Tag Archives: Mariusz Kamiński

PiS przywraca łatkę Polsce „chory człowiek Europy”

Zwykły wpis

PiS naprawdę nie ma kadr. Wynika to przede wszystkim z podstawowej przyczyny: ktoś posiadający fach, mający pojęcie o jakiejś dyscyplinie i potrafiący kreować, nie będzie się garnął do nieudczników, partii specjalnej troski, w której lider musi zakłamywać swoją przeszłość opozycyjną w PRL-u, a bratu dorabiać legendę, bo w rzeczywistości byli postaciami siedmiorzędnymi, których nikt nie zapamiętał.

Nieszczeście dla kraju polega na tym, że ten przypadkowy zbiór polityków powinien zostać marginesem, folklorem politycznym, nie powinniśmy sobie zaprzątać nimi głowy, ani zastanawiać się, dlaczego nieudacznik nazywa innych gorszym sortem, elementem animalnym. Wszak takich z niedostatkiem rozumu można spotkać na każdym kroku, wystarczy wyjść z domu.

Partia bez kadr może promować tylko takie postaci jak Sabina Zalewska, która chciała zostać Rzecznikiem Praw Dziecka i pewnie jej udałoby się, bo przeszła kwalifikcja partyjne, w których trafnie odpowiedziała na pytania ideologicznie, iż życia zaczyna się od poczęcia, in vitro jakoby narusza prawo dziecka do tożsamości, a gender jest brzydkie, bo kler tak twierdzi. Zostałaby ta osoba funkcjonariuszem państwowym, ale traf chciał, że nie potrafi skonstruować myśli własnych i ucieka się do plagiatu, kradnie własność intelektualną. Wykrył to „Tygodnik Powszechny”, a przecież mogło się tak nie stać. I mielibyśmy to, co w PiS jest normą, iż „nikt nam nie powie, że białe jest białe” i Rzecznik Praw Dziecka, byłby faktycznym Rzecznikiem Obrony Rodziców przed Dzieckiem.

Inna kabareotwa postać, na którym kabarety się poznały, jednak jest ministrem, ucho prezesa, Mariusz Błaszczak. Ten modernizuje armię w ten sposób, że tworzy nową dywizję Wojsk Lądowych, czwartą. Kreowanie znów polega na tym, że jest ono markowane, mianowicie dywizja powstaje z dwóch istniejących brygad i trzeciej nieistniejącej. Generałowie łapią się za głowy, co też ten Szwejk Błaszczak wymyślił, a do tego umieszcza ją w Siedlcach, w miejscu, gdzie łatwo jest ją obejść w tzw. manewrze Paskiewicza, z którym sobie poradził Józef Piłsudski w 1920 roku. Generał Mirosław Różański zwraca uwagę: „Już dwa razy usiłowaliśmy pod Siedlcami powstrzymać ofensywę ze wschodu – raz w czasie powstania kościuszkowskiego, potem podczas powstania listopadowego. Bez rezultatu„.

Szwejki PiS kompromitują nas na zewnatrz. W walce ze społeczeństwem obywatelskim padła Ukrainka Ludmiła Kozłowska, szefowa Fundacji Otwarty Dialog. Została przez służby podległe Mariuszowi Kamińskiemu (przypominam: facio ma trzy lata do odsiadki, ułaskawiony został przez Dudę, ale taka łaska na pstrym koniu jeździ) wydalona z Polski i ze strefy Schengen na podstawie arbitralnej decyzji.

W tym przypadku (ale Błaszczak także) można z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, iż mamy do czynienia ze spełnieniem życzeń Rosji. Nam się może wydawać, że co w Moskwie pomyślą, to politycy PiS dziwnym trafem to spełniają, otóż – nie! Działania Kremla w decyzjach PIS są widoczne aż nadto. Niemcy musieli odblokować status persony non grata dla Kozłowskiej, dzięki temu wystąpiła w Bundestagu w najsłynniejszym obecnie t-shircie „KONSTYTUCJA”.

Mamy wiedzę, że Moskwa maczała swoje palce na korzyść PiS w aferze podsłuchowej. Były szef ABW Krzysztof Bondaryk twierdzi nawet, że z taśmami to jeszcze nie koniec. Marek Falenta i jego kelnerzy więcej ich wyprodukowali: „Polska jest celem pierwszoplanowym dla działań roisyjskich służb specjalnych”. A taśmy: „jeśli są, to bedą wykorzystane”.

Więc nie bądźmi zdziwieni, że PiS działa z życzenia Kremla,  skłóca nas w Unii Europejskiej i z niej wyprowadza. Najlepsi do tego są Szwejkowie, nieudacznicy, jak wyżej wspomniani i nieukrywający swoich sympatii prorosyjskich tatuś Mateusza Morawieckiego, Kornel. To żaden tuz intelektualny, prawdziwy Szwejk. PiS spełnia coraz powszechniejsze w Europie przeświadczenie, że kraje Europy nie nadają się do integracji, solidarności między narodami, nie są w stanie wypełnić minimum standardów demokratycznych. Łatka „chory człowiek Europy” znowu jest aktualna dla Polski pod rządami PiS.

Pisowcom czapka gore, ale to tyłek będzie przypiekany

Zwykły wpis

Mecenasi działający z upoważnienia Jarosława Kaczyńskiego mają działać w sprawie tekstów, które ukażą się… w przyszłości! Chodzić ma o rzekomo planowaną kontynuację publikacji dotyczących znajomości ministra koordynatora Mariusza Kamińskiego i jego zastępcy Macieja Wąsika z urzędnikiem warszawskiego ratusza Jakubem R., odpowiedzialnym za reprywatyzację. – Wąsik i Kamiński powinni czym prędzej stanąć przed komisją weryfikacyjną – mówi Fakt24 kandydat na prezydenta stolicy Jan Śpiewak.

Po tym, jak „Gazeta Wyborcza” wielokrotnie opisywała na swoich łamach kulisy znajomości Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika z urzędnikiem stołecznego ratusza Jakubem R., w obawie przed kolejnymi publikacjami, włodarze obozu rządzącego postanowili zablokować inne teksty „na zaś”. Mecenasi dostali pełnomocnictwo do pozywania dziennikarzy za teksty, które ukażą się w przyszłości.

„R. jest w areszcie, postawiono mu zarzut przyjmowania milionowych łapówek. W listach rozsyłanych zza krat twierdzi, że Wąsik z Kamińskim mieli go namawiać do biznesu przy reprywatyzacji. Zyski miały zasilać konta partii. Pozostałe teksty są o powiązanej z PiS spółce Srebrna, która chce sprzedać grunt w centrum Warszawy. Folder dla rynku przygotowała cypryjska spółka należąca do warszawskiego dewelopera” – przypomina „Gazeta Wyborcza”.

Autorami tekstów byli Iwona Szpala i Wojciech Czuchnowski. Co ciekawe, żadna z opisanych przez dziennikarzy osób nie skierowała pozwu przeciwko gazecie. Jest za to pozew cywilny. W imieniu PiS. Przesłać miała go – zgodnie z relacją dziennikarzy „Wyborczej” – gdańska kancelaria adwokacka Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński i Partnerzy.

– To jest nieprawdopodobne, że partia pozywa dziennikarzy. Kamińskiemu i Wąsikowi pali się grunt pod nogami. Panicznie boją się prawdy o zaangażowaniu środowiska PiS w aferę reprywatyzacyjną. Muszą stanąć przed komisją weryfikacyjną i to koniecznie przed wyborami samorządowymi. To jest wierzchołek góry lodowej – mówi w rozmowie z Fakt24 kandydat na prezydenta Warszawy Jan Śpiewak

„Od lat jest (w.w. kancelaria – red.) na liście płac partii Jarosława Kaczyńskiego. Tylko w 2017 r. zarobiła na tym prawie 0,5 mln zł. Często występuje w imieniu samego prezesa” – czytamy we wtorkowym wydaniu GW.

– Kancelaria Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński i Partnerzy próbowała w bardzo agresywny sposób oskarżyć mnie o zniesławienie czyścicieli kamienic z firmy ICON. Przegrała. Fakt, że PiS korzysta z usług właśnie tej kancelarii jest symboliczny – mówi nam Śpiewak.

Jakby tego było mało, Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński i Partnerzy reprezentowali w wielu procesach przeciwko mediom Marka Falentę, który został następnie skazany na 2,5 roku więzienia w związku z tzw. aferą taśmową. Gdańscy prawnicy mieli też reprezentować firmę windykacyjną GetBack, a ich adres wskazany był jako siedziba firmy Solvere, którą w ub.r. założyli współpracownicy byłej premier Beaty Szydło. Firmy – twórcy spotów uderzających w polskich sędziów.

PiS chce przejąć Warszawę. Śpiewak rozjeżdża te plany!

Na światło dzienne wyszły kombinacje finansowe jakich wobec skarbu państwa dopuścił się prominentny polityk Prawa i Sprawiedliwości Jacek Sasin. Pomogła w tym wszczęta jeszcze dwa lata temu kontrola oświadczeń majątkowych… CBA wzięło wtedy pod lupę lata 2011 – 2015 po czym skierowała sprawę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Ta, mimo że doszukano się wielu nieprawidłowości, nie dostrzegła w nich znamion czynu zabronionego i sprawę umorzyła. Wszystko by może przycichło, gdyby nie dociekliwość dziennikarzy Wirtualnej Polski. Dotarli do prokuratorskiego postanowienia o umorzeniu śledztwa i wtedy wyszło na jaw, że aż dziewięć oświadczeń majątkowych Sasina budzi poważne zastrzeżenia.

„Wykazywana przez kontrolowanego wartość środków pieniężnych w walucie polskiej jest niższa od środków na rachunkach bankowych. W oświadczeniu nr 3, stan na 31 grudnia 2012, o 17.237,83 zł. W oświadczeniu nr 4, stan na 31 grudnia 2013 roku, o 13.928,27 zł. W oświadczeniu nr 5, stan na 31 grudnia 2013 roku, o 5.626,52 zł. W oświadczeniu nr 6, stan na 21 sierpnia 2015 roku, o 18.563,9 zł. W oświadczeniu nr 7, stan na 10 listopada 2015 roku, o 10.070,23 zł. W oświadczeniu nr 8, stan na 31 grudnia 2015 roku, o 15.657, 51 zł” – cytuje fragmenty akt sprawy.

Na tym jednak nie koniec, bo CBA ustaliło, że Jacek Sasin posiadał też polisę ubezpieczeniową w Towarzystwie Ubezpieczeniowym na Życie, której nie wykazał w swoich oświadczeniach. „Wartość polisy, stan na 7 listopada 2011 roku: 6.573,19 zł; na 31 grudnia 2015 roku: 12.766,83 zł”. – odnotowała prokuratura.

Na dodatek – jak informuje Wirtualna Polska – w oświadczeniu majątkowym na koniec 2012 roku Sasin nie wykazał kredytu gotówkowego o wysokości 190 239,44 zł. Pożyczkę wziął razem z żoną jesienią tamtego roku. W dwóch oświadczeniach majątkowych z 2011 i 2012 roku Sasin zawyżył kwotę posiadanych środków na koncie odpowiednio o 10.111,16 zł i 3.651,25 zł. Polityk nie wykazał również 25 tys. zł pożyczki z sejmowego funduszu świadczeń socjalnych z 29 lutego 2012 roku.

Co na to wszystko sam zainteresowany? Już w czasie przesłuchania Sasin tłumaczył się, że część nieujawnionej kasy zalegała w domu, a dalej w cytowanych przez portal aktach czytamy: „Ponadto jego żona posiada odrębny rachunek bankowy, do którego świadek nie jest upoważniony, a z informacji przekazywanych przez żonę wiedział, że środki gromadzone na tym rachunku były przeznaczane na bieżące wydatki. Zatem składając oświadczenie majątkowe Jacek Sasin wykazywał jedynie te kwoty środków pieniężnych, które osobiście posiadał”.

Pusty śmiech należy się temu tłumaczeniu, skoro Sasin przez cały ten okres pozostawał w małżeńskiej wspólnocie majątkowej. Rozliczał się z podatku dochodowego od osób fizycznych z żoną. Ale dochody małżonki, co potwierdza prokuratura, nie zostały ani razu zawarte w oświadczeniu majątkowym.

W osłupienie wprawia stanowisko prokuratury w sprawie nieumieszczenia polisy ubezpieczeniowej w oświadczeniu. „Zauważyć należy, że ubezpieczający jest niewątpliwie dysponentem środków znajdujących się w ramach polisy, dyskusyjne jest natomiast to, czy w trakcie jej obowiązywania jest ich właścicielem. Będzie nim na pewno beneficjent, ale dopiero w momencie śmierci ubezpieczonego oraz ubezpieczający w przypadku wypowiedzenia umowy. W przypadku niejednoznaczności regulacji prawnych w tym zakresie niemożliwe jest jednoznaczne przypisanie świadomego zatajenia informacji w tym zakresie” – twierdzi Monika Harasim, prokurator z prokuratury okręgowej z Warszawy, która umorzyła śledztwo.

Portal zwraca uwagę, że o polisie Sasin przypomniał sobie w oświadczeniu majątkowym w 2016 roku. Wtedy nie miał problemów z wpisaniem wartości ubezpieczenia.

Rozbrajająca i należna chyba tylko wysoko postawionemu funkcjonariuszowi Prawa i Sprawiedliwości jest ocena prokuratury: „Analizując zgromadzony materiał dowodowy, należy dojść do przekonania, że oświadczenia majątkowe, mimo że nierzetelne, zostały złożone bez zamiaru podania nieprawdy lub zatajenia prawdy. Odnośnie rozbieżności między ujawnionym w oświadczeniach majątkowych i rzeczywistym stanem zgromadzonych środków pieniężnych nie sposób przypisać Jackowi Sasinowi zamiaru popełnienia przestępstwa. (…) Ujawnił on niemal całość zgromadzonych środków. Brak wykazania środków pieniężnych na rachunku bankowym żony uznać należy za niewiedzę” – twierdzi wielce wyrozumiała prokurator Monika Harasim. I tak śledztwo umorzono 18 stycznia 2018.

Na tym tle z wyjątkowym natręctwem przychodzi na myśl „oburzająca” sprawa nieujawnionego w oświadczeniach majątkowych zegarka jednego z ministrów poprzedniego rządu…

W polskiej delegacji na prezydencką wyprawę do Australii i Nowej Zelandii nie znalazła się najsłynniejsza podróżniczka w rządzie #PiS Anna Maria #Anders. Ale Pani minister i tak tam poleci 🙃🙃 Anders ma pojawić się na antypodach 20.08.2018r. na spotkaniu z Polonią w Sydney…

Polish vodka

3 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Śmiechem z reżimem raczej się nie wygra, ale śmiech jest narzędziem, które wskazuje, w jakim stadium znajduje się autokracja. Wrocławska Pomarańczowa Alternatywa działała pod koniec lat 80-tych i ośmieszała komuszy kolor czerwony poprzez wprowadzenie alternatywnego pomarańczowego.

Jeszcze śmieszniejszy był Różowy Czołg czeskiego artysty Davida Czernego, na który to kolor przemalowany został przez niego sowiecki czołg, ten był symbolem dominacji sowietów nad dumnym narodem czeskim i usytuowany w centrum Pragi w dzielnicy – nomen omen – Smichov. Różowy Czołg wjechał do wyobraźni Czechów jako symbol wolności.

Czerny był nawet przez pewien czas ścigany, tak jak niektórzy modyści z KOD, którzy nakładają koszulki z napisem Konstytucja i o dziwo wszystkie t-shirty pasują pomnikowym modelom jak ulał. Tylko czekać, gdy na różowy zostanie przemalowany pomnik smoleński.

Temperatura ośmieszania władzy PiS osiągnęła wysoki poziom, t-shirty Konstytucja wskazują, że PiS ma się blisko upadkowi. Raut w warszawskim klubie Palladium z okazji…

View original post 1 043 słowa więcej

Duda jako powszechny wstyd Polski

Zwykły wpis

Tak twierdzi prezydent tego miasta Rafał Piech. – „Każde miasto ma osobę odpowiedzialną. W Siemianowicach Śląskich taką osobą jest Maryja. Ona otrzymała klucze do miasta, jest jego menedżerem i je prowadzi” – stwierdził podczas spotkania „Oddaj się Maryi” w Niepokalanowie.

Piech już w 2015 roku jako prezydent zawierzył Siemianowice Śląskie Maryi. Podczas spotkania, które opisuje „Gazeta Wyborcza” przyznał, że gdy objął swój urząd nie wiedział, jak prowadzić miasto. – „Jednak po oddaniu wszystkiego Maryi udało się zrobić tyle rzeczy, ile przez ostatnie 20 lat nie udało się zrobić wszystkim prezydentom. (…) Sam nie wierzyłem, że można tyle zrobić i to w tak krótkim czasie – tym bardziej. że nie jestem wybitnym menedżerem. Myślę, że to wszystko to działanie Matki Bożej i Jezusa – mówił.

Opowiadał też, jak doszedł do zawierzenia miasta Matce Bożej. – „Jako młody chłopak nie lubiłem czytać książek. Dopiero w wieku 20 lat zbliżyłem się do literatury, zacząłem czytać książki oparte na faktach. Czytałem literaturę katolicką i natrafiałam na książki mówiące o zawierzeniu się Niepokalanej. Gdzieś rodziło się to pragnienie oddania wszystkiego Jej” – opowiadał.

Zastanawiające, że nagranie spotkania zostało wykasowane z internetu, można przeczytać jedynie jego zapis.

Szef Episkopatu poucza PiS słowami Jana Pawła II. Bp Kopiec narzeka na „upartyjnianie”. Prymas ostrzega przed „wmanewrowaniem” w politykę. Raptownej zmiany nastawienia biskupów do PiS jednak nie ma, bo są oni de facto skazani na PiS.

Te słowa Donaldowi Tuskowi oraz Platformie Obywatelskiej są i będą w kręgach kościelnych zawsze pamiętane.

– Nie będziemy klęczeli przed księdzem. Do klęczenia jest Kościół. Przed Bogiem, a nie przed księdzem – mówił Tusk na konwencji z okazji 10. rocznicy powstania PO. To był rok 2011 r. – na krótko przed wyborami. PO wówczas jeszcze zdołała wygrać, ale było to ostatnie zwycięstwo Platformy. Do porażki w 2015 r. ręce przyłożyło wielu duchownych. „Dobra zmiana” to harde i krnąbrne, ale także ich dziecko.

Wielu biskupów stoi z boku. Czekają

Mówi osoba na co dzień obracająca się wśród biskupów: – Krytyków jest mało, bo władza PiS jest stosunkowo nowa. Wielu biskupów stoi sobie z boku – czekają na to, co wyniknie z działań tej władzy. Widzą, że niektóre działania PiS są ryzykowne, ale nie chcą narzekać, bo partia ta przecież robi bardzo dużo dobrego dla rodziny i społecznej sprawiedliwości.

Dominującą postawą jest wyczekiwanie i nie zabieranie głosu. Ale wśród biskupów nie brakuje bardziej niepokornych osób. Z poparciem dla ekipy PiS spieszył nie raz abp Sławoj Leszek Głódź – on jednak nie ma już w Episkopacie autorytetu. Jest i kilku dostojników bliskich o. Tadeuszowi Rydzykowi, np. bp Wiesław Mering, który wiele razy gromił władzę PO. Z kolei bp Antoni Pacyfik Dydycz słodzi PiS-owi – podczas pielgrzymki Radia Maryja na Jasną Górę cieszył się, że sądownictwo się odradza. Ale oni wszyscy są już postaciami odchodzącymi do historii.

„Program PiS w wielu punktach jest zbieżny z nauczaniem Kościoła”

Co innego abp krakowski Marek Jędraszewski. Znany z publicystycznej zadziorności duchowny, wprost powiedział „Gościowi Niedzielnemu”:

Kościół głosi obiektywne wartości moralne, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwo, koncepcję rodziny. Podkreśla też znaczenie miłości do ojczyzny, patriotyzmu, tego, „żeby Polska była Polską”, a program PiS w wielu punktach jest z tym nauczaniem zbieżny.

Nie krył przy tym, że „to, co od lat postulował Kościół w odniesieniu do problemów społecznych, jest obecnie realizowane”. A inne partie? Wedle biskupa dzisiejsza opozycja jest opozycją nie tylko dla PiS, ale też dla Kościoła.

Za największego PiS-owca wśród istotnych biskupów uchodzi właśnie abp Marek Jędraszewski – „uchodzi”, bo nazwanie go tak jest jednak krzywdzące. Z pewnością jest konserwatystą na tle biskupów i krytykiem władzy PO oraz mediów opozycyjnych. Gdy półtora roku temu na łamach „Gazety Wyborczej” grupa intelektualistów opublikowała list do niego, to w kurii usłyszałem śmiech, że metropolita nie wie, o jaki list chodzi, bo „GW” nie czyta w ogóle. Za to wywiad z nim można znaleźć w aktualnym numerze „Sieci”.

Biskupi są skazani na PiS

Dziś biskupi w zasadzie są skazani na PiS. Dlaczego?

W szeregach duchownych bardzo żywe są obawy przed – na polskim gruncie można to tak szumnie nazwać – lewicową rewolucją społeczną: wprowadzeniem związków partnerskich, szerszym dostępem do aborcji, usuwaniem symboli religijnych z urzędów, obniżeniem rangi religii w szkole, małżeństwami jednopłciowymi czy też adopcją dzieci przez pary homoseksualne.

W optyce liberalnych i lewicowych elit i mediów to żadne strachy, a czasami wręcz cele.

W optyce hierarchii kościelnej i masy szeregowych duchownych to wizja końca znanego im świata. Koniec władzy PiS to ryzyko, że Polska przestanie być Polską – nie w sensie państwowości, ale wartości, którym państwo hołduje.

PiS jest gwarantem, że taka lewicowa rewolucja się nie dokona. Czym jest więc przejęcie Trybunału Konstytucyjnego i zaoranie Sądu Najwyższego wobec perspektywy apokalipsy? Jedynie powodem do pouczenia, ale nie odcięcia się, bo po co wywoływać szatana opozycji? Taka jest optyka biskupów, niemal wszystkich.

Namacalne jest 500 zł na dzieci, obniżenie wieku emerytalnego, zakaz handlu w niektóre niedziele, koniec refundowania in vitro, 300 zł na wyprawki – i to biskupi chwalą.

Pluszowa krytyka abp. Gądeckiego

Krytyczne wobec PiS głosy biskupów są odosobnione. To żaden chór. Nie są też miarodajne, jeśli chodzi o nastroje wśród hierarchów, ani tym bardziej wśród ok. 26 tys. polskich księży.

Kilka dni temu duże zainteresowanie wzbudziły słowa z wywiadu, którego bp Jan Kopiec udzielił KAI. Wcześniej uwagę przykuły słowa przewodniczącego Episkopatu abp. Stanisława Gądeckiego wygłoszone w kazaniu na 550-lecie polskiego parlamentaryzmu. Przed sojuszem ołtarza z tronem przestrzegał prymas abp Wojciech Polak. A kard. Kazimierz Nycz samą swoją obecnością w Sejmie, gdy protestowali niepełnosprawni z rodzicami pokazał, że PiS jest im winne większy szacunek. Z kolei bp Tadeusz Pieronek regularnie dopieka PiS-owi – jego głos jest donośny w mediach, ale już nie w Episkopacie, z którym przed laty się poróżnił.

Abp Gądecki mówił rządzącym:

Organizacja społeczeństwa winna być oparta na równowadze władz, czyli na braku dominacji jednej władzy nad drugą. Władze te winny być niezależne wobec siebie, winny się dopełniać, hamować i kontrolować.

Cytował też Jana Pawła II, że „jedna [władza] nie dominuje nigdy nad drugą, [co] jest gwarancją prawidłowego funkcjonowania demokracji”. Przypominał za „Kompendium Nauki Społecznej Kościoła”, że „samo przyzwolenie społeczne nie zawsze jest wystarczające, aby sposób sprawowania władzy politycznej można było uznać za właściwy”. W świetle słów innego – cytowanego niżej – biskupa to jedynie pluszowa krytyka.

A przecież, gdy w zeszłym roku prezydent Andrzej Duda wetował ustawy sądowe autorstwa PiS, to ten sam szef Episkopatu nie dość, że zakulisowo namawiał do tych wet, to potem publicznie dziękował w imieniu biskupów. Rok później, po uchwaleniu podobnych ustaw sądowych, ale będących już projektami prezydenckimi, hierarchowie nie spieszyli z wyrazami ubolewania.

Dwóch biskupów, którzy mówią najostrzej

Bp Jan Kopiec sięgnął po grubszy kaliber niż abp Gądecki. W wywiadzie dla KAI podkreślił, że Kościół nie może milczeć w sytuacjach, kiedy „naruszony zostaje porządek nie tylko konstytucyjny, ale porządek moralny gwarantujący normalny rozwój każdej społeczności”. – Również wtedy, kiedy widzimy, że władza jest nadużywana, bądź gdy nadużywane są środki, którymi ona dysponuje – podkreślił. I wprost wskazał, że „zawsze powinna być zagwarantowana niezależność sądów od władzy politycznej”.

Bp Jan Kopiec bił się więc w kościelne piersi. – Zaniedbaniem z naszej [duchowieństwa] strony jest zbyt duże pobłażanie dla procesu „upartyjniania” państwa przez jedną opcję. Reforma państwa, która zawsze jest potrzebna, tego nie wymaga. To jest grzech, który popełniamy. Zdarza się popieranie określonej partii przez poszczególnych duchownych czy biskupów. A to nie powinno mieć miejsca.

Bp Kopiec jest hierarchą otwartym. W wywiadzie dla KAI mówi o „znacznie większym otwarciu się na małżeństwa w kryzysie, także na ludzi żyjących w powtórnych związkach, niesakramentalnych”. A do tego ma dobre kontakty z biskupami zza zachodniej granicy. Jest szefem Grupy Kontaktowej pomiędzy Episkopatem polskim a Konferencją Biskupów niemieckich. Bp Kopiec skrytykował też politykę PiS wobec Niemiec, w tym roztrząsanie sprawy reparacji za II wojnę światową – nazwał to wręcz „ekstremizmem”.

I jeszcze jedno zdanie z bp. Kopca:

Trudno powiedzieć, żeby Kościół jako całość stawał po stronie jednej partii. Ale robią to niektórzy ludzie Kościoła, którzy sprawiają wrażenie, że wypowiadają się w jego imieniu. Tak być nie powinno.

W sukurs przyszedł mu prymas abp Wojciech Polak. Dla „W drodze” podkreśla, że związek Kościoła z władzą jest złem. – Będę przestrzegał przed tym, żeby się nie dać wmanewrować w doraźną politykę. W Kościele mamy ludzi o różnych poglądach i musimy o tym pamiętać.

Biskupi i księża nie mogą się zblatować z PiS-em

Między Episkopatem a obozem PiS istnieje rachunek krzywd. To choćby kokietowanie skrajnych narodowców przez obóz władzy. Poza tym PiS zwodziło Episkopat ws. utworzenia korytarzy humanitarnych dla uchodźców. Wczytując się jednak w dzisiejsze słowa abp. Jędraszewskiego w „Sieciach” można odnieść wrażenie, że akurat ta sprawa nie jest priorytetowa.

– Mamy do czynienia (…) z falą uchodźców atakujących w mniej lub bardziej sterowany sposób Europę – stwierdził. Już jednak prymas Polak i kard. Nycz bardzo głośno mówili o potrzebie pomocy uchodźcom, a nie o „sterowanym ataku”. Wśród „krzywd” jest też odsuwanie w czasie zaostrzenia – nawet rękami Trybunału Konstytucyjnego – ustawy antyaborcyjnej. Ciągłe dawanie nadziei, że ustawa będzie zaostrzona, to kuszenie Kościoła – sposób na stępianie i tak nielicznych głosów krytyki.

Jeśli jednak ktokolwiek sądzi, że kler w tym momencie zmienia kurs duchownych, a urazy biorą górę, to się głęboko myli. W Polsce liczba księży zaangażowanych w duszpasterstwo parafialne sięga 21 tys. Biskupów jest ok. 150, a raptem kilku nie szczędzi PiS-owi krytyki.

Komunikat hierarchów jest prosty: nawet jeśli Kościół jest skazany na bliskość z PiS, to biskupi i księża nie mogą się temu PiS-owi dać skusić i z nim zblatować.

Prezydent powinien zawetować ordynację do Parlamentu Europejskiego – powiedział Kornel Morawiecki w wywiadzie dla dzisiejszej „Rzeczpospolitej”. Według niego po serii wyborów rynek medialny powinien ulec zmianie.

Kornel Morawiecki wypowiedział się na temat reformy mediów i wyjaśnił, czy powinno do niej dojść. – Media mają służyć społeczeństwu, a nie grupom uprzywilejowanym, jak sędziowie, czy zagranicznym grupom kapitałowym, którym podlegają. Nie ma ideałów, ale media nie mogą być bezrefleksyjne – wyjaśnił marszałek senior. – Najpierw wygrajmy wybory, później będziemy zmieniać media na służebne społeczeństwu – dodał.

Zdaniem lidera koła poselskiego Wolni i Solidarni „Mateusz Morawiecki sprawdził się jako premier”. – Pełni najodpowiedzialniejszą funkcję w Polsce. Ma wielką władzę w rękach. Jeśli do władzy dojdzie obóz antypisowski, to odwróci dobrą zmianę – stwierdził marszałek senior, dodając, że „aktualna opozycja nie ma propozycji poprawy”. – Wszystko chce tylko cofnąć – zaznaczył.

Na pytanie, czy prezydent Andrzej Duda powinien zawetować ordynację do Parlamentu Europejskiego, Kornel Morawiecki odpowiedział: – Prezydent powinien zawetować ordynację do PE, bo ona doprowadzi do dwupartyjnej polskiej reprezentacji w PE”. W swojej wypowiedzi podkreślił, że „rozumie ten sprzeciw”.

Listy zza krat

R. jest w areszcie, postawiono mu zarzut przyjmowania milionowych łapówek. W listach rozsyłanych zza krat twierdzi, że Wąsik z Kamińskim mieli go namawiać do biznesu przy reprywatyzacji. Zyski miały zasilać konta partii.

Pozostałe teksty są o powiązanej ze środowiskiem PiS spółce Srebrna, która chce sprzedać grunt w centrum Warszawy. Folder dla rynku przygotowała cypryjska spółka należąca do warszawskiego dewelopera.

>>>

>>>

Kancelaria Prezydenta podsumowała także 3 lata – jak to nazwano – „aktywności pierwszej damy”. W prezentacji można przeczytać m.in., że „Agata Kornhauser-Duda – pedagog z wieloletnim doświadczeniem – koncentruje się na zachęcaniu młodych ludzi do rozwijania zdolności oraz pogłębiania wiedzy, a także na wsparciu nauczycieli”. Angażuje się w tak „ważkie” przedsięwzięcia, jak… 2. edycja Dyktanda Polonijnego w krajach Beneluksu, które objęła honorowym patronatem. Podobnych „aktywności” wyliczono wiele.

Próżno jednak szukać dowodów wsparcia dla kobiet, protestujących przeciw jeszcze większemu zaostrzeniu przepisów aborcyjnych. O zabranie głosu tej sprawie przez Agatę Kornhauser-Dudę wielokrotnie apelowały środowiska kobiece.

Internauci przypominają sytuację, w której jednak głos zabrała. – „Jedyna aktywność, z jakiej Pani Pierwsza Dama zasłynęła to ta aktywność w KFC” – napisała jedna z nich na Twitterze. Chodzi oczywiście o zadane Dudzie pytanie, o czym w artykule „Czemu zgadza się pan na łamanie konstytucji? – zapytała Dudę w KFC – pani Katarzyna”.

Pozostałe komentarze są równie krytyczne dla Agaty Kornhauser-Dudy. – „Polska NIE ma pierwszej damy, ma jakąś niemowę, która nie ma na tyle odwagi, aby stanąć po stronie kobiet”; – „Z niej taka pierwsza dama jak z niego prezydent! Oboje tragedia w trzech aktach! Wstydem jest dla polskich mądrych, aktywnych i myślących kobiet”;

„Niczego dobrego nie spodziewałem się po Adrianie, ale naiwnie liczyłem, że jego żona Agata będzie „lepszą” połową tego związku. Nic dwa razy się nie zdarza. Maria Kaczyńska miała swoje zdanie. Była obiektem wstrętnych ataków Rydzyka. Agato, nigdy nie będziesz jak Maria!”; – „To chyba jakiś błąd drukarski… ktoś ewidentnie „zjadł” jedno słowo. Powinno chyba być „Podsumowanie braku aktywności”.

Waldemar Mystkowski pisze o 3 latach Dudy.

Mamy nieszczęście być świadkami 3 lat prezydentury Dudy.

Andrzej Duda jeszcze na dobre się nie wybudził, gdy szef jego Kancelarii Krzysztof Szczerski w radiowej Trójce ogłosił, iż „prezydent jest jedynym politykiem dzisiaj w Polsce, który działa ponad tym ostrym sporem politycznym”. Jako że to było przed trzynastą, można zapytać, czym Szczerski wzmocnił poranną kawę?

Nie był to także słynny magazyn „60 minut na godzinę”, w którym Jacek Fedorowicz kreował niemniej słynnego kolegę Kierownika, bo audycja satyryczna została zdjęta z anteny 30 lat temu. W każdym razie mamy obecnie nawet coś więcej, bo pisowski magazyn satyryczny „24 godziny na dobę”, kolegę Kierownika odtwarza Jarosław Kaczyński, niestety przestaliśmy się śmiać z jego dowcipów.

Mamy nieszczęście być świadkami 3 lat prezydentury Dudy, o której możemy się spierać, ile razy Konstytucja została złamana, naciągana, sponiewierana. Na pewno – kilkanaście razy Duda złamał przysięgę składaną na Konstytucję. A ktoś taki nazywa się krzywoprzysięzcą.

Przez 3-lecie sprawowania funkcji Duda w pocie czoła pracował na to miano. Pokojowo protestujący dla przypomnienia o powinnościach nie nakładają mu najmodniejszego tego lata stroju – koszulki z napisem Konstytucja – tylko dlatego, że nie jest pomnikiem i raczej mu taka pamięć nie grozi, bo tej pilnie strzeże dla swego brata Kierownik Kaczyński.

Ostatecznie Dudzie można byłoby nałożyć koszulkę bez żadnych ceregieli, ale chowa się za kordonem policjantów, gdzie nawet prezentuje swoje mierne zdolności aktorskie. Właśnie Duda zapłakał, gdy oddawał hołd I Kompanii Kadrowej na inauguracji marszu szlakiem kompanii. Marsz kadry strzelców Józefa Piłsudskiego rozpoczęty został 6 sierpnia 1914 roku z krakowskich Oleandrów na ziemię zaboru rosyjskiego, w ten sposób powołując do życia Legiony Polskie.

Duda po 104 latach zacytował słowa Piłsudskiego skierowane do kampanii strzelców, puścił łezkę i orzekł, iż wzruszył się. Gdyby chcieć porównać odwagę Dudy do kogoś z tamtych czasów, to tylko do tych mieszkańców ówczesnych Kielc, którzy chowali się za zamkniętymi okiennicami, gdy pukali do nich strzelcy Piłsudskiego.

Krzywoprzysięstwo Duda idzie w parze z jego brakiem odwagi, czyli tchórzostwem. Żaden z oficerów ani żołnierzy nie pozwoliłby sobie, aby jakiś Duda podawał mu wycior do czyszczenia luf karabinów Mannlicher, które były na wyposażeniu I Brygady Piłsudskiego. Wówczas tchórzy takim wyciorem okładało się po czterech literach i wypędzało z koszar. Wtedy odwagą było walczyć o niepodległość ojczyzny, dzisiaj odwagą cywilną jest stać na straży Konstytucji, a tej brakuje Dudzie, czym przysparza wstydu funkcji, jaką sprawuje.

Odwagę porównywalną z bohaterami kadry Piłsudskiego ma Łukasz Olejnik, działacz KOD, który jako pierwszy w kraju na pomnik Lecha Kaczyńskiego w Szczecinie nałożył koszulkę z napisem: „Konstytucja, Jędrek!”. Od siebie spointuję: Duda, nie zajmuj się Piłsudskim, boś nie godzien być jego wyciorem.

PiS zamienia kartofle na buraki

Zwykły wpis

Można rzec, iż definicja układu się domknęła w układ zamknięty. Prokurator generalny z PiS wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego opanowanego przez PiS o uznanie, że prezydent z PiS miał prawo ułaskawić przestępców – ministrów PiS.

A więc wyrok Sądu Najwyższego został unieważniony, kto by się taką drobnostką przejmował. Jak powiedział prezes PiS, bój o Sąd Najwyższy też wygrają.

W międzyczasie ze stron prezydenckich z zakładki „Prawo łaski” zniknęła wykładnia, iż prawo łaski przysługuje „od prawomocnego wyroku sądu”. A Mariusz Kamiński miał wyrok nieprawomocny 3 lat do odsiadki. Zresztą sam utrzymywał, że nie interesuje go łaska, ale uniewinnienie.

Prezydent ma prerogatywą prawa łaski, ale nie ma prerogatywy zastępowania sądów i wydawania za nich wyroków, bo gdyby takie prawa posiadał, to faktycznie mógłby ułaskawić Kamińskiego przed skazaniem go. Ale i to zastosowane bezprawie przez Dudę wskazuje na logikę, iż uznał Kamińskiego za przestępcę. Prezydent się pogodził z tym, ze w rządzie PiS jest przestępca.

Prof. Marcin Matczak także próbuje rozgryźć logikę układu zamkniętego PiS i stwierdza, że według rozumowania PiS można dać rozwód narzeczonemu, gdyż istnieje domniemanie, że on, albo niedoszła żona zdradzą się nawzajem. I taka też jest moralność PiS, bo ta jest pochodną każdego bezprawia.

Zdefiniowana została też przez Trybunał Konstytucyjny inna prerogatywa prezydenta PiS. Ma prawo chronienia każdego przed wymiarem sprawiedliwości, co jest czymś zupełnie innym niż ochrona przed przed karą, której dotyczy prawo łaski.

Ta logika PiS jest w jedynym sobie rodzaju – krętacza i taka też będzie w stosunku do Sądu Najwyższego. Zasadność propagandy PiS celnie ujął prawnik Piotr Schramm: „Jeżeli z powodu rzekomej kradzieży kiełbasy przez jednego sędziego należy rozwalić cały Sąd Najwyższy – to z powodu rzeczywistej pedofilii w Kościele PiS powinien natychmiast zamknąć i zdelegalizować wszystkie Kościoły.”

Raport NIK udowadnia, iż nagrody „nam się należą” były większe. Ba, można w ciemno iść o zakład, że to tylko wierzchołek góry lodowej, pod spodem dojenie kasy państwa idzie pełną parą. A Mateusz Morawiecki twierdzi, że nagrody zostały przekazane na cele charytatywne.

Cały czas mamy do czynienia z krętactwem spod logo PiS. Na cele charytatywne można oddać własne pieniądze, albo oddać honorową rekompensatę. A PiS zostało złapane na gorącym uczynku, a gdy już politycy tej partii nie mieli wyjścia tylko półgębkiem się przyznali, ale nie do całej kwoty, którą podprowadzili z publicznego Sezamu. Przyznali się tylko do zawartości worka, który opozycja im przeszukała.

Dla mnie PiS definiuje się jeszcze inaczej, co podsunął mi nieszczęsny Morawiecki, mianowicie zapowiedział, że „w tym tygodniu zaprezentujemy z ministrem Ardanowskim nowe rozwiązania dla rolników”. Trzymając się estetyki partii Kaczyńskiego można ukuć taką oto metaforę: Morawiecki zaprezentuje „nowe rozwiązania”, zamieniając kartofle na buraki – a może odwrotnie.

Zdelegalizować Kościół. Rydzyk, Przyłębska, Duda, Kuchciński, Szydło – bohaterowie czasów pisowskich

Zwykły wpis

>>>

Jak co roku NIK weszła do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, ministerstw i najważniejszych urzędów, by zbadać wykonanie budżetu. Tym razem szczegółowo zbadała też sprawę nagród. Powodem były głośne ustalenia posła PO Krzysztofa Brejzy, który w lutym poinformował, że w 2017 r. ministrowie w rządzie PiS dostali nagrody od 65 tys. do 82 tys. zł. Otrzymało je 12 ministrów o łącznej wysokości 592 tys. zł. To m.in. Anna Maria Anders, Maciej Wąsik i Rafał Bochenek. Dochodzi do tego 65 tys. zł nagrody dla ówczesnej premier Beaty Szydło.

Teraz jednak wychodzą na jaw nowe, szokujące informacje. Otóż beneficjentów nagród w KPRM było więcej, a łączna kwota wyższa, chociaż na pierwszy rzut oka stwierdzić się tego nie dało. O co chodzi? Otóż w 2017 r. w KPRM na nagrody dla osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe zaplanowano okrągły milion złotych, teoretycznie podobną kwotę, jak w 2016 r. Rzeczywiście, ostatecznie wydano 918 tys. Tyle, że w 2016 r. tylko jedna trzecia tej kwoty poszła na nagrody w KPRM, a reszta – dla osób zajmujących kierownicze stanowiska w ministerstwach, urzędach centralnych i wojewódzkich. Jak to rozumieć? „Rzeczpospolita” przytacza ustalenia NIK, według których w 2017 roku całą pulę zgarnęło … 17 osób z KPRM. – Za naszych rządów nagrody rzeczywiście były nagrodami, a tym razem stworzono ordynarny system drugich pensji – powiedział portalowi rp.pl poseł Brejza i ma na to twarde dowody, które wzmocnił dodatkowo raport NIK.

Kto zatem – skoro prawie milion zgarnęło te 17 osób – otrzymał jeszcze nagrody? „Rzeczpospolita” spytała o to Centrum Informacyjne Rządu, ale nie dostała odpowiedzi. CIR nie odpowiedział także na logicznie nasuwające się drugie pytanie – skoro z budżetu KPRM zapłacono tylko wąskiej elicie polityków związanych z PiS, z jakich środków sfinansowano nagrody dla pozostałych ministrów? Z odpowiedzi na interpelacje posła Brejzy wynika na przykład, że w Ministerstwa Rozwoju ówczesnemu wicepremierowi Mateuszowi Morawieckiemu i wiceszefom tego resortu nagrody wypłacono … „ze środków własnych ministerstwa”. Mamy zatem do czynienia, jak mówi „Rzeczpospolitej” Krzysztof Brejza, z księgową sztuczką, by na nagrody wycisnąć jak najwięcej. – „Potrzebowali tak dużo pieniędzy, że obok oficjalnego funduszu nagród stworzyli kolejne, tym razem w budżetach ministerstw” wyjaśnia, i dodaje, że można mieć obawy obawy, nie odbyło sie to kosztem wydatków resortów na ich bieżącą działalność.

To jednak nie koniec kontrowersji. Na początku lipca portal tvn24.pl poinformował, że analiza dotycząca nagród znalazła się też w innym dokumencie autorstwa NIK – całościowej analizie wykonania budżetu państwa w 2017 r. Z zamieszczonej tam tabeli wynika, że w 2014 i 2015 r. na nagrody dla osób zajmujących kierownicze stanowiska poszło po 700 tys. zł. Jednak te pieniądze w zdecydowanej większości nie trafiły do kieszeni ministrów i wojewodów, ale szefów innych jednostek centralnych. W 2016 r. na nagrody dla VIP-ów wydano już 3,5 mln, z czego 1,2 mln popłynęło do ministerstw. W 2017 r. kwoty te wynosiły odpowiednio: 8,6 mln zł i 5,5 mln zł. W dokumencie NIK stwierdza, że „do części nagród istnieją pisemne uzasadnienia, a do części nie”, a „comiesięczna wypłata środków (..) może wskazywać, że świadczenie to nie miało charakteru nagrody, tylko było swoistym dodatkiem do wynagrodzenia zasadniczego”. Zarówno Krzysztof Brejza, jak i NIK zauważają to samo: 86,8 proc. z tych wydatków nie zostało sfinansowane z budżetu KPRM, lecz ze środków własnych dysponenta. Co to oznacza? Ministrowie sami wydawali decyzje o wypłacaniu sobie wcześniej przyznanych nagród?

NIK postuluje nowelizację ustawy przepisów o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe. Projekty zmian przepisów już w marcu wnieśli posłowie PO, a w kwietniu – Kukiz’15. Tyle, że oba trafiły do sejmowej zamrażarki.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie aż pięć miesięcy łamała sobie głowę nad tym jak wybrnąć z problemu jakiego przysporzył im toruński redemptorysta kłopotliwym „prezentem”, otrzymanym swego czasu od bezdomnego… Ostatecznie śledczy postanowili zakończyć sprawę darowizny dwóch samochodów i odmówili wszczęcia postępowania – ustalił dziennik.pl

„Czynności sprawdzające prowadzone w zakresie doprowadzenia w nieustalonym miejscu i czasie przez Fundację Lux Veritatis z siedzibą w Warszawie do narażenia na uszczuplenie, w nieustalonej wysokości należności publicznoprawnych przez nieujawnienie właściwemu organowi podstawy opodatkowania, czyli darowizny w postaci dwóch samochodów marki Volkswagen, zostały zakończone wystawieniem postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania, wobec stwierdzenia, że czynu nie popełniono” – oświadczył prokurator Łukasz Łapczyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Ponadto stwierdził, że w oparciu o zgromadzoną dokumentację śledczy doszli do wniosku, iż Fundacja Lux Veritatis, której prezesem jest ojciec Tadeusz Rydzyk, nigdy nie była beneficjentem darowizny w postaci dwóch aut VW.

„W związku z czym należało stwierdzić, iż w ogóle nie doszło do popełniania czynu będącego przedmiotem zawiadomienia” – wyjaśnił Łapczyński.

Do podobnych konkluzji doszła Izba Administracji Skarbowej w Warszawie: „Fundacja Lux Veritatis nie była stroną darowizny, w związku z czym nie powstał obowiązek podatkowy z tytułu podatku dochodowego od osób prawnych” – informuje portal i dodaje, że skarbówka jednak „nie drążyła tematu” i nie ustaliła, komu auta zostały faktycznie przekazane…

Tymczasem, dzięki śledczym warszawskiej Prokuratury Okręgowej dwa sprezentowane Volkswageny odnalazły się. Gdzie?

„Jak wynika z uzyskanej dokumentacji, jesienią 2003 r. ustalona osoba przekazała na rzecz Prowincji Warszawskiej Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela /czyli redemptorystów/ to jest kościelnej osoby prawnej, dwa samochody marki Volkswagen Golf” – oświadczył przedstawiciel prokuratury. Dodał jednak, że i w tej sytuacji śledczy nie doszukali się niczego złego i dlatego postanowili „zakończyć sprawę wystawieniem postanowienia o odmowie wszczęcia postępowania wobec braku znamion czynu zabronionego”.

Przypomniał również, iż „stosowanie do obowiązujących przepisów o stosunku państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej darowizny na rzecz kościelnych osób prawnych na cele kultowo-apostolskie są zwolnione od podatku”.

Mało tego Łapczyński dodał, że „podmioty te w określonych przypadkach nie mają również obowiązku prowadzenia dokumentacji wymaganej przez przepisy o zobowiązaniach podatkowych”.

Podsumowując stanowisko prokuratury w tej sprawie, Łapczyński stwierdził, że „nie doszło zatem do powstania obowiązku podatkowego rodzącego konieczność uiszczenia podatku od uzyskanej darowizny, a co za tym idzie do realizacji znamion czynu zabronionego będącego przedmiotem zawiadomienia”.

Przypomnijmy: Toruński redemptorysta T. Rydzyk oświadczył, że bezdomny Stanisław z Warszawy miał ufundować mu samochody za pieniądze wygrane w lotto, po czym zmarł. Tej trudnej do zaakceptowania legendzie nie dał wiary poseł i sekretarz Nowoczesnej Adam Szłapka. Wiosną tego roku złożył „zawiadomienie o podejrzeniu popełniania czynu noszącego znamiona korupcji”.

Marszałek mimo całodobowej ochrony i limuzyny, dodatków pobiera kasę na paliwo i taksówki. Pewnie mu się należy… I tak w 2017: – na paliwo wziął 4680 tys. zł – na taksówki 3170 tys. zł Rok wcześniej tylko na paliwo wziął prawie 8000 tys. zł.

Można?

W ubiegłym roku Sąd Najwyższy badał precedens, jakiego dokonał prezydent Andrzej Duda, kiedy to Mariusz Kamiński został przez niego ułaskawiony przed wydaniem prawomocnego wyroku. Prezydent przekonywał wówczas, że chce „uwolnić” wymiar sprawiedliwości od tej sprawy. Sąd Najwyższy orzekł natomiast, że nie można użyć prawa łaski przed uprawomocnieniem się wyroku. Politycy PiS oceniali tę decyzję jako niezgodną z prawem.

Trybunał Konstytucyjny właśnie przyznał im rację, uznając, że ułaskawienie powinno być jedną z przesłanek, która powoduje umorzenie procesu, a zatem można go dokonać również w jego trakcie.

Sprawę rozpatrywał – poza sędzią Leonem Kieresem, który złożył zdanie odrębne – skład złożony wyłącznie z sędziów wybranych przez PiS: przewodniczył sędzia Zbigniew Jędrzejewski, sprawozdawcą był Grzegorz Jędrejek, w składzie byli także Andrzej Zielonacki i Julia Przyłębska.

Gdy prezydent Duda ułaskawiał Kamińskiego i jego zastępcę w CBA Macieja Wąsika byli oni po wyroku pierwszej instancji. Dostali trzy i pół roku więzienia za to, że kierując CBA, m.in. nadużywali prowokacji i fałszowali dokumenty. Wszystko po to, by zdyskredytować ówczesnego wicepremiera Andrzeja Leppera, szefa koalicyjnej Samoobrony.

Ile kosztuje PiS? Horrendum

Zwykły wpis

Oto jak reprewatyzowała się spółka Kaczyńskiego w Warszawie. I jak umoczeni są szef służb specjalnych Mariusz Kamiński i jego zastępca Maciej Wąsik, wyrokowcy ułaskawieni bezprawnie przez Andrzeja Dudę.

Andrzej Karmiński na koduj24.pl pisze, ile nas kosztuje PiS?

Nietrafione decyzje tysięcy przypadkowych ludzi, osadzonych w miejsce dotychczasowych fachowców, kosztują nas każdego dnia grube miliony.

Fala oburzenia przetoczyła się przez Polskę na wieść o kilkudziesięciotysięcznych premiach, które premier Szydło rozdała swoim ministrom. A kiedy okazało się, że pani premier również sama sobie przydzieliła premię (zaprzeczając tym samym opiniom o swojej niesamodzielności), to od morza do Tatr rozległ się przeciągły jęk grozy. Pewnie się narażę, ale moim zdaniem reakcja Polaków jest przesadna. Po pierwsze premiowanie partaczy nie musi dowodzić ich pazerności, bo podobno część tych pieniędzy ominęła ministerialne portfele, trafiając na fundusz wyborczy PiS, a po drugie – jakoś nie słyszałem aż takiego zgiełku, kiedy naprawdę poważne sumy, wielokrotności premii dla wszystkich ministrów, trafiały do jednego tylko faceta, zamieszkałego w Toruniu.

Owszem, potrafię zrozumieć oburzenie społeczeństwa na bizantyjskie obyczaje panujące w Ministerstwie Obrony Narodowej. Przyznaję: 15 milionów, które na drobne wydatki przepuścili rozmaici Misiewicze, wyposażeni przez poczciwego ministra w karty kredytowe, to wyczyn nie lada. Ale z drugiej strony cóż to za kwota w porównaniu z rzeczywistymi efektami rządów Macierewicza? Rozwalić armię dużego europejskiego kraju za drobne kilkanaście milionów, to rekord, który zapisze się w historii na zawsze…

W każdym ministerstwie i w każdej instytucji – do niedawna zawiadywanej przez państwo, a od niedawna przez partię Kaczyńskiego – znaleźć można przykłady dowodzące, że stosunek ekipy „dobrej zmiany” do pieniądza nie jest przesadnie nabożny. Wynika to stąd, że funkcjonariusze PiS uwierzyli we własne propagandowe hasła głoszone w kampanii wyborczej. Uwierzyli, że rozmaite „damy radę” czy „nie dajmy sobie wmówić, że nas nie stać” nie są tylko księżycową agitacją. Dlatego dziś nie pozwolą sobie wmówić szacunku dla państwowej kasy. Dali sobie wmówić natomiast, że wygrane wybory uprawniają do traktowania państwa jak swoją własność. Podobnie jak zawłaszczyli trzecią i czwartą władzę, gospodarkę, a także niemal wszystkie demokratyczne instytucje, tak i państwowy budżet stał się własnością PiS. Uwierzyli w regułę, że zwycięzca bierze wszystko*. A oni mają to do siebie, że w co uwierzą, to od razu praktykują.

Nietrafione decyzje tysięcy przypadkowych ludzi, osadzonych na wysokich stołkach w miejsce dotychczasowych fachowców, kosztują nas każdego dnia grube miliony. Kolejne miliony pochłaniają ideologiczne fanaberie spiskowej polityki historycznej. Pracowite mnożenie zewnętrznych wrogów, wciskanie Unii tego samego kitu, co krajowym wyznawcom, oraz ambicjonalne gierki i godnościowe kontredanse z pewnością będą nas kosztować miliardy z nowego unijnego rozdania.

Rozkosznie naiwnie brzmi komentarz omnipotentnego prokuratora Piotrowicza, który zapewnia, że nawet jeśli Unia uderzy nas po kieszeni, to nic wielkiego się nie stanie, bo na uszczelnieniu VAT zarobimy tyle samo, ile dostajemy z Unii. Premier Morawiecki w licznych wystąpieniach publicznych robi takie miny, jakby się w pełni zgadzał z opinią swego kolegi, wywodzącego się z formacji prześladowców jego ojca. Czy naprawdę nikt na szczytach totalnej władzy nie zdaje sobie sprawy, że kolejny cykliczny kryzys gospodarki, że byle wahnięcie światowej koniunktury, może postawić Polskę przed groźbą bankructwa?

W czasach PRL-u popularny był żart o rabinie, którego spytano, gdzie najbezpieczniej przechowywać pieniądze. – „Oczywiście, że w banku!” – poradził rabin i wyjaśnił: – „No bo, jak bank zbankrutuje, to państwo polskie poręczy, a jak Polska zbankrutuje, to Związek Radziecki poręczy, a jak ZSRR zbankrutuje, to nie ma takich pieniędzy, żeby ich było szkoda na taką piękną okoliczność…”. Niestety – obawiam się, że za Polskę Kaczyńskiego nie poręczy nawet Orban. Wszystkich już obraziliśmy, a prezes Węgier nie podłoży się Unii w obronie jakiegoś Kaczyńskiego.

Prawdziwe koszty rządów partii o żartobliwej nazwie Prawo i Sprawiedliwość poznamy zapewne dopiero po ich klęsce, gdy większość społeczeństwa uzna, że cena biletu na pokazy fajerwerków nieziszczalnych obietnic i na spektakle nienawiści do wydumanych wrogów jest mocno wygórowana. Moim zdaniem budżetowa dziura nie będzie wtedy pierwszoplanową pozycją na liście strat. O wiele ważniejsze będą zrujnowane relacje społeczne.

Z komuny wyszliśmy podatni na populizm, okaleczeni ideologiczną urawniłowką, obarczeni roszczeniowym oglądem świata, skłonnością do koniunkturalizmu i patologicznym brakiem szacunku dla społecznej własności. Jednak w odzyskaną wolność weszliśmy wtedy z poczuciem siły, połączeni ideą integracji z cywilizowaną Europą. Jacy będziemy po nieuchronnej klęsce PiS? Już dziś wrogie plemiona stawiają na egoizm i egocentryzm, ludzie izolują się od spraw publicznych, skupiając na sprawach dziejących się w najbliższym sąsiedztwie. Już teraz dajemy się nabierać na rozmaite mitologie i legendy podawane do wierzenia ciemnemu ludowi. Nacjonalizm myli się z patriotyzmem, a miejsce bohaterów z AK zajmują wyklęci z NSZ. Nie robi już większego wrażenia wypowiedź Tomasza Terlikowskiego, który pisze, że co prawda nie pochwala zabijania niewinnych ludzi przez żołnierzy wyklętych, ale przecież sowieci i milicjanci zamordowali o wiele więcej dzieci i patriotów oraz zgwałcili o wiele więcej kobiet.

Z coraz większym trudem przychodzi mi żyć w kraju, gdzie premier składa kwiaty na grobach bandytów i gdzie każą mi szanować tych, którzy zamordowali mniej współobywateli niż inni i trochę rzadziej gwałcili…

Andrzej Karmiński

* Jarosław Kaczyński powiedział kiedyś w wywiadzie, że lubi utwory zespołu ABBA. Jeśli nie pomylił go z discopolowym ansamblem BABA, to można założyć, że najbardziej podoba mu się pierwszy singel z siódmego albumu ABBY „The Winner Takes It All”, czyli „Zwycięzca bierze wszystko”. Ponieważ jednak znajomość angielskiego przez prezesa polega na tym, że słyszał o tym języku wiele dobrego, to pewnie nie wie, że ta piosenka opowiada o rozstaniu. Też ją lubię, a nawet liczę na nią.

Waldemar Mystkowski pisze o propagandzie PiS.

Chyba logicznym jest, iż podtrzymywanie uchwalonego w Sejmie stanowiska PiS, które potem jest odkręcane przez dyplomację i Mateusza Morawieckiego, to retuszowanie ruin. Tak działa ustawa o IPN na świecie. Nikt nie nabiera się na naprędce sklecane zespoły negocjacyjne z Polski, które udają się np. do Izraela, aby przedyskutować ustawę. Ani Izrael, ani USA jej nie odpuszczą. A rozwiązanie jest proste – anulować uchwałę.

Ale co robiłyby takie fundacje jak Reduta Dobrego Imienia? Wszak jej celem jest upowszechnianie oleodruku (jelenia ryczącego na rykowisku) o historii Polski i reprezentowanie grafomanii prezesa Świrskiego. Wielokroć obśmiane i obnażone w historii takie zniewolenia umysłu mają się obecnie całkiem dobrze.

Ba, żyją te pasożytnicze organizmy, jak pączek w maśle za sprawą np. Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które właśnie rozstrzygnęło konkurs na granty wspierające promowanie Polski i Polaków.

Gdyby jeszcze Polskę promowano w Polsce, to machnęlibyśmy na to ręką, bo Barei i Mrożka nie ma wśród nas, a „Ucho prezesa” jest nie dość obnażające groteskę władzy PiS, więc niech Reduty Dobrego Imienia, Polskie Fundacje Narodowe się kompromitują, abyśmy mieli ubaw po same pachy.

Jakie więc pachy będą promowane przez Instytut Nowych Mediów (Mistewicza -183 tys. zł grantu), Lux Veritatis (Rydzyka -180 tys.), SDP (Skowrońskiego -151 tys.), Fundacja Gazety Polskiej (Sakiewicza -176 tys.), WSKSiM (Rydzyka – 156 tys.).

Po jakie pachy będziemy mieli ubaw? Oczywiście, po pachy kołtuna polskiego. MSZ przyznało granty kołtunom, którzy będą w kraju nas uszczęśliwiać promocją swojej skarlałej Polski, na świat raczej nie wyściubią nosa, gdyż zostaną obśmiani.

Zanadto nie mamy z czego się cieszyć, gdyż i nam w pakiecie zostanie przyprawiona gęba kołtuna. Niejaką ilustracją promocji Polski jest wybuch, do jakiego dzisiaj doszło w sklepie polskim w angielskim Leicester. Nieoficjalnie, na zapleczu znajdowała się nielegalna wytwórnia alkoholu. Mniemać należy, że produkowano wódkę, bądź bimber.

Wyższość wódki nad whisky dla patriotów jest oczywista, bo nie rozsmakowali się w whisky. Choć i z wódkami jest problem, mianowicie najlepsza jest jednak „Finlandia”.

Waldemar Mystkowski: Jawny Orwell PiS

Zwykły wpis

Projekt ustawy o niejawności życia publicznego nosi oczywiście nazwę ustawy o jawności życia publicznego.

PiS do Orwella wnosi kosmetyczne poprawki, bo dzieło opisujące działania partii Kaczyńskiego nie nosi już tytułu „Rok 1984”, bo ten minął, ale winno być wznowione jako „Rok 2017”, a jeżeli PiS utrzyma się u władzy – czego nie życzę mojej ojczyźnie i dzielnym rodakom – „Rok 2018”.

Ustawa o jawności została napisana przez specsłużby, które z tytułu formalnego prowadzą działalność niejawną. Czy ktoś pojmuje ten absurd? Mamy jednak do czynienia z PiS, które sprawuje władzę absurdalnie, a nawet dadaistycznie. Rządzi prezes PiS, a nie premier, ośrodek decyzyjny jest na Nowogrodzkiej, a nie w Al. Ujazdowskich. Ministerstwo Obrony Narodowej jest Ministerstwem Głupich Kroków, bo nikt o zdrowych zmysłach nie przypisze Antoniemu Macierewiczowi zdolności do formułowania zadań obronnych dla Wojska Polskiego. Zachowuje się zresztą wzdłuż szpaleru żołnierzy tak, jak John Cleese w słynnym skeczu Monty Pythona.

I tak jest z jawnością. Informacji nie uzyska ten, kto arbitralnie zostanie zaliczony do „uporczywych”, a także nie uzyska, gdyby realizacja wniosku o informację „znacząco utrudniałaby działalność podmiotu zobowiązanego”. A kto chciałby udzielać niewygodnej dla siebie informacji, a może i kompromitującej? Zalicza się wówczas go do upierdliwców i utrudniających działalność.

To nie jest prawo do informacji, a jest to prawo do odmowy udzielenia informacji. Ciągle podkreślam, że język stosowany przez PiS nie jest językiem polskim, ale językiem totalitarnym, dla nas zrozumiałym ze względu na niedawno odeszły reżim jako język sowiecki. Całkiem zgrabnie określonym przez Bareję: „I co nam zrobisz?”.

Kolejną blokadą, aby nie ujawnić nieprawidłowości w urzędach państwowych jest opłata za przygotowanie informacji. Do tej pory opłata istniała, ale nie powodowała, że informacja nie została udzielona. Teraz opłata będzie żądana, czyli wymagana wcześniej, co będzie kolejną metodą, aby nie ujawniać.

Jawność życia publicznego poszerza krąg osób, które zobowiązane są składać oświadczenia majątkowe. Do posłów i samorządowców dochodzą egzaminatorzy na prawo jazdy, strażnicy miejscy, pracownicy Państwowej Inspekcji Pracy, Prokuratorii Generalnej RP, urzędnicy służby cywilnej. A nawet strażacy.

O co chodzi? O haki chodzi, aby można w razie potrzeby wyciągnąć z oświadczeń niejasności – a te zawsze się pojawiają, gdy chodzi o pieniądze. Wówczas niewygodnego obywatela wydala się ze służby i na jego miejsce wsadza posłusznego pisiewicza.

Praktycznie ustawa znosi ochronę danych osobowych. Np. komuś odmówiono wydania na coś koncesji ze względów nieodpowiednich cech psychicznych. To będzie teraz jawne – ten ktoś zostanie mniemanym niezrównoważonym, a złe języki obwołają go, że wariat.

Pojawia się ponadto termin sygnalisty – w języku potocznym dotyczący donoszącego informację ważną dla organów ścigania. Taka osoba winna podlegać stosownej ochronie prawnej. W ustawie pisowskiej prokurator nie ma takiego obowiązku ochrony i może narazić sygnalistę na zemstę bądź szykany.

Projekt ustawy przygotowany był pod pieczą Mariusza Kamińskiego – tego kolesia z wyrokiem trzech lat bez zawiasów, które zostały mu zdjęte przez ułaskawienie Andrzeja Dudy, najprawdopodobniej nieprawnie – bez rejestracji w wykazie prac legislacyjnych. Projekt znienacka ujrzał światło dzienne 24 października. Wyznaczono mu – uwaga, uwaga – 6 dni na konsultacje społeczne!

Ów projekt to Orwell w pisowskiej postaci. Niejawność jest przedstawiana jako jawność, szef służb specjalnych z tak ważnym projektem wyskoczył, jak Filip z konopi.