Tag Archives: Beata Mazurek

Afera podsłuchowa wywołała istny popłoch w PiS. Ogłupienie totalne

Zwykły wpis

Mazurek o taśmie PMM: Walczymy o jak najlepszy wynik, więc trzeba uderzyć w najsilniejsze ogniwo

– Wielokrotnie się do tego odnosiliśmy [do taśm]. To odgrzewany kotlet, z którego nic tak naprawdę niekorzystnego dla premiera nie wynika – stwierdziła Beata Mazurek na konferencji w Sejmie. – Zasadnicza różnica jest taka, że ten kotlet jest odgrzewany w momencie, kiedy mamy wybory samorządowe, natomiast on był znany sprzed kilku lat – dodała.

„Rozumiem, że teraz jesteśmy w okresie szczególnym, bo walczymy o jak najlepszy wynik w wyborach samorządowych, więc trzeba uderzyć w najsilniejsze ogniwo, a naszym najsilniejszym ogniwem jest premier Morawiecki, który ma dobre notowania, prowadzi politykę zrównoważonego rozwoju, dzięki której Polakom żyje się lepiej i to pokazują badania opinii publicznej, więc należy uderzyć w to ogniwo, które jest najsilniejsze. Na to absolutnie się nie zgadzamy”

„SN wchodzi do gry w kampanii wyborczej” – ocenił szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin. „Bardzo wyraźnie to widać” – oświadczył w Jedynce Polskiego Radia. Tym samym podpisał się pod wcześniejszymi doniesieniami i sugestiami prawicowego tygodnika „Sieci”, z którego dowiadujemy się, iż SN „toczy otwartą wojnę z rządem” i że wystarczyły mu trzy tygodnie, na zapoznanie z ponad 40 tomami akt afery taśmowej oraz udzielenie zgody na wgląd do materiału dziennikarzom Onetu. Na dodatek, SN wydał też taką samą zgodę m.in. tygodnikowi „Polityka” – można przeczytać w tygodniku.

Z pełnym przekonaniem powiedział Sasin w Jedynce: „Nie mam wątpliwości, ponieważ bardzo wiele wypowiedzi – chociażby rzecznika SN – ma bardzo mocno polityczny charakter. Bardzo wielu również sędziów SN zabiera głos i bardzo politycznie się wypowiada” – podkreślił.

„To nie jest przypadek, to pokazuje, że mamy do czynienia z zorganizowaną prowokacją, która ma uderzyć w pana premiera Morawieckiego, uderzyć samym faktem, że został nagrany, bo jeśli ktoś chciałby się zagłębić w to, co jest na tych taśmach rzeczywiście mówione, to nie ma niczego, co by premiera kompromitowało” – oświadczył Sasin.

Jak już pisaliśmy w ubiegły poniedziałek portal Onet opublikował artykuł „Afera taśmowa. Kelnerzy obciążają Morawieckiego”, w którym dziennikarze powołują się na akta afery taśmowej, do których mieli dotrzeć. Dowiadujemy się z nich, że kelnerzy skazani w wyniku afery taśmowej obciążyli w swoich zeznaniach obecnego premiera, w latach 2007-2015 prezesa banku BZ WBK. Na jednej z taśm – według portalu – „Morawiecki miał dyskutować o zakupie nieruchomości na tzw. słupy”.

Dzień później Onet opublikował kolejną taśmę, z nagraniem rozmowy Morawieckiego z 2013 r. m.in. z prezesem PKO BP Zbigniewem Jagiełłą, prezesem PGE Krzysztofem Kilianem i jego zastępczynią Bogusławą Matuszewską. To w tej rozmowie pada kwestia kandydatury Morawieckiego na szefa resortu Skarbu Państwa w rządzie Donalda Tuska. Fragmenty stenogramu z tej rozmowy ujawniły w 2016 r. „Newsweek” i Radio Zet. Następnie w czwartek portal opublikował dalsze fragmenty rozmowy obecnego szefa rządu z Jagiełłą, Kilianem i Matuszewską, w której pojawia się kwestia zatrudnienia byłego ministra skarbu w rządzie PO-PSL Aleksandra Grada.

https://twitter.com/PanWaldemar/status/1049243544114880513

Oświadczenie w sprawie napisu na . Podpisał i .

>>>

>>>

Minęło już dobrych kilka dni, a burza wokół kompromitujących tym razem premiera Mateusza Morawieckiego taśm z restauracji „Sowa i przyjaciele” nie tylko nie cichnie, ale nabiera na sile. Atmosferę podgrzewa jakby przestraszony własnym dziełem i dlatego wspierający dziś PiS – Marek Falenta. Swoje trzy grosze dodaje szalona, lecz zawsze do usług Krystyna Pawłowicz.

Na zasadzie tonący brzytwy się chwyta plotkują na Twitterze o tym, że istnieją sekstaśmy z Karpacza, które mogą pogrążyć obecnych liderów Platformy.

Gdy zabrakło rzeczowych argumentów do Platformy dotarło proste ostrzeżenie… że może „oberwać” seks taśmami swoich liderów.

Na pretekst długo nie trzeba było czekać, bo kiedy eurodeputowana PO, Lena Kolarska Bobińska, zwróciła uwagę, że Falenta miał chwalić się świetnymi relacjami z PiS, ten odpowiedział na Twitterze:

„Schetyna i Trzaskowski najpierw niech się wytłumaczą ze swoich wizyt w Western City w Karpaczu… Lepiej niech nie kłamią bo może się okazać, że Onet też ma tę sex taśmę…” – dodał w piątek Falenta.

Równolegle do natarcia ruszyły z miejsca PiS–owskie media, przypominając, że w październiku 2013 roku liderzy PO spotkali się w Karpaczu, by wybrać szefa regionu w Dolnośląskiem. Na tej podstawie przypuszczają, że to z tamtego wieczoru może pochodzić rzekome nagranie, o którym nikt nigdy wcześniej nie wspominał. I w tym miejscu pole do popisu dla siebie dostrzegła Krystyna Pawłowicz:

„Jeśli to, co jest na porno-taśmie o G.Schetynie i R.Trzaskowskim jest prawdą, to chociaż tej taśmy nie ma,  to obaj natychmiast powinni odejść z polskiej polityki …Natychmiast, jeszcze dziś wieczór !” – zażądała  PiS–owska funkcjonariuszka.

I śmieszno, i straszno, bo wniosek z tego taki, że nawet brak jakiejkolwiek taśmy jest dla Pawłowicz dowodem na sugerowaną winę obu polityków. Co na to lider Platformy? Po męsku, krótko i zwięźle: „To jest tak samo prawdopodobne jak to, że byłem w Karpaczu na pokazach rodeo z prezesem Kaczyńskim” – zakpił Grzegorz Schetyna, a Rafał Trzaskowski zapewnił, że w Karpaczu w ogóle go wówczas nie było.

Swoją drogą trudno się oprzeć komentarzom i sugestiom, iż plotka Falenty służyć ma podlizaniu się PiS-owi, bo jak wiadomo grozi mu 2,5 roku więzienia. Wyrok wydał sąd, a Falenta nie poszedł siedzieć, ponoć ze względu na stan zdrowia.

>>>

Sasin ma pomysła. Taśmy na Morawieckiego podrzucił Sąd Najwyższy. Wsiowy głupek.

Holtei

>>>

Tym jednym zdaniem na Twitterze Donald Tusk skomentował wypowiedź Mateusza Morawieckiego na wiecu wyborczym w Dębicy. W słowotoku, jakim on i Jarosław Kaczyński, uraczyli swoich zwolenników pojawiły się także takie słowa: – „My się nie lenimy, nie haratamy w gałę, ciężko pracujemy” – powiedział Morawiecki.

„Haratanie w gałę” to oczywista aluzja do zamiłowania m.in. Donalda Tuska do grania w piłkę nożną. Wieczorem były premier napisał na Twitterze: – „Haratanie w gałę to zajęcie dla dżentelmenów”.

Wpis Donalda Tuska wywołał wiele komentarzy. – „Haratanie w gałę wymaga m.in. koordynacji ruchowej, jak i kondycji. Czyli tego czego nie ma większość pisowców. A JK nawet nie wie o czym mowa”; – „Proste, a jakie genialne, tylko proszę nie oczekiwać, że ci którzy myślą, że myślą, potrafią to zrozumieć”; – „Adresat nie zrozumie, za trudne :)”;

„Do haratania potrzeba: zespołu, zaufania, przestrzegania przepisów oraz, uwaga, niezależnego sędziego. Dlatego tamci mogą pograć w pokera…

View original post 4 139 słów więcej

PiS obiecywał audyt rządu PO-PSL, ale ten okazał się najuczciwszy w historii, za to teraz PiS nadrabia z nawiązką. Doją, aż cycki się trzęsą

Zwykły wpis

Prawdziwą grozą powiało, gdy na początku swej rządowej kariery Beta Szydło wykrzykiwała z mównicy sejmowej insynuacje pod adresem poprzedniej ekipy. Prezentując audyt poprzednich ośmiu lat powiedziała swoje słynne: „Demokracja to również odpowiedzialność za czyny i słowa. One dziś zostały przez nas policzone”.

Następnie przekonywała o niebotycznych nadużyciach, jakich mieli dopuścić się poprzednicy. Kontynuowała więc: „Przez 8 lat rządów PO-PSL stracili około 340 miliardów złotych. To 8 lat działania 500+, 5000 przedszkoli, 250 szpitali, 1200 km autostrad” – dowodziła w Sejmie.

Trzeba było czasu na to, by bezpodstawne oskarżenia okazały się pospolitą hucpą, bo podległa rządowi prokuratura mimo usilnych poszukiwań efektownych haków, w zasadzie niczego nie potrafiła udowodnić.

Wszystko, co udało się „wydębić” z rządu w tej sprawie to informacja, że do prokuratury wpłynęło kilkadziesiąt zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Najwięcej, bo aż 19 złożyły służby podlegające koordynatorowi służb specjalnych Mariuszowi Kamińskiemu. W sumie zawiadomień było około 40 – wynika to z przesłanych właśnie odpowiedzi na interpelacje poselskie. Tylko dwa zawiadomienia zakończyły się aktami oskarżenia i trafiły do sądu! Kilkanaście spraw zostało umorzonych, w przypadku pozostałych wciąż toczą się postępowania.

Schetyna: Wybory samorządowe będą pierwszym krokiem. To cały proces, żebyśmy potwierdzili naszą obecność w UE, żebyśmy dali Polsce i Polakom gwarancję bezpieczeństwa

Trochę więcej niż godzinę temu ogłoszono wybory samorządowe, ich termin. Rozpoczyna się oficjalnie kampania wyborcza. Spotykamy się, żeby powiedzieć, jak ważne będą te wybory, jak ważny będzie ten pierwszy krok, który Polska zrobi w tych wyborach samorządowych, później wyboru europejskie, do parlamentu krajowego. To cały proces, cała droga do tego, żebyśmy potwierdzili naszą obecność w Unii Europejskiej, żebyśmy dali Polsce i Polakom gwarancję bezpieczeństwa, rozwoju, wykorzystania cywilizacyjnej szansy. My w 2011 roku przedstawiliśmy wyborczy spot, gdzie politycy PO obiecali ponad 300 mld złotych z funduszy europejskich. Tych pieniędzy dzisiaj jest 500 mld złotych. To wielki sukces Polski, Polaków, polskich samorządów, ale także polskiej polityki PO i tych wszystkich naszych aktywności, które były w Europie i w Warszawie przez ostatnich kilkanaście lat” – mówił na konferencji prasowej lider PO, Grzegorz Schetyna.

Dzisiaj te wszystkie rzeczy są zagrożone. Coraz częściej i głośniej mówi się o Polexicie, że polski rząd buduje konflikty, problemy, jest tym, który w Europie przynosi kłopoty” – dodawał.

W internetowym wydaniu „The Washington Post” opisano słowa szefa MON Mariusza Błaszczaka. Minister nazwał sodomitami osoby, które wzięły udział w Poznaniu w Marszu Równości.

– Mówiło się, że samorządy powinny zajmować się chodnikami, wodociągami, kanalizacją, a tu się okazuje, że niektóre samorządy zajmują się ideologią, jak np. w Poznaniu mieliśmy teraz do czynienia ze zdarzeniem, kolejną paradą sodomitów, którzy próbują narzucić swoją interpretację prawa i obowiązków obywatelskich na innych – mówił Mariusz Błaszczak w Telewizji Trwam.

O słowach szefa MON pisze „The Washington Post”. „Minister obrony Mariusz Błaszczak powiedział w prorządowej katolickiej Telewizji Trwam, że marsz pięciu tysięcy osób w Poznaniu to przykład władz miasta, które raczej koncentrują się na ideologii niż sprawami komunalnymi” – cytuje dziennik.

„Marsz nazwał ‚kolejną paradą sodomitów, którzy próbują narzucić innym ludziom własną interpretację praw obywatelskich'”.

Zdaniem „WP” słowa te miały zdyskredytować władze Poznania, które są przeciwne konserwatywnemu rządowi przez jesiennymi wyborami samorządowymi.

Mówią, że w wielkiej polityce nie ma miejsca na szczerą i bezinteresowną przyjaźń. A jednak są wyjątki! Wicemarszałkowie Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Terlecki (69 l.) i Beata Mazurek (51 l.) tworzą nierozerwalny duet od wielu miesięcy. I wspierają się nie tylko w najważniejszych dla państwa sprawach!

W pogoni za władzą i pieniędzmi jest miejsce na szczere uczucie!

Ryszard Terlecki doradza Beacie Mazurek nawet przy wyborze bielizny!

>>>

PiSowcy niedomyci, rozmemłani, obleśni, nieestetyczni

Zwykły wpis

Szacunek Panie Jacku ! W punkt !!

Wbrew popularnej u wielu Polaków i Polek opinii, że demokracja ma się dobrze i nadal mamy trójpodział władzy – sami rządzący podsuwają im kontrargumenty. Otóż ostatnio – chyba nieświadomie – hierarchię osób w państwie jednym wpisem na Twitterze streściła rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek. I jakoś tej demokracji wcale w jej wpisie widać!

Otóż Mazurek była wraz z najwyższymi urzędnikami państwowymi – jak zauważa portal natemat.pl – na pogrzebie prof. Marii Dzielskiej. Na zdjęciu, zamieszczonym na portalu, widzimy – w ławach kościelnych – prezydenta Andrzeja Dudę, premiera Mateusza Morawieckiego, wicepremier Beatę Szydło oraz wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego.

Jak łatwo można było przewidzieć, prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie doświadczył zaszczytu stania koło Jarosława Kaczyńskiego – bo przecież nie odwrotnie. Zamiast Andrzeja Dudy po jego lewicy widzimy premiera Morawieckiego. Dwoje pozostałych wysokich urzędników stoi po przeciwnej stronie nawy, w tym była premier niejako „zastawiona” wicemarszałkiem. Politolodzy zapewne już szczegółowo analizują układ zdjęcia.

Tymczasem Beata Mazurek pisze na Twitterze… „Prezes #PiS J. #Kaczyński w #Kraków na pogrzebie Śp. prof. M. Dzielskiej”. Nic dodać, nic ując. Internet zareagował oburzeniem. „Wysoce niestosowny opis zdjęcia!!! Niech Pani się zreflektuje!!”, „Obok Premier i Prezydent, a pani wymienia tylko Prezesa. Widać jak na dłoni, kto rządzi w kraju”, albo żartobliwe: „A ci dwaj po prawej to kto?”

– „Chwała bohaterom!” – wykrzyknął arcybiskup Marek Jędraszewski na widok Patryka Jakiego, wychodzącego z kanału z panzerfaustem i powstańczą opaską na ramieniu. W ślad za Jakim wyłoniła się Beata Kempa z polową apteczką.

– „Chwała bohaterom!” – zgodnym chórem zakrzyknęli towarzyszący kapłanowi uczestnicy patriotycznej procesji.

Codziennie o świcie, gdy pierwsze promienie słońca rozświetlały mrok nocnego nieba, niezłomni obrońcy Sejmu trzykrotnie okrążali budynek parlamentu ze świętym obrazem, budząc paniczną trwogę wśród tłuszczy oblegającej gmach. W szczególne przerażenie wprawiały najeźdźców majestatyczne kędziorki pana Prezesa okolone srebrną sukienką ikony. Widząc je, wielu siepaczy czym prędzej wsiadało na swoje wózki inwalidzkie, by umknąć daleko od miejsca cudownie chronionego przez nieziemską moc świętego obrazu.

– „Stójcież, stójcież!” – nawoływał Paweł Kasprzak, próbując opanować panikę. Bezskutecznie – rozprzężenie i chaos wdzierały się w szeregi jego obozu. Nawet Klementyna Suchanow, zwana Kolubryną, uciekała na oślep przed siebie, porzucając w błocie Gombrowicza, którym w przeszłości tyle razy torturowała prawdziwych patriotów. Wiele wody musiało w Wiśle upłynąć po każdej porannej procesji, nim dowódcom zgrai oblegającej Sejm udało się przywrócić jaką taką dyscyplinę i porządek we własnych szeregach.

Oblężenie trwało już od blisko dwóch lat, jednak dzięki kanałom zmyślni obrońcy potrafili się przemknąć niezauważeni przez pierścień wrogich wojsk. Właśnie z tej drogi skorzystali teraz Jaki i Kempa.

– „Jakże miło ujrzeć was całych po tak niebezpiecznej eskapadzie” – zwrócił się do nich komendant twierdzy Marek Kuchciński, który za zasługi dla obrony parlamentu został przez prezydenta odznaczony Orderem Stalowej Kłódki. Komendant wykazał wielką zapobiegliwość i zmysł strategiczny, każąc uzbroić Straż Marszałkowską w miny przeciwpiechotne i broń rakietową. Przewidując oblężenie, otoczył Sejm pasem żelaznych barier, kordonem funkcjonariuszy i fosą. Jako mistrz taktyki potrafił wykorzystać naturalne ukształtowanie terenu i sprzyjające okoliczności przyrody, wydając dziennikarzom i innym wrogom zakaz wchodzenia do budynku w czasie upałów z powodu obecności w biurach opozycji niebezpiecznych sinic.

– „Kanałami udało nam się przedostać aż na plac Krasińskich” – powiedział wyczerpany, lecz wyraźnie szczęśliwy Jaki, a Beata Kempa w tym czasie zaczęła zaszywać dziury w jego powstańczym mundurze nicią chirurgiczną, którą zawsze miała w apteczce. Uczestnicy procesji zbili się w ciasny krąg i z wypiekami na twarzach dosłownie chłonęli każde słowo z opowieści dzielnego młodzieńca. – „Było groźnie, bo na naszej trasie kodziarze wrzucali przez włazy granaty i egzemplarze Konstytucji, ale szczęśliwie udało się nam uniknąć trafienia…”.

– „Strzelali też do nas z broni palnej” – dodała Kempa, przegryzając nić.

 „A gdy wyszliśmy z kanału pod samymi oknami Sądu Najwyższego” – kontynuował Jaki. – „Małgorzata Gersdorf obrzuciła nas słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe. „Konstytucja, demokracja, państwo prawa!” – krzyczała na całą ulicę, nie bacząc na fakt, że towarzyszy mi delikatna i subtelna kobieta, nienawykła do tak rynsztokowego słownictwa”.

– „W życiu nie słyszałam takich przekleństw” – przyznała Kempa. – „Ta Gersdorf to wyjątkowo wulgarna i prymitywna osoba. Trzeba ją postawić przed sądem, jak Jerzego Owsiaka”.

– „Właśnie, Owsiaka” – podchwycił Jaki i ciągnął opowieść. – „Spod Sądu Najwyższego udaliśmy się prosto do Kostrzyna na Odrą, przy samej niemieckiej granicy, gdzie Owsiak zgromadził wielotysięczny tłum satanistów. Już z daleka słyszeliśmy piekielne wycie i skandowanie: „Niemcy nas leją, Niemcy nas leją!”. Podkradliśmy się bliżej i zobaczyliśmy czerwony wóz z napisem „Feuerwehr”, którego załoga polewała tłum wodą z węży. A polewani ekstatycznie wili się w błocie i wrzeszczeli niczym potępieńcy. By przerwać ten bluźnierczy rytuał satanistyczno–teutońskiego chrztu, zniszczyłem panzerfaustem pojazd wroga”.

Zgromadzeni trzykrotnie wykrzyknęli „hurra!”, pochwycili Jakiego i zaczęli podrzucać go do góry, śpiewając: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz ni dzieci nam polewał”.

– „Dopiszemy to do listy zbrodni Berlina, za które należą się nam reparacje” – powiedział Arkadiusz Mularczyk. – „Szwaby do końca świata się nie wypłacą”.

– „A począwszy od przyszłego roku zapewnimy naszej młodzieży patriotyczne wakacje, by nigdy więcej nie dopuścić już do takich ekscesów” – powiedziała minister Anna Zalewska. – „Zobowiążę kuratoria, by we współpracy z diecezjami zorganizowały akademie ku czci żołnierzy wyklętych i msze plenerowe połączone z występami chórów szkolnych oraz prelekcjami Kai Godek. Myślę, że straż pożarna tym razem przyśle polewaczki, żeby przypadkiem komuś nie przyszło do głowy znów zaprosić Niemców z bratnią pomocą”.

 „Po co polewaczki?” – zapytał arcybiskup Jędraszewski. – „Załatwimy to we własnym zakresie wodą święconą”.

Machnął kropidłem, uniósł świętą ikonę i podjął przerwaną procesję, po raz trzeci okrążając tego poranka mury twierdzy Sejm.

Wojciech Maziarski

Ćwiczenia

1. Dlaczego strzał z pistoletu nie wyrządził Beacie Kempie szkody?
a. Bo strzelający nie trafił.
b. Bo strzelał ślepakami.
c. Bo kula odbiła się jej od czoła.

2. Jakie wulgarne słowa chuligani z KOD–u wieszają na pomnikach Lecha Kaczyńskiego?
a. Ku**a mać
b. Konstytucja
c. Prostytucja
d. Demokracja
e. Spieprzaj, dziadu

To ja już zaczynam rozumieć różnicę między Solidarnością a Solidarnością Walczącą, to jak między demokracją i demokracją ludową 😉

Raskolnikow

3 felietony Waldemara Mystkowskiego.

PiS uzależnia nas od rosyjskiego gazu i węgla, tego ostatniego wydawałoby się, że mamy pod dostatkiem na Śląsku. W I półroczu 2018 kolejny wzrost rok do roku zanotowaliśmy w imporcie gazu aż o 6,6%, a import rosyjskiego węgla bije wszelkie rekordy, w tym z Donbasu, który w wyniku wojny hybrydowej Putina został oderwany od Ukrainy (przypomnę, że Donbas dla Ukrainy jest tym, czym Śląsk dla Polski).

Na bazie tych twardych danych i faktów Dariusz Rosati, eurodeputowany PO w bardzo sugestywnym twitcie sumuje sytuację, w jakiej się znaleźliśmy: „głównym wrogiem dla PiS jest Bruksela i Zachód, PiS nie atakuje Rosji. Dodajcie do tego rosnące uzależnienie Polski od rosyjskiego węgla i gazu. Dodajcie Macierewicza i poparcie dla PiS ze strony nacjonalistów finansowanych przez Rosję”.

Rosati pisze pointę: „Wszystko jasne”. Sytuacja jest naprawdę poważna, co może umknąć opinii publicznej. Posłuchajmy byłego dowódcę generalnego polskich sił zbrojnych generała Mirosława Różańskiego, który…

View original post 1 169 słów więcej

Klementyna Suchanow, Małgorzata Gersdorf – wielkie Polki

Zwykły wpis

– Im bardziej oddalamy się od praworządności w sądach, tym bardziej policja sobie pozwala – powiedział w TOK FM mec. Jarosław Kaczyński, obrońca protestujących przed Sejmem, współpracujący z Nowoczesną.

Z mecenasem Jarosławem Kaczyńskim połączyła się Hanna Zielińska w Wieczorze TOK FM już w piątek (20 lipca). Prawnik mówił sprzed siedziby komisariatu policji na Wilczej w Warszawie. Jak powiedział, czekał na spotkanie z jedną z kilku osób zatrzymanych podczas protestu w obronie Sądu Najwyższego przed Sejmem. Mecenas mówił o pięciu osobach, policja natomiast w sobotę (21 lipca) potwierdziła, że do aresztu trafiły cztery osoby.

Według rzecznika KSP Sylwestra Marczaka z zatrzymanymi prowadzone są czynności w kierunku postawienia im zarzutów naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy. Rzecznik utrzymuje też, że podczas wieczornej demonstracji pod sejmem rannych zostało dwóch policjantów.

O rannych mówią też demonstranci. Według nich zatrzymane osoby były przez policję podduszane i bite. Dwie z nich, pod policyjną eskortą, trafiły do szpitala.Przez kilka godzin mundurowi nie chcieli udostępnić informacji, w której placówce poszkodowani się znajdują.

– Jakie zarzuty postawiono zatrzymanym? – zapytała mecenasa Jarosława Kaczyńskiego Hanna Zielińska.

– Jeszcze nikomu nie zostały postawione, policjanci prowadzą czynności procesowe – odpowiedział mecenas Jarosław Kaczyński. Dodał, że prawdopodobnie zatrzymani ludzie usłyszą zarzuty o naruszenie nietykalności policjantów, gdyż policjanci twierdzą, że to demonstrujący wykazali wobec nich agresję fizyczną.

– Dwie protestujące osoby trafiły do szpitala na Solcu. Jedna ma rozcięty łuk brwiowy. Druga ma krwotok z nosa i ból karku, bo policjanci powalili ją na ziemię i przyciskali butem szyję – poinformował prawnik. Obie osoby zostały potem przewiezione do komisariatu przy Wilczej.

Napięcie wzrasta

– Mamy poczucie bezradności. Poziom napięcia między demonstrantami a policją wzrasta. Następuje przekraczanie wzajemnych granic fizycznych – zauważyła Hanna Zielińska, według której atmosfera jeszcze kilka dni temu była znacznie lepsza.

– Im bardziej oddalamy się od praworządności w sądach, tym bardziej policja sobie pozwala – skwitował mecenas Jarosław Kaczyński. – Czy to kwestia przyzwolenia na przekraczanie granic czy realizowanie instrukcji? – zapytała Hanna Zielińska. – Jeżeli dostaliby takie instrukcje, to byłoby bardzo źle – ocenił mecenas.

Hanna Zielińska zapytała, co dalej z zatrzymanymi.

– Prawdopodobnie dziś lub jutro usłyszą zarzuty – odpowiedział mecenas Jarosław Kaczyński. Zaznaczył, że policjanci również są przesłuchiwani ws. tych wydarzeń. Prawnik zaapelował, by osoby które dysponują nagraniami rzeczonych wydarzeń sprzed Sejmu lub są świadkami, przesyłały dokumentację lub zgłaszały się na adres pomocORP@proton.mail.com

Mój dziadek uciekał, ojciec uciekał, ja mam uciekać i – kurde – moja córka będzie musiała uciekać? Co to za kraj, z którego co pokolenie trzeba uciekać? Rozmowa z Klementyną Suchanow

>>>

Chciałbym zwrócić uwagę na rzecz, która była dla mnie symbolicznym wydarzeniem. Przychodzę do Sejmu, wchodzę do korytarza, gdzie przebywają posłowie i przedstawiciele innych organów i tam jest lista obecności. Należy się na niej podpisać; są tam poszczególne [osoby], np. prezes NBP – Adam Glapiński, RPO – Adam Bodnar. Jest też rubryka I Prezes SN i nie ma żadnego nazwiska obok, czyli, jak rozumiem, Kancelaria Sejmu już nawet w  swojej praktyce nie uznaje Małgorzaty Gersdorf za I Prezes SN. To już jest na takim poziomie. Nie to, że jest jakiś spór, tylko już nie uznajemy” – opowiadał w TVN 24 Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar. To według niego, przykład jak dalece posunął się PiS.

Wcześniej w Sejmie przedstawił informację o stanie przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela w 2017 r. oraz o działalności RPO. Podczas jego wystąpienia ławy, w których zasiadają posłowie PiS były puste. –„Nie ma ani jednej osoby z PiS. Są tylko puste butelki po Sprite i Coca Cola, które pozostawili po głosowaniu nad SN. Nawet posprzątać po sobie nie potrafią. Co za wstyd” – napisała na Twitterze Joanna Scheuring-Wielgus.

W swoim wystąpieniu RPO mówił o zmianach legislacyjnych dotyczących systemu sądownictwa. – „Największy niepokój budzi nieprzestrzeganie w praktyce konstytucyjnej zasady dialogu społecznego i współdziałania władz, co przejawia się m.in. w braku konsultacji projektów wielu ważnych ustaw. Ponadto wprowadzone zmiany w funkcjonowaniu sądów powszechnych, Krajowej Rady Sądownictwa oraz Sądu Najwyższego zwiększają wpływ czynników politycznych na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości, a tym samym osłabiają system ochrony praw człowieka” – powiedział Adam Bodnar. W jego ocenie niezwykle poważnie ograniczona jest także rola Trybunału Konstytucyjnego. Dodał, że dochodzi „do licznych ograniczeń naszych praw i wolności o charakterze osobistym oraz politycznym„. Jako przykład wskazał m.in. „naruszanie prawa do organizowania kontrmanifestacji”. Rzecznik powiedział, że obserwowany jest wzrosła liczba przestępstw motywowanych uprzedzeniami lub nienawiścią, np. wobec osób innej rasy, pochodzenia etnicznego lub narodowości i religii”.

– „Nam się wszystkim wydawało, że 21 lat temu zagwarantowano nam prawa obywatelskie, że zostaną one nam zagwarantowane na zawsze i że nikt nie podniesie na nie ręki. Stało się inaczej” – powiedział Michał Szczerba z PO. Zarzucił rządowi, że „walczy ze wszystkimi niezależnymi instytucjami. Zawłaszcza media, prowadzi ohydną propagandę, szczuje na siebie ludzi, sortuje ich, narusza prywatność, działa arbitralnie, wprowadza do języka polityki mowę nienawiści, afirmuje w przestrzeni publicznej nacjonalistów, a usuwa w sposób brutalny obywatelki i obywateli. Doktor Adam Bodnar, jako Rzecznik Praw Obywatelskich (…) jest również strażnikiem konstytucji, wtedy, kiedy inni z tego obowiązku świadomie rezygnują” – stwierdził Szczerba.

– „To, że dzisiaj obradujemy przy prawie całkowicie pustej sali z prawej strony wystawia świadectwo posłom koalicji rządzącej. Wystawia świadectwo ministrom, a zwłaszcza ministrowi sprawiedliwości i jego zastępcom, o tym, jaki jest ich stosunek do praw człowieka” – powiedział poseł Jacek Protasiewicz w imieniu Klubu Poselskiego PSL-UED. Natomiast Joanna Scheuring-Wielgus (Liberalno-Społeczni) oceniła, że Rzecznik Praw Obywatelskich jest jedną z ostatnich wolnych instytucji w Polsce. A możliwość wysłuchania sprawozdania z jego działalności było „świętem demokracji”.

„Napisz do Pierwszej Prezes SN” – to akcja społeczna, którą zainicjowali sędziowie z Krakowa, do której włączyli się prawnicy – ale nie tylko oni – z innych części kraju. Wysyłają pocztówki do prof. Małgorzaty Gersdorf. – „W ten sposób chcemy ją symbolicznie wesprzeć i pokazać, że tak, jak ona nie odpuszcza – tak i my nie odpuścimy. Pocztówki są symbolem, ślemy je zarówno z miejsc pracy, jak z wakacji, o ile ktoś na nich przebywa” – powiedział onet.pl sędzia Waldemar Żurek.

Żurek dodał, że dla każdego prawnika w Polsce powinno być oczywiste, że prof. Gersdorf jest I Prezes SN do końca kadencji, czyli do 2020 roku. – „Każdy, kto twierdzi inaczej, jest albo osobą niedouczoną, nieznającą własnej Konstytucji, albo po prostu chce pochlebić obecnej władzy oraz się jej przysłużyć. A nasza akcja „pocztówkowa” ma znów postawić sprawy we właściwym świetle – Konstytucja jest nadrzędna wobec ustaw. Tu nie ma żadnego pola do interpretacji czy innych prawniczych „wygibasów”, które próbuje uprawiać obecna władza” – stwierdził sędzia Żurek.

W wysyłanie pocztówek do I Prezes SN włączyła się także Akcja Demokracja. – „To jest ogromnie ważny symbol tego, co myśli znaczna część społeczeństwa. I nie wolno ulegać myślom, że to nic nie da. Nieprawda, każdy potrzebuje wsparcia, a jeśli – jak prof. Gersdorf – staje się naprzeciw całej niemal machiny państwowej, to wsparcie jest tym bardziej niezbędne, by miała siłę i trwała na stanowisku, które do 2020 roku gwarantuje jej Konstytucja” – powiedziała onet.pl Weronika Paszewska z Akcji.

Pocztówkę do prof. Małgorzaty Gersdorf można wysłać na adres Sądu Najwyższego: pl. Krasińskich 2/4/6, 00-001 Warszawa.

Dementuję to, że chcemy zmieniać ordynację do PE. Nic z takich rzeczy absolutnie nie planujemy robić” – tak w styczniu 2017 r. mówiła w Radiu Maryja rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Miała też wtedy „dobre rady” dla opozycji. – „Proponowałabym, żeby politycy, szczególnie Platformy Obywatelskiej, skoncentrowali się na pracy w parlamencie, a nie na tworzeniu sytuacji czy faktów, które kompletnie nie mają miejsca” – stwierdziła.

Jej wypowiedź przypomniał były poseł PiS Łukasz Rzepecki. Podczas wczorajszej debaty o zmianie ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego mówił: – „Mam takie pytanie do pani rzecznik Pragnę przypomnieć jej wypowiedź z 24 stycznia 2017 roku, kiedy mówiła publicznie, że nie chcemy zmieniać ordynacji wyborczej do PE. Czy kłamała pani wtedy, czy teraz państwo kłamiecie. Wtedy kłamaliście i dzisiaj kłamiecie po raz kolejny. Wstyd, że pani tak okłamuje swoich wyborców, Polki i Polaków”.

Mazurek – oczywiście – nie odpowiedziała, a Prawo i Sprawiedliwość przeforsowało w Sejmie ordynację wyborczą korzystną dla siebie. Nowe przepisy faworyzują partię Jarosława Kaczyńskiego, dając jej więcej miejsc do obsadzenia w Europarlamencie.

Powstają coraz większe podejrzenia, iż przeciw protestującym nie jest rzucana policja, ale bojówki – coś odpowiedniego ukraińskiego Berkutu – np. z Wojsk Obrony Terutorialnej.

Gang Olsena PiS wyruszył w teren

Zwykły wpis

Pomysł PiS na samorządową kampanię wyborczą, aby spotykać się z wyborcami w każdej gminie – jak to wymyślił przed chorobą prezes Kaczyński – nie wypalił. Wyjazdy w teren polityków tej partii kończą się awanturami, muszą  salwować się ucieczkami przed wyborcami.

Niepysznie nogi za pas brali Mateusz Morawiecki, Beata, Szydło, Stanisław Piotrowicz i każdy inny pisowiec. Wodą świeconą na pisowców są normalne pytanie, do których nie są przygotowani. Pisowcy mają swój rytuał spotkania z ciemnym ludem, perorują o wyższości swojej nad niepisowcami, a następnie odpowiadają na pytania, które są wcześniej cenzurowane.

Ta forma jednak nieoczekiwanie upadła, bo na spotkania zaczęli przychodzić nie tylko wyborcy PiS, którzy zarówno zadają niewygodne pytania, jak i mają ze sobą wcześniej przygotowane gadżety i transparenty. Spotkania kończą się awanturami i fama idzie w naród, że PiS sobie nie radzi. Dają dyla, gdzie pieprz rośnie i pozostaje po nich smród w mediach. Wykidajły PiS są w pogotowiu, lecz napotykają chłodne oko kamery i muszą chować zaciśnięte pięści do kieszeni.

Zatem – co robić, ach, co robić? Każdy popuściłby po nogawkach, genialny plan prezesa okazuje się plamą po owym zestrachaniu. Ale prezes zawsze miał w odwodzie plan B, który z grubsza nazywa się – zastraszaniem przez haki.

Jego retoryczne treść wygląda mniej więcej: „Wiem straszne rzeczy o tobie, ale nie powiem… chrum, chrum… chrum”. Tak działa polityczny folwark zwierzęcy opisany przez George’a Orwella.

No i sięgnięto po owe chrum-chrum-chrum. W teren wyruszyły pisowskie inspekcje robotniczo-chłopskie, że sięgnę po porównanie rodem z PRL-u. Posłowie PiS wkraczają do urzędów w Polsce, aby – jak to powiedziała rzecznik PiS Beata Mazurek – „sprawdzać transparentność działań samorządowców”.

Słyszycie? PiS i transparentność. Toż to sprzeczność. Hipokryzja do potęgi takiej, jaką tylko może wygenerować ta partia, od której nie można dowiedzieć się o przyznawanych sobie nagrodach, o wyborze sędziów do KRS, czy też wypędzają dziennikarzy z Sejmu, bo patrzą ich władzy na ręce.

Twarz tej trasparentność z folwarku PiS daje Chrum-Chrum-Chrum Mazurek. Zdaje się, że już przestaliśmy się śmiać z krętactw PiS, obręcz autokratyzmu (autokaczyzmu) coraz bardziej zaciska się wokół naszych obywatelskich wolności.

Popularni niepisowscy – a tylko tacy są – prezydenci dużych miast mają się czego obawiać – inspekcja PiS znajdzie na nich haki, a jak nie znajdzie, to podrzuci, jak to właśnie wyszło na jaw z CBA, które usiłowało podrzucić rosyjską amunicję oficerowi BOR, ale nieopatrznie udaremniła to policja. W internecie ta akcja dostała miano #GangOlsena.

I taka też będzie ta inspekcja PiS z szukaniem haków na samorządowców. Gang Olsena ruszył w teren, bo ośmieszony został genialny plan A prezesa Kaczyńskiego. Mam nadzieję, że plan B też nie wypali, coraz częściej znajdujemy skuteczne odpowiedzi na pokraczność władzy PiS. Acz obawiam się o wynik wyborów, jestem przekonany, iż gang Olsena Kaczyńskiego je sfałszuje.

Morawiecki i Kaczyński na tablicy krętactw z mediami

Zwykły wpis

Z krętactwami PiS jest jest poważny problem. Nie wiadomo, kto jak kręci i w którą stronę. Kto jest większym, a kto mniejszym krętaczem. Do każdej sprawy, którą zajmuje się PiS należałoby jak na filmach detektywistycznych szpilkami przytwierdzić do tablicy zdjęcia polityków tej partii i pomiędzy nimi przeciągać nitki. Wówczas bylibyśmy bardziej odporni na ich produkcję kłamstw.

Dzisiaj na tej tablicy centralne postaci to Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki. Prezes ma infekcję, a wg tych treści, ktore docierają, może być w bardzo ciężkim stanie. Mój bliski znajomy miesiąc temu – z powodu infekcji kolana – wziął i zszedł, choć leczony był przez sławnego profesora. Nie pisze o tym dlatego, że Kaczyński może zejść, ale zachowania polityków PiS świadczą, że liczą się z taką sytuacją.

Morawiecki jest w najlepszym położeniu, aby sukno PiS drzeć na swoją stronę. W ostatnim czasie nad wyraz jest obecny w mediach i to z ideami, które dotychczas nie były jego domeną. Jego twierdzenia o 4 czerwca 1989 roku mijaja się z prawda historyczną, są wytworem czystej pisowszczyzny.

Kaczyński długo dochodził do pozycji lidera kłamstw w polityce krajowej, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych i w połowie pierwszej dekady obecnego wieku mieścił się w normach prawdomówności. Do łgarza nr 1 dochodził więc 15 lat. Za to szybko poszło Morawieckiemu, on w łgarstwie dojrzał niemal jednej nocy, jak bohater Franza Kafki Gregor Samsa, który obudził się jako Karaluch. Mamy więc te dwie postaci przybite na tablicy polskiej polityki.

Proszę! – oto najnowsza sprawa, która wybuchła z samego rana – dekoncentracja mediów. Wyczerpał się niemal temat rozporka Stanisława Pięty, który na swoim profilu napisał, że jest już niezrzeszony, a zatem sąd partyjny pod kierownictwem bohatera afery melexa na Cyprze Karola Karskiego nie ma prawa nim się zajmować.

PiS nie miał dobrego pomysłu prawnego na przejęcie mediów, aby je zdekoncentrować i zrepolonizować, tzn. przywłaszczyć. Teraz też nie ma, gra już na chama – bez liczenia się z kimkolwiek. Wybory samorządowe może przegrać, ale z parlamentarnymi na to nie pozwoli sobie. Sądownictwo to jedno – nawet gdy zajmie się nim Trybunał Sprawiedliwości UE – ale media kształtują wyborców.

Więc poszedł news w lud, że prezes zadecydował o dekoncentracji mediów, gdyż zajmowały sie rozporkiem Pięty. Bzdura! Wśród pisowskich wyborców to utwardzenie wartości tradycyjnych – chłop folguje sobie. Nie od prezesa dekoncentracja mediów wyszła, slady prowadzą do Morawieckiego, ktory jakiś czas temu mówił o potrzebie równowagi, bo ” media strony przeciwnej to mniej więcej 80 proc. siły rażenia”.

To Morawiecki chce tu i teraz przejąć prywatne media. Jak chcą to uczynić? O tym sypnął się Ryszard Czarnecki, który dla tygodnika „Do Rzeczy” powiedział, że władza by kupiła zagraniczne media za okazyjną cenę: „nie może być to po jakichś kosmicznych cenach”. Władza wyznaczy cenę po ile nastąpi dekoncentracja.

Czarneckiemu zaprzeczyła rzecznik PiS Beata Mazurek, nazywając to fake newsem. Mazurek sama w sobie jest fake i to pod wieloma wzgledami, ponoc rozmawiała o tym z prezesem. Między podobiznami postaci przybitych do naszej tablicy – Czarnecki i Mazurek – nie ma nici wspólnych informacji, ale tylko pozornie, bo oboje mogą grać w różnych zwalczających się frakcjach PiS. Zauważmy, że Mazurek nic nie powiedziała o infekcji prezesa.

A nasz Gregor Samsa przemieniony w Karalucha był ponadto powiedzieć, że otwarcie Centralnego Portu Lotniczego w Baranowie nie będzie oznaczało zamknięcia Okęcia i Modlina. Tak, do Polski będzie walił cały świat, aby oglądać tutejsze dziwy cywilizacyjne. Morawiecki jednak nie bierze odpowiedzilaność za CPL, gdyż jego otwarcie przewidywane jest na 2027 rok, a do tej pory PiS odda władzę – i raczej o tej partii zapomnimy, zwłaszcza że nie wiemy, jaki Bozia los przeznaczyła prezesowi Kaczyńskiemu. W informacji o 3 lotniskach chodzi o to, aby warszawiacy nie oburzyli się, że Okęcie będzie wygaszane, jak jeszcze wczoraj mówili pisowcy.

Detektywistyczna tablica z kryminalnymi dążeniami PiS jest wielce pomocna, aby nie dać się omotać wszechobecnej retoryce kłamstwa. Nie dajmy się dekoncentrować poprzez klamstwa PiS, tak chcą uśpić naszą czujność w walce o demokrację i praworządność.

Wśród pisowskich przygłupów. Władza szczurołapa

Zwykły wpis

PIS w pigułce.

Andrzej Duda pojawił się w Krakowie, żeby wspólnie z Siostrami Klaryskami modlić się za ojczyznę. Prezydent po raz kolejny zabrał także głos w sprawie skoczków narciarskich.

Prof. Joanna Senyszyn odniosła się do zdjęcia polityków PiS, prezydenta Andrzeja Dudy i przedstawicieli kościoła na Stadionie Narodowym.

Prof. Marcin Matczak (Uniwersytet Warszawski) i internauci o pisaniu na nowo historii przez polityków PiS.

O parafii w Chęcinach na Kielecczyźnie zrobiło się głośno za sprawą krążącej listy z nagłówkiem „Ofiary na kościół – 2018”. Poniżej znajduje się tabela z rubrykami, w których możemy poznać z imienia i nazwiska ofiarodawców, ich adres oraz wysokość kwoty, jaką postanowili podarować kościołowi. Lista opatrzona jest parafialną pieczęcią i kopertą, do której parafianie wkładają pieniądze. Krąży ona od domu do domu, aż ostatni na liście przekazuje ją księdzu proboszczowi.

Mieszkańcy, liczącej 6 tysięcy osób parafii, raczej bez większych oporów wpisują się na listę i wkładają do koperty po 100, 50 czy 20 zł. Mało kto się buntuje w tak małym środowisku, nikt nie chce „problemów”, nikt nie chce zostać wyczytany publicznie na mszy. Zresztą, przekazywana z domu do domu, lista i tak ujawnia wszystko. O całym procederze pisze szeroko portal natemat.pl. Przytacza wypowiedź proboszcza parafii w Chęcinach ks. dziekana Jana Kukowskiego: – „To prawda, że lista chodzi – tak było, jest i będzie. To było ustalone przez parafian i ja ten porządek już zastałem, jak tu przyszedłem. Zmieniłem tylko jedno – kiedyś lista chodziła co miesiąc, teraz tylko dwa razy do roku. Jeśli ktoś nie wpłaci, nikt nikomu nic za to nie robi”.

Część niezadowolonych parafian twierdzi jednak, że ksiądz kłamie, bo lista krąży co kwartał i zarzuca proboszczowi brak informacji o przeznaczeniu ich datków. Jak podaje portal natemat.pl, ksiądz Kukowski i na ten zarzut ma gotową odpowiedź: – „Jak to nie wiedzą – jest napisane: ofiary na kościół”. Na co konkretnie? Zdaniem księdza ten, kto chodzi regularnie uczestniczy w życiu parafii, powinien wiedzieć. – „Gdy chodziliśmy po kolędzie mówiliśmy, na co potrzebne są pieniądze. Więc takie uwagi uważam za nieco złośliwe” – komentuje duchowny. Jego zdaniem, sprawa jest prosta do załatwienia – jak ktoś nie chce płacić, może przyjść do kościoła i powiedzieć, żeby go skreślono z listy. Ponadto ksiądz dziekan podkreśla, że nikt, kto nie złożył ofiary nie jest wyczytywany z ambony. Podczas mszy podawane są wyłącznie nazwiska ofiarodawców. Proboszcz zapewnia, że wszystkie ofiary są uczciwie rozliczane i to właśnie dzięki szczodrości parafian udało się tak wiele zrealizować: parking, ołtarz polowy na cmentarzu.

Z opinią księdza nie zgadza się część parafian, twierdząc, że pieniądze zbierane są nie tylko przy okazji „chodzenia” listy, ale również podczas kolędy, święcenia pól i innych sytuacji. Ksiądz Kukowski na swoją obronę powtarza, że nie on jest pomysłodawcą krążących po domostwach list, ale jego poprzednik i nie zamierza rezygnować z tego zwyczaju: – „Nie widzę w tej liście nic zdrożnego. Nie mamy innej możliwości, jeżeli chodzi o ofiary” – przekonuje, zapewniając, że mało komu to przeszkadza. – „Zdarzało się, że kogoś na tej liście nie umieściłem, to zgłaszali się ludzie i mówili „jak to, przecież jesteśmy parafianami, chcemy być na liście”.

Parafianie nie widzą większego sensu w złożeniu skargi na swojego proboszcza do biskupa, bo to koledzy z czasów seminarium. Jedyną szansę widzą w zgłoszeniu procederu do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Portal natemat.pl otrzymał odpowiedź z GIODO i nie jest ona optymistyczna dla parafian: „(…) Zarówno kościoły, jak i inne związki wyznaniowe są w zakresie swojej działalności niezależne i przy wykonywaniu władzy duchowej kierują się swoim wewnętrznym prawem, co w konsekwencji ogranicza możliwość stosowania prawa świeckiego, w tym ustawy o ochronie danych osobowych. Jakkolwiek bowiem Kościół ma prawo przetwarzać dane osobowe dla realizacji swojej działalności statutowej, to przetwarzanie tych danych powinno się odbywać z poszanowaniem godności jednostki. (…) Podanie do publicznej wiadomości informacji o tym, że ktoś wsparł kościół bądź związek wyznaniowy jest dopuszczalne, o ile osoba, która taką ofiarę złożyła, wyraża na to zgodę. Przy czym dobrze byłoby, gdyby przekazanie tej informacji nie łączyło się z upublicznieniem adresu zamieszkania ofiarodawcy, lecz by stanowiło jedynie formę podziękowania. (…) Zarówno kościoły, jak i inne związki wyznaniowe są w zakresie swojej działalności niezależne i przy wykonywaniu władzy duchowej kierują się swoim wewnętrznym prawem, co w konsekwencji ogranicza możliwość stosowania prawa świeckiego, w tym ustawy o ochronie danych osobowych. Jakkolwiek bowiem Kościół ma prawo przetwarzać dane osobowe dla realizacji swojej działalności statutowej, to przetwarzanie tych danych powinno się odbywać z poszanowaniem godności jednostki. (…) Niewłaściwą praktyką jest również upublicznianie informacji o tym, że ktoś nie wsparł kościoła czy związku wyznaniowego. Nawet jeśli przekazuje się tylko np. adres zamieszkania, to ze względu na możliwość zidentyfikowania konkretnych osób postępowanie takie jest nieuprawnione i osoba, której dane dotyczą, może złożyć skargę do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO). Choć podkreślić należy, że kompetencje GIODO do kościołów i związków wyznaniowych są ograniczone”.

Wydaje się, że parafianie z Chęcin znaleźli się w sytuacji, w której będą zmuszeni jawnie się zbuntować, jeżeli chcą cokolwiek zmienić. Możemy tutaj pytać, czy krążąca po parafii lista z kopertą to ofiara czy już zbiórka publiczna i czy złożenie podpisu na liście jest równoznaczne z wyrażeniem zgody na upublicznienie danych osobowych? Jedno jest pewne, Kościół po raz kolejny ustala własne zasady, z którymi na prowincji bardzo trudno jest ludziom walczyć. Pozostaje nagłaśnianie takich zachowań i poddawanie ich krytycznej ocenie opinii publicznej.

Jeszcze nie wybrzmiały do końca echa kompromitujących „zwierzeń” wicepremiera Jarosława Gowina na temat jego trudności finansowych i nie łatwym  przeżyciu od pierwszego do pierwszego, a już mamy kolejny „kwiatek”. Kulturalny – jakby się mogło wydawać – ale pospolity kłamczuch, Adam Bielan obecnie wicemarszałek Senatu, ruszył w ślady kolesia i przywódcy swego ugrupowania, o czym pisaliśmy w publikacji „Bielan też ledwo wiąże koniec z końcem?”

Opowieść pana senatora można by i wziąć za dobrą monetę, gdyby nie dociekliwość internatów, którzy bez trudu dotarli do jego oświadczenia majątkowego. Wynika z niego czarno na białym, że w minionym roku zarobił on nie ok. 10 tys. miesięcznie, a niemal dwa razy tyle.

W sieci błyskawicznie pojawił się hashtag #BiednyJakBielan, będący konsekwencją akcji internautów #BiednyJakGowin. Internauci punktują pana senatora.

„W 2016 zarobił 232 428 pln brutto (z nieopodatkowanymi dietami) czyli 19 369 zł/ mies . Więc ile to jest około 10k? – wyliczał na Twitterze internauta podpisujący się „Paweł”.

ObserwatorXY bez skrupułów dodał: „Bielan zaniżył swoje dochody w wywiadzie z K. Piaseckim. Mówił, że zarabia ok. 10 tys. zł na rękę. Wg wyliczeń zarobił 19 369 zł/miesiąc. To jest około 10 tys.? Kłamią i sami się pogrążają. Przecież to da się sprawdzić”.
W krytykę oderwania od rzeczywistości społeczno – gospodarczej i prawdziwych zarobków Polaków włączyli się także politycy opozycji.

Poseł PO Krzysztof Brejza skomentował: „10, 15, czy 17. Jak to powiedział wiceprezes PiS o 50 tys. „nagrody”, to ” jakieś pieniądze”. 15tys. to dla nich betka.

Coraz bardziej widoczne rozpasanie tych, którzy dwa lata temu dorwali się do koryta najtrafniej skomentowała na Twitterze Elżbieta Radziszewska z Platformy:  „Teraz przynajmniej można ocenić po co chcieli władzy i po co chcą jeszcze więcej władzy. Sądy mają nie osądzać, prokuratura ma nie oskarżać, a media mają nie pisać. Ciemny lud kupi, bo weżrą im się w dusze kłamstwami.

Dostęp do informacji publicznej to narzędzie, które chroni nas między innymi przed nadużyciami władzy. Od ponad dziesięciu lat działa w naszym kraju Sieć Obywatelska Watchdog Polska. Sieć zajmuje się edukacją obywateli dotyczącą ich prawa do rzetelnej informacji, ale także wspiera ich prawnie tam, gdzie urzędnicy tych praw nie przestrzegają.

Nikt, zwłaszcza urzędnik państwowy, nie powinien stać ponad prawem, a tym samym powinien dwa razy się zastanowić, zanim głośno wypowie się na jakiś temat. Zbyt pochopnie użyte słowa czy oskarżenia mogą stać się bronią obosieczną. Partia rządząca wielokrotnie dała pokaz własnej buty i kompletnej nieodpowiedzialności za wypowiadane słowa.

Z konsekwencji rzucanych publicznie oskarżeń, dotyczących rzekomego sfałszowania wyborów Donalda Tuska na drugą kadencję przewodniczącego Rady Europejskiej, usiłuje się wymigać Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Przypomnijmy: Polska była jedynym krajem, który głosował przeciwko wyborowi Tuska na drugą kadencję. Głosowanie zakończyło się słynnym wynikiem 27:1, a zaraz potem ówczesny minister MSZ – Witold Waszczykowski – publicznie ogłosił, że resort jest w posiadaniu ekspertyz „mówiących o tym, że Tusk został wybrany w sposób, który można zakwestionować na poziomie prawa europejskiego”.

Niespełna miesiąc po tych poważnych oskarżeniach, Waszczykowski poinformował opinię publiczną, że „rząd nie zdecydował się na kwestionowanie wyboru Tuska. Po politycznej dyskusji uznaliśmy, że nie ma sensu tego podejmować, ponieważ zapewne proces będzie trwał wiele lat i może się nie skończyć pozytywnie”.  Być może na tym oświadczeniu sprawa zostałaby zamknięta i zapomniana, ale – jak podaje portal wyborcza.pl – ujawnienia słynnych ekspertyz zaczęło domagać się wielu posłów, kierując interpelacje i zapytania poselskie. Jedyną odpowiedź, jaką udało im się uzyskać, to bardzo enigmatyczne tłumaczenie, że MSZ „nie zamawiało żadnych ekspertyz na temat fałszerstwa przy głosowaniu, a jedynie dwaj profesorowie sami zaoferowali sporządzenie materiałów na ten temat, lecz resort z tej propozycji nie skorzystał, zaś ujawnienie autorów ofert nie jest możliwe. Ekspertyzy nie stanowią własności resortu, a sam resort nie posiada praw autorskich i stosownych licencji, które umożliwiałyby ich udostępnienie”.

Odpowiedź w tym samym tonie otrzymała również Sieć Obywatelska Watchdog Polska, która w marcu ubiegłego roku złożyła niezależny wniosek do MSZ o ujawnienie ekspertyz. Wobec takiej postawy ministerstwa, organizacja złożyła skargę do sądu, „bo dokumenty te są informacją publiczną. Nie dość, że są związane z działalnością MSZ, to ponadto dotyczą funkcjonowania i sposobu działania organu władzy publicznej – Rady Europejskiej oraz jej przewodniczącego. Chcemy, aby debata publiczna opierała się na faktach oraz argumentach, które każdy z nas mógłby sprawdzić lub poddać własnemu osądowi. Obecnie jesteśmy zmuszeni uwierzyć ministrowi na słowo, że ekspertyzy faktycznie posiada, a nadto, że wynika z nich to, o czym publicznie mówi” – cytuje wyborcza.pl.

W październiku ubiegłego roku Sąd Administracyjny w Warszawie uwzględnił skargę organizacji, uzasadniając swoją decyzję: – „Wszystkie opinie ekspertów, zarówno te wewnętrzne, jak i zewnętrzne, będące w posiadaniu Ministra Spraw Zagranicznych i wykorzystane przez niego publicznie, stanowią informację publiczną. Minister powoływał się na ekspertyzy w mediach, użyte zostały one do zaprezentowania publicznego stanowiska ważnego przedstawiciela władzy wykonawczej. W związku z tym „nieprzekonujące” są wyjaśnienia, że ekspertyzy mają charakter prywatny”.

Jak można było się spodziewać MSZ nie zgodziło się z wyrokiem i złożyło skargę kasacyjną, twierdząc, że resort nie jest w posiadaniu jakichkolwiek dokumentów.

Trudno komentować tak oczywiste mataczenia i zakłamanie ministerstwa. Na portalu wyborcza.pl czytamy fragment listu radcy prawnego Sieci Obywatelskiej, który doskonale podsumowuje całą sprawę: – „Istnieje oczywiście ryzyko, iż Organ nie tyle wyzbył się posiadanych wcześniej ekspertyz, co nigdy ich nie posiadał, zaś ich istnienie zostało zmyślone na potrzeby chwili. W tej sytuacji należałoby od Organu oczekiwać jasnego stanowiska wyrażającego się w stwierdzeniu, iż ekspertyzy nigdy nie istniały, Witold Waszczykowski publicznie kłamał i wprowadzał opinię publiczną w błąd, a nadto fałszywie oskarżał o sfałszowanie głosowania”.

Wojciech Maziarski na koduj24.pl pisze o Jenocie.

Poseł Tarczyński, znany dotąd głównie z agresywnych tweetów i z pozowania na fotkach w stylu podrzędnego gangstera, zapowiada, że napisze ustawę z karami za fake newsy.

– „Skończyła się dyktatura łżemediów. Nikt się was nie boi” – zapewnia na Twitterze PiS-owski poseł Dominik „Jenot” Tarczyński. I grozi dziennikarzowi Onetu, zwracając się do niego per „ty”, nie do końca sprecyzowanymi konsekwencjami: – „Wstydu przy ludziach mam ci narobić?”. Że niby co? Walnie go pięścią? Naśle na niego kumpli z osiedlowego gangu?

Oczywiście, gdy „Jenot” deklaruje, że nie boi się krytycznych mediów, nie mówi prawdy. Wprost przeciwnie, bardzo się boi i właśnie, żeby zagłuszyć ten strach, grozi i wymyśla dziennikarzom. To postawa charakterystyczna dla ludzi pełnych kompleksów, lęków, zahamowań, o niskim poczuciu własnej wartości. By zamaskować to wszystko, czego tak bardzo się wstydzą i boją, ludzie ci zbijają się w gangi (najczęściej osiedlowe, ale czasem też przybierające postać partii politycznych), obwieszają się łańcuchami, sygnetami, futrzanymi kołnierzami, fotografują się w towarzystwie atrakcyjnych kobiet, w luksusowych limuzynach, na tropikalnych plażach, z cygarami i egzotycznymi drinkami w dłoniach. I grożą swym krytykom: „Wstydu mam ci narobić? W ryj chcesz?”.

O tym, jak bardzo „Jenot” boi się wolnych mediów, świadczy zainteresowanie, jakie im poświęca. Wśród jego wpisów na Twitterze wątek dziennikarzy i redakcji wraca co chwila. Ot, choćby taki przykład sprzed kilku dni: – „Sprzedaż >Gazety Wyborczej<, po raz pierwszy w historii, spadła w styczniu tego roku poniżej 100 tys. egz. Niebawem święta i znowu będziemy składać sobie życzenia. Szczere…” – pisze Tarczyński, wmawiając samemu sobie i swoim kumplom, że gazeta, której tak bardzo się boją, przestaje być groźna, słabnie, robi bokami, kona. Można to uznać za rodzaj autoterapii, niestety nieskutecznej, bo opartej na fałszu: sprzedaż papierowej „Gazety Wyborczej” spada, bo czytelnicy przechodzą na wersję elektroniczną, a liczba prenumerat internetowych wzrasta w tempie przekraczającym spadek sprzedaży papieru.

W gruncie rzeczy „Jenot” jest tego świadomy, więc nie poprzestaje na triumfalnych tweetach. Zapowiada, że przygotuje ustawę nakładającą na media drakońskie grzywny za publikowanie rzeczy, które uderzają w interesy jego środowiska. – „Za fake newsy płaci się w Niemczech do 0,5 mln euro, na Węgrzech 600 tys. euro. Ja proponuję w Polsce 1 mln euro, czyli ponad 4 mln zł” – chełpi się, prężąc muskuły i robiąc niezwykle groźną minę.

Nie tylko Tarczyński – cały jego gang boi się mediów. To dlatego Krystyna Pawłowicz latem zeszłego roku groziła dziennikarzowi Onetu, zapowiadając, że „po wakacjach zajmiemy się wami”. Dlatego Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nałożyła na TVN gigantyczną karę za transmitowanie protestów pod Sejmem. I dlatego ministerstwo kultury – pod pozorem „repolonizacji” czy „dekoncentracji” – pichci ustawę mającą zniszczyć niezależne media.

Jednak, jak na razie, ani groźby Pawłowicz, ani zapowiedzi „dekoncentracji” nie zostały spełnione, a z grzywny nałożonej na TVN upokorzona Krajowa Rada musiała się wycofać, podkulając ogon pod siebie, włażąc pod stół i publicznie odszczekując. Co za hańba! Jakiż to wstyd i cios w prestiż gangu…

A skoro już mowa o publikacji Onetu, która tak rozzłościła „Jenota”, to mamy tu do czynienia z precedensem w skali światowej. PiS najpierw oskarżył redakcję, że opublikowała fake newsa, bo to wszystko nieprawda – stosunki z USA są świetne i nie ma mowy o bojkocie polskich władz przez Waszyngton. A następnie doniósł do prokuratury na Onet, że publikując wewnętrzne materiały MSZ na ten temat naruszył klauzulę niejawności tych dokumentów.

W ten oto sposób na liście największych polskich osiągnięć, które wzbogaciły całą naszą cywilizację, obok teorii Kopernika, mazurków Chopina i polonu, mamy nową pozycję: pierwszy na świecie fake news, który zarazem jest tajemnicą państwową.

Do takiego wniosku można dojść, kiedy czyta się nawoływanie m.in. rzeczniczki PiS do zgłaszania przypadków nielegalnego handlu w niedziele. Beata Mazurek w swoim wpisie na Twitterze powołuje się na „S”: – „NSZZ „Solidarność” apeluje o zgłaszanie wszystkich przypadków łamania ustawy ograniczającej handel w niedzielę. Zastrzeżenia można zgłaszać w samym związku, a także przesyłać do Państwowej Inspekcji Pracy”.

Niewiele więc brakuje, a rząd PiS – śladem władz PRL – przywróci funkcjonowanie działających w latach 80-tych ubiegłego wieku Inspekcji Robotniczo-Chłopskich. Powstałe po stanie wojennym tzw. IRCHy miały tropić nielegalny handel.

11 marca to pierwsza niedziela, podczas której nie zrobimy zakupów w większości sklepów. To konsekwencja ustawy o zakazie handlu w niedziele przegłosowanej przez PiS. Sprawdzaniem, czy nowe prawo jest przestrzegane, zajmować się będzie Państwowa Inspekcja Pracy. W każdym powiecie będzie dyżurował przynajmniej jeden kontroler. Za złamanie zakazu handlu w niedziele grozi kara w wysokości od 1 tys. zł do 100 tys. zł.

„S” nawołuje więc do zgłaszania przypadków łamania zakazu, a OPZZ krytycznie ocenia ograniczenie handlu w niedziele. – „Z naszych doniesień wynika, że już teraz są naciski na to, żeby wydłużać czas pracy, przede wszystkim w piątki i w soboty. Nie dość, że będzie dłuższa praca, to na dodatek będzie cięższa z powodu większej liczby klientów” – powiedział rzecznik OPZZ Piotr Szumlewicz.

Najbliższe niedzielne zakupy będą możliwe dopiero 25 marca.