Tag Archives: Grzegorz Rzeczkowski

Katolickie wartości są wrogie dziecku

Zwykły wpis

Tak uważają rodzice dzieci, które urodziły się dzięki tej metodzie zapłodnienia pozaustrojowego. Chodzi o wypowiedzi Mikołaja Pawlaka, który jeszcze jako kandydat na Rzecznika Praw Dziecka, metodę in vitro nazwał „niegodziwą”. A później – zamiast wycofać się ze swoich słów, jeszcze bardziej się pogrążył. – „Użyłem być może słowa z terminologii etycznej, może trzeba było użyć bardziej trafnego – metoda nieetyczna” – mówił Pawlak w TVP Info.

„Kwestionowanie, już na początku swojej działalności, sensowności urodzeń wielu polskich dzieci, w tym również tych blisko 22 tys. urodzonych dzięki zaledwie trzyletniej refundacji leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego, oraz wartościowanie moralne ich istnień, godzi w sposób okrutny w tysiące osób w Polsce – dzieci, ich rodziców, bliskich i przyjaciół. Rzecznik Praw Dziecka powinien stawać w obronie najmłodszych i ich rodzin, a nie popularyzować własne poglądy i dawać przyzwolenie na mowę nienawiści, z jaką nasze dzieci muszą się konfrontować od najmłodszych lat” – napisali rodzice w swoim oświadczeniu. Uważają, że jego poglądy stoją w sprzeczności z art. 3 ustawy o Rzeczniku Praw Dziecka, który stanowi, iż „Rzecznik (…) podejmuje działania w celu zapewnienia dziecku pełnego i harmonijnego rozwoju, z poszanowaniem jego godności i podmiotowości”.

W internecie zbierane są podpisy pod petycją w sprawie odwołania Pawlaka. – „Rzecznik Praw Dziecka to funkcja ważna i zaszczytna, to miejsce dla kogoś, kto ma wrażliwość społeczną, empatię i szacunek dla WSZYSTKICH dzieci. Pan Mikołaj Pawlak, prezentując swoje poglądy i stygmatyzując swoją wypowiedzią dzieci urodzone w wyniku metody in vitro, podaje w wątpliwość trafność wyboru swojej osoby na Rzecznika Praw Dziecka. Nie obroni dzieci przed krzywdą, skoro sam je atakuje i stygmatyzuje” – napisano w petycji.

Depresja plemnika

„Tłumacze nigdy nie powinni być wzywani do składania zeznań w sprawie rozmów, które tłumaczyli. Poufność i obowiązek zachowania tajemnicy stanowią fundamentalne wartości w pracy tłumaczy ustnych na całym świecie” – napisano w oświadczeniu Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych. To akt solidarności z tłumaczką Magdą Fitas-Dukaczewską, którą prokuratura chce przesłuchać w sprawie tzw. zdrady dyplomatycznej byłego premiera Donalda Tuska. Więcej na ten temat we wpisie: „Polowanie na Tuska”.

Międzynarodowe Stowarzyszenie Tłumaczy Konferencyjnych przypomina o zasadach, stosowanych na całym świecie od czasów II wojny światowej. – „Członkowie Stowarzyszenia związani są najściślejszą tajemnicą, której należy przestrzegać wobec wszystkich osób i wszystkich informacji ujawnianych w trakcie wykonywania zawodu na jakimkolwiek spotkaniu, które nie jest otwarte dla publiczności”.

Murem za Fitas-Dukaczewską stanęli też dwaj byli premierzy, dla których pracowała. Leszek Miller powiedział w TVN24, że nie powinna być przesłuchiwana. – „Ci, którzy idą do konfesjonału zakładają, że to, co tam powiedzą, zostanie między nimi a kapłanem…

View original post 2 142 słowa więcej

 

PiS nam funduje zdeprawowany kraj

Zwykły wpis

Wczorajszym gościem “Faktów po faktach” był były premier Włodzimierz Cimoszewicz, który uważa, że Nowoczesna przed wyborami samorządowymi nie miała żadnej realistycznej opcji wyboru. Gdyby ugrupowanie Katarzyny Lubnauer poszło samodzielnie do tych wyborów, to one obnażyłyby de facto nieistnienie już tej formacji – “(…) W tej chwili, ja osobiście uważam, że to co się wydarzyło w tych dniach wczoraj i dzisiaj, to jest rodzaj burzy w szklance wody​ (…)” – mówi Cimoszewicz, odnosząc się do odejść z Nowoczesnej.

“(…) Jako człowiek, który przez 30 lat zajmował się polityką, mam zero, ale to zero wątpliwości, że sondaże pokazujące, że zjednoczona opozycja może wygrać z PiS-em, a rozbita nie, są trafne (…) – mówi opierając się na swoim doświadczeniu politycznym. Były premier dodaje, że takie sondaże są swoistym przykazaniem bożym mówiącym – “(…) jeżeli oni się nie zjednoczą, nie wystawią wspólnej listy (…) to będą współodpowiedzialni za przedłużenie rządów PiS-u (…)”.

Cimoszewicz postawił bardzo mocną tezę – “(…) nie chodzi o kolejne lata dyskomfortu, irytacji, złości i tak dalej, tylko chodzi o duże prawdopodobieństwo przekształcenia i zdeprawowania ustroju naszego kraju na pokolenia (…) – zaznaczył. Podkreślił, że to będzie miara odpowiedzialności liderów opozycji, którzy nie zrozumieją konieczności obecnej sytuacji.

Gość programu odniósł się także do czwartkowego zatrzymania przez CBA byłego szefa KNF i sześciu podległych mu urzędników. Według niego rację mają ci, którzy wskazują, że zatrzymano grupę ludzi niezwykle aktywnych w KNF w domaganiu się, aby SKOK-i mające całą sieć powiązań ze środowiskiem Prawa i Sprawiedliwości, zostały objęte nadzorem KNF-u – “(…) To właśnie ci ludzie, którzy walczyli o przejrzystość i bezpieczeństwo oszczędzania w SKOK-ach, są dzisiaj zatrzymani” – konkluduje. Przypomnijmy, że były zastępca przewodniczącego KNF – który też jest wśród zatrzymanych – został brutalnie pobity przez gangsterów wynajętych przez zarząd SKOK-u Wołomin za to, że powiadomił prokuraturę o nadużyciach w SKOK-ach.

Jeżeli PiS pozostanie dłużej przy władzy, grozi nam deprawacja kraju na długo.

Depresja plemnika

CBA zatrzymało szefów Komisji Nadzoru Finansowego z czasów rządu PO-PSL. Urzędnicy ci tropili nadużycia w systemie SKOK. Wśród nich jest Wojciech Kwaśniak, wiceszef KNF, którego omal nie zabili gangsterzy wynajęci przez SKOK-Wołomin.

– Krew była na podwórku, w łazience, na płaszczu i marynarce. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że mąż przeżył. Miał pękniętą czaszkę, złamaną rękę, którą się bronił, tylko na głowie założono mu kilkadziesiąt szwów – wspomina Agata Kwaśniak wydarzenia z 16 kwietnia 2014 r.

W 2014 Kwaśniak przeżył „dzięki zbiegowi okoliczności”

Tego dnia Wojciech Kwaśniak został napadnięty przed swoim domem w Warszawie przez gangstera. Zamach zlecił członek władz SKOK-Wołomin, drugiej co do wielkości Kasy systemu SKOK. Była to zemsta za wykrycie nadużyć w tej Kasie. Napastnik dopadł wiceszefa KNF po jego powrocie z pracy i bił po głowie pałką teleskopową. Bandyta wycofał się, gdy usłyszał nadjeżdżający samochód sąsiada. Pobiegł do lasu. Zostawił ślad: zakrwawioną pałkę, którą porzucił w czasie…

View original post 2 295 słów więcej

PiS-owi Unia przeszkadza, więc będą z niej wyprowadzać Polskę

Zwykły wpis

PiS w dłuższej perspektywie wyprowadzi nas z Unii Europejskiej? Jarosław Kaczyński gorąco zapewnia, że to nieprawda, ale jeśli pozbiera się wypowiedzi polityków obozu władzy o UE i dorzuci ostatnie działania ministra Ziobry, intencje rządzących wydają się oczywiste.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wysłał do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie, czy traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej jest zgodny z polską konstytucją. Chodzi o traktatowy przepis, dzięki któremu sądy krajowe mogą zadawać pytania prejudycjalne unijnemu Trybunału Sprawiedliwości.

Jeśli polski sąd konstytucyjny – działający pod dyktando PiS – uzna sprzeczność traktatu z ustawą zasadniczą, to mamy do wyboru trzy opcje:

  • zmienić konstytucję,
  • zmienić traktat,
  • rozpocząć procedurę wyjścia z Unii.

Dwa pierwsze wyjścia są w praktyce niemożliwe, zostaje więc trzecie rozwiązanie.

Można się pocieszać, bo PiS niby trochę się przestraszył, że akcja Ziobry może obniżyć wynik obozu władzy w wyborach samorządowych, ponieważ Polacy są wciąż do Unii przywiązani. Prezes Jarosław Kaczyński zaklina się, że absolutnie nikt w jego obozie nie myśli o wyprowadzeniu Polski z unijnych struktur.

Parafie rzymskokatolickie w Gdańsku wspierają kandydatów PiS, użyczając im sal na spotkania i miejsc na plakaty wyborcze. – Ja promuję wartości chrześcijańskie, to jest normalne działanie obywatelskie – mówi proboszcz Adam Kalina, u którego reklamuje się m.in. radna PiS Anna Kołakowska, walcząca z równouprawnieniem osób homoseksualnych i skazana za znieważenie posłanki PO.

Ksiądz Adam Kalina, proboszcz parafii św. Urszuli Ledóchowskiej w Gdańsku-Chełmie, zezwolił na wywieszenie na terenie parafii reklam trojga polityków. Plakaty kandydata PiS na prezydenta Gdańska Kacpra Płażyńskiego wiszą w dwóch gablotach z ogłoszeniami parafialnymi. To zaproszenia na spotkanie z Płażyńskim do salki parafialnej przy kościele ojca Pio w Gdańsku-Ujeścisku.

Na płocie parafialnym przy przedszkolu prowadzonym przez proboszcza Kalinę wiszą banery radnej z klubu PiS Anny Kołakowskiej (kandyduje teraz do sejmiku z listy Ruchu Narodowego) oraz Kazimierza Koralewskiego, szefa klubu radnych PiS w Gdańsku. Ich plakaty znalazły się również na tablicy reklamowej stojącej przed kościołem.

– Proboszcz jest gospodarzem tego miejsca, rozmawiałem z nim i zgodził się, bym zawiesił swoje materiały wyborcze – mówi Kazimierz Koralewski. – Nie było z tym problemu, często bywam w kościele Świętej Urszuli Ledóchowskiej, znam księdza proboszcza, czasami użyczał nam salki na spotkania.

>>>

Kościół nie ukrywa ścisłych związków z PiS.
Banery PiS w kościołach. Politycy PiS przemawiający na mszy od ołtarza. KK milczy w sprawie antychrześcijańskiego spotu PiS.

Holtei

Na kilkanaście godzin przed wyborami „Gazeta Wyborcza” ma odpalić polityczną bombę, która może zachwiać w posadach słynną spółką Srebrna oraz sceną polityczną. Chodzi o domniemany układ towarzysko-biznesowy, za którym ma stać Jarosław Kaczyński.

Jak ujawniono w czwartkowy wieczór, na dzień przed ciszą wyborczą „Gazeta Wyborcza” opublikuje artykuł pod jakże intrygującym tytułem „Deweloper Kaczyński”. Zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” (a prywatnie brat prezesa TVP) Jarosław Kurskizapowiada, że jego dziennik przedstawi bliżej spółkę Srebrna.

„Wieeeeelkie pieniądze, uwłaszczenie na publicznym majątku, osobiste zaangażowanie Jarosława Kaczyńskiego” – tak Kurski reklamuje okładkowy tekst na piątek. Dziennikarz twierdzi, że chodzi właśnie o takie związki polityki i biznesu, które prezes Prawa i Sprawiedliwości nazywał „patologicznym układem towarzysko-biznesowym”.

Wygląda więc na to, że zapowiadany tekst „Gazety Wyborczej” może być bombą, która tylko mocniej zaszkodzi i tak słabnącym ostatnio notowaniom PiS i może się odbić na wyniku wyborów samorządowych, które już w najbliższą niedzielę.

Podczas dokonywania zmian w…

View original post 4 514 słów więcej

Dudę przed Trybunał Stanu, także Szydło i Morawieckiego, a Kaczyńskiego przed sąd powszechny

Zwykły wpis

4 października Andrzej Duda jechał na spotkanie z mieszkańcami Oświęcimia. Podczas przejazdu kolumny samochodów rządowych przez miasto, wybiegł na ulicę dziewięcioletni chłopiec i został potrącony przez jeden z radiowozów. Na szczęście dziecko nie odniosło poważniejszych obrażeń. Skończyło się na krótkiej obserwacji w szpitalu.

Śledztwa nie będzie i wydawałoby się, że sprawa już skończona, a jednak   po forach policyjnych krąży historia o tym, jak prezydent zachował się po zdarzeniu i zwymyślał załogę radiowozu. Ponoć po tym, jak „dziecko wbiegło w bok radiowozu podczas przejazdu z Dudą (…) podszedł do radiowozu, uderzył pięścią w radiowóz i powiedział do policjantów: ‘co wyście ch… znowu narobili”. Policjanci są oburzeni taką reakcją i uważają, że to całkowity brak szacunku.

Jeden ze świadków zdarzenia mówi, że prezydent „był wściekły, widziałem, jak uderzył pięścią w szybę radiowozu, słyszałem, że krzyczał, ale moim zdaniem nie były to przekleństwa”. Według niego, powodem takiego zachowania była postawa funkcjonariuszy, którzy chcieli kontynuować jazdę, pozostawiając chłopca bez pomocy.

Rzecznik prezydenta w rozmowie z Onetem stwierdził, że nawet nie będzie tego komentował. Wprawdzie „Gazeta Wyborcza” przesłała zapytanie w tej sprawie, ale „Trudno się do takiej ilości nieprawdy odnieść (…)Ciężko się do tego odnieść”.

Prezydent mówi, że sprawy tak nie zostawi, policjanci są oburzeni słowami, jakie padły, a ja zastanawiam się, jakiego pecha ma ekipa rządząca. Gdzie się nie ruszy, tam musi jej się coś przytrafić. Tu kolizja, tam wypadek, jeszcze gdzieś awaria, dziecko wyskakujące pod koła…to jakieś fatum?

 

Rostowski o przełożeniu przesłuchania przez komisję śledczą: Żeby ta cała kłamliwa konstrukcja, kłamstwo VAT-owskie, nie runęła tuż przed wyborami

– Miałem być dzisiaj przed komisją [ds. VAT]. Została efektywnie odwołana ta komisja, bo przecież PiS nie przypadkiem 26 września uzgodnił ze mną, że właśnie dzisiaj, 12 października będę zeznawał. Bo chcieli przed wyborami. Miało być przed wyborami, teraz mówią, że będzie w II połowie listopada. Nie wiem oczywiście [jaki jest powód]. Domyślam się, że bali się, że jednak na komisji, takie przesłuchanie może trwać, szczególnie w moim przypadku, bo jestem dość odporny i się nie męczę, 9 godzin na przykład i jak wchodzi się w te wszystkie szczegóły i mówi się o konkretnych liczbach i analizach, to wtedy ta dowolność po prostu mówienia byle czego, tak jak to robi PiS, mówiąc o odzyskanych 40 mld jednego dnia, 250 mld innego dnia, 500 mld jeszcze innego dnia. Tego już nie można robić – stwierdził Jacek Rostowski w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet.

– Żeby ta cała kłamliwa konstrukcja, to całe kłamstwo VAT-owskie, które PiS szerszy od 2-3 lat, żeby ta cała konstrukcja im nie runęła tuż przed wyborami – mówił dalej o powodach odwołania dzisiejszego przesłuchania. Jak podkreślił były minister finansów, żadnego parasola ochronnego nie było i on sam nie ma sobie absolutnie nic do zarzucenia.

Rostowski: Mamy do czynienia z katastrofalnym spadkiem skuteczności przeciwdziałań przeciwko oszustom VAT-owskim

– Myślę, że tutaj to Mateusz Morawiecki ma wiele rzeczy do wytłumaczenia. To by np. wybrzmiało podczas komisji, gdyby ona miała miejsce dzisiaj. Np. w 2017 roku, kiedy Morawiecki był ministrem finansów, to prawdziwa kwota pieniędzy, które służby skarbowe zabrały oszustom, to nie są jakieś teoretyczne szacunki tego, co może mogłoby być, ale prawdziwe, konkretne pieniądze zabezpieczone, zabrane, przejęte do budżetu państwa z rąk czy kont oszustów. 570 mln, żadne miliardy, złotych. Co ciekawsze, w 2015 i 2014 roku, czyli za naszych rządów, ta kwota była ponad miliard. Prawie dwa razy większa. Czyli mamy do czynienia z po prostu katastrofalnym spadkiem skuteczności przeciwdziałań przeciwko oszustom VAT-owskim – stwierdził Rostowski w w Radiu Zet.

Rostowski: PMM teraz korzysta z naszej ciężkiej pracy. Żadnych sukcesów sam nie ma

– Nie, nie powiedziałem, że ma sukcesy [Mateusz Morawiecki]. Teraz korzysta z naszej ciężkiej pracy. Żadnych sukcesów nie ma sam. To, za co sam odpowiada, to co stanowi ile naprawdę zabrali środków szustom, to tutaj mamy po prostu z katastrofą, bo spadek o połowę – stwierdził Rostowski w rozmowie z Lubecką w Radiu Zet.

Rostowski: Na pewno trzeba będzie postawić prezydenta i dwóch premierów przed TS. Dorzuciłbym jeszcze Kaczyńskiego przed sąd powszechny

– Na pewno trzeba będzie postawić przed Trybunałem Stanu prezydenta za łamanie Konstytucji, premiera za nieopublikowanie, i to dwóch premierów, i Beaty Szydło i MM, wyroków TK. Dorzuciłbym jeszcze Jarosława Kaczyńskiego przed sąd powszechny za podżeganie do tamtych przestępstw – powiedział Rostowski w Radiu Zet.

Fatum dla Polski jest Andrzej Duda. Że on ciągle ma jakieś wypadki, g…wno mnie obchodzi, ale ta pokraka kieruje Polskę ku katastrofie, ku kolizji z UE, etc.

Holtei

>>>

Zdaję sobie sprawę, że rozmowa ze mną jest smutna czy wręcz beznadziejna, może powinienem przedstawiać jakieś bardziej optymistyczne wizje, żeby pokrzepić, ale realnie nie wiem, co miałbym powiedzieć. Oczywiście jeszcze liczymy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, bo na co jeszcze możemy liczyć, co zrobić?  – mówi sędzia Michał Laskowski, rzecznik Sądu Najwyższego.

JUSTYNA KOĆ: Prezydent powołał 27 nowych sędziów do Sądu Najwyższego, bez udziału kamer, mediów, nagle. Dziwi pana takie zachowanie prezydenta?

MICHAŁ LASKOWSKI: Dla nas niezrozumiały jest ten pośpiech prezydenta w sytuacji, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny wydał postanowienie o wstrzymaniu tej procedury. Jeśli tak to rozumieć, adresatem bezpośrednim tego postanowienia NSA jest KRS, ale przecież nominacje są naturalnym dalszym ciągiem tej procedury.

Niezrozumiałe zatem jest dla nas postępowanie prezydenta w tej sytuacji. To ignorowanie orzeczenia NSA.

Ignorowanie orzeczenia NSA czy nieprzestrzeganie prawa?
Można to różnie nazywać, ale jeśli jest orzeczenie sądu i ktoś mówi, że się do…

View original post 4 291 słów więcej

Propaganda PiS godna czasów stalinowskich. Czy za tym pójdą represje?

Zwykły wpis

Prof. Małgorzata Gersdorf oświadczyła, że według Konstytucji jest I Prezes Sądu Najwyższego do 30 kwietnia 2020 roku.– „To formalnie, ale czy będzie mi dane sprawować tę funkcję, to zależy od sytuacji, jak się rozwinie” – powiedziała prof. Gersdorf w TVN 24. Dodała, że uchwalone przez PiS przepisy jej nie dotyczą. – „Uważam, że te ustawy w ogóle mnie nie dotyczą, bo nie mogą zmienić Konstytucji w żaden sposób. Konstytucja jest prawem nadrzędnym, umową społeczną, której nie może zmienić ani parlament w zwykłym trybie, ani pan prezydent. Można zmienić Konstytucję tylko w trybie określonym w tej Konstytucji” – podkreśliła.

Zapytana w TVN24, co zrobi, gdy zostanie wybrany jej następca, odpowiedziała: – „Na pewno nie przykuję się do kaloryfera. To nie przystoi. Mogę siedzieć dalej i zobaczyć, co będzie robić ta osoba, która przyszła. Różne rzeczy mogę zrobić. Zobaczymy, troszkę niepewności zostawię”.

Podkreśliła, że prawnicy, sędziowie stanęli – jeśli chodzi o środki – „pod ścianą”. – „My nie mamy więcej instrumentów na to, żeby pokazać ludziom, że dzieje się źle, że jest bardzo niedobrze”. Według prof. Gersdorf, Polska przestaje być państwem opartym na trójpodziale władzy. – „Władza ministra sprawiedliwości nad sądami powszechnymi jest tak olbrzymia i zaczyna on być Sądem Najwyższym przez ten wybór sędziów, że już tutaj trudno mówić, że to jest w pełni niezależny, niezawisły sąd” – oświadczyła.

Prof. Gersdorf skrytykowała też Julię Przyłębską, która po zawieszeniu przez SN stosowania przepisów pisowskiej ustawy do czasu wydania wyroku przez unijny Trybunał, stwierdziła, że działanie Sądu Najwyższego narusza przepisy Konstytucji i Kodeksu postępowania cywilnego. – „Julia Przyłębska nie ma kompetencji, by wypowiadać się o orzeczeniach Sądu Najwyższego. Nikt nie może być sędziami sędziów. Sąd Najwyższy to ostatnia instancja i on jest powołany, by rozstrzygać zagadnienia prawne. Mamy tu rozdźwięk między autorytetami naukowymi, sędziami Sądu Najwyższego, TSUE a władzą” – powiedziała I Prezes SN.

Połowę składu sędziowskiego nowej Izby Dyscyplinarnej stanowić będą podlegli ministrowi Zbigniewowi Ziobrze prokuratorzy. Jedna z takich osób … sama skazana jest wyrokiem dyscyplinarnym. Chodzi o mecenas Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, o tym też w artykule  „Tłumaczenie skandalu pośpiechem jest śmieszne„. Jak ustalili dziennikarze Czarno na Białym z TVN24,  o wyroku dyscyplinarnym Krajowa Rada Sądownictwa musiała wiedzieć wcześniej.

Wiceszef KRS Wiesław Johann twierdzi, że członkowie KRS nie wiedzieli o tej karze. – Ja się tutaj przyznaję, w imieniu kolegów, do błędu – powiedział Johann. Jednak dziekan Okręgowej Izby Radców Prawnych w Białymstoku, Andrzej Kaliński, ma inne zdanie w tej sprawie. Jak stwierdził, informacja o ukaraniu, czyli orzeczenie dyscyplinarne, zgodnie z przepisami znajdowało się w aktach osobowychJednocześnie poinformowałem o tym KRS, przesyłając te akta i załączając do nich opinię z tą informacją. Faktycznie informacje o nałożeniu kary na Ułaszonek-Kubacką dotarły do KRS 20 sierpnia. Mimo tego trzy dni później, 23 sierpnia, KRS rekomendowała ukaraną mecenas do Izby Dyscyplinarnej!

Dopiero 5 września biuro prasowe nowej KRS przyznało, że wysłuchując Małgorzatę Ułaszonek-Kubacką, Rada dysponowała jej aktami osobowymi. Zaznaczyło jednocześnie, że „praktyka jest taka, że aktami dysponuje sprawozdawca”. Sędzią sprawozdawcą w tej sprawie był, jak poinformował rzecznik KRS, poseł Stanisław Piotrowicz. Sama Małgorzata Ułaszonek-Kubacka, poproszona o komentarz, nie skorzystała z możliwości wypowiedzi.

Wiele wskazuje natomiast na fakt, że jest ona bardzo lojalnym pracownikiem ministra Ziobry. Ułaszonek-Kubacka w 2016 roku reprezentowała Zbigniewa Ziobrę przed sądem w procesie zdegradowanej prokurator Małgorzaty Wilkosz-Śliwy. Była pełnomocnikiem najbliższych ludzi prokuratora generalnego – Bogdana Święczkowskiego i Jerzego Engelkinga. Wiadomo też, że od sierpnia 2016 roku do końca lutego zatrudniona była w Prokuraturze Krajowej na pół etatu, a od marca na cały etat. Tymczasem  Prokuratura Krajowa przez siedem dni nie odpowiedziała na pytanie, czy kandydatka do Sądu Najwyższego nadal podlega ministrowi Zbigniewowi Ziobrze. Sędzia Johann, jak przyznał dziennikarzom TVN, nie wie, czy te związki są bliskie, „bo po prostu nie zna tych ludzi”.

Inną kandydatką do nowej Izby Dyscyplinarnej wybrana została Małgorzata Bednarek, która pracuje obecnie w Prokuraturze Krajowej. Gdy PiS pierwszy raz doszło do władzy w 2005 roku, Bednarek awansowała na szefową prokuratury okręgowej w Bielsku-Białej. Zasłynęła udziałem w konferencji dotyczącej zorganizowanej grupy przestępczej sędziów i prokuratorów w bielskim wymiarze sprawiedliwości. Gdy jednak oskarżeni o korupcje sędziowie pozwali miejscową prokuraturę, proces wygrali. Co więcej prokuratura bielska wypłaciła w związku z tymi postępowaniami około 500 tysięcy złotych zadośuczynienia.  Po przegranych przez PiS wyborach prokurator Bednarek założyła stowarzyszenie prokuratorów Ad Vocem skupiające bliskich współpracowników ministra Zbigniewa Ziobry.

Wkrótce dowiemy się zapewne, jaką decyzję w sprawie zasiadania w ID skazanej dyscyplinarnie radczyni prawnej i innych prokuratorów podległych Zbigniewowi Ziobrze podejmie prezydent Andrzej Duda – najcześciej przwidywalny w swoich działaniach.

– W PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej – historyk prof. Piotr Osęka* w rozmowie z Gazeta.pl tłumaczy, dlaczego na Nowogrodzkiej nikt nie powstrzymał propagandy sukcesu „Wiadomości” TVP, która zaczyna obracać się przeciwko partii rządzącej.

Najpierw wpis na Facebooku, a niedawno komentarz na Gazeta.pl. Oba wywołały burzę, w obu porównuje pan „Wiadomości” TVP do stalinowskiej propagandy. Nie za mocno?

Nie. Jako historyk zajmuję się badaniem propagandy w XX wieku. To porównanie nie oznacza, że stalinizm wrócił. Jakby wrócił, nie mógłbym tego powiedzieć, a zamiast z panem, rozmawiałbym ze „smutnymi panami”, którzy byliby żywo zainteresowani, dlaczego szkaluję państwo polskie.

Na razie szkaluje pan „Wiadomości”.

„Wiadomości” są forpocztą procesu, który próbowałem opisać. Stały się łącznikiem między kulturą polityczną stalinizmu, a kulturą polityczną obecnej partii rządzącej.

Zwolennicy anty-PiS-u na pewno temu przyklasną, ale prawicowcy powiedzą: przecież TVN to też propaganda.

TVN nie ukrywa w swoich materiałach, że jest krytyczny i złośliwy wobec rządzących, ale jednak „Fakty” wciąż są serwisem informacyjnym. Nie występuje w nich zjawisko, które obserwujemy w „Wiadomościach” – że wszystkie informacje wzajemnie do siebie nawiązują, układając się w spójną, literacko skomponowaną całość. Co więcej, w „Wiadomościach” racje opozycji, jeśli w ogóle są przedstawiane, brane są w cudzysłów. Chodzi o to, żeby na wszystkie możliwe sposoby, w każdym zdaniu, w każdym słowie pokazać widzowi, gdzie jest racja i po której stronie my-dziennikarze stoimy.

Prezes TVP Jacek Kurski odpowiedział kiedyś na te zarzuty w wywiadzie dla tygodnika „W sieci”: „Nie możemy zaakceptować tezy, że dwie wielkie stacje prywatne, mające oficjalnie prawie połowę rynku, mogą być stronnicze i nie można nic z tym zrobić, a publiczna ma być pół na pół”.

Otóż to. Oni nawet nie ukrywają tego, że nie są obiektywni, że nastąpiło całkowite zerwanie z wcześniejszą formułą, która była zupełnie inna. Tutaj sam panu podrzucę kontrargument: TVP zawsze broniła władzy. Teraz PiS-u, wcześniej Platformy, a jeszcze dawniej SLD. Jednak to, co najważniejsze, dotyczy opozycji – po 2015 roku doszło do diametralnej zmiany przedstawiania jej w „Wiadomościach”. Jeszcze trzy lata temu politycy opozycji notorycznie skarżyli się na zbyt małą ilość czasu antenowego w „Wiadomościach”. Pewnie słusznie. Dzisiaj opozycji w „Wiadomościach” jest pełno. Gdyby porównać tylko ekspozycję Rafała Trzaskowskiego i Patryka Jakiego, dwóch głównych kandydatów na prezydenta Warszawy, to podejrzewam, że wyszłoby 65:35 na korzyść polityka Platformy.

Po co tak eksponować opozycję?

Żeby ją ośmieszyć, zdyskredytować. W czasach stalinowskich opozycji w zasadzie nie było, więc nie było o czym mówić. Z kolei w PRL-u o opozycji nie mówiono nawet, gdy na ulice stolicy wyszło 30 tys. ludzi. Dzisiaj taki Trzaskowski obrywa w sytuacji, gdy zdarzy mu się wypowiedzieć zgodnie z linią PiS-u. Od razu słyszymy, że „Oficjalnie Rafał Trzaskowski uważa…”, bo oczywiście tak naprawdę kłamie i knuje przeciwko Polsce. „Wiadomości” zawsze muszą dobitnie pokazać, gdzie jest racja ludowa, a gdzie wróg klasowy. Poza tym, w „Wiadomościach” całkowicie zmienił się garnitur gości i ekspertów. To przedziwne, jak bardzo nowe twarze pojawiły się w charakterze ekspertów i jak często jako eksperci przedstawiani są ludzie znikąd – bez żadnego dorobku, anonimowi, ale mówiący to, czego się od nich oczekuje.

To pana zdaniem kolejne nawiązanie do czasów stalinizmu?

Przy trwającej wówczas równolegle rewolucji następowała zasadnicza wymiana elit. Dzisiaj w „Wiadomościach” również obserwujemy ambicję wymiany elit, chęć pokazania wszystkim, że my też mamy elity po swojej stronie. Te prawdziwe elity. Uważam przy tym, że tych ekspertów w „Wiadomościach” jest znacznie więcej niż kiedyś. Do tego, rzecz jasna, dziennikarze, ale tylko mediów rządowych lub prorządowych – kilka, kilkanaście tych samych postaci, które w kółko mówią te same rzeczy.

Na naszych łamach stwierdził pan: „Bieżąca polityka staje się pretekstem do codziennego recytowania PiS-owskiego katechizmu. Jak wygląda ten „katechizm”?

Dotyczy każdego emitowanego w „Wiadomościach” materiału, bo każdy materiał musi reprezentować podstawowe prawdy wiary. Ów „katechizm” ma kilka stałych elementów.
Pierwszy – nastąpił przełom gospodarczy, Polakom żyje się dostatniej, a Polska rośnie w siłę.

Drugi – skoro jest sukces, to musi być też porażka. Tę porażkę znajdujemy w przeszłości, w rządach poprzedników. Bo chociaż jest dobrze, to kiedyś było źle – jest ciągła potrzeba podkreślania różnic między świetlanym dniem dzisiejszym i ponurą przeszłością. Złe informacje, jeśli już są podawane, muszą być neutralizowane i pokazywane jako element wrażych podchodów opozycji przeciwko Polsce.

Trzeci – czas mierzymy od jesieni 2015 roku, bo obecna władza w żadnym stopniu nie jest kontynuatorem działań poprzedników. Nawet nieprzerwany rozwój gospodarczy kraju nie jest efektem wejścia Polski do Unii, tylko są to osobiste sukcesy rządów „dobrej zmiany”, ewentualnie premiera lub któregoś z ministrów.

Z tym wiąże się element czwarty, czyli nieobecność Unii Europejskiej w serwowanej widzom narracji. Unia znika z tego obrazu, nie pomaga nam, a co najwyżej bruździ.

Element piąty – w 2015 roku po wygranych przez PiS wyborach rozpoczęła się rewolucja, dzięki której Polakom żyje się lepiej, a Polska rozwija się jak należy.

Wreszcie element szósty i najważniejszy – wszystko, co złe łączy się ze sobą. Na Polskę czyha opozycja, czyli Platforma i Nowoczesna, do tego Unia Europejska oraz George Soros, który chce do nas sprowadzać imigrantów. Zagrażają nam też liberalny permisywizm i zachodnie zepsucie obyczajów, przejawiające się m.in. w postulatach równouprawnienia dla mniejszości seksualnych, które potem będą się szarogęsić w katolickiej Polsce.

Wciąż nie widzę, jak to się ze sobą łączy.

Już tłumaczę. Opozycja albo geje działają za pieniądze Sorosa. Niestety nie sposób powiedzieć, że Soros jest gejem, ale za to sugeruje się między wierszami, że jest węgierskim Żydem. Żydem, znaczy wrogiem, bo przecież wątek antysemicki też wybija u nas cyklicznie co jakiś czas. Do tego opozycja zawsze jeździ na skargę do Angeli Merkel, która jest Niemką, a przecież Niemcy są naszym odwiecznym wrogiem. Zatem Grzegorz Schetyna jest drugim Konradem Mazowieckim, który znów zaprasza Niemców do Polski.

Brzmi to dość egzotycznie. Mam rozumieć, że dziennikarze, którzy robią materiały dla „Wiadomości”, wierzą w taką spiskową teorię dziejów? A może robią to cynicznie?

Z punktu widzenia propagandy jest to bardzo trudne pytanie, bo nikt tak naprawdę tego nie wie, tzn. propaganda polityczna nie działa jak prosty marketing proszku do prania. Jest osadzona w gęstej sieci uwarunkowań, dlatego góra pieniędzy i sztab najlepszych piarowców wcale nie gwarantują sukcesu. Propaganda komunistyczna nie była skuteczna poprzez swoją wyjątkową perswazyjność, tylko stopniowe budowanie w odbiorcach przekonania, że komunizm jest wieczny i że tak jak jest dzisiaj będzie już zawsze.

Patrząc historycznie – „Wiadomości” to lepsza czy gorsza propaganda od tej stalinowskiej?

Przede wszystkim przewidywalna.

To chyba cecha każdej propagandy?

Właśnie nie. Dobra propaganda powinna być nieprzewidywalna. W myśl zasady: nie wiadomo, czym Was zaskoczymy. Sprawna propaganda powinna też odwoływać się do rzeczywistych lęków i emocji odbiorców, wyczuwać je i nawiązywać do nich.

W PiS-ie jest sporo głosów krytyki wobec „Wiadomości”. Głosów, które mówią, że „Wiadomości” poszły za daleko. Sam prezes Kurski, w przytaczanym już wywiadzie dla „Sieci”, stwierdził, że takie informacje do niego „rzadko, ale docierają”.

To kokietowanie i gra pozorów. Być może raz na jakiś czas prezes Kurski mówi swoim ludziom: „Pamiętajcie o obiektywizmie i o tym, żebyście nie byli stronniczy w swoich materiałach”. Ale jaki jest tego efekt, wszyscy od dawna widzimy, także nie brałbym tych jego zastrzeżeń na poważnie.

Znów prezes Kurski dla „Sieci”: „Czasem dziennikarze przesadzają, ale wówczas staram się ich upominać, a nawet karać. Umiemy się przyznać do błędu”.

Bardzo chciałbym zobaczyć tę listę napomnień i kar, które zostały wymierzone dziennikarzom przez kierownictwo TVP.

Były takie przykłady: Ziemowit Kossakowski i jego artykuł o lekarzach-rezydentach, Filip Styczyński i Lucjan Ołtarzewski pokazujący do kamer obraźliwe gesty podczas protestów w obronie sądów czy wreszcie Łukasz Sitek, który miał się awanturować z konduktorem w pociągu, krzycząc przy tym, że jest z TVP.

Ale w tych przypadkach, choć brzydko to zabrzmi, spadły majtki na wizji. Tu już nie dało się nic zrobić. Kwestia manipulacji, czyli pokazywania fałszywego materiału, była w przypadku pana Kossakowskiego oczywista. W pewnym sensie to był ten poziom kompromitacji, któremu nie dało się zaprzeczyć, bo jednak cały czas silna jest strona przeciwna, która takie potknięcia natychmiast wychwytuje i nagłaśnia. Właśnie dlatego uważam, że dobre notowania PiS-u wcale nie są efektem działania propagandy. Można wręcz powiedzieć, że są dobre pomimo propagandy, bo w jej obecnym kształcie jest ona raczej obciążeniem dla hipoteki rządu niż wsparciem. Oczywiście rząd tego nie dostrzega, bo każdy rząd uważa, że im bardziej się go chwali, tym lepiej. Tyle że tutaj wszystkie granice zostały przekroczone i wszystkie bezpieczniki wykręcone.

Przekonuje mnie pan, że „Wiadomości” to współczesna wersja PRL-owskiej propagandy, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że te wszystkie „chwyty” z przeszłości działają w XXI wieku. Przecież mamy społeczeństwo informacyjne i wszechobecny internet.

Tylko wcale nie jest powiedziane, że te „chwyty” działają. To ich nadawcom wydaje się, że tak jest, bo są więźniami własnej wizji świata. Nie potrafią poza tę wizję wyjść. To nie jest cyniczna robota, w której ludzie z mediów publicznych wiedzą, że to wszystko nieprawda, ale chcą podejść widzów. To suma oddolnych gorliwości, mieszanina konformizmu z politycznym zacietrzewieniem. Jak pokazują wyniki Telewizji Polskiej i samych „Wiadomości”, mieszanina raczej nieskuteczna.

Porozmawiajmy o odbiorcach przekazu „Wiadomości”. Do kogo jest skierowany – do wszystkich, tylko do wyborców PiS-u, a może do określonego grona wyborców PiS-u?

Wydaje się, że w dużej mierze jest to komunikat, skierowany do żelaznego elektoratu PiS-u. Do tych, którzy chcą wysłuchać komunikatów z frontu i posłuchać, że nasi wygrywają. To ich cieszy i podbudowuje. Taki rytuał tożsamościowy, który zapewnia tym najwierniejszym widzom poczucie bezpieczeństwa w sensie psychologicznym i antropologicznym. Co ważne, odbiorcy, do których „Wiadomości” są skierowane w szczególności, to mieszkańcy polskiej prowincji. Nieprzypadkowo ciągle pojawiają się tam przykłady zwykłych ludzi spoza Warszawy, którym wiedzie się lepiej, odkąd PiS wygrało wybory.

I tym zwykłym ludziom można wcisnąć absolutnie wszystko? Propaganda nie ma ograniczeń?

Można im wciskać wszystko do momentu, do którego nie dostrzegą sprzeczności między tym, co podaje propaganda a rzeczywistością. Bo siłą rzeczy mają też dostęp do różnych innych źródeł informacji, więc mogą sami sprawdzić lub zweryfikować to, na czym im zależy. Weźmy sprawę wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. To było pierwsze poważne tąpnięcie wyników sondażowych PiS-u, chociaż przedstawiali to jako wielki sukces. Tyle że ludzie widzieli, co mówią o tym inne media i media w innych krajach. Do tego dochodzi aspekt, nazwijmy go, sportowy – podstawiliście nogę naszemu, Polakowi, a on walczył o historyczną rzecz.

Ale Tusk to dla żelaznego elektoratu PiS-u zdrajca, a nie Polak.

Mimo wszystko nasz, Polak. Dlatego działania rządu wyglądały jak gra przeciwko naszemu. Także to nie jest tak, że można ludziom wcisnąć absolutnie wszystko. Moim zdaniem wystarczy pierwsze poważniejsze tąpnięcie gospodarcze czy zachwianie koniunktury, żeby ta propaganda rozpadła się jak domek z kart.

W swoim poście na Facebooku napisał pan: „W gruncie rzeczy walka toczy się to, by widzowie zrozumieli, że w Polsce przyszłości dla przeciwników PiS nie będzie miejsca”. Wizja dość makiaweliczna – przejęcie kontroli nad umysłami Polaków. A co jeśli odpowiedź jest bardziej prozaiczna: władza nad mediami = władza nad wyborcami = wygrane wybory.

Rządzącym często tak się wydaje, ale to nie działa w ten sposób. Te mechanizmy są zupełnie inne, znacznie bardziej skomplikowane. W demokracji władza nad mediami wcale nie oznacza wygranych wyborów. Nawet w dyktaturze tak nie jest. Komuniści w ’89 roku mieli pełnię władzy nad mediami i armię propagandystów, a wybory przegrali straszliwie. Stosunek armat propagandowych PZPR i „Solidarności” wynosił 10:1, a nic to nie pomogło.

Zdecydowała fala społecznego oburzenia i potrzeby zmiany.

Otóż to, kluczem do sukcesu jest wyczuwanie społecznych emocji i umiejętne odnoszenie się do nich. W tym sensie propaganda potrafi być pomocna dla rządzących. Natomiast ma ona bardzo niewielką zdolność „urabiania” opinii społecznej. To jest możliwe tylko do pewnego stopnia. Tak jak było w stalinizmie, gdzie mieliśmy propagandę, cenzurę i policję polityczną. Z jednej strony jest przekaz, z drugiej policyjna pała i albo to popierasz, albo idziesz do mamra. Ludzie postawieni w takiej sytuacji przestają mieć możliwość komunikowania komukolwiek i jakkolwiek, że w ten przekaz nie wierzą, bo zwyczajnie się boją. W związku z tym zaczynają w niego wierzyć, ale też na krótko. Historia stalinizmu pokazuje, że gdy bezpieka słabnie, to propaganda robi się nieskuteczna. W Polsce nie mamy, oczywiście, żadnej bezpieki, więc w momencie, gdy wyczerpie się paliwo społecznego poparcia, propaganda również przestanie być skuteczna.

Wcześniej może narobić sporych szkód. Rozbudziła oczekiwania wielu grup społecznych i zawodowych, które też chcą trochę tego sukcesu dla siebie. Widzimy to w ostatnich tygodniach. Kolejne grupy interesu mówią: sprawdzam. I rząd znalazł się w kłopotach.

Tak, dlatego będziemy obserwować rozpaczliwe miotanie się dziennikarzy, którzy będą starali się pokazać konflikty społeczne w taki sposób, żeby widzowie uznali, że żadnych konfliktów nie ma, tylko z jednej strony jest efekt manipulacji, a z drugiej – rzeczowe i spokojne negocjacje członków rządu. Przy zachowaniu wszelkich proporcji będzie to sytuacja jak na przełomie 1944 i 1945 roku, kiedy w cotygodniowej niemieckiej kronice filmowej opowiadano o kolejnych sukcesach wojskowych i o tym, że Wehrmacht wycofał się na z góry upatrzone pozycje, z których przypuści miażdżące kontruderzenie na bolszewików.

Jeśli dojdzie do ogólnopolskich protestów przeciwko rządowi, będzie to chwila próby także dla „Wiadomości”. Podołają?

Ale co to znaczy, że podołają? Dziennikarze „Wiadomości” będą wychodzić i dalej serwować swoje informacje. To nie jest sytuacja z gatunku: przeskoczą albo nie przeskoczą. Nikt tego nie sprawdza. Oni skaczą i mówią, że skoczyli bardzo wysoko.

Chyba, że rząd albo Nowogrodzka uznają, że jednak wcale tak wysoko nie skoczyli.

Jeżeli dojdzie do tego, że sondaże będą spadać, możemy znaleźć się w sytuacji, że decydent – a ja nie wiem tak naprawdę, kto jest decydentem w PiS-ie: czy już Morawiecki, czy jeszcze cały czas Kaczyński – mruknie niezadowolony i powie: „Kurski, za mało się staracie”. Wówczas prezes Kurski chwyci za telefon i nawrzeszczy na swoich dziennikarzy, że za mało się starają, że coś muszą zrobić, że nie może tak dalej być. Wtedy obejrzymy, o ile to jeszcze w ogóle możliwe, „Wiadomości” na sterydach i jeszcze bardziej zmanipulowany przekaz w stylu: emerytury są niskie, bo kradnie je Trzaskowski.

Dlaczego przez 2,5 roku nikt nie skorygował kursu „Wiadomości”? Łatwo było przewidzieć, że permanentna propaganda sukcesu w końcu wpędzi rząd w kłopoty.

Nikt nie zareagował, bo w PiS-ie nie ma schematu informacji zwrotnej. Ciężko znaleźć w Polsce partię, w której ów schemat działa, ale PiS jest tą, w której brakuje go zdecydowanie najmocniej. Nie ma spotkań, dyskusji, burzy mózgów, tylko są polecenia idące z góry na dół. Tak było zawsze, ta partia dzielnie trzymała się, przegrywając kolejne wybory, a mimo to zachowując spójność i wciąż idąc do przodu. Wówczas prezes nie słuchał żadnych rad i komunikatów z dołu, więc teraz, kiedy wygrywają i są na fali, nie będzie ich słuchać tym bardziej. Obowiązuje wersja, że to dzięki jego geniuszowi i przenikliwości PiS dotarło tu, gdzie jest.

Czego spodziewa się pan po „Wiadomościach” w trakcie dwuletniego maratonu wyborczego, w który właśnie wchodzimy?

Spodziewam się dalszego zaostrzania linii.

To jeszcze możliwe?

Kultura polityczna ma konstrukcję mechanizmu zapadkowego – może obracać się tylko w jedną stronę. Także jeśli już tak nakręciliśmy temperaturę sporu, to nie możemy teraz nagle zacząć od tego odchodzić bez rewolucji, przegranych wyborów, wymiany ludzi etc. Nagły powrót do spokojnego, rzeczowego języka jest niemożliwy. A jeżeli będzie trzeba coś robić, pokazywać, że reagujemy na zaostrzającą się sytuację, to będzie trzeba to robić coraz mocniej, coraz ostrzej, coraz bardziej delegitymizować opozycję. Bo co prawda możemy mieć setki tysięcy widzów, ale musimy pamiętać, że niektórzy widzowie są dla nas ważniejsi od innych. Szczególnie ważni są zaś ci telewidzowie, którzy mogą nas zwolnić z pracy.

Jak zareagują na to ci zwyczajni widzowie?

Będą z tego, oczywiście, kpiny i żarty. Tak było pod koniec lat 70. z telewizją Szczepańskiego, gdy żartowano, kpiono i niemiłosiernie szydzono z opowieści o kolejnych wielkich sukcesach Polski i gospodarskich wizyt towarzysza Gierka. Ludziom po prostu już nic innego wówczas nie zostało. W sklepach były pustki, żyło się ciężko, zostały tylko żarty.

Śmieszność nie zabija propagandy?

Jeżeli ludzie nie boją się z niej śmiać, to propaganda jest przeciwskuteczna. Propaganda rządzących ma bardzo ograniczone pole działania. Zawsze jest grą możliwości i najczęściej jej skuteczność trafia w otwierające się na krótko okienko czasowe. Można w nie wejść i dobrze wykorzystać sprzyjające okoliczności, dzięki czemu czasami udaje się wygrać wybory. Ale nie jest to długoterminowy patent, który pozwala nam nieustannie zdobywać sympatię wyborców.

>>>

Dalsze trwanie polskiej polityki w obecnej postaci będzie nas słono kosztować. Nowe rozdanie geopolityczne może przesądzić o pozycji kraju na dziesiątki lat

Po ostatnich sygnałach z Niemiec i Francji, do szerszych kręgów polskich elit zaczyna się wreszcie przebijać przestroga, którą w środowisku „Nowej Konfederacji” powtarzamy już od sześciu lat: że tak korzystny dla nas obecny porządek światowy, w tym europejski, ma nikłe szanse na przetrwanie. Rozsadza go amerykańsko-chińska rywalizacja hegemoniczna, w której obaj aktorzy na dłuższą metę chcą świata innego niż obecny. Niedorozwój polskiej myśli strategicznej (i w ogóle rozumu politycznego) sprawia, że pozornie odległe kwestie, takie jak konflikt na Zachodnim Pacyfiku, traktowane są jak egzotyczne ciekawostki – do czasu, gdy ich skutki zaczną być bezpośrednio odczuwalne. Ten czas jest już blisko, co unaocznia ujawnienie się fundamentalnych konsekwencji owego procesu w Europie, której wiodące potęgi coraz wyraźniej wpisują się w przygotowania do nowego rozdania międzynarodowego.

Ku europejskiemu supermocarstwu

Zarówno Niemcy, jak i Francja udzieliły w ostatnich dniach ofensywnej odpowiedzi na politykę Donalda Trumpa wobec UE. Wizje przedstawione przez szefa dyplomacji Republiki Federalnej Niemiec, Heiko Maasa, i prezydenta Emmanuela Macrona różnią się, tak jak interesy obu krajów. Omawiali je w ostatnich dniach na łamach Nowej Konfederacji prof. Bogdan Góralczyk i dr Witold Sokała. Mają jednak te pomysły kluczowe cechy wspólne. Po pierwsze, silna i suwerenna – czyli najpewniej federalna i supermocarstwowa – Europa, samodzielna strategicznie, z własną armią i instytucjami władzy finansowej i strukturalnej (fundusz walutowy, system rozliczeń bankowych). Po drugie, sprzeciw wobec jednostronnej polityki amerykańskiej. Po trzecie, redefinicja relacji transatlantyckich na znacznie bardziej równoprawnych zasadach.

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę

Dlaczego tym razem mielibyśmy traktować te pomysły poważnie, skoro w przeszłości niewiele z nich wychodziło? Jak słusznie wskazuje Sokała – dlatego, że wygłasza je nowe pokolenie europejskich decydentów, w nowych okolicznościach strategicznych: „Dzisiejsi politycy z Francji i Niemiec raczej już wiedzą, że jeśli chcą zachować wpływ na bieg spraw regionalnych i globalnych, muszą zbudować w Europie bardziej sprawiedliwy, a zarazem efektywny rynek, nowocześniejsze (czytaj: bardziej odporne na ksenofobię i populizm) społeczeństwo, przywrócić zaufanie mechanizmom demokratycznym, a wreszcie – porządnie zabezpieczyć ów twór od zewnątrz”.

Dodajmy, że odmienność kontekstu strategicznego ma trzy zasadnicze wymiary. Pierwszy, to nowa faza – galopującej już – erozji ładu światowego. Uosabia ją Donald Trump, jednostronnie zrywający porozumienia, wywołujący konflikty, ostentacyjnie lekceważący kolegialne instytucje. Jego polityka już powoduje szukanie przez inne potęgi równoważników dla (względnych) strat, które zadają im USA. Stąd na przykład ostatnie zbliżenie UE z Chinami i z Turcją. Drugi, to trwający już dekadę wielowymiarowy kryzys Unii. Dla wszystkich poważnie myślących o jej przyszłości jest już jasne, że w obecnym kształcie ma ona malejące szanse na przetrwanie i potrzebne są głębokie zmiany. Trzeci, to – po raz kolejny – doświadczenie rosnącej potęgi Chin. Po licznych próbach wykorzystania Pekinu do swoich celów (w tym równoważenia polityki USA) decydenci zachodnioeuropejscy widzą, że już teraz występując w imieniu państw narodowych są za mali i za słabi, żeby uniknąć rozgrywania przez nowe supermocarstwo. Wedle wszelkich prognoz, problem będzie narastał. Federalizacja dałaby skokowy wzrost negocjacyjnej mocy Europy.

Oczywiście, jak każde ambitne przedsięwzięcie, i to ma szanse niepowodzenia. Przeszkód jest wiele: tyrania status quo, wzrost eurosceptycyzmu, liczne rozbieżności interesów. Również USA raczej nie będą bezczynnie przyglądać się powstawaniu nowego konkurenta czy zbyt silnemu zbliżeniu UE z Chinami. Ale lekceważenie możliwości powstania europejskiej federacji byłoby dziś bardzo nieroztropne. Zwłaszcza, że ostatnie wystąpienia Maasa i Macrona dowodzą znacznego postępu w usuwaniu jednej z największych barier, jaką była przepaść między pomysłami francuskimi i niemieckimi.

Zła wiadomość dla Polski

Musimy się więc liczyć z tym, że w ciągu kilku lat Unia Europejska w ten czy inny sposób przekształci się w państwo lub podobną państwu hybrydę. Jak również z tym, że porażka tego nowego federalizmu przyniesie faktyczny (mniejsza teraz o to, czy także formalny) rozpad Wspólnoty. Są też poważne i rosnące – teraz już coraz częściej otwarcie wyrażane w debacie – wątpliwości co do dalszego trwania NATO i Światowej Organizacji Handlu. Wiele wskazuje na to, że świat jaki znaliśmy, ma się ku końcowi.

To zła wiadomość dla Polski. Obecny porządek – przy wszystkich jego słabościach – przyniósł nam wielkie korzyści, na czele z bezpieczeństwem i dobrobytem. Łatwość, z jaką przyszły, uśpiła dominujące w Polsce elity, wbijając je w niesłuszną pychę na tle cudzych przede wszystkim osiągnięć. Słabo rozumiejąc świat i grzęznąc w próżnych sporach, są one więc dziś źle przygotowane do ambitnego kierowania dużym krajem. Jednocześnie, nasz status przedmieścia Zachodu opiera się w przeważającej mierze na zewnętrznym kapitale i zewnętrznych gwarancjach bezpieczeństwa. Źródła siły własnej są wciąż słabe.

Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo

Nie powinniśmy jednak panikować. Do jakiejkolwiek tragedii jest jeszcze daleko. A Polska ma w nadchodzącym, nowym rozdaniu międzynarodowym poważne atuty i może na nim zyskać. Mówiąc Jackiem Bartosiakiem, mamy niezły „hardware”, czyli położenie geopolityczne, i bardzo słaby „software”: państwo i politykę. Lokalizacja w „bramie Heartlandu”, na styku Wschodu i Zachodu, europejskich nizin i Wielkiego Stepu bywa przekleństwem, ale może być i błogosławieństwem.  To położenie kluczowe z punktu widzenia Niemiec i Rosji, Szwecji i krajów wyszehradzkich, ważne także dla USA i Chin. Niedocenianie go jest lustrzanym błędem przeceniania: Polska to niepomijalny i ważny czynnik w każdym ładzie europejskim.

Problem w tym, że w dziedzinie „oprogramowania” ostatnie 30 lat zostało niemal zmarnowane. Kalekie, bezmózgie państwo, słaba armia, dyplomacja oscylująca między przedstawianiem odnośnych decyzji mocarstw zachodnich jako historycznych sukcesów lokalnych elit, a podobnie beztreściowym – w drugą stronę – „wstawaniem z kolan”, rachityczność własnego kapitału, nauki i techniki – to problemy dobrze znane zainteresowanym. Nierozwiązane, spowodują, że w nowym rozdaniu będziemy grać poniżej swoich możliwości. Być może znów wystąpimy w roli listka, targanego to w jedną, to w drugą stronę przez wiatry historii. Na panikę jest za wcześnie, ale na mobilizację – już całkiem późno.

Skończyć z bezzębnym neoimperializmem

Na leninowskie „co robić” odpowiedź jest więc trzyczęściowa. Po pierwsze, jak najszybciej nadrabiać zaległości w dziedzinie „software’u”, czyli wszelkiego typu zasobów – i zdolności ich mobilizacji – tworzących międzynarodową siłę kraju. Ze szczególnym naciskiem na państwo i wojsko, ale też wspomniany kapitał finansowy i naukowo-technologiczny. Sterowne państwo i silną armię można zbudować w ciągu kilku lat. Większym problemem niż (służący za dyżurną wymówkę) rzekomy brak pieniędzy jest deficyt woli politycznej i olbrzymie marnotrawstwo. Podobnie ma się rzecz z naprawą – zasługującego na osobne potraktowanie – aparatu dyplomatycznego. W pozostałych sprawach można w ciągu kilku lat zrobić przynajmniej stopniowy postęp.

Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin

Po drugie, potrzebujemy nowej polityki zagranicznej. Opartej z jednej strony na doktrynie, jasno definiującej interes publiczny w zmieniającym się świecie, z drugiej – na permanentnej, drobiazgowej analizie szans i zagrożeń, wariantowych kalkulacjach możliwych scenariuszy. Z trzeciej – na przemyślanym zarządzaniu personelem dyplomatycznym, urzędniczym, analitycznym.

Nawet dotychczasowe, a więc bardzo korzystne, realia unijne obnażają elementarne braki w tych sferach. Gdy pojawiają się konkretne niebezpieczeństwa, jak w przypadku stoczni czy pracowników delegowanych, zawodzi tak system wykrywania i opisu zagrożeń, jak i przeciwdziałania im. Dezorganizacja wychodzi z poziomu konstytucyjnego (dwugłowa egzekutywa) i rządowego, z beznadziejnie słabym centrum rządu, z czterema głównymi departamentami ds. europejskich, dysfunkcjonalnie rozdzielonymi między trzech wiceministrów.

Tak więc jedną kwestią jest naprawa narzędzi, a drugą – umiejętność korzystania z nich. Jeśli Polska ma być poważnym graczem, musi wyjść poza inercyjne hasła w rodzaju „płynięcia w głównym nurcie”, „wstawania z kolan”, czy „silnej Polski w silnej Europie”. Musi zacząć wypełniać je treścią. A więc przekuwać na wielość konkretnych programów i projektów, uczestnictwa w niezliczonych debatach, propozycji i działań lobbystycznych.

Możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie

Powinniśmy odejść od oscylowania między ostentacyjnym antyamerykanizmem a eurosceptycyzmem. Tak samo jak między bezzębnym, pastiszowym neoimperializmem regionalnym, a zarzucaniem polityki środkowoeuropejskiej. Również między – widocznym nawet w obrębie jednej kadencji – chaotycznym sinoentuzjazmem a sinosceptycyzmem. Akcenty mogą rozkładać się różnie w zależności od tego, która partia rządzi, ale Polska potrzebuje zarówno USA, i UE, silnej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i maksymalnego wykorzystania szans, które daje wzrost znaczenia Chin. Frontowe położenie powinno skłaniać – zwłaszcza w niespokojnych czasach – nie do stawiania na jednego konia, ale do „zarzucania kotwic, gdzie się da”, jak to określił Olaf Osica. W konfliktach między najważniejszymi dla nas graczami powinniśmy być bierni tak długo, jak się da; starać się opowiadać jako ostatni.

Po trzecie, możemy musieć wkrótce zdecydować, czy przystąpić do nowej, głębiej zintegrowanej Unii Europejskiej, czy nie. Alternatywy są wykuwane już teraz, na niezliczonych spotkaniach, debatach, w kolejnych „dealach” i specjalistycznych artykułach. To ta krzątanina zadecyduje o ich finalnym kształcie. Aktywność Polski jest tu – z powyższych względów – minimalna.  To do siebie powinniśmy więc przede wszystkim kierować pretensje, gdy pomysły na nową Europę przybierają (jak w wizjach Macrona, czy, do pewnego stopnia, Komisji Europejskiej) mało korzystny dla nas kształt, a kraje „Trójmorza” lgną w spornych sprawach raczej do zachodnich stolic niż do Warszawy. Pustkę można jednak wypełnić, a braki – nadrobić.

>>>

Czytam głosy oburzenia na słowa, że Polska po 89 roku straciła niezależność gospodarczą. A przecież nasza współpraca z ZSRR przed rokiem 89 była obustronnie korzystna. My dawaliśmy ZSRR mięso, a w zamian za to ZSRR brał od nas masło, żyto i owoce 😂

Hairwald

W polityce historycznej PiS dostrzegam próby promowania kilku postaci, które poparły tę partię – mówi politolog Antoni Dudek.

Rzeczpospolita: Czy braciom Kaczyńskim należałaby się specjalna tablica w Stoczni Gdańskiej upamiętniająca ich udział w wydarzeniach Sierpnia’88?

Prof. Antoni Dudek, politolog, były członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej: Jest faktem, że w trakcie tego strajku w Stoczni Gdańskiej obaj bracia byli obecni…

Rzeczywiście udział Jarosława i Lecha Kaczyńskich w Sierpniu był tak istotny?

…ale upamiętnianie tego w formie specjalnej tablicy było kuriozum, z którego prezes PiS natychmiast zdał sobie sprawę. W 1988 r. obaj bracia odgrywali istotną rolę w kierownictwie wałęsowskiej Solidarności, ale wciąż była to rola drugoplanowa. Do ścisłej czołówki Lech wszedł na początku 1989 r., gdy znalazł się w solidarnościowej delegacji prowadzącej rozmowy w Magdalence, a Jarosław w kilka miesięcy później, gdy Wałęsa zlecił mu prowadzenie – wraz z bratem – rozmów sondażowych z ZSL i SD nt. koalicji rządowej.

Wspomniał…

View original post 2 037 słów więcej

Czy Kreml pomógł zainstalować reżim? Jaka Polska po PiS?

Zwykły wpis

W polityce nie wszystko jest logiczne, ale nielogiczności trzeba logicznie wyjaśniać. I to jest problem podstawowy, zwłaszcza w świecie, który nam się przewraca, nie tylko w Polsce. To samo dotyczy bezprawia, które trzeba zwalczać prawem, a nie jego surogatem – prawem ludowym, czy też moralnym.

Od początku afery podsłuchowej padało podejrzenie, iż za podsłuchami w restauracji „Sowa & Przyjaciele” stoją służby rosyjskie. Niemal natychmiast sformułował to Donald Tusk: „Nie wiem, jakim alfabetem jest pisany ten scenariusz”. Wszak oprócz łaciny, drugim alfabetem w użyciu w Europie jest tylko cyrylica.

W najnowszej „Polityce” Grzegorz Rzeczkowski potwierdza, iż jest „rosyjski ślad na taśmach”. Za taśmami w Polsce stał Marek Falenta, który skazany nie idzie siedzieć, bo go chroni… PiS. Zresztą beneficjentem afery podsłuchowej była partia Kaczyńskiego, której afera walnie pomogła sięgnąć po władzę.

A zatem Kreml pomógł PiS sięgnąć po władzę, tak jak w USA Donaldowi Trumpowi? Znak zapytanie jest nieodzowny, bo przecież Kaczyński nie został złapany na gorącym uczynku, choć w przypadku jego kolegi partyjnego Antoniego Macierewicza wiele śladów prowadzi do Moskwy, co zostało opisane w książce Tomasza Piątka.

W wypadku takiego podejrzenia stosuje się jeszcze formułę: ja tylko pytam. I tak w tej kwestii postąpił naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis odnosząc się do materiału w konkurencyjnej „Polityce”: „Tylko pytam – czy logiczny jest wniosek, że Kreml, używając współpracującego z PiS-em Falenty, pomógł zainstalować w Polsce antyeuropejski reżim? A także wniosek, że w tej kwestii Kaczyński pośrednio współpracował z Putinem? Bo te wnioski wydają mi się całkiem logiczne”.

Rosja nie zna innych systemów politycznych niż reżim, tylko taki w niej panuje od zawsze oprócz krótkich epizodów Kiereńskiego i Borysa Jelcyna. Każdy reżim, badź prawica są wsobne, zamknięte, ograniczone nacjonalistycznie, rasowo, a więc nie wchodzące w alians z systemami otwartymi, demokratycznymi. W to gra Putin w Europie – w rozerwanie Unii Europejskiej; i ten scenariusz też realizuje PiS.

Czy partię Kaczyńskiego powstrzymamy, czy zwyciężymy w nadchodzących wyborach? W pierwszym rzędzie odpowiedzialni za to są politycy z partii opozycyjnych, ale może nawet większą rolę odgrywa społeczeństwo obywatelskie, które nie zgadza się na reżimową ucieczkę od wolności.

W Brukseli w siedzibie Parlamentu Europejskiego odbył się wernisaż wystawy zdjęć Chrisa Niedenthala i Wojciecha Kryńskiego z naszych protestów przeciwko władzy PiS „Poland’s Street Pulse”, a po nim miała miejsce debata „How Poles defend democracy?”, która cieszyła się bardzo dużym powodzeniem. W panelu uczestniczyli m.in. reżyserka Agnieszka Holland, prof. Marcin Matczak i lider Obywateli RP Paweł Kasprzak.

Matczak zapowiedział, iż pod koniec tego roku Fundacja Batorego opublikuje raport działającego w niej zespołu, który opracowuje scenariusze przywrócenia państwa prawa po rządach PiS. Matczak przestrzega: nie mozna iść na skróty, nie można po PiS sprzątać bałaganu jedną ustawą. Ponadto Matczak ujawnił kilka szczegóółów, jakimi etapami usunąć pisowskie bezprawie. Otóż Sejm jest władny uchwałą usunąć z Trybunału Konstytucyjnego sędziów-dublerów, a wobec innych, którzy nie trzymali się Konstytucji – w tym nich prezes TK Julii Przyłębskiej – wszcząć postępowania dyscyplinarne i w ten sposób usunąć ich z TK. Uzdrowiony TK będzie mógł wówczas zaskarżyć pisowskie ustawy likwidujące niezależność wymiaru sprawiedliwości, a ten niechybnie stwierdzi ich niezgodność z Konstytucją.

I tak dalej. To samo dotyczy niekonstytucyjności wyboru członków nowej KRS, w konsekwencji powołania nowych sędziów Sądu Najwyższego. Wcześniej jednak musimy wygrać z autokratycznym PiS. Potem ewentualnie służby państwa dojdą, na jakim to pasku i jak go zastosował Kreml, który poprzez narzędzia dezorganizacji – jak afera podsłuchowa – zainstalował u władzy PiS, partię wrogą Unii Europejskiej, wrogą standardom demokratycznym, Zachodowi.

Macierewicz, kim jesteś?

Zwykły wpis

Przyznam się, ze boję się o Antoniego Macierewicza. Nie jest tym, za kogo się podaje. Jest ministrem obrony, ale… nim naprawdę nie jest, bo wiele wskazuje, że to wielce sprawna V kolumna.

Lektura książki Tomasza Piątka „Macierewicz i jego tajemnice” jeszcze bardziej pogłębia te podejrzenia i niemal utwierdza.

Recenzent „Polityki” Grzegorz Rzeczkowski tak ujmuje:

„Macierewicz nie jest tą osobą, za którą się podaje, czyli niestrudzonym tropicielem prawdziwych i fikcyjnych spisków ludzi dawnego systemu, agentów SB oraz rosyjskich wpływów. Jest za to osobą co najmniej uwikłaną w relacje z ludźmi, którym Rosja i jej służby są bliskie. I to osobą, która z tego uwikłania najwyraźniej wydobyć się nie chce i/lub nie może. Gdy uświadomimy sobie, że wszystko dotyczy de facto drugiej postaci w państwie pod względem siły politycznej, szefa ważnego resortu i wiceprezesa rządzącej partii, sprawa robi się bardzo poważna.”

Przypominają się najwięksi w tym fachu. Jak choćby Richard Sorge, szpion sowieckiego wywiadu wojskowego GRU, który został nawet dla kamuflażu członkiem NSDAP, a gdy wybywał na placówkę w Japonii, żegnał go sam Joseph Goebbels.

Zasługi Sorge dla ZSRR są ogromne, a Macierewicz tak rozbraja polską armię, że jakikolwiek wróg może tylko zacierać ręce, iż bez użycia broni rozpirzona została polska obronność.

Macierewicz jest wiekowy, stary, ale nie zdziwiłbym się, gdyby któregoś dnia jego mocodawcy wołali za nim, gdy już zostanie przez nich ściągnięty: Antoni Zdzisławowicz, spasiba.