Tag Archives: Kaja Godek

PiS-owscy ministrowie nie chcą oddawać nagród

Zwykły wpis

Mateusz Morawiecki na unijnych szczytach wypada znacznie gorzej niż Beata Szydło.

Jeśli za powołaniem Mateusza Morawieckiego na stanowisko premiera stała chęć poprawienia notowań Polski na arenie międzynarodowej, to po 100 dniach można mówić o kompletnym niepowodzeniu tego planu.

Załagodzenie konfliktu z Brukselą w przeddzień bardzo ważnych dla Polski negocjacji o nowym unijnym budżecie miało być jednym z głównych powodów odwołania Beaty Szydło ze stanowiska premiera i zastąpienie jej Morawieckim. Zabieg się nie udał. Wydało się, że nowy szef rządu nie dostał od prezesa Jarosława Kaczyńskiego żadnego pola manewru w sprawie procedury praworządności. Ale nie tylko to. Zaskakująco słabe okazało się też rozeznanie Morawieckiego dotyczące strategii postępowania i zabiegania o nasze interesy na forum UE. W efekcie po raz pierwszy od lat Polska nie została zaproszona na szczyt strefy euro, który zaplanowano na najbliższy piątek.

A ma on przecież debatować o reformach, które będą miały konsekwencje również dla naszego kraju. – Z poprzedniego szczytu euro Morawiecki nagle wyjechał (bo spieszył się na opłatek PiS w Sejmie – red.). Przekazał prawo głosu Orbánowi, ale ten w ogóle się nie wypowiadał. No to Emmanuel Macron zaproponował, żeby następny szczyt strefy euro odbył się już w gronie 19 państw – mówi „Rzeczpospolitej” nieoficjalnie unijny dyplomata.

Tym samym wielkie osiągnięcie rządu premiera Tuska, czyli żadnej dyskusji o strefie euro bez państw, które są zobowiązane do przyjęcia wspólnej waluty, zostało zaprzepaszczone. W przyszłości Polska będzie się musiała dostosowywać do decyzji, do debatowania nad którymi nie została dopuszczona.

Z naszych informacji wynika, że wystąpienia polskiego premiera na posiedzeniach Rady Europejskiej nie wnoszą niczego nowego. Były nadzieje na zmianę, bo nieco prowincjonalną polityczkę miał zastąpić znający języki obce bankier.

Ale na razie wypada on gorzej na unijnych szczytach niż Beata Szydło. Może dlatego, że ważnym elementem dobrego przygotowania i forsowania swoich interesów na tym forum są kontakty z przewodniczącym Rady Europejskiej. To on decyduje o agendzie spotkania, to on konsultuje się ze wszystkimi przywódcami i może podszepnąć, jak przedstawić swoje racje.

Beata Szydło, do czasu słynnego posiedzenia Rady, które decydowało o reelekcji Donalda Tuska, regularnie rozmawiała z byłym polskim premierem. Morawiecki unika go jak ognia. Nie odpowiedział na zaproszenie do spotkania, zawarte w liście gratulacyjnym. Ani już na to bezpośrednio przedstawione mu w kuluarach jednego ze szczytu. – Najpierw zaakceptował, ale po nerwowych telefonach się wycofał – mówi nam osoba z otoczenia Tuska. To rzecz niebywała w UE, gdzie wszyscy członkowie Rady Europejskiej, szczególnie ci nowi, spotykają się z Tuskiem.

Morawiecki od początku natomiast zaangażował się w dialog z przewodniczącym innej ważnej unijnej instytucji – Komisji Europejskiej. Spotkał się już dwukrotnie na dłuższą rozmowę z Jeanem-Claude’em Junckerem, on sam i minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz rozmawiali też z Fransem Timmermansem, odpowiedzialnym za prowadzoną przeciw Polsce procedurę o naruszenie praworządności.

Z dzisiejszej perspektywy trudno ocenić, jaki był cel tych ożywionych kontaktów. Czy Morawiecki miał nadzieję, że same miłe rozmowy skłonią Komisję do zmiany oceny sytuacji w Polsce? Czy to, że w międzyczasie Jarosław Kaczyński zgodzi się na niektóre zmiany w ustawach sądowniczych, które postuluje Komisja? Czy też, że podziałają groźby wzrostu eurosceptycyzmu w polskim społeczeństwie w reakcji na ewentualne restrykcje ze strony Brukseli? A może liczył, że przekona państwa członkowskie do ominięcia Komisji i wejścia w bezpośrednie rozmowy między stolicami, w których ważniejsze od eksperckiej analizy sądownictwa w Polsce byłyby polityczne interesy? Jakiekolwiek były jego kalkulacje, nie sprawdziły się. – Dobrze, że jest dialog, ale żeby miał sens, to muszą być konkrety – powtarzał Timmermans.

Tymczasem polski rząd nie zaproponował żadnych zmian w ustawach. Przedstawił białą księgę polskich reform, którą miał nadzieję przekonać wszystkich o sensie zmian w Polsce. Pogorszył jednak sytuację poprzez porównania nowych polskich rozwiązań do rzekomo analogicznych stosowanych w innych państwach UE. Takie kraje, jak: Niemcy, Francja czy Hiszpania, wprost mówiły, że zawarte tam informacje są w najlepszym razie niepełne, a nawet fałszywe. Timmermans, który uczestniczył we wtorkowej dyskusji ministrów na temat Polski, przyznał, że te porównania nie zostały dobrze przyjęte. – Procedura wynikająca z artykułu 7.1 będzie kontynuowana – potwierdził Holender. W najbliższych dniach Komisja oceni polską odpowiedź na jej rekomendacje, ale ponieważ konkretów nie ma, to sprawa wróci 12 kwietnia na radę unijnych ministrów. I w końcu dojdzie do głosowania o stwierdzenie zagrożenia dla praworządności w Polsce. Wszystko to źle rokuje perspektywie dyskusji nad kluczowymi dla Polski sprawami, jak budżet, Nord Stream 2 czy delegowanie pracowników w transporcie międzynarodowym.

O podobnej klęsce można mówić w relacjach z innymi polskimi strategicznymi partnerami, USA i Izraelem, spowodowanej ustawą o IPN. I znów z pewnością część problemu wynika z braku samodzielności premiera, który – choćby nawet chciał – nie ma żadnych możliwości wpływania na decyzje PiS, a w tej konkretnej sprawie do zmian nie jest chętny Jarosław Kaczyński. Ale część winy ponosi osobiście Morawiecki swoją niefortunną wypowiedzią z konferencji w Monachium, gdzie mówił o współsprawcach Żydach. Jego legendarne obycie i talent dyplomatyczny, wyniesiony jakoby z pracy w międzynarodowym banku, okazały się mitem. Pozycja Polski na arenie międzynarodowej nigdy nie była taka zła. I premier ponosi za to część odpowiedzialności.

Minister Jacek Czaputowicz nie ma możliwości prowadzenia samodzielnej polityki. Nie ma też do tego kadr. Dyplomacja została przetrzebiona, a resort spraw zagranicznych stoi przed groźbą czystki.

Minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz wygłosił wczoraj w Sejmie mowę pogrzebową o?polskiej polityce zagranicznej. Trzy miesiące temu zastąpił żeglującego myślami w okolicach San Escobar Witolda Waszczykowskiego, co nawet w PiS przyjęto z ulgą. Wczoraj szef MSZ starał się rzeczywistość pudrować, jednak nawet uszminkowany trup pozostał trupem.

Odbędzie się przesłuchanie trzech świadków w śledztwie dotyczącym Lecha Wałęsy. Chodzi o sprawę podrobienia przez Służby Bezpieczeństwa podpisu byłego prezydenta pod teczkami TW „Bolka” – informuje Radio ZET.

Gdański sąd postanowił wznowić umorzone śledztwo, w reakcji na zażalenie Lecha Wałęsy.

Nazwiska świadków nie są upublicznione, ale prawdopodobnie chodzi o osoby, które współpracowały z byłym prezydentem kilka lat po złożeniu przez niego rzekomego podpisu – podaje radio.

Śledczy IPN mają wystąpić do Instytutu Ekspertyz Sądowych o opinię grafologa.

„Ja tej sprawy nie zostawię w ten sposób. Ja jestem przekonany, że na tym komisariacie zabito mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – zapowiedział Maciej Stachowiak, ojciec Igora. „Według prokuratury – policjanci nie odpowiadają za spowodowanie śmierci Igora Stachowiaka”.

Ojciec Igora uważa, że jego syn był torturowany na komisariacie. Nie tylko on tak myśli – powoływał się na opinie swoich pełnomocników, środowiska prawniczego i wreszcie wszystkich, którzy zobaczyli wyemitowany w TVN24 reportaż Wojciecha Bojanowskiego. – „Ja jestem osobą pokrzywdzoną i może rzeczywiście chciałbym, żeby wiele rzeczy było po mojej myśli, ale to chodzi o obiektywne spojrzenie na sprawę i naprawdę rzetelne zapoznanie się z materiałami. Jest przecież film, który się sam broni – tu nie trzeba fachowców” – powiedział Maciej Stachowiak w rozmowie z Polską Agencja Prasową.

Jego zdaniem, to, co stało się na komisariacie powinno być uznane za co najmniej znęcanie się ze szczególnym okrucieństwem. Uważa, że śledczy wybiórczo potraktowali zebrany w sprawie materiał dowodowy. – „Prokuratura nie wzięła m.in. zupełnie pod uwagę użycia wobec mojego syna gazu. Ta sprawa wyszła na jaw dopiero po roku, jak wnioskowałem o takie badania, a teraz prokuratura zupełnie pomija ten fakt. Ja tego nie rozumiem; albo są tak duże naciski, albo chyba prokurator prowadząca sprawę nie ma na to wpływu” – stwierdził.

Maciej Stachowiak dodał, że nie był przez prokuratorów informowany o tym, co dzieje się w śledztwie w sprawie śmierci jego syna. O większości spraw dowiadywał się z mediów. – „Nie chcieliśmy mówić żadnego złego słowa, czekaliśmy na wyniki pracy prokuratury, ale tutaj jest mnóstwo niedomówień i rzeczy, które są dla mnie karygodne” – powiedział.

Rodzina Igora chciała, żeby prokuratorzy oskarżyli byłych policjantów o nieumyślne spowodowanie jego śmierci. Maciej Stachowiak nadzieje na odpowiednie potraktowanie pokłada w sądzie. – „My liczymy, że trafimy na sąd, który będzie chciał tę sprawę wyjaśnić, pomóc nam, bo dla nas najważniejsze jest ukaranie winnych tych nadużyć i śmierci mojego syna. Nie zostawię tej sprawy, choćbym miał walczyć 20 lat” – podkreślił ojciec Igora Stachowiaka.

Polska Grupa Zbrojeniowa – zanim została przejęta przez Antoniego Macierewicza – przynosiła zyski. Tworzy ją blisko 60 spółek, zatrudniających blisko 20 tys. osób. Nominaci byłego ministra obrony spowodowali, że po raz pierwszy od lat poniosła stratę. Może chodzić nawet o 40 mln zł – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Po dymisji Macierewicza rozpoczęto więc akcję „ratowania” PGZ. Wymieniono radę nadzorczą i zarząd (można przypuszczać, że wypłacono im niezłe odprawy). Nowym prezesem został Jakub Skiba, były prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

To nie koniec zmian – do „ratowania” PGZ skierowano… harcerzy. Do zarządu powołano właśnie kolejnych członków Pawła Pelca i Michała Kuczmierowskiego – obaj to działacze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Kuczmierowski ma też inne „zasługi” – w kwietniu 2010 r. przed Pałacem Prezydenckim ustawił krzyż w miejscu, gdzie po katastrofie smoleńskiej składano znicze. Założył grupę „Polsce i Bliźnim”, która miała tego krzyża bronić. Pelc z kolei w przeszłości doradzał prezesowi NBP z nadania PiS Sławomirowi Skrzypkowi, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

„GW” opisuje złą kondycję finansową PGZ i podaje przykład zakładów Mesko w Skarżysku-Kamiennej, produkujących m.in. rakiety przeciwlotnicze. Niedawno związki zawodowe otrzymały informację o 50-mln deficycie. Związkowcy mówią, że takiego wyniku finansowego „najstarsi górale nie pamiętają”.

Jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja w funduszu MARS, który – według Macierewicza – miał „podnieść z kolan” polski przemysł stoczniowy, kupując m.in. nabrzeże w Szczecinie. Miały tam powstawać okręty podwodne, a na uroczystości z udziałem ówczesnego wicepremiera Mateusza Morawieckiego położono stępkę pod supernowoczesny prom. Statek jednak nie powstał, a stępkę… ukradziono. Fundusz MARS w ubiegłym roku miał przeszło 100 mln zł straty netto.

No, ale trudno się dziwić, skoro Macierewicz prezesami i członkami zarządów niemal wszystkich kluczowych spółek uczynił m.in. pracowników domów kultury, radnych, a nawet właściciela sklepu akwarystycznego. „GW” przypomina skandal, związany z próbą umieszczenia w zarządzie PGZ Radosława Obolewskiego, współwłaściciela apteki Aronia w Łomiankach, i powierzenie protegowanemu Macierewicza Bartłomiejowi Misiewiczowi stanowiska pełnomocnika zarządu ds. komunikacji w PGZ.

Poseł Marek Jakubiak – jak pozostali posłowie i posłanki – otrzymuje z Sejmu 174 tys. złotych rocznie na utrzymanie i koszty działalności biura poselskiego.  Ma też oryginalny pomysł, jak je wydatkować, jak czytamy w portalu WP. – „Pan poseł wydaje gazetę, pojawiają się tam jego ogłoszenia, artykuły na temat jego działalności itp., to wszystko jest opłacane ze środków na funkcjonowanie jego biura, czyli płaci sam sobie. W ten sposób dochodzi do transferu publicznych pieniędzy do spółki, w której ma on udziały” – ujawnia portalowi jeden z posłów Kukiz’15. „Tygodnik Ilustrowany” ukazuje się w nakładzie 10-15 tys. egzemplarzy. Wydaje go spółka BRJ Media, biznes założony przez Jakubiaka w 2014 roku i wchodzący w skład grupy Browary Regionalne Jakubiak. Wydawcą i redaktorem magazynu jest współpracownica posła.

Fotografie posła można znaleźć w każdym wydaniu „Tygodnika Ilustrowanego” w Ciechanowie, niezależnie od okazji. A to z okazji 8 marca życzy kobietom wszelkiej pomyślności, to znów zaprasza na spotkanie i debatę o Polsce; informuje, że chce powołania komisji śledczej, albo że Kukiz’15 będzie liderem wyborów samorządowych itd. Ma prawo, to jego pismo, ale wydatki na „korespondencję i ogłoszenia”, czyli promocję własnej osoby poseł opłaca publicznymi pieniędzmi. Wirtualna Polska sprawdziła, że poseł Jakubiak to faktycznie jeden z sejmowych liderów w tej dziedzinie. Wydaje na nie 24,5 tys. złotych rocznie. Daleko w tyle pozostają inni posłowie ze swoimi najwyżej kilkusetzłotowymi wynikami, w tym Jarosław Kaczyński (wydaje 527 zł). Co na to sam poseł Marek Jakubiak? – „Dlaczego płacę za ogłoszenia w „Tygodniku”? Dlatego, że projektują, drukują, dystrybuują go ludzie, którym za to trzeba zapłacić. To jest ich praca. Pan jako dziennikarz powinien to rozumieć – odpowiada WP. Dodaje, że ogłoszenia dotyczące działalności swoich czterech biur poselskich zamieszcza w różnych mediach. – „Z ogłoszeń korzystają również inni posłowie” – zapewnia dziennikarzy.

W ekipie rządowej zarysowały się dwa stronnictwa, które mają odmienną wizję tego, co wydarzyło się w Smoleńsku. Jeden to były minister Antoni Macierewicz, powszechnie kojarzony ze śledztwem. Drugi – to Zbigniew Ziobro, w roli prokuratora („Kolejni „światowej sławy” eksperci zbadają katastrofę smoleńską”). W tle zaś mamy ostre starcie „Gazety Polskiej” (sympatyzującej od dawna z podkomisją Macierewicza) i tygodnika „Sieci” braci Karnowskich. Każdy ma swoich ekspertów i każdy będzie chciał przekonać do swojej wersji zdarzeń, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, zauważa w interesującej analizie Rafał Zychal z Onet.pl. napięcie będzie rosnąć, bo coraz bliżej do kwietniowej rocznicy, która jak sugeruje sam prezes PiS, ma jednak być pewną cezurą. Tymczasem wersji wspieranej przez Macierewicza i Ziobrę nie da się pogodzić.

„Ten propagandysta Kremla nigdy nie powinien być ekspertem prokuratury ws. Smoleńska” – alarmuje Antoni Macierewicz na Twitterze. I zarzuca, że „drugi niby ekspert z góry przesądził winę PL pilotów mówiąc, że był to kontrolowany lot ku ziemi”. Chodzi o to, że w ubiegłym tygodniu do Polski na zaproszenie zastępcy Zbigniewa Ziobry przyjechała grupa „światowej sławy ekspertów”zajmujących się badaniem przyczyn katastrof lotniczych. Tak przedstawia ich prokuratura, która chce skorzystać z ich doświadczenia. Finałem ich prac ma być ekspertyza, już druga, bo pierwsza – przypomina Onet –  napisana przez polskich biegłych, leży już od dawna na biurku śledczych. „Propagandysta” to zapewne Theodore Postol, fizyk i emerytowany profesor Massachusetts Institute of Technology, jednej z najlepszych uczelni technicznych w USA. W ostatnich latach udzielał się również jako komentator w prokremlowskich mediach – telewizji Russia Today i agencji informacyjnej Sputnik, gdzie krytykował decyzje władz USA, w tym koncepcję budowy tarczy antyrakietowej w Europie.

Drugą z osób, choć nie wymienioną z imienia i nazwiska, jest najprawdopodobniej Robert Benzon, czytamy w Onet.pl. To amerykański ekspert przez wiele lat związany z NTSB, czyli Narodową Radą Bezpieczeństwa Transportu, która zajmuje się badaniem przyczyn wypadków lotniczych. Uczestniczył między innymi w badaniu awaryjnego lądowania Airbusa A320 na rzece Hudson czy katastrof nad Lockerbie i w rosyjskim Permie. Ostatnia z wymienionych spraw służy teraz „Gazecie Polskiej” do podważania wiarygodności Benzona, poprzez sugerowanie mu powiązań z Rosją.  Dlaczego? Bo zaakceptował on ustalenia MAK, który badał katastrofę z 2008 roku i wskazał winę pilotów. Bo MAK nie wziął pod uwagę zeznań świadków, którzy twierdzili, że przed katastrofą maszyna płonęła. I wreszcie jedną z ofiar tego wypadku był doradca Władimira Putina, gen. Giennadij Troszew. Tym samym – łączy wątki „GP” – Benzon miałby być niewiarygodny w sprawie śledztwa smoleńskiego.

Swoje przy tej okazji postanowił ugrać naczelny „Gazecie Polskiej”. Pisze: „Russia Today w USA jest rejestrowana jako agentura obcego państwa. Theodor Postol ekspert wychwalany przez red. Wikło jest stałym komentatorem RT”.  Wikło to redaktor tygodnika, „Siec’ w którym pojawił się pojawił się ostatnio wywiad z zagranicznymi ekspertami, zaproszonymi przez Zbigniewa Ziobrę. – „Ostatnia fala ataków na prokuraturę i jej ekspertów, szczególnie w wykonaniu mediów bardzo wspierających podkomisję i jej przewodniczącego Antoniego Macierewicza budzi niesmak. Zestaw ekspertów prokuratury budzi respekt i nie zawahałbym się użycia tych słów po raz kolejny, nawet jeśli nie podoba się to Gazecie Polskiej” – napisał Wikło. Eksperci owi będą pracować z polskimi śledczymi, a ich listę ujawnił właśnie tygodnik Sakiewicza. Słowne potyczki dziennikarzy „Gazety Polskiej” i „Sieci” to nic nowego, również w kwestiach dotyczących Smoleńska. Nie sposób jednak nie zauważyć (z ulgą), że po latach pojawiła się bardziej realna szansa na rozmontowanie smoleńskiego mitu i dostarcza jej sam obóz władzy.

To jednak nie wszystko. Pozostaje sprawa biura poselskiego. Otóż mieści się ono pod adresem Kilińskiego 8. Jest to… siedziba Browaru Ciechan, którego Jakubiak jest właścicielem. Jednym słowem, poseł zasiada za swoim własnym biurkiem albo jako poseł, albo – szef browarów. Biurko to samo, ale w pierwszym przypadku wystawia Sejmowi faktury. Co ciekawe, w tej sprawie Jakubiak stanowczo zaprzecza. – Biuro poselskie nie ponosi żadnych kosztów z tym związanych – twierdzi. Łączny koszt wynajmu lokali na cztery biura poselskie Marka Jakubiaka sięga 30 tys. zł. Jak jest naprawdę? Wprawdzie Kancelaria Sejmu dość ogólnikowo tłumaczy, jakie wydatki nie mogą być finansowane z ryczałtu na działalność biur, wskazuje „koszty działalności partii politycznych, organizacji społecznych, fundacji, klubów i kół poselskich i parlamentarnych, a także działalności charytatywnej”. Jak zauważa portal WP, intencja przepisów Sejmu jest jasna. Ryczałty służą racjonalnym i niezbędnym wydatkom poselskim, a nie do finansowania różnych naciąganych kosztów, zachcianek i prywatnych interesów. Jednak niektórzy posłowie (nie tylko za tej kadencji, jeśli przypomnieć afery z „kilometrówkami”) łamią te zasady.

Kuchciński miał wypadek, Przyłębska jako nierób, Krystynie Pawłowicz boli głowa

Zwykły wpis

Marszałek Sejmu miał wypadek. Pokraki pisowskie rozbijają się.

To nie pierwsza kolizja z udziałem samochodu Służby Ochrony Państwa. Jak podaje RMF FM, auto z kolumny marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego uderzyło w energochłonne bariery.

Do kolizji doszło na Podkarpaciu w niedzielne przedpołudnie.

Jak podaje RMF FM, marszałka Marka Kuchcińskiego nie było w samochodzie, który miał kolizję. Kierowca stracił panowanie nad autem i wpadł w bariery. Został ukarany mandatem.

Kolejne problemy Służby Ochrony Państwa

Służba Ochrony Państwa to dawne Biuro Ochrony Rządu. To nie pierwsze problemy z samochodami z najważniejszymi osobami w państwie na pokładzie.

W marcu 2016 roku w prezydenckim samochodzie pękła guma, gdy Andrzej Duda wracał z nart w Tatrach. W styczniu 2017 roku był problemy z oponą w pojeździe wiozącym Jarosława Gowina, a także doszło do karambolu z udziałem ówczesnego szefa MON, Antoniego Macierewicza.

Za nieróbstwo i zrzeczenie się niezależności podlegli PiSowi sędziowie Trybunału Konstytucyjnego dostali ogromne premie.

„Również na pracowników Trybunału Konstytucyjnego spadł w zeszłym roku deszcz nagród” – czytamy w dzisiejszym numerze „Faktu”. Jak podaje dziennik, prezes TK Julia Przyłębska na nagrody przeznaczyła blisko 1,6 mln złotych.

Reorganizacja TK wcale nie oznacza jego usprawnienia. Przytacza dane, z których wynika, że w 2015 roku załatwiono od 173 do 177 (dokładne statystyki zniknęły ze strony internetowej – red.), w 2016 r. już tylko 99 spraw, a jeszcze gorszy był rok 2017 – 88 załatwionych spraw.

„Dziennik” pisze o weekendowych generałach Macierewicza.

Wprowadzone przez ministra Antoniego Macierewicza zaoczne kursy generalskie zostaną zlikwidowane. Od października kandydaci na generałów będą się kształcić tylko w trybie stacjonarnym.

W Polsce, by zostać generałem, trzeba ukończyć tzw. kurs generalski, czyli Podyplomowe Studia Polityki Obronnej (PSPO). Jest on przeznaczony dla pułkowników i komandorów. Oczywiście nie znaczy to, że wszyscy którzy go ukończą, faktycznie dostaną gwiazdkę. Jak można przeczytać na stronie Akademii Sztuki Wojennej, „są to elitarne, kilkuosobowe studia dla wyróżniających się oficerów starszych, przewidzianych do wyznaczenia na najwyższe stanowiska w Siłach Zbrojnych RP, resorcie obrony narodowej oraz w międzynarodowych strukturach wojskowych. Program trwających 10 miesięcy studiów, oprócz zajęć dydaktycznych, obejmuje także krajowe i zagraniczne podróże studyjne, wizyty w jednostkach wojskowych i zakładach przemysłu obronnego oraz udział w sympozjach i konferencjach naukowych”. Jest jeszcze coś, czego już nie można doczytać, a mianowicie że były minister obrony Antoni Macierewicz wprowadził także możliwość ukończenie tego kursu w trybie zaocznym. Co ciekawe, właśnie w takim trybie kurs ukończył… rektor najważniejszej uczelni wojskowej w Polsce.

– Likwidacja tych kursów to wielka strata – śmieje się gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych. – Pytanie, co zrobimy z tymi, którzy te weekendowe kursy ukończyli. Moim zdaniem powinno się tych żołnierzy wysłać na tradycyjne kursy stacjonarne. Oczywiście po egzaminie wstępnym. Dyplomy uzyskane w trybie stacjonarnym powinno się anulować, ponieważ można mieć wątpliwości, czy były prowadzone pod właściwym nadzorem merytorycznym. Od razu się zgłaszam do komisji egzaminacyjnej – dodaje emerytowany wojskowy.

Wybitny analityk Rosji Bartłomiej Sienkiewicz zapowiada w „Rzeczpospolitej” zły czas dla Polski.

Ustawa o IPN już dzieli Polskę z USA, Ukrainą, Izraelem i częścią państw UE.

Putin nie musi się starać, żeby podzielić Polskę z Zachodem. Krótkowzroczna polityka PiS robi to za niego.

Putin prezydentem na kolejną kadencję to dla Polski ryzyko nowej zimnej wojny?

Nowa zimna wojna już trwa. Prowadzi się ją innymi środkami niż wcześniej. Choć np. na Ukrainie trwa wojna, w której giną ludzie, a w Syrii toczy się klasyczna wojna supermocarstw, w których imieniu walczą partyzantki i lokalne strony. Pytanie, kiedy zimna wojna przejdzie w fazę gorącej wojny i gdzie będzie następny front? Ta faza może rozpocząć się od twardego cyberterroryzmu ze strony Rosji, który jest trudny do formalnego udowodnienia.

Jak będzie wyglądała kolejna kadencja prezydentury Putina?

Wiosną 2014 roku Putin powiedział wyraźnie, że wyczerpały się źródła rozwoju Rosji. Kontekst był tego taki, że Rosji została tylko ekspansja i siła. Postawi na siłę, bo gospodarczo system jest już zatkany.

Co jest największym niebezpieczeństwem kolejnej kadencji Putina?

Konfrontacja z Zachodem, która będzie zwiększała się, a nie zmniejszała. Polska musi zrobić wszystko, żeby siedzieć przy tym samym stole, przy którym siedzą nasi sojusznicy z UE i NATO, i z nimi koordynować działania, nawet jeśli one nie zawsze nam się podobają, i równocześnie nie puszczać się poły amerykańskiego płaszcza. W finale rola USA jest nie do zastąpienia. Dlatego tak groźny w skutkach jest kryzys polsko-izraelsko-amerykański wywołany kretyńską ustawą o IPN, bo on uderza w to, co jest istotą bezpieczeństwa. Polski nie obroni rzekomo samodzielna armia, co bufonowato proklamował minister Macierewicz. Zbyt niebezpieczne rzeczy dzieją się na linii Rosja–Zachód, żeby teraz Polska mogła unosić się dumą i niszczyć relacje z sojusznikami, od których zależą nasze elementarne zdolności obronne. Obym się mylił, ale mam po zamachu w Londynie poczucie, że nadchodzą złe czasy.

„Achtung! Achtung! Za kilka godzin przybędzie… Totalni, na trasę przejazdu… Można zabrać pamiątki z czasów II wojny. Krzyże i podobne relikwie – dyskretnie, bo art.13 konstytucji …. Pod ambasadą niemiecką zapisy na ucałowanie dłoni. Ambasadora” – tak brzmi wpis posłanki PiS, informujący o poniedziałkowej wizyty w Polsce kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Tego nie była w stanie zdzierżyć nawet prawicowa blogerka Kataryna, która stwierdziła na Twitterze – „Powiedzcie pani, że to wizyta na zaproszenie jej rządu”.

Inny użytkownik Twittera napisał z ironią: – „Pani Krystyno, czuje się skonfundowany, w Wiadomościach od red. Ziemca dowiedziałem się, że to olbrzymi sukces naszej dyplomacji, kolejny dowód na efekty tytanicznej pracy PMM nad poprawą wizerunku PL. A Pani takie rzeczy….”. Posłanka PiS odparła, że miała na myśli nie rząd, a – jak to po raz kolejny określiła – „totalnych”. Internauta kontynuował, nieprzekonany mętnym wyjaśnieniem: – „Czyli Pani się cieszy z wizyty, prawda ? Nie to co „totalsi”. W końcu jakiś sukces, wybór Pani Merkel na Kanclerza i od razu wizyta w Warszawie. Nie wie Pani, czy PMM poruszy temat reparacji ? Bo 65 tys. ledwie starczy do 1 Pani Sadurskiej”.

Kolejni internauci przypominali Pawłowicz tekst ślubowania poselskiego: – „Pani jest posłanką? I Pani to przysięgała? „Uroczyście ślubuję rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw RP.” I nie wstyd?”.

Kiedyś padła propozycja, żeby Pawłowicz straciła dostęp do Facebooka. To pewnie kwestia czasu, kiedy pojawi się akcja, której celem będzie pozbawienie jej dostępu do Twittera.

Kaja Godek to twarz komitetu „Zatrzymaj aborcję”, którego projekt zaostrzający możliwość przerwania ciąży najprawdopodobniej w tym tygodniu zacznie rozpatrywać Sejm. Godek ma być jedną z prelegentek na konferencji naukowej „Wyzwania i zagrożenia bioetyczne XXI wieku” w bydgoskim Collegium Medicum UMK.

Jedna z bardziej kontrowersyjnych działaczek tzw. ruchów pro-life ma wygłosić referat pt. „Troska o życie każdego dziecka poczętego jako wyzwanie dla państwa i społeczeństwa”. Przeciw jej występowi podczas tej konferencji protestuje m.in. partia Razem. – „Nie ma zgody na zakłamywanie nauki, nie pozwólmy, żeby religia była przedstawiana jako wiedza. Collegium Medicum UMK to nie jest miejsce na wywody osób, które nie mają żadnych naukowych kompetencji” – brzmi fragment petycji w tej sprawie. Dodajmy tylko, że Godek studiowała anglistykę…

Poza Godek wykład ma też wygłosić Marzena Nykiel, redaktor naczelna „wPolityce.pl”. Temat jej wystąpienia: „Zagrożenia bioetyczne, kulturowe i socjologiczne ideologii gender”. Organizatorami konferencji są Komisja Bioetyczna Bydgoskiej Izby Lekarskiej i II Katedra Kardiologii Collegium Medicum UMK. To wydarzenie cykliczne, ale w tym roku po raz pierwszy zaproszono takie właśnie „wykładowczynie”. – „Już same tytuły referatów wskazują na to, że niektórzy uczestnicy pod pozorem teorii naukowych prezentować będą swoje prywatne poglądy i przekonania religijne” – czytamy w petycji.

W obronę konferencję wzięła posłanka PiS Anna Sobecka. – „To kolejna oburzająca próba lewackiej cenzury w nauce” – napisała na Twitterze. A pod petycją podpisało jak dotąd prawie 1000 osób.

Jarosław Makowski w „Newsweeku” pisze o modleniu się księdza za śmierć papieża Franciszka.

Do tej pory strategia dużej części polskich księży wobec Franciszka wyrażała się w jednym słowie: „przeczekać”. Ks. prof. Edward Staniek widząc, że zdrowie papieżowi dopisuje, postanowił, iż nie będzie czekał i zaczął się modlić… o śmierć obecnego biskupa Rzymu.

Nie dajecie wiary, że duchowny może się publicznie modlić o szybką i szcześliwą śmierć papieża? Przyznaję, że choć widziałem i słyszałem w Kościele różne rzeczy, które mogły budzić zdziwienie, to też po pierwszym przeczytaniu tej informacji nie dawałem wiary. Pomyślałem, że to tzw. fakenews, czyli kłamstwo, które zalewa dziś media społecznościowe. Kiedy zacząłem weryfikować informacje, okazało się, że jest to… prawda! Cóż więc dokładnie powiedział ks. prof. Staniek? Otóż w homilii wygłoszonej podczas mszy 25 lutego w krakowskim kościele Sióstr Felicjanek mówił tak: „Modlę się o mądrość dla papieża, o jego serce otwarte na działanie Ducha Świętego, a jeśli tego nie uczyni – modlę się o szybkie jego odejście do Domu Ojca. O szczęśliwą śmierć dla niego mogę zawsze prosić Boga, bo szczęśliwa śmierć to wielka łaska”. Skąd ta modlitwa o śmierć? Bo, zdaniem krakowskiego księdza, „papież Franciszek (…) będąc pod presją układów, wyraźnie odchodzi od Jezusa”.

Jakie wątki nauczania Franciszka, zdaniem ks. Stańka, stoją w sprzeczności z ewangelią? Papież popełnia błąd, gdy zaprasza uchodźców muzułmańskich (sęk w tym, że nie tylko muzułmańskich, ale wszystkich w tym dzieci, kobiety i starców) do parafii i nawołuje do dialogu z islamem. Franciszek błądzi, gdy proponuje, żeby przez pryzmat miłosierdzia spojrzeć na ludzi, którzy żyją w związkach niesakramentalnych. Tak czy inaczej, papież, w opinii ks. Stańka to heretyk, który podkopuje doktrynę Kościoła. A jeśli tak, to będąc dobrym katolikiem jak krakowski duchowny, nie pozostaje ci nic innego jak gorliwie modlić się o śmierć papieża.

Kazanie wygłoszone przez ks. prof. Stańka pokazuje, jakie problemy ma dziś rodzimy Kościół. Po pierwsze, krakowski ksiądz nie jest „zwykłym proboszczem” czy wikarym, ale byłym rektorem krakowskiego seminarium. Księdzem, który miał wpływ na formację intelektualną (wykładał patrologię) i duchową kleryków. Jeśli więc dziś pytamy, skąd wśród kapłanów, także młodych, jest tylu przeciwników Franciszka, to po kazaniu księdza Stańka odpowiedź staje się jaśniejsza. Za zamkniętymi drzwiami seminariów czy klasztorów księża głoszą nauki, które z Ośmioma Błogosławieństwami mają tyle wspólnego, co pięść z okiem.

Po drugie, ksiądz Staniek powiedział to, co myśli wielu polskich duchownych: papież Franciszek jest dla nich heretykiem. Nauczanie każdego papieża, który nie powtarza słowo w słowo nauczania św. Jana Pawła II przez wielu polskich duchownych jest i pewnie będzie kwestionowane. Franciszek, jeśli posłuchamy kazań rodzimych duchownych w zasadzie jest w nich nieobecny. Chyba, że księża krytykują jego nauczanie czy zachowanie. W kazaniach naszych kapłanów dominują odwołania do papieża Wojtyły.

I rzecz ostatnia: po tym, jak media ujawniły treść kazania, po tym, jak w sieci zawrzało, głos zabrał arcybiskup krakowski, Marek Jędraszewski. W krótkim oświadczeniu napisał: „Z ogromnym bólem i żalem przyjąłem wiadomość o słowach, jakie pod adresem Ojca Świętego Franciszka wypowiedział niedawno ks. prof. Edward Staniek podczas homilii w kościele sióstr felicjanek w Krakowie. Tę sprawę poruszyłem podczas osobistej z nim rozmowy”. To cudownie, że abp Jędraszewski poruszył sprawę w osobistej rozmowie z księdzem profesorem. Tyle, że to nie rozwiązuje problemu. Bo co mają myśleć wierni, szeregowi katolicy, którzy nie od dziś są karmieni przez tzw. katolickie portale i „tweeterowych księży” niechęcią wobec Franciszka. Czy może więc dziwić, że w Polsce narasta przekonanie, że Franciszek nie jest naszym papieżem?

KTO WIE, DLACZEGO MORAWIECKI UKRYWA SWÓJ MAJĄTEK?