Tag Archives: Marcin Matczak

Krystyna Pawłowicz nie jest Filipem z konopi. Jest esencją zbuków prezesa

Zwykły wpis

Na to, co się stało w Sandomierzu, nie wskazywały żadne sondaże. Wręcz przeciwnie – nawet wykluczały taki scenariusz. Do drugiej tury nie przeszedł ani dotychczasowy burmistrz, który pisał do Jarosława Kaczyńskiego, ani kandydat PiS. Ciekawe, tym bardziej, że właśnie od Sandomierza premier Morawiecki w sierpniu rozpoczął kampanię przed wyborami samorządowymi 2018. Wykorzystał go również w swoim spocie wyborczym, w którym mówił do wiwatującego tłumu mieszkańców o tym, że „potrzebujemy dobrych gospodarzy dla dobra demokracji” – przypomina portal naTemat.

Dopiero potem zaczęły dochodzić sygnały, że na sandomierskim Rynku mieszkańców miasta to akurat było najmniej, jeśli wcale. Za to było na przykład ponad 50 pracowników Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji w Kielcach pojechało tam na wycieczkę opłaconą przez PiS. – „To nie była konwencja sandomierzan. Tam nie było mieszkańców miasta, to byli ludzie przywiezieni z całej Polski. Sam naliczyłem 17 autokarów, które miały rejestracje z różnych stron kraju – powiedział portalowi Jacek Krupa, przewodniczący zarządu Stowarzyszenia Forum Obywatelskie Sandomierza FOSa.

Tymczasem w wyborach samorządowych kandydat PiS na burmistrza Sandomierza przegrał z kandydatem Koalicji Obywatelskiej i nawet nie wszedł do II tury. Krzysztof Szatan otrzymał niewiele ponad 19 procent głosów i zajął trzecie miejsce. Morawiecki może być zawiedziony, bo okazało się, że obietnice PiS zdecydowanie nie zadziały. – „Wydawało się, że kandydat PiS był w dobrej sytuacji, bo mógł się podeprzeć tą konwencją. Dawał też do zrozumienia, że może liczyć na wsparcie rządu – przyznaje Jacek Krupa. Żartuje, że jeśli chodzi o środowiska obywatelskie, „plan minimum” został w tym momencie wykonany: – Żeby kandydat PiS nie został burmistrzem.

Krzysztof Szatan obiecywał mieszkańcom Sandomierz Marzeń, prezentował przy tym szczególną atencję dla rządowych programów. Obiecywał zatem „Czyste Powietrze, Dostępność Plus czy Mieszkanie dla Młodych. „Współpraca między rządem i samorządem jest najlepszą gwarancją realizacji programu” – powiedział w jednym z wywiadów, przy okazji ujawniając swoja filozofię w kwestii samorządności. Do mediów najbardziej jednak przebił się … stary, zamknięty most na Wiśle. Ten sam, który od lat czeka na remont. Dodajmy, że w sprawie mostu do prezesa PiS pisał już dotychczasowy burmistrz Marek Bronkowski. Mieszkańcy miasta zebrali nawet 9 tysięcy podpisów pod petycją do premiera, które Bronkowski zawiózł do Warszawy – pisze portal naTemat.

Most, choć stary i zamknięty, odegrał swoja rolę w kampanii przedwyborczej. – „Tydzień przed wyborami przyjechał minister Adamski i pojawił się na moście razem z wojewodą, posłami PiS i komitetem pana Szatana. Nikt inny nie był poinformowany, że coś takiego się odbędzie. Nie zaproszono władz miasta. A na moście padły takie obietnice, że miałem wrażenie, że praktycznie jest już gotowy. Tylko nam się wydaje coś innego. Szatan tak prowadził kampanię, by ludzie wierzyli, że nie trzeba już się martwić, bo most będzie” – opowiedział portalowi naTemat Jacek Krupa.

Cóż, tylko że ludzie nie uwierzyli. Nie zadziałało to, że burmistrz związany z rządem, może więcej móc niż inni. „Ten most już obiecywał poseł Kwitek [sandomierski poseł PiS – przyp. red.] 3 lata temu i co?” – przypominali na FB niektórzy mieszkańcy, podkreślając, że o most „zaczął walczyć pan Bronkowski! A nie pan i pana partia!”

Nie ironizujmy,że Pawłowicz potrzebuje pomocy psychiatry. Koniec żartów.Ta pani jest zaufanym żołnierzem Kaczyńskiego,na pierwszej linii frontu jego chorej wojenki przeciwko Polsce. Bo kiedyś zaspał. Bo nie przeskoczył przez bramę. Brak budzika i jaj wystarczą,żeby zgubić Polskę?

Holtei

Krzysztof Daukszewicz

Podczas wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Niemczech gospodarze byli uprzejmi. Gospodarz, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, zaznaczył, że „więcej nas łączy, niż dzieli”, ale trudne tematy we wzajemnych relacjach nie zostały przemilczane w rozmowach. Te trudne tematy to spór o sądownictwo, stosunek pisowskiej Warszawy do Unii Europejskiej, odbierany w Berlinie jako chłodny, oraz reparacje za zniszczenia wojenne.

Słabnie polsko-niemieckie zaufanie

Żaden z nich nie psuł stosunków polsko-niemieckich przed dojściem do władzy pisowskiej prawicy. Teraz psują, co berlińska gazeta „Tagesspiegel” podsumowała tak: „Duża część Niemców i Polaków stała się sobie w minionych latach obca. Nie rozumieją sposobu myślenia panującego w sąsiednim kraju i mają mu to za złe”. Innymi słowy, stosunki psują się nie tylko na górze, ale i na dole. A to już prawdziwy problem dla obu naszych krajów, bo oznacza, że słabnie po obu stronach wzajemne zaufanie.

Niektóre wypowiedzi i „bon moty” prezydenta Dudy na towarzyszącym jego wizycie Forum Polsko-Niemieckim potwierdzają to wrażenie. Prezydent nie zdobył się na…

View original post 3 299 słów więcej

Nie rydzykuj, głosuj, urna jest twoja

Zwykły wpis

>>>

Podczas dokonywania zmian w Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, Krajowej Radzie Sądownictwa, a także podczas prac nad ustawą o ustroju sądów powszechnych PiS i Andrzej Duda złamali co najmniej 13 artykułów Konstytucji, niektóre wielokrotnie – twierdzi senacki zespół ds. monitorowania praworządności.

„Ale który artykuł” – dopytywała Agata Duda dziewczynę, która widząc prezydenta i jego małżonkę kupujących jedzenie w KFC zaczęła krzyczeć, że władza łamie Konstytucję.

Wskazanie konkretnych paragrafów nie jest takie trudne. Eksperci pracujący dla senackiego zespołu wskazali ich aż 13. – Do wyborów parlamentarnych w 2019 r. przedstawimy „Białą księgę” wszystkich naruszeń prawa przez rządzących – mówi „Newsweekowi” jeden z członków zespołu, senator PO Bogdan Klich.

Były prokurator stanu wojennego, Stanisław Piotrowicz, jest jedną z częściej pokazywanych twarzy PiS. Udzielił on niedawno szokującego wywiadu na temat decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE dla portalu wPolityce.pl, wspierającego PiS. Można w nim przeczytać między innymi takie stwierdzenia jak „Jestem zaniepokojony stanem UE, a w szczególności stanem demokracji i praworządności w niej”. To cynizm czy zwykły brak wiedzy?

Ale to dopiero początek. Na pytanie redaktora „Strona polska po jego przeanalizowaniu może dojść do przekonania, że racja leży po naszej stronie i zbagatelizować wyrok TSUE?” Piotrowicz odpowiada

„[…] Ciekaw jestem, na mocy jakiego prawa doszło do tego rozstrzygnięcia.”

Narracja prokuratora Piotrowicza wpisuje się w typowe pisowskie postrzeganie świata i ciągoty, żeby władza w Polsce nie podlegała pod kontrolę międzynarodową i międzynarodowe prawo. Tymczasem w referendum unijnym Polacy zdecydowali, że chcą należeć do Europy i chcą być jej pełnoprawnymi obywatelami. I nikt, nawet PiS, nie może Polski z Europy wyciągać. To działanie, które byłoby dla nas niesłychanie szkodliwe.

Decyzja TSUE jest nie w smak układowi władzy, zwłaszcza, że następuje w przeddzień bardzo ważnych dla Polski wyborów samorządowych. Komentatorzy życia politycznego podkreślają, że wybory, które odbędą się w najbliższą niedzielę określą,  czy Polacy chcą być w Unii Europejskiej – głosując na PSL, PO, Nowoczesną i ugrupowania lokalne, czy Polacy chcą zmierzać na wschód – razem z PiS.

13 artykułów Konstytucji, które złamali PiS i Andrzej Duda – nie ujdzie im na sucho. Trybunał Stanu i sianeczko na pryczy pod celą.

Holtei

Unijny Trybunał Sprawiedliwości przychylił się w całości do wniosku Komisji Europejskiej i nakazał wstrzymanie nominacji sędziów Sądu Najwyższego, a tych, którzy zostali odesłani w stan spoczynku, nakazał przywrócić do pracy na warunkach obowiązujących przed wejściem w życie ustawy o Sądzie Najwyższym.

Ponadto Polska ma comiesięcznie informować o wykonaniu środków tymczasowych.

– Na pewno po przeanalizowaniu ustosunkujemy się do tego – skomentował premier Mateusz Morawiecki.

W przypadku niezastosowania się do środków tymczasowych władze Trybunału mogą nałożyć na Polskę kary finansowe. Przypomnijmy, że wysokość kar w sprawie wycinki w Puszczy Białowieskiej wyniosła 100 tysięcy euro dziennie. Jak podaje RMF FM, powołując się na unijnego prawnika, w tym przypadku kara może być nawet wyższa.

TSUE nakazuje zawieszenie przepisów o SN

Waldemar Mystkowski pisał o tym tuż ogłoszeniu wstrzymania bezprawia PiS i Dudy.

Tuż przed ciszą wyborczą siły prodemokratyczne dostają paliwa, aby trwać przy nieposłuszeństwem obywatelskim, a prof. Małgorzata Gersdorf urasta do symbolu tej…

View original post 9 słów więcej

Jak PiS wrabia innych w swoje wypadki, przypadek Beaty Szydło

Zwykły wpis

No, proszę. Pisowskiemu ambasadorowi Sadosiowi zmiękła rura.

W najbliższą sobotę z inicjatywy Obywateli RP na fasadzie budynku PKiN zostanie wyświetlony napis „Konstytucja”. – Jeśli dziś konstytucja jest głosem w politycznym konflikcie, to dzieje się tak dlatego, że stroną tego konfliktu są siły dokonujące zamachu stanu – uważa Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

„Wyświetlmy napis KONSTYTUCJA na Pałacu Kultury i Nauki, niech każdy kandydat na prezydenta, radnego, burmistrza, posła do sejmiku wie, czego domagają się Polki i Polacy. Niech każdy wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej” – pisali Obywatele RP, rozpoczynając zbiórkę na swoją akcję w serwisie Zrzutka.pl.

Jak wyliczyli, by móc przez tydzień wyświetlać napis „Konstytucja” na Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, potrzebują 30 tys. zł. „Niech każdy w Polsce wie, że konstytucja wciąż jest najwyższym prawem Rzeczpospolitej!” – zachęcali do zrzutki w mediach społecznościowych. Już zebrali ponad 41 tys. Proszą więc o wpłaty na kolejny tydzień.

Napis ma się pojawić na fasadzie budynku PKiN w najbliższą sobotę o godz. 18, a więc na dzień przed wyborami samorządowymi.

„Konstytucja” na fasadzie PKiN

– Nie bez powodów pojawią się z całą pewnością oskarżenia o naruszenie ciszy. W dzisiejszej sytuacji konstytucja – najwyższe prawo wszystkich stron każdego polskiego sporu – dzieli politycznie. Rzeczywiście jest polityczną deklaracją, choć konstytucja – równa dla każdego niezależnie od przekonań stanowiąca podstawę bytu wspólnego państwa – powinna być politycznie niewinna, doskonale obojętna wobec partyjnych preferencji – zwraca uwagę Paweł Kasprzak z Obywateli RP.

Czy Sebastian K., oskarżony ws. wypadku Beaty Szydło, był skłonny zgodzić się na warunkowe umorzenie śledztwa ze wskazaniem jego winy? – Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna – ujawnia mec. Władysław Pociej.

  • – Prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak, w sposób zupełnie nieograniczony, podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony – mówi mec. Pociej
  • – Nawet gdy są użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie zwalnia kierowcy pojazdu uprzywilejowanego z obowiązku zachowania zasady szczególnej ostrożności – tłumaczy prawnik
  • – Jeśli – jak donosiły media – wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku, to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie – ocenia obrońca Sebastiana K.

***

Szymon Piegza, Onet: Dlaczego zdecydował się pan bronić Sebastiana K.?

Proszę przypomnieć sobie sytuację z dnia, w którym miał miejsce ten wypadek: bardzo młody człowiek, u progu dorosłości, wówczas nawet jeszcze nie maturzysta, staje sam wobec potężnych instytucji państwa oraz mediów i zostaje poddany natychmiastowemu osądowi. Tak nie może być. Trzeba było, by ktoś za nim stanął. Tak widzę swoją rolę jako adwokata: zrobić wszystko, aby prawa należne każdemu obywatelowi były w pełni respektowane w każdej sytuacji.

Każdy aplikant adwokacki pamięta z pierwszych wykładów z historii Adwokatury Polskiej następujący fakt: po odzyskaniu niepodległości Józef Piłsudski dekretem „w przedmiocie statutu tymczasowego Palestry Państwa Polskiego” powołał do życia Adwokaturę Polską. Powiedział wtedy, że tylko adwokat jest w stanie podjąć się obrony obywatela przed państwem. Miał rację.

Przewaga państwa nad obywatelem

Na czym polega przewaga państwa w tej sprawie?

Między innymi na tym, że jako obrońca jestem zagrożony zarzutem karnym z art. 241§1 kk, jeśli ujawnię jakiekolwiek wiadomości z postępowania przed ujawnieniem takich wiadomości na rozprawie głównej. Zwróćmy uwagę, że prokuratura, a wcześniej minister Błaszczak w sposób zupełnie nieograniczony podali do publicznej wiadomości informacje z akt postępowania w pierwszych godzinach jego toku. Jestem tym zdumiony. Na jakiej podstawie, a przede wszystkim, w jakim celu minister i prokuratura podejmują takie działania?

Kolejny przykład to sytuacja związana z niedopuszczeniem mnie do czynności przesłuchania pani premier Beaty Szydło, mimo iż dostałem oficjalne zawiadomienie o terminie i miejscu. O tym, że nie zostanę dopuszczony do przesłuchania dowiedziałem się już po jego rozpoczęciu. Informację tę przekazała mi protokolantka. Niestety zgodnie z obowiązującym mnie prawem nie wolno mi było komukolwiek udzielić żadnej informacji o tej odmowie, a jednak wiadomość o tej decyzji prokuratury pojawiła się w internecie kilka minut później. Po prostu prokuratura powiadomiła o tym media. Dlaczego jednej stronie procesu wolno udzielać w nieskrępowany sposób każdej informacji o postępowaniu, a druga strona jest takiej możliwości pozbawiona?

Nie można się było odwołać od tej decyzji?

W takiej sytuacji nie przysługują żadne środki odwoławcze.

Złożył pan natomiast zażalenie na niesłuszne zatrzymanie Sebastiana K. w dniu wypadku.

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu wydał postanowienie, że to zatrzymanie było legalne, ale bezzasadne, czyli nie było przyczyny dla której mój klient został zatrzymany. Przypominam, że zatrzymanie jest formą pozbawienia wolności. Człowiek zostaje pozbawiony możliwości dysponowania własną osobą w nieskrępowany sposób.

Dla jakiej przyczyny zastosowano zatrzymanie? To był uczestnik zdarzenia, który nie uciekał, nie stawiał oporu, nie był pod wpływem narkotyków lub alkoholu. Wystarczyło spisać jego dane i wezwać na przesłuchanie następnego dnia. W jakim celu ktoś podjął decyzję, żeby postawić zarzut i przesłuchać go jeszcze tego samego dnia? Moje doświadczenie zawodowe wskazuje, że w sprawach o wypadki komunikacyjne takie działanie się nie zdarza. Zarzut został postawiony mojemu klientowi niemal tuż po zdarzeniu.

Przypomnijmy, że prokuratura prowadziła śledztwo przez ponad półtora roku i winy nadal nie udowodniono.

Chcąc być lojalnym wobec trojga prokuratorów, którzy stanowili zespół prowadzący czynności w tej sprawie, muszę powiedzieć, że długotrwałość tego postępowania na pewno w znacznej części była powodowana koniecznością prowadzenia dowodów w ramach pomocy zagranicznej. Pojawiło się wiele dokumentów, które podlegały rygorom tłumaczenia przez tłumaczy przysięgłych.

Jednak końcowy wniosek prokuratora okręgowego, który był wnioskiem o warunkowe umorzenie tego postępowania, był oczywiście nie do przyjęcia dla mojego klienta.

Dlaczego?

Zarysowałem mojemu klientowi wszelkie konsekwencje; plusy i minusy związane z tym rozstrzygnięciem. Obrońca nie ma prawa wymagać od klienta, żeby zajął takie a nie inne stanowisko. Jego rolą jest udzielenie klientowi wszelkich możliwych informacji, ale decyzja zawsze należy do klienta. Dokonałem mojej oceny tej sytuacji i uznałem, że okoliczności, które nie zostały na początku wyjaśnione, mogą decydować o tym, czy on jest winny czy nie.

Wydaje się, że w trakcie wypadku doszło do wielu zaniechań. O jakich dokładnie okolicznościach mówimy?

Okoliczności te były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na pierwszej rozprawie, w dniu wczorajszym. Wobec treści postanowienia Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, zakazującego upubliczniania wyjaśnień oskarżonego, zmuszony jestem do odmowy udzielenia odpowiedzi na to pytanie.

Wątpliwości od samego początku dotyczyły też tego, czy kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany.

Nie do mnie, a do sądu należy rozstrzygnięcie czy samochody rządowe używały sygnałów uprzywilejowania, a jeśli tak to jakich. Media powoływały się na relacje świadków, którzy twierdzili, że sygnałów dźwiękowych nie było. Proszę nadto zważyć na jedną ważną okoliczność: nawet, gdyby były użyte sygnały dźwiękowe oraz świetlne, to ta okoliczność nie przesądza o sprawstwie.

Kolumna uprzywilejowana czy pojazd uprzywilejowany nie mają prawa jechać bez zwracania jakiejkolwiek uwagi na innych użytkowników ruchu. Także te pojazdy muszą się poruszać z zasadą zachowania szczególnej ostrożności. Co to oznacza w praktyce? Jeśli inny użytkownik ruchu nie daje pierwszeństwa przejazdu, to pojazd uprzywilejowany ma obowiązek jechać tak, aby nie spowodować wypadku. Jeśli warunki tego wymagają to kolumna, choć uprzywilejowana, ma bezwzględny obowiązek nawet się zatrzymać.

Pragnę zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: ostateczna treść zarzutu, który usłyszał mój klient to nieumyślne spowodowanie wypadku poprzez nieustąpienie pierwszeństwa samochodowi uprzywilejowanemu, a nie kolumnie uprzywilejowanej. W jaki sposób był oznakowany ten samochód uprzywilejowany? Procedury mówią jasno: samochód uprzywilejowany musi mieć zamontowane światła uprzywilejowania w taki sposób, by były one widzialne w promieniu 360 stopni od tego samochodu, czyli tylko na dachu. Czy tak było w tym przypadku? Odpowiedź na te pytania musi dać proces, który właśnie się rozpoczął.

Jak się szybko okazało, ze świadkami również był problem, ponieważ kierowcom, którzy byli najbliżej całego wypadku BOR natychmiast kazał odjechać z miejsca zdarzenia.

Tu znów dotykamy okoliczności, które były przedmiotem wyjaśnień mojego klienta na rozprawie.

Brak dowodów w sprawie

Prokuratura przez ponad półtora roku nie znalazła jednoznacznych dowodów potwierdzających, że kolumna rządowa poruszała się w sposób uprzywilejowany. Czy w takiej sytuacji brak tak naprawdę jasnych dowodów na winę Sebastiana K.?

W moim przekonaniu tak właśnie jest. Od samego początku czekaliśmy na ewentualne całkowite umorzenie postępowania przeciwko mojemu klientowi wobec braku winy. Mamy ostatecznie akt oskarżenia.

Do tej pory prokuratura chciała warunkowego umorzenia śledztwa ze wskazaniem winy oskarżonego Sebastiana K. Trzy miesiące temu nie zgodziliście się na takie zakończenie. Sebastian powiedział mi, że gdyby nie pana pomoc, sam byłby skłonny przyjąć taką propozycję, by jak najszybciej zakończyć sprawę i mieć święty spokój.

Gdyby nie miał tej wiedzy, którą dostarczył mu obrońca, tak właśnie by było. Być może na podstawie tego, co zobaczyłby w aktach podjąłby błędne przekonanie, że jego sytuacja jest beznadziejna. Rolą obrońcy jest pokazać mu elementy, które wskazują na jego korzyść.

Warunkowe umorzenie jest przesądzeniem wyłącznej winy. Oskarżony ponosi wtedy odpowiedzialność za całość zdarzenia. Z jego polisy OC są pokrywane szkody naprawy rządowej limuzyny. Mój klient podjął decyzję, że nie da sobie przypisać winy za to zdarzenie.

Co z zasadą domniemania niewinności?

Zdaję sobie sprawę z tego, w jak niezwykle trudnej sytuacji stoi obywatel w sporze z państwem. Absolutna przewaga instytucji państwa na każdym polu powoduje, że obywatel staje przed ogromnym wyzwaniem. Prokuratura zbiera materiały i twierdzi, że ów obywatel jest winien. Powstaje zatem pytanie, czy państwo poprzez prokuraturę prawidłowo oceniło tę sytuację?

POLECAMY: Siedem wielkich niewiadomych ws. wypadku premier Szydło

Sebastian obawiał się również, że w momencie wzięcia na siebie winy poszkodowani członkowie BOR oraz pani premier mogliby wytoczyć proces ze względu na uszczerbek poniesiony na zdrowiu.

Jest to teoretycznie możliwe. Wtedy szkody na osobach, które doznał uszczerbku, są również regulowane z OC.

Wczoraj przed oświęcimskim sądem rejonowym ruszył proces w sprawie zderzenia FiataSeicento i kolumny BOR, do którego doszło 10 lutego 2017 roku. Przypomnijmy, że wcześniej ten sam sąd chciał, by sprawa była rozpatrywana w Krakowie.

Było oficjalne wystąpienie Sądu Rejonowego w Oświęcimiu, żeby przenieść sprawę do innego sądu. Sąd Apelacyjny w Krakowie odmówił temu wnioskowi uznając, że skoro wypadek zdarzył się w Oświęcimiu, to rozpozna tę sprawę sąd właściwy wg zasad ogólnych.

Jak pan skomentuje doniesienia medialne mówiące o tym, że w tym samym sądzie w ubiegłym roku pojawił się wiceminister sprawiedliwości Łukasz Piebiak i miał rozmawiać z sędziami o tej sprawie?

Jeśli, jak donosiły media, wiceminister Piebiak rozmawiał z sędziami z Oświęcimia już po wypadku to byłaby to oczywista presja na sąd, który będzie orzekał w tej sprawie. Podkreślam, iż informacja taka dotarła do mnie tylko z mediów. Jest oczywistym, że dla obrońcy to poważny sygnał ostrzegawczy.

Ma pan jakieś obawy w sprawie samego procesu?

Powstaje pytanie, z jakąś częstotliwością sąd będzie wyznaczał terminy rozpraw. Zupełnie nieprzewidywalna jest, jak zawsze w sprawach z wieloma dowodami osobowymi, kwestia stawiennictwa świadków, których w tej sprawie jest dużo. Nie mam na razie żadnych przesłanek do utraty zaufania do składu sędziowskiego i wierzę głęboko, że tak pozostanie.

Konstytucja zawędruje na miejsce symboliczne dla Warszawy, na Pałac Kultury i Nauki.

Holtei

Morawiecki chciałby Ziobrę wyrzucić?

„Nie mam żalu do Ziobry” – zapewniał w Polsat News prezes Kaczyński, ale wydaje się, że to tylko dobra mina do złej gry, co potwierdzają wypowiedzi innych polityków partii rządzącej.

Sprawa dotyczy wniosku, jaki na początku października minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego. Nie informując nikogo prokurator generalny chce, aby TK uznał „art. 267 traktatu o funkcjonowaniu UE, który umożliwia sądom krajowym zadawanie pytań prejudycjalnych Trybunałowi Sprawiedliwości UE, został uznany za niezgodny z Konstytucją RP, jeśli pytania będą dotyczyć „ustroju, kształtu i organizacji władzy sądowniczej”.

Samowolka Ziobry, która wyszła na jaw tuż przed wyborami samorządowymi i która stawia wyraźne pytanie co do przyszłości Polski w UE, wywołała złość wśród partyjnych kolegów.

Minister sprawiedliwości próbuje ratować sytuację tłumacząc, że wywoływanie polexitu to zwykła manipulacja. W wystosowanym oświadczeniu zapewnił, że wniosek nie jest próbą wyprowadzenia Polski z UE, ale jego istotą „jest zbadanie kompetencji…

View original post 3 196 słów więcej

PiS na europejskiej wokandzie

Zwykły wpis

Komisja Europejska skarży władze PiS do TSUE

Komisja Europejska wysłała do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej skargę na Polskę związaną ze zmianami w polskim sądownictwie. Decyzję komentują polscy politycy i publicyści

Informacja o wysłaniu skargi na Polskę do TS UE wywołała poruszenie w mediach społecznościowych. Pojawiło się bardzo wiele komentarzy komentujących decyzję Komisji Europejskiej.

Witold Zembaczyński, poseł i wiceprzewodniczący Nowoczesnej napisał na Twitterze: „#KE skarży Polskę do Trybunału Sprawiedliwości #UE. Przepisy ustawy @pisorgpl o czystce kadrowej w #SN powinny być natychmiast zawieszone. Te nieuchronne kłopoty rządu tłumaczą furię Kaczyńskiego pod adresem polskich sędziów #ojkofobia”.

Wypowiedziała się również Katarzyna Lubnauer. „Zlekceważenie wyroku TSUE bedzie oznaczał chęć POLEXITU w wykonaniu PIS. Apeluję, by PMM cofnął decyzje dotyczące! Apeluję o patriotyzm! Ogarnijcie się! Polacy chcą być w UE” – napisała.

Podobnego zdania co przewodnicząca Nowoczesnej jest Rafał Trzaskowski, kandydat na prezydenta Warszawy. „#KomisjaEuropejska straciła cierpliwość dla uników premiera Morawieckiego. Wzywam kandydata PiS i wicemin.sprawiedliwości do wycofania się ze zmian dotyczących SN, które naruszają konstytucję. BRAK reakcji oznacza faktycznie chęć wypisania Polski z UE. Ile straci na tym Warszawa?” – zapytał.

Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego, stwierdził: „To musiało się tak skończyć.Im szybciej nastąpi refleksja rządzących tym mniejsze będą straty dla Polski”.

Poseł Marcin Kierwiński, przewodniczący Platformy Obywatelskiej w Warszawie, napisał: „KE nie dała się nabrać na „wizyty Morawieckiego”. Wniosek do TSUE obnaża pisowska politykę w sprawie praworządności”.

„Komisja Europejska (…) chce zawieszenia ustawy, co powstrzyma polityczną czystkę. Warto uchwycić różnicę: KE działa w interesie Polski, a przeciwko łamaczom konstytucji z państwa PiS” – napisał dziennikarz Przemysław Szubartowicz.

W kolejnym wpisie ponownie podkreślił: „Wszędzie piszą, że „KE skarży Polskę”. Nie, KE skarży łamiącą konstytucję władzę PiS”.

Oskar Sobolewski, prawnik Wydziału Prawa i Administracji UW, komentator polityczny, napisał, że „jest nadzieja na ochronę państwa prawa”.

Pojawiły się również głosy przeciwne. Była szefowa „Wiadomości” Marzena Paczuska stwierdziła, że decyzja KE o skardze i wniosek, aby zająć się sprawą w trybie przyspieszonym to „dyktat Brukseli”.

Komisja Europejska ws. Sądu Najwyższego kieruje pozew do TSUE

Komisja Europejska zdecydowała o pozwaniu Polski do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w związku z ustawą o Sądzie Najwyższym. – Polski rząd nie dał innej szansy na rozstrzygnięcie tej sprawy – komentuje w rozmowie z Gazeta.pl dr hab. Marcin Matczak, specjalista ds. teorii prawa z Uniwersytetu Warszawskiego.

Komisja europejska pozywa Polskę do unijnego Trybunału Sprawiedliwości za ustawę o Sądzie Najwyższym. Zaakceptowała tym samym propozycję wiceszefa Komisji Fransa Timmermansa.

Według komisarzy, przepisy odsyłające część sędziów Sądu Najwyższego, w tym I Prezes SN Małgorzatę Gersdorf, w stan spoczynku grożą upolitycznieniem Sądu. Polski rząd wielokrotnie odrzucał zastrzeżenia KE. Bronił prawa do przeprowadzania reform, przekonywał, że nie zagrażają one niezawisłości sędziów i wskazywał na brak kompetencji UE do zajmowania się tą kwestią.

Po wpłynięciu do Trybunału pozwu dotyczącego ustawy o Sądzie Najwyższym wyznaczona zostanie data rozprawy, podczas której przedstawiciele Komisji Europejskiej i polskiego rządu będą mogli przedstawić swoje racje. Po niej sędziowie Trybunału ogłoszą wyrok. Wszystko może potrwać kilka, kilkanaście tygodni.

Dr hab. Marcin Matczak: Rząd zmusił KE do pójścia do sądu

– Sporna procedura miała dwa etapy, w których można było „dogadać się” z Komisją Europejską i rozwiązać sprawę na zasadzie polubownej. Polski rząd przeszedł jednak arogancko przez te dwa etapy, co spowodowało, że zmusił Komisję Europejską do pójścia do sądu – mówi w rozmowie z Gazeta.pl specjalista ds. teorii prawa dr hab. Marcin Matczak z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak dodaje dr hab. Matczak, „ruchy, które podjął premier Mateusz Morawiecki, w tym rozmowa z prof. Małgorzatą Gersdorf, były ruchami podjętymi po upływie terminu”. – Polski rząd nie dał innej szansy na rozstrzygnięcie tej sprawy – podkreśla ekspert.

– W pierwszej kolejności będziemy spodziewali się decyzji zabezpieczeniowej, dotyczącej wstrzymania działania spornych przepisów o Sądzie Najwyższym. Trybunał powie niejako: „zatrzymajcie to, bo muszę wiedzieć, kto ma rację”. Następnie będzie oceniał, kto ma rację w tym sporze – tłumaczy dr hab. Marcin Matczak.

Jeśli Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej przyzna rację komisji, sytuacja w Sądzie Najwyższym ma wrócić do momentu sprzed uchwalenia kontrowersyjnej ustawy. Według dr. hab. Matczaka, postępowanie przed trybunałem może potrwać nawet rok.

Dr hab. Ryszard Piotrowski: Trybunał nie jest na pustym polu

Konstytucjonalista dr hab. Ryszard Piotrowski z Uniwersytetu Warszawskiego nie chce wskazywać, jaką decyzję mogą podjąć sędziowie trybunału. – Nie chciałbym występować w roli TSUE, to byłoby niepotrzebną uzurpacją. Poczekajmy na wyrok – mówi ekspert.

– Sprawa nie jest nowa, stanowisko zajmowała już Komisja Wenecka, Komisja Europejska, to było przedmiotem wielu analiz prawnych, w związku z tym trybunał nie jest na pustym polu, dysponuje też wcześniejszym orzecznictwem – dodaje.

Dr hab. Piotrowski podkreśla, że wyrok może pokazać, jaka idea przyświeca funkcjonowaniu UE. – W tle mamy wielkie pytanie, które dotyczy sensu Unii Europejskiej: czy jest to, jak to wynika z traktatów, wspólnota wartości i wspólnota prawa, czy raczej organizacja pozwalająca na pewne kompromisy między różnymi interesami państw – tłumaczy naukowiec.

Jak zauważa dr hab. Piotrowski, „jeśli TSUE uzna, że nie zastosowano się do jego wyroku, może nałożyć sankcje pieniężne”. – Mogłoby tak się stać z inicjatywy Komisji Europejskiej – wyjaśnia.

Propaganda PiS godna czasów stalinowskich. Czy za tym pójdą represje?

Zwykły wpis

Prof. Małgorzata Gersdorf oświadczyła, że według Konstytucji jest I Prezes Sądu Najwyższego do 30 kwietnia 2020 roku.– „To formalnie, ale czy będzie mi dane sprawować tę funkcję, to zależy od sytuacji, jak się rozwinie” – powiedziała prof. Gersdorf w TVN 24. Dodała, że uchwalone przez PiS przepisy jej nie dotyczą. – „Uważam, że te ustawy w ogóle mnie nie dotyczą, bo nie mogą zmienić Konstytucji w żaden sposób. Konstytucja jest prawem nadrzędnym, umową społeczną, której nie może zmienić ani parlament w zwykłym trybie, ani pan prezydent. Można zmienić Konstytucję tylko w trybie określonym w tej Konstytucji” – podkreśliła.

Zapytana w TVN24, co zrobi, gdy zostanie wybrany jej następca, odpowiedziała: – „Na pewno nie przykuję się do kaloryfera. To nie przystoi. Mogę siedzieć dalej i zobaczyć, co będzie robić ta osoba, która przyszła. Różne rzeczy mogę zrobić. Zobaczymy, troszkę niepewności zostawię”.

Podkreśliła, że prawnicy, sędziowie stanęli – jeśli chodzi o środki – „pod ścianą”. – „My nie mamy więcej instrumentów na to, żeby pokazać ludziom, że dzieje się źle, że jest bardzo niedobrze”. Według prof. Gersdorf, Polska przestaje być państwem opartym na trójpodziale władzy. – „Władza ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi jest tak olbrzymia i zaczyna on być Sądem Najwyższym przez ten wybór sędziów, że już tutaj trudno mówić, że to jest w pełni niezależny, niezawisły sąd” – oświadczyła.

Prof. Gersdorf skrytykowała też Julię Przyłębską, która po zawieszeniu przez SN stosowania przepisów pisowskiej ustawy do czasu wydania wyroku przez unijny Trybunał, stwierdziła, że działanie Sądu Najwyższego narusza przepisy Konstytucji i Kodeksu postępowania cywilnego. – „Julia Przyłębska nie ma kompetencji, by wypowiadać się o orzeczeniach Sądu Najwyższego. Nikt nie może być sędziami sędziów. Sąd Najwyższy to ostatnia instancja i on jest powołany, by rozstrzygać zagadnienia prawne. Mamy tu rozdźwięk między autorytetami naukowymi, sędziami Sądu Najwyższego, TSUE a władzą” – powiedziała I Prezes SN.

Połowę składu sędziowskiego nowej Izby Dyscyplinarnej stanowić będą podlegli ministrowi Zbigniewowi Ziobrze prokuratorzy. Jedna z takich osób … sama skazana jest wyrokiem dyscyplinarnym. Chodzi o mecenas Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, o tym też w artykule  „Tłumaczenie skandalu pośpiechem jest śmieszne„. Jak ustalili dziennikarze Czarno na Białym z TVN24,  o wyroku dyscyplinarnym Krajowa Rada Sądownictwa musiała wiedzieć wcześniej.

Wiceszef KRS Wiesław Johann twierdzi, że członkowie KRS nie wiedzieli o tej karze. – Ja się tutaj przyznaję, w imieniu kolegów, do błędu – powiedział Johann. Jednak dziekan Okręgowej Izby Radców Prawnych w Białymstoku, Andrzej Kaliński, ma inne zdanie w tej sprawie. Jak stwierdził, informacja o ukaraniu, czyli orzeczenie dyscyplinarne, zgodnie z przepisami znajdowało się w aktach osobowychJednocześnie poinformowałem o tym KRS, przesyłając te akta i załączając do nich opinię z tą informacją. Faktycznie informacje o nałożeniu kary na Ułaszonek-Kubacką dotarły do KRS 20 sierpnia. Mimo tego trzy dni później, 23 sierpnia, KRS rekomendowała ukaraną mecenas do Izby Dyscyplinarnej!

Dopiero 5 września biuro prasowe nowej KRS przyznało, że wysłuchując Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, Rada dysponowała jej aktami osobowymi. Zaznaczyło jednocześnie, że „praktyka jest taka, że aktami dysponuje sprawozdawca”. Sędzią sprawozdawcą w tej sprawie był, jak poinformował rzecznik KRS, poseł Stanisław Piotrowicz. Sama Małgorzata Ułaszonek-Kubacka, poproszona o komentarz, nie skorzystała z możliwości wypowiedzi.

Wiele wskazuje natomiast na fakt, że jest ona bardzo lojalnym pracownikiem ministra Ziobry. Ułaszonek-Kubacka w 2016 roku reprezentowała Zbigniewa Ziobrę przed sądem w procesie zdegradowanej prokurator Małgorzaty Wilkosz-Śliwy. Była pełnomocnikiem najbliższych ludzi prokuratora generalnego – Bogdana Święczkowskiego i Jerzego Engelkinga. Wiadomo też, że od sierpnia 2016 roku do końca lutego zatrudniona była w Prokuraturze Krajowej na pół etatu, a od marca na cały etat. Tymczasem  Prokuratura Krajowa przez siedem dni nie odpowiedziała na pytanie, czy kandydatka do Sądu Najwyższego nadal podlega ministrowi Zbigniewowi Ziobrze. Sędzia Johann, jak przyznał dziennikarzom TVN, nie wie, czy te związki są bliskie, „bo po prostu nie zna tych ludzi”.

Inną kandydatką do nowej Izby Dyscyplinarnej wybrana została Małgorzata Bednarek, która pracuje obecnie w Prokuraturze Krajowej. Gdy PiS pierwszy raz doszło do władzy w 2005 roku, Bednarek awansowała na szefową prokuratury okręgowej w Bielsku-Białej. Zasłynęła udziałem w konferencji dotyczącej zorganizowanej grupy przestępczej sędziów i prokuratorów w bielskim wymiarze sprawiedliwości. Gdy jednak oskarżeni o korupcje sędziowie pozwali miejscową prokuraturę, proces wygrali. Co więcej prokuratura bielska wypłaciła w związku z tymi postępowaniami około 500 tysięcy złotych zadośuczynienia.  Po przegranych przez PiS wyborach prokurator Bednarek założyła stowarzyszenie prokuratorów Ad Vocem skupiające bliskich współpracowników ministra Zbigniewa Ziobry.

Wkrótce dowiemy się zapewne, jaką decyzję w sprawie zasiadania w ID skazanej dyscyplinarnie radczyni prawnej i innych prokuratorów podległych Zbigniewowi Ziobrze podejmie prezydent Andrzej Duda – najcześciej przwidywalny w swoich działaniach.

– W PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej – historyk prof. Piotr Osęka* w rozmowie z Gazeta.pl tłumaczy, dlaczego na Nowogrodzkiej nikt nie powstrzymał propagandy sukcesu „Wiadomości” TVP, która zaczyna obracać się przeciwko partii rządzącej.

Najpierw wpis na Facebooku, a niedawno komentarz na Gazeta.pl. Oba wywołały burzę, w obu porównuje pan „Wiadomości” TVP do stalinowskiej propagandy. Nie za mocno?

Nie. Jako historyk zajmuję się badaniem propagandy w XX wieku. To porównanie nie oznacza, że stalinizm wrócił. Jakby wrócił, nie mógłbym tego powiedzieć, a zamiast z panem, rozmawiałbym ze „smutnymi panami”, którzy byliby żywo zainteresowani, dlaczego szkaluję państwo polskie.

Na razie szkaluje pan „Wiadomości”.

„Wiadomości” są forpocztą procesu, który próbowałem opisać. Stały się łącznikiem między kulturą polityczną stalinizmu, a kulturą polityczną obecnej partii rządzącej.

Zwolennicy anty-PiS-u na pewno temu przyklasną, ale prawicowcy powiedzą: przecież TVN to też propaganda.

TVN nie ukrywa w swoich materiałach, że jest krytyczny i złośliwy wobec rządzących, ale jednak „Fakty” wciąż są serwisem informacyjnym. Nie występuje w nich zjawisko, które obserwujemy w „Wiadomościach” – że wszystkie informacje wzajemnie do siebie nawiązują, układając się w spójną, literacko skomponowaną całość. Co więcej, w „Wiadomościach” racje opozycji, jeśli w ogóle są przedstawiane, brane są w cudzysłów. Chodzi o to, żeby na wszystkie możliwe sposoby, w każdym zdaniu, w każdym słowie pokazać widzowi, gdzie jest racja i po której stronie my-dziennikarze stoimy.

Prezes TVP Jacek Kurski odpowiedział kiedyś na te zarzuty w wywiadzie dla tygodnika „W sieci”: „Nie możemy zaakceptować tezy, że dwie wielkie stacje prywatne, mające oficjalnie prawie połowę rynku, mogą być stronnicze i nie można nic z tym zrobić, a publiczna ma być pół na pół”.

Otóż to. Oni nawet nie ukrywają tego, że nie są obiektywni, że nastąpiło całkowite zerwanie z wcześniejszą formułą, która była zupełnie inna. Tutaj sam panu podrzucę kontrargument: TVP zawsze broniła władzy. Teraz PiS-u, wcześniej Platformy, a jeszcze dawniej SLD. Jednak to, co najważniejsze, dotyczy opozycji – po 2015 roku doszło do diametralnej zmiany przedstawiania jej w „Wiadomościach”. Jeszcze trzy lata temu politycy opozycji notorycznie skarżyli się na zbyt małą ilość czasu antenowego w „Wiadomościach”. Pewnie słusznie. Dzisiaj opozycji w „Wiadomościach” jest pełno. Gdyby porównać tylko ekspozycję Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego, dwóch głównych kandydatów na prezydenta Warszawy, to podejrzewam, że wyszłoby 65:35 na korzyść polityka Platformy.

Po co tak eksponować opozycję?

Żeby ją ośmieszyć, zdyskredytować. W czasach stalinowskich opozycji w zasadzie nie było, więc nie było o czym mówić. Z kolei w PRL-u o opozycji nie mówiono nawet, gdy na ulice stolicy wyszło 30 tys. ludzi. Dzisiaj taki Trzaskowski obrywa w sytuacji, gdy zdarzy mu się wypowiedzieć zgodnie z linią PiS-u. Od razu słyszymy, że „Oficjalnie Rafał Trzaskowski uważa…”, bo oczywiście tak naprawdę kłamie i knuje przeciwko Polsce. „Wiadomości” zawsze muszą dobitnie pokazać, gdzie jest racja ludowa, a gdzie wróg klasowy. Poza tym, w „Wiadomościach” całkowicie zmienił się garnitur gości i ekspertów. To przedziwne, jak bardzo nowe twarze pojawiły się w charakterze ekspertów i jak często jako eksperci przedstawiani są ludzie znikąd – bez żadnego dorobku, anonimowi, ale mówiący to, czego się od nich oczekuje.

To pana zdaniem kolejne nawiązanie do czasów stalinizmu?

Przy trwającej wówczas równolegle rewolucji następowała zasadnicza wymiana elit. Dzisiaj w „Wiadomościach” również obserwujemy ambicję wymiany elit, chęć pokazania wszystkim, że my też mamy elity po swojej stronie. Te prawdziwe elity. Uważam przy tym, że tych ekspertów w „Wiadomościach” jest znacznie więcej niż kiedyś. Do tego, rzecz jasna, dziennikarze, ale tylko mediów rządowych lub prorządowych – kilka, kilkanaście tych samych postaci, które w kółko mówią te same rzeczy.

Na naszych łamach stwierdził pan: „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Jak wygląda ten „katechizm”?

Dotyczy każdego emitowanego w „Wiadomościach” materiału, bo każdy materiał musi reprezentować podstawowe prawdy wiary. Ów „katechizm” ma kilka stałych elementów.
Pierwszy – nastąpił przełom gospodarczy, Polakom żyje się dostatniej, a Polska rośnie w siłę.

Drugi – skoro jest sukces, to musi być też porażka. Tę porażkę znajdujemy w przeszłości, w rządach poprzedników. Bo chociaż jest dobrze, to kiedyś było źle – jest ciągła potrzeba podkreślania różnic między świetlanym dniem dzisiejszym i ponurą przeszłością. Złe informacje, jeśli już są podawane, muszą być neutralizowane i pokazywane jako element wrażych podchodów opozycji przeciwko Polsce.

Trzeci – czas mierzymy od jesieni 2015 roku, bo obecna władza w żadnym stopniu nie jest kontynuatorem działań poprzedników. Nawet nieprzerwany rozwój gospodarczy kraju nie jest efektem wejścia Polski do Unii, tylko są to osobiste sukcesy rządów „dobrej zmiany”, ewentualnie premiera lub któregoś z ministrów.

Z tym wiąże się element czwarty, czyli nieobecność Unii Europejskiej w serwowanej widzom narracji. Unia znika z tego obrazu, nie pomaga nam, a co najwyżej bruździ.

Element piąty – w 2015 roku po wygranych przez PiS wyborach rozpoczęła się rewolucja, dzięki której Polakom żyje się lepiej, a Polska rozwija się jak należy.

Wreszcie element szósty i najważniejszy – wszystko, co złe łączy się ze sobą. Na Polskę czyha opozycja, czyli Platforma i Nowoczesna, do tego Unia Europejska oraz George Soros, który chce do nas sprowadzać imigrantów. Zagrażają nam też liberalny permisywizm i zachodnie zepsucie obyczajów, przejawiające się m.in. w postulatach równouprawnienia dla mniejszości seksualnych, które potem będą się szarogęsić w katolickiej Polsce.

Wciąż nie widzę, jak to się ze sobą łączy.

Już tłumaczę. Opozycja albo geje działają za pieniądze Sorosa. Niestety nie sposób powiedzieć, że Soros jest gejem, ale za to sugeruje się między wierszami, że jest węgierskim Żydem. Żydem, znaczy wrogiem, bo przecież wątek antysemicki też wybija u nas cyklicznie co jakiś czas. Do tego opozycja zawsze jeździ na skargę do Angeli Merkel, która jest Niemką, a przecież Niemcy są naszym odwiecznym wrogiem. Zatem Grzegorz Schetyna jest drugim Konradem Mazowieckim, który znów zaprasza Niemców do Polski.

Brzmi to dość egzotycznie. Mam rozumieć, że dziennikarze, którzy robią materiały dla „Wiadomości”, wierzą w taką spiskową teorię dziejów? A może robią to cynicznie?

Z punktu widzenia propagandy jest to bardzo trudne pytanie, bo nikt tak naprawdę tego nie wie, tzn. propaganda polityczna nie działa jak prosty marketing proszku do prania. Jest osadzona w gęstej sieci uwarunkowań, dlatego góra pieniędzy i sztab najlepszych piarowców wcale nie gwarantują sukcesu. Propaganda komunistyczna nie była skuteczna poprzez swoją wyjątkową perswazyjność, tylko stopniowe budowanie w odbiorcach przekonania, że komunizm jest wieczny i że tak jak jest dzisiaj będzie już zawsze.

Patrząc historycznie – „Wiadomości” to lepsza czy gorsza propaganda od tej stalinowskiej?

Przede wszystkim przewidywalna.

To chyba cecha każdej propagandy?

Właśnie nie. Dobra propaganda powinna być nieprzewidywalna. W myśl zasady: nie wiadomo, czym Was zaskoczymy. Sprawna propaganda powinna też odwoływać się do rzeczywistych lęków i emocji odbiorców, wyczuwać je i nawiązywać do nich.

W PiS-ie jest sporo głosów krytyki wobec „Wiadomości”. Głosów, które mówią, że „Wiadomości” poszły za daleko. Sam prezes Kurski, w przytaczanym już wywiadzie dla „Sieci”, stwierdził, że takie informacje do niego „rzadko, ale docierają”.

To kokietowanie i gra pozorów. Być może raz na jakiś czas prezes Kurski mówi swoim ludziom: „Pamiętajcie o obiektywizmie i o tym, żebyście nie byli stronniczy w swoich materiałach”. Ale jaki jest tego efekt, wszyscy od dawna widzimy, także nie brałbym tych jego zastrzeżeń na poważnie.

Znów prezes Kurski dla „Sieci”: „Czasem dziennikarze przesadzają, ale wówczas staram się ich upominać, a nawet karać. Umiemy się przyznać do błędu”.

Bardzo chciałbym zobaczyć tę listę napomnień i kar, które zostały wymierzone dziennikarzom przez kierownictwo TVP.

Były takie przykłady: Ziemowit Kossakowski i jego artykuł o lekarzach-rezydentach, Filip Styczyński i Lucjan Ołtarzewski pokazujący do kamer obraźliwe gesty podczas protestów w obronie sądów czy wreszcie Łukasz Sitek, który miał się awanturować z konduktorem w pociągu, krzycząc przy tym, że jest z TVP.

Ale w tych przypadkach, choć brzydko to zabrzmi, spadły majtki na wizji. Tu już nie dało się nic zrobić. Kwestia manipulacji, czyli pokazywania fałszywego materiału, była w przypadku pana Kossakowskiego oczywista. W pewnym sensie to był ten poziom kompromitacji, któremu nie dało się zaprzeczyć, bo jednak cały czas silna jest strona przeciwna, która takie potknięcia natychmiast wychwytuje i nagłaśnia. Właśnie dlatego uważam, że dobre notowania PiS-u wcale nie są efektem działania propagandy. Można wręcz powiedzieć, że są dobre pomimo propagandy, bo w jej obecnym kształcie jest ona raczej obciążeniem dla hipoteki rządu niż wsparciem. Oczywiście rząd tego nie dostrzega, bo każdy rząd uważa, że im bardziej się go chwali, tym lepiej. Tyle że tutaj wszystkie granice zostały przekroczone i wszystkie bezpieczniki wykręcone.

Przekonuje mnie pan, że „Wiadomości” to współczesna wersja PRL-owskiej propagandy, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że te wszystkie „chwyty” z przeszłości działają w XXI wieku. Przecież mamy społeczeństwo informacyjne i wszechobecny internet.

Tylko wcale nie jest powiedziane, że te „chwyty” działają. To ich nadawcom wydaje się, że tak jest, bo są więźniami własnej wizji świata. Nie potrafią poza tę wizję wyjść. To nie jest cyniczna robota, w której ludzie z mediów publicznych wiedzą, że to wszystko nieprawda, ale chcą podejść widzów. To suma oddolnych gorliwości, mieszanina konformizmu z politycznym zacietrzewieniem. Jak pokazują wyniki Telewizji Polskiej i samych „Wiadomości”, mieszanina raczej nieskuteczna.

Porozmawiajmy o odbiorcach przekazu „Wiadomości”. Do kogo jest skierowany – do wszystkich, tylko do wyborców PiS-u, a może do określonego grona wyborców PiS-u?

Wydaje się, że w dużej mierze jest to komunikat, skierowany do żelaznego elektoratu PiS-u. Do tych, którzy chcą wysłuchać komunikatów z frontu i posłuchać, że nasi wygrywają. To ich cieszy i podbudowuje. Taki rytuał tożsamościowy, który zapewnia tym najwierniejszym widzom poczucie bezpieczeństwa w sensie psychologicznym i antropologicznym. Co ważne, odbiorcy, do których „Wiadomości” są skierowane w szczególności, to mieszkańcy polskiej prowincji. Nieprzypadkowo ciągle pojawiają się tam przykłady zwykłych ludzi spoza Warszawy, którym wiedzie się lepiej, odkąd PiS wygrało wybory.

I tym zwykłym ludziom można wcisnąć absolutnie wszystko? Propaganda nie ma ograniczeń?

Można im wciskać wszystko do momentu, do którego nie dostrzegą sprzeczności między tym, co podaje propaganda a rzeczywistością. Bo siłą rzeczy mają też dostęp do różnych innych źródeł informacji, więc mogą sami sprawdzić lub zweryfikować to, na czym im zależy. Weźmy sprawę wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. To było pierwsze poważne tąpnięcie wyników sondażowych PiS-u, chociaż przedstawiali to jako wielki sukces. Tyle że ludzie widzieli, co mówią o tym inne media i media w innych krajach. Do tego dochodzi aspekt, nazwijmy go, sportowy – podstawiliście nogę naszemu, Polakowi, a on walczył o historyczną rzecz.

Ale Tusk to dla żelaznego elektoratu PiS-u zdrajca, a nie Polak.

Mimo wszystko nasz, Polak. Dlatego działania rządu wyglądały jak gra przeciwko naszemu. Także to nie jest tak, że można ludziom wcisnąć absolutnie wszystko. Moim zdaniem wystarczy pierwsze poważniejsze tąpnięcie gospodarcze czy zachwianie koniunktury, żeby ta propaganda rozpadła się jak domek z kart.

W swoim poście na Facebooku napisał pan: „W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”. Wizja dość makiaweliczna – przejęcie kontroli nad umysłami Polaków. A co jeśli odpowiedź jest bardziej prozaiczna: władza nad mediami = władza nad wyborcami = wygrane wybory.

Rządzącym często tak się wydaje, ale to nie działa w ten sposób. Te mechanizmy są zupełnie inne, znacznie bardziej skomplikowane. W demokracji władza nad mediami wcale nie oznacza wygranych wyborów. Nawet w dyktaturze tak nie jest. Komuniści w ’89 roku mieli pełnię władzy nad mediami i armię propagandystów, a wybory przegrali straszliwie. Stosunek armat propagandowych PZPR i „Solidarności” wynosił 10:1, a nic to nie pomogło.

Zdecydowała fala społecznego oburzenia i potrzeby zmiany.

Otóż to, kluczem do sukcesu jest wyczuwanie społecznych emocji i umiejętne odnoszenie się do nich. W tym sensie propaganda potrafi być pomocna dla rządzących. Natomiast ma ona bardzo niewielką zdolność „urabiania” opinii społecznej. To jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Tak jak było w stalinizmie, gdzie mieliśmy propagandę, cenzurę i policję polityczną. Z jednej strony jest przekaz, z drugiej policyjna pała i albo to popierasz, albo idziesz do mamra. Ludzie postawieni w takiej sytuacji przestają mieć możliwość komunikowania komukolwiek i jakkolwiek, że w ten przekaz nie wierzą, bo zwyczajnie się boją. W związku z tym zaczynają w niego wierzyć, ale też na krótko. Historia stalinizmu pokazuje, że gdy bezpieka słabnie, to propaganda robi się nieskuteczna. W Polsce nie mamy, oczywiście, żadnej bezpieki, więc w momencie, gdy wyczerpie się paliwo społecznego poparcia, propaganda również przestanie być skuteczna.

Wcześniej może narobić sporych szkód. Rozbudziła oczekiwania wielu grup społecznych i zawodowych, które też chcą trochę tego sukcesu dla siebie. Widzimy to w ostatnich tygodniach. Kolejne grupy interesu mówią: sprawdzam. I rząd znalazł się w kłopotach.

Tak, dlatego będziemy obserwować rozpaczliwe miotanie się dziennikarzy, którzy będą starali się pokazać konflikty społeczne w taki sposób, żeby widzowie uznali, że żadnych konfliktów nie ma, tylko z jednej strony jest efekt manipulacji, a z drugiej – rzeczowe i spokojne negocjacje członków rządu. Przy zachowaniu wszelkich proporcji będzie to sytuacja jak na przełomie 1944 i 1945 roku, kiedy w cotygodniowej niemieckiej kronice filmowej opowiadano o kolejnych sukcesach wojskowych i o tym, że Wehrmacht wycofał się na z góry upatrzone pozycje, z których przypuści miażdżące kontruderzenie na bolszewików.

Jeśli dojdzie do ogólnopolskich protestów przeciwko rządowi, będzie to chwila próby także dla „Wiadomości”. Podołają?

Ale co to znaczy, że podołają? Dziennikarze „Wiadomości” będą wychodzić i dalej serwować swoje informacje. To nie jest sytuacja z gatunku: przeskoczą albo nie przeskoczą. Nikt tego nie sprawdza. Oni skaczą i mówią, że skoczyli bardzo wysoko.

Chyba, że rząd albo Nowogrodzka uznają, że jednak wcale tak wysoko nie skoczyli.

Jeżeli dojdzie do tego, że sondaże będą spadać, możemy znaleźć się w sytuacji, że decydent – a ja nie wiem tak naprawdę, kto jest decydentem w PiS-ie: czy już Morawiecki, czy jeszcze cały czas Kaczyński – mruknie niezadowolony i powie: „Kurski, za mało się staracie”. Wówczas prezes Kurski chwyci za telefon i nawrzeszczy na swoich dziennikarzy, że za mało się starają, że coś muszą zrobić, że nie może tak dalej być. Wtedy obejrzymy, o ile to jeszcze w ogóle możliwe, „Wiadomości” na sterydach i jeszcze bardziej zmanipulowany przekaz w stylu: emerytury są niskie, bo kradnie je Trzaskowski.

Dlaczego przez 2,5 roku nikt nie skorygował kursu „Wiadomości”? Łatwo było przewidzieć, że permanentna propaganda sukcesu w końcu wpędzi rząd w kłopoty.

Nikt nie zareagował, bo w PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej. Ciężko znaleźć w Polsce partię, w której ów schemat działa, ale PiS jest tą, w której brakuje go zdecydowanie najmocniej. Nie ma spotkań, dyskusji, burzy mózgów, tylko są polecenia idące z góry na dół. Tak było zawsze, ta partia dzielnie trzymała się, przegrywając kolejne wybory, a mimo to zachowując spójność i wciąż idąc do przodu. Wówczas prezes nie słuchał żadnych rad i komunikatów z dołu, więc teraz, kiedy wygrywają i są na fali, nie będzie ich słuchać tym bardziej. Obowiązuje wersja, że to dzięki jego geniuszowi i przenikliwości PiS dotarło tu, gdzie jest.

Czego spodziewa się pan po „Wiadomościach” w trakcie dwuletniego maratonu wyborczego, w który właśnie wchodzimy?

Spodziewam się dalszego zaostrzania linii.

To jeszcze możliwe?

Kultura polityczna ma konstrukcję mechanizmu zapadkowego – może obracać się tylko w jedną stronę. Także jeśli już tak nakręciliśmy temperaturę sporu, to nie możemy teraz nagle zacząć od tego odchodzić bez rewolucji, przegranych wyborów, wymiany ludzi etc. Nagły powrót do spokojnego, rzeczowego języka jest niemożliwy. A jeżeli będzie trzeba coś robić, pokazywać, że reagujemy na zaostrzającą się sytuację, to będzie trzeba to robić coraz mocniej, coraz ostrzej, coraz bardziej delegitymizować opozycję. Bo co prawda możemy mieć setki tysięcy widzów, ale musimy pamiętać, że niektórzy widzowie są dla nas ważniejsi od innych. Szczególnie ważni są zaś ci telewidzowie, którzy mogą nas zwolnić z pracy.

Jak zareagują na to ci zwyczajni widzowie?

Będą z tego, oczywiście, kpiny i żarty. Tak było pod koniec lat 70. z telewizją Szczepańskiego, gdy żartowano, kpiono i niemiłosiernie szydzono z opowieści o kolejnych wielkich sukcesach Polski i gospodarskich wizyt towarzysza Gierka. Ludziom po prostu już nic innego wówczas nie zostało. W sklepach były pustki, żyło się ciężko, zostały tylko żarty.

Śmieszność nie zabija propagandy?

Jeżeli ludzie nie boją się z niej śmiać, to propaganda jest przeciwskuteczna. Propaganda rządzących ma bardzo ograniczone pole działania. Zawsze jest grą możliwości i najczęściej jej skuteczność trafia w otwierające się na krótko okienko czasowe. Można w nie wejść i dobrze wykorzystać sprzyjające okoliczności, dzięki czemu czasami udaje się wygrać wybory. Ale nie jest to długoterminowy patent, który pozwala nam nieustannie zdobywać sympatię wyborców.

>>>

Dalsze trwanie polskiej polityki w obecnej postaci będzie nas słono kosztować. Nowe rozdanie geopolityczne może przesądzić o pozycji kraju na dziesiątki lat

Po ostatnich sygnałach z Niemiec i Francji, do szerszych kręgów polskich elit zaczyna się wreszcie przebijać przestroga, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” powtarzamy już od sześciu lat: że tak korzystny dla nas obecny porządek światowy, w tym europejski, ma nikłe szanse na przetrwanie. Rozsadza go amerykańsko-chińska rywalizacja hegemoniczna, w której obaj aktorzy na dłuższą metę chcą świata innego niż obecny. Niedorozwój polskiej myśli strategicznej (i w ogóle rozumu politycznego) sprawia, że pozornie odległe kwestie, takie jak konflikt na Zachodnim Pacyfiku, traktowane są jak egzotyczne ciekawostki – do czasu, gdy ich skutki zaczną być bezpośrednio odczuwalne. Ten czas jest już blisko, co unaocznia ujawnienie się fundamentalnych konsekwencji owego procesu w Europie, której wiodące potęgi coraz wyraźniej wpisują się w przygotowania do nowego rozdania międzynarodowego.

Ku europejskiemu supermocarstwu

Zarówno Niemcy, jak i Francja udzieliły w ostatnich dniach ofensywnej odpowiedzi na politykę Donalda Trumpa wobec UE. Wizje przedstawione przez szefa dyplomacji Republiki Federalnej Niemiec, Heiko Maasa, i prezydenta Emmanuela Macrona różnią się, tak jak interesy obu krajów. Omawiali je w ostatnich dniach na łamach Nowej Konfederacji prof. Bogdan Góralczyk i dr Witold Sokała. Mają jednak te pomysły kluczowe cechy wspólne. Po pierwsze, silna i suwerenna – czyli najpewniej federalna i supermocarstwowa – Europa, samodzielna strategicznie, z własną armią i instytucjami władzy finansowej i strukturalnej (fundusz walutowy, system rozliczeń bankowych). Po drugie, sprzeciw wobec jednostronnej polityki amerykańskiej. Po trzecie, redefinicja relacji transatlantyckich na znacznie bardziej równoprawnych zasadach.

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę

Dlaczego tym razem mielibyśmy traktować te pomysły poważnie, skoro w przeszłości niewiele z nich wychodziło? Jak słusznie wskazuje Sokała – dlatego, że wygłasza je nowe pokolenie europejskich decydentów, w nowych okolicznościach strategicznych: „Dzisiejsi politycy z Francji i Niemiec raczej już wiedzą, że jeśli chcą zachować wpływ na bieg spraw regionalnych i globalnych, muszą zbudować w Europie bardziej sprawiedliwy, a zarazem efektywny rynek, nowocześniejsze (czytaj: bardziej odporne na ksenofobię i populizm) społeczeństwo, przywrócić zaufanie mechanizmom demokratycznym, a wreszcie – porządnie zabezpieczyć ów twór od zewnątrz”.

Dodajmy, że odmienność kontekstu strategicznego ma trzy zasadnicze wymiary. Pierwszy, to nowa faza – galopującej już – erozji ładu światowego. Uosabia ją Donald Trump, jednostronnie zrywający porozumienia, wywołujący konflikty, ostentacyjnie lekceważący kolegialne instytucje. Jego polityka już powoduje szukanie przez inne potęgi równoważników dla (względnych) strat, które zadają im USA. Stąd na przykład ostatnie zbliżenie UE z Chinami i z Turcją. Drugi, to trwający już dekadę wielowymiarowy kryzys Unii. Dla wszystkich poważnie myślących o jej przyszłości jest już jasne, że w obecnym kształcie ma ona malejące szanse na przetrwanie i potrzebne są głębokie zmiany. Trzeci, to – po raz kolejny – doświadczenie rosnącej potęgi Chin. Po licznych próbach wykorzystania Pekinu do swoich celów (w tym równoważenia polityki USA) decydenci zachodnioeuropejscy widzą, że już teraz występując w imieniu państw narodowych są za mali i za słabi, żeby uniknąć rozgrywania przez nowe supermocarstwo. Wedle wszelkich prognoz, problem będzie narastał. Federalizacja dałaby skokowy wzrost negocjacyjnej mocy Europy.

Oczywiście, jak każde ambitne przedsięwzięcie, i to ma szanse niepowodzenia. Przeszkód jest wiele: tyrania status quo, wzrost eurosceptycyzmu, liczne rozbieżności interesów. Również USA raczej nie będą bezczynnie przyglądać się powstawaniu nowego konkurenta czy zbyt silnemu zbliżeniu UE z Chinami. Ale lekceważenie możliwości powstania europejskiej federacji byłoby dziś bardzo nieroztropne. Zwłaszcza, że ostatnie wystąpienia Maasa i Macrona dowodzą znacznego postępu w usuwaniu jednej z największych barier, jaką była przepaść między pomysłami francuskimi i niemieckimi.

Zła wiadomość dla Polski

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę. Jak również z tym, że porażka tego nowego federalizmu przyniesie faktyczny (mniejsza teraz o to, czy także formalny) rozpad Wspólnoty. Są też poważne i rosnące – teraz już coraz częściej otwarcie wyrażane w debacie – wątpliwości co do dalszego trwania NATO i Światowej Organizacji Handlu. Wiele wskazuje na to, że świat jaki znaliśmy, ma się ku końcowi.

To zła wiadomość dla Polski. Obecny porządek – przy wszystkich jego słabościach – przyniósł nam wielkie korzyści, na czele z bezpieczeństwem i dobrobytem. Łatwość, z jaką przyszły, uśpiła dominujące w Polsce elity, wbijając je w niesłuszną pychę na tle cudzych przede wszystkim osiągnięć. Słabo rozumiejąc świat i grzęznąc w próżnych sporach, są one więc dziś źle przygotowane do ambitnego kierowania dużym krajem. Jednocześnie, nasz status przedmieścia Zachodu opiera się w przeważającej mierze na zewnętrznym kapitale i zewnętrznych gwarancjach bezpieczeństwa. Źródła siły własnej są wciąż słabe.

Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo

Nie powinniśmy jednak panikować. Do jakiejkolwiek tragedii jest jeszcze daleko. A Polska ma w nadchodzącym, nowym rozdaniu międzynarodowym poważne atuty i może na nim zyskać. Mówiąc Jackiem Bartosiakiem, mamy niezły „hardware”, czyli położenie geopolityczne, i bardzo słaby „software”: państwo i politykę. Lokalizacja w „bramie Heartlandu”, na styku Wschodu i Zachodu, europejskich nizin i Wielkiego Stepu bywa przekleństwem, ale może być i błogosławieństwem.  To położenie kluczowe z punktu widzenia Niemiec i Rosji, Szwecji i krajów wyszehradzkich, ważne także dla USA i Chin. Niedocenianie go jest lustrzanym błędem przeceniania: Polska to niepomijalny i ważny czynnik w każdym ładzie europejskim.

Problem w tym, że w dziedzinie „oprogramowania” ostatnie 30 lat zostało niemal zmarnowane. Kalekie, bezmózgie państwo, słaba armia, dyplomacja oscylująca między przedstawianiem odnośnych decyzji mocarstw zachodnich jako historycznych sukcesów lokalnych elit, a podobnie beztreściowym – w drugą stronę – „wstawaniem z kolan”, rachityczność własnego kapitału, nauki i techniki – to problemy dobrze znane zainteresowanym. Nierozwiązane, spowodują, że w nowym rozdaniu będziemy grać poniżej swoich możliwości. Być może znów wystąpimy w roli listka, targanego to w jedną, to w drugą stronę przez wiatry historii. Na panikę jest za wcześnie, ale na mobilizację – już całkiem późno.

Skończyć z bezzębnym neoimperializmem

Na leninowskie „co robić” odpowiedź jest więc trzyczęściowa. Po pierwsze, jak najszybciej nadrabiać zaległości w dziedzinie „software’u”, czyli wszelkiego typu zasobów – i zdolności ich mobilizacji – tworzących międzynarodową siłę kraju. Ze szczególnym naciskiem na państwo i wojsko, ale też wspomniany kapitał finansowy i naukowo-technologiczny. Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo. Podobnie ma się rzecz z naprawą – zasługującego na osobne potraktowanie – aparatu dyplomatycznego. W pozostałych sprawach można w ciągu kilku lat zrobić przynajmniej stopniowy postęp.

Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin

Po drugie, potrzebujemy nowej polityki zagranicznej. Opartej z jednej strony na doktrynie, jasno definiującej interes publiczny w zmieniającym się świecie, z drugiej – na permanentnej, drobiazgowej analizie szans i zagrożeń, wariantowych kalkulacjach możliwych scenariuszy. Z trzeciej – na przemyślanym zarządzaniu personelem dyplomatycznym, urzędniczym, analitycznym.

Nawet dotychczasowe, a więc bardzo korzystne, realia unijne obnażają elementarne braki w tych sferach. Gdy pojawiają się konkretne niebezpieczeństwa, jak w przypadku stoczni czy pracowników delegowanych, zawodzi tak system wykrywania i opisu zagrożeń, jak i przeciwdziałania im. Dezorganizacja wychodzi z poziomu konstytucyjnego (dwugłowa egzekutywa) i rządowego, z beznadziejnie słabym centrum rządu, z czterema głównymi departamentami ds. europejskich, dysfunkcjonalnie rozdzielonymi między trzech wiceministrów.

Tak więc jedną kwestią jest naprawa narzędzi, a drugą – umiejętność korzystania z nich. Jeśli Polska ma być poważnym graczem, musi wyjść poza inercyjne hasła w rodzaju „płynięcia w głównym nurcie”, „wstawania z kolan”, czy „silnej Polski w silnej Europie”. Musi zacząć wypełniać je treścią. A więc przekuwać na wielość konkretnych programów i projektów, uczestnictwa w niezliczonych debatach, propozycji i działań lobbystycznych.

Możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie

Powinniśmy odejść od oscylowania między ostentacyjnym antyamerykanizmem a eurosceptycyzmem. Tak samo jak między bezzębnym, pastiszowym neoimperializmem regionalnym, a zarzucaniem polityki środkowoeuropejskiej. Również między – widocznym nawet w obrębie jednej kadencji – chaotycznym sinoentuzjazmem a sinosceptycyzmem. Akcenty mogą rozkładać się różnie w zależności od tego, która partia rządzi, ale Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin. Frontowe położenie powinno skłaniać – zwłaszcza w niespokojnych czasach – nie do stawiania na jednego konia, ale do „zarzucania kotwic, gdzie się da”, jak to określił Olaf Osica. W konfliktach między najważniejszymi dla nas graczami powinniśmy być bierni tak długo, jak się da; starać się opowiadać jako ostatni.

Po trzecie, możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie. Alternatywy są wykuwane już teraz, na niezliczonych spotkaniach, debatach, w kolejnych „dealach” i specjalistycznych artykułach. To ta krzątanina zadecyduje o ich finalnym kształcie. Aktywność Polski jest tu – z powyższych względów – minimalna.  To do siebie powinniśmy więc przede wszystkim kierować pretensje, gdy pomysły na nową Europę przybierają (jak w wizjach Macrona, czy, do pewnego stopnia, Komisji Europejskiej) mało korzystny dla nas kształt, a kraje „Trójmorza” lgną w spornych sprawach raczej do zachodnich stolic niż do Warszawy. Pustkę można jednak wypełnić, a braki – nadrobić.

>>>

Czytam głosy oburzenia na słowa, że Polska po 89 roku straciła niezależność gospodarczą. A przecież nasza współpraca z ZSRR przed rokiem 89 była obustronnie korzystna. My dawaliśmy ZSRR mięso, a w zamian za to ZSRR brał od nas masło, żyto i owoce 😂

Hairwald

W polityce historycznej PiS dostrzegam próby promowania kilku postaci, które poparły tę partię – mówi politolog Antoni Dudek.

Rzeczpospolita: Czy braciom Kaczyńskim należałaby się specjalna tablica w Stoczni Gdańskiej upamiętniająca ich udział w wydarzeniach Sierpnia’88?

Prof. Antoni Dudek, politolog, były członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej: Jest faktem, że w trakcie tego strajku w Stoczni Gdańskiej obaj bracia byli obecni…

Rzeczywiście udział Jarosława i Lecha Kaczyńskich w Sierpniu był tak istotny?

…ale upamiętnianie tego w formie specjalnej tablicy było kuriozum, z którego prezes PiS natychmiast zdał sobie sprawę. W 1988 r. obaj bracia odgrywali istotną rolę w kierownictwie wałęsowskiej Solidarności, ale wciąż była to rola drugoplanowa. Do ścisłej czołówki Lech wszedł na początku 1989 r., gdy znalazł się w solidarnościowej delegacji prowadzącej rozmowy w Magdalence, a Jarosław w kilka miesięcy później, gdy Wałęsa zlecił mu prowadzenie – wraz z bratem – rozmów sondażowych z ZSL i SD nt. koalicji rządowej.

Wspomniał…

View original post 2 037 słów więcej

Czy Kreml pomógł zainstalować reżim? Jaka Polska po PiS?

Zwykły wpis

W polityce nie wszystko jest logiczne, ale nielogiczności trzeba logicznie wyjaśniać. I to jest problem podstawowy, zwłaszcza w świecie, który nam się przewraca, nie tylko w Polsce. To samo dotyczy bezprawia, które trzeba zwalczać prawem, a nie jego surogatem – prawem ludowym, czy też moralnym.

Od początku afery podsłuchowej padało podejrzenie, iż za podsłuchami w restauracji „Sowa & Przyjaciele” stoją służby rosyjskie. Niemal natychmiast sformułował to Donald Tusk: „Nie wiem, jakim alfabetem jest pisany ten scenariusz”. Wszak oprócz łaciny, drugim alfabetem w użyciu w Europie jest tylko cyrylica.

W najnowszej „Polityce” Grzegorz Rzeczkowski potwierdza, iż jest „rosyjski ślad na taśmach”. Za taśmami w Polsce stał Marek Falenta, który skazany nie idzie siedzieć, bo go chroni… PiS. Zresztą beneficjentem afery podsłuchowej była partia Kaczyńskiego, której afera walnie pomogła sięgnąć po władzę.

A zatem Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi? Znak zapytanie jest nieodzowny, bo przecież Kaczyński nie został złapany na gorącym uczynku, choć w przypadku jego kolegi partyjnego Antoniego Macierewicza wiele śladów prowadzi do Moskwy, co zostało opisane w książce Tomasza Piątka.

W wypadku takiego podejrzenia stosuje się jeszcze formułę: ja tylko pytam. I tak w tej kwestii postąpił naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis odnosząc się do materiału w konkurencyjnej „Polityce”: „Tylko pytam – czy logiczny jest wniosek, że Kreml, używając współpracującego z PiS-em Falenty, pomógł zainstalować w Polsce antyeuropejski reżim? A także wniosek, że w tej kwestii Kaczyński pośrednio współpracował z Putinem? Bo te wnioski wydają mi się całkiem logiczne”.

Rosja nie zna innych systemów politycznych niż reżim, tylko taki w niej panuje od zawsze oprócz krótkich epizodów Kiereńskiego i Borysa Jelcyna. Każdy reżim, badź prawica są wsobne, zamknięte, ograniczone nacjonalistycznie, rasowo, a więc nie wchodzące w alians z systemami otwartymi, demokratycznymi. W to gra Putin w Europie – w rozerwanie Unii Europejskiej; i ten scenariusz też realizuje PiS.

Czy partię Kaczyńskiego powstrzymamy, czy zwyciężymy w nadchodzących wyborach? W pierwszym rzędzie odpowiedzialni za to są politycy z partii opozycyjnych, ale może nawet większą rolę odgrywa społeczeństwo obywatelskie, które nie zgadza się na reżimową ucieczkę od wolności.

W Brukseli w siedzibie Parlamentu Europejskiego odbył się wernisaż wystawy zdjęć Chrisa Niedenthala i Wojciecha Kryńskiego z naszych protestów przeciwko władzy PiS „Poland’s Street Pulse”, a po nim miała miejsce debata „How Poles defend democracy?”, która cieszyła się bardzo dużym powodzeniem. W panelu uczestniczyli m.in. reżyserka Agnieszka Holland, prof. Marcin Matczak i lider Obywateli RP Paweł Kasprzak.

Matczak zapowiedział, iż pod koniec tego roku Fundacja Batorego opublikuje raport działającego w niej zespołu, który opracowuje scenariusze przywrócenia państwa prawa po rządach PiS. Matczak przestrzega: nie mozna iść na skróty, nie można po PiS sprzątać bałaganu jedną ustawą. Ponadto Matczak ujawnił kilka szczegóółów, jakimi etapami usunąć pisowskie bezprawie. Otóż Sejm jest władny uchwałą usunąć z Trybunału Konstytucyjnego sędziów-dublerów, a wobec innych, którzy nie trzymali się Konstytucji – w tym nich prezes TK Julii Przyłębskiej – wszcząć postępowania dyscyplinarne i w ten sposób usunąć ich z TK. Uzdrowiony TK będzie mógł wówczas zaskarżyć pisowskie ustawy likwidujące niezależność wymiaru sprawiedliwości, a ten niechybnie stwierdzi ich niezgodność z Konstytucją.

I tak dalej. To samo dotyczy niekonstytucyjności wyboru członków nowej KRS, w konsekwencji powołania nowych sędziów Sądu Najwyższego. Wcześniej jednak musimy wygrać z autokratycznym PiS. Potem ewentualnie służby państwa dojdą, na jakim to pasku i jak go zastosował Kreml, który poprzez narzędzia dezorganizacji – jak afera podsłuchowa – zainstalował u władzy PiS, partię wrogą Unii Europejskiej, wrogą standardom demokratycznym, Zachodowi.

Morawiecki, Kaczyński i Duda – jedna rodzina łajdaków

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński są spowinowaceni? Tego sensacyjnego odkrycia dokonał genealog Marek Jerzy Minakowski (Wielcy.pl i Sejm-Wielki.pl).

Doszukiwanie się więzów krwi między osobami publicznymi to nie lada gratka dla fanów genealogii. Portal zapisz.org cytuje odkrycia Marka Jerzego Minakowskiego, który zajmuje się genealogią.

Ewentualne pokrewieństwo jest bardzo dalekie, dlatego też ciężko rzetelnie zweryfikować badania. Warto jednak prześledzić tok rozumowania i proces dedukcji, który doprowadził do tak zaskakujących wniosków.

„Owszem, panowie: prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński należą do wielkiej rodziny liczącej obecnie 835.000 osób.” – pisze na swoim blogu Minakowski. „Po pierwsze zatem, szwagier premiera Mateusza Morawieckiego, p. Marek Rudnicki, to kuzyn prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Ich wspólnym praprapradziadkiem był Szymon Olszowski, urodzony w 1798 r. w Woli, zmarły 1882 w Niewiadowie” – pisze dalej.

Rozszerzoną wersję analizy Minakowskiego publikuje portal zapisz.org.

„Mąż siostry przyszłego premiera jest bowiem potomkiem Szymona Jakuba Olszowskiego z Olszowy herbu Prus, który z kolei jest praprapradziadkiem (od strony matki) Jarosława Kaczyńskiego herbu Pomian” – czytamy na portalu. Szymon Jakub Olszewski poślubił Agnieszkę z Grubskich. Z tej rodziny wywodzi się Jadwiga Kaczyńska. Badanie ma dowodzić, że przyszły premier jest spowinowacony przez męża swojej siostry z prezesem Jarosławem Kaczyńskim.

Prof. Marcin Matczak i internauci zareagowali na decyzję Adrzeja Dudy, aby nie czekać na wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości ws. Sądu Najwyższego.