Tag Archives: Magdalena Środa

Akt Odnowy Rzeczypospolitej

Zwykły wpis

Jednym z najczęściej powtarzanych sloganów, jakie pojawiają się z dużą regularnością w przekazach TVP i wieczornych wydaniach Wiadomości jest to, że sejmowa opozycja jest totalna, nie może się pogodzić w werdyktem wyborców z 2015 roku i w ogóle to poza byciem “antyPiS-em”, likwidacją 500+ oraz podniesieniem wieku emerytalnego nie ma żadnego programu. W materiałach reporterów wieczornego wydania flagowego serwisu informacyjnego “dobrej zmiany” nawet jeśli pojawiają się zapowiedzi wprowadzenia szeregu ustaw przez koalicję opozycji, to przedstawiane są one wyłącznie jako zapowiedzi “cofnięcia szeregu ustaw, przyjętych przez obóz Zjednoczonej Prawicy”. Widz zatem, karmiony na co dzień informacjami, że opozycja to, w przeciwieństwie do cudownego PiS-u, samo zło, ma oczywiście sam sobie dopowiedzieć, że skoro opozycja chce cofać reformy, to pewnie chodzi jej właśnie o programy rządowego rozdawnictwa pieniędzy. 

Tymczasem, to co Grzegorz Schetyna zapowiedział jako “Akt Odnowy Rzeczpospolitej” to pakiet ustaw, które pomogą przywrócić w Polsce praworządność, gdy jesienią uda się pokonać PiS w wyborach parlamentarnych. Szczegóły poznamy oczywiście w trakcie kampanii wyborczej, bo prace nad ustawami wciąż trwają. Projekt zawiera jednak siedem punktów, które wcale nie dotyczą polityki społecznej, ale wzmocnienia praw samorządów, odbudowy niezależnych mediów publicznych i służby cywilnej.

W projekcie jest też mowa o przywróceniu niezależności Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądowniczej. Nie wiadomo, jak na tę propozycję zareagują członkowie obecnego TK, jednak posłowie PO obiecują, że ich partia nie posunie się do pisowskich metod. Jak podkreśla Bartosz Arłukowicz „To nie może być tak jak w tej kadencji się to działo , że w nocy przyjmowane ustawy dewastują całkowicie system”.

Wbrew rządowej propagandzie, program “Rodzina 500+” z pewnością zniesiony nie zostanie, gdyż wpisał się on trwale w polski krajobraz polityczny. Według zamierzeń Platformy Obywatelskiej, program może zostać wręcz rozszerzony na pierwsze dziecko w rodzinie, zwłaszcza w przypadku samotnych matek, które przypomnijmy lada moment, wskutek podwyżki płacy minimalnej, mogą trwale stracić szansę na świadczenie. 

Choć posłowie z pozostałych klubów opozycyjnych, tj. Polskiego Stronnictwa Ludowego i Nowoczesnej mówią, że “Akt Odnowy Rzeczpospolitej” to póki co projekt Platformy Obywatelskiej, nie konsultowany z pozostałymi klubami, to zgadzają się z nieuchronną potrzebą przywrócenia fundamentów demokracji i sprawnego funkcjonowania państwa, przez co rozumieją apolityczną służbę cywilną, suwerenną władzę samorządów oraz niezależny i niezawisły wymiar sprawiedliwości.

Depresja plemnika

Dwie sceny mogą być symbolem trzeciego roku rządów „zjednoczonej prawicy”. Konkretne do bólu. Policzek wymierzony przez funkcjonariuszkę obecnej władzy kobiecie domagającej się od prezydenta Dudy respektowania naszej konstytucji. I wyprowadzenie przez policję Władysława Frasyniuka w kajdankach z jego własnego domu.

View original post 4 890 słów więcej

 

Pisowcy walczą o koryto plus

Zwykły wpis

„Prezes Kaczyński zawiesił Andrzeja Jaworskiego w prawach członka PiS i złożył wniosek o postępowanie dyscyplinarne, które zostało już wszczęte” – poinformował w rozmowie z tvn24.pl Karol Karski, rzecznik partyjnej dyscypliny PiS. Pytany o powody decyzji, wskazał na „nielojalność”, ale odmówił podania szczegółów.

Tymczasem Jaworski – były poseł PiS i kandydat PiS na prezydenta Gdańska w poprzednich wyborach – zaufany współpracownik o. Tadeusza Rydzyka ma faktycznie poważne kłopoty, choć podobno sam nic o tym nie wie, ale – jak informuje „Gazeta Wyborcza” telefonów nie odbiera i na SMS-y nie reaguje.

Dobrze zorientowani opowiadają, że zarówno Jaworskiego jak i jego współpracowników marginalizował w partii obecny szef PiS na Pomorzu Janusz Śniadek. Teraz były radny PiS z Gdańska Łukasz Hamadyk – usunięty z partii kilka miesięcy temu – wiąże kłopoty Jaworskiego właśnie z poczynaniami Janusza Śniadka.

„Uważam, że Śniadek usuwa swoją konkurencję, bo obawia się, że jego dni na stanowisku przewodniczącego są policzone. Odbywa się kolejny etap demolowania osób, które przez wiele lat budowały PiS na Pomorzu” – ocenia Hamadyk.

Andrzej Jaworski karierę zawodową i polityczną zaczynał pod koniec lat 90., u boku Jacka Kurskiego w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku. Za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego w Warszawie kierował w stolicy spółką komunalną. W czasie pierwszych rządów PiS był prezesem Stoczni Gdańskiej. Trzykrotnie z ramienia tej partii kandydował na urząd prezydenta Gdańska.

W maju 2016 r.  Jaworski złożył mandat poselski i wszedł do zarządu PZU SA. W tej kontrolowanej przez skarb państwa spółce pracował niewiele ponad rok i zarobił ok. 2 mln zł brutto łącznie z premiami i odszkodowaniem za zakaz pracy u konkurencji. Od listopada 2017 r. do sierpnia 2018 był członkiem zarządu kontrolowanej przez rząd Krajowej Spółki Cukrowej.

Platforma żąda wyjaśnień Adamczyka ws. tzw. układu radomskiego na najbliższym posiedzeniu Sejmu. „Kaczyński, największy tropiciel układów w Polsce, nie widzi największego, który urósł przed jego nosem”

Od kilku dni jesteśmy zszokowani informacją, która dotyczy PiS-owskiego układu radomskiego, który działa w Radomiu wśród polityków, biznesmenów, powiązanych z PiS. Największy tropiciel układów w Polsce, czyli Jarosław Kaczyński, mamy wrażenie, że nie widzi największego układu, który urósł przed jego nosem, układu w Radomiu. Już wcześniej miał informacje, jak podaje prasa, działania CBA w Radomiu dotyczące polityków PiS-u zostały zamiecione pod dywan, a prawdopodobnie pan prezes Kaczyński otrzymał od swoich polityków z Radomia oświadczenia notarialne o tym, że oni w żadnym układzie nie biorą udziału. Jednak kolejne fakty pokazują, tym razem przy budowie dróg, że ten układ ma się świetnie i dobrze działa i przynosi olbrzymie zyski politykom PiS z Radomia kosztem ludzi, którzy są wyrzucani z domów, bo na trasie są ich domy” – mówił na konferencji prasowej w Sejmie szef klubu PO, Sławomir Neumann.

Żądamy od Marszałka Sejmu, żeby na tym posiedzeniu minister Adamczyk przedstawił opinii publicznej informację o tym jak zmieniała się trasa szybkiego ruchu S12, czyli obwodnica Radomia, kto wpływał na zmianę tej trasy, jaki był udział posłów PiS z Radomia, pozostałych polityków PiS w tej działalności. Wiemy o tym i mamy na to materiały, że to nie jest jedyne miejsce w Polsce, gdzie politycy PiS korzystają na budowie dróg do swoich działek” – dodawał.

„Polska zyskuje moc”. Sieci zapowiada okładkowy wywiad z PAD

– Nie ma tu żadnej tajemnicy. Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację: macie panowie reprezentować Polskę na sesji ONZ poświęconej misjom pokojowym. Dostajecie kartkę z porządkiem obrad na której jest napisane, że najpierw przedstawiciel Nepalu, potem Portugalii, a następnie Polski. Czekacie, aż podchodzi pani z obsługi i mówi, że za chwilę będzie wasza kolej wystąpienia. Przesiadacie się zatem. Tak zrobiłem. Obok siedział przedstawiciel Nepalu, przedstawiłem się, przywitałem. Wtedy wszedł pan przewodniczący Donald Tusk. Przywitałem się. Nie było dla niego krzesła, chwilę stał, a potem usiadł trochę dalej. Po czym przedstawiciel Nepalu poszedł wygłaszać przemówienie, a pani z obsługi poprosiła pana przewodniczącego Tuska, by usiadł na zwolnionym miejscu. Czyli obok mnie – stwierdził prezydent Andrzej Duda w rozmowie z „Sieci”.

– To nie była żadna demonstracja ani ze strony przewodniczącego Tuska, ani mojej. Mamy inne poglądy, różnimy się bardzo poważnie, ale jesteśmy z jednego kraju, na międzynarodowym gruncie. Mieliśmy udawać, że się nie znamy? Zamieniliśmy kilka zdań, rozmowa była grzecznościowa, całkowicie prywatna. I taką niech pozostanie – dodał PAD. – Nic [o wyborach prezydenckich]. Ale powtarzam – dla mnie rozmowy prywatne, pozostają prywatnymi, nie mówię o ich treści publicznie – stwierdził.

Andrzej Jaworski zawieszony w prawach członka PiS. Czym naraził się prezesowi Kaczyńskiemu? Walka o koryto trwa.

Holtei

W minioną sobotę Jarosław Kaczyński wraz z premierem Morawieckim odwiedzili Zduńską Wolę.  Jak zwykle, była mowa o dokonaniach partii rządzącej, planach, pracy na rzecz wspólnego dobra i nieustająca krytyka rządów PO/PSL.

Tym razem jednak prezes PiS mocno zaskoczył. Nie wiadomo, czy stracił kontrolę nad tym, co mówi czy też po prostu się przejęzyczył, ale gdy nagle powiedział, że „Nie możemy pozwolić na to, żeby społeczeństwo miało wiedzieć, że to my kłamiemy”, wprawił osoby słuchające go w wielkie zdziwienie.

Trzeba przyznać, że nikt się takich słów po prezesie nie spodziewał. Do tej pory jego partia oszukiwała ludzi, manipulowała nimi, głosząc kłamliwe informacje o budowie dróg, powstaniu Solidarności, wprowadzeniu Polski do UE. Te kłamstwa pozwalają partii rządzącej utrzymać swój elektorat w ryzach, dając całkowicie sfałszowany obraz rzeczywistości, w…

View original post 2 115 słów więcej

Opozycja coraz bliżej zwycięstwa. PiS zamieść na śmietnik historii, a Kaczyńskiego postawić przed Trybunałem

Zwykły wpis

>>>

Miliony złotych przeznaczone na przeciwdziałanie przestępczości, idą na konferencje i kampanie reklamowe o rodzinie i rozwoju społecznym – promujące politykę rządu PiS. Organizują je stowarzyszenia i fundacje powiązane z PiS. Wszystko to za sprawą zmian w funkcjonowaniu Funduszu Sprawiedliwości, wprowadzonych w 2017 roku przez Zbigniewa Ziobrę

Jeszcze niedawno środki z Funduszu Sprawiedliwości przeznaczane były na pomoc pokrzywdzonym w wyniku przestępstw i osobom zwalnianym z więzień po odbyciu kary. Programy wsparcia przygotowywały znane organizacje, które miały ekspertów i doświadczenie w tej dziedzinie.

Ale to się zmieniło. Dziś pieniądze z Funduszu trafiają do organizacji powiązanych z PiS, których nazwy większości Polaków nic nie powiedzą. A potem dalej – do zaprzyjaźnionych firm i agencji reklamowych. Idą m.in. na konferencje z udziałem rządzących i kampanie reklamowe, promujące politykę rządu PiS – które na siłę podciąga się pod „przeciwdziałanie przestępczości”.

Szczegóły tych projektów trudno poznać. Jak pisaliśmy wczoraj na OKO.press, Ministerstwo Sprawiedliwości, które decyduje o rozdziale pieniędzy z Funduszu, odmówiło nam udostępnienia informacji o działaniach organizacji opisywanych w dzisiejszym tekście, przywołując absurdalne argumenty – 0 RODO, tajemnicy przedsiębiorstwa i ryzyku kradzieży pomysłów na „innowacyjne działania”.

Anty-Rama i 8Bteam: „Prawa rodziny”

14 października 2017 roku. W Sejmie rozpoczyna się pierwsza ogólnopolska konferencja „Prawa rodziny – rdzeń współczesnej demokracji”. Wśród gości m.in. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i szefowa resortu pracy, Elżbieta Rafalska. Są też posłowie PiS i Solidarnej Polski. Patronat dał prezydent Andrzej Duda.

Organizatorem konferencji jest Narodowy Komitet Obchodów Dnia Praw Rodziny, powołany w 2017 roku z inicjatywy Parlamentarnego Zespołu na rzecz Katolickiej Nauki Społecznej (przewodniczącym Komitetu jest szef zespołu – poseł Tadeusz Woźniak, wiceprzewodniczącymi ministrowie z kancelarii premiera i prezydenta – Beata Kempa i Andrzej Dera, a członkami m.in. ministrowie Ziobro i Rafalska).

Dzień wcześniej – 13 października – na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości pojawia się ogłoszenie. Resort zaprasza do udziału w I konkursie o granty ze środków Funduszu Sprawiedliwości, na przeciwdziałanie przyczynom przestępczości. Na złożenie ofert jest tylko tydzień. Na realizację projektów – półtora miesiąca.

Jedną z dotacji w I konkursie – 525 953 złote – dostaje łódzkie Stowarzyszenie Anty-Rama. Środki mają zostać przeznaczone na zorganizowanie 16 wojewódzkich konferencji zatytułowanych „Prawa rodziny – rdzeń współczesnej demokracji” – identycznie jak konferencja w Sejmie z 14 października.

W broszurze podsumowującej projekt, Anty-Rama napisze potem: „Cykl konferencji wojewódzkich został zapoczątkowany 14 października w Sejmie, gdzie odbyła się pierwsza ogólnopolska konferencja z okazji obchodów Dnia Praw Rodziny”.

Stowarzyszenie Anty-Rama powstało w 2010 roku. Swoją misję opisuje szeroko: od „działań na rzecz integracji i reintegracji zawodowej i społecznej osób zagrożonych wykluczeniem społecznym”, przez upowszechnianie sportu, po promocję Polski za granicą. Ale ślady jego działania trudno znaleźć – strona internetowa nie działa, a dwa posty na Facebooku są z października 2017 roku. Nie odpowiedziało też na pytania OKO.press.

Do czerwca 2018 roku

szefem Anty-Ramy był Grzegorz Dębowski – członek Akademickiego Klubu Obywatelskiego im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego; w latach 2011-2015 dyrektor biura senatora PiS prof. Michała Seweryńskiego (obecnie wicemarszałka Senatu).

Dębowski jest też głównym właścicielem spółki 8Business i „business menagerem” w agencji wizerunkowej 8Bteam, która mieści się pod tym samym adresem, co Anty-Rama. To 8Bteam odpowiadała za pracowanie graficzne, skład i korektę wspomnianej wcześniej broszury, podsumowującej cykl konferencji zorganizowanych przez Anty-Ramę ze środków Funduszu Sprawiedliwości.

Fundacja Narodowego Dnia Życia: „Rodzina – źródło podstaw i relacji”

Do pomocy w organizacji 16 wojewódzkich konferencji o prawach rodziny Anty-Rama zaprosiła Fundację Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia.

Od kilkunastu lat fundacja ta organizuje kampanie związane z obchodami Narodowego Dnia Życia. W marcu 2018 roku organizowała Narodowy Kongres Rodziny, na Stadionie Narodowym w Warszawie. Prelegentami byli: wicepremier Beata Szydło, ministrowie Rafalska i Ziobro, a także senator Michał Seweryński. A głównym sponsorem – PZU. Za marketing Kongresu, działania PR-owe, stworzenie strony internetowej, relację foto odpowiadała agencja 8Bteam.

W czerwcu 2018 roku Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia dostała 867 240 zł w III edycji konkursu o dotacje z Funduszu Sprawiedliwości. Nie odpowiedziała na pytania OKO.press, na co przeznaczy lub przeznaczyła pieniądze. Jednak na jej stronie internetowej można znaleźć ogłoszenie o przetargu na realizację kampanii informacyjno-promocyjnej “Rodzina – źródło postaw i relacji”. Prawdopodobnie właśnie na tę kampanię otrzymała dofinansowanie z Funduszu Sprawiedliwości.

Przetarg na realizację kampanii – za 319 tys. złotych – ogłoszony przez Fundację wygrała spółka 8Business,

Fundacja Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia dostała również dofinansowanie w IV konkursie o środki z Funduszu Sprawiedliwości. Postępowanie przebiegło ekspresowo – 29 czerwca 2018 roku na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości ukazało się ogłoszenie o konkursie, a już 18 lipca Fundacja przesłała gotową ofertę. Była jedynym podmiotem, który się zgłosił (a do rozdysponowania było 25 mln złotych). 30 lipca ogłoszono zwycięzcę – czyli Fundację. Nie podano jednak do publicznej wiadomości, ile pieniędzy dostanie.

W informacji o rozstrzygnięciu konkursu resort napisał, że „o wysokości kwoty przyznanej dotacji oraz o szczegółach zawarcia umów, podmiot [czyli Fundacja – przyp red.] zostanie poinformowany w oddzielnej korespondencji”.

Wiadomo tylko, że Fundacja ma zorganizować kampanię na temat „właściwych zachowań niechronionego uczestnika ruchu drogowego”. W ramach akcji przygotowane zostaną broszury dla wszystkich uczniów szkół podstawowych w Polsce oraz kamizelki odblaskowe. Towarzyszyć jej będzie kampania medialna.

Fundacja Wyszehradzka: kongres polityczno – społeczny  

W I i III edycji konkursu o dotacje z Funduszu Sprawiedliwości pieniądze dostała również Fundacja Wyszehradzka. Zarejestrowano ją w Łodzi, 31 maja 2017 roku – niespełna pięć miesięcy przed ogłoszeniem I konkursu. Jej prezes – Alan Paczuszka uczestniczył w co najmniej czterech konferencjach o prawach rodziny, organizowanych przez Stowarzyszenie Anty-Rama, we współpracy z Fundacją Komitetu Obchodów Narodowego Dnia Życia. Ale Fundacja Wyszechradzka nie opowiedziała nam na pytanie o związki łączące Paczuszkę z tymi organizacjami.

Na swojej stronie internetowej Fundacja pisze, że „mając na względzie obecną sytuację geopolityczną stawia sobie za cel budowanie, oraz doskonalenie wzajemnej współpracy i relacji pomiędzy państwami V4” oraz, że jej ambicją jest „promocja tradycji słowiańskich, oraz regionalnych Polski, Węgier, Czech i Słowacji”. Jedynym wydarzeniem, którym się chwali, jest konferencja dotycząca przyszłości polskiej polityki zagranicznej, zorganizowana na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Alan Paczuszka (rocznik 1993) był przewodniczącym koła naukowego „Expressis Verbis” działającego na tym wydziale.

W ramach I konkursu Fundacja Wyszehradzka dostała 253 341 złotych. Nie odpowiedziała nam, na co konkretnie wydała pieniądze. Napisała jedynie, że chodziło o „organizację konferencji i debat dotyczących przeciwdziałania przyczynom przestępczości”.

Nie wiemy też, ile Fundacja dostała w III konkursie – Ministerstwo Sprawiedliwości nie opublikowało tej informacji. Wiadomo jednak, że musi to być duża kwota, bo Fundacja zorganizuje z niej w październiku 2018 roku w ICE Kraków Congress Centre dwudniowy „polityczno-ekonomiczny kongres”, w trakcie którego formułowane będą „postulaty zmiany prawa oraz rekomendacje służące rozwojowi gospodarczemu i społecznemu.” Przewodniczącym rady programowej kongresu jest prof. Arkadiusz Adamczyk – doradca marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego. Sam Kuchciński ma być gościem imprezy. Weźmie w niej również udział minister Ziobro.

Fundacja zorganizowała już przetarg na „kompleksową organizację i obsługę dwudniowej konferencji dla maksymalnie 1000 osób”. Na złożenie ofert było osiem dni. Zgłosiła się jedna firma – 8Business. Będzie odpowiadała za wszystko – od obsługi technicznej i budowy strony internetowej, przez scenografię, po dostarczenie reklamowych smyczy i upominków.

Drugi przetarg – na „obsługę wideo, obsługę fotograficzna i realizację spotu reklamowego” wygrał Kamil Holwek, prezes 8Business. Także był jedynym oferentem.

Fundusz już Prawa i Sprawiedliwości 

Fundusz Sprawiedliwości działa od 2012 roku. Od początku jego podstawowym celem były:

  • pomoc pokrzywdzonym, świadkom przestępstw i ich najbliższym
  • oraz pomoc osobom zwalnianym z zakładów karnych i członkom ich rodzin.

Fundusz dysponuje setkami milionów złotych, które pochodzą m.in. z nawiązek nakładanych przez sądy na skazanych oraz z potrąceń od wynagrodzeń więźniów, którzy pracują w czasie odsiadki.

Kiedyś zadania z pieniędzy Funduszu mogły realizować głównie NGO-sy (z bardzo niewielkimi wyjątkami). Pieniądze – na konkretne projekty – dostawały takie organizacje jak Centrum Praw Kobiet, Fundacja „Dzieci Niczyje” czy Fundacja SOS Dla Rodziny.

Zasady radykalnie zmieniono w połowie 2017 roku. Teraz środki z Funduszu mogą otrzymywać nie tylko NGO-sy, ale też podmioty publiczne (sądy, prokuratury, policja). Zmiany skrytykowały organizacje pozarządowe. Druzgocący raport o funkcjonowaniu Funduszu po zmianach opracowała Najwyższa Izba Kontroli. Alarmowała, że Ministerstwo Sprawiedliwości złamało prawo przekazując 25 mln złotych z Funduszu na… działalność CBA. Aż 100 mln złotych zasiliło Ochotniczą Straż Pożarną. Pisaliśmy o tym szczegółowo w ubiegłym miesiącu.

W Funduszu wprowadzono także inną istotną zmianę. Ministerstwo Sprawiedliwości może teraz finansować z niego projekty, które mają „przeciwdziałać przyczynom przestępczości”. To bardzo szerokie i ogólnikowo opisane zadania, jak np.: organizowanie akcji i przedsięwzięć informacyjnych, konferencje, przygotowywanie broszur i publikacji.

Do tej pory odbyło się pięć konkursów o dofinansowanie działań związanych z „przeciwdziałaniem przyczynom przestępczości” (II konkurs został unieważniony). W każdym pula pieniędzy była inna – od 10 do 25 mln zł.

Jak pisaliśmy na OKO.press, wiele organizacji, które dostały pieniądze w tych konkursach, nie miało żadnego doświadczenia w przeciwdziałaniu przyczynom przestępczości. Większość pielęgnowała za to wartości chrześcijańskie. Pieniądze dostały m.in. Fundacja Lux Veritatis o. Tadeusza Rydzyka (641 200 złotych) oraz założona przez Rydzyka Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu (145 785 złotych).

Wyniki V edycji konkursu nie są jeszcze znane. Na liście 32 zgłoszonych projektów, znów znajdują się Fundacja Lux Veritatis  oraz Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu.

Mam prośbę do wszystkich zwolenników poglądu, że PO to w istocie to samo, co PiS. Niech pokażą zestawienie ile Platforma przekazała środków z budżetu na pana Rydzyka w latach 2007-2015. Te dane na pewno są dostępne. Można zapytać też – będzie wiedział. To czekam.

Wybory samorządowe już za mniej niż dwa miesiące – 21. października 2018 roku pójdziemy do urn wyborczych, by wybrać rządzących naszymi lokalnymi ojczyznami. Będą to też pierwsze wybory od 2015 roku, gdy całkowitą władzę w kraju przejęło Prawo i Sprawiedliwość, które systematycznie przejmuje kolejne instytucje państwa oraz centralizuje władzę, przekonując że to Komitet Polityczny PiS, urzędujący w siedzibie partii przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie najlepiej wie, co jest najlepsze dla obywateli, najlepiej zadba o sprawiedliwość w sądach, zarządzanie w urzędach i spółkach Skarbu Państwa oraz najlepiej zagwarantuje sprawne funkcjonowanie samorządów.

Przez trzy lata rządów, krok po kroku partia rządząca obdzierała z kompetencji organy władzy samorządowej, nieraz dublując i stawiając wyżej uprawnienia wojewodów. Mniejszą samorządność jednostek samorządu terytorialnego obciąża na dodatek wieloma dodatkowymi zobowiązaniami, wynikającymi z realizowania polityki rządowej – jak chociażby obsługę flagowego programu “Rodzina 500+”, wdrożenie fatalnej deformy edukacji czy ostatnio postawienie wyżej interesów deweloperów, którzy będą mogli ignorować plany zagospodarowania przestrzennego gmin, byle tylko udało się choćby częściowo zrealizować program “Mieszkanie Plus”. Warto zauważyć, że w takim działaniu jest pewna perfidia – zasługi z tytułu funkcjonowania tych programów czy reform zgarnia władza centralna, zaś ewentualne problemy z ich funkcjonowaniem obciążają lokalnych włodarzy. Dziś jednak, gdy rozpoczyna się kampania samorządowa i nadchodzi czas przedstawienia konkretnych rozwiązań stricte samorządowych, Prawo i Sprawiedliwość zdaje sobie sprawę, że jest nagie. Tym bardziej, gdy opozycja w końcu odrobiła lekcje i przeszła do długo nie widzianej ofensywy programowej, braki programowe partii rządzącej są bardzo widoczne.

Miniony tydzień, pierwszy w ramach oficjalnej już kampanii wyborczej pokazuje, że pomysł PiS na ten wyścig może bardzo mocno wyjść partii bokiem. Tylko w ciągu ostatnich siedmiu dni zaliczyli na wyborczym ringu dwa knock-downy. Pierwszym było kuriozalny spin o tym, że Platforma Obywatelska nie ma żadnego programu dla samorządów i skupia się jedynie na przekazach anty-PiS. Nie minął dzień i okazało się, że program PO od października zeszłego roku wisi na stronach internetowych tej partii, tymczasem na stronie PiS można znaleźć jedynie program z 2014 roku. Na dodatek politycy opozycji skierowali do premiera Morawieckiego wezwanie – kontrę, by program samorządowy partii rządzącej przedstawili, skoro tak dużo o nim mówią – wówczas w sztabie, dowodzonym przez europosła Tomasza Porębę, zrobiło się gorąco. Po telefonie na Nowogrodzką, ze znanym z kultowego filmu “Apollo 13” stwierdzeniem “Nowogrodzka, mamy problem!”, wymyślono naprędce spot z pytaniami do Platformy Obywatelskiej.

Niestety, w gruncie rzeczy akcja “Pytania do opozycji” tylko podkreśliła mizerię programową PiS w zakresie polityki samorządowej. Na czym bowiem się skupiono? Na kwestii wieku emerytalnego, na 500+, na 300+ czy na uszczelnieniu systemu podatkowego – czyli na programach w oczywisty sposób niezwiązanych z polityką samorządową. Co gorsza, pytanie o treści “co opozycja zrobiła dla uszczelnienia VAT” jest dla rządzących zabójcze, bowiem ostatni raport NIK wprost ujawnił, że to właśnie uchwalone w poprzedniej kadencji solidarna odpowiedzialność dostawców w branżach wrażliwych oraz przede wszystkim Jednolity Plik Kontrolny są głównym, obok oczywiście koniunktury gospodarczej, źródłem sukcesu podatkowego obecnego obozu. Umyka także fakt, iż to PiS zniosło wyspecjalizowane w walce z mafiami podatkowymi Urzędy Kontroli Skarbowej oraz zainicjowało zniesienie sankcji za oszustwa podatkowe. Posłowie Platformy Obywatelskiej nie przespali okazji i celnie to wypunktowali, niwecząc całkowicie cel, jaki miał osiągnąć naprędce wymyślony post.

Kolejnego dnia było jeszcze gorzej. Rządzący na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej, promującej hasło #DobryProgram oraz prezentujący billboard “PiS odebrał złodziejom miliony i dał je dzieciom”, mający być odpowiedzią na akcję opozycji, po raz kolejny obnażyli, że w ramach samorządu nie mają się czym pochwalić. Znów usłyszeliśmy o 500+, wzroście PKB czy spadku bezrobocia. W kwestii programu samorządowego jedyne, co sztab Tomasza Poręby może w tej chwili zaoferować, to ogłaszane systematycznie w regionach obietnice 5 kluczowych działań dla danego województwa. Tyle tylko, że i tutaj mizeria jest olbrzymia – tylko okazjonalnie pojawiają się tam zapowiedzi leżące w kompetencjach samorządów. Większość to zapowiedzi nowych szlaków komunikacyjnych, nowych linii kolejowych, “Mieszkanie Plus” czy dofinansowanie wybranych placówek medycznych (też decyzje centralne). Program dla regionów Prawa i Sprawiedliwości jawi się niczym oferta do obywateli – zrezygnujcie ze swojej samorządności na rzecz zarządzania centralnego, a my o Was zadbamy tak, jak nikt inny nie zadbał. Zresztą to oferta “kopiuj – wklej” do tej, która ma miejsce w kwestii demontażu trójpodziału władzy, gdzie władza wykonawcza oferuje dbałość o każdy aspekt naszego życia i stanie na straży prawa i sprawiedliwości w nadziei, że ta gigantyczna władza nie będzie nadużywana.

Politycy opozycji, w końcu zmobilizowani nie tylko w bezpośrednich starciach ale i w sieci bezlitośnie przyciskają PiS do muru, zmuszając polityków partii rządzącej do wpadek i nerwowych ruchów. Jeśli cała kampania wyborcza będzie taka, jak jej pierwszy tydzień, to PiS wcale nie może być pewne końcowego wyniku i wyborczej wygranej.

>>>

>>>

Ziobro, Macierewicz, Brudziński. Przez takich gnije Polska

Zwykły wpis

„Doszło do skandalicznego zjawiska. Nasze organizacje były inwigilowane przez funkcjonariuszy policji, którzy mogli zamiast tego inwigilować organizacje przestępcze, do czego zostali powołani” – powiedział Piotr Kołomycki ze stowarzyszenia Młodzi Demokraci. Portal oko.press opisał dziś policyjną akcję obserwacji spotkania młodzieżówek ze Zbigniewem Hołdysem.

Odbyło się ono rok temu podczas protestów przeciw przeprowadzanym przez PiS zmianom w sądownictwie. – „Komenda stołeczna kazała policjantom po cywilnemu obserwować spotkanie działaczy młodzieżówek ze Zbigniewem Hołdysem. Tajniacy cztery godziny stali pod klubokawiarnią Państwomiasto” – czytamy w oko.press.pl.

Artur Jaskulski z Federacji Młodych Socjaldemokratów działania służb uznaje za niedopuszczalne. „One nie powinny były mieć miejsca w państwie demokratycznym. Uważamy to za próbę zastraszenia młodych obywateli, którzy walczą o demokrację, troszczą się o kraj” – powiedział. Były lider młodzieżówki Nowoczesnej Adam Kądziela dodał, że czynnościom operacyjno-rozpoznawczym mogą być poddane jedynie osoby, wobec których istnieje podejrzenie popełnienia przestępstwa. – „Idąc tokiem rozumowania obecnej władzy: wobec osób, które dyskutują o stanie demokracji w Polsce, istnieje domniemanie, że mogą popełnić przestępstwo. Jeśli faktem jest to, co zawierają komunikaty policji i to, o czym donosi portal oko.press, to mamy do czynienia z nieprzyjemną sytuacją, ale też ze strachem władzy. Ten strach wcześniej dotykał polityków opozycji, rok temu dotknął nas, a afektem końcowym może być to, że dotknie każdego obywatela. Należy zadać pytanie, czy w czasach, kiedy doszło do rozkładu trójpodziału władzy, a rząd PiS przejął polityczną pieczę i władztwo nad polskim wymiarem sprawiedliwości, takie zjawiska jak inwigilowanie obywateli będą na porządku dziennym” – stwierdził Kądziela.

„Całe życie to samo. Przygnębiające. Zawsze te same osoby są inwigilowane. Czy mają 17, czy 67 lat” – skomentował na Twitterze Zbigniew Hołdys. Kilka godzin później dodał z ironią: – „Informuję, że jestem w dużym sklepie Auchan, rozmawiam z młodymi ludźmi, gratulują mi, filmujemy to kamerką, nie widzę dronów nad głową, niewykluczone, że pozostali klienci, których kręci się tu sporo, mają nas na oku. Albo ci młodzi, cholera wie. W kafelkach widzę podwęch”.

Znowu na pierwsze strony gazet wraca temat katastrofy smoleńskiej. Po wielu zabiegach, Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej zgodził się na przyjazd prokuratorów i ekspertów, by mogli dokonać oględzin tupolewa.

Antoni Macierewicz ma swoje zdanie w tej sprawie i zgodę Rosji nazywa jawną kpiną. Stwierdził w Radiu Maryja, że według niego „mamy do czynienia z bezczelną i tradycyjną grą rosyjską, którą znamy w Polsce od wieków”. Podkomisja smoleńska chce bowiem dokładnie zbadać samolot i dokonać jego rekonstrukcji, a Rosjanie „z jednej strony mówią proszę bardzo, możemy zgodzić się na oględziny, ale nie badanie. A równocześnie w skierowanym do mnie piśmie odpowiadają, że rekonstrukcji w żadnym wypadku nie będzie, na rekonstrukcję się nie zgodzimy”.

Przypomina też, że zgodnie z raportem Rady Europy dotyczącym katastrofy smoleńskiej, „obowiązkiem Rosji jest oddanie wraku”. Samolot powinien więc być zwrócony, a sama zgoda tylko na obejrzenie to absurd.

Nieco inaczej na sprawę patrzy Katarzyna Lubnauer. Napisała na Twitterze, że „Od zawsze mówiłam, że Putinowi opłaca się zwrócić wrak, jeśli przechyli to szale zwycięstwa na stronę PiS w wyborach 2019 r. Bo PIS dobrze służy polityce Putina – rozwala UE”. Czas pokaże czy pani Lubnauer ma rację i Tupolew wróci do Polski.

Również Tomasz Lis nie ukrywa swojego zdania w tej sprawie. Według niego „Coraz głośniej się mówi, że Putin za chwilę zrobi jakiś gest wobec reżimu w Warszawie za neutralną wobec Rosji i wrogą wobec UE i Ukrainy politykę PIS. Wrak wraca?

No tak. Nie wiem, czy to rzeczywiście ukłon Rosji w stronę PiS, ale zbliżają się wybory, więc i wraca temat katastrofy, który jak żaden inny, utrzymuje elektorat PiS w posłuszeństwie i oddaniu. Zapewne pojawią się nowe koncepcje i pan Macierewicz popłynie na fali własnej fantazji. Chwilowo jednak trzeba wysłać przekaz do narodu, że Rosja wciąż się opiera, pozwoli tylko popatrzeć na Tupolewa ekspertom z Polski i to nic nie da.  No chyba że ci eksperci są tak profesjonalni, że wystarczy im spojrzeć a już będą wiedzieć, co i jak.

„Cejrowski NIE wystąpi w Belfaście w Strand Arts Centre. Udało mi się. Ci, którzy nazwali mnie kapusiem albo wymyślali inne idiotyzmy, mówię Wam – zawsze, ale to zawsze będę walczyć z homofobią, islamofobią i antysemityzmem. (…) Jeśli event zostanie przeniesiony gdzieś indziej, rozpętam kolejną burzę” – napisała na Facebooku Aleksandra Łojek. Ta mieszkająca od 10 lat w stolicy Irlandii Północnej polska pisarka doprowadziła do odwołania wrześniowego występu Wojciecha Cejrowskiego.

Łojek nie zgadza się, by Cejrowski dzielił się swoimi seksistowskimi i homofobicznymi opiniami. – „Polacy absolutnie nie mogą być kojarzeni z czymś takim, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, w której słowa skierowane przeciwko ludziom z powodu ich orientacji seksualnej, koloru skóry, pochodzenia, traktowane są bardzo poważnie” – stwierdził w rozmowie z wp.pl Łojek.

Pisarka napisała do zarządców miejsca, w którym miał wystąpić Cejrowski. – „Przesłałam im linki do niektórych homofobicznych wypowiedzi Cejrowskiego” – powiedziała. Poza tym skontaktowała się z BBC. – „Ta podchwyciła temat i po kilku rozmowach wpuszczono mnie na antenę w bardzo popularnym tutaj Nolan Show” – dodała Łojek.

O bulwersujących wypowiedziach Cejrowski w artykule „Prostackie słowa Cejrowskiego o Biedroniu, Tusku i kobietach”. Łojek stwierdziła, że szokują ją jego regularne występy w TVP. – „Myślę, że decydenci mylą definicje wolności: jest wolność od i do. Oczywiście, że wolność słowa jest święta, dopóki kogoś niewinnego nie rani, nie krzywdzi, nie nawołuje do przemocy. Cejrowski prezentuje pogardę w stosunku do tych, którzy nie wyznają jego wartości, są inni. Jest to klasyczna mowa nienawiści, tym bardziej szokująca, że Cejrowski twierdzi, że jest katolikiem. Nie można kogoś obrażać, bo jest innego pochodzenia, orientacji seksualnej, wyznaje inną religię. To bardzo szkodliwe społecznie” – powiedziała Łojek.

Waldemar Mystkowski pisze o sytuacji Ziobry.

W PiS działa instytucja „transferu”: będziesz popierał, dostaniesz ciepłe posady dla siebie i rodziny.

Zbigniew Ziobro ma w Sejmie tylko osiem szabel, nie jest to powalająca siła i nie musi chronić go przed odsunięciem od władzy przez prezesa Kaczyńskiego i jego nominatów. Ziobro buduje swoją moc na frontach prokuratorskim i sądowniczym.

Minister sprawiedliwości miał już iść do rekonstrukcji przy zmianie premiera – z Beaty Szydło na Mateusza Morawieckiego, uciekł spod topora, ale co ma wisieć, nie utonie. Czy ta reguła rewolucyjna znajdzie zastosowanie jeszcze podczas rządów PiS, czy dopiero po zmianie władzy?

W każdym razie Ziobro zasłużył na coś więcej niż tylko Trybunał Stanu. W PiS jest postrzegany jako „regularny psychopata” – o czym pisze w „Newsweeku” Cezary Michalski. Psychopata zbiera materiały nie tylko na opozycję, ale i na swoich. Te mogą się przydać, gdy Ziobro znajdzie się pod polityczną pętlą i grunt będzie usuwał mu się spod stóp. Wygląda na to, że Ziobro nie skończy jak normalny człowiek: albo swoi go posadzą, albo opozycja, która dla dobra Polski będzie musiała ukarać przykładnie takich niszczycieli.

Morawiecki to ciągle królik wyciągnięty z kapelusza przez prezesa. Bez wsparcia aparatu partyjnego nic nie może. Zdaje się, że pozyskał dla swoich celów najpotężniejszą postać w PiS po bogu Kaczyńskim, Joachima Brudzińskiego, a ten w żelaznej garści trzyma aparat PiS w terenie.

Kluczem Mateusza Morawieckiego do usunięcia Ziobry może być wsparcie tatusia Kornela, który kilku posłów wyciągnął z Kukiz ’15. Mogliby zastąpić owe 8 szabel Ziobro. Oczywiście jeszcze istnieje instytucja „transferu”, która w PiS działa na zasadzie korupcji: będziesz popierał, dostaniesz ciepłe posady dla siebie i rodziny.

Ziobro zawiódł w dziele niszczenia opozycji, źle wybrał cel ataku na „totalną opozycję”. Były sekretarz generalny Platformy Obywatelskiej Stanisław Gawłowski to bardzo kiepski pomysł, od razu Ziobro powinien się w tym zorientować. Gawłowski najpierw sam zrzekł się immunitetu, w areszcie wydobywczym nie załamał się, po kilku miesiącach wyszedł i opowiedział, jak CBA chciała go korumpować, gdy siedział. Ziobrze nawet nie pomoże prezes Kaczyński, który zapowiedział rozszerzenie zarzutów prokuratorskich w stosunku do Gawłowskiego.

W ogóle mitem okazała się pisowska formuła publicystyczna „przez 8 lat rządów PO-PSL…”. Właśnie za upadek tego mitu Ziobro może beknąć. PiS nie znajduje żadnych haków na poprzedników, elektorat własny może się zniecierpliwić, bo miał dostać igrzyska, a otrzymuje tylko suchary.

W takich strukturach sekciarsko-mafijnych jak PiS winny musi się znaleźć. Ziobrę szykują na kozła ofiarnego. Miał sadzać wrogów politycznych, a ci wychodzą na wolność z aresztów wydobywczych i jego oskarżają. Czuć w PiS bojaźń i drżenie, bo po wyborach nie tylko zawiśnie pętla nad Ziobrą, ale przede wszystkim nad Beatą Szydło, poszczególnymi ministrami i nad prezydentem Dudą.

Polska polityka musi się rozprawić ze swoją ciemną stroną, jaką reprezentuje PiS. Partii Kaczyńskiego nie można rozgrzeszać, iż jest przedstawicielką polskiej bylejakości. Łajdactwo ma być nazwane i osądzone, aby nie ciążyło nad państwowością. W naszych dziejach takie zamiatanie pod dywan skutkowało tym, że traciliśmy niepodległość.

PiS używa policji przeciw protestującym. Państwo policyjne i teokratyczne

Zwykły wpis

OKO.press dotarło do dokumentów z policyjnej akcji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach. Do akcji rzucono tysiące policjantów, w tym setki tajniaków, ścigających najgroźniejszych przestępców. Raportowali o każdym kroku manifestujących. Zwłaszcza opozycji pozaparlamentarnej i parlamentarnej oraz młodzieży

Z dokumentów, do których dotarliśmy wyłania się dość ponury obraz policji i państwa, któremu służy. Latem 2017 roku, podczas pokojowych (początkowo wręcz piknikowych) protestów przeciwko pisowskim ustawom o sądach, bez wyraźnego powodu, odciągnięto od codziennych zadań tysiące funkcjonariuszy z całej Polski i kazano pilnować parlamentu, Pałacu Prezydenckiego i TVP.

Do rzekomo wyłącznie prewencyjnej akcji rzucono setki tajniaków, m.in. z pionów kryminalnych – na co dzień ścigających morderców, handlarzy narkotyków i złodziei. I kazano im „objąć nadzorem” uczestników manifestacji, ale także osoby nieuczestniczące w protestach. W niektórych przypadkach była to klasyczna policyjna obserwacja – jaką wolno stosować tylko wobec przestępców. Policjanci raportowali o każdym kroku „nadzorowanych” i „obserwowanych”, na siłę szukając zagrożeń, które uzasadniałyby ich zaangażowanie w tę przedziwną akcję. Czasami przybierało to formy komiczne, wręcz groteskowe (patrz meldunki na ilustracjach). Nie zmienia to jednak ponurego obrazu całej akcji.

Dziś ujawniamy, jak wyglądały policyjna operacja „Sejm” i podoperacja „Rekonesans”. Już wkrótce:

  • jak zlecono obserwację młodzieży sprzeciwiającej się dewastacji polskiego systemu prawnego i
  •  jak śledzono pozaparlamentarną opozycję.   

Operacja kryptonim „Sejm”

Dokumenty z operacji zabezpieczenia ubiegłorocznych protestów znaleźliśmy w aktach sprawy sądowej, którą wytoczyli policji Ryszard Petru, były szef Nowoczesnej i jego następczyni – Katarzyna Lubnauer. Politycy chcą by sąd zakazał policji inwigilowania ich. Pozew złożyli latem 2017 roku – wkrótce po tym, jak „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł „Policja inwigiluje Obywateli RP i posła Ryszarda Petru” i nagrania rozmów funkcjonariuszy, którzy śledzili ich 21 lipca 2017 roku.

Jak potwierdziła później Komenda Stołeczna Policji, były to skompilowane fragmenty rozmów funkcjonariuszy uczestniczących w operacji kryptonim „Sejm”. Jej celem miało być zabezpieczenie zgromadzeń, które odbywały się w centrum Warszawy od 16 do 21 lipca 2017 roku.

Na wniosek Petru i Lubnauer, reprezentująca w procesie policję Prokuratoria Generalna RP przesłała do sądu setki stron policyjnych planów działania, raportów z operacji, meldunków, notatek służbowych itd.

Z dokumentów wynika, że operację „Sejm” zarządził komendant stołeczny policji Rafał Kubicki i on też był jej dowódcą. Trzy miesiące później Kubicki pożegnał się z funkcją komendanta (po pół roku jej sprawowania). Jak podawało radio RMF, „zgubiły go zbyt wybujałe ambicje”. Według „Super Expressu”, był pewny, że zostanie szefem całej policji i „chwalił się, że ma za sobą polityczne poparcie”.

16 lipca 2017 roku, w zatwierdzonym przez Kubickiego „Planie działania dowódcy operacji pod krypt. „Sejm””, napisano, że „brak jest jednoznacznych, potwierdzonych informacji na temat zagrożeń mogących wystąpić podczas planowanego zabezpieczenia”. Jednak „biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie w zabezpieczaniu podobnych przedsięwzięć, należy się liczyć z możliwością zakłócenia bezpieczeństwa i porządku publicznego (…)”.

To wystarczyło by zarządzić gigantyczną operację, z udziałem tysięcy policjantów, w tym setek tajniaków.

Tysiące policjantów, setki tajniaków

Do udziału w operacji kryptonim „Sejm” zaangażowano etatowy i nieetatowy oddział prewencji, policjantów z większości wydziałów KSP i z warszawskich komend rejonowych, a także – codziennie – setki funkcjonariuszy z wielu innych miast z całej Polski. Z raportu podsumowującego tę operację wynika, że

  • 16 lipca 2017 roku brało w niej łącznie udział 1300 policjantów,
  • 17 lipca – 611 policjantów,
  • 18 lipca – 2194,
  • 19 lipca – 2218,
  • 20 lipca – 2341
  • i 21 lipca – 2337.

Operację podzielono na kilka podoperacji.

Policjanci uczestniczący w podoperacji kryptonim „Śródmieście” odpowiadali za zabezpieczenie okolic parlamentu, Pałacu Prezydenckiego, Sądu Najwyższego i budynku TVP przy Pl. Powstańców Warszawy oraz za „niedopuszczenie do [ich] zablokowania lub okupacji”;

  • „Mokotów” – za zabezpieczenie gmachu TVP przy ul. Woronicza;
  • „Proces” – za gromadzenie dokumentacji procesowej i koordynację osadzania osób zatrzymanych,
  •  „Droga” – za zapewnienie bezpieczeństwa ruchu w rejonach protestów,
  • „Odwód” – za wsparcie w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń,
  • „Rekonesans” – za „zabezpieczenie operacyjne prowadzonych działań”.

W co najmniej dwóch z tych podoperacji – „Śródmieściu” i „Rekonesansie” – uczestniczyli funkcjonariusze po cywilnemu, czyli po prostu tajniacy.

To w ramach podoperacji „Śródmieście” działali policjanci, którzy 21 lipca 2017 roku śledzili w centrum Warszawy Obywateli RP i Ryszarda Petru. Według wyjaśnień przesłanych w tej sprawie do sądu przez Prokuratorię Generalną, w akcji tej uczestniczyli głównie funkcjonariusze Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego KSP(na nagraniach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” zarejestrowano głosy dziewięciorga). Komórka ta powstała, by zwalczać „najbardziej uciążliwe społecznie przestępstwa pospolite” (kradzieże aut, rozboje, napady, pobicia, kradzieże kieszonkowe) i zatrzymywać ich sprawców na gorącym uczynku.

Z dokumentów dotyczących operacji „Sejm” wynika, że samego tylko 21 lipca na ulice stolicy wysłano 48 nieoznakowanych radiowozów, których załogi stanowili nieumundurowani funkcjonariusze właśnie z Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego oraz Wydziału Dochodzeniowo – Śledczego KSP, Zespołu Antykonfliktowego Policji i Oddziału Prewencji Policji w Warszawie (co najmniej po dwóch w radiowozie).

W pozostałych dniach operacji liczba funkcjonariuszy po cywilnemu była podobna.

„Rekonesans” wśród protestujących

Ale to nie koniec. Do udziału w operacji „Sejm”, w ramach podoperacji „Rekonesans” skierowano bowiem również policjantów kryminalnych, na co dzień ścigających najgroźniejszych przestępców. I oczywiście także pracujących po cywilnemu.

Według dokumentów, do których dotarliśmy, w „Rekonesansie” uczestniczyli funkcjonariusze z wydziałów:

  • do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw,
  • do walki z Przestępczością Gospodarczą,
  • do walki z Przestępczością Narkotykową,
  • do walki z Cyberprzestępczością,
  • ds. Odzyskiwania Mienia,
  • do walki z Przestępczością Samochodową,
  • do walki z Korupcją,
  • Wywiadu Kryminalnego,
  • i z Wydziału Kryminalnego.

To policyjna elita, specjaliści w swoich dziedzinach, często z wieloletnim stażem i ogromnym doświadczeniem.

W „Rekonesansie” od 16 do 21 lipca 2017 roku pracowali na okrągło całą dobę, na trzy zmiany – od kilku do kilkudziesięciu osób w jednej zmianie. Największą mobilizację zarządzono w pierwszym i ostatnim dniu podoperacji. 16 lipca brało w niej udział 48 policjantów z pionów kryminalnych i dodatkowo, jako wsparcie, 20 z Wydziału Wywiadowczo – Patrolowego, a 21 lipca – 54 policjantów kryminalnych.

W meldunkach do sztabu policjanci z „Rekonesansu” raportowali, gdzie gromadzą się manifestujący przeciwko pisowskim ustawom o sądach i ilu ich jest. Meldowali, jakie hasła wznoszą protestujący, a także jakie mają flagi i transparenty. Informowali dowództwo, kto przemawia ze sceny i co mówi. Na przykład:

  • 16 lipca o 23:23 „Rekonesans zgłasza że osoby w pochodzie krzyczą Solidarność naszą bronią.”
  • 19 lipca o 23:29 „Rekonesans: ze sceny padło hasło palenia światełek zarówno przed Sejmem jak i przed Pałacem Prezydenckim. Zachęca się do udziału w proteście”.
  • 18 lipca o 23:51 sztab dostaje meldunek: „Rekonesans – pan Borusewicz – hasło – siedziałem i będę siedział (ze sceny)”.

To do funkcjonariuszy z „Rekonesansu” kierowano rozkazy ze sztabu, by nasłuchiwali ze sceny lub podsłuchiwali w tłumie, jakie plany mają protestujący.

  • 16 lipca o 22:16 „35701 prosi Rekonesans o podsłuchiwanie, czy padną hasła na temat rozwoju dalszego sytuacji”
  • 20 lipca o 18:46 „35701 [zaleca] zadaniować Rekonesans celem ustalenia czy pojawią się głosy wśród zgromadzenia żeby przemieszczać się pod Pałac Prezydencki”
  • 20 lipca o 21:45 „87001 [zgłasza] Piękna ok. 100 wystawione siły na razie spokój, Rekonesans – podejść pod squot [grupę młodzieży ze squotu Syrena – przyp. red.] aby słyszeć ich zamiary”

„Część tych działań – jak np. odnotowywanie haseł z transparentów czy osób przemawiających ze sceny – w ogóle nie jest zadaniem policji. Część mogła z powodzeniem realizować prewencja, w znacznie mniejszej liczbie. Z praktycznego punktu widzenia, wykorzystanie policjantów operacyjnych do tej akcji miało sens tylko, gdy protestujący chcieli zablokować Sejm. I rzeczywiście bardzo sprawnie zbierali informacje o posunięciach osób blokujących” – mówi emerytowany od niedawna policjant z KSP.

Kasprzak pod obserwacją. Inni Obywatele RP, OSA, squottersi i Frasyniuk pod nadzorem

Ale policjanci „Rekonesansu” i inni tajniacy uczestniczący w operacji kryptonim „Sejm” mieli także inne zadanie do wykonania – obserwować/ nadzorować/ monitorować wybranych uczestników protestów.

Zagadką jest natura i podstawa prawna tych działań.

W meldunkach pojawiają się informacje o „zabezpieczeniu operacyjnym” i „informacji operacyjnej”. A także o „poleceniu objęcia obserwacją”.

  • 18 lipca o godzinie 8:39 „35 801 zgłasza ok. 10 osób przy KODZIE, 20-25 osób przy namiotach Obywateli RP, przekazano do zabezpieczenia operacyjnego do Rekonesansu.”
  • 20 lipca o godzinie 19:15 „Rekonesans zgłasza telefonicznie, że z informacji operacyjnej wynika, że ze squotu Syrena ma być najście na Sejm, przekazano 35 704”.
  • 17 lipca, o godzinie 10:20 „Z polecenia Dowódcy Podoperacji REKONESANS załoga 102 otrzymała polecenie objęcia obserwacją jednego z liderów KOD [w rzeczywistości Obywateli RP – przyp. red.] Pawła Kasprzaka i jego otoczenia w okolicy Sejmu z uwagi na mogące wystąpić potencjalne zagrożenia z ich strony.”

Zleceń obserwacji było więcej – napiszemy o tym na OKO.press już wkrótce.

Zgodnie z ustawą o Policji, czynności operacyjno – rozpoznawcze (należy do nich m.in. obserwacja) można prowadzić tylko „w celu rozpoznawania, zapobiegania i wykrywania przestępstw i wykroczeń, poszukiwania osób ukrywających się przed organami ścigania lub wymiarem sprawiedliwości, poszukiwania osób, które na skutek wystąpienia zdarzenia uniemożliwiającego ustalenie miejsca ich pobytu należy znaleźć w celu ochrony ich życia, zdrowia lub wolności”. Żadna z tych przesłanek nie odnosiła się do sytuacji opisanych w cytowanych wyżej meldunkach.

W meldunkach z operacji „Sejm” jest też wielokrotnie mowa o objęciu różnych osób „nadzorem” lub „monitorowaniu” ich. Prośby o „objęcie nadzorem” kierowane są zwykle do policjantów z „Rekonesansu”, ale też i „Rekonesans” z własnej inicjatywy zgłasza, że ma kogoś „pod nadzorem”.

Kim najbardziej interesowali się tajniacy? W meldunkach dotyczących „nadzorowania”, ale także w ogóle w meldunkach z operacji „Sejm”, najczęściej wymieniani są Obywatele RP – jako grupa (łącznie co najmniej 57 razy) i poszczególni działacze ruchu m.in. Paweł Kasprzak nazywany czasem Kacprzakiem (59 razy), Wojciech Kinasiewicz (49), Tadeusz Jakrzewski nazywany również Jakszewskim (16). Często pada również nazwa OSA (Obywatele Solidarnie w Akcji) oraz nazwiska jej aktywistów Arkadiusza Szczurka (12) i Macieja Bajkowskiego (15).

Przykłady?

  • 18 lipca o 10:17 sztab odnotowuje meldunek: „35 801 pan Szczurek i Bajkowski odjeżdżają, pod nadzorem”.
  • 20 lipca o 15:31: „35 704 pan Kinasiewicz idzie w kierunku Placu Trzech Krzyży wzdłuż wypłotowania, przekazano do Rekonesansu w celu objęcia nadzorem”.
  • 21 lipca o 13:56 „Sztab przekazał, że do kawiarni przy ul. Wiejska 12a wszedł Wojciech Kiniasiewicz i zlecił objęcie go nadzorem. Zlecono załodze nr 102. Załoga przekazała, że na miejscu jest załoga WWP KSP, która już objęła nadzorem przedmiotowy adres.”

Z dokumentów operacji „Sejm” wynika, że przez kilka dni śledzono właściwie każdy krok liderów opozycji pozaparlamentarnej – i to nie tylko w rejonie zgromadzeń, które miała zabezpieczać policja. O tym jak to wyglądało, także napiszemy na OKO.press w najbliższych dniach.

Policjanci meldowali również o pojawieniu się różnych polityków partii opozycyjnych i byłych działaczy opozycji. Ale „nadzorować” polecili tylko Władysława Frasyniuka.

  • 21 lipca o 1:14 w nocy policjanci meldują: „Info, ze sztabu 208 że na ul. Frascati 1 pan Frasyniuk zebrał się wraz ze swoim sztabem – objąć nadzorem – przekazano do załogi”.

Zbiorowym bohaterem meldunków są też mieszkańcy warszawskiego squotu Syrena i inni młodzi lewicowcy, którzy brali udział w protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa przez PiS, grupowo nazywani przez policję „squotterami”.

  • 20 lipca o 22:31 policjanci biorący udział w operacji zabezpieczania Sejmu dostają „Info, ze sztabu 208 że grupa sqotersów ma być objęta bezpośrednim nadzorem”.
  • 21 lipca o 21:11 meldują: „Rekonesans grupa squot w całości w parku pod nadzorem Rekonesansu”.
  • A tego samego dnia o 22:45 – „35704 wśród zgromadzonych 6 czarnych flag czyli squot pod nadzorem Rekonesansu”.

Obserwacja czyli nadzór, nadzór czyli zapewnienie bezpieczeństwa

Komenda Stołeczna Policji, w o odpowiedzi na szereg szczegółowych pytań OKO.press dotyczących obserwacji i nadzoru podczas operacji „Sejm”, przesłała tylko krótkie stanowisko. Rzecznik KSP, kom. Sylwester Marczak napisał, że „z uwagi na trwające w powyższej sprawie czynności, do ich zakończenia [KSP] nie będzie udzielać komentarza”.

Zapewnił jednak, że „przy działaniach związanych z zabezpieczeniem zgromadzeń nie ma mowy o działaniach o charakterze operacyjnym” i że tak też było podczas operacji „Sejm”.

W dokumentów, do których dotarliśmy wynika, że w ubiegłym roku, gdy wybuchła afera z nagraniami ujawnionymi przez „Gazetę Wyborczą”, a Ryszard Petru i Obywatele RP zarzucili policji, że stosowała wobec nich obserwację, dowódca podoperacji „Rekonesans”, nadkom. Hubert Pełka napisał szybko kilka notatek służbowych. Wyjaśniał w nich, że:

  • jego ludzie nie prowadzili czynności operacyjnych,
  • „zabezpieczenie operacyjne” polega tylko na tym że „funkcjonariusze biorący udział w zabezpieczeniu są funkcjonariuszami pionów kryminalnych i występują w ubraniu cywilnym jak do codziennej służby”,
  • słowo „obserwacja” zostało użyte w meldunkach i rozkazach omyłkowo. Obserwacja, którą prowadzono nie oznaczała czynności opisanej w „Zarządzeniu nr PF-634 Komendanta Głównego policji z dnia 30 czerwca 2006 roku w sprawie metod i form wykonywania przez Policję czynności operacyjno-rozpoznawczych”. Faktycznie chodziło po prostu o nadzór nad wymienianymi w meldunkach osobami,
  • nadzór zaś miał na celu „zapewnienie bezpieczeństwa” osobom wymienianym w meldunkach i „identyfikowanie zagrożeń” dla tych osób oraz zagrożeń z ich strony.

Pełka zapewnił też, że podczas przeprowadzanych odpraw załóg „Rekonesansu” „nie były wydawane żadne polecenia dotyczące objęcia nadzorem konkretnych osób”. Policjantom kazano po prostu ogólnie zwracać uwagę na osoby publiczne. Nie wyjaśnił, skąd wśród policjantów tak świetna znajomość i umiejętność rozpoznawania polityków, byłych działaczy podziemnej opozycji i aktywistów obecnej opozycji pozaparlamentarnej, np. takich jak działacze OSY – Arkadiusz Szczurek i Maciej Bajkowski, którzy prawie nie występują w mediach.

Informacja z FB: Wałęsa jedzie do Warszawy. Polecono nadzorować

Policjanci z „Rekonesansu” nadzorowali jednak nie tylko tych, którzy uczestniczyli z protestach przeciwko niszczeniu sądownictwa, ale także tych którzy dopiero mogli do nich dołączyć.

Jak wspomnieliśmy wcześniej, do udziału w podoperacji oddelegowano m.in. kilku funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością KSP. To komórka, która ściga m.in. sprawców ataków hakerskich, ataków przy pomocy złośliwego oprogramowania, szantaży ransomware (blokowanie dysków do czasu wpłacenia „wykupnego”), sieciowych złodziei tożsamości itp.

Podczas protestów w lipcu 2017 roku policjanci z WCB śledzili w internecie, gdzie i kiedy odbywać się będą zgromadzenia oraz kto będzie brał w nich udział. Zlecano im również „pogłębianie” informacji dotyczących planów manifestujących – poprzez przeglądanie internetowych forów i profili, m.in. organizacji z opozycji pozaparlamentarnej. Na przykład

  • 18 lipca o godzinie 11:00 „208 00 przekazuje informację o nawoływaniu przez przedstawicieli KOD pod sejmem do blokady sejmu o g. 17.00 w dniu dzisiejszym, jak to było 16 grudnia. Informacja potwierdzona przez załogę 102. W związku z powyższym stosowne zadania w tym zakresie zlecono WCB KSP” [pisownia oryginalna].

Najwięcej popłochu wywołała znaleziona przez funkcjonariuszy z Wydziału do walki z Cyberprzestępczością informacja o tym, że do Warszawy jedzie niegdysiejszy lider podziemnej Solidarności, były prezydent RP Lech Wałęsa.

18 lipca o 19:45 w „Dzienniku działań dowódcy podoperacji kryptonim Rekonesans” odnotowano:

  • „Z WCB uzyskano informację, że na portalu społecznościowym Facebook profil Obywatele RP pojawił się wpis cyt. ” Prawdopodobnie Wałęsa jedzie do Warszawy” co przekazano do 208 00″.

Później policjanci meldują:

  • 19:46 „Rekonesans na FB info że Wałęsa jedzie do Warszawy, polecono nadzorować
  • 19:54 „Wykonano telefon do dyżurnego operacyjnego BOR, który nie potwierdził, żeby Lech Wałęsa udawał się do Warszawy”
  • 20:07 „35704 informuje, że przez megafony pada informacja, że Lech Wałęsa jedzie do Warszawy”.

Ostatecznie Wałęsa do Warszawy nie dojechał. Dzięki temu uniknął kolejnego, po kilkudziesięcioletniej przerwie, „nadzorowania” przez tajniaków – tym razem z policji.

***

Komenda Stołeczna Policji nie odpowiedziała nam, jakie siły zmobilizowano w tym roku do zabezpieczenia protestów przeciwko nowelizacji ustawy o Sądzie Najwyższym i czy w operacji brali znów udział tajniacy.

W pierwszym dniu protestów – 17 lipca 2018 roku – nadzorujący policję minister Joachim Brudziński napisał na Twitterze: „Nadmiernie pobudzonych zapowiedzią kolejnej awantury przez „demokratów”, którzy od trzech lat nie mogą pogodzić się z demokratycznym wyborem Polaków, uspokajam. KSP jak zawsze zadba o porządek i bezpieczeństwo wszystkich. Obywatela Kasprzaka też.”

>>>

Dobrze mają protestanci i wyznawcy judaizmu, tudzież islamu. Ich kapłani dostają od państwa składki emerytalne i zdrowotne – i to coraz wyższe. A wszystko dlatego, że mamy równość i demokrację, przez co przywileje Kościoła rzymskiego muszą być rozszerzane na „inne wyznania”. W ten to sposób pod parasolem pozorów demokratycznego państwa prawa chowają się skuleni i niewidoczni „wierzący inaczej”, siedząc cicho, przełykając niewybrzmiałe wyrazy swych znanych skądinąd poglądów na temat wiary katolickiej i Rzymu.

Prześwietlamy majątek Kościoła

Polska państwem wyznaniowym

Tak to dziwnym trafem mniejszości religijne korzystają – w osobliwych warunkach ustroju demokratycznego – z dobrodziejstw państwa wyznaniowego, którym nadal, tak teraz, jak przed wiekami, jest Polska. Jednym z mniej kosztownych dla społeczeństwa jego przejawów jest tzw. Fundusz Kościelny, który zapewnia składki emerytalne i zdrowotne księżom. Niewielka to kwota, bo zaledwie sto kilkadziesiąt milionów rocznie (nauczanie religii rzymskokatolickiej kosztuje „neutralną światopoglądowo” Polskę co najmniej dziesięć razy tyle) – za to stale rosnąca. Jeszcze kilka lat temu było to niewiele ponad 100 mln – a w roku 2017, jak podaje raport NIK, 159 mln. Wzrasta bowiem płaca minimalna, od której liczone są wysokości składek, a tym samym i rządowa wpłata na Fundusz Kościelny.

Skąd Kościół ma pieniądze?

Skąd się wziął Fundusz Kościelny

Fundusz Kościelny to wynalazek stalinowski. Miał być rekompensatą za odebrane Kościołowi dobra. Na szczęście ta nieprzystojna doktryna poszła w zapomnienie. Dobra zostały z nawiązką oddane za pośrednictwem monstrualnej Komisji Majątkowej, od której wyroków – zawsze zgodnych z najbardziej nawet fantastycznymi życzeniami Kościoła i wynajętych przez niego „rzeczoznawców” – nie było żadnego odwołania. I, rzecz jasna, żadnego wpływu na Fundusz Kościelny fakt ten nie wywarł. Stał się on bowiem nagim przywilejem kleru, zapisanym w długim szeregu zobowiązań państwa polskiego wobec Stolicy Apostolskiej w umowie hołdowniczej, zwanej konkordatem, do której zawarcia z Rzymem zobowiązuje nas (z pewnością mocą suwerennej decyzji Polski i beż żadnych nacisków ze strony żadnego obcego państwa) konstytucja. Bronimy dziś ustawy zasadniczej jak niepodległości, jakkolwiek warto pamiętać, że nie jest to konstytucja suwerennego państwa. A już na pewno nie państwa świeckiego.

Ta sama konstytucja mówi jednakże (w art. 25) o neutralności religijnej i światopoglądowej państwa. Wobec tego nie ma żadnych konstytucyjnych przesłanek, aby państwo finansowało kult religijny. Nie uważa go bowiem ani za słuszny i prawdziwy, ani za niesłuszny i nieprawdziwy. Tymczasem zasady racjonalnego gospodarowania nakazują, aby środki publiczne wydawane były wyłącznie na cele, które w świetle przepisów prawa i doktryny konstytucyjnej mogły być uznawane za słuszne i pożyteczne.

Polska płaci Kościołowi haracz?

Skoro tak, to Fundusz Kościelny i inne przepływy finansowe na rzecz agend Stolicy Apostolskiej w Polsce, niemające oparcia w konstytucji, a wręcz stojące z nią w sprzeczności, należy uznać po prostu za nielegalne finansowanie działalności obcego podmiotu w Polsce, jakim jest Kościół katolicki, stanowiący zespół osób prawnych dzięki swej podległości prawnej (w sensie prawa kanonicznego i międzynarodowego) obcemu państwu, tj. Stolicy Apostolskiej, podmiotu de facto eksterytorialnego. W sensie traktatowym tego rodzaju płatności są kontrybucjami, a po naszemu – haraczem.

Haracz Kościołowi płaci polskie państwo od zarania. Nie mogłoby bowiem w ogóle takowe powstać w X w., gdyby nie zgoda Kościoła, słono opłacona nadaniami i przywilejami, idącymi za „chrztem Polski” i „chrystianizacją”. Gdyby nie niewątpliwie szczere nawrócenie Mieszka I i jego dworu, a następnie ustanowienie biskupstw i nadanie ziem, papież wiedziałby dobrze, co ma zrobić i z kim rozmawiać, aby żadne „państwo szatana” na wschodnich rubieżach Germanii nie powstało. Jak ktoś bardzo jest ćwiczony w zakłamaniu i odwracaniu kota ogonem, może sobie ten szantaż i przymus przełożyć na „byt państwa polskiego bez Kościoła byłby niemożliwy”. Cóż, prostym ludziom długotrwały ucisk wydaje się tym samym co długotrwała opieka i zasługa.

Kościół z pierwszeństwem w procesie prywatyzacji

Polski Kościół dorobił się wielkich majątków w taki sam sposób jak państwo i arystokracja – przez wyzysk, pracę niewolniczą i podatki. W dawnej Rzeczypospolitej każdy chłop musiał na Kościół pracować, a każdy, kto miał jakieś płody rolne, musiał część z nich odstawiać, gdzie trzeba. Za niesubordynację groziły kary cielesne. Nawet za niestawiennictwo na mszy, a co dopiero za niestawiennictwo w robocie. Prawdziwy biznes polegał jednakże na rozmaitych „fundacjach” i testamentach. Księżom udało się przez stulecia wmawiać ciemnym szlachciurom, że jak ufundują kościół albo zapiszą parę wiosek plebanowi, to łatwiej trafią do nieba. A nawet jak kto nie wierzył w te bajki, to i tak presja społeczna i obyczajowa były tak silne, że płacili, zapisywali i fundowali aż miło.

Trudno powiedzieć, jaka część majątku utraconego przez Kościół po II wojnie zdobył on w sposób w miarę godny, to znaczy dzięki darowiznom prawdziwie wierzących (choć czy jest moralnie akceptowalne wmawianie ludziom, że wstaną z grobu i pójdą nieba?). Na pewno jednak większość pochodziła z niewolniczej pracy i przymusowych danin. Odebranie tych ziem i budynków przez państwo, dojone przez blisko tysiąc lat, na pewno było bezprawne, lecz ani trochę nie bardziej niemoralne niż samo ich pozyskiwanie przez Kościół. A już na pewno niemoralne – i to nawet w świetle dość pokrętnej etyki katolickiej – było uprzywilejowanie Kościoła w procesie prywatyzacji. Zgodnie bowiem z doktryną etyczną samego Kościoła jednostka ma pierwszeństwo i jej krzywdy muszą być naprawiane na pierwszym miejscu.

Jak Kościół stał się „polską instytucją”

Dawna Rzeczpospolita, a nawet odrodzona Polska z lat 1918–39 doskonale rozumiały, że Kościół jest instytucją ponadnarodową i w tym sensie obcą. Dlatego biskupi, także w międzywojniu, musieli przysięgać lojalność państwu polskiemu. Było bowiem jasne, że są we wszystkim podlegli papieżowi, a papiestwo może mieć czasami interesy rozbieżne z interesami państwa polskiego. De facto z tą lojalnością było najczęściej źle, a interesy Kościoła tylko czasami (w przypadkach konfrontacji z prawosławną Rosją – a i to nie zawsze, jak pokazuje Targowica) były zbieżne z polskimi.

Przynajmniej jednak nikt nie udawał, że Kościół w Polsce jest rdzenną, polską instytucją. Wynalazek „polskiego Kościoła”, czyli złudzenie, że „nasi biskupi” to jakaś wewnątrzpolska, niezależna instancja autorytetu i władzy, pochodzi z czasów komuny, choć coś takiego dało się już wyczuć za czasów króla Stasia, kiedy to niektórzy polscy „protopatrioci”, należący do oświeconych i oświeceniowych elit, nosili sutanny. Jednak to dopiero komuniści wymyślili, żeby „dogadywać się” z lokalnymi biskupami, gdyż do Watykanu mieli ograniczony dostęp. Praktykę regularnego przekupywania Kościoła i odpłacania się mu w zamian za nieprzeszkadzanie reformom (najpierw gospodarczym, a potem w wejściu Polski do UE) rozpoczęli Jaruzelski z Rakowskim. I to właśnie gnijącej i walącej się komunie „zawdzięczamy” ustawę o stosunku państwa do Kościoła katolickiego, zapisującą najważniejsze kościelne przywileje finansowe, a także samą praktykę konsultowania, czego się tylko da, z biskupami.

Kościół katolicki w latach 60. Cztery wyzwania

Hojne dotacje od władzy PiS

Praktykę tę kontynuował każdy rząd III RP, choć, rzecz jasna, tak obrzydliwe i bezwstydne haracze jak „dotacje” wszystkich bez mała resortów dla Rydzyka nie miały miejsca. Jednak to nie tylko PiS zasypuje Kościół pieniędzmi, naginając prawo i nadużywając go – a przede wszystkim specjalnie w tym celu wytwarzając. Historia sprzeniewierzania publicznych środków i oddawania za bezcen ziem i budynków, tworzenia synekur dla kleru i wielu groteskowych nieraz przywilejów (darmowy prąd w wielu parafiach, darowizny w zamian za „święcenie” samochodów i budynków) jest historią hańby i tchórzostwa wszystkich po kolei partii rządzących.

Żadna z nich nie miała odwagi powiedzieć im: „Dość! Poskromcie swą pazerność i chciwość!”. Niestety, wizja księży odsądzających od czci i wiary rządzących bezbożników działała na kolejnych premierów porażająco. Ale tak będzie tylko do czasu. Gdy upadnie PiS, razem z nim podupadnie również kościelne imperium. W pewnym momencie naród przestanie się bać piekła (a być może już się go nie boi) i zatrzyma tę szaloną szuflę, ładującą w zapamiętaniu żywe złoto w nienasycone gardziele świętych mężów. Przyjdzie czas, gdy nawet katolicy będą chcieli samodzielnie utrzymywać swój Kościół, a od księży zaczną wymagać skromności. Na razie jednak rządzi PiS i możemy być pewni, że raz za razem dochodzić do nas będą wieści o kolejnych milionach na „muzeum”, „kaplicę”, „instytut” i co tam jeszcze uda się kościelnym ekonomom wymyślić.

A Watykan nie płaci za nic

Fundusz Kościelny to szczególnie wredny przywilej – bo dlaczego akurat ksiądz ma mieć emeryturę państwową i to całkiem za darmo? Pamiętajmy jednak, iż ten sławny fundusz to tylko jeden puzel w wielkiej układance rozległych i nieprzejrzystych relacji finansowych państwa polskiego z tzw. polskim Kościołem.

Te relacje są złożone i wielopoziomowe. Mają jednak wspólną cechę – wektor zwrócony jest zawsze w jednym kierunku. Watykan nie płaci za nic, dosłownie za nic – nawet za kult Jana Pawła II, który w końcu był ich, a nie naszym monarchą. Nie płaci nawet na swoje własne instytucje charytatywne. Bo słyszał kto kiedyś, aby Kościół łożył na swój Caritas, czyli nie zarobił, lecz „stracił” na „dziełach miłosierdzia”? Bo można wiele złego o Kościele katolickim powiedzieć, ale nie to, że nie umie liczyć albo godzi się na ujemne bilanse. A może byśmy się czegoś wreszcie z tej praktycznej katechezy nauczyli?

Czy Polska staje się świecka? Młodzi odchodzą od Kościoła

– „A któż to do nas idzie?” – zapytała Barbara Bubula, gdy drzwi Sali Kolumnowej nagle się otworzyły.

Stanęła w nich postać okryta łachmanami, z napuchniętą twarzą. Był to mąż słusznej postury, lecz zgarbiony, przygięty do ziemi, z trudem dźwigający na potężnych niegdyś barkach bolesne brzemię cierpienia. W dłoni dzierżył pałkę policyjną.

– „Maca nią przed sobą, jakby była noc” – rzekł Marek Suski.

– „I ledwie się rusza – dodała Krystyna Pawłowicz. – „Ślepy chyba czy co?”

– „Ślepy jest, ślepy! Jako żywo!”

– „Pochwalony Jezus Chrystus!” – rzekła Pawłowicz. – „Rozumiecie, dziadku, po chrześcijańsku?”
Ów zaś, usłyszawszy jej słodki głos, drgnął, przez twarz przeleciał mu jakiś dziwny błysk, jakby wzruszenia i rozrzewnienia, i nagle, rzuciwszy pałkę, padł przed nią na kolana z wyciągniętymi w górę ramionami. Nic nie powiedział, tylko dwie łzy spłynęły mu po policzkach, a z ust wyszedł podobny do jęku głos:

 „Aa! a!”

– „Na miłosierdzie boskie! Niemowaście czy jak?”

– „Aa! a!”

To wygłosiwszy, jął wodzić dłonią wzdłuż ust i wokół oczu.

– „Chyba coś ci takiego pokazuje, jakby mu język urżnęli i oczy wyłupili” – powiedział Suski.

– „Toż to Joachim ze Szczecina!” – wykrzyknęła nagle Bubula, rozpoznając przybysza. – „Wyście Brudziński, czyż nie?!”

Starzec pokiwał głową. Teraz dopiero do wszystkich dotarło, kto przed nimi stoi.

– „Na przenajświętszą bożą rodzicielkę, któż wam to uczynił?” – zapytała struchlała z grozy Anna Sobecka.

Starzec w łachmanach nic nie odrzekł, jedynie dłonią znak krzyża pokazał.

– „Klementyna Suchanow…” – domyślili się posłowie.

Zza okien dochodziło groźne buczenie jakby roju pszczół czy szerszeni. Żądna krwi gawiedź wciąż jeszcze kłębiła się na ulicy, tylko czekając na okazję, by swe kły na gardle Dobrej Zmiany zacisnąć. Byli tam nienasyceni Obywatele RP, janczarzy Tuska, dyszący żądzą mordu siepacze Temidy, zbrodnicze sotnie aborcjonistek z czarnymi parasolkami. I najgroźniejsza z nich wszystkich, przerażająca Klementyna Suchanow. Zawsze miała przy sobie Gombrowicza i nigdy nie wahała się go użyć.

– „Ona ci to uczyniła… Ona!” – wydyszał Brudziński, który zaczął już odzyskiwać głos. Spod napuchniętych powiek zaczęły się też wyłaniać jego mądre, ciepłe oczy. – „Podeszliśmy do niej przyjaźnie, z miłością i życzliwością, a ona nas gazem…”.

Z dziesiątków ust wyrwał się jęk przerażenia: – „To straszne!”

– „Nie można tak tego zostawić” – rzekł Stanisław Piotrowicz. – „Jeśli nie znajdziemy skutecznych środków obrony, wkrótce nas tu nie będzie. Tłuszcza zajmie parlament i zadepcze wątłe pędy Dobrej Zmiany”.

– „Może odwołam z włoskich plaż naszych towarzyszy z ONR” – zaproponował Dominik Tarczyński. – „To bardzo szlachetne z ich strony, że udzielają bratniej pomocy tamtejszym kobietom opalającym się topless, ale w tej dramatycznej chwili ich słoneczne patrole bardziej potrzebne są tu, na Wiejskiej”.

– „Słusznie, niech kolega ich ściągnie dla ojczyzny ratowania” – przytaknął Piotrowicz.
W tym momencie w sali rozległ się grom, a ściany rozjaśnił nagły blask błyskawicy. Barbara Bubula, która właśnie poprawiała pęk polnych kwiatów przymocowany do Przenajświętszej Drabinki, padła na kolana z okrzykiem: – „Pan Prezes!”.

Rzeczywiście, na szczycie drabinki pod postacią krzaka gorejącego objawił się umiłowany przywódca. Wszystkie oczy skierowały się w tę stronę, wszystkie uszy czujnie łowiły dźwięki dobiegające z trzaskającego płomienia, wszystkie serca wzleciały w górę i radośnie wirowały niczym rój barwnych motyli wokół kryształowego żyrandola. Pan Prezes przybył! Znów jest tu z nami i zaraz udzieli nam światłych wskazówek! Radujmy się i pilnie baczmy, by nie uronić ani słowa.

– „Jeśli ona was gazem, to wy ją też!” – zadudnił podobny do gromu głos dobywający się z krzaka gorejącego.

– „Tak też uczyniliśmy” – odparł Joachim ze Szczecina, z szacunkiem schylając głowę. – „Ale niewiele to dało”.

– „A jakiego gazu użyliście?” – zapytał krzak.

– „Łzawiącego”.

– „Następnym razem rozpylcie sarin” – poradził krzak.

Wojciech Maziarski

Ćwiczenie

1. Napisz esej pt. „Polska Chrystusem narodów. Polacy udzielają bliźnim bratniej pomocy, patrolując Europę”.

2. Kto co patroluje? Powiąż podmioty patrolujące z odpowiednimi obiektami.
Podmioty: Kaja Godek, ONR, Stanisław Pięta, „Gazeta Polska”
Obiekty: włoskie plaże, holenderskie kliniki aborcyjne, fundusze europejskie, agencje modelek

3. W jaki sposób poniższe gazy można zastosować w służbie Dobrej Zmiany?
a. Gaz łzawiący
b. Propan butan
c. Sarin
d. Gaz rozweselający
e. Gaz ziemny

Gdy w Senacie rozstrzygały się losy referendum, A.Duda uciekł do Juraty. Nie chciał być twarzą porażki. A do tego, żeby się postawić Kaczyńskiemu, nie jest zdolny. W najnowszym „Newsweeku” próbuję odpowiedzieć na pytanie, dlaczego PAD jest taki, jaki jest. Serdecznie polecam.

Esej Wojciecha Maziarskiego o stanie emocji między Polakami.

Na razie są tylko siniaki i oczy zapuchnięte od gazu. Jeszcze nie polała się prawdziwa krew. Ale poleje się, jeśli nie usuniemy Kaczyńskiego z polskiego życia politycznego.

Zimna wojna domowa – to chyba najlepsze określenie stanu, w jakim znalazła się Polska pod koniec lipca 2018 r. W zasadzie nie mamy już do czynienia z normalną grą polityczną, w której opozycja rywalizuje z partią rządzącą według reguł akceptowanych przez obie strony. Dziś już nie obowiązują żadne reguły – opozycja parlamentarna jest kneblowana, karana grzywnami i straszona procesami, a pozaparlamentarna zatrzymywana, rewidowana, stawiana przed sądem, ostatnio nawet bita i traktowana gazem łzawiącym. To nie jest stan, który można by uznać za normalny i akceptowalny w jakimkolwiek demokratycznym państwie prawa. To raczej standard turecki czy putinowski.

Na razie odnotowaliśmy tylko siniaki, uszkodzone stawy i zapuchnięte od gazu oczy. Jeszcze nie polała się prawdziwa krew. Ale poleje się – wypadki nieuchronnie zmierzają w tym kierunku. Jeśli nie zatrzymamy rozkręcającej się spirali przemocy, prędzej czy później będziemy mieć poważnie rannych. A kolejnym etapem będą ofiary śmiertelne – najpierw jedna, potem następne. Taka jest nieubłagana logika zdarzeń – zimna wojna domowa bardzo często przekształca się w gorącą.

Oczywiście nikt tego nie chce, ale samo tak wyjdzie. Podobnie jak zapewne nikt nie chciał w czwartek przed Pałacem Prezydenckim używać gazu. Gotów jestem się założyć, że nikt tego nie planował ani nie wydał takiego rozkazu. A jednak gaz został użyty.

W pierwszym odruchu dowództwo policji przerzuciło odpowiedzialność na demonstrantów, twierdząc, że to któryś z nich jako pierwszy zaatakował funkcjonariuszy gazem, a oni się tylko bronili. Spośród wszystkich możliwych scenariuszy akurat ten jest jednak najmniej prawdopodobny. Najprawdopodobniejsza jest natomiast wersja, w myśl której jeden z policjantów nie wytrzymał napięcia i poczuł się na tyle zagrożony przez napierający, skandujący i rozemocjonowany tłum, że sięgnął po miotacz gazu. Po prostu się bał.

Tę wersję pośrednio potwierdzają relacje naocznych świadków, którzy mówią, że funkcjonariusze sprawiali wrażenie bardzo spiętych i zdenerwowanych, a gdy już się wycofywali, dowódca miał pytać: – „Który to zrobił?”. „Fear she’s the mother of violence” – śpiewał przed laty Peter Gabriel. Strach to matka przemocy. Niezwykle celna i przenikliwa diagnoza.

W ten sposób w roku 2018 ostatecznie zaprzepaszczone zostały efekty wysiłków tych wszystkich, którzy zabiegali, by po 1989 r. odmienić wizerunek policji i uwolnić go od balastu wspomnień z epoki komunistycznej. By przeciętny Polak mógł zacząć postrzegać funkcjonariusza jako swojego sojusznika, a nie prześladowcę i wroga. W czwartek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie słychać już było skandowanie „ZOMO!”.

Łatwo się domyślić, co będzie dalej. Na kolejnych demonstracjach tłum będzie się odnosić do policjantów z coraz większą wrogością, a oni będą reagować coraz większą brutalnością i agresją. Coraz więcej osób będą zatrzymywać, coraz więcej aktów oskarżenia kierować do sądów. Na czwartkowej demonstracji nie mieli przy sobie pałek. Na następnej pewnie będą już je mieli. Obie strony będą się siebie nawzajem coraz bardziej bać. Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, jak to się skończy.

Daleki jestem od oskarżania większości funkcjonariuszy o celowo wykazywaną złą wolę (choć oczywiście są wśród nich także osobnicy zwichrowani – trudno znaleźć usprawiedliwienie dla tych, którzy tydzień wcześniej porwali i pobili przed Sejmem młodych demonstrantów). W gruncie rzeczy jednak policja, tak samo jak demonstranci, jest ofiarą polityki Jarosława Kaczyńskiego, który by dojść do władzy, a następnie się u niej utrzymać, zastosował taktykę dzielenia społeczeństwa i napuszczania na siebie wzajemnie poszczególnych grup.

Od samego początku lat 90. XX wieku kariera prezesa najpierw PC, a potem PiS opierała się na wskazywaniu rzekomych groźnych wrogów w łonie społeczeństwa, których należy się bać. Najpierw była to „uwłaszczona nomenklatura” i postkomuniści oraz ich rzekomi postsolidarnościowi sojusznicy, potem niezlustrowani agenci SB, jeszcze później WSI, „pożyteczni idioci” idący na pasku Berlina, „warszawka”, okrągłostołowe elity, monetaryści i liberałowie, prawnicza kasta, działacze organizacji pozarządowych, dziennikarze rzekomo niemieckich mediów – i tak dalej. Tę listę wrogów zagrażających narodowi można by ciągnąć niemal w nieskończoność.

Blisko trzy dekady cynicznego i celowego szczucia nas na siebie nawzajem doprowadziły Polskę do stanu zimnej wojny domowej. Byle iskra wystarczy dziś, by stan ten przekształcił się w wojnę gorącą.

Waldemar Mystkowski pisze o zgniłym Kaczyńskim.

Jarosław Kaczyński obudził się z medialnej śpiączki, od razu pojawiły się rozliczne znaki zapytania. Jak głęboko był uśpiony i jak głęboko sięgają jego macki? A że sięgają, nie trzeba nikogo przekonywać, bo IV RP lat 2005-2007 to był kraj, gdy zbliżyliśmy się do standardów republiki bananowej. Teraz dłużej trwa ten niezachodni standard, więc można mniemać, że tamte rekordy padły, mamy do czynienia z nowymi.

Podczas wywiadu w TVP prezes był puścić farbę o pośle Platformy Obywatelskiej, Stanisławie Gawłowskim, informując publikę, iż dostanie nowe zarzuty, a nawet podał termin jego przesłuchania przez prokuraturę.

Patrząc na sylwetkę Kaczyńskiego, nie tylko fizyczną, ale psychiczną i biograficzną, oceniamy go jako marność. Jak ktoś taki mógł dojść do takiej władzy? Ale tak się zdarza, inne narody też przechodziły przez podobną tandetę swoich przywódców. A prezes PiS pochodzi z magla. Ma taka przypadłość, iż sam z siebie puszcza farbę, gada namiętnie i niekoniecznie od rzeczy, gadulstwo takie nazywane jest logoreą. Gada i gada, dostaje słowotoku, słowolejstwa.

Tacy ludzie muszą się chwalić tym, czego nie potrafią. W ten sposób dowartościowują się. Kaczyński niczego dobrego w życiu z punktu widzenia wartości każdego z nas nie osiągnął, więc chwali się, że innych przydybał na podobnej sobie bezwartości.

Jest to psychiczne przeniesienie. Ja nie jestem wart, więc powiem, że inny nie jest warty, poprzez to zyskam, bo inny okaże się mniej wartościowy. Kaczyński tylko psuł, czego się dotknął, zniszczył. Więc tę swoja destrukcyjność przenosi na innych, bo tylko takie w nim tkwią wartości – i takimi postaciami destrukcyjnymi się otacza.

A w Polsce po 1989 roku jest co zepsuć, nasz kraj nie miał się nigdy tak dobrze w historii, jak to było do roku 2015, gdy destruktorzy dorwali się do władzy. Nie tylko my to widzimy w kraju, Polska w Unii Europejskiej i na świecie jest postrzegana jako kraj rządzony przez destruktorów.

Uogólniam, choć chcę tylko uświadomić jeden szczegół. Destruktor Kaczyński dostał bezprawnie informację od służb prokuratorskich, iż te postawią zarzuty i będą przesłuchiwać Gawłowskiego. I dzisiaj dowiedzieliśmy się, dlaczego Kaczyński destruktor z logoreą akurat na ten temat puścił farbę w telewizyjnym wywiadzie. Kaczyński niejako uprzedził wieść o bezprawiu, jakiego dopuszczono się w stosunku do Gawłowskiego.

Jak na dłoni ukazane jest nie tylko bezprawie państwa rządzonego przez PiS, ale jego gnicie Polski. A że Kaczyński nieformalnie zarządza gnijącą Polską, możemy tę metaforę przenieść na niego – jest to gnicie od głowy Kaczyńskiego, bo ryba gnije od głowy. Adwokat Gawłowskiego Roman Giertych był poinformować, iż oficerowie CBA 19 czerwca w celi aresztu śledczego w Szczecinie przesłuchiwali Gawłowskiego. Przecież każdy z nas – niekoniecznie znający prawo – wie, że przesłuchiwać podejrzanego na tym etapie może tylko prokurator i to w obecności adwokata. Otóż oficerowie CBA przedstawili Gawłowskiemu propozycję, aby obciążył swoich kolegów partyjnych: „liderów obecnych i byłych jakimikolwiek zarzutami w zamian za odstąpienie od przedłużania aresztu”.

Przez 3 lata PiS destruuje państwo, przez 3 lata szukają cokolwiek na poprzedni rząd PO-PSL. I niczego nie znaleźli. Nic i nic znajdują.

PiS jest zepsute od głowy Kaczyńskiego. Postaci samej w sobie nikczemnej, możemy się zastanawiać – a dobrzy pisarze pokusić napisania dzieła – jak to się stało, że daliśmy się zainfekować tak zepsutej głowie Kaczyńskiego, która niczego dobrego nie wyprodukowała.

>>>

Koniec PiS już czuć, nie zdążą wyprowadzić Polski z Europy

Zwykły wpis

https://twitter.com/ZbigniewHoldys/status/1019668650184335361

Budka do PiS: Obiecuję, was Trybunał Stanu nie minie

– Nowy pseudo prezes SN będzie szefem Trybunału Stanu. Ale obiecuję, was ten Trybunał Stanu nie minie i nie jesteście w stanie się schować za nowym prezesem SN – stwierdził Borys Budka w Sejmie w trakcie I czytania projektu dot. prokuratury, a w praktyce SN i KRS. Poseł PO zgłosił – w imieniu klubu – wniosek o odrzucenie projektu w I czytaniu.

Budka: Nawet nie kryjecie, że chodzi tylko o to, by szybką ścieżką, poprzez partyjną KRS, do SN wpuścić takich Misiewiczów wymiaru sprawiedliwości

– To kolejny bubel prawny, ale to dowód na to, że nigdy nie było żadnej reformy. Od samego początku chodziło wam o kadry. Zrobiliście to z premedytacją. Zablokowaliście najpierw TK, wysyłając tam osoby, które udają sędziów, prezesa, tylko po to, by wasza nomenklatura była nietykalna. KRS tak naprawdę stała się przybudówką Nowogrodzkiej. To, co pokazała KRS, udowadnia, że nie ma żadnej reformy. Jeżeli prokurator stanu wojennego rozlicza sędziego Zabłockiego, to to pokazuje wasz stan umysłu. Jesteście największymi hipokrytami w dziejach III RP. Przysłaliście teraz do Sejmu ustawę, która niczego nie naprawi. Co więcej, nawet nie kryjecie, że chodzi tylko o to, by szybką ścieżką, poprzez partyjną KRS, do SN wpuścić takich Misiewiczów wymiaru sprawiedliwości. Przewidujecie, że bez żadnego trybu, to, co wasz szef najbardziej lubi, możecie umieścić w SN. Klasyczne BMW – biernych, miernych, ale wiernych. Chcecie wsadzić do SN sędziów o zerowych standardach moralnych, którzy będą ulegli tej władzy. Dlaczego? Właśnie dlatego, by uniewinniać tych, którzy będą tak, jak jw tej chwili, doić Polskę na wiele set milionów złotych – stwierdził Borys Budka w Sejmie w trakcie I czytania projektu dot. prokuratury, a w praktyce SN i KRS.

Schetyna: PiS nie tylko chce zmienić ordynację do PE, ale do parlamentu krajowego. To wstęp do tego

– To nie kwestia zysku czy korzyści Platformy czy innych dużych partii. To ordynacja wyborcza, która ma przede wszystkim preferować PiS i wyeliminować te wszystkie mniejsze komitety, partie polityczne. PiS bardzo wyraźnie, demolując poprzednią ustawę, ordynację, chce wziąć całą pulę i dlatego protestujemy – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

Jak dodał, Polska nie jest krajem dwupartyjnym, a projekt zmian w ordynacji demoluje parlamentarną demokrację. – Nie tylko chcą zmienić tę ordynację [do PE], ale chcą zmienić ordynację do parlamentu krajowego i to jest po prostu wstęp do tego – stwierdził przewodniczący PO.

Schetyna: Ci wszyscy politycy, którzy ubierają się w antyPiS-owskie szaty, a zajmują się tylko tym, żeby atakować opozycję, są po prostu pożytecznymi idiotami

– Ci wszyscy politycy czy ci, którzy aplikują do dojrzałej, dorosłej polityki, a ubierają się w takie antyPiS-owskie szaty, a zajmują się tylko tym, żeby atakować opozycję czy partie opozycyjne, polityków opozycji, czyli głównie Platformę, są po prostu, i mówię to z przykrością, pożytecznymi idiotami. Robią rzeczy, które są absurdalne. Chcąc budować front anty-PiS i chcąc skutecznie walczyć z PiS-em, atakują opozycję. W tej wypowiedzi nie mówię o Robercie Biedroniu, bo akurat go znam. Mówię, ze takie wypowiedzi zaświadczają to, że nie mają kompletnie dojrzałości politycznej – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”, pytany o słowa Roberta Biedronia nt. PO i opozycji.

Schetyna: Nie po to przychodzi się do polityki, żeby kogoś z niej wykluczać. To kompromitacja Wassermann i całej komisji

– [Jacek Rostowski] nie występował tam [przed komisją śledczą ds. Amber Gold] jako przedstawiciel Platformy. [Nie odciął się] bo jest członkiem Platformy i płaci składki, ma swoje doświadczenia. Ale został zaproszony nie jako przedstawiciel [Platformy]. Myślę, że [wypadł] tak bardzo ofensywnie, brawurowo bym powiedział. Pokazał, że ta komisja jest absurdalna i nie dość, że nie ma pomysłu na to, co ma robić, to jeszcze zapraszanie byłych polityków czy byłych urzędników poprzednich rządów tylko dlatego, że są z Platformy, żeby z tego zrobić jakąś polityczną hucpę, jest po prostu śmieszne. Skompromitował tych, którzy to robią – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

– Ona [Małgorzata Wasserman] powiedziała, że przyszła do polityki, żeby takich ludzi jak Rostowski czy takich ludzi, jak rozumiem, ci który tworzą Platformę, wyprowadzić z polityki, żeby kogoś nie było w polityce, żeby Platformy nie było w polityce. To kompromitujące – dodał przewodniczący PO

„Nie po to przychodzi się do polityki, żeby kogoś z niej wykluczać. To kompromitujące, jeżeli ktoś, kto jest wybranym posłem i reprezentuje wyborców, mówi, że w polityce jest po to, żeby kogoś z polityki wykluczyć, to kompletna kompromitacja i to chcę bardzo wyraźnie powiedzieć i będę zawsze to powtarzał. To kompromitacja i pani Wassermann i całej tej komisji. Pokazała tym zdaniem, dlaczego ona nie powinna być w polityce”

Wielka nerwowość panuje w obozie #PiS. I słusznie towarzysze. Wasz czas się kończy. Zaczyna się czas rozliczeń. #koniecpis #StopGłupocie #stopdyktaturze

Hairwald

Chyba nie chcielibyśmy, by okazało się to prawdą…

Były już szef MON, Antoni Macierewicz zaledwie w ciągu dwóch lat rządu doprowadził polską armię na skraj katastrofy. Dlaczego? Popsuł zbrojeniowe kontakty z Francją, odwoływane były kolejne przetargi na zakup broni, w efekcie więc nie ma nowoczesnego sprzętu. Jakby tego było mało, z wojska wydalono przeszło połowę wyższych dowódców.

W Internecie nie brakuje spekulacji na temat powodów tamtych fatalnych decyzji. Teraz otrzymały one nowe paliwo. Miały ich dostarczyć wydarzenia ostatnich dni w Stanach Zjednoczonych, czytamy w portalu natemat.pl. Otóż w USA aresztowano rosyjskiego szpiega. To 29-letnia Rosjanka, która zdaniem amerykańskich mediów miała się spotykać z kongresmenem Dana Rohrabacherem. Dla Polaków nie jest to nazwisko obce. Kilkukrotnie spotykał się z nim ówczesny szef MON Antoni Macierewicz.

Tomasz Siemoniak na Twitterze sprawę kwituje bez ogródek (ironizując przy tym, że mowa o „najlepszym ministerze w historii”): „Rohrabacher – kongresmen współpracujący z Macierewiczem. Odwiedzający Macierewicza w…

View original post 1 452 słowa więcej