Tag Archives: Jan Rokita

Kaczyński jako autorytarny władca lubi siłę, lubi hajlującą młodzież

Zwykły wpis

Kiedy SB rozbiło wakacyjny wyjazd młodych działaczy Konfederacji w Bieszczadach w 1988 roku, to przesłuchującym był właśnie prokurator Piotrowicz. Wtedy jako jeden z szefów KPN zetknąłem się z nim pierwszy raz. Dzisiaj przesłuchiwane przez niego osoby mówią wprost, że to był ten sam styl i ta sama zła twarz komunistycznego przestępcy – wspomina w rozmowie z nami Krzysztof Król, działacz opozycji demokratycznej w PRL, były lider Konfederacji Polski Niepodległej, publicysta. – Jarosław Kaczyński i PiS dokonali zamachu na polską demokrację, doprowadzili do tego, że Polska jest zagrożona wypchnięciem z cywilizacji zachodniej, wypchnięciem z UE, wepchnięciem w strefę wpływu Rosji, zerwaniem związków z cywilizacją oświeceniową. To jest na tyle poważna zbrodnia, do której dochodzi jeszcze łamanie konstytucji, prawa i wolności obywatelskich, że kara będzie musiała być wymierzona. Porozumienie, takie jak w 1989 roku, nie będzie tym razem możliwe – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: Dobrze czuje się pan w Polsce?

KRZYSZTOF KRÓL: W Polsce czuję się zawsze dobrze, niezależnie od tego, jaka jest… Ale w najgorszych snach nie przejrzałem, że będę musiał po kilkudziesięciu latach znowu walczyć o polską demokrację.

To nie jest już demokratyczny kraj?

Jest to kraj z demokratycznie wybraną władzą, która narusza konstytucję i zmierza w kierunku państwa autorytarnego. Szybkim krokiem podąża na Wschód.

Znaleźliśmy się w rękach paranoika, który wierzy, że pełnia jego władzy rozwiąże wszystkie problemy…

Zadaje sobie pan czasem pytanie: jak to możliwe?

Zgrzeszyliśmy i zaniedbaliśmy bardzo dużo rzeczy. Mówię o swoim pokoleniu, bo ja też mogłem zrobić więcej. Wydawało nam się, że odzyskanie niepodległości, zbudowanie państwa demokratycznego, przystąpienie do NATO i UE kończy historię. Niestety, tak się nie stało. Każda pewność siebie zostaje dotkliwie ukarana. Dlatego musimy zrobić to jeszcze raz, dokończyć…

Jak? Nie da się już usiąść z władzą do wspólnego stołu.

Jest bardzo wiele podobieństw między walką z PiS-em i walką z komuną: manifestacje, pikiety, plakaty, zaczynają się represje. Ale

będzie też jedna zdecydowana różnica – tym razem nie będzie Okrągłego Stołu.

Jarosław Kaczyński i PiS dokonali zamachu na polską demokrację, doprowadzili do tego, że Polska jest zagrożona wypchnięciem z cywilizacji zachodniej, wypchnięciem z UE, wepchnięciem w strefę wpływu Rosji, zerwaniem związków z cywilizacją oświeceniową. To jest na tyle poważna zbrodnia, do której dochodzi jeszcze łamanie konstytucji, prawa i wolności obywatelskich, że kara będzie musiała być wymierzona. Porozumienie, takie jak w 1989 roku, nie będzie tym razem możliwe.

Szydło, Morawiecki, Duda, Kuchciński „pójdą siedzieć”?

Dyktatorów dzieli się na lotniskowych i bunkrowych. Lotniskowi zdążą dojechać na lotnisko i wylecieć z kraju, a bunkrowi zostają, bronią się i ponoszą konsekwencje.

Uważam, że ludzie władzy dopuścili się deliktu konstytucyjnego i muszą za to ponieść odpowiedzialność. W wielu przypadkach nie będzie to zresztą wymagało Trybunału Stanu, tylko zwykłych sądów powszechnych.

Co z Jarosławem Kaczyńskim? On też nie uniknie odpowiedzialności?

Mam nadzieję, że nie uniknie. To, co robi, nazywa się „sprawstwem kierowniczym”. W tym wypadku chodzi o zawłaszczanie państwa przez jedno ugrupowanie podległe jednemu człowiekowi. To, co możemy mu zagwarantować, to uczciwy proces przed wolnymi sądami.

Do jakiego grona dyktatorów będzie się zaliczał Jarosław Kaczyński, po tym jak PiS straci władzę?

Tego nigdy nie wiadomo. To, że na defiladzie wojskowej pokazano ostatnio samoloty dla VIP-ów, może świadczyć o tym, że obecna władza zaliczy się do grona dyktatorów lotniczych. Ale nie wiem, czy jest to wystarczająca przesłanka.

Co PiS będzie w stanie zrobić, żeby nie oddać władzy?

Może zrobić jeszcze bardzo dużo: sfałszować wybory, nie uznać wyniku wyborów, stosować represje. Jarosław Kaczyński zapowiedział, że we wrześniu jeden z liderów opozycji, chodzi o Stanisława Gawłowskiego z PO, powinien spodziewać się dodatkowych zarzutów karnych. Skąd szeregowy poseł ma taką wiedzę?

Nie ma wątpliwości, to prezes jest szefem gangu, który czasami zachowuje się jak gang Olsena, ale niestety nie jest to postać komediowa.

Rozpocznie się polowanie na opozycję?

PiS zachowuje się tak, jakby nie miał żadnych granic. Pamiętam bardzo dobrze czasy komunizmu. Teraz wicepremier Piotr Gliński mówi wprost, że politycy opozycji nie są w więzieniach tylko dlatego, że uchodziliby za męczenników. To język Jaruzelskiego, Kiszczaka, Urbana.

Ostatnio usłyszeliśmy, że to Mateusz Morawiecki negocjował wejście Polski do UE. Wiedział pan o tym?

Premier należy do grona osób, które nazywam „nie wiedzą, co powiedzą, zanim powiedzą”. On mówi rzeczy ze sobą sprzeczne, dotyczące zarówno historii, jak i polityki. Trafił do polityki jako młody działacz AWS, został umieszczony w banku jako polityczny obserwator, czyli odgrywał rolę politycznego słupa i po prostu się do niej przyzwyczaił.

Zawsze udawał kogoś innego, a teraz udaje, że jest premierem. Dodam, że nie jest to najlepsza rola, jaką znam.

„Dzisiaj, kiedy człowiek idzie na manifestację, podnosi ręce i skanduje hasła, mogą go najpierw skopać, a potem postawić zarzut czynnej napaści na policjanta. Tak też działano za komuny: »Uderzył mnie w głowę i czapka spadła orzełkiem w błoto, wysoki sądzie«. Najważniejsze było to lądowanie orzełka w błocie” – mówiła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Anda Rottenberg. Często wracają do pana obrazy z przeszłości?

Tak. Wracają pisma policyjne i prokuratorskie, zapisy protokołów – to jest kalka z PRL-u. Często zresztą robią to ci sami ludzie. Wystarczy wskazać przypadek prokuratora, obecnie posła Stanisława Piotrowicza. Kiedy SB rozbiło wakacyjny wyjazd młodych działaczy Konfederacji w Bieszczadach w 1988 roku, to przesłuchującym był właśnie prokurator Piotrowicz. Wtedy jako jeden z szefów KPN zetknąłem się z nim pierwszy raz. Dzisiaj przesłuchiwane przez niego osoby mówią wprost, że to był ten sam styl i ta sama zła twarz komunistycznego przestępcy.

Co pan czuje, jak widzi sędziego Andrzeja Kryże, który wraca do politycznych łask?

Przyznam, że mam ambiwalentne odczucia.

Z jednej strony cieszę się, że po 1989 roku okazaliśmy miłosierdzie, ale z drugiej mam wyrzut sumienia, że nie potępiliśmy ich wystarczająco mocno i dlatego teraz mogą wracać jako funkcjonariusze PiS. Ręki bym mu na pewno nie podał. On osobiście zadecydował o 12 miesiącach mojego aresztu, z łącznie 1,5-rocznej odsiadki w więzieniu przy ul. Rakowieckiej.

Dlaczego tacy ludzie jak prokurator Piotrowicz czy sędzia Kryże są wykorzystywani przez władzę?

Tu działa mechanizm haków. Osoba, która raz została złamana, jest dobrym narzędziem. Jarosław Kaczyński traktuje ludzi instrumentalnie, lubi tych, którzy mają w sensie moralnym przetrącone kręgosłupy i nimi się wysługuje.

Na przykład Mariusz Kamiński, który był skazany przed paroma laty, wie, że jeżeli nie będzie robił wszystkiego, co chce prezes, to poniesie konsekwencje. Występuje więc nie tylko w obronie PiS-u, ale także w podle pojętym własnym interesie.

Znajdą się w PiS-ie ludzie, którzy będę chcieli się w końcu zbuntować?

To jest pewne. Ludzie, którzy są przyzwoici, albo mają resztki poczucia przyzwoitości, nie będą w stanie akceptować tego, co się dzieje. Widzimy to po zachowaniu Kazimierza Michała Ujazdowskiego, który powiedział dość. To nie jest odosobniony przypadek. Im będzie bliżej przegranej Jarosława Kaczyńskiego, tym bardziej partia władzy będzie się dezintegrować. Autorytarne ugrupowania często właśnie tak padają.

Kiedy PiS „padnie”?

Najlepiej, aby stało się w to w drodze wyborów. PiS zachowuje się jednak tak, jakby nie miało być żadnych wyborów, a ich rządy będą trwały 1000 lat. Historia i teoria rewolucji to zagadnienia społeczne, a nie nauki ścisłe. Potencjał protestu jest bardzo duży. To, że w tej chwili nie ma wielotysięcznych manifestacji, nie oznacza, że ludzie, którzy brali w nich udział, zniknęli.

Rewolucja wymaga iskry. Wydaje mi się, że może nią być zamachnięcie się na wynik wyborczy, tak jak to było na pierwszym ukraińskim Majdanie. Nawet jednoznacznie popierający obecną władzę episkopat po raz pierwszy zwrócił uwagę na to, że nie wolno podporządkowywać prawa wyborczego jednemu ugrupowaniu. Mimo że Kościół jest beneficjantem tzw. dobrej zmiany.

Nie dziwi pana to, że poza tym milczy?

Dziwi i bardzo nad tym boleję. Od początku XVIII wieku toczy się spór pomiędzy wizją Polski oświeceniowej, rozwojowej, prozachodniej, obywatelskiej, a wizją Polski anachronicznej, wschodniej, autorytarnej, gnuśnej – dzisiaj do niego wróciliśmy. Historia nie znosi rzeczy niedokończonych. A w Polsce taką rzeczą jest Oświecenie. Nie udało się zbudować przyzwoitej edukacji, racjonalnego, świeckiego państwa przy pełnym szacunku dla religii i roli Kościoła. To jest kolejny grzech także mojego pokolenia, daliśmy się oszukać.

Wydawało nam się, że każdy ksiądz ma twarz Jana Pawła II czy księdza Józefa Tischnera, a okazało się, że wielu ma twarz łapczywego nacjonalisty.

Ostatnio w ogóle nacjonalizm podnosi głowę. Dlaczego PiS na to pozwala?

Nacjonalizm, mimo że marginalny, daje PiS-owi fizyczną siłę. Każdy autorytarny przywódca, a takim jest Jarosław Kaczyński, potrzebuje siły. On lubi hajlującą młodzież z krzyżami celtyckimi. Nie sądzę, żeby w Polsce udało się tym formacjom rozwinąć, chociaż takie niebezpieczeństwo jest zawsze.

Wcześniej ruch neofaszystowski zdobywał w wyborach parę promili poparcia, a ostatnio dzięki Pawłowi Kukizowi jego przedstawiciele znaleźli się w Sejmie. To jest jedna z najgorszych rzeczy, które Kukiz zrobił Polsce i nie można mu tego zapomnieć.

Ale cały czas mam nadzieję, że uda się to ograniczyć, chociaż nie można tego lekceważyć. Proces delegalizacji ugrupowań neofaszystowskich powinien zostać przeprowadzony jak najszybciej.

Przy obecnej władzy to przecież niemożliwe.

Wybory samorządowe mogą ograniczyć przynajmniej możliwość występowania takich formacji na pseudolegalnych manifestacjach. Wydaje mi się, że celowe byłoby także zwrócenie się o wprowadzenie wspólnego prawa antyfaszystowskiego na poziomie Unii Europejskiej. Po antysemickich wystąpieniach czy wpisach Rafała Ziemkiewicza i Marcina Wolskiego zaproponowałem akcję zamykania granic przed antysemitami.

Antysemityzm i neofaszyzm są tak obrzydliwymi i groźnymi ideami, że powinno się eliminować je w zarodku, zaczynając od jednoznacznego potępienia. Nie ma wolności słowa dla antysemityzmu ani faszyzmu.

PiS w mediach publicznych, ale nie tylko, buduje swoją wersję rzeczywistości, w której takie zachowania nie są potępiane, a wręcz przeciwnie…

Media publiczne nazywają się dziś tylko dlatego „publiczne”, że zajmują się nierządem na widoku publicznym, czyli dopuszczają się zgorszenia. To, co robią, jest obrzydliwe.

Uda się PiS-owi stworzyć własną wersję historii, w której nie będzie na przykład Lecha Wałęsy?

Nie udało się tego zrobić komunistom przez 50 lat, to nie uda się PiS-owi przez 4 lata. Ich działalność przypomina często grupę rekonstrukcyjną SB, zakochaną w teczkach i wierzącą im w 100 proc., tak jakby raporty SB były najwyższym objawieniem, a przecież tak nie było. W historii notatki policyjne mają najniższy poziom wiarygodności. Ich celem zawsze było gromadzenie materiałów obciążających, nagradzano za szukanie złych, a nie prawdziwych rzeczy.

Lech Wałęsa ma pozycję jednego z najwybitniejszych Polaków XX wieku i nikt mu tego nie odbierze. Można różnie oceniać go jako prezydenta, ale jego zasługi dla odzyskania niepodległości Polski w 1989 roku są nie do przecenienia. Cały świat to docenia.

Andrzej Olechowski powiedział kiedyś, że jest „polską coca-colą” i powinniśmy być z niego dumni.

Ale pomniki stawia się Lechowi Kaczyńskiemu.

Jeżeli ktoś ucieka do tworzenia alternatywnej historii, to musi podpierać się sfałszowanymi materiałami historycznymi czy na siłę stawianymi pomnikami, ale to mija. To jest zresztą jeden z objawów dyktatury.

W normalnych państwach nie stawia się pomników złym prezydentom, którzy zginęli w wypadku komunikacyjnym.

Ci, którzy je stawiają, mówią przecież o zamachu.

To jest też jeden z objawów choroby, która toczy Polskę…

Jak Polskę uda się wyleczyć, co dalej? Jak wyobraża pan sobie życie po PiS-ie?

Po pierwsze, widzę jak bardzo proeuropejska jest młodzież. Przez ponad 20 lat obserwowaliśmy cywilizowane kraje Europy Zachodniej, doświadczaliśmy tego na własnej skórze. Mam nadzieję, że będziemy w stanie wrócić do głównego nurtu UE. Jednym z ważniejszych błędów okresu transformacji było niedocenienie równomiernego rozwoju.

Ludzie zobaczyli, że mamy europejskie stadiony i autostrady, ale okazało się, że to nie wystarczy. Mówiąc w ogromnym skrócie, zabrakło Jacka Kuronia. To jest nauczka na przyszłość, jak będziemy odbudowywać nasz kraj po PiS-owskich zniszczeniach.

Czyli największą nadzieję pokłada pan w młodych ludziach? Oni przestraszą się wizji wyjścia Polski z UE?

Tak. Wierzę, że młodzież potrafi walczyć o swoją przyszłość. Czas rządów PiS-u jest swoistą lekcją obywatelską, pokazuje siłę tłumu, wpływ ludzi na władzę, potrafi zmusić rząd chociażby do wycofania się z zaostrzenia prawa aborcyjnego. Uwidacznia też mnóstwo pozytywnych zachowań.

Moja znajoma, która jest sędzią, kilka lat temu bała się przyznać, gdzie pracuje, bo wydawało jej się, że nikt sędziów nie lubi. Dopiero po protestach przed sądami poczuła się dumna z tego, co robi, poczuła wsparcie, siłę i moc płynącą od tłumu.

Czuje pan podobieństwo między tymi protestami a tym, co działo się w latach 80.?

Tak. To jest poczucie siły pokojowego tłumu, który nie jest agresywny, ale wie, czego się domaga i wie, że musi osiągnąć wyznaczony cel. Wrócę do pani pytania o to, jak wyobrażam sobie Polskę po PiS-ie. Po tym, jak uda się zlikwidować barierki otaczające Sejm, to chcemy ze znajomymi zrobić tam prawdziwą imprezę na cześć odzyskanej wolności. Będzie trzeba ciężko pracować, ale też się radować.

Nie czuje pan czasami bezsilności?

W przeszłości nauczyłem się, że zawsze zwycięża ten, kto ma rację, pytanie tylko kiedy. Gdybyśmy tak nie myśleli, to nie udałoby się obalić komunizmu. Jarosław Kaczyński jest złym człowiekiem, ale w porównaniu do komunistów „ma w sobie tyle trucizny i zła, co za paznokciem”.

Ale może wszystko…

My też możemy wszystko.

Jeżeli nie wiadomo, co robić, to przynajmniej trzeba zachowywać się przyzwoicie. Jak kiedyś będą nas pytali, co zrobiliśmy, jak był czas próby, musimy móc odpowiedzieć, że wszystko.

Mamy rację, ale wydaje mi się, że będziemy mieli też szczęście. Jesteśmy narodem, który bardzo szybko się uczy – wie pani, że jesteśmy liderem mobilnych płatności; poza tym jesteśmy krajem nastawionym na absorpcję innych kultur; mamy niezwykłą zdolność adaptowania się do nowych warunków. Jesteśmy fajnym narodem, który jest zdolny do wielkich rzeczy, jak tylko będzie mu się chciało.

Byliśmy przez ostatnie dwa lata karmieni obietnicą jawności, tymczasem widzimy, że procedura będzie się odbywała bez jakiejkolwiek kontroli społecznej. Dla mnie to jest właśnie hipokryzja – mówi nam o przesłuchaniach kandydatów do Sądu Najwyższego przed nową KRS prof. Marcin Matczak, prawnik z Wydziału Prawa i Administracji UW. Pytamy też o spodziewane orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości UE. – Nieuznanie wyroku TSUE byłoby otwarciem drogi do Polexitu. To jest najwyższy sąd UE i szanowanie jego wyroków jest podstawą prawa unijnego. Jeżeli któreś z państw członkowskich uznaje, że nie jest związane postawieniami tego sądu, to w rzeczywistości stawia się poza UE. Te tendencje mogą przekształcić się w drogę do powolnego Polexitu. Bardzo się tego obawiam, bo to byłaby tragedia historyczna dla Polski – mówi nasz rozmówca.

JUSTYNA KOĆ: Nowa KRS przesłuchuje kandydatów na sędziów SN. Czy możemy powiedzieć, że to nielegalne przesłuchanie na nielegalnych sędziów?

PROF. MARCIN MATCZAK: Sformułowanie nielegalne jest wieloznaczne, ponieważ dotyczy zarówno złamania przepisów zakładających obowiązki, jak i naruszenia przepisów, które dają kompetencje. Tu mówimy tylko o tym drugim przypadku. Ja używałbym raczej terminu nieważne. Wielokrotnie zwracano uwagę, że ta cała

procedura, z którą mamy do czynienia, została rozpoczęta ruchem prezydenta, czyli obwieszczeniem, które nie było kontrasygnowane przez premiera. W związku z tym ta procedura jest nieważna, jak i jej poszczególne elementy. Jednym z nich jest przesłuchanie kandydatów na sędziów.

A jak ocenia pan samą procedurę? Szef nowej KRS Leszek Mazur stwierdził, że nie może się zgodzić, że prace KRS są niejawne i utajnione, chociaż nikt, nawet dziennikarze, nie mogą przyglądać się obradom.

Z jawnością jest tu rzeczywiście duży problem. Kiedy działała poprzednia KRS, nie było transmisji publicznych z przesłuchań sędziów, więc nie jest tak, że jakiś przepis prawa został obecnie złamany albo chociażby tradycja. Natomiast rząd PiS w uzasadnieniu wszystkich zmian, które wprowadzał w sądownictwie, wielokrotnie podkreślał, że robi to w celu zwiększenia przejrzystości. Zresztą same środowiska prawnicze przedstawiły projekt zmian, w którym przewidywano transmisje z obrad KRS w Internecie. W związku z tym sytuacja tajności bardzo ważnego postępowania selekcyjnego dotyczącego sędziów jest co najmniej dziwna. Zwłaszcza że jest to postępowanie w pewnym sensie podejrzane, bo mamy wątpliwości, czy jest ważne, a ponadto jest to postępowanie, w którym uczestniczą kandydaci, mówiąc eufemistycznie, wątpliwi pod względem etosu, swoich dokonań, także wiedzy merytorycznej. To wszystko powoduje, że mamy do czynienia z sytuacją trudną do zrozumienia; ci, którzy postulowali jasność i przejrzystość, zamykają te przestrzenie, które miały być jawne i dostępne dla wszystkich, chociażby w Internecie. Moim zdaniem

to wszystko jest robione po to, aby mimo zapowiedzi nie było żadnej obywatelskiej kontroli nad tym, co się dzieje w tych procedurach.

Nie będziemy wiedzieli, jak kandydaci odpowiadali na pytania i czy w ogóle odpowiadali, ani też nie będziemy w stanie w żaden sposób ocenić, jakimi są kandydatami. Dla mnie ta sytuacja jest hipokrytyczna, bo byliśmy przez ostatnie dwa lata karmieni obietnicą jawności, tymczasem widzimy, że procedura będzie się odbywała bez jakiejkolwiek kontroli społecznej. Dla mnie to jest właśnie hipokryzja.

Jak to przesłuchanie ma się do decyzji SN o zawieszeniu niektórych przepisów ustawy do czasu orzeczenia TSUE? SN apelował również do prezydenta, aby ten nie wszczynał dalszej procedury w ramach nowych przepisów.

Tu nie mam jasnej odpowiedzi, ponieważ nie znam aż tak dobrze szczegółów planowanych obrad KRS. Proszę pamiętać, że zawieszenie, którego dokonał SN, dotyczy wąskiej grupy sędziów; tej, która przekroczyła 65. rok życia i w stosunku do których powstaje wątpliwość, czy w zgodzie z prawem unijnym i konstytucją przeszli w stan spoczynku. Jeżeli KRS będzie przesłuchiwała kandydatów, którzy mają wejść do Izby Dyscyplinarnej albo Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych, czyli nowych izb, które zostały utworzone dopiero na mocy tej ustawy, to trudno mówić, że tam dochodzi do jakiejś kolizji pomiędzy procedowaniem KRS a zawieszeniem stosowania przepisów przez SN. To nie jest procedura, która wyrzuca z SN sędziów, którzy ukończyli 65. rok życia, bo w tych izbach żadni sędziowie dotąd nie pracowali. Natomiast przykładowo niedawne wydanie przez prezydenta obwieszczenia o wakatach, które dotyczy wakatów po sędziach, których zmuszono do odejścia, może budzić wątpliwości – jeśli jest to działanie zmierzające do zastąpienia sędziów, którzy skończyli 65 lat, to jest to sprzeczne z postanowieniem SN. W tych przypadkach

musimy bardzo dokładnie analizować, czy dane działania zmierzają do pozbawienia stanowiska sędziego, który przekroczył wiek 65 lat, czy też nie. Jeżeli zmierzają, to są sprzeczne z postanowieniem SN.

Nowej KRS grozi wykluczenie z Europejskiej Sieci Krajowych Rad Sądownictwa, tymczasem szef nowej KRS bagatelizuje całą sprawę. Czym może skutkować takie wykluczenie?

Dla mnie te wypowiedzi pana Mazura są lekceważące i skandaliczne. Mamy oto sytuację, kiedy polska KRS brała udział we współpracy międzynarodowej, dzięki której mogła wymieniać doświadczenia, pozyskiwać wiedzę o najlepszych praktykach w innych krajach. Teraz nagle to środowisko, z którym współpracowaliśmy, wskazuje, że polska nowa KRS nie spełnia warunków, by być rzeczywiście niezależną Krajową Radą Sądownictwa i w związku z tym zostanie usunięta z tego środowiska, a pan sędzia Mazur mówi, że to nic nie znaczy. Dla mnie jest to zupełnie niezrozumiałe. Współpraca międzynarodowa pomiędzy sądami i sędziami jest sprawą kluczową. Nie wiem, jak Polska chce dalej funkcjonować jako członek UE, jeżeli zrażamy co rusz kolejne środowiska, które przecież są ważne dla nas. Dla mnie ta wypowiedź pokazuje też, że coraz lepiej Polska się czuje jako wyizolowany kraj w Europie, który będzie sobie radził ze swoimi problemami całkowicie sam. Pan Mazur wskazał, że członkostwo w sieci europejskich rad sądownictwa nie przyczyniło się do reformy naszego sądownictwa i nie uchroniło przed błędami. Nie wiem, w jaki sposób miało uchronić, bo kwestia reform jest naszą wewnętrzną sprawą.

Obawiam się, że niedługo powiemy tak o naszym członkostwie w UE – że nie uchroniło nas od błędów, zatem wykluczenie z tej wspólnoty nam nie zaszkodzi. To bardzo szkodliwe stwierdzenia, wpychające Polskę coraz bardziej w izolacjonizm, który niczym dobrym się dla nas nie skończy.

Czy zatem możliwe jest, że Polska nie uzna orzeczenia TSUE?

Niestety, wyobrażam sobie taką sytuację. Mieliśmy już taką sytuację w przypadku Puszczy Białowieskiej, gdzie w sposób zupełnie niezrozumiały, mimo naszego członkostwa w UE, polski rząd wypowiadał się lekceważąco o postanowieniu TSUE i przez pewien czas nie stosował się do stanowiska TSUE. Zatem mamy tu już pewne złe precedensy w tym zakresie. Natomiast byłaby to sytuacja absolutnie tragiczna dla Polski. Nieuznanie wyroku TSUE byłoby otwarciem drogi do Polexitu. To jest najwyższy sąd UE i szanowanie jego wyroków jest podstawą prawa unijnego. Jeżeli któreś z państw członkowskich uznaje, że nie jest związane postawieniami tego sądu, to w rzeczywistości stawia się poza UE. Te

tendencje związane z samoizolowaniem się Polski, o których rozmawialiśmy wcześniej, mogą przekształcić się w drogę do powolnego Polexitu. Bardzo się tego obawiam, bo to byłaby tragedia historyczna dla Polski.

Może rząd chce zastosować metodę faktów dokonanych, dlatego tak śpieszy się z powołaniem swoich sędziów do SN, żeby zdążyć przez orzeczeniem TSUE.

Oczywiście tak może być, aczkolwiek to nie jest do końca jasne. Kiedy były uchwalane ostatnie zmiany do SN, które tak dramatycznie przyśpieszały procedurę selekcji sędziów, miałem wrażenie, że to, o czym pani mówi, jest rzeczywiście celem tych zmian. Z drugiej strony pamiętajmy, że spotkanie plenarne KRS, na którym mają być podejmowane decyzje co do sędziów, jest przewidziane dopiero na połowę września. Potem jeszcze decyzję musi podjąć prezydent. Mam nadzieje, że nie dojdzie w tym przypadku do zaprzysięgania sędziów nocą, w trybie ekspresowym, aby tyko zdążyć przed stanowiskiem Trybunału, jak miało to miejsce w roku 2015 w przypadku zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego. To wszystko wskazuje, że

jest szansa, że decyzja TSUE wstrzymująca procedurę usunięcia z SN dotychczasowych sędziów, może być wydana przed zaprzysiężeniem nowych sędziów przez prezydenta. Mam nadzieję, że PiS nie będzie tu działało metodą faktów dokonanych, chociaż wiele może się jeszcze wydarzyć. Mam także nadzieję, że prezydent nie będzie lekceważył ani KE, ani TSUE i poczeka z podjęciem decyzji na orzeczenie Trybunału.

Dlaczego pan nie kandyduje do SN, np. do Izby Dyscyplinarnej, mógłby pan tam liczyć na wysokie dochody?

Nie kandyduję, ponieważ uważam zmiany w ustawie o SN, które wprowadzają tę izbę, za niekonstytucyjne, a całą procedurę za nieważną. Nie chcę swoim udziałem legitymować tej procedury.

A ci, którzy kandydują, powinni ponieść konsekwencje?

Tu trzeba oddzielić dwie kategorie osób, które kandydują. Pierwsza to osoby, które kandydują, ale jednoznacznie potępiają tę procedurę; taką osobą jest pan prof. Barcik, który wyraźnie wskazuje, że kandyduje tylko po to, aby mieć możliwość kwestionowania tej procedury przed sądami. Taka postawa jest etycznie w porządku. Niestety,

są też osoby, które na poważnie kandydują do SN i ja popieram w tym zakresie stanowisko korporacji zarówno adwokackiej, jak i radcowskiej, że jest to działanie niegodne prawnika, który przysięgał szanować praworządność i konstytucję. Uważam, że w stosunku do takich osób powinno być prowadzone postępowanie dyscyplinarne.

Jest pan nadal optymistą, jeżeli chodzi o walkę o praworządność i wolne sądy?

Tak, chociaż każdy, kto broni niezależności sądów, ewoluuje w tym procesie. Był taki moment, kiedy uważaliśmy, że siła protestów, argumenty obrońców sądownictwa spowodują zmianę kursu władzy. Pewnie był taki moment, kiedy obrońcy sądów wierzyli i liczyli na taki sukces, jaki odniósł czarny protest w zakresie zmiany ustawy aborcyjnej. W przypadku praworządności nie mieliśmy czegoś takiego, były duże protesty, ale walec legislacyjny niszczący praworządność jechał dalej. To jest oczywiście frustrujące, bo każdy by chciał, żeby jego działanie było efektywne, natomiast to uczy nas cierpliwości. Już większość osób pytanych w badaniach opinii publicznej  twierdzi, że prezydent Duda wielokrotnie złamał konstytucję, większość uważa także, że to prof. Gersdorf jest I Prezesem SN. Takie opinie w społeczeństwie nie biorą się znikąd.

Gdybyśmy siedzieli cicho, prawdopodobnie wszyscy byliby przekonani propagandą rządu, że wszystko, co robi on z sądami, jest całkowicie zgodne z konstytucją. Ostatecznym testem na to, czy ta obrona praworządności była skuteczna, czy nie, będą przyszłe wybory.

Jeżeli polskie społeczeństwo nie zauważy tego niszczenia praworządności i poprze partie, które niszczą państwo i konstytucję, to będzie można powiedzieć, że coś jest nie tak, a nasze działania są nieskuteczne. Ja mam ciągle nadzieję, że polscy obywatele widzą te złe skutki naruszania praworządności i przy urnie wyborczej rozliczą tych, którzy to zrobili.

Plakat z napisem „Konstytucja” musi zniknąć, bo przyjeżdża premier. Taki telefon dostała żona przedsiębiorcy z Puław

Grzegorz Szostak na drzwiach swojej małej restauracji, prowadzonej w Parku Naukowo – Technologicznym w Puławach powiesił plakat z napisem „Konstytucja”.

Drzwi do prowadzonego przez pana Grzegorza lokalu gastronomicznego znajdują się na wprost wejścia do siedziby Puławskiego Parku Naukowo – Tehchnologicznego, czyli miejsca, w którym swoją siedzibę ma kilkadziesiąt firm, głównie start-up’y. Każdy, kto wchodzi do budynku, widzi napis „Konstytucja”. Dostrzegłby go na pewno również premier, bo była zapowiedź, że w środę może się tu pojawić.

We wtorek żona pana Grzegorza, niezwiązana z jego restauracją, odebrała telefon od jednej z kierowniczek z Parku – z sugestią, że powieszony przez jej męża plakat powinien zniknąć. Bo przyjeżdża premier, będą miedia i nie jest to mile widziane. – Wiadomo, jaki był cel tego telefonu. Chodziło o to, by żona wywarła na mnie pewien nacisk i dokładnie tak to się odbyło. Pierwsze słowa, gdy się po południu zobaczyliśmy, były takie „Chodź siądziemy, musimy poważnie porozmawiać”. To zabrzmiało tak, jakby chciała złożyć pozew o rozwód. Okazało się, że chodzi tylko o ten plakat – mówi mi Grzegorz Szostak.

Nie kryje, że pojawiła się w głowie myśl, że może ktoś zechce wypowiedzieć mu umowę najmu, ale swojej decyzji o wywieszonym plakacie absolutnie nie zmienił. Przekonuje, że żona ma takie same poglądy i go w tym wspiera.

Mężczyzna krytykuje działania obecnej władzy i łamanie przez nią Konstytucji. Symbolem sprzeciwu jest właśnie powieszony plakat. – To nie jest żadna reklama, nie jest to też nic obraźliwego czy coś, co mogłoby kogoś urazić. Plakat nie zniknie. A ten telefon do mojej żony zadziałał jakby odwrotnie – teraz zastanawiam się nad tym, by plakat jeszcze powiększyć – mówi nasz rozmówca.

Co na to władze Puławskiego Parku?

Prezes instytucji, Tomasz Szymajda mówi mi, że rzeczywiście rozmawiał o plakacie ze swoimi pracownikami. Przekonuje, że nie ma nic przeciwko poglądom poszczególnych najemców, ale na każdy wywieszony plakat czy reklamę trzeba mieć pozwolenie. Jak tłumaczy, budynek jest biznesowy, wygląda prestiżowo i stąd takie zasady. Nie dostaję odpowiedzi wprost, dlaczego pracownik Parku dzwonił do żony pana Grzegorza. Prezes nie odpowiada także, czy gdyby najemca poprosił o zgodę na wywieszenie napisu „Konstytucja”, czy by ją dostał.

Dodaje jednak, że wcześniej jedni najemcy zgody na wywieszenie swoich banerów (najczęściej reklamowych) dostawali, ale inni nie. Tomasz Szymajda podkreśla, że współpraca z restauratorem do tej pory układała się bez zarzutów, organizowano wspólne wydarzenia, np. koncerty, w trakcie których pan Grzegorz zapewniał obsługę cateringową.

Nie ma pewności, że premier Mateusz Morawiecki – przy okazji otwierania odcinka obwodnicy w Puławach – pojawi się w Parku Naukowo – Technologicznym. Tak czy owak, plakat wisi. – Przychodzą do mnie pracownicy parku i mi gratulują. Robią to jednak po cichu, tylko do mojej wiadomości. Boją się głośno wyrazić swoje poglądy. W przeciwieństwie do mnie – dodaje. Podobny plakat wywiesiła jeszcze jedna z firm na terenie Puławskiego Parku – jej siedziba mieści się jednak w głębi budynku, dlatego baner nie rzuca się nikomu w oczy.

O sprawie nacisku na pana Grzegorza dowiedział się lubelski KOD, którego mężczyzna jest sympatykiem. – Takie naciski są kompletnie niezrozumiałe. Każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów, w takiej czy innej formie. Jeśli ktoś zmusiłby przedsiębiorcę do zdjęcia plakatu, będziemy głośno protestować – mówi nam mec. Krzysztof Kamiński, jeden z liderów lubelskiego KOD.

– Brukselskie elity drżą przed naszą potęgą. Wiem to, bo sam z nimi negocjowałem przystąpienie Polski do Unii 20 lat temu – powiedział Mateusz Morawiecki.

– Niestety Unia ma też swoich agentów u nas – dodał Stanisław Piotrowicz. – Wiem to, bo sam ich przesłuchiwałem 40 lat temu.

– A ja zdobyłem PAST-ę 74 lata temu – pochwalił się Patryk Jaki. – Wziąłem wtedy do niewoli mnóstwo dziadków z Wehrmachtu, czyścicieli kamienic i handlarzy roszczeń.

Zgromadzeni nagrodzili go brawami i entuzjastycznymi okrzykami. Nawet prezydent Andrzej Duda oderwał na chwilę wzrok od ekranu smartfona, na którym prowadził konsultacje z Ruchadłem Leśnym i walczył z potworami wyłażącymi z różnych zakątków stacji kosmicznej. Bezzwłocznie podpisał akt odznaczenia bohaterskiego młodzieńca orderem Virtuti Militari i powrócił do swych codziennych zajęć. To był już drugi order Jakiego – poprzedni otrzymał za męstwo okazane na polu bitwy o Górę Świętej Anny w czasie III powstania śląskiego.

– My, kombatanci musimy się trzymać razem – powiedział, podchodząc do niego, Dominik Tarczyński. Dziś nie miał na sobie swej zwykłej kamizelki z kołnierzem z lisa ani koszuli z kryształkami Swarovskiego na mankietach, lecz odświętny mundur żołnierza wyklętego. Kowbojki z krokodylej skóry zamienił na oficerki.

Ten historyczny strój, noszący ślady walk i przyprószony pyłem z pól bitewnych całej Europy, podziurawiony przez kule, pocięty szablami, lecz pieczołowicie połatany i pocerowany czułą ręką Beaty Kempy, sygnalizował, że Dominik Tarczyński jest w nastroju do wspomnień. Podszedł do Jakiego i po bratersku go objął. Po chwili dołączył do nich Marek Suski. We trzech oddalili się w przeciwległy kąt Sali Kolumnowej, by powspominać swoje przewagi w czasie wojen krzyżackich.

– A pamiętacie, jak powaliłem z konia Ulricha von Jungingena? – zapytał, śmiejąc się do rozpuku, Patryk Jaki.

– Obiło mi się o uszy, ale niestety nie widziałem tego, bo akurat ścigałem Fransa Timmermansa i Angelę Merkel, którzy uciekali przed naszą konnicą – odparł Tarczyński.

– Ponoć Władysław Jagiełło był tego naocznym świadkiem, trzeba by go zapytać – rzekł Suski i zwrócił się do Zbigniewa Ziobry: – Czy mógłby kolega ekshumować Jagiełłę?

Zbigniew Ziobro był z gruntu koleżeński i nigdy nie odmawiał przysługi. Zawsze można było na niego liczyć. Wystarczyło tylko poprosić, a od ręki wystawiał nakaz aresztowania, rewizji albo ekshumacji. Tym razem też się nie ociągał – wyjął z kieszeni plik blankietów, długopis i już po chwili wręczył kolegom papier, o który prosili. Uszczęśliwieni chwycili dokument i pobiegli szukać grabarzy, którzy zgodziliby się na poczekaniu wykopać króla.

W drzwiach minęli się z Krystyną Pawłowicz, która właśnie wracała z baru z plastikowym pudełkiem w dłoni.

– Witamy koleżankę! – przywitali się grzecznie i skłonili z szacunkiem. Ze względu na swe historyczne zasługi posłanka cieszyła się powszechnym poważaniem. To ona swego czasu poradziła królowej Bonie, by sprowadziła do Polski włoszczyznę, cukinię i brokuły, co zapewniło narodowi dostęp do codziennej sałatki ze śledzikiem i majonezem.

W obozie Dobrej Zmiany wprost roiło się od osób tak zasłużonych. Pełno tu było talentów, wybitnych wizjonerów i genialnych innowatorów, którzy wycisnęli swe piętno na dziejach narodu i całej ludzkości. To ludzie Dobrej Zmiany wygnali zaborców. Odkryli rad i polon. Wygrali turniej czterech skoczni. Rozbili Krzyżaków pod Grunwaldem, Turków pod Wiedniem i tupolewa pod Smoleńskiem.

A zgromadził ich wszystkich ten najbardziej utalentowany i niepospolity. Wizjoner nad wizjonerami, geniusz przenikliwy, sięgający myślą tam, gdzie wzrok nie sięga. Pan Prezes. To on dostrzegł w surowych nieoszlifowanych głazach zarysy szlachetnych brylantów, które jedynie wydobyć trzeba na powierzchnię, zeskrobując z nich chropawą powłokę. Poddani takiej obróbce i oszlifowani ręką mistrza ujawnili swe wewnętrzne piękno i blask.

Pan Prezes najstarszy był z nich wszystkich i najbardziej doświadczony. W przeszłości był świadkiem i sprawcą wszystkich ważnych wydarzeń w dziejach narodu i całej ludzkości. To on dał ludowi swemu 500 plus, wymyślił miesięcznice smoleńskie i obalił komunizm. To on sprowadził do Polski chrześcijaństwo, podłożył sól do Wieliczki i obdarzył braci Karnowskich talentem.

Gdy już wszystko to było zrobione, dnia siódmego pan Prezes odpoczął. Od tej pory nie brał już udziału w powszedniej krzątaninie. Schowany za obłokiem dymu z kadzidła obserwował ze szczytu drabinki, jak radzą sobie podopieczni i czy przestrzegają jego przykazań. Czasem tylko z wonnej chmury wydobywał się blask najjaśniejszy i głos podobny do gromu słychać było. Albo pod postacią krzaka gorejącego ukazywał się pan Prezes i pouczenia ludowi swemu przekazywał.

Tak właśnie w tej chwili się stało. Grom zagrzmiał w Sali Kolumnowej i na drabince krzak gorejący się pojawił.

– Niech stanie się światło! – powiedział głos ze środka płomienia.

Krystyna Pawłowicz odłożyła pudełko z sałatką na parapet i poszła zapalić lampy, bo faktycznie robiło się już ciemno.

Ćwiczenia

  1. Co robił pan Prezes przez pierwsze sześć dni tygodnia, zanim dnia siódmego odpoczął?
  2. W jaki sposób lud oddaje cześć panu Prezesowi w siódmym dniu tygodnia?
  3. Zakładając biało–czerwone pelerynki z orłem
  4. Wprowadzając zakaz handlu
  5. Stawiając pomniki Lecha Kaczyńskiego
  6. Jedząc sałatkę
  7. Goniąc ciapatych i pedałów

>>>

Parada wstydu. PiS zniszczył armię

Zwykły wpis

Warszawska parada Wojska Polskiego zgromadzi najnowsze bojowe urządzenia i maszyny polskiej armii. Jak mówią eksperci i komentatorzy z koszar i baz wyjedzie na ulice pewnie cały „stan posiadania” armii.

Na co dzień żołnierze używają bowiem sprzętu, który pamięta jeszcze czasy generała Jaruzelskiego – czytamy w Money.pl. Tylko szczęśliwcom trafia się ekwipunek 20 – czy 30-letni. W użytkowaniu są głównie 40-letnie hełmy i 50-letnie pojazdy.

Ulicami stolicy w ten świąteczny dzień przejadą się z pewnością Rosomaki, ale ów powód do dumy to wcale nie podstawy transporter polskich żołnierzy. Bo Rosomaki przypadły tylko jednostkom elitarnym.

„Armia znacznie częściej, niż Rosomaków, używa bojowych wozów piechoty, zwanych w skrócie BWP-1. Poza nowym lakierem nie mają one w sobie nawet cienia nowoczesności. Na stanie mamy ok. 1,2 tysiąca sztuk i wszystkie są w standardzie, w jakim wyszły z fabryki. W praktyce oznacza to tyle, że od momentu, gdy weszły do służby w 1973 roku nie zmieniono w nich dosłownie nic. Pracują w nich nawet stare radzieckie radiostacje z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego wieku” – komentuje Juliusz Sabak, ekspert portalu Defence24.pl., dodając, że „powinniśmy je już dawno, jak wszystkie kraje, które mają je jeszcze na wyposażeniu, wymienić albo zmodernizować”.

Nie lepiej jest z osobistym wyposażeniem żołnierzy, którzy na głowach noszą hełmy tak wypiaskowane, że prawie przezroczyste. Prawie takie same, jakie nosili żołnierze w serialu „Czterej pancerni”. „Trzymają się chyba dzięki farbie. Ich skuteczność na polu walki już od dawna jest jedynie umowna. One nawet nie poprawiają samopoczucia żołnierzowi, on też się trochę głupio czuje z takim hełmem na głowie” – ocenia ekspert.

Ulicami stolicy przedefilują też pewnie słynne Honkery. To rodzima konstrukcja z końca lat 80. ubiegłego wieku. Samochód jest kompletnie pozbawiony właściwości terenowych. Nie tak dawno jedno z aut zakopało się w błocie, podwożąc Antoniego Macierewicza na poligon – przypomina portal.

„Honkery to przypadek sprzętu rolniczego, który został kupiony przez armię. Irak pokazał jak bardzo nie przystają one do potrzeb wojska” – krótko podsumowuje Juliusz Sabak.

Armia zaprezentuje też pewnie słynne karabinki MSBS Grot, które jak na razie trafiły przede wszystkim do Wojsk Obrony Terytorialnej, które jako pierwsze zamówiły dużą partię nowej broni. Inni nadal używają karabinów Kałasznikowa.

Najnowocześniejsze obecnie czołgi w naszej armii to niemieckie Leopardy2, które kupiono na wyprzedaży militariów za zachodnią granicą. Na poligonach w błocie i piachu jeżdżą jednak również wysłużone, radzieckie T72 spadek po Układzie Warszawskim.

Patrząc w niebo mamy co prawda F16, ale tylko dlatego, że MiG-i 29 zostały po ostatniej katastrofie uziemione, brakuje natomiast śmigłowców. Pozostające na stanie polskiej armii Mi-2, wprowadzono do służby w 1965 roku. Nowych bojowych śmigłowców nie ma i na razie nie będzie.

W razie ataku z powietrza polska armia nie za bardzo ma się czym bronić. „W jednostkach królują jednak Kub i Newa – wiekowe systemy przeciwlotnicze z lat 60-tych i 70-tych. To też nie jest sprzęt, który może być skuteczny przeciwko większości nowoczesnych środków napadu powietrznego” – podkreśla Sabak.

Ekspert dodaje, że lepiej nie pytać, o żołnierskie mundury. Tym bardziej, że armia od dawna nie ogłosiła żadnego przetargu na zwykłe mundury. Sytuacja jest na tyle dramatyczna, że niektórzy żołnierze kupują sobie sami mundury polowe na Allegro, bo inaczej musieliby biegać po poligonie w przydziałowych dresach.

Na defiladzie pokaże się też polska Marynarka Wojenna, która od 18 lat nie dostała nowego okrętu. Dwie fregaty kupione wówczas za symboliczną cenę od Amerykanów miały już za sobą 20 lat służby, a modernizacja tylko jednej z nich pochłonęła 120 mln złotych.

Polska defiluje, Duda wetuje, Europa strofuje.

Jedna Polska szykuje się do defilady, największej, najpiękniejszej, najbardziej zwycięskiej i najbardziej naszej, polskiej. Co tam wszystko zostanie pokazane, to się w głowie nie mieści. Cuda niewidy. Paryż i Moskwa niech się schowają. Władza obecna przykłada duże znaczenie do utrwalania ducha narodowego, tradycji patriotycznej, więc nie szczędzi grosza na celebrowanie, składanie wieńców, pochylanie głowy, poprawianie wstążki (chyba że chodzi o „ Motyla” – wtedy nie).

Tylko żaden ryk silników i chrzęst gąsienic nie zagłuszy wątpliwości, jak to jest: zaledwie dwa lata temu Polska była podobno bezbronna, armia pełna była osób niekompetentnych i niegodnych zaufania. Minister obrony PiS Antoni Macierewicz wyrzucał setki generałów i oficerów, czyścił stajnię Augiasza, zapowiadał śmigłowce, a to amerykańskie, a to polsko-ukraińskie, a premier Szydło stała za nim murem.

Macierewicz czyścił, czyścił, aż jego sczyścili. Nosił wilk razy kilka… Obecny minister, Mariusz Błaszczak, przyszedł uzbrojony w miotłę, którą wymachiwał kilka miesięcy. Tak jak jego poprzednik usuwał podobno „złogi postkomunistyczne”, tak nowy minister czyścił resort z ludzi swojego poprzednika. Wyrzuceni generałowie w pełni sił, których wykształcenie kosztowało miliony, wyrażają się o stanie polskich sił zbrojnych i przemysłu obronnego, delikatnie mówiąc, źle. Będzie to defilada dumy (do pewnego stopnia na kredyt) i oby było ku temu jak najwięcej powodów. Na razie jest to defilada nadziei, że będzie lepiej.

Prezydent Andrzej Duda spędził czas przed defiladą na budowaniu napięcia przed jego spodziewanym wetem wobec pisowskiego projektu zmiany ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego na bardziej dla siebie korzystną. Kiedy już wszystkie wróble ćwierkały, że będzie weto, prezydent się skłaniał, był skłonny, radził się, konsultował, budował emocje, stopniował napięcie, nie mógł znieść tego jaja, aż wreszcie chyba urodzi to weto lada chwila, bo czeka go to, co najbardziej lubi: defilada i Australia.

Z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości Komisja Europejska dała nam dziwny prezent: KE uznaje polską ustawę o Sądzie Najwyższym za niezgodną z prawem unijnym i robi kolejny krok w kierunku postawienia nas przed Trybunałem Sprawiedliwości. Polska jednak trwa przy swoim, licząc (może słusznie), że Europa się nie odważy. Na razie radujemy się, defilujemy, podróżujemy – hulaj dusza!

Na głowach noszą hełmy tak wypiaskowane, że prawie przezroczyste. Prawie takie same, jakie nosili żołnierze w serialu „Czterej pancerni”. „Trzymają się chyba dzięki farbie. Ich skuteczność na polu walki już od dawna jest jedynie umowna.

Raskolnikow

3 razy Waldemar Mystkowski.

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie. Jednak chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze –…

View original post 1 162 słowa więcej

Orły pisowskie wyrżnęły dziobami w ziemię

Zwykły wpis

Ciągle budowane są mity, w większości fałszywe, o rozpoczęciu historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej 14 sierpnia 1980 roku. Wspomnę kilka dni przygotowań do strajku, które uruchomiły lawinę. Przypomnę tę historię: dla tych, którzy zapomnieli, i dla kłamców lub mitomanów, aby spojrzeli prawdzie w oczy.

Jako jeden z pięciu organizatorów tego strajku czuję się w obowiązku dać świadectwo i przeciwstawić się fałszowaniu historii. Ograniczę się tylko do bezpośredniej genezy protestu i samego dnia, a w zasadzie poranka, kiedy to zorganizowaliśmy strajk, który – jak się okazało, zgodnie z wypowiedzianym rok wcześniej proroczym wezwaniem św. Jana Pawła II – „zmienił oblicze tej ziemi”. Sam jego przebieg jest solidnie udokumentowany, ale i tak powstają alternatywne wersje, o lata świetlne oddalone od prawdy historycznej. Przypisuje się role ludziom, którzy może na 15 minut pojawili się w Stoczni w trakcie tych ponad dwóch tygodni strajku.

>>>

>>>

Tak jeden z internautów skomentował wieczorne odwołanie prezesa Zakładów Azotowych Puławy Jacka Janiszka. Oprócz utraty funkcji prezesa został usunięty również ze składu zarządu puławskiej spółki. Powodów – jak to w państwie PiS – nie podano.

Jacek Janiszek prezesem Azotów był od stycznia 2017 roku, wcześniej pełnił funkcję wiceprezesa spółki. Na razie obowiązki prezesa pełnić będzie Krzysztof Bednarz, członek rady nadzorczej. W ciągu trzech miesięcy ma się pojawić nowy zarządzający.

W sieci pojawił się nowy hasztag ”100prezesowNa100lecie”, co zdaje się być doskonałym podsumowaniem polityki PiS. O karuzeli prezesów pisaliśmy ostatnio w artykule ”Tak się bawi PiS spółkami skarbu państwa i naszymi pieniędzmi”.


Poeta i felietonista „Krytyki Politycznej” wniósł skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jaś Kapela został skazany za przerobienie „Mazurka Dąbrowskiego”.

Według sądu, naruszył przepisy o hymnie narodowym. Kapela ma zapłacić 1000 zł grzywny i pokryć koszty procesu. „Może Polska nie zginęła, Lecz całkiem zgłupiała” oraz „O ile Kaczyński jest lepszy od Jasia Kapeli?”.

„Liczymy na pomyślny wyrok, bo to ewidentna ingerencja w wolność słowa, czego Trybunał za bardzo nie lubi. Tym bardziej że kara jest nieproporcjonalna, a prawo, na podstawie którego mnie skazano, mało precyzyjne. Nigdzie w tej ustawie nie jest napisane wprost, że nie wolno śpiewać „Mazurka” ze zmienionymi słowami” – powiedział „GW” Jaś Kapela. Poeta zwrócił się do Trybunału w Strasburgu, bo jego sprawa z prawnego punktu widzenia dotyczy wykroczenia, a nie przestępstwa. Kapela nie może już odwoływać się w polskich sądach, dlatego zdecydował się na wysłanie skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Na koduj24.pl Magda Jethon rozmawia z Leszkiem Balcerowiczem.

Nowe wolne media są siłą, która wyrosła na moralnym sprzeciwie wobec kłamstwa w życiu publicznym – mówi prof. Leszek Balcerowicz w rozmowie z Magdą Jethon.

Magda Jethon – Rok temu, kiedy prezydent zawetował dwie ustawy o KRS i SN, ludzie żyli nadzieją, wprawdzie dość krótko, że może coś się zmieni. Teraz z powodu pięciu pytań do Trybunału Sprawiedliwości UE znów zrodziła się nadzieja. Czy ta nadzieja ma sens?

Leszek Balcerowicz – Walka ze złem, a mamy do czynienia z ustrojowym i moralnym złem w Polsce, ma swoje wzloty i upadki. Czasami idzie w dół, potem rośnie, ale ostatecznie wygrywają ludzie, którzy są wytrwali i odporni. Jeżeli w ważnej sprawie nie da się udowodnić, że jest ona beznadziejna to po prostu trzeba działać. Ogromnie podoba mi się akcja nakładania na pomniki koszulek z napisem „Konstytucja”. To ośmiesza władzę, jednocześnie nie wymaga dużych nakładów. Trzeba wymyślać następne. A jeżeli chodzi o Sąd Najwyższy, to przychylam się do zdania autorytetów prawnych, którzy uważają, że to, co zrobił jest koniecznym ruchem przeciw  niszczycielstwu ustrojowemu, ponadto jest zgodne z Konstytucją i traktatami europejskimi. Obrona przeciwnego stanowiska jest żałosna. Przypomina prawników PRL, którzy też bronili socjalistycznej dyktatury. Każda władza dyktatorska czy zmierzająca do dyktatury zawsze ma i będzie miała swoich profesorów, w tym prawników. Ale oni powinni być umieszczani na liście hańby. Dlatego propaguję tworzenie pręgierza obywatelskiego. Proszę zauważyć, jacy ludzie zgłosili się do PiS-KRS. Są wśród nich frustraci i nieudacznicy, i osoby powiązane z obecną władzą różnymi więziami. Te więzy należy odsłaniać.

Ujawnianie niewygodnych faktów to rola mediów. Szczególnie tych wolnych, być może zagrożonych, bo publicznych już nie ma.

Trzeba powiedzieć, że PiS w sposób bezprzykładny, haniebny, bezczelny zrobiło z tzw. mediów publicznych obrzydliwą tubę partyjną. Pracuje tam sporo młodych ludzi, którzy chyba nie myślą o swojej przyszłości. Trzeba podkreślić, że młodość nie jest gwarancją przyzwoitości. Na szczęście mamy media niezależne, które odgrywają w tej walce ogromną rolę. Jest z nimi jednak inny problem. Zastanawiam się na przykład, czy jest sens, żeby te media niepisowskie zapraszały notorycznych łgarzy, kłamców, tych, którzy emitują insynuacje i wyzwiska? Czy równy dystans do łajdactwa i przyzwoitości jest przyzwoitością? Zadaję to pytanie i mam wrażenie, że zbyt łatwo idzie się na to, żeby albo w imię fałszywie pojmowanej bezstronności, albo dla wątpliwej rozrywki zapraszać różnych troglodytów moralno-intelektualnych.

Pojawiło się ostatnio takie pojęcie jak symetryzm …

Symetryzm to oczywiście ironiczna nazwa kłamstwa, mającego pozory prawdy, które zamazuje istotne różnice. Czy prawdą będzie stwierdzenie: wszyscy są chorzy. W jakimś sensie tak, bo nie ma idealnego zdrowia, ale to jest gigantyczne kłamstwo, polegające na zamazaniu różnicy pomiędzy katarem a rakiem. PiS to jest rak, to jest ustrojowy rak. I ci tak zwani symetryści są w gruncie rzeczy pozorantami obiektywności.

PiS zapowiada, że weźmie się za niezależne media…

Powtarzanie różnych pogłosek jest rodzajem histerii i wzbudzaniem paniki. Zamiast tego trzeba się starać zbadać, jakie są podstawy tych zapowiedzi. PiS musiałby uderzyć w Stany Zjednoczone i kraje UE. To nie jest takie proste.

Uważa pan, że mediom nic nie grozi?

Nie formułuję prognozy, raczej staram się przedstawić postawy i objawy. Trzeba nastawić się na działanie, włącznie z odporem i kontrofensywą. Z powtarzania pogłosek nic nie wynika.

Kilka dni temu w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Kornel Morawiecki, nie wiadomo czy w swoim imieniu, syna czy partii powiedział: „Będziemy zmieniać media na służebne społeczeństwu”.

Ludzi, którzy odgrywają rolę błaznów nie należy traktować poważnie. Być może gonią za rozgłosem, tak jak żądny sławy szewc Herostrates, który podpalił świątynię Artemidy w Efezie. Przestępcy często gonią za rozgłosem, a obok tych pospolitych są też przestępcy przeciw moralności i rozumowi. Nie sądzę, żeby Kornel Morawiecki wypowiedział się w czyimkolwiek imieniu, on jest samosterowny. Tak samo nie ma sensu epatowanie straszną panią Pawłowicz. Należy spuścić zasłonę milczenia i powiedzieć sobie, że nie będziemy się zajmować takimi zjawiskami. Oni wtedy, być może, odczują brak rozgłosu. To będzie dla nich najgorsza kara.

Nie wyobraża Pan sobie, że nie będzie wolnych mediów? A może będą tylko trochę „grzeczniejsze”. Polsat już zaczął się zmieniać. Niektórzy uważają, że jego właściciel ma za dużo interesów, żeby zadzierać z władzą. Czy sytuacja Polsatu, wg pana, jest jakimś sygnałem? 

Dała pani przykład, do którego się nie mogę odnieść, bo nie wiem, czy tak jest z Polsatem. Natomiast wiedząc, że Kaczyński i jego wasale nie mają moralnych ograniczeń, nie mogę wykluczyć ukrytego nacisku na właściciela Polsatu, który powinien pamiętać, że PiS nie będzie wieczny.

Dlaczego ważne są wolne media?

Ogromna rola wolnych mediów po raz pierwszy została uwypuklona przez ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Wolne media to w Stanach Zjednoczonych rodzaj świętości. Jeżeli nie ma wolnych mediów, nie ma wolności. Media muszą patrzeć władzy na ręce. Po to są. Dziś w Polsce przeciwieństwem wolnych mediów są media pisowskie, które są instrumentem paskudnej władzy, a ich dziennikarze – aparatczykami partyjnymi. Nie można o nich zapomnieć, muszą być wymieniani i zapamiętani z imienia i nazwiska. Muszą mieć w życiorysie zapisane, co robili za tej i dla tej paskudnej władzy.

Jako krytyk działań PiSu jest Pan często ich celem…

We wrześniu 2017 r. pisowska telewizja pokazała – z udziałem NBP, którego prezesem jest A. Glapiński, oraz prokuratury – paszkwil na mój temat. Skierowałem tę sprawę do sądu. Inne łajdactwo ukazało się niedawno w „Sieci” i „wPolityce”. Na ten drugi temat pisał w koduj24  Wojciech Maziarski.

Doszło do sytuacji, że to wolne media prostują kłamstwa i insynuacje produkowane przez media prorządowe…

To, co zrobiło do tej pory PiS przekracza najgorsze oczekiwania sprzed wyborów, jakie miała większość ludzi, łącznie ze mną. Mało kto przewidywał, że PiS dokona zamachu  na Trybunał Konstytucyjny, a teraz próbuje opanować sądy. Tu powinno się włączyć jaskrawo czerwone światło, które skłoni nas do wymyślenia bardziej skutecznych sposobów zatrzymywania tej władzy. To, co zrobił ostatnio SN, kierując pytania do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, a także akcja z koszulkami na pomnikach, świadczą o tym, że są takie sposoby i że można i trzeba je stosować.

Trzeba pamiętać, że każda władza zmierzająca do zagarnięcia państwa trzyma się na jakimś aparacie, bo przecież sam Kaczyński nie będzie zastraszać ludzi. Dlatego niesłychanie istotne są właśnie wolne media. Należy obserwować, co robią służby specjalne na czele z CBA, a mam wrażenie, że odgrywają rolę policji politycznej PiS. Trzeba konkretnych ludzi zawsze wymieniać z imienia i nazwiska. Nie można mówić: „prokuratura”, „komisja” itd., bo to jest oskarżenie wszystkich, a więc jest nieskuteczne. Odpowiedzialność jest zawsze imienna, anonimowość daje bezkarność. Dlatego również jestem przeciwny temu, żeby do jednego worka wsadzać policjantów. Daliśmy temu wyraz w Apelu Obywatelskim o niewykorzystywanie policji do celów partyjnych.

A dlaczego ważne są media, takie jak oko.press czy koduj24, które powstały po dojściu PiS do władzy?

Są potrzebne jako przeciwwaga w internecie dla PiS-mediów. Media te są nową siłą, która wyrosła na moralnym sprzeciwie wobec kłamstwa w życiu publicznym. Jeżeli uważamy, że istnieje niebezpieczeństwo związane z pojawieniem się mediów internetowych, to jedynym rozwiązaniem jest być w tym lepszym. Skoro internet używany jest przez złe władze, np. w Rosji, do dywersji i przeciw demokracji, to rodzi się ogromna potrzeba przeciwdziałania. To tak, jak w zbrojeniach, kiedy mamy broń ofensywną, musi powstać skuteczniejsza broń defensywna. To ma ogromne znaczenie. No i dobrze, że w Polsce media internetowe się rozwijają.

Takie portale, jak my czy oko.press są w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Nie chcemy pieniędzy od polityków, bo nie na tym polega uczciwe dziennikarstwo. Biznes nie chce nas wspierać, bo się boi narażać. O rozdziale pieniędzy unijnych decyduje rząd, do decydowania o funduszach norweskich też się rząd przymierza, więc jak żyć, panie profesorze?

Uważam, że nie tyle przedsiębiorcy, ale organizacje przedsiębiorców, które nie mają podstaw, żeby się bać, powinny rozumieć, że mają jakąś odpowiedzialność wobec obywateli.

Nie odczuwamy takiego zrozumienia… Pozostają nam zwykli obywatele. Ale w Polsce nie ma tradycji wspierania wolnych mediów. Może też ludzie nie zdają sobie sprawy, jak ważne jest ich wsparcie?

Tak to prawda. Za mało jest w Polsce elementarnej obywatelskiej odpowiedzialności, przekonania, że trzeba wzmacniać organizacje, które działają dla nas. Bardzo  zachęcam więc wszystkich państwa do wspierania, również w sposób finansowy, organizacji, które robią bardzo ważne rzeczy w obronie wolności i państwa prawa daleko lepszego niż ten, który władze PiS usiłują w Polsce wprowadzić. Nie mam w zwyczaju upubliczniania, co sam robię na tym polu, ale w tym przypadku zrobię wyjątek. Wspieramy z żoną koduj24 i przy tej okazji bardzo zachęcamy do tego innych.

Waldemar Mystkowski pisze o pisowskich orłach.

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie. Jednak chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze – gdy mówisz „Macierewicz” i myślisz… Co myślimy? Tak, o najgorszym. O Targowicy.

Orzeł intelektu Mariusz Błaszczak w te upały wzbił się „na wyżyny” i stwierdził, iż Marsz Równości w Poznaniu był „paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych”. Nie ma w tym stwierdzeniu ładu i składu, ale tak z takimi pożal się boże orłami bywa, iż wzbija się do góry i okazuje się nielotem, bo wyrżnął łbem o byle przeszkodę. Na szczęście Safona, Heraklit, Archimedes, Platon czy Sokrates – że zacznę od starożytnych Greków – nie byli Błaszczakami i wszelkie przeszkody intelektualne zamieniali w pył.

Innym nielotem politycznym okazał się Jan Rokita, który wysłał zbyt szybko Nelli Rokitę do PiS, aby zaszkodziła Platformie i Donaldowi Tuskowi. Nelli zaszkodziła raczej nazwisku Rokity, które stało się synonimem głupawki. Czy nie mógł Rokita poczekać do dzisiaj i wysłać Nelli do PiS? Z Markiem Suskim utworzyliby polityczną parę, jak Beata Mazurek z Ryszardem Terleckim.

Wobec tego, że Rokita się pospieszył, pozostała mu rola Suskiego. Jan upodobnił się do Nelli, tak to bywa w małżeństwach, a nawet w kontaktach ze zwierzętami, gdy właściciel buldoga upodabnia się do psa. Otóż Rokita bystry jak Suski rzecze o Tusku w rozmowie z dziennikarzem „Wprost”, że „Tusk zawsze swojej partii nie cierpiał”, czyli Platformy. Rokicie raczej nie zaszkodziły upały. Uszczerbek na umyśle dopadł go dużo wcześniej, gdy markę Rokita reprezentowała Nelli i wówczas umysłowo do niej się upodobnił.

I jeszcze jeden michałek z gumna PiS, która to partia nie zważa na porę roku i podrzuca soczyste dowody swej pokraczności. Były sekretarz KC PZPR Marek Król, który aktualnie ma się całkiem dobrze na garnuszku PiS, w pisowskim radiu rzekł, iż „dla zdrowia przyszłych pokoleń trzeba przeprowadzić redukcję tych, którzy profitowali w PRL…”. Jakoś szybko zapomniał, że zasiadał w… KC PZPR, więc niech zacznie od zredukowania samego siebie.

>>>

Ziobro, Błaszczak i Kaczyński jako koń

Zwykły wpis

„Teraz już państwo będzie ingerować w życie prywatne. „Dobra zmiana” jak się patrzy” – skomentował jeden z internautów. Trudno się nie zgodzić z tą opinią, jeśli prześledzimy pomysły resortu Zbigniewa Ziobry, dotyczące zmian w Kodeksie Rodzinnym. PiS chce utrudnić Polakom rozwodzenie się.

Jak pisze „Fakt”, małżeństwa, które mają dzieci, zanim pójdą do sądu, najpierw będą musiały stanąć przed mediatorem, którego zadaniem będzie powstrzymanie pary od rozwodu. Teoretycznie nie będzie to obowiązkowe, ale bez opinii mediatora procedura rozwodowa może się nie rozpocząć. Procedura mediacyjna musi trwać minimum miesiąc.

Resort Zbigniewa Ziobry chce zniechęcić małżeństwa do rozwodu także za pomocą opłat sądowych. Teraz opłata za złożenie wniosku wynosi 600 zł. Połowa tej kwoty jest zwracana, jeśli o rozwód zgodnie, bez orzekania o winie, starają się obie strony. Po zmianach, które forsuje Ziobro, żadnego zwrotu nie będzie, z wyjątkiem spraw o separacji.

– „Małym druczkiem będzie napisane: ta ustawa nie dotyczy umiłowanej nam wiecznie Martusi Kaczyńskiej”; – „Zakazać rozwodów Polakom, oprócz pisowców, bo tam co piąty to rozwodnik”; – „To de facto kolejny podatek. Brakuje pieniędzy na kiełbasę wyborczą (wszystkie cyrki+), to trzeba drzeć gdzie się da. Chcą ludzi hodować jak rogaciznę, zmuszając i decydując, kiedy mają się żenić (podatek od singli), zmuszać do pozostania w nieudanym związku małżeńskim (wzrost kosztów rozwodu), decydować o rozmnażaniu (kiedy i ile dzieci – jak w hodowli zarodowej, za cukierka w postaci 500+). Normalna dyktatura proletariatu z najgorszego okresu” – komentowali internauci.

>>>

>>>

>>>

Tak minister w rządzie europejskiego kraju określił uczestników zorganizowanego w Poznaniu po raz 15 Marszu Równości. Wzięło w nim udział kilka tysięcy osób, a patronat na Marszem objął prezydent miasta Jacek Jaśkowiak. – „Teraz mieliśmy do czynienia z takim zdarzeniem, że odbyła się kolejna parada sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych” – powiedział Mariusz Błaszczak w Telewizji Trwam. Skrytykował Jacka Jaśkowiaka, który także wziął udział w Marszu. Szef MON zarzucił mu „traktowanie miasta jako folwarku”.

Natomiast pochwalił poznańskie MPK, które zdecydowało o zdjęciu z tramwajów małych tęczowych chorągiewek, będących symbolem środowiska LGBT. Przedstawiciele MPK tłumaczyli, że stało się tak po fali hejtu, która zalała przedsiębiorstwo. – „To świadczy o tym, że w narodzie polskim normalna jest ta pewność tego, że wszystko, co jest po Bożemu skonstruowane, jest normalne. A jeśli ktoś próbuje nam narzucić coś, co normalne nie jest, to wtedy spotyka się z oporem” – podsumował Błaszczak.

Słowami Błaszczaka oburzeni są przedstawiciele Grupy Stonewall, która zorganizowała Poznań Pride Week i Marsz Równości. – „W jakim państwie w 2018 roku minister zwraca się do milionów obywateli per “sodomici”? Na jakiej podstawie sugeruje, że jesteśmy “nienormalni”? Szokujące jest szczególnie to stawianie wymyślonej granicy pomiędzy “narodem polskim” a społecznością LGBT+. Tak jakbyśmy byli jakimś obcym elementem, który przybył do Polski z daleka, aby zniszczyć wszystko, co dobre i piękne. Tymczasem my również jesteśmy Polakami i Polkami i mamy pełne prawo domagać się od państwa, aby traktowało nas z szacunkiem i równością” – powiedział Mateusz Sulwiński, rzecznik prasowy Grupy Stonewall.

Zwrócił uwagę, że Błaszczak ani słowem nie odniósł się do kontrmanifestacji zorganizowanej tego samego dnia przez narodowców. W stronę uczestników Marszu Równości kierowano takie okrzyki, jak „Zakaz pedałowania” czy „Chłopak, dziewczyna, normalna rodzina”. – „Naprzeciwko stała setka zamaskowanych osób skandujących takie hasła jak “tęczowe śmiecie, życia mieć nie będziecie”. Gdyby nie wsparcie policji, ci ludzie zrobiliby nam krzywdę. Politycy PiS-u udają, że tego nie widzą. Wolą mówić o “pokojowych kontrdemonstracjach, które broniły tradycyjnych wartości”. To skrajnie niebezpieczna i nieodpowiedzialna gra, której prędzej czy później pożałują” – dodał Sulwiński. Policja odgrodziła oba zgromadzenia i ostatecznie nie doszło do ich bezpośredniego spotkania.

„Ostatnie dni – eurodeputowany PiS do kobiety o „ciągnięciu”, poseł PiS o tym, że może „olać czyjąś matkę”, minister PIS o uczestnikach Marszu Równości – sodomici. Miała już Polska dyktaturę ciemniaków. Teraz ma dyktaturę chamskich ciemniaków” – podsumował na Twitterze Tomasz Lis z „Newsweeka”.

>>>

>>>

>>>

Boa Macierewicz, nielot Błaszczak i Rokita jak Suski

Zwykły wpis

Tematy w polityce są iście ogórkowe. Tygodnik „Wprost” kontynuuje wątek węża boa, który nie spłynął Wisłą do Bałtyku i nie rozmienił się na drobne – w sinice, ale przeistoczył się w Antoniego Macierewicza. Były minister obrony zdusił modernizację Wojska Polskiego, generałów fachowców wysłał na trawkę i emeryturę, a oficerowie NATO i Jankesi nie chcieli widzieć jego podejrzanej fizjonomii wśród siebie, lecz chory Jarosław Kaczyński wysłuchał go przy łóżku. Czy Macierewicz groził, że mu powyrywa wenflony ze spływającymi lekarstwami do organizmu, nie wiemy. W każdym razie „Wprost” donosi, że prezes zlecił Macierewiczowi specjalne zadanie: ma on dokonać kompleksowej oceny obecnego stanu polskiej armii.

Czyli armia jakoś przeżyła, więc mamy sequel „Boa 2”. Będzie dalszy ciąg duszenia polskiej zdolności obronnej. Nie jestem przekonany do tego, aby Tomasz Piątek miał pisać drugą część „Macierewicza i jego tajemnic”, bo jeszcze bardziej aktualne są wnioski, które nieodparcie nasuwają się po lekturze – gdy mówisz „Macierewicz” i myślisz… Co myślimy? Tak, o najgorszym. O Targowicy.

Orzeł intelektu Mariusz Błaszczak w te upały wzbił się na wyżyny i pierdyknął o glebę stwierdzeniem, iż Marsz Równości w Poznaniu był „paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację praw i obowiązków obywatelskich na innych”. Nie ma w tym stwierdzeniu ładu i składu, ale tak z takimi pożal się boże orłami bywa, iż wzbija się do góry i ukazuje się nielotem, bo wyrżnął łbem o byle przeszkodę.

Na szczęście Safona, Heraklit, Archimedes, Platon czy Sokrates – że zacznę od starożytnych Greków – nie byli Błaszczakami i wszelkie przeszkody intelektualne zamieniali w pył.

Innym nielotem politycznym okazał się Jan Rokita, który wysłał zbyt szybko Nelli Rokitę do PiS, aby zaszkodziła Platformie i Donaldowi Tuskowi. Nelli zaszkodziła raczej nazwisku Rokity, które stało sie synonimem głupawki, pierdziawki i popijawki. Czy nie mógł Rokita poczekać do dzisiaj i wysłać Nelli do PiS? Z Markiem Suskim utworzyliby polityczną parę, jak Beata Mazurek z Ryszardem Terleckim.

Wobec tego, że Rokita sie pośpieszył, pozostała mu rola Suskiego. Jan upodobnił się do Nelli, tak to bywa w małżeństwach, a nawet w kontaktach ze zwierzętami, gdy właściciel bulgoga upodabnia sie do buldoga. Otóż Rokita bystry jak Suski rzecze o Tusku w rozmowie z dziennikarzem „Wprost”, że „Tusk zawsze swojej partii nie cierpiał”, czyli Platformy.

Rokicie raczej nie zaszkodziły upały, uszczerbek na umyśle dopadł go dużo wczesniej, gdy markę Rokita reprezentowała Nelli i wówczas umyslowo do niej się upodobnił.

I jeszcze jeden michałek z gumna PiS, która to partia nie zważa porę roku i podrzuca soczyste dowody swej pokraczności. Były sekretarz KC PZPR Marek Król, który aktualnie ma się calkiem dobrze na garnuszku PiS,, był w pisowskim radiu rzec, iż „dla zdrowia przyszłych pokoleń trzeba przeprowadzić redukcję tych, którzy profitowali w PRL…” Profiyujący Marek Król jest odważny, więc czekam na jego redykcję, a przynajmniej na seppuku. Flaki po nim pozbiera Patryk Jaki, który poczuł nowe powołanie: walkę ze śmieciami.

Tombak Jana Rokity

Zwykły wpis

W nowym „wSieci” Jan Rokita, jak zwykle szuka złotego środka, niestety uzyskuje tombak. Szkoda, bo to polityk, który sam siebie zniszczył. Rokita w artykule „Wadliwe instytucje”:

Po jednej stronie frontu obowiązuje bowiem sztywny dogmat, przypomniany teraz przez Jarosława Kaczyńskiego, że to konstytucja „postkomunistyczna”. […] Niełatwo odgadnąć, o co Kaczyńskiemu chodzi z owym „postkomunizmem” konstytucji, można jedynie podejrzewać, iż nie podoba mu się to, że konstytucja nakłada wędzidła na działania władzy. Tyle tylko, że w tych wędzidłach tkwi sama istota euro-amerykańskiego konstytucjonalizmu. Z kolei po drugiej stronie frontu panuje bezrefleksyjna doktryna sformułowana niegdyś przez Aleksandra Kwaśniewskiego, wedle której dyskutowanie jakichkolwiek zmian w konstytucji jest niczym innym jak „mieszaniem ludziom w głowach”. […] Obie postawy jasno wskazują, jak poważny jest ciągle w Polsce deficyt myśli państwowej i politycznej refleksji na temat ustroju. Niewiele się zmieniło pod tym względem w ciągu ostatnich 20 lat.