Tag Archives: Krzysztof Tchórzewski

Biereckiemu na kontach szwajcarskich należałoby zrobić kipisz, jak Kwinto Kramerowi w „Vabank 2”

Zwykły wpis

Jeszcze w środę  pan senator z pełną nonszalancją przekonywał dziennikarzy, że nie był przesłuchiwany w sprawie afery SKOK Wołomin i dodał przed kamerami TVN24, że nawet „Z przyjemnością się zjawię, bo na pewno mam wiele do powiedzenia”.

Mleko się jednak rozlało, bo  szef Prokuratury Krajowej Bogdan Święczkowski poinformował nagle, że senator PiS był wcześniej przesłuchany. Dopiero wtedy Bierecki  „uzupełnił” swoją wypowiedź. Przyznał, że do przesłuchania doszło „chyba w 2016 roku”.

„Wczoraj pytanie było, czy byłem przesłuchiwany po zatrzymaniu i przedstawieniu zarzutów kierownictwu KNF, wtedy odpowiedziałem, że nie” – tłumaczył pokrętnie dziennikarzowi TVN24. Dodał, że przesłuchanie dotyczyło „sprawy, w której zostały przedstawione zarzuty kierownictwu KNF”.

Obok wielu innych podejrzeń, to nie jedyna niekonsekwencja i niejasność w dość oszczędnej argumentacji pana senatora, dlatego Platforma Obywatelska chce odwołania go z funkcji przewodniczącego komisji budżetu i finansów.

Senator PO Leszek Czarnobaj tłumaczył podczas konferencji prasowej, że senator Bierecki to „ważny element całej afery SKOK i nie powinien piastować takiej funkcji”.

Dodatkową niechęć wobec Grzegorza Biereckiego wzbudziła jego cyniczna wypowiedź na temat napadu na byłego wiceszefa  KNF – Wojciecha Kwaśniaka. Powiedział dziennikarzom, że co prawda, nie zna przyczyn tego zdarzenia, ale „to nie jest tak, że bandyta zawsze bije tego dobrego”.

Depresja plemnika

Do fundacji „Nie lękajcie się” zgłosiły się trzy kolejne ofiary księdza Henryka Jankowskiego. – Opisują, jak ksiądz Jankowski się przy nich masturbował czy dotykał ich w miejscach intymnych – mówi prezes fundacji w rozmowie z „Super Expresem”.

Jak informuje „Super Express”, do fundacji „Nie lękajcie się” od momentu nagłośnienia sprawy prałata Jankowskiego zgłaszają się kolejne ofiary, które opisują, że w przeszłości były przez niego molestowane.

Henryk Jankowski. Kolejne zarzuty o pedofilię

Zgłoszenia od kolejnych ofiar księdza Jankowskiego przychodzą do fundacji „Nie lękajcie się” między innymi w formie listów. Nie wszystkie z ofiar chcą ujawniać swoje dane osobowe. W ostatnich dniach do „Nie lękajcie się” zgłosiło się trzech mężczyzn z Gdańska, Anglii i Niemiec, którzy opisują, że byli przez niego molestowani.

– To trzech dorosłych mężczyzn, którzy na przełomie lat 80. i 90. mieli po kilkanaście lat – mówi prezes fundacji „Nie lękajcie się” Marek Lisiński w rozmowie z „Super Expressem”.

Jak dodaje…

View original post 1 251 słów więcej

Czy elektrowstrząsy społeczne zabiją PiS?

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki nikomu nie wywrócił stolika, jak chcą niektórzy publicyści, odnosząc się do sejmowej bufonady  premiera z wotum zaufania. Niezależnie od tego, jak wypadnie piątkowe wotum nieufności wobec niego, które zgłosiła Platforma Obywatelska, afera KNF nie zostanie zamieciona pod dywan, a jej przerzut na SKOK Wołomin jest zdecydowanie wrażliwszy społecznie, bowiem walczący z mafijnymi układami Wojciech Kwaśniak niemal zapłacił życiem, dzisiaj jasno artykułuje, z jakimi osobnikami się mierzył. Zaś stając przeciw niemu Grzegorz Bierecki i Zbigniew Ziobro bez umawiania się mówią językiem przestępców z Wołomina.

Morawiecki swoją bufonadę przeniósł do Brukseli, gdzie o sporze z Komisją Europejską ws. Sądu Najwyższego i w ogóle sądownictwa w Polsce stosuje sztuczkę z wyciągniętą ręką, premier uważa, że jedną nowelą PiS cofnął demolkę sądownictwa i oczekuje od Komisji Europejskiej, a w szczególności od wiceszefa KE Fransa Timmermansa wycofania skargi z Trybunału Sprawiedliwości UE. Morawiecki jednak mówi to do naszej publiki, bo na unijnych salonach podkula ogon, tam takie prostackie manipulacje nie działają.

PiS ma kłopot z podwyżką cen prądu, różne płyną na ten temat komunikaty, zarówno od ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, jak i spółek energetycznych. Podwyżki będą i to bardzo duże, zarówno dla przedsiębiorców, którzy już podpisują umowy na dostarczenie energii z nowymi cenami, jak i dla gospodarstw indywidualnych. W tej chwili mamy chaos informacyjny, ale to jest jedna z metod pisowskich.

Głowę może dać Tchórzewski i być zdymisjonowany, na kogoś trzeba zwalić winę, ale może być i tak, że PiS przewidując kolejne afery zdecyduje się na przyspieszone wybory i zechce z podwyżkami cen prądu przeczekać do okresu powyborczego. Tak pomyślana była sztuczka z wotum zaufania. Po nich choćby potop.

Jarosław Kaczyński nie może jednak spać spokojnie. Tadeusz Rydzyk całkiem poważnie myśli o starcie swojej partii w wyborach. Ruch Prawdziwa Europa kuma się z Ruchem Narodowym, z tego może powstać koalicja przypominająca neofaszystowski podmiot polityczny księdza Jozefa Tiso. Gdyby tak miało się stać, to Mateusz Morawiecki na 28. urodzinach Radia Maryja na skakałby hopsasa w hołdzie ojcu dyrektorowi.

Nawet jeżeli ceny prądu nie zabiją  PiS, to na pewno ich nie wzmocnią, bo elektrowstrząsy społecznę będa miały miejsce, gdyż Polacy obawiają się – i słusznie – że podwyżki cen prądu są nośnikami podwyżek cen w ogóle.

>>>

Konstytucja na plecach i piersiach porządnych Polaków. Justyna Steczkowska jak każdy artysta jest przeciw bezprawiu PiS

Zwykły wpis

Od pewnego czasu słowo „Konstytucja” nabrało nowych znaczeń – poza najwyższym aktem prawnym służy jako manifest. Na przykład niezgodę na politykę, uprawianą przez partię rządzącą. Bywa hasłem wykrzykiwanym podczas manifestacji przeciwników władzy i popularnym nadrukiem na koszulkach.

Tak rozumie je Lech Wałęsa, który nie rozstaje się z koszulkami czy bluzami, ozdobionymi napisem „Konstytucja”. Jak przypomina portal naTemat, w takim właśnie stroju były prezydent poleciał na pogrzeb George’a Busha. Jak powiedział były prezydent w rozmowie z Radiem Zet, miał 50 koszulek z Konstytucja, ale połowę rozdał. I dodał, że jeśli sytuacja w Polsce się nie poprawi, chce „być w koszulce z Konstytucją pochowany i spalony” – czytamy w portalu.

Po słynne dziś hasło sięgnęła też ostatnio Justyna Steczkowska. Trzeba przyznać, w nietypowy sposób. Otóż podczas koncertu artystka wystąpiła w białej koszuli, która wyglądała z przodu, jakby była zakrwawiona.

Gdy się odwróciła, jej fani mogli zobaczyć napis „Konstytucja”.

Wyglądał, jak napisany palcem, umoczonym we krwi. Jak wynika z hasztagów, jakimi Steczkowska opatrzyła na Instagramie zdjęcie z koncertu, wizerunek miał nawiązywać do piosenki Grzegorza Ciechowskiego „Moja krew”.

W Internecie zawrzało, a fani artystki podzielili się na zwolenników i przeciwników „manifestacji” w wykonaniu popularnej artystki.

Depresja plemnika

Pierwszy taki sondaż.

Według sondażu IBRIS dla dziennika „Rzeczpospolita” w wyborach do Parlamentu Europejskiego największym poparciem Polaków cieszy się Koalicja Obywatelska z wynikiem 34 punktów procentowych i PiS z takim samym wynikiem. Na trzecim miejscu znalazł się Ruch Biedronia z wynikiem 8 pp. Pod podium znalazł się SLD (5 pp.), Kukiz (5 pp.), PSL (4 pp.). Najniższe poparcie zyskała partia Rydzyka – Ruch Prawdziwa Europa – 2 pp.

Co ciekawe – przeprowadzone też drugie badanie bez uwzględnienia partii Rydzyka. Tu wyniki są już inne: PiS 37, KO 34, RB 7, SLD 5, Kukiz 5, PSL 4. Wyniki sondaży wywołał spore zaskoczenie wśród polityków zarówno opozycji jak i rządu.

Samorządowa konwencja PiS w Szczecinie. Na sali słychać gromki śmiech. To reakcja działaczy na dowcip opowiedziany przez Mateusza Morawieckiego. – Znacie pewnie tę anegdotę, jak do tego premiera, który rządził siedem lat chudych, niedawno dzwoni kuzyn i pyta: „Co robisz?”. „Nic…

View original post 2 833 słowa więcej

Ceremonie pogrzebowe PiS

Zwykły wpis

Kazimierz Marcinkiewicz określił wyjazdową sesję PiS w Jachrance stypą: „Jak się spojrzy na spotkanie PiS w piątek i wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego, to widać, że to stypa”. I bodaj to najtrafniejsze określenie tego, co dzieje się w partii Kaczyńskiego.

PiS dał się przyłapać na grze obłudnika. Henri Bergson pisze o świętoszku Tartuffe, że on gra świętoszka i tak mu weszła rola w krew, iż już inaczej nie potrafi. Jest świadomy swojej śmieszności. Tak jest z partią Kaczyńskiego, klaskali w reakcji na słowa na słowa prezesa, ale nie wierzyli w jego słowa.

W każdej ideologii, reżimie, autokracji, nie za dużo mówią o niej słowa krytyczne, ale prawda materialna, która jest na zewnątrz. W tym wypadku na twarzach polityków PiS. Będą zakłamywać, ale będą chcieli, abyśmy nie wierzyli w ich absurdy (paradoks, prawda?), dlatego nie słuchajmy ich, ale patrzmy na „prawdę”, która jest obok.

PiS ma jeden cel, chce już tylko przetrwać do wyborów. Nie mają innych celów. Wszystko im się sypie. Z powodu demolki Polski, którą poczynili w każdej sferze, bo skorzystali z dobra wypracowanego przez poprzedników, sypie im się także z powodu kadr. Ta partia nie ma ludzi kompetentnych, nie ma w niej kreacji, jest tylko reaktywność („PO-PSL przez 8 lat…” i podobne lelum-polelum) wyartykułowana przez Kaczyńskiego w Jachrance.

Te braki jednak spowodują, że sięgną po polityczny idiom igrzysk. Będą ścigać i nie dlatego, aby posadzić, ale by zająć czymś publikę, aby odciągnąć od rzeczywistych problemów, które stoją przed społeczeństwem, przed Polakami, przed Polskę.

Pierwszy lepszy przykład. Zawłaszczanie państwa przez PiS widać jak na dłoni w spółkach energetycznych, w których siedzą pociotkowie Morawieckich, Dudów, Kaczyńskich i pozostałego drobiazgu nepotyzmu – celnie nazwanego przez jednego z politytków Platformy: szarańczą.

Szarańcza doprowadziła do tego, że od następnego roku ceny prądu wzrosną o kilkadzisiąt procent. Ostrożnie przewiduje się 30-40 proc., może to być nawet 70-80 proc., a może więcej. Jaki mają pomysł, aby oddalić katastrofę gospodarstw domowych? A taki by sfinansować podwyżki z publicznych pieniędzy, czyli wziąć od nas i naszymi pieniędzmi zrekompensować. Ale i tak odbije się to na cenach produktów i usług. Zresztą Unia Europejska może finansowanie spółek energetycznych zahamować, bo tak się nie gospodarzy, tylko kradnie.

Owe udawactwo jest o tyle śmieszne, że te rekompensaty mają dotyczyć tylko roku 2019, czyli przetrwania do wyborów, bo po nich dla Morawieckiego, Kaczyńskiego, dla ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, choćby potop.

I w tym momencie kończy się Tartuffe. Dopóki wierzył, ze gra, że jest śmieszny, można było przeżyć. Ale gdy wierzy, że jest prawdziwy, że postępuje właściwie. to… Odwołam się do Bergsona: „… jest wstrętny”.

Jest nie do przyjęcia, bo prowadzi do prawdziwej katastrofy. Politycy PiS nie są żadnymi orłami, to podrzędny gatunek fachowców, ale i oni mieli świadomość, iż ich Tartuffe Kaczyński urządził stypę. Gdyby tylko ona dotyczyła PiS, można byłoby jakoś owe szemrane towarzystwo pożałować, ale ta stypa może dotyczyć Polski. Dlatego nie dajmy się nabrać, nie pozwólmy im grać na naszych emocjach. Nalezy obnażać te zakłamane maski, zdzierać im z gęby. Te potwory mogą zrobić z Polski potwora Europy, a z nas podobne niedobitki cywilizacyjne.

>>>

Bździna Kaczyńskiego – poseł Matuszewski

Zwykły wpis

W polityce, podobnie jak w meczu piłki nożnej, sytuacja potrafi odwrócić się jak w kalejdoskopie, co właśnie bardzo boleśnie odczuwa Prawo i Sprawiedliwość. Choć minęły zaledwie dwa tygodnie od przesłuchania przed komisją śledczą ds. afery Amber Gold byłego premiera Donalda Tuska, to dziś wydaje się to całą wiecznością. Nie tylko dlatego, że przewodniczący Rady Unii Europejskiej rozniósł w pył przesłuchujących z PiS, ale przede wszystkim z powodu narracji, jaką posługiwała się wówczas Małgorzata Wassermann i jej koledzy. Ta bowiem, po wybuchu afery KNF stawia PiS w fatalnym położeniu.

Dopiero co słyszeliśmy, że za funkcjonowanie i ewentualne zaniedbania Komisji Nadzoru Finansowego odpowiedzialny jest premier, a by wzmocnić swoją tezę, niedoszła prezydent Krakowa nawet dyktowała przepisy ustawy, które to potwierdzają. Dziś PiS zmuszone jest przekonywać, że nadzór premiera Morawieckiego nad KNF jest iluzoryczny, a on sam nie ponosi żadnej odpowiedzialności za funkcjonowanie komisji. Słyszeliśmy także dużo sugestii, że były premier “załatwił” swojemu synowi pracę w prywatnych liniach lotniczych związanych z Marcinem P., co miałoby być przejawem zepsucia i uwikłania premiera w aferę. Tymczasem media żyją dziś fuchą dla syna szefa służb specjalnych w Banku Światowym z polecenia prezesa NBP oraz przy okazji przypomnieniu, że takich fuch dla dzieci polityków PiS jest znacznie więcej.

Kierownictwo partii rządzącej zmuszone zostało do kuriozalnych tłumaczeń, że przecież dzieci gdzieś muszą pracować, a w ogóle nasze dzieci to są zdolne, wykształcone, znające języki, więc nic dziwnego, że pracują na wysokich stanowiskach. Bo przecież PiS to partia wysokich standardów, wróg nepotyzmu i kolesiostwa, nie to co ta “złodziejska opozycja”. Taki przekaz miał wizerunek partii uratować.

Jakaż musiała być wobec tego wściekłość kierownictwa Prawa i Sprawiedliwości, gdy wczoraj popołudniu dziennik Fakt opublikował szczegóły “układu zgierskiego”, którego mózgiem jest poseł PiS Marek Matuszewski. Nie bawił się w półśrodki i ustawienie jedynie swoich dzieci. Jak pisały media, poseł ustawił całą swoją rodzinę. Na państwowe posady i miejsca na listach PiS mogą liczyć: córka, syn, chrześniak, cioteczna siostra żony, jej mąż, syn i jego żona, dyrektor biura posła i jego brat oraz ich krewniacy. 

Rozmachu posła Matuszewskiego jednak w centrali na Nowogrodzkiej nie docenili. Jak poinformowała wczoraj na Twitterze rzeczniczka PiS Beata Mazurek, decyzją samego prezesa Kaczyńskiego poseł został zawieszony w prawach członka PiS. Zdaniem prezesa działał on na szkodę Prawa i Sprawiedliwości.

Pozostaje teraz jednak zadać istotne pytanie. Z tłumaczeń polityków PiS, stających w obronie zatrudnienia syna Mariusza Kamińskiego w Banku Światowym wynika, że zdolne i kompetentne dzieci dostają intratne posady, bo na nie zasługują. Można wręcz interpretować, że są dla tych instytucji wsparciem i wzmocnieniem. Dlaczego zatem obstawienie swoją rodziną spółek i lokalnych list wyborczych przez posła Matuszewskiego jest działaniem na szkodę partii? W partii muszą zadbać o spójność narracji kryzysowej. Na dziś wychodzi im to źle.

* * *

Poseł PiS Matuszewski to bździna Kaczyńskiego.

Depresja plemnika

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro nie pojechał do Brukseli, by bronić swojego rządu przed oskarżeniami o łamanie w Polsce praworządności i fundamentalnej w demokracji zasady niezależności sądownictwa. Na publicznym wysłuchaniu przed komisją Parlamentu Europejskiego rządu RP nie reprezentował w efekcie nikt.

Polska dalej gra z TSUE na zwłokę

Albo stchórzył, albo idzie w zaparte

Przyczyny nieobecności ministra mogą być dwie. Albo Zbigniew Ziobro nie ma argumentów na swą obronę (bo to przecież on forsuje plan osłabienia pozycji sądów i sędziów w Polsce) i w obawie przed kompromitacją zwyczajnie stchórzył. Albo minister sprawiedliwości rządu PiS ma Parlament Europejski, by tak rzec, gdzieś. I ekipa PiS próbuje w tej kwestii nadal iść w zaparte.

Nie bez powodu wypowiadający się eurodeputowani z PiS próbowali zwekslować przesłuchanie na kwestię… dopuszczalności aborcji (Marek Jurek) lub dumy narodowej i win poprzednich ekip rządzących w kwestiach emerytalnych (Jadwiga Wiśniewska).

Czy Trybunał Sprawiedliwości może oceniać polskie sądownictwo

Wykład Timmermansa

Znamienny – i symboliczny – był miniwykład, jakiego kolejny raz udzielił rządowi w Warszawie wiceszef Komisji Europejskiej…

View original post 1 347 słów więcej

Kamyczek bezprawia w ogródku Dudy

Zwykły wpis

Władza PiS nie tylko wywołuje perturbacje polityczne zarówno w kraju, jak i na świecie,  ale przede wszystkim konflikty na poziomie podstawowym: prawnym, logicznym i międzyludzkim.

Jednym z  „bohaterów” afery Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) jest Zdzisław Sokal, który w skład KNF został powołany przez prezydenta Andrzeja Dudę. To jest jedna z pierwszych nominacji Dudy, który ma prerogatywę powołania swojego przedstawiciela. Już 24 września 2015 roku wręczył Sokalowi nominację.

Sokal to ten koleś, od którego wzięła się nazwa przejmowania banków – „plan Sokala”, o którym jest mowa w słynnej zanotowanej na taśmie rozmowie między byłym już szefem KNF Markiem Chrzanowskim a właścicielem Getin Noble Banku Leszkiem Czarneckim.

Chrzanowski straszy owym Sokalem, a konretnie jego planem i mówi do Chrzanowskiego o audycie Sokala, który „mówi, że musi to zrobić, bo inaczej to Sokal go zje”.

Otóż ten „ludojad” Sokal został powołany do KNF nieprawnie, gdyż nominacja Dudy winna otrzymać kontrasygnatę (drugi podpis) premiera rządu. Duda ma w Konstytucji – którą tak lubi łamać – zapis mówiący (art. 144, ust. 2 i ust. 3), na które to stanowiska może powoływać swoich ludzi i nie potrzebuje podpisu premiera. Nie ma wśród nich wymienionego przedstawiciele prezydenta w KNF.

Każdy konstytucjonalista – nawet tak nieprofesjonalna Julia Przyłębska – stwierdzi niekonstytucyjność nominacji Sokala.

Dlaczego zatem Duda nie udał się do premiera, a wówczas tę funkcję sprawowała Ewa Kopacz, aby uzyskać podpis? Za to prezydent nie pójdzie pod Trybunał Stanu, ale to kamyczek do jego skopanego ogródka pod TS.

I teraz mamy kłopot prawny. Czy decyzje i dokumenty podpisane przez Sokala są obowiązujące, czy należy je wycofać? W sferze bankowości może to pociągać za sobą nieobliczalne perturbacje. Polska w tym bardzo ważnym segmencie – ważnym dla inwestorów zagranicznych i lokalnych – jawi się jako państwo operetkowe.

Duda mógłby zaśpiewać strawestowaną arię Jontka (z opery jednak, z „Halki”):

„Szumią jodły na gór szczycie,

a umysł Dudy jest w niebycie”.

Inny kamyczek, jeżeli nie syzyfowy kamień dla wielu, wrzuca każdemu z nas – bo każdy jest konsumentem elektryczności – minister energii Krzysztof Tchórzewski. Prąd zdrożeje w przyszłym roku i to niebotycznie – 30-40 proc., a może nawet więcej.

Otóż bojąc się protestów, Tchórzewski zapewnia, że państwo zrekompensuje każdemu gospodarstwu 100 proc. podwyżki.

Gdzie tu haczyk? Jak zwykle u PiS w rozumie, tzn. w liczeniu na brak rozumu u ciemnego ludu. Jeżeli państwo jest takie opiekuńcze i chce zwracać podwyżki w całości, czy nie może tego dokonać jednym kliknięciem? Podmioty wystawiające rachunki wszak w jednej rubryce mogłyby ujmować podwyżki, które wędrowałyby internetem do centrali i się tam sumowały, a minister jednym kliknięciem dokonywałby przelewu z budżetu na rachunki elektrowni.

Proste? Oczywiście, ale znowu chcą nas orżnąć, bo nie potrafią rządzić, więc znajdą wyjście, aby nie pokrywać podwyżek.

Podwyżki w PRL powodowały w społeczeństwie ruchawki na ulicach m.in w grudniu 1970 roku, zmiotły jedną komuszą władzę zastepując drugą. I tego boi się PiS. Bo gdzie z Nowogrodzkiej ewakuowałby się dzisiejszy Gomułka? Na Żoliborz? Gniew ludu i tam by go dopadł.

>>>

Brunatni, Rydzyk i byleJaki. Polska upada na pysk

Zwykły wpis

Trzydzieści tysięcy wiernych złożyło swe podpisy pod zawiadomieniem do prokuratury w sprawie bilbordów z obliczem T. Rydzyka. W ramach akcji „Konwój wstydu” przedefilował on przez kawał Polski, by donieść rodakom, że między innymi właśnie duchowny z Torunia zgarnął 94 mln zł dotacji. „Wstyd, oddajcie kasę” – brzmiał napis umieszczony pod portretem wielebnego.

Zawiadomienie było gotowe i czekało na zainteresowanych na łamach „Naszego Dziennika”. Wystarczyło wyciąć, podpisać, włożyć do koperty i wysłać pod wskazany adres. I toruńscy wierni nie zawiedli.

Uprzejmie informuję, że przygotowanie oraz prezentowanie w miejscach publicznych oraz w mediach billboardu, na którym w sposób bezprawny zamieszczono wizerunek Ojca dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, Dyrektora Radia Maryja, oraz nieprawdziwe i krzywdzące informacje o treści: „Tadeusz Rydzyk wziął 94 mln zł dotacji. Wstyd. Oddajcie kasę”, może stanowić czyn karalny. Mając na uwadze powyższe, wnoszę o zajęcie się sprawą” – brzmiała treść „dokumentu”.

Wyznawcy toruńskiej religii natknęli się jednak na opór śledczych, którzy uznali, że śledztwa nie będzie sprawie z powodu „braku interesu społecznego”.

Poradzili, że pokrzywdzony mógłby sam skierować samodzielny akt oskarżenia. Tymczasem, „Pokrzywdzony zawiadomienia o przestępstwie nie zgłosił – powiedział zastępca prokuratora rejonowego Toruń Centrum-Zachód Bartosz Wieczorek w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”.

„Brawo śledczy! Odwaga cywilna zaczyna być w cenie” – komentują decyzję śledczych internauci.

Ale taki np. ks. prof. Paweł Bortkiewicz – ten sam, który opozycję nazwał „bandą przygłupów”, której miejsce jest w więzieniu –  jest święcie oburzony decyzją śledczych. „Zdumiewa uzasadnienie prokuratury, zwłaszcza w czasach, w których doceniane są takie wartości, jak kapitał zaufania społecznego” – podkreśla.

Grzmi również biskup Ignacy Dec ze Świdnicy: „Obecność prawdy w życiu publicznym jest sprawą interesu publicznego. Jeżeli państwo i wymiar sprawiedliwości o to nie zadba, to będzie źle ze społeczeństwem” – zauważa duchowny.

A tak by się przydało… W wyemitowanym na antenie TVP materiale chciano pokazać protest mieszkańców niezgadzających się z decyzją władz Warszawy. Informacja o proteście widniała już na pasku informacyjnym TVP, a telewizyjny reporter rzucał się już na przechodniów z gradem pytań… Chodziło o projektowane zwężenie ulicy Górczewskiej. Na odcinku od alei Prymasa Tysiąclecia do ul. Młynarskiej jezdnia ma mieć po dwa pasy ruchu w każdym kierunku. Zwężenie ma spowodować zmniejszenie natężenia ruchu samochodów w tym miejscu i zwiększenie komfortu pieszych.

Nie udało się jednak, bo wbrew oczekiwaniom mieszkańcy najbliższej okolicy są wręcz za…

Górczewska to jedna z głównych arterii Warszawy, którą codziennie przejeżdżają tysiące samochodów. Pod koniec czerwca tego roku stołeczny ratusz wydał decyzję o zwężeniu odcinka ulicy z trzech pasów do dwóch. Wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska tłumaczyła wówczas, że obecnie arteria „wtłacza” do stolicy za dużo pojazdów.

„Chcemy to zmienić. Budowa II linii metra, parkingów Parkuj i Jedź czy poprawa siatki połączeń komunikacji miejskiej to sposoby zachęcenia mieszkańców do tego, by korzystali z transportu zbiorowego. Dlatego też podjęliśmy decyzję o zwężeniu wolskiego odcinka ulicy Górczewskiej do dwóch pasów” – oznajmiła Kaznowska.

Reporter telewizji podchodził więc do mieszkańców, od których chciał się dowiedzieć, dlaczego są przeciwni zwężeniu arterii.

„Jaki problem spowoduje zwężenie ulicy Górczewskiej, jak państwa zdaniem ten komfort życia się pogorszy?”  – zapytał „protestujących”.

„Tutaj są dwa pasy w jedną stronę, to nie jest tak, że będzie jakiś armagedon. Ciężko powiedzieć, że to będzie zwężenie. Dla mnie to jest cywilizacja, czyli tak, jak to powinno wyglądać. Czyli drzewa, ławki dla starszych osób” – mówiła warszawianka. „Niestety wiemy, że samochody są główną przyczyną złej jakości powietrza” – dodała.

Reporter TVP zapytał więc o wypowiedź innego mieszkańca.

„Uważam, że ulica Górczewska powinna zostać zwężona. Jest bardzo duże niebezpieczeństwo, że ruch spoza stolicy będzie się kumulował na ulicy Górczewskiej.  Tutaj się nie da oddychać” – argumentował „protestujący”.  „Wszystkie chodniki będą zawalone samochodami i to będzie gigantyczny problem dla ludzi, którzy mieszkają tu, wzdłuż Górczewskiej, na Woli” – dodał mężczyzna.

Reporter TVP zapytał w końcu: – No tak… to zwęzić, czy nie zwężać? „Uważam, że zwężać” – zamknął dyskusję mieszkaniec, który miał protestować przeciwko decyzji władz Warszawy.

„Kiedy chciałeś udowodnić, że wszyscy są przeciwni cywilizowaniu miasta, a okazuje się, że okoliczni mieszkańcy domagają się większej liczby drzew, dróg rowerowych i uspokojenia ruchu samochodów!”  Tak reportaż TVP skomentowała na Facebooku organizacja Warszawski Alarm Smogowy, która walczy o poprawę jakości powietrza nad Warszawą i okolicami.

Nie w smak to telewizji publicznej, zwłaszcza że plany stołecznego ratusza dotyczące ul. Górczewskiej krytykował Patryk Jaki. Zapowiadał, że gdy zostanie prezydentem Warszawy, zwężenie arterii nie dojdzie do skutku.

Waldemar Mystkowski pisze o nowych ustaleniach w sprawie afery podsłuchowej.

Władysław Pasikowski realizując „Pokłosie” chciał nam uzmysłowić, jak w imię dumy narodowej zakłamuje się historię, jak w imię tej dumy dokonuje się zbrodni. Jedwabne było pokłosiem międzywojennego antysemityzmu, źle pojętego polonizmu, który tworzył fałszywe klisze historyczne i narodowe. Tak było kiedyś, tak też jest dzisiaj. Takim założonym z góry fałszem była nieszczęsna ustawa o IPN – i tak naprawdę była w swoim rdzeniu antypolska. Każdy fałsz jest wstydem, a źle pojęta duma narodowa jest wstydem zbiorowym.

Źle pojętą dumę narodową odświeża PiS, partia, która propaguje wartości, bo te pod ich powierzchnią, pod pozłotką są fałszywe, bezwartościowe, bezrefleksyjne.

PiS staje także na czele nowego pokłosia. Zdobycia i utrzymania władzy za pomocą wszelkich dostępnych środków, w tym bezprawnych, a także za pomocą ludzi podejrzanego autoramentu.

Afera podsłuchowa, która wybuchła w 2014 roku i spowodowała poważne – i zdaje się decydujące – tąpnięcie zaufania Polaków do wówczas rządzącej koalicji PO-PSL, od początku wyglądała na sztucznie wykreowaną. Na taśmach z restauracji „Sowa @ Przyjaciele” padło kilka mocnych słów, niekoniecznie miłych dla ucha określeń, np. Polskie Inwestycje Rozwojowe to „ch…j, du…a i kamieni kupa”. Taka tam publicystka w knajackim wydaniu, zaś niektórzy politycy zamawiali u podsłuchujących ich kelnerów ośmiorniczki.

Były to czasy bardzo spokojne i takie nic wywołało polityczne trzęsienie ziemi. Donald Tusk wówczas sugerował, iż podsłuchy mogą mieć inspirację z zewnątrz.

Dzisiaj coraz więcej dowiadujemy się o zleceniodawcach podsłuchów, które skutkują pokłosiem politycznym w postaci rządów PiS. Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” pisze, iż zleceniodawca podsłuchów Marek Falenta zaofiarował je w 2013 roku politykom PiS, a ci tak je rozegrali, iż podejrzenia nie padło na PiS ani na media związane z partią Kaczyńskiego.

Zauważmy, podsłuchy były rozgrywane przez Mariusza Kamińskiego, którego wiarygodność jest zerowa, bo to facecik z wysokim wyrokiem, choć został ułaskawiony wbrew prawu przez Andrzeja Dudę.

Jeżeli tę aferę rzucimy na większy ekran historii, ukażą się kolejne poszlaki. Przede wszystkim Falenta był biznesmenem, który handlował z Rosjanami paliwami i który z nimi miał nieuregulowane rachunki. Czy stamtąd nie doszło do pomocy i inspiracji? A przy tym PiS jest wygodnym ugrupowaniem politycznym dla Kremla, dzisiaj nawet toczka w toczkę realizuje program rozbijania Unii Europejskiej.

Podobnie Kreml rozgrywa politykę wewnętrzną we Włoszech, w Austrii, pomysłem Putina wydaje się być Donald Trump.

Oczywiście, poruszamy się wśród poszlak i miękkich podejrzeń, bo szpiegostwo, agenci wpływu, a nawet pożyteczni idioci są zwykle bezkarni, gdy mamy do czynienia z korzyściami, jakie odnosi duża – w tym wypadku rządząca – formacja polityczna. Afera podsłuchowa ma więc swoje pokłosie w postaci rządów PiS.

Więcej – władza PiS w tym kontekście wygląda na z nieprawego politycznie i bezprawnego łoża. Bękart, bastard. Afera podsłuchowa czeka na swojego Tomasza Piątka, który poświęci ogrom czasu jej pokłosiu i zaryzykuje.

>>>

PiS-owscy ministrowie nie chcą oddawać nagród

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki na unijnych szczytach wypada znacznie gorzej niż Beata Szydło.

Jeśli za powołaniem Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera stała chęć poprawienia notowań Polski na arenie międzynarodowej, to po 100 dniach można mówić o kompletnym niepowodzeniu tego planu.

Załagodzenie konfliktu z Brukselą w przeddzień bardzo ważnych dla Polski negocjacji o nowym unijnym budżecie miało być jednym z głównych powodów odwołania Beaty Szydło ze stanowiska premiera i zastąpienie jej Morawieckim. Zabieg się nie udał. Wydało się, że nowy szef rządu nie dostał od prezesa Jarosława Kaczyńskiego żadnego pola manewru w sprawie procedury praworządności. Ale nie tylko to. Zaskakująco słabe okazało się też rozeznanie Morawieckiego dotyczące strategii postępowania i zabiegania o nasze interesy na forum UE. W efekcie po raz pierwszy od lat Polska nie została zaproszona na szczyt strefy euro, który zaplanowano na najbliższy piątek.

A ma on przecież debatować o reformach, które będą miały konsekwencje również dla naszego kraju. – Z poprzedniego szczytu euro Morawiecki nagle wyjechał (bo spieszył się na opłatek PiS w Sejmie – red.). Przekazał prawo głosu Orbánowi, ale ten w ogóle się nie wypowiadał. No to Emmanuel Macron zaproponował, żeby następny szczyt strefy euro odbył się już w gronie 19 państw – mówi „Rzeczpospolitej” nieoficjalnie unijny dyplomata.

Tym samym wielkie osiągnięcie rządu premiera Tuska, czyli żadnej dyskusji o strefie euro bez państw, które są zobowiązane do przyjęcia wspólnej waluty, zostało zaprzepaszczone. W przyszłości Polska będzie się musiała dostosowywać do decyzji, do debatowania nad którymi nie została dopuszczona.

Z naszych informacji wynika, że wystąpienia polskiego premiera na posiedzeniach Rady Europejskiej nie wnoszą niczego nowego. Były nadzieje na zmianę, bo nieco prowincjonalną polityczkę miał zastąpić znający języki obce bankier.

Ale na razie wypada on gorzej na unijnych szczytach niż Beata Szydło. Może dlatego, że ważnym elementem dobrego przygotowania i forsowania swoich interesów na tym forum są kontakty z przewodniczącym Rady Europejskiej. To on decyduje o agendzie spotkania, to on konsultuje się ze wszystkimi przywódcami i może podszepnąć, jak przedstawić swoje racje.

Beata Szydło, do czasu słynnego posiedzenia Rady, które decydowało o reelekcji Donalda Tuska, regularnie rozmawiała z byłym polskim premierem. Morawiecki unika go jak ognia. Nie odpowiedział na zaproszenie do spotkania, zawarte w liście gratulacyjnym. Ani już na to bezpośrednio przedstawione mu w kuluarach jednego ze szczytu. – Najpierw zaakceptował, ale po nerwowych telefonach się wycofał – mówi nam osoba z otoczenia Tuska. To rzecz niebywała w UE, gdzie wszyscy członkowie Rady Europejskiej, szczególnie ci nowi, spotykają się z Tuskiem.

Morawiecki od początku natomiast zaangażował się w dialog z przewodniczącym innej ważnej unijnej instytucji – Komisji Europejskiej. Spotkał się już dwukrotnie na dłuższą rozmowę z Jeanem-Claude’em Junckerem, on sam i minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz rozmawiali też z Fransem Timmermansem, odpowiedzialnym za prowadzoną przeciw Polsce procedurę o naruszenie praworządności.

Z dzisiejszej perspektywy trudno ocenić, jaki był cel tych ożywionych kontaktów. Czy Morawiecki miał nadzieję, że same miłe rozmowy skłonią Komisję do zmiany oceny sytuacji w Polsce? Czy to, że w międzyczasie Jarosław Kaczyński zgodzi się na niektóre zmiany w ustawach sądowniczych, które postuluje Komisja? Czy też, że podziałają groźby wzrostu eurosceptycyzmu w polskim społeczeństwie w reakcji na ewentualne restrykcje ze strony Brukseli? A może liczył, że przekona państwa członkowskie do ominięcia Komisji i wejścia w bezpośrednie rozmowy między stolicami, w których ważniejsze od eksperckiej analizy sądownictwa w Polsce byłyby polityczne interesy? Jakiekolwiek były jego kalkulacje, nie sprawdziły się. – Dobrze, że jest dialog, ale żeby miał sens, to muszą być konkrety – powtarzał Timmermans.

Tymczasem polski rząd nie zaproponował żadnych zmian w ustawach. Przedstawił białą księgę polskich reform, którą miał nadzieję przekonać wszystkich o sensie zmian w Polsce. Pogorszył jednak sytuację poprzez porównania nowych polskich rozwiązań do rzekomo analogicznych stosowanych w innych państwach UE. Takie kraje, jak: Niemcy, Francja czy Hiszpania, wprost mówiły, że zawarte tam informacje są w najlepszym razie niepełne, a nawet fałszywe. Timmermans, który uczestniczył we wtorkowej dyskusji ministrów na temat Polski, przyznał, że te porównania nie zostały dobrze przyjęte. – Procedura wynikająca z artykułu 7.1 będzie kontynuowana – potwierdził Holender. W najbliższych dniach Komisja oceni polską odpowiedź na jej rekomendacje, ale ponieważ konkretów nie ma, to sprawa wróci 12 kwietnia na radę unijnych ministrów. I w końcu dojdzie do głosowania o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Wszystko to źle rokuje perspektywie dyskusji nad kluczowymi dla Polski sprawami, jak budżet, Nord Stream 2 czy delegowanie pracowników w transporcie międzynarodowym.

O podobnej klęsce można mówić w relacjach z innymi polskimi strategicznymi partnerami, USA i Izraelem, spowodowanej ustawą o IPN. I znów z pewnością część problemu wynika z braku samodzielności premiera, który – choćby nawet chciał – nie ma żadnych możliwości wpływania na decyzje PiS, a w tej konkretnej sprawie do zmian nie jest chętny Jarosław Kaczyński. Ale część winy ponosi osobiście Morawiecki swoją niefortunną wypowiedzią z konferencji w Monachium, gdzie mówił o współsprawcach Żydach. Jego legendarne obycie i talent dyplomatyczny, wyniesiony jakoby z pracy w międzynarodowym banku, okazały się mitem. Pozycja Polski na arenie międzynarodowej nigdy nie była taka zła. I premier ponosi za to część odpowiedzialności.

Minister Jacek Czaputowicz nie ma możliwości prowadzenia samodzielnej polityki. Nie ma też do tego kadr. Dyplomacja została przetrzebiona, a resort spraw zagranicznych stoi przed groźbą czystki.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wygłosił wczoraj w Sejmie mowę pogrzebową o?polskiej polityce zagranicznej. Trzy miesiące temu zastąpił żeglującego myślami w okolicach San Escobar Witolda Waszczykowskiego, co nawet w PiS przyjęto z ulgą. Wczoraj szef MSZ starał się rzeczywistość pudrować, jednak nawet uszminkowany trup pozostał trupem.

Odbędzie się przesłuchanie trzech świadków w śledztwie dotyczącym Lecha Wałęsy. Chodzi o sprawę podrobienia przez Służby Bezpieczeństwa podpisu byłego prezydenta pod teczkami TW „Bolka” – informuje Radio ZET.

Gdański sąd postanowił wznowić umorzone śledztwo, w reakcji na zażalenie Lecha Wałęsy.

Nazwiska świadków nie są upublicznione, ale prawdopodobnie chodzi o osoby, które współpracowały z byłym prezydentem kilka lat po złożeniu przez niego rzekomego podpisu – podaje radio.

Śledczy IPN mają wystąpić do Instytutu Ekspertyz Sądowych o opinię grafologa.

„Ja tej sprawy nie zostawię w ten sposób. Ja jestem przekonany, że na tym komisariacie zabito mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – zapowiedział Maciej Stachowiak, ojciec Igora. „Według prokuratury – policjanci nie odpowiadają za spowodowanie śmierci Igora Stachowiaka”.

Ojciec Igora uważa, że jego syn był torturowany na komisariacie. Nie tylko on tak myśli – powoływał się na opinie swoich pełnomocników, środowiska prawniczego i wreszcie wszystkich, którzy zobaczyli wyemitowany w TVN24 reportaż Wojciecha Bojanowskiego. – „Ja jestem osobą pokrzywdzoną i może rzeczywiście chciałbym, żeby wiele rzeczy było po mojej myśli, ale to chodzi o obiektywne spojrzenie na sprawę i naprawdę rzetelne zapoznanie się z materiałami. Jest przecież film, który się sam broni – tu nie trzeba fachowców” – powiedział Maciej Stachowiak w rozmowie z Polską Agencja Prasową.

Jego zdaniem, to, co stało się na komisariacie powinno być uznane za co najmniej znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Uważa, że śledczy wybiórczo potraktowali zebrany w sprawie materiał dowodowy. – „Prokuratura nie wzięła m.in. zupełnie pod uwagę użycia wobec mojego syna gazu. Ta sprawa wyszła na jaw dopiero po roku, jak wnioskowałem o takie badania, a teraz prokuratura zupełnie pomija ten fakt. Ja tego nie rozumiem; albo są tak duże naciski, albo chyba prokurator prowadząca sprawę nie ma na to wpływu” – stwierdził.

Maciej Stachowiak dodał, że nie był przez prokuratorów informowany o tym, co dzieje się w śledztwie w sprawie śmierci jego syna. O większości spraw dowiadywał się z mediów. – „Nie chcieliśmy mówić żadnego złego słowa, czekaliśmy na wyniki pracy prokuratury, ale tutaj jest mnóstwo niedomówień i rzeczy, które są dla mnie karygodne” – powiedział.

Rodzina Igora chciała, żeby prokuratorzy oskarżyli byłych policjantów o nieumyślne spowodowanie jego śmierci. Maciej Stachowiak nadzieje na odpowiednie potraktowanie pokłada w sądzie. – „My liczymy, że trafimy na sąd, który będzie chciał tę sprawę wyjaśnić, pomóc nam, bo dla nas najważniejsze jest ukaranie winnych tych nadużyć i śmierci mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – podkreślił ojciec Igora Stachowiaka.

Polska Grupa Zbrojeniowa – zanim została przejęta przez Antoniego Macierewicza – przynosiła zyski. Tworzy ją blisko 60 spółek, zatrudniających blisko 20 tys. osób. Nominaci byłego ministra obrony spowodowali, że po raz pierwszy od lat poniosła stratę. Może chodzić nawet o 40 mln zł – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Po dymisji Macierewicza rozpoczęto więc akcję „ratowania” PGZ. Wymieniono radę nadzorczą i zarząd (można przypuszczać, że wypłacono im niezłe odprawy). Nowym prezesem został Jakub Skiba, były prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

To nie koniec zmian – do „ratowania” PGZ skierowano… harcerzy. Do zarządu powołano właśnie kolejnych członków Pawła Pelca i Michała Kuczmierowskiego – obaj to działacze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Kuczmierowski ma też inne „zasługi” – w kwietniu 2010 r. przed Pałacem Prezydenckim ustawił krzyż w miejscu, gdzie po katastrofie smoleńskiej składano znicze. Założył grupę „Polsce i Bliźnim”, która miała tego krzyża bronić. Pelc z kolei w przeszłości doradzał prezesowi NBP z nadania PiS Sławomirowi Skrzypkowi, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

„GW” opisuje złą kondycję finansową PGZ i podaje przykład zakładów Mesko w Skarżysku-Kamiennej, produkujących m.in. rakiety przeciwlotnicze. Niedawno związki zawodowe otrzymały informację o 50-mln deficycie. Związkowcy mówią, że takiego wyniku finansowego „najstarsi górale nie pamiętają”.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja w funduszu MARS, który – według Macierewicza – miał „podnieść z kolan” polski przemysł stoczniowy, kupując m.in. nabrzeże w Szczecinie. Miały tam powstawać okręty podwodne, a na uroczystości z udziałem ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego położono stępkę pod supernowoczesny prom. Statek jednak nie powstał, a stępkę… ukradziono. Fundusz MARS w ubiegłym roku miał przeszło 100 mln zł straty netto.

No, ale trudno się dziwić, skoro Macierewicz prezesami i członkami zarządów niemal wszystkich kluczowych spółek uczynił m.in. pracowników domów kultury, radnych, a nawet właściciela sklepu akwarystycznego. „GW” przypomina skandal, związany z próbą umieszczenia w zarządzie PGZ Radosława Obolewskiego, współwłaściciela apteki Aronia w Łomiankach, i powierzenie protegowanemu Macierewicza Bartłomiejowi Misiewiczowi stanowiska pełnomocnika zarządu ds. komunikacji w PGZ.

Poseł Marek Jakubiak – jak pozostali posłowie i posłanki – otrzymuje z Sejmu 174 tys. złotych rocznie na utrzymanie i koszty działalności biura poselskiego.  Ma też oryginalny pomysł, jak je wydatkować, jak czytamy w portalu WP. – „Pan poseł wydaje gazetę, pojawiają się tam jego ogłoszenia, artykuły na temat jego działalności itp., to wszystko jest opłacane ze środków na funkcjonowanie jego biura, czyli płaci sam sobie. W ten sposób dochodzi do transferu publicznych pieniędzy do spółki, w której ma on udziały” – ujawnia portalowi jeden z posłów Kukiz’15. „Tygodnik Ilustrowany” ukazuje się w nakładzie 10-15 tys. egzemplarzy. Wydaje go spółka BRJ Media, biznes założony przez Jakubiaka w 2014 roku i wchodzący w skład grupy Browary Regionalne Jakubiak. Wydawcą i redaktorem magazynu jest współpracownica posła.

Fotografie posła można znaleźć w każdym wydaniu „Tygodnika Ilustrowanego” w Ciechanowie, niezależnie od okazji. A to z okazji 8 marca życzy kobietom wszelkiej pomyślności, to znów zaprasza na spotkanie i debatę o Polsce; informuje, że chce powołania komisji śledczej, albo że Kukiz’15 będzie liderem wyborów samorządowych itd. Ma prawo, to jego pismo, ale wydatki na „korespondencję i ogłoszenia”, czyli promocję własnej osoby poseł opłaca publicznymi pieniędzmi. Wirtualna Polska sprawdziła, że poseł Jakubiak to faktycznie jeden z sejmowych liderów w tej dziedzinie. Wydaje na nie 24,5 tys. złotych rocznie. Daleko w tyle pozostają inni posłowie ze swoimi najwyżej kilkusetzłotowymi wynikami, w tym Jarosław Kaczyński (wydaje 527 zł). Co na to sam poseł Marek Jakubiak? – „Dlaczego płacę za ogłoszenia w „Tygodniku”? Dlatego, że projektują, drukują, dystrybuują go ludzie, którym za to trzeba zapłacić. To jest ich praca. Pan jako dziennikarz powinien to rozumieć – odpowiada WP. Dodaje, że ogłoszenia dotyczące działalności swoich czterech biur poselskich zamieszcza w różnych mediach. – „Z ogłoszeń korzystają również inni posłowie” – zapewnia dziennikarzy.

W ekipie rządowej zarysowały się dwa stronnictwa, które mają odmienną wizję tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Jeden to były minister Antoni Macierewicz, powszechnie kojarzony ze śledztwem. Drugi – to Zbigniew Ziobro, w roli prokuratora („Kolejni „światowej sławy” eksperci zbadają katastrofę smoleńską”). W tle zaś mamy ostre starcie „Gazety Polskiej” (sympatyzującej od dawna z podkomisją Macierewicza) i tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Każdy ma swoich ekspertów i każdy będzie chciał przekonać do swojej wersji zdarzeń, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, zauważa w interesującej analizie Rafał Zychal z Onet.pl. napięcie będzie rosnąć, bo coraz bliżej do kwietniowej rocznicy, która jak sugeruje sam prezes PiS, ma jednak być pewną cezurą. Tymczasem wersji wspieranej przez Macierewicza i Ziobrę nie da się pogodzić.

„Ten propagandysta Kremla nigdy nie powinien być ekspertem prokuratury ws. Smoleńska” – alarmuje Antoni Macierewicz na Twitterze. I zarzuca, że „drugi niby ekspert z góry przesądził winę PL pilotów mówiąc, że był to kontrolowany lot ku ziemi”. Chodzi o to, że w ubiegłym tygodniu do Polski na zaproszenie zastępcy Zbigniewa Ziobry przyjechała grupa „światowej sławy ekspertów”zajmujących się badaniem przyczyn katastrof lotniczych. Tak przedstawia ich prokuratura, która chce skorzystać z ich doświadczenia. Finałem ich prac ma być ekspertyza, już druga, bo pierwsza – przypomina Onet –  napisana przez polskich biegłych, leży już od dawna na biurku śledczych. „Propagandysta” to zapewne Theodore Postol, fizyk i emerytowany profesor Massachusetts Institute of Technology, jednej z najlepszych uczelni technicznych w USA. W ostatnich latach udzielał się również jako komentator w prokremlowskich mediach – telewizji Russia Today i agencji informacyjnej Sputnik, gdzie krytykował decyzje władz USA, w tym koncepcję budowy tarczy antyrakietowej w Europie.

Drugą z osób, choć nie wymienioną z imienia i nazwiska, jest najprawdopodobniej Robert Benzon, czytamy w Onet.pl. To amerykański ekspert przez wiele lat związany z NTSB, czyli Narodową Radą Bezpieczeństwa Transportu, która zajmuje się badaniem przyczyn wypadków lotniczych. Uczestniczył między innymi w badaniu awaryjnego lądowania Airbusa A320 na rzece Hudson czy katastrof nad Lockerbie i w rosyjskim Permie. Ostatnia z wymienionych spraw służy teraz „Gazecie Polskiej” do podważania wiarygodności Benzona, poprzez sugerowanie mu powiązań z Rosją.  Dlaczego? Bo zaakceptował on ustalenia MAK, który badał katastrofę z 2008 roku i wskazał winę pilotów. Bo MAK nie wziął pod uwagę zeznań świadków, którzy twierdzili, że przed katastrofą maszyna płonęła. I wreszcie jedną z ofiar tego wypadku był doradca Władimira Putina, gen. Giennadij Troszew. Tym samym – łączy wątki „GP” – Benzon miałby być niewiarygodny w sprawie śledztwa smoleńskiego.

Swoje przy tej okazji postanowił ugrać naczelny „Gazecie Polskiej”. Pisze: „Russia Today w USA jest rejestrowana jako agentura obcego państwa. Theodor Postol ekspert wychwalany przez red. Wikło jest stałym komentatorem RT”.  Wikło to redaktor tygodnika, „Siec’ w którym pojawił się pojawił się ostatnio wywiad z zagranicznymi ekspertami, zaproszonymi przez Zbigniewa Ziobrę. – „Ostatnia fala ataków na prokuraturę i jej ekspertów, szczególnie w wykonaniu mediów bardzo wspierających podkomisję i jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza budzi niesmak. Zestaw ekspertów prokuratury budzi respekt i nie zawahałbym się użycia tych słów po raz kolejny, nawet jeśli nie podoba się to Gazecie Polskiej” – napisał Wikło. Eksperci owi będą pracować z polskimi śledczymi, a ich listę ujawnił właśnie tygodnik Sakiewicza. Słowne potyczki dziennikarzy „Gazety Polskiej” i „Sieci” to nic nowego, również w kwestiach dotyczących Smoleńska. Nie sposób jednak nie zauważyć (z ulgą), że po latach pojawiła się bardziej realna szansa na rozmontowanie smoleńskiego mitu i dostarcza jej sam obóz władzy.

To jednak nie wszystko. Pozostaje sprawa biura poselskiego. Otóż mieści się ono pod adresem Kilińskiego 8. Jest to… siedziba Browaru Ciechan, którego Jakubiak jest właścicielem. Jednym słowem, poseł zasiada za swoim własnym biurkiem albo jako poseł, albo – szef browarów. Biurko to samo, ale w pierwszym przypadku wystawia Sejmowi faktury. Co ciekawe, w tej sprawie Jakubiak stanowczo zaprzecza. – Biuro poselskie nie ponosi żadnych kosztów z tym związanych – twierdzi. Łączny koszt wynajmu lokali na cztery biura poselskie Marka Jakubiaka sięga 30 tys. zł. Jak jest naprawdę? Wprawdzie Kancelaria Sejmu dość ogólnikowo tłumaczy, jakie wydatki nie mogą być finansowane z ryczałtu na działalność biur, wskazuje „koszty działalności partii politycznych, organizacji społecznych, fundacji, klubów i kół poselskich i parlamentarnych, a także działalności charytatywnej”. Jak zauważa portal WP, intencja przepisów Sejmu jest jasna. Ryczałty służą racjonalnym i niezbędnym wydatkom poselskim, a nie do finansowania różnych naciąganych kosztów, zachcianek i prywatnych interesów. Jednak niektórzy posłowie (nie tylko za tej kadencji, jeśli przypomnieć afery z „kilometrówkami”) łamią te zasady.