Tag Archives: Marta Lempart

Piotrowicz do pierdla!

Zwykły wpis

Sędziowie Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf i Krzysztof Rączka złożyli pozew przeciwko posłowi PiS Stanisławowi Piotrowiczowi. Domagają się przeprosin oraz 50 tysięcy złotych na cele społeczne.

Chodzi o wypowiedź przewodniczącego Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka z 27 sierpnia, wygłoszoną w siedzibie KRS. Wtedy grupa demonstrantów reprezentujących ruch Obywatele RP przez kilka godzin blokowała rozpoczęcie obrad Krajowej Rady Sądownictwa, na których KRS miała zarekomendować kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Członek KRS, poseł PiS Stanisław Piotrowicz odnosząc się do protestu powiedział dziennikarzom, że „nie może być takiej sytuacji, by garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała prace organu konstytucyjnego”. Dopytywany, o jakie przywileje chodzi, odpowiedział, że chodzi także o to, żeby „sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami, nie orzekali dalej”.

Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf domagała się przeprosin i zapowiadała, że wejdzie na drogę prawną. Pozew zapowiedział również sędzia Krzysztof Rączka, który stwierdził, że będąc sędzią SN nie może „pozostać biernym” wobec wypowiedzi Piotrowicza, w której „zawarto sugestię popełnienia czynu zabronionego przez sędziów Sądu Najwyższego”. „Stwierdzenie to nie znajduje żadnego uzasadnienia w faktach i godzi w moje dobre imię jako Sędziego SN, jak również godność wszystkich Sędziów zasiadających w najwyższym organie władzy sądowniczej Rzeczypospolitej Polskiej” – napisał w oświadczeniu opublikowanym 5 września.

Piotrowicz nie przeprosił. Trzy tygodnie później Gersdorf i Rączka, jak zapowiedzieli wcześniej, złożyli pozew – poinformował TOK FM mecenas Michał Wawrykiewicz, współzałożyciel inicjatywy Wolne Sądy i Komitetu Obrony Sprawiedliwości KOS.

Sędziowie domagają się od Piotrowicza przeprosin i 50 tys. zł na cele społeczne. Sam poseł PiS jeszcze do pozwu się nie odniósł.

* * *

Pokonać PiS i posadzić takich Piotrowiczów.

Depresja plemnika

Według rozmówców „Newsweeka” Tusk na poważnie rozważa start w wyborach prezydenckich w 2020 r. Ale do tego będzie potrzebował PO i wcześniejszej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych. Dlatego – jak mówi ważny polityk PO – Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę.

Ten sojusz został przypieczętowany na zjeździe Europejskiej Partii Ludowej w Helsinkach pod koniec października. Tusk przechadzał się między liderami europejskiej chadecji, do której należą w europarlamencie PO oraz PSL, i odbierał gratulacje za wynik wyborów samorządowych w Polsce. Koalicja Obywatelska wygrała wybory w miastach, wypychając z nich zupełnie PiS. Tusk publicznie chwalił w Helsinkach Schetynę, podkreślając, że dobry wynik Koalicji Obywatelskiej to jego zasługa.

Prawicowe tygodniki straszą powrotem Tuska

Kilku moich rozmówców w PO przyznaje, że wzajemne „obwąchiwanie się” trwało dość długo, bo Schetyna wciąż podejrzewał, że Tusk chce…

View original post 3 278 słów więcej

PiS bezcześci polski parlamentaryzm, nie są godni miana dumnych polskich demokratów. Jest ono w posiadaniu opozycji

Zwykły wpis

Bronisław Geremek 31 X 1997-30 VI 2000 – minister spraw zagranicznych

Ur. 6 III 1932 w Warszawie, zm. 13 VII 2008 w Lubieniu, historyk, dyplomata. W 1954 ukończył studia na Wydziale Historycznym UW. W latach 1956–1958 odbył studia podyplomowe w Ecole Pratique des Hautes Etudes na Sorbonie. W 1960 uzyskał doktorat z historii w PAN, w 1972 – habilitację, a w 1989 został mianowany profesorem nadzwyczajnym. W latach 1955–1985 pracownik naukowy Instytutu Historii PAN (z wyjątkiem 1960–1965, gdy wykładał na Sorbonie i kierował Centrum Kultury Polskiej). W 1985 zwolniony z pracy w PAN z powodów politycznych. Posiadał 11 doktoratów honoris causa. W latach 1978–1981 był współzałożycielem i wykładowcą „uniwersytetu latającego”. W sierpniu 1980 został jednym z głównych ekspertów i doradców Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Gdańsku. W latach 1987–1990 czołowy doradca „Solidarności”, uczestnik obrad Okrągłego Stołu w 1989. Od 1989 poseł na Sejm. W latach 1989–1997 przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Minister spraw zagranicznych od 31 X 1997 do 30 VI 2000. Autor wielu publikacji naukowych.

Teksty:

https://twitter.com/PE_Polska/status/1017700409794686976

Zgodnie z nowymi zasadami, sędziowie Sądu Najwyższego, którzy ukończyli 65 rok życia i chcą dalej pracować, musieli poddać się procedurze opiniowania przez Krajową Radę Sądowniczą. Radę, która jest już całkowicie w rękach PiS. W czwartek KRS pozytywnie zaopiniowała 5 sędziów. Siedmiu, w tym sędzia Stanisław Zabłocki, otrzymało opinię negatywną.

Sędzia Zabłocki nie kryje, że „Po raz pierwszy w życiu spotkało go coś takiego, że został zaopiniowany w sytuacji, kiedy nikogo o tę opinię nie prosił” i że „została uruchomiona wobec niego procedura, której on nie zamierzał uruchomić”.

Swoje oświadczenie, w którym napisał, że „Wyrażam wolę orzekania zgodnie z zasadą nieusuwalności sędziów, określoną w artykule 180 ustęp 1 konstytucji, do ukończenia 70. roku życia” złożył na ręce I prezes SN. Zgodnie z przyjętą procedurą zostało ono przesłane do prezydenta i wraz z innymi oświadczeniami, skierowane do KRS. Sędzia uznał za zbyteczne dołączenie zaświadczenia lekarskiego o stanie zdrowia i nawet, gdy otrzymał wezwanie, by jednak takie zaświadczenie dostarczyć, swego zdania nie zmienił. Odpowiedział, że „świadomie tego zaświadczenia lekarskiego do oświadczenia nie dołączyłem i nie widzę podstaw, aby go dołączyć w tej chwili”.

Z uwagą śledził transmisję z KRS do momentu, gdy jeden z jej członków zażądał wyłączenia jawności obrad. Nie można więc stwierdzić, kto wchodził w skład zespołu opiniującego, jak wyglądała dyskusja. Jedno jest pewne. Sędzia Zabłocki otrzymał zero głosów. Nie czuje się źle z tą decyzją, a od wielu osób otrzymuje gratulacje za taki wynik obrad KRS.

Sędzia Zabłocki uważa, że zgodnie z porządkiem prawnym, I prezesem SN nadal pozostaje profesor Gersdorf. Tak jak i sędzia Józef Iwulski, też negatywnie zaopiniowany przez KRS, jest zgodnie z prawem, wyznaczonym zastępcą pani profesor na czas jej nieobecności.

Podkreśla też, że mimo zmian SN stara się pracować normalnie, tak jak do tej pory. Jednak jest ciężko, bo w jego Izbie Karnej ubyło już 11 sędziów, a ilość spraw się nie zmniejsza, wręcz odwrotnie. Próbuje więc nieco poprawić sytuację, zwracając się do ministra sprawiedliwości o wyznaczenie delegacji sędziów, którzy wspomogliby pracę. Jednak „W tym roku nie otrzymałem zgody na ani jedną delegację. W ostatnim kwartale zeszłego roku dostałem zgodę na jedną delegację”.

Sędzia Zabłocki nie ukrywa, że od roku w Kancelarii Prezydenta znajdują się akta czterech kandydatów do Izby Karnej SN. Są to wspaniali fachowcy w swej dziedzinie, jednak prezydent wciąż nie podejmuje decyzji w tej sprawie. Stąd prośba sędziego o „przyjęcie ślubowania od tych sędziów. Bo jeśli to nie nastąpi, to ciągle powtarzane słowa, że celem tych zmian (w SN – red.) jest usprawnienie pracy, że celem tych zmian jest dobro Sądu Najwyższego, będą brzmiały jednak bardzo fałszywym dźwiękiem”.

https://twitter.com/MSzuldrzynski/status/1017440616605765633

Sędzia odniósł się też do kolejnego projektu zmian w ustawie o SN, który zakłada, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Sądu Najwyższego wybiera i przedstawia prezydentowi kandydatów na I prezesa niezwłocznie po obsadzeniu 2/3 liczby stanowisk sędziów SN.

Jest przekonany, że chodzi tutaj o jak najszybszy wybór I prezesa SN, na miejsce wciąż pełniącej swoje obowiązki profesor Gersdorf. Tym bardziej, że prezydentowi nie udało się wyznaczyć jej następcy, bo żaden z obecnych sędziów SN na to nie zgodził się.

https://twitter.com/bimbol_jg/status/1017479673683554304

Bardzo negatywnie ocenia też projekt nowelizacji ustawy, zgłoszony przez polityków PiS, który odbiera kandydatom do SN prawo do odwołania. „Najlepiej uświadomić to na przykładzie. Załóżmy, że mamy jedno wolne miejsce. Na to jedno wolne miejsce zgłasza się 39 znakomitych kandydatów i jeden troszkę mniej znakomity. KRS stawia, ludzie są omylni, na tego mniej znakomitego kandydata. I w tym momencie dotąd wszyscy pozostali mieli prawo skorzystać z procedury odwoławczej, z odwołania do Naczelnego Sądu Administracyjnego, i do momentu rozpoznania tych odwołań KRS nie mogła przedstawić tych kandydatów panu prezydentowi  (…) A w tej chwili proponuje się wprowadzić regulację, że ten kandydat, który otrzyma tę rekomendację KRS nie złoży odwołania, to jego przedstawienie jest możliwe, dlatego że w tym zakresie uchwała staje się prawomocna. Przepis mówi, że żeby nie doszło do uprawomocnienia się, wszyscy muszą złożyć odwołania”.

No i mamy „demokrację w stylu PiS”. Podległa tej partii Krajowa Rada Sądownicza wybiera sędziów do SN zgodnie z oczekiwaniami partyjnymi i już wszystko jasne. Wolność i niezależność sądownictwa staje się fikcją. A wszystko to dla dobra Polski i jej obywateli…

https://twitter.com/Polskawruinie1/status/1017691123698094080

Kanikuła daje się najwyraźniej we znaki resortowi spraw wewnętrznych i jego szefowi. Niektórzy internauci chcieliby nawet zamiany ministerstwa na szpital psychiatryczny.

Wobec tego co już zrobił Joachim Brudziński trudno o trafniejsze komentarze. Ten prominentny polityk partii rządzącej, szef MSWiA złożył zawiadomienie do prokuratury w związku z pojawieniem się na Marszu Równości w Częstochowie godła na tęczowym tle.

Pan minister tak się zapędził w swojej homofobii, że nazwał marsz „kulturową i religijną prowokacją środowisk LGBT wymierzoną wobec pielgrzymów”.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Już po kilku godzinach od dostarczenia przez policję materiałów z protokołem doniesienia mieszkańca o znieważaniu symboli narodowych prokuratura wszczęła śledztwo.

Na Twitterze zawrzało, ale nie tylko od oburzenia, ale i drwin. Internauci pytają ministra czy złoży też zawiadomienie w sprawie Agaty Dudy. Pierwsza Dama podczas meczu Polska-Japonia miała na sobie t–shirt z „przeróbką” polskiego godła, o czym w artykule „Agata Duda założyła koszulkę producenta, deklarującego się jako przeciwnik UE

„Czy prokuratura zajęła się już tą przeróbką polskiego godła noszoną przez A.Dudę?” – pyta wiceprezes zarządu Forum Obywatelskiego Rozwoju Marek Tatała.

Inny komentujący zwraca uwagę, że jak ktoś „przerobi orzełka na tęczowo to jest profanacja godła, a jak pierwsza dama Agata Duda nasza ukochana biega sobie w czarnej koszulce red is bad z orzełkiem, to wtedy nie jest profanacja”

>>>

Furmani polskiej polityki – Duda, Morawiecki. Gdyby mogli smagaliby Polaków batem.
Ale to tylko faceciki z czworaków. Niedojdy.

Hairwald

Gen. Mieczysław Gocuł w obszernym wywiadzie dla „Polityki” wspomina okoliczności swojego odejścia z armii. Były szef Sztabu Generalnego mówi o wielkim wstydzie, jakiego doświadczył za czasów poprzedniego kierownictwa MON. „Mnie już brakowało twarzy” – opowiada.

Generał Mieczysław Gocuł w latach 2013-17 był najważniejszym żołnierzem w Polsce, szefem Sztabu Generalnego. Był w grupie blisko 30 generałów i ponad 250 pułkowników, którzy po objęciu kierownictwa nad MON przez Antoniego Macierewicza odeszło ze służby.

„Wypowiedzenie złożyłem 4 lipca 2016 roku, symbolicznie w Dniu Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Szczyt NATO w Warszawie był 8-9 lipca. Nie widziałem już jednak możliwości dotrzymywania słów złożonej przysięgi wojskowej” – mówi w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” gen. Gocuł.

Mnie już brakowało twarzy, żeby wytrzymać wstyd, jaki przynosili moi przełożeni za granicą, niwecząc wysiłek długich lat

– wyznaje generał.

Na pytanie Marka Świerczyńskiego z „Polityki” o największy ze wstydów, gen. Mieczysław Gocuł mówi o dwóch takich przypadkach.

„Fakt, że wyrzucono…

View original post 1 659 słów więcej

Jak PiS wprowadza i wyprowadza kozy

Zwykły wpis

PiS do perfekcji opanował polityczną zasadę nieoznaczoności (w fizyce kwantowej Heisenberga nie jesteśmy w stanie oznaczyć, gdzie znajduje się cząstka materii). W publicystyce przyjęło to nazwę niewysublimowanego przykładu alegorii: wyprowadzenia kozy. Wprowadzasz kozę – śmierdzi, wyprowadzasz – wszyscy z ulgą przyjmują, że można oddychać. A guzik, koza zrobiła swoje, jej nie ma, ale smród pozostał na zawsze – smród zniewolenia.

Tak rozegrano w ubiegłym roku trzy ustawy sądownicze, gdy Andrzej Duda po wielkich protestach i łańcuchach światła dwie z nich zawetował, wyprowadził kozę, aby następnie wprowadzić kozę jeszcze bardziej waniającą, ale wszyscy byli już zmęczeni pisowskim smrodem.

PiS nawet we wprowadzniu kozy wyrobił się jeszcze bardziej jak babcine reformy. Sejm w wakacje miał nie pracować, obserwatorzy polityczni utyskiwali, że posłowie to lenie, a tu proszę parlamentarzyści pracują w pocie czoła, jak nie przymierzając w czasie żniw. Może za bardzo się nie napracują, ale jakie efekty, godne stachanowców.

Nowela ustawy o IPN to znamienity przykład śmierdzącej kozy pisowskiej. Ustawa o IPN rozeszła się na cały świat, PiS osiągnął zatem efekt globalny, świat potraktował jako chlew. Ale nie zgodziły się z takim traktowaniem dwa potężne państwa Izrael i USA. Chlewu w związku z pisaniem o Holocauście nie będzie! Premier Izraela dopilnował, aby Mateusz Morawiecki wyprowadził tę globalną kozę, upokorzenie polskiego premiera widziała publika całego świata. Morawiecki jednak uznał to za sukces, bo tym razem to na niego – w teorii nieoznaczoności Heisenberga – przeniosła się koza, którą w tym wypadku można byłoby nazwać: kozą upokorzenia.

Zauważmy, iż w przypadku PiS działa fizyka kwantowa – smród po ustawie o IPN pozostaje na zawsze, a za kozę tymczasem robi sam Morawiecki.

Tę zasadę – moje odkrycie: kozy kwantowej – wykorzystuje się przy upartyjnieniu Sądu Najwyższego. Od razu wyczułem kozę, gdy na agendę wrzucono sprawę całkowitej aborcji, która miała być odesłana ad Kalendas Graecas, czyli nigdy niezałatwiona, ale służaca do postrachu.

I oto wraca aborcja, bo trzeba na siłę rozpirzyć Sąd Najwyższy, który sam o sobie zadecydował – takie uprawnienie daje Konstytucja – iż nie da się rozpędzić, a Komisja Europejska rozważa skierowanie tej sprawy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Frans Timmermans nie do końca ma świadomość, ilu kóz i jakie z nich wprowadzi PiS, aby którąś wyprowadzić i by poczuto ulgę.

Bardziej jednak niż o Timmermansa właściciele kóz martwią się o polska publikę. Wszak do wyroków Trybunału w Luksemburgu mogą się nie odnieść, ale do Polaków niekoniecznie, gdyż to zależy, ilu z nas będzie protestować. O tym subtelniej niż ja pisze Wojciech Maziarski w materiale „O co chodzi w „operacji aborcja”.

Szefowa Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart twierdzi, że kobiety będą protestować przeciw zakazowi aborcji, a wieczorem przyjdą pod Sąd Najwyższy. Ale w tym wypadku nie chodzi o zwartość protestujących, lecz o manipulowanie kozami i do tego PiS niewątpliwie się ucieknie.

PiS w dawkowaniu smrodów i mieszaniu nimi jak w alchemicznej retorcie jest mistrzem. Sam Goebbels mógłby się od nich uczyć, a wszczególności od Morawieckiego.

Takich kóz pisowskich jest bez liku. Jak wyprowadzono kozę: „nagrody nam się należą” (wprowadziła ją do obory B. Szydło)? Prezes powiedział, że mają je zwrócić na Caritas. Czy ktoś sprawdził, ile nagród odesłano do Caritasu, których wszak ich nie wypłacał? Ale to betka z nagrodami, które doją pisowscy działacze w spółkach skarbu państwa. Największy dystrybutor energii w Polsce Energa ma już szóstego prezesa za czasów rządów PiS. Nie dość, że na tym stanowisku zarabia się krocię, to odprawy są wielokrotnie większe. Tak jest na stanowisku prezesa, lecz są pośledniejsze stanowiska w tej spółce i w innych spółkach skarbu państwa. Doją Energę i spółki paćstwowe rotacyjnie, bo „im się należy”. To nawet nie są dziesiatki milionów, ani setki, to wiecej. Zresztą wystarczy porównać schemat i metody działania mafii, aby przekonać się, skąd PiS bierze wzorce dojenia, pobierania haraczów.

Tak do tej pory nikt nie postępował, bo poprzednie ekipy rządzące nie umywają się do PiS. Chrzanieniem w bambus jest używanie zwrotów, że poprzednie rządy, że PO-PSL, itd.

Spointuję nieco innym akcentem, mniej smrodliwym niż koza, lecz wielce nadającym się do „Ucha prezesa”, które nawet nie wiem, czy jest jeszcze realizowane, bo za kozami pisowskimi nie można nadążyć. Tomasz Siemoniak na swoim blogu – warto z byłym wiceporemierem pogadać, czy by nie republikować jego blog – pyta Morawieckiego i Joachima Brudzińskiego o słynną stępkę pod prom: „Dlaczego PiS nie poleruje stępki papierem ściernym?”

Niedługi tekst Siemoniaka jest przezabawny i uświadamia, że PiS nie tylko wprowadza i wyprowadza kozy, ale też ośmiesza na świecie imię Polski. Te dwie postaci pisowskie Morawiecki i Brudzoński są jak Friko i Koko z cyrkowych skeczów, gdy jedna postać krzyczy do drugiej: „Wiesz Friko, ze jesteś większym krętaczem ode mnie” i słyszy odpowiedź: „Ależ ty Koko jesteś większym kłamcą”.

Pisowskie kozy pozostawią na zawsze smród na naszym wizerunku, ale moglibyśmy zadbać o to, aby już żadnych kóz nie wprowadzali. Jest na to jeden sposób, ich wyprowadzić.

Idioci, którzy nienawidzą kobiet

Zwykły wpis

Barbara Nowacka skomentowała prace polityków w Sejmie zmierzające do całkowitego zakazania aborcji.

Marta Lempart (Ogólnopolski Strajk Kobiet) zapowiada antyrządowe protesty w czasie piątkowego głosowania w Sejmie ws. zaostrzenia prawa aborcyjnego.

natemat.pl-jak-wypadlo-100-dni-premiera-morawieckiego-zuzywa-sie-szybciej-niz-pis >>>

100 dni Morawieckiego. Te 6 rzeczy miały być sukcesami, a nowy premier po prostu na nich poległ

PiS wiązało z nominacją Mateusza Morawieckiego na premiera wielkie nadzieje, a prezes Jarosław Kaczyński nie ukrywał nawet, że ma wobec niego dalekosiężne plany polityczne. Dzięki „operacji Morawiecki” partia rządząca chciała osiągnąć kilka celów. Kalkulowała, że otworzy się na umiarkowane centrum i powalczy o głosy tzw. normalsów, zakładała, że zjedna sobie światowe salony i ugasi konflikty z Brukselą; zamierzała wreszcie nadać nowy impet gospodarce. Jak te plany wyglądają w zderzeniu z rzeczywistością i czy premier wywiązał się z pokładanych w nim nadziei?

„Nowe otwarcie” z szefem rządu, który wcześniej stał na czele dużego banku, miało pokazać wyborcom, że – wbrew histerii opozycji- PiS stawia na profesjonalizm, fachowość, że jest partią przewidywalną. Sam Kaczyński komplementował Morawieckiego mówiąc, że to „najzdolniejszy człowiek jaki pojawił się w polskiej polityce po 1989 roku”.

Sto dni Morawieckiego upłynęło jednak pod znakiem gaszenia dyplomatycznych pożarów: po uruchomieniu przez Komisję Europejską art. 7 wobec Polski, po awanturze o nowelizację ustawy o IPN (którą jeszcze bardziej zaogniła wypowiedź Morawieckiego w Monachium) i pogorszeniu relacji z USA i Izraelem.

Bartosz Wiciński na cowdmedia.pl pisze o Morawieckim.

Ostatni numer Polityki opisuje sto dni Mateusza Morawieckiego, które minęły w tę niedzielę oraz atmosferę panującą w tym czasie w obozie rządzącym. “Jako polityk jest mniej dojrzały niż Szydło. Zgubiła go pewność siebie” – uważa posłanka PiS. Z kolei polityk z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego dodaje – “Usnął w nim polityk, a obudził się publicysta”. Takie opinie krążą w jądrze Prawa i Sprawiedliwości po wpadce w Niemczech, gdzie premier mówił o polskich i żydowskich sprawcach Holokaustu.

Tygodnik opisuje również sprawę premii i nagród, co było najprawdopodobniej powodem ostatnich spadków notowań Prawa i Sprawiedliwości – “(…) A sprawa dotyka jednego z fundamentów popularności partii Kaczyńskiego, która udanie pozycjonowała się dotąd jako ta przestrzegająca najwyższych standardów i odporna na pokusy materialne (…)”. Morawiecki stara się opanować jeden z największych kryzysów, jakie dotknęły partię od momentu przejęcia władzy. Naturalnie chodzi o dekoniunkturę w polityce wewnętrznej, ponieważ kłopoty na arenie międzynarodowej nie odbiły się do tej pory problemami w sondażach, oprócz porwania się z motyką na słońce, gdy wybierano Donalda Tuska na kolejną kadencję.

Ta lawina wszystkich zmartwień i wpadek zmusza do postawienia pytania, jak ułożyły się relacje w obozie władzy po awansie Morawieckiego. Na razie nikt nie mówi o tym, że jest marionetką Kaczyńskiego, co od samego początku ciążyło na wizerunku Szydło. PiS pracuje nad budową jego wizerunku jako sprawnego menedżera.

“Jest inaczej niż za czasu pani premier. Morawiecki zamiast długich narad robi krótkie odprawy. Zarządza za pomocą esemesów i maili. Zrobiło się bardziej korporacyjnie” – mówi Polityce anonimowo polityk z rządu.

Kaczyński sam usunął się w cień i nawet dymisje ministrów przedstawiano jako decyzje premiera. Kaczyński wciąż ufa Morawieckiemu, co przekłada się na dobre relacje z Mariuszem Błaszczakiem, Joachimem Brudzińskim i Markiem Suskim czyli najbardziej zaufanymi ludźmi prezesa w rządzie. Prezes PiS wstrzymuje również prace nad kontrowersyjnymi ustawami, które mogą przysporzyć kolejnych problemów wizerunkowych premierowi i partii – pisze tygodnik. Mało kto pamięta o dekoncentracji mediów, zmianach w służbach czy rewolucji w ordynacji wyborczej.

Inaczej układają się relacje Morawieckiego ze Zbigniewem Ziobro. Wielkiej przyjaźni między nimi nie będzie, bo obaj należą do potencjalnych następców Kaczyńskiego. Polityka pisze, że na razie udaje im się uniknąć otwartego konfliktu, którym mogłyby być dymisje ziobrystów w spółkach skarbu państwa. Widać także ostrożność, gdy pyta się otoczenie premiera o sytuację z ustawą IPN. Słychać raczej narzekania na bałagan niż oskarżenia o złą wolę i kopanie pod premierem dołków.

“Powszechne były komentarze, że już pozamiatane, że Morawiecki to ostateczny cios w opozycję, że właśnie odbiera jej polityczne centrum. Te prognozy na razie się nie sprawdzają (…)” – konkluduje Polityka. Paradoksalnie, od wymiany Szydło na Morawieckiego opozycja złapała drugi oddech i od trzech miesięcy bezlitośnie punktuje Prawo i Sprawiedliwość. U Morawieckiego wszystko zaczęło się od trzęsienia ziemi czyli kary nałożonej na TVN, potem napięcie już tylko rosło. Jak tak dalej pójdzie, to do wyborów premier stanie okrutnie poobijany i ciężko będzie zrobić wynik podobny do Beaty Szydło. Niemniej jednak prezes na razie mu ufa pomimo masy krytycznej, która z każdym tygodniem jest coraz większa.

To efekt wytoczonego przez byłego szefa „Wiadomości” procesu wydawcy tygodnika „Sieci” spółce Fratria, należącej do Jacka i Michała Karnowskich. – „Nigdy nie kierowałbym tej sprawy do sądu, gdyby rzecz dotyczyła tylko okładki. Ale okładce towarzyszyły twierdzenia o „medialnym zamachu stanu i odsłanianiu kulis tego zamachu” oraz o „kłamstwach i manipulacjach na skalę niespotykaną od czasów stanu wojennego” – powiedział „GW” Piotr Kraśko. Pod koniec grudnia prawicowy tygodnik na okładce przedstawił Kraśkę w mundurze gen. Jaruzelskiego z podpisem: „Medialny zamach stanu”. Za dziennikarzem widniało logo „Dziennika Telewizyjnego”.

Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, że okładka oraz artykuł – a w szczególności „nieprawdziwe i bezpodstawne stwierdzenie, że w „Wiadomościach” Piotra Kraśki walą na oślep, kłamią i manipulują”– uwłaczają godności dziennikarza oraz naruszają jego dobre imię. Sąd stwierdził, że opublikowanie fotomontażu z Kraśką w mundurze Jaruzelskiego rodzi jednoznaczne skojarzenia ze „stanem wojennym, manipulacją i dezinformacją”. Dodał, że „Sieci” nie przedstawiły żadnych dowodów na to, że Kraśko manipuluje.

Przeprosiny mają zostać opublikowane na trzeciej stronie drukowanej wersji tygodnika oraz na jego stronie internetowej w wyeksponowanym miejscu, gdzie mają widnieć przez 24 godziny. Po tym czasie tygodnik ma umieścić na stronie link do przeprosin tak, aby każdy mógł się z nimi zapoznać przez tydzień od momentu ich opublikowania. Fratria ma również zwrócić koszty procesu.

Michał Karnowski próbował wykpić się stwierdzeniem, że okładka była… satyrą. I dziwił się, że Kraśko wytoczył spółce Karnowskich proces. W rozmowie z „GW” Kraśko odrzucił takie tłumaczenia Karnowskiego. – „Zarzuty postawione przez tygodnik „Sieci” były tak poważne, że niewytoczenie tej sprawy byłoby akceptacją tych tez” – podsumował.

Podczas swojej krótkiej wizyty w Polsce kanclerz Niemiec Angela Merkel spotkała się i z premierem, i z prezydentem. Uwagę specjalisty ds. protokołu dyplomatycznego Janusza Sibory przykuł pewien fakt. Wśród flag, na których tle Merkel i Duda pozowali do wspólnego zdjęcia, zabrakło flag Unii Europejskiej.

– „Żyjemy w świecie pełnym symboli. Specjaliści badają potem, jak długo trwało powitanie, co może mieć wpływ na ocenę całej wizyty. Symbolem są też flagi, które widać na tle rozmawiających polityków. To, co się stało dziś w Pałacu Prezydenckim mnie osobiście oburzyło. To ważny symbol, pokazujący rzeczywisty stosunek Andrzeja Dudy do naszego członkostwa w UE” – powiedział w rozmowie z naTemat dr Sibora.

Brak flagi UE w Pałacu Prezydenckim – według Sibory – wpisuje się w ostatnio prowadzoną przez Dudę narrację wobec UE. – „To nie mógł być przypadek, w mojej ocenie to decyzja samego prezydenta. Takie same procedury obowiązują spotkań w Pałacu Prezydenckim, Kancelarii Premiera, czy gmachu MSZ. Zawsze szef protokołu sprawdza, czy wszystko zostało przygotowane. Tu nie ma miejsca na tłumaczenie, że jakiś młody pracownik zapomniał. Brak flag oceniam jako deklarację ze strony Andrzeja Dudy, który w ten sposób pokazuje całemu światu swój stosunek do naszego członkostwa w UE” – uważa Janusz Sibora.

W tym kontekście przypomniał „słynną” już wypowiedź Dudy, który porównywał UE do 123 lat zaborów. Zdaniem Sibory, prezydent staje w opozycji do rządu, który przynajmniej udaje, iż chce porozumienia z Brukselą. – „Przecież nota z tej wizyty zaraz zostanie sporządzona i wysłana do Berlina. Czy oni myślą, że niemieccy specjaliści od protokołu dyplomatycznego nie zauważą, że zabrakło na sali flag Unii?” – pyta retorycznie Janusz Sibora.

Dr Sibora zauważył jednocześnie, że podczas spotkania Merkel z premierem Mateuszem Morawieckim flaga unijna zawisła obok polskiej i niemieckiej. Dodał, że odkąd nastąpiła zmiana na stanowisku szefa MSZ, do resortu „wróciły” flagi Unii. – „Używają ich podczas spotkań z wysokimi przedstawicielami UE – powiedział dr Sibora.

Magdalena Ogórek – niedoszła gwiazda polskiej lewicy, była kandydatka SLD na prezydenta, a obecnie prezenterka TVP – choć z konsekwencji raczej nie słynie – tym razem postanowiła postąpić inaczej. Jednym słowem, uparła się sądzić z Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. Zgodnie z zapowiedziami, złożyła akt oskarżenia przeciwko dyrektorowi muzeum prof. Dariuszowi Stoli. Wcześniej w mediach społecznościowych domagała się przeprosin.

Głos w sprawie zabrało biuro prasowe POLIN, oznajmując, że organizatorzy wystawy nie przeproszą Magdaleny Ogórek. Jak wyjaśniono: – „Część naszej wystawy „Obcy w domu. Wokół Marca ’68” stanowią przykłady współczesnego hejtu i mowy nienawiści zbliżone do języka, którym posługiwano się przed 50. laty. Wszystkie teksty są prawdziwe, pochodzą z różnych stron internetowych i mediów społecznościowych. Na wystawie nie publikujemy nazwisk ich autorów” – podkreślono w oficjalnym komunikacie.

Przypomnijmy – tweet Magdaleny Ogórek pojawił się na wystawie muzeum właśnie jako przykład współczesnego antysemityzmu. Powstał, gdy Marek Borowski skrytykował wicepremiera Jarosława Gowina. Magdalena Ogórek postanowiła włączyć się do dyskusji i zasugerowała wówczas na Twitterze, że były marszałek Sejmu zmienił nazwisko, nawiązując do działań ojca marszałka. Dała tym samym do zrozumienia, że nazwisko świadczące o żydowskim pochodzeniu jest czymś, czego należy się wstydzić.

Zamieszczenie jej tweeta na wystawie „Obcy w domu. Wokół Marca’68”, na której zaprezentowano pamiątki sprzed pół wieku i przykłady współczesnego antysemityzmu, była kandydatka na prezydenta oceniła jako „haniebny postępek”. Uważa, że została pomówiona o antysemityzm, i że jest to „kolejny wyraz opresyjnej propagandy politycznej”, czemu daje wyraz używając hasztagu #niewolnokneblowaćpytańostalinizm.

Na łamach „Tygodnika Solidarność” – ponownie używając argumentacji etnicznej – stwierdziła ostatnio, że „jako Polka nie zgadza się na finansowanie z publicznych pieniędzy instytucji, która zamiast budować mosty pomiędzy Polakami i Żydami, tworzy nowe podziały, pomawia i manipuluje faktami”. Sobie – jak widać – nie ma w tej sprawie nic do zarzucenia. A można było w tej sprawie po prostu przyznać się do winy i zamilknąć…

Waldemar Mystkowski na przykładzie 3 tweetów pisze o pisowskiej korupcji.

Aby przekonać się, jak pazerna i zakłamana jest dojna zmiana PiS, wcale nie trzeba przeglądać całego internetu i ślęczeć nad gazetami. Wystarczy zajrzeć na Twittera i przeczytać np. trzy ostatnie tweety Krzysztofa Brejzy. Prawda – posła Platformy Obywatelskiej, ale przede wszystkim jednak osoby operującej konkretami.

A Brejza dłubie w zakłamanej materii pisowskiej i dochodzi tego, co chcieliby ukryć politycy PiS przed nami. Brejza interpelował w sprawie pseudo nagród ministrów i wiceministrów rządu PiS. Chciał wiedzieć, za co konkretnie byli oni „nagradzani” i jak nagrody uzasadniano. I tak – uzasadnień nie było żadnych, zaś nagrody nie było jednorazowe, ale miesięczne i niektórzy z ministrów nie wiedzieli, że je dostali.

A to znaczy, że do jednej pensji ministrowie i wiceministrowie dostawali drugą pensję. Nie jest istotne, jakiej wielkości, lecz wychodzi na to, iż drugie pensje były po pisowsku obligatoryjne, bo im „się należy”. Byli zatrudnieni na jednym etacie, a dostawali dwie pensje – w istocie jakby za dwa etaty. Najprawdopodobniej zostało naruszone prawo, a jeżeli tak – to w całości pieniądze z „nagród” powinny być zwrócone. O tym powinien rozstrzygnąć niezależny sąd.

Kolejny tweet Brejzy dotyczy także nagród, jakie dostali pijarowcy Anna Plakwicz i Piotr Matczuk, postaci szemrane, bo nikomu nieznani jako fachowcy. Beata Szydło nagrodziła ich 8 pseudo nagrodami w wysokości po 29 tys. zł. Rok temu owa para po odejściu z pracy w Centrum Informacyjnym Rządu od razu założyła spółkę Solvere, która za przeszło milion zł zrealizowała na zlecenie rządowej Polskiej Fundacji Narodowej śmieszną kampanię „Sprawiedliwe sądy”. Pijarowcami zajęło się CBA z powodu podejrzenia złamania ustawy korupcyjnej. Nie przeszkadzało podejrzenie o korupcję, aby Plakwicz i Matczuk powrócili do pracy w rządzie, gdzie mają się zająć wizerunkiem Mateusza Morawieckiego. To są jaja większe niż berety.

Będą się teraz zajmować – jak pisze Brejza – opanowaniem kryzysu „nagrodowego”. Kolejni ludzie w rządzie od zatykania dziur, bo łajba PiS przecieka, nabiera wody. Pijarowcy będą czarne nazywali białym, gdyż na tym polega ich „praca”.

I trzeci tweet, a w zasadzie retweet Brejzy na temat kolejnych pseudo nagród, jakimi obdarzyła szefowa Trybunału Konstytucyjnego Julia Przyłębska pracowników Trybunału i to niebagatelną sumą 1,6 mln zł. Za co? Można mniemać, iż za nieróbstwo, bo za jej kadencji TK osiągnął rekordy najgorszości – najmniej w historii odbyło się rozpraw i to z tendencją spadkową – zjazdem na dół po takiej stromiźnie, którą kolokwialnie zwie się lewizną. Nie dziwi to, bo Przyłębska to taki rodzaj orlicy Temidy, której ze względu na jej brak kompetencji nie chciano przyjąć do pracy w Sądzie Okręgowym w Poznaniu. Za to dojna zmiana nagrodziła ją prestiżową funkcją szefowej TK.

To tylko trzy kolejne tweety Brejzy – ostatnie na koncie polityka PO, gdy piszę ten felietonik – pokazujące, jakie PiS oferuje dno. Partia Kaczyńskiego nie spoczywa jednak na laurach, realizuje starą nieuczesaną myśl Stanisława Leca, iż spod pisowskiego dna zapuka kolejna afera PiS na państwowym groszu.