Tag Archives: Eugeniusz Smolar

Z PiS można wygrać, z PiS trzeba wygrać

Zwykły wpis

PiS może liczyć na 38 proc. głosów. Ale jeśli opozycja się zjednoczy (PO, Nowoczesna, PSL, SLD, Razem i Teraz), to może liczyć na 50 proc. głosów – wynika z sondażu Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu”.

Z badania wynika, że opozycja może pokonać PiS jedynie tworząc szeroką koalicję. Przy takim układzie w Sejmie znalazłoby się jeszcze miejsce dla Kukiz’15 (8 proc.). Tuż pod progiem wylądowałaby partia Wolność (4 proc.).

Sondaż: jaki kraj najbardziej lubią Ukraińcy?

Czy rządzący powinni się martwić? – To jest sygnał dla nas, że musimy się mocno przed wyborami mobilizować i dobrze przepracować najbliższy rok, żeby to PiS i obóz zjednoczonej prawicy miał 50 proc., a zjednoczona opozycja 38 proc. – komentuje w „SE” poseł Marek Ast.

Czy Polacy są zadowoleni z zakazu handlu w niedziele? Sondaż

Wczoraj szefowa klubu Nowoczesnej Kamila Gasiuk-Pihowicz oznajmiła, że jest zwolenniczką wspólnego klubu Koalicji Obywatelskiej. Jej zdaniem, połączenie klubów: PO i Nowoczesnej, dałoby wyborcom jasny sygnał, że KO to twardy, polityczny byt, który jest w stanie pokonać PiS.

Badanie zostało zrealizowane przez Instytut Badań Pollster w dniach 29-30 listopada 2018 na próbie 1093 dorosłych Polaków.

Z PiS można wygrać, z PiS trzeba wygrać. Chyba pierwszy taki sondaż. Zjednoczona Opozycja wygrywa z PiS.

Depresja plemnika

16-letni Paweł Wenderlich w sierpniu tego roku wziął udział w akcji „Baby Shoes Remember”.

Przed katedrą w Toruniu – wspólnie z wieloma innymi osobami – zawieszał na ogrodzeniu kościoła maleńkie buciki, żeby upamiętnić ofiary księży pedofilów. Wisiały tam także kartki z napisem „Stop pedofilii w Kościele”.

Nastolatek za ten akt solidarności z dziećmi-ofiarami księży pedofilów odpowie przed sądem. Wniosek w sprawie Pawła Wenderlicha i trzech innych osób skierowała toruńska policja.

„Funkcjonariusze, którzy byli na miejscu zgromadzenia przed katedrą, sporządzili notatkę służbową, z której wynikało, że kilka osób zawiesiło na ogrodzeniu buciki dziecięce i kartki” – potwierdziła w wp.pl podinsp.

Wioletta Dąbrowska z Komendy Miejskiej Policji w Toruniu. Funkcjonariuszka powołuje się na art. 63a Kodeksu wykroczeń: „Kto umieszcza w miejscu publicznym do tego nieprzeznaczonym ogłoszenie, plakat, afisz, apel, ulotkę, napis lub rysunek albo wystawia je na widok publiczny w innym miejscu bez zgody zarządzającego tym miejscem, podlega karze ograniczenia wolności albo…

View original post 3 134 słowa więcej

Kaczyński kaput, PiS kaput

Zwykły wpis

Polska była gotowa zerwać czwartkowy szczyt dotyczący migracji – ustaliła korespondentka RMF FM. Mogłoby do tego dojść, gdyby nie osiągnięto kompromisu ws. relokacji.

W czwartek w Brukseli odbył się unijny szczyt dotyczący migracji. Jak informuje korespondentka RMF FM Katarzyna Szymańska-Borignion w trakcie spotkania Polska była gotowa zerwać szczyt. Miało to być spowodowane początkowym brakiem kompromisu w sprawie zasad relokacji uchodźców.

RMF FM: Polska była gotowa zerwać szczyt

Choć, jak podaje RMF FM, prezydent Francji Emmanuel Macron na początkowym spotkaniu z przywódcami Grupy Wyszehradzkiej miał stwierdzić, że przymusowa relokacja „jest martwa”, podczas samego szczytu przychylał się tej koncepcji. Następnie swoją propozycję przedstawił szef Rady Europejskiej Donald Tusk, ale ta również nie podobała się polskiej delegacji.

Nie było mowy o dobrowolności

Jak informuje dziennikarka RMF FM w akapicie nt. „kontrolowanych centrów” dla uchodźców, była mowa o przyjmowaniu przez kraje UE osób, które wymagają ochrony międzynarodowej. W tym fragmencie nie zawarto informacji o dobrowolności. Wtedy właśnie Polska miała rozważać zerwanie negocjacji. Ostatecznie, po nałożeniu wielu poprawek, udało się osiągnąć kompromis.

Szczyt ws. migracji

Szczyt dotyczący migracji odbył się w czwartek. Donald Tusk informował, że negocjacje miały trudny przebieg i trwały całą noc. Podczas szczytu podjęto m.in. decyzję o tym, że nie będzie przymusowej relokacji migrantów. Kraje UE będą mogły przyjmować ich dobrowolnie.

Szef polskiego rządu znów uprawia propagandę sukcesu. Po spotkaniu Rady Europejskiej w sprawie migrantów oświadczył, że stanowisko jego rządu jest stanowiskiem Unii Europejskiej. Tymczasem żadnego stanowiska UE nie ma.

Jest tylko coś w rodzaju koła ratunkowego rzuconego skonfliktowanej z własnymi koalicjantami Angeli Merkel. Sama kanclerz nazwała ustalenia krokiem naprzód, co w praktyce oznacza, że porozumienia nie osiągnięto.

Zatem Morawiecki, jak to ma w zwyczaju, zaklina rzeczywistość. To, co nazywa tym samym stanowiskiem, jest rażącym uproszczeniem stanu rzeczy. Powzięte ustalenia nie powinny nikogo łudzić: w UE nie ma zgody w kwestii migrantów. Idea solidarnego, kwotowego, rozwiązania problemu, torpedowana głównie przez Polskę i Węgry, jest martwa. Zwycięża krótkowzroczny pragmatyzm wyborczo-polityczny i lęk przed populistami.

Przyjęte ustalenia to jeszcze nie program działania, tylko jego zalążek. Przypomnijmy:
– uszczelnianie zewnętrznych granic UE.
– stworzenie (ale dobrowolne) ośrodków dla migrantów wewnątrz i poza Unią, odsiewających tych, którzy mogą się starać o legalny pobyt jako uchodźcy lub osoby represjonowane politycznie, od tych, którzy na to szans nie mają.

To z kolei miałoby zniechęcić migrantów ekonomicznych do wędrówki do Europy za chlebem i bezpieczeństwem. Tylko że na razie żaden taki ośrodek nie powstał, a wędrówka ludów trwa (choć dużo mniej liczna), a prezydent Macron już zapowiedział, że we Francji takiego ośrodka nie będzie, bo imigranci do niej się nie kierują.

– tworzenie poza UE regionalnych „platform wyładunkowych”, które miałyby zahamować proceder szmuglowania migrantów przez gangi.
– zwiększenie inwestycji w Afryce, aby doprowadzić do radykalnej poprawy społeczno-ekonomicznej na Czarnym Lądzie, skąd dziś idzie główna fala migracji do Europy.

I to jest sedno sprawy, a nie uszczelnianie granic. Ale na to potrzeba lat, jeśli nie dziesięcioleci. Na razie sytuacja jest taka, że wprowadzenie tych ustaleń będzie trudne, a Unia jest nadal w sprawie migrantów podzielona. Wbrew sugestiom Morawieckiego jedności tu nie ma. Bliższy rzeczywistości jest Donald Tusk, kiedy ostrzega, że łatwiej wypracować ustalenia, niż skutecznie je realizować.

Według nieoficjalnych informacji agencji Reuters Komisja Europejska może zaskarżyć do Trybunału Sprawiedliwości UE ustawę, która ma przymusowo wysłać na emeryturę część sędziów Sądu Najwyższego, w tym jego Prezes Małgorzatę Gersdorf. Na razie informacje te nie zostały potwierdzone.

Dopiero trybunał może wprowadzić tzw. środek tymczasowy, czyli zablokować zmiany w polskim SN. Problem w tym, że ustawa wchodzi w życie już 3 lipca, a na ewentualną decyzję unijnego trybunału będziemy musieli poczekać.

Sędziowie Sądu Najwyższego zamierzają rankiem 4 lipca wprowadzić prezes Gersdorf do sądu. Musimy tam być też my, obywatele. Władza może stanowić bezprawne prawo siłą parlamentarnej większości. Ale bez udziału sędziów i obywateli nie da rady go wyegzekwować. Możemy sprawić, by bezprawne prawo było martwe.

Dwie uchwały Sądu Najwyższego

Sędziowie podjęli dwie uchwały w czwartek na ostatnim Zebraniu Ogólnym Sędziów Sądu Najwyższego sprzed wejścia w życie ustawy o „wycince” sędziów. W pierwszej stwierdzają sprzeczność z konstytucją przerwania sześcioletniej kadencji I Prezes Małgorzaty Gersdorf: „Stwierdzamy, że sędzia Sądu Najwyższego prof. dr hab. Małgorzata Gersdorf pozostaje – zgodnie z bezpośrednio stosowanym art. 183 ust. 3 Konstytucji RP (art. 8 ust. 2 Konstytucji RP) – do dnia 30 kwietnia 2020 r. Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego, kierującym instytucją, w której pełnimy naszą służbę społeczeństwu”. W drugiej – że wysłanie na wcześniejszą emeryturę sędziów SN, jeśli na ich pozostanie nie zgodzi się prezydent, narusza konstytucyjną zasadę nieusuwalności sędziów: „Sędziowie, którzy rozpoczęli służbę w Sądzie Najwyższym przed dniem wejścia w życie ustawy z dnia 8 grudnia 2017 r. o Sądzie Najwyższym, powinni pełnić tę służbę do ukończenia 70. roku życia, bez spełnienia jakichkolwiek dodatkowych warunków”.

Od dwóch tygodni Obywatele RP i inne organizacje broniące sądów wzywają sędziów Sądu Najwyższego do stawienia czynnego oporu, czyli do pozostania w sądzie mimo wejścia w życie pisowskiego prawa, które 27 z nich odsyła na wcześniejszą emeryturę. Z uchwał podjętych przez sędziów nie wynika, że taki czynny opór zamierzają stawić. Ale rzecznik SN sędzia Michał Laskowski poinformował dziennikarzy, że sędziowie – także ci „wycięci” – przyjdą w środę rano z togami przed Sąd Najwyższy, by asystować prezes Gersdorf przy wchodzeniu do sądu.

Sąd Najwyższy będzie zamknięty tak jak kiedyś Sejm?

Pytanie, co zrobi straż sądowa. Zatrzyma panią prezes? Zatrzyma sędziów, którzy podlegają „wycince”? Półtora roku temu w Trybunale Konstytucyjnym Straż Trybunalska natychmiast przestawiła się na tryb posłuszeństwa nowym, wybranym z naruszeniem konstytucji i ustawy władzy Julii Przyłębskiej i Mariuszowi Muszyńskiemu.

Straż sądowa nie ma podstawy prawnej, by nie wpuścić sędziów, w tym pani prezes. Do sądu w godzinach urzędowania może wejść każdy, jeśli nie ma przy sobie niebezpiecznych przedmiotów i nie jest agresywny. Zobaczymy, co się stanie. Czy Sąd Najwyższy stanie się takim samym zamkniętym obiektem, jakim stał się polski parlament?

Brońmy sądów i sędziów

Tak czy inaczej obywatele muszą bronić sędziów i sądów do końca. Musimy przyjść rankiem 4 lipca przed Sąd Najwyższy wprowadzić sędziów i prezes Gersdorf. I – jeśli będzie trzeba – przychodzić tam co dzień i towarzyszyć im we wchodzeniu do sądu. Niezawiśli sędziowie i niezależne sądy to nasza najważniejsza obrona przed naruszającą prawo władzą. A dla sędziów najważniejszym obrońcą ich niezawisłości jesteśmy my, obywatele. Ta zależność nigdy nie była tak oczywista. I dramatyczna.

Ale broniąc sędziów Sądu Najwyższego, nie zapominajmy domagać się, by wykorzystali broń, która mają: możliwość zadania pytania prawnego Trybunałowi Sprawiedliwości UE o to, czy sytuacja, gdy sądzą sprawy, będąc zagrożeni „wycinką” i uzależnieni od arbitralnej decyzji prezydenta, nie narusza prawa stron sądzonej przez nich sprawy do rzetelnego sądu? Zadawszy – w każdej chwili – Trybunałowi takie pytanie, powinni zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości UE zawiesić obowiązywanie przepisów o „wycince” sędziów.

Naciskamy na Komisję Europejską, żeby zaskarżyła „wycinkę”. Naciskajmy na sędziów SN, by i oni użyli broni, którą mają w rękach. I nie opuszczajmy sędziów – czyli państwa prawa.

Choć według sondaży w razie odejścia Jarosława Kaczyńskiego z polityki PiS nadal mógłby liczyć na wysokie poparcie, to jednak zdaniem obserwatorów sceny politycznej odejście prezesa spowodowałoby katastrofę. „Bez niego PiS się rozpadnie” – powiedział „Super Expressowi” były premier, Jan Olszewski.

Jak pisze „Super Express”, w niedawnym sondażu Instytutu Badań Pollster dla „SE” -aż 56 proc. wyborców PiS chciało, aby prezes Jarosław Kaczyński przestał rządzić partią, a 45 proc. wyborców wskazywało jako następcę obecnego premiera, Mateusza Morawieckiego. Taka wizja nie napawa jednak optymizmem byłego premiera, Jana Olszewskiego.

– Mam nadzieję, że Kaczyński będzie jeszcze długo rządził partią. I na polityczną emeryturę się nie wybierze. Bez niego formacja może ulec rozpadowi – powiedział były premier.

Jak dodał, to właśnie jemu Jarosław Kaczyński zawdzięcza obecną pozycję polityczną. – W połowie lat 90-tych Jarosław zwrócił się do mnie o to, aby mógł startować z list Ruchu Odbudowy Polski do Sejmu. Zgodziłem się. Uważałem wtedy, że Kaczyński jest przyszłością polityczną w Polsce i wielką, ważną indywidualnością polityczną. Stwarzał nadzieję do odegrania wielkiej roli w przyszłości Polski. I taką rolę odgrywa do dziś – powiedział były premier.

Jak dodał, w przyszłości Jarosław Kaczyński będzie szukał godnego następcy. Mateusz Morawiecki mógłby nim być, jednak nie ma zaplecza politycznego – mówił w „Super Expressie” Olszewski.

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią – mówi w rozmowie z nami Eugeniusz Smolar, analityk, członek Rady Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej Serwisu Światowego BBC. – Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich. Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw – dodaje. Rozmawiamy m.in. o ustawie o IPN, polityce międzynarodowej PiS i upartyjnianiu sądownictwa

KAMILA TERPIAŁ: Zaskoczyła pana decyzja PiS-u w sprawie nowelizacji ustawy o IPN?

EUGENIUSZ SMOLAR: Nie zaskoczyła mnie. Czekałem, kiedy to nastąpi, ze względu na poważną presję nie tylko Izraela i środowisk żydowskich, ale przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. Rozmowy prowadzone w Waszyngtonie przez, jak czytaliśmy, m.in. Adama Bielana pokazały, że USA są niewzruszone i uznają, że to, co robi rząd PiS-u, zagraża bardzo ważnym pryncypiom, takim jak wolność mediów i badań naukowych, ale także istotnym interesom Stanów Zjednoczonych. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to sytuacja, w której ugrupowanie polityczne mówiące cały czas o wstawaniu z kolan i suwerenności zgodziło się de facto na to, aby treść porozumienia i polskiej ustawy – a tak przeczytałem w izraelskich mediach – była pisana wspólnie z przedstawicielami rządu w Jerozolimie.

Można by sobie pozwolić na sarkazm, gdyby nie powstała sytuacja, która nie miała miejsca od 1989 roku. Poprzednie rządy działały z większą wyobraźnią i nie doprowadzały do sytuacji, w której istotni aktorzy sceny międzynarodowej, a szczególnie sojusznicy, uznaliby jakieś posunięcie legislacyjne za nie do przyjęcia.

A zaskoczyło pana tempo działań?

Przyznaję, że byłem zaskoczony formą i brakiem wyobraźni przywódców PiS-u, którzy doprowadzili w Sejmie do zablokowania jakiejkolwiek dyskusji, nie próbując nawet przerzucić części odpowiedzialności na opozycję. Przecież marszałek Sejmu mógł zwołać Konwent Seniorów i poinformować, że ze względu na interes państwa należy zająć się nowelizacją ustawy o IPN, a także uzyskać zgodę opozycji. Ale PiS postąpił zgodnie ze swoją tradycją brutalnego stawiania wszystkich pod ścianą. Najpierw pod ścianą postawili naszych sojuszników, a teraz partie opozycyjne.

Mimo że opozycja słusznie głosowała za przyjęciem tych zmian, to pełną odpowiedzialność za wprowadzenie poprzedniej wersji ustawy o IPN i jej zmiany ponosi Prawo i Sprawiedliwość.

Rządzący przyznali się tym samym do błędu?

PiS nigdy nie przyznaje się do błędu. Zdumiewająca i wręcz szalona była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego po podpisaniu wspólnej deklaracji z premierem Izraela – brak wyobraźni, nieumiejętność formułowania myśli, częste pomyłki, brnięcie w dywagacje historyczne i zapewnianie, że rządzący odnieśli wielkie zwycięstwo, bo nikt nie będzie mówił o „polskich obozach koncentracyjnych”. Przypomnę, że z wyjątkiem pomyłki prezydenta Baracka Obamy, za którą przeprosił w ciągu 24 godzin, mieliśmy do czynienia z okazjonalnymi skrótami myślowymi w różnych mediach na świecie, na które dyplomacja polska od wielu lat skutecznie reagowała.

Prawda jest taka, że tą ustawą rządzący doprowadzili do rozpropagowania pojęcia „polskie obozy śmierci”. Szkodnictwo tego kroku jest ogromne, a PiS przekonuje, że odniósł zwycięstwo. Kolejny przykład gloria victis.

Premier Mateusz Morawiecki przekonywał też, że rozpoczęto „proces przemiany wiedzy o losach Polaków podczas II wojny światowej”. Ile w tym prawdy?

Są trzy kategorie prawdy według księdza Józefa Tischnera: prawda, czysta prawda i gówno prawda. Teraz mamy do czynienia zdecydowanie z trzecią kategorią. Ograniczę się do dziejów najnowszych, bo tym towarzyszyłem, też w Londynie jako dziennikarz i dyrektor Sekcji Polskiej BBC: znajomość spraw polskich niebotycznie wzrosła wśród elit zachodnich dzięki działaniom opozycji demokratycznej (KOR) i popularności „Solidarności” oraz oporowi przeciwko stanowi wojennemu, dzięki Okrągłemu Stołowi i załamaniu się władzy komunistów, bezkrwawej implozji ZSRR i zjednoczeniu Niemiec i Europy, wreszcie dzięki fenomenalnemu rozwojowi po przystąpieniu do NATO i Unii Europejskiej. Sfera polityczna przyczyniała się do zainteresowania Polską, Polakami i naszą historią. I tu z pomocą przyszli wybitni historycy, tacy jak Norman Davis, Timothy Garton Ash, Timothy Snyder czy Adam Zamoyski, dzięki którym w świadomości zachodnich elit udało się doprowadzić do zbliżenia wizji historii obu części kontynentu, podzielonego przez nasze zapóźnienie i zimną wojnę. Każdy naród uznaje swoją historię za wyjątkową, niemniej znajomość spraw polskich i naszej historii bardzo wzrosła w ostatnich dekadach.

Ksenofobiczna, wsobna polityka rządu PiS wykopuje ponownie przepaść, którą stopniowo zasypywaliśmy. Także w zakresie stosunków polsko-żydowskich.

Politycy PiS-u twierdzą, że dopiero dzięki ich staraniom i kampanii, która została zablokowana przez oburzone elity amerykańskie i izraelskie, odnieśli wielkie zwycięstwo. Proszę, aby nasza biedna ojczyzna nie odnosiła więcej takich zwycięstw.

Marszałek Stanisław Karczewski przyznał, że „rzeczywistość nas zaskoczyła”. Myśli pan, że nie spodziewali się tego, jakie mogą być konsekwencje przyjęcia pierwszej wersji ustawy o IPN?

Dotyczy to nie tylko tej sprawy, ale także wielu innych poczynań rządzących. To jest zamknięte środowisko polityczne, partia o charakterze rewolucyjno-bolszewickim, w której decyzje podejmuje Sekretarz Generalny – Jarosław Kaczyński i Biuro Polityczne, które dba o to, aby decyzje zostały wykonane, niekiedy w błyskawicznym tempie, niezależnie od okoliczności, konsekwencji i kosztów. To była jedna ze spraw, które rządzący wnieśli nieprzygotowani na posiedzenie Sejmu, chcąc przykryć inne porażki. Lider PiS stworzył scentralizowany system, który nie dopuszcza do siebie żadnych zastrzeżeń. Gdyby PiS nie wyrzucił doświadczonych dyplomatów i nie naruszył bezcennej pamięci instytucjonalnej, gdyby zwrócił się do poprzednich ministrów spraw zagranicznych, co nie wchodziło w grę, bo to według nich agenci, albo do byłych ambasadorów, co też nie wchodziło w grę, bo to zdrajcy odwołujący się do „ulicy i zagranicy”, to wiedzieliby, że kwestia antysemityzmu przed, podczas i po wojnie, jego wpływu na historię Holocaustu, ale i problem restytucji majątków żydowskich były cały czas na pierwszym planie w kontaktach z dyplomacją amerykańską.

Wcześniej Polska grała w sojuszniczej drużynie, była otwarta na sugestie, ale jednocześnie dbała o własne interesy, polepszała – przy ogromnym udziale organizacji pozarządowych oraz historyków – stosunki polsko-żydowskie, toteż te wszystkie sprawy nie nabierały kryzysowego charakteru.

„Izrael i Polska są przyjaciółmi, którzy współpracują w kwestii pamięci o Holocauście” – napisali w we wspólnej deklaracji premierzy Mateusz Morawiecki i Benjamin Netanjahu. Jaką ma wartość ten dokument?

Przede wszystkim pozwala trzem aktorom: rządowi polskiemu, izraelskiemu i amerykańskiemu uznać, że sprawa została załatwiona pomyślnie dla wszystkich stron. Dla Polski ważne są oświadczenia, które wydają się być oczywiste, że nasz kraj nie jest odpowiedzialny za Holocaust i udzielano pomocy Żydom na miarę możliwości, ale jednocześnie, że historia jest na tyle skomplikowana, bowiem byli i tacy Polacy, którzy Żydów mordowali i wydawali Niemcom na śmierć, że należy ją badać. Dlatego padło zapewnienie, co jednak nie stanowi żadnej gwarancji, że również w przyszłości będzie zapewniona wolność badań.

Z jednej strony Polska może się pochwalić – premier robił to zresztą wielokrotnie – że wreszcie uznano polski punkt widzenia. Ale to jest absurd, dlatego że polski punkt widzenia nigdy nie był podważany. Dyskutowano jedynie o skali udziału niektórych Polaków w mordowaniu Żydów w czasie i po II wojnie światowej.

Dla strony izraelskiej ważne są gwarancje swobody wypowiedzi i badań, co też pozwoli administracji amerykańskiej uznać sprawę za zakończoną. W konsekwencji doprowadzi do osłabienia napięcia z różnymi innymi stolicami i dyplomacjami.

Jest szansa, że Andrzej Duda będzie mógł spotkać się z Donaldem Trumpem podczas szczytu NATO?

To byłoby bardzo istotne w kontekście zapowiedzianego spotkania Trump-Putin. To byłby swego rodzaju gest pokazujący, że nasi zachodni sojusznicy, w tym najważniejszy w dziedzinie bezpieczeństwa, biorą pod uwagę polski punkt widzenia przed spotkaniem amerykańsko-rosyjskim. Ale

obserwując, w jaki sposób funkcjonuje Donald Trump, podejrzewam, że do takiego osobistego i merytorycznego spotkania z prezydentem Andrzejem Dudą nie dojdzie.

Jest szansa, że presja UE będzie skuteczna?

Musimy zdań sobie sprawę, że tu mamy do czynienia z wieloma aktorami: rządem polskim, Komisją Europejską, Radą Europejską i Parlamentem Europejskim. Komisja ma pewną swobodę działania jako strażnik traktatów, ale też działa na podstawie mandatu udzielonego przez państwa członkowskie. Rada jest ciałem znacznie bardziej politycznym i może dojść do zbudowania mniejszości blokującej, która uniemożliwi jakiekolwiek retorsje wobec rządu PiS-u. Parlament działa na podstawie jeszcze innej logiki, w której decydują zgrupowani w różnych „rodzinach” politycznych przedstawiciele partii rządzących w ich krajach, ale i opozycji. Główne cztery obozy (chadecy, socjaldemokraci, liberałowie i zieloni) są bardzo krytyczne, jeżeli chodzi o sprawę łamania praworządności w krajach członkowskich i one będą dążyły do kontynuacji rozpoczętego procesu. Ważna jest też niezależna presja różnych rządów, która może mieć charakter pryncypialny, ale także może wynikać z niechęci, tak jak w przypadku Francji, państw Beneluxu czy Szwecji.

Nawet jeżeli ewentualne dalsze kroki o charakterze prawnym zostaną powstrzymane w Radzie Europejskiej, to nie oznacza, że cały proces będzie skończony. Stopień niechęci wobec Polski i Węgier jest duży i rosnący, dlatego sprawa może mieć ciąg dalszy na różnych planach.

Tym najbliższym może być skierowanie ustawy o SN do Trybunału Sprawiedliwości. Zielone światło do takich działań otrzymał w środę Frans Timmermans. Czasu jest niewiele, bo ustawa wchodzi w życie 3 lipca. Powinien to zrobić?

To może być istotny etap. Trudno będzie PiS-owi przedstawiać działania Trybunału Sprawiedliwości jako polityczne i ideologiczne, chociaż niektórzy propagandyści PiS-u próbują budować taki jego obraz. Czasu jest jednak bardzo mało i obie strony zdają sobie z tego sprawę. Ważne są pytania: jak szybko formalny wniosek zostanie złożony i jak szybko Trybunał się nim zajmie? Może się okazać, że jest już po deserze, a rząd PiS-u postawi KE i państwa członkowskie przed faktem dokonanym.

Komisja Europejska działa zbyt opieszale i za mało radykalnie?

Komisja nie jest w pełni niezależna, działa na podstawie mandatu i tego, co słyszy w stolicach najważniejszych państw członkowskich. Poza tym nie jest tak, że KE i Frans Timmermans chcieliby doprowadzić do kryzysu w stosunkach z Polską. Cały czas szukają porozumienia, wyrażają nadzieję na satysfakcjonujące porozumienie, kurtuazyjnie się uśmiechając. To jest objaw cierpliwości i wyobraźni, ale władze w Warszawie traktują to jako objaw słabości.

Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko. Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie – mówi w rozmowie z nami prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów. I dodaje: – W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane.

PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ: W swej najnowszej książce „Wolność, rozwój, demokracja” prezentuje pan zbiór swoich wystąpień i esejów od 1989 roku do czasów współczesnych. Czy to jest rodzaj odpowiedzi na słynne hasło „Balcerowicz musi odejść!”, które obecnie przybiera różne formy dezawuowania pańskiej koncepcji ustrojowej zaproponowanej w czasach przełomu? Mam na myśli zarzuty formułowane głównie przez lewicę, że to flirt, jak mówią, z neoliberalizmem oraz wykluczenie społeczne stoją za tym, że mamy przy władzy populistów.

PROF. LESZEK BALCEROWICZ: Przypomina mi to pytania o to, co czułem, gdy słyszałem Andrzeja Leppera, bo to on chciał przecież, żebym odszedł. Odpowiadałem wtedy, że jeżeli ktoś zajmuje się reformami, to musi patrzeć na politykę jak na świat przyrody, w którym są różne okazy. To samo mógłbym powiedzieć o dzisiejszych naśladowcach tego polityka, którzy uważają, że są od niego lepsi intelektualnie. Ekstrema się stykają i w związku z tym podział na lewicę i prawicę fałszuje rzeczywistość. To nie są odrębne programowo byty. Używając tego samego wyzwiska, czyli słowa „neoliberalizm”, krytykuje mnie z jednej strony Adrian Zandberg z Partii Razem, a z drugiej Mateusz Morawiecki z PiS. Ale to nie jest polska specjalność, tylko szersze zjawisko.

Wolność w ramach prawa jest atakowana przez różnych kolektywistów, którzy mają swoje źródła albo w marksizmie, albo w skrajnym nacjonalizmie.

Było za dużo liberalizmu, dlatego pojawiło się tylu ludzi wykluczonych, którzy zagłosowali na PiS, bo dostali 500 zł do ręki – ile jest prawdy w tego typu retoryce?

To jest żałosne intelektualnie. Staram się wyprowadzać wnioski z analizy porównawczej, czyli im mocniejsze tezy, tym mocniejsze dowody. Problem zaczyna się wtedy, kiedy tezy nie są budowane na dowodach, tylko na sloganach. Słowo „wykluczenie” jest sloganem. Z każdego można zrobić wykluczonego, a winowajcą okazuje się zwykle nadmiar wolności. Ale jeżeli zejść z tego prymitywnego oglądu świata przez wybrane slogany na grunt elementarnych faktów i zdefiniować liberalizm zgodnie z jego klasyczną definicją – czyli jako ustrój wolności w ramach państwa prawa, w tym wolności gospodarczej, bez której nie ma innych wolności – to okazuje się, że nawet przed PiS-em mieliśmy największy udział interwencjonizmu państwowego.

Ci, którzy mówią o „nadmiarze” liberalizmu, opierają się na swoich nienawistnych sloganach. Z tego nie wynika, że ich trzeba lekceważyć, trzeba z tym walczyć. Największe nieszczęścia w historii brały się z tego, że sfrustrowani intelektualiści czy ideolodzy pobudzali nienawistne emocje i napędzali tłumy. Stąd wzięły się komunizm i faszyzm.

Panie profesorze, ale czy to znaczy, że według pana nie ma wykluczonych i biednych, czyli tych, którzy potrzebują wsparcia państwa, bo sami z jakichś powodów nie radzą sobie tak dobrze na wolnym rynku jak inni? Taka jest perspektywa lewicowa.

To jest źle postawiony problem. Bo najwięcej biednych jest przecież tam, gdzie nie było rozszerzenia wolności i państwa prawa. Popatrzmy na Ukrainę i Polskę, czyli kraje, które były w 1989 r. na tym samym poziomie rozwoju, a teraz dzieli je przepaść. Na szczęście oparliśmy się w pierwszych latach próbom zakorzenienia socjalizmu. Oprócz używania sloganów zamulających rozum ci rzekomi obrońcy biednych mają przykład pod bokiem, czyli Białoruś Łukaszenki. W ich wywodach jest brak elementarnej logiki i znajomości faktów.

A czy z punktu widzenia prostej psychologii nie jest logiczne to, że PiS wygrał dzięki programowi 500 Plus, który zadziałał na zasadzie: o, wreszcie ktoś się o nas realnie zatroszczył?

Zamiast precyzyjnej definicji mamy slogany, które dzielą się na nienawistne (neoliberalizm) i pozytywne (troszczyć się). Poza tym ci, którzy je głoszą, nie znają historii.

Być zwolennikiem silnego kolektywizmu, kiedy wiadomo, do czego doprowadził i ile pochłonął ofiar, to jest aberracja moralna. Ślepota na rzeczywistość i oszukiwanie takimi hasłami jest niemoralne, bo nie podejrzewam, że wszyscy cierpią na nieudolność umysłową.

Zwolennicy i generałowie propagandy medialnej Partii Razem przekonują na przykład, że państwo prawa jest ważne, ale ważne są również programy socjalne, więc trzeba w ich realizacji wspierać PiS.

Nie znają faktów, albo nie chcą ich znać. Gdyby znali, to zorientowaliby się, że Polska ma w swoim PKB wyższy odsetek wydatków socjalnych niż Szwajcaria. Ale to by im przeszkadzało, bo prawda jest im niepotrzebna. Twierdzą, że nie było wydatków socjalnych, ale przecież każdy sąd opiera się na porównywaniu danych. Jak ktoś ich nie porównuje z rzeczywistymi zjawiskami, tylko urojonym ideałem, to zawsze potępi. Są ludzie, którzy dowartościowują się przez potępianie i sądzą, że od tego będą lepsi. Oni

odwołują się do nierówności, nie odróżniając nierówności sytuacji od nierówności szans, więc potem przekonują, że jest za dużo bogatych, ale też nie patrzą na źródła bogactwa i żerują na zawiści. Ich nie obchodzą ludzie biedni, bo nierówność to nie to samo, co bieda. Można mieć małą nierówność i dużo biedy. To, co mówią PiS i lewica, to jest import tandety.

III RP przed erą PiS nie miała grzechów?

Ważniejsze pytanie jest takie: czy kraj, który był w podobnej sytuacji do innych krajów, mógł osiągnąć więcej niż tamte kraje? Jeżeli tak na to spojrzymy, to nie zobaczymy żadnego kraju w naszym regionie, który tak zwiększył przeciętną zamożność jak my. Nawet ludzie biedni w Polsce są bogatsi niż bogaci na Ukrainie. To, co moim zdaniem pogłębiło pewne problemy, jest czymś zupełnie innym niż to, co przyjmują czułostkowi nienawistnicy. Nie zdołaliśmy upilnować jako grupa ekonomiczna Jacka Kuronia, który – oczywiście w dobrej wierze – zafundował Polsce ogromny wzrost emerytur, co z kolei doprowadziło w 1991 r. do nawrotu problemu, gdy zaczęliśmy uzdrawiać finanse publiczne.

Nie jest tak, że wydatki socjalne są dobre, bo nazywają się socjalne i jest ich zawsze za mało.

Zatem dlaczego wygrał PiS?

To jest zupełnie inna sprawa. Pisałem o tym w swojej książce „Trzeba się bić z PiS o Polskę”. Z faktu, że PiS wygrał, nie musi wynikać, że teorie socjalnych symetrystów są prawdziwe. Trzeba patrzeć na zdarzenia, które mogły się do tego przyczynić: PO odepchnęła sporą część swoich wyborców atakiem na OFE, który był traktowany jako sprzeniewierzenie się temu, co głosili; przegrana Bronisława Komorowskiego, na czym zaważyła nieudolna kampania wyborcza – bastion obrony państwa prawa został opanowany przez Andrzeja Dudę, a to przyczyniło się do pewnego impetu po stronie PiS; dwie partie o włos minęły się z progiem wyborczym; przed wyborami PiS dostał okazję, żeby demonizować uchodźców. A więc to była seria zdarzeń, które nie musiały nastąpić, ale nastąpiły. Wypadki zdarzają się nie tylko w budownictwie, ale także w polityce. Najgorzej jest dla kraju, gdy „bad guys have good luck”.

Były też elementy oszustwa w tym, co robił PiS. Nie afiszowali się z tym, że dokonają ataku na niezależność sądownictwa. Publicznie zaprzeczali, że Antoni Macierewicz będzie ministrem obrony narodowej. Jarosław Gowin uczestniczył w tym oszustwie.

A nie stoi za tym zwycięstwem głębsza filozofia i analiza polityczna, że w gruncie rzeczy na całym świecie następuje zwrot ku populizmowi i że jest to czynnik bardziej socjologiczny niż socjotechniczny?

Jedna ze współczesnych głupot polega na tym, że nadmiernie się uogólnia i wrzuca wiele zjawisk do jednego worka, dlatego odrzucam takie filozofowanie, bo mówimy o Polsce i konkretnych zdarzeniach. Co do 500 Plus, to zapewne też miało znaczenie, ale nie przesądziłoby o wyniku wyborów, gdyby nie inne sprawy. Nastąpił najgorszy scenariusz, w którym wszystkie ośrodki władzy znalazły się w ręku Kaczyńskiego i kaczystów. Wydaje mi się, że sam prezes PiS-u nie wierzył, że Andrzej Duda wygra wybory, a gdy to się stało, doszedł do wniosku, że nie może stracić okazji i należy opanować państwo, bo tylko wtedy przeciwnicy praworządności i demokracji mogą się utrwalić przy władzy.

A 500 Plus jest potrzebne? Chyba żaden polityk, który uważa się za realistę, nie zdecyduje się tego programu zlikwidować.

Rzeczy, o których mówi się, że są niemożliwe, stają się możliwe, gdy przychodzi kryzys. Nie twierdzę, że kryzys przyjdzie, ale tego nie wykluczam. Wtedy najwięksi populiści przyciśnięci do muru dokonują rzeczy, co do których się wcześniej zarzekali.

Jeżeli potrzebna jest nam większa dzietność, to nie osiągniemy tego dzięki 500 Plus. To była fałszywa propaganda, którą trzeba piętnować. Szli pod tym hasłem i oszukiwali wyborców. Zwiększyli wydatki o prawie 40 mld zł, a to musi być finansowane z długu publicznego i podwyższanych podatków.

Ale za to uszczelniają VAT, czym się chwalą.

Kłamliwa jest propaganda PiS polegająca na przypisywaniu sobie całego przyrostu przychodów z uszczelnienia VAT. To jest co najwyżej 1/3. Większość pochodzi z tego, że dzięki Unii Europejskiej poprawia się koniunktura, konsumpcja rośnie, więc rosną przychody z VAT. Ale gdy koniunktura się pogarsza, to przychody z VAT spadają jeszcze szybciej.

Czy PiS odsunie od władzy tylko poważny kryzys gospodarczy? Prof. Janusz Czapiński jest przywiązany do takiej prognozy.

Jest w tym ziarno prawdy, ale jeżeli ziarno staje się całością, to staje się kłamstwem lub co najmniej prawdą. W każdym kraju, jeżeli poprawia się sytuacja gospodarcza – a w Polsce tak się dzieje wbrew, a nie dzięki temu, co robi PiS – to wiele osób uważa, że wszystko gra i nie zastanawia się nad innymi rzeczami. Na to nie można się oburzać, trzeba przyjąć jako fakt. Nie da się prognozować, kiedy i czy nastąpi wyraźne załamanie, ale z pewnością będzie występować spowolnienie, które nie musi być dramatyczne. Na tym tle największa jest rola mobilizowania poszczególnych grup i to nie jest praca na marne.

Są trzy kategorie ludzi, do stwierdzeń których nie mam wielkiego szacunku: „nie da się nic zrobić”, „samo się zrobi”, „niech inni to zrobią”. Im więcej jest takich, tym większe jest zagrożenie, że bardzo zła zmiana dla Polski będzie dłużej trwała.

Od mobilizacji zależy, jak długo będzie trwać. Mam wrażenie, że ekonomiczni imperialiści nie doceniają tego, że wiele osób jest wrażliwych moralnie. I to nie jest idealizm.

Symetrysta powie, że walcząc z PiS stajemy się tacy sami jak pisowcy, tylko mamy inne poglądy.

W każdym społeczeństwie istnieje odsetek oportunistów, którzy chcą uchodzić za bezstronnych. Patrzę na to oczami przyrodnika, ale czasami z pogardą. Takie czasy znakomicie sprawdzają ludzi. To nie jest wystarczająca korzyść, ale ważna. Wychodzą na jaw cechy bardzo pozytywne i bardzo negatywne. Nie można tego zapomnieć. Dlatego wszystko musi być zapisywane i publicznie ogłaszane. Na przykład to, kim są pseudodziennikarze, którzy w moim przekonaniu są gorsi od tego, co robili pseudodziennikarze w PRL.

Tylko fanatycy nie są wrażliwi. A w mediach pisowskich jest mało fanatyków. Tam są skrajni oportuniści, z których część jest po prostu wrażliwa na pieniądze. Warto ich zapamiętać z imienia i nazwiska.

Co po PiS-ie?

Najważniejsze jest to, aby w sposób demokratyczny odsunąć ich od władzy. I na tym trzeba się skupić. Jednocześnie trzeba opracować drogę do tego, jak przywrócić państwo prawa, odejść od PiS-Trybunału, jak zreformować prokuraturę, żeby prokuratorzy, którzy sprzeniewierzają się państwu prawa, nie czuli się bezkarni, jak sprawić, żeby nie powtarzały się przykłady niewinnych skazań.

Co do gospodarki, sprawa intelektualnie jest prosta: za PiS idziemy w kierunku przeciwnym do tego, czego Polska potrzebuje.

Czyli?

Idziemy w kierunku podważania stabilności finansów publicznych, czego jeszcze nie widać, bo koniunktura na Zachodzie się poprawiła, ale już mamy sygnały z pięciu miesięcy z rzędu, że zacznie się pogarszać. Idziemy w kierunku upartyjniania gospodarki i przywracania państwowych monopoli, a to się zawsze źle kończy. W tym sensie Morawiecki jest gorszy od Szydło. Ona odznaczała się szczerą niewiedzą, a on pyszałkowatą złą wiedzą. A zła wiedza jest zawsze gorsza od niewiedzy.

>>>