Tag Archives: Jacek Harłukowicz

Morawiecki chciałby zrobić w bambuko Timmermansa

Zwykły wpis

„Bez rozwiązania wszystkich kwestii dotyczących praworządności w Polsce, m.in. sprawy Krajowej Rady Sądownictwa czy procedury dyscyplinarnej wobec sędziów, nie może być mowy o zakończeniu procedury z art. 7. Kwestia Sądu Najwyższego i wieku emerytalnego sędziów w SN jest tylko jednym problemem” – oświadczył wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans. Przypomniał, że w przyjętych 20 grudnia 2017 roku zaleceniach dla Polski w sprawie praworządności KE domaga się zmiany nie tylko ustawy o Sądzie Najwyższym, ale też o sądach powszechnych, KRS, a także przywrócenia niezależności Trybunału Konstytucyjnego.

Timmermans powiedział, że z właśnie z tych powodów KE nalega na kontynuowanie dialogu i wprowadzenie zmian. – „Życzeniem Komisji jest, by niezależność wymiaru sprawiedliwości w Polsce była zagwarantowana. Mamy sporą liczbę przykładów, że środki dyscyplinujące zostały wykorzystane, żeby wzywać sędziów, by wytłumaczyli się, dlaczego publicznie wypowiadali się o niezależności sądownictwa. To ma efekt mrożący na sędziów” – podkreślił wiceszef KE.

Zaznaczył, że KE dostrzega postęp, bo rząd rozpoczął dostosowywanie się do orzeczenia tymczasowego Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie przywrócenia w Sądzie Najwyższym stanu sprzed wprowadzonych przez PiS zmian. – „Wciąż czekamy, żeby to prawo weszło w życie. Musi być podpisane przez prezydenta i potem wdrożone. Mam nadzieję, że stanie się to szybko, bo minęły dwa miesiące, od kiedy Trybunał zdecydował, że to powinno być zrobione” – oświadczył Timmermans.

Depresja plemnika

Żeby uniknąć głosowania nad wotum nieufności, premier Morawiecki poprosił Sejm o głosowanie nad wotum zaufania. Opozycja, zgłaszając wniosek o wotum nieufności, nie miała oczywiście szans, by obalić premiera popieranego przez prezesa.

View original post 1 873 słowa więcej

Morawiecki, pierwszy do wykopu przez Kaczyńskiego

Zwykły wpis

Nowa prognoza wyników wyborów do sejmików nie zmienia ich politycznej wymowy. Znaczącą stratę PSL wyrównał po stronie sił prodemokratycznych zysk KO i SLD. PiS zyskał minimalnie, ale tyle samo ile stracił Kukiz’15. Na jakiej podstawie Ipsos zmienił prognozę? Skąd wzięły się błędy w wynikach podanych wczoraj?

Przed 10 rano w powyborczy poniedziałek (22 października) Ipsos podał nową prognozę wyniku wyborów samorządowych do sejmików wojewódzkich.

W porównaniu z wynikami podanymi w niedzielę o 21.00 na podstawie exit polls jest kilka wyraźnych różnic:

  • aż 3 pkt proc. straciło PSL (co stanowi aż 18 proc. rewelacyjnego wyniku podanego w niedzielę);
  • 2 pkt zyskała Koalicja Obywatelska (wzrost o 8 proc.)
  • 0,9 proc. zyskało też SLD (wzrost o 16 proc.).

Pozostałe różnice są mniejsze:

  • 0,7 proc. zyskał PiS (poprawa o 2 proc. niedzielnego wyniku);
  • 0,5 proc. stracili bezpartyjni;
  • 0,4 proc. stracił Kukiz’15.

Interesujące, że mimo tych zmian polityczna wymowa wyników pozostaje bez zmian. Potencjalna koalicja prawicowo-narodowa PiS + Kukiz’15 w poniedziałek ma 38,9 proc. (w niedzielę miała 38,6 proc.), a koalicja trzech partii prodemokratycznych  w poniedziałek (46,9 proc.) cieszy się takim samym poparciem jak w niedzielę (47,0).

Skąd ta zmiana wyników? – pytany dyrektor operacyjny Ipsos Paweł Prędko, który odpowiadał za sondaż wyborczy. – Czy to dlatego, że dostaliście wyniki exit polls z ostatnich godzin głosowania?

„Nie, nie. Wyniki, które podaliśmy wczoraj były oparte na danych od ankieterów z godz. 20.30, potem zmiany były już minimalne. Wprowadzamy korektę na podstawie danych, które podała już PKW z około 500 komisji wyborczych, spośród 1160, które badaliśmy.

Korekta jest dosyć duża. Zwłaszcza PSL stracił prawie jedną piątą głosów spadając ze świetnych 16,6 proc. na przyzwoite  jak na tę partię w wyborach samorządowych 13,6 proc.

To musi oznaczać, że głosujący na PSL chętniej niż inni informowali ankieterów o swoich wyborach, albo wyborcy innych partii mylili się podając, że głosowali na PSL.

Jak zbierane są dane w exit polls?

Nasi ankieterzy pracowali przed 1160 losowo wybranymi lokalami wyborczymi przez całą wyborczą niedzielę, od 7 rano do 21 wieczorem. Prosili osoby, które właśnie oddały głos, o wypełnienie krótkiej ankiety. Osoby do badania wybierali losowo na zasadzie co któraś wychodząca. Co która – to zależało od wielkości obwodu wyborczego, dążyliśmy do tego, by z każdej komisji mieć 100 osób. Gdy przewidywana frekwencja w danej komisji wynosiła 500 osób, ankieter zaczepiał co piątą osobę. Gdy ktoś odmawiał brał następną. Liczba odmów wyniosła 10-12 proc. Odmowy niekoniecznie wynikały z niechęci do badania, czy podejrzliwości. Zdarzało się, że wyborca po prostu nie był w stanie przypomnieć sobie, na kogo głosował do sejmiku albo to głosowanie myliło mu się z innym.

Może tu jest źródło straty PSL. Wyborcy popierali kandydatów PSL do rady gminy albo na wójta, a myliło się z sejmikami?

Możliwe, tego nie wiemy. Będziemy sprawdzać dalej.

Czy będziecie podawać następne korekty?

Możliwe, że podamy skorygowane wyniki jeszcze dzisiaj (22 października – red.) wieczorem, ale chyba nie będzie to miało sensu. Brakuje przede wszystkim wyników z największych miast, a te PKW poda dopiero jutro.

Na ile wiarygodne są wyniki wyborów na prezydentów?

Gdy różnica jest 1-2 procentowa nie można przesadzać wyniku.

Czyli Marcin Krupa (51,1 proc. w Katowicach) i Jacek Sutryk (50,1 proc.) we Wrocławiu nie mogą być pewni zwycięstwa w I turze.

We Wrocławiu badaliśmy 50 komisji, a jest ich kilkaset (309 – red.). Trzeba jeszcze poczekać. Natomiast zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego w Warszawie jest przesądzone. Generalnie, wyniki, które podajemy dzisiaj są bliskie ostatecznym.

Choć na oficjalne wyniki wyborów przyjdzie nam jeszcze poczekać co najmniej do środy, to nikt nie odbierze faktycznego i wizerunkowego zwycięstwa prezesowi Polskiego Stronnictwa Ludowego, Władysławowi Kosiniak-Kamyszowi.  Partia, która w 2015 roku ledwie przemknęła nad progiem i której przyszłość w elektoracie wiejskim rysowała się w czarnych barwach (PiS nie ukrywało, że ich głównym celem jest doprowadzić do ostatecznego wyrugowania ludowców z polskiej polityki), dziś niewątpliwie triumfuje. Co więcej, znacznie lepszy niż oczekiwany wynik na poziomie ok. 15% może pogrzebać marzenia partii Jarosława Kaczyńskiego o rządach w co najmniej połowie sejmików, zwłaszcza tam, gdzie słabe notowania ma Koalicja Obywatelska. Na dodatek, tak świetny wynik na początku maratonu wyborczego z pewnością pozwoli ludowcom się rozpędzić i odbudować poparcie w skali całego kraju.

Tam, gdzie jest niekwestionowany zwycięzca, musi być i przegrany. Tu wskazać go jest niezwykle łatwo – to namaszczony na nowego lidera obozu Zjednoczonej Prawicy, wychwalany pod niebiosa przez lidera PiS premier Mateusz Morawiecki. To on został twarzą tej kampanii, to on jeździł po całym kraju sypiąc pieniędzmi z rękawa i obiecując złote góry mieszkańcom małych miejscowości. Ostatnie trzy tygodnie kampanii wyborczej były już podporządkowane ostremu uderzeniu właśnie w Polskie Stronnictwo Ludowe i utrzymaniu poparcia wyborców, którzy w 2015 roku dali “dobrej zmianie” zielone światło. Wczorajsza decyzja dużej ilości wyborców, by powrócić do głosowania na PSL i uznanie ich jednak za lepszego przedstawiciela ich interesów niż partia Jarosława Kaczyńskiego, to największa porażka Morawieckiego i dowód jego nieskuteczności i braku wiarygodności w tym elektoracie. Jak widać bankster, który woli widzieć Polaków zapierdalających za miskę ryżu nie przekona rolników do głosowania na PiS, niezależnie od tego, jak wiele obieca i w jak bardzo patetyczne tony wejdzie na wiecowych wystąpieniach

Co to oznacza dla przyszłości premiera Morawieckiego? Otóż prezes Kaczyński, który swoim autorytetem poręczył za tego polityka, stoi dziś przed bardzo trudnym wyborem. Może przyznać się do klęski już dziś i na rok przed kluczowymi z punktu widzenia “dobrej zmiany” wyborami parlamentarnymi zmienić woźnicę rządowego powozu i znów zawalczyć o elektorat wiejski, bez którego niemożliwa będzie nie tylko większość konstytucyjna (w którą z pewnością mierzy prezes PiS), ale i w ogóle utrzymanie samodzielnych rządów w przyszłej kadencji Sejmu. Słabą stroną tego wyjścia jest to, że niespecjalnie ma na kogo zmienić, a sam zapewne nie czuje się już na siłach, by wrócić na fotel premiera.

Może też uwierzyć w deklarowane w tych wyborach zwycięstwo, twarzą tej wiktorii zrobić Morawieckiego i dać mu to, czego żąda, czyli rządu autorskiego, bez polityków, którzy rzucają mu kłody pod nogi. Jeśli zdecyduje się na to drugie, to już w najbliższych tygodniach, a na pewno przed świętami Bożego Narodzenia dojdzie do głębokiej rekonstrukcji rządu, w ramach której wylecą z niego wszyscy, którzy Morawieckiemu zaszli za skórę, z ministrem Ziobrą i byłą premier Beatą Szydło na czele. To wersja wydaje się mimo wszystko najbardziej prawdopodobna, gdyż prezes Kaczyński nie potrafi przyznawać się do błędu ani zgadzać się na wyraźny krok w tył. I choć wszyscy wiedzą, że postawił na złego konia, a jego koncepcja totalnie zawiodła, to nikt głośno powiedzieć mu się nie odważy. Lepiej klaskać i wychwalać nagiego króla.

Morawiecki pierwszy na bucie Kaczyńskiego, pierwszy do wykopu!

Holtei

Jeżeli potwierdzą się wyniki exit poll, Zjednoczona Prawica dostała pierwszą żółtą kartkę

Znaczenie niedzielnego głosowania wybiega daleko poza wybór prezydentów miast, wójtów, burmistrzów, radnych gmin, powiatów czy sejmików. To pierwszy z czterech etapów maratonu wyborczego. Wiadomo było, że jeśli obóz demokratyczny dobrze wystartuje, zwiększy swe szanse na kolejnych etapach, zwłaszcza że kalendarz mu sprzyja.

Podobnie rozumowała władza. Dlatego już na ostatniej prostej obserwowaliśmy objawy paniki. Partia wyprodukowała rasistowski, ksenofobiczny, antychrześcijański spot. Zapewne kierownictwo PiS wcześniej wiedziało z badań to, co dziś już wiedzą wszyscy.

Chociaż PiS uznaje wynik wyborów samorządowych za wielki sukces, to raczej wątpliwe, by w województwach, gdzie ta partia wygrała, była szansa na przejęcie sejmików. Stąd pomysł Jarosława Kaczyńskiego na koalicję. Przed wyborami mówił, że widziałby w niej SLD, jednak kiepski wynik tej partii (SLD lewica razem –  5,7%) nie daje szans na większość decyzyjną, nawet gdyby lewica zgodziła się na współpracę z PiS.

Wydawałoby się, że…

View original post 2 215 słów więcej

Młotkowy Morawiecki i Duda, któremu Donald Tusk nie każe czekać w korytarzu

Zwykły wpis

Znowu wizyta za oceanem i znów obrazek, który może zaszkodzić prezydentowi Andrzejowi Dudzie (46 l.). Tym razem krótki filmik. Na nim prezydent śmieje się i rozmawia z szefem Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem (61 l.). Ot, normalność w każdym kraju. Nie u nas. Rozdzwoniły się telefony od polityków PiS. – Kolejny dowód, że nie może być naszym kandydatem! – mówią.

Scenka miała miejsce w kuluarach posiedzenia ONZ w Nowym Jorku. Duda i Tusk czekali na swoją kolej przemówień. Kamery wychwyciły dość długą rozmowę obu polityków. Obaj panowie rozmawiają i się śmieją.

– No proszę bardzo. Widać! Mógł Duda tylko się przywitać i odejść, usiąść gdzie indziej. A to jest po prostu demonstracja z jego strony – mówi nam pierwszy polityk PiS. Przyznaje się, oczywiście nieoficjalnie, że jest w grupie namawiającej prezesa Jarosława Kaczyńskiego (69 l.), by uniemożliwić Dudzie reelekcję.

Oficjalnie oczywiście nikt w PiS nie wyjdzie poza „przekazy dnia”. Te są takie, że rozmowa z Tuskiem to nic takiego, obaj panowie pośmiali się i posiedzieli sobie, a kto będzie kandydatem na prezydenta, rozstrzygnie się jesienią 2019 r. i wszyscy w PiS czekają na decyzję… Dudy.

– Oj, to się prezesowi nie spodoba, on nie cierpi Tuska – mówi kolejny polityk PiS, który z kolei uważa, że Duda powinien ubiegać się o reelekcję, a jego prezydenturę uważa za gwarant jedności i spokoju w układzie władzy PiS. Ma nadzieję, że ta sytuacja z Tuskiem rozejdzie się po kościach. Otoczenie Tuska nie chce podgrzewać atmosfery wewnątrz obozu rządzącego. – Nic nie powiem, nic nie mówimy – powiedział Faktowi Paweł Graś (54 l.), najważniejszy doradca szefa RE.

Gdy Prawo i Sprawiedliwość znajdowało się w opozycji, wielokrotnie podkreślało, że gdy przejmą władzę w kraju to, w przeciwieństwie do rządzących z Platformy Obywatelskiej, nie będą się bać podejmowania trudnych decyzji. Teraz, gdy dzierżą niepodzielną władzę w kraju, przed takimi decyzjami uciekają, w sferze uzdrawiania sektora finansów publicznych zachowują się całkowicie beztrosko, przejadając rezerwy, pomniejszając oszczędności i rozdając publiczne pieniądze, a postawieni pod ścianą rozważają odwrócenie trudnych zmian, które poprzedni rząd wcielił w życie.

Taka właśnie sytuacja ma miejsce w przypadku przywilejów policjantów, które poprzedni rząd z powodzeniem ukrócił, zabierając funkcjonariuszom mocno nadużywane preferencje przy rozliczeniu zasiłków chorobowych czy przeprowadzając trudną, ale konieczną reformę wieku emerytalnego dla policjantów i innych służb mundurowych. Dziś, gdy rząd PiS boryka się z bezprecedensowym protestem policji, skutkującym już kilkudziesięciomilionowymi stratami (tylko w lipcu i sierpniu straty z tytułu niewystawionych mandatów szacuje się na 36 mln złotych) i perspektywą ogólnopolskiego protestu, resort spraw wewnętrznych i administracji zaczyna uginać się pod żądaniami związkowców, oferując nie tylko podwyżki (to akurat jest wskazane), ale i daleko idące przywileje tej grupy zawodowej.

Z ostatnich informacji wynika, że minister Joachim Brudziński złożył policjantom następującą propozycję:

  • nadgodziny płatne w 100 proc.
  • podwyżki w 2019 r. o 610 zł – płatne w dwóch transzach – od 1 stycznia i od 1 lipca
  • 100 proc. wynagrodzenia na zwolnieniu lekarskim dla funkcjonariuszy „pierwszej linii” (czyli biorących udział w akcjach policyjnych, zatrzymywaniu przestępców, rozpracowywaniu gangów itp.)
  • zdjęcie obowiązku ukończenia 55 lat przy przechodzeniu na emeryturę

Ta jednak została przez związkowców odrzucona – najwyraźniej zauważyli, że władza jest pod ścianą i skoro zaoferowała tak hojną propozycję, można przycisnąć ją jeszcze bardziej i ugrać jak najwięcej to tylko możliwe. Pozostają nieugięci i żądają podwyżek w łącznej wysokości 650 zł (na funkcjonariusza) od stycznia 2019 roku oraz 500 zł od stycznia 2020 roku. Ponadto – pisemnych gwarancji, iż takie kwoty zostaną im wypłacone. Oczekują też wprowadzenia 100-proc. odpłatności za nadgodziny, wprowadzenia pełnopłatnych zwolnień lekarskich za 30 dniu w roku oraz powrotu do dawnego systemu emerytalnego. Te m.in. żądania podtrzymali w podjętej w poniedziałek uchwale NSZZ Policjantów którą we wtorek przesłali do MSWiA. Jeśli do 2 października rząd się nie ugnie, protest zostanie przeprowadzony.

Joachim Brudziński ma więc nie lada problem. Pokazując swoją słabość i gotowość do dużych ustępstw sprowokował protestujących policjantów do dalszych protestów.Jeśli przystanie na wszystkie ich propozycje, to nie tylko mocno uderzy w budżet na przyszły rok, ale i zachęci inne grupy zawodowe (nie tylko mundurowe) do zaostrzenia protestów, których przecież w budżetówce nie brakuje.

Jak nie idzie, to nie idzie. Obóz władzy notuje ostatnio same porażki w procesie przejmowania władzy nad Sądem Najwyższym i złośliwi przewidują, że bez kolejnej, siódmej już nowelizacji kontrowersyjnej ustawy się nie obędzie. Nie od dziś wiadomo, że dla obecnego obozu władzy właśnie wykorzystywanie nieograniczonej możliwości kształtowania przepisów prawnych jest główną receptą na własną niemoc. Przekonanie, że przepis prawa, nawet jawnie sprzeczny z ustawą zasadniczą ma bezwzględną moc sprawczą jest w tym obozie bardzo silne, dlatego tak duże zniecierpliwienie i wrogość wywołuje powoływanie się przez przedstawicieli świata prawniczego na Konstytucję i jej bezpośrednie stosowanie. Właśnie okazuje się, że po raz kolejny będą jednak musieli uznać wyższość doświadczonych prawników z wieloma tytułami naukowymi nad niedouczonymi i często sfrustrowanymi swoimi zawodowymi niepowodzeniami magistrów.

Sędziowie Sądu Najwyższego, pozostając wierni zapisom ustawy zasadniczej zastosowali się dziś do nowych zapisów ustawy o Sądzie Najwyższym, jednak z pewnością nie w sposób, jakiego oczekiwał obóz rządzący. Ustawa przewidywała bowiem obowiązek zwołania zgromadzenia sędziów izby w celu wybrania jej nowego prezesa, jeśli wskutek wejścia w życie wprowadzonych przez PiS zmian dojdzie do usunięcia dotychczasowego prezesa z piastowanej funkcji. Jako że prezydent niecałe dwa tygodnie temu stwierdził przejście w stan spoczynku sędziego Iwulskiego (prezesa Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN) oraz sędziego Zabłockiego (prezesa Izby Karnej SN), osoby zastępujące ich na czas nieobecności owszem zgodnie z ustawą zwołały zgromadzenia sędziów, jednak podczas tych posiedzeń uznały, że zwoływanie zgromadzenia w celu przedstawienia trzech kandydatów na stanowisko prezesa Izby jest bezprzedmiotowe. Z komunikatu zamieszczonego na stronie Sądu Najwyższego wynika bowiem, że zdaniem sędziów biorących w nich udział przedmiotowe stanowiska pozostają obsadzone.

– Mamy prezesów dwóch Izb, w związku z tym sędziowie zebrani na zgromadzeniach uznali, że nie ma zgłaszania kandydatur na te funkcje, które nie są funkcjami wakującymi, są funkcjami obsadzonymi – powiedział sędzia Krzysztof Rączka, który poinformował media o podjętej decyzji.

Mateusz Morawiecki ogłosił, że przemysł stoczniowy w Szczecinie się odradza, ale była to tylko mistyfikacja. Miał być prom – nie ma promu. Miały być okręty – nic z tego nie wyszło. A z ulg podatkowych nikt nie skorzystał. Trzy lata temu PiS obiecał Szczecinowi złote góry. I na obietnicach się skończyło.

>>>

„Główne zarzuty PO zostały odrzucone” – twierdzi rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska. I właśnie dlatego premier opublikuje sprostowanie. Przecież to nie trzyma logiki.

Taka jest pisowska kupa.

Hairwald

To niewiarygodne, ale PiS znowu swoją ewidentną porażkę usiłuje przekuć w sukces. Tym razem chodzi o wyrok Sądu Apelacyjnego, który nakazał Mateuszowi Morawieckiemu przeprosić za wygłoszone przez kłamstwo na wiecu wyborczym w Świebodzinie. Mówił wtedy, że za rządów PO-PSL nie budowano dróg i mostów.

Otóż szef sztabu wyborczego PiS europoseł Tomasz Poręba napisał na Twitterze, że… Sąd Apelacyjny przyznał rację premierowi Morawieckiemu! – „1. Sąd nie nakazał przeprosin. 2. Wniosek został oddalony w części dotyczącej wnioskowanego oświadczenia, jak i zakazu rozpowszechniania informacji o braku budowy przez rząd koalicji PO-PSL dróg oraz mostów. 3. Sąd Apelacyjny przyznał rację PMM w zakresie wypowiedzi „nie było dróg i mostów”. 4. PMM ma wydać jedynie oświadczenie które zostanie opublikowane” – napisał Poręba.

W internecie zawrzało. – Panie Poręba, zmiłuj się, nie zaklinaj już tej rzeczywistości. Morawiecki powiedział nieprawdę, czyli skłamał”; – „Brzydko, panie Poręba, tak manipulować. A i z czytaniem ze zrozumieniem kłopoty”…

View original post 3 351 słów więcej

Czy Morawiecki nie doznał urazu goleni prawej?

Zwykły wpis

Zbigniew Gryglas (kiedyś Nowoczesna, obecnie o Gowina przy PiS) wypowiedział się w programie „Rzecz o polityce” (Rzeczpospolita) na temat wyborów prezydenckich w Warszawie.

Mecenas Roman Giertych zareagował na uwolnienie Tomasza Komedy, który został niewinnie skazany na 18 lat więzienia.

Poseł Platformy Obywatelskiej Cezary Tomczyk, powołując się na informację Komendy Głównej Policji, podsumował na Twitterze koszty jakie ponieśli polscy podatnicy, z tytułu celebrowania kolejnych miesięcznic smoleńskich.

Okazuje się, że od 2015 roku, czyli od kiedy PiS przejęło władzę, ponad 32 tysiące policjantów ochrania imprezy na Krakowskim Przedmieściu, a ich organizacja pochłonęła dotąd blisko 3 mln złotych.

Żeby zwykły poseł Kaczyński mógł w należytym komforcie przeżywać to wydarzenie, co miesiąc na zabezpieczenie miesięcznic z całej Polski zjeżdżają się oddziały policyjne. Ostatnio pojawiły się także barierki, które w samym centrum stolicy, oddzielają wyznawców PiS od świata zewnętrznego, czyniąc je na jeden dzień fortecą wyłącznie do dyspozycji jednego człowieka. Wszystko to oczywiście pokrywane jest z naszych podatków.

Jak wiemy, za protesty wobec kolejnych miesięcznic policja zatrzymuje obywateli i stawia im zarzuty zakłócania wydarzenia o charakterze religijnym, chociaż wszyscy doskonale wiemy, że to nic innego jak cyklicznie powtarzana polityczna manifestacja lojalności wobec lidera PiS.

Wzrost liczby policjantów ochraniających miesięcznice smoleńskie, to zdaniem rządzących oczywiście wina polityków opozycji, którzy rzekomo wciąż zaogniają sytuację, a także Obywateli RP, którzy te miesięcznice chcą blokować, czym stwarzać mają zagrożenie dla uczestników tych pochodów.

Jednak w odczuciu zdrowo myślącego społeczeństwa konwencja comiesięcznych imprez na Krakowskim Przedmieściu to po prostu atak na wolność zgromadzeń i w tych ramach nieuzasadniony priorytet dla zgromadzeń cyklicznych. Chodzi o „twór” wymyślony dla satysfakcji samego Kaczyńskiego, zmierzającego do budowy mitu założycielskiego PiS-owskiej władzy, w postaci “tajemniczej śmierci” elity państwa w Smoleńsku. Z tym jednak zastrzeżeniem, że teraz to już chodzi wyłącznie o elity PiS.

Jacek Harłukowicz (Gazeta Wyborcza Wrocław) zareagował na wypowiedź Cezarego Gmyza (TVP) na temat prof. Ryszarda Krasnodębskiego.

Cezary Gmyz, jeden z czołowych dziennikarzy rządowej TVP, miał w grudniu minionego roku „chwilę słabości” i bez większego zastanowienia pogroził byłemu wicepremierowi, Romanowi Giertychowi.

„Giertych do wora, wór do jeziora” – w ten sposób telewizyjny korespondent w Berlinie skomentował na Twitterze wpis mecenasa, w którym wyraził on zdziwienie, iż rządowa telewizja obraziła się, za to „że w reklamie książki pt. „Kroniki Dobrej Zmiany” nazwaliśmy Kurskiego kłamcą”. „Ja nie obrażam się, gdy ktoś mi mówi, że jestem wysoki” – napisał wówczas Giertych.

Równocześnie mecenas poinformował, że „niemieckie organy ściągania rozpoczynają sprawę „nawoływania przez Cezarego Gmyza do zabicia go”. Nawiązując do niedawnego przykrego incydentu na wrocławskiej uczelni, dodał: „Dziwię się Panu Gmyzowi, że zajmuję się atakowaniem starszych profesorów. Powinien raczej przygotowywać się do obrony”. Wyjaśnił przy okazji, że sprawą zajmuje się niemiecka prokuratura, ponieważ Cezary Gmyz pracuje w Niemczech i z tego kraju „namawiał do zabicia”.  „Właściwość prokuratury niemieckiej wynika z pańskiego miejsca zamieszkania”- napisał krótko prawnik.

Powszechnie znany z nonszalancji i bezpardonowych ataków na przeciwników politycznych dziennikarz, z miejsca ruszył do kontrataku i w dość żałosnym stylu „odpalił”: „Podpowiecie mi jak nazywa się takich co Niemcom donoszą na rodaków?”

„O znowu kolejny, którego »Niemcy biją«. Zamiast teraz płakać trzeba było myśleć, zamiast hejtować” – zauważył były wicepremier.

W internecie pod tą wymianą zdań zawrzało. Ktoś przytomnie skomentował: Pan Giertych ma rację – w Niemczech „życzliwy” pisowski prokurator nie skręci sprawy, a i PAD nie uniewinni!!!”.

Dziennikarze Onetu Bartosz Węglarczyk i Janusz Schwertner informują o wywiadzie premiera Mateusza Morawieckiego dla niemieckiego portalu n-tv.de.

To pytanie może okazać się ze wszech miar zasadne, kiedy Jarosław Kaczyński zorientuje się, że namaszczony przez niego premier… niepochlebnie wypowiedział się na temat Węgier. Bo czym innym są mało przemyślane wypowiedzi dotyczące ustawy o IPN, jak choćby słynne już słowa z Monachium… Czym innym układanie historii na nowo, przeciw czemu protestował prof. Ryszard Krasnodębski… Te wypowiedzi z pewnością nie rażą uszu prezesa PiS.

Jednak uderzanie przez Morawieckiego w Węgry – jedynego sojusznika PiS – może mieć swoje konsekwencje. Onet.pl pisze o wywiadzie, który został opublikowany w niemieckim portalu „n-tv.de” w połowie lutego. Przeszedł on niezauważony, bo został „przykryty” przez wspomnianą już wypowiedź Morawieckiego w Monachium, która odbiła się szerokim echem w świecie i zaostrzyła konflikt z Izraelem.

W wywiadzie dla niemieckiego portalu Morawiecki, mówiąc o stosunkach na linii Polska-UE, stwierdził: – „Jesteśmy w Polsce bardzo daleko od sytuacji poważnego naruszenia zasad praworządności. Gdy porównuję sytuację w Polsce, która ma bardzo niski poziom korupcji i kwitnącą demokrację, z sytuacją u naszych przyjaciół z Bułgarii, Rumunii albo Czech – gdzie wszędzie jest pełno korupcji – albo do Węgier, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać”. Prowadzący wywiad dopytał: – „Skoro to takie jasne, to dlaczego Unia Europejska tego nie dostrzega?”. – „Dobre pytanie” – odparł Morawiecki. Tyle i aż tyle!

Onet poprosił o komentarz do tych zaskakujących słów premiera rzeczniczkę rządu Joannę Kopcińską. W odpowiedzi przesłała dane dotyczące korupcji z raportu Transparency International (tak na marginesie – od kiedy PiS przejmuje się raportami międzynarodowych organizacji?). Nie odniosła się jednak do meritum sprawy, czyli atakowaniu przez Morawieckiego najbliższego sojusznika PiS… Jedno jest pewne – kiedy słucha się premiera, to rzeczywiście nie wiadomo: śmiać się czy płakać i ta uwaga dotyczy większości jego wystąpień.

Paweł Cywiński – brat Piotra Cywińskiego (dyrektor Muzeum Auschwitz) opisuję nagonkę prawicy na jego brata.

Od kilku miesięcy Piotr Cywiński, dyrektor Muzeum Auschwitz jest atakowany i przez PiS, i prawicowe media, i przez hejterów. Sam Piotr Cywiński w rozmowie z onet.pl przyznał, że żyje „w sytuacji największego i najdłuższego hejtu”, jaki mu się przytrafił od momentu objęcia stanowiska, a było to w 2006 r.

Piotra Cywińskiego broni jego brat Paweł. Na Facebooku opisuje, z czym musi mierzyć się dyrektor Muzeum Auschwitz. – „Od 50 dni najpaskudniejsze odmęty polskiej prawicy rozpętały wobec niego niezwykle potężną nagonkę. Zbudowaną na co najmniej kilkunastu kłamliwych zarzutach. Wielokrotnie dementowanych i wielokrotnie odżywających. Dziesiątki artykułów na szemranych portalikach, setki zaangażowanych kont tweeterowych, tysiące podobnie brzmiących tweetów, wulgaryzmy, memy, groźby, oszczerstwa, donosy. Do wyrzygania”.

Opisuje też działalność Piotra Cywińskiego: – „Mój brat pracuje na jednym z najcięższych odcinków walki o pamięć, której zadaniem jest obrona ludzi przed ich najstraszniejszymi instynktami. Walka ta jest niezwykle trudna, bo chodzi w niej nie tylko o pamięć polską, ale poniekąd całej ludzkości. A jak wiadomo – różnie się pamięta. Piotr od dwunastu lat jest dyrektorem Auschwitz Memorial / Muzeum Auschwitz. Dwanaście długich lat pracy w jednym z najstraszliwszych miejsc na świecie”.

W obronie Piotra Cywińskiego wystąpiła także Polska Rada Chrześcijan i Żydów. – „Znamy osobiście dr. Cywińskiego, jego kompetencje i poświęcenie w pracy na rzecz pamięci o tragedii, jaka się w tym miejscu dokonała. Znamy liczne krajowe i międzynarodowe niezwykle pozytywne opinie o funkcjonowaniu Muzeum Auschwitz-Birkenau, którym Cywiński umiejętnie i ofiarnie kieruje od 2006 r. Znamy kształt muzealnej ekspozycji na terenie Miejsca Pamięci i ogrom wykonywanej tam pracy, także edukacyjnej. Można by jedynie życzyć polskim instytucjom kultury tak kompetentnego kierownictwa i tak dalekosiężnej wizji” – napisano w oświadczeniu.

Według Rady, kontrowersje wokół Auschwitz-Birkenau to „ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje nasza ojczyzna. Wyrażamy nasze poparcie dla dyrektora Piotra Cywińskiego i apelujemy o wsparcie dla niego do wszystkich ludzi dobrej woli. Ewentualne personalne rozgrywki wokół Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau z pewnością odbiłyby się szerokim echem w całym świecie, ukazując Polskę w fatalnym świetle”. Pod oświadczeniem podpisali się współprzewodniczący Rady ze strony żydowskiej Stanisław Krajewski i współprzewodniczący ze strony chrześcijańskiej Zbigniew Nosowski.

NIESIOŁOWSKI O DEGRADACJI JARUZELSKIEGO I KISZCZAKA: HAŃBA. ODCZEPCIE SIĘ OD ZMARŁYCH. ONI SĄ JUŻ NA INNYM SĄDZIE

W #TYLKONATEMAT ciekawy wywiad z Michałem Kamińskim, kiedyś spin doctorem PiS, potem PO, obecnie członkiem poselskiego klubu Unii Europejskich Demokratów.

Michał Kamiński odniósł się najpierw do najnowszej akcji PO zapoczątkowanej ustawieniem przed siedzibą PiS na Nowogrodzkiej billboardów, przypominających, ile pieniędzy zgarnęli dla siebie ministrowie obecnego rządu. Wreszcie działanie, które można ocenić pozytywnie, bo jak twierdzi „odwołuje się do chyba największej z tych bomb zegarowych, tykających pod koalicją Prawa i Sprawiedliwości, Solidarnej Polski i Porozumienia”. Pazerność władzy na pieniądze jest, obok klerykalizmu i narastającej izolacji Polski na arenie międzynarodowej, tym co może PiS-owi już niedługo najbardziej zaszkodzić. „Gdy ludzie widzą, że Beata Szydło sama sobie przyznała 65 tys. nagrody, to siadają przy rodzinnym stole i zaczynają przeliczać, co oni mogliby by z taką sumą zrobić…”, a co za tym idzie, zaczynają rozumieć, że wcale nie jest tak, jak im się mówi.

Kolejną bombą jest polska polityka zagraniczna. Dziennikarz, prowadzący rozmowę zauważa, że wprawdzie wydaje się ona być niewypałem, bo „przecież mądre głowy mówią, iż zwykłych Polaków sprawy międzynarodowe nie interesują. I powiedziałbym tak, gdyby nie fakt, że przez dwa dni z rzędu jednym z najchętniej czytanych w naTemat tekstów był ten o opinii Andrzeja Dudy na temat UE”słusznie, więc twierdzi Michał Kamiński, że jednak coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, iż to my, obywatele zapłacimy największą cenę za „awanturnictwo polityków PiS”. „Realne kłopoty w realizacji życiowych planów, strata pieniędzy i utrata dumy z polskiego paszportu” odbiją się mocno na poparciu dla władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Michał Kamiński podkreśla, że prezes PiS świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego właśnie dokonał zmiany na stanowisku premiera. Beatę Szydło zastąpił Mateusz Morawiecki, który miał poprawić nasz wizerunek i relacje na arenie międzynarodowej. Niestety, nowy premier zupełnie sobie z tym nie radzi. Dostał bowiem „taki bagaż od partii, iż nie podołał postawionemu przed nim zadaniu. I już wiadomo, że nie podoła mu w przyszłości”. Polityk zwraca uwagę, że „Proces zużywania się tej władzy – z czego część mądrych ludzi w PiS już zdaje sobie sprawę – postępuje szybciej niż można było się spodziewać. Główną siłą Zjednoczonej Prawicy pozostaje tylko to, że ludzie na razie nie uwierzyli w żadną alternatywę. Jednak choćby ostatnie przedterminowe wybory w Nadarzynie pokazują, że obywatelski kandydat może rozłożyć na łopatki nawet kandydata cieszącego się osobistym poparciem premiera Morawieckiego. Jednocześnie coraz bardziej jest zmobilizowany obóz „antypisowski”, co źle wróży rządzącej partii.

W rozmowie nie zabrakło również tematu związanego z klerykalizmem, który według Michała Kamińskiego, jest trzecią, mocno tykającą, bombą. Połączona „pazerność księży z pazernością władzy, musi skończyć się potężnym wybuchem. I on tę władzę prędzej czy później wywróci”. Trudno nie zgodzić się z tymi słowami.

Michał Kamiński nie chciał rozmawiać o PO i Grzegorzu Schetynie, uznając, że to nie czas, by prowadzić jakieś tam walki w obrębie opozycji. Natomiast chętnie opowiadał o współpracy swego klubu poselskiego z PSL, podkreślając, że to uczciwy układ. PiS liczyło, że przejęcie posła PSL, Mieczysława Baszko, doprowadzi do likwidacji klubu ludowców. Jednak wsparcie właśnie UED pomogło zażegnać to niebezpieczeństwo. Tak więc teraz oba kluby współpracują ze sobą w parlamencie, zachowując jednak prawo do różnienia się i realizacji zadań, wynikających z ich założeń programowych.

Warto na zakończenie przytoczyć słowa Mariusza Kamińskiego, który mówi – „Taktyka opozycji na walkę z PiS musi przypominać polowanie na wieloryba, a nie strzelanie do wróbla. Polując na wróbla, można zakładać, że on zginie od jednego celnego strzału. PiS jest tymczasem wielorybem, którego łatwo nie da się położyć. Najpoważniejszym błędem mentalnym środowisk opozycyjnych jest to, iż wszyscy spodziewają się, że jedna afera zrujnuje „dobrą zmianę”. Nic z tego! Źródła poparcia dla nich są bowiem tak mocne, że boleśnie zapłacą dopiero za całą sumę rozpętanych afer”. Tak więc, czekamy….

Walka PiS z niewygodną prawdą historyczną trwa w najlepsze. W związku z obchodami 50 rocznicy Marca’68 IPN usunął Adama Michnika, jednego z głównych bohaterów tego wydarzenia, ze swojego spotu. Teraz, jak informuje czytelników oko.press, do tej niechlubnej akcji manipulowania historią dołączyła Polska Fundacja Narodowa.

Mieszkańcy „dekomunizowanych” ulic w Warszawie otrzymują pocztą broszurkę „Godność Niepodległej”, w której znajdują się fotografie i krótkie notki biograficzne nowych patronów oraz tych, niezdekomunizowanych. Jedna z ulic, kiedyś 17 Stycznia, to dzisiaj Komitetu Obrony Robotników. W biogramie nie znalazło się jednak miejsce dla Adama Michnika, a na zdjęciu KOR-u jego twarz została przesłonięta wielkim stemplem z napisem „po dekomunizacji”. Na fotografii są Antoni Macierewicz, Adam Michnik, ksiądz Stanisław Małkowski, Jacek Kuroń (leży), Kazimierz Wóycicki, Konrad Bieliński, Mariusz Wilk i Kazimierz Janusz, a została ona zrobiona podczas głodówki w kościele św. Krzyża, jaką prowadzili członkowie KOR w październiku 1979 roku. Wszyscy są bardzo wyraźnie pokazani, tylko ten jeden, niewygodny, „zastemplowany”.

Na wszystkich pozostałych zdjęciach, które znajdują się w broszurze, stempel znajduje się z boku, by nie przesłaniać osób na fotografii, tylko w tym przypadku jest inaczej.

Takie przekłamanie historyczne firmuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Instytut Pamięci Narodowej, których logotypy również znajdują się na broszurce. I taka „przekłamana” broszurka ma też trafić do mieszkańców innych miejscowości w Polsce. Wszędzie tam, gdzie „zdekomunizowano” ulice. Do tego banery, plakaty… i wszystko to, jakże zgodne z polityką historyczną obecnej władzy. Ciekawe, kto jeszcze zostanie „zagumkowany” a kto znajdzie się na piedestale „nowych bohaterów”, co to z tymi rzeczywistymi niewiele mają wspólnego.

Trochę dziwi mnie też zaangażowanie PFN w tego typu działania. Przecież instytucja ta powstała w 2016 roku po to, by „promować Polskę za granicą”. Miała być niezależna politycznie, rzetelna i uczciwa w swych działaniach, a jednak jej „prorządowość” aż bije po oczach. Jak na razie, za otrzymane 243 miliony zł, Polska Fundacja Narodowa zasłynęła akcją „Sprawiedliwe Sądy”, mającą usprawiedliwić reformę sądownictwa, no i teraz ta nieszczęsna broszurka. Trzeba przyznać, że to niezła kasa za takie „osiągnięcia”.

Waldemar Mystkowski pisze i Beacie Szydło.

Nie znamy wyroków historii. Beata Szydło też nie zna. Czy będzie zapamiętana z „sukcesu” 1:27 w walce z rodakiem Donaldem Tuskiem, czy z wypadku samochodowego w Oświęcimiu 10 lutego ubiegłego roku? Jednakże dla mnie pozostanie potwierdzeniem spostrzeżenia Włodzimierza Lenina, iż państwie prawa i sprawiedliwości komunizmu może rządzić kucharka.

W komunie do tego ewenementu nie doszło, Nadieżdę Krupską ubiegł Józef Stalin, ale doszło do tego w Polsce. Jarosław Kaczyński nie chciał ubiec Szydło, która potwierdza regułę, iż osoby bez kompetencji w jakiejkolwiek dziedzinie mogą dać się wszystkim we znaki, jednak z chwilą zniknięcia stają się obojętne. Zapominamy o nich z westchnieniem ulgi: och, jak fajnie, że ich zasłużenie już nie ma na agendzie publicznej.

Przeszło rok prokuratorzy badali przyczyny prostego wypadku, w którego spowodowanie chcieli wrobić bogu ducha winnego młodego kierowcę seicento, Sebastiana K. Była nawet supozycja, aby zlecić badanie przyczyn wypadku niemieckim rzeczoznawcom. Nie doszło jednak do tego, bo nie wszystkie narody mają poczucie humoru Mrożka i Barei.

Faktyczny stan prawny z wypadkiem Szydło na dzisiaj mamy następujący. Prokurator regionalny rozpatrzył wniosek prokuratora okręgowego o rozwiązanie zespołu prokuratorów śledczych. Jednocześnie prokurator okręgowy wysłał do sądu wniosek o warunkowe umorzenie postępowania w sprawie przeciwko kierowcy seicento.

To powinno zamknąć sprawę badania wypadku z udziałem Szydło. Specjalnie nie używam nazwisk prokuratorów, bo nie są godni żadnego zapamiętania, a śledztwo jest nawet bardziej skomplikowane, niż tutaj opisuję, a to z tej przyczyny, aby publika nie zrozumiała, że organa państwa dały ciała. Jest to typowe pisowskie „chachmęctwo do imentu”. Tak naknocić, aby nikt nie chciał dotknąć się tego zakalca.

Sypała się już wcześniej koncepcja oskarżenia Sebastiana K. Mianowicie trzech prokuratorów śledczych odmówiło prokuratorowi okręgowemu oskarżenia wyłączenia ze śledztwa dowodów wskazujących, czy rządowe auta były kolumną uprzywilejowaną w ruchu, a więc czy miały włączone sygnały świetlne i dźwiękowe oraz niewątpliwej winy funkcjonariuszy ówczesnego Biura Ochrony Rządu.

Tak prostego faktu prokuratura nie potrafiła dociec, czy używano sygnałów. Nawet padło pod adresem Sebastiana K. takie oto oskarżenie: „nie zachował należytej ostrożności „. Co to znaczy? Wiadomo – nic, ale działa jako oskarżenie. A w gruncie rzeczy winą młodego kierowcy jest to, iż śmiał jechać drogą publiczną.

Umorzenie w sądzie ma ten walor prawny, iż prokurator nie chce sądzić Sebastiana K., ale zwala winę na niego, uznaje go winnym bez skazania. W ten sposób prokuratura sama siebie ustanawia sądem. Zauważmy, iż bez porozumienia stron. Ale „winny nieskazany” nie godzi się na takie potraktowanie. Obrońca Sebastiana K., mec. Władysław Pociej zapowiada walkę o prawdę przed sądem.

I słusznie! Prawne państwo polskie zostało sknocone do imentu, odbiera się honor niewinnym osobom, uznając ich łaskawie za winnych nieskazanych. Ale to Beata Szydło walnęła w przysłowiowe drzewo i znalazła się na śmietniku historii. Oby tam została na zawsze.

iustitia.pl