Tag Archives: Klementyna Suchanow

Piotrowicz do pierdla!

Zwykły wpis

Sędziowie Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf i Krzysztof Rączka złożyli pozew przeciwko posłowi PiS Stanisławowi Piotrowiczowi. Domagają się przeprosin oraz 50 tysięcy złotych na cele społeczne.

Chodzi o wypowiedź przewodniczącego Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka z 27 sierpnia, wygłoszoną w siedzibie KRS. Wtedy grupa demonstrantów reprezentujących ruch Obywatele RP przez kilka godzin blokowała rozpoczęcie obrad Krajowej Rady Sądownictwa, na których KRS miała zarekomendować kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego. Członek KRS, poseł PiS Stanisław Piotrowicz odnosząc się do protestu powiedział dziennikarzom, że „nie może być takiej sytuacji, by garstka niezadowolonych z utraty przywilejów blokowała prace organu konstytucyjnego”. Dopytywany, o jakie przywileje chodzi, odpowiedział, że chodzi także o to, żeby „sędziowie, którzy są zwykłymi złodziejami, nie orzekali dalej”.

Prezes SN prof. Małgorzata Gersdorf domagała się przeprosin i zapowiadała, że wejdzie na drogę prawną. Pozew zapowiedział również sędzia Krzysztof Rączka, który stwierdził, że będąc sędzią SN nie może „pozostać biernym” wobec wypowiedzi Piotrowicza, w której „zawarto sugestię popełnienia czynu zabronionego przez sędziów Sądu Najwyższego”. „Stwierdzenie to nie znajduje żadnego uzasadnienia w faktach i godzi w moje dobre imię jako Sędziego SN, jak również godność wszystkich Sędziów zasiadających w najwyższym organie władzy sądowniczej Rzeczypospolitej Polskiej” – napisał w oświadczeniu opublikowanym 5 września.

Piotrowicz nie przeprosił. Trzy tygodnie później Gersdorf i Rączka, jak zapowiedzieli wcześniej, złożyli pozew – poinformował TOK FM mecenas Michał Wawrykiewicz, współzałożyciel inicjatywy Wolne Sądy i Komitetu Obrony Sprawiedliwości KOS.

Sędziowie domagają się od Piotrowicza przeprosin i 50 tys. zł na cele społeczne. Sam poseł PiS jeszcze do pozwu się nie odniósł.

* * *

Pokonać PiS i posadzić takich Piotrowiczów.

Depresja plemnika

Według rozmówców „Newsweeka” Tusk na poważnie rozważa start w wyborach prezydenckich w 2020 r. Ale do tego będzie potrzebował PO i wcześniejszej wygranej opozycji w wyborach parlamentarnych. Dlatego – jak mówi ważny polityk PO – Tusk zawarł sojusz taktyczny z liderem Platformy Grzegorzem Schetyną, który ma pomóc opozycji wygrać wybory europejskie i parlamentarne, a Tuskowi – walkę o prezydenturę.

Ten sojusz został przypieczętowany na zjeździe Europejskiej Partii Ludowej w Helsinkach pod koniec października. Tusk przechadzał się między liderami europejskiej chadecji, do której należą w europarlamencie PO oraz PSL, i odbierał gratulacje za wynik wyborów samorządowych w Polsce. Koalicja Obywatelska wygrała wybory w miastach, wypychając z nich zupełnie PiS. Tusk publicznie chwalił w Helsinkach Schetynę, podkreślając, że dobry wynik Koalicji Obywatelskiej to jego zasługa.

Prawicowe tygodniki straszą powrotem Tuska

Kilku moich rozmówców w PO przyznaje, że wzajemne „obwąchiwanie się” trwało dość długo, bo Schetyna wciąż podejrzewał, że Tusk chce…

View original post 3 278 słów więcej

Dla PiS prawda jest nową mową nienawiści

Zwykły wpis

Szalenie aktualne niestety.

Wiele działań podejmowanych przez Prawo i Sprawiedliwość wydaje się chybionych – choćby te dotyczące gigantycznych zarobków działaczy partii ulokowanych w spółkach Skarbu Państwa – ale to przemyślana strategia. Chodzi o zbudowanie własnej elity, która zastąpi dotychczasową i zapewni prawicy rządy na długie lata – pisze Piotr Gajdziński w tekście, który pierwotnie ukazał się w miesięczniku „Odra” (nr 7-8/2018)

Na początku kwietnia br. Jarosław Kaczyński ogłosił decyzję Komitetu Politycznego PiS o zwrocie nagród przez ministrów rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego oraz o obcięciu pensji parlamentarzystów i samorządowców. Oczywiście w praktyce – jak zawsze w najważniejszych sprawach – podjął tę decyzję sam. „Będzie w tej chwili dużo, dużo skromniej niż było dotychczas” – zapowiedział.

Decyzja Kaczyńskiego spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem – w sondażu przeprowadzonym dla TVN24 przez Kantar Millward Brown przyklasnęło jej 69 procent respondentów, przeciw było zaledwie 25 procent. Ale ten wynik z pewnością wierchuszki partii wcale nie ucieszył.

SKROMNOŚĆ, CZYLI GIGANTYCZNE ZAROBKI

Kaczyński zapowiedział nadejście ery skromności, ale na tym się skończyło. Skromniej nie jest. Po pierwsze, wcale nie wiadomo, czy ministrowie i inni wysocy urzędnicy państwowi, hojnie obdarowywani przez Szydło i Morawieckiego, rzeczywiście zwrócili pieniądze. Z enuncjacji Caritasu, który miał być beneficjentem decyzji Kaczyńskiego, wcale to nie wynika. Co zaskakujące, również rząd ani władze Prawa i Sprawiedliwości nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu potwierdzającego zwrot dodatkowych, wypłaconych pod stołem pensji – bo w myśl prawa pracy nie były to premie. Później, dzięki akcji Polskiego Stronnictwa Ludowego oraz publikacjom „Pulsu Biznesu” i „Gazety Wyborczej” z początku czerwca, poznaliśmy dochody lokalnych działaczy samorządowych należących do PiS. I to niemałe dochody, sięgające rocznie nawet 300 tysięcy zł i wypłacane przede wszystkim przez spółki Skarbu Państwa.

Albo więc Jarosław Kaczyński kłamał mówiąc, że będzie „dużo, dużo skromniej”, albo już nie kontroluje swojego środowiska politycznego. Trudno ocenić, który z tych wariantów byłby gorszy.

Polska prawica ma wielką umiejętność nadawania słowom nowego znaczenia. Podporządkowanie prezesów sądów ministrowi sprawiedliwości, a sędziów Sądu Najwyższego prezydentowi nazywa się teraz „zwiększeniem niezależności sędziowskiej”. Wszystko to, a na dodatek jeszcze postawienie na czele Prokuratury Generalnej szefa jednej z rządzących partii – czy raczej pisowskich przystawek – to dziś „zwiększenie niezależności wymiaru sprawiedliwości”. Wypadnięcie Polski z głównego nurtu polityki europejskiej to obecnie „budowanie podmiotowości Polski na arenie międzynarodowej”. Nie jest więc wykluczone, że gigantyczne zarobki polityków PiS i wybranych menedżerów oznaczać będą teraz „skromność”.

TRZEBA NAM ELIT CHRZEŚCIJAŃSKICH I KONSERWATYWNYCH

Chyba jednak nie o skromność tu idzie. Jarosław Kaczyński od wielu lat, konsekwentnie, mówi o konieczności stworzenia w Polsce nowych elit. Te obecne są, jego zdaniem, zbyt proeuropejskie, za mało konserwatywne, zbyt oddalone od wartości chrześcijańskich i nazbyt krytyczne wobec Kościoła katolickiego.

Zdaniem prezesa Prawa i Sprawiedliwości, obecne elity obciążone są również grzechem postkomunizmu.

Przez długie lata stworzenie nowych elit wydawało się fantasmagorią głównego lokatora Nowogrodzkiej, ale teraz, gdy PiS ma w rękach wszystkie instrumenty państwa, zapowiedź budowania „własnej” elity stała się znacznie bardziej realna.

Choć chyba raczej należałoby powiedzieć, że dzisiaj realizacja tej zapowiedzi przyspieszyła. Już wcześniej bowiem podejmowano takie próby, zresztą, z punktu widzenia PiS, całkiem udane.

Najważniejszą jest oczywiście budowa mitu Lecha Kaczyńskiego jako wybitnego działacza antykomunistycznego podziemia i „Solidarności”. Cała walka o pomniki „najwybitniejszego polskiego prezydenta Kaczyńskiego”, nieustanne podtrzymywanie mitu o zamachu w Smoleńsku, służy właśnie temu celowi. Temu służy również, zresztą już przez prawicę wygrana, wojna o pamięć historyczną. Zwycięstwo w tej wojnie powoduje, że większość Polaków ma już wrażenie, że spadkobiercami tradycji niepodległościowej są wyłącznie politycy Prawa i Sprawiedliwości. Nie jest to, mówiąc najdelikatniej, całkiem zgodne z prawdą. Ale nie prawda jest tu najważniejsza.

Od 27 lat prawica podtrzymuje przecież mit Jana Olszewskiego jako „najlepszego premiera” i „wybitnego polityka”, podczas gdy w istocie jego rząd był najsłabszym gabinetem okresu transformacji. I prezes PiS doskonale o tym wie, co udowodniły opublikowane niedawno przez Wojciecha Maziarskiego tzw. taśmy Kaczyńskiego.

Trwałego sukcesu nie sposób jednak budować tylko na przeszłości. Trzeba sięgać w przyszłość. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że bez wsparcia społecznej elity rządy prawicy nie potrwają długo. Dwie, a może trzy kadencje – jak jeszcze niedawno roili sobie politycy PiS – to czas, ich zdaniem, pozwalający przynajmniej częściowo wykonać to zadanie. Dzisiaj marzenia o tym, że Prawo i Sprawiedliwość będzie rządziło do 2027 roku, wydają się już nieaktualne, także ze względu na stan zdrowia „naczelnika”, ale proces budowy „nowej elity” idzie pełną parą. Na razie jest to proces budowy elity finansowej. Ale to tylko pierwszy krok.

WŁASNY KOŚCIÓŁ, WŁASNE MEDIA

To bardzo pragmatyczne podejście, ale – wbrew powszechnemu przekonaniu o skrajnej ideologizacji prawicy, co to tylko Boga ma w sercu i brzydzi się dobrami doczesnymi – pragmatyzm w tym środowisku jest obecny od dawna, a bardzo widoczny przynajmniej od czasów powołania koalicji PiS z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin.

Chwilę później,

gdy Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w opozycji, ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego wykonali tytaniczną pracę. Zaczęli budować w całej Polsce struktury partii oraz afiliowanych organizacji w rodzaju Klubów „Gazety Polskiej”, przyciągając do siebie ludzi, którzy czują się przez III Rzeczpospolitą pokrzywdzeni i zepchnięci na margines. PiS umiejętnie to poczucie podsycał, co zaowocowało podwójnym zwycięstwem w 2015 roku.

W tym czasie partia zbudowała też silne media, zupełnie zmieniając polityczny krajobraz rynku medialnego. Ma już również „swój” kościół w postaci „rodziny ojca Rydzyka”, a także sympatię wielu księży i hierarchów oficjalnego Kościoła katolickiego. Te nogi sukcesu PiS są teraz wzmacniane poprzez transfery finansowe, co widać choćby w dotacjach dla różnych przedsięwzięć ojca Rydzyka, a w „niepokornych” mediach – w kampaniach reklamowych instytucji publicznych i spółek Skarbu Państwa.

Te „nogi”, na których dzisiaj opiera się Prawo i Sprawiedliwość, mają jednak dwie słabości – krótką ławkę wykształconych, dobrze przygotowanych do pełnienia funkcji publicznych kadr oraz kiepskie fundamenty biznesowe. Dlatego PiS konsekwentnie stara się te słabości wyeliminować. I to jak najszybciej.

Czas odgrywa tu kluczową rolę, ale pośpiech bywa niebezpieczny i grozi dachowaniem. Dotyczy to zwłaszcza budowy fundamentów finansowych, bo prawica wspięła się do władzy pod sztandarami skromności i krytyki „rozpasania” rządów Platformy Obywatelskiej, której symbolem stały się słynne ośmiorniczki.

PiS wie, że akcja opozycji pod nazwą „Konwój wstydu” jest dla niej śmiertelnie niebezpieczna, ale nie ma wyboru. Musi szybko zbudować korpus bezwzględnie lojalnych terenowych działaczy, którzy będą zdolni kierować różnymi instytucjami zależnymi od państwa. Aby dobrze przygotować ich do tej roli, trzeba im pozwolić zdobywać doświadczenie na kierowniczych stanowiskach. Nawet kosztem niechęci części elektoratu, najbardziej wyczulonego na hasło o równych żołądkach.

Tak wysokie poparcie – 69 przeciwko 25 procentom – dla decyzji o obcięciu pensji parlamentarzystom i samorządowcom jest dla PiS niebezpieczne. W partii mają jednak nadzieję, że do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze wystarczająco dużo czasu, aby sprawę podwójnych pensji jakoś „przykryć”. Choćby nawet kolejnymi prezentami dla elektoratu, w rodzaju 300 złotych dla każdego dziecka na wyprawkę szkolną.

KADRY SĄ WSZYSTKIM

Leninowska prawda głosząca, że „kadry są najważniejsze” znajduje na prawicy posłuch. W przeprowadzonej w połowie 1994 roku rozmowie z Tomaszem Grabowskim, politologiem z amerykańskiego Uniwersytetu w Berkeley, Jarosław Kaczyński z dużą szczerością mówi nie tylko o swojej i brata pozycji w solidarnościowej opozycji lat osiemdziesiątych, ale również o własnym środowisku politycznym. To specyficzny moment, wybory wygrała postkomunistyczna lewica, w kraju rządzi koalicja SLD i PSL, Kaczyński jest poza parlamentem.

Właśnie wtedy przyznaje: Uczciwie mówiąc, całe to ówczesne PC[Porozumienie Centrum, pierwsza partia braci Kaczyńskich – PG] to był straszny zoolog, w sensie: ogród zoologiczny. To było dziwne zbiorowisko. Dużo tam wtedy było różnych takich środowisk niesłychanie skrajnych, integrystycznych katolików, ludzi o uogólnionej pretensji do świata, także trochę ludzi niezupełnie zdrowych na umyśle.

O dzisiejszym podejściu władz Prawa i Sprawiedliwości do kadr, czyli członków partii, wiele mówią też słowa Adama Lipińskiego, wiceprezesa PiS. Tłumacząc wypowiedzi Kaczyńskiego dla Grabowskiego powiedział, że na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy na scenie politycznej dominował nurt lewicowo-liberalny powstał pomysł powołania partii politycznej o proweniencji bardziej prawicowej. W statucie wpisaliśmy, że Porozumienie jest partią chrześcijańsko-demokratyczną z równoprawnym nurtem konserwatywnym oraz ludowym. I zaczęli się do niego zapisywać wszyscy, którzy nie zgadzali się z nurtem lewicowo-liberalnym. Lipiński dodał, że dzisiaj weryfikacja osób chcących zapisać się do PiS jest znacznie ostrzejsza.

Nawiasem mówiąc, jeśli rzeczywiście dzisiaj weryfikacja chętnych jest tak staranna, to oznacza, że kariera w PiS byłego prokuratora stanu wojennego czy oficera Ludowego Wojska Polskiego wcale nie jest przypadkiem.

KRÓTKA ŁAWKA

Kadrowa słabość Prawa i Sprawiedliwości jest widoczna gołym okiem. Nie chodzi wyłącznie o ministrów, z których spora część nigdy nie powinna objąć tak eksponowanych stanowisk. Widać to przede wszystkim w rozprawie z wymiarem sprawiedliwości. Mimo ogromnych wysiłków, prawicy nie w pełni udał się skok na polskie sądy. Zbigniew Ziobro nie zdołał obsadzić swoimi ludźmi nawet wszystkich Sądów Okręgowych, nie mówiąc już o niższych szczeblach.

Na znaczną część stanowisk awansowano przypadkowe osoby, bez odpowiednich wyników i doświadczenia, a przede wszystkim niecieszące się w swoim środowisku autorytetem.

Dobrym tego przykładem jest Julia Przyłębska, mianowana prezesem Trybunału Konstytucyjnego, której prawnicze dokonania, zwłaszcza na tle poprzedników, są co najmniej mizerne. Gdy w 2001 roku, po kilkuletniej pracy w dyplomacji, Julia Przyłębska starała się wrócić do poznańskiego sądu, kolegium sędziów wydało druzgocącą opinię na temat jej pracy. Podkreślano jej „brak stabilności orzecznictwa”, częstą absencję, „przeterminowanie uzasadnień”. W konkluzji napisano, że Kolegium Sądu Okręgowego w Poznaniu przedstawia z opinią negatywną kandydaturę pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego Sądu Okręgowego i dodano, że powrót pani Julii Przyłębskiej na stanowisko sędziego nie będzie korzystny dla wymiaru sprawiedliwości. Tę opinię potwierdzają liczby – w 1995 roku w sądzie wyższej instancji uchylono ponad 38 procent wyroków wydanych przez Przyłębską, a w 1996 roku do ponownego rozpatrzenia zostało skierowanych 32 procent spraw, w których orzekała. W latach 1995-1996 w wydanych przez nią orzeczeniach znaleziono aż 43 błędy. Nic więc dziwnego, że Zgromadzenie Ogólne Sędziów Okręgu Poznańskiego podtrzymało decyzję Kolegium poznańskiego Sądu Okręgowego.

Kadrowa słabość prawicy ujawniła się również w najważniejszej dla niej sprawie po zdobyciu władzy – znalezienia dowodów potwierdzających, że w kwietniu 2010 roku w Smoleńsku doszło do zamachu na samolot prezydencki.

Po pierwsze, Antoni Macierewicz, mimo rozlicznych prób, nie zdołał powołać nowego składu Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i musiał się ograniczyć do stworzenia podkomisji. Jej wywody zaś okazały się wręcz kabaretowe i doprowadziły do całkowitej kompromitacji tezy, która legła u podstaw zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych i Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. W efekcie sprawa katastrofy w Smoleńsku, która przez siedem lat rozpalała Polaków i do dziś stanowi oś podziałów, nagle zniknęła. Dosłownie wyparowała.

TERAZ MA BYĆ MNIEJ KRYTYCZNIE O PIS, KACZYŃSKIM I GENERALNIE O WŁADZY

Szczególnie mocno brak odpowiednich kadr na prawicy rzuca się w oczy w gospodarce. Z badań wynika, że większość właścicieli polskich firm ma raczej liberalne poglądy, więc z ich strony PiS nie może liczyć na zbyt duże wsparcie. Choć w Polsce, biorąc pod uwagę możliwości aparatu skarbowego oraz podporządkowanie sobie przez PiS sądów, nietrudno przewidzieć, że wielu właścicieli firm, odpowiednio naciskanych, zmieni przekonania, aby ratować swoje przedsiębiorstwa. Tu chodzi o wielkie pieniądze, a w tych sprawach pragmatyzm niemal zawsze wygrywa z ideałami.

Wzorce skutecznego działania na tym polu PiS łatwo znajduje w putinowskiej Rosji albo na Węgrzech, gdzie Viktor Orbán stworzył własną ekonomiczną oligarchię, która opanowała gospodarkę. Bezpośrednim następstwem była niemal kompletna marginalizacja mediów opozycyjnych wobec prawicy. Właśnie w dużej mierze dzięki temu Orbán tak łatwo i tak znacząco wygrywa kolejne wybory nad Dunajem.

Jaskółki tego samego mechanizmu pojawiają się i u nas. Przykładem zmiana frontu w polityce informacyjnej Polsatu. Zygmunt Solorz, który jeszcze niedawno twierdził, że fundamenty jego biznesu są tak mocne, że nie musi się obawiać żadnej władzy, nagle oddał nadzór nad wszystkimi newsami słynącej z dobrych kontaktów z prawicą Dorocie Gawryluk. Teraz to ona ma największy wpływ na polsatowskie serwisy i to ona decyduje, co w programach informacyjnych tej stacji zobaczą widzowie. Zmiana tonu jest już widoczna, a jeszcze bardziej widoczna jest ona w wewnętrznych decyzjach. „Teraz ma być mniej krytycznie o PiS, Kaczyńskim i generalnie o władzy” – wyjaśniał mi niedawno znajomy dziennikarz Polsat News, który twierdzi, że okręt zmienia kurs. Ta zmiana z pewnością nie nastąpi od razu, ale ma być konsekwentnie realizowana. Niebawem może się okazać, że spośród liczących się stacji telewizyjnych krytyczna wobec władzy jest wyłącznie TVN24.

Temu samemu celowi służyć będzie planowane przejęcie gazet regionalnych przez polskie podmioty. Sprawa nie będzie łatwa, bo jej rozpoczęcie oznacza wypowiedzenie wojny nie tylko zagranicznym właścicielom, ale również Brukseli. Dlatego na razie jest odłożona i czeka na bardziej dogodny moment.

Jarosław Kaczyński może na przykład uznać, że tym momentem będą zbliżające się wybory parlamentarne, gdy partii będzie zależało na skonsolidowaniu twardego elektoratu. A ten elektorat wszelkie działania mające „utrzeć nosa” zagranicy zawsze przyjmuje z entuzjazmem, jako dowód „wstawania z kolan”. Sprawa przejęcia, czyli repolonizacji mediów, jest cały czas w PiS obecna, o czym świadczą wypowiedzi parlamentarzystów tej partii na spotkaniach z wyborcami.

MIEĆ WŁASNEGO KULCZYKA

Nie jest wykluczone, że przygotowania do tej operacji już się rozpoczęły. Polska gospodarka, przede wszystkim dzięki znakomitej globalnej koniunkturze, notuje bardzo dobre wyniki, dzięki czemu dobrze zarabiają również spółki Skarbu Państwa. W takiej sytuacji powinny one wypłacać swoim akcjonariuszom sowite dywidendy, tym bardziej że warszawski parkiet w ostatnich latach notuje bardzo kiepskie wyniki, co grozi wycofaniem się kolejnych inwestorów. Dywidenda mogłaby poprawić ich nastroje. Tymczasem spółki Skarbu Państwa nie tylko nie zamierzają zwiększać dywidendy, a niektóre postanowiły nie wypłacać jej wcale. Należy do nich na przykład KGHM. Inny gigant, PGNiG, zapowiedział 2,5-procentową dywidendę, choć powszechne oczekiwanie analityków było – wobec dobrych wyników ekonomicznych – znacznie bardziej optymistyczne.

Żeby nie nudzić czytelnika wymienianiem wszystkich spółek napiszę, że stopa dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 – to właśnie w nim ujęta jest większość spółek Skarbu Państwa – wyniesie w tym roku 2,3%. To najniższy poziom od trzynastu lat.

Jeszcze w 2013 roku stopa dywidendy była z górą dwukrotnie wyższa i oscylowała wokół 5%. Wniosek – państwowe spółki kiszą pieniądze. W jakim celu? Wypłata dywidendy oznacza, że również Skarb Państwa sporo by zarobił, co wobec stale zwiększających się wydatków socjalnych powinno być dla rządzących kuszące. Jeśli rząd tych pieniędzy nie chce, to na pewno ma jakiś powód.

A kto może odkupić media z rąk zagranicznych właścicieli? Chętni być może by się znaleźli, ale byłoby naiwnością wierzyć, że jeśli nawet taka operacja się uda, to gazety będą sprzedawane na wolnym rynku. To będzie specyficzny casting, którego triumfatorem będą podmioty związane z rządzącą partią. Dzisiaj przede wszystkim spółki Skarbu Państwa. To rozwiązanie nie bardzo satysfakcjonujące, ale obecnie, jak się wydaje, z punktu widzenia PiS jedyne możliwe.

Ta partia gwałtownie jednak potrzebuje „swojego Kulczyka”. Biznesmena, którego imperium będzie wystarczająco zasobne, a sympatie będą leżały po prawej stronie. Jarosław Kaczyński od dziesięcioleci narzeka, że polscy przedsiębiorcy mają „komunistyczne korzenie”, inni – ostatnio wicepremier Piotr Gliński – wprost mówią o „esbeckich korzeniach” polskich przedsiębiorców.

Aby więc zrównoważyć wpływy tego biznesu, trzeba stworzyć własny, gotowy do stałej współpracy z prawicą i do finansowego zasilania jej inicjatyw. PiS, lepiej niż ktokolwiek inny, zdaje sobie sprawę, że to niezbędne. Dowodem mechanizm Polskiej Fundacji Narodowej, na rzecz której łożą spółki Skarbu Państwa, czy też regularne wspieranie przez państwowych gigantów imprez organizowanych przez prawicowe media.

SZWADRONY OBAJTKÓW

Stworzenie prywatnego biznesu, który byłby wydatnie wspierany z państwowej kasy, nie jest jednak łatwe. Ale nie jest niemożliwe. Pierwszym krokiem jest przygotowanie odpowiedniej liczby menadżerów. I to się dzieje. W swojej „stajni” prawica nie dysponuje zbyt wieloma gwiazdami w rodzaju Michała Krupińskiego, obecnie prezesa Pekao SA, który już w 2008 roku, mając zaledwie 27 lat, został zastępcą dyrektora wykonawczego Banku Światowego. Później był jeszcze dyrektorem zarządzającym w Bank of America Merrill Lynch, przewodniczył Radzie Nadzorczej Alior Banku i kierował PZU, a dodatkowo pracował w Ministerstwie Skarbu Państwa oraz Parlamencie Europejskim. Więcej w tej „stajni” ludzi pokroju Daniela Obajtka, prezesa Orlenu, największej polskiej spółki. Przed wygraniem wyborów parlamentarnych przez PiS Obajtek był wójtem gminy Pcim. Nie największej i nie najlepszej polskiej gminy. Nie ulega najmniejszych wątpliwości, że Daniel Obajtek swój awans zawdzięcza wyłącznie zaangażowaniu w kampanię wyborczą PiS-u. Opłaciło się – najpierw szefował Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa, a następnie gdańskiej Energii, jednej z największych firm energetycznych w kraju. Stąd przeskoczył do Orlenu, najbardziej strategicznemu ze wszystkich strategicznych polskich przedsiębiorstw.

Ale nowe kadry już się wykuwają. Po 2015 roku do spółek Skarbu Państwa powołano wielu lokalnych działaczy Prawa i Sprawiedliwości, którzy niespodziewanie chyba również dla siebie objęli eksponowane stanowiska dyrektorskie, weszli do zarządów lub zasiadają w radach nadzorczych. Odbywają przyspieszony kurs menedżerski, zdobywają wiedzę i doświadczenie. To na nich w przyszłości mają się oprzeć pisowskie kadry gospodarcze.

Przynajmniej na pewien czas, bo partia od dawna wysyła, przede wszystkim do Stanów Zjednoczonych, młodych działaczy PiS, by tam budowali swoją karierę i zdobywali doświadczenie. Z czasem to oni mają zastąpić „szwadrony Obajtków”. A na razie członkowie „szwadronów” zarabiają gigantyczne pieniądze. Sytuacja jest rewolucyjna. Trwa głęboka zmiana w Polsce i w trakcie rewolucji mają miejsce działania także nie do końca sprawiedliwe – tłumaczył tę sytuację Stefan Pastuszewski, bydgoski radny PiS. Trudno powiedzieć, czy nieustannie przekupywane społeczeństwo przełknie homary zjadane przez nową elitę. Ośmiorniczek nie przełknęło.

LECH KACZYŃSKI I JAN PAWEŁ II – WSPÓLNA ROLA W ODBUDOWIE POLSKI

Stworzenie elity gospodarczej nie spowoduje jednak, że prawica obejmie w Polsce rząd dusz. To dopiero pierwszy krok. W dodatku najłatwiejszy. Kolejny będzie już znacznie trudniejszy. Ale i on się już dzieje. Uczniom z Podkarpacia władze zafundowały udział w konkursie Warto być Polakiem. Działalność społeczna i polityczna oraz rola prezydenta Lecha Kaczyńskiego w odbudowie niepodległej Polski.

Tematy w konkursie zostały tak sformułowane, że z góry narzucają narrację: Prezydent Lech Kaczyński jako lider państw Europy Środkowej i WschodniejNSZZ Solidarność, Lech Kaczyński, święty Jan Paweł II – wspólna rola w odbudowie Polski po 1989 roku. Jednym z organizatorów konkursu był asystent Marka Kuchcińskiego, marszałka Sejmu, a całe przedsięwzięcie wspierali posłowie i europosłowie PiS. Konkurs nie cieszył się jednak zbyt wielką popularnością – nadesłano 150 prac, wśród nich orła wyrzeźbionego z arbuza.

Takich działań będzie więcej.

PiS, realizując swój cel, będzie bez skrupułów korzystał z instrumentów przypisanych państwu i jego agendom. Również, a może nawet przede wszystkim, w dziedzinie kultury, co widać choćby w inicjatywach Instytutu Książki, który po 2015 roku „wygumkował” ze swojej oferty wielu dotychczasowych pisarzy zamieniając ich na Bronisława Wildsteina, Piotra Semkę czy Rafała Ziemkiewicza.

Widać to także w nagrodach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego dla twórców i w dotacjach dla imprez kulturalnych. Organizatorzy poznańskiego Festiwalu Malta, jednej z najciekawszych imprez kulturalnych w Polsce, właśnie zdecydowali się podać zarządzany przez Piotra Glińskiego resort do sądu o wypłatę dotacji w wysokości 300 tysięcy złotych. Dotacja, objęta umową, została w ubiegłym roku cofnięta przez Glińskiego, bo jednym z kuratorów festiwalu był Oliver Frljić, reżyser wstawionej w Teatrze Powszechnym w Warszawie Klątwy.

Festiwale mają być patriotyczne, sławić prawicowych bohaterów, a nie krytykować kościół i epatować seksem.

KARP A SPRAWA POLSKA

Odgórnie zaprogramowane rewolucje są z reguły nieudane. Przećwiczyliśmy to w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawą Bieruta, Bermana i Minca. Temu ostatniemu, Żydowi i ortodoksyjnemu komuniście, zawdzięczamy przynajmniej karpia na wigilijnym stole. Hilary Minc znał go z rodzinnego domu, a gdy po wojnie władze próbowały znaleźć jakąś bezmięsną potrawę – bo mięsa w Peerelu brakowało zawsze – karp nadawał się do tego idealnie. Jego hodowla była tania, nie wymagała wielkich umiejętności i zniszczonej podczas wojny floty rybackiej.

Nie ma wielu przesłanek pozwalających sądzić, żeby po obecnej rewolucji zostało aż tak wiele.

Na płotach kościołów w całej Polsce zawisły dziecięce buciki. Jest to część akcji „Baby Shoes Remember”, której celem jest upamiętnienie ofiar pedofilii w Kościele katolickim. Dziś akcja po raz pierwszy odbyła się w polskich miastach.

nicjatywa “Baby Shoes Remember” narodziła się w Irlandii. Dziś po raz pierwszy pojawiła się w Polsce. W okolicach polskich kościołów pojawiły się dziecięce buciki, często przepasane czarnymi wstążkami. Organizatorzy podkreślają, że „Baby Shoes Remember” ma przypominać o losie szczególnie tych osób, które nigdy nie doczekały się sprawiedliwości.

Buciki pojawiły się na płotach kościołów między innymi w Krakowie, Warszawie, Szczecinie, Koszalinie, Lublinie, Grodzisku Mazowieckim, Poznaniu i Bydgoszczy.

Jedna z organizatorek akcji Nina Sankari podkreśla, że buciki będą potem zdejmowane z ogrodzeń przez samych księży. – To będzie symboliczne ukrywanie przemocy wobec dzieci w Kościele. Zdejmujący mają się poczuć osamotnieni. Mottem akcji jest: „Kiedy ci, którzy domagają się sprawiedliwości, łączą się, to ci, którzy chcą zaprzeczać, stają się wyizolowaną mniejszością” – mówiła radiu TOK FM. W tym samym czasie – w związku z przyjazdem papieża Franciszka – akcja trwa również w Irlandii.

Przede wszystkim jest to jednak protest przeciwko molestowaniu dzieci przez księży. Akcja ma również zwrócić uwagę Polaków na los ofiar pedofilii. Sam twórca idei „Baby Shoes Remember” wielokrotnie apelował, aby nie zdejmować samodzielnie bucików z ogrodzeń kościołów. Chciał, aby to księża musieli to zrobić i dzięki temu stanąć z problemem twarzą w twarz.

Gowin: Rząd może zignorować orzeczenie TSUE

– Jeżeli Trybunał dopuści się precedensu i usankcjonuje zawieszenie prawa przed Sąd Najwyższy, to nasz rząd zapewne nie będzie miał innego wyjścia, jak doprowadzić do drugiego precedensu, czyli zignorować orzeczenie TSUE jako sprzeczne z traktatem lizbońskim oraz z całym duchem integracji europejskiej. Mówię to z ubolewaniem jako zwolennik integracji. Unia Europejska jest śmiałym i dalekosiężnym projektem, ale może przetrwać tylko jako Europa ojczyzn – stwierdził Jarosław Gowin w rozmowie z Marcinem Makowskim w „Do Rzeczy”.

– Nie [to nie pierwszy krok do polexitu], to będzie pierwszy krok do autodestrukcji Unii Europejskiej. I wykona go nie polski rząd, lecz unijny Trybunał Sprawiedliwości – dodał.

Barbara Husiew jest zła na polityków za to, że żaden nic dla frankowiczów nie zrobił. Na premiera Morawieckiego, byłego prezesa BZ WBK, gdzie brała kredyt, nie może wręcz patrzeć. Tydzień temu w TVP Info oskarżyła go, że jest moralnie odpowiedzialny za samobójstwo jej męża.

Pamięta, że premier Morawiecki był prezesem Banku Zachodniego WBK, kiedy brała tam kredyt we frankach. A 10 lat później twierdził, że jego bank jako jeden z nielicznych nie udzielał tych kredytów. Kiedy to usłyszała, wezbrała w niej złość. Bo jeśli premier kłamie w takiej sprawie, to strach pomyśleć, jak bardzo oszukuje w innych kwestiach.

– Powiedziałabym to jeszcze raz – mówi z szerokim uśmiechem Barbara Husiew. Tydzień temu w programie Studio Polska w TVP Info ta 42-letnia wiceprezeska stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu” oskarżyła premiera Mateusza Morawieckiego o to, że jako były prezes banku BZ WBK jest moralnie odpowiedzialny za samobójstwo jej męża. I za to, że ona sama od 9 lat musi walczyć z bankiem, w którym ma kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich.

Prowadzący program dziennikarze próbowali jej przerwać, ale nie pozwoliła odebrać sobie głosu. – Ja mam taką naturę, że kiedy kogoś wysłucham, to oczekuję, że on wysłucha tego, co ja mam do powiedzenia. Więc kiedy mi przerywali, moja determinacja wzrastała, bo chciałam sprawić, żeby moje słowa wybrzmiały. I wybrzmiały – znowu się promiennie uśmiecha.

Jeszcze raz zapewnia, że dziś nie zmieniłaby ani słowa. Dodałaby nawet, że pan Mateusz Morawiecki (bo ciężko jej przechodzi przez usta słowo „premier”) ponosi odpowiedzialność nie tylko za to, co się stało się z jej rodziną, ale też za sytuację kilkuset tysięcy ludzi, którzy mają kredyty we frankach. I naprawdę nie spodziewała się, że jej wypowiedź w narodowej telewizji odbije się aż tak szerokim echem. Ludzie teraz gratulują jej odwagi, piszą, że jest dzielna, że ją podziwiają. Ale dostaje też wiadomości, żeby uważała na siebie, bo może skończyć tak jak Andrzej Lepper, niby samobójczą śmiercią.

Interes życia

Kredyt na mieszkanie w podwarszawskim Piastowie wzięli z mężem w Banku Zachodnim WBK, bo ona miała tam konto. – Sprzedawca obniżył mi za to marżę. Pomyślałam, że to interes życia – śmieje się Barbara Husiew.

Chcieli wziąć kredyt w złotówkach, ale doradca powiedział im, że mają zdolność kredytową tylko na franki szwajcarskie. Przekonywał, że to stabilna waluta, małe ryzyko. Kurs franka się nie zmienia, a raty kredytu są niskie. – A my już daliśmy ogromy zadatek na to mieszkanie, więc mieliśmy do wyboru albo stracić 170 tysięcy, albo wziąć to, co bank daje – opowiada Barbara Husiew.

Pamięta, że przed podpisaniem umowy chciała ją skonsultować z prawnikiem, ale usłyszała, że to dokument bankowy, nie wolno go wynosić. Nie dostała też symulacji wysokości rat, ani harmonogramu spłat. Nie upominała się, bo chciała jak najszybciej dostać kredyt. Dostała. Był październik 2008 roku.

W listopadzie do Polski dotarł wielki kryzys i kurs franka zaczął się wahać. – Rata kredytu rosła, nagle wynosiła 2,2 tys. złotych miesięcznie. Wtedy jeszcze nie mieliśmy problemów ze spłacaniem, ale mąż, który był zatrudniony w agencji ochrony, musiał pracować około czterystu godzin miesięcznie. Prawie się nie widywaliśmy. Kiedy ja byłam w domu, on był w pracy, i na odwrót. Zamiast cieszyć się nowym mieszkaniem, pracowaliśmy, żeby zarobić na kolejną ratę. A potem zaczęliśmy się nawzajem obarczać winą za to, że wzięliśmy ten kredyt. Mówiliśmy: po co właściwie nam to mieszkanie, skoro teraz trudno je utrzymać? Nie mamy czasu dla swojego dziecka – wspomina.

Jestem frajerem

W grudniu 2009 roku mąż się powiesił. Miał 36 lat. Zostawił list pożegnalny, jedno zdanie: „Przepraszam, nie dałem rady, jestem frajerem”.

Nie miała wątpliwości, że chodziło mu o kredyt. – To była jedyna myśl, jaka przyszła mi do głowy. Bo byliśmy dobrym, zgodnym małżeństwem, mieliśmy w miarę poukładane życie. Jaki miałby inny powód, żeby się zabić? Czy mąż cierpiał na depresję? – zastanawia się głośno. – Nic mi o tym nie wiadomo. Być może tak, bo jak trzeba być bardzo zdesperowanym człowiekiem, żeby targnąć się na swoje życie? – pyta i już się nie śmieje. Łzy płyną jej po twarzy, ale nawet ich nie wyciera.

Bo czy taki samobójca – pyta – nie zdaje sobie sprawy, że zrzuca problem na tych, którzy zostali? Że dla niego śmierć to jest wyzwolenie, a oni zostają ze wszystkim sami? Nie ma do kogo pójść i powiedzieć: „słuchaj, może zrobimy tak albo tak?” Cała odpowiedzialność za byt rodziny spada na jedną osobę. To jest potwornie ciężkie – Barbara Husiew płacze.

Na szczęście dostała odszkodowanie, bo mąż był ubezpieczony. – Całą sumę przeznaczyłam na spłatę kredytu. A potem wyprzedałam się ze wszystkiego: sprzedałam samochód, całe złoto, jakie dostałam od męża, łącznie z obrączką. A i tak brakowało na życie – wspomina.

Zadłużyła się wtedy we wspólnocie mieszkaniowej, bo po spłacie kredytu i uregulowaniu rachunków zostawało jej co miesiąc czterysta złotych. Miała wybór: albo kupić jedzenie, albo zapłacić czynsz. – Chodziłam do banku żebrać o pomoc, o wydłużenie czasu spłaty kredytu. Odmawiali, tłumacząc, że i tak jest na 30 lat – mówi.

A dług zamiast maleć, cały czas rósł. – W 2008 roku wzięliśmy z banku 260 tysięcy złotych. Po blisko dziesięciu latach spłacania mam do oddania 397 tysięcy złotych. Wartość mieszkania? Jakieś 300 tysięcy. Nawet gdybym je sprzedała, zostaję z długiem. I nie mam dachu nad głową, bo nie stać mnie na wynajem – mówi.

Kiedy pięć lat temu zmarła jej mama, wpadła w depresję. Były bardzo ze sobą związane, mama ją zawsze wspierała. – O ile po śmierci męża była ona, o tyle po jej śmierci nie było już nikogo. Zostałam całkiem sama.

Na szczęście ma teraz wsparcie od innych frankowiczów. – Mówimy czasem, że jedynym takim szczęściem w całym tym frankowym nieszczęściu jest to, że poznaliśmy naprawdę dużo fantastycznych ludzi. I że możemy na siebie liczyć. Wystarczy, że ktoś czegoś potrzebuje i od razu wszystkie ręce na pokład. Kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset osób daje po grosiku i człowiek nie jest sam.

Nie mam gdzie iść

Ale już nie chce opowiadać o sobie, nie chce, żeby ktoś jej współczuł, żeby się nad nią litował. Wolałaby – mówi – skupić się na losie innych frankowiczów. Przez ostatnie trzy lata wysłuchała wielu tragicznych historii: o rozpadzie małżeństw, dramatach całych rodzin. Nie zna frankowicza, który by nie chodził do psychiatry, nie brał psychotropów, wielu ma za sobą próby samobójcze.

– W zeszłym roku powiesił się pan Roman Dańko z Krakowa. Kilka lat wcześniej jego żona zmarła na raka, została siedemnastoletnia dziewczyna, sierota. Człowiek zabił się, bo miał kredyt frankowy – Barbara Husiew znowu płacze.

I opowiada kolejną historię: bank chciał eksmitować samotną matkę z dwójką niepełnoletnich dzieci, która po rozstaniu z mężem przestała płacić raty kredytu. Komornik zlicytował jej mieszkanie i chciał ją wygonić na ulicę. – Kiedy powiedziała, że nie ma gdzie iść, dał jej adres noclegowni – opowiada Husiew.

Strasznie ją poruszyła tamta historia. Razem z koleżankami ze stowarzyszenia zbierała podpisy pod wnioskiem o powołanie komisji śledczej w tej sprawie. Udało się powstrzymać eksmisję. – Ja jestem bardzo wrażliwa na krzywdę dzieci. Czemu one są winne? To nie one podejmowały decyzję o kupnie mieszkania, a muszą ponosić jej konsekwencje – znowu płacze.

Albo ta frankowiczka z Warszawy: ma mieszkanie o powierzchni czterdziestu kilku metrów na warszawskiej Ochocie, jej rodzice wzięli ponad 400 tys. kredytu, a dzisiaj bank chce od niej miliona trzystu. – Przestała płacić i bank wystąpił z bankowym tytułem egzekucyjnym do sądu. Od czterech lat walczy z bankiem w sądzie.

Władza PiS rozbroiła naszą obronność

Zwykły wpis

Według I Prezes SN, Komisja Europejska sprawia wrażenie, jakby wierzyła w otwartość polskiego rządu. – „KE uwierzyła, że są prowadzone realne, prawdziwe negocjacje i jakieś ustępstwa naszego rządu, a to było tylko przeciąganie na czas. Aktualna władza nauczyła nas nierespektowania wykładni i reguł, do których byliśmy przyzwyczajeni. Stało się to normalne i dopuszczalne” – powiedziała prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla agencji Reuters.

Wezwała Unię Europejską do szybszego podjęcia działań w sprawie pisowskich zmian w polskim wymiarze sprawiedliwości. W przeciwnym razie nastąpią nieodwracalne zmiany. – „UE podjęła działania zbyt późno. Sędziowie zostaną zwolnieni i wtedy rząd się cofnie, ale nie będzie już jak się cofać, bo sędziów nie będzie” – powiedziała prof. Gersdorf.

W Sądzie Najwyższym pojawią się nowi sędziowie i zdaniem I Prezes przez lata będą tam występować istotne trudności w rozstrzyganiu spraw, ze względu na ich brak doświadczenia i brak ciągłości postępowania sądowego. – „Upolitycznienie polskich sądów, przed którym ostrzegała UE, dopiero pokaże swój pełny wpływ na funkcjonowanie sądów” – stwierdziła I Prezes SN.

Prof. Gersdorf zapowiedziała, że zrezygnuje ze stanowiska Pierwszego Prezesa SN dopiero po powołaniu jej następcy w sposób zgodny z Konstytucją.

Wczoraj gen. Różański mówił.

– Dzisiejsza defilada była pierwszą, w której nie uczestniczyłem. Byłem bardzo zajęty, nie traktuję tego jako manifestacji politycznej – powiedział w „Faktach po Faktach” gen. Mirosław Różański. Dodał, że sposób w jaki formowane są Wojska Obrony Terytorialnej „nie zwiększa naszego bezpieczeństwa”.

Były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych skrytykował szerokie używanie żołnierzy do celów reprezentacyjnych. – Mamy za dużo świąt. Kilka razy w miesiącu mamy jakieś święto. To może doprowadzić do irytacji u żołnierzy. Powinniśmy ograniczyć się do dwóch świąt – dzisiejszego i świąt pułkowych. Jeżeli żołnierze są prezentowani przy świętach kościelnych czy na otwarciach instytucji cywilnych to nie wpływa to dobrze na ich samopoczucie – ocenił gen Różański.

– Święto to czas do refleksji. Dzisiejsza refleksja jest smutna. Trzy lata temu usłyszałem od ministra Macierewicza, że armia jest w fatalnym stanie. Przez te trzy lata nic nie zostało zrealizowane. Nie można zauważyć postępu w zakresie modernizacji armii. Stoimy w miejscu, czyli się cofamy – stwierdził generał.

Gość „Faktów po Faktach” porównał dwóch ostatnich ministrów obrony narodowej. – Różnią się formą przekazu. Antoni Macierewicz był bardziej ekspresyjny, a Mariusz Błaszczak jest bardziej stonowany. Jednak w zakresie modernizacji armii zmiana nie nastąpiła – powiedział Różański. Dodał, że po zmianie na stanowisku ministra „na pewno współpraca na linii MON – prezydent układa się lepiej”.

Generał odniósł się również do dzisiejszych nominacji generalskich dokonanych przez prezydenta Andrzeja Dudę. – Najbardziej dla mnie kuriozalny awans to awans dla dowódcy Wojsk Obrony Terytorialnej, formacji która się dopiero tworzy. Mamy czasy, gdy awanse są rozdawane za lojalność i za deklarację bezkrytycznej współpracy z politykami – wyraził opinię Różański.

– WOT są absolutnie potrzebne, powinny być uzupełnieniem sił zbrojnych. Natomiast jeżeli ktoś wysuwa te wojska na pierwszy plan to jest to wielka nieodpowiedzialność. Nie można ich tworzyć kosztem wojsk operacyjnych – zaznaczył. – Nowy sprzęt trafia w pierwszej kolejności do WOT. To jest rabunek wojsk operacyjnych na rzecz Obrony Terytorialnej. Budowanie tej formacji w ten sposób nie zwiększa naszego bezpieczeństwa. Jeżeli w obecnej sytuacji na świecie chcemy budować bezpieczeństwo naszego kraju poprzez budowę kolejnych oddziałów lekkiej piechoty, to jest to nieodpowiedzialne – powiedział gen. Mirosław Różański.

Homilia bp Wacława Depo na Jasnej Gorze w Częstochowie (Depo o Konstytucji od 10 min).

Bardzo boleśnie powróciły w ostatnim czasie wypowiedzi, że w Polsce rządzi Konstytucja, a nie Ewangelia, że Konstytucja ma iść przed Ewangelią – mówił Depo.

Według portalu Karnowskich i Biereckiego, Obywatele RP to „lewacy” 😂 Źli „lewacy” blokują dobry ONR 🤯

„To niedopuszczalne, że w Warszawie, która tyle wycierpiała ze strony nazistów, organizowane są przemarsze takie same jak te w Berlinie sprzed lat” – powiedziała „GW” Anna Trąbecka, jedna z kilkudziesięciu osób, które próbowały zablokować wczorajszy marsz ONR.

Blokadę pod hasłem „Nacjonalizm to nie patriotyzm” zorganizowali Obywatele RP. Usiedli na asfalcie i skandowali: „Warszawa wolna od faszyzmu!”. Kontrmanifestanci przynieśli transparenty: „Patriotyzm to nie nacjonalizm”, „Faszyzm nie przejdzie” i „Faszyści precz z naszych ulic”. Część miała w rękach białe róże.

Narodowcy maszerowali z okazji 98 rocznicy Bitwy Warszawskiej. Z flagami Polski oraz sztandarami Obozu Narodowo-Radykalnego i Młodzieży Wszechpolskiej z falangą przeszli przez Warszawę. Skandowali hasła: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, „Śmierć wrogom ojczyzny”, „Nie tęczowa, nie czerwona, tylko Polska narodowa”.

Policja siłą usunęła kontrmanifestantów z trasy przemarszu narodowców. Funkcjonariusze wylegitymowali ponad 50 osób, które blokowały przemarsz. – W stosunku do części z nich skierujemy wnioski do sądu o ukaranie. Jeden mężczyzna, który miał popychać i szarpać policjanta, został doprowadzony do komendy” – poinformował Sylwester Marczak, rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji.

Urzędnicy stołecznego Ratusza tym razem nie podjęli decyzji o rozwiązaniu marszu ONR. – „Zgromadzenie nie straciło pokojowego charakteru, nie pojawiały się też hasła, które nawoływałyby do działań niezgodnych z prawem. Ale bardzo dokładnie przeanalizujemy wszystkie materiały ze zgromadzenia pod kątem ewentualnych dalszych działań” – tłumaczyła „GW” Agnieszka Kłąb, rzeczniczka prasowa urzędu miasta.

Waldemar Mystkowski pisze o defiladzie.

Defilujący rekonstruktorzy nie byli jedynymi, gdyż na honorowej trybunie też stała grupa rekonstrukcyjna… władz PRL, acz zabrakło pierwszego sekretarza

Największa defilada wojskowa po 1989 roku miała do spełnienia w istocie jeden cel – propagandowy. Czy został osiągnięty? W mniemaniu władzy propagującej swoją wielkość – na pewno. Jak reagowała publiczność? Raczej bawiła się w czas wakacji, refleksje pozostawiając na później bądź fachowcom. Właśnie – co z fachowcami? Czy dadzą się oszukać? Albo inaczej postawmy pytanie – czy fachowca można orżnąć?

Kilka twardych danych. W Defiladzie Niepodległości pokazanych zostało 200 wojskowych maszyn, 100 samolotów, a Wisłostradą przemaszerowało około tysiąca żołnierzy i 900 rekonstruktorów. MON ponadto podał informację, iż paradę oglądało 120 tys. osób, znając tę władzę należy zakładać, że podana liczba jest bardzo zawyżona.

Zwraca uwagę duża grupa rekonstruktorów, która nie powinna brać udziału w czymś tak poważnym, lecz nie powinna dziwić, bo jej rolą jest zaciemnianie rzeczywistych problemów. Defilujący rekonstruktorzy nie byli jedynymi, gdyż na honorowej trybunie też stała grupa rekonstrukcyjna… władz PRL, acz zabrakło pierwszego sekretarza, prezesa. Przepowiadałem, że może jak Breżniew, prezes Kaczyński zechce pomachać rączką do publiki, lecz jego stan zdrowia nie pozwolił na tę rekonstrukcję.

Obserwujący defiladę attaché wojskowi znają się na uzbrojeniu, więc część sprzętu musiała wzbudzić uśmiechy politowania, gdyż niektóre wyposażenia wojska polskiego nadaje się tylko do muzeum bądź do sprzedaży krajom Trzeciego Świata, co zresztą zamierzał uczynić poprzedni rząd.

Fachowcy przede wszystkim nie zobaczyli żadnego nowego sprzętu, który podnosiłby zdolności obronne kraju. Tak naprawdę Antoni Macierewicz i Mariusz Błaszczak rozbrajali i rozbrajają polską armię, czyniąc ją coraz bardziej bezsilną. A prezydent Andrzej Duda nie potrafi się temu przeciwstawić, jest bezwolny.

Jedyny zaprezentowany nowy sprzęt na defiladzie to samoloty dla VIP-ów. Czy w ten sposób władza chce powiedzieć – trawestując Jerzego Urbana – my się obronimy. Zamontują działka na pokładzie gulfstreama, czy boeinga, wezmą słuszny kurs ucieczki na Zaleszczyki – którymi dzisiaj może być Budapeszt Viktora Orbana, a ten i tak ich wyda, gdy agresorem okaże się Putin, bo kto inny.

Ta defilada wojskowa jest proweniencji wschodniej, bizantyjskiej. Lecz do moskiewskich defilad ma się nijak, bo pod Kremlem zawsze jest prezentowany nowy sprzęt, a wśród publiki odbywa się parada szpiegów, którzy zlatują się do Moskwy z całego świata, aby zobaczyć, co Kreml chowa pod plandekami.

Na Wisłostradzie oglądaliśmy defiladę rozbrojonej armii, a głównym rekonstruktorem był Mariusz Błaszczak, który w związku z nową ksywką Sodomita jest bohaterem rodem z commedii dell’arte. O defiladzie nie napiszą na świecie, ale o sodomicie owszem.

Także jego wyobrażenia o wyjątkowości pozycji artysty (ja, geniusz) były w gruncie rzeczy bardzo modernistyczne, a dzisiaj są nieco śmieszne. Jego przekora w dużej mierze była konformizmem à rebours – wy tak, to ja tak! Gdyby dziś żył, potratowałby pewno nadmuchanego Gombrowicza tak, jak kiedyś potraktował Sienkiewicza albo Młodziaków w Ferdydurke. Ale był też inteligentny i zabawny, a to się liczy często bardziej niż inne przymioty. No i jednak wielkim pisarzem był, a książka Suchanow jest bardzo dobra. Koniec i bomba.

Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz, Czarne 2017

>>>

PiS kastetem chce wybić Polakom demokrację z głowy. Boję się, że po ich upadku nie będzie miłościwego Okrągłego Stołu

Zwykły wpis

>>>

i skłóciłeś Polaków.Zapłacisz za to.Dlatego życzę ci z całego swego serca powrotu do zdrowia.Chcę cię widzieć na ławie oskarżonych.

Potraktowana tak jak niebezpieczny terrorysta – bandyta: KLEMENTYNA SUCHANOW – wybitna pisarka mimo młodego wieku.

Kaczyński nie jest tchórzem

Pani poseł Scheuring-Wielgus powiedziała z mównicy sejmowej, że Jarosław Kaczyński jest tchórzem. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą opinią. Niszczenie wolnego sądownictwa i utrwalanie autorytarnych rządów, opartych na populistycznej ideologii oraz kaście zdemoralizowanych karierowiczów i sprzedawczyków o złamanych kręgosłupach, to nie jest żadne tchórzostwo. To raczej zemsta frustrata, który odgrywa się na nas wszystkich za swoje nieudane i gorzkie życie. Jarosław Kaczyński gra już ostatnie akordy swojej symfonii. W tej kadencji słyszymy wściekłość: a masz, a masz! Zostawię wam taki gnój, że się z niego nie wygrzebiecie przez całe lata. Popamiętacie mnie sobie. Nawet jeśli na zawsze pozostanę czarnym charakterem, to nie śmiecie już nigdy obalić pomników Lecha Kaczyńskiego i na zawsze wryję się w waszą pamięć. Lekcji, jaką dał wam Jarosław, nie zapomnicie nigdy!

Kaczyński nie jest tchórzem. On się nie boi. Sieje strach wokół siebie, lecz sam go nie odczuwa. Nie ucieka przed własnym strachem, jak wielu innych dyktatorów. Apatyczny, choć od czasu do czasu wstrząsamy paroksyzmami nieokiełznanej nienawiści („mordy zdradzieckie, kanalie”), lewituje ponad swoim stadem, ponad rzeczywistością, bo jest wypalonym i zgorzkniałym melancholikiem, wyobcowanym i zamkniętym w sobie. A tam – „w sobie” – pustka. Jest do bólu nieciekawy – nawet dla samego siebie. Jeszcze czasami obudzi się w nim wściekłość i ból, gdy przypomni sobie dawne upokorzenia, lecz na co dzień jest zmęczony i zobojętniały. Jeśli dręczy nas i poniża Macierewiczami i Ziobrami, jeśli napuszcza na nas ludzi dewastujących kraj, jeśli pozwala na wszechobecną hucpę i korupcję, to nie dlatego, że chce nas zgnębić i przerazić, lecz po prostu dlatego, że jest mu obojętne, jakich ma ludzi i co ci ludzie wyczyniają. Liczy się tylko to, że może ich kontrolować. Bo kontrolowanie ludzi jest jedyną rzeczą, która go w melancholii pociesza i kompensuje jego zadawnione kompleksy. Wierzy, że w jego działalności przejawia się duch dziejów, a każdy zdemoralizowany oficer jego armii, każdy szeregowiec i każdy obywatel w ogóle to tylko nawóz historii. Historii, której demiurgiem jest on sam i jego brat. To po prostu Duch Dziejów powołał ich do stworzenia nowej Polski i nowego narodu – karnego i bogobojnego, posłusznego władzy i odpornego na miazmaty zgniłego zachodu. Czy to pycha? Nie sądzę. Myślę, że raczej kicz, zwykła ludzka głupota. Pycha Kaczyńskiego fascynuje i pociąga, lecz sam jest zbyt zakompleksiony i przewrażliwiony na swoim punkcie, by znać prawdziwą pychę. W pewnym sensie jest nawet skromny. Da się lubić i te okruchy sympatii ze strony kilkorga bliższych przyjaciół utrzymują go przy życiu.

Bo w biednej głowie Kaczyńskiego są strzępy endeckich fantazji rodem z początku XX wieku, iluzje politycznej mitomanii, przebrzmiałe mędrkowania o wychowaniu narodu i inne staromodne śmiecie. Całe to egzotyczne imaginarium nie mające nic wspólnego ze współczesną rzeczywistością, nie mówiąc już o współczesnych standardach moralności społecznej, zanurzone jest w dodatku w złych emocjach zgorzkniałego frustrata. Kaczyński żyje dzięki bliżej nieokreślonemu poczuciu własnej racji, ukrytej za murem niezrozumienia. Uważa się za postać tragiczną, za wyniosłego Jedynego, za samotnego geniusza, którego posłannictwo jest tak wielkie, że nawet sam do końca go nie pojmuje. A przecież jest ono takie proste! Chodzi tylko o zrekompensowanie własne życiowej klęski – o ojca, o samotność, którą trzeba pomścić, o Wielką Tajemnicę, którą i tak wszyscy znają, o upokorzenia młodości, spersonifikowane w osobie Adama Michnika, o upokorzenia późniejsze, spersonifikowane w osobie Donalda Tuska. Taka jakaś prosta psychologia. Taka nieciekawa psychologia.

Jakże dobrze go już znamy. To już trzydzieści lat! Jest dla nas jak kłopotliwy członek rodziny, o którym wiemy więcej, niżbyśmy chcieli i którego „tajemnice” tyleż są dla nas nie do końca jasne, co i mało nas już obchodzą. Kaczyński jest „freakiem”, dziwakiem oderwanym od życia i życiowo niesamodzielnym. Takich nieudolnych, dysfunkcyjnych ludzi są wokół nas tysiące. Traf chciał, że szalona ambicja i chęć odegrania się na tych, którzy go w młodości skrzywdzili, zawiodły tego akurat dziwaka na szczyty władzy. Grupa żądnych władzy i pieniędzy karierowiczów w pewnym momencie uwierzyła, że ktoś taki, tak bardzo róży od nich, może zostać ich guru i przewodnikiem. Wybrali go sobie, bo jest inny. I w dodatku „święty”, bo nie zależy mu na kasie. Taki ktoś może widzi więcej, może ma poparcie w niebie? Kto tam wie. Lepiej z nim nie zadzierać. Tym bardziej, że jest bezwzględny i okrutny – gotów sponiewierać, zużyć do cna i wyrzucić każdego. Lepiej więc być posłusznym, to więcej się nachapie, zanim się pójdzie w odstawkę, co przecież i tak kiedyś nastąpi. A skoro los ten dotyka wszystkich, to przynajmniej wobec ojca wszyscy są równi. Zawsze to jakaś sprawiedliwość. Lepsza taka niż żadna. Mechanizm znany od starożytności, zapisany nawet w kodzie religijnym, gdzie wszak każdy jest równy i nic nieznaczący w obliczu Pana. Kaczyński nauczył się tak funkcjonować. Nauczył się okrucieństwa, które zapewnia mu posłuch i szacunek. Inność, chociaż jest tak banalna, bo polega na zwykłym dziwactwie i mizantropii, wystarczy, by ludzie mierni i marni, którzy otaczają Kaczyńskiego i wysługują się mu za garść srebrników, uwierzyli, że mają sprawiedliwego pana, za którym stoi jakaś tajemnicza racja, usprawiedliwiająca ich poniżenie i degrengoladę.

Kaczyński nie jest tchórzem. Jest chory, jest zmęczony, jest zbolały i przegrany. Ale nie ucieka przed swoimi wrogami. Dawno już pokazał, jaki jest i odpuścił sobie pozory. Od pozorów ma ludzi. Tak jak od wszystkiego. On już nic nie musi. Nie musi nawet udawać, że ma jakieś zasady czy moralność. Niczego nie udaje. Jest sobą. Jest wolny. Jest być może jedynym wolnym człowiekiem w tym kraju.

Sejm uchwalił zmiany, które pozwolą przyspieszyć przejęcie Sądu Najwyższego. W Sejmie odbył się rytuał, który powtarza się od pierwszej ustawy „naprawczej” o Trybunale Konstytucyjnym: nadzwyczajny tryb procedowania, dzięki któremu ustawa mogła przejść przez Sejm w niecałe 48 godzin, i dantejskie sceny podczas prac w komisji posła Piotrowicza, gdzie opozycja usiłowała debatować i składać poprawki. Padł chyba kolejny rekord: dostali po 30 sekund na złożenie i uzasadnienie każdej poprawki. Z czego i tak średnio mogli skorzystać, bo zagłuszała ich posłanka Pawłowicz, wykrzykując o „bydle” i „chlewie”.

Tryb uchwalania ustawy ma wartość praktyczną

Opór opozycji miał wartość symboliczną, bo i tak nie mógł wpłynąć na uchwalenie ustawy. Tak jest od dwóch i pół roku z każdą ustawą PiS. Ale ma też wartość praktyczną: kiedyś, gdy będziemy szukali prawnych, a nie pisowskich metod na naprawę państwa, fakt przyjmowania ustawy w tym trybie będzie miał wpływ na możliwość jej uchylenia i odwrócenia jej skutków – choćby w postaci obsadzenia Sądu Najwyższego. Podobnie jak to, co dwa tygodnie wcześniej działo się w Krajowej Radzie Sądownictwa Dobrej Zmiany podczas obsadzania wolnych miejsc w sądach administracyjnych: stosowanie dyskryminacji ze względu na światopogląd to nie tylko łamanie tzw. ustawy antydyskryminacyjnej, ale też konstytucji i prawa Unii Europejskiej. Nic nie pozostanie bez echa. A Komisja Europejska patrzy.

Bez echa i bez zauważenia w Europie i na świecie nie pozostaną też obywatelskie protesty pod Sejmem. Nie bardzo liczne, za to dziejące się na coraz większych emocjach. Są zatrzymani, są poszkodowani przez policję. Protesty dzieją się w scenerii, która nieustająco budzi na świecie zdumienie: parlamentu otoczonego żelaznym płotem i kordonami policji. Już sam ten obraz jest wystarczająco drastyczny jak na państwo leżące w centrum Europy.

Protesty mają znaczenie

Protesty społeczne, czy bierze w nich udział sto, czy sto tysięcy osób, nie powstrzymają PiS. To już wiemy z doświadczenia ostatnich lat rządów tej partii. Ale to nie znaczy, że protesty nie mają znaczenia. Dzięki nim Komisja Europejska rozpoczęła procedurę zmierzającą do zaskarżenia do Trybunału Sprawiedliwości ustaw sądowych. Policjanci zaczynają mieć wątpliwości, czy chcą wykonywać rozkazy wymierzone przeciwko protestującym. Zdarzyło się nawet, że wykonywali je tak mało gorliwie, że nowa Straż Marszałkowska musiała ich zastąpić, działając poza obszarem parlamentu, co było przekroczeniem uprawnień.

Protesty mają znaczenie, bo pokazują, że Polacy wciąż domagają się powrotu państwa prawa. Jeśli coś się tli – zawsze może zapłonąć. A protestujący są jak wyrzut sumienia dla tych, którym się nie chce lub się boją. Wreszcie „lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”, co doskonale pokazuje historia PRL.

Co może zrobić NSA

W sprawie obsady Sądu Najwyższego PiS przeforsował w Sejmie, co chciał. Za kilka dni, bez poprawek, uchwali to Senat, a najważniejsze przepisy ustawy wejdą w życie natychmiast po ogłoszeniu w Dzienniku Ustaw. KRS może sprawnie obsadzić Sąd Najwyższy, może bowiem odrzucać „z przyczyn formalnych” podania, które mu się nie spodobają, i w ten sposób eliminować z udziału w konkursie, co przyspieszy obsadzanie. Od owego odrzucenia nie przysługuje odwołanie, a więc Naczelny Sąd Administracyjny nie będzie mógł zbadać, czy kandydat rzeczywiście nie spełniał jakichś wymogów formalnych.

Tak przynajmniej chce PiS. Ale nie musi tej woli przeprowadzić. Bo NSA może przyjąć skargę na to, że kandydata odrzucił organ, co do którego nie ma pewności, czy jest Krajową Radą Sądownictwa. I ocenić – w zgodzie z polską konstytucją i europejskimi standardami (tu pożyteczna będzie opinia Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa) – czy KRS Dobrej Zmiany działa legalnie, a jej decyzje mają moc prawną.

Wystąpienie prezes Gersdorf w Karlsruhe

Trzeba bronić państwa prawa

Sędziowie mogą stawiać opór bezprawnemu prawu. A właściwie powinni. Skoro wymagamy tego od sędziów, którzy orzekali w stanie wojennym, tym bardziej możemy tego wymagać dzisiaj, kiedy za opór przecież bezprawnemu prawu grożą mniej drastyczne konsekwencje. I gdy w Polsce obowiązuje prawo Unii Europejskiej.

Ale niezależnie od wyroku NSA (jeśli taki będzie) najpóźniej we wrześniu w Sądzie Najwyższym pojawią się nowi sędziowie, wyselekcjonowani przez PiS. I wybiorą spośród siebie nowego prezesa Sądu Najwyższego. Wtedy przed „starymi” sędziami SN będzie wybór: czy nadal uznawać będą prof. Małgorzatę Gersdorf za urzędującego prezesa, czy będą posłuszni nowemu? PiS już grozi, że za nieposłuszeństwo będą kary dyscyplinarne, z wydaleniem z zawodu włącznie. Ale nobles obliques.

Być może część z nich, by uniknąć wyboru i jego konsekwencji, zechce odejść z SN. PiS przygotował dla nich korupcyjną propozycję: wcześniejsze przejście w stan spoczynku. Kiedy będą rozważać odejście z SN, pod Sądem Najwyższym znowu będą stali obywatele, przypominając, że to byłaby dezercja. Państwo prawa nie jest stracone. Stracone będzie wtedy, gdy jego obrońcy przestaną stawiać opór.

Klementyna Suchanow tłumaczy, dlaczego pomazała ścianę Sejmu

Wczoraj wieczorem w TVN24 prowadzący program nawoływał polską policję do wypowiedzenia posłuszeństwa władzy państwowej. Zwracam się z pytaniem do właściciela tej stacji, czy akceptuje taki przekaz swojej telewizji? Proszę także o opinię w tej sprawie”- napisał na Twitterze wicepremier Piotr Gliński, a szef KRRiT Witold Kołodziejski, pogroził że może zostać wszczęte postępowanie w tej sprawie. Dodał w rozmowie z PAP, że „podejmuje takie sprawy na wniosek każdego obywatela”.

Kołodziejski, swoje zdanie poparł artykułem dotyczącym zakazu „propagowania działań sprzecznych z prawem, z polską racją stanu oraz postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym”.

Chodzi o to, że w jednym z ostatnich odcinków programu „Szkło kontaktowe” współprowadzący program red. Marek Przybylik, komentując piątkowe protesty i konfrontacje demonstrujących z policją przed Sejmem, stwierdził iż „policjanci nie powinni walczyć z demonstrantami, tylko z politykami”. Uznał, że swoimi obecnymi działaniami funkcjonariusze „chcą pokazać, jacy są sprawni i służebni wobec polityków”.

Stacja TVN24, jak dotąd oficjalnie nie zajęła stanowiska wobec stawianych zarzutów. Zamieściła jedynie post na Twitterze, który wcześniej opublikował redaktor naczelny stacji Adam Pieczyński, określający „Szkło kontaktowe” jako program satyryczno-komentarzowy”, dodając, że „wszelkie wypowiedzi w nim zawarte należy interpretować jako satyryczne komentarze, a nie stanowisko stacji w jakiejkolwiek sprawie”.

„Czas na sąd ostateczny” i „PZPR” – takie napisy pojawiły się na drzwiach i ścianach biur członków Prawa i Sprawiedliwości – przewodniczącego Rady Mediów Narodowych Krzysztofa Czabańskiego i senatora Andrzeja Mioduszewskiego. Politycy mają wspólne biura w Wąbrzeźnie i Golubiu – Dobrzyniu.

O zdarzeniu poinformował Krzysztof Czabański na Facebooku.

Jak napisał, „podejrzane są dwie kobiety wysłane najpewniej z zewnątrz z ‚misją specjalną'”

Polityk poinformował, że sprawą zajmie się powiadomiona już policja, a w ustaleniu winnych pomoże monitoring.

Senator Mioduszewski dodaje, że charakter pisma, choć incydenty miały miejsce w różnych miastach, wydaje się taki sam.

Zdewastowanie biur nazywa „atakiem sił politycznych na PiS”, ze wskazaniem na KOD i Obywateli RP.

Kastet, którego używa PiS, aby wybić Polakom demokrację z głów, zostanie użyty w stosunku do nich.
U nie będzie Okrągłego Stołu, tylko spieprzanie do „ciepłego człowieka”.

Hairwald

Reżyser i pisarz Andrzej Saramonowicz o zachowaniu policji wobec protestu przed Sejmem.

W sieci pojawiło się kolejne nagranie z zatrzymania protestującego pod Sejmem. Tym razem chodzi o Bartosza Adamczyka, który twierdzi, że „był podduszany, i to bardzo mocno”.

– Stawiano mi buty na głowie, na lewe ucho i na prawe ucho. Poza tym mnie podduszano, i to bardzo mocno. Panowie policjanci, jeden do drugiego mówili: Podduś go bardziej – tak zatrzymanie na terenie Sejmu opisuje protestujący Bartosz Adamczyk.

Jego relację zarejestrował poseł Michał Szczerba z Platformy Obywatelskiej. Całe nagranie opublikował na Twitterze.

O zatrzymaniach na terenie Sejmu zrobiło się głośno, kiedy…

View original post 1 854 słowa więcej

Aktorzy, pisarze i piosenkarze będą mieszać się do polityki

Zwykły wpis

Jeden z dziennikarzy „Rzeczpospolitej” pyta rezolutnie, dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze mieszają się do polityki. Wachlarz zawodów rozszerzyłbym o piekarzy, szewców, informatyków, piłkarzy (spisałbym w tym miejscu wszystkie wykonywane zawody i zadałbym pytanie: dlaczego…).

W duchu paryskiego Maja ’68 zadałbym najwłaściwsze pytanie z punktu wolności obywatelskich: dlaczego politycy mieszają się do polityki. Wówczas młodzież zrzucała z siebie skamieniałą skórę świata, bo uważała, że „zabrania się zabraniać”.

W tej chwili mamy problem nie dotyczący bezpośrednio ani pisarzy, ani aktorów, ani piosenkarzy, mianowicie zawierający się w pytaniu: dlaczego ci, którzy uważają się za polityków, knocą politykę, knocą przestrzeń publiczną, knocą wartości demokratyczne i wolność?

I w tej odpowiedzi „dlaczego knocą” jest odpowiedź na pytanie dziennikarza: dlaczego wszystkie zawody – bo taki jest wachlarz protestujących w Polsce – mieszają się do polityki? Polityka dotyczy sfery wspólnej, w której zabrania się zabraniać do momentu, gdy naruszona jest wolność drugiej osoby. To jest bodaj główny ogranicznik polityki, reszta jest konsensusem wypracowanym w ramach wolności.

Obecna władza PiS używa samych ograniczników w stosunku do społeczeństwa, czyli do tych, którzy mieszają się do polityki: aktorów, pisarzy, piosenkarzy.

Znam przedstawicieli powyższych artystycznych sfer i zapewniam, że zdecydowana większość jest inteligentniejsza, mająca większe pojęcie o polityce od pierwszych z brzegu polityków rzadzącej partii: Kaczyńskiego, Morawieckiego, Dudy, Brudzińskiego, że wymienię na razie tych czterech.

Zatem: dlaczego aktorzy, pisarze, piosenkarze nie są politykami? Zdaje się, że mamy bardzo prostą odpowiedź przy tym pytaniu z tezą. Tworzymy antytezę i retorycznie pytamy: dlaczego politycy nie mieszają się do aktorstwa, pisania, śpiewania? Dlatego. Bo im bozia nie narobiła na głowę, czyli nie dała talentu.

Zatem: czy polityka przyciaga ludzi bez talentu? Odpowiedź znów jest bardzo prosta. Bo odpowiedzi szukamy na przykładach: jaki talent ma Brudziński? Jaki talent ma Kaczyński? Jaki talent ma Kuchciński?

Dlatego wykonujący inne zawody mieszają się do polityki, bo ludzie o wyżej wymienionych nazwiskach nawet do polityki nie mają talentów, a zawłaszczaja nam wspólna sferę publiczną. Ba, zniszczyli mechanizmy funkcjonowania tej przestrzeni, która funkcjonuje poprawnie tylko w warunkach demokracji, w mechanizmie trójpodziału władzy.

Aktorzy, pisarze i piosenkarze zawsze bedą mieszać się do polityki, bo więcej jest w nich z rasowego polityka niż w politykach, jakich mamy w Polsce. To aktor w swoich rolach na scenie, badź ekranie odgrywa często polityka – i niestety często zaprzańca. To pisarz opisuje pokraków politycznych, a piosenkarz śpiewa o ich marnych talentach.

Dlatego aktorzy, pisarze, piosenkarze i obywatele wykonujące inne zawody wychodzą na ulicę, aby mieszać się do polityki knoconej przez Kaczyńskich, Morawieckich, Brudzińskich, Dudów. Bozia nawet w tej wąskiej powinności wymienionym narobiła na głowę, acz mają nadymane ego do nieprzyzwoitości.

Dlatego Klementyna Suchanow napisała na murze Sejmu: „Czas na sąd ostateczny”. Klementyna mimo młodego wieku jest wybitną pisarką, to ona będzie w podręcznikach jako polska chwała i bohater, a Kaczyński, Morawiecki, Duda, Brudziński przypisami do niej i to tylko w działce o niszczeniu Polski, o zaprzańcach, kłamcach.

Nie wiem, kim z zawodu jest pobity Dawid Winiarski, ale ma większe pojęcie o polityce od Brudzińskiego, bo broni wolności w przestrzeni wspólnej. Winiarski przez policję został potraktowany jak Grzegorz Przemyk, pobity na zapleczu, poza oczyma protestujących. Przemyk został zabity, Winiarski przeżył. To jednak wróży na przyszlość, że ta władza ucieknie się do najbardziej nikczemnych metod.

Aktorzy, pisarze, piosenkarze i wykonujący inne zawody będą mieszać się do polityki, bo mają o niej zdrowsze pojęcie od Kuchcińskich, Brudzińskich, Kaczyńskich, Morawieckich, Dudów.

Klementyna Suchanow, Małgorzata Gersdorf – wielkie Polki

Zwykły wpis

– Im bardziej oddalamy się od praworządności w sądach, tym bardziej policja sobie pozwala – powiedział w TOK FM mec. Jarosław Kaczyński, obrońca protestujących przed Sejmem, współpracujący z Nowoczesną.

Z mecenasem Jarosławem Kaczyńskim połączyła się Hanna Zielińska w Wieczorze TOK FM już w piątek (20 lipca). Prawnik mówił sprzed siedziby komisariatu policji na Wilczej w Warszawie. Jak powiedział, czekał na spotkanie z jedną z kilku osób zatrzymanych podczas protestu w obronie Sądu Najwyższego przed Sejmem. Mecenas mówił o pięciu osobach, policja natomiast w sobotę (21 lipca) potwierdziła, że do aresztu trafiły cztery osoby.

Według rzecznika KSP Sylwestra Marczaka z zatrzymanymi prowadzone są czynności w kierunku postawienia im zarzutów naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy. Rzecznik utrzymuje też, że podczas wieczornej demonstracji pod sejmem rannych zostało dwóch policjantów.

O rannych mówią też demonstranci. Według nich zatrzymane osoby były przez policję podduszane i bite. Dwie z nich, pod policyjną eskortą, trafiły do szpitala.Przez kilka godzin mundurowi nie chcieli udostępnić informacji, w której placówce poszkodowani się znajdują.

– Jakie zarzuty postawiono zatrzymanym? – zapytała mecenasa Jarosława Kaczyńskiego Hanna Zielińska.

– Jeszcze nikomu nie zostały postawione, policjanci prowadzą czynności procesowe – odpowiedział mecenas Jarosław Kaczyński. Dodał, że prawdopodobnie zatrzymani ludzie usłyszą zarzuty o naruszenie nietykalności policjantów, gdyż policjanci twierdzą, że to demonstrujący wykazali wobec nich agresję fizyczną.

– Dwie protestujące osoby trafiły do szpitala na Solcu. Jedna ma rozcięty łuk brwiowy. Druga ma krwotok z nosa i ból karku, bo policjanci powalili ją na ziemię i przyciskali butem szyję – poinformował prawnik. Obie osoby zostały potem przewiezione do komisariatu przy Wilczej.

Napięcie wzrasta

– Mamy poczucie bezradności. Poziom napięcia między demonstrantami a policją wzrasta. Następuje przekraczanie wzajemnych granic fizycznych – zauważyła Hanna Zielińska, według której atmosfera jeszcze kilka dni temu była znacznie lepsza.

– Im bardziej oddalamy się od praworządności w sądach, tym bardziej policja sobie pozwala – skwitował mecenas Jarosław Kaczyński. – Czy to kwestia przyzwolenia na przekraczanie granic czy realizowanie instrukcji? – zapytała Hanna Zielińska. – Jeżeli dostaliby takie instrukcje, to byłoby bardzo źle – ocenił mecenas.

Hanna Zielińska zapytała, co dalej z zatrzymanymi.

– Prawdopodobnie dziś lub jutro usłyszą zarzuty – odpowiedział mecenas Jarosław Kaczyński. Zaznaczył, że policjanci również są przesłuchiwani ws. tych wydarzeń. Prawnik zaapelował, by osoby które dysponują nagraniami rzeczonych wydarzeń sprzed Sejmu lub są świadkami, przesyłały dokumentację lub zgłaszały się na adres pomocORP@proton.mail.com

Mój dziadek uciekał, ojciec uciekał, ja mam uciekać i – kurde – moja córka będzie musiała uciekać? Co to za kraj, z którego co pokolenie trzeba uciekać? Rozmowa z Klementyną Suchanow

>>>

Chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, która była dla mnie symbolicznym wydarzeniem. Przychodzę do Sejmu, wchodzę do korytarza, gdzie przebywają posłowie i przedstawiciele innych organów i tam jest lista obecności. Należy się na niej podpisać; są tam poszczególne [osoby], np. prezes NBP – Adam Glapiński, RPO – Adam Bodnar. Jest też rubryka I Prezes SN i nie ma żadnego nazwiska obok, czyli, jak rozumiem, Kancelaria Sejmu już nawet w  swojej praktyce nie uznaje Małgorzaty Gersdorf za I Prezes SN. To już jest na takim poziomie. Nie to, że jest jakiś spór, tylko już nie uznajemy” – opowiadał w TVN 24 Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. To według niego, przykład jak dalece posunął się PiS.

Wcześniej w Sejmie przedstawił informację o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2017 r. oraz o działalności RPO. Podczas jego wystąpienia ławy, w których zasiadają posłowie PiS były puste. –„Nie ma ani jednej osoby z PiS. Są tylko puste butelki po Sprite i Coca Cola, które pozostawili po głosowaniu nad SN. Nawet posprzątać po sobie nie potrafią. Co za wstyd” – napisała na Twitterze Joanna Scheuring-Wielgus.

W swoim wystąpieniu RPO mówił o zmianach legislacyjnych dotyczących systemu sądownictwa. – „Największy niepokój budzi nieprzestrzeganie w praktyce konstytucyjnej zasady dialogu społecznego i współdziałania władz, co przejawia się m.in. w braku konsultacji projektów wielu ważnych ustaw. Ponadto wprowadzone zmiany w funkcjonowaniu sądów powszechnych, Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego zwiększają wpływ czynników politycznych na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, a tym samym osłabiają system ochrony praw człowieka” – powiedział Adam Bodnar. W jego ocenie niezwykle poważnie ograniczona jest także rola Trybunału Konstytucyjnego. Dodał, że dochodzi „do licznych ograniczeń naszych praw i wolności o charakterze osobistym oraz politycznym„. Jako przykład wskazał m.in. „naruszanie prawa do organizowania kontrmanifestacji”. Rzecznik powiedział, że obserwowany jest wzrosła liczba przestępstw motywowanych uprzedzeniami lub nienawiścią, np. wobec osób innej rasy, pochodzenia etnicznego lub narodowości i religii”.

– „Nam się wszystkim wydawało, że 21 lat temu zagwarantowano nam prawa obywatelskie, że zostaną one nam zagwarantowane na zawsze i że nikt nie podniesie na nie ręki. Stało się inaczej” – powiedział Michał Szczerba z PO. Zarzucił rządowi, że „walczy ze wszystkimi niezależnymi instytucjami. Zawłaszcza media, prowadzi ohydną propagandę, szczuje na siebie ludzi, sortuje ich, narusza prywatność, działa arbitralnie, wprowadza do języka polityki mowę nienawiści, afirmuje w przestrzeni publicznej nacjonalistów, a usuwa w sposób brutalny obywatelki i obywateli. Doktor Adam Bodnar, jako Rzecznik Praw Obywatelskich (…) jest również strażnikiem konstytucji, wtedy, kiedy inni z tego obowiązku świadomie rezygnują” – stwierdził Szczerba.

– „To, że dzisiaj obradujemy przy prawie całkowicie pustej sali z prawej strony wystawia świadectwo posłom koalicji rządzącej. Wystawia świadectwo ministrom, a zwłaszcza ministrowi sprawiedliwości i jego zastępcom, o tym, jaki jest ich stosunek do praw człowieka” – powiedział poseł Jacek Protasiewicz w imieniu Klubu Poselskiego PSL-UED. Natomiast Joanna Scheuring-Wielgus (Liberalno-Społeczni) oceniła, że Rzecznik Praw Obywatelskich jest jedną z ostatnich wolnych instytucji w Polsce. A możliwość wysłuchania sprawozdania z jego działalności było „świętem demokracji”.

„Napisz do Pierwszej Prezes SN” – to akcja społeczna, którą zainicjowali sędziowie z Krakowa, do której włączyli się prawnicy – ale nie tylko oni – z innych części kraju. Wysyłają pocztówki do prof. Małgorzaty Gersdorf. – „W ten sposób chcemy ją symbolicznie wesprzeć i pokazać, że tak, jak ona nie odpuszcza – tak i my nie odpuścimy. Pocztówki są symbolem, ślemy je zarówno z miejsc pracy, jak z wakacji, o ile ktoś na nich przebywa” – powiedział onet.pl sędzia Waldemar Żurek.

Żurek dodał, że dla każdego prawnika w Polsce powinno być oczywiste, że prof. Gersdorf jest I Prezes SN do końca kadencji, czyli do 2020 roku. – „Każdy, kto twierdzi inaczej, jest albo osobą niedouczoną, nieznającą własnej Konstytucji, albo po prostu chce pochlebić obecnej władzy oraz się jej przysłużyć. A nasza akcja „pocztówkowa” ma znów postawić sprawy we właściwym świetle – Konstytucja jest nadrzędna wobec ustaw. Tu nie ma żadnego pola do interpretacji czy innych prawniczych „wygibasów”, które próbuje uprawiać obecna władza” – stwierdził sędzia Żurek.

W wysyłanie pocztówek do I Prezes SN włączyła się także Akcja Demokracja. – „To jest ogromnie ważny symbol tego, co myśli znaczna część społeczeństwa. I nie wolno ulegać myślom, że to nic nie da. Nieprawda, każdy potrzebuje wsparcia, a jeśli – jak prof. Gersdorf – staje się naprzeciw całej niemal machiny państwowej, to wsparcie jest tym bardziej niezbędne, by miała siłę i trwała na stanowisku, które do 2020 roku gwarantuje jej Konstytucja” – powiedziała onet.pl Weronika Paszewska z Akcji.

Pocztówkę do prof. Małgorzaty Gersdorf można wysłać na adres Sądu Najwyższego: pl. Krasińskich 2/4/6, 00-001 Warszawa.

Dementuję to, że chcemy zmieniać ordynację do PE. Nic z takich rzeczy absolutnie nie planujemy robić” – tak w styczniu 2017 r. mówiła w Radiu Maryja rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Miała też wtedy „dobre rady” dla opozycji. – „Proponowałabym, żeby politycy, szczególnie Platformy Obywatelskiej, skoncentrowali się na pracy w parlamencie, a nie na tworzeniu sytuacji czy faktów, które kompletnie nie mają miejsca” – stwierdziła.

Jej wypowiedź przypomniał były poseł PiS Łukasz Rzepecki. Podczas wczorajszej debaty o zmianie ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego mówił: – „Mam takie pytanie do pani rzecznik Pragnę przypomnieć jej wypowiedź z 24 stycznia 2017 roku, kiedy mówiła publicznie, że nie chcemy zmieniać ordynacji wyborczej do PE. Czy kłamała pani wtedy, czy teraz państwo kłamiecie. Wtedy kłamaliście i dzisiaj kłamiecie po raz kolejny. Wstyd, że pani tak okłamuje swoich wyborców, Polki i Polaków”.

Mazurek – oczywiście – nie odpowiedziała, a Prawo i Sprawiedliwość przeforsowało w Sejmie ordynację wyborczą korzystną dla siebie. Nowe przepisy faworyzują partię Jarosława Kaczyńskiego, dając jej więcej miejsc do obsadzenia w Europarlamencie.

Powstają coraz większe podejrzenia, iż przeciw protestującym nie jest rzucana policja, ale bojówki – coś odpowiedniego ukraińskiego Berkutu – np. z Wojsk Obrony Terutorialnej.

Władza PiS stosuje przemoc. Dawid Winiarski ciężko pobity

Zwykły wpis

>>>

Pięć osób zatrzymano w związku z rzekomym pobiciem policjantów. Dwie osoby są w szpitalu. Jedna ma rozbity nos, druga rozcięty łuk brwiowy” – powiedział „GW” adwokat Jarosław Kaczyński, który był na komisariacie po przepychankach przed Sejmem. Na Twitterze Obywatele RP pokazali, jak policja usuwała jednego z demonstrantów. – „Niebezpieczny” młodzieniec wleczony za szyję” – napisali.

Poturbowany został także dziennikarz oko.press Anton Ambroziak. – „Wykręcane ręce, podszczypywanie, był rozkaz mocniejszego przepychania. Policjant, który mnie powalił, nie chciał mi podać swoich personaliów” – relacjonował „Wyborczej” Ambroziak.

Do protestujących przed Sejmem wyszli posłowie opozycji. Do zgromadzonych przemówiła Henryka Krzywonos: – „My w stanie wojennym żeśmy się nie bali. Wiecie, co robiliśmy? Myśmy robili im na złość! Żeby oni wiedzieli, że jesteśmy. Trzeba robić im na złość! Widzę kobietę, która płacze. Cholera, kobieto, nie płacz! Bądź wku***ona! PiS spalił wszystkie mosty. Nie mają do czego wrócić. A my ich wsadzimy„. Protestujący skandowali: „Będą siedzieć”.

Podczas protestu odczytano „listę hańby” posłów, którzy złamali Konstytucję. Po każdym nazwisku – gwizdy. Zamknęło ją nazwisko Zbigniewa Ziobry. Ludzie długo skandowali „Zero zero”. Demonstranci rozwinęli transparent „Zdradza Ojczyznę ten, kto łamie jej najwyższe prawo”.

Manifestację zakończyło odczytanie preambuły Konstytucji, a potem ludzie wyciągnęli świece. O 21.00 zapłonęły „Światełka dla Sądu”. Podobne protesty odbyły się również w innych polskich miastach. A przez kolejne dni demonstracje będą organizowane o 21.00 przed Sądem Najwyższym.

>>>

Możemy spodziewać się najgorszego. Sięgną po przemoc.
To musi wymknąć się z rąk.
Będą zabici.
PiS niesie smierć dla kraju, ale i dla nas indywidualnie.

Hairwald

>>>

Większość parlamentarna zmiażdżyła polską demokrację. I zrobił to Jarosław Kaczyński państwa rękoma, wrażliwością, biografiami i przyszłością. Jesteście w rękach bezwzględnego manipulatora. Albo wolność nasza i wasza, albo wojna domowa. Faszyści stoją u naszych bram” – powiedział Krzysztof Mieszkowski z Nowoczesnej. Podczas debaty nad ostatecznym przejęciem sądownictwa przez PiS Kaczyńskiego nie było na sali obrad.

– „W tej chwili dorzynacie Sąd Najwyższy, robiąc go na swoją modłę tak, jak wcześniej zrobiliście to z KRS i Trybunałem Konstytucyjnym. Wasza propaganda nic nie da, bo Polacy nie dadzą kolejny raz się oszukać” – stwierdził Borys Budka z PO, mając na myśli kolejne wybory. Poseł Michał Szczerba cytował politykom PiS niedawne słowa przewodniczącego Rady Europejskiego Donalda Tuska o zmianach w polskim sądownictwie: – „Władza, która podporządkuje sobie sąd, przekształci demokrację w rządy złodziei”. A Marcin Święcicki wskazał na prawdziwy cel zawrotnego tempa prac nad nowelizacją ustawy. –…

View original post 3 166 słów więcej