Tag Archives: Kamil Durczok

Pisowskie Koryto Plus. Energa

Zwykły wpis

„Coś” musiało się wydarzyć w spółce Energa Oświetlenie, bo nagle w ostatnich dniach pierwszy prezes /były radny PiS z Gdyni/ Michał Bełbot oraz drugi wiceprezes / były radny PiS z Gdańska/ odeszli z firmy , ale spoko… nadal pracują w sektorze zależnym od partii rządzące o czym donosi „Gazeta Wyborcza”, powołując się na anonimowego informatora.

Ostatecznie wszystko musi pozostać w „rodzinie” więc Michał Bełbot został prezesem spółki Energa Logistyka z siedzibą w Płocku, natomiast Jaromir Falandysz – wiceprezesem firmy Lotos Kolej.

Falandysz jest psychologiem… Bełbot skończył administracje. Te stanowiska im się po prostu należały! – komentują z drwiną czytelnicy GW.

„Zmiany w Energa Oświetlenie to ucieczka dotychczasowego zarządu przed ewentualnymi zmianami w Grupie Energa. Obecnie trwa konkurs na zarząd Energa SA, w tym na prezesa spółki. W całej grupie mówi się o tym, że nowy zarząd będzie różnił się od obecnego diametralnie. Po wpadce tuż przed świętami Bożego Narodzenia, dotyczącej podwyżki cen energii, i dymisji prezesa Energa Obrót i szefa biura prasowego wydaje się, że nikt z obecnego zarządu nie będzie miał szans na reelekcję” – przyszła do dziennika pisemna informacja.

„Wyniki spółki Energa Oświetlenie są dobre, poprawiły się i nie ma mowy o ucieczce prezesów. Ich nowe posady świadczą raczej o tym, że zostali docenieni – powiedział informator GW, dodając że roku 2017 Energa Oświetlenie wykazała 14,3 mln zł zysku netto.

Jaromir Falandysz nie chciał komentować swojej nominacji. Według naszych informacji został wiceprezesem firmy Lotos Kolej w wyniku postępowania konkursowego przeprowadzonego przez radę nadzorczą spółki. Lotos Kolej wykazała za rok 2017 zysk netto w kwocie 45,3 mln zł.

Z kolei Michał Bełbot kieruje teraz spółką Energa Logistyka, która obsługuje spółki grupy Energa m.in. w zakresie logistyki, magazynowania, gospodarki odpadami i dostaw. Według sprawozdania finansowego za rok 2017 spółka miała 4,7 mln zł straty.

Depresja plemnika

Na Twitterze doszło do kłótni między Kamilem Durczokiem a Joachimem Brudzińskim. Dziennikarz zarzucił ministrowi, że „wykorzystał tragedię w Koszalinie do swoich politycznych celów”, na co szef MSWiA odpowiedział, że się za niego pomodli.

W piątek w tzw. escape roomie (lub „pokoju zagadek”) w Koszalinie doszło do pożaru. Zginęło pięć nastolatek, które brały udział w zabawie z okazji urodzin jednej z nich. Ranny został pracownik escape roomu.

Tragedia wywołała reakcje czołowych polityków. Zarówno premier, jak i prezydent składali kondolencje rodzinom ofiar. Rządzący zapowiedzieli też nie tylko wyjaśnienie tragedii, ale i kontrole w innych tego typu miejscach w Polsce. – Strażacy przegrali tę walkę nie z powodu braku profesjonalizmu, kompetencji czy doświadczenia. Tę walkę strażacy przegrali z tymi, którzy, kierując się chęcią łatwego, szybkiego zysku, narazili na śmierć Bogu ducha winne dzieci – mówił szef MSWiA Joachim Brudziński. Zapowiedział konsekwencje dla właścicieli łamiących prawo.

Sprawa jest też szeroko komentowana w mediach społecznościowych…

View original post 1 915 słów więcej

 

Pal diabli faszystów w lesie. Problemem są ich sojusznicy u władzy

Zwykły wpis

>>>

* * *

Obserwujcie które z mediów i którzy dziennikarze solidaryzują się z dziennikarzami TVN, a którzy nie – w prosty sposób zorientujecie się kto jest za wolnością słowa, a kto trzyma z władzą.

Depresja plemnika

Dialog na Twitterze między Hanną Lis a Brudzińskim z pointą.

Piątkowa nominacja Jacka Jastrzębskiego na szefa Komisji Nadzoru Finansowego – w miejsce skompromitowanego Chrzanowskiego – niesie zmianę układu sił w obozie władzy. Premier nie miał bowiem do tej pory większego wpływu na politykę KNF. Dotychczasowy jej przewodniczący, Marek Chrzanowski, był człowiekiem Adama Glapińskiego, wywodzącego się z tzw. zakonu PC, czyli pierwszej partii Kaczyńskiego, prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z naszych informacji wynika, że na początku listopada, kiedy atmosfera wokół KNF zaczęła gęstnieć, weterani PC i PiS próbowali zapewnić sobie długofalową kontrolę nad Komisją – także na wypadek ewentualnych zmian kadrowych.

– Wraz ze słynną poprawką „bank za złotówkę”, dającą KNF prawo do wywłaszczania właścicieli banków, do Sejmu trafiły po cichu także dwie inne propozycje zmian. Chodziło o zapisy, dające marszałkom Sejmu i Senatu prawo do delegowania do władz Komisji swoich przedstawicieli – mówi osoba znająca kulisy sprawy. Poprawki były kwestionowane przez…

View original post 2 341 słów więcej

Gang Kaczyńskiego tanio kupił Kałużę

Zwykły wpis

W środę dzięki Wojciechowi Kałuży Koalicja Obywatelska przegrała śląski sejmik.  Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk i wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski podpisali porozumienie z radnym, który do sejmiku startował w wyborach z listy Koalicji Obywatelskiej.

Ubolewając nad tym, że wiele władzy opiera się na jednym, dwóch, trzech głosach, były wicepremier, minister gospodarki w rządzie PO-PSL Janusz Piechociński ocenił, w porannej rozmowie z Gazeta pl, iż „takie sytuacje tworzą społeczne wrażenie, że wszyscy ci, którzy pracują po tamtej stronie władzy to kandydaci na złodziei”.

Według Piechocińskiego, takie decyzje to korupcja polityczna. Najsmutniejsze jest to, że w tym procesie uczestniczył wysłannik premiera – ocenił były wicepremier. Dodał, że Kałuża jako nowy wicemarszałek sejmiku śląskiego ma zarabiać „skromne 12 tys. brutto przez 5 lat”.

* * *

Gang Olsena tanio kupił Kałużę.

Depresja plemnika

Krótko mówiąc: na froncie walki o sądy Nowogrodzka zarządziła odwrót.

Skąd ten zwrot w tył?

To może zaskakiwać, bo Partia Jarosława Kaczyńskiego cofa się bardzo rzadko. Jest przekonana, że samodzielna większość w Sejmie daje jej absolutne prawo, do kształtowania polskiej rzeczywistości. Zdarzało się już jednak w przeszłości, że PiS napotykał na tak wielki opór, że niezależnie od sejmowej arytmetyki musiał ustąpić.

Mimo nacisku części własnego zaplecza, obóz rządzący nie odważył się wprowadzić przepisów jeszcze bardziej utrudniających polskim kobietom dostęp do legalnej aborcji. Do zatrzymania się zmusiła PiS bezprecedensowa mobilizacja kobiet w całej Polsce. Ich protesty pokazały, że w Polsce nie ma społecznej zgody na dalsze zaostrzanie przepisów regulujących warunki przerywania ciąży. Kaczyński zrozumiał, że jeśli spróbuje ograniczyć wolność kobiet w tym zakresie, to słono za to zapłaci przy urnie wyborczej.

Także kwestii ustawy o IPN PiS zmienił stanowisko o 180 stopni. Zmianę wymusiło zderzenie się ze ścianą na…

View original post 2 293 słowa więcej

Kubica może pogrążyć Morawieckiego, że puści bąbelki

Zwykły wpis

Na taśmach, opublikowanych dziś przez Onet, słychać, jak ówczesny prezes BZW BK Mateusz Morawiecki … cieszy się z wypadku Roberta Kubicy. Trudno użyć innego słowa, skoro ze strony obecnego premiera padają takie: – „Na szczęście złamał rękę, raz, drugi. Ja nie chcę, k…a, co roku pięć dych płacić”.

Z nagrania z restauracji „Sowa i Przyjaciele” wynika, że ówczesny szef BZ WBK uznał dramatyczny wypadek Roberta Kubicy za zdarzenie pozytywne z punktu widzenia interesów „własnego” banku. Dlaczego?  Gdyby bowiem do wypadku nie doszło, bank BZ WBK prawdopodobnie musiałby zostać sponsorem polskiego kierowcy, czytamy w portalu Onet.

Do treści nagrań odnieśli się politycy, dziennikarze i internauci. Zarówno w tonie żartobliwym, jak i poważnym.

Były minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak: „Już powoli da się rozpoznać premiera Morawieckiego po niepowtarzalnym wulgarnym stylu. Ale żeby tak o Kubicy!?”.

Wicemarszałek Sejmu i poseł Kukiz’15 Stanisław Tyszka: „Jakim trzeba być człowiekiem, by powiedzieć »na szczęście złamał rękę, raz, drugi…«?”.

Redaktor naczelny tygodnika „Newsweek”, Tomasz Lis: „różnych polityków i premierów Polska miała, ale pan Morawiecki jest nie do obrony. Po tekstach o kontuzji Roberta Kubicy, w oczach milionów Polaków pozamiatał się na wieki wieków amen.”

Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”: „Nie ważne, czy Mateusz Morawiecki był wtedy osobą prywatną, szefem zagranicznego banku, a dziś jest premierem… To jest po prostu po ludzku złe.” – pisze.

Kamil Durczok na swoim profilu napisał: „A tak po ludzku, panie Morawiecki, to co pan wygaduje o Kubicy, to regularna chamówa”.

Rzecznik Platformy Obywatelskiej Jan Grabiec przypomniał, że wypadek Kubicy, który „podsumował” Morawiecki, kwalifikował się jako „zagrażający życiu”.

Z kolei popularna na Twitterze komentatorka Kataryna celnie skwitowała postawę premiera – inną wobec narażonego na kontuzje sportowca niż względem mogącego być przydatnym polityka. Jak podkreśliła, w tym kontekście nie potrafi zrozumieć postawy premiera.

Co interesujące, politycy PiSu ten „wątek taśmowy” potraktowali nadzwyczaj poważnie. Adam Bielan powiedział dziś w rozmowie z Moniką Olejnik, że Mateusz Morawiecki spotkał się z Robertem Kubicą. Ta troska również nie umknęła uwadze komentatorów.

Dziennikarz TVN24 Konrad Piasecki:„Jeśli taśmy są »odgrzewanym kotletem« i »znaną od paru lat prywatną rozmową bez znaczenia«, to dlaczego premier spotyka się nagle z Robertem Kubicą dziś, by się z nich wytłumaczyć?”.

Michał Kolanko: „Spotkanie PMM z Kubicą o którym mówił @AdamBielan najlepiej świadczy o powadze sytuacji i próbach „damage control” w wykonaniu PiS. Po ujawnieniu innych fragmentów reakcja była inna”

Afera podsłuchowa może pogrążyć Mateusza Morawieckiego. I tylko jeden wątek – z Robertem Kubicą.

Holtei

Ciąg dalszy afery taśmowej. Onet opublikował kolejne nagrania z Mateuszem Morawieckim. „Na szczęście złamał rękę” – mówi o Robercie Kubicy. Na premiera wylała się fala krytyki.

Onet opublikował kolejne taśmy z udziałem Mateusza Morawieckiego, gdzie premier wypowiada się na temat wypadku Roberta Kubicy z 2011 roku.

„Na szczęście złamał rękę” – powiedział o wypadku polskiego sportowca na nagraniach zafery taśmowej. Gdyby tak się nie stało, Robert Kubica najprawdopodobniej przeszedłby do Ferrari, w efekcie czego bank BZ WBK musiałby sponsorować sportowca. (BZ WBK należał do Santandera, który od był sponsorem teamu Ferrari – red.). ” Ja tego nie chcę, kur… Pięć dych co roku płacić. Sp…laj.” – mówił Mateusz Morawiecki.

Taśmy Morawieckiego. Premier o Kubicy: „Na szczęście złamał rękę”

Słowa Mateusza Morawieckiego o Robercie Kubicy wywołały lawinę krytyku pod adresem premiera.

Morawiecki cieszący się z poważnego wypadku wybitnego polskiego sportowca bo już nie musi mu płacić z pieniędzy banku…

View original post 3 492 słowa więcej

Rodzina Morawieckich na swoim. Szwagier Plus

Zwykły wpis

>>>

Choć brzmi to w zasadzie jak dowcip z gatunku tych o szwagrach, mamy do czynienia z faktami. Wieloletni partner siostry premiera Mateusza Morawieckiego właśnie dostał państwową posadę – został zastępcą redaktora naczelnego Radia Wrocław – informuje TOK FM. Będzie odpowiedzialny za program publicznej rozgłośni.

Ów wieloletni partner to Jarosław Broda. Jak informuje portal. przez ostatnie 16 lat był dyrektorem Wydziału Kultury Urzędu Miasta Wrocławia i podwładnym prezydenta Rafała Dutkiewicza.

To, że nieformalny szwagier premiera Morawieckiego ma nową posadę, ostro skrytykowano na Twitterze. Padały argumenty, nawiązujące ironicznie do czołowych sloganów rządowych : „Rodzina na swoim”, „szwagier plus” czy „dojna zmniana”. Broda zapewnił swoich nowych podwładnych, że jego awans nie ma nic wspólnego z polityką.

Siostra premiera rządu PiS i partnerka Jarosława Brody, Anna Morawiecka, startuje w wyborach samorządowych. Będzie się ubiegać o funkcję burmistrza Obornik Śląskich.

>>>

Drastyczny wzrost kosztów życia:„co miesiąc statystyczne gospodarstwo domowe ma do zapłaty zobowiązania na kwotę 1572 zł, podczas gdy trzy lata temu było to 976 zł(…)kwoty comiesięcznych rachunków w porównaniu do badania z 2015 roku wzrosły zatem o 61%”

Hairwald

Najnowszy felieton posła Stefana Niesiołowskiego m.in. o abp. Głódziu.

Przemówienie Kaczyńskiego, wbrew zapowiedziom, zwłaszcza szefa sztabu PiS-u, było banalne, a przynajmniej rozczarowujące. Prezes zamiast mówić o wyborach samorządowych mówił o europejskich. Wykorzystał okazję, aby osłabić czy zaprzeczyć argumentom podnoszonym przez opozycję, że PiS szykuje nam Polexit. Skoro premier i prezes muszą dementować te informacje, to znaczy, że musiało im wyjść w sondażach wewnętrznych, że jest to poważny problem czy wręcz zagrożenie dla PiS-u – mówi w rozmowie z nami dr Marek Migalski, politolog. Pytamy też o strategię na kampanię w nadchodzącym maratonie wyborczym. – To prawda, że tu mamy do czynienia z tą samą sytuacją co w 2015 roku. Kaczyński, Macierewicz schodzą na dalszy plan, a na czoło wypuszcza się kogoś popularnego. Lokomotywą kampanii będzie premier Morawiecki.

JUSTYNA KOĆ: Za nami konwencja PiS-u, gdzie przemawiał od dawna niewidziany prezes, jednak widać było, że to Mateusz Morawiecki grał pierwsze skrzypce.

MAREK…

View original post 5 120 słów więcej

Krystyna Pawłowicz, osóbka, która miano Polki sprowadziła do kołtunki

Zwykły wpis

>>>

Nie po raz pierwszy PiS–owska funkcjonariuszka Pawłowicz zabiera głos w sposób urągający zwykłej przyzwoitości. Tym razem nawet „nie o brak poprawności politycznej chodzi, lecz o brak kultury” – czytamy w mediach społecznościowych.

Pawłowicz wywołała burzę na Twitterze kontrowersyjnym komentarzem na temat planu budowy pomnika gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego. Miałby on stanąć w 75. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego.

„Zbyt wiele kwiatów może pod tym pomnikiem nie być.” – napisała Pawłowicz, no i zaczęło się…

„Wdawanie się w dyskusję z tym sejmowym trollem powinno być karalne, – odpalił jej internauta. „Po co ten komentarz? W język się pani ugryźć nie może?” – zapytał dziennikarz Marcin Makowski.

Pawłowicz nie dając za wygraną odparła: „Komentarz jest bardzo delikatny, dla prawdy. Pan woli fałszować i brązowić. Pisnąć nie wolno, bo pouczą cię zaraz „strażnicy dobrych zwyczajów.” – stwierdziła.

Gen. Zbigniew Ścibor-Rylski zmarł 3 sierpnia w wieku 101 lat. Był prezesem Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich i najstarszym stopniem żyjącym powstańcem. Brał udział w kampanii wrześniowej w 1939 r., a w trakcie wojny był zaangażowany w akowską konspirację, walczył również w Powstaniu Warszawskim, za co został dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Prezydent Lech Kaczyński odznaczył go również Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Co to dla kogoś takiego jak Pawłowicz?

>>>

Brudziński szczuje policję na demonstrujących

Zwykły wpis

Nie od dziś wiadomo, że Bruksela i unijne struktury są dla partii Jarosława Kaczyńskiego złem koniecznym. Narracja prawicowych polityków ma jasny przekaz na temat złej, zachodniej elity, która bezprawnie miesza się w polskie sprawy.

Według znanego dziennikarza, Kamila Durczoka pozostaje kwestią czasu wyprowadzenie Polski przez PiS ze struktur Unii Europejskiej. Redaktor naczelny Silesion.pl twierdzi, że dla Jarosława Kaczyńskiego Unia nie jest szansą dla naszego kraju, ale obciążeniem.

Dowodem są przekazy płynące do społeczeństwa o wtrącaniu się instytucji unijnych do przeprowadzanych w Polsce reform, szczególnie tej dotyczącej sądownictwa. „Bruksela uniemożliwia mu (Kaczyńskiemu – przyp. red.) rządzenie we własnym kraju” – pisze w swoim felietonie Durczok.

Zdaniem dziennikarza PolExit nie nastąpi jednak od razu. Wcześniej Jarosław Kaczyński wykorzysta jeszcze Unię jako alibi, „dlaczego tak gładko nie udaje się przepchnąć pisowskich „reform”.

– Docierają do mnie sygnały, że MSWiA daje zielone światło na próby zastraszania i wywierania presji wobec antyrządowych demonstrantów – mówi w rozmowie z Gazeta.pl gen. Adam Rapacki, były wiceszef MSWiA oraz były zastępca Komendanta Głównego Policji.

>>>

>>>

Zgwałcona konstytucja i prywatne państwo to nie koniec chorych wizji Kaczyńskiego

Zwykły wpis

>>>

Czyżby Mariusz Błaszczak nie sprawdził się w roli ministra MON? Wprawdzie jeden z polityków PiS mówi, że prezes Kaczyński bardzo sobie ceni jego pracę w ministerstwie, ale wszyscy wiemy, że szef partii rządzącej złego słowa o „dokonaniach” swoich podopiecznych nie powie. Nawet gdy myśli zupełnie inaczej, twardo będzie stał za „swoimi”.

Coś jednak musi być nie tak, gdy wpadło prezesowi do głowy, by postawić Błaszczaka na czele Najwyższej Izby Kontroli. Wprawdzie kadencja obecnego prezesa NIK kończy się dopiero w połowie 2019 roku, ale jest szansa, że uda się przejąć to stanowisko wcześniej.

Rok temu Prokuratura Apelacyjna w Katowicach skierowała przeciwko Kwiatkowskiemu i Buremu akt oskarżenia, w którym mowa jest o nadużyciach w obsadzaniu stanowisk w NIK w 2013 roku. Chodzi o nadużycie władzy w związku z postępowaniami konkursowymi na stanowiska dyrektora delegatury NIK w Łodzi, wicedyrektora delegatury w Rzeszowie i wicedyrektora departamentu środowiska Izby, a także naciski na wiceprezesa NIK Mariana Cichosza w czasie, gdy Kwiatkowski nie pełnił jeszcze funkcji prezesa.

Wprawdzie ustawa o NIK nie mówi nic o zakazie sprawowania funkcji kierowniczych przez osoby postawione w stan oskarżenia, jednak gdy Trybunał Stanu uzna, że w tym przypadku taki zakaz powinien funkcjonować, wówczas Sejm będzie mógł spokojnie Kwiatkowskiego odwołać. Tak więc już najwyższy czas, by prezes PiS przygotował się na przejęcie NIK.

Jak ustaliła Wirtualna Polska, Błaszczak i Kaczyński spotkali się i wówczas to prezes zaproponował ministrowi nowe stanowisko. Jednak Mariusz Błaszczak odmówił, bo jak twierdzi jeden z jego kolegów, „kierowanie Izbą to mało prestiżowa funkcja. Minister widzi siebie w fotelu marszałka Sejmu, jeśli Marek Kuchciński wystartuje do Parlamentu Europejskiego. A to już jest praktycznie przesądzone”.

Błaszczak jest absolwentem historii, ukończył podyplomowe studia na Uniwersytecie Warszawskim z zakresu samorządu terytorialnego i rozwoju lokalnego (1997) oraz z zarządzania, w Wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, był słuchaczem IX Promocji Krajowej Szkoły Administracji Publicznej.  Czy ma więc rzeczywiście odpowiednie kwalifikacje, by szefować w Najwyższej Izbie Kontroli? Czy po prostu prezes PiS nie ma odpowiednich ludzi do obsadzania tego typu stanowisk, więc bierze „jak leci”? Czy taka propozycja dla Mariusza Błaszczaka jest nagrodą za lojalność czy też karą, bo coś kiepski z niego minister MON?  Jedno jest pewne. Za tokiem myślowym prezesa nikt nie nadąży.

„Iluzje dobre są w kinie, ale my nie jesteśmy w kinie. Jesteśmy w d..ie. I nie chcąc się sprzymierzyć przeciwko Wielkiemu Destruktorowi Polski jakim jest Prawo i Sprawiedliwość, siłą rzeczy zaczynamy się w tej dupie urządzać. Rzecz jasna na warunkach PiS-u – co do tego też nie miejcie żadnych złudzeń” – napisał na swoim Facebookowym profilu reżyser Andrzej Saramonowicz. Sympatykiem rządzących obecnie Polską nigdy nie był, ale teraz do bólu dał upust swojej dezaprobacie dla działań Prawa i Sprawiedliwości, nawołując do budowy szerokofrontowej koalicji przeciwko tej partii. Sytuację w jakiej dziś się znajdujemy opisał w plastyczny sposób na przykładzie podpalonego domu. Saramonowicz pyta czy wszyscy mamy spłonąć? Podkreśla, że wszyscy równo jesteśmy zagrożeni, niezależnie od tego, w co wierzymy.

W prostych słowach uzasadnia sens tworzenia koalicji przeciwko formacji Jarosława Kaczyńskiego podkreślając, że wszyscy Polacy znajdują się w sytuacji mieszkańców domu, który płonie. Przestrzega, że choć niektórzy wierzą, iż ogień oszczędzi ich mieszkanie, to żywioł nie będzie brał pod uwagę nadziei, ani złudzeń, lecz po prostu będzie trawił dalej wspólny dom.

Reżyser przekonuje, że dom właściwie już płonie, ale jego ugaszenie możliwe jest tylko dzięki podjęciu wspólnego wysiłku w tym celu. Jak twierdzi, PiS podjął decyzję o stworzeniu systemu autorytarnego, a za członkami tej partii kroczą „brunatni”. Pooddzielanych od siebie „nas” – jak określa to Saramonowicz – prędzej czy później „pisowcy rozjadą”. Dodaje: „Bo oni naprawdę chcą stworzyć system autorytarny. Już się na to zdecydowali. Już to robią” – alarmuje. „Nawet jeśli w to nie wierzysz, oni to robią, a twoja niewiara tylko im pomaga” – dodaje. I przekonuje, że „oni chcą, byś jak najdłużej myślał, że chcą cywilizowanego świata. Ale nie chcą. Chcą świata wyłącznie na swoich warunkach, w którym każda odmienność zostanie uznana za zbrodnię i będzie tępiona” – podsumowuje.

Dlatego, w dramatycznym tonie, Andrzej Saramanowicz nawołuje do połączenia wszystkich sił przeciwko PiS. Inna postawa zdaniem reżysera będzie przypominała jedynie  moszczenie się w miejscu, które do końca komfortowym nie jest. Niestety – na warunkach Prawa i Sprawiedliwości – podkreśla autor wpisu.

Do takich ludzi można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając lewicowych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia.

Opozycja nie musi zaraz tworzyć wspólnej listy do parlamentu, ale musi się przestać wzajemnie zagryzać. A także pouczać – bo od pouczeń właśnie zaczyna się każdy apel o jedność narodu w obronie demokracji. Może wtedy będziemy w stanie się skupić na właściwym przeciwniku i tworzyć konkurujące wizje przyszłej Polski, oferty polityczne i pomysły na najbliższe wybory, zamiast z góry rozważać, który ch… ściągnie nam PiS na głowę po raz kolejny.

Starszy i młodszy, liberalny i lewicowy nie-PiS jest podzielony i taki zapewne pozostanie. Niedawna polemika Agaty Bielik-Robson z Kają Putooraz całe morze felietonów, postów na Facebooku i gównoburz tamże wskazują, że sednem tego podziału jest stosunek do kapitalizmu – nie teorii rzecz jasna, lecz mitu z jednej, a realiów z drugiej strony.

Lewicy nie wystarczą w tym sporze szydercze repliki na felietony Maziarskiego czy Majcherka ani zaziewanie ich z nudów na śmierć. Tu w ogóle nie chodzi o żaden „wolnorynkowy beton” ani tym bardziej „neoliberalny mainstream”, który jako siła dominująca kopnął w kalendarz w 2015 roku, a dogorywał już w czasie wywiadu pt. Byliśmy głupi. Tu chodzi o całe jądro anty-PiS: ludzi po czterdziestce, a częściej nawet pięćdziesiątce, średnio i dobrze wykształconych, ze średnich i dużych miast.

To wśród nich postawy „w dupach się od dobrobytu poprzewracało” spotkamy najczęściej i to z nimi jest, względnie będzie, kłopot. Lud koderski ma bowiem moc – demografii i frekwencji, ale też stabilnego zatrudnienia z normowanym czasem pracy, nieraz oszczędności i kapitałów wszelakich. To oni w sondażach wyrabiają Platformie z Nowoczesną między 20 a 30 procent, to oni, wychowani na Trójce, w której dziś zostali im tylko Mann z Kaczkowskim, szerują SokzBuraka i dzwonią do Szkła kontaktowego, to oni robią frekwencję na marszach opozycji i krzyczą, że kaczor do wora. Na KOD-y brali dzieci, ale te się migały; na Czarnym Proteście to oni przyłączyli się do dzieci, choć pewnie nie wiedzą, że cały ten ruch wymyśliła członkini Razem .

Niestety, to również oni najsilniej mobilizują elektorat PiS swoimi memami o zasrywaniu plaż we Władysławowie, to oni najczęściej pouczają, że kiedyś ZOMO biło i ocet stał na półkach, więc niech gówniarze ruszą tyłek bronić demokracji; to wreszcie oni porównują Morawieckiego do Gierka. I to oni determinują język dzisiejszej opozycji.

Hasła, że „ludzie chcą anty-PiS-u, a nie programu”, Siemoniak ze Schetyną nie wymyślili przy wódce, tylko im z badań tak wyszło. Badań tego właśnie elektoratu, którego jest oczywiście za mało, by pokonać PiS, ale bez którego PiS też będzie rządził latami. Który odpycha od polityki swym patosem i pogardą dla problemów młodszego pokolenia oraz budzi nienawiść – po odpowiedniej obróbce wizerunkowej w TVP Info – nie tylko twardego elektoratu Kaczyńskiego.

Czy ten „twardy anty-PiS” jest niereformowalny, a wielka część pokolenia naszych rodziców – stracona dla projektów lewicy? Niezdolna do rezygnacji choćby z estetycznej dystynkcji, która każe widzieć w Polaku wiecznego chama nienawidzącego wszystkich, którym się udało – i która tak świetnie pasuje do PiS-owskiej propagandy o gardzących ludem elitach?

Zaryzykuję tezę, że za różne błędy i wypaczenia anty-PiS-owskiej narracji pokolenia 45+ czy 50+ nie odpowiada „oderwanie od koryta”, wyparta akumulacja kapitału po trupie PGR-owskiego robotnika rolnego ani wrodzony sadyzm burżuazji. Główną przyczyną niezrozumienia postulatów młodszej generacji, ale też niechęci do pachnących „socjalizmem” idei jest raczej okres formacyjny – dojrzewanie i wczesna dorosłość w okresie schyłkowego socjalizmu, a tak naprawdę protokapitalizmu lat 80. Tej historii – inaczej niż opowieści o „wykluczonych transformacji”, ważnej, choć też często służącej do moralnego szantażu – lewica nie przyswoiła. Tymczasem to historia paradoksalna, nieredukowalna do banalnego zderzenia pustych półek z popkulturową wizją amerykańskiej obfitości. Prawdziwa ludowa historia kapitalizmu w socjalizmie.

Polska bieda-klasa średnia, przedsiębiorcy, którym trochę się udało, a trochę nie, bardzo często budżetówka i kadry administracyjne, ale także młodzi emeryci III RP o wysokiej stopie zastąpienia, ci wszyscy, którzy domy pod miastem budowali za wytyrane na niemieckich budowach pieniądze – bardzo rzadko czytali Hayeka, choć przed telewizorem w grudniu 1989 roku bardzo często oklaskiwali Balcerowicza.

Druga połowa lat 80. to kulminacja ciężkiego kryzysu realnego socjalizmu, zdelegitymizowanego ostatecznie stanem wojennym i nieudolnością sterowania gospodarką przez wojsko. Tę część podręcznika znamy nieźle – milion ludzi emigruje z PRL, władza miota się między gospodarką niedoboru a drożyzną, wszelkie sensowne reformy rozbijają się o opór biurokratycznej materii, politbiuro daje przyzwolenie na „bogacenie się” sfrustrowanego aparatu, licząc, że zbuduje przy okazji jakąś „klasę modernizacyjną”. System gnije i wije się w konwulsjach, a po drodze uwłaszczają się towarzysze – ale to tylko jedna strona medalu, eksponowana do dziś przez prawicę i jakoś przyswojona przez starszą część elektoratu „zbuntowanego”. Drugą jest protokapitalizm oddolny – klucz do zrozumienia utopijnych fantazji tak wielu „obrońców III RP” – którego kluczowe sfery to nielegalny handel zagraniczny, praca na czarno w drugim obszarze płatniczym i oczywiście wyspy prywatnego biznesu.

Wyobraźnię antykomunistyczną na temat handlu z zagranicą organizuje obraz młodego ZSL-owca sprowadzającego z Zachodu komputery dla ukraińskiego KGB, ale doświadczenie potoczne było zupełnie inne. Oto młoda mieszkanka Koszalina pożycza od znajomych 200 dolarów i jedzie na tzw. karuzelę – wycieczkę objazdową Orbisu. Kupuje tanie ubrania w Polsce i sprzedaje na pniu w czasie postoju we Lwowie za ruble, następnie z obłędem w oczach biega po sklepach w poszukiwaniu lokalnego sprzętu AGD. Potem jest Rumunia, gdzie jak woda schodzi wczesnoporonny Biseptol i prezerwatywy, kupuje się zaś kryształy, haftowane obrusy i kombinezony dla dzieci. Szybki przelot przez Bułgarię i jazda do Turcji: tam za dolary biorą radzieckie AGD (i sami sprzedają w biednej Anatolii, gdzie ludzi na zachodni sprzęt nie stać). Stambuł to w końcu lat 80. światowe centrum podróbek, więc po dolarze można nabyć swetry, ale też sukienki skopiowane wprost z katalogów „Burdy”. I z powrotem do Polski – chyba że jeszcze wpadniemy po drodze do Grecji, sprzedamy Zenita i komputer Atari, a kupimy kożuch i Metaxę. Część wysyłamy paczką, część do autokaru – turecka konfekcja schodzi na polskim bazarze z 3- lub 4-krotną przebitką. Lepsze rzeczy można potem zabrać (na sobie i w podręcznym do samolotu) na wycieczkę do Moskwy i Leningradu, gdzie kiecki schodzą i po 30 dolarów, kupują je prostytutki. Za ruble i dolary kupuje się pod Moskwą złoto z domieszką miedzi, czasem agaty, a nawet rubiny – na granicy przechodzą na zasadzie „sztuka jest sztuka”, liczy się liczba, a nie waga deklarowanych przy wjeździe precjozów. Jak towaru jest więcej, pomaga kobieca fizjologia. Na niej można też zarobić – w Erywaniu dobrze schodzą spirale. A był jeszcze Budapeszt z dworcem Keleti, polski targ w Berlinie Zachodnim czy promy do Kopenhagi.

Można? Można, trzeba mieć tylko kapitał na początek (ale kilka pensji, nie miliony), z kimś zostawić dzieci i być wygadanym trochę powyżej czendżmany. Przydaje się też odwaga, logistyczna pomysłowość i twarz pokerzysty, kiedy celnik nie odpuści kontroli za parę majtek i sztangę Kentów. To już nie są tylko rozrywki dyplomatów, oficerów Departamentu II czy pracowników central handlu zagranicznego.

Taki handel, zwłaszcza na większą skalę, był domeną inteligencji i ludzi wolnych zawodów, choć nieźle sprawdzała się też małomiasteczkowa prywatna inicjatywa. Praca na czarno w RFN, Austrii czy Szwecji – za niemal pełnym przyzwoleniem władz w drugiej połowie lat 80. – była już domeną klasy robotniczej, nie wymagała też, jak dawniejsze kontrakty w Libii czy Iraku, wielkiej dawki pokory. Harówka na budowie, przy remontach autostrad, naprawach dachów lotnisk, ale też przy zbiorze owoców, w szczęśliwych przypadkach zlecenia dla wykwalifikowanych hydraulików czy terakociarzy w prywatnych domach – ciężka praca fizyczna, nieraz w urągających godności i zdrowiu warunkach – opłacana była jednak w walutach, których czarnorynkowy kurs przyprawiał o zawrót głowy. Seria kilkumiesięcznych wyjazdów za zachodnią granicę pozwalała zacząć budowę domu albo rozpocząć chałupniczą produkcję lusterek stokrotek, sztucznych kwiatów, względnie założyć hodowlę pieczarek. Z kolei wspomnienia prostych chodników, funkcjonalności hamburskiego S-Bahnu czy kolorowych miasteczek Skandynawii ustawiały optykę Europy Zachodniej jako naturalnego horyzontu aspiracji.

Wreszcie: wyspy prywatnego biznesu, formalnie legalne od połowy lat 70., akceptowane od połowy lat 80. Zmagania z urzędami (załatwiane zazwyczaj łapówkami) oraz brakiem surowca i często pracowników (nie było bezrobocia!) wynagradzał praktycznie natychmiastowy zbyt na rynku trapionym niedoborami, a jednocześnie chronionym przed zagraniczną konkurencją. Ekonomiczne prawo Saya: „każda podaż znajdzie swój popyt”, w socjalistycznej gospodarce PRL sprawdzało się znakomicie. Co ciekawe, od mniej więcej 1986 roku zmienia się oficjalny przekaz na temat prywatnej inicjatywy: to już nie są domniemani złodzieje i spekulanci, lecz awangarda postępu i racjonalności. W Dzienniku Telewizyjnym obrazy pijanych robotników z kombinatów budowlanych i zamkniętych w godzinach pracy sklepów „sektora uspołecznionego” zestawia się z obiecującymi innowacjami, wysoką jakością produktów, uprzejmą obsługą klienta w spółdzielniach i firmach prywatnych. Mitu potęgi wolnego rynku i prywatnej inicjatywy dopełnia słynna ustawa Wilczka – jako mokry sen o przywróceniu prawdziwego kapitalizmu podnieca dziś głównie korwinistów, ale niewątpliwie oddawała atmosferę epoki, w której wyspy racjonalności i sensu na morzu niedoboru miały się zamienić w archipelag, a wraz z reformami Balcerowicza – zwarty kontynent kapitalizmu. Nawet jeśli pod amerykańską okupacją, to miała ona przecież wyglądać tak, jak w powojennej RFN.

Można było uwierzyć, że Zachód płynie mlekiem i miodem, że otwarta głowa i dwie ręce do pracy plus trochę odwagi to recepta na sukces, wreszcie – że państwo czego nie dotknie, to spieprzy. Protokapitalizm połowy lat 80. był darwinistyczny, ale na swój sposób też egalitarny – przetrwają najzaradniejsi, ale też nie muszą mieć skończonego SGPiS-u ani rodziców w partii, wystarczy dobrze układać kafelki albo bajerować celników na Szeremietiewie. Pracuje się ciężko, ale za godne wynagrodzenie, więc jak ktoś „naprawdę chce”, nie tyko głodny i bosy nie będzie, ale i na wideo z Baltony mu starczy. Taki american dream w późnym PRL.

Wielki paradoks PRL-owskiego kapitalizmu oddolnego polegał oczywiście na tym, że jego walory ujawniały się nie tyle na tle beznadziei socjalistycznej, ile za jej sprawą. Puste półki w domach towarowych nie były kontrastem, lecz przyczyną atrakcyjności łóżkowo-szczękowego handlu, który w „normalnych” kapitalistycznych warunkach musiał zostać szybko stłamszony. Podobnie otwarcie granic i normalizacja kursu walutowego zamieniły los drobnego przemytnika: z minikrezusa na orbisowskiej wycieczce mógł już tylko zostać „mrówką” taszczącą torby ze spirytusem na pieszym przejściu granicznym. Do tego nastała prawdziwa konkurencja – nawet bez ekspansji zachodnich korporacji marże naszych drobnych protokapitalistów musiałyby spaść wraz z wejściem na rynek setek tysięcy kolejnych wierzących w opowieść pt. „załóż firmę, będziesz jak Carrington”.

Jeszcze w PRL całe kategorie obywateli były z dostępu do tych „protokapitalistycznych” możliwości wykluczone: samotni rodzice, pracujący biedni, którym niskie płace nie pozwalały na zgromadzenie najskromniejszego kapitału początkowego, duża część lumpenproletariatu, ludzie o najniższym kapitale kulturowym. Warstwa „włączonych” była mimo to relatywnie szeroka, a wielu mogło się wydawać, że spełnienie rozbudzonych aspiracji jest na wyciągnięcie ręki – zwłaszcza gdyby państwo zniosło ograniczenia (te same, które były warunkiem powodzenia rynkowych nisz).

Polski lud w swej masie pragnął w efekcie kapitalizmu, choć – jak w dowcipie profesora Kowalika o Balcerowiczu i Tadeuszu Mazowieckiem – sprzedano mu bilet raczej do Waszyngtonu niż Bonn. Kontakt z realnym (choć nie reprezentatywnym) Zachodem mniejszości Polaków, ale za to z różnych warstw społecznych, i względnie niskie bariery wejścia do walki konkurencyjnej złożyły się na mit, w którym kapitalistyczne życie nie jest może sielanką, ale przynajmniej jest jakoś sprawiedliwe, bo wynagradza ambitnych, z głową na karku, co się pracy nie boją – do tego wymusza modernizację i „cywilizowane standardy” produkcji i usług, skoro dwa tysiące nie należą się już za samo stanie i leżenie. Obalenie tego mitu wymagało bardzo brutalnego zderzenia z rzeczywistością w rodzaju upadku największego pracodawcy w mieście i zepchnięcia na margines rynku pracy.

Tak czy inaczej, to właśnie tamten formacyjny okres zdeterminował światopogląd współczesnych KOD-erów i liberalnych przeciwników PiS: bardzo produktywistyczny, przypisujący jednostce silne sprawstwo i kontrolę nad własnym losem, niechętny interwencji państwa w gospodarkę. Krótko mówiąc: to raczej biografia pokolenia niż świadomość jednostkowych interesów ekonomicznych i raczej doświadczenie młodości niż współczesny status określają ich wybory polityczne i estetyczne – a także ramy akceptowalnego dla nich dyskursu.

Ci ludzie, do których również mogłaby mówić lewica, nie stanowią klasy społecznej – są wśród nich emerytowane nauczycielki i wykwalifikowani robotnicy z odchowanymi dziećmi, prawnicy wysokiego szczebla korporacji i lekarki, inżynierowie i sklepikarze. Ich zbiorową mentalność określają: pragnienie osobistej wolności i aspiracje do dobrego życia w modelu klasy średniej w kraju nowoczesnej Europy, z ograniczoną władzą państwa – nie wspólny próg podatkowy. A co z tego wynika na dziś i najbliższe dwa lata?

Do ludzi o takiej mentalności można się odwołać z pozycji progresywnych, nie porzucając własnych wartości: wolność to także prawo decydowania o własnym życiu przez kobiety oraz infrastruktura dająca realny wybór miejsca i stylu życia; klasa średnia potrzebuje wysokiej jakości usług publicznych, aby mogła w pełni rozwijać swój potencjał; Unia Europejska wymaga solidarnościowej reformy, aby mogła przetrwać; najlepszą ochronę przed władzą daje silny samorząd i sieć obywatelskich organizacji itp. Można w ten sposób przeciągać istotną i zróżnicowaną grupę społeczną „na lewo”, a zarazem czynić ją lepszym sojusznikiem w walce z PiS.

Jeśli z kolei ustawimy „starych liberałów” (uczestników marszy KOD, obecnych wyborców PO i Nowoczesnej, starszych czytelników „Polityki” czy „GW”…) w roli beneficjentów transformacji gardzących „ludem”, namawiając ich do ekspiacji za PGR-y, siebie zaś uczynimy w tym układzie samozwańczymi trybunami ludowymi („lud ma rację, że się burzy, a że rządzi PiS, to wasza wina”), sami wkładamy się w ramy opowieści politycznej Kaczyńskiego.

W ten sposób wzmocnimy tylko dyskurs przeciwnika (bo wojna ludu z elitami to sedno przekazu PiS), jako lewa strona skazujemy się natomiast na klęskę – bo ani nie przyciągniemy do lewicowego projektu ludzi pokolenia „wyborów czerwcowych”, ani tych, którzy zostaną przy PO/Nowoczesnej nie przekonamy do rezygnacji z antyspołecznych poglądów. Skrzydło postępowe opozycji rozbije się o szklany sufit demografii, a skrzydło bardziej zachowawcze – o kontrskuteczność swej ideologicznej fiksacji. Jedna opozycja czy dwie, wszyscy przegrywamy.

>>>

>>>

Koniec PiS już czuć, nie zdążą wyprowadzić Polski z Europy

Zwykły wpis

https://twitter.com/ZbigniewHoldys/status/1019668650184335361

Budka do PiS: Obiecuję, was Trybunał Stanu nie minie

– Nowy pseudo prezes SN będzie szefem Trybunału Stanu. Ale obiecuję, was ten Trybunał Stanu nie minie i nie jesteście w stanie się schować za nowym prezesem SN – stwierdził Borys Budka w Sejmie w trakcie I czytania projektu dot. prokuratury, a w praktyce SN i KRS. Poseł PO zgłosił – w imieniu klubu – wniosek o odrzucenie projektu w I czytaniu.

Budka: Nawet nie kryjecie, że chodzi tylko o to, by szybką ścieżką, poprzez partyjną KRS, do SN wpuścić takich Misiewiczów wymiaru sprawiedliwości

– To kolejny bubel prawny, ale to dowód na to, że nigdy nie było żadnej reformy. Od samego początku chodziło wam o kadry. Zrobiliście to z premedytacją. Zablokowaliście najpierw TK, wysyłając tam osoby, które udają sędziów, prezesa, tylko po to, by wasza nomenklatura była nietykalna. KRS tak naprawdę stała się przybudówką Nowogrodzkiej. To, co pokazała KRS, udowadnia, że nie ma żadnej reformy. Jeżeli prokurator stanu wojennego rozlicza sędziego Zabłockiego, to to pokazuje wasz stan umysłu. Jesteście największymi hipokrytami w dziejach III RP. Przysłaliście teraz do Sejmu ustawę, która niczego nie naprawi. Co więcej, nawet nie kryjecie, że chodzi tylko o to, by szybką ścieżką, poprzez partyjną KRS, do SN wpuścić takich Misiewiczów wymiaru sprawiedliwości. Przewidujecie, że bez żadnego trybu, to, co wasz szef najbardziej lubi, możecie umieścić w SN. Klasyczne BMW – biernych, miernych, ale wiernych. Chcecie wsadzić do SN sędziów o zerowych standardach moralnych, którzy będą ulegli tej władzy. Dlaczego? Właśnie dlatego, by uniewinniać tych, którzy będą tak, jak jw tej chwili, doić Polskę na wiele set milionów złotych – stwierdził Borys Budka w Sejmie w trakcie I czytania projektu dot. prokuratury, a w praktyce SN i KRS.

Schetyna: PiS nie tylko chce zmienić ordynację do PE, ale do parlamentu krajowego. To wstęp do tego

– To nie kwestia zysku czy korzyści Platformy czy innych dużych partii. To ordynacja wyborcza, która ma przede wszystkim preferować PiS i wyeliminować te wszystkie mniejsze komitety, partie polityczne. PiS bardzo wyraźnie, demolując poprzednią ustawę, ordynację, chce wziąć całą pulę i dlatego protestujemy – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

Jak dodał, Polska nie jest krajem dwupartyjnym, a projekt zmian w ordynacji demoluje parlamentarną demokrację. – Nie tylko chcą zmienić tę ordynację [do PE], ale chcą zmienić ordynację do parlamentu krajowego i to jest po prostu wstęp do tego – stwierdził przewodniczący PO.

Schetyna: Ci wszyscy politycy, którzy ubierają się w antyPiS-owskie szaty, a zajmują się tylko tym, żeby atakować opozycję, są po prostu pożytecznymi idiotami

– Ci wszyscy politycy czy ci, którzy aplikują do dojrzałej, dorosłej polityki, a ubierają się w takie antyPiS-owskie szaty, a zajmują się tylko tym, żeby atakować opozycję czy partie opozycyjne, polityków opozycji, czyli głównie Platformę, są po prostu, i mówię to z przykrością, pożytecznymi idiotami. Robią rzeczy, które są absurdalne. Chcąc budować front anty-PiS i chcąc skutecznie walczyć z PiS-em, atakują opozycję. W tej wypowiedzi nie mówię o Robercie Biedroniu, bo akurat go znam. Mówię, ze takie wypowiedzi zaświadczają to, że nie mają kompletnie dojrzałości politycznej – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”, pytany o słowa Roberta Biedronia nt. PO i opozycji.

Schetyna: Nie po to przychodzi się do polityki, żeby kogoś z niej wykluczać. To kompromitacja Wassermann i całej komisji

– [Jacek Rostowski] nie występował tam [przed komisją śledczą ds. Amber Gold] jako przedstawiciel Platformy. [Nie odciął się] bo jest członkiem Platformy i płaci składki, ma swoje doświadczenia. Ale został zaproszony nie jako przedstawiciel [Platformy]. Myślę, że [wypadł] tak bardzo ofensywnie, brawurowo bym powiedział. Pokazał, że ta komisja jest absurdalna i nie dość, że nie ma pomysłu na to, co ma robić, to jeszcze zapraszanie byłych polityków czy byłych urzędników poprzednich rządów tylko dlatego, że są z Platformy, żeby z tego zrobić jakąś polityczną hucpę, jest po prostu śmieszne. Skompromitował tych, którzy to robią – mówił Grzegorz Schetyna w rozmowie z Beatą Michniewicz w „Salonie politycznym Trójki”.

– Ona [Małgorzata Wasserman] powiedziała, że przyszła do polityki, żeby takich ludzi jak Rostowski czy takich ludzi, jak rozumiem, ci który tworzą Platformę, wyprowadzić z polityki, żeby kogoś nie było w polityce, żeby Platformy nie było w polityce. To kompromitujące – dodał przewodniczący PO

„Nie po to przychodzi się do polityki, żeby kogoś z niej wykluczać. To kompromitujące, jeżeli ktoś, kto jest wybranym posłem i reprezentuje wyborców, mówi, że w polityce jest po to, żeby kogoś z polityki wykluczyć, to kompletna kompromitacja i to chcę bardzo wyraźnie powiedzieć i będę zawsze to powtarzał. To kompromitacja i pani Wassermann i całej tej komisji. Pokazała tym zdaniem, dlaczego ona nie powinna być w polityce”

Wielka nerwowość panuje w obozie #PiS. I słusznie towarzysze. Wasz czas się kończy. Zaczyna się czas rozliczeń. #koniecpis #StopGłupocie #stopdyktaturze

Hairwald

Chyba nie chcielibyśmy, by okazało się to prawdą…

Były już szef MON, Antoni Macierewicz zaledwie w ciągu dwóch lat rządu doprowadził polską armię na skraj katastrofy. Dlaczego? Popsuł zbrojeniowe kontakty z Francją, odwoływane były kolejne przetargi na zakup broni, w efekcie więc nie ma nowoczesnego sprzętu. Jakby tego było mało, z wojska wydalono przeszło połowę wyższych dowódców.

W Internecie nie brakuje spekulacji na temat powodów tamtych fatalnych decyzji. Teraz otrzymały one nowe paliwo. Miały ich dostarczyć wydarzenia ostatnich dni w Stanach Zjednoczonych, czytamy w portalu natemat.pl. Otóż w USA aresztowano rosyjskiego szpiega. To 29-letnia Rosjanka, która zdaniem amerykańskich mediów miała się spotykać z kongresmenem Dana Rohrabacherem. Dla Polaków nie jest to nazwisko obce. Kilkukrotnie spotykał się z nim ówczesny szef MON Antoni Macierewicz.

Tomasz Siemoniak na Twitterze sprawę kwituje bez ogródek (ironizując przy tym, że mowa o „najlepszym ministerze w historii”): „Rohrabacher – kongresmen współpracujący z Macierewiczem. Odwiedzający Macierewicza w…

View original post 1 452 słowa więcej