Tag Archives: Krzysztof Brejza

PiS wprowadza Średniowiecze, czyli o wyższości teologii nad astronomią

Zwykły wpis

>>>

W dwa dni Polskie Towarzystwo Astronomiczne zebrało pod deklaracją poparcia blisko 8 tys. podpisów. Chodzi o zablokowanie projektu resortu nauki, który chce wykreślić astronomię z listy oddzielnych dyscyplin naukowych.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego stworzyło projekt rozporządzenia, w którym łączy astronomię w jednej grupie z innymi naukami fizycznymi. Jakie ma to znaczenie dla naukowców?

– Głównym powodem zmiany jest ułatwienie pracy urzędnikom. Nic z tego nie wynika innego na plus – mówił dr hab. Michał Bejger z Centrum Astronomicznego im. M. Kopernika PAN,  zaznaczając, że nowa klasyfikacja może mieć wiele negatywnych konsekwencji dla astronomów.

– Może się to skonczyć tym, że dostaniemy mniej pieniędzy na badania – podkreślił ekspert oraz dodał, że „astronomia w Polsce bardzo dobrze sobie radzi, być  może właśnie dlatego, że miała do tej pory specjalną pozycję”.

Polska astronomia w czołówce

Polskie Towarszystwo Astronomiczne, które apeluje do wicepremiera Jarosława Gowina o niewprowadzanie zmian, na dowód szczególnego miejsca zajmowanego przez tę naukę podaje statystykę serwisu Web of Science. Według niej poziom cytowalności prac naukowych polskich astronomów jest o ok. 25 proc. wyższy od średniego poziomu światowego.

Petycję w tej sprawie w ciągu dwóch dni podpisało blisko 8 tys. osób.

Rząd chce rozwijać przemysł kosmiczny?

– Jak planowana zmiana ma się do deklaracji polskiego rządu o chęci eksploracji przemysłu kosmicznego? – pytała Karolina Głowacka.

– Wydaje się, że jest to krok w tył. Jeśli mówi się o tym, że powinniśmy innowacyjnie podchodzić do przemysłu kosmicznego, to powinniśmy zadbać o to, aby wysunąć [potrzebne do tego -red.] części nauki na specjalną pozycję – tłumacyzł gość TOK FM.

Naukowiec obawia się, że sytuacja astronomii polskiej się pogorszy i dodaje, że nawet nie słychać zapewnień o tym, że będzie lepiej

– W tym akcie prawnym jest takie okrągłe zdanie, że ta zmiana nie będzie prowadziła do dyskryminacji. To mowa-trawa, za którą nic nie stoi – [podsumował dr hab. Bejger.

Nowy Newsweek. Wstrząsająca opowieść o księżach pedofilach i ich ofiarach w Polsce. I odpowiedź na pytanie dlaczego ofiarom jest u nas trudniej niż w innych krajach, a sprawcom o wiele łatwiej o bezkarność. Plus 20 stron dodatku o drugiej wojnie światowej.

Ten mem prezydentowi Wałęsie wyszedł rewelacyjnie.

To już chyba tylko na spotkaniach #PiS i w kościołach Pan ⁦@AndrzejDuda⁩ może wygłaszać swoje przemówienia bez obawy, że obywatele przypomną mu o konstytucji.

Hairwald

Język Andrzeja Dudy jest pełen kiczu, śmiecia, który wygląda na patos, a jest zakłamaniem.

O. Paweł Gużyński do pana Dudy prezydenta: Jak długo będzie Pan uprawiał politykę w koalicji lub nieformalnym sojuszu z duchownymi, tak długo mam pełne prawo protestować przeciw temu jako ksiądz, będąc absolutnie wolny od zarzutu o uprawianie polityki.

A tymczasem w ultrakatolickiej Hiszpanii!

Wałęsa wychodzi z kościoła

Lech Wałęsa opuścił świątynię w Gdańsku, gdy głos miał zabrać prezydent Duda. Pierwszy demokratycznie wybrany prezydent odrodzonej Polski słusznie nie chciał słuchać, co ma do powiedzenia z okazji kolejnej rocznicy porozumień sierpniowych jego czwarty z kolei następca.

View original post 2 062 słowa więcej

Kościół podporządkował sobie państwo. ONR chwalony przez senatora PiS

Zwykły wpis

Senator PiS Jan Żaryn był gościem Polskiego Radia gdzie wypowiedział się m.in. na temat ONR.

ONR ma prawo istnienia tak długo jak jest organizacją legalną. (…) Inwektywy pod adresem ONR nie od dzisiaj towarzyszą tej organizacji. (…) Sens dzisiejszego ONR, czyli wspaniała polska prawica i inteligencja, która wypracowała bardzo ciekawy przed wojną i w czasie wojny program patriotyczny – mówił Żaryn.

Trzaskowski składa do Prokuratora Generalnego wniosek o delegalizację ONR-u: Warszawa musi być wolna od faszyzmu

Święte daty dla Polaków, dla warszawiaków, są bezczeszczone przez ONR-owców. To miało miejsce 11 listopada, potem 1 sierpnia i teraz 15 sierpnia. Miarka się przebrała. Trzeba jasno mówić: to, co jest czarne, jest czarne, to, co jest brunatne, jest brunatne. Warszawa musi być wolna od faszyzmu, wolna od tego typu ludzi, którzy wykrzykują takie hasła. Polska powinna być od tego wolna, bo taką mamy tradycję” – mówił na konferencji prasowej Rafał Trzaskowski. 

Składam wniosek do Prokuratora Generalnego o delegalizację ONR-u, rozwiązanie stowarzyszenia. Ta organizacja po raz kolejny, uporczywie, łamie Kodeks karny. Albo jasno powiemy, że nie ma miejsca na tego typu zachowania, nie ma miejsca w Warszawie i Polsce, albo będziemy, jak niektórzy członkowie rządu PiS, starali się tego typu zachowania usprawiedliwić” – dodawał.

Trzaskowski: Nasze sondaże pokazują znacznie większą przewagę

Nasze sondaże pokazują znacznie większą przewagę. To jest w tym momencie nieważne. Od samego początku było jasne, że ta kampania jak się zacznie, będzie trwała do samego końca, że nic nie jest przesądzone, że walka będzie bardzo brutalna i że trzeba przez cały czas mocno pracować. Mądrze i mocno. Dopiero teraz zaczyna się kampania” – mówił w Poranku Radia TOK FM Rafał Trzaskowski.

Tak miało być. Najpierw rozmowa, przygotowanie programu, kilkunastu pakietów programowych, dokładne rozpoznanie problemów Warszawy, a potem kampania klasyczna” – dodawał.

Paweł Wroński usiłuje udowodnić, że „zasada skrupulatnego rozdzielenia państwa od Kościoła służy Kościołowi i państwu”. Niestety, Kościół już dawno zauważył, że jeszcze lepiej służy mu zasada podporządkowania państwa Kościołowi.

Duda przyspiesza >>>

Rok temu, przed posiedzeniem Rady Ministrów, miała miejsce dość dziwna sytuacja. Minister Szyszko przekazał ministrowi Błaszczakowi tajemniczą kopertę od pewnej tajemniczej córki leśniczego. Po ujawnieniu nagrania tego wydarzenia przez Polsat, Błaszczak odesłał kopertę, a wszyscy zaczęli zastanawiać się, co w niej było.

Szyszko, pytany o jej zawartość, podziękował Polsatowi za czujność, odwołał się do zamordowanej przez komunistów Danuty Siedzikówny „Inki”, która była córką leśnika i dodał, że jest dumny, iż „zwrócono uwagę na zawód leśnika„. Tak pokrętne wyjaśnienie jeszcze bardziej podkręciło ciekawość i zainteresowanie zawartością listu.

Również ówczesna pani premier odniosła się do sprawy, mówiąc, że „to jest wypadek przy pracy, który w ogóle nie powinien się zdarzyć. Nie wiem, jaka była treść tej koperty i jakie to były dokumenty. Na pewno to będzie wyjaśnione”.

Kaczyński odpowiada za zdewastowanie armii, to on skierował do MON Macierewicza

Zwykły wpis

Prezydent Andrzej Duda udał się do Australii w celu podpisania listu intencyjnego na zakup dwóch australijskich fregat Adelaide. Jak wynika jednak z informacji Piotra Zaremby, zakup ten został w ostatniej chwili… zablokowany przez premiera Mateusza Morawieckiego.

Wielkim zwolennikiem zakupu fregat Adelaide, obok Andrzeja Dudy, jest minister obrony Mariusz Błaszczak. Jak zaznaczał szef MON miałaby to być odpowiedź na teraźniejsze potrzeby polskiej marynarki. Niewykluczone jednak, że wielki sukces będzie mogła odtrąbić opozycja, która chęć kupienia dwóch blisko 30-letnich fregat nazywała „kupowaniem złomu”. Jak donosi Piotr Zaremba, Mateusz Morawiecki zablokował tę inwestycję.

Przeciwnikiem zakupu fregat Adelaide jest także Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej Marek Gróbarczyk, który uważa, że zahamuje to proces budowania statków dla armii w polskich stoczniach.

Liczę na to, że w poczuciu odpowiedzialności za Polskę Robert Biedroń, ale także inne osoby znajdą się pod jednym dachem z tymi, którzy chcą odsunąć PiS od władzy. Chodzi o Polskę, odsunięcie PiS-u od władzy, powrót na drogę demokracji i praworządności, a nie o własne interesy – mówi w rozmowie z nami Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej, szef kampanii wyborczych Platformy Obywatelskiej. – Rozmawiam z wieloma członkami i sympatykami SLD i oni są za współpracą z PO, a w wielu miastach nawet współpracują – dodaje. O wecie prezydenta i zapowiedziach sprzeciwu wobec zmian w ordynacji wyborczej do parlamentu mówi: – Nie można poważnie traktować żadnych zapowiedzi prezydenta. Zrobi tylko to, co będzie w interesie PiS-u

KAMILA TERPIAŁ: 15 sierpnia dobyła się w Warszawie Wielka Defilada Niepodległości: ponad 1000 żołnierzy, 900 rekonstruktorów, około 200 pojazdów, 100 samolotów i śmigłowców. Udana była? Zrobiła na panu wrażenie?

TOMASZ SIEMONIAK: Nie można tego rozpatrywać w oderwaniu od całości, była podsumowaniem trzech lat rządów PiS i prezydenta Andrzeja Dudy w polskim wojsku, a to był fatalny czas. Ta defilada tak naprawdę pokazała to, czego nie ma. Modernizacja armii została zahamowana. Antoni Macierewicz przekonywał, że zastał armię w stanie katastrofy, a okazało się, że wszystko, co podziwiał podczas defilady, było zakupione przez poprzednie ekipy. Na usta ciśnie się pytanie: gdzie jest nowe wyposażenie, które obiecywali rządzący?

Z jednej strony jest duma z polskich żołnierzy, ale z drugiej poczucie, że ostatnie trzy lata były najgorszym czasem. Jedna wielka czarna dziura.

Można było podziwiać nowe samoloty dla VIP-ów.

Za rządów PiS kupiono tylko te samoloty. Wydano na nie 4 miliardy złotych, łamiąc w dodatku procedury przetargowe. Zdumiewające jest to, że ozdobą defilady był przelot samolotów dla VIP-ów. Nie znam takiego drugiego kraju. Poza tym tyle pieniędzy wydano na samoloty dla władzy, podczas gdy w wojsku brakuje mundurów i wyposażenia, poleruje się na nowo stalowe hełmy z czasów Układu Warszawskiego. Taki jest prawdziwy obraz.

Polska armia doczeka się śmigłowców? Na czym stanęła sprawa po rezygnacji z Caracali?

Na niczym. Nowy minister próbuje tłumaczyć, że inne rzeczy też są potrzebne…

Sądzę, że zakup śmigłowców odłożono na święte nigdy”.

A tymczasem wszyscy wojskowi zwracają uwagę, że jest to podstawowa rzecz, bo w XXI wieku wojsko niemobilne nie funkcjonuje. To powinien być fundament działania. Na przełomie 2011/2012 roku, kiedy przyjmowano trzy główne priorytety rozwoju sił zbrojnych, w tym zakup śmigłowców, nikt tego nie kwestionował. Teraz mamy tylko mgliste zapowiedzi, z których nic nie wynika.

Kogo się anektuje i zajmuje? Słabego. A my dziś robimy wszystko, aby być słabym – tak mówił w rozmowie z wiadomo.co gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny rodzajów sił zbrojnych. Mało optymistyczne słowa…

Niestety, zgadzam się z tą opinią. W podobnym duchu wypowiadał się niedawno dowódca sztabu generalnego Mieczysław Gocuł. Oni pracowali także za czasów PiS-u i mówią wprost: zdolności obronne Polski są niższe niż w 2015 roku.

Jakiekolwiek są intencje polityków PiS-u, to efekt jest właśnie taki, że Polska staje się coraz słabsza. To martwi naszych przyjaciół, ale cieszy wrogów.

Prezydent chce, żeby wydatki na obronność zostały zwiększone. W takim razie po co?

To są tylko puste słowa i oszukiwanie opinii publicznej. W 2018 roku lekką ręką zabrano z budżetu MON 400 milionów złotych dla MSWiA i ponad 100 milionów na śmigłowce dla Ministerstwa Zdrowia. Ile trzeba mieć bezczelności, aby mówić o tym, że trzeba wydawać więcej na wojsko, skoro nawet w tym roku świadomie nie wydano tyle, ile trzeba. Przecież prezydent podpisał ten budżet.

Antoni Macierewicz podobno dostał nowe zadanie i będzie oceniał stan polskiej armii. Nie brzmi to absurdalnie?

Widać, że Antoni Macierewicz wraca do łask, prezes pojawił się nawet na jego urodzinach. W tym miejscu

warto powiedzieć wyraźnie – za katastrofę wojska polskiego odpowiada Jarosław Kaczyński. To on skierował do MON Antoniego Macierewicza, przyzwalał na haniebne działania, mówił absurdalne rzeczy, że były szef MON walczył z układem generalsko-pułkownikowskim”.

Przecież każde wojsko ma generałów i pułkowników, czyli według prezesa Antoni Macierewicz po prostu walczył z wojskiem. Niestety, jestem pełen obaw co do przyszłości. Mariusz Błaszczak przez swoją nieporadność nie potrafi niszczyć wojska tak szybko, jak Antoni Macierewicz. A taki, jak widać, jest zdumiewający i absurdalny cel Jarosława Kaczyńskiego. Powtórzę raz jeszcze – to on ponosi pełną odpowiedzialność za stan armii.

Politycy PO dostali w ogóle zaproszenie na defiladę?

Z tego, co wiem, przewodniczący klubu parlamentarnego otrzymał takie zaproszenie.

A pan jako były minister obrony narodowej?

Nie. Ale nie miałem takiego oczekiwania i nie mam pretensji. Fatalne w tym wszystkim jest to, że nie szanuje się poprzedników. Antoni Macierewicz pokazywał to od pierwszych godzin urzędowania, chociażby wyrzucając zdjęcia byłych ministrów obrony narodowej. Jak byłem ministrem, nadałem salom na ulicy Klonowej imiona Jerzego Szmajdzińskiego i Aleksandra Szczygły, także dlatego, aby pokazać, że trzeba szanować ciągłość. Antoni Macierewicz z taką praktyką zerwał.

Nie ma dzisiaj przestrzeni do wspólnego świętowania. Nie chciałbym nawet stać przy ludziach, którzy robią dla wojska tyle złego.

„Nie jest to dobra zmiana w systemie prawnym i demokratycznym” – mówił prezydent, uzasadniając swoją decyzję o zawetowaniu zmian w ordynacji wyborczej do PE. Andrzej Duda nagle zmienił front i zaczął troszczyć się o demokrację?

Głosowaliśmy przeciwko tym zmianom, od początku przekonywaliśmy, że są złe. Większych emocji jednak ta decyzja nie budzi, bo Andrzej Duda od trzech lat działa w interesie PiS i tak jest również w tym przypadku. Zorientowali się, że rachunek korzyści i strat jest na rzecz strat, że zjednoczenie opozycji, wymuszone tymi zmianami w ordynacji, może obrócić się przeciwko PiS-owi.

Prezydent, który stroi się w piórka obrońcy praworządności i demokracji? Pozostawię to bez komentarza. Wetować trzeba było ustawy sądowe. To weto postrzegam tylko jako taktyczne działanie, także wewnątrz partii rządzącej. Buldogi zagryzają się pod dywanem.

Poza tym mówi się otwarcie o tym, że wielu czołowych polityków PiS, na przykład Marek Kuchciński czy Beata Szydło, zamierzają wyjechać do Brukseli, co może świadczyć też o tym, że nie wierzą w sukcesy PiS-u. Kandydowanie urzędującego marszałka Sejmu czy wicepremier jest działaniem bez precedensu.

Podobno Andrzej Duda zapowiedział, że będzie sprzeciwiał się także ewentualnym zmianom w ordynacji wyborczej do parlamentu. Nie wierzy pan też w takie zapowiedzi?

Nie można poważnie traktować żadnych zapowiedzi prezydenta. Zrobi tylko to, co będzie w interesie PiS-u. Takie gadanie nic nie kosztuje. Pamiętajmy, że

najważniejszą rzeczą dla Andrzeja Dudy jest reelekcja w 2020 roku, a do wyborów może stanąć tylko jako kandydat PiS-u, bo tylko stąd może mieć pieniądze na kampanię. To wszystko jest gra pozorów, nie ma to większego politycznego znaczenia.

Premier ogłosił datę wyborów samorządowych: 21 października i 4 listopada. Ryszard Petru twierdzi, że to termin korzystny dla PiS. Pan też tak myśli?

Nie. Uważam, że trzeba zrobić wszystko, aby się zmobilizować i wygrać te wybory. Termin ma drugorzędne znaczenie.

Co to znaczy zrobić wszystko, aby się zmobilizować?

Przekonać ludzi do siebie, pokazać dobrych kandydatów i siłę Koalicji Obywatelskiej.

To są najważniejsze wybory samorządowe w historii Polski, które przesądzą o tym, czy będzie wolny samorząd, czy centralizacja PiS-owskiej władzy.

Poza tym otwierają cały cykl wyborczy i ich wynik będzie bardzo istotnym wskazaniem do następnych kampanii. Dlatego potrzebna jest pełna mobilizacja, nie możemy odpuścić.

Kampania wyborcza już oficjalnie ruszyła. To będzie bardzo brutalna walka?

Mam nadzieję, że nie, ale niestety wszystkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że czekają nas najbardziej brutalne kampanie w historii. Mamy do czynienia z władzą, która nie chce wyhamować, atakuje swoich przeciwników albo domniemanych przeciwników politycznych, pozbawia ich godności.

Ostatnim przykładem jest chociażby sprawa Ewy Gawor, pracującej w warszawskim ratuszu jeszcze za czasów Lecha Kaczyńskiego. Wystarczyło, że zrobiła coś nie po myśli władzy i jest brutalnie atakowana.

le liczę na to, że obywatele będą w stanie wybrać kandydatów, którzy zachowują się przyzwoicie i chcą dbać o interesy lokalnych społeczności. Takich kandydatów prezentuje Koalicja Obywatelska.

W którym mieście najtrudniej było znaleźć wspólnego kandydata?

Każde miasto jest inne. Bardzo się cieszę, że praktycznie wszędzie udało się wskazać wspólnego kandydata. Rozmowy trwają jeszcze tylko w kilku miastach. Do tej pory nie było żadnego wyścigu, chodziło o to, aby dojrzeć do najlepszych rozwiązań.

Praca nad kandydatami trwa prawie od roku i uważam, że warianty, które przyjęliśmy, są optymalne, czyli dające największą pewność na wygraną z kandydatem PiS-u. Im więcej środowisk nasi kandydaci łączą, tym lepiej.

W Warszawie ostateczny bój rozegra się w drugiej turze?

Trudno wyrokować. Myślę, że to będzie bardzo trudna walka, bo widać, że PiS zamierza w Warszawie użyć wszelkich możliwych sił. Druga tura jest możliwa, ale jestem przekonany, że zwycięzcą będzie Rafał Trzaskowski.

Zmiana ordynacji wyborczej może utrudnić przeprowadzenie wyborów samorządowych albo umożliwić PiS-owi manipulowanie przy procesie wyborczym?

Zmiany były złe, mówi o tym wyraźnie także PKW. Przewodniczący komisji ostrzega publicznie, że te wybory będą najtrudniejsze do przeprowadzenia, a to musi budzić niepokój. My też staramy się działać, wspieramy na przykład ruch Wolontariusze Wolnych Wyborów, tak aby dbać na każdym poziomie o rzetelność i uczciwość wyborów. PiS od początku nie przejmował się ostrzeżeniami, a jak się działa w zaślepieniu własnego interesu, to zawsze kończy się chaosem. Jesteśmy ofiarami obsesji, ale to może wpłynąć na przebieg wyborów i zagrozić prawidłowości procesu wyborczego.

PiS nie lubi oskarżeń o niedemokratyczne praktyki, a majstrując przy ordynacjach pokazuje, że chce działać na własną korzyść.

Wszystko wskazuje na to, że Robert Biedroń planuje powołanie nowej inicjatywy politycznej. To może zaszkodzić próbie jednoczenia opozycji?

W wyborach parlamentarnych powinniśmy wystawić jedną listę wyborczą. Na razie nie mam jasności co do tej inicjatywy, bo wypowiedzi Roberta Biedronia nie są precyzyjne. Liczę na to, że w poczuciu odpowiedzialności za Polskę Robert Biedroń, ale także inne osoby znajdą się pod jednym dachem z tymi, którzy chcą odsunąć PiS od władzy. To nie będzie proste zadanie, jego realizacji nie powinniśmy jeszcze osłabiać podziałami, kłótniami czy uszczypliwościami.

Wierzę, że Koalicja Obywatelska będzie jak rosnąca kula śniegowa, przyciągająca tak wartościowe osoby, jak Robert Biedroń, przy pełnym poszanowaniu ich podmiotowości, tożsamości i poglądów.

Chodzi o Polskę, odsunięcie PiS-u od władzy, powrót na drogę demokracji i praworządności, a nie o własne interesy.

Czyli PO będzie chciała rozmawiać z Robertem Biedroniem przed wyborami parlamentarnymi?

Nie chcę mówić o szczegółach, ale zwracam uwagę na ważną zasadę. Oczywiście nie podoba mi się to, że źle mówi o PO. Zbudował sobie dobrą pozycję w polityce dzięki pozytywności, pokazywał, że można z uśmiechem realizować pewne wartości. Nie będę się rewanżował i go krytykował. Do pewnych działań po prostu trzeba dojrzeć.

Wierzę, że wszyscy ważni politycy opozycji mają jeden cel – odzyskać Polskę i demokrację.

O Platformie źle, a nawet jeszcze gorzej, mówi szef SLD Włodzimierz Czarzasty. Jak to wróży na przyszłość?

Jak wyżej. Lepiej spuścić zasłonę milczenia. Lider partii politycznej nie powinien ulegać takim emocjom. Rozmawiam z wieloma członkami i sympatykami SLD i oni są za współpracą z PO, a w wielu miastach nawet współpracują. Nie namówi mnie pani na uszczypliwości w jego stronę.

Nie milkną echa – jak to określi poseł PO Krzysztof Brejza – najdroższej imprezy w historii polskiego parlamentaryzmu. Chodzi o z organizację obrad Zgromadzenia Narodowego w dniu 13 lipca 2018 r. z okazji 550–lecia Parlamentaryzmu Rzeczpospolitej. Opozycja skrytykowała niezwykle wysoką – jej zdaniem –  cenę za wynajem namiotu.

Poseł Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza zwrócił się do marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego o wyjaśnienia w tej sprawie. Pytał się także o to, dlaczego Zgromadzenie Narodowe ma zebrać się na dziedzińcu Zamku Królewskiego, a nie w Sejmie.

Kancelaria Sejmu odpowiadając na pytania posła oświadczyła:

„Ze względu na temat orędzia prezydenta i doniosłą 550-rocznicę Parlamentaryzmu Rzeczypospolitej najtrafniejszym miejscem obrad Zgromadzenia Narodowego był Zamek Królewski w Warszawie” Ponadto Kancelaria wyjaśniła, że umowa obejmowała nie tylko udostępnienie namiotu, ale także „realizację całego szeregu usług związanych z organizacją obrad Zgromadzenia Narodowego”.

Wskazała na konieczność zapewnienia odpowiedniej liczy mebli i przygotowanie niezbędnej infrastruktury, a w tym zapewnienie sieci komputerowej, ekranów i monitorów, nagłośnienia i oświetlenia, przygotowanie odpowiednich stanowisk dla obsługi prasowej oraz dla usługi tłumaczeń, a także, jak czytamy w piśmie kancelarii: „wyposażenie pomieszczeń wynajmowanych na Zamku Królewskim, niezbędnych dla przeprowadzenia obrad”.

Tłumaczenie nie usatysfakcjonowało pana posła. „Składowe najdroższej w historii parlamentaryzmu imprezy: klimatyzacja; transport foteli, krzeseł, mównic; nagłośnienie, oświetlenie, czyli »cały szereg usług« programu” – napisał na Twitterze.

Jak pisze Onet.pl umowa została zawarta z Fundacją Ogrody Muzyczne, która na dziedzińcu Zamku Królewskiego organizuje w takim właśnie namiocie Festiwal Ogrody Muzyczne.

Dyrektor festiwalu Ryszard Kubiak wyjaśniał na początku lipca, że umowa z Kancelarią Sejmu nie dotyczyła wynajmu obiektu, lecz przygotowania Zgromadzenia Narodowego.  „Wymaga to kompleksowych zmian w namiocie. Jego przearanżowania będzie dokonywać kilka firm w ciągu pięciu dni. Przygotujemy też sale zamkowe dla gości i prasy. Zajmujemy się całą obsługą logistyczną Zgromadzenia Narodowego, które będzie wielkim przedsięwzięciem na niemal tysiąc osób” – tłumaczył w lipcu Kubiak.

>>>

Waldemar Mystkowski pisze o Dudzie.

„Nie sądzę by weto było ustawką, ale – de facto – Duda już drugi raz pomaga wetem PiS-owi.”

Andrzej Duda w sezonie ogórkowym niektórym podnosi ciśnienie. Generał amerykański Richard J. Hayes przy dekorowaniu Krzyżem Komandorskim musiał wysłuchać nowej wersji ustaleń IPN bądź doradców Dudy. Wg Dudy Tadeusz Kościuszko i Kazimierz Pułaski przybyli do Stanów Zjednoczonych przed ogłoszeniem deklaracji niepodległości, co się nie zgadza z podręcznikami.

Możliwe, że nad nową wersją historii USA już pracują w IPN, dali radę z powstaniem „Solidarności”, w której ważniejszym jest Lech Kaczyński niż Lech Wałęsa, tym bardziej poradzą sobie z historią Jankesów. Ile podskoczyło ciśnienie gen. Hayesowi, nie wiem, bo nie było przy nim nikogo z ciśnieniomierzem, gdy swoje bzdury ex cathedra wygłaszał Duda.

Wszystkim Polakom może podskoczyć ciśnienie, gdy Duda sprowadzi aż 3 wraki z Australii. Nie będą to tupolewy, lecz adelaidy, nie będzie to wrak ze Smoleńska, lecz z antypodów. Jak w tym dowcipie o radiu Erewań: „Czy to prawda, że na Placu Czerwonym rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na Placu Czerwonym, tylko w okolicach Dworca Warszawskiego i nie rozdają, tylko kradną.”

Wrak to wrak i aż trzy, a nie jeden obiecany. I mówią, że politycy PiS nie wywiązują się z obietnic – wywiązują po trzykroć. Jak św. Piotr, który się trzykrotnie zaparł.

Dudzie podskoczyło ciśnienie, gdy ogłosił weto ustawy dotyczącej ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Duda wydziwiał miny na swej twarzy, jakby zrobił na złość choremu Kaczyńskiemu. Ale ta ustawa spełniła swoje zadanie, ustanawiała próg wyborczy na poziomie 16 proc. Czyli postraszyła Rydzyka i Macierewicza by nie myśleli o nowej partii na prawo od PiS. Chory prezes dogadał się z chorym Macierewiczem, że ten zrezygnuje, a w nagrodę przeprowadzi inspekcję Wojska Polskiego, ponadto dostał od Błaszczaka święto Wojsk Obrony Terytorialnej.

Zresztą ordynacja i tak by przepadła, gdyż wyniki wyborcze do Parlamentu Europejskiego nie zostałyby uznane przez Brukselę, ordynacja jest napisana wbrew prawu europejskiemu.

Przy tej okazji wyszło szydło z PiS, iż pracują nad zdecydowanie ważniejszą dla polityki krajowej ordynacją do Sejmu. I tę Duda podpisze, bo jest tylko wtedy odważny, gdy prezes pozwala mu na odwagę. Śmiać się chce, gdy czytam u tzw. dziennikarzy symetrystów, iż weto nie było ustawką. Oto cytat z jednego takich żurnalistów (nie podaję nazwiska, gdyż dialektyka ich jest zawsze tak samo pokrętna): „Nie sądzę by weto było ustawką, ale – de facto – Duda już drugi raz pomaga wetem PiS-owi.” Jeszcze inny dziennikarz orzekł, iż Duda jest szczęśliwy, gdy robi Kaczyńskiemu wbrew.

Jak pogodzić: pomaga i robi wbrew? Nie wiem, ale symetryści potrafią. Duda w ten czas ogórkowy sam w sobie jest newsem. Taki z niego ogórek. Cieszyć się należy, że w walce o prezydenturę nie wygrała z nim kandydatka SLD Magdalena Ogórek, bo jak nazywalibyśmy sezon ogórkowy? Sezon na dudki?

Cyrk Kaczyńskiego z klaunem Dudą i klechami

Zwykły wpis

Szczerski: Prezydent jest dzisiaj jedynym politykiem w Polsce, który działa ponad ostrym sporem politycznym

Aż wstyd cytować, co matołek Szczerski wygaduje. Ale zacytuję te kłamstwa. On nawet z wyglądu wyglada jak obrzygane kłamstwo, dlatego powyżej wspomniano o Herbercie i „Potędze smaku”.

– Myślę, że jak patrzymy na to z perspektywy 3-lecia, to widać wyraźnie, że to jest prezydentura przypadająca na bardzo ciężki, trudny okres jeśli chodzi o polską politykę, o okres bardzo drastycznego zaostrzenia konfliktu politycznego w Polsce pomiędzy partiami politycznymi, w wyniku zdecydowanie agresywnej polityki, którą prowadzi dzisiejsza opozycja. Prezydent jest jedynym politykiem dzisiaj w Polsce, który działa ponad tym ostrym sporem politycznym. W moim przekonaniu to powinno być zapamiętane z tych 3 lat, że to jedyny człowiek w Polsce, jedyna instytucja polskiego państwa, która nie dała się wciągnąć w wyniszczający spór, jaki toczy dzisiaj polskie państwo i poszczególne instytucje, już dzisiaj nawet dotarł do SN, który tak strasznie dzieli polskie społeczeństwo. Jedynym politykiem, który jest ponad tym sporem, do tego sporu nie został włączony i nie chce być włączony, wręcz odwrotnie, działa na rzecz tego, żeby budować instytucje państwa, które byłyby ponad tym sporem, jest prezydent. To w sensie polityki wewnętrznej chyba najważniejszy wymiar tej prezydentury – mówił Krzysztof Szczerski w „Salonie politycznym Trójki”.

Wysłał 47 pism, otrzymał 21 odpowiedzi – to plon kolejnej akcji Krzysztofa Brejzy. Tym razem poseł PO chciał się dowiedzieć, czy ministrowie rządu Beaty Szydło wpłacili przyznane im nagrody do Caritas. W maju funkcjonariusze PiS twierdzili, że wykonali rozkaz Jarosława Kaczyńskiego.

Brejza postanowił więc to sprawdzić. Większość oddziałów Caritas, od których poseł dostał odpowiedź, odmówiła mu przekazania informacji dotyczących pieniędzy. Zasłaniali się np. RODO, czyli unijnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych.

Ksiądz Marek Bator – dyrektor Caritas Diecezji Częstochowskiej – postanowił natomiast pouczyć posła Brejzę. – „Pana list sugeruje, iż środki, o które Pan zapytuje, były wypłatami „nienależnymi”, co nie zostało prawomocnie potwierdzone” – napisał ksiądz. Marek Bator uważa także, że nagrody z budżetu państwa dla ministrów były… środkami prywatnymi!

Zarzuca też posłowi chęć upolitycznienia sprawy. Zaapelował do Brejzy o „zaprzestanie stygmatyzowania Caritas poprzez tego typu zachowania”. Wychodzi na to, że jakoś nie zauważył, że to prezes PiS nakazał przekazanie pieniędzy właśnie na konta Caritas.

W piątek, ok godziny 14, w Suwałkach doszło do kolizji. Jeden ze świadków zdarzenia zapamiętał numer rejestracyjny sprawcy kolizji i już po godzinie został on zatrzymany w Augustowie. Okazał się nim sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach. Miał 1,8 promila alkoholu we krwi. Mało tego. Wiadomo, że tego dnia, przed zdarzeniem, sądził w dwóch sprawach.

Taki news to jak miód na serce prawicowego elektoratu.  Kolejny przykład demoralizacji tej „kasty”. Kolejny dowód na to, że minister Ziobro wie co robi, zmieniając całkowicie zasady funkcjonowania sądownictwa. Na sędziego wylał się w internecie ostry hejt. Jedna z internautek zastanawiała się, „w jaki sposób pijany bandyta na drodze, sędzia Sądu Okręgowego w Suwałkach, zasłaniający się immunitetem i próbujący uciec z miejsca zdarzenia zostanie potraktowany przez swoich kolegów, nadzwyczajną kastę bandytów w togach”. W jej sondzie aż 80 % uznało, że sędzia będzie uniewinniony.

Nagle okazało się, że jednak nie da się tego zdarzenia wykorzystać na poparcie słuszności „reformy” sądownictwa. Pijany sędzia to człowiek z nadania ministra Ziobry. I całą robota pisowskich trolli poszła na marne. I jak tu teraz odwrócić kota ogonem?

Dziennikarze portalu oko.press ustalili, że żona sprawcy kolizji, dzięki Ziobrze, jest prezesem jednego z podlaskich sądów, a on sam zajmuje kierownicze stanowisko w suwalskim sądzie. Jest też w dobrych relacjach z Jackiem Sowulem, który to z rąk ministra Ziobry otrzymał nominację na prezesa Sądu Okręgowego w Suwałkach. To właśnie nowy prezes towarzyszył mu w jednej ze spraw, która toczyła się w dniu, gdy doszło do kolizji. To właśnie Jacek Sowul zadecyduje o dalszych losach sędziego, a sprawą zajmie się Prokuratura Regionalna w Białymstoku.

Warto zwrócić uwagę na fakt, że to właśnie ten sędzia ma pod koniec września rozpoznać trzecią już apelację w głośnej sprawie członków KOD, którzy zakłócili spotkanie z Anną Marią Anders na otwarciu wystawy, poświęconej jej ojcu. To właśnie decyzją pana Sowula uchylono wyrok uniewinniający, a wobec sędziego Dominika Czeszkiewicza, który wydał wyrok niezgodny z oczekiwaniami przełożonych, toczyło się postępowanie dyscyplinarne, za którym również stał Sowul. Nie udało się niczego znaleźć i postępowanie zostało umorzone.

Miała być więc wielka sensacja, potwierdzająca słuszność walki ze środowiskiem sędziowskim, a wyszła wielka wpadka.

>>>

Stawka kolejnych wyborów 2018/2019 jest wysoka, nie chcemy #RzeczPiSpolita w Polsce.

Musimy wygrać wybory w 2019, po to jest #KoalicjaObywatelska, nowa jakość w polityce.

Raskolnikow

2 teksty Waldemara Mystkowskiego.

Nas obywateli czeka ogromny trud – pozszywania rozerwanej, poszarpanej i podeptanej Polski.

Przed nie lada wyzwaniem stoi dzisiejsza opozycja, gdy już zwycięży PiS i trzeba będzie po partii Kaczyńskiego posprzątać. Zniszczone zostało niemal wszystko – prawo, publiczne media, imię Polski i każdego z nas, imię Polaka. Zostaliśmy odarci z godności, honoru, a wielu z rozumu.

Joachim Brudziński nie ma problemu ze stwierdzeniem, że inwigilowanie obywateli służy zapewnieniu bezpieczeństwa. Brudziński zaoferował bezpieczeństwo środowiskom prodemokratycznym, prokonstytucyjnym na spotkaniu ze Zbigniewem Hołdysem poprzez inwigilowanie ich.

Spisanie manifestujących uzasadniał kłótnią wśród protestujących. Czy zbyt głośno wyrażali swój gniew albo jeden chciał wykrzykiwać hasła „Duda pod Trybunał Stanu”, a inny chciał frazy „Będziesz siedział”? A może kłócili się o Kaczyńskiego, czy ma siedzieć, czy uciekać do „ciepłego człowieka”?

Eliza Michalik nawet mniema, że Brudziński oszalał. Wg niej oznaka pomieszania rozumu u ministra to przyznanie się w TVN 24 do popełnienia…

View original post 791 słów więcej

Brudziński do dymisji, a komunistyczny łajdak Piotrowicz niech wraca do Putina

Zwykły wpis

Krzysztof Brejza jest niezawodny w kompromitowaniu PiS.

Włodzimierz Czarzasty z SLD na antenie Polsat News w ostrych słowach ostrzegał PiS, a także prokuratorów i sędziów, którzy będą współpracować z rządzącymi.

Zmiany w Sądzie Najwyższym były jednym z tematów niedzielnego programu w Polsat News. W pewnym momencie głos zabrał Włodzimierz Czarzasty z SLD. Zwrócił się bezpośrednio do posła PiS, Jacka Sasina.

– Przyjdzie czas zmiany, moim zdaniem on przyjdzie za 1,5 roku. (…) I mówię prokuratorom i sędziom: dojdziemy do władzy, zwolnimy was z pracy – zapowiedział Czarzasty. Po chwili zaczął mówić o politykach:

Dojdziemy do władzy, powsadzamy was do więzień. (…) Ja nie mówię tego bezpośrednio do pana, tylko do pana klasy. (…) Mówię to po to, żebyście się opamiętali i to przeanalizowali. Mówię to sędziom i prokuratorom, że mogą nie skorzystać z haniebnych propozycji

– stwierdził Włodzimierz Czarzasty w „Śniadaniu w Polsat News” .

– Tylko to wam pozostało: straszyć – próbował przerywać Sasin. A kiedy został dopuszczony do głosu, odparł: – Na szczęście nie jesteśmy już w PRL, tylko w państwie demokratycznym, gdzie to obywatele decydują, jaki program jest realizowany i kto rządzi. Ja rozumiem, że was to bardzo dziwi.

Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf wygłosiła w piątek wykład w niemieckim Karlsruhe zatytułowany: „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?”. Wykład jednoznacznie nawiązujący do sytuacji w Polsce i demokracji odniósł ogromny sukces. Pani profesor „odebrała zasłużone brawa od niemieckich prawników i przedstawicieli niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, którzy nie mają wątpliwości że racja stoi po jej stronie” Oczywiście, jak można było się spodziewać prawicowi polscy politycy zamiast cieszyć się sukcesem prof. Gersdorf, tradycyjnie zarzucili jej zdradę i skarżenie na Polskę.

Jak donosi portal crowdmedia.pl, przy okazji zostały ujawnione fakty dotyczące organizacji wykładu i sposobu przedstawiania I Prezes Sądu Najwyższego za granicą. Jak wiadomo PiS–owi bardzo zależy na tym, aby nazwisko prof. Gersdorf zniknęło ze wszystkich oficjalnych dokumentów i żeby była przedstawiana jako była prezes SN.

Pełniący funkcję ambasadora Polski w Berlinie, Andrzej Przyłębski dołożył wielu starań, aby wypełnić wolę partii rządzącej. Powołany przez PiS ambasador, zarejestrowany przez SB jako TW Wolfgang prywatnie mąż Julii Przyłębskiej, usiłował wywrzeć nacisk na burmistrza Karlsruhe, Franka Mentrupa, aby ten oficjalnie przedstawiał prof. Gersdorf jako byłą prezes SN. Na szczęście burmistrz nie uległ naciskom, a niemieckie MSZ nakazało tytułowanie prof. Małgorzaty Gersdorf I Prezes Sądu Najwyższego w Polsce, podkreślając przy tym, że prezydent RP do tej pory nie wydał oficjalnego aktu odwołującego panią prezes.

Ambasador Przyłębski tylko ośmieszył się swoją nadgorliwością i chęcią przypodobania władzy, a stanowisko Niemiec uświadamia nam wszystkim, jak ważnym dokumentem jest Konstytucja, której rządzący w Polsce nie szanują, łamiąc wszelkie zasady państwa prawa.

W zeszły piątek niemal wjechałem w środek chłopskiej demonstracji w Warszawie. Pomyślałem, że to bardzo ciekawe – bo przecież rolnicy to najtwardsze zaplecze rządu. Dalej było jeszcze ciekawej – zezłoszczeni chłopi wybuczeli Mateusza Morawieckiego, który w Kraśniku odsłaniał pomnik Lecha Kaczyńskiego.

Wiadomości TVP miały zgryz. Nie pokazać premiera? Strach! Pokazać premiera w takich okolicznościach? Też strach! Zwyciężyła opcja: „Dajemy, tylko mi tych chłopów wyciszcie!”

Chciałem przekonać się co we wsi piszczy. We wtorek pojechałem do Dawidów w powiecie parczewskim. Trafiłem na dramatyczną scenę. Policja, widły, krzyki, syreny. O co chodzi?

Kilkudziesięciu rolników blokowało wjazd inspekcji sanitarnej do pobliskich gospodarstw. Weterynarze przyjechali wybijać świnie (zdrowe, lecz zagrożone afrykańskim pomorem, czyli ASF).

Po jednej stronie stanęli więc fachowcy weterynarze: „Zarazę trzeba likwidować szybko i brutalnie. Tak każe prawo i tak każe logika”. Po drugiej stronie rozgoryczeni ludzie: „No ile to jeszcze może trwać? ASF szaleje od miesięcy. Państwo potrafi tylko mordować nasze zwierzaki? I nic więcej?”

Problemy polskiej wsi

Wsie dotknięte ASF przeżywają realny dramat. Oto opowieść jaką usłyszałem od pani Edyty, która straciła 120 świń.

-–Sobota. Jedna maciora jakaś słaba w nogach. Ale bez gorączki. Potem jakieś wybroczyny za uszami. U innych też wybroczyny na brzuchu. Niektóre zwierzęta zaczynają kaszleć. Zadzwoniliśmy szybko do weterynarii. Nie chcieliśmy ukrywać choroby. Weterynarz mówi: „ASF. Nie ma co czekać”. W poniedziałek komisja. Szacowanie stada. A we wtorek wybijanie.

– Jak to się odbywa.

– Dzieci wywieźliśmy do dziadków. Zjechała ekipa tych co zabijają. Na początek warchlaki. Pierwszy zastrzyk na ogłupienie, drugi na śmierć. Potem tuczniki i maciory. Najpierw uderzenie prądem. Potem strzał z bolca w głowę. Kwik, krew. Oni po tym chodzą. Patrzą czy świnia dobrze zabita. Bo jak nie to dobijają. O 11 już byli dobrze pijani.

– Jak to?

– Pociągali z butelki po cisowiance. Ale to taka praca, że ja się nie dziwię. Świńskie truchła na kontener. Na koniec odkazili wszystko taką chemią, że aż tynk odpadał. I sobie poszli.

– A wy?

– U nas zrobiła się wielka cisza. Nie ma świń. Zboża z pola zwozić do stodoły nie mogę. Zakazali bo gospodarstwo jakby zakażone.”

Stado pani Edyty „wyceniono” na 60 tysięcy odszkodowania. Ale kasy ciągle nie ma – to raz. Trudno będzie za takie pieniądze odtworzyć całą produkcję – to dwa. Rodzinę, która właśnie przeżyła traumę – czeka jeszcze długa droga przez mękę.

A przecież w okolicy popadały znacznie większe stada: po 1000 i 12000 świń. Nowoczesne chlewnie postawione na milionowe kredyty stoją puste. Hodowcy czekają na odszkodowanie, gryzą paznokcie i wspominają, że premier Morawiecki w expose zapowiadał, że ASF zatrzyma.

– I co?

– I g… zatrzymał!

A problemów jest więcej. W Dawidach pokazali mi wiśniowy sad – drzewa uginają się od owoców. Nikt tego nie zrywa, bo cena skupu jest niewiele wyższa od ceny zbioru. Wszystko najpewniej zgnije. W kółku „narzekającym” obok mnie stał rolnik, który ma 12 hektarów czarnej porzeczki: – 5 ha zebrane, na pozostałe nie mam zbytu. Obok niego właściciel 30 ha pekińskiej kapusty (przyjechał tu spod aż spod Sieradza): – Wykończyło mnie embargo rosyjskie.

Czarny scenariusz dla PiS

Jednym słowem chłopom ze złości aż się ulało! To czarny scenariusz dla PiS. Przypomnę, że partia Kaczyńskiego rządzi dzięki wsi. Jeszcze w lutym 2018 roku na pytanie „czy polityka rządu stwarza szansę na poprawę sytuacji gospodarczej” w lutym 2018 „tak” odpowiadało 71 procent rolników. A teraz? Stoją na drodze z widłami!

Wsiadam do auta. Dzwonię do znajomego polityka PiS, żeby się dowiedzieć jak bardzo się boją i słyszę:

– Morawiecki widzi sondaże. Mieliśmy taki wewnętrzny, który pokazywał, że poparcie na wsi nam spada. Wyrzucił z tego powodu ministra Jurgiela. Ale nic nie pomogło. Jak go wybuczeli w Kraśniku to on do nich podszedł i rozmawiał. Przekonał, że sprawa jest poważna.

– I co?

– Kazał Ardanowskiemu (nowy minister rolnictwa) na szybko pisać program dla wsi.

– No, ale jaki program można napisać na kolanie?

– Morawieckiego nie obchodzi czy masz czas spać, jeść, wydalać. Chce programu, dostarcz mu program. Sprawa jest prosta: albo my coś zaproponujemy albo opozycja się w końcu obudzi i zwietrzy szansę.

Słowa mojego znajomego za chwilę potwierdza dziennik radiowy, którego słucham w samochodzie: – Plan dla wsi ma powstać najpóźniej do czwartku.

„Najpóźniej” to dobre słowo. Bo już w środę Kancelaria Premiera zaczęła ogłaszać program na Twitterze. Twarde konkrety są dwa. Będą większe dopłaty do paliwa rolniczego (to jest konkretna kasa dla rolników i to ich musi ucieszyć). Drugi to obietnica utworzenia Narodowego Holdingu Spożywczego – ma on ustabilizować ceny skupu, tak by nie dochodziło do sytuacji, że nie opłaca się zbierać plonów.

Reszta to w większości propagandowe bajanie – o złodziejskiej prywatyzacji, o konieczności użyźniania gleb, odnawialnych źródłach energii i tak dalej do końca „planu”.

„Plan dla wsi” zostaje też odpalony propagandowo w „Wiadomościach” (panowie trzeba się zrehabilitować!!!): „Frasobliwy premier spotyka się z rolnikami w stodole. Rolnicy pogodnie dziękują mu za troskę i mówią redaktorowi; ‘plan jest świetny, czekaliśmy na to od lat’”.

Dzwonię do znajomego posła opozycji, żeby dowiedzieć się co oni planują ugrać na chłopskim buncie. I słyszę:

– Ale widziałeś ten ich program na Twitterze? Bełkot! Ci goście od Morawieckiego to debile jacyś!

Rydzyk i Morawiecki kokosy biorą tylko dla siebie

Zwykły wpis

Tadeusz Rydzyk na Jasnej Górze zwrócił się do lekarzy. Zaapelował, by mieli cierpliwość i nie chcieli „zarabiać kokosów”. Redemptorysta odwołał się przy tym do powstania warszawskiego.

Rydzyk podczas 23 Pielgrzymki Rodzin Radia Maryja na Jasnej Górze wygłosił krótki apel do lekarzy. – Prosimy was, służbę zdrowia, także tych lekarzy, którzy mają bardzo dużo energii, są bardzo młodzi, zaczynają, prosimy: miejcie cierpliwość i nie chciejcie od razu zarabiać kokosów, zechciejcie najpierw służyć ludziom, tak jak służyli wasi bracia, wasze wzory – powiedział.

Tadeusz Rydzyk apeluje do lekarzy

Jakie wzory miał na myśli o. Rydzyk? Swoją myśl po chwili rozwinął:- Nawet w czasach komunistycznych, nawet w czasie powstania warszawskiego nie brali pieniędzy, tylko służyli. Księża nie mieli żadnego ubezpieczenia, a leczyli nas i nie pytali, czy będą szykany. To są wzorce. Kochani nie dajmy się rozgrywać – dodał Tadeusz Rydzyk.

Rezydenci: Minister zerwał umowę

Przypomnijmy, że kilka dni temu Porozumienie Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy umieściło w mediach społecznościowych wpis, jakoby minister zdrowia i rząd „zerwali” z nimi umowę. Chodzi o porozumienie, które w lutym minister zdrowia Łukasz Szumowski podpisał z protestującymi rezydentami.

Tymczasem minister zdrowia Łukasz Szumowski zapewniał, że każdy z punktów porozumienia z rezydentami jest realizowany. Na początku lipca Sejm przyjął ustawę zwiększającą nakłady na zdrowie do 6 procent PKB już w 2024 roku czyli przyspieszono wzrost tych nakładów o rok. Profesor Łukasz Szumowski stwierdził, że przyjęta przez Sejm nowelizacja ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych jest wynikiem porozumienia z rezydentami.

Łukasz Jankowski z Porozumienia Rezydentów OZLL mówi, że uchwalona ustawa różni się od zapisów uzgodnionych w wyniku negocjacji i zawartych w podpisanym porozumieniu. Według niego, największe zastrzeżenie budzi to, że w ustawie do obszarów, na które mogą pójść środki przeznaczone na ochronę zdrowia dopisano Agencje Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, a także fundusz zajmujący się skutkami hazardu

Biedroń: Najbardziej racjonalny wariant to nie kandydować w wyborach samorządowych w ogóle

Sytuacja jest bardzo dynamiczna. Staję przed dylematem. Kandydować i dokończyć swoją kadencję, kandydować i w pewnym momencie zrezygnować z bycia prezydentem i realizować się na szczeblu ogólnopolskim albo w ogóle nie kandydować. Przyznaję, że najbardziej racjonalny wariant jest trzeci, czyli w ogóle nie kandydować. Jeżeli będę kandydował na prezydenta Słupska, może się okazać, że będziemy mieli komisarza wyborczego z PiS i przez pół roku Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło w Słupsku” – mówił w Poranku Radia TOK FM Robert Biedroń.

Morawiecki jest produktem polskiej lewizny. Wiele ambicji, chciejstwa, niewiele umiejętność.
Bozia nie dała, tylko nasrała – żałosna polska niedojrzałość.

Hairwald

Mieszkanka Wadowic zawiadomiła policję, bo… pokrojono tort z wizerunkiem Jana Pawła II. Tego „niesłychanego” czynu dopuściła się wiceburmistrz Wadowic Ewa Całus podczas uroczystości z okazji 98. rocznicy urodzin papieża.

Tort ważył 120 kilogramów, a jego dekoracja powstała z masy truskawkowej, przełożonej białym biszkoptem. Urzędnicy częstowali tym „papieskim” tortem mieszkańców Wadowic.

Nie da się jednak podzielić takiego ciasta bez użycia noża i to właśnie oburzyło niezmiernie jedną z mieszkanek. Uznała, że to niedopuszczalne – użycie noża do krojenia tortu z wizerunkiem świętego obraża jej uczucia religijne. Zawiadomiła więc policję.

Wiceburmistrz Wadowic w rozmowie z „GW” nie kryła zdziwienia. – „Od trzech lat organizujemy w rocznicę urodzin Jana Pawła II szereg atrakcji dla mieszkańców Wadowic i częstujemy ich urodzinowym tortem. Ta nowa tradycja cieszy się ogromną popularnością. Tuż po zakończeniu imprezy dostajemy od mieszkańców zapytania, co będzie w przyszłym roku, jaki smak będzie miał kolejny tort. Jeśli zaś chodzi o samą obrazę…

View original post 2 643 słowa więcej

PiS-owscy ministrowie nie chcą oddawać nagród

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki na unijnych szczytach wypada znacznie gorzej niż Beata Szydło.

Jeśli za powołaniem Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera stała chęć poprawienia notowań Polski na arenie międzynarodowej, to po 100 dniach można mówić o kompletnym niepowodzeniu tego planu.

Załagodzenie konfliktu z Brukselą w przeddzień bardzo ważnych dla Polski negocjacji o nowym unijnym budżecie miało być jednym z głównych powodów odwołania Beaty Szydło ze stanowiska premiera i zastąpienie jej Morawieckim. Zabieg się nie udał. Wydało się, że nowy szef rządu nie dostał od prezesa Jarosława Kaczyńskiego żadnego pola manewru w sprawie procedury praworządności. Ale nie tylko to. Zaskakująco słabe okazało się też rozeznanie Morawieckiego dotyczące strategii postępowania i zabiegania o nasze interesy na forum UE. W efekcie po raz pierwszy od lat Polska nie została zaproszona na szczyt strefy euro, który zaplanowano na najbliższy piątek.

A ma on przecież debatować o reformach, które będą miały konsekwencje również dla naszego kraju. – Z poprzedniego szczytu euro Morawiecki nagle wyjechał (bo spieszył się na opłatek PiS w Sejmie – red.). Przekazał prawo głosu Orbánowi, ale ten w ogóle się nie wypowiadał. No to Emmanuel Macron zaproponował, żeby następny szczyt strefy euro odbył się już w gronie 19 państw – mówi „Rzeczpospolitej” nieoficjalnie unijny dyplomata.

Tym samym wielkie osiągnięcie rządu premiera Tuska, czyli żadnej dyskusji o strefie euro bez państw, które są zobowiązane do przyjęcia wspólnej waluty, zostało zaprzepaszczone. W przyszłości Polska będzie się musiała dostosowywać do decyzji, do debatowania nad którymi nie została dopuszczona.

Z naszych informacji wynika, że wystąpienia polskiego premiera na posiedzeniach Rady Europejskiej nie wnoszą niczego nowego. Były nadzieje na zmianę, bo nieco prowincjonalną polityczkę miał zastąpić znający języki obce bankier.

Ale na razie wypada on gorzej na unijnych szczytach niż Beata Szydło. Może dlatego, że ważnym elementem dobrego przygotowania i forsowania swoich interesów na tym forum są kontakty z przewodniczącym Rady Europejskiej. To on decyduje o agendzie spotkania, to on konsultuje się ze wszystkimi przywódcami i może podszepnąć, jak przedstawić swoje racje.

Beata Szydło, do czasu słynnego posiedzenia Rady, które decydowało o reelekcji Donalda Tuska, regularnie rozmawiała z byłym polskim premierem. Morawiecki unika go jak ognia. Nie odpowiedział na zaproszenie do spotkania, zawarte w liście gratulacyjnym. Ani już na to bezpośrednio przedstawione mu w kuluarach jednego ze szczytu. – Najpierw zaakceptował, ale po nerwowych telefonach się wycofał – mówi nam osoba z otoczenia Tuska. To rzecz niebywała w UE, gdzie wszyscy członkowie Rady Europejskiej, szczególnie ci nowi, spotykają się z Tuskiem.

Morawiecki od początku natomiast zaangażował się w dialog z przewodniczącym innej ważnej unijnej instytucji – Komisji Europejskiej. Spotkał się już dwukrotnie na dłuższą rozmowę z Jeanem-Claude’em Junckerem, on sam i minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz rozmawiali też z Fransem Timmermansem, odpowiedzialnym za prowadzoną przeciw Polsce procedurę o naruszenie praworządności.

Z dzisiejszej perspektywy trudno ocenić, jaki był cel tych ożywionych kontaktów. Czy Morawiecki miał nadzieję, że same miłe rozmowy skłonią Komisję do zmiany oceny sytuacji w Polsce? Czy to, że w międzyczasie Jarosław Kaczyński zgodzi się na niektóre zmiany w ustawach sądowniczych, które postuluje Komisja? Czy też, że podziałają groźby wzrostu eurosceptycyzmu w polskim społeczeństwie w reakcji na ewentualne restrykcje ze strony Brukseli? A może liczył, że przekona państwa członkowskie do ominięcia Komisji i wejścia w bezpośrednie rozmowy między stolicami, w których ważniejsze od eksperckiej analizy sądownictwa w Polsce byłyby polityczne interesy? Jakiekolwiek były jego kalkulacje, nie sprawdziły się. – Dobrze, że jest dialog, ale żeby miał sens, to muszą być konkrety – powtarzał Timmermans.

Tymczasem polski rząd nie zaproponował żadnych zmian w ustawach. Przedstawił białą księgę polskich reform, którą miał nadzieję przekonać wszystkich o sensie zmian w Polsce. Pogorszył jednak sytuację poprzez porównania nowych polskich rozwiązań do rzekomo analogicznych stosowanych w innych państwach UE. Takie kraje, jak: Niemcy, Francja czy Hiszpania, wprost mówiły, że zawarte tam informacje są w najlepszym razie niepełne, a nawet fałszywe. Timmermans, który uczestniczył we wtorkowej dyskusji ministrów na temat Polski, przyznał, że te porównania nie zostały dobrze przyjęte. – Procedura wynikająca z artykułu 7.1 będzie kontynuowana – potwierdził Holender. W najbliższych dniach Komisja oceni polską odpowiedź na jej rekomendacje, ale ponieważ konkretów nie ma, to sprawa wróci 12 kwietnia na radę unijnych ministrów. I w końcu dojdzie do głosowania o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Wszystko to źle rokuje perspektywie dyskusji nad kluczowymi dla Polski sprawami, jak budżet, Nord Stream 2 czy delegowanie pracowników w transporcie międzynarodowym.

O podobnej klęsce można mówić w relacjach z innymi polskimi strategicznymi partnerami, USA i Izraelem, spowodowanej ustawą o IPN. I znów z pewnością część problemu wynika z braku samodzielności premiera, który – choćby nawet chciał – nie ma żadnych możliwości wpływania na decyzje PiS, a w tej konkretnej sprawie do zmian nie jest chętny Jarosław Kaczyński. Ale część winy ponosi osobiście Morawiecki swoją niefortunną wypowiedzią z konferencji w Monachium, gdzie mówił o współsprawcach Żydach. Jego legendarne obycie i talent dyplomatyczny, wyniesiony jakoby z pracy w międzynarodowym banku, okazały się mitem. Pozycja Polski na arenie międzynarodowej nigdy nie była taka zła. I premier ponosi za to część odpowiedzialności.

Minister Jacek Czaputowicz nie ma możliwości prowadzenia samodzielnej polityki. Nie ma też do tego kadr. Dyplomacja została przetrzebiona, a resort spraw zagranicznych stoi przed groźbą czystki.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wygłosił wczoraj w Sejmie mowę pogrzebową o?polskiej polityce zagranicznej. Trzy miesiące temu zastąpił żeglującego myślami w okolicach San Escobar Witolda Waszczykowskiego, co nawet w PiS przyjęto z ulgą. Wczoraj szef MSZ starał się rzeczywistość pudrować, jednak nawet uszminkowany trup pozostał trupem.

Odbędzie się przesłuchanie trzech świadków w śledztwie dotyczącym Lecha Wałęsy. Chodzi o sprawę podrobienia przez Służby Bezpieczeństwa podpisu byłego prezydenta pod teczkami TW „Bolka” – informuje Radio ZET.

Gdański sąd postanowił wznowić umorzone śledztwo, w reakcji na zażalenie Lecha Wałęsy.

Nazwiska świadków nie są upublicznione, ale prawdopodobnie chodzi o osoby, które współpracowały z byłym prezydentem kilka lat po złożeniu przez niego rzekomego podpisu – podaje radio.

Śledczy IPN mają wystąpić do Instytutu Ekspertyz Sądowych o opinię grafologa.

„Ja tej sprawy nie zostawię w ten sposób. Ja jestem przekonany, że na tym komisariacie zabito mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – zapowiedział Maciej Stachowiak, ojciec Igora. „Według prokuratury – policjanci nie odpowiadają za spowodowanie śmierci Igora Stachowiaka”.

Ojciec Igora uważa, że jego syn był torturowany na komisariacie. Nie tylko on tak myśli – powoływał się na opinie swoich pełnomocników, środowiska prawniczego i wreszcie wszystkich, którzy zobaczyli wyemitowany w TVN24 reportaż Wojciecha Bojanowskiego. – „Ja jestem osobą pokrzywdzoną i może rzeczywiście chciałbym, żeby wiele rzeczy było po mojej myśli, ale to chodzi o obiektywne spojrzenie na sprawę i naprawdę rzetelne zapoznanie się z materiałami. Jest przecież film, który się sam broni – tu nie trzeba fachowców” – powiedział Maciej Stachowiak w rozmowie z Polską Agencja Prasową.

Jego zdaniem, to, co stało się na komisariacie powinno być uznane za co najmniej znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Uważa, że śledczy wybiórczo potraktowali zebrany w sprawie materiał dowodowy. – „Prokuratura nie wzięła m.in. zupełnie pod uwagę użycia wobec mojego syna gazu. Ta sprawa wyszła na jaw dopiero po roku, jak wnioskowałem o takie badania, a teraz prokuratura zupełnie pomija ten fakt. Ja tego nie rozumiem; albo są tak duże naciski, albo chyba prokurator prowadząca sprawę nie ma na to wpływu” – stwierdził.

Maciej Stachowiak dodał, że nie był przez prokuratorów informowany o tym, co dzieje się w śledztwie w sprawie śmierci jego syna. O większości spraw dowiadywał się z mediów. – „Nie chcieliśmy mówić żadnego złego słowa, czekaliśmy na wyniki pracy prokuratury, ale tutaj jest mnóstwo niedomówień i rzeczy, które są dla mnie karygodne” – powiedział.

Rodzina Igora chciała, żeby prokuratorzy oskarżyli byłych policjantów o nieumyślne spowodowanie jego śmierci. Maciej Stachowiak nadzieje na odpowiednie potraktowanie pokłada w sądzie. – „My liczymy, że trafimy na sąd, który będzie chciał tę sprawę wyjaśnić, pomóc nam, bo dla nas najważniejsze jest ukaranie winnych tych nadużyć i śmierci mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – podkreślił ojciec Igora Stachowiaka.

Polska Grupa Zbrojeniowa – zanim została przejęta przez Antoniego Macierewicza – przynosiła zyski. Tworzy ją blisko 60 spółek, zatrudniających blisko 20 tys. osób. Nominaci byłego ministra obrony spowodowali, że po raz pierwszy od lat poniosła stratę. Może chodzić nawet o 40 mln zł – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Po dymisji Macierewicza rozpoczęto więc akcję „ratowania” PGZ. Wymieniono radę nadzorczą i zarząd (można przypuszczać, że wypłacono im niezłe odprawy). Nowym prezesem został Jakub Skiba, były prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

To nie koniec zmian – do „ratowania” PGZ skierowano… harcerzy. Do zarządu powołano właśnie kolejnych członków Pawła Pelca i Michała Kuczmierowskiego – obaj to działacze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Kuczmierowski ma też inne „zasługi” – w kwietniu 2010 r. przed Pałacem Prezydenckim ustawił krzyż w miejscu, gdzie po katastrofie smoleńskiej składano znicze. Założył grupę „Polsce i Bliźnim”, która miała tego krzyża bronić. Pelc z kolei w przeszłości doradzał prezesowi NBP z nadania PiS Sławomirowi Skrzypkowi, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

„GW” opisuje złą kondycję finansową PGZ i podaje przykład zakładów Mesko w Skarżysku-Kamiennej, produkujących m.in. rakiety przeciwlotnicze. Niedawno związki zawodowe otrzymały informację o 50-mln deficycie. Związkowcy mówią, że takiego wyniku finansowego „najstarsi górale nie pamiętają”.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja w funduszu MARS, który – według Macierewicza – miał „podnieść z kolan” polski przemysł stoczniowy, kupując m.in. nabrzeże w Szczecinie. Miały tam powstawać okręty podwodne, a na uroczystości z udziałem ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego położono stępkę pod supernowoczesny prom. Statek jednak nie powstał, a stępkę… ukradziono. Fundusz MARS w ubiegłym roku miał przeszło 100 mln zł straty netto.

No, ale trudno się dziwić, skoro Macierewicz prezesami i członkami zarządów niemal wszystkich kluczowych spółek uczynił m.in. pracowników domów kultury, radnych, a nawet właściciela sklepu akwarystycznego. „GW” przypomina skandal, związany z próbą umieszczenia w zarządzie PGZ Radosława Obolewskiego, współwłaściciela apteki Aronia w Łomiankach, i powierzenie protegowanemu Macierewicza Bartłomiejowi Misiewiczowi stanowiska pełnomocnika zarządu ds. komunikacji w PGZ.

Poseł Marek Jakubiak – jak pozostali posłowie i posłanki – otrzymuje z Sejmu 174 tys. złotych rocznie na utrzymanie i koszty działalności biura poselskiego.  Ma też oryginalny pomysł, jak je wydatkować, jak czytamy w portalu WP. – „Pan poseł wydaje gazetę, pojawiają się tam jego ogłoszenia, artykuły na temat jego działalności itp., to wszystko jest opłacane ze środków na funkcjonowanie jego biura, czyli płaci sam sobie. W ten sposób dochodzi do transferu publicznych pieniędzy do spółki, w której ma on udziały” – ujawnia portalowi jeden z posłów Kukiz’15. „Tygodnik Ilustrowany” ukazuje się w nakładzie 10-15 tys. egzemplarzy. Wydaje go spółka BRJ Media, biznes założony przez Jakubiaka w 2014 roku i wchodzący w skład grupy Browary Regionalne Jakubiak. Wydawcą i redaktorem magazynu jest współpracownica posła.

Fotografie posła można znaleźć w każdym wydaniu „Tygodnika Ilustrowanego” w Ciechanowie, niezależnie od okazji. A to z okazji 8 marca życzy kobietom wszelkiej pomyślności, to znów zaprasza na spotkanie i debatę o Polsce; informuje, że chce powołania komisji śledczej, albo że Kukiz’15 będzie liderem wyborów samorządowych itd. Ma prawo, to jego pismo, ale wydatki na „korespondencję i ogłoszenia”, czyli promocję własnej osoby poseł opłaca publicznymi pieniędzmi. Wirtualna Polska sprawdziła, że poseł Jakubiak to faktycznie jeden z sejmowych liderów w tej dziedzinie. Wydaje na nie 24,5 tys. złotych rocznie. Daleko w tyle pozostają inni posłowie ze swoimi najwyżej kilkusetzłotowymi wynikami, w tym Jarosław Kaczyński (wydaje 527 zł). Co na to sam poseł Marek Jakubiak? – „Dlaczego płacę za ogłoszenia w „Tygodniku”? Dlatego, że projektują, drukują, dystrybuują go ludzie, którym za to trzeba zapłacić. To jest ich praca. Pan jako dziennikarz powinien to rozumieć – odpowiada WP. Dodaje, że ogłoszenia dotyczące działalności swoich czterech biur poselskich zamieszcza w różnych mediach. – „Z ogłoszeń korzystają również inni posłowie” – zapewnia dziennikarzy.

W ekipie rządowej zarysowały się dwa stronnictwa, które mają odmienną wizję tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Jeden to były minister Antoni Macierewicz, powszechnie kojarzony ze śledztwem. Drugi – to Zbigniew Ziobro, w roli prokuratora („Kolejni „światowej sławy” eksperci zbadają katastrofę smoleńską”). W tle zaś mamy ostre starcie „Gazety Polskiej” (sympatyzującej od dawna z podkomisją Macierewicza) i tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Każdy ma swoich ekspertów i każdy będzie chciał przekonać do swojej wersji zdarzeń, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, zauważa w interesującej analizie Rafał Zychal z Onet.pl. napięcie będzie rosnąć, bo coraz bliżej do kwietniowej rocznicy, która jak sugeruje sam prezes PiS, ma jednak być pewną cezurą. Tymczasem wersji wspieranej przez Macierewicza i Ziobrę nie da się pogodzić.

„Ten propagandysta Kremla nigdy nie powinien być ekspertem prokuratury ws. Smoleńska” – alarmuje Antoni Macierewicz na Twitterze. I zarzuca, że „drugi niby ekspert z góry przesądził winę PL pilotów mówiąc, że był to kontrolowany lot ku ziemi”. Chodzi o to, że w ubiegłym tygodniu do Polski na zaproszenie zastępcy Zbigniewa Ziobry przyjechała grupa „światowej sławy ekspertów”zajmujących się badaniem przyczyn katastrof lotniczych. Tak przedstawia ich prokuratura, która chce skorzystać z ich doświadczenia. Finałem ich prac ma być ekspertyza, już druga, bo pierwsza – przypomina Onet –  napisana przez polskich biegłych, leży już od dawna na biurku śledczych. „Propagandysta” to zapewne Theodore Postol, fizyk i emerytowany profesor Massachusetts Institute of Technology, jednej z najlepszych uczelni technicznych w USA. W ostatnich latach udzielał się również jako komentator w prokremlowskich mediach – telewizji Russia Today i agencji informacyjnej Sputnik, gdzie krytykował decyzje władz USA, w tym koncepcję budowy tarczy antyrakietowej w Europie.

Drugą z osób, choć nie wymienioną z imienia i nazwiska, jest najprawdopodobniej Robert Benzon, czytamy w Onet.pl. To amerykański ekspert przez wiele lat związany z NTSB, czyli Narodową Radą Bezpieczeństwa Transportu, która zajmuje się badaniem przyczyn wypadków lotniczych. Uczestniczył między innymi w badaniu awaryjnego lądowania Airbusa A320 na rzece Hudson czy katastrof nad Lockerbie i w rosyjskim Permie. Ostatnia z wymienionych spraw służy teraz „Gazecie Polskiej” do podważania wiarygodności Benzona, poprzez sugerowanie mu powiązań z Rosją.  Dlaczego? Bo zaakceptował on ustalenia MAK, który badał katastrofę z 2008 roku i wskazał winę pilotów. Bo MAK nie wziął pod uwagę zeznań świadków, którzy twierdzili, że przed katastrofą maszyna płonęła. I wreszcie jedną z ofiar tego wypadku był doradca Władimira Putina, gen. Giennadij Troszew. Tym samym – łączy wątki „GP” – Benzon miałby być niewiarygodny w sprawie śledztwa smoleńskiego.

Swoje przy tej okazji postanowił ugrać naczelny „Gazecie Polskiej”. Pisze: „Russia Today w USA jest rejestrowana jako agentura obcego państwa. Theodor Postol ekspert wychwalany przez red. Wikło jest stałym komentatorem RT”.  Wikło to redaktor tygodnika, „Siec’ w którym pojawił się pojawił się ostatnio wywiad z zagranicznymi ekspertami, zaproszonymi przez Zbigniewa Ziobrę. – „Ostatnia fala ataków na prokuraturę i jej ekspertów, szczególnie w wykonaniu mediów bardzo wspierających podkomisję i jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza budzi niesmak. Zestaw ekspertów prokuratury budzi respekt i nie zawahałbym się użycia tych słów po raz kolejny, nawet jeśli nie podoba się to Gazecie Polskiej” – napisał Wikło. Eksperci owi będą pracować z polskimi śledczymi, a ich listę ujawnił właśnie tygodnik Sakiewicza. Słowne potyczki dziennikarzy „Gazety Polskiej” i „Sieci” to nic nowego, również w kwestiach dotyczących Smoleńska. Nie sposób jednak nie zauważyć (z ulgą), że po latach pojawiła się bardziej realna szansa na rozmontowanie smoleńskiego mitu i dostarcza jej sam obóz władzy.

To jednak nie wszystko. Pozostaje sprawa biura poselskiego. Otóż mieści się ono pod adresem Kilińskiego 8. Jest to… siedziba Browaru Ciechan, którego Jakubiak jest właścicielem. Jednym słowem, poseł zasiada za swoim własnym biurkiem albo jako poseł, albo – szef browarów. Biurko to samo, ale w pierwszym przypadku wystawia Sejmowi faktury. Co ciekawe, w tej sprawie Jakubiak stanowczo zaprzecza. – Biuro poselskie nie ponosi żadnych kosztów z tym związanych – twierdzi. Łączny koszt wynajmu lokali na cztery biura poselskie Marka Jakubiaka sięga 30 tys. zł. Jak jest naprawdę? Wprawdzie Kancelaria Sejmu dość ogólnikowo tłumaczy, jakie wydatki nie mogą być finansowane z ryczałtu na działalność biur, wskazuje „koszty działalności partii politycznych, organizacji społecznych, fundacji, klubów i kół poselskich i parlamentarnych, a także działalności charytatywnej”. Jak zauważa portal WP, intencja przepisów Sejmu jest jasna. Ryczałty służą racjonalnym i niezbędnym wydatkom poselskim, a nie do finansowania różnych naciąganych kosztów, zachcianek i prywatnych interesów. Jednak niektórzy posłowie (nie tylko za tej kadencji, jeśli przypomnieć afery z „kilometrówkami”) łamią te zasady.