast krzyża zdjęcie z młodości. Zamiast Salve Regina pioseneczka o niczym. Smutny koniec”.

Tego było już za wiele dla ks. Wojciecha Lemańskiego, który na Facebooku napisał: – „Zamilknij, klecho. Po tym, jak została przed laty skrzywdzona przez faceta podobnego do ciebie, powinniśmy Bogu dziękować, że zmarła nie zażyczyła sobie, by na jej pogrzeb nie wpuszczano żadnego księdza. Nie martw się, była i msza w intencji zmarłej i Salve Regina. Gdybyś miał w sobie odrobinę miłosierdzia – sam byś taką mszę odprawił. A gdybyś miał w głowie choć kilka kropel oleju – milczałby w takiej chwili”. Ks. Lemański nawiązał do wyznania Kory, że w dzieciństwie była molestowana seksualnie przez księdza.

Do wpisu proboszcza ze Stanowic odniósł się także jezuita Grzegorz Kramer. – „Najpierw księża mówią: Kora nie miała nic wspólnego z Kościołem, to nie powinno być katolickiego pogrzebu. Teraz, kiedy on rzeczywiście nie był katolicki, mówi ksiądz: „Samozbawienie. Zamiast krzyża zdjęcie z młodości. Zamiast Salve Regina pioseneczka o niczym. Smutny koniec”. Czy my naprawdę nigdy nie zrozumiemy, że takim chamskim zachowaniem nikogo do Chrystusa i Kościoła nie przyciągniemy?” – napisał na Twitterze o. Kramer.

I jeszcze jeden głos duchownego katolickiego – księdza Stanisława Walczaka.

Zobacz więcej

„Dziękowałem Bogu za tę kobietę. Kobietę, którą w dzieciństwie kapłan odtrącił od Boga… I potem nie znalazł się inny, który by jej ranę zabliźnił. Na pogrzebie Pani Kory nie raziła mnie nieobecność kapłana. Ksiądz jakoś nawet nie pasowałby do tego wydarzenia. Kościół zaś był obecny w swoich wiernych, szczególnie tych, którzy wyrażali wiarę w spotkanie zmarłej z jej matką, za którą tęskniła. Ludzie przyszli tłumnie, a wielu wierzyło, że śmierć nie może być końcem… A na koniec wspomniana w świeckiej pieśni „Czarna Madonna”, jakoś bardziej tu pasowała niż tradycyjne „Salve Regina”.

Ten moment, kiedy szukasz ucieczki przed lejącym się z nieba żarem, pogrążając się w teoretycznych rozważaniach, i dociera do ciebie, że oto stałeś się klasycznym Freudowskim przypadkiem.

Nienawidzę upału. Marzę o tym, żeby być teraz na archipelagu Svalbard na północ od Norwegii, w połowie drogi na biegun północny. Ale ponieważ utknąłem w domu, mogę tylko włączyć klimatyzację i poczytać… rzecz jasna o trwających falach upałów i globalnym ociepleniu.

A czytać jest o czym. Temperatury powyżej 50 stopni Celsjusza przestały już kogokolwiek dziwić, odkąd regularnie odnotowuje się je w rejonie półksiężyca rozciągającego się od Emiratów Arabskich po południe Iranu, na niektórych obszarach Indii czy w kalifornijskiej Dolinie Śmierci. Teraz okazuje się, że będzie jeszcze gorzej, bo zagrożenie dotyczy już nie tylko obszarów pustynnych. W Wietnamie już teraz z powodu nieznośnego upału wielu rolników śpi w ciągu dnia i pracuje w nocy.

Jeśli nie powstrzymamy globalnego ocieplenia, najgęściej zaludniony region świata – zamieszkała przez rzesze ludzi równina na północy Chin, między Pekinem a Szanghajem, skąd pochodzi spora część produkowanej w kraju żywności – wkrótce nie będzie się nadawał do zamieszkania. Przyczyną będzie zabójcze połączenie upału i wilgotności, mierzone jako temperatura „mokrego termometru” (WBT). Kiedy WBT sięga 35 stopni Celsjusza, ciało ludzkie nie jest w stanie schłodzić się przez pocenie i nawet zdrowy, siedzący w cieniu człowiek umiera w ciągu sześciu godzin.

A więc co takiego się dzieje? Coraz częściej zdajemy sobie sprawę z tego, jak ostatecznie niepewny jest nasz byt: wystarczy potężne trzęsienie ziemi, uderzenie wielkiej asteroidy czy śmiertelna fala upałów i już po nas. Jak pisze Gilbert Keith Chesterton, „odbierzcie to, co ponadnaturalne – a zostanie to, co nienaturalne”. Powinniśmy promować tę tezę, tyle że w sensie odwrotnym niż zamierzony przez Chestertona: powinniśmy zaakceptować, że natura jest „nienaturalna”, że stanowi wariacki spektakl warunkowanych wzajemnie aberracji bez wewnętrznego ładu i składu. Jednak dzieje się więcej, o wiele więcej.

Globalne ocieplenie uświadamia nam, że wraz z całą naszą duchową i praktyczną działalnością jesteśmy po prostu jednym z wielu gatunków żyjących na planecie Ziemi. Nasze przetrwanie zależy od pewnych naturalnych parametrów, które automatycznie uznajemy za oczywiste.

Globalne ocieplenie uczy nas, że wolność ludzkości była możliwa tylko w warunkach stabilizacji naturalnych parametrów życia na Ziemi (temperatura, skład powietrza, dostęp do źródeł wody i energii itp.). Człowiek może „robić, co chce” dopóty, dopóki jego obecność pozostaje na tyle marginalna, żeby nie stanowić poważnego zakłócenia tych parametrów. Kiedy nasza wolność rozwoju gatunkowego zaczyna wpływać na świat, przyroda w odpowiedzi tę wolność ogranicza, stając się czymś w rodzaju kategorii społecznej.

Celem nauki i techniki nie jest już jedynie rozumienie i odtworzenie naturalnych procesów, lecz generowanie nowych, zaskakujących form życia; chodzi już nie tylko o dominację nad przyrodą (w jej obecnej postaci), ale stworzenie czegoś nowego, większego, silniejszego niż zwyczajna natura, z nami samymi włącznie. Za przykład może tu posłużyć obsesja na punkcie sztucznej inteligencji, zmierzająca do wytworzenia mózgu potężniejszego niż ludzki. Napędem wysiłku technologicznego jest marzenie o procesie, który nie przynosi żadnych korzyści – procesie, który by sam się wykładniczo replikował i rozwijał.

Pojęcie „drugiej natury” jest dziś zatem aktualne bardziej niż kiedykolwiek do tej pory, w obu jego podstawowych sensach. Po pierwsze, rozumiane dosłownie, jako sztucznie wygenerowana nowa przyroda: wybryki natury, zdeformowane krowy i drzewa, czy – w bardziej optymistycznej wersji – genetycznie modyfikowane organizmy, dowolnie przez nas „poprawiane” .

W bardziej standardowym zaś ujęciu „druga natura” dotyczy autonomizacji wyników naszego działania: tego, że nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji naszych czynów, z których rodzą się potwory żyjące własnym życiem. Szok i osłupienie wywołuje właśnie owo przerażenie nieprzewidzianymi skutkami naszych własnych działań, a nie moc natury, nad którą nie mamy kontroli.

Spod kontroli wymyka się już nie tylko społeczny proces rozwoju gospodarczego i politycznego, ale nowe formy naturalnych procesów, od katastrofy nuklearnej po globalne ocieplenie i nieprzewidziane konsekwencje inżynierii biogenetycznej. Czy jesteśmy w stanie choćby sobie wyobrazić potencjalne rezultaty eksperymentów nanotechnologicznych: nowe formy życia rozmnażające się jak komórki rakowe?

Wkraczamy zatem w nowy etap, w którym to po prostu sama przyroda „rozpływa się w powietrzu” (cytując Manifest komunistyczny). Konsekwencją naukowych przełomów w biogenetyce jest koniec przyrody. Należałoby zatem na nowo zinterpretować Freudowskie Unbehagen in der Kultur – dyskomfort w kulturze.

Wraz z ostatnimi wydarzeniami ów niepokój przenosi się z kultury na naturę: przyroda nie jest już „naturalna”, przestała być niezawodnym „gęstym” tłem naszego życia. Przypomina raczej kruchy mechanizm, który w każdej chwili może eksplodować, a konsekwencje mogą okazać się katastrofalne.

Rozmyślając nad falami upałów i gubiąc się w meandrach teoretycznych rozważań, w końcu udało mi się zapomnieć o przykrych realiach nieznośnego żaru. Krótko mówiąc, wpadłem w pułapkę tego, co Freud określał mianem fetyszystycznego zaprzeczenia: mam pełną świadomość tego, jak poważne jest zagrożenie, jednak nie mogę traktować go dość poważnie, bo nie wierzę, że naprawdę do niego dojdzie.

Może się niestety okazać, że przebudzenie nadejdzie za późno – w obliczu autentycznej katastrofy. A wtedy uświadomimy sobie, jak śmieszne są konflikty międzypaństwowe czy polityczne rozgrywki pod hasłami America First i Brexitu, podczas gdy cały nasz świat powoli się rozpada, a jedyna nadzieja leży w podjęciu wspólnego, kolosalnego, globalnego wysiłku.

>>>

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o nadziei dla opozycji.

To, co nas czeka, to, co się wykluje, zależy tylko od nas.

Kończy się pewna epoka i nie tylko dlatego, że umarła Kora. Na jej pogrzebie Wojciech Mann stan dzisiejszej Polski nazwał parodią demokracji. A w parodii naprawdę trudno żyć, bo to forma ekspresji, za pomocą której kontaktujemy się ze światem i nazywamy go.

A jeżeli coś się kończy, to musi się zacząć coś nowego. To, co nas czeka, to, co się wykluje, zależy tylko od nas. Musimy zmierzyć się z realnością, w tym wypadku z polityką i wziąć ją za twarz, aby była nam posłuszna.

Piotr Pacewicz w portalu oko.press zamieszcza kapitalną analizę na podstawie drobiazgowego sondażu IBRiS, do czego może dojść już w wyborach samorządowych, gdy naprzeciw PiS stanie tylko Koalicja Obywatelska (Platforma Obywatelska i Nowoczesna), a zabraknie we wspólnocie opozycyjnej PSL, SLD i innego drobiazgu lewicowego. PiS może wygrać w 10 sejmikach na 16. Zaś w wypadku, gdy dojdzie do szerokiej platformy zjednoczenia taka zjednoczona Wielka Koalicja wygrywa z PiS 15 do 1.

A więc warto zewrzeć szeregi, aby nie żyć w parodii. Prof. Marcin Matczak proponuje przeorientowanie protestów i uczynienie z nich realnej siły jednoczącej opozycję. Mamy do czynienia z inflacją protestów. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne.
Należy dotrzeć do szerokich grup społecznych, a wartości demokratyczne, liberalne, takie jak praworządność promować w sposób populistyczny. W tym wypadku niech to będą np. konstytucyjne miesięcznice. Profesor pisze: – „Protest organizowany w całej Polsce, w tym samym miejscu (pod Sądem Najwyższym), tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dniu, w którym haniebna ustawa o SN weszła w życie), miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę”.

Kilka dni temu ukazał się w „Krytyce Politycznej” inny ważny głos Michała Sutowskiego w kwestii, który nas wszystkich obchodzi, aby przestać żyć w pisowskiej parodii demokracji. Eseista proponuje sojusz pokoleniowy – liberalni rodzice i lewicowe dzieci.

I wreszcie dzisiaj przeczytałem interesujący materiał Jacka Liberskiego z „Liberte”, który dzieli się uwagami, jak wygrać z PiS. Nawet nazwał to nowym słowem w polszczyźnie inprawizją, na którą to składają się: Integracja, Prawda, Wizja.

Coraz więcej głosów po stronie społeczeństwa obywatelskiego, które nie tylko krytykują PiS, ale przede wszystkim proponują konkretne i pragmatyczne rozwiązania, jak wygrać z PiS, aby nie żyć w słusznej ekspresji krytykowania PiS. Nie żyć w parodii demokracji. Jak Kora „iść z podniesioną głową i jasnymi poglądami”.

Jak przestać żyć w pisowskiej parodii demokracji

Zwykły wpis

Kończy się pewna epoka i nie tylko dlatego, że umarła Kora. Jak wielce inteligentnie zauważył na jej pogrzebie Wojciech Mann, który stan dzisiejszej Polski nazwał parodią demokracji. A w parodii naprawdę trudno żyć, bo to forma ekspresji za pomocą której kontaktujemy się ze światem i nazywamy go.

A jeżeli coś się kończy, to musi się zacząć coś nowego. To, co nas czeka, to co się wykluje, zależy tylko od nas. Nie możemy pozostać w ekspresji, choćby ona była jak najbardziej szlachetna, musimy zmierzyć się z realnością, w tym wypadku z polityką i wziąć ją za twarz, aby była nam posłuszna.

Piotr Pacewicz na portalu oko.press zamieszcza kapitalną analizę na podstawie drobiazgowego sondażu IBRiS, do czego może dojść już w wyborach samorządowych, gdy naprzeciw PiS stanie tylko Koalicja Obywatelska (Platforma Obywatelska i Nowoczesna), a zabraknie we wspólnocie opozycyjnej PSL, SLD i innego drobiazgu lewicowego. PiS może wygrać w 10 sejmikach na 16. Zaś w wypadku gdy dojdzie do szerokiej platformy zjednoczenia taka zjednoczona Wielka Koalicja wygrywa z PiS 15 do 1.

A więc warto zewrzeć szeregi, aby nie żyć w parodii. Prof. Marcin Matczak proponuje przeorientowanie protestów i uczynienie z nich realnej siły jednoczącej opozycję. Mamy do czynienia z inflacją protestów. Protesty w sprawie sądownictwa odbywają się niemal codziennie, organizowane przez wiele podmiotów. To powoduje, że powszednieją i rozmieniają się na drobne.

Należy dotrzeć do szerokich grup społecznych, a wartości demokratyczne, liberalne, takie jak praworządność promować w sposób populistyczny. W tym wypadku niech np. to będą konstytucyjne miesięcznice. Profesor pisze: „Protest organizowany w całej Polsce, w tym samym miejscu (pod Sądem Najwyższym), tego samego dnia (np. 3 dnia każdego miesiąca, aby przypominać o dniu, w którym haniebna ustawa o SN weszła w życie), miałby większą moc i bardziej wyrazistą wymowę.”

Kilka dni temu ukazał się w Krytyce Politycznej inny ważny głos Michała Sutowskiego w kwestii, który nas wszystkich obchodzi, aby przestać żyć w pisowskiej parodii demokracji. Eseista proponuje sojusz pokoleniowy – liberalni rodzice i lewicowe dzieci.

I wreszcie dzisiaj przeczytałem interesujący materiał Jacka Liberskiego z „Liberte”, który dzieli się uwagami, jak wygrać z PiS, nawet nazwał to nowym słowem w polszczyżnie inprawizją, na którą to składają się: Integracja, Prawda, Wizja.

Coraz więcej głosów po stronie społeczeństwa obywatelskiego, które nie tylko krytykują PiS, ale przede wszystkim proponują konkretne i pragmatyczne rozwiązania, jak wygrać z PiS, aby nie żyć w słusznej ekspresji krytykowania PiS, nie żyć w parodii demokracji, jak Kora „iść z poniesioną głową i jasnymi poglądami”.