Tag Archives: Janusz Schwertner

Ucieczka posłów z burdelu

Zwykły wpis

Jak gromadę uczniaków – w pośpiechu uciekających na przerwę – w obawie, że a nuż „pani” jeszcze coś zarządzi – przedstawił posłów w swoim filmiku Paweł Kukiz, gdy opuszczali salę plenarną, spiesząc się do wyjścia.

Swoje „dzieło” zaprezentował na Facebooku, nie szczędząc drwin swoim kolegom.

„To co widzicie na filmiku – ten pęd posłów do wyjścia – to nie alarm bombowy. Lista obecności podpisana, skończyły się wieczorne głosowania, więc można na łeb – na szyję gnać do domu” – skomentował sytuację  lider Kukiz’15

Na nagraniu pokazał, jak nikt już nie zwraca uwagi na to, że jeden z parlamentarzystów… wciąż przemawia. Polityk wydaje się mówić do pustych foteli, bo praktycznie nikt go nie słucha.

„Projektant Sali Plenarnej (Kazimierz Skórkiewicz) okazał się być geniuszem i wizjonerem. Już w latach dwudziestych ubiegłego wieku, wymyślając kształt budynku przewidział, że za sto lat na Wiejskiej zagości cyrk” – skomentował całą sytuację Kukiz.

Było to w piątek wieczorem gdy Sejm przegłosował nowelizację ustawy o cenach prądu. Debata była długa i burzliwa, emocje duże, a posłowie z pewnością nie mogli się więc doczekać wyjścia z pracy.

Depresja plemnika

Dawno temu, w państwie zwanym PRL, opresyjne prawo skłoniło ludzi do szukania możliwości skutecznego oporu. Tak powstały rozliczne instrukcje postępowania szarego obywatela w razie konfrontacji z czerwonym państwem. Najsłynniejsza z nich, to „Obywatel a Służba Bezpieczeństwa”. Niniejsza praca jest próbą nawiązania do tamtej światłej tradycji piśmienniczej, tak jak Polska PiS jest próbą powrotu do mroków PRL.

I. Prawo stanowione i prawo ludowe

Podstawą działania sądów, prokuratury oraz rozmaitych służb policyjnych jest, jak na razie, Kodeks Postępowania Karnego. Chociaż niektóre jego zapisy wydają się uniwersalne, jednak ich rozumienie, a co za tym idzie, interpretacja, może ulegać gwałtownej ewolucji. Przykładowo: instytucja ułaskawienia przez Prezydenta do niedawna wiązała się z koniecznością prawomocnego skazania. Ułaskawić można było tylko uznanego przez sąd za winnego. Wydawało się to całkiem logiczne, jednak dziś już takie nie jest. Obecnie Prezydent może ułaskawić każdego, kto popadł w konflikt z prawem lub jest o to podejrzany. Bez czekania na wyrok…

View original post 4 037 słów więcej

 

Morawiecki, pierwszy do wykopu przez Kaczyńskiego

Zwykły wpis

Nowa prognoza wyników wyborów do sejmików nie zmienia ich politycznej wymowy. Znaczącą stratę PSL wyrównał po stronie sił prodemokratycznych zysk KO i SLD. PiS zyskał minimalnie, ale tyle samo ile stracił Kukiz’15. Na jakiej podstawie Ipsos zmienił prognozę? Skąd wzięły się błędy w wynikach podanych wczoraj?

Przed 10 rano w powyborczy poniedziałek (22 października) Ipsos podał nową prognozę wyniku wyborów samorządowych do sejmików wojewódzkich.

W porównaniu z wynikami podanymi w niedzielę o 21.00 na podstawie exit polls jest kilka wyraźnych różnic:

  • aż 3 pkt proc. straciło PSL (co stanowi aż 18 proc. rewelacyjnego wyniku podanego w niedzielę);
  • 2 pkt zyskała Koalicja Obywatelska (wzrost o 8 proc.)
  • 0,9 proc. zyskało też SLD (wzrost o 16 proc.).

Pozostałe różnice są mniejsze:

  • 0,7 proc. zyskał PiS (poprawa o 2 proc. niedzielnego wyniku);
  • 0,5 proc. stracili bezpartyjni;
  • 0,4 proc. stracił Kukiz’15.

Interesujące, że mimo tych zmian polityczna wymowa wyników pozostaje bez zmian. Potencjalna koalicja prawicowo-narodowa PiS + Kukiz’15 w poniedziałek ma 38,9 proc. (w niedzielę miała 38,6 proc.), a koalicja trzech partii prodemokratycznych  w poniedziałek (46,9 proc.) cieszy się takim samym poparciem jak w niedzielę (47,0).

Skąd ta zmiana wyników? – pytany dyrektor operacyjny Ipsos Paweł Prędko, który odpowiadał za sondaż wyborczy. – Czy to dlatego, że dostaliście wyniki exit polls z ostatnich godzin głosowania?

„Nie, nie. Wyniki, które podaliśmy wczoraj były oparte na danych od ankieterów z godz. 20.30, potem zmiany były już minimalne. Wprowadzamy korektę na podstawie danych, które podała już PKW z około 500 komisji wyborczych, spośród 1160, które badaliśmy.

Korekta jest dosyć duża. Zwłaszcza PSL stracił prawie jedną piątą głosów spadając ze świetnych 16,6 proc. na przyzwoite  jak na tę partię w wyborach samorządowych 13,6 proc.

To musi oznaczać, że głosujący na PSL chętniej niż inni informowali ankieterów o swoich wyborach, albo wyborcy innych partii mylili się podając, że głosowali na PSL.

Jak zbierane są dane w exit polls?

Nasi ankieterzy pracowali przed 1160 losowo wybranymi lokalami wyborczymi przez całą wyborczą niedzielę, od 7 rano do 21 wieczorem. Prosili osoby, które właśnie oddały głos, o wypełnienie krótkiej ankiety. Osoby do badania wybierali losowo na zasadzie co któraś wychodząca. Co która – to zależało od wielkości obwodu wyborczego, dążyliśmy do tego, by z każdej komisji mieć 100 osób. Gdy przewidywana frekwencja w danej komisji wynosiła 500 osób, ankieter zaczepiał co piątą osobę. Gdy ktoś odmawiał brał następną. Liczba odmów wyniosła 10-12 proc. Odmowy niekoniecznie wynikały z niechęci do badania, czy podejrzliwości. Zdarzało się, że wyborca po prostu nie był w stanie przypomnieć sobie, na kogo głosował do sejmiku albo to głosowanie myliło mu się z innym.

Może tu jest źródło straty PSL. Wyborcy popierali kandydatów PSL do rady gminy albo na wójta, a myliło się z sejmikami?

Możliwe, tego nie wiemy. Będziemy sprawdzać dalej.

Czy będziecie podawać następne korekty?

Możliwe, że podamy skorygowane wyniki jeszcze dzisiaj (22 października – red.) wieczorem, ale chyba nie będzie to miało sensu. Brakuje przede wszystkim wyników z największych miast, a te PKW poda dopiero jutro.

Na ile wiarygodne są wyniki wyborów na prezydentów?

Gdy różnica jest 1-2 procentowa nie można przesadzać wyniku.

Czyli Marcin Krupa (51,1 proc. w Katowicach) i Jacek Sutryk (50,1 proc.) we Wrocławiu nie mogą być pewni zwycięstwa w I turze.

We Wrocławiu badaliśmy 50 komisji, a jest ich kilkaset (309 – red.). Trzeba jeszcze poczekać. Natomiast zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w Warszawie jest przesądzone. Generalnie, wyniki, które podajemy dzisiaj są bliskie ostatecznym.

Choć na oficjalne wyniki wyborów przyjdzie nam jeszcze poczekać co najmniej do środy, to nikt nie odbierze faktycznego i wizerunkowego zwycięstwa prezesowi Polskiego Stronnictwa Ludowego, Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi.  Partia, która w 2015 roku ledwie przemknęła nad progiem i której przyszłość w elektoracie wiejskim rysowała się w czarnych barwach (PiS nie ukrywało, że ich głównym celem jest doprowadzić do ostatecznego wyrugowania ludowców z polskiej polityki), dziś niewątpliwie triumfuje. Co więcej, znacznie lepszy niż oczekiwany wynik na poziomie ok. 15% może pogrzebać marzenia partii Jarosława Kaczyńskiego o rządach w co najmniej połowie sejmików, zwłaszcza tam, gdzie słabe notowania ma Koalicja Obywatelska. Na dodatek, tak świetny wynik na początku maratonu wyborczego z pewnością pozwoli ludowcom się rozpędzić i odbudować poparcie w skali całego kraju.

Tam, gdzie jest niekwestionowany zwycięzca, musi być i przegrany. Tu wskazać go jest niezwykle łatwo – to namaszczony na nowego lidera obozu Zjednoczonej Prawicy, wychwalany pod niebiosa przez lidera PiS premier Mateusz Morawiecki. To on został twarzą tej kampanii, to on jeździł po całym kraju sypiąc pieniędzmi z rękawa i obiecując złote góry mieszkańcom małych miejscowości. Ostatnie trzy tygodnie kampanii wyborczej były już podporządkowane ostremu uderzeniu właśnie w Polskie Stronnictwo Ludowe i utrzymaniu poparcia wyborców, którzy w 2015 roku dali “dobrej zmianie” zielone światło. Wczorajsza decyzja dużej ilości wyborców, by powrócić do głosowania na PSL i uznanie ich jednak za lepszego przedstawiciela ich interesów niż partia Jarosława Kaczyńskiego, to największa porażka Morawieckiego i dowód jego nieskuteczności i braku wiarygodności w tym elektoracie. Jak widać bankster, który woli widzieć Polaków zapierdalających za miskę ryżu nie przekona rolników do głosowania na PiS, niezależnie od tego, jak wiele obieca i w jak bardzo patetyczne tony wejdzie na wiecowych wystąpieniach

Co to oznacza dla przyszłości premiera Morawieckiego? Otóż prezes Kaczyński, który swoim autorytetem poręczył za tego polityka, stoi dziś przed bardzo trudnym wyborem. Może przyznać się do klęski już dziś i na rok przed kluczowymi z punktu widzenia “dobrej zmiany” wyborami parlamentarnymi zmienić woźnicę rządowego powozu i znów zawalczyć o elektorat wiejski, bez którego niemożliwa będzie nie tylko większość konstytucyjna (w którą z pewnością mierzy prezes PiS), ale i w ogóle utrzymanie samodzielnych rządów w przyszłej kadencji Sejmu. Słabą stroną tego wyjścia jest to, że niespecjalnie ma na kogo zmienić, a sam zapewne nie czuje się już na siłach, by wrócić na fotel premiera.

Może też uwierzyć w deklarowane w tych wyborach zwycięstwo, twarzą tej wiktorii zrobić Morawieckiego i dać mu to, czego żąda, czyli rządu autorskiego, bez polityków, którzy rzucają mu kłody pod nogi. Jeśli zdecyduje się na to drugie, to już w najbliższych tygodniach, a na pewno przed świętami Bożego Narodzenia dojdzie do głębokiej rekonstrukcji rządu, w ramach której wylecą z niego wszyscy, którzy Morawieckiemu zaszli za skórę, z ministrem Ziobrą i byłą premier Beatą Szydło na czele. To wersja wydaje się mimo wszystko najbardziej prawdopodobna, gdyż prezes Kaczyński nie potrafi przyznawać się do błędu ani zgadzać się na wyraźny krok w tył. I choć wszyscy wiedzą, że postawił na złego konia, a jego koncepcja totalnie zawiodła, to nikt głośno powiedzieć mu się nie odważy. Lepiej klaskać i wychwalać nagiego króla.

Morawiecki pierwszy na bucie Kaczyńskiego, pierwszy do wykopu!

Holtei

Jeżeli potwierdzą się wyniki exit poll, Zjednoczona Prawica dostała pierwszą żółtą kartkę

Znaczenie niedzielnego głosowania wybiega daleko poza wybór prezydentów miast, wójtów, burmistrzów, radnych gmin, powiatów czy sejmików. To pierwszy z czterech etapów maratonu wyborczego. Wiadomo było, że jeśli obóz demokratyczny dobrze wystartuje, zwiększy swe szanse na kolejnych etapach, zwłaszcza że kalendarz mu sprzyja.

Podobnie rozumowała władza. Dlatego już na ostatniej prostej obserwowaliśmy objawy paniki. Partia wyprodukowała rasistowski, ksenofobiczny, antychrześcijański spot. Zapewne kierownictwo PiS wcześniej wiedziało z badań to, co dziś już wiedzą wszyscy.

Chociaż PiS uznaje wynik wyborów samorządowych za wielki sukces, to raczej wątpliwe, by w województwach, gdzie ta partia wygrała, była szansa na przejęcie sejmików. Stąd pomysł Jarosława Kaczyńskiego na koalicję. Przed wyborami mówił, że widziałby w niej SLD, jednak kiepski wynik tej partii (SLD lewica razem –  5,7%) nie daje szans na większość decyzyjną, nawet gdyby lewica zgodziła się na współpracę z PiS.

Wydawałoby się, że…

View original post 2 215 słów więcej

Afera podsłuchowa wywołała istny popłoch w PiS. Ogłupienie totalne

Zwykły wpis

Mazurek o taśmie PMM: Walczymy o jak najlepszy wynik, więc trzeba uderzyć w najsilniejsze ogniwo

– Wielokrotnie się do tego odnosiliśmy [do taśm]. To odgrzewany kotlet, z którego nic tak naprawdę niekorzystnego dla premiera nie wynika – stwierdziła Beata Mazurek na konferencji w Sejmie. – Zasadnicza różnica jest taka, że ten kotlet jest odgrzewany w momencie, kiedy mamy wybory samorządowe, natomiast on był znany sprzed kilku lat – dodała.

„Rozumiem, że teraz jesteśmy w okresie szczególnym, bo walczymy o jak najlepszy wynik w wyborach samorządowych, więc trzeba uderzyć w najsilniejsze ogniwo, a naszym najsilniejszym ogniwem jest premier Morawiecki, który ma dobre notowania, prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju, dzięki której Polakom żyje się lepiej i to pokazują badania opinii publicznej, więc należy uderzyć w to ogniwo, które jest najsilniejsze. Na to absolutnie się nie zgadzamy”

„SN wchodzi do gry w kampanii wyborczej” – ocenił szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin. „Bardzo wyraźnie to widać” – oświadczył w Jedynce Polskiego Radia. Tym samym podpisał się pod wcześniejszymi doniesieniami i sugestiami prawicowego tygodnika „Sieci”, z którego dowiadujemy się, iż SN „toczy otwartą wojnę z rządem” i że wystarczyły mu trzy tygodnie, na zapoznanie z ponad 40 tomami akt afery taśmowej oraz udzielenie zgody na wgląd do materiału dziennikarzom Onetu. Na dodatek, SN wydał też taką samą zgodę m.in. tygodnikowi „Polityka” – można przeczytać w tygodniku.

Z pełnym przekonaniem powiedział Sasin w Jedynce: „Nie mam wątpliwości, ponieważ bardzo wiele wypowiedzi – chociażby rzecznika SN – ma bardzo mocno polityczny charakter. Bardzo wielu również sędziów SN zabiera głos i bardzo politycznie się wypowiada” – podkreślił.

„To nie jest przypadek, to pokazuje, że mamy do czynienia z zorganizowaną prowokacją, która ma uderzyć w pana premiera Morawieckiego, uderzyć samym faktem, że został nagrany, bo jeśli ktoś chciałby się zagłębić w to, co jest na tych taśmach rzeczywiście mówione, to nie ma niczego, co by premiera kompromitowało” – oświadczył Sasin.

Jak już pisaliśmy w ubiegły poniedziałek portal Onet opublikował artykuł „Afera taśmowa. Kelnerzy obciążają Morawieckiego”, w którym dziennikarze powołują się na akta afery taśmowej, do których mieli dotrzeć. Dowiadujemy się z nich, że kelnerzy skazani w wyniku afery taśmowej obciążyli w swoich zeznaniach obecnego premiera, w latach 2007-2015 prezesa banku BZ WBK. Na jednej z taśm – według portalu – „Morawiecki miał dyskutować o zakupie nieruchomości na tzw. słupy”.

Dzień później Onet opublikował kolejną taśmę, z nagraniem rozmowy Morawieckiego z 2013 r. m.in. z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską. To w tej rozmowie pada kwestia kandydatury Morawieckiego na szefa resortu Skarbu Państwa w rządzie Donalda Tuska. Fragmenty stenogramu z tej rozmowy ujawniły w 2016 r. „Newsweek” i Radio Zet. Następnie w czwartek portal opublikował dalsze fragmenty rozmowy obecnego szefa rządu z Jagiełłą, Kilianem i Matuszewską, w której pojawia się kwestia zatrudnienia byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL Aleksandra Grada.

https://twitter.com/PanWaldemar/status/1049243544114880513

Oświadczenie w sprawie napisu na . Podpisał i .

>>>

>>>

Minęło już dobrych kilka dni, a burza wokół kompromitujących tym razem premiera Mateusza Morawieckiego taśm z restauracji „Sowa i przyjaciele” nie tylko nie cichnie, ale nabiera na sile. Atmosferę podgrzewa jakby przestraszony własnym dziełem i dlatego wspierający dziś PiS – Marek Falenta. Swoje trzy grosze dodaje szalona, lecz zawsze do usług Krystyna Pawłowicz.

Na zasadzie tonący brzytwy się chwyta plotkują na Twitterze o tym, że istnieją sekstaśmy z Karpacza, które mogą pogrążyć obecnych liderów Platformy.

Gdy zabrakło rzeczowych argumentów do Platformy dotarło proste ostrzeżenie… że może „oberwać” seks taśmami swoich liderów.

Na pretekst długo nie trzeba było czekać, bo kiedy eurodeputowana PO, Lena Kolarska Bobińska, zwróciła uwagę, że Falenta miał chwalić się świetnymi relacjami z PiS, ten odpowiedział na Twitterze:

„Schetyna i Trzaskowski najpierw niech się wytłumaczą ze swoich wizyt w Western City w Karpaczu… Lepiej niech nie kłamią bo może się okazać, że Onet też ma tę sex taśmę…” – dodał w piątek Falenta.

Równolegle do natarcia ruszyły z miejsca PiS–owskie media, przypominając, że w październiku 2013 roku liderzy PO spotkali się w Karpaczu, by wybrać szefa regionu w Dolnośląskiem. Na tej podstawie przypuszczają, że to z tamtego wieczoru może pochodzić rzekome nagranie, o którym nikt nigdy wcześniej nie wspominał. I w tym miejscu pole do popisu dla siebie dostrzegła Krystyna Pawłowicz:

„Jeśli to, co jest na porno-taśmie o G.Schetynie i R.Trzaskowskim jest prawdą, to chociaż tej taśmy nie ma,  to obaj natychmiast powinni odejść z polskiej polityki …Natychmiast, jeszcze dziś wieczór !” – zażądała  PiS–owska funkcjonariuszka.

I śmieszno, i straszno, bo wniosek z tego taki, że nawet brak jakiejkolwiek taśmy jest dla Pawłowicz dowodem na sugerowaną winę obu polityków. Co na to lider Platformy? Po męsku, krótko i zwięźle: „To jest tak samo prawdopodobne jak to, że byłem w Karpaczu na pokazach rodeo z prezesem Kaczyńskim” – zakpił Grzegorz Schetyna, a Rafał Trzaskowski zapewnił, że w Karpaczu w ogóle go wówczas nie było.

Swoją drogą trudno się oprzeć komentarzom i sugestiom, iż plotka Falenty służyć ma podlizaniu się PiS-owi, bo jak wiadomo grozi mu 2,5 roku więzienia. Wyrok wydał sąd, a Falenta nie poszedł siedzieć, ponoć ze względu na stan zdrowia.

>>>

Sasin ma pomysła. Taśmy na Morawieckiego podrzucił Sąd Najwyższy. Wsiowy głupek.

Holtei

>>>

Tym jednym zdaniem na Twitterze Donald Tusk skomentował wypowiedź Mateusza Morawieckiego na wiecu wyborczym w Dębicy. W słowotoku, jakim on i Jarosław Kaczyński, uraczyli swoich zwolenników pojawiły się także takie słowa: – „My się nie lenimy, nie haratamy w gałę, ciężko pracujemy” – powiedział Morawiecki.

„Haratanie w gałę” to oczywista aluzja do zamiłowania m.in. Donalda Tuska do grania w piłkę nożną. Wieczorem były premier napisał na Twitterze: – „Haratanie w gałę to zajęcie dla dżentelmenów”.

Wpis Donalda Tuska wywołał wiele komentarzy. – „Haratanie w gałę wymaga m.in. koordynacji ruchowej, jak i kondycji. Czyli tego czego nie ma większość pisowców. A JK nawet nie wie o czym mowa”; – „Proste, a jakie genialne, tylko proszę nie oczekiwać, że ci którzy myślą, że myślą, potrafią to zrozumieć”; – „Adresat nie zrozumie, za trudne :)”;

„Do haratania potrzeba: zespołu, zaufania, przestrzegania przepisów oraz, uwaga, niezależnego sędziego. Dlatego tamci mogą pograć w pokera…

View original post 4 139 słów więcej